„Tysiąc plus minusy” (strajk nauczycieli – felieton) – Jerzy Urban, tygodnik „NIE” nr 14 / 2019

Nauczyciele trafnie mówią, że niskie płace powodują to, że do zawodu trafiają głównie nieudacznicy, co pociąga za sobą niski po­ziom nauczania. Wobec tego należy uznać, że tysiąca plus domagają się nieudacznicy. Słyszymy, że podwyżka płac spowoduje, iż do szkół będą trafiać zdolniejsi magistrowie. Na poziom nauczania wpłynie to może za 10 albo więcej lat. Natomiast tysiąc plus ma być natychmiast, a nawet wstecz.

strajkowacniestrajkowac.jpg

W sytuacji okołostrajkowej znamienne jest także to, że w imieniu belfrów publicz­nie występuje wąska elita tego zawodu, bo reszta potrafi tylko jęczeć z biedy.

 

Wybitniejszym od resz­ty nauczycielom warto dołożyć nawet po 2 tysiące. Na jakiej to jednak rampie można by wyodrębnić elitę, mówiąc: zdolniachy na lewo, przeciętniacy na prawo? I czy se­lekcjonerem powinna być minister Zalewska, symbolizująca i reprezentująca podprzeciętność?

 

Zacząłem naukę od wiejskiej szkoły w czasie okupacji. Zajęcia prowadził tylko jeden pedagog i jego kij. Nasz pan był więc dobry, bo bezkonkurencyjny. Po wojnie ze świadectwem z klasy czwartej trafiłem wprost do gimnazjum. Wykładała tam wyłącznie elita. Matematyk był tak porywają­cy, że ponad połowa mojej klasy po maturze poszła na ten kierunek studiów, co nigdzie i nigdy później nie zdarzyło się w przyro­dzie. Historyk nie uczył o przewagach pol­skiego oręża, tylko o dziejach zakładania i rozwoju miast, jako klucza do cywilizacji. Polonistka ocenzurowała mi referat o Pił­sudskim, który miałem przeczytać, ponie­waż uznała go za nazbyt krytyczny. A prze­cież działo się to za socjalizmu.

 

Powód zgromadzenia się w mojej szkole wybitnych, samodzielnie myślących nauczycieli był tylko jeden. W Łodzi, gdzie to się działo, wtedy jeszcze nie było uniwersy­tetu. Gdy powstał, pedagodzy z gimnazjum i liceum im. Kościuszki (dawniej Piłsud­skiego) odpłynęli na katedry i potem już dupa blada. Wniosek z tego taki, że likwi­dacja setek uczelni, zatem i masy profeso­rów, bardziej poprawiłyby jakość szkolnego nauczania niż radykalna podwyżka płac.

 

Jako były uczeń nie lubię belfrów, gdyż żadna inna grupa ludzi nie udręczyła mnie tak bardzo. Godzinami musiałem siadywać w bardzo niewygodnych wtedy ławkach i – jak pies Pawłowa – reagować na dzwon­ki. Wszystkie obywatelki i obywatele RP przymusowo uczęszczali kiedyś do szkoły. Mimo to na ogół popierają teraz roszcze­nia płacowe belfrów. Czyli nie żywią urazy. Krótka pamięć krzywd wynika chyba stąd, że większość byłych uczniów ma teraz dzieci w wieku szkolnym i potrzebuje jakiejkolwiek przechowalni dla bachorów. Tkwiąc w domu, dziatwa byłaby opresją nie do wytrzymania dla rodziców. Mniejsza więc o to, czy strażnikami potomków są Einsteiny, czy bezmózgowce pokroju minister Zalew­skiej. Straszną byłaby bowiem dla rodziców wizja odpływu belfrów ze szkół do kas w „Biedronce”. Bo gdzieżby indziej.

 

Trwa teraz walka dwóch rzeczników o program nauczania. Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, opierając się na orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego z 2003 r., wskazuje, że wiedza wciskana w szkole nie musi, a często nie może być zgodna z przekonaniami rodziców. Podzie­lam ten pogląd. Rodziców uczyli nauczy­ciele i dlatego są wśród nich antyszczepionkowcy, negacjoniści prawdy, że człowiek wyewoluował z małpy, wyznawcy płaskości Ziemi i osoby przekonane o tym, że źró­dłem onanizmu dzieci jest powiedzenie im o tym, że taka przyjemność istnieje. Bodnara okłada Rzecznik Praw Dziecka Pawlak. Jego zdaniem RPO pragnie, by w szkołach uczyć, że gdy żyje ze sobą para gejów, jeden z nich może zajść w ciążę. Pawlak jest nominantem PiS, ma więc chorą wyobraźnię.

 

Jeżeli nauczyciele dostaną 1000 zł pod­wyżki, jej dawcą będzie rząd PiS. Nikt z czasem nie będzie pamiętał, że zosta­ła ona wymuszona strajkiem. Belferstwo z wdzięczności za 1000 zł poprze więc pisowatego Pawlaka. A ten twierdzi, że liberało­wie już w żłobkach chcą pensjonariuszy za­chęcać do seksu. (Źródło: „Gazeta Polska” z 27 marca. Artykuł Katarzyny Gójskiej, żony Rachonia z TVP). W realu masturbują się raczej ci, co u żłobu, niż w żłobku.

 

Radykalne zwiększenie płac nauczycie­li może też spowodować rządowy zaciąg do szkół zwolenników partii rządzącej wywo­dzących się z nizin umysłowych. Posady nauczycielskie staną się więc atrakcyjne dla osób żyjących z aktywizmu w Klubach „Gazety Polskiej”, z uczestnictwa w po­chodach szowinistów, z wycieczek na Węgry w potrzebie zbiorowego lizania dupy Orbana, z piechurów z Marszy Niepodległości i innej mierzwy.

 

Tysiąc plus jeszcze bar­dziej rozmnoży też w szkołach księży kate­chetów. Po podwyżce każdy już członek kleru pchać się bowiem będzie na państwowy etat.

 

Przed maturą, w 1951 r. moja matka objeżdżała członków komisji egzaminacyjnej po domach. Samicom rozwoziła jedwabne chustki i pończochy, samcom da­wała krawaty i wodę kolońską. Wszystkie te wspaniałości jej kuzyn z Mediolanu hurtem przysyłał w paczkach na handel. Starczyło wówczas takie gówno i oto maturę mam po dziś dzień. Gdybym zdawał ją w roku 2019, czyli 70 lat później, to po podwyżce płac belfrów koszt świadectwa wzrósłby odpowiednio. Matki nie byłoby więc stać na wyzwolenie mnie ze szkoły. Zamożni na­uczyciele oczekiwaliby od niej kluczyków do samochodów, a nie galanterii.

 

Po podwyżce belferstwo nabierze też pewności siebie. W moich czasach szkolnych było ono bezradne, gdy np. na lekcji smażyłem sobie jajecznicę albo z opilstwa rzygałem z okna mojej klasy na ulicę. Te­raz, będąc paniskami, złapałoby ono mnie za mordę. Tysiąc plus spowoduje więc ha­niebne ujarzmianie uczniów, uwiąd ich swobody bycia.

 

Oto racje, dla których nie popieram ra­dykalnego dokarmienia belfrów. Gdyby jednak nie wygrali oni z rządem, gotów będę poprzeć ich następne żądania wiązką odwrotnych argumentów.

Reklamy

Brzydka, święta i ruda (recenzja filmu na temat św. Faustyny Kowalskiej pt. „Miłość i miłosierdzie”) – ŁUKASZ PIOTROWICZ, TYGODNIK „NIE” numer 14/2019

PIO-sekretarka.jpg

Niedoszły poseł PiS z kamerą wśród świętych i demonów.

 

Jeżeli premiera filmu objęta jest patronatem prezydenta, koproducentem jest TVP, a finansowego wsparcia udziela KGHM – jest to wydarzenie wagi państwowej. Z taką pompą do kin wkroczył film Michała Kondrata „Miłość i miłosierdzie”fabularyzowany dokument o życiu katolickiej świętej zakonnicy Faustyny Kowalskiej.

 

Łódzką premierę filmu patronatem objęli: prezydent miasta Hanna Zdanowska, wojewoda łódzki Zbigniew Rau oraz marszałek województwa Grzegorz Schreiber. Bohaterka filmu była z Łodzią biograficznie związana – jest nawet patronką miasta, co uchwalili radni w 2005 r. Porażony takimi historycznymi, samorządowymi i państwowymi okolicznościami pognałem do jednego z łódzkich kin, aby to wiekopomne dzieło zobaczyć.

 

Technicznie seans nie różnił się niczym od projekcji, dajmy na to, „Króla Lwa”. Liczyłem przynajmniej, że zamiast coli i popcornu obsługa zaproponuje wino mszalne i dietetyczne opłatki, ale się przeliczyłem.

 

Jezus i Rysiek

 

W zajawce filmu dystrybutor zapowiada: „Nieujawnione dotąd fakty i odkrycia grupy ekspertów pozwolą nam poznać prawdę o wpływie Bożego Miłosierdzia na losy świata oraz potęgę przesłania, które Jezus przekazał ludzkości za pośrednictwem prostej polskiej zakonnicy, a dziś świętej, siostry Faustyny Kowalskiej”. Nowością jest to, że twarz Jezusa z obrazu namalowanego na podstawie przywidzeń Faustyny Kowalskiej to ta sama twarz, co na Całunie Turyńskim. No, kurde, faktycznie podobny – jak każdy z miliona namalowanych na tę samą modłę Chrystusów. Dla mnie jednak większym szokiem było to, że Rysiek z „Klanu” żyje. Żyje i jest ojcem św. Faustyny. Występuje w pierwszej scenie części biograficznej. Stanowczo wali pięścią w stół i nie pozwala córce pójść do klasztoru, zrywając z wizerunkiem ciepłych kluch z „Klanu”.

 

Film jest kolejnym dewocyjnym gniotem. Zaczyna się abstrakcyjnie, bo od stworzenia świata. Poeta chyba miał na myśli to, że Pan Bóg, tworząc ten łez padół, już myślał o Polsce jako centrum Wszechświata, w którym objawi się moc boskiego miłosierdzia. Rozmach ten imponuje megalomanią. Niestety mimo wielkich nadziei produkcja nie odbiega poziomem od standardowych katolickich kiczów. Historia nie porywa: mimo zakazu Ryśka z „Klanu” Helena (to jej prawdziwe imię) wstępuje do klasztoru, uprzednio pracując ciężko na wiano, którego wniesienie było wówczas nieodzownym warunkiem dla panien chcących przywdziać habit. Zostać zakonnicą każe jej przecież sam Jezus. Początkowo Helena opiera się i rzuca w wir rozrywek, ale głosy w głowie są coraz głośniejsze. Wygrywają z rozsądkiem. W zgromadzeniu sióstr Matki Bożej Miłosierdzia otrzymuje imię Faustyna i kontynuuje przygodę z zaświatami. Nieufnie traktowana przez towarzyszki i władze kościelne, po latach zostaje wielką świętą, oczywiście dzięki J.P. 2. Chrystus podyktował jej koronkę do miłosierdzia bożego i kazał namalować obraz z podpisem: „Jezu, ufam Tobie”, dzięki czemu teraz można wymodlić cuda. The end.

