Bez zbędnego bagażu – Maria Hawranek (SZANUJĘ, NIE MARNUJĘ), „Wysokie Obcasy” nr 24 / 2019

Maria-Hawranek.jpg

Co zabrać ze sobą w podróż? Jak ograniczyć ilość bagażu i wagę walizki? Jak wyzwolić się z nadmiaru.


Czwarta klasa podstawówki, pierwsza zielona szkoła w ośrodku harcerskim w Borach Tucholskich. Pakujemy się do autokaru. Moja torba jest największa ze wszystkich porzuconych przed lukiem. Podobno zabrałam nawet żelazko.

Pakowanie to czynność, która potrafi wytrącić z równowagi, pozbawić snu, a nawet zdrowego rozsądku – kto twierdzi, że nie wyciągnął ze zdumieniem z bagażu czegoś niezbędnego, co miało się przydać, a pozostało nietknięte, ten oszust (ja na przykład – prysznic solarny). Jak wszystkie nasze lęki, także ten odzwierciedla wyszukiwarka Google’a – pytanie „Jak się spakować?” ma 1,7 mln wyników. Frapuje nas, jak upchnąć rzeczy, „żeby mniej zajmowały” lub zmieściły się „do podręcznego w Ryanairze”. W apogeum reisefieber pytamy też wyszukiwarki: „Czy wszystko spakowałam?” (również 1,7 mln wyników).

A co, gdyby zamiast nakręcać przedwyjazdową gorączkę, spojrzeć na pakowanie jak na szansę na – mówiąc górnolotnie – wyzwolenie?

Pierwsza z wielkiej trójki zasad zero waste to reduce – ogranicz liczbę odpadów, zakupów i wszelkich rzeczy, które masz, bo każda z nich zostawia jakiś ślad. Każda została gdzieś wyprodukowana przy użyciu różnych zasobów, opakowana, skądś przewieziona i prawdopodobnie niebawem wyląduje na śmietniku. Ograniczanie nie tylko jest ekologiczne, ale też zwyczajnie nas cieszy. Już ponad dekadę temu badaczom z Uniwersytetu Stanowego w San Francisco udało się wychwycić w badaniach to, co czujemy – że doświadczenia uszczęśliwiają nas bardziej niż przedmioty, a radość z wyjazdu na weekend przeżywamy mocniej i dłużej niż z nowej kurtki; m.in. dlatego tak bardzo lubimy podróżować. Mieć mniej kilogramów w drodze oznacza mniejszy ślad węglowy niezależnie od środka transportu, jaki wybierzemy, oraz więcej przyjemności i wolności – również od wybierania tego, w co dziś się ubrać i co kupić na pamiątkę, bo i tak żadna się nie zmieści.

No dobrze, więc jak to zrobić? Najlepszą szkołą były dla mnie wyjazdy w góry, gdzie każdy kilogram musiałam nieść na plecach. Sporo nauczyłam się też przez rok włóczenia się po Ameryce Łacińskiej, a ostatnio – gdy na świecie pojawił się Gutek.

Mam średniej wielkości plecak, tak bym po załadunku była w stanie go unieść – duże plecaki nadmiernie kuszą i wyzwalają lekkomyślność. Stosuję się do prostych zasad: biorę tyle ubrań, ile starczy mi na tydzień, takich, które się ze sobą komponują oraz dają włożyć na cebulkę (i oczywiście nie wymagają prasowania, którego unikam nawet w domu). Układam je na jakiejś płaskiej powierzchni – szafce, podłodze, łóżku. Obowiązkowo: czarne legginsy, krótka, dopasowana spódnica, koszulki na ramiączkach, ze dwie koszule, cienka puchówka, która po złożeniu jest wielkości pięści, kurtka softshell na deszcz i wiatr. Stawiam na jednokolorowe ubrania, bo łatwo je ze sobą łączyć, plus dodatki na dni ciepłe – strój kąpielowy, chusta (i na plażę, i na ramiona) – oraz zimne: cienka czapka, koszulki termiczne, a także naszyjnik na wyjścia. Dorzucam: ręcznik z mikrofibry, nożyk Opinel, bawełniany worek na bieliznę, dwa woreczki strunowe na ładowarki i rzeczy, które mogą się rozlać. Biorę i czytnik, i papierową książkę (chyba że idę w góry, wtedy tylko czytnik). W kosmetyczce mam szampon (można nim umyć wszystko), podstawowy zestaw do pielęgnacji twarzy i zębów, mieszczę też tusz, pilniczek i mały róż. Na koniec zadaję sobie zestaw pytań pomocniczych.

Kiedy ostatnio się w to ubrałam? Co się może stać, jeśli nie będę tego czegoś przy sobie mieć? Odrzucam. A pamiętasz, że tam, dokąd jedziesz, są sklepy? I pralnie? Znów kilka rzeczy odkładam na bok.

