„Kręcimy pornola” ŁUKASZ PIOTROWICZ, tygodnik „NIE” numer 28 / 2019

Niech czyta ten, kogo kręci, że ktoś go kręci.

PIO2-tygodnik_nie-3-polska-branża-porno-rys-marcin-bondarowicz.jpg

Od kiedy posiadamy utrwalacze wideo, dziecko nie jest jedynym sposobem na upamiętnianie bzykania. Coraz więcej par nagrywa swoje zabawy, chciałoby się rzec, dla potomnych – ale chyba niekoniecznie dla nich. Nagrywają dla siebie: bo lubią, chcą powspominać, doskonalić się, zarobić lub w najgorszym wypadku szantażować. Niezależnie od motywu wypada znać podstawowe reguły kinematografii, zanim wejdzie się na plan. Choć nagrywanie jebania może się wydawać proste jak jebanie, warto mieć jakiś warsztat. Rady dla początkujących zebrała Erika Lust w książce „Jak nakręcić porno. Porady dla początkujących”, w polskiej wersji rozpowszechnianej bezpłatnie przez sex shop Kinky Winky. Grzech nie przekartkować, z czystej ciekawości rzecz jasna. Na szczęście to e-book, zatem ryzyko posklejania kartek odpada.

Dostawca pizzy puka do drzwi

Najpierw kilka słów o autorce. Tak naprawdę nazywa się Erika Hallqvist i jest Szwedką, urodziła się w 1977 r. Skończyła politologię; studia dały jej pojęcie o feminizmie i różnych innych prądach i zbrodniczych prąciach. Wiedzę tę wykorzystała w branży porno, którą postanowiła uczłowieczyć. Erika Lust kręci pornosy, które nazywa etycznymi. W uproszczeniu sprowadza się to do tego, że kobieta nie jest tylko obiektem seksualnym. Zastępuje ją w tej roli facet. Swój reżyserski debiut, „The Good Girl”, Lust opisuje następująco: „Opowiadał historię seksualnego spotkania pomiędzy zwyczajną kobietą – mogłaby być jedną z twoich przyjaciółek czy wręcz tobą – a nieziemskim dostawcą pizzy, który spełnił jej wszystkie marzenia, a nawet więcej”. Mamy tu więc do czynienia z kopernikańskim przewrotem w pornografii. Rzeczywiście, w większości produkcji to kobiety są pierwszoplanowymi seksbombami, przykuwającymi uwagę widza, faceci zaś odgrywają rolę mobilnego fallusa. Wynika to przede wszystkim z zapotrzebowania widowni. Czy jednak odwracanie tej proporcji można nazwać od razu rewolucją moralną? Większą rewoltą byłaby walka o równe płace. Branża porno jest jedną z niewielu, w których samice zarabiają nieporównywalnie więcej od samców.

Nagranie zabezpiecz kondomem

Autorka poradnika, zanim przejdzie do szczegółów technicznych, zwraca przede wszystkim uwagę na bezpieczeństwo. Nie chodzi o antykoncepcję. Przy nagrywaniu własnych uniesień kluczowe jest, aby nie dostały się one w niepowołane łapy.
„Jeśli chcesz zrobić prosty film o seksie, bez efektów specjalnych i wodotrysków, czy będzie to zapis masturbacji, czy aktu seksualnego, pamiętaj, że zarejestrowanie go na nośniku cyfrowym wiąże się z ryzykiem, że – przez błąd, przeoczenie lub czyjąś złą wolę – obraz zacznie krążyć w internecie” – przestrzega. Dlatego warto trzymać nagranie tam, gdzie niepożądane oczy nie zajrzą, a plik zabezpieczyć hasłem.

Zawodowa znawczyni pornografii podkreśla też, że nie jest dobrym pomysłem nagrywać pornosa po pijaku, z nowo poznanym partnerem. Amatorska produkcja wymaga zaufania obu stron i dość dobrej znajomości partnera, inaczej zabawa może zamienić się we wstydliwą gehennę. Rzadko kto chciałby oglądać swoje osiągnięcia koitalne na rodzinnym festiwalu filmowym. Nadal lepiej sprawdzają się na takich posiadówach kiczowate zapisy wesel, chrzcin czy wakacji.

Nawet jednak gdy dymamy w kondomie, a nagranie szczelnie opakujemy, bezpieczeństwo nie jest stuprocentowe. Najpewniejsze środki ostrożności również zawodzą. Przekonał się o tym choćby Paweł Lembas, radny SLD z Nowogardu, którego sekstaśma wyciekła do sieci. Preferencje rajcy poznało całe miasto i pół Polski, w tym ojciec głównego aktora, dyrektor miejscowego szpitala.

Jeszcze większą nieroztropnością wykazał się policjant z powiatu pruszkowskiego, który masturbował się podczas służby w komendzie, uchylając munduru. Proceder transmitował w internecie na przeznaczonym do tego typu aktywności portalu. Przyłapała go tam i rozpoznała koleżanka z pracy. Doniosła, gdzie trzeba i teraz biedak ma kłopoty. Wynika z tego, że oboje zaglądają na ten portal, tylko nie każde w czasie pracy. Wymachiwania pałą nie należy traktować zbyt dosłownie.

Skrajnym przypadkiem są nagrane podstępem stosunki seksualne.

Przygody matki twojej przyjaciółki

Dalej autorka „Jak nakręcić porno” przechodzi do kwestii merytorycznych. Przede wszystkim radzi twórcom domowego pornostudia wyjść poza sztampę. Jako praktyczka w tej kwestii podpowiada, że trzeba się bawić scenografią, kolorami oraz unikać przekombinowania z post-produkcją (przejścia między scenami itp., bo wygląda to kiczowato). Warto również zadbać o oryginalną muzykę, która wyróżni nasz film. Najważniejsza jednak jest niebanalna fabuła. W tym miejscu znowu wychodzi różnica między żeńskim i męskim postrzeganiem porno.

„Jako reżyserka osiągnęłam sukces za sprawą współczesnych historii o kobiecej przyjemności, służących przyjemności kobiet, dlatego w oczywisty sposób będę cię namawiać, żebyś nakręciła film w podobnym stylu. Przy tworzeniu narracji i postaci zainspiruj się życiem swoim i swoich znajomych. Zbyt często w tradycyjnej pornografii pojawiają się archetypy: prostytutki, mafiozi, milionerzy, przemytnicy broni… Proponuję ci skupić się raczej na historiach, które naprawdę dzieją się wokół ciebie, na prawdziwych ludziach z prawdziwymi pragnieniami, emocjami i motywacjami. Każdy ma historię: twoja sąsiadka, przyjaciele, facet ze spożywczego na rogu, taksówkarz, niewiarygodnie atrakcyjna matka twojej przyjaciółki. Wykorzystaj te współczesne, aktualne historie w scenariuszu, który będzie przedstawiał realistycznych bohaterów i powody, dla których uprawiają seks” – pisze Erika Lust. To są dokładnie te momenty, które facet przewija…

Kręcąc porno, płyń za rybą

Im dalej w las, tym więcej drzew. Jeśli ktoś nie zniechęcił się do tej pory, niech posłucha kolejnych rad. Skąd czerpać natchnienie? Podpowiada Lust:
David Lynch znajduje inspiracje dla swoich wspaniałych filmów w medytacji transcendentalnej. We »W pogoni za wielką rybą« – książce o filmie i medytacji – sugeruje, że pomysły są jak ryby. Jeśli chcesz złapać płotkę, możesz zostać na powierzchni, ale jeśli marzy ci się większa i bardziej interesująca zdobycz, musisz sięgnąć do głębi. Reżyser »Mulholland Drive« odłącza się od rzeczywistości, powtarzając mantrę tak długo, aż uda mu się zejść w najgłębsze sfery świadomości, by tam badać nowe pomysły”. Straciłem orientację, czy aby na pewno czytam poradnik tworzenia pornola, a nie wypociny Chodakowskiej czy innego trenera personalnego.

Potem już z górki: odpowiednie światło, ujęcia, kamery, ustawienie aktorów, wyzwolenie ich entuzjazmu, kilkadziesiąt powtórzeń – i zrobione! Mamy własnego profesjonalnego amatorskiego pornola. Ile się trzeba nakombinować, zanim dojdzie do pierwszego klapsa… Powiedzenie, że coś jest proste jak jebanie, traci aktualność po przeczytaniu poradnika Eriki Lust. Do wszystkiego można dorobić wzniosłą filozofię. Teoria porno jest równie nudna, jak każda inna, z teorią względności Einsteina na czele.

ŁUKASZ PIOTROWICZ


Jak nakręcić porno. Praktyczny poradnik filmowania seksu, Erika Lust. Tłum. Natalia Grubizna. Wydawca Kinky Winky

Filmy Eriki Lust to odpowiedź na produkcje porno spod ręki mężczyzn dla mężczyzn. Szwedzka reżyserka pracująca i mieszkająca w Barcelonie stara się unikać klisz, pokazywać historie jak najbliższe życia, dba o dobre samopoczucie swoich aktorów na planie i ich autentyczną przyjemność. Jej porno, nazywane kobiecym, może być inspirujące zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn. Świetne do oglądania w parze. A skoro już oglądamy razem, to czemu by nie nakręcić własnego?

 

Pewnie sporo osób już się nad tym zastanawiało lub podejmowało próby. Dlatego Lust napisała książkę, w której zdradza sekrety, jak powstaje porno, co już jest bardzo ciekawe. Jej praktyczne wskazówki można wykorzystać zarówno do nakręcenia amatorskiego wideo, jak i zorganizowania bardziej profesjonalnej produkcji i spróbowania swoich sił w przemyśle pornograficznym, w którym wciąż za mało jest świeżości i alternatywnego spojrzenia na seksualność. A przecież najbardziej podnieca nas to, co nowe i niesztampowe. Dlaczego jeszcze warto zrealizować i uwiecznić swoje seksualne fantazje? Bo to świetna pamiątka, którą można obejrzeć po latach i mieć z tego większą frajdę niż z oglądania wideo ze swojego wesela. Lust krok po kroku wyjaśnia, jak się przygotować do filmowania seksu, kładąc nacisk na uzyskanie zgody na to wszystkich zainteresowanych stron i zabezpieczenie materiału przed niekontrolowanym wyciekiem do sieci, wykorzystaniem jako revenge porn.

Darmowy ebook w polskiej wersji językowej można pobrać ze strony kinkywinky.pl.

Paulina Klepacz (http://www.girlsroom.pl/zycie/5882-to-czytamy-75)


„Erika Lust równa się feministyczne porno. Upowszechniła gatunek, który wielu wydawał się niemożliwy do stworzenia. Porno, które podnieca, ale nie zniesmacza, w którym kobieta jest równoprawnym partnerem w erotycznej zabawie, a nie jej przedmiotem. Ta książka to możliwość wejścia w jej świat i sprawdzenia samemu, jak to jest gdy seks przestaje być tabu”.

Marta Niedźwiecka – certyfikowana sex coach

 


Erika Lust, jedna z najbardziej rozpoznawalnych artystek niezależnej pornografii, swoim poradnikiem inspiruje początkujących twórców filmów dla dorosłych do tego, aby podchodzili do pornografii „poza schematami”.

