„ROBIĘ TO, NA CO MAM OCHOTĘ” – ROZMOWA ZE ZDZISŁAWEM BEKSIŃSKIM

z20465502V,Zdzislaw-Beksinski-w-swoim-domu-na-Sluzewiu--1996-.jpg

ZDZISŁAW BEKSIŃSKI – wybitny malarz, rzeźbiarz, fotografik, rysownik. Prawdziwą sławę zyskał jednak jako malarz. Zajmował się malarstwem fantastycznym, wizjonerskim, figuratywnym. Nigdy nie nadawał swoim obrazom tytułów. Jego malarstwo stało się popularne w latach 80. nie tylko w kraju, ale i zagranicą, promotorem jego twórczości był paryski marszand Piotr Dmochowski, który zorganizował wiele wystaw we Francji, Belgii, Niemczech i Japonii. Od 1989 do 1996 istniała w Paryżu autorska galeria Beksińskiego o nazwie „Galerie Dmochowski – Musée galerie de Beksinski”. Na początku lat 90. miał stałą wystawę w prywatnym muzeum sztuki europejskich krajów wschodnich, w Osace, w Japonii.

 

Zdzisław Beksiński został zamordowany w swoim warszawskim mieszkaniu w nocy z 21 na 22 lutego 2005 roku. Cały dorobek artystyczny przekazał testamentem Muzeum Historycznemu w Sanoku, mieście, w którym się urodził.

 

Był ojcem znakomitego tłumacza i dziennikarza Tomasza Beksińskiego, który popełnił samobójstwo w 1999 roku.

 

Pana fotografie, uważane za największe osiągnięcie fotografii w po wojennej Polsce, łączono z awangardą. Pana malarstwo jest postmodernistyczne. Ktoś powiedział nawet, że jest wizytówką postmodernizmu. Skąd takie przejście?

 

– Nie tylko ze względu na fotografię należałem niegdyś do awangardy. Robiłem abstrakcyjne kompozycje z metalu, rzeźbiłem, trochę rysowałem. Próbowałem także pisać – i to także było w tym okresie trochę awangardowe. Były to rozmaite dziwne historie, które najczęściej nie miały początku ani końca. Patronowała im francuska antypowieść, głównie Robbe-Grillet, którego wtedy czytałem. Oszołomiły mnie jego manipulacje czasem. Większość moich ówczesnych opowiadań była krzyżówką Robbe-Grilleta z Kafką i Borgesem. Ludzie podsuwają mi Tolkiena czy Ursulę K. Le Guin, mówiąc, że to w moim stylu, ale byłem w swych próbach literackich niesłychanie daleko od gotyckiej fantastyki. A postmodernizm? O nazwy nie należy mnie pytać. Ja się tym nie interesuję.

 

Powiedział pan kiedyś, że malarstwo jest kłamstwem…   

 

– Nawet nie pamiętam, przy jakiej okazji to powiedziałem. Teraz właściwie tego nie rozumiem.

Interesował się pan pisarstwem, filmem, rzeźbą, fotografią. Jaki wpływ wywarły te zainteresowania na charakter pana obecnej twórczości?   

 

– Wszystko ma wpływ na wszystko. Przepraszam za komunał. Niewątpliwie to, co robię od dobrych dwudziestu lat, jest w jakiś sposób zakorzenione w tym, co robiłem w młodości. Ale oczywiście tymczasem wiele się zmieniło i we mnie, i w moim spojrzeniu na sztukę. Prześledzić ścieżkę wpływu? Ja się po prostu nad tymi rzeczami nie zastanawiam. Robię to, na co mam ochotę, i innym zostawiam klasyfikowanie tego, co robię.

 

Zajmował się pan również dźwiękiem…   

 

– Miałem i mam kompletnego bzika na punkcie nagrywania wszystkiego bez wyboru, zarówno na magnetofonie, jak i kamerą wideo. Dla mnie, człowieka starej daty, wychowanego w świecie, w którym dominowały żarna i żelazko na węgiel, nagrywanie jest kreowaniem jakiegoś cudu. Ruch i słowo ulegają pozornemu zatrzymaniu w czasie! Zaczęło się to gdzieś na początku lat pięćdziesiątych, kiedy zetknąłem się z pierwszą przystawką magnetofonową. Potem, w latach siedemdziesiątych, zbudowałem studio dźwiękowe w Sanoku – ze starych magnetofonów. Musiałem samodzielnie przestudiować elektronikę w zakresie wzmacniacza małej częstotliwości, bo wtedy niczego nie było w handlu, więc sam musiałem skonstruować miksery, pulpity pogłosowe i inne takie. Robiłem rozmaite montaże dźwiękowe, co było, jak dziś widzę, w pewnym stopniu podobne do niektórych nagrań Reicha, Bryarsa, Glassa czy Eno, zaliczanych do minimal art. W rozmaitych zresztą amerykańskich kompozycjach z tego okresu widzę coś podobnego do tego, co ja robiłem. Multiplikacje dźwięku, przepuszczanie taśmy przez kilka magnetofonów kolejno, z mieszaniem tego dźwięku w ten sposób, że narastał, dodawanie słów. Tym się bawiłem. Tyle że było to na bardzo niskim poziomie technicznym, bo sprzęt, który mogłem wtedy zmontować z amatorskich magnetofonów, nie mógł osiągnąć poziomu, jaki dzisiaj możliwy jest przy użyciu komputera. Dla mnie zasadniczym problemem nie do przeskoczenia było narastanie z kopii na kopię szumów i zniekształceń. Dziś technika cyfrowa usunęła ten problem radykalnie.

 

Pana pracownia w ogóle przypomina studio nagrań.   

 

– Jest tu sporo urządzeń do słuchania, ale do nagrywania tylko mikrofon i magnetofon. Przez długi czas musiałem nagrywać na żądanie swojego byłego wspólnika [Piotr Dmochowski – R.G.], który chciał, żeby nasze rozmowy były rejestrowane. Ale gdy potem zaczął pisać jakiś dziennik na temat naszych spotkań i rozmów, zacząłem z własnej inicjatywy nagrywać dla siebie. Zademonstrował mi bowiem pod koniec tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku kilka stron z dziennika, które w moim odczuciu były manipulacją.

W obawie, że po mojej śmierci jego zapiski staną się jedyną informacją na mój temat, zacząłem na taśmie rejestrować każdy jego pobyt. Powiedział mi, że od tego momentu przestał prowadzić ten dziennik i nie musiałem już żywić obaw, ale na wszelki wypadek nagrywałem nadal.

 

Pana obrazy przedstawiają umierający, apokaliptyczny świat, świat bez Boga. Czym wobec tego jest dla pana Bóg?   

 

– Nie jestem człowiekiem wierzącym, a przynajmniej nie w powszechnym rozumieniu tego słowa. Po prostu nie używam terminu Bóg, ale nie znaczy to, że nie zastanawiam się nad istotą rzeczy. Z całą pewnością nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

 

Podchodzi pan do świata krytycznie…

 

– Ja?

 

A w pana obrazach nie ma krytycyzmu?   

 

– W moich obrazach w ogóle znajduje się niewiele treści. Ludzie sami dopisują sobie rozmaite rzeczy. Jest tak jak z testem Taylora. Każdy interpretuje je zgodnie z własną psychiką. Nie chcę się tu wypierać tego, że mam nieokreślone potrzeby namalowania czegoś własnego, jeśli idzie o atmosferę i wyraz. Ale to nie jest ściśle zwerbalizowane i w żadnym wypadku nie ma charakteru moralistycznego. Nie usiłuję nikogo krytykować ani nawet specjalnie przyglądać się światu. Świat oczywiście interesuje mnie. Jestem szalenie do życia przywiązany.

Bez sensu jednak byłoby mówić, że kogoś pragnę pouczyć. Musiałbym popaść w komunały, takie sobie cierpienia starego Wertera: że życie jest bezsensowne, że śmierć jest nieodłącznym losem człowieka – przecież wszyscy przeżywamy to tak samo jak popęd płciowy, głód, potrzebę snu. Maluję to, co maluję, bo po prostu pewne krajobrazy, pewne sceny interesują mnie bardziej, a przyczyna tego nie jest dla mnie samego oczywista. To, że malowanie destruktów bardziej mnie pociąga – lub raczej pociągało – od wyrażania harmonii, wynika chyba w znacznie większym stopniu z malarskości niż z ideologii. Mówię cały czas o moim malarstwie sprzed dziesięciu lat. Dzisiaj maluję już właściwie co innego.

 

Czy to tylko sprawa techniki?

 

– Nie. Dotyczy to raczej wyobraźni. Swego czasu, w bogatszych rodzinach był zwyczaj stawiania sobie w ogrodzie ruiny. Projektował ją architekt, po czym przychodzili murarze i stawiali takie pęknięte portale i strzaskane kolumny. No i ja mam taką potrzebę romantycznych ruin. Tylko trochę inaczej je buduję. Stwarzam pewien dystans, otwieram – jak mi się wydaje – pewien cudzysłów, ale niestety moi odbiorcy tego nie zauważają.

 

W centrum pana twórczości jest człowiek, a właściwie coś do niego podobnego obdartego ze skóry. Czy nudzi pana ludzkie ciało?   

 

– Co jest u licha z tą skórą? Stale mi wypominacie obłażącą skórę. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych namalowałem nie więcej niż osiem obrazów przedstawiających postacie lub twarze o łuszczącej się i pozszywanej skórze. Powód był ściśle formalistyczny, ale przypisano mi zamiar jakiegoś protestu przeciw wojnie i napalmowi, bo w modzie był protest. Ludzie mają wprost nieskończone zapotrzebowanie na komunał! Chyba szkoła z tymi wszystkimi interpretacjami „co poeta miał na myśli” wpaja im ślepotę, bo jest to rodzaj ślepoty. Tak jakby mieli hełmy wirtualne na głowach i nie widzieli tego, co im się daje do obejrzenia, a widzieli tylko to, co mają zaprogramowane. Oczywiście mój rzekomy protest wydał się tym amatorom komunału niezbyt przekonujący, bo wprawdzie skóra obłazi, ale postacie są we wdzięcznych pozach i rozmaitych „przegibach i szarmantach”, z kokardami i na wysokich obcasach. Coś im się nie zgadzało, ale uznali to za efekt mej nieudolności. Wtedy jeszcze czytałem recenzje i usiłowałem wyjaśniać. Potem dałem spokój. Dziś wróciłem do postaci ludzkiej i twarzy. Traktuję je jednak jako temat do wariacji. Temat doskonale znany każdemu, więc ułatwić powinien śledzenie samych wariacji. Może ktoś to zauważył. Ci jednak, którzy ze mną rozmawiają, bo recenzji już od dawna nie czytam, nieustannie majaczą o trupach, czaszkach, kościach, obdartej skórze. Najprawdopodobniej jeśli raz coś zostało napisane, to już tak musi zostać! Za panią matką idzie pacierz gładko. Oczywiście niechże pan nie sądzi, że moim zdaniem w malowaniu kości, czaszek lub obdartej skóry jest coś złego, ale ja tego nie robię! Chciałbym natomiast, by moje liczne malarskie wariacje na znane powszechnie tematy miały pewną cechę wspólną, którą jest styl, sposób widzenia, konstrukcja formy i sposób położenia farby, tak aby za pierwszym spojrzeniem można było powiedzieć, że to zrobił Beksiński.

 

No i to się panu udało.   

 

– Bóg zapłać za dobre słowo.

 

W pana obrazach jest śmierć. Niektórzy mówią, że pan ma obsesję na punkcie śmierci. Czy to prawda?   

 

– A pan nie boi się śmierci?

 

Jeszcze nie…   

 

Co to znaczy jeszcze?! W każdej chwili może przyjść. Kiedy byłem młody, nie bałem się śmierci w taki sposób, w jaki boję się dzisiaj: w sensie bólu, braku oddechu, wydalania pod siebie i duszenia się. Natomiast bałem się nieistnienia i odczuwałem samotność śmierci. I to był problem zasadniczy, z którym nigdy nie dałem sobie rady. To jest tak jak z pornografią: w ukryciu chętnie oglądamy, ale publicznie wypada wybrzydzać i mówić, że to dla prostaczków, a na nas nie robi to wrażenia. W Europie niechętnie się na temat śmierci mówi publicznie, ale chyba każdy odczuwa lęk. Świadomie nie mam zamiaru malować śmierci. Gadanie o tańcach śmierci, szukanie na moich obecnych obrazach czaszek i kości jest zawracaniem głowy. Niektóre moje dawniejsze obrazy miały być persyflażem malarstwa manierystycznego i dziewiętnastowiecznego. Stąd czaszki, węże i inne takie. Zadaję sobie pytanie: z czego bierze się to, że ludzie w moich obrazach widzą czaszki i kości? Może stąd, że maluję głowy bez włosów – ale robię to dlatego, że występują tu pewne problemy techniczne. Włosy maluje się bardzo łatwo, ale przy zastosowaniu innej formy kładzenia farby niż ja stosuję. Dlatego najczęściej maluję głowy rzeźbiarskie. Teraz widzę, że wszyscy ogolili głowy na zero: Bruce Willis i mój syn, a nawet niektóre żeńskie prezenterki MTV, więc może w końcu czaszki będą na tyle powszechnie widoczne, że głowy namalowane na moich obrazach przestaną być postrzegane jako kuriozum.

 

Mówiliśmy o lęku. Mnie się wydaje, że pana twórczość wyrasta z lęku. Czego boi się Beksiński?

 

– Chyba potrzeba twórczości w ogóle wyrasta z lęku, bo przecież nie jest sposobem na życie. Byłby to najgłupszy sposób zarabiania na życie. Inwestowanie na giełdzie jest dużo lepszym sposobem. Jeżeli ktoś zajmuje się przez całe życie takim szaleństwem jak smarowanie obrazów, to prawdopodobnie z czegoś to wynika. Może chce walczyć z czasem w jedyny dostępny sobie sposób i coś po sobie zostawić.

 

Częstym motywem pana twórczości jest morze, kadłub statku, krzyż. Dlaczego właśnie do tych symboli pan wraca?

 

– Nie wiem.

 

A czym one są dla pana?

 

– Nie znoszę symboliki! Morze jest morzem, kadłub statku jest kadłubem statku, a krzyż jest krzyżem. Nic więcej. Freud zrobił doktorat na interpretacji symboli, ale ja nie maluję symboli. Ja obraz najczęściej widzę. Pomysł przychodzi mi do głowy w formie wizualnej. Używałem dawniej słowa wizja, ale wszyscy myśleli, że mam jakieś wizje quasi-narkotyczne. Po prostu widzę kształt i chcę ten kształt namalować. Ze względu na to, że to, co widzę, formuję w trakcie pracy po swojemu, chodzi mi o proste stereotypowe tematy, które zna każdy. Morze, słońce, chmury, drzewo, postać ludzka, pies, krzyż to są w naszym kręgu kulturowym rzeczy pierwsze, proste i podstawowe. Wizualne standardy. Można je znacznie odrealnić, można na ich podstawie budować ciąg formalnych wariacji, bo temat jest dla każdego jasny. Jeżeli chciałbym namalować procesor analogowo-cyfrowy pływający w śmietanie, nie byłbym w stanie odejść od najdokładniejszego, fotograficznego odwzorowania, nie mógłbym zająć się przekształceniem, deformowaniem i wariacjami, które mnie pociągają, gdyż natychmiast wszystkim umknąłby ich temat. Mechanizm ten doskonale opisał Lem: im bardziej skomplikowany temat, tym prostsza musi być forma, i przeciwnie, bo inaczej pogrążymy się albo w banale, albo w nieczytelności.

 

Powiedział pan kiedyś, że chciałby malować ładne obrazy. Co to jest „ładne malarstwo”?   

 

– To nie do końca dopracowana myśl. Chyba brakuje mi umiejętności jej wyrażenia. To jak z malarstwem Vermeera. Obszar informacji w nim jest żaden, jest komunałem – zamiast kobiety w kapeluszu czy też czytającej list, czy też nalewającej mleko, mógłby być mężczyzna pijący kawę czy łowiący ryby. Format też nie odgrywa roli. Dokładność namalowania także. Wielu trzeciorzędnych malarzy maluje dokładniej, a nawet potrafi zapewnić większe prawdopodobieństwo gestu. Więc gdzie mieści się tajemnica tego, że są to jedne z najwspanialszych obrazów w historii? Właśnie tego nie da się ująć w słowach! Wartość obrazu, czyli jego piękno, nie da się ująć w kategoriach racjonalnych. To trzeba odczuć w kontakcie z obrazem. Jedni są sensytywni i odczuwają, inni zaś nie. Mogą mieć olbrzymią wiedzę i doktoraty z historii sztuki, ale jeśli nie mają wrażliwości, to i tak zobaczą tylko, że kobieta nalewa mleko. Podobnie jest z muzyką. Użyłem kiedyś określenia „ładne malarstwo” i teraz za to muszę odpowiadać, ale miałem na myśli to coś, co powoduje, że muzykę lub malarstwo odbieramy jako wstrząs, jako poruszenie.