 

Większe aspiracje artystyczne miał inny film o nawiedzonej zakonnicy, zatytułowany po prostu „Faustyna”. Wyreżyserował go w 1994 r. Jerzy Łukasiewicz, a mniszkę zagrała Dorota Segda. Zagrała tak, że za tę rolę otrzymała Złotą Kaczkę w 1996 r. W filmie Kondrata w rolę Faustyny wcieliła się atrakcyjna i wysoka Kamila Kamińska. Jest to kolejne przekłamanie w filmie. W prawdziwym życiu Helena Kowalska była pucołowatym rudzielcem. Propaganda kościelna uszlachetniła rysy jej twarzy, żeby nie było wstydu na świętych obrazkach. Taka zaleta czasów raczkującej fotografii. Podobnie uwznioślono urojenia Kowalskiej.

 

Faustyna stulecia

 

Przypomnijmy, że bohaterka fil­mu „Miłość i miłosierdzie” została wybrana Polką stulecia w plebiscycie Konfederacji Kobiet RP. Pokonała w tym wyścigu „Inkę”, kumpelę J.P.2 Wandę Półtawską, a nawet Annę Wa­lentynowicz. Na liście do głosowania nie znalazła się np. Maria Skłodowska-Curie, ale czego ona w sumie do­konała? Z wyższym wykształceniem to każdy może odkryć jakiś pierwiastek. Natomiast Kowalska, skończywszy za­ledwie 3 klasy, odkryła w sobie boski pierwiastek i do dzisiaj działa cuda, o jakich się filozofom nie śniło. Ani fizykom, ani chemikom. W konkursie Konfederacji Kobiet RP chodziło o to, aby uhonorować te niewiasty, które „nie dały porwać się nurtowi femini­zmu, pokazując, czym jest prawdziwa kobiecość”. Ten warunek Kowalska wypełnia stuprocentowo.

 

Nieco przykre, że Polki kato­liczki obrały sobie za idolkę kobietę będącą symbolem poddaństwa i uległości. Nawet w jej własnych wizjach Jezus nazywał ją lekceważąco swoją „sekretarką” i kazał być we wszystkim posłuszną spowiednikowi (też chłopu).

 

Podyktował jej przesłania i nabożeń­stwa, ale jednocześnie ostrzegał, że bez męskiej pomocy w postaci księdza sobie nie poradzi. Z uwagi na wiejskie pocho­dzenie i urojenia była traktowana z góry przez inne zakonnice, a z powodu bra­ku wykształcenia posyłano ją do naj­prostszych robót fizycznych. To właśnie ma stanowić o jej wielkości. Jak napisano w katolickim piśmie dla młodzieży „Miłujcie się”, „w tym właśnie duchu prosta zakonnica dochodziła do bram świętości, pełniąc zwykłe obowiąz­ki kucharki, ogrodniczki i furtianki w domach zgromadzenia w Krakowie-Łagiewnikach, Płocku i Wilnie. Ćwiczyła się przy tym w trzech cno­tach, które – jak przekazała jej Matka Boża – są Bogu najdroższe: w pokorze, czystości i miłości Bogu”.

 

Partia egzorcystów

 

Najbardziej fascynujące w „Miłości i miłosierdziu” jest to, jak taka słabizna zyskała rozgłos oraz przychylność polityczną i finansową. Odpowiedź brzmi: partia. Z partią związany jest bowiem reżyser Michał Kondrat. Na swojej stronie internetowej przedstawia się tak: „Z wykształcenia jestem eko­nomistą, z pasji reżyserem i producentem, a z serca chrześcijaninem”. Tę trzecią wadę uczynił swoim zawo­dem. Jego hobby – oprócz filmowania świętych – jest również przepędzanie demonów. Przez kilka lat był asysten­tem nieżyjącego już egzorcysty ks. Jana Szymborskiego. Tak to wspomina: „Wychowałem się w rodzinie katolic­kiej, jednak Boga odnalazłem w moim życiu dopiero w 2002 r., kiedy przeży­łem swoje intensywne nawrócenie. Niedługo potem ks. Jan Szymborski – warszawski egzorcysta, zaprosił mnie, by raz w tygodniu pomagać mu przy egzorcyzmach. Moja posługa trwa­ła 5 lat, do czasu przejścia ks. Jana na emeryturę. Czas poświęcony na modlitwę za osoby dręczone ducho­wo miał duży wpływ na rozwój mojej wiary. Doświadczenia z tamtego okre­su zapewniły mnie o istnieniu Boga i o tym, jak ważne jest, abym wszyst­ko, co robię w życiu, Jemu podporząd­kowywał”. Owocem współpracy z eg­zorcystą i demonami jest film z 2013 r. „Jak pokonać Szatana”.

 

Reżyser obdarzony jest również tem­peramentem politycznym. Dwukrotnie był pisowskim radnym Warszawy. 2 razy kandydował do Sejmu z list PiS. W 2011 r. jego kandydaturę poparł Marek Jurek: „Wierzę, że Michał Kondrat będzie konsekwentnie pracował na rzecz wartości cywilizacji chrześcijańskiej i reprezentował opinię chrześcijańską w Polsce. Potrzebujemy ludzi, którzy będą to robić odważnie, konsekwent­nie, mądrze”.

 

Kondrat miał również re­komendację swojego kolegi egzorcysty, ale mandatu nie dostał. Fucha asysten­ta egzorcysty to w partii Kaczyńskiego przepustka do kariery. Przypomnijmy, że swoimi paranormalnymi pasjami chwalił się Dominik Tarczyński. Ten absolwent prawa kanonicznego na KUL ma za sobą epizod asystowania przy ry­tuałach brytyjskiego egzorcysty ks. Jere­miego Daviesa. „Kilkaset osób zgłosiło się z prośbą o pomoc, bo psychiatrzy nie mieli dla nich wyjaśnienia. Po­ruszały się przedmioty, osoby pluły gwoździami, znały twoje grzechy, mó­wiły w kilku językach” – wspominał swoją przygodę.

 

Taśmy wiary

 

Tematyka twórczości Michała Kon­drata kręci się wokół tego, co może sprzedać się w parafiach i na co można wyciągnąć patriotyczno-kościelne gran­ty. Poprzedni jego film, „Dwie korony”, opowiadał o Maksymilianie Kolbem. Świętego antysemitę przedstawiono w tym obrazie jako geniusza i wizjone­ra, niemal na miarę Leonarda da Vin­ci. Ukazano jego zmysł konstruktorski (chciał budować maszynę lecącą w ko­smos), sprawność logistyczną, umiejętne zarządzanie zasobami ludzkimi i wiele innych cnót. W rolę Kolbego wcielił się Adam Woronowicz (mający na koncie rolę Popiełuszki), a jego kompana zagrał spobożniały ostatnio Cezary Pazura.

 

W 2017 r. prawicowe i katolickie media piały z zachwytu, że oto film o naszym świętym męczenniku pod­bija festiwal w Cannes. „Będzie to jedyny nowy polski film pełnometrażowy wyświetlany podczas festi­walu w Cannes, który rozpoczyna się dzisiaj (17 maja 2017 r.)” – donosił portal internetowy „TVP Kultura”.

 

O  sukcesie polskiej produkcji in­formowały Kurskie „Wiadomości”. Szybko okazało się jednak, że to tylko piarowa zagrywka pana reżysera. Wyperswadował to butnemu reżyserowi rzecznik Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Premiera filmu o św. Maksymilianie nie odbywała się bowiem na festiwalu, lecz na towarzyszących mu targach Marché du Film, gdzie każdy może sobie wyświetlić, co chce, żeby się pokazać światowym dystry­butorom i licencję na swój produkt opylić. „Oświadczam, że w żadnym z komunikatów, które przekazywali­śmy mediom przez agencję enterPR, nie podawaliśmy, że film startuje w konkursie, a jedynie, że jego świa­towa premiera odbędzie się podczas Festiwalu w Cannes. Film został za­prezentowany na Marché du Film, które są spójną częścią Festiwalu Filmowego w Cannes” – kręcił reżyser przyłapany na gorącym uczynku. Przypominamy, że Kościół naucza, iż ojcem kłamstwa jest Szatan.

 

Polska Miedź świętych

 

Początek seansu „Miłości i miłosierdzia” umila widzowi wiadomość, że powstanie filmu wsparł KGHM. Ta spółka skar­bu państwa wyjątkowo hojnie wspiera Kościół. Działająca przy niej fundacja szczególnie szczodra jest dla parafii i zbożnych inicjatyw.

 

W 2018 r. na cele związane z Kościo­łem KGHM wydał ponad 3 mln zł. Ile miedziaków rzucono na tacę Michała Kondrata? Nie wiadomo. „Zgodnie z zapisami umów warunki umowy są poufne, w związku z tym nie możemy przekazać takiej informacji” – odpowiedziała dziennikarzom Anna Osadczuk, dyrektorka departamentu komu­nikacji KGHM. „Miłość i miłosier­dzie” wsparła też nieco przykurzona już w pamięci Polska Fundacja Narodowa, której założycielem jest m.in. KGHM. Mimo tak możnych mecenasów reżyser Kondrat zmuszony był przeprowadzić publiczną zbiórkę na swój film. Ze­brano 750 310 zł. Żebranina trwała do 19 marca 2019 r. Tymczasem premiera „Miłości i miłosierdzia” przypadła na 29 marca. Cud? Oczywiście – cud zaradności. „Niebawem ogłosimy, jaki nowy film o ważnej i wyjątkowej tematyce będziemy realizować w tym roku. Wszystkie darowizny wpłacone na konto Fundacji po 18 marca 2019 zostaną przeznaczone na jego realizację” – wytłumaczył specjalista od świętych i diabłów. Błogosławieni, któ­rzy nie widzieli, a uwierzyli! Tematów nie zabraknie. W kolejce do ekranizacji czeka jeszcze kilkaset żywotów polskich świętych i błogosławionych. Oby tylko budżet KGHM to wytrzymał. W końcu jest z miedzi, a nie z gumy.

„Amfa nasza jest zwycięska” – TADEUSZ JASIŃSKI, „NIE” nr 14 / 2019

Screenshot - 2019-04-05 , 06_28_16.jpg

Co roku dzięki narkotykom liczebność naszego wojska nieco spada.

 

Żandarmeria Wojskowa lubi się chwalić. Szczególnie jeśli ma do opi­sania akcję taką jak z końca marca, kiedy to funkcjonariusze zajechali w Stężycy drogę samochodowi z przestępcą. Potem obrzucili go materiała­mi hukowymi, by wreszcie użyć siły fizycznej i wyciągnąć faceta z autka. A następnie rzucić nim o glebę i zakuć w kajdanki.

 

Gdy do tej sensacyjnej akcji dodać to, że w tym samym czasie inne ekipy wyważyły drzwi w kilku dęblińskich mieszkaniach, to duma z polskich żandarmów rośnie. Ze strażników granicznych też, bo i oni uczestniczyli w operacji. Nie tyko w Dęblinie. Na­lotów dokonano również w Mińsku Mazowieckim.

 

Dzięki temu zatrzymano 17 osób. Z czego 8 to żołnierze: czterech szere­gowych, czterech podoficerów. Mun­durowi aresztanci służyli w 41. Bazie Lotnictwa Szkolnego w Dęblinie oraz 23. Bazie Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim. Żandarmeria nie omieszkała dodać, że „wśród zatrzymanych nie ma oficerów i lotników”. No i tego, że „w trakcie przeszukań zabezpieczono kilogram amfetaminy i ponad 18,5 kg marihuany”. Bo w całej akcji chodziło o dra­gi. Rozprowadzane głównie wśród lotników.

