„Samotność krytyka” rozmowa z Marcelem Reich-Ranickim „POLITYKA” nr 22 / 2000

Marcel Reich-Ranicki.jpg

Rozmowa z Marcelem Reich-Ranickim liderem niemieckiej krytyki literackiej, autorem bestsellera „Moje życie”

Urodził się pan we Włocławku, w 1920 r., do Niemiec wyjechał pan w wieku dziewięciu lat i do 18 roku życia przeczytał pan praktycznie całą klasykę niemiecką. Dla­czego nie polską?

W życiu człowieka decydujące są lata doj­rzewania. Literatura, którą wówczas się czy­ta, pozostawia najgłębsze, najbardziej trwałe ślady. Przybyłem do Berlina mając 9 lat, zna­jąc oba języki, polski wówczas nawet lepiej niż niemiecki. Chodziłem do renomowa­nego gimnazjum, w którym zacząłem bar­dzo szybko i bardzo dużo czytać. Było to związane z sytuacją Żyda w hitlerowskich Niemczech. W szkole byłem traktowany przyzwoicie, sprawiedliwie, ale wraz z in­nymi żydowskimi kolegami nie braliśmy udziału w szkolnych wycieczkach, zaba­wach, uroczystościach. Miałem więc dużo czasu, który poświęciłem lekturze. Czyta­nie sprawiało mi przyjemność.

Czyli lektura jako środek przeciw izolacji?

 

Dla mnie była to niezwykle trudna sytua­cja. Cała klasa przecież, poza nami, żydow­skiego pochodzenia, brała udział w poli­tycznych zdarzeniach, wszyscy niemieccy koledzy szkolni byli w Hitlerjugend. Mię­dzy nami była wielka przepaść. Cały swój wolny czas poświęcałem lekturze, z niemieckiego byłem najlepszy w klasie. Z mo­jego hobby wyrósł potem mój zawód.

W 1938 r. został pan deportowany przez nazistów do Polski. Powrócił pan do kraju, którego pan nie znał, który był panu obcy, na który patrzył pan niechętnie.

To prawda, do Polski nie przyjechałem do­browolnie. Polska była mi bardzo obcym krajem, polskim władałem źle. Nie znałem pol­skiej literatury. Mój brat miał przyjaciela, któ­ry chciał ze mną po niemiecku konwerso­wać. W zamian uczył mnie historii polskiej literatury. Czytałem dużo i szybko spostrze­głem coś, w co wierzę i dzisiaj: najlepsze co polska literatura stworzyła to liryka. Liryka, liryka i jeszcze raz liryka.

W książce „Moje życie”, która wychodzi wła­śnie po polsku, pisze pan, że krytyka literacka jest zawsze polemiką, że krytyk walczy o jakąś literaturę albo jest przeciw niej. O ja­ką literaturę pan walczył i nadal zabiega?

Krytyk literacki nie jest sędzią. Ja jestem prokuratorem, który w imieniu literatury oskarża książkę i autora. Ale jestem i obrońcą, który broni autora, jeśli jest zda­nia, że jego książka jest dobra. Walczę o li­teraturę, która mnie nie nudzi. To jest w ogóle najważniejsze, by książka mnie nie nudziła. Jeśli zapyta mnie pan, kto według mnie jest największym pisarzem niemiec­kim XX wieku – to nie ma wątpliwości: To­masz Mann. To jest mój autor, pisałem o nim już w Polsce przed 50 laty, w „Nowej Kulturze”, „Twórczości”.

Pisze pan dość sceptycznie o relacji krytyk-pisarz.

Bo to wygląda tak: jeżeli krytyk chwali książkę, to pisarz jest zadowolony i uważa, że krytyk jest mistrzem swojego fachu. Ale dziwna rzecz: autorzy są zdania, że jak pochwaliłem jedną książkę, to mają już abona­ment, że pochwalę też każdą następną. Kie­dy sobie pozwolę napisać krytycznie – ko­niec z przyjaźnią. Jestem zaprzyjaźniony od lat z Siegfriedem Lenzem, tylko że ja nie pi­szę o jego książkach. Pisałem o nim oczywiście wielokrotnie, jak miał urodziny, ale nigdy o jego książkach. I to uchroniło na­szą przyjaźń. Krytyk jest figurą samotną, ta­kie jest moje doświadczenie. To ma związek także z moją mentalnością i temperamen­tem. Rok po powtórnym przyjeździe do Nie­miec powiedziałem do żony, że będę pisał krytyki tak jak nikt przede mną: jasno i pros­to. Dobra książka, ponieważ…, zła książka – bo… Albo odniosę sukces, albo spadnę na samo dno. Naturalnie, wielu autorów przy tym zraniłem. W moim przekonaniu było to konieczne. Chociaż wszystko to jest bardzo niebezpieczne. Człowiek zgani jakiegoś pisarza, to ma w nim wroga – aż do pozytyw­nej recenzji za ileś tam lat. Ale jak pochwali jakiegoś – to ma setki wrogów, jego kolegów.

Czy książka w tak medialnym społeczeństwie, jakim są Niemcy, jeszcze się liczy?

 

Na książkach się nie znam. Często mówię to moim kolegom wydawcom, że nas dzieli jedno, oni kochają książki, a ja lite­raturę. To jest zupełnie coś innego. Litera­tura piękna o poważnych walorach arty­stycznych nie odgrywa wielkiej roli w kształtowaniu opinii publicznej. Jeśli pi­sarz chce wywrzeć wielki wpływ, to powi­nien pisać złe, atrakcyjne książki z jaki­miś tezami, które uważa za istotne. Ale dobra literatura, która posługuje się nowymi środkami wyrazu, zawsze jest dostępna tyl­ko dla mniejszości.

Günter Grass twierdzi jednak, że pisarz ma obywatelskie powinności.

Ja mam na to inny pogląd niż większość. Tak jak adwokat czy lekarz, również i pi­sarz ma prawo wypowiadać się w spra­wach politycznych, publicznych. Ale po­winności takiej nie ma. W latach 1967-68 bardzo wielu pisarzy niemieckich zwróci­ło się w stronę polityki. Efekt był taki, że nie przybyło nam wcale dobrych polity­ków, z całą pewnością natomiast stracili­śmy kilku pisarzy.

Pisze pan w swojej książce, że Niemcy XX wieku mają dwie twarze: Hitler i Tomasz Mann, a zlekceważenie którejkolwiek z nich będzie miało straszne skutki.

Tak. Dwa największe dzieła w historii li­teratury niemieckiej: „Buddenbrokowie” i „Czarodziejska góra” powstały przed nazi­zmem. To są szczyty powieści niemieckiej, na które doświadczenia hitleryzmu nie mia­ły żadnego wpływu. Hitleryzm i jego zbrodnie, to co przeżyłem, czego doświadczyłem, nie pomniejszyły w moich oczach wartości i jakości dzieł Goethego, Schillera, Heine­go czy Tomasza Manna. Więcej – czy dlate­go, że Niemcy mordowali Żydów, że Hitler odegrał tak straszną rolę, miałem przestać wierzyć w Beethovena albo Bacha, albo Brahmsa?

Ale musiał pan przecież wytłumaczyć so­bie jakoś tę straszliwą dwoistość: z jednej strony Goethe i Tomasz Mann, z drugiej, wkraczający z gramofonem do getta Niemcy i akt rzezi na narodzie żydowskim.

 

Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie, ale to jest bardzo trudne dla mnie pytanie. Przecież w okresie berlińskim, w latach 1936-1938, w latach tego strasznego antysemityzmu, moi koledzy z gimnazjum za­chowywali się nienagannie. Pytałem się siebie – dlaczego? Dla nich „żydostwo” było po­jęciem abstrakcyjnym. Słyszeli od nauczycieli, że największym nieszczęściem ludzko­ści i przede wszystkim narodu niemieckie­go jest Weltjudentum, i pewnie się z tym zgadzali. Ale oni tego nie przenosili na swoich kolegów, którzy siedzieli obok w ławkach, od których nierzadko ściągali na klasówkach, na Rosenbauma czy Rosenberga. Tak ja to sobie tłumaczę. A przy tym cała ta kwestia antysemityzmu i niemieckiego rasizmu jest niezwykle skomplikowana. Mogę posłużyć się tylko przykładem. Otóż nie można sobie wyobrazić niemieckiej literatury bez Kafki, niemieckiej muzyki bez Gustava Mahlera czy Arnolda Schönberga, psychologii bez Zyg­munta Freuda, fizyki bez Alberta Einsteina – no może dosyć. To przecież wszyscy Żydzi i to Żydzi z obszaru języka niemieckiego. To jest ta ogromna rola Żydów w kulturze nie­mieckiej XIX i XX wieku – tu do lat 30. Rola ogromna, podobnej Żydzi nie odegrali nigdzie, ani we Francji, ani w Anglii. Także kry­tyka literacka od 1900 do 1930 r. to w dwóch trzecich Żydzi. I konstytucja pruska napisa­na w większości przez prawników żydow­skiego pochodzenia.

Na ile poprzez język, narzędzie literatury, poznać można duszę jakiegoś narodu?

 

Jeśli już cokolwiek służyć może do po­znania duszy narodu, to oczywiście litera­tura. Czego ja się dowiedziałem o Polakach czytając ich literaturę? No bardzo prędko zrozumiałem, bo to nietrudno, jaką rolę w psychice narodu polskiego odgrywa romantyzm. Ale Polska to kraj katolicki, to świat katolicki, ten świat był mi zupełnie obcy, zatem to nie jest tylko sprawa języka.

Co zatem przeszkadza w odbiorze polskiej literatury na Zachodzie?

Wspaniała liryka i dramaty poetyckie są niezwykle trudne do przetłumaczenia. Ale to nie jest tylko przypadek polskiej literatu­ry. Niech się pan zapyta niemieckiego zna­wcy, kto dla niego uosabia literaturę rosyj­ską, odpowie Tołstoj i Dostojewski, Rosja­nin powie – Puszkin. Tymczasem Puszkina nikt tu nie zna.

 

Sądzi pan, że polska literatura pozostanie niedostępna dla zachodniego czytelnika?

No nie, tak nie można powiedzieć, niech pan nie przesądza o przyszłości polskiej powieści, może nastąpi jej rozkwit i wte­dy znajdzie ona wielu niemieckich czytel­ników. Dotychczas ich nie ma. Wiem, wiem, Gombrowicz, Schulz – no tak, ale nakłady ich książek, dwa, trzy tysiące egzemplarzy. Tylko dla wąskiego grona. Sam przyczyniłem się do sukcesu powieści An­drzeja Szczypiorskiego „Piękna pani Seidemann”. No dobrze, ale sam pan Szczy­piorski, który jest zdolnym pisarzem, nie wmawia sobie, że jest to wielka literatura. Powodzenie tej książki w Niemczech łą­czy się z tym, że Szczypiorski potrafił dać coś, czego w Niemczech nie ma, a mia­nowicie rozrywkową powieść na poważ­nym poziomie intelektualnym, z silną, do­brą krytyką społeczną, także krytyką epo­ki, także krytyką Niemców, która jest dla nich pełna zrozumienia. To jest ten suk­ces. Ale jeśli chce się wiedzieć, do czego jest on zdolny, co on potrafi, to trzeba się­gnąć do książki „Msza za miasto Arras”, być może najlepszej książki, jaką napisał. Gdy umarł Andrzejewski, no niby też tu tłumaczony, to żeby przypomnieć, kim był, trzeba było pisać o filmie „Popiół i dia­ment” Wajdy, który tu był jakoś w kręgach intelektualnych znany. W ciągu tych 40 lat nie spotkałem tu ani jednego człowieka, nikogo tu nie poznałem, a obracam się przecież w kręgach wykształconych, lite­rackich, kto słyszałby nazwisko Juliusz Sło­wacki. Trochę słyszano o Mickiewiczu, bo był na obiedzie u Goethego, raptem dwie godziny, ale był. A Norwid?

No ale przecież w ostatnich 20 latach ma­my dwoje noblistów – Czesława Miłosza i Wisławę Szymborską.

