NA TROPACH BESTII – (recenzja) RAFAŁ KSIĘŻYK, „ANTENA KRZYKU” 1/2002

Aleister Crowley - Krótkie eseje o prawdzie.jpg

Dzięki tym wizjom zaprowadziłem harmonię między wszystkimi systemami doktryny magicznej. Symbolizm kultów azjatyckich, idee żydowskich i greckich kabalistów, arkana gnostyków, panteon pogański, od Mitry po Marsa, misteria starożytnego Egiptu, inicjacje eleuzyjskie, saga skandynawska, rytuały Celtów i Druidów, tradycje meksykańskie i polinezyjskie, mistycyzm Molinosa i islamu sklasyfikowałem tak, aby nie było między ni­mi sprzeczności.

Choć pachnie to współczesną kompresją na miarę epoki baz danych, słowa te napisał na początku XX wieku Aleister Crowley. Trud­no się dziwić, iż jego postać nieustannie fascynuje kolejne generacje. Z zapomnienia wyciągnęła go psychodeliczna kontrkultura lat 60. – odszczepieniec Hollywood, Kenneth Anger i szermierze brytyjskiej rockowej rewolty – The Beatles, The Rolling Stones, Led Zeppelin. Najbardziej konsekwentnych pasjonatów pośród artystów odnalazł Crowley na gruncie tzw. kultury industrialnej. Jego idee oddziaływały na ewolucję takich formacji, jak Psychic TV, Current 93 czy Coil. Na drugim biegunie wywiedzione z jego idei strategie magii chaosu stały się jednym z elementów kultury cyberpunk. U progu nowego wieku małoletni czarodziej Harry Potter jest ikoną pop. A Crowley to przecież człowiek z krwi i kości, który postanowił zostać reformatorem magii i w rzeczy samej okazał się najsłynniej­szym magiem XX wieku.

Dziedzictwo Bestii. Życie i idee Aleistera Crowleya.jpg

Postać to rzecz jasna, jak to się mówi, kontro­wersyjna. Na ile jest to jednak wynikiem nie­dostatku informacji o Crowley’u? Tę lukę wy­pełnia polska edycja „Dziedzictwa bestii” – dziełka, które stanowi biografię maga oraz przynosi krótkie wprowadzenie w świat jego zasadniczych idei, jak również śledzi ich wpływ i ewolucję. Książkę napisał historyk, będący zarazem okultystą. Określa to punkt widzenia, ale nie umniejsza rzeczowości pracy, a sprzyja jej kolorytowi.

 

Dziś Crowley, bo­daj najbardziej, ceniony jest jako piewca autokreacji na drodze poznawania swej praw­dziwej woli. Jego system magiczny to – mający wiele odniesień w dziejach współ­czesnej kontrkultury i psychologii – model ekstatycznej, transgresyjnej duchowości, a także ambitna próba wyznaczenia „mapy prze­strzeni wewnętrznej”. Z drugiej strony jest samo życie Crowley’a, człowieka – starcie ambicji i słabości, historia indywidualności niemieszczącej się w skostniałych ramach otoczenia, wyrosła z kryzysu poprzedniego przełomu wieków próba jego przezwyciężenia – wszystko to frapująco ukazuje jego idee w burzliwej konfrontacji z rzeczywistością. Równocześnie z biografią ukazała się próbka dzieł Crowleya, będąca doskonałym wprowadzeniem w jego styl myślenia i pisa­nia. Ukazująca poważne tło dla ekstrawa­gancji, za które bywa najczęściej wspomi­nany. To, potraktowany praktycznie, cykl zakorzenionych w mistyce Kabały esejów o samodoskonaleniu poprzez samopoznanie.

 

Aleister Crowley „Krótkie eseje o prawdzie”Gerald Suster „Dziedzictwo bestii”Przełożył Dariusz Misiuna, Wydawnictwo Okultura

Reklamy

HISTORIA DUBU cz.1 „INSTRUMENTALS” & „VERSIONS” – Witold „Jan Fend” Fendrych „Plastik”

REGGAE-SOUND-SYSTEM.jpg

Niewiele osób zdaje sobie spra­wę z tego, że technikę remiksowania nagrań wynaleziono na Jamajce w latach 60., traktując ją początkowo jako jeden ze sposobów uatrakcyjnienia sound systemów – regularnych ulicznych potańcówek. Później remiks stał się ekonomiczną formułą muzyczną służącą przypominaniu starych rytmów i przebojów w nowy, uwspół­cześniony sposób.

 

Patrząc całościowo na historię jamajskiego dubu, odnajdujemy trzy wyraźne jej fazy. Pierwsza z nich to istnienie utworów instru­mentalnych, polegających zazwy­czaj na usunięciu z oryginalnego nagrania ścieżki wokalnej. Z po­czątku owe „instrumentals” wykorzystywane były na sound systemach, choć traktowano je równolegle jako komercyjne produkcje nadają­ce się również do sprzedaży. „Versions”, w których nierzadko siedzący za konsoletą realizator dźwięku miał większe znaczenie i wpływ na całość nagrania niż grający mu­zycy, pojawiły się masowo na stronach B sin­gli gdzieś na przełomie lat 60. i 70. Produ­cent bądź realizator mógł usunąć całość (lub większą część) ścieżki wokalnej pozostawia­jąc surowy rytm przyprawiony często śpie­wem recytującego DJ-a lub dodatkowym in­strumentem solowym. Wersje traktowane byty jako oferta dla sal tanecznych i klientów sklepów muzycznych gęsto rozsianych po wyspie, ale służyły przede wszystkim jako materiał dla operatorów sound systemów i ich melodeklamujących DJ-ów.

Sound System setup.jpg

„Dub” w sensie całkowicie zmienionego przez umiejętny remiks utworu pojawił się w 1972 roku, dzięki pracy właściwie jednego człowieka, którego prawdziwe imię brzmi Osbourne Ruddock. King Tubby, bo pod ta­kim pseudonimem jest do dziś znany, był właścicielem jednego z czołowych sound systemów w Kingston. Wkrótce stał się najbardziej pożądanym przez licznych produ­centów realizatorem nagrań, czy też mówiąc inaczej – inżynierem dźwięku. Remiksy wy­chodzące spod ręki Kinga Tubby’ego, jego podopiecznych (Prince Jammy, Scientist, Prince Philip Smart) i innych pionierów tego gatunku (Errol „ET” Thompson, Lee „Scratch” Perry) poszerzyły znaczenie i wpływ muzyki jamajskiej na cały świat mu­zyki tanecznej.

 

Z początkiem lat 70. klienci sklepów mu­zycznych na Jamajce zaczęli zwracać uwagę nie tylko na wyko­nawców, producentów i nazwę wydawnictwa, lecz również na nazwi­ska inżynierów siedzą­cych za konsoletą. Sin­gle, które na stronie B zawierały tytuły po­dobne do „King Tubby’s Version”, „Drum & Bass by King Tubby’s” często sprzedawały się lepiej niż oficjalne orygi­nalne utwory. Był to czas, kiedy pojawiły się pierwsze w całości dubowe długogrające al­bumy. Początkowo tłoczone w małych nakładach, rozchodziły się błyskawicznie, ale z biegiem lat przybywa­ło ich setki, zaspokajając wiecznie nienasyconych bywalców sound systemów i produ­centów chcących sprzedać swoje spraw­dzone rytmy.

Super Ape Returns To Conquer.jpg

Jak każde szaleństwo, tak i to miało swój koniec, choć w latach 80. dubowe al­bumy wciąż cieszyły się niezwykłym zainte­resowaniem. Do dziś każdy singiel tłoczony na Jamajce ma tradycyjnie utwór dubowy na stronie B. Od momentu, kiedy nowocze­sna technika wkroczyła do jamajskich stu­diów nagraniowych, dochodziły do głosu kolejne pokolenia młodych realizatorów. Ci jednak wciąż chętnie wracają do dubu, wy­korzystując stare, wypróbowane pomysły.

 

Dziś echa produkcji dubowych słyszymy we współczesnych gatunkach, takich jak hip hop, rap czy drum & bass, choć niewie­lu zdaje sobie sprawę, że ich korzenie się­gają końca lat 60.

 

Początki: idea sound systemów

Lee Scratch Perry & Upsetters.jpg

Amerykański rhythm & blues był jednym z tych gatunków muzycznych, który jako pierwszy po drugiej wojnie światowej dotarł na wyspy karaibskie. Nieliczni z mieszkańców Kuby i Jamajki, którzy byli w posiadaniu odbiorników radiowych, dzięki audycjom nadawanym z Nashville, Miami i Nowego Orleanu mogli na bieżąco śledzić wzrost popularności R&B na kontynencie. Owa popu­larność udzieliła się w szczególności Jamajczykom spragnionym zmian w tej dziedzinie życia. R&B stał się alternatywą dla królują­cego do tej pory rodzimego mento i z po­czątkiem lat 40. większość zespołów grają­cych muzykę do tańca, jak np. swing czy wspomniane mento, zostaje zastąpiona przez „sound systems” – zestawy przezna­czone do odtwarzania muzyki z płyt. Innym powodem, dla którego sound systemy zdo­byty przeważającą popularność na salach tanecznych, byty względy czysto ekono­miczne. Jeden z czołowych producentów nagrań z lat 70., Bunny Lee, wyjaśnia: Kie­dy grała godzinami orkiestra, wielo­krotnie odbywały się przerwy, podczas których muzycy raczyli się likierami i poczęstunkiem zazwyczaj w takich ilościach, że kończyły się zapasy właścicielom klubów. Promotorzy nigdy nie mieli korzyści z takich imprez. Tak więc, kiedy pojawiły się sound syste­my – mogły grać non stop i było to coś nowego…”

 

Wczesne zestawy dźwiękowe zawierały jeden gramofon, wzmacniacz lampowy oraz największe z możliwych do kupienia zesta­wy głośników. Te ostatnie wydawały się świadczyć o mocy i powodzeniu całego sound systemu. Potańcówki organizowane przy muzyce odtwarzanej z płyt w miejscach zwanych „lawns” skupiały nie tylko zwykłych mieszkańców z okolicznych miast i wiosek, ale i osobistości życia publicznego, tury­stów, włóczęgów i nawet profesjonalnych tancerzy. W stolicy Jamajki – Kingston, życie toczyło się wokół ścisłego centrum, na uli­cach znanych pod wspólną nazwą Beat Street. Bunny Lee wspomina: Pierwszy z sound systemów należał do człowie­ka o imieniu Goodie, potem przeszedł czas na Count Nicka i Count Jonesa. Najbardziej popularny był jednak sys­tem o nazwie Tom The Great Seba­stian”.

Lee 'Scratch' Perry and touring pal Subatomic Sound System.jpg

Popularność wynikała nie tyle z atrakcyj­ności przedstawianych nagrań, co z faktu obecności oryginalnego prezentera – mi­strza ceremonii. Count Machuki (Winston Cooper) był tym, który jako pierwszy odwa­żył się mówić na podkładzie muzycznym: Zacząłem od pracy przy sound sys­temie Tom The Great Sebastian, który był numerem jeden w tamtych cza­sach. Któregoś wieczoru zastąpiłem Toma, który długo nie powracał z toa­lety i od tego momentu stałem się je­go prawą ręką przy zmienianiu płyt. Mówić na muzyce zacząłem w sound systemie pana »Coxsone’a« Dodda, który pozwolił mi sięgnąć po mikrofon. Owego wieczoru otrzymałem tyle likieru, że nie mogłem go całego wypić. Ale to nie było to, do czego dążyłem. Zacząłem tworzyć swoje wstawki w stylu: »lf you dig my jive/ you’re cool and very much alive«. Wymyśliłem ich sporo, by się nie powtarzać i wygłaszałem je podczas prezento­wania płyt. Ponieważ one wtedy brzmiały mało dynamicznie, dodawa­łem swoje trzy grosze: »tik-a-tok, tik-a-tok, tik-a-tok«. To była sensa­cja! Zdarzało się, że ludzie zwracali do sklepów płyty, bo nie słyszeli tego głosu. Nie zdawali sobie sprawy, że to Machuki wtrącał się do muzyki!” Tak zaczęta się epoka, w której prezenterzy, znani później jako dee jays, stali się równie ważni dla bywalców sound systemów, jak prezentowana przez nich muzyka.

 

Wielka Trójka

Lee Scratch Perry.jpg

Od połowy lat 50. do końca dekady, trój­ka sound systemów zdominowała sale ta­neczne Kingston. Byty to: zestaw Clementa Saymoura „Coxsone” Dodda pod nazwą Sir Coxsone Downbeat, który od czasu do cza­su grywał podzielony w czterech różnych miejscach w tym samym czasie, Trojan Sound System Arthura „Duke” Reida skła­dający się również z kilku zestawów oraz The Giant Vincenta „King” Edwardsa. Kiedy pojawiły się na ulicach Kingston, dotychcza­sowy faworyt – Tom The Great Sebastian musiał wycofać się z centrum stolicy w bar­dziej odległe tereny miasta. Duke Reid zo­stał ogłoszony królem „King of Sound & Blues” w latach 1956 – 58. Count Machuki komentuje: Duke miał wystarczająco dużo pieniędzy oraz dobry sprzęt, by zostać najlepszym. Ale to »Coxsone« dysponował ciekawszą kolekcją płyt”.