 

Zapytałem o to, bo takie określenia jak „ładny obraz” czy „ładne malarstwo” brzmią jak uproszczenie.   

 

Jak już mówiłem, chodziło mi o ukryte piękno. Chciałbym malować obrazy, które by tym pięknem emanowały. Ktoś powiedział, że poetą się nie jest, lecz się bywa. Dotyczy to też malarstwa. Człowiek maluje jeden obraz, drugi, dziesiąty i to jest jego przeciętny standard. I nagle dwudziesty czy dwudziesty pierwszy okazuje się czymś szczególnym, tak jakby ktoś poprowadził mi rękę i namalował go za mnie. Nie umiem potem tego powtórzyć. Ale tak na pierwszy ogląd to te szczególne obrazy w niczym się nie różnią od tamtych standardowych. Ten sam format, ta sama farba, ten sam facet malował, w ten sam sposób. Jeśli ktoś niewrażliwy patrzy na taki obraz, to żadnej różnicy nie zobaczy.

 

Zarzeka się pan, że pana malarstwo nie ma żadnego przesłania. Po co pan w takim razie maluje? Jeżeli twórca nic nie chce powiedzieć…   

 

– Cóż, do diabła, twórca miałby do powiedzenia? Następny komunał w stylu skąd wyszliśmy i dokąd idziemy? Pochylić się z troską nad losem prostego człowieka lub głodującymi w Zairze? Zapłakać nad dewastacją przyrody? Zaprotestować przeciwko totalitaryzmowi lub zanikowi indywidualności w postindustrialnym społeczeństwie? Toż to są popularne komunały! Od tego są dziennikarze. Nie o to w ogóle chodzi! Jeżeli o czymś marzę, to jedynie żeby osoba, która podchodzi do obrazu, doznała estetycznego wstrząsu, ale wstrząs ten jest niezależny od tego, co zostało namalowane, i od tego, czy obraz przedstawia bukiet kwiatów czy rozstrzelanie. Każdy coś maluje, bo malarstwo było dawniej rzemiosłem służebnym i część jego obecnej formy z tej dawnej funkcji wyrasta, ale to, co zostało przedstawione, jest bez większego znaczenia. Szukać właśnie tego w obrazie i w tym postrzegać jego wartość, to jak wymagać od linoskoczka, by przy okazji chodzenia po linie transportował węgiel z jednej strony liny na drugą.

 

Naprawdę tylko dlatego pan maluje?   

 

– Nie „tylko dlatego”, lecz „właśnie dlatego”. No tak. Poza tym idzie o wyimaginowanego odbiorcę. Jestem już za stary, żeby uwierzyć, że znajdę bratnią duszę, która będzie odbierać tak jak ja.

 

Mówi pan, że pana obrazy są dla pana duchowym autoportretem. To jest jakby wewnętrzny ekshibicjonizm. Dlaczego chce pan mówić o tym, co jest w panu?

 

– Być może jest tam jakaś nieświadoma interpretacja lęku metafizycznego. Co jest w tym wstydliwego?

 

Czy pana malowanie jest w takim razie opowieścią o panu?   

 

– Picasso powiedział, że malarz maluje tak, jak ptak śpiewa. To bardzo dobrze powiedziane.

 

Krytycy oskarżają pana, że balansuje pan na granicy kiczu. Nie boi się pan, że przekroczy tę granicę?   

– Nie używałbym słowa kicz. To określenie bardziej nieostre niż pornografia. Na pewnym obszarze jest ono jasne, ale na peryferiach zaczyna się zacierać – przy persyflażu można czasami mówić o jakichś cytatach zaczerpniętych z malarstwa niedzielnego. Nigdy nie myślę tymi kategoriami, bo nigdy nie posługiwałem się estetyką kiczu.

 

W jaki sposób odbiera pan krytykę?   

 

– Dawniej czytałem, obecnie staram się nie czytać i to z premedytacją. Żona to kolekcjonuje, gdzieś wycina i nawet próbuje mi to na głos czytać. Mówię wtedy: Dosyć! Albo włączam zagłuszającą muzykę. Niezależnie od tego, co jest napisane, odbieram to jak głos podpowiadający mi z boku, co powinienem robić. Nie jestem Joanną d’Arc! Nie umiem współżyć z głosami. Głosy z boku najzwyczajniej psują mi moją zabawę! Zresztą to, co ktoś o obrazie powie, nie ma ani dla mnie, ani dla obrazu znaczenia. Obraz to kawałek płyty pilśniowej zasmarowanej farbami. Nie zmienia się w zależności od tego, czy ktoś powie, że jest genialny, czy powie: gówno. Dlaczego mam się interesować cudzą opinią? To ja go namalowałem. Doskonale widzę, co mi się udało, a co spartaczyłem. Robię to dla siebie! Tu tylko moja opinia się liczy!

 

Myślę, że pan maluje bardziej do szuflady. Z tego, co pan mówi, wynika, że ktoś przez przypadek wyciągnął pana pracę, a panu to się nie podoba. Czy to nie jest zabawa ze sztuką?   

 

– Nie wiemy, co to jest sztuka. Zmieniała swoją funkcję na przestrzeni historii. Nie można sprecyzować terminu „sztuka”. Natomiast to, co pan mówi o malowaniu do szuflady, to racja! W młodości przez całe lata nie pokazywałem publicznie tego, co robię, i chyba spetryfikowałem się w takim podejściu do twórczości. Wspominam to jako najszczęśliwszy okres w swoim życiu.

 

A czy fotografię traktował pan poważnie?   

 

– Równorzędnie. Porzuciłem ją, bo wydawało mi się, że mam raczej wyobraźnię zwróconą do wewnątrz, a nie na zewnątrz, więc fotografia stwarzała mi niejednokrotnie zbyt silne ograniczenia.

 

Powiedział pan w jednym z wywiadów: „Prawdę znamy, natomiast przeraźliwie szukamy kłamstw”. Co to znaczy?   

 

– O Boże! Już kilka osób mnie o to pytało, a ja nie pamiętam, co miałem na myśli, bo była to odpowiedź na jakieś konkretne pytanie. Autoryzowałem ten wywiad, ale człowiek, który go przeprowadził, zginął kilka dni później w wypadku samochodowym. Wywiad wydrukowano rok później z jego papierów pośmiertnych i tę moją kwestię przyklejono na końcu, nie łącząc jej z żadnym pytaniem. Najprawdopodobniej miałem na myśli naszą nędzną kondycję, to, że podobnie jak baron Munchausen, nieustannie wyciągamy się sami za własne włosy z bagna zwierzęcości w tym niepojętym dla nas świecie, w którym ani czas, ani przestrzeń nie są skrojone na naszą miarę, zagrzewając się w tej czynności historyjkami o Bogu, celu istnienia, duszy nieśmiertelnej, różnicy między człowiekiem a zwierzęciem, wieczystym pięknie i tak dalej. Naprawdę nie pamiętam, co miałem na myśli, ale chyba coś takiego.

 

Teraz chciałbym porozmawiać o technice pana malarstwa. Maluje pan olejem i akrylem. Co daje większe możliwości?   

 

– Maluję głównie olejem. Akrylem malowałem niewiele. Do akrylu wielokrotnie się zniechęcałem. Właściwie obraz akrylowy w sensie technicznym jest to substancja porowata. Wyschnięty akryl w powiększeniu wygląda jak gąbka. Jeżeli obraz przez czas dłuższy eksponować bez szkła, nasyca się brudem, który jest nie do usunięcia. Jeżeli jest to malarstwo agresywne, to zabrudzenie nie rzuca się w oczy. Natomiast jeżeli obraz jest malowany delikatnie, to brud się wetrze, nie da się już go usunąć. Ale oczywiście akryl ma wiele zalet. Wysycha natychmiast. Mogę szybko zmieniać to, co maluję, a taka jest właśnie specyfika mojej pracy. Podsuszam obraz suszarką do włosów i po kilku sekundach już jest suchy, i można przerabiać. Poza tym każdy obraz olejny zaczynam w akrylu. Rozkładam nim najważniejsze elementy, a później maluję olejem.

 

Od jakiegoś czasu upraszcza pan tło. Czy tło przestało być ważne?   

 

– To zaczęło się u mnie zmieniać w połowie lat osiemdziesiątych. Trudno powiedzieć: ważne, nieważne. Znudziła mnie ta przestrzeń z daleką perspektywą, z obłokami i tym wszystkim. Ale nie wiem, czy kiedyś do tego nie wrócę.

 

Maluje pan około trzydziestu obrazów rocznie…

 

– Obecnie już o wiele mniej, bo robię się coraz starszy, coraz wygodniejszy, coraz szybciej się męczę.

 

Nie bał się pan nigdy, że obrazy będą wychodzić jak spod matrycy, jak pocztówki?   

 

– Siłą rzeczy taka matryca istnieje u każdego. Zauważa pan, że to Rembrandt, to de Kooning, a to Picasso. Oni stworzyli własne matryce. Tak jak już mówiłem: malując stale, czeka się na ten jeden czy dwa obrazy do roku, które bez mojej wiedzy, ale mymi rękami, namaluje mój Anioł Stróż. Nadzieja na ich powstanie uzasadnia codzienną pracę. Choćby i w tym celu, aby nie wyjść z wprawy.

 

Szybko pan maluje?   

 

– Nie. Ja właściwie maluję wolno. Składa się na to wiele czynników, między innymi to, że wielokrotnie obraz przerabiam. Mam bardzo dużą łatwość szybkiego malowania i stąd lekkość i wirtuozeria nie budzą mego podziwu, a wręcz przeciwnie. Przez całe życie walczę z tą łatwością.

 

Powiedział pan: „Wbrew temu, co publiczność sądzi, te obrazy, takie z obłokami, dziwnymi postaciami, to się dość szybko odpieprza”. Czy nie sądzi pan, że po tych wszystkich wypowiedziach może pan stracić fascynację swojej publiczności?   

 

– Najprawdopodobniej u pewnego odłamu publiczności już ją straciłem. Zauważyłem, że publiczność, która lubiła obrazy, które się łatwo odpieprzało, nie lubi tych, które się trudniej odpieprza. Może sądzą, że już nie potrafię malować obłoków, i może dlatego obrazy mają mniejsze powodzenie? Z innej beczki: akceptowali mnie także ci, którzy wychowali się na okładkach płyt z metalem. Charakteryzowały się one pewną, nazwijmy ją „gotycką”, scenerią i wydaje mi się, że w okresie mego malarstwa persyflażowego byłem przez niektóre środowiska, subkultury traktowany jak kontynuator tego właśnie stylu.

 

Nie upraszcza pan w ten sposób swojej twórczości, choćby porównując ją do okładek?   

 

– Staram się wytłumaczyć, że w niektórych środowiskach młodzieżowych, które odnosiły się entuzjastycznie do pewnego okresu mojej twórczości, istniał pewien stereotyp piękna oparty na stylistyce okładki płyty z muzyką hardrockową lub na komiksie. Z mojej strony był to persyflaż, ale nikt go nie widział. I chyba na tej zasadzie zostałem kupiony.

 

Nie tak dawno powiedział pan: „Nie cierpię niczego prosto od krowy. Piję kawę instant, mleko instant, jadam zupy w proszku”. Kiedy przyszedłem tutaj i powiedziałem, że podoba mi się tyle zieleni na pana osiedlu, powiedział pan, że nie lubi zieleni. Na ile jest to fascynacja sztucznością, a na ile poza?   

 

– Nie jest to w żadnym wypadku poza. Naprawdę uwielbiam koncentraty i nawet wiem, skąd się to uwielbienie wzięło. Po okresie głodu wojennego pojawiła się pomoc żywnościowa z USA pod postacią paczek UNRRA. Zawierały wyłącznie koncentraty i konserwy. Po czterech latach zup z dyni było to dla mnie gastronomiczne olśnienie i zostało mi już na całe życie. Podziwiam Piotra Bikonta, który doskonale zna się na tym, o czym pisze, i czytam wszystkie jego artykuły, ciesząc się równocześnie, że osobiście nie muszę tego jeść. McDonald’s, Pizza Hut, wołowina w sosie własnym, sos syczuański ze słoika, keczup i pepsi max zakreślają ostateczne i nieprzekraczalne granice mych gastronomicznych uniesień. Jestem gastronomicznym prymitywem, ale co mam zrobić, jeżeli wytworne jedzenie po prostu mi nie smakuje?

Inne natomiast są przyczyny słuchania muzyki wyłącznie z płyt czy oglądania wyłącznie wideo. Jestem nerwicowcem, który w trakcie obcowania z żywym spektaklem nieustannie odczuwa jakby rezonans napięcia nerwowego solistów czy aktorów. A co będzie, jeśli skrzypkowi pęknie struna, a co będzie, jak striptizerce złamie się obcas? Taśma i płyta zawierają produkt gotowy, sprawdzony i co najwyżej mogą mieć usterkę techniczną. Korzystając z nich, nie odczuwam zdenerwowania.

 

A zieleń?   

 

– Od dzieciństwa nie lubiłem lasu. Zieleń jest mi obojętna, ale za nią nie tęsknię. Przyroda nie wzbudza we mnie takiego entuzjazmu jak u większości mieszkańców miast. Właściwie jej nie lubię. Jeśli wyjechałbym na urlop, to do innego miasta. Nie wiem, skąd to się bierze, ale myślę, że idylliczne wyobrażenia rozmaitych Zielonych są kolejnym echem naiwnego entuzjazmu Rousseau. Oczywiście nie postuluję dewastacji przyrody, ale należy sobie zdać sprawę z tego, że jeśli jesteśmy i żyjemy, to dzięki walce z przyrodą, a nie dzięki tworzeniu jej skansenów. Jesteśmy elementem przyrody, więc przyrodę zobaczyć można też w chaotycznej rozbudowie przemysłu, w dewastacji lasów, w zaśmiecaniu pól, w skażeniu gleby: jedno się rodzi, inne umiera, wszystko płynie, nie jesteśmy ani celem istnienia, ani koroną stworzenia i jako gatunek w jakimś momencie w ten czy inny sposób i tak przeminiemy…

 

1997

 

Ta rozmowa to był mój pierwszy poważny wywiad. Pamiętam, jak poszedłem do pracowni-mieszkania nr 314 w wieżowcu przy ulicy Sonaty 6 na warszawskim Ursynowie. Żyła jeszcze żona malarza, której śmierć była pierwszym z ciosów.

 

Artysta, skonfliktowany wówczas ze swoim byłym marszandem, postawił przede mną duży mikrofon. Mówił, że musi się zabezpieczać. To słowo często słyszało się od Beksińskiego. „Podjąłem decyzję, że już dosyć przekłamań” – wytłumaczył. Oczywiście byłem zaskoczony, bo od razu spotkałem się z ogromną nieufnością swojego rozmówcy. Z oporami wyjąłem z plecaka mały, pożyczony od kogoś dyktafon.

 

„Jak się panu nie nagra, co się często zdarza dziennikarzom, to dysponuję nagraniem, mogę panu zrobić kopię”. Istny koszmar, pomyślałem, uznając, że Beksiński z góry założył, że jestem totalną niemotą. Ale w sumie pewne przesłanki były. Bardzo długo próbowaliśmy się umówić na tę rozmowę, której artysta w ogóle nie był chętny, istniały przeszkody natury technicznej. Chodziło przede wszystkim o komputer, na którym przygotuję tekst do autoryzacji, bo miałem dostarczyć wywiad na dyskietce i to na jednym ze starszych macintoshów, a to nie było takie łatwe. Sam nie miałem jeszcze komputera. Moi koledzy ze studiów też raczej nie, w każdym razie nie maca, a Beksiński na inny sprzęt się nie godził. Był przyzwyczajony do tego, że w rozmowach, w trakcie autoryzacji, rzeźbi, do tego, że dziennikarze przeinaczają, a czasem piszą tak beznadziejne teksty, że trzeba je pisać na nowo. I tak wymienialiśmy się listami (tak, tradycyjną pocztą) na temat technicznych problemów, bo wciąż, niemota, szukałem odpowiedniego maca, ale jakoś oswajaliśmy się ze sobą. Nabrałem więc ochoty na to spotkanie, ale też się bałem. To, co Beksiński napisał o innych dziennikarzach, pokazało, że nie jest łatwy i że jest trochę dziwakiem.

 

No dobrze. Znalazłem się już w jego pracowni. To był właściwie mały pokój wyglądający jak studio nagrań. Płyty kompaktowe obudowywały wszystkie ściany (bo pracując, Beksiński słuchał muzyki). Izabella Bodnar napisała kiedyś, że jego pracownia jest rodzajem kabiny kosmicznej.