 

Pozwoli pan, że powiem szczerze. Szcze­rze, naprawdę. Obrażą się na mnie pewni ludzie w Polsce, ale muszę powiedzieć prawdę. Czesław Miłosz: Nobel i żadnego znaczenia. Wznowiono wprawdzie tę jego książkę „Dolina Issy”, ale bez Nobla by te­go nie zrobili. Szymborska – Nobel i wpływ – zero. W obu przypadkach żadnego znaczenia. Bo czytelnicy, publiczność to wy­magające towarzystwo – nie można ich zmusić do czytania tego, co chcieliby redak­torzy, krytycy i politycy. Czy­tają to, co im się podoba. Szczypiorski im się podoba, to go czytają. A przy tym Szymborską to była w Niem­czech wielka niespodzianka, że dostała Nobla. Raczej mówiono, że jeśli poeta z Polski, to Zbigniew Herbert. Powiedziano mi dlaczego akurat ona, a nie Herbert, ale to nie jest temat naszej roz­mowy. Tu nie tylko jakość poezji odegrała rolę. Sprawa z Noblem to w ogóle trudna sprawa. Przecież to idzie według krajów. W 1999 r. było jasne, że Nobla musi do­stać Niemiec.

I dostał go Günter Grass.

 

To wielki stylista, jego język jest oryginal­ny, jędrny, szczególny. Najważniejsza w je­go twórczości jest tzw. Gdańska trylogia, druga część „Kot i mysz” – wręcz znakomi­ta. Późniejsze pisarstwo Grassa – straszne, zwłaszcza ostatnie książki, chociaż i w nich można spotkać jeszcze dobre rozdziały.

W pańskich wspomnieniach, które opisują doświadczenia trudnego, niebezpiecznego wieku XX, delikatną kreską podejmuje pan także sprawę antysemityzmu. Doświadczył pan go wszędzie, także w Polsce.

 

Gdybym podjął pańskie wyzwanie, nie był­bym, obawiam się, dostatecznie obiektyw­ny, ponieważ przez antysemityzm Polaków wiele wycierpiałem. W czasie okupacji było w Polsce aż nadto wiele okazji, by go do­świadczyć. O niektórych napisałem w swo­jej książce. Nie zapominam jednak i nigdy nie zapomnę, że wojnę przeżyliśmy z żoną na Gocławku dzięki pomocy, schronieniu, jakie znaleźliśmy w rodzinie polskiego robotnika. Wybaczy pan, ale generalnie, nie nadaję się do odpowiedzi na pytanie o charakter polskiego antysemityzmu.

 

Rozmawiał MAREK ORZECHOWSKI, Bonn

 

Marcel Reich-Ranicki. ur. w 1920 r. we Włocławku; pisarz i najbardziej wpły­wowy niemiecki krytyk literacki, słynący ze zjadliwe­go pióra i kontrowersyjnych wystąpień telewizyjnych. Dzieciństwo spędził w Polsce, potem wyjechał z ro­dzicami do Niemiec, skąd go deportowano z powro­tem do Polski w 1938 r. Kilka lat spędził w getcie warszawskim, skąd udało mu się uciec. Był przez chwilę w wojsku polskim, pracował w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego i Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W 1958 r. wyjechał z Polski i osiedlił się we Frankfurcie n. Menem. Pracował jako krytyk w tygodniku „Die Zeit”, w 1974 r. został kierowni­kiem działu literackiego „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Autor krytycznoliterackich esejów, redaktor wielu literackich antologii, współpracownik „Encyclopaedia Britannica”.

 

 

POLITYKA nr 22 (2247), 27 maja 2000

Reklamy

„Zagłada getta żydowskiego” i „Klątwa Żydowska” – Mirosław Leszczak „Głos Siemiatycz” rok 1990

Synagoga w Siemiatyczach.jpg

Za dwa lata, w listopadzie 1942 roku minie 50 rocznica eksterminacji ludności żydowskiej w Siemiatyczach. Trzeba będzie upamiętnić naszych wymordowanych współmieszkańców jakąś tablicą czy obeliskiem. Wpierw należy jednak przybliżyć te tragiczne wydarzenia współczesnym siemiatyczanom. W końcu niewielu dzisiaj wie, że w 1939 roku w Siemiatyczach mieszkało 4303 Żydów (52,9% ogółu mieszkańców) co oznacza, że co drugi siemiatyczanin był wyznania mojżeszowego.

Siemiatycze znalazły się pod okupacją niemiecką 11.IX1939 r.

Już wtedy  Niemcy  powołali  przedstawicielstwo   żydowskie   w   osobach: rabina  miasta Chaima Barucha Gersteina, Zundla Monczera i Jankiela Rubinsa, którym podyktowali swoje warunki.  Nie lepiej postępowali kolejni okupanci – Sowieci, którzy wywieźli na Syberię wielu żydowskich kupców i przedsiębiorców. Jednak wielu Żydów zaczęło wysługiwać się wtedy komunistycznej władzy, choćby w samozwańczym Komitecie Robotniczo-Chłopskim.

Druga okupacja niemiecka zaczęła się 23 czerwca 1941 r. Wkrótce zaczęły się prześladowania Żydów. Kazano im 10 lipca rozbić pomnik Lenina, obarczając ich całą winą za wszystkie  zbrodnie komunizmu. Około 10 sierpnia powołano Judenrat pod kierownictwem Izraela Rozencweiga, w składzie: Szymon Ciepielewicz, Pejsach Steinberg, Lejzor Szuster, Dawid Gruskin, Mordechaj Gruskini, Lewin Rozencweig, Jankiel Kogut, Rafał Kidszblum, Dawid Winner i Kałmen Szefic. Do lipca 1942 roku Żydzi mieszkali w swoich domach, lecz musieli je oznakować, podobnie jak codzienną odzież. Od sierpnia zaczęto ogradzać getto na Zamościu w rejonie ulic: Koszarowej, Wysokiej, Górnej, Słowiczyńskiej. Stłoczono tam też Żydów z Drohiczyna, Mielnika, Nurca, Grodziska. Na początku listopada 1942 roku zaczęła się likwidacja getta. Jeszcze 3 listopada doszło do buntu, gdy Żydzi próbowali sforsować druty. Wymknęło się ich wtedy ok.  300 i rozproszyli się po okolicy. Tymczasem codziennie odchodziły transporty z getta na st. kolejową Siemiatycze i dalej do Treblinki. Wielu zostało zastrzelonych na miejscu, wielu zmarło z głodu, wielu też zdołało uciec z transportu np.: Irwing Morer, Ryfka Gruskin, Lejzor Resznik i in.

Z getta siemiatyckiego wywieziono ogółem ok. 7 tys. osób i prawie wszyscy zginęli w Treblince. Tych kilkudziesięciu cudem uratowanych przetrwało okupację m.in. dzięki Polakom takim jak np. Bronisława Kryńska ze wsi Morze (ukrywała 18 Żydów), czy rodzinie Dawidziuków z Dołubowa, rozstrzelanej za ukrywanie Żydów. Byli, oczywiście też i Polacy, którzy sami prześladowali Żydów, jak np. policjanci: Szczygieł, Fleks, Owerczuk i inni, którzy po wyciągnięciu od nich złota, wydawali ich Niemcom. Z drugiej strony znamy tragiczną historię rodziny Wilińskich i Siemieniuków z Czartajewa, wymordowanych przez zbrojną grupę żydowską Herszla Szebesa z zemsty za wydanie Żydów Niemcom (marzec 1944 r.).

Tak było. Nasza wspólna historia jest skomplikowana, a jednak musimy o tym mówić i pisać. Powiedzmy jeszcze raz banalną prawdę: byli Polacy dobrzy i źli, i byli dobrzy i źli Żydzi. Tylko w komunistycznej propagandzie i historii są barwy albo czarne albo białe.

 

Przy pisaniu tego szkicu korzystałem głównie z albumu pt. „Kehillat Siemiatych” wydanego w Izraelu i w USA. Pozyskałem go dzięki Stowarzyszeniu Żydowskich Wychodźców z Siemiatycz w Izraelu. Przy okazji składam podziękowanie p. Barbarze Goodwin (primo voto Hajdukiewicz), mieszkającej w Wlk. Brytanii, za przetłumaczenie angielskojęzycznej części albumu.                                                                            

 

Mirosław Leszczak

Źródło:

„Głos Siemiatycz”, 18 XI 1990 r.


 

ZE STARYCH KRONIK

KLĄTWA ŻYDOWSKA

Powstały w 1723 r. Sejm Żydów Korony ustalił podatki i sposób ich ściągania. Na tym tle właśnie zaistniał spór pomiędzy gminą tykocińską, a podległą tejże – gminą siemiatycką.

Żydzi siemiatyccy odmówili płacenia podatków do Tykocina, uważając, że na­rzucono im zbyt wysokie sumy. Opór potężniał, choć prowadzony był ze zmien­nym   szczęściem. Z tego powodu Sejm Żydów Korony wyklął w Jarosławiu gminę siemiatycką. Klątwa brzmiała następująco:

„Niechaj oni będą wyklęci i odo­sobnieni i oddzieleni od wszystkich gmin żydowskich w Polsce. Niech ich chleb będzie chlebem poganina a ich wino nie ich winem. Dalej  niż cztery łokcie nie ma nikt z nimi prowadzić handlu. Wszystkie długi, które są im przynależne, niechaj będą wstrzymane, a  wszystkie ich  weksle niechaj będą unieważnione. Ta klątwa będzie tak długo ważna, aż nie przyjdą do nas i nie zapłacą. I oby oni zawsze żyli pod groźbą tej klątwy.”

Wyrok w sprawie Żydów z Siemiatycz wydali sędziowie z Poznania, Ostrowia i Łucka. A jednak krnąbrni seniorzy gminy siemiatyckiej trwali przy swoim. Nie pomogło nawet powtórzenie klątwy w 1728 r. I tym to sposobem osiągnęli w 1730 r. uwolnienie się od zwierzchności Tykocina. Siemiatycze stały się z czasem jedną z najważniejszych gmin w Polsce, podległą bezpośrednio Sejmowi.

 

Mirosław Leszczak, Klątwa Żydowska, „Głos Siemiatycz”, nr 10, 18.XI. 1990, s. 7.


 

Żydzi Siemiatyccy w Powstaniu

Żydzi z Siemiatycz w momencie zry­wu niepodległościowego w 1863 r. nie pozostawali obojętni. Nie znamy wpraw­dzie dotychczas konkretnych nazwisk, ale wiemy o pomocy udzielanej przez kupców żydowskich spiskowcom. To właśnie siemiatyccy Żydzi byli dostarczy­cielami prochu dla magazynów pow­stańczych np. do domu Władysława Czarkowskiego do Łosic. Musiała być to pomoc wyraźna i niestety widoczna, sko­ro po rozbiciu wojsk powstańczych 7.II. w Siemiatyczach, ludność żydowska poddana została okrutnym represjom. „Wiadomości z pola bitwy” z 6.03.1863 r. donosiły o wyczynach kozaków w Sie­miatyczach: „Miasto całe najzupełniej zrabowali, dom po domu obdarłszy pod­palali, Żydów po kieszeniach, a Żydówki do bezwstydu rewidowali, wszystkie znalezione przez nich pieniądze i kosztow­ności zabierali, palce z pierścionkami, uszy z kolczykami Żydówkom obrzyna­li”. Plon masakry ludności żydowskiej widoczny był nazajutrz gdy „po bitwie na pięciu wozach wywieziono do Ciechanowca dzieci żydowskie, sieroty po pomordowanych rodzicach” Raport gen. Langiewicza w tymże n-rze „Wiadomości” donosi też że „w jednej z wsi koło Siemiatycz napadli Kozacy na właściciela stada wołów Berka Widemana z Brześcia i mimo, że ten schronił się we dworze, zamordowano go razem z dziedzicem”.

Władze carskie mszcząc się za po­moc udzielaną powstańcom przez Ży­dów siemiatyckich, nakazały zebrać wśród nich kontrybucję i za te pieniądze wybudowano w 1865 r. pomnik kaplicę z obrazem św. Aleksandra Newskiego. Stanął naprzeciw ul. Pałacowej, przed ratuszem. Miała to być pamiątka zgniecenia powstania 1863 r., ale z powodu za­niedbania w 1923 r. władze polskie naka­zały rozbiórkę obiektu.

Mirosław Leszczak

 

„Głos Siemiatycz”, 12 III 1991 r.

„Nawet umarłym nie dali spokoju” – PAWEŁ FIJAŁKOWSKI (Wędrówki z przeszłością) „Foks-Sztyme”, 1985-11-30, str. 10.