 

Duke Reid – byty policjant znany z wro­dzonej agresji – nie zawsze uczciwie bronił swojego tytułu. Jeden z mniejszych sound systemów należący do Counta Buckrama, na który składała się duża szafa grająca z zewnętrznym głośnikiem został zdewasto­wany przez ludzi Reida po tym, jak okazało się, że prezentuje znacznie ciekawsze na­grania. W rzeczywistości rywalizacja sound systemów przypominała zamieszanie po­dobne temu, jak w przypadku wielbicieli pił­ki nożnej. Można było być wielbicielem jed­nego, a nie kilku sound systemów. l tak z początkiem lat 60. przemoc obecna w ry­walizacji o tytuł najlepszego stała się nie do zniesienia. Znacznie spokojniejszą osobą był młodszy od Reida Clement „Coxsone” Dodd. Wielokrotnie odwiedzał Nowy Jork i Chicago, by szukać ciekawych płyt. Wśród nich znajdowały się przede wszystkim na­grania ówczesnych gwiazd amerykańskiego jazzu – Charlie Parker, Fats Navarro, Coleman Hawkins. Dobry gust muzyczny, świet­ny dobór płyt oraz obecność oryginalnego prezentera – Counta Machuki – czyniły z sound systemu Dodda wyjątkowo ciekawe muzyczne zjawisko.

 

Wraz z pojawieniem się studiów nagra­niowych na Jamajce, amerykańskie gatunki muzyczne zostały zastąpione przez muzykę tworzoną przez lokalne talenty. A kiedy pod koniec lat 50. pojawiły się pierwsze single ja­majskie, właściciele sound systemów stali się producentami, dzięki którym pojawiła się fala rodzinnych produkcji z gatunku określanego mianem „ska”.

 

Instrumental” i version” – narodziny dubu

Lee Scratch Perry & The Upsetters.jpeg

W 1967 roku na jamajskich salach ta­necznych pojawiło się „rocksteady” wypie­rając trwającą prawie 10 lat epokę ska. Wie­le z nowo powstałych sound systemów rozpoczęło walkę o tytuł najlepszego. Wszyscy kontynuowali idee zapoczątkowane przez najstarszy i najbardziej znany z istniejących systemów – Tom The Great Sebastian. Tym­czasem, 15 km od Kingston, w Spanish Town – pierwszej stolicy Jamajki – człowiek o imieniu Rudolph „Ruddy” Redwood pro­wadził już od lat swój dumnie brzmiący sound system o nazwie Ruddy’s Supreme Ruler Of Sound. Dzięki znajomości z Duke Reidem miał on wciąż stały dopływ świe­żych nagrań ze studia Treasure Isle Reida. Ruddy wspomina: Którejś nocy grałem przebój »On The Beach« zespołu Paragons. Nagrany był na jednej stronie singla, wówczas nie nagrywano wersji na drugiej stronie, lecz umieszczano tam zupełnie inny numer. Poprosiłem Smitha o nagranie dla mnie takiej spe­cjalnej wersji »On The Beach« i które­goś razu zaprezentowałem ją na swoim sound systemie”.

 

Byron Smith będący inżynierem w studio Treasure Isle nagrał wersję „On The Beach”. dla Ruddy’ego z wykasowaną ścieżką wo­kalną, a ten pokusił się o przedstawienie jej szerszej publiczności. Zazwyczaj za­czynałem o północy i grałem jakieś 15-16 nowych, nie znanych nikomu utwo­rów. Tak, że zabawy były nadzwyczaj udane. DJ o imieniu Wicked zapowie­dział mój występ i zacząłem grać »On The Beach« na jednym z dwóch gramo­fonów. W pewnym momencie zwróci­łem się do tańczących: »Mam zamiar zamienić to miejsce w studio« i prze­łączyłem się na instrumentalną wersję. To był szok – wszyscy zaczęli śpie­wać. Byłem bardzo szczęśliwy, że udało mi się porwać publiczność i zachęcić ją do śpiewu. Na następny dzień poszedłem do Duke Beida i powiedziałem mu: »Możesz umieścić sam rytm na drugiej stronie singla . »Co?« – odparł. »Tak, grałem właśnie w ten sposób wczoraj, sam spróbuj!« . Ponieważ Du­ke polegał na mnie, spróbował, a to podziało”.

Jamaica sound system.jpg

Ruddy nie tracił czasu i wciąż prezento­wał wersje przebojów ze studio Treasure Is­le. Większość owych „instrumentals” poja­wiła się wyłącznie na singlach tłoczonych specjalnie dla sound systemu Ruddy’ego, ale w końcu i Duke Reid dał się skusić. Ten zazwyczaj zastępował głos pieśniarza sek­cją dętą, klawiszami bądź gitarą.

 

Śladem zaznaczonym przez Rudolpha Redwooda ze Spanish Town podążyli wkrót­ce: Lynford Andersen znany z pierwszych sztuczek dźwiękowych z użyciem konsolety, producent Clancy Eccles i Joe Gibbs. W 1970 roku dotychczasowa idea umiesz­czania dwóch różnych utworów na stronach jednego singla została zastąpiona przez no­wą: na stronie B pojawiły się instrumentalne wersje przebojów ze strony A. Słowo „version” wkrótce stało się ulubionym określe­niem tego typu nagrań.

c.d.n.

 

Witold „Jan Fend” Fendrych

Źródła:

*  Reggae – The Rough Guide, S. Barrow and P. Dalton, The Rough Guide Ltd, 1997

*  The Guinness Who’s Who of Reggae, Guiness Publishing Ltd, 1994

*  noty informacyjne z płyt CD i inne…

BERLIŃSKI DUB – BRZMIENIA OD PODSTAW – Mirosław Milemski „Plastik” 1999

Scion-Arrange-And-Process-Basic-Channel-Tracks.jpg

 

W berlińskiej dzielnicy Kreuzberg, na Paule Linke Ufer, na trzecim piętrze kamienicy w głębi podwórka mieści się Hardwax –  wytwórnia i sklep, winylowa Mekka DJ-ów z całego świata. W tym samym budynku swoją siedzibę ma Chain Reaction, wytwórnia wzbudzająca dziś równie dużo emocji, co nieistniejący już formalnie Basic Channel. Większość artystów, którzy nagrywali dla BC teraz skupiona jest wokół CR, a płyty BC są wciąż niezwykle popularne.

 

BC jak i CR to inicjatywy kon­centrujące się na melanżu techno, house’u i dubu. Ta mieszanka to jedno z najbardziej frapujących, najgłębszych, może nawet najmroczniejszych undergroundowych brzmień berlińskich. Trudno się zdecydować czy to bardziej techno dub, dub house czy minimal dub. Nie jest możliwe zaszufladkowanie tej muzyki, choćby dlatego, że w większości składa się ona z brzmień tworzonych od podstaw. Pewne wpływy są wyczuwal­ne, jednak dokładne uchwycenie ich źródeł mija się z celem.

 

„Grając na żywo nie używamy dźwięków perkusyjnych, które już istnieją. Wszystkie brzmienia, dźwięki tworzymy na naszym sprzęcie od podstaw. Trafiają się pewne przetworzone akordy, smyczki czy bas brzmiące znajomo, ale to nie ma nic wspólnego z typowymi ude­rzeniami maszyn perkusyjnych. Jedyne brzmienie porównywalne z »normalną« muzy­ką to bass-drum, cała reszta jest za­programowana, stworzona od podstaw. Nie używamy na przykład hi-hatów, które są niemal wszech­obecne w utworach techno – mówi Substance.

 

– Chce­my zerwać z typo­wą strukturą utworu techno, zdominowaną przez te sa­me automaty per­kusyjne, z popular­nymi brzmieniami. TR909 czy hi-haty właśnie to jest strasznie zawężają­ce. Zdecydowali­śmy stworzyć zu­pełnie nowy groove, brzmienie które wciąż nadaje się do tańczenia, klubowe, ale w oparciu o zupeł­nie inne podstawy”.

 

Substance, czyli Peter Kuschnereit, tworzy jedne z bar­dziej przystępnych dźwięków jak na CR. Utwory, które mogą, a wręcz po­winny, pojawić się w secie każdego ambitniejszego DJ-a. Sam zajmuje się didżejowaniem: „Lubię grać starsze kawałki z Chicago, do tego Maurizio i dubowo-minimalowe brzmienie”.

 

Sprawa kompli­kuje się w przypad­ku Rene Löwe aka Vainqueur (z fran­cuskiego: „zwycięzca”). Wspólnie z Substance nagry­wają jako Scion. Rene wychowywał się we Wschodnim Berlinie, słuchając wczesnego house’u i detroit. Po upadku Muru przeniósł się do za­chodniej części miasta i zaczął pra­cę w Hardwaxie. Tam poznał Moritza von Oswalda (zna­nego także jako Maurizio lub – wspólnie z Thomasem Fehlmannem – jako 3MB.) Gdzieś na początku lat 90. nagrał swój pierwszy utwór – „Ploy”, który bardzo spodobał się Moritzowi. Na pierwszej płycie Vainqueura znalazł się remiks „Ploy” Maurizia. Rene wspomina, że był to dla niego dosyć przykry okres, ponieważ większość osób, kojarzyła go wyłącznie z tym remiksem.

 

„Od tego czasu jednak sporo się zmieniło, od 1992 r. zacząłem kompletować sprzęt i koncentrowałem się na własnym brzmieniu. W 1994 roku, wspólnie z Peterem zająłem się produkcją. Co praw­da Peter nie wciągnął się w eksperymenty tak głęboko jak ja, ale wspólne nagrywanie i poszukiwania były o wiele bardziej interesujące niż robienie tego samemu”.

 

Każdy z tych artystów działa w oparciu o odmienną filozofię twórczą. Stąd też bliska współpraca Petera i Rene wcześniej czy później musia­ła ulec pewnemu rozluźnieniu:

„Doszliśmy do wniosku, że każdy z nas powinien skoncentrować się na własnej muzyce. Mnie zawsze bardziej pociągała sama istota dźwięku, coraz wyraźniej widziałem, co chcę robić dalej. Można powiedzieć, że dzisiaj to się już w dużym stopniu wykrystalizowało – weźmy moje ostatnie 12″ nagrane dla Chain Reaction czy utwór na płycie kompaktowej CR z 1998 roku. Nie do końca jednak wiem, w jakim kierunku będzie ewoluować moja muzyka. W tej chwili są to jedynie pewne sekwencje, pewne brzmienia, stanowiące określoną bazę. Co oprze się na tej bazie, nie wiem”.

 

Przed kilkoma tygodniami ukazał się 24. czarny krążek sygnowany przez CR, a rok 1998 przyniósł dwie (piątą i szóstą) płyty kompaktowe tej wytwórni. Substance, Vainqueur i reszta spod znaku CR – Variuous Artists (mylący pseudonim Thorstena Prufrocka), Monolake (wspólne, ambient-dubowo-eksperymentalne poszukiwania Roberta Henke i Gerharda Behlesa), Fluxion (jeden z nowszych współpracowników CR po­chodzący z Grecji) czy Porter Ricks (duet Thomas Koner & Andy Mellweg, którzy jako pierwsi rozsławili CR, by w 1997 r. przejść pod skrzy­dła Mille Plateaux) – niewiele robią sobie z jakichkolwiek kanonów, któ­re w ciągu ostatniej dekady czy dwóch obowiązywały w muzyce elek­tronicznej, latami pracując nad nowymi brzmieniami, bądź zdając się na przypadek.

 

Opcję zbliżoną do załogi CR reprezentuje inny berliński artysta – Pole (Stefan Betke), nagrywający dla Kiff. Określa swoją muzykę jako coś w rodzaju dub reggae, pozbawione uderzeń w metrum 4/4. Źródło jej charakterystycznego brzmienia stanowiło inspirację dla jego pseu­donimu:

 

„Dostałem filtr Pole’a Waldorfa. Upuściłem go na ziemię i od tego momentu wydaje on różne dziwaczne dźwięki”.

 

Dla Betke’ego zasadnicze znaczenie ma bas, ważniejszy od uderzenia perkusyjnego. W muzyce Pole’a jest też dużo szumu, sprzężeń, trzasków i cały sze­reg innych dźwięków, jakie wydają uszkodzone analogowe instrumen­ty. „To wszystko jest bardzo ubogie, puste, ale głęboki bas wypełnia tę przestrzeń. Tę muzykę się czuje. Nie trzeba jej słuchać”.