Gutek na pokładzie sprawę nieco komplikuje, a minimalistyczne pakowanie zależne jest od charakteru wyjazdu. Na tydzień na rowery naszej trójce udaje się zmieścić w cztery sakwy, na kilkumiesięczną podróż samochodową po Hiszpanii mamy bagażnik wypchany aż po sufit, a w nim m.in. sylikonową miskę, bo Gutek aktualnie boi się słuchawki prysznicowej. Za to wszędzie sprawdzają nam się ubranka z wełny merino, które nie tylko nie gryzą, ale także, gdy jest zimno, grzeją, a gdy gorąco, chłodzą, mniej się brudzą oraz szybciej schną, a do tego mają właściwości antybakteryjne (nowe są bardzo drogie, ale używane można upolować).

Nieocenione okazują się organizery do pakowania – nie wiem, jak wcześniej mogliśmy bez nich żyć – zapinane na zamek, w różnych kolorach pozwalają zgrabniej upchnąć i łatwiej znaleźć to, czego szukamy. Uczymy się, że w drodze nie trzeba wielu zabawek, bo najfajniejsze i tak są kamyki, oraz że coś do jedzenia zawsze musi być pod ręką. Częściej zatrzymujemy się w miejscach z dostępem do pralki, więc okazuje się, że ostatecznie ubrań mogliśmy wziąć jeszcze znacznie mniej.

Muszę jednak ostrzec, że podróżowanie z ograniczonym bagażem ma skutki uboczne. Jest spora szansa na to, że podczas wędrówki bez niepotrzebnych rzeczy poczujecie się tak lekko, że gdy przekroczycie próg domu opanują was duszności i poczujecie nagłą chęć pozbycia się wszystkiego. Może nawet zechcecie żyć jak minimalista totalny, mój osobisty bohater, były prezydent Urugwaju José Mujica, który do znudzenia powtarza:

„Albo osiągniesz szczęście bez zbędnego bagażu, bo szczęście jest w twoim wnętrzu, albo nie osiągniesz nic”.

Maria Hawranek – reporterka, współautorka dwóch książek non-fiction z Ameryki Łacińskiej i bloga Intoamericas.com, prowadzi proekologiczny kanał na YouTubie „niedalEKO”

Reklamy

ŁAPCIE „NINĘ”, ZANIM ZNIKNIE (recenzja) – Agnieszka Graff, „Wysokie Obcasy” 27 X 2018

nina.jpg

„Nina”, debiut reżyserki Olgi Chajdas, miała po­tężnego pecha. Pierwszy polski film lesbijski wszedł na ekrany jednocześnie z pierwszym polskim filmem antyklerykalnym. „Kler” Smarzowskiego przyciągnął do kin dzikie tłumy (gdy pi­szę ten felieton – 2,5 mln widzów). W mediach zawrzało i wrze do dzisiaj. Co na to Watykan? Co na to wierni? Ile jest w Polsce dzieci księży? I najważniejsze pytanie: czy Kościół się pod wpływem „Kleru” zmieni? Otóż nie, nie zmieni się. „Kler” to świetny i ważny film (choć byłby waż­niejszy dziesięć lat temu), ale Kościoła nie zmieni ani na jotę. Zamiotło się pod dywan sprawę biskupa Paetza, spra­wę proboszcza z Tylawy oraz tysiąc innych podobnie obrzydliwych spraw, zamiecie się i „Kler”.

 

Tymczasem „Niny” szkoda i szkoda widzów, którzy „Ni­nę” przegapią. Bo to film niezwykły: piękny, wzruszający i mądry. A jeśli polityczny, to zupełnie inaczej niż sądzicie. Ukazała się garstka recenzji: to ktoś pochwali obyczajową odwagę lub świetną rolę tytułową, to ktoś pokręci nosem na scenariuszowe niedociągnięcia, to komuś się nie spo­dobają kolory i światło. Ale nie ma dotąd tekstu, który by oddał „Ninie” sprawiedliwość, dostrzegł w niej kulturowy przełom. A ja uważam, że jest to film przełomowy.

 

Nina (Julia Kijowska) tkwi w martwym związku z Wojt­kiem (Andrzej Konopka). Są razem od liceum i może już starczy. A może źródłami kryzysu są niepłodność, jej le­czenie i presja rodziny? Tak czy owak, w ich życiu pojawia się młoda i śliczna Magda (Eliza Rycembel) i przez chwilę można pomyśleć, że będzie z tego romans (hetero, czyli z Wojtkiem) albo dzidziuś (para roi sobie, że Magda będzie ich surogatką).

 

Co jest dalej, wiecie, bo wiecie, że to film lesbijski. Waż­niejsza od fabuły jest jednak zawarta w tym filmie emocjo­nalna i obyczajowa prawda. Lęk, niepewność i zazdrość. Podejrzliwość, ucieczki, pogonie. Czułość, tkliwość, pożą­danie. Sceny łóżkowe – nie tylko odważne, owszem, ale też jakoś zwyczajne. Wszystko to jest w „Ninie” pokazane bez skuchy. Gdzie tu przełom? Otóż ten film nie powstał na przekór Kościołowi, wbrew polskiej hipokryzji czy ja­ko głos przeciw polskiej homofobii – on powstał obok nich, równolegle. Jedna ze scen rozgrywa się nawet w kościele. I co? I nic, tło jak tło, są też sceny w kuchni i w parku, i w szkole. Twórczynie zagrały konserwatywnej Polsce na nosie. „Kler” nie zmieni Kościoła, ale „Nina” pokazuje, jak bardzo zmieniły się w Polsce kobiety. Zaprawdę po­wiadam wam, łapcie „Ninę”, zanim zniknie z ekranów.