Nat – proseksualna.pl


 

E-book dla osób mających 18 lat.

Link do ebooka: Eriki Lust „Jak nakręcić porno. Praktyczny poradnik filmowania seksu”.

erika-lust-jak-nakrecic-porno

 

 

Reklamy

„Ciapaciątka na koloniach” (amerykańskie obozy koncentracyjne) – Agnieszka Wołk-Łaniewska, „NIE” nr 28 / 2019

usa.jpg

Przyzwyczailiśmy się już do myśli, że Stany Zjednoczone Ameryki Północnej są demokracją szczególnej troski – pod względem przestrzegania prawa międzynarodowego, wszczynania wojen napastniczych, oficjalnej roli korupcji w polityce czy choćby elastycznego stosunku do zakazu tortur. Ale wiadomość, że w ojczyźnie wolności są obozy koncentracyjne dla dzieci, powinna jednak zrobić na nas pewne wrażenie. Tymczasem nie wygląda na to, żeby ktokolwiek się tym specjalnie przejął.

Jak podała „Wyborcza” Michelle Bachelet, Wysoka Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka, oświadczyła, że jest „przerażona” warunkami, w jakich najpotężniejsza demokracja świata przetrzymuje ludzi, którzy nielegalnie przekraczają jej południową granicę. Zwłaszcza zamykanie dzieci w amerykańskim ośrodkach zatrzymań stanowi „okrutne, nieludzkie i poniżające traktowanie, które jest zabronione prawem międzynarodowym”.

„Jako pediatra, matka i były prezydent państwa jestem głęboko zszokowana, że dzieci są zmuszone spać na podłodze w przepełnionych placówkach, bez dostępu do odpowiedniej opieki zdrowotnej i żywności oraz w złych warunkach sanitarnych” – napisała komisarz Bachelet w oświadczeniu umieszczonym na stronie ONZ. „Migranci i uchodźcy wyruszają ze swoimi dziećmi w niebezpieczną podróż, w poszukiwaniu ochrony i godności z dala od przemocy i głodu. A kiedy w końcu uwierzą, że odnaleźli bezpieczeństwo, znajdują się w separacji, oddzieleni od swoich bliskich, zamknięci w niegodnych warunkach. To nigdy nie powinno mieć miejsca”.

Pieluch w więzieniach nie ma

Oświadczenie komisarz Bachelet jest bardzo delikatne i powściągliwe – w porównaniu z tym, co o amerykańskich więzieniach dla uchodźców piszą eksperci, którzy nie są wysokimi funkcjonariuszami ONZ.

Dolly Lucio Sevier, pediatra, która wizytowała ośrodek zatrzymań Ursula w McAllen w Teksasie – największe z takich centrów w USA – określiła tę placówkę mianem „ośrodka tortur”: uchodźcy przetrzymywani są tygodniami w zimnie, w klatkach, przy świetle zapalonym 24 godziny na dobę, uniemożliwia się im zachowanie czystości. Matki myją butelki do karmienia dzieci w wodzie zebranej w zlewach, bo w kranach brak czystej wody. Dzieci są nienormalnie spokojne, wszystkie wykazują oznaki traumy – zeznaje dr Sevier.

Ponieważ amerykańska polityka migracyjna oddziela dzieci od rodziców – dzieje się tak wciąż, mimo iż rok temu Trump oficjalnie wydał rozporządzenie znoszące tę zasadę – nieletni wrzucani są do wielkich klatek bez nadzoru dorosłych. Niemowlętami i dziećmi, które powinny nosić pieluchy, opiekują się inni więźniowie, czasem 7-8-letni.

Pieluch nie ma, najmłodsi więc robią pod siebie. Większość dzieci i nieletnich matek nie miała okazji umyć się czy wyprać ubrań od momentu przybycia do ośrodka. Nie ma mydła, szczoteczek ani pasty do zębów. Śmierdzi – opowiada Elora Mukherjee, dyrektor Kliniki Praw Imigrantów w prestiżowej Columbia Law School, która w ramach grupy prawników badających warunki, w jakich USA trzyma emigrantów, wizytowała ośrodki Clint w Texasie i Homestead na Florydzie. W czerwcu Sarah Fabian, reprezentująca Departament Sprawiedliwości w gabinecie Trumpa, na rozprawie związanej z warunkami, w jakich przebywają uchodźcy, oświadczyła w sądzie, iż dostarczanie mydła i pasty do zębów dzieciom imigrantów przetrzymywanych w ośrodkach granicznych nie należy do obowiązków instytucji federalnych.

Przeludnienie – zdarzały się przypadki, iż w celach przeznaczonych dla 35 osób zamyka się ich 155 – powoduje, że niektórzy migranci są całymi dniami przetrzymywani na stojąco – czytamy w raporcie inspektora generalnego Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego USA. „Niektórzy stawali na klozetach, żeby znaleźć się nad tłumem i zyskać dostęp do powietrza, likwidując tym samym dostęp do toalet”.

Co najmniej siedmioro dzieci zmarło w amerykańskich ośrodkach dla uchodźców w 2018 r.

Są pieniądze do zrobienia

To wszystko ma jednak drugie dno. Nieludzkie traktowanie uchodźców – zwłaszcza dzieci – to nie tylko efekt skąpstwa i braku wyobraźni amerykańskiej administracji. To także – a może przede wszystkim – element polityki migracyjnej oraz gospodarczej Republikanów.

Jak wyjaśnia Paul Krugman, amerykański ekonomista i laureat Nagrody Nobla z 2008 r., „jednym z powodów tych potworności jest to, że administracja Trumpa widzi okrucieństwo zarówno jako polityczne narzędzie, jak i polityczną strategię: okrutne traktowanie uchodźców może zniechęcić przyszłych chętnych do ubiegania się o azyl w USA, a dodatkowo wzmacnia poparcie prezydenta w jego rasistowskiej bazie. Ale są w tym też pieniądze do zarobienia: większość zatrzymanych migrantów przetrzymywana jest w obozach prowadzonych przez korporacje powiązane z Partią Republikańską”.

Zgodnie z danymi National Immigrant Justice Center, organizacji pozarządowej zajmującej się prawami imigrantów, 71 procent uchodźców aresztowanych na południowej granicy USA siedzi w prywatnych więzieniach, dla niepoznaki nazywanych „ośrodkami zatrzymań”. To zyskowny biznes, który obficie rewanżuje się władzy.

Dwie największe korporacje zajmujące się wsadzaniem ludzi za pieniądze – CoreCivic i GEO Group – do kupy zarobiły w zeszłym roku 4,1 mld dolarów. Co czwarty dolar pochodził właśnie z obozów koncentracyjnych dla uchodźców. W tym samym roku CoreCivic wpłaciła 1,6 mln dołków, a GEO 2,8 mln na fundusze wyborcze różnych, głównie republikańskich kandydatów.

Z kolei Caliburn International zatrudniła w radzie nadzorczej byłego szefa personelu Trumpa – Johna Kelly’ego. Caliburn to firma odpowiedzialna za Homestead – ośrodek, w który dzieci powinny przebywać przez kilka, góra kilkanaście dni, a siedzą miesiącami (połowa co najmniej 3 tygodnie, rekordzista ponad 120 dni) i traktowani są jak więźniowie: nigdy nie opuszczają nieprzytomnie głośnych baraków, nie wolno im słuchać muzyki ani nawet pisać dziennika. Za prowadzenie ośrodka Homestead państwo amerykańskie płaci Caliburnowi milion dolarów dziennie.

Okrutni kolesie

„Jaką rolę zyski przemysłu więziennego odgrywają w polityce Trumpa?” – pyta Krugman. I odpowiada: „Nie posunę się tak daleko, by twierdzić, że przemysł więzienny był siłą napędową obecnej agresywnej polityki granicznej. Ale fakt, że kapitalistyczni kolesie prezydenta czerpią korzyści z okrucieństwa, z pewnością ją wzmacnia. Okrucieństwo i korupcja są powiązane w polityce obecnej administracji. Każda zdrada amerykańskich zasad przynosi korzyści finansowe Trumpowi i jego przyjaciołom”.

Hip, hip, hurra dla przyjaciół prezydenta Dudy.

AWŁ

„Mordy sędziów” (felieton) Jerzy Urban – tygodnik „NIE” nr 28 / 2019

URB-temida-za-kratami.jpg

Ktokolwiek zobaczył w TVN zakazaną mordę Rzeplińskiego, Tuleyi, Stępnia lub Zolla, przestanie wieczorem wyprowadzać psa na kupę w strachu, że w ciemnej uliczce spotka jakiegoś sędziego. Jeżeli w jego okolicy mieszka któryś członek tego zamkniętego klanu morderców, trzeba mieć baczenie na dziecko, gdyż sędzia może je zabić. Ktokolwiek myśli, że przesadzam, niech przeczyta artykuł Piotra Lisiewicza, zastępcy naczelnego redaktora „Gazety Polskiej” pt. „Przerażająca zbrodnia w Olecku i bezkarność sędziów”. Cytuję: „Śmierć 9-miesięcznej Blanki z Olecka, która była katowana i gwałcona tak, że miała serce przebite żebrem, wstrząsnęła całą Polską (…), ale w tej sprawie najgorszy problem nie polega na przepisach, tylko na ludziach – urzędnikach zwanych sędziami…”. Cytowany Lisiewicz cytuje mecenasa Jacka Bąbkę z miniaturowej Fundacji Badań nad Prawem zajmującej się zwalczaniem sędziów. Bąbka diagnozuje „totalny brak odpowiedzialności sędziów za cokolwiek”. Lisiewicz zaś wspiera ten pogląd przykładem Blanki zabitej przez sędziego, chociaż nie była stara.

9-miesięczną dziewczynkę matka podobno torturowała, jebała i zabiła. Wcześniej ta matka jako ćpunka poszła na odwyk, a dziecko zabrano do rodziny zastępczej. Gdy mamusia skończyła kurację, kurator uznał, że dziecko może do niej wrócić, a pani sędzia z Olecka to przyklepała. Teraz zajmuje się tą jej zbrodnią jeden z niezliczonych zastępców Ziobry nazwiskiem Sierak.

Dla mnie jako Polaka jest oczywistą oczywistością, że pani sędzia rejonowa, niezależnie od tego, czy ma mordę wredną czy anielską, przed podjęciem decyzji powinna była zamieszkać z bleble Blanką u jej matki, żeby wyrobić sobie pogląd na to, czy mama dalej ćpa, czy już się modli, czy wraz z kochankiem jebią dziecko, czy bynajmniej, czy zamierzają je zabić, czy też zdarzenia nie idą w tym kierunku. Spuszczając się z lenistwa na ocenę kuratora, pani sędzia bez wątpienia stała się współwinną pedofilii, bestialstwa i współmorderczynią.

Gdybym był obrońcą sędzi winnej zabójstwa, wskazałbym jednak na okoliczności łagodzące w postaci panującej ideologii PiS.