 

Pole nie jest zadowolony z wrzucania go do jednego worka z Maurizio czy CR: „Oni robią swoją muzykę, a ja robię swoją. Czasami na­sza twórczość jest zbliżona, innymi razy nie ma ze sobą nic wspólne­go. Przez większość czasu robiłem moją muzykę 600 kilometrów od Berlina i nie miałem pojęcia o tamtejszej scenie. Dopiero kiedy prze­niosłem się do Berlina i zacząłem bywać w Hardwaxie, usłyszałem ich muzykę po raz pierwszy”.

 

Zawodowo Betke pracuje w jednej z bardziej znanych tłoczni czar­nych płyt – Dubplates & Mastering, zyskał tam sporą renomę i wielu muzyków decyduje się właśnie jemu powierzać swoje nagrania. „Moja praca w Dubplates & Mastering to tylko i wyłącznie praca zarobkowa. Nie ma nic wspólnego z moją muzyką. Co prawda uczę się dużo o częstotliwościach i brzmieniu muzyki tłoczonej na winylu, jednak nie wiąże się to z moją twórczością. Nie mogę zaryzykować kopiowania czegokolwiek”.

 

W chwili obecnej do obowiązkowych wypisów z berlińskiego techno dubu włączyć należy 9 12″ winyli i jedną płytę kompaktową Basic Channel, 24 single i 6 kompaktów (wydawanych w pięknych metalo­wych pudełkach) Chain Reaction, kilka 12″ Maurizio oraz dwie płytki Pole’a (LP1/CD1 i LP2/CD2) wydane przez Kiff SM. Wreszcie seria 12″ i CD Rhythm & Sound (z udziałem czarnoskórego wokalisty Tikimana) duetu szefów Hardwaxu: Maurizio & Marka Ernestusa, którzy proponu­ją w zasadzie czysty dub, tyle że wywiedziony z brzmień techno.

 

O płytach kompaktowych piszę wyłącznie gwoli kronikarskiej ści­słości, bowiem wydawanie tej muzyki na nośnikach cyfrowych ma nie­wiele sensu, jako że analogowe zakłócenia bardzo często stanowią jej immanentny składnik.

 

Mirosław Milemski

angel@pol.pl

 

Serdeczne podziękowania dla:

Erin Lewis z Ontario – za zdjęcie artysty; Andrew Duke’a z Andrew Duke Cognition Audioworks (HYPERLINK http://www.globalserve.net/~cognition) – za wywiady.

„BESTIA CROWLEY, czyli prorok nowej ery” – DARIUSZ MISUNA, „Plastik”, kwiecień 1998 nr 13

Aleister Crowley.jpeg

Uczynił z magii naukę o umyśle ludzkim, o odkrywaniu prawdziwych pragnień i realizo­waniu ich w praktyce. Był za to prześladowany i wyszydzany za życia, lecz po śmierci odnalazł liczne rzesze sympatyków i naśladowców. Uprawiał jogę, wspinaczkę i magię sek­sualną, dokonał syntezy różnych sys­temów magicznych i mistycznych, był twórcą religii woli, THELEMY i jednym z pierwszych „narkotykowych” eksperymentato­rów. Wszystko to przyczyniło się do tego, że stał się postacią kultową w kontrkulturze lat sześćdziesiątych, a potem inspirował i fascynował twórców mu­zyki industrialnej. Niewie­lu jednak wie o tym, że ALESTER CROWLEY, bo o nim mowa, jako pierwszy sformułował tezę o nadejściu nowej ery i z doskonałą precy­zją przepowiedział wszystkie jej szaleństwa i zawirowania. Kim zatem był ów prorok, który kazał nazywać siebie Bestią?

Magia – starożytna nauka o mocach występujących w umyśle ludzkim i świecie na­tury, w zamierzchłych czasach traktowana była jako wiedza królewska, umożliwiająca rządzącym panowanie nad ludem i światem przyrody. W Egipcie magią zajmowały się — elity kapłańskie, które przy jej pomocy wpływały nie tylko na zjawiska przyrodnicze i przebieg wojen, lecz w dużym stopniu kontrolowały nią możnowładców. Nieco inaczej było w rdzennych kulturach afrykańskich i amerykańskich, gdzie szaman/cza­rownik już od samego początku równy był przywódcy plemienia. Różniło ich od magów egip­skich również to, że w Afryce czy Ameryce szamanem/czarownikiem zostawało się nie z nadania społecznego, lecz w wyniku mistycznego powołania. Dlatego tamtejszymi magami zostawali często ludzie ułomni, odmienni, bądź, jak to się ładnie dzisiaj nazywa, niere­gularni seksualnie.

Te dwie tradycje magiczne, kapłańska i mistyczna (ludowa) splotły się w Euro­pie chrześcijańskiej, gdzie występowały w po­staci nadwornych magów i astrologów oraz ludowych uzdrowicieli i czarowników. W śre­dniowieczu obie kategorie magów nie wzbudzały większego zainteresowania. Dopiero we wczesnym Renesansie, wraz z ideą tworzenia racjonalnego społeczeństwa, pojawił się pomysł wy­trzebienia odmieńców”. Wtedy właśnie osiągnęły apogeum polowania na czarownice. Z drugiej zaś strony, na dworach coraz częściej posługiwano się wiedzą tajemną, czemu największy wyraz dała królowa ELŻBIETA I, zatrudniając dwóch słynnych magów, JOHNA DEE i EDWARDA KELLY’EGO, jako swoich doradców.

W epoce Oświecenia nastąpił zły czas dla magii. Poczęto dyskredytować ją jako zabo­bon, a parających się tym procederem postrzegano jako świrów i szaleńców. Nauka poddała ma­gię marginalizacji i zepchnęła na śmietnik historii. Dopiero XIX wiek przyniósł odrodzenie okulty­styczne w postaci powstających licznych towarzystw i zakonów zajmujących się magią, kabałą i astrologią. Niektóre z nich, jak założone przez panią BŁAWACKĄ Towarzystwo Teozoficzne, in­spirowały się myślą hinduistyczną i buddyjską. Inne, jak zakon Złotego Brzasku, bliższe były zachodniej tradycji alchemicznej i hermetycznej. Do zakonów tych przynależały wielkie osobistości świata sztuki i polityki, jak WILLIAM BUTLER YEATS, ARTUR MACHEN i OSCAR WILDE, które lubo­wały się stroić w paradne ciuszki i w zaciszu domowym odgrywać ceremoniały magiczne. Jedy­nie nieliczni odnajdywali w magii sposób na przekształcanie rzeczywistości i przemianę osobowości. Wśród nich postacią najbardziej znaczącą był ALEISTER CROWLEY, który dostosował magię do zmieniającego się świata.

CROWLEY urodził 12 października 1875 r. Po­chodził z drobnomieszczańskiej rodziny należącej do skrajnej sekty chrześcijańskiej Braci Plymucckich, która posługiwała się dosłowną interpretacją Bi­blii jako słów samego Ducha Świętego. Bracia Plymuccy głosili powszechne kapłaństwo, wierzyli w boskość Chrystusa i oczekiwali jego ponownego nadejścia. Dom CROWLEYÓW stanowił miejsce spotkań towa­rzyskich sekty, które zawsze przeradzały się w nabożeństwa. Młody ALEISTER większość czasu spędzał na lekturze Biblii pod bacznym okiem ojca. A kiedy ten wyjeż­dżał w kraj głosić słowo boże, dostawał się pod kuratelę nie­nawistnej mu matki, która nazywała go Bestią 666.

Po śmierci ojca, ALE­ISTER wyjechał do specjal­nej szkoły Braci Plymucc­kich, gdzie wiedzę i obo­wiązek zaprowadzano rózgą i batem, a lekcje przedzie­lane były modlitwami. Wdawał się tam ciągle w bójki, za co karano go głodówkami i odosobnieniem. W końcu, wycieńczony, został przenie­siony do szkoły powszechnej w Malvern, która słynęła z rozwiązłości obyczajów. ALE­ISTER szybko zasmakował w rozkoszach cielesnych. Postarał się też zemścić na matce i niemal na jej oczach uwiódł pokojówkę. Niestety, życie spłatało mu figla, musiał znowu zmienić szkołę, a w nowej miejscowości zaraził się rzeżączką od prostytutki.

Bujne życie towarzyskie wcale nie przeszkadzało mu w nauce. CROWLEY dostał się do prestiżowego Trinity College w Cam­bridge, gdzie studiował filozofię, psychologię, ekonomię i filologię klasyczną. Wspinał się po skałkach i górach w Szkocji, zdobywając sławę najszybszego i naj­bardziej odważnego. Pisał wiersze, baśnie i pornograficzne przypowieści. Grał również w szachy, a był w tym tak dobry, że pokonał samego mistrza Szkocji. Tyle, że już wtedy co innego zawładnę­ło jego umysłem.

CROWLEY przeżył pierwsze doświadczenie mistyczne, gdy miał dwadzieścia jeden lat. Zrozumiał wtedy, że droga człowieka prowadzi ku boskości i zapragnął zrealizować ów cel. Sprzyjająca temu okazja nadarzyła się podczas spotkania z JULIANEM BAKEREM, który poznał go z przywódcami Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku, organizacji tajemnej krzewiącej nauki różokrzyżowców, alchemików i kabalistów. CROWLEY wstąpił do Zło­tego Brzasku w 1898 roku.

 

Crowley przyjął w Zakonie imię magiczne PERDURABO, co znaczy „wytrwam aż do końca” i godnie spełniał podjęte zo­bowiązania. Z miesiąca na miesiąc zdobywał kolejne stopnie inicjacyjne, a po roku przyjęto go do wewnętrznego kręgu wtajemniczeń, do którego należeli tytko przywódcy Zakonu. Wtedy to część okultystów sprzeciwiła się coraz większym zaszczytom, jakich dostępował CROWLEY. Nie podobała im się ekstrawagancja i biseksualizm młodzieńca, który potrafił przychodzić na spotkania zakonne ubrany tylko w płaszcz, pod którym nic na sobie nie miał.

CROWLEY nie chciał praktykować rytuałów o wątpliwej skuteczności. Wolał sam zgłębiać tajniki magii i opracowywać nowe techniki. Razem z ALLANEM BENNETTEM, eksperymentował z narkotykami. Kiedy zaś jego zakonni bracia odmówili mu dostępu do paryskiej loży bractwa, wynajął kilku solidnie zbudowanych mężczyzn i ubrany w strój góralski razem z nimi wtargnął do lokalu, wyrzucając z niego zdumionych okultystów.

Sytuacja pogorszyła się, kiedy odsunął się od niego MACGREGOR MATHERS, szef zakonu. Doszło wtedy do wielkiej wojny magów, w trakcie której grupa MATHERSA usiłowała zabić CROWLEYA przy pomocy czarnej magii. Szalały wokół niego zwierzęta, tłukły się naczynia, lecz jemu samemu nic się nie stało. Odpłacił im pięknym za nadobne. Przeprowadził inwokację demona, który miał ich skłócić ze sobą. W kilka miesięcy później Zakon Złotego Brzasku rozpadł się na wiele małych frakcji.

CROWLEY zaś udał się na pielgrzymkę po całym świecie. Najpierw pojechał do Meksyku, gdzie zgłębiał praktyki tamtejszych szamanów, medytował i wspinał się po górach z OSCAREM ECKENSTEINEM. Stamtąd pojechał do Azji. Praktykował jogę z ALLANEM BENNETTEM, wędrował po Indiach i Birmie. Wraz z ECKENSTEINEM zdobył szczyt K2. Podczas pobytu w Paryżu, zaskarbił so­bie przyjaźń całej bohemy artystycznej. Cieszył się także dużym powodzeniem u kobiet, co za­wdzięczał nie tylko swemu osobistemu urokowi, ale i tzw. „perfumom nieśmiertelności”, które składały się z bursztynu i innych domieszek mocno podniecających kobiety. Mniej przyjemną stroną tego wynalazku było to, że idąc ulicą płoszył dorożkarzom konie.

Rok 1904 obdarzył CROWLEYA niesłychanym szczęściem. Poślubił piękną ROSE KELLY i wraz z nią spędzał „miodowy miesiąc” w różnych mistycznych zakątkach świata. Kiedy w marcu tego roku państwo młodzi przybyli do Kairu, CROWLEY postanowił pokazać małżonce sylfy, duchy powietrzne i w tym celu przystąpił do „Wstępnej Inwokacji” z Goetii, starodawnej księgi wywoły­wania duchów i demonów. Uczynił to, jak wspomina, z nudów, ponieważ małżonkowie nie mieli nic innego do roboty. Rose nie przejawiała jakiegokolwiek zainteresowania magią i nie ujrzała sylfów. Miast tego jednak zapadła w dziwny trans, podczas którego sennym, choć wyrazistym głosem powtarzała słowa:      „Oni czekają na ciebie”. Było to niecodzienne wydarzenie, zważywszy na to, że właściwości mediumistyczne tak nagle objawiła osoba nie mająca nic wspólnego z okultyzmem. A jednak CROWLEY zignorował ten przekaz.

