„Nauka poszła między nogi” – Michał Marszał, tygodnik „NIE” nr 47 / 2018

Polska to śmieszny kraik w środku Europy. Dramatycznie komiczny.

rysunki wyslane feministkom.jpg

6 listopada Polską wstrząsnął skandal, przy którym II wojna światowa wygląda na niewinny żarcik. Otóż na Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie, na wydziale weterynaryjnym, na wykładzie dotyczącym żywienia zwierząt, prof. dr hab. Eugeniusz Grela, prorektor tej uczelni, odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi i Medalem Komisji Edukacji Narodowej, światowej sławy specjalista w zakresie badań żywności, paszoznawstwa i karmienia świniowatych, w biały dzień zaprezentował zgromadzonym w sali studentom ten oto zbereźny rysunek:

wiater.jpg

Autorem grafiki jest nie kto inny, tylko nasz redakcyjny kolega Tomasz Wiater, który – i tu się szczypać nie będziemy – jest obecnie najlepszym rysownikiem satyrycznym w polskich mediach. Dzieło powstało w 2011 r., a – jak wspomina artysta – inspirację do niego czerpał z doświadczeń wczesnej młodości.

– Jak wpierdalałeś jabłko, to ci mama nie mówiła, że w skórce jest najwięcej witamin?

– Mówiła.

– No właśnie – tłumaczy.

Sprawa zakończyłaby się zapewne krótkim rechotem studentów i przejściem do następnego slajdu o witaminach, gdyby nie czujność jednego ze zgromadzonych, który fragment wykładu uwiecznił i oburzony wrzucił na facebookową grupę Dziewuchy Dziewuchom – liczącą ponad 100 tysięcy członkiń najbardziej feministyczną społeczność w polskim internecie.

Tu – czego można było się spodziewać – oskarżono profesora, ale i naszego rysownika o szowinizm, seksizm, mizoginizm oraz promowanie kultury gwałtu.

Przestraszony popularnością swego wątku student pośpiesznie wpis usunął, ale tymczasem temat zdążył podchwycić „Dziennik Wschodni”. W artykule „Seksistowski »żart« profesora z Lublina wywołał burzę na Facebooku” pióra red. Katarzyny Prus uczony próbował się bronić, twierdząc: „To jest kwestia podejścia. Jeśli ktoś jest przewrażliwiony na jakimś punkcie, to odbierze to negatywnie, a mowa jest tylko o roli witamin, które są przecież w różnych częściach ciała. Poza tym rysunek, który pokazałem w prezentacji, jest dostępny w internecie. Nie widzę w tym nic niestosownego, ale studentów, którzy poczuli się urażeni żartem z mojej strony, przepraszam”.

Rzeczniczka uniwersytetu uspokoiła oburzone feministki, mówiąc, że „władze uniwersytetu zdecydowanie potępiają działania o takim charakterze”, a „sprawa stanie na kolegium rektorskim”.

To nie był jednak koniec przygód wykładowcy-żartownisia. Na warsztat wziął go prężnie działający w sieci Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych.

Choć trudno na obrazku dopatrzyć się rasizmu (chyba że fiut wypadało dać czarny, a ciągnąć go powinna Azjatka) oraz ksenofobii (nie ma tu strachu przed obcym, wręcz przeciwnie), zachowanie akademika skwitowano słowami: „Żadnej skruchy, wręcz kpi w żywe oczy”; „Czyli klasyka – mężczyźni ustalają, co kobiety powinny uznać za seksistowskie, a co nie”, a na koniec nazwano profesora mizoginem. Mizoginia, według definicji Słownika Języka Polskiego PWN, to „patologiczny wstręt mężczyzny do kobiet”. Ten – jeśli się nie mylę – raczej nie sprzyja wkładaniu im do ust członków, co przecież jest z reguły okazaniem miłości. Na buty wzięły następnie profesora „Fakt”, „Wirtualna Polska” i lokalna „Gazeta Wyborcza” – i gdy nie było już właściwie co z niego zbierać, postanowiłem wysłać wykładowcy pismo. Wcale nie po to, by bronić go przed feministkami. Zapytać chciałem, czy naprawdę w skórce jest najwięcej witamin.

Władze Uniwersytetu Przyrodniczego już przy pierwszej próbie kontaktu poinstruowały mnie, że prof. Grela mówić nie będzie, bo nie. On sam przesłał jedynie krótki i uprzejmy komunikat:

„Piękne dzięki za wyciągniętą dłoń w co tu ukrywać ciężkich dla mnie chwilach. Ale wobec zakazu komunikowania się z mediami muszę ten trudny okres przeczekać. Mimo to serdecznie pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów w prezentowaniu zdrowej opinii w naszym społeczeństwie”.

Dziewuchy z Dziewuch Dziewuchom nie raczyły niestety wytłumaczyć mi, dlaczego uznały rysunek za oburzający. Nie odniosły się także do wątków przemocowo-dyskryminacyjnych na czterech innych wysłanych im rysunkach Wiatera, na których to m.in. mężczyzna chlapie kobiecie minetę.

Bardziej rozmowny okazał się Konrad Dulkowski, prezes Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Stwierdził, że to nie rysunek jest seksistowski, ale „seksistowskie było jedynie zachowanie wykładowcy Uniwersytetu Przyrodniczego. Przedstawianie studentkom obrazów seksu bez ich zgody jest nadużyciem władzy i podkreśleniem patriarchalnego modelu zachowania. Typowe zachowanie szefa, który pozwala sobie na seksualne podteksty, dowcipy etc. wobec kobiet będących wobec niego zależnych służbowo. Zachowanie, które może przynosić satysfakcję profesorowi kosztem studentek, które sobie tego nie życzą, jest nadużyciem z jego strony. Relacje dorosłych ludzi powinny opierać się na obopólnej zgodzie. W tym relacje seksualne jakiegokolwiek rodzaju. Wówczas nikomu postronnemu – w tym ośrodkowi – nic do tego kto, z kim i w jaki sposób realizuje swoje fantazje. Powtarzam – seksizm nie odnosi się do seksu jako takiego, lecz jest podkreśleniem nierówności z powodu płci”.

Seksizm – znów w ujęciu słownikowym – to „dyskryminacja osób płci przeciwnej”. Gdyby profesor pokazał obrazek tylko znajdującym się na sali mężczyznom – to rozumiem. Dlaczego jednak prezesa OMZRiK oburzyło jedynie to, że obrazek widziały studentki? Co ze studentami? Czy brak dbania o ich odczucia to nie dyskryminacja i nierówność z powodu płci? A może widok uraził też środowiska LGBT, bo przedstawił stosunek heteroseksualny, dyskryminując tym samym mniejszości? Oraz wegetarian, którzy mięsa przecież nie biorą do ust? I skąd w ocenach krytyków pewność, że sam profesor należy do heteroseksualistów i realizował w ten sposób swoje fantazje? Znają go? Pytali? Czy stereotypowo przyjmują, że jeśli biały starszy mężczyzna, do tego profesor, to gejem być nie może?

Rozbijanie na czynniki pierwsze rysunków satyrycznych (które z definicji „ośmieszają i piętnują wady ludzkie, obyczaje, stosunki społeczne”) prowadzi ludzkość w ślepy zaułek. Nikt rozsądny – łącznie z wielkim feministą Wiaterem – nie chce przecież swoją działalnością nikogo dyskryminować, a już na pewno gwałcić.

Gdy satyrze narzuca się kaganiec, wynik jest zawsze ten sam: śmiać się zasadniczo nie można z niczego, nigdy i nigdzie, bo zawsze ktoś czuje się poszkodowany.

I nawet gdyby rysownicy oddawali do druku białe kartki, i tak znajdzie się ktoś, kto powie, że powinny być czarne.