Partia wskazuje, że korzeniem państwa i narodu jest heteroseksualna i dzieciata rodzina. Państwo i naród zapewniają jej suwerenność w sposobie hodowania dzieci i nikt nie powinien się wtrącać w wewnątrzrodzinne współżycie i w idee mu przyświecające.

Co prawda gwałcenie i bicie na śmierć wykracza poza prawo rodziców czy matek do samostanowienia o dzieciątkach, ale nie podważa to ogólnej idei autonomii rodzin w ich postępowaniu z nieletnimi.

Sędzia z Olecka decydowała zaś o Blance, właśnie kierując się zasadami ogólnie panującymi, słusznie przejęta ideą niepodległości każdej rodziny.

Dyplomacja RP wraz ze szturmowymi organami rządowej propagandy od lat gani niemieckie Jugendamty, czy jak to się tam nazywa. Polska, nasza ojczyzna, trzęsie się z oburzenia na niemieckie urzędy obrony dzieci. Polakom i Polkom mieszkającym w Niemczech pod byle pretekstem zabierają one potomstwo, aby je zniemczać w rodzinach zastępczych. Przy każdym takim zdarzeniu polska polskość wścieka się na teutońskich sędziów rodzinnych wywłaszczających naszych obywateli z ich przychówku. Sędziowie RFN mają nie mniej zbójeckie mordy niż Rzepliński itp. Ich celem jest wyzuwanie z polskości bachorów naszych obywateli, żeby dzieci nam germanić. Niemieckie państwo wysysa nam substancję narodową, a przy tym łamie niezawisłość rodziny w sposobie traktowania dzieci. Te postępki wywołują w Polsce słuszny gniew nie tylko narodowy. Wnuki hitlerowców, którzy wymordowali miliony polskich obywateli, w tym żydowskich obywatelątek, teraz kontynuują agresję antyrodzinną.

Jako obrońca sędzi z Olecka wskazałbym więc na to, że szwabskie praktyki tak nią wstrząsnęły, iż wolała oddać Blankę matce kochającej ją po swojemu, m.in. przez jebanie niemowlęcia, niż małpować na naszej ziemi zbrodnie niemieckie Amtów. Prosiłbym więc sąd o łagodny wyrok dla jego koleżanki z Olecka, np. Ziobrowych trzydziestu lat więzienia.

Winowajczyni zbrodni na Blance po prostu odniosła przecież do rodziny znane sądom słowa patriotycznej pieśni: „…twierdzą nam będzie każdy próg. Tak nam dopomóż Bóg”. Ich autorka nazywała się Konopnicka i zrymowała także dzieje królewny i krasnoludków, którzy jej nie gwałcili jak Bóg przykazał. Sąd nad sędzią powinien też zbadać, czy w oleckim rejonie sądowym nie pojawił się Adam Bodnar, nałogowo namawiający do wszystkich w Polsce zbrodni, i w tym antydziecięcych, z wyjątkiem pożarów. Prasa PiS nie udowodniła mu jeszcze tylko podżegania do palenia niewiniątek.

Podano do prasy, że prokurator ma oskarżać panią sędzię z Olecka o to, że swym postanowieniem o powrocie Blanki do matki przyczyniła się do zabicia niewiniątka. Powinna zaś być wróżbitką i z fusów lub czarnej kuli wywróżyć, że dzieciątko poddane zostanie gwałtom seksualnym i bite będzie tak, żeby jego serce nadziało się na złamane żebro.

W procesach obowiązuje równoważność stron. Jeżeli będąc niezadowolonym z orzeczenia sądu, prokurator będzie mógł oskarżać o przestępstwo sędziów, którzy mu nie dogodzili, to wszelka suwerenność sądu zabita będzie jak ta Blanka, niebożątko. I właśnie wszystkie 10 tysięcy sędziów można będzie spod białego orła popędzić do przekopywania Mierzei Wiślanej, adwokatów zaś do wywożenia śmieci z polskich miast. Procedurę sądową uprości się i przyspieszy. Reprezentujący Ziobrę prokurator będzie oskarżał, a potem przesiadał się do centrum sali sądowej, zmieniał troszeczkę kolor żabotu dyndającego na todze z czerwonego na fioletowy i wydawał wyrok. Sprawiedliwość stanie się ludowa, czyli zgodna z emocjami elektoratu. Już nikt na żadne dziecko nie podniesie ręki, choćby to była córeczka komara.

„Goebbels w lustrze” (felieton) – Jerzy Urban, „NIE” nr 22 / 2019

grafika.jpg

Wybory do Sejmu przegrałem 30 lat temu. Nie będę więc świętował trzydziestolecia czwartego czerwca, pomimo to, że zarówno przegrana władz PRL, jak i moja własna okazały się korzystne. W rocznicę upadku rządu, którego byłem członkiem, zauważam, że moje nazwisko wciąż ozdabia dzisiejsze publikacje. Jestem nie do zdarcia.

Obóz rządzący określa mnie mianem Goebbelsa stanu wojennego. W tej roli Urban bywa mu potrzebny do ubłacania współczesnych polityków opozycji lub sprzyjających im dziennikarzy. Uzasadnienia mojego diabolizmu są jednak skromne.

Reżimowa prasa na ogól przywołuje dwie opinie, które niegdyś wyraziłem. Mianowicie, że ks. Popiełuszko odprawia seanse nienawiści wobec władz PRL i że rząd sam się wyżywi. Pierwsza moja opinia nabrała znaczenia potem, gdy celebrans został zamordowany, czego nie przewidywałem. Ta druga w połowie lat 80. połączyła we wspólnym oburzeniu konspirację i szerokie rzesze członków PZPR. Zakłamanie jest bowiem cnotą bytującą ponad podziałami. Pragnę dodać, że żaden z członków rządów Jaruzelskiego, potem Messnera, na koniec Rakowskiego nie umarł z głodu. O ile mi wiadomo.

Nr 19 tygodnika „Polityka” podaje, że według badań CBOS, z maja 1986 r., tylko 21 procent społeczeństwa było zdania, że jako rzecznik podaję zupełnie nieprawdziwe informacje, a „Dziennik Telewizyjny” cieszył się dwukrotnie wyższą nieufnością. Nie dziwota. Każdy jest od kogoś lepszy, np. dr Goebbels od Himmlera. Bardziej dla mnie dolegliwe są oceny Urbana zawarte w dzisiejszych publikacjach spadkobierców „Solidarności” opozycyjnych wobec PiS. Ich czytelnik może odnieść wrażenie, że byłem zdrajcą Polski Ludowej. Rzecz w mojej odmienności od współtowarzyszy.

W latach 80. przywódcy PRL, od generała Jaruzelskiego poczynając, na lokalnych kacykach kończąc, publicznie prezentowali się jako gołębie unoszące porozumienie na skrzydłach. Za zamkniętymi drzwiami zaś odrabiali to, przemieniając się w jastrzębie. Oczywiście powyższa opinia stanowi uproszczenie. Ja na odwrót – w publicznych występach byłem drapieżnikiem, a w prawdziwym systemie władzy pojednawcą popierającym liberalizowanie ustroju. Na potrzeby politycznych analfabetów dodam, że aby być skutecznym podpowiadaczem reform prowadzących stopniowo w kierunku demokracji, trzeba było w publicznych wystąpieniach jebać wroga. Inaczej w oczach politycznej bazy partii i rządu byłbym zgniłym pojednawcą. Straciłbym zaufanie partii, a więc i posadę.

Przy tym jednak publicznie sprawowana rola pogromcy opozycji nie odbiegała od moich przekonań. Z biegiem lat 80. ujemne poglądy jądra władzy na ustrój PRL zbliżały się do przekonań opozycji. Postanowienia Okrągłego Stołu były właśnie przejawem zbliżenia myśli. Siedział wewnątrz nas już wtedy Balcerowicz, chociaż nikt nie znał jeszcze jego nazwiska. Nie dzieliło nas zbytnio wyobrażenie o tym, jaki ustrój ma mieć przyszła Polska, lecz tylko to, kiedy ta przyszłość ma nadejść. Głównym jednak przedmiotem sporu było to, kto ma stopniowo prowadzić kraj ku demokracji. My uważaliśmy, że my, a oni, że oni. Przy tym racja była po ich stronie.

W książce „Psychologia Okrągłego Stołu” prof. Mirosław Kofta pisze, że wraz z dostojnymi wspólnikami, ministrami Cioskiem i Pożogą, pisałem w 1988 r. do generała Jaruzelskiego, że reformy się nie udają, a władza traci społeczne zaufanie. Obecna ekipa upadnie i jest nie do uratowania. Odwlekanie przesilenia o rok nic nie da. Zostaniemy zmieceni przez historię. Trzeba z opozycją podzielić się władzą. Im wcześniej, tym lepiej. Przytoczony tekst, przechowywany w państwowym archiwum, wskazuje, że czyniłem to, co każdy agent wpływu – rozsiewałem defetyzm. I to paraliżujący sam szczyt władzy. Byłem więc zdrajcą, a przynajmniej, jak określiłby to towarzysz Stalin, obiektywnie nim byłem, chociaż niekoniecznie świadomie, czyli subiektywnie.

Moją zdradzieckość miejscami sugeruje także prof. Andrzej Friszke w książce „Sprawa jedenastu” o uwięzieniu niektórych przywódców „Solidarności” i Komitetu Obrony Robotników (KOR). Na str. 420 profesor podaje, że w październiku 1983 r. Rakowski zapisał w dzienniku: „Jurek Urban napisał interesującą notatkę, w której wypowiedział się przeciwko procesowi. WJ(aruzelski) uważa, że argumenty, których użył Jurek, są nie do odrzucenia. Przesłał notatkę Kiszczakowi”. Chodziło o zamiar sądzenia jedenastu przywódców opozycji i o trzymanie ich w więzieniach.

Przed zarzutem osłabiania woli władzy najwyższej, aby osądzić choćby garstkę wrogów politycznych policzalnych na palcach dwóch rąk, pod warunkiem że jedna dłoń jest sześciopalczasta, uchronił mnie Adam Michnik. Ponieważ ogłosiłem wówczas zamiar władz i Kościoła, aby tych jedenastu na 2 lata zesłać na Riwierę Francuską, Adam napisał, że od tej chwili traktuje moje wypowiedzi jako humoreski. I dodał, że trzeba być świnią, aby będąc więziennym nadzorcą, proponować Lazurowe Wybrzeże człowiekowi uwięzionemu od dwóch lat. Nazwanie mnie świnią poprawiło moją reputację w aparacie partyjnym i państwowym. Dziś PiS powiada, że jestem więcej niż świnią, gdyż cechuje mnie panświnizm. Nie brzmi to dobrze dla mnie w epoce pomoru trzody chlewnej.

Prof. Friszke w swojej książce także mocno mnie przecenił. „Urban mówił językiem potocznym, unikał ideologii, odwoływał się do twardego realizmu, ale i do cynizmu, czasem drwił w żywe oczy, zwłaszcza gdy mówił o »Solidarności« i Lechu Wałęsie. Potrafił uzasadniać każde świństwo i każdą nieprawdę, odwracać sens zdarzeń. Jego konferencje były swego rodzaju teatrem. Transmitowanym w telewizji, zasadniczo ważnym kanałem propagandowym”. Profesor chwali też moją mowę w Paryżu do prasy francuskiej.