Nawet umarłym nie dali spokoju - Wyszogród.JPG

Zawsze wydawało mi się, że Wyszogród znam jak włas­ną kieszeń. Miasteczko ma­łe — z jednego końca w drugi można dotrzeć spacerem w ciągu kilku zaledwie minut. A po­za tym przyjeżdżam tu często, od wielu lat. Ale dopiero w sierpniu 1984 r. narodziła się moja znajo­mość z panem Leibem Fraizyngerem — rodowitym wyszogrodzianinem, rówieśnikiem naszego stulecia. Wówczas przekonałem się jak wielu rzeczy jeszcze nie wiedziałem. Spacerując z Fraizyngerem po miasteczku zaczą­łem poznawać Wyszogród od no­wa. To on pokazał mi dom z gwiazdami Dawida — jedyny oca­lały z pożogi ślad po wyszogrodzkim żydostwie. Dom ten stoi przy głównej ulicy miasteczka (ul. Rębowska 33). Na ogół nikt nie zauważa sześcioramiennych gwiazd na jego fasadzie. Może dlatego przetrwały.

Pierwsze wzmianki o Żydach wyszogrodzkich pochodzą z po­czątków XV w. Wyszogrodzka gmina była początkowo nieliczna. Jednakże w następnych stule­ciach stała się jednym z najwięk­szych skupisk żydowskich na Mazowszu. Pierwszy kirkut, zwany starym, znajdował się nie opodal centrum miasta, na wschód od Rynku, przy stromej, nadrzecznej skarpie. Funkcjono­wał on przez ponad cztery stule­cia, niestety nie pozostało po nim ani śladu. W okresie międzywo­jennym teren cmentarza porasta­ła gęstwina krzewów. Dziś w miejscu tym znajduje się wznie­siona po wojnie przetwórnia owoców i warzyw. Tylko krajobraz pozostał niezmieniony. Jak nie­gdyś rozciągają się stąd wspaniałe widoki na szeroko w dole roz­laną Wisłę i masywy leśne na przeciwległym brzegu.

W czasie jednej z epidemii, która nawiedziła Wyszogród w I poł. XIX w., na starym cmenta­rzu zaczęło brakować miejsca na grzebanie zmarłych. Założono wówczas nowy kirkut, znajdują­cy się na wschód od miasteczka, tuż za cmentarzem parafialnym.  W tym czasie Żydzi stanowili w Wyszogrodzie większość. Było tak już od II poł. XVIII w. W 1793 r.

W mieście zamieszkiwało 1017 Ży­dów i 571 chrześcijan. W 1808 r. liczba Żydów wyszogrodzkich wy­nosiła 2883 osób, czyli nieco ponad 90 proc. mieszkańców. Przez całe XIX stulecie odsetek żydowskich obywateli Wyszogrodu malał, nie­mniej aż do wybuchu II wojny światowej stanowili oni większość (58 proc. w 1921 r.).

Niemieccy okupanci nie poprze­stali na wymordowaniu wyszogrodzkich Żydów. Postanowili znieść z powierzchni ziemi także wszelkie ślady ponad pięćsetletniej ich historii. Synagoga zosta­ła rozebrana, cmentarz zaś zupeł­nie zniszczony. Nagrobki posłuży­ły do brukowania wyszogrodzkich ulic i wyrobu krawężników. „Błą­dząc wśród zabudowań miastecz­ka należy zwracać uwagę na wszystkie znaki — pisze Zdzisław Skrok w książce „Na tropie ar­cheologicznych tajemnic Mazow­sza”. — Wędrując wąskimi ulicz­kami, które często wybiegają wprost na otwarte pola, ogłasza­jąc kres miasta, należy także uważnie patrzeć pod nogi. Wśród kamiennego bruku natrafić możemy czasami na regularną płytę pokrytą dziwnymi, niezrozumiałymi mi znakami”.

Nie pamiętam, bym na którejś z wyszogrodzkich ulic spotkał kiedyś fragment kamienia z hebrajskimi napisami. Zapewne dla­tego, że większość z nich jest od lat wyasfaltowana, a krawężniki zostały z czasem wymienione.

Teren zniszczonego przez Niem­ców kirkutu jest dziś na pozór nic nie mówiącą kępą drzew i gę­stych krzewów, przeciętą przez wydeptaną skosem ścieżkę. Bieg­nie ona tuż przy kryjącym się w gęstwinie niewielkim pomniku z betonu. Pierwotnie otaczała go wsparta na słupkach barierka, ale została ona zniszczona, słupki po-przetrącane. Sam pomnik składa się z dużej poziomej płyty i sto­jącej na niej mniejszej pionowej z napisem: „NAWET UMARŁYM NIE DALI SPOKOJU”. Na­pis na poziomej części pomnika głosi:

TEN CMENTARZ ZOSTAŁ ZBESZCZESZCZONY PRZEZ BARBARZYŃCÓW HITLEROW­SKICH W LATACH 1939—1945. UFUNDOWANO PRZEZ KOMI­TET ŻYDOWSKI WYSZOGRÓD 8.7.47 R.

Spośród niemal trzech tysięcy wyszogrodzkich Żydów, wojnę przeżyło około 120. Wspomniany na Pomniku Komitet Żydowski to siedmiu Żydów, którzy po za­kończeniu wojny powrócili do ro­dzinnego Wyszogrodu. Jednym z nich był Leib Fraizynger. To on ułożył słowa „Nawet umarłym nie dali spokoju.”, o czym kilkakrotnie i z dumą wspominał. Istotnie, nie ma chyba sformułowania, które lepiej wyrażałoby tragedię ostatnich lat wyszogrodzkiego żydostwa.

Fraizyngerowi  udało się – nieprawdopodobnym wprost zbiegiem okoliczności – odnaleźć na jednej z ulic kamień nagrobny swego dziadka. Przetransportował go na teren kirkutu, lecz niedawno kamień zniknął. Został zabrany po raz drugi i prawdopodobnie już się nie odnajdzie. Pewnie „poszedł” pod fundamenty jakiegoś domu. Niepewna jest też przyszłość samego pomnika. Niszczejący i niszczony przez chuliganów wymaga odnowienia. W przeciwnym bowiem razie za kilka lat będziemy oglądać tylko jego resztki.

Osiem kilometrów na wschód od Wyszogrodu, rozciąga się nad brzegiem Wisły niegdysiejsze miasto Czerwińsk. W historii tej osady Żydzi nie odegrali znaczącej roli, a tutejsza gmina była stosunkowo niewielka. W 1820 r. zamieszkiwało tu 70 Żydów, którzy stanowili 14 proc. obywateli miasteczka.

Czerwińska synagoga przetrwa­ła w zasadzie lata wojny, została jednak później tak dokładnie przebudowana na kino, że nie spo­sób dziś domyśleć się pierwotnej funkcji budynku.

Podobnie jak w Wyszogrodzie były w Czerwińsku dwa kirkuty. Stary znajdował się we wschod­niej części osady, na wzgórku przy obecnej ulicy Królowej Jad­wigi. Nowy założono na wschód od miasteczka, wśród pól. Oba cmentarze zostały przez Niemców zupełnie zniszczone. Nagrobki wywieziono do Bodzanowa i uży­to jako kamień budowlany. Teren starego cmentarza został po wojnie podzielony na prywatne po­sesje. Ich właściciele wykopują czasem z ziemi fragmenty piaskowcowych płyt. Nowy cmentarz ocalał jako teren. Otacza go nis­ki, usypany z ziemi wał, jedyny znak, że nie jest to zwykła łąka, lecz jedno z wielu w naszym kra­ju miejsc, przywodzących na myśl ułożone przez Fraizyngera słowa: „Nawet umarłym nie dali spoko­ju”.

Tekst:

PAWEŁ FIJAŁKOWSKI

 

„Foks-Sztyme”, 1985-11-30, str. 10.

Przypadek specjalny: Konrad Morgen (sędzia SS) – Zofia Brzezińska „Newsweek Historia” nr 2 / 2019

Z jednej strony nazista, esesman, oportunista. Z drugiej: nieprzejednany śledczy korupcji i bezwzględnego okrucieństwa w obozach koncentracyjnych.

morgen I.jpg

 

Są historycy, którzy uważają, że Konrad Morgen był „sprawiedliwym sędzią SS” – i to nawet mimo że był współpracownikiem samego Heinricha Himmlera. Kim jest ten trochę zapomniany niemiecki prawnik budzący strach w III Rzeszy?

 

Marsz w stronę Hitlera

 

Konrad Morgen urodził się 8 czerwca 1909 r. we Frankfurcie nad Menem w rodzinie kolejarza. Robił wszystko, by wydostać się ze swego środowiska. Ambitny. Zdecydował się na studia prawnicze, a dodatkową motywacją tego wyboru miała być – jak tłumaczył w 1948 roku – „służba sprawiedliwości”. Aby robić karierę w narodowosocjalistycznym państwie, musiał zobowiązać się do popierania totalitarnego systemu i wstąpienia do NSDAP.

 

Morgen o Hitlerze: Obiecał pracę i chleb milionom ludzi, którzy byli bezrobotni i głodowali, i to mu się rzeczywiście udało, choć nikt nie uważał tego za możliwe.

 

Sceptyczne nastawienie, jakie Morgen początkowo miał wobec hitlerowskiej ideologii, przegrało z kuszącą wizją błyskotliwej kariery w wymiarze sprawiedliwości III Rzeszy. Już w roku 1933, tuż po objęciu władzy przez Adolfa Hitlera, dołączył do cywilnej sekcji SS. Dostał numer członkowski oraz stopień SS-Rottenführera. Kłamał więc, gdy po wojnie mówił, że w SS znalazł się pod przymusem i tylko w charakterze kandydata. A członkostwo w NSDAP tłumaczył naciskami rodziny.

i-konrad-morgen.jpg

Po dojściu nazistów do władzy zasada niezawisłości sędziowskiej praktycznie przestała istnieć, a wszystkich prawników zrzeszono w jednym związku zawodowym. Jego rolą nie była jednak ochrona praw pracowników, lecz kontrolowanie ich światopoglądu przez rozbudowany system kar dyscyplinarnych, począwszy od surowych nagan za niestosowanie pozdrowienia „Heil Hitler” po wykluczenie z zawodu i zgłoszenie sprawy gestapo.

LES CRIMES DES SS.jpg

Morgen podporządkował się więc wymogom ówczesnej polityki, a ewentualne wyrzuty sumienia zagłuszał zachwytami nad sukcesem ekonomicznym Hitlera, który jego zdaniem „obiecał pracę i chleb milionom ludzi, którzy byli bezrobotni i głodowali, i to mu się rzeczywiście udało, choć nikt nie uważał tego za możliwe”. Ponadto nie postrzegał polityki Hitlera jako agresywnej i ekspansywnej, ale doceniał budowaną przez niego potęgę militarną kraju. Uważał bowiem, że „prowojenna propaganda budzi nienawiść wobec zagranicznych przeciwników, a propaganda antymilitarystyczna i pacyfistyczna budzi nienawiść do własnego narodu i brak zaufania do własnych władz”.

Morgen w Polsce

 

W 1941 roku Morgen został przeniesiony z Monachium do Generalnej Guberni, do Krakowa, gdzie pracował jako sędzia śledczy. Prowadził m.in. sprawę przeciwko Hermannowi Fegeleinowi, szwagrowi Evy Braun, faworyty wodza, czy też bezwzględnemu zbrodniarzowi Oskarowi Dirlewangerowi. W obu wypadkach chodziło o przestępstwa gospodarcze.

Georg-Konrad-Morgen4.jpg

Szybko znudził się prowadzeniem spraw i uległ wypaleniu zawodowemu, czego przyczyn dopatrywał się – jak pisał – w tym, że „korupcja w Generalnej Guberni jest tak ogromna, a przestępstwa dotyczące dóbr materialnych i odrażające zbrodnie są tak liczne, że według mojego przekonania każdy sędzia w krótkim czasie na nie zobojętnieje”.

Właśnie to zobojętnienie mogło być powodem, dla którego sędzia oddalił jako nieistotną skargę na niemieckiego policjanta podejrzanego o kontakty intymne z Polką. Zgodnie z prawodawstwem III Rzeszy tego typu relacje były uważane za hańbienie rasy i całkowicie zabronione. Morgen jednak, ze względu na masową skalę tego zjawiska, postrzegał surowe kary za takie czyny jako absurdalne.