21 listopada Uniwersytet Przyrodniczy ogłosił, że po posiedzeniu kolegium rektor prof. dr hab. Zygmunt Litwińczuk przyjął rezygnację prof. dr. hab. Eugeniusza Greli, dotychczasowego prorektora ds. organizacji i rozwoju uczelni.

„Prof. Eugeniusz Grela jako powód swojej rezygnacji z funkcji prorektora podał troskę o dobro Uniwersytetu w związku z kontrowersjami, jakie wywołało przedstawienie przez niego niestosownych treści podczas wykładu ze studentami. Jest nam bardzo przykro, że studenci spotkali się z niewłaściwym zachowaniem prowadzącego zajęcia. Pragniemy podkreślić, że władze Uczelni stanowczo potępiają zachowania, które naruszają wzajemny szacunek i dobre obyczaje” – napisano.

Współczesny polski feminizm z jednej strony promuje seksualność jako coś przyjemnego, dostępnego i naturalnego (robi to choćby Anja Rubik, łażąc po telewizjach śniadaniowych), a z drugiej ręka w rękę z Kościołem stara się wyrugować cielesność z obiegu publicznego. Wszystko, co może mieć w sobie nawet cień seksualności – choćby pochwalenie koleżanki z roboty za nowe włosy albo pokazanie studentom obrazka – da się uznać za przemoc. Do absurdu sprowadza to nawiązywanie jakichkolwiek relacji, które dziać się powinny najlepiej w wyobcowanych od życia warunkach i pod ścisłą kontrolą prawników.

Nie problem seksu jest jednak największą zmorą polskich studentów, ale coś zgoła innego – nuda.

Jako student Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego miałem okazję w 8 lat robić 5-letnie studia i równie dobrze, jak na wykładach z interesujących przecież przedmiotów bawiłem się w 1992 r., gdy wuj po pijaku rozjechał mnie tarpanem. Lepiej być już patroszonym drewnianą łyżką, niż słuchać ględzenia przeciętnego polskiego naukowca. Po pół godziny człowiek zastanawia się tylko, jak szybko odrosną mu gile w nosie, bowiem ich wydłubywanie jest jedynym ratunkiem przed zaśnięciem.

Zapytałem władze lubelskiego uniwersytetu, czy prowadzą zestawienia na temat popularności wykładowców, kontrolują poziom obecności na wykładach oraz jak w tych statystykach plasują się zajęcia prof. Greli.

„Uczelnia nie prowadzi statystyk popularności wykładowców wśród studentów” – usłyszałem w odpowiedzi, co lepiej przecież i dla studentów, bo się mogą opierdalać, ale i dla kadry, bo nie musi się starać. A szkoda, bo dzięki takim właśnie wyskokom jak prof. Greli na całe życie zapamiętuje się, że najwięcej witamin rzeczywiście jest w skórce.

„Brudy Brudzińskiego” – Jerzy Urban (felieton), tygodnik „NIE” nr 46 / 2018

wiater - brudy brudzinskiego.jpg

Minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński sprawia złe wrażenie, ponieważ mylne. Nie uchodził bowiem za głupca. Przed nastaniem Morawieckiego typowany był nawet na następcę Kaczyńskiego. Miał zaszczyt wrzeszczeć w duecie z prezesem: „Cała Polska z was się śmieje, komuniści i złodzieje”. Mnie jako komunistę i złodzieja rozśmiesza dziś Brudziński. Okazało się, że ma rozum tak piękny jak twarz ministra
Suskiego. Voilà:

brudy brudzinskiego.jpg

W pierwszej połowie listopada społeczeństwo wypełzło z domów wpierw na spotkanie ze swoimi trupami, potem z żywymi pobratymcami, śpiewać, że „Jeszcze Polska…” lub w bardziej radykalnych patriotycznych celach. Widząc wzmożone zapotrzebowanie na siebie, policja urządziła strajk L-4. I wtedy Brudziński kazał ogłosić, że każdy policjant, który 11 listopada w Warszawie stawi się do pracy, dostanie za to 1000 zł ekstra dniówki. Ustanowił tym precedens specjalnej dopłaty za wypełnianie przez policję obowiązków w takich okolicznościach, w których władzy politycznej zależy na policyjnej ochronie siebie.

Minister Joachim w dotychczas coraz bardziej policyjnym państwie PiS dokonał faktycznej likwidacji policji państwowej.

O stuleciu rekonstrukcji Polski wkrótce nie będzie pamiętał nawet Instytut Pamięci Narodowej. Każdy jednak policjant zapamięta dniówkę „1000 plus”. Jeżeli wzywamy do rury hydraulika i płacimy mu 200 zł, powiadając, że rur mamy dużo, ale następne ma uszczelniać za darmo, nasz dom na pewno zaleje woda.

Gdy wezwiemy płatną panienkę, damy jej za usługę 500 zł i wspomnimy, że potrzebujemy jej co czwartek, z tym że odtąd zapłatą dla niej będzie nasz wdzięk – z pewnością skazujemy się na masturbacyjne rękodzieło. Tak samo będzie z policją. Płacenie za wypełnianie opłacanych płacą obowiązków zrównuje formację państwową z prywatną firmą ochroniarską, którą wynająć może ktokolwiek. Konieczność płacenia przez rząd za każdą ważną usługę policji wkrótce sprawi, że będą one kosztowniejsze niż podwyżki, których domaga się ta chorowita policja.

Działanie mechanizmu, który uruchomił Brudziński, poznałem w czasach gdy ten imiennik śp. ministra Ribbentropa zaczynał się dopiero golić.

W epoce tej jedynym środkiem komunikacji człowieka z człowiekiem był telefon na drucie. Miałem 90-letnich chorowitych rodziców mieszkających samotnie. Telefon był niezbędną dla mnie formą pieczy nad nimi. Instrumentem bezpieczeństwa, który jednak równie często nie działał, jak działał. Należałem wówczas do rządu – totalitarnego, jak słyszę. Nasz totalizm nie obejmował jednak telefonów. Ciągłe moje interwencje w ich dyrekcji i u technika zawiadującego aparatem rodziców nie skutkowały w ogóle albo tylko na krótko. Dopuściłem się więc kumoterstwa. Zwróciłem się o interwencję do ministra łączności, czyli mojego kolegi z rządu. Zaraz u rodziców zjawił się technik i uruchomił telefon. Ojciec jak zawsze to czynił, dał mu obfity napiwek. Majster wyszedł, ale mojego starego zastanowiło to, że nie słyszy jego kroków na schodach. Uchylił więc drzwi i zobaczył, że technik stoi przy kamienicznej skrzynce telefonicznej i wyrywa kabel. Aparat w mieszkaniu znów stał się więc głuchy. Nieczynny u rodziców telefon to był stały zarobek dla jego bezpośredniego opiekuna. Ojciec nie dał już więcej napiwku, odtąd więc stale miałem go na drucie.

Brudzińskiemu chcę przez tę opowieść uświadomić, że mocarny minister gówno może, gdy naprzeciw niemu w grę wchodzą pieniądze.

Wcześniej Brudziński uruchomił swój piękny umysł i wymyślił, że pełną płacę za czas choroby będą dostawać tylko ci policjanci, którzy biorą udział w akcjach. Oznaczałoby to premię za branie zwolnień lekarskich przez najbardziej potrzebne i najlepsze formacje policyjne. Związek zawodowy psów szczęściem nie zgodził się na takie szkodnictwo rządu dążącego do odmrożenia sobie uszu.

Jednocześnie radykalni podpieracze PiS pospieszyli obrażać policję. Piotr Lisiewicz napisał np. „Policja to (…) w znacznej części ta sama służba, co za PO – parszywa pokomunistyczna struktura”. Władza powinna więc szukać oparcia w „niepodległej formacji”, u lojalnych Wojsk Obrony Terytorialnej.