Prof. Friszke dostrzega więc we mnie świnię o ogromnych talentach. Wbrew tej opinii siebie byłego oceniam jako kretyna. Oto dowód. Gdy w 1983 r. pan papież Wojtyła wybierał się na drugą wycieczkę do Polski, chodziłem po decydentach z następującym projektem załatwienia przybysza. Dawajmy od świtu do nocy w telewizji wyłącznie obrazki i dźwięk z podróży papieża, niczego poza tym, nawet dobranocki. Jeżeli zaś w pewnych porach nie będzie go przed kamerą, puszczajmy powtórki. Zanudzimy papieżem i obrzydzimy jego widok. Nie doceniałem ówczesnej pobożności narodu, tej samej, która teraz pryska.

Dr Paweł Kowal w dziele „Koniec systemu władzy” napisał zaś, że po mistrzowsku potrafiłem wybrać sprawę, prowadzić ją oraz rozegrać propagandowo. Z całym szacunkiem dla Kowala to gówno prawda. Czego dowodem nasza przegrana w wyborach w 1989 r. Przecenia mnie teraz także PiS, poprzez nazwanie Goebbelsem. W 1986 r. według badania przez CBOS opinii publicznej o mnie miałem 35 proc. sympatii, a tylko 45 proc. antypatii.

W dobrych latach III Rzeszy dr Joseph Goebbels na pewno miał 90 proc. sympatii (tylko nikt w Niemczech badań opinii nie prowadził). Mógł mieć mniejszą niż ja wiarygodność dopiero w okresie upadku hitlerowskiego systemu władzy. Ale też nasz upadek lżejszy był od tamtego, bo za mało mieliśmy trupów za paznokciami, żeby antykomunistom udała się Norymberga.

Antypis potępia wieszanie na szubienicach portretów swoich polityków. Ja jednak jako były polityk mam intuicję, że lepiej dyndać jako fotografia niż osobiście. I w ten pierwszy właśnie sposób chciałbym wisieć.

„Zakaz dmuchania” – Jerzy Urban (felieton) „NIE” nr 20 / 2019

Screenshot - 2019-05-17 , 01_59_01.jpg

A to było tak. Za młodu miałem pokój 3 na 2 metry. Okno trzymałem zamknięte, bo albo zimno, albo ciepło, a wtedy przyszłość narodu przed domem drze swoje brudne mordy. Pijany położyłem się spać, zapaliłem i usnąłem. Spłonął regał z literaturą niestety marksistowską, ogrzała się stojąca na nim podręczna flaszka. Tylko dlatego dym mnie nie udusił, że żarząca się kołdra wcześniej poparzyła i obudziła. Postanowiłem nie palić, gdy kładzie mnie do łóżka nietrzeźwość. I taki był krok pierwszy w ucieczce od wolności drogą Fromma.

Gdy w autach nastała klima, zacząłem jeździć z zamkniętymi oknami. Aromat papierosów przesycał tapicerkę. Lubiłem zaś zapach cielęcej skóry. Stawałem więc, żeby wyjść i zapalić. Ta samoudręka była znośna, gdyż czyniona z własnej woli. Wkrótce jednak obca, bo państwowa przemoc zaczęła dręczyć obywateli. Zakazano palenia w samolotach. Postanowiłem, że nigdy już nie polecę, będę tkwił w Polsce, ale wolny. Znajoma stewardesa nauczyła żonę palenia w klozecie. Jeśli dmucha się do stale otwartej klapy sracza, a mokrą szmatą zatyka czujnik dymu, jaranie nie pobudza alarmu. Wrogowie swobód uczulili czujniki dymu. Palenia zakazano także w pociągach i autokarach. Poddawałem się przemocy, żeby nie tkwić uziemiony w domowym bezruchu. Wolność palenia oddałem za swobodę podróży.

Państwo kopnęło mnie w jaja, zakazując ustawą palenia w knajpach. Nigdy więcej do żadnej nie pójdę – postanowiłem sobie. Będę żreć w domu, więc podle. Matka nieboszczka robiła w weekendy sałatki z jarzyn o wygotowanym smaku polane zsiadłym mlekiem rozbełtanym z musztardą. Trudno. Chodzić pić było można do barów, gdzie palić zezwalano. Wkrótce władza zatopiła te wysepki wolności.

Chodzę jednak do knajpy, ale jej nie wybieram, to ona wybiera mnie, bo prowadzi tajny pokój dla wtajemniczonych palaczy. Można też usiąść na chodniku, gdzie rozstawiono krzesła i stoliki z popielniczkami.

Popielniczka, a nie konstytucja jest dziś symbolem swobód. Ona przed moją ulubioną knajpą to komfort, nawet gdy piździ deszcz.

Ostatnio, gdy tam puszczałem dymka, przechodziła ładna i zgrabna dupencja. Mijając mnie, zaczęła chrząkać, udając, że się dusi i przednią łapą odganiać dym. Tak jest! Są już dupy tylko dla niepalących. „Ach, pierdź kochanie, ale nie waż się jarać”. Kiedyś zapaliłem w trakcie kopulacji i seksualna partnerka zareagowała daniem mi w mordę. Obrażało ją to, że nie skupiam całej uwagi na jej ciele. Teraz same dziewczyny żeńskie i męskie ograniczają sobie dawajstwo, a z takiej młodej suki zawsze wyrośnie stara jędza śmierdząca sama sobą. Kto innym ogranicza swobodę bycia w nałogu, ten ogranicza także własną wolność.

Mamy w domu 8 zwierząt podzielonych na psy i koty. Stado to scala niechęć do tytoniu. Gdy psy natrętnie mnie szarpią, żebym poczęstował je mięsem, zapalam, jedząc, a one spierdalają, tak razi je dymek. Gdy koty rozwalają się w pościeli (a kotka sypia na głowie Daniszewskiej), wystarczy złamać zakaz palenia w łóżku, a uciekają. Taka to delikatna węchowo zwierzyna. Domowe zwierzęta dostają kilka rodzajów mięs i najkosztowniejsze granulki. Przychodzi do nich fryzjerka zwierzęca i weterynarka, która Azorowi wyciska gruczoły przy dupie, żeby lżej mu się srało. Psia psycholożka wpada leczyć pudla z depresji. Karmimy wiewiórki, żeby psy miały za czym biegać. Mają one po 3 komfortowe posłania w różnych miejscach, żeby dla urozmaicenia rzucało ich z jednego na drugie lub z trzeciego na pierwsze. Domownicy ci odwdzięczają się zaś nam obojgu antynikotynowym terroryzmem i jeszcze drwią w żywe oczy z nas, dupków, których udaje się im ograniczać w naszych potrzebach.

Z dziejów palenia wynikają wnioski polityczne. Przycinanie sobie samym wolności ułatwia opresyjnej władzy wymuszanie dalszego zniewolenia już pod przymusem. Biorąc sami siebie za mordę, wskazujemy rządzącym, że zniesiemy represje, jeśli tylko swobody będzie się nam odbierać nie raptownie, lecz na raty.

Z czasem ludzie przywykną do batów, a nawet z przyzwyczajenia do razów zaczną wyczekiwać kolejnych. Przypuszczam, że stratedzy PiS przestudiowali dzieje zwalczania palaczy, aby mechanizmy tych opresji wypraktykować na innych polach. Wybory 2019 r. na pewno będą ostatnimi, w których obywatele mają wybór. W Polsce wziętej za mordę nadal teoretycznie będzie wolno palić, tyle że kolejny rząd PiS nada sobie np. monopol na posiadanie zapalniczek i zapałek. Będzie decydował, komu podać ogień. Tak przypuszczam.

Na razie producenci papierosów muszą na każdym kartonie drukować inny obrazek ludzkiej męki i objaśnienia, że palenie powoduje ślepotę lub głuchotę, impotencję, zawały, zakrzepy, raki wlotu i wylotu, czyli krtani i odbytu, alzheimera, dżumę, sraczkę itd. Zarazem zawsze i niezmiennie karton w karton publikuje się ostrzeżenie: „Palenie zabija”. Przekreśla ono sens straszenia chorobami. Gdy ktoś leży już w trumnie, mało interesuje go stan zdrowia.

Wyłącznie fabrykantom papierosów władza nakazuje obrzydzanie ich produktów. A przecież bardziej uzasadniona byłaby podobna ustawa dotycząca sprzętu wojskowego. Dla symetrii z papierosami należałoby np. na czołgu umieszczać napis: „Ten produkt zabija ludzi, a co najmniej służy do pozbawiania ich rąk, nóg, wzroku i słuchu. Sprzyja też spalaniu żywcem załogi”.

Sam Kaczyński ogłosił, że Polska – w domyśle pod jego władzą – jest w Europie wyspą wolności. Gorszą jednak niż więzienie, gdyż w celach wolno palić. Najlepiej byłoby napisem „No smoking” ozdobić słupy graniczne.

Nałóg palenia tytoniu zamiast marihuany silniej człowieka uzależnia niż wiara w Bozię, jakąkolwiek miałaby ona otulinę głowy: złotą, sraczkowatą czy tęczową. Piszę więc tu o sprawach poważniejszych niż religia, którą w katolickiej jej odmianie PiS uznaje za narodowy wyznacznik polskości.

Przypuszczam bowiem, że mimo przeciwności wciąż więcej Polaków pali, niż naprawdę wierzy w Boga lub w Kościół.

 

„Zwieracz naszego narodu” – Jerzy Urban (felieton), „NIE” nr 19 / 2019

grafika.jpg
Czym jest urbanizm w urbanopalikotyzmie, przed którym ostrzega Kaczyński, gdyż zwalczanie Kościoła jest tożsame z atakiem na Polskę? Poniżej pokaz urbanizmu.

 

Nie przemijają komentarze odnoszące się do kwietniowych spaleń katedry w Paryżu i Judasza w Pruchniku. Oba pożary oświetlają niewinność Polaków. Nie nasi podpalili katedrę i nie Polak zdradziecko pocałował boskiego syna. Ponieważ słomiana kukła miała napisy hebrajskie, a też rysy i strój żydowskie, więc obrzydliwie komiczne powieszenie Iskarioty potępili Żydzi, szabes goje, Amerykanie i ultrakatolicy. Ci twierdzą, że Chrystus i Jego matka nie byli Żydami, bo bóstwa nie mają narodowości. Odżydzili także apostołów, w tym gronie więc również Iskariotę, chociaż zdradził następcę tronu Boga za 30 sztuk bilonu.

 

Według teologów, cytuję „Gazetę Polską Codziennie”: „Maryja nie była Żydówką, ale Theotokos, czyli Matką Boga, a Jezus nie był Żydem, ale Chrystusem, a apostołowie nie byli Żydami (…), bo od momentu uwierzenia w tegoż Chrystusa stali się obywatelami Państwa Niebiańskiego”. Jak z tego wynika, Judasz po zdradzeniu Jezusa na powrót stał się Żydem i należało go palić w tej właśnie parchatej postaci.