Po wojnie, w 1945 roku, na wezwanie aliantów poszukujących go ze względu na wiedzę o obozach koncentracyjnych Morgen natychmiast się zgłosił.

morgen II.jpg

Przełożeni nie podzielali jego tolerancji i zarzucili mu brak wyczucia politycznego. Himmler, absolutny fanatyk idei czystości rasy, pozbawił Morgena funkcji i wysłał na front wschodni. Chcąc jeszcze bardziej pognębić prawnika, szef SS zabronił mu poślubienia starszej o cztery lata partnerki. Zakaz uzasadnił tym, że kobieta prawdopodobnie nie byłaby już w stanie urodzić wystarczającej liczby zdrowych aryjskich dzieci – a to zdaniem nazistów było głównym celem instytucji małżeństwa.

 

Śledztwo w Buchenwaldzie

 

Wkrótce jednak Reichsführer, zasypywany sprawami korupcyjnymi z udziałem komendantów obozów koncentracyjnych, pożałował decyzji o pozbyciu się wysoko cenionego profesjonalisty, jakim był Morgen. Wezwał go z frontu i zrehabilitował. Morgen został mianowany sędzią w wydziale do ścigania przestępstw gospodarczych, a pierwszym zadaniem, z jakim musiał się zmierzyć, była wielka afera korupcyjna w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie.

morgen III.jpg

Był to łagier przeznaczony dla więźniów politycznych, których zmuszano do pracy w pobliskich kamieniołomach. Przeciwko komendantowi Buchenwaldu Karlowi Kochowi prowadzono śledztwo od 1941 roku. Było ono jednak stale utrudniane przez jego potężnych sprzymierzeńców, m.in. Oswalda Pohla, głównego zarządcę wszystkich niemieckich obozów koncentracyjnych.

Gdy jednak do akcji przeciw Kochowi włączył się sąd SS z Morgenem jako oficerem śledczym na czele, dalszego rozwoju wypadków nie można już było zatrzymać. Kochowi nie pomogły nawet zapewnienia Pohla, który obiecywał mu ochronę w przypadku, gdyby „jakiś bezrobotny prawnik jeszcze raz spróbował wyciągnąć swoje katowskie ręce po jego nieskazitelne ciało”.

Komendanta oskarżono o fałszerstwa, defraudację majątku ofiar, groźby wobec innych funkcjonariuszy SS oraz liczne okrucieństwa względem osadzonych. Należy wspomnieć, że ten ostatni zarzut nie wynikał z pobudek humanitarnych i troski o więźniów, lecz z obawy, iż zmaltretowani ludzie nie będą mogli wydajnie pracować. Wraz z Kochem aresztowano jego żonę Ilse, słynną „wiedźmę z Buchenwaldu”, która m.in. kazała wyrabiać przedmioty użytkowe z ludzkiej skóry. Na początku 1945 roku Kocha skazano na karę śmierci, natomiast Ilse została uniewinniona. Kocha rozstrzelano w kwietniu 1945 roku, na tydzień przed wyzwoleniem obozu przez Amerykanów.

Na tym jednak nie skończyła się rola Morgena w Buchenwaldzie. Doprowadził tam także do aresztowania za nadmierny sadyzm esesmana Martina Sommera, najokrutniejszego ze strażników. Stosował wobec więźniów szczególnie drakońskie kary, m.in. wieszanie ich za wykręcone ręce na drzewach, co powodowało zwichnięcie barków i ramion. Miejsce tej kaźni nazywano śpiewającym lasem ze względu na rozpaczliwe jęki wydawane przez torturowanych. Tak okaleczeni ludzie nie byli już zdolni do pracy. Chcąc ukrócić proceder, zdecydowano o wysłaniu sadysty na front.

 

Popłoch w obozach

 

Potem Morgen wyjechał do obozu w Majdanku, którego komendant Hermann Florstedt również był uwikłany w afery korupcyjne. Florstedtowi zarzucono także masowe kradzieże dóbr materialnych, jakie zgromadzone zostały w Majdanku po więźniach zamordowanych również w Sobiborze, Treblince i Bełżcu. Dochodzenie przeciwko niemu było tym trudniejsze, że komendant mordował świadków swoich przestępstw. Interwencja Morgena doprowadziła do aresztowania i stracenia komendanta 15 kwietnia 1945 r., znów tuż przed końcem wojny.

Poruszony sytuacją, w której aż dwóch komendantów obozów wykazało się tak poważną niesubordynacją, Morgen postanowił skontrolować i inne osoby na tych stanowiskach. Koordynowane przez niego komisje śledcze złożone z sędziów SS odwiedzały obozy koncentracyjne, by zbierać dowody przestępstw i przekazywać właściwym sądom SS i policji. Po doprowadzeniu do egzekucji Kocha i Florstedta przylgnęło do Morgena określenie „krwawy sędzia”, a jeden z więźniów Buchenwaldu, Alfred Miller, powiedział po wojnie: „Esesmani drżeli przed dr. Morgenem. Był uważany za diabła wcielonego”.

Kiedy więc jesienią 1943 roku Morgen przyjechał do Auschwitz, na załogę obozu padł blady strach. Była to grupa ludzi skrajnie zdeprawowanych, niestroniących od alkoholu i używek, nałogowo okradających przybywające transporty więźniów.

Morgen od razu ocenił ich jako „robiących wrażenie zdemoralizowanych i zezwierzęconych pasożytów”. Szybko rozpoczął śledztwo, w tym także rewizję osobistych szafek strażników. Na podstawie znalezionych dowodów aresztowano 23 esesmanów oraz dwóch oficerów, Maximiliana Grabnera oraz Wilhelma Bogera. Obaj słynęli z okrucieństwa i zostali oskarżeni o „nielegalne” morderstwa. Ponieważ jednak dla nazistów dużo większą wagę miały zarzuty korupcyjne, tylko pierwszego z nich postawiono przed sądem. Grabner, który jako szef obozowego gestapo powinien był zwalczać łapówkarstwo, sam notorycznie się go dopuszczał. W listopadzie 1943 roku został odwołany z funkcji.

Następnym zbrodniarzem, który znalazł się na celowniku Morgena, był Gerhard Palitzsch, funkcjonariusz znany z bestialstwa, który m.in. rozstrzeliwał skazańców pod ścianą śmierci. Szacuje się, że zamordował osobiście tysiące osób. Po oskarżeniu o kontakty seksualne z żydowską więźniarką został wcielony do jednostki frontowej.

 

Między Himmlerem a Frankiem

 

Tajemnicą poliszynela pozostaje, że Morgen dążył także do ukarania za podobny czyn samego komendanta Auschwitz Rudolfa Hössa, którego również podejrzewano o romans z więźniarką. Ponieważ jednak komendant cieszył się wielkim poparciem samego Himmlera, nie musiał się obawiać sądu SS.

Zdając sobie z tego sprawę, Morgen zaniechał dalszego dochodzenia. Nie chciał tracić czasu na czynności śledcze, które w każdej chwili mogły być wstrzymane przez Reichsführera.

Stało się tak już wcześniej, gdy Morgen został odsunięty przez Himmlera od prowadzenia sprawy przeciwko wspomnianemu Hermannowi Fegeleinowi podejrzanemu o korupcję. Był on nie tylko szwagrem Evy Braun, lecz także wysoko postawionym funkcjonariuszem SS oraz osobistym przedstawicielem Himmlera. Ten ostatni obawiał się, że ujawnienie winy osoby piastującej tak znaczące stanowisko poważnie nadweręży reputację SS; a to byłoby w tym momencie bardzo niepożądane przez Reichsführera. Przygotowywał się bowiem do odtajnienia dowodów wskazujących na przestępstwa korupcyjne z udziałem generalnego gubernatora Hansa Franka.

Obaj dygnitarze ostro ze sobą walczyli od chwili, gdy doszło między nimi do konfliktu o kwestię przesiedlenia ludności nieniemieckiej z terenów wcielonych do Rzeszy na terytorium Generalnej Guberni. Himmler chciał w ten sposób pozbyć się rdzennych mieszkańców tych ziem i sprowadzić na ich miejsce Niemców. Frank ostro sprzeciwił się robieniu z podległego mu obszaru – jak to określił – „śmietnika rasowego” oraz poskarżył się Hermannowi Göringowi, który przyznał mu rację i wstrzymał dalsze transporty wysiedleńców. Himmlera poparli z kolei sekretarz Hitlera Martin Bormann oraz szef Kancelarii Rzeszy Hans Lammers. Na spotkaniu z Frankiem poinformowali go, że mają dowody jego nadużyć. Zasugerowali także, że okazali mu wielką łaskę, nie przekazując ich od razu Hitlerowi.

Wobec takiej groźby Frank odstąpił od swojego stanowiska. Gehenna deportowanych rozpoczęła się na nowo. Wydarzenie to boleśnie uświadomiło Morgenowi, że jest całkowicie zależny od kaprysów Himmlera. Z tym większą pasją zaangażował się w pracę na terenie podległych mu obozów śmierci.

 

Świadek w Norymberdze

 

Ostatnie znane dochodzenie w obozie koncentracyjnym prowadzone przez komisję Morgena dotyczyło Amona Götha, komendanta obozu w Płaszowie. Postać Götha utrwalona została w powszechnej świadomości dzięki filmowi Stevena Spielberga „Lista Schindlera” (1993). I mimo że przedstawiony w nim wizerunek kata jest niezwykle realistyczny, to jednak – choć trudno to sobie wyobrazić – pierwowzór był jeszcze gorszy. Pod jego kierownictwem w obozie życie straciło niemal 70 tysięcy osób.

Morgen oskarżył ludobójcę przede wszystkim o zgromadzenie wielkiego majątku odebranego zamordowanym. Skutecznie doprowadził do osadzenia go w więzieniu w Monachium, gdzie miał oczekiwać na proces. Zanim jednak do niego doszło, Göth został zwolniony ze względu na zły stan zdrowia (rzekomo chorował na zaawansowaną cukrzycę). Sprawiedliwość dosięgła go dopiero po wojnie.

W 1945 roku Morgen na wezwanie aliantów poszukujących go ze względu na jego wiedzę o obozach koncentracyjnych zgłosił się natychmiast. Był to początek roli Morgena jako świadka w wielu procesach przeciwko nazistowskim zbrodniarzom. Z racji swojej wysokiej pozycji w strukturach SS sam stał się automatycznie podejrzanym i umieszczono go w byłym obozie koncentracyjnym Dachau. Wypuszczono go w 1948 roku w ramach amnestii wprowadzonej przy okazji zimnej wojny i sporów ze Związkiem Radzieckim.

Konrad Morgen podczas procesów norymberskich był wzywany na świadka przez prawników broniących SS. Ich zamiarem było przekonanie Międzynarodowego Trybunału Wojskowego, że dochodzenia prowadzone przez Morgena to dowód na to, że wszelka przestępczość była w kręgach SS zabroniona, a za wszystkie wypadki jej zaistnienia odpowiadają tylko indywidualne jednostki, nie zaś – organizacja.

Morgen, działając też głównie we własnym interesie, zdecydowanie bronił formacji, której sam był członkiem. W efekcie jego zeznania sprowadziły się do nieudolnej próby usprawiedliwienia działań instytucji bezsprzecznie zbrodniczej.

Oświadczył m.in., że za program eksterminacji Żydów i niepełnosprawnych odpowiadała kancelaria Führera, a nie SS, że hitlerowscy lekarze zajmowali się wyłącznie niesieniem pomocy więźniom, że w obozach panowały dobre warunki oraz że za wszelkie przypadki nadużyć należy winić jedynie indywidualnych funkcjonariuszy.

Te kuriozalne argumenty nie przyniosły żadnych korzyści obronie SS, które zostało ostatecznie uznane za organizację kryminalną, winną zbrodniom wojennym i zbrodniom przeciw ludzkości.