Z całą mocą podkreślić należy, że głupota okazywana przez rządzących stanowi dla kraju cenne dobro. Sprzyja ona oddaniu przez nich władzy. PiS stopniowo chciał tworzyć państwo policyjne, ale sam to sobie utrudnia. Np. wzniecając konflikt z sędziami, który zaczyna przegrywać. 1000 zł Brudzińskiego dla policjantów także jest doniosłym czynnikiem osłabiającym policyjność RP. Zamienia policję z formacji posłusznej i żądnej władzy w formację żądną pieniędzy, którą rząd musi doraźnie przekupywać, żeby była posłuszna. Płacić jej mogą zaś różni potrafiący przebijać rządowe łapówki: opozycja, zagranica, bogacze, narkobiznes, faszyści, a także my, rozbawieni komuniści i złodzieje.

„Zabierz wnuczce dowód” – Jerzy Urban (felieton) „NIE” nr 45 / 2018

Screenshot - 2018-11-14 , 00_01_25.jpg
„Gazeta Wyborcza” donosi, że Michał i Jacek Karnowscy, redaktorzy tygodnika „Sieci”, przypuszczalnie kupią od czeskiego właściciela Radio Zet. Bliźniacy wspierają
eksbliźniaka Kaczyńskiego. Transakcja dotyka mnie osobiście. Karnowscy mają dostać kredyt od państwowego banku Pekao SA, w którym mam konto, a to znaczy, że niechcąco współfiansuję ich apetyt.

W Radiu Zet nadawać będą autorzy „Sieci”. Przejrzałem więc jedno październikowe wydanie czasopisma zredagowane po pierwszej turze wyborów, aby zobaczyć, co będą oni mówić do mikrofonu.

Czytam, że niemiecki dziennikarz ma polską żonę i słucha z nią Polskiego Radia. Skarży się, że rządowa rozgłośnia nie podała informacji o decyzji TSUE wobec Sądu Najwyższego w Warszawie. „Sieci” mają więc dowód, że Berlin chce redagować serwisy PR. Aż taka jest niemiecka buta i bezczelność. Tu Radio Zet zapewne odśpiewa „Rotę”.

Jan Pietrzak: „Na turzycach obwołano mnie księciem zamku Czocha”. „Nadciąga czas Polaków!”. Halo! Bronisław Wildstein ocenia, że głosowanie mieszkańców Warszawy, którzy wybrali Trzaskowskiego, było samobójcze, gdyż jest on przykrywką mafi.

Wildstein to autor umiarkowany, dlatego zaznacza, że wybór Trzaskowskiego był samobójczy tylko do pewnego stopnia. Róża Maria Barbara hrabina von Thun und Hohenstein, co gorsza de domo hrabianka Woźniakowska, zgłosiła w Europarlamencie rezolucję domagającą się zakazu działalności grup neofaszystów i neonazistów. Andrzej
Rafał Potocki, mający także hrabiowskie nazwisko, twierdzi, że Róża dąży do zakazania polskim patriotom demonstrowania na ulicach. A.R. Potocki rozgłosi więc w Radiu Zet, że zgodnie z duchem czasów największymi patriotami są faszyści.

Prof. Waldemar Paruch, szef rządowego Centrum Analiz Strategicznych, dokonał strategicznej analizy: „Na przykładzie Warszawy wiemy już, że nadfrekwencja w dużych
miastach (…) działa na niekorzyść PiS”. Inaczej mówiąc: zabrać wnuczce dowód.

Stanisław Janecki zalicza do błędów PiS zaatakowanie Hanny Zdanowskiej, prezydentki Łodzi. Nieopłacalne są bowiem ataki na kobiety. Jeżeli Radio Zet rozgłosi zakaz
politycznego molestowania kandydatek na urzędy, osiągnie skrajnie feministyczny rezultat wyborczy. Opozycja przestanie wysuwać samców na urzędy, gdyż będą mieli
mniejsze szanse na sukces.

Więź papieża z Kaczyńskim umocniła dwa razy wyższa od Franciszka pluszowa lalka z orzełkiem wysłana na Watykan. Propaguje ona bezpieczne przechodzenie przez jezdnię. Ma minę Dudy. Nazywa się Krokodylek Tirek. Popiera go prezes, a papież przyjął na audiencji. Zarysowane więzi Franciszek – Jarosław mogą stać się wzorcem programów dla dziatwy w odnowionym Radiu Zet.

Prezenterka TVP Kurskiego Marta Piasecka pisze, że występując na ekranie, zawsze prezentuje krzyżyk na szyi, raz złoty, raz srebrny, a ją samą uświęca wiara. Publiczne katoliczki, jak się zwierza, są jednak w Polsce straszliwie prześladowane. Gdy była w ciąży, mając w macicy Zosię, widzowie życzyli jej, żeby poroniła lub urodziła chore dziecko, aby nastąpiło niedotlenienie mózgu albo żeby córka udusiła się po porodzie. Zarzucono też błędnie Piaseckiej, że jest przeciw aborcji i internet obsypał ją hejtami. Pomimo to odmówiła jednak wezwania policji przeciw internautom. Gwiazda TVP zwierza się, że powetuje sobie męki: „Bo przecież katolik wie, że im trudniej mu na ziemi, tym lepiej mu będzie w życiu wiecznym”.

Mając arcypolskie Radio Zet, bracia Karnowscy wezwą przez nie do stworzenia Krucjaty Salwatorów Katoliczek Maltretowanych w Polsce za Noszenie Krzyżyków. Zarówno
srebrnych, jak i złotych.

Prezes Bierecki (nie Dajecki) wzywa w anonsie do stworzenia Kościelnego Związku Wzajemności Członkowskiej. Chodzi o splecenie ze sobą członków nazwanych klerem.

„Anonimowa marksistka z Portugalii swoimi werdyktami dyktuje, co mają robić władze Polski. W reakcji emerytka Gersdorf wymachuje europejskimi pismami i wzywa innych
sędziów emerytów do rewolty przeciw legalnie działającym władzom. Naczelna sędzina modli się o uliczne manifestacje i ogólną ruchawkę”. Co wobec tego robić? Otóż intelektualną partyzantkę miejską i wiejską przeciw rzeczywistości, „która wypełzła z przeżartego syfiisem mózgu Włodzimierza Iljicza Lenina albo szczura, który wyżarł wnętrze jego czaszki w cuchnącym siarką mauzoleum”. W przyszłym Radiu Zet red. Witold Gadowski ten swój utwór będzie mógł zaśpiewać a cappella.

W wyniku wyboru Trzaskowskiego na prezydenta Warszawy wszelkie normy współżycia zostały zdewastowane. „Bardziej atrakcyjne od bycia pokoleniem JP II dla wielu mieszkańców okazało się bycie klonem charakterologicznym Jerzego Urbana”. Mówił to Ryszard Makowski. I na tym kończymy przyszły program Radia Zet.

Sytuacja Polski oraz wgląd w „Sieci” wskazują, że gdy opozycja zdobędzie parlamentarną większość, pierwsza jej ustawa powinna ustanowić zakaz rodzenia bliźniąt.

„Osioł trojański” – Jerzy Urban (felieton) „NIE” nr 44 / 2018

Screenshot - 2018-11-03 , 20_54_43.jpg

Czym Wojciech Jaruzelski był gorszy niż Adolf Hitler? Kryteria formułuje Tomasz Sakiewicz, żywa karykatura pisowca. Pisze on: „W Polsce mamy podwójne prawo odrzucić dziedzictwo komunizmu. Był to nie tylko system totalitarny, jak w Niemczech, ale jeszcze do tego narzucony z zewnątrz”.