 

No dobrze. Więc Beksiński postawił przede mną mikrofon radiowy (takie odniosłem wrażenie) i nagrywał mnie dla swoich celów; ja postawiłem przed nim mały dyktafon i nagrywałem dla swoich. Podejrzewam, że kopia w jego archiwum, a pewnie gdzieś istnieje, jest o wiele lepszej jakości. W trakcie naszej rozmowy, zastanawiając się, czy to, co mówi, jest rodzajem autokreacji, próbowałem podejść artystę i skłonić do szczerości. Do dziś jednak nie rozgryzłem, jak było naprawdę. Siedziałem naprzeciwko. Starałem się patrzeć w oczy. Zastanawiałem się, kiedy prowokuje. A przecież prowokował. W naszym wywiadzie powiedział na przykład, że nie lubi lasu, że las jest do zaakceptowania wtedy, kiedy się wytnie te cholerne drzewa, wyleje asfalt i postawi dyskotekę i McDonalda. Tyle że podczas autoryzacji uznał, że to jednak za ostro. „Jeszcze mnie Zieloni obskoczą”. W autoryzowanej wersji (wyżej) wciąż nie lubi lasu, ale też nie postuluje dewastacji przyrody. To była chyba najbardziej widoczna różnica między wersją oryginalną a autoryzowaną. Przekleństwem polskiego prawa prasowego jest wymóg autoryzacji, bo pozwala on udzielającym wywiad kreować się na swój sposób. Trudno jest pokazać artystę tak, jak ja go widzę, i zrobić to tak, żeby był przekonany, że pokazał się tak, jak to kreował. To najtrudniejsza sztuka. Staram się iść w myśl tej zasady, ale nieczęsto to się udaje.

 

No dobrze. Cofam taśmę. Więc nagrywaliśmy siebie wzajemnie. Beksiński miał na tym punkcie fobię. Zresztą odniosłem wrażenie, że cały ulepiony jest z fobii. Jedzenie tylko w fast foodach (kilka razy spotkaliśmy się w jednym z nich na placu Konstytucji), zabezpieczanie swojego domu. Z roku na rok – a w pracowni artysty byłem przynajmniej kilka razy – mieszkanie zamieniało się w twierdzę.

 

Myślę, że ten strach (dzisiaj już wiemy, że absolutnie podświadomy i racjonalny) nasilał się po kolejnych ciosach, jakie uderzały w Beksińskiego, choć nie pokazywał po sobie słabości. Najpierw śmierć żony, która pozwalała mu żyć tak jak chce i była nieustannym wsparciem. Później samobójstwo syna, Tomasza, mieszkającego vis-à-vis. Samobójstwo, które syn zapowiedział swoim ostatnim felietonem. Wyjawił w nim, dlaczego uważa, że warto było żyć. Wstrząsający tekst na ten temat („Leży we mnie martwy anioł”) napisał Wojciech Tochman, w kilku miejscach cytując moją rozmowę z Beksińskim, w tym fragment dotyczący śmierci i strachu przed nią.

 

Nasza rozmowa miała kilkanaście stron i została dosyć emocjonalnie przyjęta przez czytelników. Mówiono, że to antywywiad, bo nie stawia Beksińskiego w dobrym świetle. Myślę jednak, że obaj dotknęliśmy prawdy.

 

Beksiński dał do zrozumienia, że w końcu publicznie powiedział, co myśli. Pozwolił też pozostać ze sobą w kontakcie, głównie mailowym. Zachowałem kilka e-maili, z czego jeden wyjątkowo dla mnie ważny.

 

Wysłano: 28 marca 2000 13:18   

Temat: wywiady   

Drogi Panie   

Cieszę się, bo ten przeprowadzony przez Pana wywiad ze mną uważam za jeden z istotniejszych. W powodzi banalnych wywiadów i artykułów na temat, które pojawiają się w rozmaitych miejscach, ale na szczęście giną potem w lawinie wydawnictw i periodyków, ten przeprowadzony przez Pana, dzięki pytaniom, jakie Pan postawił, pozwolił mi wypowiedzieć się w kilku istotnych dla mnie kwestiach. To, że się ludziom nie podobało, to obaj możemy mieć w nosie.   

 

Następnego dnia w odpowiedzi na mój list, w którym dzielę się problemami z dystrybucją mojej pierwszej poważnej książki „Rozum spokorniał” i się skarżę, że książka, choć o kulturze, z powodu słowa „rozum” w tytule leży w jednej z księgarń w dziale „podręczniki medyczne”, Beksiński napisał:

 

Temat: problemy ze zbytem   

Drogi Pani

Chyba pochopnie sądzi Pan, że tylko debiutanci mają problemy. Wszyscy mają. Jest po prostu NADMIAR. Podobno mamy ponad 2000 oficyn wydawniczych. Jesienią ukazał się mój album wydany przez wydawnictwo BoSz. Nie jest to oczywiście jakaś czołowa oficyna, ale drukuje w Słowenii i w Hongkongu, jakość więc jest więcej niż przyzwoita. Otóż dzwonią znajomi, że z trudem dostali ostatni egzemplarz lub że nie sposób tego dostać, lub pytając, gdzie to można dostać, a tymczasem w magazynie leży jeszcze połowa nakładu i w maju będę nawet podpisywać w Pałacu Kultury i Nauki, bo będzie rodzaj powtórnej promocji (pierwsza odbyła się na targach książki w Krakowie jesienią). Próbowałem rzecz reklamować w wywiadach radiowych, telewizyjnych i gazetowych, ale ten fragment tekstu z reguły wycinano. Poza tym: jeżeli w tytule jest „rozum”, a nie „seks i zbrodnia” lub „knowania rządzącej kliki”, lub „powiązania Kościoła z mafią”, to kogo rzecz może zainteresować? Występuję natomiast często w przedziwnych pismach, w których usiłują się zahaczyć i usprawiedliwić swoje istnienie historycy sztuki lub ludzie z wykształceniem humanistycznym. Ostatnio nawet w piśmie „Świat Mebli” ukazał się artykuł „Niekonwencjonalne widzenie krzesła w obrazach Beksińskiego”. Wypada tylko czekać, by miesięcznik „Rzeźnik” umieścił artykuł „Strugi krwi na obrazach Beksińskiego drogowskazem dla rzeźnika polskiego w drodze do Europy”. À propos „rozumu” i działu podręczników medycznych: gdy w latach 50. poszukiwałem wśród książek wycofanych „PROCESU” Kafki i prosiłem w bibliotece o przejrzenie piwnic, bibliotekarka cała szczęśliwa doniosła mojej matce, że znalazła dla mnie „Proces” i wcale nie jest wycofany. Pobiegłem do biblioteki, a tam czekało na mnie dzieło zatytułowane „Proces Doboszyńskiego”. Czyli nic nowego. Nie przestałem malować. Fotomontaż komputerowy robię równolegle z malowaniem. Od lat miałem na to ochotę. Tzn. na fotomontaż, a nie na komputery, ale tak jakoś się złożyło, że brak miejsca na ciemnię poszedł w parze z rozwojem komputerów i programów do grafiki rastrowej, no i od połowy 1997 roku wszedłem w to po uszy. Może najsilniej w 1998, bo nawet z pewną szkodą dla malarstwa, któremu poświęcałem o wiele mniej czasu. Teraz proporcje się już wyrównały.   

Pięknie pozdrawiam.   

Beksiński   

 

Tadeusz Nyczek napisał kilka lat temu: Obrazy Beksińskiego sprawiały wrażenie, jakby ważna w nich była właśnie tylko treść. Co paradoksalne, bo sam artysta uparcie powtarzał, że jest inaczej, że tak naprawdę także i jego najbardziej interesuje obraz, a nie anegdota. I bynajmniej nie rości sobie pretensji do przekazywania „urbi et orbi” żadnych specjalnych „treści”, „przesłań” i tak dalej.

 

Izabella Bodnar pisała w „Przekroju”: Wizje, jakie maluje, wymagają intymności. A maluje to, co najgłębiej ukryte, co nie ma żadnego związku z rzeczywistością. W całym malarstwie światowym nie ma bardziej poruszających obrazów na temat przemijania niż dzieła Zdzisława Beksińskiego. Jego sztuka hipnotyzuje.   

 

I może w tym tkwi cała tajemnica? Nie wiem.

 

Beksiński, wyrażając swoje opinie na temat sztuki, ale i na temat życia, godzi w tradycję i skanonizowane myślenie. Mnie po tej rozmowie jego twórczość fascynowała jeszcze bardziej. O jego biografii nie umiem już myśleć bez poruszenia.

 

Ciągle mam wrażenie, że wiedział więcej. Skąd jego fobia zabezpieczania mieszkania aż w takim stopniu? Skąd nieufność do ludzi?

 

Kiedy po śmierci Beksińskiego przeczytałem książkę Liliany Śnieg-Czaplewskiej „Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim” (PIW 2005), zrozumiałem, że wszystko wiedział, może nawet wcześniej niż jego zabójca. Pisze o swoim braku zaufania do rodziny, którą wpuścił do domu i która „pomaga” mu w różnych pracach. Pisze, że giną mu pieniądze. Chciałby się tych ludzi pozbyć, ale nie umie. Montuje sejf. Montuje kolejny zamek. Wymienia drzwi. Wstawia kraty. Staje się więźniem samego siebie. Tak wszyscy myślą. On jeden wie wcześniej. I nie będzie umiał się obronić.

 

Zdzisław Beksiński został zamordowany w swoim warszawskim mieszkaniu. Na ciele znaleziono kilkanaście ran kłutych.

Reklamy

„Goebbels w lustrze” (felieton) – Jerzy Urban, „NIE” nr 22 / 2019

grafika.jpg

Wybory do Sejmu przegrałem 30 lat temu. Nie będę więc świętował trzydziestolecia czwartego czerwca, pomimo to, że zarówno przegrana władz PRL, jak i moja własna okazały się korzystne. W rocznicę upadku rządu, którego byłem członkiem, zauważam, że moje nazwisko wciąż ozdabia dzisiejsze publikacje. Jestem nie do zdarcia.

Obóz rządzący określa mnie mianem Goebbelsa stanu wojennego. W tej roli Urban bywa mu potrzebny do ubłacania współczesnych polityków opozycji lub sprzyjających im dziennikarzy. Uzasadnienia mojego diabolizmu są jednak skromne.

Reżimowa prasa na ogól przywołuje dwie opinie, które niegdyś wyraziłem. Mianowicie, że ks. Popiełuszko odprawia seanse nienawiści wobec władz PRL i że rząd sam się wyżywi. Pierwsza moja opinia nabrała znaczenia potem, gdy celebrans został zamordowany, czego nie przewidywałem. Ta druga w połowie lat 80. połączyła we wspólnym oburzeniu konspirację i szerokie rzesze członków PZPR. Zakłamanie jest bowiem cnotą bytującą ponad podziałami. Pragnę dodać, że żaden z członków rządów Jaruzelskiego, potem Messnera, na koniec Rakowskiego nie umarł z głodu. O ile mi wiadomo.

Nr 19 tygodnika „Polityka” podaje, że według badań CBOS, z maja 1986 r., tylko 21 procent społeczeństwa było zdania, że jako rzecznik podaję zupełnie nieprawdziwe informacje, a „Dziennik Telewizyjny” cieszył się dwukrotnie wyższą nieufnością. Nie dziwota. Każdy jest od kogoś lepszy, np. dr Goebbels od Himmlera. Bardziej dla mnie dolegliwe są oceny Urbana zawarte w dzisiejszych publikacjach spadkobierców „Solidarności” opozycyjnych wobec PiS. Ich czytelnik może odnieść wrażenie, że byłem zdrajcą Polski Ludowej. Rzecz w mojej odmienności od współtowarzyszy.

W latach 80. przywódcy PRL, od generała Jaruzelskiego poczynając, na lokalnych kacykach kończąc, publicznie prezentowali się jako gołębie unoszące porozumienie na skrzydłach. Za zamkniętymi drzwiami zaś odrabiali to, przemieniając się w jastrzębie. Oczywiście powyższa opinia stanowi uproszczenie. Ja na odwrót – w publicznych występach byłem drapieżnikiem, a w prawdziwym systemie władzy pojednawcą popierającym liberalizowanie ustroju. Na potrzeby politycznych analfabetów dodam, że aby być skutecznym podpowiadaczem reform prowadzących stopniowo w kierunku demokracji, trzeba było w publicznych wystąpieniach jebać wroga. Inaczej w oczach politycznej bazy partii i rządu byłbym zgniłym pojednawcą. Straciłbym zaufanie partii, a więc i posadę.

Przy tym jednak publicznie sprawowana rola pogromcy opozycji nie odbiegała od moich przekonań. Z biegiem lat 80. ujemne poglądy jądra władzy na ustrój PRL zbliżały się do przekonań opozycji. Postanowienia Okrągłego Stołu były właśnie przejawem zbliżenia myśli. Siedział wewnątrz nas już wtedy Balcerowicz, chociaż nikt nie znał jeszcze jego nazwiska. Nie dzieliło nas zbytnio wyobrażenie o tym, jaki ustrój ma mieć przyszła Polska, lecz tylko to, kiedy ta przyszłość ma nadejść. Głównym jednak przedmiotem sporu było to, kto ma stopniowo prowadzić kraj ku demokracji. My uważaliśmy, że my, a oni, że oni. Przy tym racja była po ich stronie.

W książce „Psychologia Okrągłego Stołu” prof. Mirosław Kofta pisze, że wraz z dostojnymi wspólnikami, ministrami Cioskiem i Pożogą, pisałem w 1988 r. do generała Jaruzelskiego, że reformy się nie udają, a władza traci społeczne zaufanie. Obecna ekipa upadnie i jest nie do uratowania. Odwlekanie przesilenia o rok nic nie da. Zostaniemy zmieceni przez historię. Trzeba z opozycją podzielić się władzą. Im wcześniej, tym lepiej. Przytoczony tekst, przechowywany w państwowym archiwum, wskazuje, że czyniłem to, co każdy agent wpływu – rozsiewałem defetyzm. I to paraliżujący sam szczyt władzy. Byłem więc zdrajcą, a przynajmniej, jak określiłby to towarzysz Stalin, obiektywnie nim byłem, chociaż niekoniecznie świadomie, czyli subiektywnie.

Moją zdradzieckość miejscami sugeruje także prof. Andrzej Friszke w książce „Sprawa jedenastu” o uwięzieniu niektórych przywódców „Solidarności” i Komitetu Obrony Robotników (KOR). Na str. 420 profesor podaje, że w październiku 1983 r. Rakowski zapisał w dzienniku: „Jurek Urban napisał interesującą notatkę, w której wypowiedział się przeciwko procesowi. WJ(aruzelski) uważa, że argumenty, których użył Jurek, są nie do odrzucenia. Przesłał notatkę Kiszczakowi”. Chodziło o zamiar sądzenia jedenastu przywódców opozycji i o trzymanie ich w więzieniach.

Przed zarzutem osłabiania woli władzy najwyższej, aby osądzić choćby garstkę wrogów politycznych policzalnych na palcach dwóch rąk, pod warunkiem że jedna dłoń jest sześciopalczasta, uchronił mnie Adam Michnik. Ponieważ ogłosiłem wówczas zamiar władz i Kościoła, aby tych jedenastu na 2 lata zesłać na Riwierę Francuską, Adam napisał, że od tej chwili traktuje moje wypowiedzi jako humoreski. I dodał, że trzeba być świnią, aby będąc więziennym nadzorcą, proponować Lazurowe Wybrzeże człowiekowi uwięzionemu od dwóch lat. Nazwanie mnie świnią poprawiło moją reputację w aparacie partyjnym i państwowym. Dziś PiS powiada, że jestem więcej niż świnią, gdyż cechuje mnie panświnizm. Nie brzmi to dobrze dla mnie w epoce pomoru trzody chlewnej.

Prof. Friszke w swojej książce także mocno mnie przecenił. „Urban mówił językiem potocznym, unikał ideologii, odwoływał się do twardego realizmu, ale i do cynizmu, czasem drwił w żywe oczy, zwłaszcza gdy mówił o »Solidarności« i Lechu Wałęsie. Potrafił uzasadniać każde świństwo i każdą nieprawdę, odwracać sens zdarzeń. Jego konferencje były swego rodzaju teatrem. Transmitowanym w telewizji, zasadniczo ważnym kanałem propagandowym”. Profesor chwali też moją mowę w Paryżu do prasy francuskiej.

Prof. Friszke dostrzega więc we mnie świnię o ogromnych talentach. Wbrew tej opinii siebie byłego oceniam jako kretyna. Oto dowód. Gdy w 1983 r. pan papież Wojtyła wybierał się na drugą wycieczkę do Polski, chodziłem po decydentach z następującym projektem załatwienia przybysza. Dawajmy od świtu do nocy w telewizji wyłącznie obrazki i dźwięk z podróży papieża, niczego poza tym, nawet dobranocki. Jeżeli zaś w pewnych porach nie będzie go przed kamerą, puszczajmy powtórki. Zanudzimy papieżem i obrzydzimy jego widok. Nie doceniałem ówczesnej pobożności narodu, tej samej, która teraz pryska.