 

Na tym jednak nie koniec tego­rocznych sukcesów Żandarmerii Wojskowej w zwalczaniu środków psychoaktywnych w armii. W lutym żandarmi „rozbili grupę przestęp­czą zajmującą się rozprowadzaniem narkotyków. W skład gangu wcho­dzili żołnierze 18. Białostockiego Pułku Rozpoznawczego”. Handlo­wali amfą i trawą. Co ciekawe, mimo nazywania tego towarzystwa gan­giem, prokuratura zgodziła się, aby wobec dilujących żołnierzy zastoso­wano jedynie „dozór przełożonego wojskowego”.

 

2 tygodnie później w województwie zachodniopomorskim było wyważanie drzwi o świcie, granaty hukowe i „przy­mus bezpośredni” – w 34 mieszka­niach. Zamknięto 19 osób, w tym dzie­sięciu żołnierzy. Oprócz tego, że ŻW miała dowody, iż towarzystwo opychało dragi w wojsku od połowy 2018 r., to z domów aresztowanych funkcjonariu­sze wynieśli 3 kg amfetaminy, 1,5 kg marihuany, 53 g MDMA i 43 g kokainy.

 

5 zatrzymanych siedzi tymczasowo przez 3 miesiące.

 

Opowieści o zatrzymaniach w ostat­nich trzech latach można by przyto­czyć przynajmniej kilka. Żandarmeria zamykała wojskowych dilerów wszę­dzie, gdzie były jednostki wojskowe. I to niekoniecznie tylko nasze, ale i sojusznicze, czyli amerykańskie zna­czy. Bo, jak się okazało, współpraca polsko-amerykańska w rozprowadza­niu prochów kwitnie.

 

O ile jednak dzięki kilkunastu co roku enuncjacjom żandarmerii o ak­cjach przeciwnarkotykowych w woj­sku Putin wie, co najbardziej lubią palić i wąchać polscy żołnierze, o tyle po pierwszej wzmiance o narkokooperacji naszych z US Army sojusznicy nałożyli na te informacje embargo. Wiadomo zatem tylko tyle, że towar dostarczali Amerykanie, wwożąc go na pokładach należących do Wuja Sama samolotów transportowych.

 

Marycha – nie, amfa – tak

 

W każdej sprawie o narkotyki w wojsku żandarmeria ma do czy­nienia z marihuaną i amfetaminą. Co zdaniem ekspertów jest absolutnie bez sensu. Albo wręcz przeciwnie.

 

Wypalone konopie indyjskie powo­dują zmianę percepcji czasu i odległo­ści. Znaczy komuś wydaje się, że coś jest dalej lub bliżej, niż jest – zatem celnie sobie nie postrzela. Upalony może wi­dzieć dźwięki i słyszeć kolory. Temu wszystkiemu towarzyszą z reguły dobre samopoczucie, euforia, wyższa samo­ocena, odprężenie i spadek samokon­troli. Często po paleniu ma się wrażenie, że zmysły się wyostrzyły, a świat jest prostszy do zrozumienia, czyli zaczyna się filozofować i gadać po próżnicy.

 

To wszystko to nie są cechy, które powinny charakteryzować żołnierza. Zwłaszcza że udowodniono, że palenie trawy krótkoterminowo osłabia pa­mięć, rozwala koordynację wzrokowo-ruchową i koncentrację uwagi. Oraz zaburza tak ważne w armii czynności automatyczne. Ba, u osób o zdrowej psychice marihuana osłabia agresję. Chyba że ktoś ma zaburzenia o podłożu psychicznym – co w wojsku może być częstsze niż gdzie indziej – wtedy trawa zachowania agresywne nasila.

 

Tak czy inaczej trawka jako sub­stancja pacyfistyczna przez wojsko powinna być tępiona.

 

Ale amfetamina? Przecież wymy­ślono ją właśnie z myślą o żołnierzach. Wehrmacht i Luftwaffe odbierały mi­liony tabletek perwityny, czyli amfe­taminy. Niemieccy czołgiści dostawali amfę w specjalnie przygotowanej dla nich czekoladzie.

 

Brytyjczycy i Amerykanie od 1943 r. mieli amfetaminę w niezbędnikach. Instrukcja kazała im łykać w czasie walki 5-miligramową tabletkę co 6 go­dzin. Do czasu pokonania Hitlera Brytole i Amerykanie zjedli ponad 4 mln proszków z amfą.

 

Na tym nie koniec. Jeszcze w 2006 r. regulamin służb medycznych Sił Po­wietrznych USA pozwalał na wydawa­nie pilotom tabletek z dexedryną – po­chodną amfetaminy. Sprawa walnęła się dopiero po tym, gdy w okolicach Kandaharu amerykański pilot na dexedrynowym haju otworzył ogień do ka­nadyjskich żołnierzy. Czterech zginęło, ośmiu zostało rannych. Media zrobiły burzę i amfa musiała z wyposażenia pi­lotów zniknąć. W oczach dowódców ten psychoaktyw wciąż ma uznanie.

 

Nie może być inaczej, bo po jego za­życiu otrzymuje się żołnierza wzorco­wego. Zwiększa mu się koncentracja, zmniejsza zmęczenie, znika łaknienie i rośnie wytrzymałość. Chwilowo po­prawiają się umiejętności zapamięty­wania, ma poczucie mocy i przestaje odczuwać lęk. Z powodu niezdolności do racjonalnej oceny własnych zacho­wań staje się podatniejszy na rozkazy. No i ma wyrąbistą agresję.

 

Trudno się zatem dziwić, że piloci z Dęblina i Mińska Mazowieckiego wiedzą, co dla nich dobre i z am­fetaminy korzystają ocho­czo. Bo to przecież dzięki niej polski lotnik poleci choćby na drzwiach od stodoły. Albo wyląduje poniżej płyty lotniska…

 

Drugs nach Osten

 

Badania na temat narkotyków w Wojsku Polskim są rzecz jasna utajnione. Jednak dowódcy nie ukrywają, że dragi są wszechobecne o skali zjawiska można jedynie gdy­bać, patrząc na doniesienia Żandar­merii Wojskowej. Te zaś pokazują, że nie ma na mapie polskich jednostek białych plam. A ponieważ – tak jak poza wojskiem – przypadki wykry­wania przestępczości narkotykowej to ledwie kilka procent zjawiska, to można uznać, że amfa i trawa są w wojsku równie powszechne, jak po­ranna musztra.

 

Złośliwi oficerowie napomykają, żeby ktoś przyjrzał się temu zjawi­sku w wojsku weekendowym, czyli w Wojskach Obrony Terytorialnej. To z myślą o naborze do tych jedno­stek Macierewicz w 2016 r. zmienił rozporządzenie mówiące o tym, że jeżeli we krwi, włosach lub moczu kandydata do armii znajdują się pozostałości po środkach psychoaktyw­nych, to kandydat kandydatem być przestaje.

 

Teraz jest tak, że jeśli u chętnego do wojska stwierdzi się w badaniu labo­ratoryjnym „obecność zabronionego środka psychoaktywnego”, to o tym, czy taki ktoś założy mundur, decyduje „konsultacja psychiatryczno-psychologiczna”. Dla niej zaś – według opinii oficerów – najważniejsza jest determinacja przyszłego żołnierza i jego chęć szczera służenia ojczyźnie. Tę wzmagają narkotyki.

 

„Współczesny portret parcha” – MICHAŁ MARSZAŁ, „NIE” numer 13/2019

wspolczesny portret parcha - grafika.jpg

Po czym poznać Żyda? Po wszystkim.

 

Gdy w minionych tygodniach media pastwiły się nad tygodnikiem narodowym „Tylko Polska”, czym prędzej pobiegłem do kiosku. Publikacja „Jak rozpoznać Żyda” wydała mi się o tyle interesująca, że od dawna podejrzewam jednego z naszych redakcyjnych kolegów o semickie pochodzenie. Chodzi taki mały, bogaty, chytry, łypie spiskującymi oczkami i nikt się go nie czepia, a przecież należy.

 

Dzięki reklamie posła Michała Kamińskiego pismo wyprzedało się w mgnieniu oka z sejmowych saloników prasowych. Odwiedziłem więc kolejno 11 kiosków, 2 Empiki, 4 stacje benzynowe, a wreszcie Bibliotekę Narodową w Warszawie – bez skutku.

 

Nie pozostało mi więc nic innego, jak wykręcić numer do Leszka Bubla, wydawcy gazety, i poprosić o egzemplarz. Naczelny antysemita III RP po kilkuminutowym wstępie, składającym się głównie z bluzgów skierowanych w stronę TVN, która w głównym wydaniu „Faktów” nie tylko nie podała tytułu tygodnika, ale nie poprosiła Bubla o komentarz, zgodził się wysłać mi artykuł na mejla.

 

– A co, znowu chcecie sobie jaja robić?! – grzmiał.

 

– Nie ukrywam… – nie ukrywałem.

 

Bublowi trzeba oddać, że w przeciwieństwie do wielu polskich polityków i publicystów rozmawiać się nie boi. Nie bez racji twierdzi, że ograniczanie przez Kancelarię Sejmu prawa do dystrybucji jego legalnie wydawanej gazety to cenzura.

 

Mnie atak na Bubla zniesmaczył, bo o ile o sprawie doniosło wiele mediów polskich, zagranicznych („Daily Mail”) i amerykańskich („Washington Post”), o tyle żaden z dziennikarzy nie raczył sprawdzić, co w artykule napisano. A napisano samą prawdę!

 

We wstępie do artykułu autorstwa człowieka bez imienia i nazwiska przeczytać możemy znane już z historii spostrzeżenia:

 

  • „Judaizm jest ideologią, której celem jest zdobycie dla Żydów totalnej władzy nad światem. Dla nich niebo to stan absolutnego panowania nad narodami, pełniącymi rolę niewolników”. Otóż to, nasz redakcyjny kolega śmie wymagać od nas, Polaków, pracy!
  • „Ludźmi są jedynie Żydzi, a inni ludzie to są wstrętne zwierzęta z ludzką twarzą (goje); ano z ludzką twarzą tylko dlatego, aby Żydom zaoszczędzić przykrości obcowania z tymi zwierzętami”. Fakt, musimy mu nawet codziennie podawać łapę!
  • „Kierują się naczelną zasadą, którą wyraził Żyd Michnik: »Mądry Żyd to Żyd zakonspirowany«”. W istocie: nasz redaktor chodzi po kamienicy bez pejsów, a chałat skrzętnie chowa pod garniturem!
  • „Czy spotkał ktoś w Polsce bezdomnego albo bezrobotnego Żyda? To jest dla Polaków. A gdzie można ich znaleźć? Szukanie poniżej elity władzy i biznesu powiatowego to strata czasu! Im wyżej, tym jest ich więcej!”. Nasz redaktor należy do osób domnych, i to wielorako, gdyż posiada liczne nieruchomości. Na skalę powiatu działał jedynie w latach szkolnych, będąc aktywistą ZMP. Później interesowała go już – jak na Żydka przystało – wyłącznie skala światowa.

 

Z jedną tylko uwagą opublikowaną we wstępniaku „Tylko Polski” zgodzić się nie sposób. „We wrze­śniu 1939 r. witali najeźdźców, zarówno Niemców, jak i Rosjan, bramami triumfalnymi oraz chle­bem i solą w każdej miejscowości, gdzie była jakaś większa społecz­ność żydowska” – zauważa au­tor. A przecież chleb i sól ścieliły się gęsto w Europie już wcześniej, np. w Austrii i w Sudetach.