 

Agnieszka Graff – feministka, publicystka, wykładowczyni na UW, autorka wielu książek, m.in. „Matka feministka”

Edward Dwurnik: domator w swojej pracowni (wywiad) – Małgorzata Czyńska 5 lipca 2012 „Wysokie Obcasy”

Edward-Dwurnik-w-pracowni--Arbiter-elegancji--znan.jpg
Uważam, że zawsze trzeba po sobie posprzątać. Jestem jak dobry gangster, który po wykonanym zleceniu czyści teren.
Z Edwardem Dwurnikiem rozmawiała Małgorzata Czyńska

Na mieście ciągle słyszę: Dwurnik jest w Brazylii, Dwurnik jest na Ibizie. A ty tymczasem siedzisz w pracowni i tak zbywasz natrętów. Edward, nikt nie uwierzy, że jesteś domatorem.

Oczywiście, że jestem domatorem. Najlepiej czuję się w swoim domu na Sadybie. O czasu do czasu lubię wyjechać z Warszawy, szczególnie kiedy pogoda za oknem jest dobijająca, ale to są krótkie wyjazdy. Z całego wyjazdu najfajniejszy jest zawsze powrót do domu. Po to zresztą wybudowałem dom, żeby mieć swoje miejsce do pracy, życia.

I do magazynowania obrazów. W twoim domu pełno jest schowków. Równiutko ustawiasz obrazy, papiery masz pięknie i chronologicznie poukładane w szufladach. Masz naturę pedanta?

Pedanta to nie, ale rzeczywiście jestem porządnicki. Uważam, że zawsze trzeba po sobie posprzątać. Jestem jak dobry gangster, który po wykonanym zleceniu czyści teren. Ja też zacieram ślady po mokrej robocie. Zawsze mam czyste pędzle, palety. Podłoga musi być umyta. Nie cierpię zagraconej podłogi, pod każdy mebel trzeba móc dotrzeć odkurzaczem – dlatego lubię sprzęty na nóżkach. Sprzątam regularnie, od czasu do czasu mam zrywy wyrzucania rzeczy, które narosły. Pralka i zmywarka chodzą na okrągło. Moja pracownia w niczym nie przypomina typowej pracowni malarza, jaką ludzie mają zakodowaną w głowach. Żadnego tu syfu. Zawsze dużo pracowałem i gdybym nie dbał o porządek, to zginąłbym pod stosem obrazów. Na szczęście miałem dobre warunki lokalowe – już podczas studiów, w latach 60., miałem dużą pracownię w domu rodziców w Międzylesiu pod Warszawą. Nikt tam nie wchodził poza mną, mama po mnie nigdy nie sprzątała. W domu najważniejsza jest pracownia i składzik na obrazy. Ja mam dwie pracownie i kilka składzików.

Namalowałeś ponad 5 tys. obrazów, dziesiątki tysięcy akwarel. Dużą część tych prac trzymasz w domu. Wiesz, co gdzie masz?

Tak, składam rzeczy, żeby móc do nich w każdej chwili dojść. Zdarza się, że jak mi odeślą obrazy z wystawy owinięte w folię, to muszę je odkurzyć, umyć i zastanowić się, gdzie jest ich miejsce w moim systemie magazyniera. Niedawno dwie konserwatorki pomagały mi zrobić porządek w pracach na papierze, bo jednak wkradł się lekki chaos.

Znany jesteś z zamiłowania do ciuchów od sławnych projektantów. Koszulki i skarpety też tak porządnie układasz?

No bez przesady, po prostu wrzucam do szuflad i już. Mam wygodną garderobę. Pamiętam też o wygodzie moich kobiet, więc osobna garderoba jest dla aktualnej partnerki. A ciuchy rzeczywiście lubię! Ostatnio mam słabość do czapek i kapeluszy. Kilka dni temu znajoma podarowała mi przywiezioną ze Stanów czapkę z różkami. Trochę jest za mała, ale to Jean Paul Gaultier, więc noszę.

Dom sam urządzałeś?

Tę działkę zostawiam kobietom. Jak w latach 80. zdecydowałem się na budowę domu, to każdy w naszej rodzinie miał marzenie – żona (Teresa Gierzyńska, fotografka) chciała miejsce do pracy, córeczka chciała balkon, żeby jak księżniczka móc wypatrywać królewicza, a ja chciałem wieżyczkę, bo wieżyczki były wtedy modne. Wybudowaliśmy ciemnię, balkon, a na wieżyczkę stołeczny architekt nie wydał zezwolenia.

Chciałeś sobie gargamela postawić?!

