„Kiedy zwierzęta miały większe prawa niż ludzie” – Zofia Brzezińska „Uważam Rze. Historia” nr 12 / 2018

Myśląc o systemie prawnym III Rzeszy, mamy przed oczami obrazy pełne przemocy i cierpienia milionów ludzi. Jednak nawet w tym nieludzkim systemie znalazło się miejsce na pewne przejawy humanitaryzmu, ale jedynie wobec… zwierząt.

 

Niezwykłym jest, iż to właśnie na takim gruncie powstały pierwsze poważne akty prawne stojące na straży ochrony fauny i będące najbardziej kompleksowym zbiorem praw zwierząt w ówczesnej Europie. Przyczyną tego mogło być to, iż zgodnie z nazistowską ideologią zaprzestano postrzegania ogółu ludzi jako nadrzędnego gatunku. Przywilej ten przypadł w udziale tylko tzw. Aryjczykom. Za nimi w hierarchii stanęły różne gatunki zwierząt, a na samym dole tej drabiny ważności umieszczono ex aequo (!) Żydów i szczury.

24 listopada 1933 roku wprowadzono w Trzeciej Rzeszy ustawę o ochronie zwierząt – Tierschutzgesetz. Była ona jednak dopiero pierwszym z szeregu aktów prawnych, regulujących sprawy z zakresu tej materii oraz realizujących zapowiedzianą przez Adolfa Hitlera zmianę: „W nowej Rzeszy nie będzie więcej dopuszczalne okrucieństwo

wobec zwierząt”. Sam Hitler był wegetarianinem, choć historycy nadal spierają się w kwestii, czy podyktowane to było jego światopoglądem, czy też wymuszone kwestiami zdrowotnymi. Wódz III Rzeszy nie stanowił jednak wyjątku wśród czołowych nazistowskich polityków. Rudolf Heß, Joseph Goebbels oraz Heinrich Himmler również okresowo, najprawdopodobniej w celach propagandowych, powstrzymywali się od spożywania mięsa. W miarę jak skuteczna propaganda nazistowska umacniała w niemieckim społeczeństwie przekonanie o słuszności postulatów ochrony zwierząt, wzrastała także liczba poświęconych temu zagadnieniu aktów prawnych. 3 czerwca 1934 roku uchwalono ustawę ograniczającą polowania, a zwłaszcza zakazującą okrutnych polowań z udziałem psów. Nie udało się wprowadzić całkowitego zakazu polowań, ponieważ sprzeciwili się temu niektórzy wysoko postawieni funkcjonariusze Rzeszy, tacy jak Hermann Göring, któremu przysługiwał niechlubny w oczach niektórych nazistów tytuł „Wielkiego Łowczego Rzeszy”.

Rok później, w czerwcu 1935 roku, wprowadzono Naturschutzgesetz, ustawę regulującą kompleksowo sprawy środowiska naturalnego. Kolejne ustawy – z 1937 oraz 1938 roku – zabezpieczyły nawet prawa zwierząt do humanitarnego transportu samochodowego oraz kolejowego. Konie należało podkuwać w najmniej bolesny sposób, a ponadto specjalny dekret Hitlera zabronił przyrządzania homarów poprzez gotowanie ich żywcem oraz nakazał bardziej humanitarne metody uśmiercania skorupiaków.

„Ludzkie zwierzęta”

Heinrich Himmler, jeden z największych zbrodniarzy w dziejach ludzkości, morderca milionów ludzi oraz główny współtwórca Holocaustu, w trosce o zwierzęta wyprzedził nawet swojego wodza. Zamartwiał się, że jego oddziały SS mogą zadeptać drobne stworzenia i poważnie rozważał nakazanie żołnierzom noszenia nocą specjalnych dzwonków, które ostrzegałyby zwierzęta przed maszerującym wojskiem. Himmler mawiał: „Strzelanie do ptaków i zwierząt nie jest sportem. To czysta zbrodnia. My, Niemcy, musimy szanować zwierzęta”. Słowa te, wyrwane z kontekstu, wydają się niewątpliwie przekonujące i wysoce etyczne. Biorąc jednak pod uwagę, że ich autor bez żadnych skrupułów skazywał na śmierć miliony mężczyzn, kobiet i dzieci, mogą brzmieć w sposób szokujący i okrutnie groteskowy.

Himmler nie stronił w młodości od polowań. „Często polowałem na jelenie, ale za każdym razem miałem nieczyste sumienie patrząc na ich zamknięte oczy” – przyznał się po latach. Te kuriozalne słowa dowodzą, iż najwyraźniej nie zdawał on sobie sprawy z gigantycznej rozbieżności pomiędzy humanitarnym podejściem do zwierząt a bestialskim traktowaniem ludzi uznanych przez nazistów za niegodnych tego miana: „My Niemcy jesteśmy jedynym narodem, który przyzwoicie traktuje zwierzęta, i tak będziemy się również odnosić do tych zwierząt ludzkich”.

Himmlerowi podobał się średniowieczny, niemiecki zwyczaj poddawania szczurów różnym eksperymentom i pozostawiania im przez to szansy na przeżycie. Po wojnie planował znaczne obostrzenie kar za łamanie praw zwierząt, wprowadzenie w szkołach osobnych zajęć poświęconych trosce o środowisko naturalne oraz przydzielenie towarzystwom opieki nad zwierzętami specjalnego nadzoru policyjnego.

