Zbigniew Libera – wywiad „Antena Krzyku” nr 1/2000 

libera - lego oboz.jpg

– Jakie pamiętasz pierw­sze swoje doświadcze­nie artystyczne, czy by­ła to współpraca z Ło­dzią Kaliską?

 

– Ja nigdy nie należałem do Łodzi Kaliskiej, tylko do Kultury Zrzuty. Łódź Kaliska jest grupą zamkniętą o stałym składzie, może z wyjątkiem jednej osoby. Debiutowałem na Strychu w Łodzi i była to pierwsza wystawa, jaką ktoś kiedykolwiek tam zrobił. Znalazłem serię bardzo starych pocztówek z okre­su drugiej wojny z aktorami Trzeciej Rzeszy. Na wielu z nich były autentyczne autografy tych ludzi, więc musiał zbierać je jakiś kino­man, który miał dostęp do tych niemieckich aktorów. Po drugiej stronie tych pocztówek były jakieś bazgrały, rodzaj rysunków automatycznych. Rozkleiłem po prostu te pocz­tówki, eksponując obie strony.

 

  Już wtedy zacząłeś praco­wać z gotowymi obiektami…

 

– To prawda, że pracuję z gotowymi obiek­tami, gotowymi ideami, gotowymi wzorca­mi, codziennymi gestami, z tym że muszę je zawsze w zasadniczy sposób przerobić. Są to minimalne ruchy, ale wymagające wiel­kiego wysiłku energetycznego. l mimo to, że robię jakby kopie tych obiektów, powsta­ją one na nowo. Choćby Ciotka Kena – Nie jestem już młoda – wersja lalki Barbie.

 

– Przerabiając gotowe przed­mioty, spierasz się, dyskutujesz z kulturą masową, z jej atrybutami i projek­tami…

 

– Patrzę na przed­mioty jak na pew­nego rodzaju urzą­dzenia, które służą do modelowania lu­dzi, do tresowania ludzi czy jak by to — powiedział Michel Foucault, do ujarzmiania ludzi, wtła­czania w ja, czyli kreowania i programowania ich zachowań i przekonań. Projek­tujemy przedmioty z myślą o projekcie człowieka. W istocie żyjemy dziś projektując i programując. Oczywiście do pracy wy­bieram te przedmioty, których ta funkcja ćwicząca jest widoczna i oczywista, i cała ta technika redesignu służy do tego, by je­szcze bardziej uwypuklić tę ich rolę. Stąd nieprzypadkowe jest to, że pracuję z zabawkami lub „na zabawkach”, bo właśnie w zabawkach najbardziej widać tę rolę edukacyjną – ćwiczącą. Jednocześnie są one bardzo estetyczne w najbardziej czu­łym tego słowa znaczeniu. Odsyłają do pełnego zaplecza kultury, idei, wyobrażeń itd.

 

Michel Foucault mówi o urządzeniach dyscyplinarnych, a ja w pewien sposób parafrazując tę ideę, mówię o urządze­niach korekcyjnych, które służą do korek­cji. W każdym razie to, co jest istotne z for­malnego punktu widzenia w mojej pracy to to, że te przedmioty nie pełnią tradycyjnej roli przypisanej sztuce, a mianowicie nie dekorują, nie są też ozdobnymi gadżetami, są realnie funkcjonującymi urządzeniami.

 

Ten artykuł ukaże się w piś­mie, które zajmować się będzie głównie muzyką. Wiem, że gra­łeś kiedyś w zespole,  może opowiedz o tym…

 

– Grałem w zespole Sternenhoch z Jerzym Truszkowskim (była taka książka o księciu, który był bardzo melancholijny i miał totalną depresję i nazywał się Sternenhoch). Wcześ­niej Truszkowski miał zespół Nihilistyczny Alians Orgiastyczny, potem założyliśmy ra­zem Sternenhoch, a potem zmieniliśmy naz­wę na Narodowy Alians Orgiastyczny. Grałem na pianinie, basie i gitarze. Zespół był przygotowany właściwie po to, by towarzy­szyć performance’om. Truszkowski wył i się ciął, a my graliśmy, trochę improwizowaliśmy, ale w zasadzie mieliśmy stały zestaw numerów. Jerzy miał dobry głos, nie miał słuchu, nie umiał dwa razy powtórzyć tego samego, ale naprawdę miał świetny głos, myślę, że jedynym człowiekiem, który ma głos lepszy od niego, jest Captain Beefheart.

 

Jakiej muzyki słuchasz teraz?

 

– Każdej, a z polskiej Kaliber 44, generalnie hip-hop jest bardzo ciekawy, interesujący, niekomercyjny, mają coś do powiedzenia i nie epatują krwią i bebechami, często mają szlachetne przesłania, tak, Kaliber 44 jest świetny… Plus i minus to jedyne, co widzę, plus i minus to jedyne, co słyszęcha, cha… Lubię Glenna Goulda grającego Bacha, mógłbym tego słuchać w kółko. Podoba mi się post-rock: Tortoise, To Rococo Rot. Dzisiaj muzyka pełni trochę rolę użytkową, rzadko zdarza się, bym miał przeżycie artystyczne, słuchając muzyki.

 

Tak samo jest z filmem, który jest chyba  największym  rozczaro­waniem końca XX wieku, mam na myśli je­go upadek. Film stał się już prawie wyłącz­nie komercyjną działalnością, a szczególnie widać to w Polsce, gdzie nie wyświetla się filmów niekomercyjnych. Kupuje się tylko bardzo mocno komercyjne filmy hollywoodz­kie, co jest już tak nudne, że właściwie nie mam już żadnych oczekiwań wobec filmu. Po prostu za każdym razem przeżywam okropne rozczarowanie…

 

Kiedyś robiłeś filmy, dlacze­go przestałeś?

 

– Być może jeszcze kiedyś użyję wideo (to były filmy wideo), czy nawet może zrobię jakiś film. Nie mam nic do wideo. Na razie nie mam takiej potrzeby.

 

  Czy to prawda, że dostałeś kamerę od wuja?

 

–  Nie, nie, kamerę sam sobie kupiłem, po­nieważ dostałem spadek po stryju z Amery­ki, była to jedna z pierwszych wtedy w Pol­sce, w każdym razie artystą, który pierwszy robił wideo, jest Wojciech Bruszewski. Miał on pewnie z 10 lat przede mną sprzęt, jesz­cze magnetowid szpulowy. Aleja byłem jed­nym z pierwszych, a jeszcze do tego dziw­ne było to, że miałem sprzęt NTSC, bo oczywiście wujek na emigracji nie zdawał sobie sprawy, że może być inny, niekompa­tybilny system w Europie. Musiałem więc wozić na pokazy wszystko, łącznie z telewi­zorem, co było kłopotliwe. Ale dlaczego przestałem robić wideo? Zacząłem, bo wy­dawało mi się, że jest to tani i prosty środek w sensie nie tylko ekonomicznym, ale również estetycznym. Z tych powodów z te­go zrezygnowałem. Właściwie brakowało mi realności obiektu w przestrzeni trójwy­miarowej, można to na przykład dotknąć. Wideo, film i muzyka płyną w czasie, rozwi­ja się pewna kompozycja w czasie, domeną sztuki wizualnej, trochę w ujęciu tradycyj­nym, jest to, że jest ona trochę ponad cza­sem, wystarczy jedno spojrzenie.

 

Mógłbyś to przybliżyć?

 

– Jak się ogląda obraz, powiedzmy baroko­wy, to jak wiadomo choćby z teorii widzenia Strzemińskiego, tam też istnieje pewien czas w obrazie, dlatego że autor tak kom­ponuje obraz, żeby kierować spojrzeniami, czyli stara się zaprogramować pewną ko­lejność spojrzeń. A więc te największe kon­trasty zmuszają nas do spojrzenia w pierw­szej kolejności na pewne elementy obrazu, wybierane przez artystę, zgodnie z hierarchią tych napięć kierunkowych, jakie są w obrazie, oglądasz obraz w sposób zaprogramowany, a to się dzieje w czasie. Stare obrazy, choćby barokowe, były bardzo lite­rackie, opowiadały historie, tak jak film dziś opowiada. Minimal art zredukował wszyst­ko do jednego spojrzenia, i właściwie do obecności tych przedmiotów. Mniej znaczy więcej. Chciałbym robić taką sztukę, która niekoniecznie wiąże się z funkcją czasu, tylko po prostu jest, i ta obecność, jest dla mnie ważniejsza, ta materialna obecność tego czegoś.

 

Twoje obiekty funkcjonują, więc odbiorca mógłby, używa­jąc ich, opowiadać historie, roz­ciągać je w czasie.