 

Dokumenty. Choć Adam Mich­nik polecał konspirację, Żyda według publikacji „Tylko Polski” sprytny Po­lak najłatwiej rozpozna po nazwisku. Podejrzani są ci, którzy mają nazwi­ska żydowskie (wiadomo), polskie, brzmiące nazbyt polsko (np. Jagiełło), nieco zabawne (Wałęsa) i pochodzące od nazw regionów geograficznych (Kalisz, Mazowiecki, Holland).

 

Nie należy też dać się robić w bambuko cwaniakom o nazwiskach zaczynających się od nazw dni tygodnia, miesięcy, zaczynających się na „nowo” (np. Nowakowski) albo z dobrej woli (Dobrowolski).

 

Żyda najłatwiej rozpoznać jednak po cechach antropologicznych, bo tych ukryć nie sposób. I tak udając, że patrzę się w sufit, przez bity tydzień sprawdzałem, czy nasz kolega posiada wysklepienie górnej po­wierzchni czaszki, czy od czoła do tyłu biegnie jak gdyby karb, boczne łuki czołowe ma o większym zaokrą­gleniu, oczodół płytki, nos spiczasty, brwi stosunkowo wyżej nad oczami i w kształcie łuku, a odcinek między nosem a górną wargą znacznie dłuż­szy niż u nas, Polaków.

 

Poległem dopiero przy analizie uszu, przy których musiałbym już latać z murarskim metrem i pozio­micą. Żydowskie ucho według „Tylko Polski” w dolnej sekcji nie posiada bowiem opuszki, jest po linii prostej wrośnięte w głowę, a w górnej części lekko spiczaste, podczas gdy nasze, swojskie ma kształt łuku koła.

 

Zgadzał się natomiast w całości wyraz oczu: te według autora „mają »coś« specyficznego w spojrzeniu – ono nie jest ostre, szlachetne, szcze­re; jest jakby matowe, przypominające kogoś przebiegłego, oszusta”. Cały nasz redaktor!

 

Nogi. Jeśli Żyd wystarczająco starannie zakamuflował się nazwi­skiem i przeszedł kilka operacji plastycznych, niechybnie poznać możemy go po chodzie. Żyd według autora, idąc po prostej, wyrzuca kolana w bok, kołysze się na boki, a jego chód przypomina chód kacz­ki, co najlepiej widać u Aleksandra Kwaśniewskiego.

 

Gdy dodamy do tego (przykładem generał Jaruzelski) skłonność do zaciskania dłoni w pięść, w przeciwień­stwie do nas, którzy trzymamy dłoń swobodnie otwartą, rozluźnioną, to możemy być już praktycznie pewni, z kim mamy do czynienia.

 

W razie wątpliwości „Tylko Pol­ska” poleca obejrzenie rodziców lub dziadków danego osobnika albo roz­poznanie rozmową poprzez atak na żydowskie „świętości”. Wtedy Żyd będzie ich bronił albo okaże nam wrogość.

 

Jeśli mało nam dowodów, podej­rzanego Żyda wystarczy posłuchać. Według autora byle jaki Żyd zagada każdego Polaka. Potrafi zamotać każdą sprawę, zrobić wielki problem z ni­czego, mówić płynnie i wielce ucze­nie o niczym godzinami. Przy czym mówiąc o sprawach najważniejszych i bliskich sercu każdego Polaka, robi to, jak gdyby gadał o każdej innej spra­wie: bez emocji, powoli, monotonnie.

 

Żydki ponadto mają problemy z prawidłową wymową „rz”, a w roz­mowy wplatają „tfu!”, jak gdyby splu­wali.

 

Niestety w przypadku naszego podejrzanego redakcyjnego semity wykluczyć należy wiele czynników, które w poradniku „Tylko Polski” podawane są za oczywiste. Żyd z „NIE” nie nosi brody ani brodozarostu i za­miast chodzić w łachach, stroi się od­świętnie. Nie okazuje buty, ma więcej delikatności i taktu niż królowa bry­tyjska, nie ma podrygów, tików i nie macha łapami podczas rozmowy. Nie wyróżnia go też zdolność łatwego opanowania języków obcych, bo tych – co przyznaje otwarcie – nigdy się nie nauczył. Nie udaje również superpatrioty, a jego wnuki – wiem, bo roz­mawiałem – nie są w stanie wymienić z pamięci imion przodków do dziesiątego pokolenia wstecz.

 

Na szczęście dla analizy potwierdzi­łem u naszego Żydka inne charaktery­styczne cechy semitów: „Żyd będzie łgał w żywe oczy i nie drgnie mu po­wieka. Nie mają żadnego poczucia wstydu. Mistrzowie w posługiwaniu się chwytami typu: odwrócenie kota ogonem, łapaj złodzieja. (…), nie okażą żadnego miłosierdzia obcym (…), »wydialogują« każdego (…). Jeśli coś postanowią, to będą szli po trupach, wbrew prawom natury (…). Żyda nigdy (!) nie da się argumentami przygwoździć do ściany”.

 

Wszystko to dało się zauważyć szczególnie wtedy gdy w ciągu miesiąca przyszedłem do naszego redaktora domagać się trzeciej podwyżki z rzę­du.

 

Głupki. Po lekturze dwóch opa­słych stron artykułu „Jak rozpoznać Żyda” zacząłem dochodzić do wnio­sku, że Żydzi to ludzie może i par­szywi, ale wybitni. Na szczęście autor w porę się zreflektował i oznajmił na kolejnej płachcie, że Żydzi „nie mają w sobie intelektualnej głębi twórczej, nigdy nie stworzyli ory­ginalnego systemu w nauce, sztuce ani w jakiejkolwiek dziedzinie twór­czości ludzkiej. Wytwory umysłu ży­dowskiego z reguły są powierzchow­ne – kompilują, przetwarzają myśli innych, przy tym deformując je; ślizgają się po powierzchni spraw, nie dotykając istoty rzeczy”. Albert Einstein, który wydawał się wśród tej miernoty wyjątkiem, według autora tylko potwierdził regułę: jego szcze­gólna teoria względności okazuje się bowiem plagiatem rozprawy pewne­go mało znanego włoskiego rolnika z 1903 r.

 

Dalej czytamy, iż najwięksi w hi­storii zdrajcy, mordercy, przestępcy w 95 proc. przypadków byli Żydami. Od Lenina do Stalina, przez najbardziej znanych nazistów, jak dr Mengele, po Ala Capone. Według „Tylko Polski” Żydem był nawet Adolf Hitler!

 

W swojej przebiegłości Żydzi sze­rzą pornografię, narkomanię i pijaństwo, infiltrują Radio Maryja, a tak­że biorą się za filmowanie wielkich dzieł polskiej literatury, jak „Pan Ta­deusz”. Bezustannie reformują i gło­szą postęp, a w wolnych chwilach wypisują antyżydowskie hasła na murach, podpalają synagogi i nisz­czą żydowskie cmentarze, aby świat zobaczył „dowody” antysemityzmu w Polsce.

 

Gdy już się upewniłem, z kim mam w robocie do czynienia, zacząłem się zastanawiać, co robić. Autor od Bubla poleca, by walczyć z Żydami ich me­todami: jeden tajny ośrodek kierow­niczy, skryta wojna totalna, długomyślność, wytrwałość, popieranie tyl­ko swoich. „Kluczem do zwycięstwa jest posiadanie mediów. Musimy odebrać Żydom media. Kto ma me­dia, ten sprawuje rząd dusz” – zazna­czył. Niestety nie chodziło o media znane powszechnie jako woda, świa­tło, gaz. To wydawało się stosunkowo proste. Policzyłem, że Polaków w re­dakcji jest ponad dwudziestu, a Żyd tylko jeden. Postanowiłem zorganizować więc tajny ruch oporu, a na jego czele po jednoosobowym głosowaniu ulokowałem siebie.

 

„Tylko Polska” polecała utrącenie Żydów wszelkimi możliwymi sposobami. Nie należy dużo gadać, tylko działać. Tak, aby koniec końców wy­pędzić ich z Polski. Jesteśmy bowiem jedynym państwem w Europie, które jeszcze nie wypędziło Żydów.

 

Ostateczne rozwiązanie. Dzia­łania zaczepne rozpocząłem od prób przekonywania szeptem pracowników w firmowej kuchni, żeby przejrzeli na oczy i przyłączyli się do walki. Ostatnim, najważniejszym warunkiem według Bublowej gazety jest „świadomy i pogłę­biony katolicyzm Polaków. Dzisiaj wal­ka toczy się głównie w sferze ducho­wej: o naczelne zasady w moralności, polityce i ekonomii”. Tu poległem. Na prośbę o wspólne odmawianie zdrowiasiek redakcyjni współpracownicy omijali mnie szerokim łukiem, kazali spierdalać i pukali się w głowy, na których z czasem zacząłem zauważać wysklepienia górnej powierzchni czaszki, boczne łuki czoło­we o większym zaokrągleniu i biegnący od czoła do tyłu jak gdyby karb.

 

A co, jeśli Żydów kamuflowało się u nas więcej? I co to w ogóle za nazwi­ska: Mittelstaedt, Kierus, Wołk-Łaniewska?

„Patriotę na bruk” (sprawa Stanisława Michalkiewicza) – MACIEJ MIKOŁAJCZYK, tygodnik „NIE” nr 13 / 2019

Wieszczowi narodowemu grozi bezdomność. Rabin i prezes Kaczyński umywają ręce.

Screenshot - 2019-03-29 , 10_48_22.jpg

Z pozoru świat się nie zmienił. Czyli: Stanisław Michalkiewicz donosi, że „dzieci z tęczowych rodzin częściej myślą o samobójstwie”, informuje, iż „w postępowej części Europy mer Paryża zapowiedział, że wojsko będzie mogło użyć broni przeciw żółtym kamizelkom” i raduje się z przeprowadzonej przez szwedzki portal sondy ulicznej, bo wynika z niej, że gdy zapytać Szwedów, czy gotowi są przyjąć śniadoskórego imigranta we własnym domu, to wymigują się na potęgę. Lecz świat nie jest taki sam od kiedy Michalkiewicz wyznał, że niczym ciemnolicy uchodźca może zostać bez dachu nad głową.

 

Maca z niemowlęcia

 

Założyciel Unii Polityki Realnej, publicysta „Najwyższego Czasu”, „Gazety Polskiej”, „Radia Maryja” i Telewizji Trwam, a także członek Komitetu Obrony Dobrego Imienia Polski o swej dramatycznej sytuacji mieszkaniowej powiadomił, zamieszczając w sieci filmik utrzymany w konwencji odezwy do narodu.

 

„Mieszkanie, w którym mieszkam, nie jest moją własnością i właśnie dowiedziałem się, że albo je szybko wykupię, albo będę się musiał z niego wyprowadzić. Nie mam pieniędzy na szybki wykup. Nawet jakbym sprzedał wszystko, co mam. Być może mógłbym mieć kłopoty z uzyskaniem kredytu hipotecznego z uwagi na wiek, w jakim jestem, bo już skończyłem 71 lat, dlatego ośmielam się zwrócić do państwa z prośbą, żebyście państwo wsparli mnie finansowo, żebym mógł to mieszkanie wykupić, a przynajmniej zdobyć pieniądze na wkład własny, bo przy kredycie hipotecznym niezbędny jest wkład własny. Zdaję sobie sprawę, że jest to prośba bardzo osobliwa, ale jestem w sytuacji przymusowej” – przemawia Michalkiewicz z miną Żyda przyłapanego na wytwarzaniu macy z polskiego niemowlęcia.