Nagroda im. Adolfa Hitlera

Dopiero kwestia wiwisekcji zwierząt okazała się dużo bardziej problematyczna. Jeszcze przed powstaniem ustawy o ochronie zwierząt z 1933 roku Hitler nakazał wprowadzenie zakazu wiwisekcji. Stosowny dekret został wydany przez Hermanna Goringa 16 sierpnia 1933 roku, jednak na skutek interwencji osobistego lekarza Hitlera przekonanego o szkodliwości takiego zakazu dla rozwoju niemieckich badań naukowych, został on wkrótce skorygowany. Odtąd przeprowadzanie wiwisekcji na zwierzętach stało się dopuszczalne tylko w ściśle określonych przypadkach. Priorytetem miało być zawsze maksymalne ograniczenie cierpień zwierząt oraz wyeliminowanie zbędnych eksperymentów. Ponadto prawo do przeprowadzenia zabiegu mogła uzyskać tylko instytucja, a nie osoba fizyczna. W efekcie uzyskanie zgody na wiwisekcję stało się prawie niemożliwe; praktykę tę postrzegano jako absolutne zło konieczne, wywodzące się z „żydowskiej nauki” dążącej do podporządkowania sobie przyrody zamiast okazania jej należnego szacunku.

Nowe prawo dopuszczające warunkowo wiwisekcję zwierząt w celach eksperymentalnych uzasadniano jednym z najbardziej popularnych haseł narodowego socjalizmu: „Jest prawem każdej społeczności, by w razie konieczności poświęcać jednostki dla dobra ogółu”.

Niestety, taka sama ochrona przewidziana w dekrecie z 16 sierpnia 1933 roku nie przysługiwała ludziom wobec których naziści nie cofali się przed żadną formą okrucieństwa. Pseudomedyczne eksperymenty na więźniach obozów koncentracyjnych były przeprowadzane w niemal każdym obozie koncentracyjnym. Wykonywano je bez cienia sprzeciwu ze strony niemieckiego środowiska naukowego. Normą stało się wykorzystywanie ludzi zanim przystępowano do przeprowadzania doświadczeń na zwierzętach. Eksperymentowano jeszcze na zwierzętach tylko dlatego, że stan fizyczny ludzkich ofiar poddawanych pseudomedycznym doświadczeniom był w większości przypadków tak dramatycznie zły, że mógł zaważyć na miarodajności wyników badań. W celu zapobiegania takim sytuacjom powtarzano je więc – w sposób niechętny i pełen skrupułów – na zwierzętach.

Ten historyczny precedens, kiedy pozycja zwierzęcia jako podmiotu prawa była silniejsza od pozycji człowieka, kilka lat temu zainspirował włoski związek zawodowy Feder Fauna zrzeszający osoby pracujące ze zwierzętami do ustanowienia kontrowersyjnej nagrody im. Adolfa Hitlera. Miała ona oczywiście wymowę sarkastyczną i była nadawana osobom postrzeganym jako aktywnie walczące o prawa zwierząt, a które jednocześnie pomijały lub wręcz naruszały prawa ludzi. Do otrzymania tej nagrody został wytypowany m. in. australijski filozof Peter Singer, aktywista walczący o ochronę zwierząt, zadeklarowany wegetarianin, a równocześnie zwolennik aborcji i eutanazji. Nagrodą miało być zmontowane zdjęcie, w sposób ironiczny przedstawiające Fuhrera karmiącego sarny przed bramą obozu Auschwitz. Na dzień jej wręczenia wyznaczono 24 listopada, rocznicę ustanowienia Tierschutzgesetz. Chociaż oczywistą intencją pomysłodawców nagrody było wyszydzenie ludzi prezentujących taką postawę, niektóre środowiska antyfaszystowskie i żydowskie potępiły tę formę gratyfikacji jako stawiającą Hitlera w pozytywnym świetle i godzącą w pamięć ofiar nazizmu. Obawy te okazały się jednak nieuzasadnione; twórcy nagrody sami przyznali, że chodziło im wyłącznie o „potępienie tych, którzy depczą prawa człowieka w imię ideologii praw zwierząt”.

Zakaz uboju rytualnego

Niezwłocznie po objęciu stanowiska kanclerza w 1933 roku Hitler zabronił też innej okrutnej praktyki, jaką była szechita – żydowski ubój rytualny. Możemy się tylko domyślać, że oprócz szczerej troski o uchronienie zwierząt przed niepotrzebnym cierpieniem, wodzem III Rzeszy kierowała także inna podła pobudka, jaką była chęć dodatkowego upokorzenia społeczności żydowskiej. Całkowity zakaz uboju rytualnego wprowadził drogą rozporządzenia także gubernator Hans Frank na okupowanych terenach Polski w październiku 1939 roku.

Ubój rytualny miał przeciwników także w przedwojennej Polsce. Zdecydowanym jego tępicielem był m.in. ks. Stanisław Trzeciak, słynny przedwojenny działacz społeczny. Jego postulat wprowadzenia zakazu szechity znalazł poparcie wśród środowisk katolickich i narodowych, czego rezultatem było wniesienie w 1936 roku do Sejmu projektu ustawy o zakazie uboju rytualnego jako „okrutnej metody uboju zwierząt”. Dokonała tego grupa posłów sanacyjnych z Janiną Prystorową na czele jako wnioskodawczynią. 1 stycznia 1937 roku weszła w życie ustawa wprowadzająca zakaz uboju rytualnego z wyjątkiem dokonywanego na potrzeby religijne, W 1939 roku znowelizowano ją i całkowicie zakazano szechity. Ze względu na wybuch wojny nowelizacja nie doczekała się jednak ratyfikacji przez Senat. Ustawa z 1937 roku została uchylona dopiero w latach 90. poprzez wprowadzenie ustawy o ochronie zwierząt z 21 sierpnia 1997 roku. Ustawa ta ponownie zezwalała na stosowanie uboju rytualnego w celach wyłącznie religijnych, tym samym czyniąc poważny krok wstecz wobec humanitarnych postanowień przedwojennej ustawy. Do idei tej ostatniej powrócono w 2002 roku poprzez dokonanie nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt polegającej na ponownym, całkowitym – bez żadnych wyjątków – zakazie tej praktyki. W 2014 roku Trybunał Konstytucyjny uchylił wyrokiem zakaz dokonywania uboju rytualnego, uznając go za godzący w wolność religii i sumienia.