Chciałem gargamela, chciałem. Na pocieszenie po niedoszłej wieżyczce ślusarz zrobił nad śmietnikiem daszek w kształcie kapelusza Rumcajsa.

Dom budowałeś w trudnych czasach.

Tutaj w latach 70. był zakład ślusarski. W ogóle w okolicy było zagłębie warsztatów – stolarz, mechanik. I ja tego zakładu nie zburzyłem, tylko go obudowałem, nadbudowałem. Plan jest pokręcony i ludzie się tu gubią, bo są dwie klatki schodowe i cztery kondygnacje. Czasy były beznadziejne, jeździłem na saksy do Niemiec, a Tereska pilnowała budowy. Jak przyjeżdżałem do Warszawy, to załatwiałem materiały. Z teczką akwarelek chodziłem po sklepach i za te łapówy dostawałem od kierowników przydział a to na deski, a to na terakotę. Do dziś mam w pracowni na podłodze płytki z Pewexu.

Ale reszta domu jest po generalnym remoncie, który kilka lat temu zaordynowała moja ówczesna partnerka Ela Łebkowska. Elunia pięknie wszystko przeprowadziła z panią architekt. Zrobiły różne szmery-bajery, między innymi łazienkę z lustrzanymi ścianami, gdzie jak się wchodzi, to nie wiadomo, gdzie się jest, i można walnąć nosem w lustro. Ludzie często krzyczą, jak tam wchodzą.

Ja we wnętrzach lubię naturalne światło, podoba mi się, jak się kładzie na obrazach. To błąd, że w muzeach często są zasłonięte rolety, że nie ma kontaktu z pejzażem.

Wieszasz na ścianach własne obrazy.

To mi pozwala dobrze im się przyjrzeć. Od czasu do czasu zmieniam ekspozycję, bo obrazy podróżują – jadą na wystawę, do galerii.

Co zbierasz poza własną sztuką?

Zbieram też obrazy innych artystów i uwielbiam je przemalowywać. Szczególnie lubię przerabiać chłopaków z grupy Ładnie. Zbieram albumy fotografików i artystów, którzy mi się podobają. Poza tym mam całą półkę kretyńskich gadżetów. Ostatni kupiłem wódkę na Euro w kształcie piłki. Bardzo to niepraktyczne, bo jak chciałem się napić, to się pokulała i zawartość się wylała. Ale gadżet fajny.

Gotujesz?

Niedawno odkryłem w sobie pasję gotowania. Teraz gotuję sobie zupki z nowalijek. Poza tym jestem mistrzem w robieniu jajek na miękko i kawy z ekspresu.

Sprzątasz, gotujesz, malujesz. Ale czasem ruszasz się z domu?

Najwyżej na dwa tygodnie. Ostatnio byłem na Hawajach. I malowałem tam akwarelki z placem Zamkowym, bo ja na każdych wakacjach pracuję. Namalowałem z 50 placów Zamkowych – z małpami, palmami, surferami na Wiśle.

Nigdy nie myślałeś, żeby emigrować?

Nigdy! Ja jestem tutejszy. Urodziłem się w Radzyminie, mieszkałem w Józefowie, Międzylesiu, a od lat 70. już w Warszawie. Jak wyjeżdżałem, to celowo nigdy nie zaczynałem uczyć się języka, bo znajomość języka to pierwszy krok do emigracji. A mnie tu dobrze.

Niebieski-to-ulubiony-kolor-Dwurnika--nie-tylko-na.jpg
Niebieski to ulubiony kolor Dwurnika, nie tylko na obrazach. Na piętrze - tzw. górna pracownia i salon w jednym. Półka za drzwiami przystosowana do przechowywania małych obrazów
Na-kuchennym-regale-ulubione-gadzety---od-kiczu-po.jpg
Na kuchennym regale ulubione gadżety – od kiczu po design. Słynny wyciskacz do cytrusów Starcka zdaniem malarza do wyciskania w ogóle się nie nadaje, za to odlotowo wygląda
Mistrz-kawy-z-ekspresu-i-jajek-na-miekko-sporo-cza.jpg
Mistrz kawy z ekspresu i jajek na miękko sporo czasu spędza w kuchni. Na ścianach obrazy z różnych okresów twórczości, od lat 60. do dzisiaj
Ponad-dziesiec-lat-temu-Dwurnik-zaczal-malowac-obr.jpg
Ponad dziesięć lat temu Dwurnik zaczął malować obrazy abstrakcyjne. Cykl ”XXV” powstaje przeważnie na podwórku. Zachlapany dziedziniec wygląda jak obraz Pollocka
Na-malowanie-aktow-Dwurnik-czekal-50-lat--Jak-sam-.jpg
Ponad dziesięć lat temu Dwurnik zaczął malować obrazy abstrakcyjne. Cykl ”XXV” powstaje przeważnie na podwórku. Zachlapany dziedziniec wygląda jak obraz Pollocka

„Zminimalizowani” – Urszula Jabłońska („Wysokie Obcasy” 28 lipca 2012)

Cały dobytek mieszczę w jednej walizce, bo w życiu zajmuję się ważnymi rzeczami i niewielką ich ilością

orest.jpg

Pokój fotografa Oresta Tabaki w wynajmowanym mieszkaniu we Wrocławiu jest właściwie pusty. Całe wyposażenie to kanapa, dwa stoliki, krzesło i czteroszufladowa szafka. – Moje rzeczy zajmują tylko dwie szuflady – zastrzega Orest. Posiada mniej niż sto przedmiotów.