 

– No tak, można na przykład układać klocki Lego z mojego zestawu, można się nimi bawić, ale oczywiście nikt tego nie robi, bo kto miałby to robić. Poza tym i tak nie pozwolą dotknąć ich w jakimś tam muzeum. Kiedyś opowiadając komuś, jaka jest idea tego, co robię, użyłem takiej metafory: wyobraź so­bie, że ktoś rzeźbi konia, i chce bardzo rea­listycznie tego konia wyrzeźbić, więc rzeźbi go z mięśni, ze skóry, z kości i właściwie rzeźbi  drugiego takiego samego  konia, który rusza się, i tak dalej… Przedmioty też ulegają mutacjom i ewolucji, tak jak żywe organizmy. Na przykład spójrzmy na histo­rię lalek, to ewidentnie jest ewolucja. Rower, żelazko czy jakikolwiek przedmiot byś nie wziął, on ewoluuje, prawda? Więc te moje przedmioty są takimi mutantami. Oczywi­ście, że w naturze przeżywają tylko te orga­nizmy,  które są do tego przystosowane. Wiadomo jednak, że co jakiś czas rodzi się dziwny potworek typu krowa z pięcioma no­gami, z tą piątą przyrośniętą do kręgosłupa. W świecie przedmiotów jest tak samo.

 

  No właśnie, twoje prace są na  krawędzi,  wydają się już dzisiaj niemal potrzebne, mo­głyby zaistnieć, mógłbyś być niezłym designerem w firmie zabawkarskiej…

 

– No tak, mógłbym. Tymczasem wyobra­żam sobie, że jestem na przykład etnogra­fem, który zebrał taką kolekcję przedmiotów opisującą badane społeczeństwo. Obóz koncentracyjny z klocków Lego to nie jest moja propozycja dla rynku zabawek, jest to konstatacja rzeczywistości. Cały mój wysi­łek polegał na tym, żeby przeniknąć strate­gię designerską jakiegoś produktu, niech to będzie Lego, zbadać proces projektowania, świadomość projektantów, w jakim kierunku zmierzają, jak to robią, jak syntetyzują, a potem, mając tę wiedzę, zrobić ten obóz, tak, jak oni sami by to zrobili. Technicznie wyglądało to tak, że musiałem zmodyfiko­wać tylko dachy baraków i daszek wieży strażniczej, a reszta to elementy gotowe, produkowane seryjnie przez Lego, więc właściwie bardzo niewiele musiałem zrobić.

 

  Czy sztuka jest ekspresją, przedłużeniem twojej osobo­wości?

 

– Moja osobowość jest nieważna w sztuce. Nie mam nic przeciwko temu, że ktoś robi sztukę, powiedzmy wyznaniową, ale mnie ona nie interesuje, uważam, że właściwie wszyscy są tacy sa­mi, czyli że nie spo­dziewam się usłyszeć rewelacji. Poza tym, nikt nie jest ci wstanie odkryć czegoś, czego ty w sobie nie masz. Zaczynają to jednak być trochę metafizycz­ne dywagacje, i wolał­bym w to nie wcho­dzić. Chcę tylko powiedzieć, że nie chcę przeforsować nicze­go o sobie. Oczywiś­cie zawsze coś o so­bie, w sposób bardzo daleki, mówię, ale de­wizą moją jest mówić o sobie to, co ktoś in­ny też mógłby o sobie powiedzieć. Nie chcę mówić: zobaczcie, ja­kie mam wyjątkowo bogate wnętrze, patrz­cie, jestem bogatszy od was, albo, że jes­tem tak już doświad­czony i wzniosły du­chowo, że mogę kogo­kolwiek pouczać albo dzielić się choćby własnym doświadczeniem. Mam podobne doświadczenie i właściwości jak inni, ale różni mnie to, że jestem artys­tą, a ktoś inny na przykład kierowcą… Cho­dzi mi o rodzaj umysłowej ramy, pewnej mentalnej specjalizacji. Ktoś inny zapro­jektowałby ciotkę Kena w troszeczkę inny sposób.

 

  Tak, ale ważny jest pomysł, że wyszło to od ciebie, że jest on konsekwencją twojego do­świadczenia, twojej drogi ży­ciowej…

 

– No tak, wiele osób mówi mi, że moje po­mysły, na przykład karabiny Boscha są oczywiste, że nie przyszłoby im do głowy coś takiego zrobić, ale jeśli ktoś tak mówi to znaczy, że jest już na dobrym tropie. Oczy­wiście, że sięgam po te przedmioty, które w mojej opinii działają najsilniej, które są w jakiejś dziedzinie znaczące, które mnie samego kiedyś prawdopodobnie urabiały.

 

  A co powiesz o łóżeczkach porodowych dla dziewczynek, skąd wziął się ten pomysł?

 

–  Jeśli pomyślisz o kobietach, ich funkcji w kulturze, w społeczeństwie, a potem spoj­rzysz na zabawki, to widzisz, że chodzi na przykład o macierzyństwo i wyrobienie takiego instynktu, to masz te wszystkie lalecz­ki, bobaski, kuchenki i saloniki, brak tylko łóżeczka do porodu. Jest to tak niemal oczywista mutacja, że wydaje się pewne, że ktoś to już wcześniej zrobił, no, ale nikt takich łóżek jeszcze nie zrobił, więc taka mutacja musiała się pojawić. Działam tu właściwie jak jakaś siła natury, oczywiście nie jest to siła natury, tylko siła kultury, coś takiego jak DNA, tyle że w dziedzinie kul­tury. Jestem tylko ślepą wykonawczą siłą – bardzo mały jest wkład mojej inwencji twórczej.

 

Wiem skądinąd, że ostatnio zajmuje cię idea programowa­nia, czy mógłbyś o niej opo­wiedzieć w kontekście twoich prac.

 

– Robiąc te wszystkie urządzenia korekcyj­ne, doszedłem do wniosku, że i tak wszyscy jesteśmy programowani przez społeczeń­stwo, w którym żyjemy, bo taki system zo­stał przyjęty, tak się postępuje i jest to nie­uniknione. Programuje się dzieci, dorosłych. Wiadomo, jak mówił stary Freud, w życiu człowieka liczą się nawet jego pierwsze miesiące. Ktoś inny powiedział, że pierwsze 3 lata. Wszystko jedno, w każdym razie pewien program, według którego zostajemy zaprogramowani (w języku psychologii nazywa się to skrypt), zostaje nam narzucony. Nie będąc tego świadomi – tego, co się nam programuje – właściwie powtarzamy to już przez całe życie. Nie ma jednak sytuacji bez wyjścia, bo osiągając świadomość tego, możemy się przeprogramować albo przynajmniej przemyśleć, jak to wygląda, jacy jesteśmy, według jakiego planu żyjemy.

 

Tak czy inaczej nie mamy wyjścia, jeśli bę­dziemy unikać programowania w dzieciń­stwie, to będziemy dzicy, to też nie jest żad­ne wyjście. Nie możemy się już cofnąć, nie możemy teraz nagle udawać, że tych paru tysięcy lat cywilizacji nie było, nie możemy wrócić do systemu zjednoczenia z naturą, takiego systemu, że cały świat byłby prze­niknięty duchem, i będąc w jedności z natu­rą, rozpoznamy za pomocą węchu, że właś­nie przechodziła tędy antylopa.

 

Więc skoro zawsze już będziemy progra­mowani, to dlaczego nie mielibyśmy się sa­mi programować w takich kierunkach, jak chcemy, l to jest właściwie konkluzja – że możemy i powinniśmy się programować i że właściwie nic nie stoi nam na przeszkodzie, żeby to robić. Teraz.

 

Żyjemy w takim świecie, w którym, jak śpie­wa Kazik, „wojna skończona, przeciwnik skonał”. Wszystko zostało obalone, nie ma żad­nych przeszkód dla wolności ludzkiej. Przynajmniej w świecie filozofii czy w świecie idei wszystko zostało przewalczone i obalone. Panuje totalny relatywizm. Wszelkie idee, które uważane były kiedyś za pewniki moral­ne, polityczne albo etyczne lub jakiekolwiek inne zostały obalone. Nikt ci już nie zabroni być takim, jakim chcesz. Została jednak do zrobienia najważniejsza rzecz. Musisz odpowiedzieć sobie na pytanie: „Kim ja chcę być?!” i potem masz to jeszcze zrobić. Ja oczywiście sam tego nie wymyśliłem i odsy­łam wszystkich do programowania „neurolingwistycznego” (NLP).

 

Jak ty się sam zaprogramo­wałeś?

 

– Samo programowanie jest niezwykle pro­ste, chociaż rzeczy najprostsze zwykle wymagają największego wysiłku. No, ale jeśli się chce cokolwiek osiągnąć, to trzeba sobie dokładnie powiedzieć, czego się chce. Jeśli jednak ten nasz program jest zbyt ogólny, to należy go rozbić na mniejsze działki tak, by cele, które są do osiągnięcia, były w zasięgu ręki i by były uchwytne. Musimy dokładnie zatem znać nasze cele, a nawet powinniśmy wyobrażać sobie, co będzie, gdy osiągniemy to, co sobie założyliśmy etc., etc.

 

  A co byś chciał osiągnąć podróżą do Stanów, co tam będziesz robił?