17 marca, mimo usilnych starań CROWLEYA, ROSE ponownie nie ujrzała sylfów. Tak jak poprzednio, zapadła w trans, w trakcie którego mówiła coś o „dzieciątku” i o Ozyrysie. Na nic się zdały wszelkie jego próby odwrócenia biegu wydarzeń, zirytowany, postanowił rozwiązać tę zagadkę. W tym celu wykonał inwokację egipskiego boga mądrości Thotha, który podobno przemówił ustami jego żony, lecz nie wyjawił niczego konkretnego. Nazajutrz, powrócił do inwokacji i wtedy niespodzianie usłyszał głos ROSE, która powiedziała, że bóg Horus oczekuje od niego przeprosin za jego poprzednie uczynki. Przeżył wstrząs. Jego żona nie mogła wiedzieć o tym, że nie darzy szacunkiem bóstw marsowych, do których należy również Horus, skoro jej wiedza religijna była gorsza od przeciętnej. W jednym z kolejach przekazów ROSE nakazała CROWLEYOWI w dniach od 8 do 10 kwietnia zasiadać w pokoju w samo południe i spisywać wszystko co usłyszy. CROWLEY wykonał polecenie, czego efektem było dzieło o niesłychanej złożoności i głębokim znaczeniu, podyktowane mu przez AIWASSA, istotę ze świata bogów, czyli krainy nazywanej współcześnie „nieświadomością”. Dzieło to nazywane jest potocznie Księgą Prawa.

Księga Prawa zapowiadała upadek chrześcijaństwa i nadejście nowej ery, której jedy­nym przykazaniem będzie „Czynienie swej woli”. Oznaczało to odejście od „ego” i tożsamości wykształconej w procesie socjalizacji oraz poszukiwanie prawdziwej woli, która ukrywa się w każdym człowieku pod płaszczykiem pozornych pragnień i stanowi jego prawdziwe przeznaczenie. Księga Prawa głosiła rychły kres ładu patriarchalnego wspieranego przez ortodoksyjne (w przeważającej mierze monoteistyczne) religie prawa i porządku. W nowej epoce, erze Horusa — zwycięskiego dziecka w koronie — jedynym prawem miało być odkrywanie swoich prawdziwych pragnień i kształtowanie zgodnie z nimi swojej tożsamości. Oznaczało to odrzucenie prawa pisanego, kodeksu etycznego stanowiącego podstawę istnienia każdej cywilizacji patriarchalnej oraz przejęcie odpowiedzialności za własne życie, która w uprzedniej epoce spoczywała głównie na religii, państwie i stróżach porządku. Era Horusa miała być epoką indywidualizmu i wolicjonalizmu, twórczości i niezależności. Człowiek przyszłości łączył w sobie cechy dziecka i nietzscheńskiego nadczłowieka, swawolność z wolą czynu, gwałt z rozkoszą.

CROWLEY znajdował się wówczas jednak pod wpływem buddyzmu i niezbyt odpowiadało mu proroctwo tej księgi. Porzucił zatem księgę w kąt i udał się w podróż z żoną i małą córką, którą nazwał NUT MA AHATHOR HECATE SAPPHO JEZEBEL LILITH. Niestety, mała córeczka podróży nie przetrwała i zmarła na tyfus w Rangun. (Plotki krążyły, że zabiło ją jej imię).

CROWLEY pogrążył się w żałobie, porzucił żonę i życie towarzyskie. Większość czasu spędzał na podróżach po Maroku ze swym przyjacielem, poetą VICTOREM NEUBURGIEM. Założył także swój magiczny zakon A.’. A.’., którego zadaniem było indywidualne ćwiczenie się w doskonaleniu mocy umysłu i poszukiwanie nowych technik magicznych.

Nadszedł wtedy czas, kiedy postanowił przeprowadzić operację magiczną, którą w okultyzmie nazywa się „przekroczeniem Otchłani”. Polega ona na zmierzeniu się z demonem rozumu, Choronzonem i dostąpieniu najwyższych mocy magicznych. Historia magii notuje liczne przypadki osób, które zagubiły się w Otchłani, a tym samym popadły w szaleństwo. CROWLEY pokonał jed­nak Choronzona i przekroczył Otchłań.

W roku 1912 CROWLEYA odwiedził THEODOR REUSS, szef niemieckiej grupy okultystycznej Ordo Templi Orientis. REUSS twierdził, że CROWLEY w swoim piśmie Equinox ujawnił niektóre tajemnice O.T.O. dotyczące magii seksualnej. Domagał się od CROWLEYA, by mu wyjawił, kto te ta­jemnice zdradził. Po wnikliwej dyskusji uznał jednak, że CROWLEY dotarł do tych tajemnic dzięki własnym studiom.

 

Nie omieszkał zatem mianować go przywódcą angielskiego oddziału O.T.O., niosącego nazwę Mysteria Mystica Maxima. Z biegiem czasu CROWLEY zdominował O.T.O, które stało się nośnikiem jego religii. Równocześnie, rozwijał działalność A.’. A.’., w którego szeregach znajdowały się takie postacie, jak: GEORGE CECIL JONES (jeden z filarów zakonu Złotego Brzasku), AUSTIN OSMAN SPARE (twórca magii chaosu) i kapitan FULLER (twórca doktryny Blitzkriegu).

Odnalazł też nową oblubienicę, LEAH HIRSIG, która urodziła mu dziecko. W 1920 ro­ku założył na Sycylii, w miejscowości Cefalu, Opactwo Thelemy, skupiające wyznawców tej nowej religii. Idylla nie trwała długo. Wkrótce zmarło mu dziecko. CROWLEY przeżył załamanie nerwowe. Ataki astmy nasilały się i musiał je leczyć heroiną. Popadł w narkomanię. Na doda­tek, wokół Opactwa wybuchł skandal, gdyż niejaki LOVELOCK, młody adept, umarł pijąc wodę z klasztornej studzienki. Jego żona rozpętała aferę w prasie, nadto nadszedł czas reżimu MUSSOLINlEGO i CROWLEY został wyrzucony z Włoch.      

Odtąd zaczyna się tułaczka CROWLEYA po świecie i schyłkowy okres jego działal­ności. Stara się publikować swoje książki wła­snym nakładem, gdyż większość wydawców mu odmawia. Po śmierci THEODORE’A REUSSA zo­staje wybrany szefem O.T.O. Pracuje nieustan­nie nad swoim systemem magicznym, tworzy dzieła literackie oraz talię zreformowanego TAROTA. Dużo spaceruje po Londynie. Jego mieszkańcy widują go czasem, jak na widok pi­jaka z kochanką zdejmuje kapelusz, bądź od­prawia egzorcyzmy przed księżmi grecką formu­łą Apo pantoskakodaimonos (Chroń nas przed złymi duchami).

W styczniu 1945 roku przenosi się do hotelu Netherwood w Hastings. Żywi się już tylko jajecznicą, zimnym indykiem i heroiną. Pali fajkę z tytoniem zmieszanym z rumem. Umiera 1 grudnia 1947 roku. 5 grudnia odbywa się „Ostatni Rytuał”, w trakcie którego LOUIS WILKINSON czyta „Hymn do Pana” i fragment Mszy Gnostyckiej, po czym ciało CROWLEYA zo­staje poddane kremacji. To ostatni skandal, lecz dopiero początek jego wielkiej kariery.

Umarła Bestia.

Niech Żyje bestia!

W latach 60wizerunek CROWLEYA pojawia się na płycie THE BEATLES. O CROWLEYU piszą książki, kręcą filmy, śpiewają piosenki. Powsta­ją coraz liczniejsze zakony okultystyczne na nim się wzorujące. Po śmierci, staje się najbar­dziej żywotnym magiem swojej epoki. Obficie czerpie z niego feministyczny ruch czarownic, który większość rytuałów zawdzięcza spisanej przez niego na zamówienie „Księdze Cieni”. TIMOTHY LEARY, guru rewolucji psychodelicznej lat 60-tych, ogłasza się jego spadkobiercą i kontynuuje jego poszukiwania w alchemii świadomości. Spadkobierców Bestii jest coraz więcej. Są wśród nich magowie starej daty i specjaliści od neuro-programowania, konserwatyści i anarchiści, gnostycy i sataniści. CROWLEY wyznacza drogę tym wszystkim, którym bliska jest idea życia pełnego przygody i poszukiwań, cudowności i spełnienia.

W Polsce ukazały się jak dotąd dwie książki CROWLEYA: „Księga Jogi i Magii” oraz „Teoria i Praktyka Jogi” (obie nakładem Wy­dawnictwa „Pegaz”). Zainteresowani myślą i praktyką Bestii najlepiej niech do nich zajrzą. Odnajdą tam techniki przekształcania swego życia, których na próżno by szukać w innych książkach.

Natomiast już w kwietniu krakowskie Wydawnictwo EJB, zasłużone na polu popularyzacji psychodelii, wyda najważniejsze dzieło CROWLEYA, „Magię w Teorii i Praktyce”, które zawierać będzie specjalny dodatek z tekstem „Księgi Prawa”.

20 PŁYT DETROIT TECHNO – Sławek Pękała „Plastik”

 Subiektywny wybór 20. najważniejszych płyt detroit techno (w kolejności alfabetycznej):

 

DETROIT TECHNO. Elektroniczna muzyka taneczna, charakte­ryzująca się oszczędnością brzmień perkusyjnych i linii basu. Produkowana w całości przy użyciu sztucznych dźwięków, pochodzących z różnych elektrycznych urzą­dzeń. W 1988 r. dziennikarz magazynu „The Face” po raz pierwszy określił terminem techno nagranie „Big Fun” INNER CITY, jednego z wielu projektów KEVINA SAUNDERSONA. Obok DERRICKA MAY’A i JUANA ATKINSA to właśnie SAUNDERSON zaliczany jest do twórców i pionierów techno. Naj­ważniejsze wytwórnie „motor city” to m.in. Submerge, Underground Resistance, Metroplex, Transmat i KMS. Techno doczekało się szeregu odmian, jednak to właściwe wywo­dzi się z Detroit. Mówi się, że tylko czarni muzycy tego miasta, posiadają tajniki wiedzy kreowania w odpowiedni sposób dźwięków. Jest w tym trochę przesady, jednak to prawda, że płyty producentów zza oceanu różnią się zasadniczo od tych wyprodukowanych w Europie. Tylko nie­licznym udało się zbliżyć do ideału, a podjęły się tego tak ważne wytwórnie jak choćby Warp, R&S, Peacefrog, Tresor, Infonet czy Prime. To dzisiaj elita rynku wydawniczego starego kontynentu.

Carl-Craig-More-Songs-About-Food-And-Revolutionary-Art.jpg

  1. CRAIG CARL

More Songs About Food And Revolutionary Art”

PLANET E, 1997

CARL CRAIG to obok JUANA ATKINSA najinteligentniejszy twórca z Detroit, od po­czątku swego artystycznego życia w znacznym stopniu kształtujący styl detroit techno. Zaczynał jako współpracownik DERRICKA MAY’A (skomponowali wspólnie m.in. „Kaotic Harmony”), potem nagrywał właściwie wyłącznie w pojedynkę i wy­łącznie perły. W jego karierze nie ma potknięć, każdy kolejny singel, kolejny album to wydarzenie. Używa bardzo wielu pseudonimów, ale wydaje płyty także pod swo­im nazwiskiem. Genialna płyta z 1997 r. (najważniejsze jej fragmenty to „At Les”, „Butterfly”, „Dominos” i „Goodbye World”) to tylko jedno z wielu jego ważnych osiągnięć, z których kolejne na pewno jeszcze przed nami.

E-Dancer-Heavenly.jpg

2. E-DANCER

Heavenly”

KMS, 1998       

Jeden z wielu pseudonimów KEVINA SAUNDERSONA, nie tak popularny jak prze­bojowy INNER CITY, jednak równie ważny w jego karierze. W projekcie E-DANCER, twórca odwołuje się do źródeł detroit techno, sięga do korzeni, a kilka kompozycji to dzisiaj archiwalna pierwsza strona tego nurtu. Ten kompilacyjny album zbiera większość archiwalnych nagrań, które w ostatnich latach zrealizował SAUNDERSON pod szyldem E-DANCER. Znalazły się wśród nich oczywiście „World Of Deep”, „Pump The Move”, „Heavenly” i „The Human Bond”. Do wykonania kilku miksów zaprosił całą elitę Detroit, CARLA CRAIGA, KENNY’EGO LARKINA, JUANA ATKINSA i D-WYNN. Zgrana paczka.