 

Mnie się wydaje, że święta rodzina, a także dwór Jezusa byli Koreańczykami. Współcześni bowiem zbawiciele mieszkają w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej, z czego pierwszy przymiotnik jest prawdziwy. Kolejni przywódcy noszący imię Kimów doznają boskiej czci i wyznawcy przypisują im zbawicielską moc. Być może więc w starożytnym Nazarecie mieszkała niegdyś koreańska mniejszość.

 

63 lata temu odwiedziłem to miasteczko, ale nie spotkałem skośnookich, chociaż polskojęzycznych Arabów i owszem. To też było tam dziwacznością. Pojechałem do Nazaretu 10-12 lat po tym, jak stacjonowało tam wojsko tatusia pani senator Andersówny. Andersowcy prowadzili w rodzinnym mieście wiceboga szkołę techniczną dla tubylców i wykładali w języku, który znali, a więc polskim. Inni niż uczniowie Nazareńczycy także łyknęli nieco polszczyzny, bo mieli z wojskiem polskim stosunki handlowe i seksualne.

 

Celem mojego przyjazdu było przeprowadzenie wywiadu z arabskim burmistrzem miasteczka. Przybyłem w niespełnionej nadziei, że będzie pyskował na izraelskich okupantów. Szedłem do niego w strachu, gdyż przez podwórze zajęte przez groźnych dla mnie drapieżców: kury, koguty, tu i ówdzie perliczki. Tak więc pierwsi chrześcijanie bali się lwów, natomiast ja jako pierwszy z antychrześcijan panicznie lękam się ptactwa. W środku ratusza oczekiwał mnie starzec otoczony radnymi i przedstawicielami drobiu także. Pytałem po polsku, izraelski urzędnik przekładał to na hebrajski, drugi z hebrajskiego na arabski, po czym z niego z powrotem. Zniecierpliwiony burmistrz islamista zaproponował rozmowę bez tłumaczy po rosyjsku. Znał ten język, gdyż był ostatnim ambasadorem sułtana w Petersburgu u dworu imperatora Mikołaja II. W Pałacu Zimowym słyszało się czasem nawet polszczyznę.

 

W mojej młodości świat był pełen niespodzianek, ale na starość objawy polskości stanowią moją główną rozrywkę.

 

10 kwietnia Jarosław Kaczyński wezwał swój naród, żeby był zwarty. Chodziło mu o zatarasowanie jego polskości przed obcymi. Już 2 tygodnie później „Gazeta Polska” piórem Doroty Kani zaatakowała emerytowanego generała Mirosława Różańskiego, chociaż więcej niż on gwiazdek mają tylko niebo i Hollywood. Ten wojak co prawda nie jest Żydem, islamistą, biedroniowcem lub niekatolickim prawosławnym, ale urządził kiedyś ochlaj dla oficerów. I dopuścił do tego, że z naszym zwartym wojskiem popijał oficer Bundeswehry w swoim wrogim Polsce mundurze. Co, zdaniem Kani, przeczy polskiemu patriotyzmowi Różańskiego.

 

W „Sieci” red. Pyza stwierdził, że wciąż nie wiadomo, kto wymordował Żydów w Jedwabnem. Trzeba to ustalić, aby od członków zwartego narodu polskiego oddalić podejrzenie o tę zbrodnię. Bez poznania narodowości sprawców zdarzenie używane będzie przeciw Polsce.

 

Czym Judasz wobec Chrystusa, tym były minister Rostowski wobec Chrystusa narodów, czyli Polski. Zdradził jego zwartość, podle wykorzystując to, że oprócz polskiego obywatelstwa jest też poddanym królowej brytyjskiej, kandyduje więc w jej, czyli obcym państwie do Parlamentu Europejskiego. Cała Polska się go brzydzi. Spalił się w narodzie jak kukła Judasza w Pruchniku. Miarodajny senator PiS Grzegorz Bierecki mógł mieć na myśli m.in. Rostowskiego, gdy zdaniem „Gazety Wyborczej” mówił: „Nie ustaniemy, aż nie doprowadzimy do pełnego oczyszczenia Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej”. Dodam, że Polska była już raz zwarta, silna i gotowa, gdy we wrześniu 1939 r. odniosła moralne zwycięstwo nad dwoma największymi mocarstwami kontynentu – Niemcami i Związkiem Radzieckim.

 

Przeciwieństwem zwartej jest Polska rozwarta jak dziwka, do której kto zechce, wtryskuje swoją obcość. Na przykład Bruksela „Pieśń o radości”, chociaż Polak wie, że tylko głupiemu radość. Nabazgrał ją Beethoven Ludwig van, będący Niemcem i na domiar śmieszności głuchym. Pragnął on wygryźć spomiędzy geniuszy muzycznych wielkiego kompozytora Wybickiego, polskiego, więc zdolniejszego hymnopisa.

 

Uważam, że w dążeniu do zwarcia Polska musi teraz wydać prawo, które po dekomunizacji zrepolonizuje nasze ulice i kamienice. Precz wszystkie taxi, puby, cafe bary, welcomy, office, travele, busy, pizzerie i coctail bary. Ustawa wszystkie knajpy przemianuje na swojsko brzmiące karczmy. Zamiast taxi wzywać więc będziemy furmanki spalinowe, a w e-adresach zamienimy małpę na warchlaka.

 

Jako zintegrowany naród rzucimy się wespół wzespół, żeby obronić złote z papieru przed inwazją euro. Będziemy zwierać się zresztą na każdym polu, gotowi na nim lec. I głosować właśnie na zwieracza, który co prawda niczego nie popuści, ale urbanizm wydali.

„Mój brat z SS” – Jerzy Urban (felieton) „NIE” nr 17-18 / 2019

wiater.jpg
W Niemczech oskarżają i sądzą 92-letniego strażnika niepolskiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego. Deklaruję solidarność ze ściganym.

 

Podsądny nie mordował, tylko pilnował osadzonych. Strzelał wyłącznie wtedy, gdy ktoś uciekał, nieprowokowany więc nie zabijał. Podobne uprawnienia, nasze państwo nadaje ochronie więzień.

 

Niemiecki strażnik jest sądzony za zajęcie, którym parał się 75 lat temu. Przez taki czas każdy się zmienia. Choćby, jak on, z dziarskiego młodzieńca w kupę nieszczęścia.

 

Oskarżenie twierdzi, że strażnik nie musiał nim być, mógł odmówić wykonania tej pracy. To kłamstwo. Za podobną niechęć do zajmowania stanowiska, m.in. na wieżyczce strzelniczej, rutynowo wysyłano na front wschodni. Szansa przeżycia i zachowania kompletu rąk i nóg wynosiła tam pół na pół. Szczęśliwców najczęściej czekał obóz jeniecki w ZSRR. Z tych zakładów 10 lat po wojnie wróciła nikła mniejszość „plennych”. Eksstrażnik był nim więc w obozie z wyższej konieczności, bo dla ocalenia życia lub integralności cielesnej.

 

Skazanie starca dokona się tylko pro forma. Prawdopodobieństwo, że dożyje on prawomocnego wyroku jest bowiem nikłe. Praca wymiaru sprawiedliwości pójdzie się więc jebać, a koszty pieniężne znęcania się nad tym człowiekiem są znaczne.

 

Szkoda, że obrońca dziadygi nie czyta „NIE”, nie może się więc powołać na solidarność Żyda z podsądnym. Deklaruję ją, mając w pamięci własne doświadczenia psychologiczne. Są one związane z niehitlerowskim, niestalinowskim, lecz łagodnym i powściągliwym w represjach systemem władzy generała Jaruzelskiego.

 

Gdy w połowie 1981 r. przyjąłem propozycję pracy w rządzie, sam dla siebie ustanowiłem szlaban: odejdę, jeżeli nasze władze swe oskarżenia opierać będą na fałszywych, wytwarzanych przez siebie dowodach, m.in. na wymuszanych zeznaniach. To ograniczenie uczestnictwa wywiodłem z doświadczeń mojego dorosłego życia. W połowie lat 50. XX w. przystąpiłem do krytycznego wobec realnego socjalizmu, a skrajnie antystalinowskiego tygodnika „Po prostu”. Czytać wtedy zacząłem o zbrodniach stalinizmu w ZSRR i u nas nie tylko w książkach wydawanych po polsku w kraju i za granicą, ale i w dostępnych mi dokumentach. Szczególne wrażenie wywarł na mnie raport komisji Szerera, prześlepiony w czasie gdy powstał. Chyba nieznany też współczesnym historykom. Śledząc ich publikacje, nie znajduję bowiem żadnych do niego odniesień.

 

Mieczysława Szerera znałem osobiście. Był bezpartyjnym sędzią Sądu Najwyższego PRL. Przed wojną wysokim urzędnikiem sanacyjnego rządu i mężem wielkiego przemysłu w osobie córki Lilpopa. Czyli niereżimowcem. W zalewie opisów zbrodni „minionego etapu” jego raport wyróżniał się jednym doniesieniem, które mną wstrząsnęło.

 

Prezydent Bolesław Bierut w czasie swego urzędowania przedstawiany był jako dobrotliwy pan. Na starych kronikach filmowych słodka sarenka wyprowadza głowę państwa na spacer. Według Szerera Bierut kiedy odmawiał prawa łaski przeciwnikom skazanym na śmierć, bywało, że dołączał pisemną uwagę, żeby zaczekać z egzekucją, zatajać, że jest nieuchronna. Skazaniec, bojąc się śmierci, może bowiem oferować jeszcze jakieś zeznanie przydatne w kolejnych procesach politycznych. Wydało mi się to szczególnie obrzydliwe.

 

W epoce Gomułki po 1956 r. nie fabrykowano już fałszywych dowodów, lecz bywało, że w inny sposób naciągano oskarżenie. Np. kierowca, który za 500 zł wywiózł coś ciężarówką z zakładu i ze śledztwa wynikało, iż nie musiał wiedzieć, co w niej jest, skazywany był za uczestnictwo w zorganizowanej grupie przestępczej na 20 lat, a nawet więcej. W Nowym Dworze zdarzyły się przypadki gwałcenia dziewczyn i zabójstwo jednej z nich. Władze stworzyły zaś psychozę, w której wyniku w całym kraju zapanowała epidemia rzekomych gwałtów. Uczestniczki życia seksualnego polubiły bowiem oskarżanie partnerów o przemoc, co czyniło z nich bohaterki sal sądowych i mediów, a też niewiniątka w gronie rodzinnym.

 

To wszystko, do kupy biorąc, skłoniło mnie do zakreślenia sobie może nisko postawionej, ale moralnej bariery uczestnictwa we władzy. Nie dotrzymałem zobowiązań wobec siebie. Nawet nie zauważałem, że pokonuję poprzeczkę.