 

Dla Sakiewicza najwyższą wartością jest narodowa suwerenność. III Rzesza ma więc tę przewagę nad PRL, że nazizmu nie narzuciła zagranica, a komunizm w Polsce tak. A i teraz jęczy ona pod brzemieniem UE. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej próbuje złamać niezawisłość władz Polski. Sędziami TSUE jest zgraja kretynów – tak dosłownie określa ich Sakiewicz – broniąca zgrai komunistów zapełniających polskie sądy, szczególnie Najwyższy.

 

Na obronę tej zgrai kretynów z europejskich trybunałów mogę powiedzieć, że one także nie są suwerenne. Liczne prawa ponadeuropejskie depczą samostanowienie sędziów Europy. Kagańcami dla TSUE są liczne konwencje ponadkontynentalnie odnoszące się do praw człowieka, kobiet, pracowników, uchodźców, dzieci. Brukselę i Strasburg trzyma za mordę karta ONZ – niezliczone uchwały i pakty tego jakże kosmopolitycznego gremium.

 

Poza Unią Europejską i ONZ z jego odnogami typu UNICEF, UNESCO, także Międzynarodowa Agencja Atomowa, międzynarodówka meteorologiczna, NATO, Światowa Organizacja Zdrowia jest jeszcze stu innych współokupantów Polski. Nasza suwerenność idzie się jebać także z powodu globalizmu. Samodzielność Polski gniotą też stosunki dwustronne z innymi państwami. Od Niemiec zależne są nasz eksport, import kapitału i technologii, w ogóle poziom życia i rozwój. Rosja wciąż pozostaje głównym dostawcą paliw. Polska pogoda zawisła jest w znacznym stopniu od rosyjskich stepów. Putin dostarcza Rzeczpospolitej wzorów ustrojowych. Ukraina uzależnia od siebie ojczyznę Sakiewicza, bo zapewnia jej pracowników, zwanych siłą roboczą. Bez Litwy brakowałoby nam podstawy dla mocarstwowego samopoczucia. Od Stanów Zjednoczonych jesteśmy uzależnieni militarnie i muzycznie. Melodie, wokaliści i filmowe seriale amerykańskie podle eliminują zainteresowanie Polaków patriotycznymi, czysto polskimi wyrobami wokalnymi i filmowymi.

 

Sam Sakiewicz, wzorowy dobrozmianowiec, który co przechodzi przez drzwi, to mija się z prawdą, daleko nie jest samodzielny. Smaga go codzienna zależność od Kaczyńskiego, Macierewicza oraz od głowy narodowego Kościoła mnicha Tadeusza Rydzyka, jego magnificencji magistra rektora.

 

Redaktor „Gazety Polskiej” to człowiek uzależniony od dojnych spółek skarbu państwa. Jego koncern medialny jest na państwowym utrzymaniu. Uważam jednak, że
to dobra lokata w polityczną przyszłość kraju. Objaśnię to na końcu. Widać też nałogową zależność redaktora „GP” od żądzy eksponowania siebie każdym sposobem. Dba
on o stanie przy Kaczyńskim na zdjęciach i obrazach ruchomych, o przewodzenie wiecom politycznym, jak nie przewodniczy, to przemawia, a nawet śpiewa. Red. Tomasz Sakiewicz publicznie objawia też uzależnienie od dręczących go pytań. We wstępniaku do swojego tygodnika nr 43 ujawnia udrękę niewiedzy o tym, czy gdyby TSUE istniał
tuż po wojnie, to czy broniłby hitlerowskich sędziów. Jeżeli bowiem trybunał nie broniłby sędziów z suwerennej III Rzeszy, tym bardziej nie powinien bronić sędziów
z czasów niesamodzielnej PRL, a także ich ochraniaczy o nazwiskach Gersdorf, Rzepliński, Żurek czy Tuleya. Na ogół genetycznie skażonych pracą dla PRL.

 

Polski nacjonalizm cechuje, muszę przyznać, pewna łagodność. Sakiewicz, zawstydzając zgraję kretynów z Trybunału Sprawiedliwości, nie kieruje do nich pogróżek. Nie
zapowiada, że włoży ryngraf z Częstochowską, dosiądzie orła białego i wysiecze sędziów europejskich Szczerbcem Chrobrego. Nie zamierza też podłożyć bomby pod
Trybunał. „Nastawmy się na długą walkę. To bój o naszą suwerenność, bezpieczeństwo każdego, kto może trafić w ręce sądowej mafii” – pisze. Polska pisowska nie chce bowiem wyzwolić się z europejskiej niewoli, lecz tylko stale wojować z tym zniewoleniem.

 

Tezę, że pod pewnym ważnym względem III Rzesza była lepsza niż PRL, traktuję jako zapowiedź, że polski rząd po trzech następnych wygranych przez się wyborach ludziom PRL i ich potomkom urządzi suwerenną masakrę. Jest to szczera przestroga dla społeczeństwa, mającego za przodków raczej kolaborantów z Polską Ludową niż jej zwalczaczy.

 

Z tej przyczyny nadgorliwiec Sakiewicz w istocie pełni więc funkcję dywersanta. Ostrzega polskie społeczeństwo przed głosowaniem na PiS, a ludność całej zjednoczonej Europy przed popieraniem podobnych nacjonalistów. Z mojego punktu widzenia Sakiewicz wart jest więc każdych pieniędzy. Także tych, które płyną do niego z mojej kieszeni poprzez spółki skarbu państwa. Niech się nażre i pęcznieje.

 

Jeżeli jednak ów pyszny redaktor nie odgrywa roli konia trojańskiego Donalda Tuska i innych Timmermansów, to uprawnioną staje się inna hipoteza. Byłżeby osłem?

„Poseks” – Jerzy Urban (felieton) „NIE” nr 43 / 2018

poseks felieton.jpg

Trudno oderwać myśli od wyników niedzielnych wyborów, jednakże papież Polak nauczał, że należy ponosić trudy.

Dziś wśród znajomych nie mam pedofilów przez mój antyklerykalizm być może. Wcześniej z nimi się stykałem, i to zanim poznałem to obce słowo, którym nazywa się dzieciojebców. Wpierw był więc człowiek, potem epitet, odwrotnie niż w PiS-ie.

Miałem 5–6 lat, gdy dziadków na letnisku odwiedziła para ich przyjaciół Żydów, rozumie się samo przez się. Dowiedziałem się, że są pederastami, choć nie poznałem jeszcze także tego wyrazu ani żadnego jego synonimu. Rodzice otóż przy mnie wyśmiewali się z nich jako hipokrytów. To pojęcie również było mi obce. Żydziska mieszkały bowiem razem od lat i dochowały się jamnika, natomiast w towarzystwie zwracały się do siebie
per pan. Jeden był pan Maks, a drugi pan Moryc. Lubili oni sadzać mnie na kolanach, głaskać i całować, jak to czynią pedofile. A przecież kudy mi było do jamnika…

Po wojnie w Łodzi miałem już 11 lat i sąsiadowałem z pałacem nomen omen Kindermanna. A w nim zasiadał Sąd Najwyższy. Sędzia SN prof. S., który wrócił z emigracji w Londynie, przychodził do mnie uczyć angielskiego. Nie był Aryjczykiem oczywiście. Usta zajęte miał językiem obcym, ale rękę lubił trzymać w moich krótkich spodenkach. Skarżyłem się matce, że to odwraca mi uwagę od „I am” a nawet „You are”. A mamusia na to: „Daj mi święty anielski spokój. Gdzie ja znajdę takiego taniego nauczyciela. Korona ci z głowy nie spadnie, Jurek”.

Aż doszło do skandalu. Kręciła się po domu moja przyjaciółka i sąsiadka Janka. Piersi jeszcze jej nie narosły. Nosiła spodnie i krótkie uczesanie.