1.jpg

2.jpg

3.jpg

 

Cały artykuł w pdf-ie:

kiedy zwierzeta mialy wieksze prawa niz ludzie – uwazam rze historia nr 12-2018

Reklamy

„Opowiem Ci moją historię” (Sztachnąć się IPN-em) – rozdział z książki „Zawód – dziennikarz śledczy” Cezary Gmyz

the nazi ss division.jpg

Nieszczęsne ofiary propagandy Adama Michnika, który nazwał kiedyś archiwum IPN „szambem”, przekonane są, że Instytut gromadzi wyłącznie dokumenty wytworzone przez peerelowską bezpiekę.
– Nic bardziej mylnego. Dokumenty wytworzone przez system komunistycznej represji to, owszem, duża część archiwum IPN, ale przecież nie jedyna. IPN jest następcą prawnym Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich i ma w swoim zasobie również dokumenty, które wytworzyli Niemcy w latach 1933-1945. Idźmy dalej: w Instytucie przechowywane są też dokumenty instytucji, które z komunistycznym czy nazistowskim aparatem represji nie miały nic wspólnego – np. archiwum polskiej sekcji Radia Watykańskiego.

Niewiele się o tym mówi i pisze. Czy to wartościowe zbiory?

– Ogromnie wartościowe. To właśnie w IPN jest przechowywany na przykład jeden z najcenniejszych dokumentów w światowej archiwistyce – jeden z dwóch oryginałów dziennika Jurgena Stroopa dotyczących zagłady getta warszawskiego. Drugi jest w Holocaust Memoriał Museum w Waszyngtonie. IPN wydał zresztą ten dziennik w formie reprintu.

 

Zaraz, zaraz, jak to możliwe, że istnieją dwa oryginały?

– Stroop chciał się pochwalić w Berlinie likwidacją getta i dlatego przygotował dwa egzemplarze. Jeden z myślą o Hitlerze, drugi dla Himmlera.

Dokumenty te znane są od lat, więc chyba nie ma w nich żadnej sensacji.

– Mylisz się. Uważna lektura dziennika w połączeniu z analizą zdjęć pozwoliła mi dokonać bardzo ciekawego odkrycia, a mianowicie, że przywódca Żydowskiej Organizacji Bojowej Mordechaj Anielewicz i jego towarzysze zginęli na skutek denuncjacji dokonanej przez samych Żydów, zaś kilka zdjęć wykorzystanych przez Stroopa przedstawia właśnie likwidację bunkra przy Miłej 18. Mało tego, z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że na jednym ze zdjęć uwieczniono zdrajców, którzy wydali Anielewicza i jego towarzyszy. Co ciekawe, to zdjęcie trafiło na okładkę książki Israela Gutmana Resistance: The Warsaw Ghetto Uprising.
Do czasu mojego tekstu na ten temat zakładano, że zdjęcie przedstawia powstańców, a nie tych, którzy ich zdradzili.

Jak do tego doszedłeś?

– Znam dość dobrze niemiecki, więc czytałem dziennik w oryginale. Zwróciłem uwagę na fragment, w którym Stroop opisywał, że sami Żydzi wydają zamaskowane bunkry Niemcom. Używał w stosunku do nich określenia judische verrater — żydowscy zdrajcy. W stosunku do powstańców operował zaś pojęciem „bandyci”, a w stosunku do ŻOB używał określania „partia”. Moje podejrzenia potwierdziły dwie żyjące w Izraelu członkinie ŻOB – Masza Glajtman-Putermilch i Helena Rufeisen-Schupper. Ich zdaniem, bunkier przy Miłej wydali sami Żydzi. Jedna złożyła relację, że w przeddzień odkrycia bunkra słyszano w pobliżu głosy dwóch mężczyzn mówiących w jidysz. To prawdopodobnie ich przedstawia zdjęcie z dziennika Stroopa podpisane właśnie judische verrater. Z całą pewnością Stroop nie użyłby tego określenia w stosunku do powstańców.

Czyli nawet po tylu latach można jeszcze dokonywać nowych odkryć, badając historię powstania w getcie?

— Z całą pewnością tak. Pamiętaj, że wciąż nie odkryto miejsca ukrycia trzeciej części Archiwum Ringelbluma. Dwie pierwsze odkopano. Trzeciej, kto wie czy nie najcenniejszej, jeszcze nie – choć miejsce jej ukrycia jest z grubsza rzecz biorąc znane. Wiemy, że trzecia część archiwum zawiera m.in. zapiski o ruchu oporu w getcie, w tym o Żydowskim Związku Wojskowym, który jest organizacją mało znaną, a kto wie czy nie ważniejszą niż Żydowska Organizacja Bojowa.

Dlaczego ważniejszą?

— Bo to nie słabo uzbrojony ŻOB, lecz znacznie lepiej wyposażony ŻZW rozpoczął powstanie w getcie, w dodatku odnosząc sukces w walce z Niemcami w bitwie na placu Muranowskim i doprowadzając do wycofania się Niemców z getta.

To właśnie powstańcy z ŻZW zawiesili w tym rejonie dwie flagi, które do szewskiej pasji doprowadziły Stroopa: polską oraz żydowską z gwiazdą Dawida.