 

– Jadę do USA, gdzie będę miał kilka wykła­dów. Jadę, by zarobić trochę pieniędzy, że­by się tam utrzymać, mówiąc prawdę, szu­kam tam trochę odosobnienia, dlatego że gdy mieszkam w Polsce i gdy codziennie ra­no wstaję i rozkładam gazetę albo włączam radio, to szlag mnie trafia, bo jestem bardzo zaangażowany w to, co się dzieje i bardzo mnie to rozprasza.

 

Druga rzecz to to, że ży­ję aktywnie w takim sensie, że, no nie wiem, a to zrobię plakat albo okładkę do płyty (The Users), a to udzielam wywiadu dla tv albo do nowego pisma (AK) i tak dalej… Potrzebu­ję trochę czasu dla siebie, bo mam nowe pomysły i muszę się na nich skoncen­trować, zwłaszcza że są jeszcze dość ogólne. Potrzebuję odosobnienia także prywatnie, mam 40 lat, a jest to okres dość istotny dla mężczyzn, skończyła się młodość, i w moim życiu wiele się zmieniło. Potrzebuję oddechu i bycia ze sobą…

 

Cze­ka mnie zresztą dużo pracy, przez najbliższe dwa lata będę bardzo, bardzo zajęty, ponie­waż robię kilka dużych wystaw. Praca nad takimi wystawami nie polega na myśleniu, ale na negocjacjach z ludźmi, którzy mogą ci dać pieniądze czy w jakiś inny sposób pomóc, na przykład wykonać jakiś obiekt, bo oczywiście wiadomo, że wszystkiego nie mogę sam zrobić, bo to musi maksymalnie wyglądać jak przedmiot seryjnie wyprodukowany, więc muszę ko­rzystać z pomocy techników, z umiejętnoś­ci rzemieślniczych innych ludzi. Muszę ich znaleźć, mu­szę z nimi rozmawiać, muszę ich nakłonić do tego, co chcę zrobić, mu­szę znaleźć na to pie­niądze i tak dalej. Ale najpierw muszę wiedzieć, czego chcę!

 

I jeszcze jedno chcę powiedzieć o progra­mowaniu. Nie chcę się absolutnie wymą­drzać się na ten temat, ale może ktoś prze­czyta teraz o tym programowaniu i pomyśli sobie, że to może mu pomóc, i pójdzie do księgarni i kupi sobie książkę o NLP, żeby więcej się o tym dowiedzieć, i to na pewno mu pomoże, i być może sam znajdzie sobie drogę do siebie, do tego, jak to zrobić.

 

Naprawdę sądzisz, że widać efekty programowania w życiu codziennym?

 

– Pomyśl, na czym polega na przykład bycie w sekcie. Dlaczego to jest takie uwodliwe, dlaczego ludzie przychodzą do sek­ty i wsiąkają w to. Dlatego że tam, w sekcie, podobnie jak w partii poli­tycznej oni, przywódcy, świetnie znają techniki programowania i pra­nia mózgu: wyczyszczenia poprze­dnich treści i nadawania nowych treści, i dlatego tak trudno potem z sek­ty kogoś wyciągnąć, bo taki ktoś przechodzi regularne pranie mózgu i nowe zaprogramowanie w określony spo­sób. Jest to atrakcyjne, ponieważ ty sam te­go chcesz, do sekty przychodzą ludzie, którzy nie chcą żyć tak, jak żyli poprzednio. Mają bardzo poważną motywację, żeby się zmienić, więc łatwo ulegają takiemu programowaniu. Tak samo wiek XX jest świetnym przykładem tego, jak można zaprogramo­wać ideologicznie: komuniści czy faszyści. NLP jest pozbawioną ideologii techniką pro­gramowania. Każda jednostka otrzymuje szansę, by zaprogramować się tak, jak tego chce, według własnych wartości. Nie będzie to służyć jakiejś tam władzy czy religii, tylko będzie służyło tobie.

 

  Powiedz jeszcze o swoich planach artystycznych.

 

– Na pewno będę używał silnych memów…

 

Memów, co to są memy?

 

–   Mem jest jakby analogiczny do genu w świecie organicznym,  pełni taką rolę w świecie kultury. Nazwa pochodzi od sło­wa memory – pamięć. Memy reprodukują się choćby teraz, kiedy o nich mówię, prze­chodzą z mojego mózgu do twojego. Za po­średnictwem, na przykład, pisma, w którym czytacie ten wywiad, też reprodukują się memy. O czymkolwiek bym do was nie mówił, to reprodukuję jakiś mem i oczywi­ście, nie wchodząc zupełnie w teorię me­mów, są memy silne albo słabe. W gruncie rzeczy wszystkie informacje, jakie mamy, są mnożącymi się memami. Jeśli spojrzeć na nas z punktu widzenia memów, to okazuje się, że jesteśmy tylko reproduktorami me­mów. Teoria memetyki powstała w połowie lat 70. i wyszła z genetyki, od ludzi mówią­cych o ewolucji i kumulatywnym, oni to wy­myślili.

 

Odkryto, że mem jest jakby nową formą istnienia, którą my tylko przenosimy, reprodukujemy. Samym memom chodzi o to, żeby się rozpowszechniać i pewne me­my albo zbitki memetyczne przenoszą się szybciej niż inne. Wykorzystują to na przykład politycy albo ludzie, którzy mają zdol­ności i chęć manipulowania opinią publicz­ną; oni dobrze wiedzą, jak trzeba mówić i ja­kich używać memów, by trafić do ludzi. Na przykład auto, samochód to jest mem. Jakaś informacja. Pablo Picasso to też jest mem. Trudno powiedzieć, jak długi jest gen, tak samo jest z memem. Nasze mózgi są już archaiczne, podlegają ewolucji DNA, natomiast ich zawartość kulturalna podlega ewolucji memetycznej. Ewolucja memetyczna jest dziesiątki razy szybsza niż ewolucja genetyczna. Więc my ciągle jeszcze reagujemy na pewne rzeczy, na przykład niebezpieczeństwa, jak nasi dalecy przodkowie. Siedzisz w nocy w ja­kimś pomieszczeniu i mimo to, że wiesz, że nic ci nie może zagrażać, to gdy usłyszysz jakiś hałas, natychmiast zwraca on twoją uwagę. Jest kilka bardzo mocnych memów, takich jak mem na jedzenie, niebezpieczeń­stwo, seks. Trzy podstawowe. Cokolwiek byś nie zrobił, a będzie to zawsze związane z memami, odniesiesz sukces, jeśli użyjesz właściwych memów.

 

rozmawiał Andrzej Załęski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

„JUNPPIE – YOUNG URBAN ZOMBIE” – Rafał Księżyk (archiwalny artykuł)

Polaroids From The Dead - Douglas Coupland..jpg

Niedawno polską prasę obiegły recenzje właśnie u nas wydanego prozatorskiego debiutu Douglasa Couplanda “Generacja X”, tej zatrzymanej w miejscu powieści drogi. Wnioski recenzentów sprowadzały się przeważnie do stwierdzenia, iż w Polsce Generacja X nie istnieje, bo wciąż jeszcze nie przestał być atrakcyjny status yuppie, i tyle… Szkoda, że z taką uwagą nie spotkała się inna wdana u nas w ubiegłym roku książka Couplanda, zbiór reportaży i migawkowych wspomnień „Polaroidy z koncertu”. W tytułowym tekście, będącym quasi-socjologiczną obserwacją współczesnego koncertu amerykańskiej legendy psychodelicznego rocka – Grateful Dead, znalazł się fragment, jak najbardziej dotyczący naszych realiów, co więcej, zgrabnie otwierający pewien ciąg skojarzeń, których jak dotąd, pomimo ich oczywistości, nikt nie kwapił się upublicznić.

 

Ósmy roz­dział „Polaroidów…”:

 

„Nie pa­miętasz, o czym chciałeś zapo­mnieć”, namie­rza wśród uczestników koncertu Bena, nadzianego biznesmana: „Benowi wolno dziś tylko trawkę, nie kwas. I to nie­wiele trawki. Ju­tro o wpół do siódmej ma conference call z Dresdner Bank…” Trudno o bardziej zwięzły i wymow­ny wyciąg z myśli będącej chlebem powsze­dnim sporej części młodych, wstępujących elit powstającej polskiej klasy średniej.

 

Pewnie większości naszego społeczeń­stwa narkoman wciąż kojarzy się z tym wychudzonym, owrzodziałym brudasem, który chwiejnym krokiem przemierza ciemne kąty dworców kolejowych i zaułki Starówki. Wia­domo też, że kontakty z narkotykami zda­rzają się również pośród „dusz artystycz­nych” i kontestujących, odkrywającej życie młodzieży, spychanych na margines życia, tzw. blokersów, szukającej swego szyku ho­łoty z półświatka i jej naśladowców. Ostat­nio, szybko nadrabiając zaległości, dołą­czają do tej grupy yuppies. Określenie mo­że ciut zwietrzałe, ale jakże zwięzłe i sympa­tyczne, niech wam się nie kojarzy wyłącznie z odzianym w opancerzający garnitur urzę­dasem – okularnikiem, mówimy głównie o elicie obnoszącej wyluzowaną elegancję w modnych klubach, rekrutującej się z reży­serów naszej codzienności, pracowników mediów, agencji reklamowych, public relations, itd.