Dr Paweł Kowal w dziele „Koniec systemu władzy” napisał zaś, że po mistrzowsku potrafiłem wybrać sprawę, prowadzić ją oraz rozegrać propagandowo. Z całym szacunkiem dla Kowala to gówno prawda. Czego dowodem nasza przegrana w wyborach w 1989 r. Przecenia mnie teraz także PiS, poprzez nazwanie Goebbelsem. W 1986 r. według badania przez CBOS opinii publicznej o mnie miałem 35 proc. sympatii, a tylko 45 proc. antypatii.

W dobrych latach III Rzeszy dr Joseph Goebbels na pewno miał 90 proc. sympatii (tylko nikt w Niemczech badań opinii nie prowadził). Mógł mieć mniejszą niż ja wiarygodność dopiero w okresie upadku hitlerowskiego systemu władzy. Ale też nasz upadek lżejszy był od tamtego, bo za mało mieliśmy trupów za paznokciami, żeby antykomunistom udała się Norymberga.

Antypis potępia wieszanie na szubienicach portretów swoich polityków. Ja jednak jako były polityk mam intuicję, że lepiej dyndać jako fotografia niż osobiście. I w ten pierwszy właśnie sposób chciałbym wisieć.

Halina Birenbaum: Szukałam go po wojnie, ale już nie żył. Wrócił do domu, zaczął jeść, żołądek nie wytrzymał (wywiad) „Wysokie Obcasy” nr 21 / 2019

To nie deszcz, to ludzie. Halina Birenbaum w rozmowie z Moniką Tutak-Goll.jpg

Chcesz wiedzieć, czym jest dla mnie miłość?

Bardzo.

To muszę opowiedzieć ci o wędzonej rybie.

O czym?

Kiedy powstawało państwo Izrael, na samym początku brakowało wielu produktów. Na wszystko był przydział. Oboje z Henrykiem, moim mężem, bardzo lubiliśmy wędzoną rybę. Ale ciężko było ją zdobyć. Kiedy udało mi się kupić mały kawałek, dawałam go Henrykowi, żeby miał na kanapki do pracy. Ale on nie zjadał wszystkiego. Zawsze przynosił mi połowę. „Nie dałem rady”, mówił. Ale ja wiedziałam, że dałby radę, że pewnie nawet i chciał, ale wolał, bym i ja zjadła choć kawałeczek. I to nie było wcale mniej, niż powiedzieć sto razy „kocham cię”. Henryk zawsze bardziej okazywał uczucia, ja o nich więcej mówiłam. Mówię do tej pory.

Nawet kiedy opowiadasz o Zagładzie, zawsze mówisz o miłości.

Nie można mówić o Holocauście i nie mówić o życiu, o miłości. Dlatego moje wspomnienia różnią się od innych. Byłam kiedyś w poprawczaku w Polsce, w Łagiewnikach, prowadziły go siostry zakonne. Miałam mówić do zbuntowanych dziewczyn, to była butna grupa. Porwały obraz Jezusa na kawałki, zakonnice sobie z nimi nie radziły. Myślałam: o czym ja tu będę opowiadać? Usiedliśmy w sali. Zaczęłam od tego, że jak mnie wzięli do Auschwitz, postanowiłam nigdy nie brać chleba od mężczyzny: mógłby oczekiwać czegoś w zamian. Może zechciałby mnie pocałować? „Słuchajcie, ja myślałam, że jak chłopak mnie pocałuje, to od razu urodzę dziecko! Wolałam nieludzki głód obozowy, niż rodzić!” Zaczęły się śmiać, już siedziały zasłuchane. Opowiedziałam im o Abramie, mojej miłości z Auschwitz. Gdy skończyłam, odprowadzały mnie pod rękę, tuliły, całowały. Zrozumiały mnie lepiej niż inni. One też nie zaznały w życiu ciepła, same nie miały lekko. Zakonnice nie mogły uwierzyć. „Jak ty je do siebie przekonałaś?”, pytały. Opowieścią o miłości.

Abram to twoja pierwsza miłość?

Tak. Miałam wtedy 15 lat, już dwa lata byłam więźniarką w Auschwitz. 1 stycznia 1945 roku, w Nowy Rok, nie musiałyśmy pracować. Było tak pięknie – śnieg, słońce i „wolny” dzień. Już hitlerowcy palili dokumenty, już wiedziałyśmy, że zaraz koniec. Razem z moją przyjaciółką Róźką postanowiłyśmy przedostać się pod obóz obok, żeby wywołać naszą koleżankę Celinę. Poszłyśmy pod siatkę. Wołam: „Celina! Celina!”. Nic. Wołam jeszcze raz. I nagle czuję ogromny ból w plecach. Strzelił do nas strażnik z wieży. Trafił mnie. Teraz, pod sam koniec, kiedy jest po wszystkim, mam umrzeć? Wstawałam i padałam, wydawało mi się, że biegnę. Doczłapałam do bloku szpitalnego. Róźka zaczęła błagać, żeby ktoś do mnie doszedł, nogi całowała blokowej, żeby coś zrobiła. Trafiłam do szpitala, do obozu męskiego. Nie wiem, dlaczego chcieli mnie ratować. Nie pytaj o to. Byli tacy, którzy do ciebie strzelali, i tacy, którzy darowali życie. Kapo wprowadził mnie do baraku. Widzę, że w pokoju siedzi jakiś sanitariusz. Ma dobrą twarz, niebieskie oczy i pyta mnie po niemiecku, co się stało. Odpowiadam, też po niemiecku. Już po akcencie wiedział, że jestem Polką. Zaczął po polsku: „Skąd jesteś? Jak tu trafiłaś?”. Zapytałam: „A ty skąd pochodzisz?”. Powiedział, że ma 24 lata, jest więźniem politycznym. On mi się bardzo spodobał.

To był Abram.

Abram Radzicki. Widziałam, że też mu się podobam. Zapisał moje dane, powiedział: „Zaraz przyjdzie lekarka, Rosjanka, nie bój się jej”. Przyszła, zbadała mnie, powiedziała, że kulę trzeba usunąć, a potem zrobić jeszcze jedną operację, bo mam przerwany nerw. Myślę: Boże, dwie operacje, w Auschwitz! Spytałam: „A będę mogła tą ręką ruszać?”. Ona na to: „Potrzebne będą masaże, lampy, rehabilitacje”. Śmiać mi się chciało i płakać. Jakie rehabilitacje, gdzie, w Auschwitz?

Położyłam się na pryczy, Abram popatrzył na mnie, powiedział: „Będzie dobrze”, i wyszedł. Miałam bóle, gorączkę, ciężką noc. Następnego dnia przyszedł do mnie Samek, przyjaciel Abrama, obozowy fryzjer. Podszedł do mnie, dotknął moich włosów. Zaczął ciężko oddychać, głaskać mnie po głowie. Poczułam obrzydzenie. Przyszedł później drugi raz, przyniósł mi zupę. Nie wzięłam. Przysuwał się do mnie, a ja się coraz bardziej odsuwałam. Bardzo się go bałam. Abram to widział, zajął go rozmową. Ale ze mną już nie rozmawiał. Odwracał głowę i nawet „dzień dobry” nie powiedział. Nic.

Bolało cię to?

I to jak! Rozmawiał z chorymi, rozmawiał z siostrami, podchodził do ludzi, a mnie ignorował. Nie mogłam zrozumieć, co się tutaj dzieje. Dlaczego? Byłam zła na siebie, że się tym przejmuję. Co mnie teraz obchodzi jakiś chłopak, który zapisał mnie do szpitala, popatrzył na mnie i powiedział przyjemne słowo? Ale on mi się podobał. Bo było w nim życie – energia, młodość, zdrowie. To życie mi się podobało. Jedna z pielęgniarek powiedziała do niego: „Co ty tak wszystkim mówisz »dzień dobry«, a do niej słowem się nie odezwiesz?”.

Co odpowiedział?

„A co, ja muszę z każdą pacjentką rozmawiać?”

Przykre.

To by było przykre nawet wtedy, gdyby mi się nie podobał. Następnego dnia wzięli mnie na operację, bez znieczulenia. Wyjęli kulę, przenieśli mnie na pryczę. Byłam samotna, rozgorączkowana, głodna. Nagle patrzę: Abram. Gdy się zbliżał, zamknęłam oczy, żeby nie rozczarować się, kiedy minie moje łóżko. Stanął przede mną.

Otworzyłaś oczy?

A skąd, udawałam, że śpię. Zapytał, czy bardzo mnie boli. Nie odpowiedziałam. Byłam wściekła. Przecież wcześniej udawał, że mnie nie zna. „Nie chcesz ze mną rozmawiać?”, słyszę. „Nie muszę rozmawiać z każdym sanitariuszem”, odburknęłam. Usiadł koło mnie, wziął za rękę i wyjął z kieszeni małe zawiniątko. W środku była kula. Powiedział: „Ja to zabieram na pamiątkę. Ta kula przyniosła ci tyle cierpienia, ale mnie przyniosła ciebie”. I dodał: „Jest coś między nami, starałem się ciebie omijać, bo tu nie miejsce na to”. Od tego dnia przychodził codziennie. Dawał wody, przyniósł kawałek pachnącego mydła i ręcznik, tego nie widziałam w obozie całe lata. Któregoś dnia pomógł mi się umyć i przyniósł jedzenie.

A ty nie bierzesz jedzenia od mężczyzny.

Powiedziałam: „Nie, tak nie będzie”. Wiedziałam, że to, co do niego czuję, nie ma nic wspólnego z moim głodem. Powiedziałam: „Nie będziesz mnie tu karmił. Miłość i jedzenie w obozie, kiedy wokół ludzie umierają z głodu, nie bardzo idą w parze”. Rozmawiamy, mija godzina za godziną i nagle milczenie. Pytam: „Co się tak wpatrujesz we mnie?”. „Bo mi się podobasz”. Zapytałam: „Czemu nie przychodziłeś, czemu udawałeś, że mnie nie znasz?”. Nachylił się nade mną.

Pocałował cię?

Chciałam tego pocałunku. Kiedy się ode mnie oderwał, zatkało mnie: „Co ja zrobiłam? Jaki to wstyd! Co by moja mama teraz powiedziała? I te wszystkie osoby, które się tak o mnie troszczyły, żebym przeżyła w tym miejscu, w którym całuję się teraz z chłopakiem!”. Powiedział, że mnie kocha, że po wojnie się pobierzemy. Ale nasza miłość nie trwała długo. Pewnej nocy wpadł do mnie się pożegnać. „Jest transport, zabierają mnie. Nie wiem, czy cię kiedyś zobaczę. Powtórz ten adres, nie zapomnij go: »Krośniewice, Kościuszkowska 8«”. Widziałam go wtedy ostatni raz. Poszłam potem w Marszu Śmierci, więzili mnie w Ravensbrück, w Neustadt-Glewe. Wszędzie myślałam o Abramie. To, że go jeszcze spotkam, dodawało mi sił.

Spotkałaś go jeszcze kiedyś?

Pojechałam po wyzwoleniu do Krośniewic. Pomyślałam: najgorsze, co mnie spotka, to jeśli będzie miał żonę. Odnalazłam brata Abrama. Powiedział: „Abram nie żyje”. Zmarł dwa tygodnie po wyzwoleniu. Wrócił do domu, zaczął jeść, żołądek nie wytrzymał, wcześniej przecież głównie głodował. Przeżyłam getto, cztery obozy, ale myślałam, że tej wiadomości nie przeżyję. Bardzo mi go brakowało, zwłaszcza po wojnie. Odnalazłam mojego brata, ale czułam się samotna.

Czemu?

Życie z moim bratem Markiem i jego żoną Janką nie układało się. Bratowa mnie nie lubiła. Była zazdrosna o każdą chwilę, którą Marek mi poświęcał. Marek wytykał mi, że utyłam. Tak, utyłam, bo marzyłam, żeby po obozie zjadać cały bochenek chleba na śniadanie. Ja wtedy przestałam myśleć o obozie, o tym wszystkim, co przeszłam w Auschwitz. Myślałam tylko o tym, że nie będę mogła wyjść za mąż, że mnie nikt nie zechce. I o tym, co by było, gdyby żył Abram, dla którego byłam najpiękniejsza.

Brat wszystko chciał we mnie poprawiać. Gdy przychodzili do niego znajomi, kazał mi ich witać. „Czemu ty jesteś jak mruk?” A co mnie obchodzili obcy ludzie? Ja miałam dość ludzi, tę ciasnotę wszędzie, jak każdy obcy przyjdzie, to muszę mu powiedzieć: „Jak się masz?”. Ja przeżyłam Zagładę, a on mnie chciał uczyć dobrych manier. Chciał dobrze, ale ja nie mogłam inaczej. Ja miałam w sobie dwa lata Auschwitz, Marsz Śmierci, ja już nie byłam dzieckiem, które on chciał wychowywać. Chciałam mieć kogoś bliskiego. Wstąpiłam do kibucu Haszomer Hacair. Tam poznałam Adama. Zakochałam się, ruszyliśmy w drogę do Izraela. Po drodze poznałam Henryka, szedł z innym kibucem.

Zwróciłaś na niego uwagę?

Wtedy jeszcze nie, byłam przecież z Adamem, Henryk niewiele mnie obchodził. Zresztą my wszyscy żyliśmy wtedy tylko tym, że jedziemy budować swoje państwo. Nasza droga do Izraela trwała długo, musieliśmy spędzić np. rok w Niemczech. Mojemu bratu Markowi bardzo się to nie podobało. Wymyślił, że pojadę do Paryża do jego przyjaciółki, chciał, bym się uczyła. Pytałam Adama, co o tym sądzi. Powiedział: „Słuchaj brata”. Nie zależało mu na mnie widocznie. Wyjechałam, w Paryżu wytrzymałam kilka miesięcy. Wróciłam do mojej grupy, do kibucu. Myślałam, że Adam będzie szczęśliwy. Idę do nich, patrzę, ktoś biegnie na moje powitanie: Henryk. Złapał mnie, przycisnął do siebie, uściskał. Jakby na mnie czekał.

A Adam?

Bez entuzjazmu. „Wróciłaś?”, zdziwił się. Miał nadzieję, że go ściągnę do Francji, bo w kibucu była nędza, bieda, brud. Był rozczarowany. Wcale nie chciał jechać do Palestyny. Liczył, że ustawimy się we dwójkę w Paryżu. Wróciłam jak wielka pani: buty na obcasach, fryzura – jak z francuskiego wybiegu. Dziewczyny śmiały się ze mnie: „W tych butach będziesz zbierała kartofle?”. Przyjechałam taka modna! One się czesały i ubierały jak w ’39 roku. I nie mogły zrozumieć: „Byłaś już w Paryżu i wracasz do czegoś takiego?”.

Adam rozdawał wodę kolońską, którą przywiozłam z Paryża. Dziewczyny i chłopcy go obskoczyli, to mu się podobało. Byłam rozczarowana jego reakcją. Myślałam, że będzie na mnie czekał. Zaczęłam spędzać czas z Henrykiem, mieliśmy wspólne tematy. Pochodził z Warszawy jak ja, mieszkał na Starym Mieście. Stracił wszystkich. Wojnę przeżył w Rosji, uciekł tam z bratem na początku ’40 roku. Po paru miesiącach ich matka napisała, żeby wracali, że tęskni, że życie w Warszawie już się jakoś układa. Bolek postanowił wrócić, Henryk został. Już nigdy nie zobaczył brata i rodziców.

Henryk wrócił po wojnie do Warszawy?

Nikogo nie odnalazł, zobaczył dom zmieciony z ziemi, zburzone Stare Miasto, wstąpił do kibucu. Całe życie ogromnie tęsknił za matką. Zawsze mówił, bym opowiadała też jego historię, bym ją splatała ze swoją. Pod koniec życia, kiedy był bardzo chory, znalazł jakiś album ze zdjęciami z getta, na jednym była kobieta, która nalewa gorącej herbaty na ulicy i rozdaje innym w getcie. Wmówił sobie, że to jego matka. „O, popatrz, Halina, matka miała właśnie taki szal”, mówił. To na pewno nie była jego matka, jej przedwojenne zdjęcie ocalało, wiem, jak wyglądała. Ale on bardzo chciał zobaczyć ją jeszcze raz wtedy, w czasie wojny, żywą. Kazał mi powiesić zdjęcie tej obcej kobiety wśród rodzinnych fotografii. Powiesiłam, jest z nami. Bardzo chciał mieć jakąś historię z nimi związaną, bo ja nieustannie opowiadałam o getcie i moich rodzicach.