FUSE-Dimension-Intrusion.jpg

  1. FUSE

Dimension Intrusion”

PLUS 8, 1993

Pierwszy oficjalny album RICHIE’EGO HAWTINA, znanego większości jedynie z pseudonimu PLASTIKMAN, prekursora łagodniejszej odmiany acid i detroit techno. Pseudonimu FU­SE, używał w początkach swojej kariery, potem właściwie go zaniechał. Płyta zawiera nagrania z lat 1991 -1993, od inten­sywnego klubowego techno jak choćby legendarny „F.U.”, do kontemplacyjnych, nastrojowych dźwięków w „New Day”, tytułowym „Dimension Intrusion” czy „UVA”. W Europie pły­tę wydała oficyna Warp w ramach popularnej serii „Artificial Intelligence”. Album bez jednego słabego punktu, niestety dzisiaj właściwie już takie płyty nie powstają.

Robert-Hood-Nighttime-World-Volume-I.jpg

  1. HOOD ROBERT

“Night time World Vol.1″

CHEAP, 1995

Kooperant legendarnego klanu UNDERGROUND RESISTANCE, bliski współpracownik JEFFA MILLSA i „MAD” MIKE’A. Wspólnie, pod pseu­donimami X101, 102, 103 zrealizowali klasyczne już dzisiaj albumy. Eks­plorator i progresywny twórca undergroundowej odmiany detroit techno. Na swoim koncie ma kilka albumów, ten dla Cheap to najbardziej romantyczny zbiór nagrań w całej jego karierze. „Episode 19″ czy „The Color Of Skin” wprost tęt­nią klimatem nocnego życia. Moim zdaniem, to najlepszy, najbardziej eklektyczny solowy album HOODA.

Infiniti-The-Infiniti-Collection.jpg

  1. INFINITI

The Infiniti Collection”

TRESOR, 1996

Jeden z najważniejszych projektów JUANA ATKINSA, pośród wielu innych zasług twórcy kosmicznej, międzygalaktycznej odmiany detroit techno. Zanim w 1998 r. wyprodukował jednolity, studyjny album „Skynet”, dwa lata wcześniej starsze kom­pozycje INFINITI, zebrał na wspólnej kolekcji. Produkowane kolejno, przy różnych okazjach nagrania dla tłoczni Radikal, Peacefrog, New Electronica, Tresor i własnej Metroplex, są mimo wszystko bardzo spójne, łączy je ponadczasowa klamra. Te nagrania się nie starzeją, a inni twórcy – mimo usilnych starań – są nadal daleko z tyłu.

K-Hand-On-A-Journey.jpg

  1. K.HAND

On A Journey”

K7, 1996

Pierwsza dama detroit techno, wychowanka DER­RICKA MAY’A, JEFFA MILLSA i MIKE’A BANKSA, którzy pomogli jej zrealizować pierwszą EP-kę „Think About It” w 1990 r. Od tamtej pory wszystkie swe nagrania realizuje dla własnej tłoczni Acacia, sprze­dając licencje różnym innym oficynom, szczególnie w Europie. Dlatego jej kolejne płyty firmują także wy­twórnie K7, Distance czy Ausfahrt. „On A Journey” to debiutancki album puszystej, pełnej wigoru czar­nulki. Nie stosuje żadnej taryfy ulgowej, generuje ty­powo męskie, zadziorne, ekstremalne dźwięki. Jest bardzo dynamiczna, koncentruje się głównie na klu­bowej odmianie detroit techno.

Kenny-Larkin-Metaphor.jpg

  1. LARKIN KENNY

„Metaphor”

R&S, 1995

Chyba najbardziej dojrzały album tego cenionego producenta z Detroit. Swego cza­su było o nim głośno, gdyż strzelano do niego w progu własnego domu, ale tak na­prawdę nie to jest najważniejsze w jego życiorysie. Ten inteligentny artysta nagry­wa płyty od końca lat 80. Pierwszą EP-kę wydała prestiżowa tłocznia +8, potem romansował m.in. z Buzz, Warp, R&S i Elipsią. Na albumie „Metaphor” znajdziemy m.in. „Catatohic” i „Loop 2″ – wspaniałe, przebojowe nagrania wydane oddzielnie także na singlach. LARKIN to niesamowicie pogodny człowiek, tworzy spirale abs­trakcyjnych beatów, jego muzyka ma duszę, jest bardzo emocjonalna, tętni życiem.

Maurizio-Maurizio.jpg

  1. MAURIZIO

M4-7″

maurizio, 1997

Berlińczyk MORITZ VON OSWALD przez kilka lat mieszkał w Detroit, blisko przyjaź­nił się z JUANEM ATKINSEM, CARLEM CRAIGIEM i „MAD” MIKIEM, którzy odkryli przed nim kilka tajemnic. Pierwsze wydawnictwa Basic Channel były tłoczone w Detroit i długo uważano, że to kolejne odkrycie z tego miasta. Po powrocie do Berlina, MAURIZIO intensywnie współpracował z FEHLMANNEM, a także był pod­porą kolejno Basic Channel właśnie i Chain Reaction. Oddział Maurizio, to miejsce, w którym produkował się osobiście. „M4-7″ jest kompilacją singli ukazującą pełnię życia artysty i kwintesencję jego stylu. Chłodne, bardzo głębokie, mroczne detroit techno, monotonne, w nieskończoność zapętlane, przytłaczające intensywnością.

Derrick-May-Rythim-Is-Rythim-Mayday-Innovator.jpg

  1. MAY DERRICK

Innovator”

TRANSMAT, 1997

Wydany najpierw tylko w Japonii nakładem tamtejszego oddziału Sony, potem przez macierzystą wytwórnię MAYA Transmat, podwójny album będący przekrojem przez całą twórczą działalność artysty. Wiele z tych kompozycji uważanych jest dzi­siaj za pierwsze produkcje techno, a „Strings Of Life”, „Nude Photo”, „The Beginning”, „Kaotic Harmony” czy „Icon” za najtrafniejszą definicję detroit techno. Ency­klopedia, muzyczny elementarz, lektura obowiązkowa każdego (!), kto używa sło­wa techno i chce być wiarygodny. Bardzo trafny, trochę zarozumiały tytuł, najlepiej oddaje to, kim jest dla stylu detroit techno DERRICK MAY.

Jeff-Mills-Waveform-Transmission-Vol-1.jpg

  1. MILLS JEFF

Waveform Transmission Vol.1″

TRESOR 1992

Prekursor, progresywny twórca najbardziej ortodok­syjnej odmiany detroit techno, zwanej w dużym uproszczeniu minimal techno. Jego kompozycje z jednej strony, owszem, są bardzo surowe i oszczędne w środkach wyrazu, jednak z drugiej, mają nieprawdopodobną głębię. Proces produkcji jest tak trudny, nawet dla samego twórcy, że z tego powo­du, jak przyznał w jednym z wywiadów, nie występu­je z live actem. Obawia się, że niektórych nagrań nie potrafiłby na żywo odtworzyć. „Waveform Transmissions 1″ to solowy debiut po okresie pracy z BANKSEM i później HOODEM. Ten album mógłby się wła­ściwie kończyć już na pierwszym nagraniu „Phase IV”, a i tak w swojej klasie nie miałby sobie równych.

Octave-One-The-Living-Key-To-Images-From-Above.jpg

  1. OCTAVE ONE

The Living Key (To Images From Above)”

430 WEST, 1997

Wytwórnie 430 West i Direct Beat to królestwo braci BURDEN: LENNY’EGO, LAWRENCE’A i LYNELLA. Ta druga kreuje głównie rytmy electro, natomiast 430 West od samego początku jest jedną z najważniejszych tłoczni produkujących Detroit techno. Projekt OCTAVE ONE nawiązuje do najlepszych tradycji korzeni techno dźwięków w podstawowej, najczystszej formie. Debiutancki album jest bardzo ryt­miczny, silnie wibracyjny, chwilami ożywają wspomnienia starych czasów, najlep­szego okresu UNDERGROUND RESISTANCE.

The-Martian-LBH-6251876-A-Red-Planet-Compilation.jpg

  1. RED PLANET

BH – 6251876″

RED PLANET, 1999

Chyba najdłużej oczekiwany album jednego z najbardziej tajemniczych projektów z Detroit. Kolejne dotychczasowe EP-ki ukazywały się w równych odstępach czasu w ostatnich ośmiu latach. Były wyjątkowe i bardzo mroczne. Międzyplanetarne dźwięki inspirowały wielu innych twórców do własnego komponowania. „BH – 6251876″ to obok „Soulshine” jedyne nowe kompozycje WILLA THOMASA, pozo­stałe utwory na albumie, to kolekcja nagrań ze wspomnianych, bardzo cenionych wśród detroit techno DJ-ów, małych płyt. Żelazna perfekcja.

Silent-Phase-The-Theory-Of.jpg

  1. SILENT PHASE

The Theory Of Silent Phase”

TRANSMAT, 1995

Protegowany DERRICKA MAYA, który przed laty zezwolił mu zremiksować nagranie „Wigging” na potrzeby kompilacji „Relics” tłoczni MAYA – Transmat. Karierę rozwinął dwutorowo, realizując  kolejne nagrania głównie pod pseudonimami SILENT PHASE i KOSMIC MESSENGER. „The Theory Of Silent Phase” to jedyny album  pierwszego z nich, bardzo nastrojowy, stworzony z niezwykle skomplikowanych dźwięków. Właściwie brak tu jakiegoś konkret­nego przeboju, to jedna długa inteligentna suita.

Subterfuge-Synthetic-Dream.jpg

  1. SUBTERFUGE

Synthetic Dream”

PRIME, 1993

To najważniejszy pseudonim THOMASA BARNETTA, kolejnego znaczącego produ­centa z Detroit. Na rynku zaistniał dzięki nagraniu „Nude Photo” DERRICKA MAYA, przy którym znacząco mu pomagał. Potem stosunki między nimi nie układały się najlepiej, gdyż autorstwo „Nude Photo” MAY przypisał wyłącznie sobie. „Synthetic Dream” doskonale mieści się w konwencji detroit techno, a przypieczętowaniem te­go jest monumentalne nagranie „Death Of Love” kończące płytę. Tak naprawdę to własna wersja innej wspólnej kompozycji z MAYEM – „Kaotic Harmony”, które ofi­cjalnie jest również nagraniem własnym MAYA. Trzeba to sprawdzić samemu.

Underground-Resistance-Revolution-For-Change.jpg

  1. UNDERGROUND RESISTANCE

Revolution For Change”

GO BANG!, 1992

Bezsprzecznie kultowy album, jedyna oficjalna długa płyta UN­DERGROUND RESISTANCE wytłoczona na srebrnym krążku. Wy­dana na potrzeby europejskiego rynku, zawiera wszystkie naj­ważniejsze przeboje legendarnego projektu JEFFA MILLSA i „MAD” MIKE’A BANKSA. Kolejno „Riot”, „Punisher”, „Elimination”, „Predator”, „Sonic Destroyer”, „Eye Of The Storm”, „Killer Whale”, itd. Szczytowe osiągnięcie detroit techno w najbardziej undergroundowym wydaniu.

Various-Nightvision.jpg

  1. VOORN ORLANDO

Nightvision”

1996

Jeden z nielicznych producentów spoza Detroit, któremu udało zbliżyć się do pozio­mu produkowanej w tym mieście technicznej muzyki. Urodził się co prawda w Amsterdamie, ale muzyczną karierę związał właściwie od początku z Detroit. Bardzo szybko objawił swój talent, swe pierwsze płytki zre­alizował dla znaczących wytwórni zza oceanu: KMS, Fragile (oddział Transmat) i Lower East Side. Udało mu się spotkać z JUANEM ATKINSEM i wyproduko­wać wspólne nagrania, „Industrial Metal” i słynne „Game One” (jako INFINITI). Oba tytuły i wiele innych znajduje się na tej podwójnej kompilacji własnej tłoczni VOORNA Nightvision. Mimo wielu pseudoni­mów wszystkie kompozycje są jego autorstwa. Ty­powe, motoryczne, inteligentne techno.

Various ‎– 313 Detroit.jpg

  1. V.A.

313 Detroit”

INFONET, 1992

Jedna z najwcześniejszych pozycji detroit techno na rynku europejskim, jeszcze wtedy informująca fanów o zaistniałej nowej muzyce. Właściciel Infonet, Chris Ab­bott, miał duży udział w popularyzacji rytmów techno w Anglii na początku lat 90. To jego pomysłem było założenie tanecznego oddziału tłoczni Creation i wydawa­nie takiej muzyki. Zanim pozyskał BANDULU, wybrał 8 nagrań na debiutancką skła­dankę. Wykorzystał m.in. „War Of The Worlds” DARK COMEDY, „Free Your Mind” PIECE, „Unconscious World” SUBTERFUGE, „Warwick” EDDIE FOWLKESA i „Desire” 69.