Dlaczego ta historia jest tak mało znana?
— Bo opowieść o powstaniu w getcie to narracja przede wszystkim członków ŻOB, którzy przeżyli. Natomiast większość powstańców z ŻZW oddała życie „za wolność naszą i waszą” – Żydów i Polaków. Problem polega na tym, że opowieść o getcie warszawskim w Polsce została zdominowana przez narrację Marka Edelmana. Człowieka bez wątpienia odważnego, który jednak szczerze nienawidził ŻZW.
Dlaczego?

— Edelman do końca życia nie pozbył się pewnego rodzaju sentymentu do komunizmu. Owszem, w PRL działał w opozycji, jednak pozostał lewicowcem. ŻZW miała zaś charakter prawicowy. Edelman posuwał się nawet do rzeczy hańbiącej i nazywał ich wręcz faszystami. ŻZW w dużej mierze stanowili przedwojenni oficerowie Wojska Polskiego pochodzenia żydowskiego – polscy patrioci. ŻOB był lewicowy, wręcz komunizujący z tzw. nastawieniem internacjonalistycznym. Uważam, że wiele jest jeszcze do zrobienia w kwestii odkłamywania historii powstania w getcie. Powinno się z pewnością zbadać bunkier przy Miłej 18. Tam wciąż spoczywają szczątki Anielewicza i członków komendy ŻOB. Edelman z niezrozumiałych dla mnie względów sprzeciwiał się robieniu w tym miejscu jakichkolwiek badań. A przecież tacy bohaterowie jak Anielewicz i jego towarzysze zasługują w końcu na godny pogrzeb. Jeśli IPN robi ekshumacje na tzw. łączce na Powązkach, by godnie pogrzebać w końcu rotmistrza Witolda Pileckiego, to oczywistym dla mnie jest, że również Anielewicz i jego towarzysze powinni mieć godne miejsce pochówku. Może i w tym samym miejscu, gdzie spoczywają
teraz, ale w oznaczonym grobie. To wstyd dla Polski, by ich szczątki walały się przemieszane z gruzem. IPN powinien się zająć tym czym prędzej.
Mówiłeś mi kiedyś, że w Instytucie znajduje się także bardzo wiele ciekawych dokumentów na temat życia codziennego pod okupacją niemiecką.

– Bardzo dużo fascynujących materiałów, po które rzadko kto sięga. Na przykład mało kto wie, że w IPN przechowywane są akta niemieckiej policji obyczajowej wraz z kompletną kartoteką warszawskich prostytutek. W PRL usiłował ten zasób zbadać profesor Tomasz Szarota, kiedy pisał fundamentalną książkę Okupowanej Warszawy dzień powszedni. Wtedy te archiwalia były tzw. prohibitem. Nie udostępniano ich badaczom. Dopiero niedawno ustaliłem, że IPN przejął ten zasób po Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu i są one jawne.
Dlaczego tego zasobu nie udostępniano za czasów PRL?
– Można się jedynie domyślać. Pewnie chodziło o to, żeby w świat nie poszedł przekaz o Polkach, które chętnie sprzedawały się Niemcom. Zasób IPN to wciąż gigantyczna terra incognita. Dysponujemy inwentarzem, ale wciąż miliony stron nie zostały przez nikogo przeczytane. Tak jest na przykład z tzw. mikrofiszami wywiadu od roku 1944 do lat siedemdziesiątych. To bezcenny zbiór wciąż bardzo mało rozpoznany.

Są też akta z tzw. sierpniówek, czyli powojennych procesów przeciw zbrodniarzom nazistowskim, rozpraw przeciw niemieckim konfidentom i tak dalej. Zostały one ledwo liźnięte przy okazji badania sprawy Jedwabnego.
Kiedy odkryłeś, że w IPN kryją się wszystkie te bogactwa? Z „listy Wildsteina” przecież tego nie wyczytałeś?

– To ciekawa i zaskakująca historia – na te zasoby IPN zwrócił mi uwagę mój niemiecki stypendysta, dr Andreas Mix, który zajmował się badaniem dziejów KL Warschau. To Andreas, który równocześnie jest dziennikarzem, uzmysłowił mi, jak bogaty jest zasób IPN, jeśli chodzi o II wojnę światową. Okazało się, że historycy z innych krajów lepiej wiedzą od naszych, jak wartościowe rzeczy można znaleźć w Instytucie. I nie wahają się z nich korzystać.
Teksty historyczne o II wojnie światowej pisane w oparciu zarówno o materiały IPN, jak i o wyniki własnych dziennikarskich śledztw to osobny rozdział w Twojej dziennikarskiej karierze. Ten o odnalezieniu członków brygady Oskara Dirlewangera, zbrodniarzy mordujących cywilów podczas Powstania Warszawskiego, był chyba z nich najgłośniejszy.
– Tak. Ale to na początku nie miało nic wspólnego z IPN. Pewnego razu szef Muzeum Powstania Warszawskiego, Jan Ołdakowski, powiedział mi, że muzeum otrzymało kopie kartotek członków brygady. Rzut oka na te kartoteki wystarczył, by stwierdzić, że to archiwalny skarb.

Były to dokumenty wytworzone zaraz po wojnie. Kompletne spisy ocalałych członków brygady z danymi osobowymi zawierającymi nie tylko ich daty urodzin, ale również adresy, pod którymi zamieszkiwali już po 1945 roku. Wytypowałem z tej listy osoby, które mogły jeszcze wówczas, czyli w 2008 roku, pozostawać wśród żywych, i zacząłem je po kolei sprawdzać.