W żaden sposób nie pogorszyły one jednak sytuacji samego Morgena – Trybunał uznał, że poza przynależnością do SS nie ma podstaw, by zarzucać mu inne zbrodnie. Ponadto sąd dał wiarę wyjaśnieniom świadka, który dowodził, że Morgen próbował powstrzymać masowe mordy, ale ponieważ otwarte wystąpienie przeciw rozkazom Hitlera skończyłoby się dla niego śmiercią lub więzieniem, musiał robić to „dyskretnie” przez ściganie poszczególnych sprawców. W rezultacie Morgen został poddany procesowi denazyfikacji i w 1950 roku ostatecznie uniewinniony. Wolny też od ograniczeń narzuconych przez Himmlera poślubił w końcu wieloletnią partnerkę. Zamieszkali we Frankfurcie, gdzie Morgen nadal pracował jako sędzia. Zmarł 4 lutego 1982 roku.

Postawę Konrada Morgena szczególnie podziwiał amerykański historyk i pisarz John Toland, który określał go mianem „jedynego prawdziwego wymiaru sprawiedliwości III Rzeszy” oraz wyrażał zdumienie, że nigdy nie został on uhonorowany za swoją działalność, przez którą ryzykował życie.

Czy Toland ma rację? Czy faktycznie należy postrzegać Morgena jedynie jako sędziego w służbie diabła, który miał nieszczęście żyć i pracować w niewłaściwym czasie i miejscu? Czy też raczej powinno się przyznać, że był w pełni świadomym sługą zbrodniczego systemu? Trudno zaprzeczyć, że faktycznie działał na korzyść totalitarnego państwa (przez zwalczanie korupcji przyczyniał się do bogacenia Rzeszy, a w konsekwencji – do przedłużenia wojny), jednak warto pamiętać, że nigdy nie był fanatycznym zwolennikiem narodowosocjalistycznej ideologii. Odwiedzając obozy i występując przeciw wysoko postawionym dygnitarzom, wykazywał się swoistą odwagą. Niezaprzeczalne jest to, że jego interwencja doprowadziła do powstrzymania zbrodni i barbarzyństwa przynajmniej niektórych strażników, co z pewnością uratowało życie i zdrowie wielu więźniów. Jednak opinia samego Morgena, że to właśnie dzięki niemu „system masowych mordów zaczął chwiać się w posadach”, wydaje się przesadna.

Sędzia w Auschwitz by Kevin Prenger.jpg

Korzystałam m.in. z:

– Kevin Prenger, „Sędzia w Auschwitz”, wyd. Replika 2018;

– Paweł Łepkowski, „III Rzesza była państwem bezprawia”, „Rzeczpospolita” z 23 lutego 2017.


Fot. AP/East News, PJF Military Collection/Alamy/BE&W

 

„Trucizna i odtrutki” (fala antysemityzmu we Francji) – „Polityka” nr 9 / 2019

wystarczy.jpg

Zarejestrowany moment, kiedy podczas sobotniej manifestacji „żółtych kamizelek” w Paryżu przechodzący obok filozof Alain Finkielkraut wyzywany jest od „brudnych syjonistów” a grupka krzyczy za nim: „wracaj do Tel Awiwu” obiegł całą Francję i stał się punktem odniesienia.

Bo Finkielkraut potęga wolnej myśli, to tutaj instytucja i symbol. Prezydent Macron tweetował, że antysemityzm to „zaprzeczenie wszystkiego, czym jest Francja”. A wkrótce ogłoszono, że liczba incydentów antysemickich, po dwóch latach spadków statystyk, w zeszłym roku wzrosła o 74 proc.

Minister spraw wewnętrznych Christophe Castaner ogłosił, że „rozpowszechniają się niczym trucizna”. Na cmentarzu pod Strasburgiem (miejsce to odwiedził później Macron) na żydowskich grobach namalowano swastyki, swastyka zakryła głowę Simon Weil na paryskim muralu, na sklepie z bajglami namalowano „Juden” a gdzieś na garażu pojawił się napis „Macron, ty żydowska dziwko”. I tym podobne.

Trudno te incydenty jednoznacznie utożsamiać z „żółtymi kamizelkami”, ale faktem jest, że narodzony trzy miesiące temu ruch systematycznie kurczy się, ale i radykalizuje, zmierza ku przemocy (podczas cosobotnich starć zostało już rannych ponad 1,4 tys. manifestantów i tysiąc policjantów). Nadal ma otwartą, amorficzną formułę „głosu ludu” z czego korzystają skrajni lewacy i – z drugiej strony – ultra prawicowcy. A oba te skrzydła mają swoją antysemicką historię.

„Kamizelki” zaczęły kontestację od cen benzyny i nadmiaru radarów drogowych, ale szybko lista wrogów zaczęła puchnąć: znaleźli się na niej politycy, z Macronem na czele, elity, policjanci, dziennikarze, drogie samochody i w ogóle bogacze, zadzierający nosa paryżanie.

Francuskim obyczajem rozpętała się wielka narodowa debata: co się właściwie z nami stało? Publicysta Alain Duhamel, również tutejsza instytucja i symbol, orzekł, że w powietrzu wisi nienawiść, wielkie pokłady nienawiści i frustracji, jakiej do tej pory nie było.

Taki klimat to nie najlepszy prognostyk przed majowymi eurowyborami, które niby mniej ważne, ale dobrze testują, co wyborcom gra w duszy. Macron ruszył w kraj uspokajać nastroje, zapowiedział też czyszczenie internetu i likwidację trzech organizacji skrajnej prawicy. Ale wyraźnie Francja ma ze sobą kłopot. I zdecydowanie nie tylko ona.

„Kiedy zwierzęta miały większe prawa niż ludzie” – Zofia Brzezińska „Uważam Rze. Historia” nr 12 / 2018

Myśląc o systemie prawnym III Rzeszy, mamy przed oczami obrazy pełne przemocy i cierpienia milionów ludzi. Jednak nawet w tym nieludzkim systemie znalazło się miejsce na pewne przejawy humanitaryzmu, ale jedynie wobec… zwierząt.

 

Niezwykłym jest, iż to właśnie na takim gruncie powstały pierwsze poważne akty prawne stojące na straży ochrony fauny i będące najbardziej kompleksowym zbiorem praw zwierząt w ówczesnej Europie. Przyczyną tego mogło być to, iż zgodnie z nazistowską ideologią zaprzestano postrzegania ogółu ludzi jako nadrzędnego gatunku. Przywilej ten przypadł w udziale tylko tzw. Aryjczykom. Za nimi w hierarchii stanęły różne gatunki zwierząt, a na samym dole tej drabiny ważności umieszczono ex aequo (!) Żydów i szczury.

24 listopada 1933 roku wprowadzono w Trzeciej Rzeszy ustawę o ochronie zwierząt – Tierschutzgesetz. Była ona jednak dopiero pierwszym z szeregu aktów prawnych, regulujących sprawy z zakresu tej materii oraz realizujących zapowiedzianą przez Adolfa Hitlera zmianę: „W nowej Rzeszy nie będzie więcej dopuszczalne okrucieństwo

wobec zwierząt”. Sam Hitler był wegetarianinem, choć historycy nadal spierają się w kwestii, czy podyktowane to było jego światopoglądem, czy też wymuszone kwestiami zdrowotnymi. Wódz III Rzeszy nie stanowił jednak wyjątku wśród czołowych nazistowskich polityków. Rudolf Heß, Joseph Goebbels oraz Heinrich Himmler również okresowo, najprawdopodobniej w celach propagandowych, powstrzymywali się od spożywania mięsa. W miarę jak skuteczna propaganda nazistowska umacniała w niemieckim społeczeństwie przekonanie o słuszności postulatów ochrony zwierząt, wzrastała także liczba poświęconych temu zagadnieniu aktów prawnych. 3 czerwca 1934 roku uchwalono ustawę ograniczającą polowania, a zwłaszcza zakazującą okrutnych polowań z udziałem psów. Nie udało się wprowadzić całkowitego zakazu polowań, ponieważ sprzeciwili się temu niektórzy wysoko postawieni funkcjonariusze Rzeszy, tacy jak Hermann Göring, któremu przysługiwał niechlubny w oczach niektórych nazistów tytuł „Wielkiego Łowczego Rzeszy”.

Rok później, w czerwcu 1935 roku, wprowadzono Naturschutzgesetz, ustawę regulującą kompleksowo sprawy środowiska naturalnego. Kolejne ustawy – z 1937 oraz 1938 roku – zabezpieczyły nawet prawa zwierząt do humanitarnego transportu samochodowego oraz kolejowego. Konie należało podkuwać w najmniej bolesny sposób, a ponadto specjalny dekret Hitlera zabronił przyrządzania homarów poprzez gotowanie ich żywcem oraz nakazał bardziej humanitarne metody uśmiercania skorupiaków.

„Ludzkie zwierzęta”

Heinrich Himmler, jeden z największych zbrodniarzy w dziejach ludzkości, morderca milionów ludzi oraz główny współtwórca Holocaustu, w trosce o zwierzęta wyprzedził nawet swojego wodza. Zamartwiał się, że jego oddziały SS mogą zadeptać drobne stworzenia i poważnie rozważał nakazanie żołnierzom noszenia nocą specjalnych dzwonków, które ostrzegałyby zwierzęta przed maszerującym wojskiem. Himmler mawiał: „Strzelanie do ptaków i zwierząt nie jest sportem. To czysta zbrodnia. My, Niemcy, musimy szanować zwierzęta”. Słowa te, wyrwane z kontekstu, wydają się niewątpliwie przekonujące i wysoce etyczne. Biorąc jednak pod uwagę, że ich autor bez żadnych skrupułów skazywał na śmierć miliony mężczyzn, kobiet i dzieci, mogą brzmieć w sposób szokujący i okrutnie groteskowy.

Himmler nie stronił w młodości od polowań. „Często polowałem na jelenie, ale za każdym razem miałem nieczyste sumienie patrząc na ich zamknięte oczy” – przyznał się po latach. Te kuriozalne słowa dowodzą, iż najwyraźniej nie zdawał on sobie sprawy z gigantycznej rozbieżności pomiędzy humanitarnym podejściem do zwierząt a bestialskim traktowaniem ludzi uznanych przez nazistów za niegodnych tego miana: „My Niemcy jesteśmy jedynym narodem, który przyzwoicie traktuje zwierzęta, i tak będziemy się również odnosić do tych zwierząt ludzkich”.

Himmlerowi podobał się średniowieczny, niemiecki zwyczaj poddawania szczurów różnym eksperymentom i pozostawiania im przez to szansy na przeżycie. Po wojnie planował znaczne obostrzenie kar za łamanie praw zwierząt, wprowadzenie w szkołach osobnych zajęć poświęconych trosce o środowisko naturalne oraz przydzielenie towarzystwom opieki nad zwierzętami specjalnego nadzoru policyjnego.

Nagroda im. Adolfa Hitlera

Dopiero kwestia wiwisekcji zwierząt okazała się dużo bardziej problematyczna. Jeszcze przed powstaniem ustawy o ochronie zwierząt z 1933 roku Hitler nakazał wprowadzenie zakazu wiwisekcji. Stosowny dekret został wydany przez Hermanna Goringa 16 sierpnia 1933 roku, jednak na skutek interwencji osobistego lekarza Hitlera przekonanego o szkodliwości takiego zakazu dla rozwoju niemieckich badań naukowych, został on wkrótce skorygowany. Odtąd przeprowadzanie wiwisekcji na zwierzętach stało się dopuszczalne tylko w ściśle określonych przypadkach. Priorytetem miało być zawsze maksymalne ograniczenie cierpień zwierząt oraz wyeliminowanie zbędnych eksperymentów. Ponadto prawo do przeprowadzenia zabiegu mogła uzyskać tylko instytucja, a nie osoba fizyczna. W efekcie uzyskanie zgody na wiwisekcję stało się prawie niemożliwe; praktykę tę postrzegano jako absolutne zło konieczne, wywodzące się z „żydowskiej nauki” dążącej do podporządkowania sobie przyrody zamiast okazania jej należnego szacunku.

Nowe prawo dopuszczające warunkowo wiwisekcję zwierząt w celach eksperymentalnych uzasadniano jednym z najbardziej popularnych haseł narodowego socjalizmu: „Jest prawem każdej społeczności, by w razie konieczności poświęcać jednostki dla dobra ogółu”.