Ada Augustyniak – doktorantka na wydziale filozofii w Krakowie – na razie zmniejszyła swój stan posiadania do wieszaka z ubraniami i czterech półek z książkami, które są jej potrzebne do studiów. Raz w tygodniu przegląda rzeczy i zastanawia się, co jeszcze wyrzucić. – A może zeskanować książki i trzymać je w komputerze? – zastanawia się.

Marzena Smolińska – menedżerka w międzynarodowej firmie w Warszawie – do stu przedmiotów raczej nie zejdzie. Po roku regularnych czystek wciąż ma ich 520, w tym 320 samych ubrań (prowadzi bloga szafiarskiego, więc ubrania to jej pięta achillesowa). Cel: do końca roku pozbyć się chociaż połowy przedmiotów.

Krakowskie mieszkanie Ajki, czyli Anny Mularczyk-Meyer, „tłumaczki i przewodniczki miejskiej, wygląda zwyczajnie – regał pełen książek, obrazy na ścianach, kwiaty na parapecie. Tylko ona i czytelnicy jej bloga wiedzą, że pozbyła się już setek niepotrzebnych rzeczy.

– Nie chodzi mi o to, żeby mieć sto przedmiotów – wyjaśnia. – Muszę tylko wiedzieć, jaką funkcję każda rzecz spełnia w moim życiu, mieć pewność, że jej potrzebuję. Przykład? Mam dwa lakiery do paznokci – różowy na sytuacje formalne i fuksja, kiedy chcę zaszaleć. Rano miałam jeszcze jeden odcień różu, ale pomyślałam: „Zaraz, a po co mi ten?”. Oddałam go siostrze.

 

Wyrzuć połowę

W 2007 roku Leo Babauta, autor błoga Mnmlist.com, miał 42 przedmioty: klucze, dowód osobisty, obrączkę, dwa notatniki Moleskine, rower, kask, buty do biegania, japonki, martensy, sandały, po trzy pary: dżinsów, innych spodni, koszulek z długimi rękawami oraz 13 koszul, pięć T-shirtów, pasek, golarkę, szczoteczkę do zębów i krem do golenia.

W 2008 roku wykasował wszystkie maile, wyrzucił wszystko z biurka i zaczął jeździć do pracy na rowerze. W 2012 napisał na blogu: „Nie mam wielkiego domu i majątku, modnych ubrań, poważanej pracy, fajnej bryki i kablówki. A jestem tak szczęśliwy, jak to tylko możliwe”.

W międzyczasie wydał książkę bestseller „The Power of Less” i zaraził tysiące ludzi ideą pozbywania się nadmiaru rzeczy i upraszczania swojego życia. Bo jak zaprowadzi się w domu porządek, ograniczy liczbę przedmiotów, zaczynają się inne zmiany. Ale o tym później.

Ajce rodzice wpoili, że ważniejsze niż to, co się ma, jest to, kim się jest i co się sobą reprezentuje. Jak więc doszło do tego, że trzy lata temu jej mieszkanie było wypełnione po brzegi? Lubi czytać, więc książki stały na półkach w dwóch rzędach, a na nich poziomo leżały kolejne. Jak każda kobieta lubi ubrania, więc szafy pękały w szwach.

Przez jakiś czas była konsultantką kosmetyczną i z każdym nowym katalogiem lądowała w łazience kolejna porcja kosmetyków. Jej hobby to gotowanie, więc w kuchni piętrzyły się „najnowsze i niezastąpione” kuchenne gadżety: grill elektryczny, kolejny model miksera, maszyna do pieczenia chleba. Upychała co się dało w piwnicy. I choć mieszkali z mężem w dwupokojowym mieszkaniu dopiero kilka lat, zaczęli myśleć o kupnie większego, by pomieścić w nim to wszystko.

W końcu Ajka pomyślała, żeby nad rzeczami jakoś zapanować: – Czułam się przytłoczona, cały czas wydawało mi się, że mam bałagan. Zaczęłam oglądać programy o paniach, które czyszczą domy na wysoki połysk i wszystko w nich układają – tworzą systemy segregatorów, pudeł. Potem trafiłam na błoga Mnmlist.com i zrozumiałam, że moim prawdziwym problemem nie jest bałagan, tylko to, że mam za dużo rzeczy.

Zaczęła od pozbycia się większości książek: – Na początku wydawało mi się, że wszystkie są ważne i do każdej jeszcze wrócę, ale postanowiłam być ze sobą szczera. Czy naprawdę będę jeszcze czytać „Przygody Koziołka Matołka”? Nie. No to muszę poszukać kogoś, kto z tej książki się ucieszy.