Sędzia brzuchem przycisnął ją do ściany, ona zaś wtedy wrzasnęła: „Jestem dziewczynką!”. Sędzia odskoczył z obrzydzeniem. Dowiedziałem się z tego
wydarzenia, że pedofile różnią się od siebie odrębnymi skłonnościami do płci, nadal nie znając ich nazwania.

Za rządów wczesnego Gierka stołeczny klub pederastów miał siedzibę w sraczu publicznym na placu Trzech Krzyży. Pobożna nazwa miejsca nie miała nic do rzeczy. Bywalcy po seksie wyskakiwali odpocząć do nocnego baru „Melodia” naprzeciwko KC PZPR. Tego wieczoru trwał tam bankiet na moją cześć, gdyż ja pierwszy w Polsce napisałem felieton w obronie gejów. Dziewczyna imieniem Lusia zapraszał mnie na resztę nocy do siebie. „Nic się nie bój”, zachęcał, „patrz” – i pokazał mi legitymację nauczyciela gimnazjalnego. „Przepędź szmatę, to pedofil” – najeżyli się gospodarze bankietu, panowie pederaści. I wtedy właśnie poznałem magiczne dzisiaj słowo „pedofil”, teraz niosące wyzwolenie spod kleru.

W socjalizmie hotele cechowało przeludnienie. Doznałem więc dokwaterowania do jakiegoś faceta, a on nie pozwolił mi oka zmrużyć aż do rana. Był inżynierem przemysłu spożywczego i z pasją opowiadał mi o emocjonującej produkcji wędlin. Stawało mu do kiełbasy i salcesonu, a przy wątrobiance tracił oddech. Tak wyglądało moje jedyne spędzenie nocy ze zboczeńcem.

W Polsce rozpleniona jest anormalność zwana heteroseksualizmem. Popiera ją Kościół, chociaż niekoniecznie kler. Uprawiałem tę dewiację wcześniej, niż poznałem nazwę gatunku. Jeszcze do dziś pamiętam z grubsza, na czym polegało pierdolenie się z rodzajem żeńskim. Otóż telefonowanie zajmowało dziewczynom najwięcej czasu – i pod tym względem jest tylko gorzej. Pieprząc się ze mną po raz pierwszy, partnerki jeszcze starały się skupić, potem jednak w trakcie miłości paliły papierosy i odbierały telefony. Z tej przyczyny lubiłem zmieniać kochanki, żeby mieć pierwsze razy jak najczęściej. Otóż wzwód i potem kopulacja trwają znacznie krócej od gadania po drucie. Co dopiero mówić o komórkach, SMS-ach, e-mailach. Tych nazw i czynności jeszcze wówczas nie poznałem.

Już wspominałem kiedyś, że pierwsza dziewczyna, która mnie zerżnęła jako szesnastolatka, rozmawiała ze mną, śpiewając mi cytaty ze szlagierów. Czyniła to usta–ucho. Należała do klasy robotniczej, a ta w socjalizmie nie miała telefonów. Było więc dużo więcej czasu na seks.

Moi teraźniejsi znajomi i znajome często wspominają swe obcowanie międzypłciowe. Pamiętają aż za dużo związanych z nim zdarzeń, przygód, nastawień, okoliczności, ale nigdy nie wspominają samego przebiegu seksu. Z tego wypływa ważny wniosek. Seksualność ludzka, gdy nie jest praktykowana, zapada na amnezję. Znam to słowo, od kiedy chodzę do kina. Sądzę, że starzy ludzie, zaprzestawszy praktyk, dlatego nie mówią
o seksie, że przywoływanie pamiętanych technik i doznań wspominanie, że tu tarłem, tamtędy wciskałem, ówdzie śliniłem, jest obsceniczne i śmieszne. Dlatego seks, podobnie jak kupa, jest tym, co się do czasu robi, ale nie tym, o czym się na starość opowiada.

Może dlatego że – jak mówi Biblia – wpierw było słowo, ale nie mówi ona przecież, że potem nastaje milczenie. Seks nie jest polityką, gdzie słowa zastępują czyny. W seksie słowa poprzedzają czyny. Zdania wypowiadane przed i podczas kopulacji są czymś wznioślejszym od ruchów. Także wtedy gdy kochanka w czasie orgazmu dzwoni do męża, pytając, czy kupić rybę, czy drób. Jeśli konwersacja nie urozmaica seksu, grozi on ludziom zaśnięciem. Słowa są instrumentem przyzwolenia na kopulację i inne czynności. Gdy nie padną, seks nazywany jest gwałtem i karany bywa sądownie.

Księża tym różnią się od facetów niebędących święconką, że słowa są ich narzędziem pracy, a seks przyjemnością. Ja wspominam seks jako mozół niezbędny do wzmagania kontaktów społecznych. I to nie tylko przecież z kobietami. Pewien reżyser filmowy, marny zresztą, poczubił się ze swą stałą partnerką. Powiedziała mu więc, że w odwecie idzie do mnie na noc rżnąć się. Nie wiedziałem, że nie ja stanowię powód wejścia do mojego łóżka. Seks odbyliśmy, ale się nie kleił. Rano zastałem reżysera na ulicy przy bramie mojego domu. Wcale mnie nie bił, nawet nie lżył. Dał mi 100 zł za seks z jego dziewczyną i zadowolony poszedł sobie. Banknot miał mnie określić jako wynajętą przez niego kurwę męską, co przywróciło mu dobre samopoczucie. Oto, jak różnorodnie seks wzbogaca obcowanie ludzi.

W poseksualnym okresie życia ten jest królem towarzystwa, kto ma najwięcej chorób do opowiedzenia. Konwersacja taka jakoś podtrzymuje ludzkie więzi dzięki temu, że cudze raki nas nie bolą. Oto myśli, które nasunęły mi wybory samorządowe.

„Dzieciom w mordę” – Jerzy Urban (felieton) – „NIE” nr 39 / 2018

dzieciom w morde.jpg

Co tu jeszcze obiecać? Przed końcem kampanii wyborczej Adrian Zandberg, jak przypuszczam, zapowie, że wszystkie hipotetycznie jego samorządy wyślą patrole. Aktywiści Razem wyłapywać będą dzieci, które na bosaka idą po śniegu do szkoły. Marszałkowie zandbergowych województw zafundują im obuwie. Na co odezwie się Schetyna i dorzuci skarpetki, żeby mikropolacy nie łazili w onucach. Taki sam mniej więcej ma sens realnie przedstawiona w Łodzi przez tych polityków obietnica wydawania w szkołach bezpłatnych i ciepłych, ba, prawie gorących posiłków.

Pomysł zrodził się na lewicy 25 lat temu. Zachowywał trafność jeszcze w początkach teraźniejszego stulecia. Powracanie do niego pokazuje, że współcześni politycy uszczęśliwiają teraz dzieci z czasów przeszłych. Swymi mózgami nie ogarniają oni współczesnych realiów kraju. Powołują się na badania wskazujące, że kilkanaście procent niepełnolatków jest niedożywionych, nie dodając, że to nie według ich żołądków, lecz norm, które wymyślają dietetycy.

Nikt nie zapyta dzieci mające żreć gratis, co o tym myślą, gdyż bachory nie głosują. Gdyby je zagadnięto, odpowiedziałyby słodkimi głosikami, że pomysł jest mdlący. Pragnęłyby one, żeby szkoły, jeżeli już taka opresja musi istnieć w przyrodzie, wypuszczały ich na obiad do domu, zamiast długo więzić. Nawet w najmarniejszej rodzinie gotowana jest bowiem co najmniej masywna zupa, która należy się dziecku jak psu. Chcą one, żeby szkoła zamiast brzuchy karmiła gratis prądem ich iPhony i inną elektronikę.