Various-Intergalactic-Beats.jpg

  1. V.A.

Intergalactic Beats”

PLANET E, 1992

Historyczna, kultowa kompilacja, dzisiaj niestety wła­ściwie już nieosiągalna. Zademonstrowała światu ta­lent nie tylko CARLA CRAIGA, ale nieograniczone moż­liwości jego funkcjonującej z powodzeniem do dziś tłoczni Planet E (Earth). Praktycznie wszystkie kompo­zycje to niezbędniki każdego Robinsona, uważającego się za fana detroit techno. „Ladies & Gentlemen”, „My Machines”, „Free Your Mind”, „Intro” i „Outro” CRAIGA, „Nort Route” BALIL, „Clinically Inclined” DE-GIORGIO, „War Of The Worlds” LARKINA – szczyt techno progresji.

Various-From-Our-Minds-To-Yours-Vol-1.jpg

  1. V.A.

From Our Minds To Yours 1″

PLUS 8, 1991

Pierwsza kompilacja wytwórni Plus 8, prowadzonej nie­zmiennie przez RICHIE’EGO HAWTINA i JOHNA ACQUAVIVĘ. Te stare czasy „sprzed PLASTIKMANA” były dla HAWTINA nie mniej znaczące. Na tej legendarnej składance swo­je pomysły objawili także KENNY LARKIN, DANIEL BELL, SPEEDY J i RICHARD MIACHAELS. Ogromnie inteligentna, twórcza płyta, ukazująca rozkwitający talent tych bardzo znanych dzisiaj producentów. Płyta tak samo ważna dzisiaj, jak i w roku wydania. I brzmi nadal bardzo świeżo.

Various-Depth-Charge-1.jpg

 

  1. V.A.

Depth Charge Vol.1″

SUBMERGE, 1992 

Debiutancka kompi­lacja wytwórni i naj­lepszej firmy dys­trybucyjnej z De­troit. W większości wypełniają ją solo­we kompozycje MI­KE’A BANKSA i THE MARTIAN aka RED PLANET. Klimat nie­co lżejszy niż we wcześniejszych ekstremalnych na­graniach UNDERGROUND RESI­STANCE, detroit techno z elementa­mi elektronicznego techno jazzu. Nowy, kontynuowany do dzisiaj rozdział w karierze BANKSA.

 

  1. Spora część opisanych tu płyt w Polsce dostępna jest w wysyłkowej dystrybucji firm Outisde i Vision.

 

„SPRYTNY STARUCH czyli historia sieci jako źródła władzy” (sekta Assasynów) – DARIUSZ MISIUNA „Plastik”

HASAN IBN SABBAH.jpg

Na przełomie XI i XII wieku na terenach należących dzisiaj do Afganistanu znajdowała się potężna twierdza Alamout rządzona przez złowieszczego Starca z Gór, HASANA IBN SABBAHA, przywódcy tajemniczej ismaelickiej sekty Assasynów. HASAN, podobnie jak inni władcy ówczesnego świata, parał się magią, a nauki tajemne wykorzystywał do celów politycznych. Niektórych współczesnych historyków okultyzmu nadal zdejmuje strach, kiedy wśród licznych rytualnych tekstów okultystycznych bractw napotykają takie, które jawnie nawiązują do tradycji z Alamout. Twórca antropozofii, RUDOLF STEINER, nieraz wyrażał swe obawy względem odrodzenia się tej starej antychrześcijańskiej tradycji i chociaż można powątpiewać czy nie wchodzi tutaj w grę nagminny lęk Europejczyków przed Arabami, Alamout nadal uznawane jest przez wielu za miejsce, w którym narodziła się sztuka czarnej magii.

 

Kim był Starzec z Gór – mordercą, czarnym magiem, czy szaleńcem? HASAN IBN SABBAH jako pierwszy władca zauważył, że życiem społecznym kieruje jedno proste równanie: INFORMACJA = WŁADZA. Twierdza Alamout, umieszczona w centrum świata Średniowiecza, była znakomitym punk­tem obserwacyjnym i bazą wypadową na kraje ościenne. HASAN, dbając o zacho­wanie wpływów w twierdzy i obronę przed najeźdźcami, wychodził z założenia, iż najlepszą obrona jest atak. Problem polegał na tym, że załoga Alamout nie był liczna aż na tyle, by móc sobie pozwolić na podbój ziem granicznych. I tu zadziałała stara zasada, że dobra myśl powstaje jedynie w sytuacjach trudnych. HASAN IBN SABBAH, wychowany na uczelniach egipskich i wtajemniczony w arkana mistyki islam­skiej, doznał olśnienia, które pozwoliło mu stworzyć najlepsza sieć szpiegowska ówczesnego świata.

 

Kluczem do powstania siatki był rytuał inicjacji agenta, HASAN IBN SABBAH werbował indywidualnie każdego szpiega, rozpoczynając od serii pytań przypominających paradoksy zen. Gdy przyszły szpieg próbę tę przeszedł, otrzymywał do wypicia miksturę opium i haszyszu. HASAN ogłaszał mu, że teraz będą mu wyjawione uroki Raju, których dostąpi, jeśli wywiąże się ze swych zadań. Na skutek działania opium zapadał w śpiączkę, po czym budził się w cudownych ogrodach królewskich HASANA IBN SABBAHA. Lekko odrętwiały, widząc jeszcze wszystko jakby przez mgłę, poznawał raj zroszony powiewem suto zdobionych fontann i pięknem ciał kurtyzan. To haszysz zaczynał działać. Kiedy już zaznał rozkoszy, wizja dobiegała końca, a opium ponownie rozpoczynało swój taniec. Zapadał w sen, by obudzić się u stóp Starca z Gór, którego ostatnie pytanie brzmiało: „Czy chcesz po swojej śmierci zażywać takich rozkoszy?” Nie zdarzało się, aby agent odmówił, a to oznaczało, że musiał odtąd ślepo służyć swemu panu i władcy.

 

Szpiedzy z Alamout wysyłani byli do obcych krajów jako edukowani urzędnicy państwowi. Każdy dobrze znał język i kulturę kraju swego przeznaczenia. Kształcił się w jego polityce i docierał do wysokich funkcji państwowych. Takich agentów nazywano „śpiącymi szpiegami”, jako że potrafili przez dwadzieścia lat doskonalić się w politycznym kunszcie wrogiego kraju, po czym nagle, przez zaskoczenie zamordować jego wysokiego urzędnika. Wielu agentów było sekretarzami bądź tłumaczami swojej ofiary. Wielu przyjaźniło się z władcami, których mieli zgładzić. Sygnałem wywoławczym do popełnienia mordu była karteczka ze znakiem wysłanym przez Hasana:

 

Szpieg budził się z drzemki, z normal­nego życia w obcym kraju i spełniał swoje przeznaczenie, po czym zazwyczaj popełniał samobójstwo. Składał ofiarę z siebie dla wyższego celu – pośmiertnego wstąpienia do poznanego już raju.

 

Nie dziwi wiec, że imię HASANA siało grozę we współczesnym mu świecie. Nawet; dzisiaj aktualna jest jego spuścizna. To od nazwy jego sekty ismaelickiej Assassynów pochodzi francuskie i angielskie sło­wo oznaczające zabójcę. Wywiad współczesny, także korzysta z formuły opracowanej przez; Starca z Gór, Tak zwani „śpiący szpiedzy”; stanowią dzisiaj chleb codzienny każdej szanującej się agencji wywiadowczej, Lecz nade wszystko, tym co zapewniło mu po­śmiertna sławę, było zastosowanie nowego, modelu wywiadu – sieci informacyjnej.

 

Zanim jednak przejdziemy do współcze­sności, warto wspomnieć, że tradycja zaprogramowanej sieci informacyjnej nie wy­gasła wraz ze śmiercią HASANA IBN SABBAHA w roku 1124. Kultywowały je XVI 11-wieczne załogi pirackie rozprzestrzenione na sie­ci wysp, między którymi toczyła się nie tylko wymiana łupów, ale i informacji dotyczących kursów żeglug państwowych i sy­tuacji gospodarki światowej. Piraci prze­kazywali sobie nawzajem informacje, świa­domie tworząc małe wyspiarskie wspólnoty żyjące poza prawem.

 

Wspólne dla Assassynów i XVIII-wiecznych korsarzy było podejście do informacji jako władzy, jako oręża dominowania nad terytorium na pozór większych od siebie mocarstw. W dzisiejszych czasach nie wydaje się to nowatorskie, lecz w czasach prawa pięści takie subtelne metody zdobywania dóbr stanowiły jeszcze rzadkość. Coś jednak różni korsarzy od Assassynów. Przy całym znakomitym systemie programowania agentów sieć Assassynów posiadała jednak poważną wadę – centralne sterowanie. Wszelkie decyzje pochodziły od HASANA IBN SABBAHA, którego władza roznosiła się koncentrycznie. Jak wiadomo z cybernetyki, informacje rozchodzą się najlepiej w sytuacji symulowanego chaosu, a nie w systemie centralistycznym. Plotka zawsze skuteczniej działa od pakietu urzędowego, choćby nie wiadomo jak bardzo wysoki urząd go wydał. Widać więc postęp, jaki korsarze uczynili w budowaniu sieci.

 

Cóż jednak łączy zbrodniczych Assassynów i wspólnoty korsarskie z kończącym się drugim millenium? XX wiek wydał na świat wojny globalne, totalitaryzm, muzykę rockową, komputery i cyberpunka. Nas tutaj obchodzą jedynie dwa ostatnie zjawiska, aczkolwiek gdyby nie muzyka rockowa, cyberpunk nie zdołałby wyrosnąć z pieluch. Komputery zaprowadziły całkowicie nowy ład w Globalnej Wiosce. Wystrzeliły cywilizację przemysłowa w orbity społeczeństwa informacyjnego. Równanie: INFORMACJA = WŁADZA nabrało pełnej mocy. W świecie, którego granice stanowią jedynie formalną strukturę pozorującą istnienie suwerennych państw, informacja stała się tym właśnie dobrem, które pozwala nam się poruszać. Dzisiaj przemieszczamy się nie tyle dzięki własnym nogom, czy pojazdom, ale za pośrednictwem mass-mediów i komputerów, Wiedza, która niegdyś stanowiła domenę elit, stała się dzisiaj codziennym pokarmem gawiedzi. Komputery na początku lat 60. wykorzystywane były jako narzędzia pracy, uczonych akademickich, W ciągu kilkunastu lat zdążyły trafić pod strzechy. A gdy wynaleziono modem, przystawkę do komputera, pozwalającą na połączenie się z innymi komputerami, zawiązała się wielka sieć informacyjna użytkowników komputerów.

 

Wszystko to wygląda na pozór bardzo przyjemnie i świadczyć by mogło o tym, że świat staje się coraz bardziej demokratyczny. Tak jednak nie jest, albowiem większość informacji (czyli: władzy) skupia się w rękach (a raczej komputerach) elit, które tworzą zamknięte systemy informacyjne niedostępne dla ludzi nie związanych z poszczególnymi sektorami władzy. Państwa tracą racje bytu na rzecz mafii i międzynarodowych korporacji, poruszających się głownie za pośrednictwem komputerowych złączy.

 

Słowo cyberpunk pojawiło się po raz  pierwszy w powieści science-fiction „Neuromancer” z 1984 roku autorstwa WILLIAMA GIBSONA, lecz szybko weszło do obiegu powszechnego jako określenie młodych, zbuntowanych geniuszy komputerowych, których życiowym celem jest niszczenie zamkniętych sieci informacyjnych bądź wprowadzanie w nie bałaganu. Cyberpunki miały swoich poprzedników – hackerów. Hackerzy włamywali się do tajnych sieci komputerowych dla samego faktu rozwiązania łamigłówki, jaką jest szyfr komputerowy. Nadto, wielu z nich chciało ujawniać utajnione informacje swoim pobratymcom ze świata komputerowego. Owe odtajnienie świata owocowało w przypadki wdzierania się do komputerowych systemów obronnych wojsk NATO, czy też do kartotek Interpolu. Niektórzy, co bardziej zapobiegawczy hackerzy, włamywali się za pośrednictwem komputera do banku, pobierając sobie trochę gotówki dla własnych potrzeb. Im mocniejsze były systemy obronne sieci komputerowych, tym więcej było chętnych, aby je rozbroić.