Do porządków na regale podchodziła jeszcze kilka razy, aż zostały tam głównie książki związane z pracą. Beletrystyka zajmuje dziś dwie półki i pewnie jeszcze jej ubędzie. Na drugi ogień poszła szafa, zaraz po niej kuchnia.

Ajka ma 36 lat i uważa, że nadmiar przedmiotów to w Polsce problem pokoleniowy: – Ja i moi rówieśnicy zaczęliśmy sobie rekompensować dzieciństwo przeżyte w PRL-u. Było co jeść. w co się ubrać i czym się bawić, ale żyło się skromnie. A dziś możemy sobie pozwolić na różne rzeczy. W sklepach nagle wszystko takie ładne. Do tego akcje promocyjne.

 

Wyrzuć połowę połowy

Jak wyrzucać? Tego się nie da zrobić za jednym podejściem. Leo Babauta radzi, żeby zrobić listę. Na liście powinny się znaleźć wyłącznie osobiste rzeczy (bez mebli, naczyń czy narzędzi). Na czerwono zaznaczamy te, które na pewno chcemy zatrzymać (ulubiona sukienka w paski, płyta z autografem). Innym kolorem zaznaczamy te, których używamy czasem (tylko szczerze!). Reszta nie jest nam potrzebna. To, w stosunku do czego mamy wątpliwości, możemy spakować do pudła i włożyć na rok do piwnicy. Jeśli ani razu tam nie zajrzymy, tego także powinniśmy się pozbyć. Listę warto przeglądać co jakiś czas, aż dojdziemy do wniosku, że nic więcej nie da się już wyrzucić. Ideał to mniej niż sto przedmiotów.

Na błogach minimalistów roi się od pozornie zabawnych dylematów. Czy para skarpetek to jedna rzecz, czy dwie? Czy kosmetyczka pełna kosmetyków to jeden przedmiot? Czy książki na regale w salonie to rzeczy osobiste, czy wspólne?

Oczywiście, rzeczy nie wolno wyrzucać do śmieci – w miarę możliwości trzeba dać im nowe życie. Cenne przedmiotyjak telewizor czy rower można sprzedać, lecz niektórzy minimaliści sprzedają nawet ubrania, choćby za symboliczną złotówkę, wychodząc z założenia, że jeżeli ktoś ma za coś zapłacić, to się zastanowi, czy na pewno ten przedmiot jest mu potrzebny. Zwykle jednak ciuchy trafiają do przyjaciółek albo organizacji charytatywnych, a książki – do bibliotek. Coraz popularniejsza staje się idea bookcrosingu – książkę można po prostu zostawić na ławce w park lub na siedzeniu w autobusie, by ktoś inny mógł ją przeczytać i puścić dalej w świat. Można ją też pożyczyć znajomemu i nie upominać się o zwrot. Na gadżety kuchenne na pewno znajdzie się chętna koleżanka, można też przykleić na nich karteczki z napisem: „Działa, proszę sobie wziąć!”, i postawić przy śmietniku. Zwykle po 15 minutach rzecz znika.

Marzena Smolińska prowadzi błoga szafiarskiego. Przez ostatnie kilka lat prosto z pracy szła do galerii handlowej albo do ciucholandu. Buszowała w internetowych sklepach vintage. Miesięcznie na ciuchy wydawała około tysiąca złotych. Co rano spędzała pół godziny, zastanawiając się, w co się dzisiaj ubierze. Rok temu otworzyła szafę i szafa dosłownie ją zalała – zaczęły się z niej wysypywać setki ubrań. Pomyślała wtedy: „Przecież ja tego nie potrzebuję!”. I chciała od razu wyrzucić wszystko. Oparła się temu, bo ze swoją miłością do zakupów pewnie szybko odzyskałaby status quo. Na blogu jednej z szafiarek przeczytała notkę o nowym trendzie pozbywania się rzeczy i o tym, że wyrzucać trzeba powoli, z głową. Marzena założyła swojego błoga, żeby opisywać proces minimalizowania. „Czuję przesyt rzeczy. Przesyt działań i emocji. Poczułam potrzebę uproszczenia” – napisała we wstępie. Przyjęła zasadę, że pozbywa się jednej rzeczy dziennie, nawet malej, np. kubek czy foremka do ciasta. Oczywiście na pierwszy ogień poszła szafa. Marzena na zrobienie listy (520 przedmiotów, w tym 320 ubrań) zdecydowała się dopiero po roku regularnych czystek. Wtedy już z szafy zniknęło trzy czwarte ubrań i mnóstwo innych przedmiotów: zepsuty komputer, który leżał od dwóch lat pod łóżkiem czy trekkingowe buty, których ostatnio używała trzy lata temu i nawet z nich nie zmyła błota po ostatniej wyprawie. Najtrudniej było wyrzucić pudło z listami: – Przeprowadzały się ze mną z mieszkania do mieszkania. To były listy z końca lat 90. od różnych znajomych, chłopaków. Ale pomyślałam, że skoro czytam je po raz pierwszy od 15 lat, to czy naprawdę jeszcze kiedyś na nie spojrzę?