Niestety, taka sama ochrona przewidziana w dekrecie z 16 sierpnia 1933 roku nie przysługiwała ludziom wobec których naziści nie cofali się przed żadną formą okrucieństwa. Pseudomedyczne eksperymenty na więźniach obozów koncentracyjnych były przeprowadzane w niemal każdym obozie koncentracyjnym. Wykonywano je bez cienia sprzeciwu ze strony niemieckiego środowiska naukowego. Normą stało się wykorzystywanie ludzi zanim przystępowano do przeprowadzania doświadczeń na zwierzętach. Eksperymentowano jeszcze na zwierzętach tylko dlatego, że stan fizyczny ludzkich ofiar poddawanych pseudomedycznym doświadczeniom był w większości przypadków tak dramatycznie zły, że mógł zaważyć na miarodajności wyników badań. W celu zapobiegania takim sytuacjom powtarzano je więc – w sposób niechętny i pełen skrupułów – na zwierzętach.

Ten historyczny precedens, kiedy pozycja zwierzęcia jako podmiotu prawa była silniejsza od pozycji człowieka, kilka lat temu zainspirował włoski związek zawodowy Feder Fauna zrzeszający osoby pracujące ze zwierzętami do ustanowienia kontrowersyjnej nagrody im. Adolfa Hitlera. Miała ona oczywiście wymowę sarkastyczną i była nadawana osobom postrzeganym jako aktywnie walczące o prawa zwierząt, a które jednocześnie pomijały lub wręcz naruszały prawa ludzi. Do otrzymania tej nagrody został wytypowany m. in. australijski filozof Peter Singer, aktywista walczący o ochronę zwierząt, zadeklarowany wegetarianin, a równocześnie zwolennik aborcji i eutanazji. Nagrodą miało być zmontowane zdjęcie, w sposób ironiczny przedstawiające Fuhrera karmiącego sarny przed bramą obozu Auschwitz. Na dzień jej wręczenia wyznaczono 24 listopada, rocznicę ustanowienia Tierschutzgesetz. Chociaż oczywistą intencją pomysłodawców nagrody było wyszydzenie ludzi prezentujących taką postawę, niektóre środowiska antyfaszystowskie i żydowskie potępiły tę formę gratyfikacji jako stawiającą Hitlera w pozytywnym świetle i godzącą w pamięć ofiar nazizmu. Obawy te okazały się jednak nieuzasadnione; twórcy nagrody sami przyznali, że chodziło im wyłącznie o „potępienie tych, którzy depczą prawa człowieka w imię ideologii praw zwierząt”.

Zakaz uboju rytualnego

Niezwłocznie po objęciu stanowiska kanclerza w 1933 roku Hitler zabronił też innej okrutnej praktyki, jaką była szechita – żydowski ubój rytualny. Możemy się tylko domyślać, że oprócz szczerej troski o uchronienie zwierząt przed niepotrzebnym cierpieniem, wodzem III Rzeszy kierowała także inna podła pobudka, jaką była chęć dodatkowego upokorzenia społeczności żydowskiej. Całkowity zakaz uboju rytualnego wprowadził drogą rozporządzenia także gubernator Hans Frank na okupowanych terenach Polski w październiku 1939 roku.

Ubój rytualny miał przeciwników także w przedwojennej Polsce. Zdecydowanym jego tępicielem był m.in. ks. Stanisław Trzeciak, słynny przedwojenny działacz społeczny. Jego postulat wprowadzenia zakazu szechity znalazł poparcie wśród środowisk katolickich i narodowych, czego rezultatem było wniesienie w 1936 roku do Sejmu projektu ustawy o zakazie uboju rytualnego jako „okrutnej metody uboju zwierząt”. Dokonała tego grupa posłów sanacyjnych z Janiną Prystorową na czele jako wnioskodawczynią. 1 stycznia 1937 roku weszła w życie ustawa wprowadzająca zakaz uboju rytualnego z wyjątkiem dokonywanego na potrzeby religijne, W 1939 roku znowelizowano ją i całkowicie zakazano szechity. Ze względu na wybuch wojny nowelizacja nie doczekała się jednak ratyfikacji przez Senat. Ustawa z 1937 roku została uchylona dopiero w latach 90. poprzez wprowadzenie ustawy o ochronie zwierząt z 21 sierpnia 1997 roku. Ustawa ta ponownie zezwalała na stosowanie uboju rytualnego w celach wyłącznie religijnych, tym samym czyniąc poważny krok wstecz wobec humanitarnych postanowień przedwojennej ustawy. Do idei tej ostatniej powrócono w 2002 roku poprzez dokonanie nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt polegającej na ponownym, całkowitym – bez żadnych wyjątków – zakazie tej praktyki. W 2014 roku Trybunał Konstytucyjny uchylił wyrokiem zakaz dokonywania uboju rytualnego, uznając go za godzący w wolność religii i sumienia.

1.jpg

2.jpg

3.jpg

 

Cały artykuł w pdf-ie:

kiedy zwierzeta mialy wieksze prawa niz ludzie – uwazam rze historia nr 12-2018

„Opowiem Ci moją historię” (Sztachnąć się IPN-em) – rozdział z książki „Zawód – dziennikarz śledczy” Cezary Gmyz

the nazi ss division.jpg

Nieszczęsne ofiary propagandy Adama Michnika, który nazwał kiedyś archiwum IPN „szambem”, przekonane są, że Instytut gromadzi wyłącznie dokumenty wytworzone przez peerelowską bezpiekę.
– Nic bardziej mylnego. Dokumenty wytworzone przez system komunistycznej represji to, owszem, duża część archiwum IPN, ale przecież nie jedyna. IPN jest następcą prawnym Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich i ma w swoim zasobie również dokumenty, które wytworzyli Niemcy w latach 1933-1945. Idźmy dalej: w Instytucie przechowywane są też dokumenty instytucji, które z komunistycznym czy nazistowskim aparatem represji nie miały nic wspólnego – np. archiwum polskiej sekcji Radia Watykańskiego.

Niewiele się o tym mówi i pisze. Czy to wartościowe zbiory?

– Ogromnie wartościowe. To właśnie w IPN jest przechowywany na przykład jeden z najcenniejszych dokumentów w światowej archiwistyce – jeden z dwóch oryginałów dziennika Jurgena Stroopa dotyczących zagłady getta warszawskiego. Drugi jest w Holocaust Memoriał Museum w Waszyngtonie. IPN wydał zresztą ten dziennik w formie reprintu.

 

Zaraz, zaraz, jak to możliwe, że istnieją dwa oryginały?

– Stroop chciał się pochwalić w Berlinie likwidacją getta i dlatego przygotował dwa egzemplarze. Jeden z myślą o Hitlerze, drugi dla Himmlera.

Dokumenty te znane są od lat, więc chyba nie ma w nich żadnej sensacji.

– Mylisz się. Uważna lektura dziennika w połączeniu z analizą zdjęć pozwoliła mi dokonać bardzo ciekawego odkrycia, a mianowicie, że przywódca Żydowskiej Organizacji Bojowej Mordechaj Anielewicz i jego towarzysze zginęli na skutek denuncjacji dokonanej przez samych Żydów, zaś kilka zdjęć wykorzystanych przez Stroopa przedstawia właśnie likwidację bunkra przy Miłej 18. Mało tego, z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że na jednym ze zdjęć uwieczniono zdrajców, którzy wydali Anielewicza i jego towarzyszy. Co ciekawe, to zdjęcie trafiło na okładkę książki Israela Gutmana Resistance: The Warsaw Ghetto Uprising.
Do czasu mojego tekstu na ten temat zakładano, że zdjęcie przedstawia powstańców, a nie tych, którzy ich zdradzili.

Jak do tego doszedłeś?

– Znam dość dobrze niemiecki, więc czytałem dziennik w oryginale. Zwróciłem uwagę na fragment, w którym Stroop opisywał, że sami Żydzi wydają zamaskowane bunkry Niemcom. Używał w stosunku do nich określenia judische verrater — żydowscy zdrajcy. W stosunku do powstańców operował zaś pojęciem „bandyci”, a w stosunku do ŻOB używał określania „partia”. Moje podejrzenia potwierdziły dwie żyjące w Izraelu członkinie ŻOB – Masza Glajtman-Putermilch i Helena Rufeisen-Schupper. Ich zdaniem, bunkier przy Miłej wydali sami Żydzi. Jedna złożyła relację, że w przeddzień odkrycia bunkra słyszano w pobliżu głosy dwóch mężczyzn mówiących w jidysz. To prawdopodobnie ich przedstawia zdjęcie z dziennika Stroopa podpisane właśnie judische verrater. Z całą pewnością Stroop nie użyłby tego określenia w stosunku do powstańców.

Czyli nawet po tylu latach można jeszcze dokonywać nowych odkryć, badając historię powstania w getcie?

— Z całą pewnością tak. Pamiętaj, że wciąż nie odkryto miejsca ukrycia trzeciej części Archiwum Ringelbluma. Dwie pierwsze odkopano. Trzeciej, kto wie czy nie najcenniejszej, jeszcze nie – choć miejsce jej ukrycia jest z grubsza rzecz biorąc znane. Wiemy, że trzecia część archiwum zawiera m.in. zapiski o ruchu oporu w getcie, w tym o Żydowskim Związku Wojskowym, który jest organizacją mało znaną, a kto wie czy nie ważniejszą niż Żydowska Organizacja Bojowa.

Dlaczego ważniejszą?

— Bo to nie słabo uzbrojony ŻOB, lecz znacznie lepiej wyposażony ŻZW rozpoczął powstanie w getcie, w dodatku odnosząc sukces w walce z Niemcami w bitwie na placu Muranowskim i doprowadzając do wycofania się Niemców z getta.

To właśnie powstańcy z ŻZW zawiesili w tym rejonie dwie flagi, które do szewskiej pasji doprowadziły Stroopa: polską oraz żydowską z gwiazdą Dawida.

Dlaczego ta historia jest tak mało znana?
— Bo opowieść o powstaniu w getcie to narracja przede wszystkim członków ŻOB, którzy przeżyli. Natomiast większość powstańców z ŻZW oddała życie „za wolność naszą i waszą” – Żydów i Polaków. Problem polega na tym, że opowieść o getcie warszawskim w Polsce została zdominowana przez narrację Marka Edelmana. Człowieka bez wątpienia odważnego, który jednak szczerze nienawidził ŻZW.
Dlaczego?

— Edelman do końca życia nie pozbył się pewnego rodzaju sentymentu do komunizmu. Owszem, w PRL działał w opozycji, jednak pozostał lewicowcem. ŻZW miała zaś charakter prawicowy. Edelman posuwał się nawet do rzeczy hańbiącej i nazywał ich wręcz faszystami. ŻZW w dużej mierze stanowili przedwojenni oficerowie Wojska Polskiego pochodzenia żydowskiego – polscy patrioci. ŻOB był lewicowy, wręcz komunizujący z tzw. nastawieniem internacjonalistycznym. Uważam, że wiele jest jeszcze do zrobienia w kwestii odkłamywania historii powstania w getcie. Powinno się z pewnością zbadać bunkier przy Miłej 18. Tam wciąż spoczywają szczątki Anielewicza i członków komendy ŻOB. Edelman z niezrozumiałych dla mnie względów sprzeciwiał się robieniu w tym miejscu jakichkolwiek badań. A przecież tacy bohaterowie jak Anielewicz i jego towarzysze zasługują w końcu na godny pogrzeb. Jeśli IPN robi ekshumacje na tzw. łączce na Powązkach, by godnie pogrzebać w końcu rotmistrza Witolda Pileckiego, to oczywistym dla mnie jest, że również Anielewicz i jego towarzysze powinni mieć godne miejsce pochówku. Może i w tym samym miejscu, gdzie spoczywają
teraz, ale w oznaczonym grobie. To wstyd dla Polski, by ich szczątki walały się przemieszane z gruzem. IPN powinien się zająć tym czym prędzej.
Mówiłeś mi kiedyś, że w Instytucie znajduje się także bardzo wiele ciekawych dokumentów na temat życia codziennego pod okupacją niemiecką.