 

Grono nieudaczników

 

Niespójność ekspresji mimicznej z treścią przekazu jest w pełni zrozumiała, a prośba o jałmużnę, mimo wielkiego postu, rzeczywiście osobliwa, bo Michalkiewicz to nie tylko wyznawca dziewictwa Maryi, ale także fanatyk wolnego rynku i darwinizmu społecznego. Zgodnie z żywionymi przez Michalkiewicza przekonaniami apel o datki oznacza, że popyt na wykonywaną przez niego pracę okazał się niewystarczający do uzyskania dochodów pozwalających na zakup mieszkania, czyli że niewidzialna ręka rynku ulokowała go w gronie nieudaczników żyjących w lokalach komunalnych i wskutek własnej nieporadności zagrożonych wyprowadzką lub eksmisją. O tym, że błagający o jałmużnę Michalkiewicz jest niczym Jezus głoszący, że wcale nie zmartwychwstał, świadczy wyjątek z jego twórczości: „Jak to jest, że robotnikom z Tajlandii opłaca się przyjechać taki kawał drogi do Polski, żeby zarobić dziennie 150 zł, z których część trzeba przecież oddać firmie werbującej robotników tam, na miejscu, a polskim klientom opieki społecznej nie opłaca się schylić po te pieniądze nawet w tej samej albo sąsiedniej wsi?”.

 

Czy ktoś poda pomocną dłoń ofierze opiewanego przez nią ustroju?

 

Dobro narodowe

 

W sukurs Michalkiewiczowi pośpieszył Wojciech Cejrowski, satyryk i podróżnik, głosząc, że „praca Pana Stanisława Michalkiewicza jest dobrem narodowym, bo spostrzega on rzeczy, których sami nie widzimy i nas o tym zawiadamia, a o dobra narodowe należy dbać”. Cejrowski wykazał powściągliwość: pan Stanisław to w istocie wieszcz narodowy, zaś o wieszczów narodowych należy troszczyć się po stokroć, na pewno taki obowiązek ciąży na państwie i jego agendach, ponieważ dzieł zaliczanych do narodowej skarbnicy nie da się tworzyć pod mostem.

 

Do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego wysłałem mail następującej treści: „Stanisław Michalkiewicz, publicysta Radia Maryja, Telewizji Trwam i »Gazety Polskiej«, a także członek Komitetu Obrony Dobrego Imienia Polski i Polaków, słowem wielki patriota, zaapelował o wsparcie finansowe, gdyż zmuszony jest kupić używane przez siebie mieszkanie, a nie ma na to środków. Jak można mniemać, w przypadku niezgromadzenia odpowiedniej kwoty grozi mu eksmisja, a w najlepszym razie wyprowadzka, tymczasem jego twórczość bywa określana mianem dobra narodowego, a on sam nazywany jest wieszczem narodowym. Czy ministerstwo uratuje Stanisława Michalkiewicza przed eksmisją lub koniecznością wyprowadzki i wesprze go finansowo albo rzeczowo?”.

 

Odpowiedź nie nadeszła. List podobnej treści posłałem do Jarosława Kaczyńskiego. Naczelnik państwa polskiego także nie odpowiedział. Milczeniu ministerstwa i naczelnika nie sposób się dziwić, bo Michalkiewicz, choć występuje na antenie spółkującego z rządem Radia Maryja, dobrą zmianę krytykuje bez pardonu. „PiS wprowadził nasz naród i nasze państwo na jednokierunkową ulicę, którą można zmierzać już tylko ku swemu przeznaczeniu. Rzecz w tym, że program rozdawniczy w rodzaju »Rodzina 500 plus« wyposaża beneficjentów w tak zwane »prawa nabyte«. Program ten jest sprzeczny z ideą wolności, bo w sposób trwały uzależnia obywateli od państwa, w dodatku zmuszając ich do popierania programu ciągłego zwiększania dochodów budżetowych – ponieważ realizacja tego programu wymaga utrzymania wysokiego, a nawet rosnącego budżetu. A w kolejce czekają następne programy w rodzaju »Mieszkanie plus«” – wywodzi Michalkiewicz i jasne się staje, dlaczego na przychylność Kaczyńskiego i podległych mu ministrów liczyć nie może. A także iż z dobrodziejstw programu „Mieszkanie plus” raczej nie skorzysta, o „500 plus” nie wspominając, mimo że tak jak nauczycieli celibat go nie obowiązuje.

 

Polska zupa

 

Przyszło mi do głowy, że z odsieczą Michalkiewiczowi niechybnie przybędą patrioci, jak on gotowi zginąć w imię czci ojczyzny. Mail wysłałem do fundacji Reduta Dobrego Imienia – Liga Przeciw Zniesławieniom, bo Komitet Obrony Dobrego Imienia Polski i Polaków, którego Michalkiewicz jest członkiem, nie daje oznak życia. Odpowiedź nadeszła błyskawicznie. „Dziękujemy za przesłanie wiadomości. Wszystkie zgłoszenia rejestrujemy i weryfikujemy. W miarę możliwości postaramy się odpowiedzieć” – napisała reduta. Wkrótce skrobnął do mnie Maciej Świrski, prezes reduty, pytając, czy korespondencję na pewno chciałem skierować do jego fundacji, a nie do komitetu z Michalkiewiczem w składzie. A potem zamilkł. Dlaczego? Wyjaśnienie jest proste: Polska jest atakowana na wszystkich frontach, na orła smarkają Żydzi, Niemcy, Francuzi, Norwegowie, a czasem Amerykanie i inne nacje, co zgodnie z zasadą równowagi popytu i podaży doprowadziło do powstania licznych organizacji niepozwalających pluć do polskiej zupy. Ergo: Michalkiewicz padł ofiarą wolnorynkowej konkurencji, bo reduta Świrskiego w pomaganiu członkowi konkurencyjnego komitetu nie ma interesu, samobójczego nie licząc.

 

Żydowska owca

 

Elektroniczny list wysłałem także do Kampanii Przeciw Homofobii, spodziewając się, że adresat wykaże się wrażliwością i zadeklaruje choćby symboliczne wsparcie. Brak odpowiedzi. W przypływie desperacji napisałem do Michaela Schudricha, Naczelnego Rabina Polski. Owszem, zdarzało się, że Stanisław Michalkiewicz wołał, że „Żydzi to skurwysyny sterujące światową gospodarką i całym systemem”, ale w żaden sposób nie dowodzi to jego antysemityzmu, byłem więc pewien, iż rabin znajdzie talmudyczny sposób na to, żeby polski wilk był syty, a żydowska owca cała – i zdecyduje się przesłać Michalkiewiczowi choć dyszkę, przybliżając go w ten skromny sposób do nabycia własnego lokalu służącego przecież nie do osiągania zysków z nierządu, lecz do płodzenia dzieł wiekopomnych. Rabin nie odpowiedział.

 

Czy zatem złośliwcy mają rację, twierdząc, że Michalkiewicz może liczyć jedynie na wsparcie Putina? Na szczęście jeszcze Polska nie zginęła.

 

Czerwoni pomogą

 

Piotr Ikonowicz, niegdyś lider Polskiej Partii Socjalistycznej, a dziś przewodniczący Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, od wielu lat pomaga zagrożonym utratą dachu nad głową. W tym celu stworzył Kancelarię Sprawiedliwości Społecznej (mimo dobrej zmiany drzwi się wciąż nie zamykają; organizacja jako czerwona nie dostaje subwencji ani grantów).

 

– Ze Stanisławem jestem na ty, bo w stanie wojennym byliśmy internowani i siedzieliśmy razem w Białołęce. Na razie nie zwrócił się do kancelarii z prośbą o pomoc. Ale gdyby to zrobił, pomoglibyśmy. Włącznie z blokadą czynności komornika, dlaczego nie? No, owszem, jest wyznawcą wolnego rynku i pod względem ideowym stoimy po przeciwnych stronach barykady, ale w sytuacji zagrożenia utratą mieszkania każdemu bez względu na poglądy trzeba podać rękę. Zwłaszcza że on o mnie wypowiada się ciepło, nazywa patriotą i podkreśla, że nie jestem komuchem – mówi Ikonowicz.

 

I obiecuje, że do Michalkiewicza zadzwoni i zapyta, czy grozi mu bezdomność oraz jakiej potrzebuje pomocy.

 

Jeśli konserwatywny liberał Michalkiewicz zachowa mieszkanie dzięki socjaliście Ikonowiczowi, świat już nigdy nie będzie taki jak przedtem.

 

Na koniec cytat z przebogatej spuścizny wieszcza narodowego Michalkiewicza: „Zasrańcy od Ikonowicza są żałośni, ale niestety mają prawa wyborcze!”.

 

MACIEJ MIKOŁAJCZYK

 

PS.

Inny artykuł na temat sprawy Stanisława Michalkiewicza zamieścił niezależny portal OKO.PRESS 

Fragment:

Korwinista, nacjonalista, ultrakatolik, skandalizujący publicysta Radia Maryja, Stanisław Michalkiewicz, prosi w sieci o datki. Ponoć grozi mu eksmisja. Chce kupić mieszkanie w ekskluzywnej dzielnicy.

Michalkiewicz od lat prowadzi internetowe zbiórki. Tylko w ostatnim roku internauci wpłacili mu ponad 100 tysięcy

https://oko.press/stanislaw-michalkiewicz-radiomaryjny-antysemita-niezle-zyje-z-datkow-teraz-zbiera-na-drogie-mieszkanie/

 

„Wesele Roberta Biedronia” – Jerzy Urban (felieton), „NIE” nr 13 / 2019

Dr Krzysztof Śmiszek udzielił „Gazecie Wyborczej” wywiadu na dwie płachty gazety, co dowodzi jego elokwencji. Jest ona oczywistym przymiotem wykładowcy prawa, a też kandydata do Parlamentu Europejskiego. Gdybym głosował w jego okręgu, chętnie obdarzyłbym go krzyżykiem, bo reprezentuje Wiosnę. Lękałbym się jednak przy tym, że zmarnuję swój głos. Śmiszek jest mało znany, a jeśli już, to z tego tylko, iż jest kochankiem Roberta Biedronia. Dobrze to świadczy o jego guście. Estetyzm i polityka rozmijają się jednak. Kandydat ten obciąża Biedronia i Wiosnę zarzutem uprawiania nepotyzmu.

grafika.jpg

Niegdyś kochankami nazywano pary homo i hetero współżyjące bez ślubu. Było to określenie precyzyjne. Dziś zamiast kochanków istnieją partnerzy. Partnerstwo to więź wieloznaczna. Partnerami nazywamy wspólników w biznesie, kooperantów i kontrahentów, policjantów jeżdżących parami w amerykańskich filmach, adwokatów współkierujących kancelarią itp. Termin „partner” służy do zaciemnienia charakteru powiązań ludzi ze sobą, jest nośnikiem postępu obłudy.