 

Za jedną rzecz kupioną oddaj dwie

Minimaliści zgodnie twierdzą, że pozbywanie się rzeczy uzależnia i im mniej się ma, tym częściej w głowie pojawia się myśl że można mieć jeszcze mniej. I zarzekają się, że nigdy nie żałowali, że coś wyrzucili. Ważne, aby równolegle z pozbywaniem się rzeczy skupić się na tym, żeby nie przybywało nowych. Nie jest to trudne, bo im mniej przedmiotów, tym mniejsza ochota na to, by włóczyć się po sklepach dla przyjemności. Większą przyjemność sprawia kolejny przedmiot, który wylatuje za drzwi.

Sposoby na minimalizowanie zakupów są różne. Jedni pozwalają sobie na kupno jednego przedmiotu miesięcznie. Wtedy trzeba dobrze się zastanowić, co to ma być, i ta rzecz sprawi większą radość. Dodatkowo, jeżeli kupi się np. nową sukienkę, trzeba oddać koleżance jedną ze starych. Niektórzy mają bardziej radykalne podejście – za jedną kupioną rzecz oddają dwie.

Są też tacy, którzy robią „listę potencjalnych zakupów”. Po miesiącu zaglądają do niej – często okazuje się, że nawet nie pamiętają, co tam było. To znak, że te rzeczy na pewno nie są potrzebne. Jeżeli jakaś rzecz dalej chodzi po głowie – niechętnie, ale idą na zakupy.

Ada Augustyniak nie kupuje właściwie nic. Używane ubrania i meble przejmuje od koleżanek, telefony – od mamy. Czasem tylko kupi potrzebną do studiów książkę albo ciuch w lumpeksie. – Po co mam kupować, skoro na świecie i tak jest za dużo niepotrzebnych nikomu przedmiotów? To cały system produkowania rzeczy i wmawiania ludziom, że czegoś potrzebują. To szczególnie rzuciło mi się w oczy, kiedy byłam na stypendium w Chinach – tam ludzie masowo kupują ubrania i gadżety elektroniczne. Wchodzi nowy model aparatu fotograficznego, więc stary ląduje na śmietniku. Nie chcę być częścią tego zaklętego kręgu.

Ada jest urodzoną minimalistką – nigdy nie miała problemu z nadmiarem przedmiotów. Nie lubi zagraconej przestrzeni, przedmioty przytłaczają, więc zawsze dbała, żeby było ich jak najmniej. Nie przywozi nawet pamiątek z podróży, chociaż ostatnio przywiozła z Litwy kawałek drewna, który znalazła na plaży. Największy problem ma z prezentami: – Nienawidzę prezentów. Ludzie chcą mi sprawić przyjemność, a ja jestem zła. Lepiej dać mi w prezencie coś do zjedzenia albo dobrą herbatę.

Dla Ady minimalizm to także wybór estetyczny i czasem trudno jest jej to pogodzić z rezygnacją z zakupów – Chciałabym się otaczać pięknymi przedmiotami. A teraz mam kilka, które mi się nie podobają, jak biurko czy krzesło. Od miesiąca zastanawiam się czy kupić talerzyk. W sumie go nie potrzebuję, bo w mieszkaniu, które wynajmuję, są talerze, ale chciałabym mieć jeden swój. Tylko czy to jest wystarczający powód, żeby go kupić?

Znalazła rozwiązanie. – Muszę się postarać zdobywać bez kupowania tylko takie rzeczy, które mi się podobają.

 

Zajmuj się tylko tym, co istotne

Minimalizm to nie tylko przedmioty. Przy okazji redukcji stanu posiadania trzeba odpowiedzieć sobie na różne pytania. Czy wyrzucam podręcznik do francuskiego, czy może wrócę jeszcze na kurs? Czemu pozbywam się maszyny do pieczenia chleba? Dlatego, że łatwiej mi go piec w piekarniku, a może w ogóle nie chcę już piec chleba w domu? Czy chcę aż tyle pracować? A może chcę mieć więcej czasu, żeby przeczytać książki, które zalegają na półce, albo pojeździć na rowerze, który stoi w garażu?

Najważniejsze rzeczy w życiu Oresta to: inspirowanie ludzi (uwielbia poznawać nowe osoby i z nimi rozmawiać), pisanie bloga, uczenie się i czytanie (pochłania książki, blogi, artykuły), pasje – jazda rowerem, fotografia (zmienia je dość często). I ta najważniejsza: „Czerpać przyjemność ze wszystkiego, co robię – w każdym działaniu będę doszukiwał się przyjemności i sensu, jeśli ich nie znajdę, to podam w wątpliwość zasadność takich działań” – napisał na swoim blogu.

Z ideą minimalizmu zetknął się podczas szukania tekstów o samorozwoju – wydała mu się logiczna. Rzeczy pozbył się bez większego problemu. Do stu przedmiotów zszedł w trzech etapach – za każdym razem ciachał o połowę. Próbował nawet pozbyć się laptopa i przerzucić na smartfona, ale okazało się, że potrzebuje go do obrabiania zdjęć. Najciężej było wyrzucić sprzęt muzyczny: – Szybko jednak zrozumiałem, że wieża zatrzymuje mnie w domu. Zamiast wyjść na miasto, spotkać się ze znajomymi, leżałem na dywanie i słuchałem muzyki. Kiedy sprzedałem sprzęt, częściej jestem na mieście, na koncertach.