 

W jaki sposób?
– Niemcy na szczęście nie mają aż takiego hopla na punkcie ochrony danych osobowych jak Polacy. Ogólnoniemiecka, aktualizowana raz do roku książka telefoniczna jest dostępna w Internecie pod adresem www.telefonbuch.de.
Wpisywałem w nią kolejne nazwiska z adresami z kartoteki i okazywało się, że część z członków brygady Dirlewangera wciąż żyje pod adresami wskazanymi w kartotece. Natychmiast powiadomiłem IPN, który wciąż prowadzi śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych przez Niemców i ich pomocników podczas Powstania Warszawskiego. Natomiast muzeum przekazało kopię kartoteki do pionu śledczego IPN. Napisałem też o odnalezieniu kartoteki i sprawa stała się głośna. Niestety zbyt głośna.

Dlaczego?

– Mój tekst zauważyli niemieccy koledzy i nagłośnili sprawę w Niemczech. Ale moim śladem ruszyli nie tylko niemieccy dziennikarze.

Kto jeszcze?

– Neonaziści. Gnojki, które wciąż hołdują III Rzeszy. Ludzie, którzy za wszelką cenę usiłowali zdobyć kartotekę.

Skąd o tym wiesz?

– Powiadomili mnie niemieccy koledzy, że neonaziści usiłowali się dobrać do tej kartoteki w archiwum Czerwonego Krzyża w Monachium. Przypuszczalnie również usiłowali zdobyć jej kopię ode mnie.
Przypuszczalnie?

– Na moją komórkę zadzwonił jakiś facet, który przedstawił się jako niemiecki dziennikarz z prośbą o przesłanie kopii kartoteki. Podał adres. Jednak po tzw. małpie nie było nazwy redakcji tylko gmail. W Niemczech to nic niezwykłego. Wielu dziennikarzy pracuje jako wolni strzelcy. Coś mnie jednak tknęło i postanowiłem sprawdzić, czy facet istnieje. Okazało się, że żaden z moich znajomych dziennikarzy w Niemczech o nim nie słyszał. Sprawdzili też archiwa prasowe i nic – ani śladu gościa. Napisałem na ten adres mailowy, że kartotekę mogę przekazać jedynie osobiście i facet już się nie odezwał.

Neonaziści dorwali się w końcu do tej kartoteki?

– Chyba nie. Z tego co wiem zablokowano po tym dostęp do tego zasobu. Ja jednak przekazałem jej kopię zaufanym niemieckim dziennikarzom. Trafiła do ZDF, której z ukrytą kamerą udało się dotrzeć do dwóch jeszcze żyjących esesmanów. To jeden z takich przypadków, kiedy niemieccy dziennikarze mogą nagrywać z ukrycia.

Co mówili?
– Okazało się, że wcześniej dotarła do nich już niemiecka policja, która ich przesłuchała na okoliczność zbrodni w czasie powstania. Policjanci w tym wypadku zadziałali wyjątkowo sprawnie i po mojej publikacji dostali kartotekę. Esesmani byli więc przerażeni i nie chcieli gadać o tym, co w 1944 roku robili w Warszawie.

Czym była brygada Dirlewangera?

– Jedną z najbardziej zbrodniczych formacji II wojny światowej. Sam Oskar Dirlewanger, choć miał stopień naukowy doktora, był wyjątkowym sadystą i zwyrodnialcem.

Jeszcze przed wojną był karany za pedofilię. Utworzył formację, która początkowo składała się z ludzi skazanych za kłusownictwo, świetnych strzelców. Potem dokooptowywano do niej najgorszy element spośród skazanych za przestępstwa kryminalne m.in. morderców i gwałcicieli. Pod koniec wojny jej stan osobowy uzupełniali już nawet tzw. polityczni, w tym komuniści przetrzymywani w obozach koncentracyjnych. Wsławili się wyjątkowym bestialstwem, najbardziej na Lubelszczyźnie, potem na Białorusi i Ukrainie. Dość powiedzieć, że palenie stodół z ludnością cywilną było dla nich codziennością, niemal znakiem firmowym.
W Warszawie odpowiadają m.in. za rzeź Woli, w tym wymordowanie prawosławnego sierocińca, w którym żadne z dzieci nie zginęło od kuli. Dirlewanger kazał je zatłuc kolbami, by oszczędzać amunicję.

Z tego co pamiętam. Tobie również udało się dotrzeć do jednego z członków brygady.

– Pojechaliśmy z Krzysztofem Wójcikiem i Aleksandrą Rybińską do Niemiec, by odszukać trzech jeszcze żyjących członków brygady. Niestety, już na miejscu okazało się, że dwóch zmarło – jeden kilka miesięcy wcześniej, drugi zaledwie dwa tygodnie przed naszym przyjazdem. Był pochowany na terenie swojej posesji. Udało nam się natomiast nagrać trzeciego.
Zgodził się na rozmowę?

– Ola weszła do jego domu z zaskoczenia. Mówi po niemiecku zupełnie bez akcentu, więc gadała z nim około godziny. Oczywiście skrzętnie pomijał temat tego, co naprawdę robił w 1944 roku w Warszawie. Twierdził, że pojawił się pod koniec powstania, kiedy mordy już nie miały takiego nasilenia jak w pierwszych dniach sierpnia.
Czy któregoś z dirlewangerowców skazano po latach dzięki tej kartotece?

– Żadnego. Problem polega na tym, że nie można kogoś skazać jedynie za przynależność do najbardziej nawet zbrodniczej formacji. Trzeba mu udowodnić, że dopuścił się konkretnej zbrodni na konkretnych ludziach w konkretnym dniu. Po tylu latach jest to w praktyce niemożliwe.
Dlaczego nie skazano ich wcześniej, zaraz po wojnie?

– Z powodu zimnej wojny. Heniz Reinefarth, który odpowiadał za zbrodnie na Woli, Powiślu i Czerniakowie, zrobił nawet karierę polityczną – został burmistrzem na wyspie Sylt i  był działaczem jednej z organizacji wchodzących w skład Związku Wypędzonych. Pochodził bowiem z Wielkopolski, a konkretnie z Gniezna.
Nikt ich w Niemczech nie ścigał?