Kiedy poczułaś, że Henryk obchodzi cię bardziej?

Jak już wybuchła pierwsza wojna w Izraelu, w 1948 roku. Zdecydowano, że dwóch chłopców z naszego kibucu ma pójść na wojnę. Nikt nie chciał. Jeden z grupy powiedział: „Niech idzie ten, który jeszcze nie jest z nikim związany!”. Zgłosił się Henryk. Pomyślałam: do cholery, dlaczego on? Kiedy wrócił, dał mi książki francuskie, znalazł w jakimś magazynie. „Trzymaj, żebyś nie zapomniała języka”, powiedział. Inni brali cenne rzeczy, koszule, spodnie, to, co zostało po Anglikach. A on dla mnie książki. Już mu na mnie zależało. Za to ja traktowałam go jak przyjaciela. Zaczęło mi się psuć z Adamem. Kłóciliśmy się. Byłam w nim jednak zakochana. Chciałam, żebyśmy się pobrali, wychodziłam sobie to u niego. Traktował mnie coraz gorzej. Odzywał się okropnie, wieczorami znikał. Henryk zawsze był przy mnie: we wszystkim mi pomagał, robił ze mną zakupy, wieszał pranie, kiedy mógł, odciążał. Adam najczęściej grał z chłopakami w karty. Był dla mnie opryskliwy, niemiły. Potem okazało się też, że mnie zdradzał. Kiedy wzięli Adama do wojska, ja i Henryk zaczęliśmy się do siebie zbliżać. Kiedyś musiałam wziąć miseczkę z kredensu, który stał w przedpokoju w mieszkaniu, które wynajmowaliśmy większą grupą. Stał tam też Henryk. Nie dało się go wyminąć, korytarz bardzo ciasny. Otarliśmy się o siebie, zrobiło mi się gorąco. Ciągle czułam jego dotyk, jego zapach. Wiedziałam, że on też to poczuł.

Zakochiwałaś się.

Tak, ale miałam męża! Pewnego dnia Henryk pocałował mnie, a potem zaczęło być między nami goręcej. Kiedyś poszliśmy razem do kina, na „Łuk triumfalny”, lał deszcz, a potem spadł nawet śnieg. Wracaliśmy w biegu, przemarzliśmy. W domu wpakowałam się pod kołdrę, Henryk zrobił herbatę, usiadł obok. I to już był koniec z Adamem. Już wiedziałam, że nie mogę bez Heńka żyć. Ale miałam wielkie wątpliwości, nie wiedziałam, co robić. Jona, znajoma, doradziła mi wtedy: „Dziewczyno, ty masz dopiero 20 lat! Czy ty naprawdę chcesz spędzić życie z tym, którego już nie kochasz? Jak on cię w ogóle traktuje? Daj spokój, rozwiedź się z nim!”. Łatwo powiedzieć – czy wiesz, co oznaczał wtedy rozwód w Izraelu?

Mogę się domyślać.

Jeśli mąż się nie zgodził, kobieta nie mogła się rozwieść. Adam zgodził się na rozwód, ale za pieniądze. A to, co przeszłam w rabinacie, było upokarzające.

Jak to wyglądało?

Rabinat uznał, że byłam przyczyną rozpadu małżeństwa, bo związałam się z innym. To, że Adam mnie zdradzał, bił, poniżał, było dla nich nieważne. Wierzono wyłącznie mężczyźnie. Jak ci rabini na mnie krzyczeli! Owinęli mnie w kawał ciemnobrązowego materiału, cuchnął pleśnią. Wołali: „Hańba! Hańba! Wstyd!”. Musieliśmy mieć dziesięciu świadków – mężczyzn. To byli obcy ludzie, zgarnięci przypadkowo z ulicy. Ale mieli swoją wartość, bo byli mężczyznami. Moje przyjaciółki, które powiedziałyby prawdę, jak byłam traktowana, nie liczyły się dla nich. Kobieta nie miała prawa głosu. Rzucili mi na ręce papier rozwodowy – żeby mnie nie dotknąć, bo byłam skalana – pokrzyczeli jeszcze „hańba” i tak to się skończyło.

Jak się wtedy czułaś?

Szczerze? Gwizdałam na nich. Dlaczego miałabym tłumaczyć się przed kimś, że kocham innego i chcę z nim spędzić życie? Byłam szczęśliwa, że mogę być już z Henrykiem. Czekał na mnie pod rabinatem cały w nerwach.

Z kwiatami, w garniturze?

A skąd! W spodniach roboczych upapranych cementem, bo robił wylewkę w naszym nowym domu. Wiele razem przeszliśmy: lata mieszkania w namiotach, barakach, w kibucach, we wsi kooperatywnej. Wojny, narodziny synów, wnuków, podróże do Polski. Wszystko zawsze razem. Nawet kiedy było ciężko, trudno, on zawsze chciał, bym czuła się jak królowa. Kiedyś podobał mi się bardzo drogi pierścionek z błękitnym kamieniem – aqua marina. Przechodziłam codziennie koło wystawy, żeby sobie na niego popatrzeć. Cena była taka, że mogłam pomarzyć. Raz zatrzymałam się pod tą wystawą z Henrykiem. Spojrzał na mnie i powiedział: „Jest twój, spłacimy”.

Twój syn Yakov powiedział mi, że Henryk był gotowy zrobić dla ciebie wszystko, zawsze się z tobą zgadzał, kochał się w tobie od pierwszej chwili, kiedy cię zobaczył. Był zapatrzony w ciebie i uważał, że wszystko, co mówisz, nie podlega dyskusji. Yakov uważa, że to ty byłaś głową rodziny, nie Henryk.

Tak, ale to nie ja wychodziłam z domu do pracy, nie ja zarabiałam na rodzinę. Ja byłam tą, która podawała tę kawę, tę jajecznicę, zmywała talerze. Ze wszystkim zostawałam sama: z wychowaniem, z domem, rachunkami, decyzjami. Henryk albo w pracy, albo w wojsku. Nie chodziłam do kina z koleżankami, bo nie chciałam, by on też wychodził z kimś innym niż ja. Bałam się, że kogoś pozna.

Byłaś zazdrosna?

Bardzo. Przystojny, podobał się kobietom. On niby tego nie widział, ale bardzo ładnie to widział. Nie miałam powodów do zazdrości, ale ja nie paliłam papierosów, nie piłam wina i kiedy przychodzili do nas goście, znajomi, mężczyźni i kobiety, to on już miał swoją rolę. On już jakiejś dał papierosa, zapalił zapałkę, oni już mieli coś wspólnego ze sobą, a ja czułam się zbędna. Moje czytelniczki znały go z mojej drugiej książki – „Powrotu do ziemi praojców”. Zakochiwały się w nim. Otaczały go, podawał im palto, mnie już nie miał kto palta podać. Mówiłam mu potem: „Zobacz, jak cię dobrze opisałam!”. Szykowaliśmy się kiedyś na jakiś ślub, wymyślałam, w co się ubiorę, przygotowywałam sukienkę, prasowałam, przychodzimy na wesele, a on już podaje jednej papierosa, już podaje zapałkę, już wychodzi z nią tańczyć, bo ona prosi, a on jej nie odmówi. Myślałam wtedy: to po co ja się tak ubierałam, przecież to wszystko takie niepotrzebne! I wieczorami kłóciłam się z nim, nieraz do rana. „Przecież nic złego nie zrobiłem!”, krzyczał.

Chciał być w porządku wobec innych.

To wcale nie było w porządku. Kiedyś przyjechały do nas dwie panie z Polski, Henryk przyniósł kieliszki do wina. Wszystkim postawił, a o mnie zapomniał. To było takie polskie: że gość jest ważniejszy niż swój. Że dla gościa przyniesie to krzesło, ten kieliszek, a dla mnie już nie trzeba. Był we mnie ogromny żal. Myślałam, że mnie ignoruje, że w takich sytuacjach interesuje go ktoś inny. Pod koniec życia, kiedy Henryk był już naprawdę stary i schorowany, mówił moimi słowami z wtedy. Jaki on był zazdrosny! Podejrzewał, że kogoś mam, że wychodzę na spotkania z mężczyznami, że się z nim nie liczę. Że tylko siedzę i piszę na Facebooku, nie słucham, co do mnie mówi. Kiedyś mówiłam: „Ty siedzisz tylko przed telewizorem!”, a potem on do mnie: „Ty ciągle w komputerze, nie zwracasz na mnie uwagi!”. Teraz ja miałam piekło. Musiał mnie wcześniej dobrze słuchać, bo tymi samymi słowami do mnie mówił.

Kłóciliśmy się, ale kochaliśmy przez całe życie bardzo mocno. Czego brakowało u niego, było u mnie. On nieśmiały, ja gadatliwa. On opanowany, ja wybuchowa. Nie obrażał się nigdy. Nawet gdy robiłam wymówki. Wykrzyczałam się, napłakałam, wycałowaliśmy się i rano było dobrze. Bardzo mi go teraz brakuje. Był ogromnym wsparciem. Dzięki niemu napisałam książkę „Nadzieja umiera ostatnia”. To on mi powiedział, kiedy słuchaliśmy procesu Eichmanna: „Siadaj i pisz. Ty to wszystko opowiadasz inaczej”.

Kiedy zmarł?

Półtora roku temu. Ale jego życie częściowo skończyło się już osiem lat temu.

Opowiedz o tym, proszę.

To była 8 rano, 27 stycznia. Mieliśmy pójść na zakupy. Henryk powiedział: „Wiesz co, to ja wyrzucę tylko gazety i możemy ruszać”. Pojemnik stał po drugiej stronie ulicy. Powiedziałam: „Dobrze, to jeszcze napiszę jeden mail”. Piszę, piszę jeszcze jeden, mogę napisać trzeci, a Henryk nie wraca, nie ma go. Co się dzieje? Jak długo się gazety wyrzuca? Może spotkał kogoś? Wychodzę na ulicę, widzę policję. Nie ma Henryka. Policjant podchodzi do mnie i mówi, że był wypadek, Henryka potrącił samochód. Zabrała go karetka, jadą na sygnale do szpitala. Pomyślałam: znów straciłam wszystko, znów zostanę sama, znowu przyszła śmierć. Popędziłam do szpitala. Henryk był cały połamany, wstrząs mózgu.

Pierwsze miesiące to nieustanna walka, by go wyratować. Mówiłam do niego: „Wracaj, potrzebujemy cię”. Udało się ocalić życie, ale Henryk nie mógł chodzić. Spędził w szpitalu siedem miesięcy. Bywałam tam całymi dniami. Wracałam do domu na parę godzin, od razu wstawiałam pranie, a o 8 rano wołałam taksówkę, by siedzieć przy szpitalnym łóżku. Wychodziłam, a on pytał: „Już odchodzisz?”. Serce mi pękało. Wrócił do domu nieszczęśliwy.

Co to znaczy?

Nie mógł chodzić. Dla osoby, która jeździła tyle po świecie – bo Henryk jeździł ze mną na spotkania, latał do Polski, do brata do Stanów – to była niewyobrażalna tragedia. Stał się trudny, ciężko było do niego dotrzeć. Henryk nie mógł już podróżować, bardzo źle znosił moje wyjazdy. Tracił pamięć, powiedział kiedyś do mnie: „Proszę mnie zabrać do mojej żony Haliny, mieszka w Herclijji, mówi po polsku i nie wie, gdzie ja jestem, chcę wrócić do domu. Pójdę się ubrać, muszę iść już na autobus”. „Chaim, przecież to jestem ja, Halina, jesteś w domu”. Chciałam ściany drapać z bezradności.

Spędzałam całe dnie i noce na opiece. Budził się o 2 w nocy i mówił, że już dzień, trzeba wstawać. Musiałam go przekonywać, by z powrotem zasnął. Prosił, bym otworzyła okno, bo gorąco, a za chwilę: „Ty chcesz mnie wykończyć? Przecież w pokoju jest za zimno!”. Byłam na granicy obłędu. Kochałam go, mnie go było potwornie żal. Ale były chwile, że nawet w tej chorobie śmialiśmy się razem, włączaliśmy na YouTubie kabarety, filmy, przedstawienia. Te piosenki, filmy ratowały mu samopoczucie. Włączałam na YouTubie „Trzy siostry”, „Majstra Griszę”, żeby chociaż na chwilę odetchnąć, odpocząć, zająć Henryka, coś napisać. A potem wpadałam w poczucie winy: na cholerę ja potrzebowałam pisać, zamiast posiedzieć z Henrykiem! On zawsze był przy mnie.

Raz spróbował wstać o własnych siłach z łóżka, upadł, chciałam go podtrzymać i też upadłam. Runęliśmy razem na podłogę. I wtedy pomyślałam: jakbyśmy umarli teraz oboje, razem – tego właśnie bym dla nas chciała. Było mi bardzo ciężko, ale on jeszcze był, jeszcze rozmawialiśmy, jeszcze były jego koszule, jego zapach. Rok temu odszedł, w szpitalu. Był już ciężko schorowany. Kiedy tam trafił, jeszcze miałam nadzieję. Jeszcze nie dopuszczałam myśli, że odejdzie. Bardzo chciałam, by usłyszał kłamstwo.

Kłamstwo?

Kłamstwo medyczne. Liczyłam, że wejdzie lekarz, pielęgniarka i powiedzą do niego: „Wszystko będzie dobrze”, chociaż nie miało prawa być lepiej. Ale słowa tak wiele znaczą! Przychodziła do nas lekarka i mówiła: „Niestety, będzie ci tylko gorzej”. Jak można coś takiego powiedzieć schorowanemu człowiekowi? Powiedz, że będzie lepiej, pociesz go, daj temu człowiekowi chociaż godzinę dobrą, zanim umrze, bo on jeszcze rozumie, co do niego mówisz! Po co ma znać prawdę, że będzie gorzej, skoro już ma takie bóle, że się zwija na łóżku? Ja kłamałam. Mówiłam, że wyjdzie z tego, że są środki przeciwbólowe, zaraz podadzą mu morfinę, że przejdzie. Czasem trzeba zrozumieć, powiedzieć to, co drugi człowiek chce usłyszeć. Żeby mu choć na chwilę pomóc.

Jak teraz wygląda twoje życie bez Henryka?

Piszę o nim wiersze, myślę o nim, wspominamy go z dziećmi, wnukami. Codziennie dokarmiam koty, które jak ja bardzo kochał. Był wrażliwy, miał wielkie serce. A ja wielkie szczęście, że miałam jego. Piosenki, których słuchaliśmy razem, nie brzmią już tak. I nic, co tak dobrze smakowało z nim, tak nie smakuje. Nawet ta wędzona ryba.

Halina Birenbaum (ur. 1929) – poetka, pisarka (m.in. „Nadzieja umiera ostatnia”), Superbohaterka „Wysokich Obcasów” 2017

 

 

„Manga sprzątania” czyli porządki w duchu shinto – Dariusz Styrna, „Kawaii” nr 4 / 2019

DSC04255 - Kopia.JPG
Oto manga, która mimo że traktuje o sprawach bardzo codziennych, zaskakuje z niecodziennych powodów. Co prawda poruszana w niej tematyka szerzej pojmowanego sprzątania jest absolutnie uniwersalna, ale za to jej forma – unikalna.
Nietypowa to pozycja na polskim rynku. Bohaterką mangi jest Chiaki, młoda mieszkanka Tokio. Nie ona jest jednak najciekawszą postacią tej opowieści, lecz autorka scenariusza – Marie Kondo. Dlaczego? Otóż Marie, znana również jako KonMari, to… światowej sławy guru sprzątania. Brzmi banalnie, ale w tym przypadku banalne nie jest. A zaskoczenie jest tym większe, że polski wydawca tej pozycji wcale nie kojarzy nam się z tego typu wydawnictwami. Dlaczego zatem warto po nią sięgnąć?

Znamy z TV, również polskiej, programy o wszelkiego rodzaju ekspertach od sprzątania. I choć to skojarzenie jest jak najbardziej trafne, na tym wszelkie podobieństwa się kończą. Marie Kondo bowiem rozwinęła czynność sprzątania do rozmiaru pozytywnego, duchowego doświadczenia, wręcz sztuki, oferując uśmiech zamiast skrzywionej miny, ciepłe motywacyjne słowa zamiast przykrych uwag i zrozumienie dla właścicieli gromadzących cenne pamiątki.

Skąd taka metodyka pracy? Po pierwsze pani Kondo jest Japonką, co już wiele wyjaśnia. Po drugie, przez pięć lat mieszkała w klasztorze shinto, co wyjaśnia jeszcze więcej. Jeśli do tego dodamy, że ukończyła socjologię na Tokyo Woman’s Christian University, wieńcząc studia pracą magisterską zatytułowaną „Sprzątanie widziane z perspektywy płci”, wszystko staje się jasne: działalność pani Kondo nie jest dziełem przypadku. Marie Kondo jest bowiem autorką sprzedanych w milionowych nakładach i tłumaczonych na wiele języków sześciu książek z zakresu robienia porządków. Ma również własny serial na Netfliksie i w wieku 35 lat robi oszałamiającą karierę jako rozchwytywana konsultantka. W 2015 roku w rankingu Time’a znalazła się nawet wśród 100 najbardziej wpływowych osób świata.