 

Narkotyki wkraczają do świata społecznych elit, to w Pol­sce nowość. Zwykło się pisać, iż wśród młodych biznesmenów, nowej warstwy biu­rowej ekskluzywnych zawodów i bogatych firm modne są speedy. Amfetamina pozwa­la podkręcić tempo, niezbędna dla dotrzy­mania kroku w „wyścigu szczurów”, tak więc konstatacja ta ma teoretyczne uzasadnie­nie, wystarczy jednak w praktyce otrzeć się o ich świat, by zorientować się, że króluje w nim marihuana. Być może jest tak po pro­stu dlatego, że faja i joint pachną z niepodrabialną intensywnością? Tylko że mniej się o tym mówi. No, bo dziwnie moglibyśmy reagować, gdyby okazało się, że wygadany pan z telewizji, obrotna pani z public relations, błyskotliwy copywriter, charyzmatycz­ny projektant – ci niezastąpieni reżyserowie naszej codzienności – swe inspiracje czer­pią z lufki.

 

Nowe elity są psute przez swą epokę, która uczyniła z nich grupę wiodącą. Pra­cownicy mediów, agencji reklamowych, pu­blic relations, firm fonograficznych, za sto­sunkowo nieduży nakład pracy otrzymują dużo pieniędzy. System nie nagradza jed­nak za darmo. Elita ma swe zadanie. Swe środki ma spożyć na teatralizację życia.

„Tę­sknota za piękniejszym życiem we wszyst­kich czasach wskazywała trzy drogi wiodą­ce do owego odległego celu. Pierwsza bez­pośrednio wyprowadzała poza granice świata: była to droga wyrzeczenia się spraw ziemskich. (…) Drugi szlak był drogą polep­szenia i udoskonalenia samego świata. (…) Trzecia droga do lepszego świata prowadzi w krainę marzeń. Jest to droga najwygodniejsza, ale też nigdy nie przybliża do celu. Skoro rzeczywistość ziemska jest tak bez­nadziejnie żałosna, a wyrzeczenie się świa­ta tak przykre, trzeba zatem zabarwiać życie piękną złudą (…)

Postawa trzecia przemie­nia konwencje życiowe w formy artystyczne. Ale marzenie o pięknie uzewnętrznia się nie tylko w dziełach sztuki; marzenie to pragnie uszlachetnić pięknem samo życie, nadać określony kształt egzystencji pewnej spo­łeczności i nasycić ją pierwiastkiem zabawy. Tu właśnie stawia się najwyższe wymagania pod adresem indywidualnej sztuki życia, wymagania, którym zadośćuczynić może tylko elita organizująca z całym kunsztem swą zabawę w życie”.

(Johan Huizinga, „Je­sień średniowiecza”).

 

W naszych re­aliach teatralizacja życia na­biera szczegól­nego charakte­ru, polega na „pokazaniu się” w roli uosabia­jącej wzorzec beztroskiej, bezkresnej i satysfakcjonującej kon­sumpcji.

 

Niech wezmą to pod uwagę ci, którzy obru­szają się, że ktoś każe im czytać o eli­tach. Ich styl życia produkowany jest jako wzorzec i przedmiot tęsk­nych westchnień innych, a więc dotyczy nie tylko elit, ale wszystkich. Elita ma być przy tym najszybszą pośród szybkich. To należy do jej etosu, umożliwia tak określoną kon­sumpcję. Wehikułem pozwalającym osią­gnąć tę prędkość i ten poziom konsumpcji nie jest mało finezyjny speed, lecz marihu­ana, środek psychodeliczny. Bo jak uczą mity i baśnie, szybkość i skuteczność pole­ga na zdolności do przemian. Adaptacja do ekonomicznych realiów gry wystarcza dziś akurat na to, by stać się drobnym ciuła­czem, kto chce utrzymać się w elicie, musi iść dalej, jak mityczny bohater, zmieniający się w ptaka, rybę, stający się niewidzialnym, musi opanować zdolność metamorfozy. I w ten sposób yuppie staje się junppie.

 

Junppies dlatego są zjawi­skiem nowym, że wdrażają, by nie powiedzieć: lansują, odmien­ną – „bezpieczną” (a pamiętacie Bezpieczną Kasę Oszczędności?) — kulturę spożycia narkotyków, która – choćby dlatego, że gesty teatralizacji elit się naśladuje – już staje się wiodącą i ma szansę całkowicie przemodelować kwe­stie obecności narkotyków w cy­wilizacji Zachodu, oferując im co­raz bardziej węzłową pozycję. Jej charakter doskonale oddaje przywołany cytat z Couplanda.

 

Junppie dozuje marihuanę w sposób rozsądnie wykalkulowany, w myśl zasad zaszczepionych mu w życiu zawodowym, w trakcie „wyścigu szczurów”. Zasad skuteczności, opłacalności, strategii gracza, zdyscyplinowanego pracownika, minimalizacji kosztów i ryzyka. Z tych względów ów „bezpieczny” model spożycia jest popularny wśród uwikłanych w dyscyplinę nauki licealistów i studentów, a może to oni pierwsi wcielili go w życie i przenieśli da­lej, wraz z podjęciem pracy?

 

Marihuana jest zarazem nagrodą i pobu­dzającym środkiem inspiracji. Działa jak afrodyzjak, rozluźnia, znieczula, ludziom obojęt­nym i zabieganym ułatwia pogłębianie wra­żeń i wzruszeń, ba, oferuje namiastkę przeży­cia metafizycznego. Inspiruje, pozwala bo­wiem na szybką koncentrację, błyskawiczne wprowadza w temat, wyzwalając skojarzenia, pogłębiając go i rozwijając. Jako wehikuł prędkości trafia w sedno oczekiwań ludzi za­gonionych pomiędzy pracą a konsumpcją. Marihuana sprawia wrażenie, jakby umożli­wiała odzyskanie czasu z bezczasu. Pozwala szybciej i intensywniej odreagowywać, relak­sować się, nawiązywać kontakty towarzyskie, przezwyciężać stres, zmęczenie, nudę, jałowość, obojętność, spięcie.

 

Marihuana ma również tę, niebagatelną w tym wypadku, cechę, iż niezawodnie przywraca radość tak łatwo powszedniejącej kon­sumpcji, śrubuje spożycie, czyniąc wszystko wokoło czymś atrakcyjnym, wartym pożąda­nia. Człowiek po fai w swym rozkosznym haju jest niczym dziecko w sklepie z zabawka­mi. Choćby zdawał sobie z tego sprawę, za­wsze potrafi docenić płynące stąd przyjem­ności.

 

Człowiek po marihuanie jest konsumentem idealnym. To zło­wroga cecha, która przesądza o jej aktualnym powodzeniu.

 

Ryzyko? Nie większe niż rak płuc, wrzody żołądka, zawał, zawodowa nerwica. Przecież nie ma tu mowy o natchnionych doświadcze­niach wewnętrznych, straceńczych tripach sądujących granice percepcji. I tak mari­huana staje się gwoździem programu weekendowych imprez, elementem szpanerskiego szyku, psycho-enerdżajzerem podczas nasiadówek po godzinach, niewyczerpanym te­matem żartów i opowieści, wspominających minione ekscesy, podczas poniedziałkowych przerw na papierosa czy lunch. Jej nielegal­ność i niebezpieczeństwo związane z kontak­tem ze środkiem zaliczanym do narkotyków tylko sprzyjają budowaniu etosu marihuany, przyjemnościom jej spożycia dodają deka­denckiego smaczku, na który zawsze łase są nawiedzane znużeniem galopującej kon­sumpcji elity.

 

Wehikuł szybkości junppies w gruncie rze­czy pozwala dotrzeć jedynie do krótkodystansowego celu dnia codziennego. Tu zaślepia ich drapieżna zachłanność. Nie zapominaj­my, że nadpsuł ich nadmiar łatwych pienię­dzy. Taki krótkoterminowy dystans okazuje się za długi i zbyt męczący dla ludzi, którzy tak łatwo i szybko osiągają spełnienie materialne, ich aktywność interpersonalna, zmysłowa, fi­zyczna, wyobraźnia domagają się równie gładkiego usatysfakcjonowania. Pewnie biorą to pod uwagę w swym rachunku. Gdzie ewi­dentnie zawodzi kalkulacja junppies? Jak za­wsze w kontakcie z narkotykiem problem za­czyna się, gdy kończy się jego działanie. Junppie nie jest outsiderem, ani satelitą arty­stycznej cyganerii, jego pozycję wyznacza praca. Zahartowany w zabiegach o swą po­zycję, wracając po tripie do rzeczywistości odczuwa poczucie winy. Schyłkowy etap działania marihuany sprawia, że owo dziecko baraszkujące w sklepie z zabawkami nasyciwszy się, lub znużywszy, jego skarbami, zaczyna skupiać się na tym, że jest dzieckiem. Człowiek uwiedziony obcowaniem z cudow­nością haju traci orientację w rzeczywistości, gubi się, przeżywa idiotyczne pomyłki, traci pewność siebie.