– W praktyce nie. Trafiłem do Ludwigsburga, gdzie mieści się Zentrale Stelle der Landesjustizverwaltungen zur Aufklarung nationalsozialistischer Verbrechen, czyli coś w rodzaju naszego pionu śledczego IPN. Rozmawiałem z jednym z tamtejszych prokuratorów, który badał akta śledztw z lat poprzednich. Był kompletnie załamany sposobem ich prowadzenia. Wstrząśnięty mówił mi: „Ale to wszystko jest niezgodne z niemiecką sztuką prawniczą!”. Śledztwa były tak prowadzone, by nikogo nie dopaść. Niestety, większość zbrodni na polskich obywatelach pozostała bezkarna. Getto i Powstanie Warszawskie nie zostały pomszczone.

Stroop i Dirlewanger to niejedyni zbrodniarze niemieccy, o których pisałeś.
– Tak. Dużo uwagi poświęciłem też Erichowi Kochowi – gauleiterowi Prus Wschodnich i Komisarzowi Rzeszy na Ukrainie. W IPN znajdują się akta jego procesu. Naprawdę byłem wstrząśnięty opisem zbrodni, jakich dopuszczano się pod jego rządami. Była wśród nich relacja z kaźni w obozie koncentracyjnym w Działdowie. Miano tam powiesić wiekowego Żyda.
Rolę kata powierzono jego synowi – w zamian za darowanie życia. Ojciec błagał syna, by ten go powiesił i sam się uratował.

Syn dokonał egzekucji, ale życia nie ocalił. Powieszono go na tej samej pętli co ojca. Jeszcze gorszych rzeczy ludzie Kocha dopuszczali się na Ukrainie. Nazywano go tam zresztą małym Stalinem, nie tylko z tego powodu, że z wyglądu przypominał sowieckiego dyktatora. Jednak akurat Koch został skazany tylko za to, czego dopuścił się na Polakach.

Kiedy go skazano?

– To był chyba ostatni nazista skazany w Polsce. Wyrok zapadł w symbolicznym dniu 9 maja 1959 roku.

Dlaczego tak późno?
– Koch po ucieczce z Królewca ukrywał się aż do 1949 roku. Schwytali go Brytyjczycy. Następnie przez dziewięć lat trwały przepychanki, kto go ma osądzić: Polacy czy Sowieci. Ostatecznie Brytyjczycy wydali go Polakom, którzy Kocha skazali na śmierć.

Ale wyrok nigdy nie został wykonany. Dlaczego?

— Do końca życia usiłowano z niego wydobyć tajemnicę Bursztynowej Komnaty. Z tego powodu Koch był otoczony szczególną opieką. Do tego stopnia, że kiedy w latach siedemdziesiątych zachorował na raka, zawieziono go specjalną karetką do Łodzi do najlepszego wówczas chirurga. Uratowało mu to życie.
Czy Koch rzeczywiście znał miejsce ukrycia Bursztynowej Komnaty, czy tylko grał, żeby ocalić życie?

— Nie wiem. Na pewno zrobił wiele, by sprawiać wrażenie, że wie coś o tym skarbie. W IPN są przechowywane akta Kocha. Wynika z nich, że SB prowadziła dwie operacje: „Jantar” i „Komnata”, których celem było odnalezienie skarbu. Byli nim żywo zainteresowani również Sowieci. Planowano nawet urządzić wycieczkę Kochowi po Obwodzie Kaliningradzkim, żeby wskazał miejsca, w których mogła być ukryta komnata.
SB sprawdzała każdy nawet najmniejszy ślad. Bezskutecznie.

Udało Ci się dotrzeć do dzienników Kocha.

— To nie były typowe dzienniki, lecz raczej luźne zapiski, jakie sporządzał, siedząc w więzieniu w Barczewie. Dzięki świetnej reportażystce Radia Olsztyn Alicji Kulik dotarłem do człowieka, który nimi dysponował. Niestety, nie udało mi się wejść w ich posiadanie, bo ów człowiek żądał za nie sporych pieniędzy. Z kolei Alicja nie mogła zrobić z wyjazdu żadnego materiału, ponieważ ten człowiek nie zgadzał się na nagrywanie. Przeczytałem na miejscu jedynie część tych notatek. Była tam bardzo ciekawa relacja z tzw. nocy długich noży z Berlina, kiedy Hitler rozprawił się Ernstem Rohmem i jego SA. Koch też miał być zgładzony, bo przyjaźnił się z Otto Strasserem, jednym z liderów nazistowskiej lewicy.

Zdołał się ukryć i przeczekać. Być może to, że darowano mu życie, sprawiło, że stał się tak gorliwym wykonawcą woli Hitlera. Dość powiedzieć, że jako pierwszy zameldował Hitlerowi, że jego Gau, czyli Prusy Wschodnie, są Judenrein – wolne od Żydów.

Były w tych zapiskach jakieś informacje o komnacie?

– Owszem. Na jednej kartce było napisane „Krasne/Bersteinzimmer”. Niestety nie było mi dane jej doczytać.

Jakie wnioski wyciągnąłeś z tej notatki?

– Wtedy nie miałem pojęcia, co to było Krasne. Dopiero potem ustaliłem, że Koch miał tam swoją rezydencję. Sformułowałem hipotezę, że może być tam ukryta komnata. Część badaczy jednak to kwestionuje, twierdząc, że daty się nie zgadzają.

Sprawdzałeś to jeszcze w inny sposób?