 

Nie odszedłem, gdy MSW obwiniało warszawskie pogotowie ratunkowe o śmierć maturzysty Przemyka. Domyślałem się, że zgon był skutkiem pobicia chłopca na komisariacie milicji na Starym Mieście, a oskarżanie sanitariuszy jest preparowane w obronie funkcjonariuszy. Miałem dla siebie usprawiedliwienie w tym, że opozycja oskarżała nas wtedy o umyślne mordowanie jej dzieci, po to żeby zastraszyć rodziców. Straszliwe to kłamstwo naszych wrogów trzeba było odeprzeć. Cóż więc, że zrobiono to nieudolnie. Dziś wiemy już, że policji w każdym ustroju zdarza się takie bicie aresztantów, iż nie udaje się im przeżyć.

 

Motywu obrończego pozbawione jednak było oskarżenie o szpiegostwo amerykańskiej dziennikarki nazwiskiem Gruber. Miała ona przejmować od kuriera przybyłego pociągiem z Gdańska fotografie obiektów wojskowych. Przypuszczałem, że to ustawka, ale nie złożyłem urzędu. Dziennikarkę wyproszono z Polski. Tłumaczyłem sobie, że przecież nic złego jej się nie stało. Przez to zasada, którą sobie narzuciłem, stała się mało ważna.

 

Kilkanaście lat później, już za niepodległości, urządziłem w domu przyjęcie dla byłego ambasadora USA w Warszawie Daviesa i grupy dawnych korespondentów zachodnich, którzy zrobili sobie wtedy zjazd w Polsce. Obecna na ochlaju Gruber poprosiła mnie o dowiedzenie się, dlaczego właśnie ją kontrwywiad zrobił szpiegiem. Spełniłem jej prośbę. Napisałem do niej, iż wyjaśniono mi, że była kochanką szefa CIA na Polskę, działającego pod przykrywką dyplomaty. Spodziewano się więc, że gdy Gruber opuści Polskę, w ślad za nią wyjedzie szef placówki wywiadowczej. Kiedy jednak Gruber fałszywie wtedy oskarżono, rozpyliłem to kłamstwo, nie znając jego miłosnego podłoża, czyli usprawiedliwienia dla siebie przed sobą.

 

Przez te stare historie pragnę wyrazić prawdę uniwersalną, że uczestnicząc w jakiejś grupie – w moim przypadku we władzach PRL – stopniowo zapomina się o etycznych ograniczeniach, które na początku wielu ustanawia sobie samym.

 

Dotyczy to kłamiącej elity PiS i jej podwładnych ślepo wspomagających łganie. Poczucie zła kurczy się przez zbiorowe w nim uczestnictwo. Ludzie parający się polityką bardziej są przyzwoici w pojedynkę niż pod osłoną stada. Zresztą ja uważam moralność w ogóle za ucisk stada, czasem trafny, częściej nieuprawniony.

 

Nie sądzę, żeby strażnik hitlerowskiego obozu postanowił sobie, że strzelając do uciekiniera, nie trafi. Ludzie komplikujący swoją służebność nie bywają bowiem zwykłymi strażnikami. Moje doświadczenia dotyczące rozluźniania sobie rygorów w toku uczestnictwa należą jednak do powodów tego, że rad bym bronić esesmana jak siebie samego. Rozszerzam przez to tolerancję wobec uczestnictwa w ogóle. Niezawiśli, bo niemieccy sędziowie! Łapy przecz od mojego prekursora z SS.

„Tysiąc plus minusy” (strajk nauczycieli – felieton) – Jerzy Urban, tygodnik „NIE” nr 14 / 2019

Nauczyciele trafnie mówią, że niskie płace powodują to, że do zawodu trafiają głównie nieudacznicy, co pociąga za sobą niski po­ziom nauczania. Wobec tego należy uznać, że tysiąca plus domagają się nieudacznicy. Słyszymy, że podwyżka płac spowoduje, iż do szkół będą trafiać zdolniejsi magistrowie. Na poziom nauczania wpłynie to może za 10 albo więcej lat. Natomiast tysiąc plus ma być natychmiast, a nawet wstecz.

strajkowacniestrajkowac.jpg

W sytuacji okołostrajkowej znamienne jest także to, że w imieniu belfrów publicz­nie występuje wąska elita tego zawodu, bo reszta potrafi tylko jęczeć z biedy.

 

Wybitniejszym od resz­ty nauczycielom warto dołożyć nawet po 2 tysiące. Na jakiej to jednak rampie można by wyodrębnić elitę, mówiąc: zdolniachy na lewo, przeciętniacy na prawo? I czy se­lekcjonerem powinna być minister Zalewska, symbolizująca i reprezentująca podprzeciętność?

 

Zacząłem naukę od wiejskiej szkoły w czasie okupacji. Zajęcia prowadził tylko jeden pedagog i jego kij. Nasz pan był więc dobry, bo bezkonkurencyjny. Po wojnie ze świadectwem z klasy czwartej trafiłem wprost do gimnazjum. Wykładała tam wyłącznie elita. Matematyk był tak porywają­cy, że ponad połowa mojej klasy po maturze poszła na ten kierunek studiów, co nigdzie i nigdy później nie zdarzyło się w przyro­dzie. Historyk nie uczył o przewagach pol­skiego oręża, tylko o dziejach zakładania i rozwoju miast, jako klucza do cywilizacji. Polonistka ocenzurowała mi referat o Pił­sudskim, który miałem przeczytać, ponie­waż uznała go za nazbyt krytyczny. A prze­cież działo się to za socjalizmu.

 

Powód zgromadzenia się w mojej szkole wybitnych, samodzielnie myślących nauczycieli był tylko jeden. W Łodzi, gdzie to się działo, wtedy jeszcze nie było uniwersy­tetu. Gdy powstał, pedagodzy z gimnazjum i liceum im. Kościuszki (dawniej Piłsud­skiego) odpłynęli na katedry i potem już dupa blada. Wniosek z tego taki, że likwi­dacja setek uczelni, zatem i masy profeso­rów, bardziej poprawiłyby jakość szkolnego nauczania niż radykalna podwyżka płac.

 

Jako były uczeń nie lubię belfrów, gdyż żadna inna grupa ludzi nie udręczyła mnie tak bardzo. Godzinami musiałem siadywać w bardzo niewygodnych wtedy ławkach i – jak pies Pawłowa – reagować na dzwon­ki. Wszystkie obywatelki i obywatele RP przymusowo uczęszczali kiedyś do szkoły. Mimo to na ogół popierają teraz roszcze­nia płacowe belfrów. Czyli nie żywią urazy. Krótka pamięć krzywd wynika chyba stąd, że większość byłych uczniów ma teraz dzieci w wieku szkolnym i potrzebuje jakiejkolwiek przechowalni dla bachorów. Tkwiąc w domu, dziatwa byłaby opresją nie do wytrzymania dla rodziców. Mniejsza więc o to, czy strażnikami potomków są Einsteiny, czy bezmózgowce pokroju minister Zalew­skiej. Straszną byłaby bowiem dla rodziców wizja odpływu belfrów ze szkół do kas w „Biedronce”. Bo gdzieżby indziej.

 

Trwa teraz walka dwóch rzeczników o program nauczania. Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, opierając się na orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego z 2003 r., wskazuje, że wiedza wciskana w szkole nie musi, a często nie może być zgodna z przekonaniami rodziców. Podzie­lam ten pogląd. Rodziców uczyli nauczy­ciele i dlatego są wśród nich antyszczepionkowcy, negacjoniści prawdy, że człowiek wyewoluował z małpy, wyznawcy płaskości Ziemi i osoby przekonane o tym, że źró­dłem onanizmu dzieci jest powiedzenie im o tym, że taka przyjemność istnieje. Bodnara okłada Rzecznik Praw Dziecka Pawlak. Jego zdaniem RPO pragnie, by w szkołach uczyć, że gdy żyje ze sobą para gejów, jeden z nich może zajść w ciążę. Pawlak jest nominantem PiS, ma więc chorą wyobraźnię.

 

Jeżeli nauczyciele dostaną 1000 zł pod­wyżki, jej dawcą będzie rząd PiS. Nikt z czasem nie będzie pamiętał, że zosta­ła ona wymuszona strajkiem. Belferstwo z wdzięczności za 1000 zł poprze więc pisowatego Pawlaka. A ten twierdzi, że liberało­wie już w żłobkach chcą pensjonariuszy za­chęcać do seksu. (Źródło: „Gazeta Polska” z 27 marca. Artykuł Katarzyny Gójskiej, żony Rachonia z TVP). W realu masturbują się raczej ci, co u żłobu, niż w żłobku.

 

Radykalne zwiększenie płac nauczycie­li może też spowodować rządowy zaciąg do szkół zwolenników partii rządzącej wywo­dzących się z nizin umysłowych. Posady nauczycielskie staną się więc atrakcyjne dla osób żyjących z aktywizmu w Klubach „Gazety Polskiej”, z uczestnictwa w po­chodach szowinistów, z wycieczek na Węgry w potrzebie zbiorowego lizania dupy Orbana, z piechurów z Marszy Niepodległości i innej mierzwy.

 

Tysiąc plus jeszcze bar­dziej rozmnoży też w szkołach księży kate­chetów. Po podwyżce każdy już członek kleru pchać się bowiem będzie na państwowy etat.

 

Przed maturą, w 1951 r. moja matka objeżdżała członków komisji egzaminacyjnej po domach. Samicom rozwoziła jedwabne chustki i pończochy, samcom da­wała krawaty i wodę kolońską. Wszystkie te wspaniałości jej kuzyn z Mediolanu hurtem przysyłał w paczkach na handel. Starczyło wówczas takie gówno i oto maturę mam po dziś dzień. Gdybym zdawał ją w roku 2019, czyli 70 lat później, to po podwyżce płac belfrów koszt świadectwa wzrósłby odpowiednio. Matki nie byłoby więc stać na wyzwolenie mnie ze szkoły. Zamożni na­uczyciele oczekiwaliby od niej kluczyków do samochodów, a nie galanterii.

 

Po podwyżce belferstwo nabierze też pewności siebie. W moich czasach szkolnych było ono bezradne, gdy np. na lekcji smażyłem sobie jajecznicę albo z opilstwa rzygałem z okna mojej klasy na ulicę. Te­raz, będąc paniskami, złapałoby ono mnie za mordę. Tysiąc plus spowoduje więc ha­niebne ujarzmianie uczniów, uwiąd ich swobody bycia.

 

Oto racje, dla których nie popieram ra­dykalnego dokarmienia belfrów. Gdyby jednak nie wygrali oni z rządem, gotów będę poprzeć ich następne żądania wiązką odwrotnych argumentów.

Brzydka, święta i ruda (recenzja filmu na temat św. Faustyny Kowalskiej pt. „Miłość i miłosierdzie”) – ŁUKASZ PIOTROWICZ, TYGODNIK „NIE” numer 14/2019

PIO-sekretarka.jpg

Niedoszły poseł PiS z kamerą wśród świętych i demonów.

 

Jeżeli premiera filmu objęta jest patronatem prezydenta, koproducentem jest TVP, a finansowego wsparcia udziela KGHM – jest to wydarzenie wagi państwowej. Z taką pompą do kin wkroczył film Michała Kondrata „Miłość i miłosierdzie”fabularyzowany dokument o życiu katolickiej świętej zakonnicy Faustyny Kowalskiej.