Prawdziwe zmiany zaczęły się jednak wówczas, gdy zaczął stosować minimalizm w działaniu. Zminimalizował wszystkie czynności niezwiązane z tymi najważniejszymi.

Na większe zakupy żywnościowe chodzi raz w tygodniu, sprzątanie prawie pustego pokoju zajmuje mu dwie minuty, maila i Facebooka sprawdza głównie na smartfonie – 50 minut rano, coś „zlajkuje”, zostawi jakiś komentarz, na maile odpisuje jak na SMS-y. Musi być coś naprawdę ważnego, żeby kliknął „otwórz w nowej karcie”.

Nie traci czasu na spotykanie się z ludźmi, z którymi nie chce się spotykać. Na pierwszy ogień poszły spotkania rodzinne: – Tam zawsze rozmawia się o polityce, ktoś forsuje swoją wizję świata. Nie lubiłem tych spotkań, więc stwierdziłem, że nie muszę w nich uczestniczyć. Ludzie to robią, bo wypada pojechać do wujka na imieniny. Na początku rodzina była sceptyczna, ale się przyzwyczaili. Teraz czasem jeżdżę, ale staram się przełamywać temat rozmowy. Pojawia się polityka, a ja pach – podróże.

Orest rzucił też studia. Był na trzecim roku informatyki i drugim zarządzania. – Od wykładowców słyszałem: „Panie Oreście, ja się z panem zgadzam, ale w książce jest inaczej”. Nie widziałem sensu dalszego studiowania.

Koszty życia minimalisty nie są duże, więc Orest nie ma regularnej pracy, tylko przyjmuje zlecenia – marketingowe, fotograficzne, konsultacje. I stara się pracować jak najrzadziej – tylko tyle. żeby starczyło na życie.

Jeżeli pod koniec roku zostaje mu trochę pieniędzy, jedzie w podróż: – Ludzie się mnie pytają, skąd mam pieniądze na podróże. A ja po prostu nie chodzę co weekend do knajpy i nie wydaję tam 50 zł.

Nie boi się o przyszłość bez stabilnej pracy i własnego mieszkania: – Nie martwię się na zapas. Jestem zwolennikiem robienia tego, co jest mi potrzebne teraz.

Dwa lata trenował kolarstwo, a kiedy przestał się realizować, rower zawisł na haku. Teraz fascynują go szczudła.

Najbardziej lubi realizować spontaniczne pomysły – Ostatnio obudziłem się o 5 rano w Legnicy i wymyśliłem, że upiekę pączki i zawiozę je znajomym z Wrocławia. Zrobiłem zakupy, pięć godzin spędziłem w kuchni, o 13 wsiadłem w pociąg i wieczorem wróciłem.

 

Mało pieniędzy, dużo swobody

Orest śmieje się, że jest jedyną osobą, jaką zna, która ma dużo czasu. Znajomi dużo pracują, zarabiają sporo pieniędzy, ale nie mają czasu ich wydać. A on przeciwnie – ma mało pieniędzy, ale dużo swobody.

Marzena nie traci już czasu na poranne rozterki, co na siebie włożyć, wszystkie rzeczy w szafie pasują do siebie. Potrafi spakować się w bagaż podręczny na dwutygodniowy wyjazd służbowy. Nie chodzi już po centrach handlowych, ma limit – kupuje jeden ciuch miesięcznie, ostatnio głównie od młodych polskich projektantów, żeby ich wspierać. Częściej spotyka się ze znajomymi, więcej czyta książek, chodzi do kina. Niestety, sporo z odzyskanego czasu spędza w pracy – i to jest kolejne wyzwanie, któremu musi stawić czoło.

Ajka przez siedem lat pracowała na etacie jako tłumacz pisemny. Była z tej pracy zadowolona, tylko przeszkadzał jej sam fakt chodzenia do biura, chciała więcej czasu spędzać w domu. Od dawna myślała o tym, żeby pracować jako freelancerka, ale bała się, że zostanie bez regularnych dochodów, a może trzeba będzie wziąć kredyt na większe mieszkanie. Kiedy została minimalistką, postanowiła spróbować – przecież i tak niewiele kupuje, więc nie ma się czego bać. Teraz wreszcie ma czas poćwiczyć, zjeść z mężem obiad, poleniuchować z herbatą i pogapić się przez okno. Wciąż myślą z mężem o budowie domu w przyszłości, ale nie po to, żeby było w nim dużo miejsca na rzeczy, tylko po to, żeby mieć ogród i żyć bliżej natury.

Adresy blogów minimalistów: minimalist-ka.blogspot.com mypresentsimple.blogspot.com orest.tabaka.eu

Artykuł w PDF-ie:

zminimalizowani – urszula jablonska