– Dotarłem, dosłownie w ostatniej chwili, do spowiednika Kocha. Luterańskiego duchownego księdza-seniora Józefa Pośpiecha. Oczywiście nie ujawnił żadnej z rozmów duszpasterskich. Ale powiedział mi, że nie rozmawiali o komnacie, choć Koch wspominał często swoją rezydencję. Gdyby powiedział coś istotnego, to SB wiedziałaby o tym i sprawdziła trop – podsłuchiwała Kocha w jego celi. Ksiądz Pośpiech niedługo po tej rozmowie zmarł. Kiedy z nim rozmawiałem, był już bardzo słaby.

Kto ostatecznie wszedł w posiadanie notatek Kocha, o któ­rych wspomniałeś?
– Kupiło je jedno z czasopism. Moim zdaniem nie opublikowało jednak całości, bo w ujawnionym materiale nie znalazła się notatka o Krasnem, którą widziałem. Być może jej nie dostali od sprzedającego, który postanowił podzielić swój skarb i sprzedać różnym kupcom. A może zachował ją dla siebie. Po mojej publikacji sprawą zainteresowała się też rosyjska ambasada. Jej przedstawiciele pojawili się znienacka, przez nikogo niezapraszani, na jednej z wewnętrznych imprez we „Wprost”. Oczywiście nie ujawniłem im, kim był mój informator. Odniosłem wrażenie, że są nie tylko dyplomatami.

Jak zakończyło się Twoje śledztwo w sprawie tajemnic Kocha?

– Ustaliłem, że ostatnie dwa lata życia przesiedział w peerelowskim więzieniu bez podstawy prawnej. Ujawnił to jego adwokat – Ludwik Cendrzak – który usiłował wtedy wycią­gnąć Kocha z więzienia.

Zbrodniarz nazistowski skazany na śmierć był przetrzymywany bezprawnie? Jak to możliwe?

– Prawo w PRL stanowiło, że jeśli wyrok śmierci nie zostanie wykonany w określonym terminie, to zamienia się go automatycznie na drugą w kolejności najsurowszą karę. Kodeks karny w PRL nie znał dożywocia. Najsurowszą po karze śmierci karą było dwadzieścia pięć lat więzienia. To oznacza, że Koch powinien wyjść z więzienia w 1984 roku. Ale zanim zmarł, przesiedział jeszcze ponad dwa lata. Komuniści straszliwie zemścili się na adwokacie Kocha. Cendrzak pod sfingowanym zarzutem został skazany za rzekome szpiegostwo na rzecz Niemiec. Osadzono go zresztą właśnie w Barczewie, w celi obok Kocha. Adwokata zrehabilitowano dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Już pośmiertnie.

A Koch?

– Został potajemnie pochowany w bezimiennej mogile na cmentarzu w Barczewie. Pewna osoba wskazała mi jego grób.

„Żydowska policja. Ofiary czy sprawcy?” „Do Rzeczy. Historia” nr 12 / 2018

01 cover.jpg

Ofiary czy sprawcy?

 

Działalność żydowskiej policji w gettach okupowanej Polski jest przedmiotem ożywionej – często niezwykle ostrej – dyskusji.  Z jednej strony możemy usłyszeć, ze Żydowska Służba Porządkowa była bandą zdemoralizowanych kolaborantów, która z zimną krwią wysłała tysiące swoich rodaków do komór gazowych; że policjanci z getta byli współsprawcami Holokaustu.

 

Z drugiej strony możemy usłyszeć, że żydowscy porządkowi byli ofiarami Holokaustu, a co za tym idzie – nikomu nie wolno ich krytykować. Samo pisanie o niecnych czynach tych ludzi ma być przejawem antysemityzmu. Działalność żydowskich policjantów była bowiem rzekomo ich „strategią przetrwania”.

 

Oba te skrajne poglądy wydają się mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością.

 

W samej Warszawie służyło ok. 2 tys. policjantów. W tak dużej grupie ludzi znalazły się oczywiście jednostki zdemoralizowane. Łapówkarze, ludzie skorzy do przemocy, którzy dla zarobku bądź ocalenia życia traktowali innych Żydów w sposób przerażający. W szeregach służby porządkowej byli jednak ludzie przyzwoici. Policjanci, którzy woleli „rzucić czapką” i wsiąść do pociągu jadącego do Treblinki, niż splamić swój honor.

 

Historia, jak to zwykle bywa, nie była wcale czarno-biała.

 

Trudno też zgodzić się z poglądem, że wszyscy żydowscy policjanci byli niewinnymi ofiarami i nie wolno ich krytykować. Ludzi wszystkich narodowości i wyznań należy przecież oceniać według takich samych, uniwersalnych kryteriów. Nie ma powodu, żeby w imię politycznej poprawności tuszować to, że część policjantów z getta robiła złe rzeczy. Trudno uznać łapówkarstwo, pastwienie się nad innymi Żydami czy przepuszczanie grubych sum w knajpach i szulerniach za „strategię przetrwania” Holokaustu. To, że wielu żydowskich policjantów straciło życie w komorach gazowych, nie zmywa ich wcześniejszych win. Ofiarą masowych zbrodni nie padają tylko dobrzy ludzie.

 

Kluczowe jest jednak to, żeby nawet o najtrudniejszych kartach przeszłości dyskutować spokojnie i rzeczowo, z poszanowaniem wrażliwości drugiej strony, Debata historyczna nie powinna zamieniać się w pyskówkę, podczas której narody wyciągają sobie największe brudy. Chodzi o to, by przedstawić prawdę o człowieku. Przedstawić wszystkie tragiczne dylematy, przed którym stawał, jego moralne upadki i wzloty. Cały wachlarz ludzkich postaw i zachowań. W przeciwnym razie zamiast historii będziemy bowiem uprawiać propagandę.