 

Łódzką premierę filmu patronatem objęli: prezydent miasta Hanna Zdanowska, wojewoda łódzki Zbigniew Rau oraz marszałek województwa Grzegorz Schreiber. Bohaterka filmu była z Łodzią biograficznie związana – jest nawet patronką miasta, co uchwalili radni w 2005 r. Porażony takimi historycznymi, samorządowymi i państwowymi okolicznościami pognałem do jednego z łódzkich kin, aby to wiekopomne dzieło zobaczyć.

 

Technicznie seans nie różnił się niczym od projekcji, dajmy na to, „Króla Lwa”. Liczyłem przynajmniej, że zamiast coli i popcornu obsługa zaproponuje wino mszalne i dietetyczne opłatki, ale się przeliczyłem.

 

Jezus i Rysiek

 

W zajawce filmu dystrybutor zapowiada: „Nieujawnione dotąd fakty i odkrycia grupy ekspertów pozwolą nam poznać prawdę o wpływie Bożego Miłosierdzia na losy świata oraz potęgę przesłania, które Jezus przekazał ludzkości za pośrednictwem prostej polskiej zakonnicy, a dziś świętej, siostry Faustyny Kowalskiej”. Nowością jest to, że twarz Jezusa z obrazu namalowanego na podstawie przywidzeń Faustyny Kowalskiej to ta sama twarz, co na Całunie Turyńskim. No, kurde, faktycznie podobny – jak każdy z miliona namalowanych na tę samą modłę Chrystusów. Dla mnie jednak większym szokiem było to, że Rysiek z „Klanu” żyje. Żyje i jest ojcem św. Faustyny. Występuje w pierwszej scenie części biograficznej. Stanowczo wali pięścią w stół i nie pozwala córce pójść do klasztoru, zrywając z wizerunkiem ciepłych kluch z „Klanu”.

 

Film jest kolejnym dewocyjnym gniotem. Zaczyna się abstrakcyjnie, bo od stworzenia świata. Poeta chyba miał na myśli to, że Pan Bóg, tworząc ten łez padół, już myślał o Polsce jako centrum Wszechświata, w którym objawi się moc boskiego miłosierdzia. Rozmach ten imponuje megalomanią. Niestety mimo wielkich nadziei produkcja nie odbiega poziomem od standardowych katolickich kiczów. Historia nie porywa: mimo zakazu Ryśka z „Klanu” Helena (to jej prawdziwe imię) wstępuje do klasztoru, uprzednio pracując ciężko na wiano, którego wniesienie było wówczas nieodzownym warunkiem dla panien chcących przywdziać habit. Zostać zakonnicą każe jej przecież sam Jezus. Początkowo Helena opiera się i rzuca w wir rozrywek, ale głosy w głowie są coraz głośniejsze. Wygrywają z rozsądkiem. W zgromadzeniu sióstr Matki Bożej Miłosierdzia otrzymuje imię Faustyna i kontynuuje przygodę z zaświatami. Nieufnie traktowana przez towarzyszki i władze kościelne, po latach zostaje wielką świętą, oczywiście dzięki J.P. 2. Chrystus podyktował jej koronkę do miłosierdzia bożego i kazał namalować obraz z podpisem: „Jezu, ufam Tobie”, dzięki czemu teraz można wymodlić cuda. The end.

 

Większe aspiracje artystyczne miał inny film o nawiedzonej zakonnicy, zatytułowany po prostu „Faustyna”. Wyreżyserował go w 1994 r. Jerzy Łukasiewicz, a mniszkę zagrała Dorota Segda. Zagrała tak, że za tę rolę otrzymała Złotą Kaczkę w 1996 r. W filmie Kondrata w rolę Faustyny wcieliła się atrakcyjna i wysoka Kamila Kamińska. Jest to kolejne przekłamanie w filmie. W prawdziwym życiu Helena Kowalska była pucołowatym rudzielcem. Propaganda kościelna uszlachetniła rysy jej twarzy, żeby nie było wstydu na świętych obrazkach. Taka zaleta czasów raczkującej fotografii. Podobnie uwznioślono urojenia Kowalskiej.

 

Faustyna stulecia

 

Przypomnijmy, że bohaterka fil­mu „Miłość i miłosierdzie” została wybrana Polką stulecia w plebiscycie Konfederacji Kobiet RP. Pokonała w tym wyścigu „Inkę”, kumpelę J.P.2 Wandę Półtawską, a nawet Annę Wa­lentynowicz. Na liście do głosowania nie znalazła się np. Maria Skłodowska-Curie, ale czego ona w sumie do­konała? Z wyższym wykształceniem to każdy może odkryć jakiś pierwiastek. Natomiast Kowalska, skończywszy za­ledwie 3 klasy, odkryła w sobie boski pierwiastek i do dzisiaj działa cuda, o jakich się filozofom nie śniło. Ani fizykom, ani chemikom. W konkursie Konfederacji Kobiet RP chodziło o to, aby uhonorować te niewiasty, które „nie dały porwać się nurtowi femini­zmu, pokazując, czym jest prawdziwa kobiecość”. Ten warunek Kowalska wypełnia stuprocentowo.

 

Nieco przykre, że Polki kato­liczki obrały sobie za idolkę kobietę będącą symbolem poddaństwa i uległości. Nawet w jej własnych wizjach Jezus nazywał ją lekceważąco swoją „sekretarką” i kazał być we wszystkim posłuszną spowiednikowi (też chłopu).

 

Podyktował jej przesłania i nabożeń­stwa, ale jednocześnie ostrzegał, że bez męskiej pomocy w postaci księdza sobie nie poradzi. Z uwagi na wiejskie pocho­dzenie i urojenia była traktowana z góry przez inne zakonnice, a z powodu bra­ku wykształcenia posyłano ją do naj­prostszych robót fizycznych. To właśnie ma stanowić o jej wielkości. Jak napisano w katolickim piśmie dla młodzieży „Miłujcie się”, „w tym właśnie duchu prosta zakonnica dochodziła do bram świętości, pełniąc zwykłe obowiąz­ki kucharki, ogrodniczki i furtianki w domach zgromadzenia w Krakowie-Łagiewnikach, Płocku i Wilnie. Ćwiczyła się przy tym w trzech cno­tach, które – jak przekazała jej Matka Boża – są Bogu najdroższe: w pokorze, czystości i miłości Bogu”.

 

Partia egzorcystów

 

Najbardziej fascynujące w „Miłości i miłosierdziu” jest to, jak taka słabizna zyskała rozgłos oraz przychylność polityczną i finansową. Odpowiedź brzmi: partia. Z partią związany jest bowiem reżyser Michał Kondrat. Na swojej stronie internetowej przedstawia się tak: „Z wykształcenia jestem eko­nomistą, z pasji reżyserem i producentem, a z serca chrześcijaninem”. Tę trzecią wadę uczynił swoim zawo­dem. Jego hobby – oprócz filmowania świętych – jest również przepędzanie demonów. Przez kilka lat był asysten­tem nieżyjącego już egzorcysty ks. Jana Szymborskiego. Tak to wspomina: „Wychowałem się w rodzinie katolic­kiej, jednak Boga odnalazłem w moim życiu dopiero w 2002 r., kiedy przeży­łem swoje intensywne nawrócenie. Niedługo potem ks. Jan Szymborski – warszawski egzorcysta, zaprosił mnie, by raz w tygodniu pomagać mu przy egzorcyzmach. Moja posługa trwa­ła 5 lat, do czasu przejścia ks. Jana na emeryturę. Czas poświęcony na modlitwę za osoby dręczone ducho­wo miał duży wpływ na rozwój mojej wiary. Doświadczenia z tamtego okre­su zapewniły mnie o istnieniu Boga i o tym, jak ważne jest, abym wszyst­ko, co robię w życiu, Jemu podporząd­kowywał”. Owocem współpracy z eg­zorcystą i demonami jest film z 2013 r. „Jak pokonać Szatana”.

 

Reżyser obdarzony jest również tem­peramentem politycznym. Dwukrotnie był pisowskim radnym Warszawy. 2 razy kandydował do Sejmu z list PiS. W 2011 r. jego kandydaturę poparł Marek Jurek: „Wierzę, że Michał Kondrat będzie konsekwentnie pracował na rzecz wartości cywilizacji chrześcijańskiej i reprezentował opinię chrześcijańską w Polsce. Potrzebujemy ludzi, którzy będą to robić odważnie, konsekwent­nie, mądrze”.

 

Kondrat miał również re­komendację swojego kolegi egzorcysty, ale mandatu nie dostał. Fucha asysten­ta egzorcysty to w partii Kaczyńskiego przepustka do kariery. Przypomnijmy, że swoimi paranormalnymi pasjami chwalił się Dominik Tarczyński. Ten absolwent prawa kanonicznego na KUL ma za sobą epizod asystowania przy ry­tuałach brytyjskiego egzorcysty ks. Jere­miego Daviesa. „Kilkaset osób zgłosiło się z prośbą o pomoc, bo psychiatrzy nie mieli dla nich wyjaśnienia. Po­ruszały się przedmioty, osoby pluły gwoździami, znały twoje grzechy, mó­wiły w kilku językach” – wspominał swoją przygodę.

 

Taśmy wiary

 

Tematyka twórczości Michała Kon­drata kręci się wokół tego, co może sprzedać się w parafiach i na co można wyciągnąć patriotyczno-kościelne gran­ty. Poprzedni jego film, „Dwie korony”, opowiadał o Maksymilianie Kolbem. Świętego antysemitę przedstawiono w tym obrazie jako geniusza i wizjone­ra, niemal na miarę Leonarda da Vin­ci. Ukazano jego zmysł konstruktorski (chciał budować maszynę lecącą w ko­smos), sprawność logistyczną, umiejętne zarządzanie zasobami ludzkimi i wiele innych cnót. W rolę Kolbego wcielił się Adam Woronowicz (mający na koncie rolę Popiełuszki), a jego kompana zagrał spobożniały ostatnio Cezary Pazura.

 

W 2017 r. prawicowe i katolickie media piały z zachwytu, że oto film o naszym świętym męczenniku pod­bija festiwal w Cannes. „Będzie to jedyny nowy polski film pełnometrażowy wyświetlany podczas festi­walu w Cannes, który rozpoczyna się dzisiaj (17 maja 2017 r.)” – donosił portal internetowy „TVP Kultura”.

 

O  sukcesie polskiej produkcji in­formowały Kurskie „Wiadomości”. Szybko okazało się jednak, że to tylko piarowa zagrywka pana reżysera. Wyperswadował to butnemu reżyserowi rzecznik Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Premiera filmu o św. Maksymilianie nie odbywała się bowiem na festiwalu, lecz na towarzyszących mu targach Marché du Film, gdzie każdy może sobie wyświetlić, co chce, żeby się pokazać światowym dystry­butorom i licencję na swój produkt opylić. „Oświadczam, że w żadnym z komunikatów, które przekazywali­śmy mediom przez agencję enterPR, nie podawaliśmy, że film startuje w konkursie, a jedynie, że jego świa­towa premiera odbędzie się podczas Festiwalu w Cannes. Film został za­prezentowany na Marché du Film, które są spójną częścią Festiwalu Filmowego w Cannes” – kręcił reżyser przyłapany na gorącym uczynku. Przypominamy, że Kościół naucza, iż ojcem kłamstwa jest Szatan.