– Bardzo dużo fascynujących materiałów, po które rzadko kto sięga. Na przykład mało kto wie, że w IPN przechowywane są akta niemieckiej policji obyczajowej wraz z kompletną kartoteką warszawskich prostytutek. W PRL usiłował ten zasób zbadać profesor Tomasz Szarota, kiedy pisał fundamentalną książkę Okupowanej Warszawy dzień powszedni. Wtedy te archiwalia były tzw. prohibitem. Nie udostępniano ich badaczom. Dopiero niedawno ustaliłem, że IPN przejął ten zasób po Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu i są one jawne.
Dlaczego tego zasobu nie udostępniano za czasów PRL?
– Można się jedynie domyślać. Pewnie chodziło o to, żeby w świat nie poszedł przekaz o Polkach, które chętnie sprzedawały się Niemcom. Zasób IPN to wciąż gigantyczna terra incognita. Dysponujemy inwentarzem, ale wciąż miliony stron nie zostały przez nikogo przeczytane. Tak jest na przykład z tzw. mikrofiszami wywiadu od roku 1944 do lat siedemdziesiątych. To bezcenny zbiór wciąż bardzo mało rozpoznany.

Są też akta z tzw. sierpniówek, czyli powojennych procesów przeciw zbrodniarzom nazistowskim, rozpraw przeciw niemieckim konfidentom i tak dalej. Zostały one ledwo liźnięte przy okazji badania sprawy Jedwabnego.
Kiedy odkryłeś, że w IPN kryją się wszystkie te bogactwa? Z „listy Wildsteina” przecież tego nie wyczytałeś?

– To ciekawa i zaskakująca historia – na te zasoby IPN zwrócił mi uwagę mój niemiecki stypendysta, dr Andreas Mix, który zajmował się badaniem dziejów KL Warschau. To Andreas, który równocześnie jest dziennikarzem, uzmysłowił mi, jak bogaty jest zasób IPN, jeśli chodzi o II wojnę światową. Okazało się, że historycy z innych krajów lepiej wiedzą od naszych, jak wartościowe rzeczy można znaleźć w Instytucie. I nie wahają się z nich korzystać.
Teksty historyczne o II wojnie światowej pisane w oparciu zarówno o materiały IPN, jak i o wyniki własnych dziennikarskich śledztw to osobny rozdział w Twojej dziennikarskiej karierze. Ten o odnalezieniu członków brygady Oskara Dirlewangera, zbrodniarzy mordujących cywilów podczas Powstania Warszawskiego, był chyba z nich najgłośniejszy.
– Tak. Ale to na początku nie miało nic wspólnego z IPN. Pewnego razu szef Muzeum Powstania Warszawskiego, Jan Ołdakowski, powiedział mi, że muzeum otrzymało kopie kartotek członków brygady. Rzut oka na te kartoteki wystarczył, by stwierdzić, że to archiwalny skarb.

Były to dokumenty wytworzone zaraz po wojnie. Kompletne spisy ocalałych członków brygady z danymi osobowymi zawierającymi nie tylko ich daty urodzin, ale również adresy, pod którymi zamieszkiwali już po 1945 roku. Wytypowałem z tej listy osoby, które mogły jeszcze wówczas, czyli w 2008 roku, pozostawać wśród żywych, i zacząłem je po kolei sprawdzać.

 

W jaki sposób?
– Niemcy na szczęście nie mają aż takiego hopla na punkcie ochrony danych osobowych jak Polacy. Ogólnoniemiecka, aktualizowana raz do roku książka telefoniczna jest dostępna w Internecie pod adresem www.telefonbuch.de.
Wpisywałem w nią kolejne nazwiska z adresami z kartoteki i okazywało się, że część z członków brygady Dirlewangera wciąż żyje pod adresami wskazanymi w kartotece. Natychmiast powiadomiłem IPN, który wciąż prowadzi śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych przez Niemców i ich pomocników podczas Powstania Warszawskiego. Natomiast muzeum przekazało kopię kartoteki do pionu śledczego IPN. Napisałem też o odnalezieniu kartoteki i sprawa stała się głośna. Niestety zbyt głośna.

Dlaczego?

– Mój tekst zauważyli niemieccy koledzy i nagłośnili sprawę w Niemczech. Ale moim śladem ruszyli nie tylko niemieccy dziennikarze.

Kto jeszcze?

– Neonaziści. Gnojki, które wciąż hołdują III Rzeszy. Ludzie, którzy za wszelką cenę usiłowali zdobyć kartotekę.

Skąd o tym wiesz?

– Powiadomili mnie niemieccy koledzy, że neonaziści usiłowali się dobrać do tej kartoteki w archiwum Czerwonego Krzyża w Monachium. Przypuszczalnie również usiłowali zdobyć jej kopię ode mnie.
Przypuszczalnie?

– Na moją komórkę zadzwonił jakiś facet, który przedstawił się jako niemiecki dziennikarz z prośbą o przesłanie kopii kartoteki. Podał adres. Jednak po tzw. małpie nie było nazwy redakcji tylko gmail. W Niemczech to nic niezwykłego. Wielu dziennikarzy pracuje jako wolni strzelcy. Coś mnie jednak tknęło i postanowiłem sprawdzić, czy facet istnieje. Okazało się, że żaden z moich znajomych dziennikarzy w Niemczech o nim nie słyszał. Sprawdzili też archiwa prasowe i nic – ani śladu gościa. Napisałem na ten adres mailowy, że kartotekę mogę przekazać jedynie osobiście i facet już się nie odezwał.

Neonaziści dorwali się w końcu do tej kartoteki?

– Chyba nie. Z tego co wiem zablokowano po tym dostęp do tego zasobu. Ja jednak przekazałem jej kopię zaufanym niemieckim dziennikarzom. Trafiła do ZDF, której z ukrytą kamerą udało się dotrzeć do dwóch jeszcze żyjących esesmanów. To jeden z takich przypadków, kiedy niemieccy dziennikarze mogą nagrywać z ukrycia.

Co mówili?
– Okazało się, że wcześniej dotarła do nich już niemiecka policja, która ich przesłuchała na okoliczność zbrodni w czasie powstania. Policjanci w tym wypadku zadziałali wyjątkowo sprawnie i po mojej publikacji dostali kartotekę. Esesmani byli więc przerażeni i nie chcieli gadać o tym, co w 1944 roku robili w Warszawie.

Czym była brygada Dirlewangera?

– Jedną z najbardziej zbrodniczych formacji II wojny światowej. Sam Oskar Dirlewanger, choć miał stopień naukowy doktora, był wyjątkowym sadystą i zwyrodnialcem.

Jeszcze przed wojną był karany za pedofilię. Utworzył formację, która początkowo składała się z ludzi skazanych za kłusownictwo, świetnych strzelców. Potem dokooptowywano do niej najgorszy element spośród skazanych za przestępstwa kryminalne m.in. morderców i gwałcicieli. Pod koniec wojny jej stan osobowy uzupełniali już nawet tzw. polityczni, w tym komuniści przetrzymywani w obozach koncentracyjnych. Wsławili się wyjątkowym bestialstwem, najbardziej na Lubelszczyźnie, potem na Białorusi i Ukrainie. Dość powiedzieć, że palenie stodół z ludnością cywilną było dla nich codziennością, niemal znakiem firmowym.
W Warszawie odpowiadają m.in. za rzeź Woli, w tym wymordowanie prawosławnego sierocińca, w którym żadne z dzieci nie zginęło od kuli. Dirlewanger kazał je zatłuc kolbami, by oszczędzać amunicję.

Z tego co pamiętam. Tobie również udało się dotrzeć do jednego z członków brygady.

– Pojechaliśmy z Krzysztofem Wójcikiem i Aleksandrą Rybińską do Niemiec, by odszukać trzech jeszcze żyjących członków brygady. Niestety, już na miejscu okazało się, że dwóch zmarło – jeden kilka miesięcy wcześniej, drugi zaledwie dwa tygodnie przed naszym przyjazdem. Był pochowany na terenie swojej posesji. Udało nam się natomiast nagrać trzeciego.
Zgodził się na rozmowę?

– Ola weszła do jego domu z zaskoczenia. Mówi po niemiecku zupełnie bez akcentu, więc gadała z nim około godziny. Oczywiście skrzętnie pomijał temat tego, co naprawdę robił w 1944 roku w Warszawie. Twierdził, że pojawił się pod koniec powstania, kiedy mordy już nie miały takiego nasilenia jak w pierwszych dniach sierpnia.
Czy któregoś z dirlewangerowców skazano po latach dzięki tej kartotece?

– Żadnego. Problem polega na tym, że nie można kogoś skazać jedynie za przynależność do najbardziej nawet zbrodniczej formacji. Trzeba mu udowodnić, że dopuścił się konkretnej zbrodni na konkretnych ludziach w konkretnym dniu. Po tylu latach jest to w praktyce niemożliwe.
Dlaczego nie skazano ich wcześniej, zaraz po wojnie?

– Z powodu zimnej wojny. Heniz Reinefarth, który odpowiadał za zbrodnie na Woli, Powiślu i Czerniakowie, zrobił nawet karierę polityczną – został burmistrzem na wyspie Sylt i  był działaczem jednej z organizacji wchodzących w skład Związku Wypędzonych. Pochodził bowiem z Wielkopolski, a konkretnie z Gniezna.
Nikt ich w Niemczech nie ścigał?

– W praktyce nie. Trafiłem do Ludwigsburga, gdzie mieści się Zentrale Stelle der Landesjustizverwaltungen zur Aufklarung nationalsozialistischer Verbrechen, czyli coś w rodzaju naszego pionu śledczego IPN. Rozmawiałem z jednym z tamtejszych prokuratorów, który badał akta śledztw z lat poprzednich. Był kompletnie załamany sposobem ich prowadzenia. Wstrząśnięty mówił mi: „Ale to wszystko jest niezgodne z niemiecką sztuką prawniczą!”. Śledztwa były tak prowadzone, by nikogo nie dopaść. Niestety, większość zbrodni na polskich obywatelach pozostała bezkarna. Getto i Powstanie Warszawskie nie zostały pomszczone.

Stroop i Dirlewanger to niejedyni zbrodniarze niemieccy, o których pisałeś.
– Tak. Dużo uwagi poświęciłem też Erichowi Kochowi – gauleiterowi Prus Wschodnich i Komisarzowi Rzeszy na Ukrainie. W IPN znajdują się akta jego procesu. Naprawdę byłem wstrząśnięty opisem zbrodni, jakich dopuszczano się pod jego rządami. Była wśród nich relacja z kaźni w obozie koncentracyjnym w Działdowie. Miano tam powiesić wiekowego Żyda.
Rolę kata powierzono jego synowi – w zamian za darowanie życia. Ojciec błagał syna, by ten go powiesił i sam się uratował.

Syn dokonał egzekucji, ale życia nie ocalił. Powieszono go na tej samej pętli co ojca. Jeszcze gorszych rzeczy ludzie Kocha dopuszczali się na Ukrainie. Nazywano go tam zresztą małym Stalinem, nie tylko z tego powodu, że z wyglądu przypominał sowieckiego dyktatora. Jednak akurat Koch został skazany tylko za to, czego dopuścił się na Polakach.

Kiedy go skazano?

– To był chyba ostatni nazista skazany w Polsce. Wyrok zapadł w symbolicznym dniu 9 maja 1959 roku.

Dlaczego tak późno?
– Koch po ucieczce z Królewca ukrywał się aż do 1949 roku. Schwytali go Brytyjczycy. Następnie przez dziewięć lat trwały przepychanki, kto go ma osądzić: Polacy czy Sowieci. Ostatecznie Brytyjczycy wydali go Polakom, którzy Kocha skazali na śmierć.

Ale wyrok nigdy nie został wykonany. Dlaczego?

— Do końca życia usiłowano z niego wydobyć tajemnicę Bursztynowej Komnaty. Z tego powodu Koch był otoczony szczególną opieką. Do tego stopnia, że kiedy w latach siedemdziesiątych zachorował na raka, zawieziono go specjalną karetką do Łodzi do najlepszego wówczas chirurga. Uratowało mu to życie.
Czy Koch rzeczywiście znał miejsce ukrycia Bursztynowej Komnaty, czy tylko grał, żeby ocalić życie?

— Nie wiem. Na pewno zrobił wiele, by sprawiać wrażenie, że wie coś o tym skarbie. W IPN są przechowywane akta Kocha. Wynika z nich, że SB prowadziła dwie operacje: „Jantar” i „Komnata”, których celem było odnalezienie skarbu. Byli nim żywo zainteresowani również Sowieci. Planowano nawet urządzić wycieczkę Kochowi po Obwodzie Kaliningradzkim, żeby wskazał miejsca, w których mogła być ukryta komnata.
SB sprawdzała każdy nawet najmniejszy ślad. Bezskutecznie.