Śmiszek dąży do tego, żeby w Polsce zalegalizować małżeństwa jednopłciowe. Popieram go oczywiście, ale bez przekonania, gdyż na moich wyborach politycznych ciąży doświadczenie. Odczuwam niechęć do wszelkich odmian niewolenia ludzi ślubem. W czasach PRL 3 razy żeniłem się z dziewczynami pod naciskiem państwa, konkretnie prawa mieszkaniowego. Przestrzeń mieszkalna była reglamentowana. Kto nie miał ślubu, lecz rodzinę żyjącą na kocią łapę, traktowany był jak singiel i cieszył się przez to powierzchnią podobną do przyznawanej dziś kurom w dużych hodowlach. Ślub dawał prawo do zwiększenia metrów należnych obywatelkom i obywatelom. Okoliczności te zwiększyły mój ślubowstręt. Popierałem jednak osobiście niewygodne mi ograniczenia metrażu, gdyż współtworzyły one stosunki równościowe, co było dla mnie ważniejsze od własnego komfortu. I żeniłem się.

Dr Śmiszek optuje zaś za prawem do ślubu osób homoseksualnych, czyli za poszerzeniem ślubobrania, także w imię równości ludzi. Jeśli Wiosna chce być awangardowa, a nie konserwatywna, powinna znamię postępu równości dostrzec w ewentualnym prawie likwidującym śluby w ogóle. Byłoby to dziś sprzeczne z konstytucją, a też z powszechnym pragnieniem robienia wesel. Jednak partia śmiało postępowa powinna myślowo wykraczać poza upodobania wyborców i patrzeć dalej niż ich horyzonty. Dotyczy to oczywiście odległych celów, gdyż likwidacji małżeństw nie wkładałbym do programu wyborczego teraz.

Dr Śmiszek zwalcza dyskryminację homoseksualistów, ale nie opresyjność jako taką. Doktor prawa obiecuje, iż „wprowadzimy takie przepisy, że każdy homofob, który żeruje na najniższych instynktach i zagraża bezpieczeństwu osób LGBT, zostanie ukarany z więzieniem włącznie”.

Niegdyś w wielu państwach pederastów wsadzało się za kratki, teraz chce się więzić tych, którzy ich nie lubią.

Prawnik Śmiszek wie bowiem, że nie potrzeba żadnego nowego prawa, żeby wsadzić kogoś, kto rzuca się z nożem na pederastę. Chce on więzić za wyrażanie poglądów, choć zastrzega, że tylko w ostateczności. Ostateczność nie jest jednak kategorią prawną. Także sąd ostateczny tkwi poza strukturą sądową.

Dalszym swym wywodem doktor prawa Śmiszek potwierdza to, że nie powinien w PE współtworzyć europejskiego prawa, a na uniwersytecie mógłby lepiej wykładać chemię. W czasie po upadku władzy PiS Śmiszek proponuje powołać komisję sprawiedliwości, która byłą już władzę autorytarną osądzałaby za „konkretne przypadki łamania konstytucji i praworządności”, robiąc to przy tym wszystko w pół roku. Rekomendowałaby ta komisja Sejmowi „różne kroki”, w tym stawianie przed Trybunałem Stanu. Ustawa o Trybunale Stanu określa to, jakie organy Sejmu mają badać przypadki łamania przez dygnitarzy ustawy zasadniczej, a w następstwie stać się oskarżycielem przed TS. Mowa o komisji odpowiedzialności konstytucyjnej. Dr Śmiszek chce wprowadzić nadmiar instytucji i chaos prawny. Zdarza to się często adwokatom jednej sprawy.

Gdybym był więc wyborcą tego prawnika, to przewiduję, że nad urną tak trzęsłaby mi się ręka, że nie trafiłbym kartą do szpary.

„Tupot tupetu” – Jerzy Urban (felieton). Tygodnik „NIE” nr 12 / 2019

grafika.jpg

Drogie dzieci, na wezwanie prezydenta Trzaskowskiego spieszę uczyć was onanizmu. Wierzę, że wraz ze spermą wykapie z was nacjonalizm, chłopaczkowie. Wasze nasienie ma przyszłość, natomiast patriotyzm wobec narodu i państwa stanowi anachronizm. Polska powstała ze średniowiecznej potrzeby. Scalono księstewka, żeby plantatorom zbóż ułatwić spławianie ich do Gdańska. Uniknęli przez to ceł, które trzeba było płacić na każdej z licznych granic. W XX wieku sianie ziarna przestawało być monokulturą kraju. Wbrew racjom gospodarczym odbudowano wtedy polskie państwo ze szkodą dla ekonomicznych więzi z Rosją i Niemcami. 100 lat temu propaństwowi kanciarze na masową skalę szerzyć zaczęli kłamliwą wersję historii, pies ją jebał, ojczystej. Polaków jako naród mianowano niewiniątkiem, a też społecznością, którą od innych wyróżnia szczególne męczeństwo. Jedna i druga teza jest sprzeczna z prawdą.

Polacy oburzali się z powodu rozbiorów własnego państwa dokonywanych w latach 1772-1795. Jednak już 3 lata po odzyskaniu niepodległości dokonali wraz z Rosją Radziecką rozbioru Ukrainy. Bardziej umęczonymi w dziejach niż Polacy byli sąsiedzi – Ukraińcy, Rosjanie, także Niemcy – choć ci nie bez własnej winy. Być narodem silniej obitym niż Czesi to zaś żadna sztuka.

Dziś kult własnego męczeństwa stał się tak nasilony, że rządzący szowiniści zazdroszczą Żydom nawet komór gazowych, tak bardzo tęsknią za oklejaniem własnej społeczności cierpieniem. Gdy te komory pracowały, polskokatolicy jednak za bardzo nie pchali się do nich.

Nadymanie się Polaków, wiedz, dziatwo, nie ma uzasadnienia w dziejach świata lub choćby tylko Europy. Nasz nacjonalizm oderwany jest od ziemi jak wisielec. Stanowi manię plemienną. Rzec można, że jest on reakcją zakompleksionego narodku na jego nieważność. W ciągu ostatnich trzystu lat Polska i jej ludność miały znikomy udział w kształtowaniu cywilizacji, nauki, kultury, prądów myślowych i polityki. Nasz człowiek wynalazł tylko lampę naftową, ale i ten pomysł był wtórny.

Jeżeli Polacy coś czasem znaczyli, to dzięki oderwaniu się od polskości. Przykładem Joseph Conrad w literaturze, sezonowo Jerzy Kosiński oraz Roman Polański w sztuce filmowej. Nie łudźcie się, dzieci, Wajda i Kieślowski to tylko prowincjonalne ciekawostki. Kopernik i Chopin na tyle zaś byli Polakami, na ile ja jestem dońskim kozakiem. Henryk Sienkiewicz zaś wtedy miał chwilę zagranicznej sławy, gdy napisał powieść o starożytnym Rzymie z tytułem po łacinie. Historia światowej nauki zawiera tylko 2 polskie nazwiska: Banacha i Marii Skłodowskiej-Curie, która zrobiła karierę dzięki małżeństwu z wybitnym Francuzem i zamieszkaniu w Paryżu.

W tym stanie rzeczy nasze państwo lub ludność budują swoje znaczenie na różnych strzelaninach. Mamy fundament militarny, ale i ten jest marny. Przez ostatnie 300 lat Polska zbrojna wyłącznie dostawała po dupie. Wyjątkiem wojna z bolszewikami w 1920 r. Zwycięstwo to jednak jedni przypisują Francuzom, a inni Matce Boskiej. Tutejsze państwo słabiej świętuje to zwycięstwo niż powstanie warszawskie z 1944 r., klęskę, a też masową zbrodnię popełnioną na dwustu tysiącach mieszkańców. O tę tragedię postarał się polski Londyn i jego warszawska ekspozytura. Stworzono pokaz politycznej i militarnej niekompetencji.

PiS namawia poddaną sobie ludność, w tym ciebie, dziatwo, byś zachwycała się klęskami, polskim nieznaczeniem, braniem w dupę, a najbardziej żołnierzami wyklętymi. Czyli powojennymi małymi a zbrojnymi formacjami fanatyków. Uważali oni, że stopień niezależności Polski i jej ustrój warte są sprowokowania zagłady ludzkości, czyli III wojny, już nuklearnej.

Spowodowanie zagłady wpierw własnego kraju, a potem innych leżało jednak poza możliwościami nie tylko polskich zaślepieńców zamieszkujących lasy, ale w tym czasie także wielkich mocarstw. Żadne z nich nie miało siły, żeby wywołać wojnę, a też nie było narodu, który po II wojnie poparłby taką zabawę. Wynoszenie dziś bezrozumnych fanatyków polskości na narodowe ołtarze odbywa się m.in. w formie pochodów, w których maszerują ludzie z rozumem w kroczu. Krocze zaś, wiedzcie, dzieciątka, to miejsce, w którym macie swoje chujki lub pizdki.

Wszyscy, którzy w tych marszach unoszą patriotyczne stopy niedomyte, wyznają polską odmianę katolicyzmu. Ta religia ma na świecie około 1,5 miliarda wyznawców. Tutejszą jej schizmę liczyć można na 15 milionów, czyli na 100 razy mniej. Przewodzą jej Rydzyk, Jędraszewski, Terlikowski i pani Godek, a także Ordo Iuris. 15-milionowa polska sekta liczebnie odpowiada różnym afrykańskim plemiennym kultom zwierząt lub drzew, a także równa jest wyznawcom Mojżesza, w światowej skali liczącym także 15 milionów. Sekta polska objawia nacjonalistyczne kalectwo i je utrwala. Bratnie szowinizmy – rosyjski, ukraiński, litewski – już w mniejszym stopniu napędzane są wiarą w bóstwa. Naszym wielkim sąsiadem wyleczonym z nacjonalizmu i zwalczającym tę gangrenę są Niemcy. Śpiewajmy więc, że są ponad wszystko zamiast o ojcu Basi, który zalewa się łzami, słysząc tarabanienie w bębny.

Nacjonalizm gra na dudach. Nacjonaliści wciskają narodowo-katolickie mity teatralnymi środkami. Aplikują patriotyczne rocznice, marsze, biegi, pieśni, flagi, muzykę dętą i frazesy. Ja zaś uczę was tu, gówniarze, odkłamanej historii ojczystej w ważnym aktualnym celu. Poprzyjcie, dzieci, strajk waszych belfrów i sprawcie, żeby trwał kilka lat. Uchronicie przez to wasze rozumki od robienia wam biało-czerwonej pulpy pod czaszkami. Produkuje ją szkolnictwo antyseksualnej edukatorki Zalewskiej.

Jerzy Urban – „Zerżnięte walentynki” (felieton), „NIE” nr 8 / 2019

URB-morawiecki-dyma-USA.jpg

Partia i rząd mówią: nasza wiocha jest pępkiem świata. W naszej wiosze szła dzieweczka do laseczka. W żadnej innej nie lezie. Chiny wytargamy za uszy, Rosji rozkwasimy nos, Unii wyrwiemy jaja, bo Europa to wrogi nam, żałosny półkontynencik – przybudówka do duchowego mocarstwa – Polski. Stany Zjednoczone uwiążemy na łańcuchu przy polskiej budzie i niech głośno szczekają na obcych.