 

Nawet chwilowe zachwianie tej pewności siebie to dotkliwy cios dla zadufanego Junp­pie. Choćby byt największym chojrakiem, w tym momencie zachwiania czuje niepokój, który potem rodzi poczucie winy. Wracając do realności, o której w jego przypadku de­cyduje skuteczność efektywnej pracy w wa­runkach silnej konkurencji, stara się zatu­szować przed samym sobą wagę tego ro­dzaju potknięć. Powrót z tripu wywołuje wte­dy nadmiar skrupulatności i obowiązkowo­ści. Junppie egzorcyzmuje „skutki uboczne” marihuany dążąc do większej skuteczności pracy. Tym bardziej, że gdy zasmakowało się w podrasowanych fają rozkoszach hiper-konsumpcji, nie sposób zrezygnować ze zdobywania środków na windowaną po­przez kolejne ekscesy konsumpcję. Z kolei ta wzmożona potrzeba skuteczności i obo­wiązkowości wywołuje stres. Stres ten, w miarę jak rośnie, domaga się naprawdę mocnych, ekstatycznych rozładowań. Takie najpewniej i po najniższych kosztach zapewni marihuana. Tu koło się zamyka. Niemniej wspomniane koszty są na tyle niskie, iż w sumie kalkulacja dystrybucji weekendo­wych ekscesów Junppie wciąż potrafi prze­konywać go do swej opłacalności.

 

Doszliśmy do drugiego z decydujących dla współczesnych realiów atutów marihuany. Marihuana produkuje nie tylko idealnych kon­sumentów, ale też wcale nie gorszych pracowników.

 

Ponoć marihuana nie uza­leżnia, ale nieumiarkowane wy­strzeliwanie się w stan prędkiej ekstazy i błyskawicznych spełnień oraz jej silne działanie znieczula­jące zmieniają człowieka. Taki człowiek staje się spolegliwy, bezkonfliktowy, zobojętniały na kwe­stie społeczne, polityczne, często oziębły uczuciowo. Łatwiej podda­je się odgórnym manipulacjom, da­je się wciągać w rozpasanie konsumpcjonizmu.

 

To wszystko nie prze­szkadza, a wręcz sprzyja, by pozostał sku­teczny w tym wymiarze życia, który musi sprzedać, aby nie stracić środków na swo­bodne surfowanie w bezmiarach ekstazy.

 

No i po tych wywodach wychodzi na to, iż nie powiedziałem tu niczego nowego. Przedstawiony tu proces jako żywo przypomina idealną socjotechnikę manipulacji, jaką na przełomie X i XI wieku na Bliskim Wschodzie opracował i z powodzeniem wcielił w życie Hasan Ibn Sabbah, rezydujący w twierdzy Alamout przywódca sekty Assasynów. Le­gendarny Starzec z Gór konstruował nieza­wodny mechanizm swej szpiegowskiej siatki uwodząc wstępujących doń kandydatów roz­koszami oferowanymi przez haszysz (więcej czytaj w „Plastiku” 7/98). Ponoć zdobywał w ten sposób ślepe oddanie swych ludzi.

 

In­ne skojarzenie odsyła do nie mniej egzotycz­nego rejonu na Haiti, ośrodka voodoo. Pew­nie każdy z was oglądał choć jeden z horrorów eksploatujących motyw zombies, czyli lu­dzi zamienianych czarami w „żywe trupy” i wykorzystywanych zazwyczaj w charakterze mięsa roboczego na plantacjach. Otóż jedna z paranaukowych analiz starająca się zgłębić motyw zombie, wyraża przypuszczenie co do przebiegu procesu produkcji zombie. Ofiara najpierw jest poddana zatruciu, które parali­żuje pracę organizmu na tyle, iż uznaje się ją za zmarłą, potem jednak podaje się jej anti­dotum, które zobojętnia działanie trucizny. Tym antidotum jest silna substancja halucy­nogenna. Jak widać, wprzęganie narkotyków w system racjonalnej skuteczności ma długą tradycję. W końcu nie mielibyśmy kwasa, gdy­by nie zainteresowanie, jakie LSD wzbudziło u CIA, które dostrzegło w nim wart uwagi in­strument prania mózgu.

 

W grze toczącej się w ciągu XX wieku po­między undergroundowymi agentami ewolu­cji a systemem kontroli i władzy, narkotyki nie­raz stawały się szczególnie ważnym pion­kiem. Stawką była kontrola nad przestrzenią ekstazy, gdzie traci się kontrolę, gdzie ma miejsce wyzute z okowów racjonalności trwo­nienie. Nadmiar stanowiący o życiu społe­czeństw konsumpcyjnych sprawił, iż owo trwonienie stało się cnotą, jeśli nie konieczno­ścią. U schyłku wieku okazuje się, że w tej rozgrywce system zwyciężył.

 

Owiane kontrkulturowym etosem, atrak­cyjne poprzez swą nielegalność, nasycone odrobiną dekadenckiego zepsucia i blaskiem elitarnego szpanu lekkie narkotyki doskonale zaaklimatyzowały się w trybach priorytetowej dla niego machiny bezmyślnej konsumpcji. Ewoluują do roli psychogadżetu w jej nowej fazie. Nie twierdzę, iż za eksplozją popularności marihuany stoi mani­pulacja jakiegoś konkretnego „systemu”. Mechanizm jest bar­dziej złożony, ale też nie potrze­buje odgórnego sterowania, jako że przybiera postać szczególnej, napędzanej THC, perpetuum mobi­le. I undergroundowcy i elita, oba trendotwórcze bieguny, sami loku­ją się w jego trybach przeistacza­jąc się w idealnych konsumentów.

 

O narkotykach pisuje już prasa ko­bieca, na łamach „Gazety Wybor­czej” profesor farmakologii ujaw­nia, iż marihuana to jak kawa, po­kazywani w tok-szołach odjazdowcy domagają się legalizacji ziela… Tylko patrzeć, jak przy okazji ko­lejnych wyborów prezydenckich ową legalizację wciągnie do swego programu kolejny demagog. Bo tak naprawdę – szczególnie dla ludzi jego pokroju — marihuana stała się wygodna. I to dopiero początek udręki z zielem, zobaczycie…

Rafał Księżyk

P.S. Zalecana lektura uzupełniająca: Aldous Huxley „Nowy Wspaniały Świat”, Philip K. Dick „Przez ciemne zwierciadło”, Zygmunt Bauman „Wolność”.

 

„Krótkie spięcie z psychodelią” (recenzje: Rafał Księżyk) Albert Hofmann: „LSD. Moje trudne dziecko” & Robert Anton Wilson: „Seks, narkotyki i okultyzm. Podróże poza granice świadomości”

LSD... moje trudne dziecko - ALBERT HOFMANN.jpg

 Nikt jeszcze nie interesował się tym, co wyni­ka z faktu, że nie było w Polsce kultury psychodelicznej. Owszem, mamy całkiem fajny rozdział industrialny i nowofalowy – choć w ogóle nie wspominane na fali mody na la­ta 80-te. Ale kultury psychodelicznej nie było. „Wiadomo komuna”? Nie mieliśmy w latach 70-tych. nawet zespołu na miarę czeskich Plastic People Of The Universe. Może stąd wyraźny rozdźwięk między dzi­siejszymi 20-latkami, którzy serfują po sieci, ciągną pliki i jarają dżojnty i 30-latkami, którzy w ich wieku pili wódkę i czytali Hłaskę. Obie generacje mogą zjednoczyć się w lekturach, które należą do psychodelicznej klasyki i wła­śnie ukazały się w polskim tłumaczeniu.

 

„LSD. Moje trudne dziecko” to wspomnienia szwajcarskiego chemika, który podczas pracy w laboratoriach Sandoz, jeszcze przed II wojną światową wysyntetyzował związek, który pod nazwą kwas miał zrewolucjonizo­wać kulturę Zachodu w latach 60. XX w. Choć zanim tak się stało, psychodeliczny na­rkotyk był obiektem zainteresowania CIA. Hofmann w swych zapiskach prezentuje się początkowo jako młodzian o horyzontach urzędnika laboratorium. Stopniowo zaczyna się interesować działaniem psychodelików. Stara się odkrywać i analizować naturalne odpowiedniki odkrytego przez siebie związ­ku. I staje się antropologiem docierającym do studiów nad archaicznymi i egzotycznymi kul­turami. Spotyka się z zafascynowanymi możli­wościami LSD artystami i intelektualistami – Huxleyem, Jungerem. Pozostaje jednak szwajcar­skim mieszczuchem. Tak, jak kiedyś panowie wybierali się na polowanie, tak teraz Abbie z przyjaciółmi, średnia wieku koło pięćdzie­siątki, spędzają weekendy na tripach… Co odbywa się w atmosferze podróżniczej przy­gody niczym z powieści Karola Maya. Jest w tej gromadce Junger, ex-militarysta, który, gdy poznał narkotyki, przestał interesować się faszyzmem.