Omawiana tu manga ma prawie 200 stron, a za jej warstwę graficzną odpowiada Yuko Uramoto, artystka, która została zauważona już w chwili debiutu, gdy zdobyła pierwsze miejsce w konkursie Shueisha Aoharu Manga 2011. Ta ceniona rysowniczka – specjalizująca się w gatunkach „kobiecej mangi” (polecam jej Fit!!!) – pracuje obecnie dla znanej grupy Siritrico, m.in. wraz z Izumi Okayą i Kaori Tsuritani.

Ta prościutka historyjka o Chiaki, jej życiu uczuciowym oraz manii kupowania to jedynie pretekst do ukazania metod działania KonMari, których finałem jest wzorowy porządek i pełne zadowolenie. Na czym polegają metody robienia porządków przez Marie Kondo, szczegółowo zdradzać nie będę, bo tę uroczą pozycję (nie wierzę, że użyłem tego słowa) trzeba po prostu przeczytać. To, co w niej ujmuje (sam jestem chomikiem, więc mówię to z pełną odpowiedzialnością), to wzruszająco wschodni sposób podejścia do domowego otoczenia, którego my sami jesteśmy nieodłącznym elementem. Czytając ten tomik, przekonacie się, że szacunek okazywany swoim czterem kątom i sentyment do posiadanych przedmiotów to pozytywne elementy naszego życia. Przykładowo, za radą pani Kondo, zbędnych przedmiotów nie wyrzucamy, a żegnamy się z nimi, dziękując za wszystko, w czym były nam przydatne. Natomiast pozostawiamy jedynie te rzeczy, które obecnie sprawiają nam radość.

Oto wydawnictwo ze wszech miar warte uwagi. Zarówno ze względu na rzadki na naszym rynku gatunek, jak i miłą dla oka kreskę, pouczającą treść oraz pozytywny przekaz. Jeśli chcecie bliżej poznać panią Kondo, warto również zwrócić uwagę na dostępny na Netfiksie wspomniany serial, a być może staniecie się świadkami prawdziwego cudu… pokochacie sprzątanie!

„Manga sprzątania”

(Manga de Yomu Jinsei ga Tokimeku Katazuke no Maho)
Liczba tomów: 1

Autorka: Marie Kondo
Rysunki: Yuko Uramoto
Gatunek: okruchy życia, rozwój osobisty
Liczba tomów: 1
Wydawca japoński: Sunmark Publishing, Inc.
Wydawca polski: MUZA SA 2017 by Marie Kondo/KonMari Media Inc. and Yuko Uramoto

„Zakaz dmuchania” – Jerzy Urban (felieton) „NIE” nr 20 / 2019

Screenshot - 2019-05-17 , 01_59_01.jpg

A to było tak. Za młodu miałem pokój 3 na 2 metry. Okno trzymałem zamknięte, bo albo zimno, albo ciepło, a wtedy przyszłość narodu przed domem drze swoje brudne mordy. Pijany położyłem się spać, zapaliłem i usnąłem. Spłonął regał z literaturą niestety marksistowską, ogrzała się stojąca na nim podręczna flaszka. Tylko dlatego dym mnie nie udusił, że żarząca się kołdra wcześniej poparzyła i obudziła. Postanowiłem nie palić, gdy kładzie mnie do łóżka nietrzeźwość. I taki był krok pierwszy w ucieczce od wolności drogą Fromma.

Gdy w autach nastała klima, zacząłem jeździć z zamkniętymi oknami. Aromat papierosów przesycał tapicerkę. Lubiłem zaś zapach cielęcej skóry. Stawałem więc, żeby wyjść i zapalić. Ta samoudręka była znośna, gdyż czyniona z własnej woli. Wkrótce jednak obca, bo państwowa przemoc zaczęła dręczyć obywateli. Zakazano palenia w samolotach. Postanowiłem, że nigdy już nie polecę, będę tkwił w Polsce, ale wolny. Znajoma stewardesa nauczyła żonę palenia w klozecie. Jeśli dmucha się do stale otwartej klapy sracza, a mokrą szmatą zatyka czujnik dymu, jaranie nie pobudza alarmu. Wrogowie swobód uczulili czujniki dymu. Palenia zakazano także w pociągach i autokarach. Poddawałem się przemocy, żeby nie tkwić uziemiony w domowym bezruchu. Wolność palenia oddałem za swobodę podróży.

Państwo kopnęło mnie w jaja, zakazując ustawą palenia w knajpach. Nigdy więcej do żadnej nie pójdę – postanowiłem sobie. Będę żreć w domu, więc podle. Matka nieboszczka robiła w weekendy sałatki z jarzyn o wygotowanym smaku polane zsiadłym mlekiem rozbełtanym z musztardą. Trudno. Chodzić pić było można do barów, gdzie palić zezwalano. Wkrótce władza zatopiła te wysepki wolności.

Chodzę jednak do knajpy, ale jej nie wybieram, to ona wybiera mnie, bo prowadzi tajny pokój dla wtajemniczonych palaczy. Można też usiąść na chodniku, gdzie rozstawiono krzesła i stoliki z popielniczkami.

Popielniczka, a nie konstytucja jest dziś symbolem swobód. Ona przed moją ulubioną knajpą to komfort, nawet gdy piździ deszcz.

Ostatnio, gdy tam puszczałem dymka, przechodziła ładna i zgrabna dupencja. Mijając mnie, zaczęła chrząkać, udając, że się dusi i przednią łapą odganiać dym. Tak jest! Są już dupy tylko dla niepalących. „Ach, pierdź kochanie, ale nie waż się jarać”. Kiedyś zapaliłem w trakcie kopulacji i seksualna partnerka zareagowała daniem mi w mordę. Obrażało ją to, że nie skupiam całej uwagi na jej ciele. Teraz same dziewczyny żeńskie i męskie ograniczają sobie dawajstwo, a z takiej młodej suki zawsze wyrośnie stara jędza śmierdząca sama sobą. Kto innym ogranicza swobodę bycia w nałogu, ten ogranicza także własną wolność.

Mamy w domu 8 zwierząt podzielonych na psy i koty. Stado to scala niechęć do tytoniu. Gdy psy natrętnie mnie szarpią, żebym poczęstował je mięsem, zapalam, jedząc, a one spierdalają, tak razi je dymek. Gdy koty rozwalają się w pościeli (a kotka sypia na głowie Daniszewskiej), wystarczy złamać zakaz palenia w łóżku, a uciekają. Taka to delikatna węchowo zwierzyna. Domowe zwierzęta dostają kilka rodzajów mięs i najkosztowniejsze granulki. Przychodzi do nich fryzjerka zwierzęca i weterynarka, która Azorowi wyciska gruczoły przy dupie, żeby lżej mu się srało. Psia psycholożka wpada leczyć pudla z depresji. Karmimy wiewiórki, żeby psy miały za czym biegać. Mają one po 3 komfortowe posłania w różnych miejscach, żeby dla urozmaicenia rzucało ich z jednego na drugie lub z trzeciego na pierwsze. Domownicy ci odwdzięczają się zaś nam obojgu antynikotynowym terroryzmem i jeszcze drwią w żywe oczy z nas, dupków, których udaje się im ograniczać w naszych potrzebach.

Z dziejów palenia wynikają wnioski polityczne. Przycinanie sobie samym wolności ułatwia opresyjnej władzy wymuszanie dalszego zniewolenia już pod przymusem. Biorąc sami siebie za mordę, wskazujemy rządzącym, że zniesiemy represje, jeśli tylko swobody będzie się nam odbierać nie raptownie, lecz na raty.

Z czasem ludzie przywykną do batów, a nawet z przyzwyczajenia do razów zaczną wyczekiwać kolejnych. Przypuszczam, że stratedzy PiS przestudiowali dzieje zwalczania palaczy, aby mechanizmy tych opresji wypraktykować na innych polach. Wybory 2019 r. na pewno będą ostatnimi, w których obywatele mają wybór. W Polsce wziętej za mordę nadal teoretycznie będzie wolno palić, tyle że kolejny rząd PiS nada sobie np. monopol na posiadanie zapalniczek i zapałek. Będzie decydował, komu podać ogień. Tak przypuszczam.

Na razie producenci papierosów muszą na każdym kartonie drukować inny obrazek ludzkiej męki i objaśnienia, że palenie powoduje ślepotę lub głuchotę, impotencję, zawały, zakrzepy, raki wlotu i wylotu, czyli krtani i odbytu, alzheimera, dżumę, sraczkę itd. Zarazem zawsze i niezmiennie karton w karton publikuje się ostrzeżenie: „Palenie zabija”. Przekreśla ono sens straszenia chorobami. Gdy ktoś leży już w trumnie, mało interesuje go stan zdrowia.

Wyłącznie fabrykantom papierosów władza nakazuje obrzydzanie ich produktów. A przecież bardziej uzasadniona byłaby podobna ustawa dotycząca sprzętu wojskowego. Dla symetrii z papierosami należałoby np. na czołgu umieszczać napis: „Ten produkt zabija ludzi, a co najmniej służy do pozbawiania ich rąk, nóg, wzroku i słuchu. Sprzyja też spalaniu żywcem załogi”.

Sam Kaczyński ogłosił, że Polska – w domyśle pod jego władzą – jest w Europie wyspą wolności. Gorszą jednak niż więzienie, gdyż w celach wolno palić. Najlepiej byłoby napisem „No smoking” ozdobić słupy graniczne.

Nałóg palenia tytoniu zamiast marihuany silniej człowieka uzależnia niż wiara w Bozię, jakąkolwiek miałaby ona otulinę głowy: złotą, sraczkowatą czy tęczową. Piszę więc tu o sprawach poważniejszych niż religia, którą w katolickiej jej odmianie PiS uznaje za narodowy wyznacznik polskości.

Przypuszczam bowiem, że mimo przeciwności wciąż więcej Polaków pali, niż naprawdę wierzy w Boga lub w Kościół.

 

„Przemytnicy życia” – Bernard Konrad Świerczyński (2018) fragment

183907-przemytnicy-zycia-bernard-konrad-swierczynski-1.jpg

Od Rodziny

Ta książka to wstęp do świata Kondka. Świata bez nudy, bez szarości, bez kłamstwa i oszustw, świata prawości i odwagi. W takim świecie chciał żyć…
Piszę o Kondku, moim Tacie, w imieniu moim, mojego nieżyjącego brata, mojej mamy, naszej rodziny i „przyszywanej rodziny”.

Kondek był kolorowy, przekorny, podejrzliwy i ironiczny wobec każdej władzy, ale także ironiczny wobec samego siebie. Można go było uwielbiać albo nie znosić, ale nie można było być wobec niego obojętnym. Większość ludzi dookoła niego uwielbiała go, wybaczając mu z góry wszystko. Była też mniejszość, która nie mogła wybaczyć mu jego prowokacji, nie rozumiejąc do końca, że każda z nich była po części skierowana ku niemu samemu.

Był wyczulony na jakiekolwiek niesprawiedliwości, a w czasie wojny niejednokrotnie wykazał się odwagą cywilną, która jest niemożliwa do zrozumienia dla ludzi, którzy sami tego nie przeżyli. W czasie, w którym było wiele okazji, by postradać zmysły, zapomnieć o przyzwoitości, o człowieczeństwie, on się nie zatracił. Kochaliśmy go, podziwialiśmy i szanowaliśmy. Był dla nas wzorem i inspiracją.

Najbliżsi kochali go za jego troskę, ciepło, humor w najtrudniejszych sytuacjach. Był nadzwyczajnym i bardzo specjalnym mężem, ojcem i dziadkiem. Bawił się z nami, gdy byliśmy dziećmi, prał, sprzątał, pomagał, jak mógł i komu mógł. Pamiętam, że kiedy byłam w ciąży z moimi bliźniaczkami, bardzo się niepokoił, że nie będzie mi w stanie pomóc, bo sam był już wtedy bardzo chory. Zawsze dbał też o siebie, lubił drogie garnitury, zegarki, palił papierosy i fajkę. Fajek miał zresztą sporą kolekcję.

Regularnie na nowo oświadczał się mamie. Był postacią niezwykle barwną, wielowarstwową, kompleksową, pełną radości i energii, wdzięku i fantazji. Był zawadiaką grającym z wnukami na afrykańskim bębenku i na wężu od odkurzacza, wpadającym do znajomych, stepując jak Fred Astaire, zdyszany po jeździe na wyścigowym rowerze. Był nieznośny, prowokacyjny i jednocześnie zawsze obecny w potrzebie.

Czarował dowcipem i specyficznym językiem złożonym z jego własnego sposobu wyrażania się oraz z innych powiedzonek zapożyczonych z gwary warszawskiej, z Potopu lub Dobrego wojaka Szwejka. Pamiętamy go jako miłośnika opery i satyrycznego pisma „Szpilki”. Był również pełen przekory, mogącej prowadzić do wygłaszania dosyć skrajnych opinii (nazywaliśmy to wtedy „chlapaniem”).

Tata urodził się jako ósme dziecko i z rodzeństwa jako jedyny pozostał przy życiu. Inne dzieci zmarły w bardzo wczesnym okresie życia z nieznanych nam przyczyn. Był dzieckiem bardzo oczekiwanym i kochanym. Miał rodziców o silnych osobowościach, którzy wiele od niego oczekiwali. Jego ojca cechowały zdecydowane poglądy anarchistyczne, był zaangażowany w sprawy równości i sprawiedliwości społecznej. W imię tych ideałów wielokrotnie trafiał do więzień – w Polsce i w Rosji. Tata miał zawsze ogromny szacunek i podziw dla swojego ojca i dużo od niego przejął. Opowiadał o nim więcej niż o sobie samym.

Jako nastolatek Tata zakochał się w żydowskiej dziewczynie z sąsiedztwa, mojej przyszłej mamie. Od początku postanowił, że nigdy jej nie opuści i nie odda żadnemu konkurentowi. Zawsze zakochany, nigdy nie spuszczał jej z oczu. Byli młodzi i w tych czasach było jednak nie do pomyślenia, by mogli zostać parą bez wywołania głębokiego konfliktu z rodziną, a także z otoczeniem.

Wybuchła wojna. Kordek uratował swoją dziewczynę i wielu innych Żydów-Polaków od zagłady. Z kilkoma przyjaźnił się do końca życia, a ich dzieci traktował jak część swojej rodziny. Podobnie oni go postrzegali. Ubolewał nad Shoah. Cierpiał z powodu losu swojej matki, która od przed wojny chorowała na gruźlicę kości i leżała bezwładnie w gipsowym łóżku. W czasie powstania warszawskiego została wyrzucona na ulicę i prawdopodobnie zastrzelona przez Niemców.

Znajoma pisarka opisała Kondka z tego okresu w jednej z książek jako chłopaka chudego jak szparag z bladą, aż zielonkawą twarzą, który nie wzbudzał żadnych przeczuć ani podejrzeń, ale za okularami którego kryły się wesołe ogniki.

Ten „szparag” w czasie wojny niejednokrotnie narażał swoje życie, jednak nie myślał o nim jako o najwyższej wartości. Za nią uważał życie bliskich. W wywiadzie o Shoah powiedział: „Po prostu ludzie potrzebowali pomocy, byli w śmiertelnym niebezpieczeństwie i dlatego włączyłem się w walkę przeciwko Niemcom”.

Po powstaniu warszawskim poślubił swoją ukochaną, której prawie cała rodzina została zamordowana. Urodziło im się dwoje dzieci, potem wnuki i prawnuki. Po wojnie pracował jako dziennikarz i redaktor. Był autorem felietonów i reportaży. Pisał dużo o sytuacji na polskiej wsi i jej spółdzielczym powojennym rozwoju. Dzięki swojej osobowości i towarzyskości umiał znaleźć wspólny język z najróżniejszymi ludźmi – działaczami partyjnymi, chłopami, robotnikami, a także znanymi aktorami i pisarzami, w tym m.in. Janem Himilsbachem.

W ostatnich latach ze smutnym uśmiechem kpił ze swoich dolegliwości. Jego humor zgasł w roku 2001, na rok przed śmiercią, gdy w niedowierzaniu i milczeniu opłakiwał przedwczesną śmierć ukochanego syna.

Tata, ten pełen animuszu i fantazji, trochę nieobliczalny człowiek, jest z nami nadal. Czuję, że prawie codziennie przechodzi obok mnie, przypominając o swojej niepowtarzalnej osobowości i głębokim humanizmie. Mam wielką nadzieję, że będzie on wzorem i inspiracją dla naszych dzieci, a także czytelników jego książki.