Darmowi karmiciele funkcjonują już w więzieniach i szpitalach. Sam zapach żarcia wywołuje mdłości u osadzonych.

Protektorzy zasmradzania szkół deklarują także, że darmocha wypromuje zdrowe żywienie i wykwintne maniery stołowe. Jak rozumiem, w bachory byłyby wtłaczane jarzyny i owoce, a przyszłość pieprzonego narodu na pomidorach trenowałaby rozbieranie homara. Gdyby więźniów szkół (nauka jest tak samo przymusowa, jak więzienie) zapytać, co myślą o umacnianiu ich zdrowia poprzez zżeranie tego, co lubi krowa, wyjaśniliby oni, że chcą hamburgera i batonik albo pizzę popijaną coca-colą. Wymyślane przez dietetyków menu zniechęci ich na całe życie do podawanej w szkole paszy. Bo też krowy, świnie, owce, konie są właśnie od tego, żeby zieleninę i skrobię przerabiać na żywność. A w ogóle to jako dorośli będą urządzać Majdan przeciw każdej władzy. Wszystkie bowiem rządy uważają, że najlepiej wiedzą, co jest dobre dla ludzi i spieszą uszczęśliwiać siłą. Żaden nie pyta poddanych, czego oni chcą. Nawet wtedy, kiedy z powodu demokracji zabiegają o głosy, to tylko imitują wsłuchiwanie się w głos ludu.

Potwierdzam, że karmienie dzieci z myślą o zdrowiu, a nie o smaku, powoduje właśnie to, że wyrastają z nich dorośli ograniczający jarzyny tylko do grochu przy golonce i kapusty do schabowego. Jako dziecku wciskano mi marchewkę, więc jej nie jadam od 75 lat i wychodzę z miejsc, gdzie ona pachnie.

„Wyborcza” cytuje Zandberga chwalącego program żarcia gratis: „To nie jest rozwiązanie drogie czy trudne do wprowadzenia” – pisze on. W tłumaczeniu na język polityczny brzmi to następująco: „Dążymy do taniej łatwizny”. Formacje lewicowe w Polsce dziedziczą po sobie upodobanie do ruszania z posad przebrzmiałej bryły świata.

Sięgam pamięcią do uczniowskich pragnień. Kiedy miałem 13 do 15 lat, penis ciągle i boleśnie mi stawał, a ja potrafiłem tylko podawać rękę temu pożądaniu. Szkoła, rodzina, partia i rząd nie kiwały palcem w bucie, żeby podsunąć mi dziewczynę. I taką samą obojętność wobec prawdziwych, natarczywych potrzeb młodych instytucje te objawiają w 2018 r. Samorządy powinny kłamać, że po wyborach zaspokoją nawet samożądzę dzieci.

Zdają się zaś zapowiadać, że z głównych ulic dużych miast usuną trakcję konną. A klaczom ciągnącym metro podsypią owsa.

Wybór fragmentów opinii z polskich mediów na temat wchodzącego właśnie do kin filmu „Kler”.

KLER_A4_300-002.jpg

Jerzy Urban jeszcze żyje, więc z pewnością ucieszy się z premiery filmu „Kler”. To jego styl. No, może jeszcze Goebbelsa, który w swoich pamiętnikach proponował dokładnie taki sposób zwalczania katolicyzmu.

Jacek Karnowski, wPolityce.pl, 17 września

Smarzowski nigdy rodaków nie lubił. Nieomal wszystkie jego filmy pokazują Polaków jako nawalone bydło. Ale z czegoś żyć trzeba – o pedofilii reżyserów nigdy filmu nie zrobi.

Krzysztof Feusette, Twitter, 18 września

Obrzucanie błotem katolików w Polsce, w której miliony pielgrzymują do Kalwarii i na Jasną Górę, w której miliony przetrwały straszliwe tragedie dzięki modlitwie i zawierzeniu – jest atakiem na naród, panie Smarzowski. Na to nie ma zgody.

Marzena Paczuska, Twitter, 18 września

To już kolejny film Smarzowskiego uderzający w Kościół. Zapowiada się owocna współpraca z „Gazetą Wyborczą” i lewicowymi pismami najróżniejszej maści. Trailer zwiastuje przesunięcie wszystkich możliwych granic. Skondensowanie patologii, naszpikowanie opowieści samymi negatywnymi bohaterami, mroczne tło pijaństwa, chciwości i rozpusty.

Marzena Nykiel, Twitter, 18 września

„Większość problemów osób po 40-tce ma charakter religijny a nie psychologiczny” (C.G. Jung). Gabinet lekarza nie zastąpi konfesjonału, a żadna recepta Słowa Bożego.

ks. Daniel Wachowiak, Twitter, 10 września

Antykościelny filmowy paszkwil Wojciecha Smarzowskiego pt. „Kler” reklamowany będzie wulgarnym i skrajnie prowokacyjnym plakatem, który oprócz tego, że zaprasza do kin, sam w sobie jest propagandową amunicją przeciwko katolicyzmowi i osobom wierzącym, a przede wszystkim zniewagą wobec symbolu Krzyża. (…) Autor grafii jest zachwycony, że mógł wziąć udział w przedsięwzięciu, którego nie powstydziłby się dawny rzecznik reżimu Jaruzelskiego ani nowocześni bluźniercy z „Charlie Hebdo”.

Roman Motoła, PCh24.pl, 18 września

Twórcy filmu „Kler” wycierają sobie usta papieżem Franciszkiem, który jakoby był dla nich wzorem. Gajos (d. PZPR) wychwala nawet – uwaga! – bpa Pieronka.

ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, Twitter, 17 września

W VI w., kiedy Europa została podbita przez barbarzyńców, w Rzymie zapanował rozkład i zepsucie. Dziś Europa też jest w olbrzymim kryzysie. Tak jak cały tzw. Zachód, który pada na kolana wobec „barbarzyńskich” idei: laicyzacja, neopogaństwo, panseksualizm, aborcja, eutanazja, gender, skrajny feminizm, ideologia gejowska itd. (…) Wchodzimy w okres postchrześcijański, w którym kurczący się liczebnie Kościół będzie lekceważony, wyśmiewany, atakowany przez pogrążający się w degrengoladzie świat. Co robić w tej sytuacji?

ks. Dariusz Kowalczyk, „Idziemy”, 11 września

„Trump splunął na Polskę” – Agnieszka Wołk-Łaniewska, Tygodnik NIE numer 38/2018

wiater III.jpg

 

Dar narodu amerykańskiego dla narodu polskiego.

 

Podczas gdy Prezydent RP pojechał do Ameryki żebrać o nową bazę wojskową Fort Trump, Ameryka przysłała nam największy skarb, jaki miała do oddania: Georgette Mosbacher. Chyba nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak hojny to dar.

 

Być może trudno w to uwierzyć, oglądając dziś nową ambasadorzycę USA w Polsce – jej blikujące oblicze, pole zbyt wielu wysiłków medycyny estetycznej, absurdalne, obciągające uszy do ramion klipsy wyobrażające amerykańskie paski i gwiazdki, krzykliwy makijaż i cokolwiek przechodzoną u 70-latki kokieterię – ale jej szczególnym życiowym talentem było skłanianie milionerów do ożenku, na który nie mieli ochoty.

 

Georgette Mosbacher wyszła za mąż 3 razy, a każdy następny mąż był bogatszy od poprzedniego. Ostatni miał ten dodatkowy walor, że jako potentat naftowy z Teksasu był także kumplem rodziny Bushów, co Georgette zapewniło wejście do republikańskiej elity.