 

Idylla pomysłowych informatyków trwała do końca lat 80., kiedy to pojawił się cyberpunk. Cyberpunk posiada coś z cynizmu i determinacji Assassynów, a także coś z korsarskiej chęci rozboju. Robi to jednak nie po to, aby się wzbogacić albo coś odkryć. Robi to dlatego, że nie ma nic innego do roboty. Pozornie, działalność cyberpunków przypomina akcje hackerów. Cyberpunki jednak, obdarzone sobie jedynie właściwym nihilizmem, interesują się tylko wprowadzaniem chaosu w budowane przez innych struktury informacyjne. Wprowadzają wirusy komputerowe, fałszywe informacje, dezorganizują ruch uliczny poprzez desynchronizację świateł, potrafią doprowadzić do masowego wyłączenia prądu w jakiejś aglomeracji, nie mówiąc już o rozmowach telefonicznych na czyjś koszt, Jednym słowem zakłócają liniowość przekazu informacji, do jakiej przystosował się przeciętny konsument.

 

Jeden z najbardziej znanych cyberpunków, ST VITUS, powiada: „Jedną ze spraw, która różni nas od hackerów jest to, że mówią oni: informacja to władza. My wolimy mówić: władza to władza. Ja także pragnę więcej informacji, ale chcę, żeby mnie do czegoś prowadziła. Chcę mieć z tego pieniądze, chcę mieć z tego pozycję społeczną, chcę mieć z tego dobra. Chcę się wspinać, zepchnąć ciebie w dół, spieprzyć wszystko – chcę stworzyć coś swojego”. Cywilizacja późnego XX wieku tworzy coraz” więcej sieci informacyjnych, zawiązujących dyskretne pętle i aroganckie supły. Świat społeczny ulega coraz większym komplikacjom. Twardogłowi intelektualiści w pieleszach swoich Uniwersytetów mogą twierdzić, że postęp wprowadza coraz większy porządek. Dzieje się zupełnie na odwrót. Wraz z komplikowaniem się materii, jest coraz więcej chaosu. A ci, którzy potrafią wykorzystać prawa nim rządzące, odnajdują swoje miejsce w świecie i nie czują się zagubieni. Cyberpunki dopiero co docierają do naszego kraju, lecz wraz z rozwojem komputeryzacji ich siew przyniesie plony. A wtedy biada tym, którzy będą chcieli coś ukryć z naszego świata informacji. Ci zaś, którzy docenią znaczenie swobodnego przepływu informacji, rozkoszować się będą nim niczym Assassyni w rajskich ogrodach HASANA IBN SABBAHA.

 

 

„Przez tę babę z Perlejewa” (archiwalny reportaż) – IWONA TRUSEWICZ „Rzeczpospolita”

Ćwierć wieku temu mieszkanka podlaskiej wsi wyjechała na saksy do Brukseli. Dzisiaj pracuje tam kilkanaście tysięcy ludzi z Siemiatycz i okolic.

Siemiatycze. Reakcje na zamach w Brukseli.jpg

 

 

 

Gdy nastają wakacje, nauczycielka informatyki Edyta Brzozowska wsiada do autokaru relacji Siemiatycze – Bruksela. Odwiedza matkę, która od trzynastu lat sprząta domy zamożnym Walonom. Pracuje na czarno, podobnie jak kilka tysięcy mieszkańców Siemiatycz.

 

W szarym betonowym bloku na siemiatyckim osiedlu, w którym z mężem i czwórką dzieci mieszka Edyta Brzozowska, są dwadzieścia cztery mieszkania. Brzozowska liczy głośno, gdzie pracują jej sąsiedzi: Bruksela, Bruksela, Włochy, Bruksela, Australia, Bruksela… Wypada, że w trzynastu rodzinach choć jedna osoba dorabia w Brukseli, w dwóch – we Włoszech, w jednej na antypodach. Z pracy w Siemiatyczach utrzymuje się jedna trzecia mieszkańców bloku. Proporcje te można przenieść na całe miasto i wiele okolicznych wsi.

 

Ile macie teatrów i kin?

 

– W Brukseli Polka sprząta mieszkania i biura, opiekuje się dziećmi, gotuje. Polak robi remonty, buduje, zajmuje się ogrodem. A że połowa tych wszystkich Polaków jest z Siemiatycz i okolic, więc Belgom się wydaje, że to musi być duże miasto. Pewna Belgijka pytała mnie, ile w Siemiatyczach mamy teatrów, ile kin, hoteli, muzeów i galerii sztuki – śmieje się Brzozowska.

 

W osiemnastotysięcznych Siemiatyczach nie ma ani teatrów, ani hoteli, ani galerii sztuki, kin i muzeów z prawdziwego zdarzenia. Są okazałe kościoły i cerkwie, odnowiona żydowska synagoga, dwie wypożyczalnie kaset wideo, dwie lokalne gazety, jeden pensjonat, dwie restauracje, ładny park pośrodku rynku i zalew rekreacyjny na obrzeżach. Zakłady Hortex kupił Holender, w mleczarni Francuzi produkują sery. Według oficjalnych statystyk bez pracy pozostaje dziewięć procent dorosłych siemiatyczan. To niedużo jak na średnią krajową (17,6 procent).

 

We wszystkich szkołach dzieci uczą się francuskiego, język ten zna wielu dorosłych mieszkańców. Firmy budowlane i remontowe oferują najnowsze technologie i poziom usług prosto ze stolicy Belgii.

 

Trzynaście lat temu miejscowa PKS połączyła Siemiatycze stałą linią autobusową ze stolicą Unii Europejskiej. Dzisiaj w rozkładzie jazdy PKS ma dwie linie międzynarodowe relacji Siemiatycze – Bruksela i Siemiatycze – Londyn. Wyjazd w piątek i sobotę. W pozostałe dni tygodnia do stolicy Belgii kursują prywatne busy i linia z Białej Podlaskiej. Z Siemiatycz do Brukseli ludzie jeżdżą częściej niż do Warszawy czy Białegostoku.

 

– Przed Bożym Narodzeniem PKS wysyła do Brukseli wszystkie autokary – dwanaście – i jeszcze wypożycza od innych firm, bo do przywiezienia jest ponad półtora tysiąca ludzi. Wielu wraca także swoimi autami i korzysta z usług prywatnych przewoźników – opowiada burmistrz Zbigniew Radomski, wcześniej dyrektor PKS.

 

Ładniejszy krajobraz

 

Wszystko zaczęło się ćwierć wieku temu. Górale i Kurpie wyjeżdżali na saksy do Stanów, Mazurzy i Ślązacy do Niemiec, a mieszkańcy Siemiatycz do stolicy Belgii.

 

– Wszystko przez tę babę z Perlejewa – śmieje się burmistrz, powtarzając obiegową odpowiedź na pytanie, od kogo ta wędrówka ludu się zaczęła.

 

Wyjazdy do Brukseli tworzą łańcuch, w którym na początku jest owa „baba”, potem jej rodzina, dalsi krewni, sąsiedzi, znajomi sąsiadów… z tej samej wsi, potem z sąsiedniej i kolejnej. Perlejewo to wieś malowniczo położona w dolinie rzeki Pełchówka, ponad dwadzieścia kilometrów od Siemiatycz. Wygląda dziwnie. Przy głównej ulicy stoją ciągiem stare drewniane chałupy, a za nimi rozsiadły się okazałe betonowe wille.

 

– Nasi mieszkańcy są pracowici i oszczędni. Co zarobią w Belgii, to zainwestują w Polsce – mówi o widocznej zasobności gminy wójt Krzysztof Radziszewski, jedyny chyba obywatel Perlejewa, który w Brukseli nie był. – Dzięki temu ładniejszy u nas krajobraz. Ludzie kupują dobry sprzęt, stawiają porządne obejścia, posyłają dzieci do dobrych szkół. A i gmina z tej prosperity korzysta, rozwija się – argumentuje wójt i odsyła do rodziny Jankiewskich z Twarogów Lackich, bo to „chyba oni pierwsi pojechali”.

 

Na czarno u Jego Ekscelencji

 

Joanna Jankiewska potwierdza, że jej szwagier pojechał do Brukseli na początku lat osiemdziesiątych, ale nie był pierwszy. – Wcześniej znalazł się tam nasz sąsiad Tadeusz Usiński. To on załatwił zaproszenie dla szwagra. Potem żeśmy po wizę do Warszawy pojechali. A do Brukseli samolotem trzeba było lecieć, bo nikt nie słyszał, by z Polski pekaes do Brukseli jeździł – opowiada.

 

Za bratem do Brukseli trafił mąż Jankiewskiej, a w 1988 roku pojechała ona. Mąż pracował na budowie, ona sprzątała domy. Były to dobre czasy dla polskich gastarbeiterów. Przez belgijskich gospodarzy byli cenieni, konkurencji dużej nie mieli. A przede wszystkim obca waluta miała w kraju dużo wyższą niż dziś wartość.

 

– Belgowie to ludzie, którzy cenią sobie czas wolny. Dlatego biorą Polaków, byśmy za nich sprzątali, zajmowali się dziećmi, ogrodem. A oni wypoczywają tak, jak lubią. Sprzątałam u pani, której hobby było szycie zasłon. Całymi dniami siedziała w pracowni, projektowała i szyła zasłony – opowiada Jankiewska.

 

Najgorzej wspomina pracę u ambasadora Austrii. – W domu obowiązywała etykieta. To był horror. Witając się rano, nie mogłam powiedzieć po prostu „dzień dobry”. Musiałam mówić „dzień dobry, panie ambasadorze”, „jak się pani miewa, pani ambasadorowo”. Na każdym kroku byłam strofowana, pouczana. Nawet łóżka nie mogłam pościelić, bo to już robiła wykwalifikowana pokojówka. Czułam się tam źle, sama odeszłam – opowiada.

 

W 1993 roku wróciła do Polski. Czasy się zmieniły, frank stracił na wartości. Urodziła trójkę dzieci, dopilnowała budowy nowego domu, zajęła się gospodarstwem. O Belgach ma dobre zdanie: – Nie zadają pytań, nie spisują danych z paszportów. Cenią nas, bo w przeciwieństwie do Portugalczyków czy Marokanów Polak to dobry pracownik.

 

Jej mąż wciąż jeździ do Brukseli na zarobek. Niedawno zadzwonił z drogi. – Mówi mi: Aśka, co się dzieje? Na autostradzie sami Polacy.

 

To dla mnie pestka, „ma cherie”

 

Szukam dalej. Joanna Jankiewska podpowiada, że w Moczydłach-Pszczółkach mieszka Janina Smolikowska, która do Brukseli wyjechała jeszcze przed Tadeuszem Usińskim.

 

Dzisiaj siedemdziesięciosiedmioletnia staruszka mieszka w domu przy przystanku autobusowym. Pod koniec 1979 roku jako pięćdziesięciodwuletnia kobieta opuszczała drewnianą, biedną wieś z jedną walizką. – Początkowo było ciężko. Nie znałam języka, ale miałam dobrą pamięć, więc szybko się uczyłam. Sprzątałam, prasowałam i gotowałam u jednych profesorów i patronka sama zaoferowała się z pomocą przy nauce francuskiego. Potem zaczął się u nas stan wojenny i przez pięć lat nie byłam w Polsce, bo się obawiałam, że mnie już nie wypuszczą. Pomagałam rodzinie. Słałam pieniądze, paczki, załatwiałam zaproszenia – opowiada.

 

– Zajmowałam się domem dyplomaty. Żona dyplomaty była doktorem, bardzo mnie lubili. Gotowałam im obiady polskie, piekłam pączki, robiłam pierogi, gołąbki, za którymi przepadali. Oni tam jedzą szybko, najczęściej z tych puszków, więc mnie cenili. Dyplomata dostał placówkę w Stanach Zjednoczonych. Koniecznie chcieli mnie ze sobą zabrać. Tłumaczę mu, że potrzebna wiza, pozwolenie na pracę. A on mi na to: „ma cherie, dla mnie to pestka, tylko się zgódź”.

 

Nie zgodziła się, uznała, że jest za stara na nowe życie za oceanem. W roku upadku komunistycznej Polski Janina Smolikowska wróciła do Moczydeł. Przepracowała w Brukseli dziesięć lat. W tym czasie w Moczydłach stanął nowy dom.

 

Kto ją do Brukseli zaprosił? – No, jak to kto? Ta, która pojechała pierwsza – Katarzyna Nowecka z Perlejewa.

 

Obszerny dom rodziny Noweckich góruje nad drewnianą chatą z międzywojnia. W rozległym obejściu stoją murowane obory i stodoła, maszyny, ciągniki. Nowecka nie lubi wspominać przeszłości. Do Brukseli pojechała pod koniec 1978 roku. Była niecałe dwa lata. Wróciła odchować dzieci. Potem pracowała między innymi we Francji. Jej rodzina do dziś jeździ do Brukseli. Katarzyna dobrze wspomina czasy socjalistycznej reglamentacji, a źle wyraża się o Polsce współczesnej.

 

Czy była w Brukseli pierwsza z tych terenów?

 

– Z gminy pewnie tak. Zaproszenie przysłała koleżanka z Warszawy – mówi. I tak to się zaczęło.