Sex and Drugs - Robert Wilson.jpg

Wybitny powieściopisarz amerykański, mistrz zjadliwego humoru napisał książkę, w której połączył aktualną wiedzą o misteriach dionizyjskich, sabatach czarownic ze współczesnymi doświadczeniami zwolenników ekscesu i stanów ekstatycznych.

Przez wielkie miasta Zachodu na fali kontrkultury przetoczyły się dwie wielkie rewolucje – obyczajowa rewolucja seksualna oraz ciągle jeszcze trwająca rewolucja w naszym podejściu do narkotyków.

(Panorama nowości filozoficznych i humanistycznych)


 

Tak jak poczciwcem jest Abbie, tak Wilson to przebiegły kpiarz na modłę trickstera. Pamiętacie zresztą może, jak pysznie wodził za nos w swej sławetnej trylogii „llluminati”. W „Seksie i narkotykach” jest nawet frag­ment przypominający o zacnym Abbie. Spotykamy stare, prowincjonalne małżeństwo, które, choć rozsądek temu przeczy, żyje szczęśliwie… dzięki rytuałom małżeńskich orgii. Seks i narkotyki jako wentyl bezpieczeństwa mieszczańskiego świata?

 

Jest u Wilsona jeszcze kilka takich historyjek, bę­dących przewrotnym pastiszem owych opo­wieści z terapeutycznych konfesjonałów, któ­rymi kokietuje nas rynek książki z zakresu popu­larnej psychologii. Idea książki jest wywrotowa, Wilson powodzenie rewolucji psychodelicznej wiąże z tym, że ludzie odkryli, iż po niektórych narkotykach seks jest lepszy. Ruch napędzany seksem? Rewolucja gotowa!

 

Prowokując, Wilson pozostaje sceptyczny i bezstronny. Zajmują go badania nad sięgającymi zarania cywilizacji tradycji magii seksualnej. Ze swadą gawędziarza erudyty snuje opowieść o ścieżkach duchowości opartej na ekstazie i ekscesie. Od technik archaicznych, po nowożytny okultyzm. Tradycje magii zesta­wia ze współczesną nam psychofarmakologią i technikami programowania świadomo­ści – w zakresie których dziś szkolą kadry menadżerskie. Dzięki temu książka szczęśli­we omija mielizny bełkotu new age’owego hippisiarstwa.

 

Rafał Księżyk

 

Albert Hofmann „LSD. Moje trudne dziecko”. Wyd. Latawiec

Robert Anton Wilson: Seks, narkotyki i okultyzm. Podróże poza granice świadomości. Przekład D. Misiuna. Graffiti BC, Toruń 2002.

 

 

„Pod znakiem Trickstera: technika, wizja, ulica” (recenzja książki: Rafał Księżyk) „TechGnoza: mit, magia + mistycyzm w wieku informacji” Erik Davis

 

techgnosis.jpg

Uwaga! Lektura obowiązkowa.

 

Ani chybi to jedna z najwspanialszych książek, jakie w tym roku zawitały na nasz rynek. Dzieło tak gęste od ekstrawaganckich informacji i śmiałych wizji, wyrażonych godnym siebie – choć niekie­dy konfudującym – językiem, że zaliczyć je wypada do najważniejszych studiów z kręgu namysłu nad epoką informacji, w którą na do­bre wkroczyliśmy. A dokładniej – jak zmienia się tożsamość człowieka, któremu żyć przy­szło w świecie, który zmienia się w środowi­sko informacyjne. Davis to dziecko cyberpopkultury. Inspiracji w równej mierze dostarczyły mu analizy Marshalla McLuhana, co powieści Philipa Dicka. Dorastał jako „dziecko Kalifornii”, fascynując się Tolkienem, Castanedą, ezoreryką, heavy metalem, techno, psychodelicznymi narkotykami, cyberpunkiem.

 

Jako spontaniczny ucze­stnik i wnikliwy obserwator uczestniczył od zarania w rozwoju internetu – nowych form obiegu informacji i stworzonych wokół nich społeczności. Najpierw powstała seria arty­kułów („Village Voice”, „Rolling Stone”, „Wired”, „Spin” i „Gnosis”), potem książka. Jednym z najważniejszych jej wątków jest teza o związkach techniki i duchowości. Lwia część książki to fascynująca kronika tego, jak wyobraźnia duchowa człowieka mutuje w obliczu przemian technologicznych.

 

Od Platona – którego filozofia zostaje powiąza­na z wynalezieniem alfabetu, poprzez anali­zę współczesnego pokolenia – ludzi „zmutowanych przez media”, na problemach otwieranych przez sieć kończąc.

 

Kronika ta nie jest bynajmniej technokratycz­nym zachłyśnięciem. Davis pisze o wizjoners­kim błędzie, który polega na wzięciu możliwo­ści technologicznych za możliwości społeczne lub duchowe. Gdy dominująca w kulturze technika pojmowana jest wyłącznie w katego­riach racjonalnego narzędzia, wyparta z jej przestrzeni irracjonalność eksploduje w zaska­kujących i groźnych wcieleniach. Fantazja racjonalności okazuje się może największym ze wszystkich mitów. Duchowe konsekwencje trzeba zaliczyć do pierwszego rzędu ryzy­kownych następstw technologicznych rewolu­cji. I tak Davis stara się zaproponować nowy styl ducha dla sieciowego społeczeństwa epoki informacji.

 

Wykraczająca poza materialność, hybryda techniki i kultury – technologia informacji określa nasze otoczenie, a równocześnie jej roz­wój czyni ją coraz bardziej obcą człowieko­wi. Davis proponuje traktować technikę jako „nieznany konstrukt”, z którym wchodzimy w pakty i przymierza. Porównuje technikę do trikstera – Boga-oszusta, który w kulturach ar­chaicznych władał rozdrożami. Nic dziwne­go, że w jego dorobku – już poza „TechGnozą” – są też fantastyczne studia o kultu­rze dub, gdzie związki wizji i technologii jawią się pomostem pomiędzy afrykańskimi kultami a taktykami współczesnej ulicy.

 

Rafał Księżyk

Erik Davis TechGnoza”, wyd. Rebis 2002.

Wspomnienia ze Śląska i kilka kwestii bieżących (I. Portret własny)

PB126106.JPG
Przez pewien czas, kilka miesięcy tego roku mieszkałem w wiejskiej chałupie pozbawionej elektryczności. Można powiedzieć, że hartowałem ducha. Wzmacniałem swój charakter. Nie poddałem się jednak.

Dziś przekładając stare numery „Głosu Siemiatycz” znalazłem wyrwaną kartkę z pamiętnika. Notowałem ołówkiem we wrześniu:

„Jedyne dźwięki jakie doszły do mnie z rana, pewnego wrześniowego dnia. Muzyka Terry Oldfielda, tzw. new age, lub muzyka relaksacyjna. Odgłos ludzkiego głosu w trakcie masturbacji. To Świadkowie Jehowy i jeszcze hejnał, sygnał samochodu rozwożącego naturalne, ekologiczne owoce po wiosce.

Trochę postów zamieszczonych na fejsbukowym „IV. Oddziale psychiatrycznym”. Z telefonu Xperia.

Zmiana grafiki w telefonie, który pomógł mi przetrwać ten trudny czas. Właściwie traktuję go jak odtwarzacz empetrójek, i nie wykorzystuję do dzwonienia. Jedynie zdjęcia robi kolorystycznie i technicznie bardzo ładne.

Nowy motyw pochodzi z płyty Pink Floyd. Album „Wish you were here”. Uściski rąk robotów, na tle symboliki natury. Wody, słońca, ziemi i kosmosu. Płyta floydów stara, ale dalej piękna. Ostatnio czytałem, że ich album „The dark side of the moon” został wybrany najlepszą płytą jaka kiedykolwiek się ukazała. Bardzo lubię jej fragmenty, które ukazały się na koncertowym albumie „Pulse”. W zasadzie słuchałem tych albumów setki razy, i stwierdziłem, że są nie do znudzenia, ponadczasowe, wielkie i genialne.

Wcześniej miałem ustawiony w telefonie na tapecie, artystyczny mural. Zdjęcie wykonałem, jak byłem tam pod koniec maja. Była to twarz mężczyzny. Czarno-biała. Z dymkiem komiksowym, mówiącym o sztuce: „I’m some art”, że jest to jakiś fragment sztuki. To mi się osobiście spodobało. Cyknąłem fotkę telefonem. Sztuka bowiem jest tym, co trzyma i trzymało mnie przy życiu.

Obecnie jest grudzień. Koniec grudnia. Spadł już pierwszy śnieg. Robię zdjęcia nowym aparatem Cyber-shot. W wakacje i jesień pracowałem w sadach przy zbieraniu jabłek. Zarobiłem na to, co utraciłem na Śląsku. Utraciłem ponieważ mi ukradziono.