 

Ojciec

Głowa misji dyplomatycznej naszego Największego Sojusznika i Przyjaciela od najmłodszych lat inwestowała uczucia w mężczyzn dojrzałych i zamożnych. „Może szukałam w nich swojego ojca” – odpowiadała na sugestie, iż jej wybory nie było do końca podyktowane sercem. Z tym że – w odróżnieniu od mężów, którzy byli jeden w drugiego milionerami – jej ojciec, który zginął w wypadku samochodowym, gdy Georgette miała 7 lat, był hydraulikiem. Choć inne wersje jej życiorysu sugerują, że był restauratorem albo kierownikiem kręgielni. Opiewany przez amerykańskie media od lat 80. życiorys nowej ambasador USA w Polsce jest barwny jak płomienna czerwień jej włosów – i zapewne równie prawdziwy.

 

„Nie urodziłam się ruda, ale urodziłam się, żeby być ruda” – głosi Georgette. Ufarbowanie włosów było jej pierwszym krokiem do „świata glamour”. „Glamour” to francuskie słowo, zaadaptowane do języka amerykańskiego. W oryginale oznacza pewien typ ekstrawaganckiego seksapilu – słownik Larousse’a daje przykład Rity Hayworth – ale Ameryka określa tak wykwintny przepych. I tak rozumie je szefowa misji USA w RP. „Prasa ma problem z »glamour«. W Hollywood jest akceptowalny, ale wszędzie indziej jest podejrzany” – odpowiada Mosbacher, pytana, dlaczego media przedstawiają ją jako kabotynkę z nadmierną skłonnością do autopromocji.

 

Książki

Oprócz trzech mężów Georgette ma na koncie dwie książki. Pierwsza zatytułowana jest „Kobieca siła: Uwolnij w sobie moc, by stworzyć życie, na jakie zasługujesz”; druga: „Na to trzeba kasy, kotku: Sprytny przewodnik do totalnej finansowej wolności”.

Obie kipią od dobrych porad z gatunku: mężczyzn najlepiej poznawać w soboty w FAO Schwarz (ekskluzywny nowojorski sklep z zabawkami); wtedy jest tam wielu bogatych rozwiedzionych ojców. Albo: wyprowadzaj psa w okolicy, w której chcesz mieszkać, a nie tam, gdzie mieszkasz. Do szczególnie cennych rad należy także sugestia, jak przekonać męża do przepisania na ciebie kosztownych nieruchomości: „Poczekałam na moment szczególnie delikatny – na przykład gdy zmarł mąż przyjaciółki – żeby móc użyć tego wydarzenia jako świeżego argumentu na rzecz mojej potrzeby uzyskania niezależności. Gdy chciałam, żeby przepisał tylko na mnie nasze nowojorskie mieszkanie, mówiłam o tym, jak brakowało mi poczucia bezpieczeństwa w dzieciństwie, kiedy zmarł mój ojciec i jak ważne dla mojego emocjonalnego dobrostanu jest bezpieczeństwo posiadania własnego dachu nad głową – i świadomości, że nikt nie może mi go odebrać”.

„Własny dach nad głową” to wart 10 mln dolarów apartament przy Piątej Alei w Nowym Jorku, pełen złotych tkanin, barokowych mebli, niby-rzymskich popiersi. Apartament wraz z palladiańskim domem na plaży w ultraekskluzywnym South Hampton, alimentami rzędu pół miliona dolarów rocznie i nazwiskiem otwierającym wszystkie drzwi Georgette wyniosła z ostatniego małżeństwa: z potentatem naftowym i sekretarzem handlu w administracji Busha seniora, Robertem Mosbacherem.

I nie było to dziełem ślepego losu. Georgette nie należy do osób, które zostawiają cokolwiek losowi. Jak zauważył jeden z dziennikarzy kolumn towarzyskich, chwalących w latach 80. spektakularną osobowość i figurę pani Mosbacher, młoda Georgette należała do tych rozsądnych osób, które rozumiały, że warto bywać w wykwintnych miejscach, choćby oznaczało to spędzenie całego wieczoru nad jedną butelką wody sodowej.

Młodość Georgette upłynęła w ubóstwie: gdy zginął jej ojciec, ją i troje jej rodzeństwa wychowywały matka i babcia (a może prababcia, są różne wersje tej historii), która pracowała jako zwrotnicowa, co nie przeszkadzało jej nosić do pracy szpilek i jedwabnych pończoch.

Ta lekcja poglądowa – wraz ze spektakularną urodą i kolosalną dozą pewności siebie – rychło zapewniły Georgette awans finansowy i towarzyski.

Pierwszy mąż

W 1971 r. namówiła brata na pójście na aukcję rekwizytów firmowych w Sotheby’s. Oczywiście kupienie czegokolwiek nie wchodziło w grę, ale Georgette wyniosła z aukcji znacznie cenniejszy nabytek: dostrzegła na widowni dżentelmena, który wylicytował kilka makiet z kultowego filmu „Tora! Tora! Tora!”. Podając się za reporterkę „Times Magazine”, zbierającą materiały do publikacji o Sotheby’s, wyłudziła jego nazwisko i numer telefonu, po czym błyskawicznie się z nim umówiła, posługując się tą samą historią. Jak zapewnia, już na początku lunchu w wytwornej restauracji, do której szczęśliwy nabywca okrętów z dykty ją zaprosił, przyznała mu się do maskarady, co on uznał za urocze i pochlebne. Robert Muir, potentat na rynku nieruchomości z Los Angeles, rozwiedziony mormon, starszy od Georgette zaledwie o 19 lat, ożenił się z nią rok później. Uczucie było niewątpliwie szczere, a przypieczętował je rolls-royce corniche, który Robert kupił oblubienicy, gdy przechodząc koło salonu, wyznała mu, że zawsze widziała siebie w błękitnym kabriolecie.

 

Drugi mąż

Atoli miłość nie trwała specjalnie długo. Na horyzoncie pojawił się George Barrie – właściciel i prezes firmy kosmetycznej Fabergé, twórca wody kolońskiej „Brut” i kompozytor filmowy 2 razy nominowany do Oscara. Georgette, trzeba trafu, pracowała w jego fimie, gdy poznali się i pokochali. Ona miała 33 lata, on 67.
Małżeństwo skończyło się po dwóch latach, Georgette twierdzi, że Barrie ją bił, czemu on, dopóki żył, zaprzeczał.

 

Trzeci mąż

Zawiedziona i nieszczęśliwa, ale pryncypialnie nieuznająca porażki Georgette przystąpiła do poszukiwania męża nr 3. „Zadzwoniłam do wszystkich, których znałam, i zapytałam: »Znasz kogoś, żeby mnie umówić?«” – opowiadała magazynowi „People”. „Oczywiście zdarzały mi się fatalne randki. Ale musisz przecierpieć tych palantów, zboków i nudziarzy”.

Aż wreszcie, w 1982 r., jej wysiłki zostały nagrodzone spotkaniem Roberta Mosbachera – wartego 200 mln dolków potentata naftowego z Teksasu, który okazał się „miłością jej życia”. Gdy się poznali, Mosbacher miał za sobą 2 małżeństwa – pierwsza żona zmarła na raka, z drugą przeszedł dość nieprzyjemny rozwód – miał też czworo dorosłych dzieci i kompletny brak chęci do ożenku. „Walczyłam o niego swoim całym małym serduszkiem” – wyznawała dziennikarce. – „Powiem ci tak: to był projekt”.

W ramach projektu Georgette zaczęła ostentacyjnie spotykać się z innym milionerem, dla odmiany nowojorczykiem. Robert uległ perswazji.

Jako żona teksańskiego nafciarza i republikańskiego ministra handlu Georgette odkryła w sobie talent do biznesu. Za 30 mln dolarów – które zebrała od różnych inwestorów kompletnie bez pomocy męża, jak zapewnia – kupiła luksusową, choć deficytową szwajcarską firmę kosmetyczną La Prairie, przekonującą klientki do cudownie odmładzających właściwości łożyska czarnych owiec. Sprzedała ją 4 lata później, zarabiając na tym ponoć 15 milionów, po czym założyła kolejną, tym razem produkującą tanie kosmetyki, choć pod ambitną nazwą „Exclusive”.