 

Ludzie stali się kulturalni

 

Edyta Brzozowska kończy lekcję informatyki w Zespole Szkół Rolniczych w Ostrożanach i wraca piętnaście kilometrów do Siemiatycz. W tygodniu uczy także w ogólniaku w Drohiczynie, pisze artykuły do „Głosu Siematycz”. O sobie mówi „kobieta pracująca”. W ciągu trzydziestu dwóch lat życia ta szczupła blondynka zdążyła nie tylko urodzić czwórkę dzieci, ale też skończyć studia na dwóch uczelniach – nauczanie początkowe w Białymstoku i matematykę z informatyką na Uniwersytecie Warszawskim. Jest też absolwentką siematyckiej szkoły muzycznej, gra na flecie i pianinie. Gdyby urodziła się w Brukseli, jej rodzina nie miałaby trosk materialnych. – Ale mieszkam w Polsce, od dziesięciu lat w wakacje zastępuję więc mamę w pracy w Brukseli, a mama wraca do Siemiatycz odpocząć – opowiada.

 

Matka Edyty była w Siemiatyczach sprzedawczynią. Gdy w 1991 roku straciła pracę, koleżanka z Perlejewa przysłała jej zaproszenie do… Holandii. – Koleżanka pomogła jej znaleźć sprzątanie na godziny – opowiada Brzozowska.

 

Sama pierwszy raz do stolicy Belgii pojechała w 1994 roku busikiem. – Podróż trwa ponad dwadzieścia godzin, ludzie pili, palili, głośno się zachowywali – wspomina. Teraz jeździ tylko klimatyzowanymi autokarami z ubikacją i barkiem.

 

Zmieniły się także obyczaje podróżnych. – Ludzie wiele się w Brukseli nauczyli. Stali się kulturalniejsi, w podróży nie ma picia ani palenia – opowiada.

 

Belgijski wspólnik

 

Nie wszyscy pracują w Brukseli na czarno. Marcin Cichocki jest współwłaścicielem belgijsko-polskiej firmy remontowo-budowlanej. – Miałem w Siemiatyczach działalność gospodarczą, ale zbankrutowałem. Siedziałem na kuroniówce, kiedy zadzwoniła z Brukseli mama. Przeczytała ogłoszenie, że Belg poszukuje Polaka na legalnego wspólnika. Mama wyjechała do Belgii dwanaście lat temu, poślubiła Belga i dużo o tamtym rynku wie. Poradziła mi spróbować. I tak zostałem mniejszościowym udziałowcem spółki – opowiada.

 

Firma remontowa zatrudnia prawie samych Polaków – dwunastu, siedemnastu robotników. – Jeżeli ktoś się nie sprawdza, pije lub nie zna się na robocie, to robimy zebranie i go usuwamy – tłumaczy Cichocki.

 

W Brukseli wynajmuje sześćdziesięciometrowe mieszkanie. Czynsz pochłania jedną trzecią dochodów. Rodzina przyjeżdża na dłuższe pobyty, dzieci uczą się francuskiego, ale święta zawsze spędzają w Polsce. – W Brukseli na każdym kroku spotyka się Polaków. Przykro patrzeć, jak młodzi, wykształceni ludzie sprzątają mieszkania czy kładą kafle. Sam nie lubię tam pracować, nie odpowiada mi tamtejszy styl życia. Chciałbym żyć i pracować w Polsce, ale nie mam wyjścia, bo w Siemiatyczach pracy nie ma – mówi z goryczą.

 

Jest za to, postawione za brukselskie pieniądze, osiedle kilkuset willi zwane ironicznie przez miejscowych osiedlem biednych. Siemiatyczanie zainwestowali franki i euro w firmy budowlane, sklepy i gastronomię. Ale coraz częściej wiążą przyszłość z Brukselą, nie z Polską.

 

Kto zostanie w Siemiatyczach

 

Jan Masiel, którego ojciec wciąż mieszka w Siemiatyczach, po skończeniu dziesięć lat temu Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego otworzył w Brukseli szkołę języka francuskiego dla Polaków. Robi tłumaczenia, doradza w zakładaniu firm.

 

W dzielnicy St. Gilles („na Sanżulu”, jak mówią siemiatyczanie), w której mieszka najwięcej polskich pracowników, działają polskie delikatesy, krawcy, zakłady fryzjerskie, kosmetyczne, warsztaty samochodowe, pracownie komputerowe, kancelarie prawnicze. Wychodzi też bezpłatny polski miesięcznik „Gazetka”, w którym obok ogłoszeń, reklam polskich sklepów i najróżniejszych usług (w tym zakładu pogrzebowego z Siemiatycz specjalizującego się w „międzynarodowym przewozie zwłok”) są drobne ogłoszenia.

 

Ludzie szukają pracy stałej, czyli „stałki”, sprzedają polskie mieszkania. – Mama nie myśli o powrocie. Czuje się w Brukseli bezpiecznie, ma dość pieniędzy na zachcianki, odpowiada jej tamtejszy, luźny styl życia – opowiada Edyta Brzozowska.

 

W Siemiatyczach przy ulicy Grodzieńskiej w małym drewnianym domku Adam Boratyński prowadzi wypożyczalnię kaset wideo. Przed czterema laty bliźniaczą, ale większą wypożyczalnię filmów polskojęzycznych otworzyła w Brukseli jego siostra. Wcześniej do stolicy Belgii pojechała matka Adama.

 

– Każdy, kto do Brukseli wyjedzie i dwa, trzy lata popracuje, to już tu nie wróci. Pieniądze tak mu świat zawiążą, że ciągle ich będzie mało – uważa Boratyński.

 

Sam woli żyć w Siemiatyczach. – Mniejsze pieniądze, ale zawsze u siebie. A jak wszyscy do tej Brukseli wyjadą, to kto tutaj zostanie?

 

Imiona i nazwiska kilku rozmówców zostały zmienione na ich prośbę.

 

Neil Stephenson – „Zamieć” wyd. Zysk i S – ka, seria „Kameleon”, Poznań 1999 (recenzja) Rafał Księżyk

Neal-Stephenson_1992_Snow-Crash-621x1024.jpg

Stephenson jako stylista jest jego przeciwień­stwem, pisze pro­zę barokowo wybujałą, barwnie drążącą awantur­nicze wątki i lu­bującą się w opi­sach technologii jutra. Cyberprzestrzeń, która w „Zamieci” na­zywa się Metawers, jest tu ra­jem i nagle do ra­ju ktoś wnosi zło…

 

Potentat światłowodów (czyżby postać inspiro­wana Gatesem?) wydaje wojnę niepokornym progra­mistom i wprowadza tam eliminującego ich wirusa. Dzieje owego wirusa sięgają starożytnego Sumeru, tak że mamy tu modne dziś i owocne wcielenie teorii spiskowej, która ze strony na stronę rozrasta się do potężnych wymiarów. Jej osią czyni Stephenson ideę, którą najprościej wyraził W. S. Burroughs: „Język to wirus”.

 

Śmiałe wizje wyrażane niegdyś przez kontestatorską awangardę, prastary, mityczny wątek walki dobra ze złem oddany w ponowoczesnej for­mule walki o informacje, a wszystko to w wartkiej konwencji futurystycznego komiksu. Dwie tyleż przy­stępne, co inteligentne książki, które przestawią Wa­szą percepcję na łatwiejsze przyswojenie realiów nadchodzącej Epoki Informacji.

 

 

Philip K. Dick „Poprzez ciemne zwierciadło” Rebis (recenzja) Rafał Księżyk

philip-k-dick-a-scanner-darkly-cover-1.jpg

Trwa wydawni­czy festiwal ksią­żek Dicka i o Dicku. I dobrze, bo trudno o bardziej dziś aktualną lek­turę, „Poprzez ciemne zwiercia­dło” doczekało się drugiego wydania w ciągu dwóch lat. To jedna z naj­lepszych powieści Dicka, napisana przez zdruzgota­nego psychicznie autora tuż po jego wyjściu z piekła amfetaminowego nałogu. Futurystyczny kostium służy tylko wyostrze­niu siły wyrazu, rzecz bazuje na osobistych doświadczeniach, które przebijają papierowe wizje SF.

 

Oczami policyjnego agenta o rozdwajającej się świadomości oglądamy narkomańską subkulturę żyjącą w żerującym na niej złowrogim świecie. Po­słowie zawiera ponurą listę ofiar spośród ówcze­snych przyjaciół pisarza, którym dedykuje powieść i znamienną uwagę: „Nazwijmy to może nie tyle chorobą, ile błędem w ocenie sytuacji. Kiedy w ten sposób zaczyna się zachowywać większa grupa ludzi, to możemy mówić o błędzie w skali społeczeń­stwa, o pewnym stylu życia. Jego motto brzmi: »Bądź szczęśliwy dzisiaj, bo jutro umrzesz, z tym że umieranie zaczyna się prawie natychmiast, a szczę­ście jest tylko wspomnieniem«”.

 

„Idoru” William Gibson wyd. Zysk i S-ka, seria „Kameleon”, Poznań 1999 (recenzja) Rafał Księżyk

idoru.jpeg

 

 

Za sprawą nurtu cyberpunk spełniło się skry­te marzenie Philipa K. Dicka: jedna z odnóg s-f weszła na równych prawach w krąg literatu­ry współczesnej. Ba, nawet niektórzy jajogłowi twierdzą, iż cyberpunkowi więcej mówią o jutrze niż spekulacje takiego np. Baudrillarda. W sam raz na wakacje otrzymaliśmy dwa tłumaczenia cyberpunkowych klasyków…

 

Po średnim „Wirtualnym świetle”, w „Idoru” Gibson odzyskał najwyższą formę. Co więcej, opuścił krąg opowieści o korporacjach i cyberprzestrzeni. Dotrzymująca kroku ich wizjonerstwu, „Idoru” jest powieścią nieomal współcze­sną. Tym razem uwaga autora koncentruje się na świecie pop-kultury. Jej idoli, mediów i mło­docianych fanach. Media w „trosce” o sprosta­nie apetytom konsumentów posuwają się do me­tod inwigilacji. Portretując fanów Gibson korzy­sta z już istniejącej w Japonii generacji otaku, opisanej przez socjologów (por. „Magazyn Sztu­ki” 1 / 98) jako: stworzonych przez media i zamieszkujących je „fetyszystów informacji”. Fano­wanie otaku polega na gromadzeniu i rozpo­wszechnianiu informacji o idolach, co przybiera rozmiary paranoi. (Gibson: „liczba danych zebra­nych przez wielbicieli znacznie przekraczała su­mę informacji, jakie kiedykolwiek wygenerował zespół”). Fragmentaryczne, obłędnie szczegóło­we informacje są właściwie bezużyteczne.

 

Gwiazdy pop stają się natomiast centrami niezależnych imperiów, które prowadzą interesy z głowami rządów i mafii. Sami artyści są jednak niewolnikami na własnym dworze, który strzegąc ich, dba o swe utrzymanie. Kapryśne indywidua są dość kłopotliwe, w świat masowej wyobraźni wkraczają zatem gwiazdy wirtualne. Doskonałe, bo powstałe w wyniku optymalnie wyważonej krzyżówki bieżących trendów. Taka software’owa gwiazda to właśnie idoru. Jej zniewalają­cy, symulowany wizerunek generuje potężne ilości informacji. Jest jak psychodelik do oglądania. Sam jej widok wyzwala u bohatera rodzaj mental­nego orgazmu. Bo w Epoce Informacji nawet or­gazm jest przesłaniem intensywnej wiązki fascy­nujących informacji.

 

Ów bohater to Laney, jego profesja jest nieja­ko następną fazą ewolucji cyberkowboja. Jest tzw. researcherem, rodzajem „cybernetycznego różdżkarza”, który intuicyjnie wyławia ciągi in­formacji, ślady pozostawiane w Sieci przez każ­dego z członków społeczeństwa informacyjnego (w tych warunkach, gdy człowiek przestaje genero­wać dane oznacza to jego śmierć). Swe zdolności zawdzięcza wrodzonej niezdolności skupienia uwagi, którą wykorzystuje jako „rodzaj patologicznej hiper-percepcji”. To najlepszy sposób na segregację da­nych w realiach nadmiaru informacji. Wątek hackerski pojawia się tu z kolei w wizji Warownego Miasta, stworzonej w sieci enklawy (przypominającej o repu­blice piratów kpt. Mission, o której pisał choćby Burroughs) wolnej od kontroli firm i rządów dzięki zasto­sowaniu zmyślnego programu. Wszystkie te wątki, jak na Gibsona przystało, zebrane są w wartkiej sen­sacyjnej narracji i oddane precyzyjnym stylem na miarę owych realiów. W sumie najlepsza jego rzecz od czasów trylogii „cyberprzestrzeni”. Minie kilka lat, a Gibson nie spuszczając z tonu będzie mógł stać się pisarzem współczesnym.