Udało Ci się dotrzeć do dzienników Kocha.

— To nie były typowe dzienniki, lecz raczej luźne zapiski, jakie sporządzał, siedząc w więzieniu w Barczewie. Dzięki świetnej reportażystce Radia Olsztyn Alicji Kulik dotarłem do człowieka, który nimi dysponował. Niestety, nie udało mi się wejść w ich posiadanie, bo ów człowiek żądał za nie sporych pieniędzy. Z kolei Alicja nie mogła zrobić z wyjazdu żadnego materiału, ponieważ ten człowiek nie zgadzał się na nagrywanie. Przeczytałem na miejscu jedynie część tych notatek. Była tam bardzo ciekawa relacja z tzw. nocy długich noży z Berlina, kiedy Hitler rozprawił się Ernstem Rohmem i jego SA. Koch też miał być zgładzony, bo przyjaźnił się z Otto Strasserem, jednym z liderów nazistowskiej lewicy.

Zdołał się ukryć i przeczekać. Być może to, że darowano mu życie, sprawiło, że stał się tak gorliwym wykonawcą woli Hitlera. Dość powiedzieć, że jako pierwszy zameldował Hitlerowi, że jego Gau, czyli Prusy Wschodnie, są Judenrein – wolne od Żydów.

Były w tych zapiskach jakieś informacje o komnacie?

– Owszem. Na jednej kartce było napisane „Krasne/Bersteinzimmer”. Niestety nie było mi dane jej doczytać.

Jakie wnioski wyciągnąłeś z tej notatki?

– Wtedy nie miałem pojęcia, co to było Krasne. Dopiero potem ustaliłem, że Koch miał tam swoją rezydencję. Sformułowałem hipotezę, że może być tam ukryta komnata. Część badaczy jednak to kwestionuje, twierdząc, że daty się nie zgadzają.

Sprawdzałeś to jeszcze w inny sposób?

– Dotarłem, dosłownie w ostatniej chwili, do spowiednika Kocha. Luterańskiego duchownego księdza-seniora Józefa Pośpiecha. Oczywiście nie ujawnił żadnej z rozmów duszpasterskich. Ale powiedział mi, że nie rozmawiali o komnacie, choć Koch wspominał często swoją rezydencję. Gdyby powiedział coś istotnego, to SB wiedziałaby o tym i sprawdziła trop – podsłuchiwała Kocha w jego celi. Ksiądz Pośpiech niedługo po tej rozmowie zmarł. Kiedy z nim rozmawiałem, był już bardzo słaby.

Kto ostatecznie wszedł w posiadanie notatek Kocha, o któ­rych wspomniałeś?
– Kupiło je jedno z czasopism. Moim zdaniem nie opublikowało jednak całości, bo w ujawnionym materiale nie znalazła się notatka o Krasnem, którą widziałem. Być może jej nie dostali od sprzedającego, który postanowił podzielić swój skarb i sprzedać różnym kupcom. A może zachował ją dla siebie. Po mojej publikacji sprawą zainteresowała się też rosyjska ambasada. Jej przedstawiciele pojawili się znienacka, przez nikogo niezapraszani, na jednej z wewnętrznych imprez we „Wprost”. Oczywiście nie ujawniłem im, kim był mój informator. Odniosłem wrażenie, że są nie tylko dyplomatami.

Jak zakończyło się Twoje śledztwo w sprawie tajemnic Kocha?

– Ustaliłem, że ostatnie dwa lata życia przesiedział w peerelowskim więzieniu bez podstawy prawnej. Ujawnił to jego adwokat – Ludwik Cendrzak – który usiłował wtedy wycią­gnąć Kocha z więzienia.

Zbrodniarz nazistowski skazany na śmierć był przetrzymywany bezprawnie? Jak to możliwe?

– Prawo w PRL stanowiło, że jeśli wyrok śmierci nie zostanie wykonany w określonym terminie, to zamienia się go automatycznie na drugą w kolejności najsurowszą karę. Kodeks karny w PRL nie znał dożywocia. Najsurowszą po karze śmierci karą było dwadzieścia pięć lat więzienia. To oznacza, że Koch powinien wyjść z więzienia w 1984 roku. Ale zanim zmarł, przesiedział jeszcze ponad dwa lata. Komuniści straszliwie zemścili się na adwokacie Kocha. Cendrzak pod sfingowanym zarzutem został skazany za rzekome szpiegostwo na rzecz Niemiec. Osadzono go zresztą właśnie w Barczewie, w celi obok Kocha. Adwokata zrehabilitowano dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Już pośmiertnie.

A Koch?

– Został potajemnie pochowany w bezimiennej mogile na cmentarzu w Barczewie. Pewna osoba wskazała mi jego grób.

„Żydowska policja. Ofiary czy sprawcy?” „Do Rzeczy. Historia” nr 12 / 2018

01 cover.jpg

Ofiary czy sprawcy?

 

Działalność żydowskiej policji w gettach okupowanej Polski jest przedmiotem ożywionej – często niezwykle ostrej – dyskusji.  Z jednej strony możemy usłyszeć, ze Żydowska Służba Porządkowa była bandą zdemoralizowanych kolaborantów, która z zimną krwią wysłała tysiące swoich rodaków do komór gazowych; że policjanci z getta byli współsprawcami Holokaustu.

 

Z drugiej strony możemy usłyszeć, że żydowscy porządkowi byli ofiarami Holokaustu, a co za tym idzie – nikomu nie wolno ich krytykować. Samo pisanie o niecnych czynach tych ludzi ma być przejawem antysemityzmu. Działalność żydowskich policjantów była bowiem rzekomo ich „strategią przetrwania”.

 

Oba te skrajne poglądy wydają się mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością.

 

W samej Warszawie służyło ok. 2 tys. policjantów. W tak dużej grupie ludzi znalazły się oczywiście jednostki zdemoralizowane. Łapówkarze, ludzie skorzy do przemocy, którzy dla zarobku bądź ocalenia życia traktowali innych Żydów w sposób przerażający. W szeregach służby porządkowej byli jednak ludzie przyzwoici. Policjanci, którzy woleli „rzucić czapką” i wsiąść do pociągu jadącego do Treblinki, niż splamić swój honor.

 

Historia, jak to zwykle bywa, nie była wcale czarno-biała.

 

Trudno też zgodzić się z poglądem, że wszyscy żydowscy policjanci byli niewinnymi ofiarami i nie wolno ich krytykować. Ludzi wszystkich narodowości i wyznań należy przecież oceniać według takich samych, uniwersalnych kryteriów. Nie ma powodu, żeby w imię politycznej poprawności tuszować to, że część policjantów z getta robiła złe rzeczy. Trudno uznać łapówkarstwo, pastwienie się nad innymi Żydami czy przepuszczanie grubych sum w knajpach i szulerniach za „strategię przetrwania” Holokaustu. To, że wielu żydowskich policjantów straciło życie w komorach gazowych, nie zmywa ich wcześniejszych win. Ofiarą masowych zbrodni nie padają tylko dobrzy ludzie.

 

Kluczowe jest jednak to, żeby nawet o najtrudniejszych kartach przeszłości dyskutować spokojnie i rzeczowo, z poszanowaniem wrażliwości drugiej strony, Debata historyczna nie powinna zamieniać się w pyskówkę, podczas której narody wyciągają sobie największe brudy. Chodzi o to, by przedstawić prawdę o człowieku. Przedstawić wszystkie tragiczne dylematy, przed którym stawał, jego moralne upadki i wzloty. Cały wachlarz ludzkich postaw i zachowań. W przeciwnym razie zamiast historii będziemy bowiem uprawiać propagandę.

02 ofiary czy sprawcy.jpg

6.jpg

7.jpg

8.jpg

9.jpg

10.jpg

11.jpg

12.jpg

13.jpg

14.jpg

15.jpg

16.jpg

17.jpg

18.jpg

Cały blok tekstów w pdf-ie:

Zydowska_policja_ofiary_czy_sprawcy_Do_rzeczy_nr_12_2018

„Mroczna religia Hitlera” (artykuł o okultyzmie w III Rzeszy) „Świat Wiedzy” nr 2 / 2018

 

06.jpg

– Widzę twoje zwycięstwo. Nie można go zatrzymać – te słowa, wypowiedziane na początku zimy 1932 roku, zmieniły losy świata.

Erik Jan Hanussen – jeden z najpopularniejszych astrologów tamtych czasów – skierował je do pewnego niewysokiego czterdziestotrzylatka o bladej twarzy i zaciśniętych ustach. Nazywał się Adolf Hitler.

 

Całość tekstu w PDF-ie:

Mroczna relgia Hitlera – ‚Swiat Wiedzy’ nr 2 – 2018

„Michnik, islam, dialog” – TOMASZ LEWANDOWICZ (felieton: PRO FIDE REGE ET LEGE), “NAJWYŻSZY CZAS!” NR 40 (855), 7 PAŹDZIERNIKA 2006

adam michnik.jpg

W związku z przemówieniem Ojca Świętego i reakcjami islamistów papież powiedział najpierw, że „nie chciał obrazić wy­znawców islamu”, a potem, że „sza­nuje wyznawców islamu”. Nigdzie nie powiedział, że szanuje islam – choć takie kłamliwe zdanie „Gazeta Wybor­cza” (zwana od pamiętnej publikacji „gazetą judaszową”) zamieściła na pierwszej stronie!

 

Po pierwsze, należy przypomnieć, że żaden katolik nie może mieć szacunku dla herezji, schizmy bądź pogaństwa. Czym jest islam, bardzo dobrze przedstawił Ojciec Święty w swoim wykładzie. Późniejsze papie­skie rozróżnienie na szacunek dla człowieka, nawet tego, który znaj­duje się w „cieniu śmierci” z dala od Chrystusa i Jego Kościoła, od szacunku dla fałszywej religii, jest w pełni zgodne z tradycyjną nauką Kościoła. Po drugie, należy zauważyć, że szacunek dla błędów religijnych i grzechu mogą mieć jedynie ludzie religijnie indyferentni. Gdy parę lat temu Adam Michnik reklamował w telewizji swoje pismo, mówił, że jego gazeta promuje szacunek dla wszyst­kich religii. Jednak szczytem szatań­skiej przewrotności jest przypisywać takie poglądy Benedyktowi XVI!

 

Bez wątpienia środowisko „Gazety Wyborczej” musiało mocno zgrzytać zębami po ratyzbońskim wykładzie. Lecz są to ludzie na tyle przebiegli, że nie okazali tego. Przyjęli inną taktykę: tak manipulować słowami i wyrażeniami, aby spacyfikować papie­skie słowa i przypisać Ojcu Świętemu poglądy relatywistyczne stawiające na równi religię prawdziwą z fałszywą.

 

Czasy się jednak zmieniły. To już nie jest początek lat 90. ubiegłego wieku, gdy Adam Michnik prymi­tywnie uderzał w Kościół. Zrozumiał, że skuteczniej będzie niszczył Wiarę przez rozmiękczanie prawd wiary i promowanie wszelkich heretyckich poglądów potępionych przez Kościół jako… katolickich i to w dodatku głoszonych przez Ojca Świętego. W tym celu prowadzi heretycką w sumie, cotygodniową rubrykę „Arka Noego”, udziela łamów swojej gazety dla księży mających problemy ze swoją wiarą, z których jeden już odpadł od Kościoła, a drugi okazał się kapusiem SB. Wreszcie, natrętnie przywłaszcza sobie monopol na interpretację Jana Pawła II i głosi, że jest kontynuato­rem jego humanistycznego przesłania, chcąc wykorzystać sentyment Polaków, jednocześnie zwalczając całe moralne nauczanie Kościoła, wiernie głoszone przez tegoż papieża.

 

Nie ukrywam, że bardzo przydałoby się potępienie i ostrzeżenie katolików przed tą niebezpieczną gazetą przez biskupów. Może ktoś powie, że to zbyt śmiałe żądanie, ale przypomnij­my słowa św. Jana Vianneya: „Jeśli pasterz milczy, widząc, że Bóg jest znieważany, a dusze błądzą, biada mu! Jeśli nie chce się skazać na wieczne potępienie, musi odrzucić szacunek ludzi i strach przed pogardą. Nie powinna go powstrzymać nawet pewność utraty życia po zejściu z ambony”.