Czytnik e-booków: Sony PRS-300. Niezwykły model. Kupiłem ten sam, tylko w barwach: Rose/Pink. Jeszcze piękniejszych i bardziej zmysłowo skłaniających do lektury e-książek. Kobiecych być może. Mnie one intrygują. Zresztą nie miałem możliwości wyboru tych barw. Czytnik kupiłem na Allegro. Bardzo tanio. Jak jedną nową książkę, czyli za 50 zł.

Drugą rzeczą na której mi zależało, a ukradziono mi ją w Cieszynie, gdy pracowałem jako sprzedawca w sklepie meblowym, był właśnie Sony Cyber-shot. Model: DSC-H10. Zobaczyłem go w lombardzie, postanowiłem od razu kupić. Kosztował 100 zł. Teraz też tyle za niego zapłaciłem. Z ładowarką, ale bez karty pamięci, którą musiałem zamówić w sklepie Foto-video. Przy okazji zamówiłem zamiennik akumulatorka, aby mieć go na wymianę. Chociaż z doświadczenia już wiem, że te akumulatorki są niezwykle wytrzymałe. Przede wszystkim też nie drogie.

Obecnie co jakiś czas, w zimę rzadziej, jadę rowerem do Siemiatycz. Przez most kolejowy. Staram się być raz w tygodniu, aby spotkać się ze znajomym, i wziąć lokalną gazetę z redakcji „Głosu Siemiatycz”. Latem jeżdżę do miasta częściej, nawet co kilka dni. Tutaj w samotności, mam tylko facebookowe kontakty. Rozwijanie bloga. Jazda rowerem po piwo do sklepu. Gdy mam pieniądze. Gdy nie mam staram się o alkoholu nie myśleć.

Wychodzę z założenia, że dobrze robić sobie kilku tygodniowe przerwy od picia alkoholu. Dawno już takiej dłuższej przerwy nie miałem. Mieszkając na Śląsku byłem dzień w dzień na rauszu. Kilka piw musiałem kupić. Najczęściej w „Żabce” albo w „Lewiatanie”. Piłem tam najczęściej w parku, nad Wisłą z widokiem na góry, czy przed snem w wynajmowanym pokoju. U rodziny, która na sam koniec zamknęła mi łańcuchem bramkę wejściową. Był to dla mnie już znak, że trzeba ewakuować się z Planety Śląsk.

Turystyczny Ustroń był ciekawym miejscem. Poznałem tam cały przekrój społeczny. Piłem z bezdomnym hanysem, który życie w kopalni przepracował. Jurek miał na imię. Pamiętam, że kilka razy dałem mu zadzwonić do jego matki. Była zima, on się na nią wkurwiał, ale z miłością w głosie mówił, że jak przyjedzie i nie będzie jego „czerwonej taszki”, to wszystkich tam w rodzinie zajebie. Śmiałem się z tych jego przemów, ale bardzo go polubiłem. On gdy mnie widział, już z daleka krzyczał: – Siemiatycze idą! Teraz sobie jeszcze przypomniałem, jak określał gotowanie. Mówił np. „uwarzyć obiad”, co też mnie śmieszyło.

Wspominałem mu bowiem skąd pochodzę, i on mi odpowiedział, że pewnie, tam na wschodzie Ślązaków nie lubią. Ja mu tłumaczyłem, że wcale nie, i obiecałem, że zaproszę go kiedyś do siebie nad Bug.

Poza tym, hanysi czy rdzenni Ślązacy myśleli, że jestem Ukraińcem, który mówi po polsku. Ze względu na moje podlaskie zaciąganie czy śledzikowanie, jak to się powszechnie określa.

Ogólnie lubiłem, wręcz pokochałem Cieszyn. Mam nadzieję, że jeszcze go kiedyś odwiedzę. Piękne, zabytkowe miasto. Ale to chyba opowieść na kolejną podróż w czasie. Może to zbyt świeże doświadczenie, aby je rozpamiętywać. Ale w zasadzie dobrze się pozbyć tego bagażu wspomnień. Jest to taka psychoterapia. Terapia przez pisanie.

Zacząłem dziś czytać książkę z nobliwych „Zeszytów Literackich”. Tytuł „Albert Camus. Los i lekcja”. Już w pierwszych akapitach, co mi się podobało, jest podane, że matka pisarza, nie potrafiła czytać, ani pisać. Podobnie jak dawniej wielu Cyganów, którzy też w zasadzie rzadko zostawiali po sobie jakieś literackie dokonania. Natomiast sam francuski, późniejszy pisarz, który zdobył uznanie światowe, a jego „Dżuma” jest lekturą w Polsce, uważał zjawisko biedy za wartość.

Książka jest cieniutka, więc zaintrygowany dobrym początkiem odłożę ją sobie, obok innych moich lektur. W zasadzie zamierzam stopniowo nauczyć się projektować strony internetowe. Ale tak, aby być może dostać jakieś zlecenie. Mam do tego odpowiednie podręczniki. Jak też do innych komputerowych zagadnień np.: Linux, sieci Wi-Fi, zabezpieczenia komputera. Trochę archiwalnych komputerowych tytułów, które kiedyś mniej lub więcej czytałem. Czasem kupowałem dla ciekawych programów, lub jakiegoś tekstu, który chciałem poznać. Obecnie wszystko przeniosło się do internetu, teksty są wtórne. Jako, że nie jestem maniakiem nowych technologii. Wystarcza mi sprzęt, który obecnie posiadam.

Zresztą, to wszystko pędzi zbyt szybko. Nie ma to jednak dla mnie większego znaczenia. Bo zwykle zostaję przy tym, co już poznałem, i umiem na pamięć obsługiwać. Nowe smartfony, duże wyświetlacze. To nie dla mnie, jako, że od jakiegoś czasu odciąłem się od kompulsywnego przeglądania sieci w telefonie. Uznałem, że czas w plenerze będę spędzał bez internetu. Skupiając się na ludziach, przyrodzie, własnym wnętrzu. To jest z założenia minimalistyczne i ma takie być. Czytam właśnie teraz krótki poradnik o filozofii minimalistycznej Leo Babauty. On właśnie zachęca swoich czytelników do takich drobnych zmian, które mają prowadzić do rzeczy, które sprawiają nam najwięcej radości i szczęścia.

„Dan-sha-ri. Jak posprzątać, by oczyścić swoje serce i umysł”, Hideko Yamashita (wstęp do książki)

dan-sha-ri cover.jpg

NA POCZĄTEK  CZYM JEST METODA DANSHARI?

 

Zapraszam do zapoznania się z metodą Danshari. Nazywam się Hideko Yamashita, jestem e k s p e r t k ą  o d  n i e ł a d u (ang. clutter consultant). Być może zastanawiacie się, z odrobiną sceptycyzmu, na czym w zasadzie polega ten dziwny zawód. Otóż wyobraźcie sobie, że na świecie istnieje tylko jedna ekspertka od nieładu – jestem nią ja.

 

Angielski termin clutter oznacza rozgardiasz, bałagan. Ogólnie można go odnieść do nieładu i tego wszystkiego, co nas przytłacza – bałaganu panującego w pomieszczeniu, niepotrzebnych informacji, poczucia skołowania.

 

Moja praca polega na tym, żeby pomóc wam spojrzeć w nowy sposób na przedmioty, którymi zagracony jest wasz dom, oraz wspólnie z wami zastanowić się nad tym, jakie relacje łączą was z tymi przedmiotami. Odpowiadając na konkretne pytania, które sobie zadacie, będziecie w stanie skutecznie wyeliminować wszystko to, co jest niepotrzebne, nieodpowiednie czy uciążliwe dla waszego obecnego ja. Moją rolą jest pomóc wam w rozstaniu się zarówno z bałaganem w domu, jak i w sercu.

 

Danshari. Podejrzewam, że to słowo z niczym wam się nie kojarzy. Danshari, Danshari, Danshari, Danshari… No, dalej, spróbujcie wypowiedzieć je na głos i posłuchać, jak brzmi. Poczujcie wibrację tego dźwięku.

 

Danshari można zdefiniować w następujący sposób: jest to technika postępowania, w ramach której dokonuje się selekcji przedmiotów, co pozwala nie tylko na lepsze poznanie siebie, lecz także umożliwia zapanowanie zarówno nad zewnętrznym, jak i wewnętrznym nieładem.

 

Albo inaczej: kiedy dokonujecie selekcji szpargałów, którymi zagracony jest wasz dom, jednocześnie dokonujecie selekcji tego, czym zagracone jest wasze serce. Wszystko po to, aby zrobić miejsce dla dobrego samopoczucia.

 

Pamiętajcie, że uporządkowanie ś w i a t a  w i d z i a l n e g o wywiera wpływ na ś w i a t  n i e w i d z i a l n y.

 

Oto etapy naszego postępowania:

 

Dan, czyli o d r z u c a n i e – wyraźcie sprzeciw wobec niepożądanej obecności nowych, bezużytecznych przedmiotów w waszym życiu.

 

Sha, czyli w y r z u c a n i e – pozbądźcie się przedmiotów, które zagracają wasz dom.

 

 

Powtarzanie DanSha pozwoli wam dojść do kolejnego etapu: Ri, czyli u w o l n i ć  s i ę – skończyć z przywiązaniem do rzeczy. Wasze ja trafi wówczas do waszej wewnętrznej wygodnej przestrzeni wolności.