Córka Aniela, syn Robert, żona Halina z rodzinąi „przyszywaną rodziną”
Pragnę podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do wydania książki mojego męża, w tym Jeffreyowi Burtowi, Michałowi Markowi, Annie Rogalskiej-Hedlund, zespołowi Ośrodka KARTA i redaktor Aleksandrze Janiszewskiej. Wysiłek tych oraz innych bliskich mi osób przyczynił się do zachowania pamięci tamtych niewyobrażalnych zdarzeń, a tym samym do przestrzeżenia następnych pokoleń przed możliwością powtórzenia się tej najbrutalniejszej z historii.

Halina (Krystyna) Świerczyńska


Wstęp, czyli skąd się to pisanie wzięło

Kiedy przejrzałem pierwsze kilkadziesiąt stron moich wspomnień, odniosłem wrażenie, że opisywane przeżycia są jakby zawieszone w próżni. Kim był Konrad? Jak to się stało, że niespełna dwudziestoletni chłopak wybrał dla siebie taką właśnie formę walki z okupantem? Pozwól więc, Czytelniku, że zanim opowiem, jak pomagaliśmy Żydom w warszawskim getcie […] i jak szmuglowano do getta dziesiątki ton żywności, spróbuję odpowiedzieć na pytanie, kim byli ci, którzy ryzykując własną głową, spełniali swój polski, patriotyczny obowiązek.

Czytałem wiele publikacji, nierzadko wspomnieniowych, przedstawiających Polaków jako zoologicznych antysemitów, którzy swoją „rasistowską ideologię wyssali z mlekiem matki”. Niestety większość publikowanych faktów była prawdziwa. Ale taki obraz stanowi zaledwie jedną stronę okupacyjnej rzeczywistości. Obok ludzkich szumowin były też tysiące tych, którzy z narażeniem własnego życia pomagali, potrafili zachować ludzką godność i którzy za swą patriotyczną postawę ukarani zostali najwyższym, hitlerowskim wymiarem kary. I to jest druga strona czasów okupacyjnej pogardy. Strona równie prawdziwa jak prawdziwe są gorzkie i tragiczne wspomnienia tych, którzy padli ofiarą szmalcowników i szantażystów. […]

Miałem wielu kolegów i przyjaciół Żydów. Od najmłodszych lat byli towarzyszami moich podwórkowych zabaw i ganiatyk w „berka” czy w „złodziei”. W przedwojennym gimnazjum im. Stefana Żeromskiego (niezapomniany i mądry dyrektor Teofil Wojeński) prawie połowę uczniów stanowili Żydzi. Wszyscy w szkole łomotaliśmy się po „zakutych pałach”, jak mawiał nasz wychowawca łacinnik, prof. Jaklitsch, tak samo wśród jednych i wśród drugich zdarzały się „tumany” lub „marabuty”, jak określał nauczyciel historii prof. Mayzel tych, którzy „przezimowali” na drugi rok. Wśród jednych i drugich bywały „kujony” lub autentyczne talenty z języka polskiego, matematyki czy fizyki.

I mimo że raczkujący polski faszyzm, inspirowany m.in. przez pseudopatriotyczne organizacje studenckie, starał się w niektórych szkołach lub na uniwersytetach wprowadzić podział wśród uczącej się młodzieży, u Żeromskiego każdy podziwiał Frydlanda, bo był najlepszy w łacinie, Gutgesztalta i Świerczyńskiego za to, że byli najlepsi w matematyce.

A że są w klasie tacy i tacy, uprzytomniały nam dopiero lekcje religii. Rzymskokatolicy szli na „swoją”, a ci wyznania mojżeszowego na „swoją” religię. Podział ten jednak, jako że gimnazjum i liceum im. Stefana Żeromskiego było szkołą postępową, nie zawsze różnił. Tak się składało, że ksiądz, który wykładał historię kościoła katolickiego, i rabin „od wyznania mojżeszowego” zwykli prowadzić swe nauki z zamkniętymi oczyma. Idealna okazja do robienia kawałów! Pamiętam, kiedy „zmówiliśmy się” i rzymskokatolicy poszli na lekcje prowadzone przez rabina, a Żydzi uszczęśliwili swą obecnością księdza. Żaden z wykładowców się nie „skapował”. Dopiero dyrektor Wojeński przyłapał całe towarzystwo i każdemu, Żyd czy nie Żyd, dał po dwójce ze sprawowania…

Okupacja potargała lub zerwała nasze przyjaźnie. Wielu szkolnych kolegów zostało zamkniętych w warszawskim getcie, a jeden z nich – Kostryński o pseudonimie „Kostek” – o ile wiem, został nawet członkiem konspiracyjnego CK Bund.

Wspominając, pragnę złożyć hołd tym moim przyjaciołom, którzy odeszli, żołnierzom w walce z upodleniem o godność człowieka – Polakom i Żydom. A także wskazać na niektóre społeczne korzenie umacniające nas w tej walce.

„Zwieracz naszego narodu” – Jerzy Urban (felieton), „NIE” nr 19 / 2019

grafika.jpg
Czym jest urbanizm w urbanopalikotyzmie, przed którym ostrzega Kaczyński, gdyż zwalczanie Kościoła jest tożsame z atakiem na Polskę? Poniżej pokaz urbanizmu.

 

Nie przemijają komentarze odnoszące się do kwietniowych spaleń katedry w Paryżu i Judasza w Pruchniku. Oba pożary oświetlają niewinność Polaków. Nie nasi podpalili katedrę i nie Polak zdradziecko pocałował boskiego syna. Ponieważ słomiana kukła miała napisy hebrajskie, a też rysy i strój żydowskie, więc obrzydliwie komiczne powieszenie Iskarioty potępili Żydzi, szabes goje, Amerykanie i ultrakatolicy. Ci twierdzą, że Chrystus i Jego matka nie byli Żydami, bo bóstwa nie mają narodowości. Odżydzili także apostołów, w tym gronie więc również Iskariotę, chociaż zdradził następcę tronu Boga za 30 sztuk bilonu.

 

Według teologów, cytuję „Gazetę Polską Codziennie”: „Maryja nie była Żydówką, ale Theotokos, czyli Matką Boga, a Jezus nie był Żydem, ale Chrystusem, a apostołowie nie byli Żydami (…), bo od momentu uwierzenia w tegoż Chrystusa stali się obywatelami Państwa Niebiańskiego”. Jak z tego wynika, Judasz po zdradzeniu Jezusa na powrót stał się Żydem i należało go palić w tej właśnie parchatej postaci.

 

Mnie się wydaje, że święta rodzina, a także dwór Jezusa byli Koreańczykami. Współcześni bowiem zbawiciele mieszkają w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej, z czego pierwszy przymiotnik jest prawdziwy. Kolejni przywódcy noszący imię Kimów doznają boskiej czci i wyznawcy przypisują im zbawicielską moc. Być może więc w starożytnym Nazarecie mieszkała niegdyś koreańska mniejszość.

 

63 lata temu odwiedziłem to miasteczko, ale nie spotkałem skośnookich, chociaż polskojęzycznych Arabów i owszem. To też było tam dziwacznością. Pojechałem do Nazaretu 10-12 lat po tym, jak stacjonowało tam wojsko tatusia pani senator Andersówny. Andersowcy prowadzili w rodzinnym mieście wiceboga szkołę techniczną dla tubylców i wykładali w języku, który znali, a więc polskim. Inni niż uczniowie Nazareńczycy także łyknęli nieco polszczyzny, bo mieli z wojskiem polskim stosunki handlowe i seksualne.

 

Celem mojego przyjazdu było przeprowadzenie wywiadu z arabskim burmistrzem miasteczka. Przybyłem w niespełnionej nadziei, że będzie pyskował na izraelskich okupantów. Szedłem do niego w strachu, gdyż przez podwórze zajęte przez groźnych dla mnie drapieżców: kury, koguty, tu i ówdzie perliczki. Tak więc pierwsi chrześcijanie bali się lwów, natomiast ja jako pierwszy z antychrześcijan panicznie lękam się ptactwa. W środku ratusza oczekiwał mnie starzec otoczony radnymi i przedstawicielami drobiu także. Pytałem po polsku, izraelski urzędnik przekładał to na hebrajski, drugi z hebrajskiego na arabski, po czym z niego z powrotem. Zniecierpliwiony burmistrz islamista zaproponował rozmowę bez tłumaczy po rosyjsku. Znał ten język, gdyż był ostatnim ambasadorem sułtana w Petersburgu u dworu imperatora Mikołaja II. W Pałacu Zimowym słyszało się czasem nawet polszczyznę.

 

W mojej młodości świat był pełen niespodzianek, ale na starość objawy polskości stanowią moją główną rozrywkę.

 

10 kwietnia Jarosław Kaczyński wezwał swój naród, żeby był zwarty. Chodziło mu o zatarasowanie jego polskości przed obcymi. Już 2 tygodnie później „Gazeta Polska” piórem Doroty Kani zaatakowała emerytowanego generała Mirosława Różańskiego, chociaż więcej niż on gwiazdek mają tylko niebo i Hollywood. Ten wojak co prawda nie jest Żydem, islamistą, biedroniowcem lub niekatolickim prawosławnym, ale urządził kiedyś ochlaj dla oficerów. I dopuścił do tego, że z naszym zwartym wojskiem popijał oficer Bundeswehry w swoim wrogim Polsce mundurze. Co, zdaniem Kani, przeczy polskiemu patriotyzmowi Różańskiego.

 

W „Sieci” red. Pyza stwierdził, że wciąż nie wiadomo, kto wymordował Żydów w Jedwabnem. Trzeba to ustalić, aby od członków zwartego narodu polskiego oddalić podejrzenie o tę zbrodnię. Bez poznania narodowości sprawców zdarzenie używane będzie przeciw Polsce.

 

Czym Judasz wobec Chrystusa, tym były minister Rostowski wobec Chrystusa narodów, czyli Polski. Zdradził jego zwartość, podle wykorzystując to, że oprócz polskiego obywatelstwa jest też poddanym królowej brytyjskiej, kandyduje więc w jej, czyli obcym państwie do Parlamentu Europejskiego. Cała Polska się go brzydzi. Spalił się w narodzie jak kukła Judasza w Pruchniku. Miarodajny senator PiS Grzegorz Bierecki mógł mieć na myśli m.in. Rostowskiego, gdy zdaniem „Gazety Wyborczej” mówił: „Nie ustaniemy, aż nie doprowadzimy do pełnego oczyszczenia Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej”. Dodam, że Polska była już raz zwarta, silna i gotowa, gdy we wrześniu 1939 r. odniosła moralne zwycięstwo nad dwoma największymi mocarstwami kontynentu – Niemcami i Związkiem Radzieckim.

 

Przeciwieństwem zwartej jest Polska rozwarta jak dziwka, do której kto zechce, wtryskuje swoją obcość. Na przykład Bruksela „Pieśń o radości”, chociaż Polak wie, że tylko głupiemu radość. Nabazgrał ją Beethoven Ludwig van, będący Niemcem i na domiar śmieszności głuchym. Pragnął on wygryźć spomiędzy geniuszy muzycznych wielkiego kompozytora Wybickiego, polskiego, więc zdolniejszego hymnopisa.

 

Uważam, że w dążeniu do zwarcia Polska musi teraz wydać prawo, które po dekomunizacji zrepolonizuje nasze ulice i kamienice. Precz wszystkie taxi, puby, cafe bary, welcomy, office, travele, busy, pizzerie i coctail bary. Ustawa wszystkie knajpy przemianuje na swojsko brzmiące karczmy. Zamiast taxi wzywać więc będziemy furmanki spalinowe, a w e-adresach zamienimy małpę na warchlaka.

 

Jako zintegrowany naród rzucimy się wespół wzespół, żeby obronić złote z papieru przed inwazją euro. Będziemy zwierać się zresztą na każdym polu, gotowi na nim lec. I głosować właśnie na zwieracza, który co prawda niczego nie popuści, ale urbanizm wydali.

„No i co to za kartofel” Natalia Fiedorczuk-Cieślak (recenzja „Lekkiego Bagażu” Ani Cieplak) – „Książki” marzec 2019

DSC03746.JPG

Jako osoba pozbawiona talentów biznesowych jestem skazana na a) bezlitosny wyzysk mojej twórczej pracy umysłowej, b) pracę dla organizacji non profit bądź na rzecz ogólnie pojmowanego dobra publicznego. Człowiek nie rodzi się ze społecznikowskim skrzywieniem.

Na figurę dorosłego zaangażowanego działacza składa się miks przekonań wpojonych w rodzinie pochodzenia, granie na gitarze podczas ognisk i kominków harcerskich (lub zakochanie się w drużynowym/drużynowej), wieloletni wolontariat na rzecz WOŚP, osobniczy koktajl temperamentu i cech osobowości

Postać społecznicy z niewielkiego przygranicznego miasta jest osią nowej książki Anny Cieplak – pisarki i działaczki społecznej z Cieszyna. Mamy z Cieplak wiele wspólnego: wolontariaty, wnioski o granty, bycie częścią „pokolenia lat zerowych”, które portretowała w nominowanej do Paszportu „Polityki” książce „Lata powyżej zera” (była rewelacyjnym dziewczyńskim manifestem dojrzewania w specyficznym mikroklimacie przemysłowej aglomeracji).

Obie dorastałyśmy zanurzone w dźwiękach tych samych płyt i całowałyśmy się z chłopcami w otoczeniu podobnej małej architektury – za kioskiem Ruchu, przy blokowym trzepaku, na pętli. W podobny sposób rodziła się w nas krytyczna czułość wobec pokolenia własnych rodziców: nieco oszołomionych upojną mgłą transformacji ustrojowej, zagubionych w przełomie. Cieplak jest wnikliwą, ale życzliwą obserwatorką codzienności: zderzeń klas społecznych i problemów dorastających, młodych ludzi.

Tym bardziej zaskakuje trzecia powieść „Lekki bagaż”. Sięgnęłam po nią spokojna zarówno o warsztat autorki: emocjonalny, ale precyzyjny, jak i o umiejętność tkania fabuły w sposób niezauważalnie angażujący. Tymczasem książce, która opowiada o otoczeniu aktualnie Cieplak najbliższym – codzienności splecionej z pracą cieszyńskiej społecznicy Weroniki – czegoś brakuje. Wydaje się wprawką, rozgrzewką, literackim wcześniakiem.

Próbuję analitycznie zidentyfikować poczucie niedosytu i rozczarowania „Lekkim bagażem”. Daleko mi do literackiego krytyka i nie umiem logicznie wypunktować poszczególnych elementów całego obrazka: czy chodzi o język, czy niewyraźną fabułę opartą – świadomie lub nie – na dość naiwnie postawionej tezie.

Cieplak dzieli świat powieści na dwie części. W tym celu adaptuje określenia, które stosowane są w języku wniosków o granty dla działań społecznych realizowanych przez NGO. Beneficjenci i operatorzy, mieszkańcy Broadwayu i mieszkańcy Manhattanu, ludzie korzystający z pomocy społecznej i ludzie decydujący, komu i jak pomagać. Oba światy jawią się jednak jako uproszczone, a w przypadku przedstawicieli podgatunku beneficjentów – nieco wyidealizowane.

*

Mamy tu Dagmarę, młodą i piękną pracownicę baru „Kurczak”, pasjonatkę kulinariów, wolontariuszkę fundacji prowadzonej przez Weronikę, osobę dobrą z natury. Brat Dagmary to typowy „chłopak z osiedla”, który dzięki programowi mieszkań chronionych dla wchodzących w dorosłe życie mieszkańców Broadwayu (tej gorszej dzielnicy miasta) zyskuje normalną pracę i próbuje żyć życiem klasy średniej. Oboje przyjaźnią się z Weroniką i są ważną częścią jej codzienności. Zarówno rodzeństwo, jak środowisko, z którego się wywodzą, narysowane jest grubą kreską: proste dylematy, szlachetne, chociaż niekoniecznie społecznie akceptowane decyzje, duma i coś w rodzaju rycerskiego niemal etosu.

A świat decydentów? Nauczycieli, pomocników, działaczy, samorządowców? Weronika ma być pozytywną bohaterką z dylematem, jednak jawi się jako rozedrgana i pełna niedookreślonych sprzeczności. Bierny Olkowy – współlokator Weroniki, polonista z gastronomika, przypisany najpierw do byłej dziewczyny, której zawdzięcza swoją ksywę, później związany z równie mało wyrazistą Baśką, ostatecznie ląduje w łóżku z główną bohaterką. Jednak z tej kuriozalnej i zabawnej sceny miłosnej nie wynika zupełnie nic. Nawet jeśli kotłująca się na materacu para zostaje przyłapana przez aktualną dziewczynę Olkowego. Pozornie zaangażowany samorządowiec Krystian zdradza z bohaterką swoją żonę, ale i to niczego nie zmienia. Może poza kilkudniowym kryzysem wiary i wartości głównej bohaterki.