 

Polska Miedź świętych

 

Początek seansu „Miłości i miłosierdzia” umila widzowi wiadomość, że powstanie filmu wsparł KGHM. Ta spółka skar­bu państwa wyjątkowo hojnie wspiera Kościół. Działająca przy niej fundacja szczególnie szczodra jest dla parafii i zbożnych inicjatyw.

 

W 2018 r. na cele związane z Kościo­łem KGHM wydał ponad 3 mln zł. Ile miedziaków rzucono na tacę Michała Kondrata? Nie wiadomo. „Zgodnie z zapisami umów warunki umowy są poufne, w związku z tym nie możemy przekazać takiej informacji” – odpowiedziała dziennikarzom Anna Osadczuk, dyrektorka departamentu komu­nikacji KGHM. „Miłość i miłosier­dzie” wsparła też nieco przykurzona już w pamięci Polska Fundacja Narodowa, której założycielem jest m.in. KGHM. Mimo tak możnych mecenasów reżyser Kondrat zmuszony był przeprowadzić publiczną zbiórkę na swój film. Ze­brano 750 310 zł. Żebranina trwała do 19 marca 2019 r. Tymczasem premiera „Miłości i miłosierdzia” przypadła na 29 marca. Cud? Oczywiście – cud zaradności. „Niebawem ogłosimy, jaki nowy film o ważnej i wyjątkowej tematyce będziemy realizować w tym roku. Wszystkie darowizny wpłacone na konto Fundacji po 18 marca 2019 zostaną przeznaczone na jego realizację” – wytłumaczył specjalista od świętych i diabłów. Błogosławieni, któ­rzy nie widzieli, a uwierzyli! Tematów nie zabraknie. W kolejce do ekranizacji czeka jeszcze kilkaset żywotów polskich świętych i błogosławionych. Oby tylko budżet KGHM to wytrzymał. W końcu jest z miedzi, a nie z gumy.

„Amfa nasza jest zwycięska” – TADEUSZ JASIŃSKI, „NIE” nr 14 / 2019

Screenshot - 2019-04-05 , 06_28_16.jpg

Co roku dzięki narkotykom liczebność naszego wojska nieco spada.

 

Żandarmeria Wojskowa lubi się chwalić. Szczególnie jeśli ma do opi­sania akcję taką jak z końca marca, kiedy to funkcjonariusze zajechali w Stężycy drogę samochodowi z przestępcą. Potem obrzucili go materiała­mi hukowymi, by wreszcie użyć siły fizycznej i wyciągnąć faceta z autka. A następnie rzucić nim o glebę i zakuć w kajdanki.

 

Gdy do tej sensacyjnej akcji dodać to, że w tym samym czasie inne ekipy wyważyły drzwi w kilku dęblińskich mieszkaniach, to duma z polskich żandarmów rośnie. Ze strażników granicznych też, bo i oni uczestniczyli w operacji. Nie tyko w Dęblinie. Na­lotów dokonano również w Mińsku Mazowieckim.

 

Dzięki temu zatrzymano 17 osób. Z czego 8 to żołnierze: czterech szere­gowych, czterech podoficerów. Mun­durowi aresztanci służyli w 41. Bazie Lotnictwa Szkolnego w Dęblinie oraz 23. Bazie Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim. Żandarmeria nie omieszkała dodać, że „wśród zatrzymanych nie ma oficerów i lotników”. No i tego, że „w trakcie przeszukań zabezpieczono kilogram amfetaminy i ponad 18,5 kg marihuany”. Bo w całej akcji chodziło o dra­gi. Rozprowadzane głównie wśród lotników.

 

Na tym jednak nie koniec tego­rocznych sukcesów Żandarmerii Wojskowej w zwalczaniu środków psychoaktywnych w armii. W lutym żandarmi „rozbili grupę przestęp­czą zajmującą się rozprowadzaniem narkotyków. W skład gangu wcho­dzili żołnierze 18. Białostockiego Pułku Rozpoznawczego”. Handlo­wali amfą i trawą. Co ciekawe, mimo nazywania tego towarzystwa gan­giem, prokuratura zgodziła się, aby wobec dilujących żołnierzy zastoso­wano jedynie „dozór przełożonego wojskowego”.

 

2 tygodnie później w województwie zachodniopomorskim było wyważanie drzwi o świcie, granaty hukowe i „przy­mus bezpośredni” – w 34 mieszka­niach. Zamknięto 19 osób, w tym dzie­sięciu żołnierzy. Oprócz tego, że ŻW miała dowody, iż towarzystwo opychało dragi w wojsku od połowy 2018 r., to z domów aresztowanych funkcjonariu­sze wynieśli 3 kg amfetaminy, 1,5 kg marihuany, 53 g MDMA i 43 g kokainy.

 

5 zatrzymanych siedzi tymczasowo przez 3 miesiące.

 

Opowieści o zatrzymaniach w ostat­nich trzech latach można by przyto­czyć przynajmniej kilka. Żandarmeria zamykała wojskowych dilerów wszę­dzie, gdzie były jednostki wojskowe. I to niekoniecznie tylko nasze, ale i sojusznicze, czyli amerykańskie zna­czy. Bo, jak się okazało, współpraca polsko-amerykańska w rozprowadza­niu prochów kwitnie.

 

O ile jednak dzięki kilkunastu co roku enuncjacjom żandarmerii o ak­cjach przeciwnarkotykowych w woj­sku Putin wie, co najbardziej lubią palić i wąchać polscy żołnierze, o tyle po pierwszej wzmiance o narkokooperacji naszych z US Army sojusznicy nałożyli na te informacje embargo. Wiadomo zatem tylko tyle, że towar dostarczali Amerykanie, wwożąc go na pokładach należących do Wuja Sama samolotów transportowych.

 

Marycha – nie, amfa – tak

 

W każdej sprawie o narkotyki w wojsku żandarmeria ma do czy­nienia z marihuaną i amfetaminą. Co zdaniem ekspertów jest absolutnie bez sensu. Albo wręcz przeciwnie.

 

Wypalone konopie indyjskie powo­dują zmianę percepcji czasu i odległo­ści. Znaczy komuś wydaje się, że coś jest dalej lub bliżej, niż jest – zatem celnie sobie nie postrzela. Upalony może wi­dzieć dźwięki i słyszeć kolory. Temu wszystkiemu towarzyszą z reguły dobre samopoczucie, euforia, wyższa samo­ocena, odprężenie i spadek samokon­troli. Często po paleniu ma się wrażenie, że zmysły się wyostrzyły, a świat jest prostszy do zrozumienia, czyli zaczyna się filozofować i gadać po próżnicy.

 

To wszystko to nie są cechy, które powinny charakteryzować żołnierza. Zwłaszcza że udowodniono, że palenie trawy krótkoterminowo osłabia pa­mięć, rozwala koordynację wzrokowo-ruchową i koncentrację uwagi. Oraz zaburza tak ważne w armii czynności automatyczne. Ba, u osób o zdrowej psychice marihuana osłabia agresję. Chyba że ktoś ma zaburzenia o podłożu psychicznym – co w wojsku może być częstsze niż gdzie indziej – wtedy trawa zachowania agresywne nasila.

 

Tak czy inaczej trawka jako sub­stancja pacyfistyczna przez wojsko powinna być tępiona.

 

Ale amfetamina? Przecież wymy­ślono ją właśnie z myślą o żołnierzach. Wehrmacht i Luftwaffe odbierały mi­liony tabletek perwityny, czyli amfe­taminy. Niemieccy czołgiści dostawali amfę w specjalnie przygotowanej dla nich czekoladzie.

 

Brytyjczycy i Amerykanie od 1943 r. mieli amfetaminę w niezbędnikach. Instrukcja kazała im łykać w czasie walki 5-miligramową tabletkę co 6 go­dzin. Do czasu pokonania Hitlera Brytole i Amerykanie zjedli ponad 4 mln proszków z amfą.

 

Na tym nie koniec. Jeszcze w 2006 r. regulamin służb medycznych Sił Po­wietrznych USA pozwalał na wydawa­nie pilotom tabletek z dexedryną – po­chodną amfetaminy. Sprawa walnęła się dopiero po tym, gdy w okolicach Kandaharu amerykański pilot na dexedrynowym haju otworzył ogień do ka­nadyjskich żołnierzy. Czterech zginęło, ośmiu zostało rannych. Media zrobiły burzę i amfa musiała z wyposażenia pi­lotów zniknąć. W oczach dowódców ten psychoaktyw wciąż ma uznanie.

 

Nie może być inaczej, bo po jego za­życiu otrzymuje się żołnierza wzorco­wego. Zwiększa mu się koncentracja, zmniejsza zmęczenie, znika łaknienie i rośnie wytrzymałość. Chwilowo po­prawiają się umiejętności zapamięty­wania, ma poczucie mocy i przestaje odczuwać lęk. Z powodu niezdolności do racjonalnej oceny własnych zacho­wań staje się podatniejszy na rozkazy. No i ma wyrąbistą agresję.

 

Trudno się zatem dziwić, że piloci z Dęblina i Mińska Mazowieckiego wiedzą, co dla nich dobre i z am­fetaminy korzystają ocho­czo. Bo to przecież dzięki niej polski lotnik poleci choćby na drzwiach od stodoły. Albo wyląduje poniżej płyty lotniska…

 

Drugs nach Osten

 

Badania na temat narkotyków w Wojsku Polskim są rzecz jasna utajnione. Jednak dowódcy nie ukrywają, że dragi są wszechobecne o skali zjawiska można jedynie gdy­bać, patrząc na doniesienia Żandar­merii Wojskowej. Te zaś pokazują, że nie ma na mapie polskich jednostek białych plam. A ponieważ – tak jak poza wojskiem – przypadki wykry­wania przestępczości narkotykowej to ledwie kilka procent zjawiska, to można uznać, że amfa i trawa są w wojsku równie powszechne, jak po­ranna musztra.

 

Złośliwi oficerowie napomykają, żeby ktoś przyjrzał się temu zjawi­sku w wojsku weekendowym, czyli w Wojskach Obrony Terytorialnej. To z myślą o naborze do tych jedno­stek Macierewicz w 2016 r. zmienił rozporządzenie mówiące o tym, że jeżeli we krwi, włosach lub moczu kandydata do armii znajdują się pozostałości po środkach psychoaktyw­nych, to kandydat kandydatem być przestaje.

 

Teraz jest tak, że jeśli u chętnego do wojska stwierdzi się w badaniu labo­ratoryjnym „obecność zabronionego środka psychoaktywnego”, to o tym, czy taki ktoś założy mundur, decyduje „konsultacja psychiatryczno-psychologiczna”. Dla niej zaś – według opinii oficerów – najważniejsza jest determinacja przyszłego żołnierza i jego chęć szczera służenia ojczyźnie. Tę wzmagają narkotyki.