 

Metoda Danshari to jednak dużo więcej niż tylko prosta technika porządkowania czy sprzątania. Nie chodzi w niej o pozbycie się przedmiotów zniszczonych, bezużytecznych i pozostawienie tych, które są w dobrym stanie, niezależnie od tego, czy mogą się jeszcze przydać, czy nie. Musicie nauczyć się stawiać sobie odpowiednie pytania. Niech formułka: „Czy ten przedmiot rzeczywiście do mnie pasuje?”, stanie się lejtmotywem, który pokieruje waszymi działaniami.

 

A zatem to nie przedmiot ma się znaleźć w centrum uwagi, tylko wy.

 

Dokonujcie wyborów i decydujcie, które rzeczy chcecie zatrzymać, skupiając się na relacji, jaka was z nimi łączy. Nie chodzi o odkładanie jakiegoś przedmiotu na bok, na wypadek gdyby miał się kiedyś przydać. Waszym zadaniem będzie ustalić, czy naprawdę tego przedmiotu potrzebujecie. Starajcie się myśleć zawsze w pierwszej osobie oraz w czasie teraźniejszym, co umożliwi pozbycie się rzeczy, które nie są wam potrzebne w danej chwili, a zatrzymanie tylko tych rzeczywiście niezbędnych.

 

Taki sposób postępowania w ś w i e c i e  w i d z i a l n y m będzie wpływał na ś w i a t  n i e w i d z i a l n y i tym samym pozwoli wam odnaleźć drogę do waszego wewnętrznego ja. Poczujecie się swobodniej i wreszcie będziecie w stanie odkryć swoje prawdziwe oblicze.

 

Od ponad ośmiu lat organizuję seminaria poświęcone metodzie Danshari i miałam okazję obserwować radykalne zmiany w życiu wielu ich uczestników – uwalnianie się od balastu zbędnych rzeczy skłania jednocześnie do zmiany zachowań. Zastosowanie Danshari może was zainspirować do prawdziwej życiowej przemiany, niezależnie od tego, czy chodzi o zmianę pracy, rezygnację z niej, przeprowadzkę, ślub, rozwód czy zawarcie kolejnego małżeństwa…

 

Metoda Danshari – i to jest, moim zdaniem, jej najbardziej interesujący aspekt – pomaga podnieść „pokrywę”, pod którą tkwiła dotąd wasza naturalna siła, o jaką się nawet nie podejrzewaliście. Dzięki tej nowo odkrytej sile łatwiej wam będzie odnaleźć prawdziwe ja. Lubię mówić, że Danshari jest jak zapałka, która wznieca płomień tlący się w każdym z nas.

 

Inspiracją do stworzenia tej metody była moja podróż na górę Koya. Od tamtego czasu minęło już jakieś dwadzieścia lat. Miałam wówczas okazję nocować w schronisku prowadzonym przez mnichów ascetów. Zauważyłam wtedy, że skromny dobytek tamtejszych duchownych ograniczał się do absolutnego minimum i że przykładali oni szczególną wagę do utrzymywania porządku. W ten sposób skutecznie tworzyli schludną i niczym niezakłóconą przestrzeń. Możliwość funkcjonowania przez kilka dni zgodnie z ich trybem życia stała się dla mnie punktem wyjścia do pracy nad metodą Danshari.

 

Mniej więcej w tym samym czasie w japońskich czasopismach i programach telewizyjnych rozpoczął się boom na sztukę porządkowania. Rozpowszechniło się przekonanie, że nie da się prowadzić uporządkowanego życia, jeżeli nie zdobędzie się umiejętności segregowania, układania i przechowywania otaczających nas rzeczy.

 

Zdałam sobie wówczas sprawę, że dotychczas moje życie było jedynie ciągiem nieustającego d o d a w a n i a. Pożądałam wciąż więcej i więcej w otoczeniu przesyconym przedmiotami. Moje krótkie doświadczenie życia w klasztorze skłoniło mnie do refleksji. Zastanawiałam się, czy nie jestem aby przygnieciona – fizycznie i psychicznie – ciężarem posiadanych przeze mnie rzeczy. Zrozumiałam wtedy, że moje dotychczasowe życie, skupione na dodawaniu, powinnam zmienić w życie polegające na o d e j m o w a n i u.

 

Gdy sobie to uświadomiłam, szybko odnalazłam inspirację w ideach znanych mi z praktyki jogi: decyzji – Dan gyo, rezygnacji – Sha gyo oraz oderwaniu – Ri gyo. Definiują one filozofię praktyczności, która pomaga człowiekowi powstrzymywać pragnienia i zrywać więzi łączące go z dobrami materialnymi.

 

Wyzwaniem stało się dla mnie znalezienie sposobu na wcielenie tak pojmowanej filozofii praktyczności w życie, przy jednoczesnym skupieniu się na relacji łączącej mnie z przedmiotami. Właśnie w taki sposób stworzyłam metodę Danshari.

 

Obecnie zawodowo zajmuję się udzielaniem rad na temat porządkowania i organizuję seminaria z d z i a ł a n i a  p r z e z  o d e j m o w a n i e, które zaleca metoda Danshari. Ja – niegdyś tak mało uzdolniona w tej dziedzinie… Życie sprawia nam czasem zabawne niespodzianki!

 

Nasza codzienność toczy się zgodnie z rytmem zwyczajnych, rutynowych czynności. Utrzymywanie wokół nas zrównoważonej i ożywczej przestrzeni – która jest w pewnym sensie święta i nienaruszalna – polega na sukcesywnym, mechanicznym powtarzaniu tych czynności. Nie znajdujemy nawet czasu na zrelaksowanie się, zamknięcie na moment oczu, posiedzenie przez chwilę w ciszy.

 

Tymczasem konfrontowanie się z przedmiotami to mierzenie się ze sobą, a urządzanie danego pomieszczenia to urządzanie samego siebie. S e r c e  n i e  z m i e n i a  p o s t ę p o w a n i a,  t o  p o s t ę p o w a n i e  z m i e n i a  s e r c e. Każda akcja wywołuje reakcję.

 

Innymi słowy, metoda Danshari jest rodzajem medytacji w ruchu.

 

Niniejsza książka, prezentująca moje seminaria, będzie wskazywać wam kierunek i podążać z wami krok za krokiem.

 

Gdy przyswoicie już metodę Danshari, stosowanie jej będzie się odbywało automatycznie. Kiedy raz puści się maszynę Danshari w ruch, nie sposób już jej zatrzymać.

 

Same słowa „p o r z ą d k i” albo „s p r z ą t a n i e” – często kojarzące się z przymusem – mogą wzbudzać chęć ucieczki. Ale wiele osób stosujących tę metodę, u których te słowa wywoływały na początku zniechęcenie, dziś stwierdza, że im to przeszło. Na co ja odpowiadam: Oczywiście! Ponieważ Danshari polega raczej na wydobywaniu głęboko ukrytego ja niż na samym porządkowaniu.

 

Obecnie dobra materialne panują nad naszym społeczeństwem, ja natomiast życzę sobie, żeby w naszym otoczeniu znajdowały się tylko przedmioty niezbędne, i to wyłącznie w miejscach, w których ich obecność jest konieczna.

 

Z całego serca wierzę, że gdy poznacie oraz zastosujecie tę metodę, również wasze życie ulegnie pozytywnej zmianie.

 

Ale dosyć już gadania. Za podsumowanie niech posłuży proste stwierdzenie: metoda Danshari, dziwnie uzależniająca, pozwoli wam lepiej poznać siebie, ale przede wszystkim stanie się katalizatorem pozytywnych zmian w waszym życiu!

 

A zatem wy też zacznijcie praktykować Danshari

 


 

Wywiad z autorką książki „Dan-Sha-Ri” zeskanowany z „Wysokich Obcasów”:

Link:

dan sha ri


 

Tutaj natomiast znaleźć można ten sam wywiad, który zamieściłem ponad rok temu. Jest on w formie tekstowej, więc nie trzeba pobierać pdf-u. Ciekawe są też recenzje książki „Dan-Sha-Ri” z odnośnikami do blogów literackich:

Link:

https://tesinblog.wordpress.com/2017/11/05/dan-sha-ri-wywiad-z-autorka-hideko-yamashita/

 

„Mroczna religia Hitlera” (artykuł o okultyzmie w III Rzeszy) „Świat Wiedzy” nr 2 / 2018

 

06.jpg

– Widzę twoje zwycięstwo. Nie można go zatrzymać – te słowa, wypowiedziane na początku zimy 1932 roku, zmieniły losy świata.

Erik Jan Hanussen – jeden z najpopularniejszych astrologów tamtych czasów – skierował je do pewnego niewysokiego czterdziestotrzylatka o bladej twarzy i zaciśniętych ustach. Nazywał się Adolf Hitler.

 

Całość tekstu w PDF-ie:

Mroczna relgia Hitlera – ‚Swiat Wiedzy’ nr 2 – 2018