Taka oto jest geopolityczna myśl PiS, a Kaczyński jej prorokiem, niech będzie pochwalony. Koncepcja byłaby genialnie patriotyczna, gdyby tylko ludzkość spaliła wszystkie globusy, mapy i globalne koncerny. Aby uwierzyć w pępkowość Polski, trzeba też zamieszkać psychicznie w świecie dobrym, bo polskim, i do niego uwiązać resztę Ziemi. Jeżeli się tego nie uda zrobić, moim zdaniem należy przewidzieć, że

Ameryka Północna – kochanka Polski – zdradzi nas w łóżku z Moskwą. USA przyprawią nam rogi, ponieważ nie mogą dopuścić do sprzymierzenia się Rosji z Chinami. Stany straciłyby wtedy bowiem swoją ukochaną dominację globalną. Żeby temu zapobiec, Ameryka musi, chcąc nie chcąc, sprzymierzyć się z Rosją. Zostawiłaby wtedy nowemu aliantowi Waszyngtonu piszącemu cyrylicą wolną rękę wobec Polski i całej w pojęciu Kremla jego bliskiej zagranicy. Gdyby powstał u nas Fort Trump, Amerykanie przemianują go więc na Fort Putin.

Przyszłość tę poprzedza deklarowanie miłości do Polski Trumpa i członków jego administracji, kiedy bywają w Warszawie. Bardzo one podniecają erotycznie na rzecz USA poza tym niekochliwe władze RP. Potęgują ich narcyzm. Tydzień temu w wigilię walentynek na zaloty przyjechał do Polski wiceprezydent Mike Pence. Mówił, że potęga militarna USA jest nie do zdarcia, jeżeli dołoży się do niej polski scyzoryk. Konkretnie biorąc, rzekł: „Nasza wspólna siła wojskowa jest niezrównana”. Ameryka wydaje na swe wojsko 700 mld dolarów rocznie, a my 10 mld, co jest 70 razy mniej. O Fort Kaczyński w USA Pence zapomniał prosić. Polskę nazwał bastionem wolności, a nad ustami wiceprezydenta wyrósł wtedy długi nos z drewna. Po raz pierwszy jednak amerykański polityk, będąc w Warszawie, nie mówił o Polsce kocham, kocham, kocham, masz, Polsko, takie ładne cycki, a miłosnym naszym zwarciom patronują Kościuszko, Pułaski i czternasty punkt Wilsona. O Polsko, ulubiona moja łechtaczko! Tego wiceprezydent nie powiedział, chociaż nazajutrz przypadały walentynki.

Warszawski reżim nie celebruje walentynek. Jego miłość, ta do ojczyzny, objawiana jest każdego dnia w roku i korzysta z tysiąca pretekstów, ale żaden nie posiada seksualnego zabarwienia. Jednakże PiS pośrednio wspiera walentynki – to głupkowate święto miłości. Skonwencjonalizował bowiem wszystkie objawy uczuć. Wyrażaniu każdego z nich przypisał datę i odrębny ceremoniał. Lubieżność reżimu wobec żołnierzy wyklętych, bieżących nieboszczyków, z okazji rocznicy nadania krajowi niepodległości, z powodu ukochania zwierząt, lasów, Rydzyka, pozostałego Kościoła, wojska, strażaków, policjantów, myśliwych, matek, dzieci, chłopów, szowinistów, szczepionek i co by tam było, wszystko ma swój odrębny scenariusz i dekoracje. Trudno się więc dziwić, że ludność, nawykła do świąt, importuje sobie walentynki, aby własne skłonności erotyczne, narzeczeńskie, małżeńskie skłamywać określonego dnia, stosując znormalizowane obrzędy. I kupować śmieci na okazjonalne upominki. To PiS jest wytwórnią sztuczności obejmującej coraz więcej przejawów życia, także prywatnego. Eliminuje to spontaniczność i pomysłowość.

W czasach przedwalentynkowych odziedziczyłem po Amerykaninie polską asystentkę socjologii, nazwijmy ją Lidką. W poprzednim łóżku dowiedziała się ona o walentynkach i zachciała, żebym je jej urządził. W szerszym gronie piliśmy więc na tyle, żeby Lidka rozebrała się i tańczyła nago. W pewnej chwili zapytała gapiących się samców: kto mnie zerżnie? Zgłosił się początkujący reżyser i zabrał ją do siebie, a ja cierpiałem z zazdrości. Działo się to w epoce, gdy telefony dzwoniły, zadzwonił więc mój. Lidka zażądała, abym też przyjechał do reżysera. Pospieszyłem tam. Dziewczyna oznajmiła, że on jebie gruntowniej niż ja, ale ze mną lepiej się rozmawia. I tak też podzieliła nasze role na resztę nocy. Nie żywiłem do reżysera urazy, ale też nie zmartwiłem się, gdy niedługo później zszedł tragicznie. Balował otóż z własną żoną na wysokim piętrze bloku. Podobno żona chciała wyjść, a on opierał się i został. Żona z chodnika krzyczała więc w górę ku otwartemu oknu: Stefan, spadaj wreszcie! A on odkrzyknął: Już lecę i wychylonym będąc oraz pijanym, wypadł z okna na wyżynach i zabił się. Nie zdarzyło się to w walentynki, co psuje mi felieton.

Ta opowieść w dwóch odsłonach obrazuje piękne, barwne, zaskakujące damsko-męskie skłonności spontaniczne. Polski reżim je także rad by wciskać w ramy pisanych z góry scenariuszy przewidujących dla zakochanych np. ślub, koniecznie heteroseksualny, a najlepiej kościelny, chociaż małżeństwo psuje odczuwaną miłość. PiS niszczy barwy życia, nawet mleko kwasi. Co było do zauważenia.

„Odżydliwość” – AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA (stosunki polsko-izraelskie). Tygodnik „NIE” numer 8 / 2019

znowujestemtematemzastepczym.jpg

Nie będziesz miał Żydów innych przede mną.

Funkcjonariusze i zwolennicy PiS, zobowiązani przez prezesa do kochania Żydów, znaleźli się pod ścianą, gdy izraelski minister spraw zagranicznych ogłosił, że Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki. Miłość miłością, ale ta zniewaga krwi wymaga – zawyła dusza polskiego kołtuna, tak dobrze słyszana przy Nowogrodzkiej. Konfuzja nastąpiła też w obozie opozycji, która czuje się w obowiązku jednocześnie oburzać się na wypowiedź Kaca i odcinać się od oburzenia wyrażanego przez PiS.

zajeruzalembez.jpg

Zatem po pierwsze: to prawda.

Taki odruchowy, niekoniecznie agresywny antysemityzm, który każe uważać słowo „Żyd” za pojęcie obelżywe, rzeczywiście jest dla Polaków stanem naturalnym. Gdy kibole Legii krzyczą do Widzewa – i odwrotnie – „Żydzi, Żydzi, cała Polska was się wstydzi” – to nie dlatego, że są przekonani, iż mniejszość żydowska ma jakąś szczególną nadreprezentację w drużynie przeciwnika, tylko dlatego, że zgodnie uważają, że to dobry sposób, żeby komuś przypierdolić. Kiedy w wieku siedemnastu lat wymyśliłam sobie żydowskie korzenie, to oczywiście głośno twierdziłam, że motywuje mną zachwyt nad tą wspaniałą, a nieobecną już w Polsce kulturą – ale tak naprawdę jarały mnie zszokowane oblicza ludzi, których oznajmiałam, że „jestem Żydówką”. Gdyby z moich niewinnych dziewczęcych ust wypłynął dumny komunikat, że mam trypra, którego złapałam od księdza – szok byłby pewnie mniejszy.

wyssalemantysemityzm.jpg

I to przekonanie – że „Żyd” to coś złego – nie ogranicza się do agresywnych ksenofobów. Przeciwnie – prześladuje także tych, którzy bardzo się starają, żeby „starszych braci w wierze” ukochać. Konstanty Gebert opowiadał kiedyś dykteryjkę o tym, jak był gościem jakiegoś spotkania ekumenicznego prowadzonego przez księdza katolickiego.

niegotowanenagazie-żyd.jpg

– A teraz – powiedział ksiądz – proszę o zabranie głosu naszego drogiego gościa, który jest wyznania mozaistycznego.

– Proszę księdza, to się nazywa „Żyd” – sprostował Gebert.

– Nasz drogi gość jest Żydem, jak sam o sobie mówi – pospieszył z wyjaśnieniem speszony duszpasterz.

Jednak prawdziwość twierdzenia Israela Kaca w żaden sposób nie tłumaczy tchórzliwej nabożności, z którą kolejne polskie elity podchodzą do dość bezczelnego dyktatu państwa Izrael w dziedzinie, powiedzmy, geopolityki historycznej.

Postawa ta – warto powiedzieć to wprost – jest kombinacją wielu przyczyn, z których żadna nie ma nic wspólnego z Izraelem.

Miłość polskich polityków do Izraela jest pochodną ich służalstwa wobec USA – to przede wszystkim. To oczywiste i w zasadzie nie wymaga rozwinięcia – może poza zauważeniem, że ostatnia nieszczęsna „konferencja bliskowschodnia” urządzona w Polsce przez Amerykę wbrew Europie w ramach kampanii wyborczej w Izraelu – jest szczególnym przykładem szkodliwości i głupoty tej polityki.

ktojestnarodemwybranym-1.jpg
Jednak warto odnotować, że szczególne nagromadzenie nieszczęść – w postaci władzy PiS w Polsce i Trumpa w Ameryce – przyniosło jednak pewien pozytyw. Otóż okazało się, że politycy opozycji nienawidzą Kaczyńskiego i Trumpa bardziej, niż kochają USA. Dzięki temu – po raz pierwszy w ciągu ostatnich trzech dekad – usłyszałam w mediach zgodny chór mainstreamowych polityków, którzy jednym głosem krytykowali akt służalstwa wobec Naszego Wielkiego Sojusznika. Nawet proamerykański Włodzimierz Cimoszewicz ogłosił, że amerykańska konferencja w Warszawie jest niedobra i niepotrzebna. To wielki dzień. Może ta sytuacja – dziś wynikająca bezsprzecznie z filozofii „opozycji totalnej” – zasieje w duszach polityków ziarenko, z którego kiedyś wykiełkuje jakiś koncept niezależnej od USA polityki zagranicznej. Można pomarzyć…

Niewczesny antykomunizm – to drugi argument na rzecz kochania Izraela przez polską prawicę. W 1968 r. Polska Ludowa była przeciwko Izraelowi – co, trzeba przyznać, przyjęło dość paskudną formę – to teraz będziemy za Izraelem. Tym bardziej że wtedy antyżydowska nagonka znalazła w środowiskach patriotycznych i narodowych daleko idące poparcie – teraz więc te same środowiska (bądź ich ideowi spadkobiercy) są szczególnie zaangażowane w udowadnianie swojej ideowej czystości na odcinku antysemityzmu.

antysemityzm I.png

Islamofobia – to trzeci argument skłaniający PiS do żywiołowej proizraelskości. Islamofobia, która jest naturalna dla tego środowiska. Jarosław Kaczyński wyraża to niemal wprost. „Jeśli chodzi o Izrael, to jest coś takiego jak solidarność w sferze moralnej wynikającej z przeszłości, z Holokaustu, lecz także ze sfery, która przeciwstawia cywilizacje życzliwe człowiekowi tym, które są mu wrogie, na przykład dzielą ludzi, odbierają innym prawo do wolności, zniewalają kobiety. Izrael jest na pierwszej linii walki z wrogimi cywilizacjami” – tłumaczył prezes w jednym z wywiadów. Oczywiście wolność kobiet – nie wspominając już o „dzieleniu ludzi” – nie należą do priorytetowych zagadnień kształtujących wizję świata Kaczyńskiego. Ale jego prowincjonalne, nasycone bigoterią rozumienie patriotyzmu wyposażyło go w żywiołową niechęć do „obcych”. Dziś w Europie „obcymi” jawią się uchodźcy z krajów islamskich, którymi – na domiar złego – Unia chciała zanieczyścić naszą wzniosłą etniczną monokulturę.

sprzedam-modna-mycka.jpg

Stąd absurdalne wypowiedzi prezesa PiS o uchodźcach, którzy są brudni i roznoszą choroby – „różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które nie są groźne w organizmach tych ludzi, mogą tutaj być groźne” – czy też jego idiotyczne obwieszczenie z trybuny sejmowej, że w Szwecji są „54 strefy, gdzie obowiązuje szariat i nie ma żadnej kontroli państwa”.