*

Język Anny Cieplak jest sążnisty, ale natężenie emocjonalnych kolokwializmów zdaje się trafiać w próżnię niewyraźnie zarysowanych bohaterów i fabuły. Postacie drugoplanowe, jak chociażby pracownicy fundacji „I kropka”, są opisane szkicowo i niedokładnie. Chciałabym wiedzieć, dlaczego Jacek miewa okresową depresję, bo wytłumaczenie, że „tak mają pracownicy NGO-sów”, mi nie wystarcza. Chciałabym poznać szczegóły z życia byłej żony przemocowego policjanta z chorym na tajemniczą chorobę synkiem, która dzieli biuro z Weroniką. Zamiast tego dostaję szczegółowy portret Świeżynki, niemal modelowej „damy w opałach”, księżniczki z blokowiska potajemnie serwującej w osiedlowym barze zdrowe dania podpitym klientom. Chciałabym zapytać, czy wysiłki Dagmary i jej brata, by wydostać się z biedy, uciec od zdegradowanych stosunków międzyludzkich, dorastania w oparach alkoholu, są warte zachodu. Dlaczego mieliby chcieć aspirować do świata klasy średniej, która jawi się tak miałko, nijako i frustrująco?

*

Pierwsze zajęcia z rysunku w domu kultury odbyłam pół roku przed egzaminami do liceum plastycznego. Pierwszy raz miałam rysować postać na formacie większym niż kartka z bloku A3. Płachta brystolu przypięta była do sporej deski opartej o wyplamioną sztalugę. Przykleiłam się do niej na dwie godziny: oś postaci, głowa według książkowych proporcji, ręce. Ściboliłam niestrudzona z ręką przyklejoną do kartki. Zmarły w zeszłym roku Bogdan Marszeniuk, ukochany, acz ostry nauczyciel plastyki w białostockim MDK, zaszedł mnie od tyłu i niemal krzyknął do mojego ucha: „MŁODA, ODEJŚCIE!”. Podskoczyłam przerażona. Pociągnął mnie za ramię do tyłu, tak bym mogła zobaczyć swoje dzieło z odległości kilku kroków. „No i co to za kartofel?” – wycedził z uciechą Marszeniuk.

Postać wyglądała tragicznie: zniekształcona, z za małą głową, jednym ramieniem znacznie grubszym od drugiego, wielkimi stopami „Odejście, młoda… musisz co jakiś czas robić trzy kroki do tyłu i kontrolować proporcje, kompozycję, inaczej wyjdzie kartofel, o». – wskazał palcem na brystol – o, taki”.

Tę radę, słowo w słowo, mam ochotę przekazać Annie Cieplak. Mam wrażenie, że zabrakło jej w tej książce odejścia, dystansu, spojrzenia na powieść w całości, jak na zamknięte dzieło – być może świat, który opisuje, jest jej zbyt bliski, zbyt dla niej codzienny, zbyt teraźniejszy, by umiała spojrzeć na niego z odległości, perspektywy obserwatora. Mam nadzieję, że zbyt lekki bagaż to zaledwie potknięcie przy pracy.

„Mój brat z SS” – Jerzy Urban (felieton) „NIE” nr 17-18 / 2019

wiater.jpg
W Niemczech oskarżają i sądzą 92-letniego strażnika niepolskiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego. Deklaruję solidarność ze ściganym.

 

Podsądny nie mordował, tylko pilnował osadzonych. Strzelał wyłącznie wtedy, gdy ktoś uciekał, nieprowokowany więc nie zabijał. Podobne uprawnienia, nasze państwo nadaje ochronie więzień.

 

Niemiecki strażnik jest sądzony za zajęcie, którym parał się 75 lat temu. Przez taki czas każdy się zmienia. Choćby, jak on, z dziarskiego młodzieńca w kupę nieszczęścia.

 

Oskarżenie twierdzi, że strażnik nie musiał nim być, mógł odmówić wykonania tej pracy. To kłamstwo. Za podobną niechęć do zajmowania stanowiska, m.in. na wieżyczce strzelniczej, rutynowo wysyłano na front wschodni. Szansa przeżycia i zachowania kompletu rąk i nóg wynosiła tam pół na pół. Szczęśliwców najczęściej czekał obóz jeniecki w ZSRR. Z tych zakładów 10 lat po wojnie wróciła nikła mniejszość „plennych”. Eksstrażnik był nim więc w obozie z wyższej konieczności, bo dla ocalenia życia lub integralności cielesnej.

 

Skazanie starca dokona się tylko pro forma. Prawdopodobieństwo, że dożyje on prawomocnego wyroku jest bowiem nikłe. Praca wymiaru sprawiedliwości pójdzie się więc jebać, a koszty pieniężne znęcania się nad tym człowiekiem są znaczne.

 

Szkoda, że obrońca dziadygi nie czyta „NIE”, nie może się więc powołać na solidarność Żyda z podsądnym. Deklaruję ją, mając w pamięci własne doświadczenia psychologiczne. Są one związane z niehitlerowskim, niestalinowskim, lecz łagodnym i powściągliwym w represjach systemem władzy generała Jaruzelskiego.

 

Gdy w połowie 1981 r. przyjąłem propozycję pracy w rządzie, sam dla siebie ustanowiłem szlaban: odejdę, jeżeli nasze władze swe oskarżenia opierać będą na fałszywych, wytwarzanych przez siebie dowodach, m.in. na wymuszanych zeznaniach. To ograniczenie uczestnictwa wywiodłem z doświadczeń mojego dorosłego życia. W połowie lat 50. XX w. przystąpiłem do krytycznego wobec realnego socjalizmu, a skrajnie antystalinowskiego tygodnika „Po prostu”. Czytać wtedy zacząłem o zbrodniach stalinizmu w ZSRR i u nas nie tylko w książkach wydawanych po polsku w kraju i za granicą, ale i w dostępnych mi dokumentach. Szczególne wrażenie wywarł na mnie raport komisji Szerera, prześlepiony w czasie gdy powstał. Chyba nieznany też współczesnym historykom. Śledząc ich publikacje, nie znajduję bowiem żadnych do niego odniesień.

 

Mieczysława Szerera znałem osobiście. Był bezpartyjnym sędzią Sądu Najwyższego PRL. Przed wojną wysokim urzędnikiem sanacyjnego rządu i mężem wielkiego przemysłu w osobie córki Lilpopa. Czyli niereżimowcem. W zalewie opisów zbrodni „minionego etapu” jego raport wyróżniał się jednym doniesieniem, które mną wstrząsnęło.

 

Prezydent Bolesław Bierut w czasie swego urzędowania przedstawiany był jako dobrotliwy pan. Na starych kronikach filmowych słodka sarenka wyprowadza głowę państwa na spacer. Według Szerera Bierut kiedy odmawiał prawa łaski przeciwnikom skazanym na śmierć, bywało, że dołączał pisemną uwagę, żeby zaczekać z egzekucją, zatajać, że jest nieuchronna. Skazaniec, bojąc się śmierci, może bowiem oferować jeszcze jakieś zeznanie przydatne w kolejnych procesach politycznych. Wydało mi się to szczególnie obrzydliwe.

 

W epoce Gomułki po 1956 r. nie fabrykowano już fałszywych dowodów, lecz bywało, że w inny sposób naciągano oskarżenie. Np. kierowca, który za 500 zł wywiózł coś ciężarówką z zakładu i ze śledztwa wynikało, iż nie musiał wiedzieć, co w niej jest, skazywany był za uczestnictwo w zorganizowanej grupie przestępczej na 20 lat, a nawet więcej. W Nowym Dworze zdarzyły się przypadki gwałcenia dziewczyn i zabójstwo jednej z nich. Władze stworzyły zaś psychozę, w której wyniku w całym kraju zapanowała epidemia rzekomych gwałtów. Uczestniczki życia seksualnego polubiły bowiem oskarżanie partnerów o przemoc, co czyniło z nich bohaterki sal sądowych i mediów, a też niewiniątka w gronie rodzinnym.

 

To wszystko, do kupy biorąc, skłoniło mnie do zakreślenia sobie może nisko postawionej, ale moralnej bariery uczestnictwa we władzy. Nie dotrzymałem zobowiązań wobec siebie. Nawet nie zauważałem, że pokonuję poprzeczkę.

 

Nie odszedłem, gdy MSW obwiniało warszawskie pogotowie ratunkowe o śmierć maturzysty Przemyka. Domyślałem się, że zgon był skutkiem pobicia chłopca na komisariacie milicji na Starym Mieście, a oskarżanie sanitariuszy jest preparowane w obronie funkcjonariuszy. Miałem dla siebie usprawiedliwienie w tym, że opozycja oskarżała nas wtedy o umyślne mordowanie jej dzieci, po to żeby zastraszyć rodziców. Straszliwe to kłamstwo naszych wrogów trzeba było odeprzeć. Cóż więc, że zrobiono to nieudolnie. Dziś wiemy już, że policji w każdym ustroju zdarza się takie bicie aresztantów, iż nie udaje się im przeżyć.

 

Motywu obrończego pozbawione jednak było oskarżenie o szpiegostwo amerykańskiej dziennikarki nazwiskiem Gruber. Miała ona przejmować od kuriera przybyłego pociągiem z Gdańska fotografie obiektów wojskowych. Przypuszczałem, że to ustawka, ale nie złożyłem urzędu. Dziennikarkę wyproszono z Polski. Tłumaczyłem sobie, że przecież nic złego jej się nie stało. Przez to zasada, którą sobie narzuciłem, stała się mało ważna.

 

Kilkanaście lat później, już za niepodległości, urządziłem w domu przyjęcie dla byłego ambasadora USA w Warszawie Daviesa i grupy dawnych korespondentów zachodnich, którzy zrobili sobie wtedy zjazd w Polsce. Obecna na ochlaju Gruber poprosiła mnie o dowiedzenie się, dlaczego właśnie ją kontrwywiad zrobił szpiegiem. Spełniłem jej prośbę. Napisałem do niej, iż wyjaśniono mi, że była kochanką szefa CIA na Polskę, działającego pod przykrywką dyplomaty. Spodziewano się więc, że gdy Gruber opuści Polskę, w ślad za nią wyjedzie szef placówki wywiadowczej. Kiedy jednak Gruber fałszywie wtedy oskarżono, rozpyliłem to kłamstwo, nie znając jego miłosnego podłoża, czyli usprawiedliwienia dla siebie przed sobą.

 

Przez te stare historie pragnę wyrazić prawdę uniwersalną, że uczestnicząc w jakiejś grupie – w moim przypadku we władzach PRL – stopniowo zapomina się o etycznych ograniczeniach, które na początku wielu ustanawia sobie samym.

 

Dotyczy to kłamiącej elity PiS i jej podwładnych ślepo wspomagających łganie. Poczucie zła kurczy się przez zbiorowe w nim uczestnictwo. Ludzie parający się polityką bardziej są przyzwoici w pojedynkę niż pod osłoną stada. Zresztą ja uważam moralność w ogóle za ucisk stada, czasem trafny, częściej nieuprawniony.

 

Nie sądzę, żeby strażnik hitlerowskiego obozu postanowił sobie, że strzelając do uciekiniera, nie trafi. Ludzie komplikujący swoją służebność nie bywają bowiem zwykłymi strażnikami. Moje doświadczenia dotyczące rozluźniania sobie rygorów w toku uczestnictwa należą jednak do powodów tego, że rad bym bronić esesmana jak siebie samego. Rozszerzam przez to tolerancję wobec uczestnictwa w ogóle. Niezawiśli, bo niemieccy sędziowie! Łapy przecz od mojego prekursora z SS.

„Idzie nowe w podróżach koleją z Siemiatycz. Gorzej z dojazdem z Siemiatycz do stacji PKP” – Marek Antoni Nowicki „Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz” nr 16 / 2019

DSC04071 - Kopia.JPG
W styczniu zadaliśmy na naszych łamach pytanie: Kiedy Siemiatycze zbliżą się do PKP? I argumentowaliśmy, że leży to w żywotnym interesie miasta, a przede wszystkim jego mieszkańców.

 

Kontynuujemy ten temat ponieważ jest ważny i staje się coraz bardziej aktualny. Tym bardziej, że wreszcie po latach wiele pozytywnego dzieje się na linii kolejowej Siedlce – Czeremcha – Hajnówka (nr 31).
Na tej linii trwają prace, których rezultatem będzie przełomowa jej modernizacja, łącznie ze stacją kolejową Siemiatycze i dworcem. Jest to realizacja wielomilionowej inwestycji finansowanej ze środków Unii Europejskiej – Programu Operacyjnego Polska Wschodnia 2014-2020. Planowane zakończenie robót budowlanych dla dworca Siemiatycze to wrzesień 2019 r. Modernizacja obejmuje w szczególności kompleksową wymianę nawierzchni torowej i przebudowę peronów.

 

W dostępnych materiałach dotyczących tego projektu można przeczytać, iż ze względu na to, że dworzec Siemiatycze znajduje się tylko kilka kilometrów od miasta, istnieje „szczególne zapotrzebowanie na infrastrukturę usprawniającą łączenie różnych środków transportu z koleją. Z tego powodu zagospodarowanie i uporządkowanie terenu wokół dworca wraz z terenami zielonymi w szczególności obejmie wyznaczenie dodatkowych miejsc parkingowych, montaż wiaty rowerowej i innych elementów małej architektury.

 

(…) Jednocześnie w ramach gruntownej modernizacji i dostosowania powierzchni budynku dworca do realnego zapotrzebowania i funkcji zostanie wykonana nowa aranżacja wnętrza, wymiana pokrycia dachowego, wymiana stolarki drzwiowej i okiennej, wykonanie sanitariatów oraz dostosowanie obiektu dla potrzeb obsługi osób niepełnosprawnych. Bezpieczeństwo zapewni wykonana instalacja monitoringu”.

 

Perony będą wygodniejsze i bardziej funkcjonalne, a pociągi pojadą szybciej i bezpieczniej, stając się tym bardziej atrakcyjną alternatywą dla innych środków transportu. Pociągi będą mogły poruszać się z prędkością do 120 km/godz. (obecnie 80 km).

 

Już dzisiaj jest sześć połączeń dziennie do Siedlec (z krótką i wygodną przesiadką dalej do Warszawy oraz jedno połączenie bezpośrednie – 2 godz. 9 min. z Siemiatycz do Warszawy Wschodniej). Po modernizacji tych połączeń będzie być może nawet więcej, a na pewno skróci się zdecydowanie i tak już przyzwoity czas podróży. Prawdopodobnie droga do Siedlec wyniesie ok. 40 min, a bezpośrednio do Warszawy ok. 1 godz. 50 min.

 

Zmiany na kolei stawiają poważne wyzwanie przed władzami gminnymi i miejskimi w Siemiatyczach, które muszą znaleźć pomysł i fundusze pozwalające zorganizować sprawny i wygodny dojazd do stacji i przyjazd z niej, co jest warunkiem pełnego korzystania z dostępnych połączeń kolejowych.

 

Jak rozwiązać sprawę dojazdu do i z pociągów? Jednym z rozwiązań jest być może odpowiednie przedłużenie trasy linii autobusu miejskiego. Albo osobny autobus miejski, zatrzymujący się także na przystankach miejskiej komunikacji (są przecież takie ekologiczne i nowoczesne…) i z przystankami na trasie do dworca.

 

Rozwiązania wymagałaby kwestia odpowiedniego, bezpiecznego parkingu samochodowego, aby można było dojechać do stacji samochodem, zostawić samochód i dalej pojechać pociągiem.

 

Na razie mała liczba pasażerów ze stacji Siemiatycze (mimo dużej ogólnej liczby osób codziennie podróżujących z Siemiatycz w różnych kierunkach, również do odległych miejsc w Polsce), wynika głównie z braku rozwiązań zapewniających łatwy dojazd do stacji i ze stacji do miasta. Innym powodem jest przywiązanie do samochodu (który po przyjeździe do dużego miasta sprawia tylko potężne problemy).

 

Połączenia już dzisiaj są atrakcyjne i umożliwiają znacznie szybszy, wygodniejszy niż autobusem czy samochodem, dojazd do rozmaitych miast, choćby do Siedlec czy Warszawy i dalej. Po modernizacji, która stanie się niebawem, podróże będą jeszcze bardziej atrakcyjne i komfortowe dosyć szybkimi pociągami z nowocześnie urządzonego dworca.

 

Oby się jednak nie okazało, że zmodernizowany dworzec – odległy tylko ok. 6 km od centrum miasta – będzie stał prawie pusty, ponieważ władze gminne i miejskie nadal nie będą potrafiły rozwiązać spraw związanych z zapewnieniem dostępu mieszkańców Siemiatycz i okolic do oferowanych prawdziwie pod nosem połączeń kolejowych.