Zajmowała się też promocją i doradztwem biznesowym, ale jej największym talentem okazało się organizowanie imprez, których celem było zbieranie kasy dla republikańskich polityków. Kontakty wśród elity finansowej i politycznej, które zawdzięczała pozycji trzeciego męża, zapewniły jej nawet coś na kształt własnej kariery politycznej – w komitecie finansowym Partii Republikańskiej. A także przyjaźń z wieloma bywalczyniami nowojorskich salonów, w tym z ówczesną żoną Donalda Ivaną Trump – stąd jej znakomita komitywa z obecnym prezydentem USA.

 

Rozwódka, ale pewnie zajęta

Gwoli ścisłości – małżeństwo z miłością jej życia także nie przetrwało. Pod koniec lat 90. Mosbacher, emerytowany już wówczas polityk i biznesmen, postanowił spędzić jesień życia w Houston, blisko dzieci i wnuków. Pewnego dnia zadzwonił stamtąd do żony, ciągle mieszkającej w Nowym Jorku, i powiedział: „Georgette, pewnie ci się to nie spodoba, ale wystąpiłem o rozwód”. Zgodnie z oczekiwaniami Georgette nie była zachwycona.

„Był moim najlepszym przyjacielem, mężczyzną mojego życia, uwielbiałam go” – wyznawała dziennikarzowi „Washington Post”. „Tak bardzo go kochałam, troszczyłam się o każdy szczegół. Mierzyłam jego skarpetki. Lubi mieć skarpetki określonej długości”.

Georgette ogłosiła, iż przyczyną rozpadu jej małżeństwa była inna kobieta. Mosbacher zaprzeczał. „Georgette to wspaniała dziewczyna. Jest zabawna i urocza, życie z nią to prawdziwy bal” – mówił „Washington Post”. „Ale chciałem być blisko dzieci i wnuków, a ona, niech ją Bóg błogosławi, kocha szybkie tempo. Próbowałem z nią rozmawiać, ale te wysiłki spełzały na niczym. Georgette jest nastrojona na nadawanie, nie na odbiór”.

To w zasadzie ma wszystkie kwalifikacje potrzebne ambasadorowi USA w Polsce.

 


„Tydzień z głowy”

Spełniło się najskrytsze marzenie Dudy: tête-à-tête z prezydentem USA Donaldem Trumpem w Gabinecie Owalnym. „I do” – powiedział po angielsku prezydent Polski na konferencji prasowej i niemądrze zaśmiał się po polsku. A Dudzina, gdy wsiadała do samochodu przed wizytą w Białym Domu, to zgubiła pantofelek…

Obydwaj prezydenci podpisali też wspólną deklarację o współpracy, którą 10 lat temu podpisali sekretarz stanu Condoleezza Rice i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Duda błagał Trumpa o stałą obecność większej liczby żołnierzy amerykańskich w Polsce (baza mogłaby się nazywać Fort Trump – podlizał się Duda). Trump pluł na Unię Europejską, a Duda udawał, że Polska należy do Unii Afrykańskiej. Razem, ale Duda bardziej, pluli na rosyjsko-niemiecki gazociąg Nord Stream 2.

Do Waszyngtonu Duda poleciał wprost z Bukaresztu, gdzie odbywał się szczyt przywódców państw należących do tzw. trójmorza. Pisowskie władze Polski (Dudę zastąpił Morawiecki młodszy) spotkała niespodzianka: do Bukaresztu nie przyleciała delegacja Węgier, największego sojusznika prezesa, bo rzekomo zepsuł się samolot. Szybko się jednak naprawił i premier Viktor Orbán mógł polecieć do Moskwy, gdzie usłyszał od prezydenta Władimira Putina, że „Węgry są jednym z kluczowych partnerów Rosji w Europie”. Podobno na Żoliborzu słyszano głośny dźwięk opadającej szczęki pana prezesa.


 

„Blog Wszystkich Świętych” Jerzy Urban

Prezydent Polski przywiózł Donaldowi Trumpowi wspaniały wizerunkowy podarek. Gdy prezydent Stanów stanął przy Polaku, po raz pierwszy zaczął robić wrażenie męża stanu.


 

„Słówka półgłówka” – Przemysław Ćwikliński

– Niech pozdrowione będą twoje boty – powiedział po angielsku prezydent o niku Trump, kładąc na piersi dwa palce prawej dłoni, a następnie kierując rękę na zachód, w kierunku Kamczatki.

– Na wieki wieków amen – również po angielsku odpowiedział prezydent o niku Duda, powtarzając ruch dłoni, z tym że skierował ją na wschód, w kierunku Uralu.

– Wreszcie jesteśmy onlajn – ucieszył się Trump. – Jak się czuje hasztag Ruchadło Leśne?

– Zbanowałem ją – odparł Duda, czerwieniąc się jak pomidor. – Nie ten lewel i w ogóle…

– Nawet ci 🙂 nie przysyła?

– Czasem przysyła, ale 😦

– Uważam, że rajt nał jest ważniejsze niż rajt łej.

– Łors is beter. Kontaktami z Ruchadłem zajmuje się mój awatar.

Trump pokręcił głową. Nieprzekonany.

– Nigdy nie byłem zwolennikiem wirtualnego seksu – powiedział. – Nie ma nic lepszego od numerku lajf.

Stojący obok minister o niku Błaszczak zaśmiał się głośno.

– Co to za lamer? Mogę go znać z Twittera? – zapytał Trump. Był tak zdumiony, jak gdyby zobaczył blek skrin of det.

– To bardzo ważny minister.

– Jak ważny?

– Jak dwa terabajty – odpowiedział Duda.

Roześmiali się, kpiąc z głupiej miny Błaszczaka, który najwyraźniej nie wiedział, o co chodzi.

– Co cię do mnie sprowadza? – Trump zrobił poważną minę. – Co oprócz gazu elendżi po w chuj wysokiej cenie?

– Baterie patriotów – odparł Duda. – Apgrejdowane. Cztery zero albo pięć zero. Mogą być w chuj drogie. Mamy premiera, który ma talent do mnożenia bitkojnów.

– Zapomnij o pięć zero. Cztery zero z ograniczonym softłerem to wszystko, na co pozwoli mi Pentagon.

– Średni softłer? – zapytał Duda, robiąc minę jelonka Bambiego.

– Niech będzie. – Trump podał Dudzie dłoń. – Ale to będzie w chuj dużo kosztować.

– Nie szkodzi – ucieszył się Duda. – Mam też prośbę o poparcie trójmorza.

– Poparcie nic mnie nie kosztuje. Masz je asap w bonusie.

– Co to jest asap? – zapytał nagle Błaszczak. Po polsku.

– To w obcym języku – odpowiedział Duda. – Znaczy es sun es posibl.

– Aha.

– No dobra, iołti – zatarł dłonie Trump. – Głodny jestem…

– Jest jeszcze jedna sprawa… – Duda szukał właściwych słów. – Chodzi o to, żeby hasztag Unia Europejska nie wcinała się w nasze polskie sprawy.

– To nie mój biznes – rzekł Trump. – Gdybyście przestrzegali konstytucji, nikt by się wam nie wcinał.

A potem zwrócił się do Błaszczaka: – Chodź, chłopie, zaraz zjesz najlepszego hamburgera w Waszyngtonie.

Błaszczak chciał coś powiedzieć, ale nie potrafi.

– Z frytkami – dodał Trump i to był naprawdę iołti, czyli end of topik, czyli koniec tematu.