Dodatkowy bonus z kochania Izraela – można przy tej okazji przypierdolić lewactwu. „Antysemityzm, który dzisiaj istnieje, przybiera inne formy niż kiedyś. Dzisiaj antysemityzm bardzo często przejawia się jako wrogość wobec Państwa Izrael, jest ona charakterystyczna dla lewicy i innych sił funkcjonujących w Europie” – radował się Kaczyński podczas przyznania odznaczeń im. Antoniny i Jana Żabińskich – jednego z dziesiątków wyróżnień dla Polaków, którzy ratowali Żydów.

AWŁ-ochlodzeniestosunkowpolskoizraelskich.jpg

Kaczyński oczywiście wie, że antyizraelskość europejskiej lewicy nie płynie z niechęci do Żydów, tylko z krytycznej oceny działań rządzącej Izraelem nacjonalistycznej prawicy, która prowadzi wobec Palestyńczyków politykę uważaną za haniebną przez ludzi lewicy na całym świecie – także w Izraelu.

gdzietaslynnasciana.jpg
Według proponowanej przez Kaczyńskiego definicji czołowym antysemitą był najwybitniejszy współczesny pisarz izraelski, zmarły w grudniu Amos Oz, który w swojej ostatniej książce – zbiorze esejów zatytułowanym „Do fanatyków” – pisał o „izraelskich rządach ucisku na terytoriach okupowanych”, groził powstaniem „dyktatury o rysach rasistowskich; dyktatury, która żelazną ręką będzie trzymać zarówno Arabów, jak i swoich żydowskich przeciwników”, a także opowiadał się za stworzeniem państwa palestyńskiego – porównując przy tym postulat utrzymania jedności Izraela do propozycji „połączenia Polski i Niemiec w jedno dwunarodowe państwo w 1945 r.”. Takie właśnie opinie – choć przez nie-Żydów formułowane znacznie ostrożniej i bez nawiązywania do hitlerowskich Niemiec – są źródłem oskarżeń o antysemityzm formułowanych pod adresem lewicy przez polityków spod znaku Binjamina Netanjahu czy Israela Kaca.

Jest jakaś poetycka sprawiedliwość w fakcie, iż PiS dostaje dziś po dupie od tego samego środowiska, do którego przez lata się łasił, widząc w tym bat na dupę lewicy.

Jak naucza Księga Ozeasza: oni wiatr sieją, zbierać będą burzę.

przygody.jpg

 

„Stary mądry Żyd radzi Putinowi” – WOJCIECH MITTELSTAEDT (Izrael – Rosja – USA). Tygodnik „NIE” nr 43 / 2016

13 stary madry zyd radzi putinowi - Kopia.jpg

W anglojęzycznym izraelskim czasopiśmie „Tablet” ukazał się obszerny wywiad z byłym prezydentem, premierem i ministrem w dwunastu rządach Izraela Szimonem Peresem. Wywiad miał ukazać się w żydowski Nowy Rok, Rosz ha-Szana, który przypadał na 3 października. 13 września Peres w wyniku udaru mózgu trafił do szpitala, a 28 września zmarł. Gazeta opublikowała rozmowę pt. „Ostatni wywiad” w przeddzień pogrzebu.

David Samuels, autor wywiadu, był pełen podziwu dla znakomitej formy Peresa, który często żartował i wplatał rozmaite dygresje. Rozmawiali po angielsku, czasem przechodzili na francuski lub hebrajski. Tematem była sytuacja w Syrii, mówiono o Chinach, o nauce, o przyszłości Izraela. Obszerny i kto wie, czy nie najciekawszy fragment rozmowy dotyczy spotkania Peresa z rosyjskim rezydentem Władimirem Putinem.

Sekretariat prasowy Kremla potwierdził, że prezydent Rosji i Peres spotykali się wielokrotnie: 6 razy w ostatnich czterech latach. Putin – przekazała agencja TASS słowa sekretarza prasowego prezydenta Rosji – wysoko cenił sobie taką wymianę doświadczeń.

Fragment rozmowy dotyczący spotkania Peresa z Putinem przedrukowały niektóre rosyjskie media, a bardzo popularny petersburski portal internetowy Fontanka.ru zatytułował go „Inwestujecie w głupotę – mówi Putinowi stary mądry Żyd”.

Pierwsza mądrość żydowska

Peres zaczął od ogólnego stwierdzenia: każdy musi postanowić, czy chce być dającym, czy biorącym. Największy błąd – odbierać coś siłą. Największa mądrość – coś oddać. Następnie postanowił w skrócie przedstawić rozmowę ze swoim – jak podkreślił – dobrym przyjacielem.

„Powiedziałem: – Pan ma 63 lata, ja mam 93. Proszę zdradzić, co chce pan osiągnąć w najbliższych 30 latach? O co pan walczy? Chce pan zaszkodzić Ameryce?

Odpowiedział: – Nie.

– Ameryka chce części Rosji? Nie. Czy ma pan problemy z Ameryką? Z Obamą?

– Dlaczego pan tak myśli? – zapytał z kolei Putin.

– Proszę wybaczyć. Nie jestem szpiegiem. Wszystko jedno, jak jest, niech pan powie prawdę.

– A jak pan myśli? – pytał dalej.

Wtedy powiedziałem: – Ameryka z wami wygra, i to niezależnie od tego, co będziecie robić.

– Dlaczego?

– Dlatego, że Amerykanie są szczęśliwi, a wy nie”.

(Tu Peres długo się śmiał).

Druga mądrość żydowska

„Powiedziałem mu więcej. Co widzi Amerykanin, kiedy obudzi się rano? Na południu Meksyk i oni akceptują u siebie Meksykanów. Na północy Kanada, czyli ich najlepszy przyjaciel. A na lewo i na prawo – ryba w wodzie. To co ma niepokoić Obamę? A co wy widzicie wokół, gdy obudzicie się rano? Japonię, Chiny, Afganistan. Boże mój! Tamci wiedzą, że macie mnóstwo ziemi, ale nie oddacie ani piędzi. Posiadacie 20 proc. zasobów słodkiej wody na całym globie, ale z nikim się nie podzielicie. Jeśli kiedyś na Syberii stopi się śnieg, to pierwszym, co tam zobaczycie, będą Chińczycy. Dlatego, że na Wschodzie jest mnóstwo Chińczyków i bardzo niewielu Rosjan.

Amerykanie mają najlepszy na świecie stosunek powierzchni kraju do liczby mieszkańców. A wy najgorszy. Czego wam najbardziej brakuje? Ludzi. Wasi ludzie umierają. Nie oszukujcie się. Dlaczego średnia długość życia Rosjanina to 62 lata, a Amerykanina 82 lata?

Później powiedziałem jeszcze: – Jestem teraz bardzo szczery. Pan rządzi Rosją jak car. Co robili carowie? Rozwijali 2 miasta, Sankt Petersburg i Moskwę, jak sklepową witrynę. Tam jest wszystko, czego się zapragnie. A reszta Rosji? To jak Nigeria, tyle że przykryta śniegiem. Myślicie, że ludzie wam wybaczą?

– Dlaczego Ameryka jest wielka – zapylałem go wreszcie – a Europa ma problemy? I sam odpowiedziałem. Dlatego, że Ameryka jest z tych dających, a Europa z biorących. Ameryka daje i ludzie myślą, że daje dlatego, że jest taka szczodra. A ja myślę, że ona jest po prostu mądra. Dając, zyskujesz przyjaciół. A zdobywanie przyjaciół to najmądrzejsza inwestycja. Ameryka miała odwagę przyjąć Plan Marshalla. Część swojego PKB oddała umierającej Europie. To była ich najlepsza inwestycja w historii.

W Europie wiele państw było imperiami: Francja, Hiszpania, Portugalia, Brytania. I co się stało? Zewsząd ich wykurzono. Anglicy rządzili światem od wschodu do zachodu i na wszystkich oceanach, a zostały im 3 wysepki, z którymi nie wiedzą, co zrobić. Niech pan uwierzy. Tworzenie sobie wrogów to największa z możliwych strat. Wy inwestujecie w głupotę.

Na to Putin: – Proszę posłuchać, czego oni jeszcze ode mnie chcą? Czego chce od nas NATO? Związku Radzieckiego nie ma i już nigdy nie będzie, Układ Warszawski rozwiązany. Jestem gotowy zostać członkiem NATO, podobnie jak pan! No ale dlaczego NATO pcha się do Gruzji? Dlaczego Rumunia w NATO? Chcą iść do Europy, niech idą do Europy, ale z którą armią oni chcą walczyć?

Później dodał: – Czy pan sądzi, że wcześniej nie wiedziałem, że Krym jest rosyjski, a Chruszczow oddał go Ukrainie w prezencie? Mnie to nie przeszkadzało, dopóki wam nie zachciało się widzieć Ukrainy w NATO. Dlaczego? Po co? Ja ich nie zaczepiałem. Chcieli iść do Europy, niech idą do Europy. Ale dlaczego zachciało się im iść do NATO?”.

Trzecia mądrość żydowska

„Putin powiedział, że rozmawiał z Obamą. Miał mu powiedzieć: – Jestem gotowy przyłączyć się do was na Bliskim Wschodzie. Ekonomicznie, nie wojskowo. Włożyłem w Libię 4 mld dolarów. Pracujemy nad tym kierunkiem. I nagle pewnego ranka dowiaduję się, że Obama przerwał tę pracę. Straciłem 4 mld dolarów. Spytałem go więc: – Dlaczego to zrobiliście? Czy pomyśleliście, co będzie dalej?

Poradziłem Putinowi: – Dlaczego nie macie postępować tak, jak postępują Amerykanie? Powołajcie inny rząd albo jakiś kierowniczy organ, który pozwoli rozwijać się przedsiębiorstwom. A u was wszystko jest państwowe. W rządzie sami skorumpowani ludzie i oni korumpują innych. Stwórzcie przedsiębiorstwa i niech one robią to samo, co amerykańskie.

– Dobrze – on mówi – co pan proponuje?

– Mamy w Izraelu milion rosyjskich ludzi. Jesteśmy najlepsi w nauce. Być może najlepsi na świecie. Jesteśmy gotowi wam pomóc. Pracujcie poza rządem. Albo w ogóle porzućcie rząd. Wszystko jedno, oni tam wszyscy i tak skorumpowani. Wy nie wygracie.

On mówi: – OK. Spróbujmy”.

Absurd polega na tym, że część amerykańskich firm, które włożyły duże środki w rosyjski rynek, ma teraz jeszcze większe problemy niż wcześniej.

WOJCIECH MITTELSTAEDT