02 ofiary czy sprawcy.jpg

6.jpg

7.jpg

8.jpg

9.jpg

10.jpg

11.jpg

12.jpg

13.jpg

14.jpg

15.jpg

16.jpg

17.jpg

18.jpg

Cały blok tekstów w pdf-ie:

Zydowska_policja_ofiary_czy_sprawcy_Do_rzeczy_nr_12_2018

„Mroczna religia Hitlera” (artykuł o okultyzmie w III Rzeszy) „Świat Wiedzy” nr 2 / 2018

 

06.jpg

– Widzę twoje zwycięstwo. Nie można go zatrzymać – te słowa, wypowiedziane na początku zimy 1932 roku, zmieniły losy świata.

Erik Jan Hanussen – jeden z najpopularniejszych astrologów tamtych czasów – skierował je do pewnego niewysokiego czterdziestotrzylatka o bladej twarzy i zaciśniętych ustach. Nazywał się Adolf Hitler.

 

Całość tekstu w PDF-ie:

Mroczna relgia Hitlera – ‚Swiat Wiedzy’ nr 2 – 2018

„Michnik, islam, dialog” – TOMASZ LEWANDOWICZ (felieton: PRO FIDE REGE ET LEGE), “NAJWYŻSZY CZAS!” NR 40 (855), 7 PAŹDZIERNIKA 2006

adam michnik.jpg

W związku z przemówieniem Ojca Świętego i reakcjami islamistów papież powiedział najpierw, że „nie chciał obrazić wy­znawców islamu”, a potem, że „sza­nuje wyznawców islamu”. Nigdzie nie powiedział, że szanuje islam – choć takie kłamliwe zdanie „Gazeta Wybor­cza” (zwana od pamiętnej publikacji „gazetą judaszową”) zamieściła na pierwszej stronie!

 

Po pierwsze, należy przypomnieć, że żaden katolik nie może mieć szacunku dla herezji, schizmy bądź pogaństwa. Czym jest islam, bardzo dobrze przedstawił Ojciec Święty w swoim wykładzie. Późniejsze papie­skie rozróżnienie na szacunek dla człowieka, nawet tego, który znaj­duje się w „cieniu śmierci” z dala od Chrystusa i Jego Kościoła, od szacunku dla fałszywej religii, jest w pełni zgodne z tradycyjną nauką Kościoła. Po drugie, należy zauważyć, że szacunek dla błędów religijnych i grzechu mogą mieć jedynie ludzie religijnie indyferentni. Gdy parę lat temu Adam Michnik reklamował w telewizji swoje pismo, mówił, że jego gazeta promuje szacunek dla wszyst­kich religii. Jednak szczytem szatań­skiej przewrotności jest przypisywać takie poglądy Benedyktowi XVI!

 

Bez wątpienia środowisko „Gazety Wyborczej” musiało mocno zgrzytać zębami po ratyzbońskim wykładzie. Lecz są to ludzie na tyle przebiegli, że nie okazali tego. Przyjęli inną taktykę: tak manipulować słowami i wyrażeniami, aby spacyfikować papie­skie słowa i przypisać Ojcu Świętemu poglądy relatywistyczne stawiające na równi religię prawdziwą z fałszywą.

 

Czasy się jednak zmieniły. To już nie jest początek lat 90. ubiegłego wieku, gdy Adam Michnik prymi­tywnie uderzał w Kościół. Zrozumiał, że skuteczniej będzie niszczył Wiarę przez rozmiękczanie prawd wiary i promowanie wszelkich heretyckich poglądów potępionych przez Kościół jako… katolickich i to w dodatku głoszonych przez Ojca Świętego. W tym celu prowadzi heretycką w sumie, cotygodniową rubrykę „Arka Noego”, udziela łamów swojej gazety dla księży mających problemy ze swoją wiarą, z których jeden już odpadł od Kościoła, a drugi okazał się kapusiem SB. Wreszcie, natrętnie przywłaszcza sobie monopol na interpretację Jana Pawła II i głosi, że jest kontynuato­rem jego humanistycznego przesłania, chcąc wykorzystać sentyment Polaków, jednocześnie zwalczając całe moralne nauczanie Kościoła, wiernie głoszone przez tegoż papieża.

 

Nie ukrywam, że bardzo przydałoby się potępienie i ostrzeżenie katolików przed tą niebezpieczną gazetą przez biskupów. Może ktoś powie, że to zbyt śmiałe żądanie, ale przypomnij­my słowa św. Jana Vianneya: „Jeśli pasterz milczy, widząc, że Bóg jest znieważany, a dusze błądzą, biada mu! Jeśli nie chce się skazać na wieczne potępienie, musi odrzucić szacunek ludzi i strach przed pogardą. Nie powinna go powstrzymać nawet pewność utraty życia po zejściu z ambony”. 

Siemiatycze w czasie okupacji niemieckiej – Mieczysław Matosiuk, archiwalny „Siemiatycki Kurier Samorządowy”

DSC01638.JPG
Wspominane w ostatnich odcinkach zaistniałe fakty na terenie Siemiatycz i okolic na przestrzeni 1943 r. (np. natknięcie się w siemiatyckich leszczynkach na oddział partyzantki radzieckiej, czy aktywizacja naszego polskiego podziemia, o której napiszemy w następnych, odrębnych odcinkach), wskazywały, że coś się w świecie dzieje. Ze skąpych informacji radiowych, jak wspominano wcześniej nielicznych, Siemiatyczanie niewiele wiedzieli o katastrofie gibraltarskiej z generałem Władysławem Sikorskim z 4 lipca 1943, którą przypisywano Niemcom. Nie mówiło się też o rozstrzygającym o losach frontu wschodniego potężnym starciu jednostek pancernych na Łuku Kurskim (lipiec 1943 r.). Nikt też z przeciętnych śmiertelników nie domyślał się i nie wiedział o wreszcie skutecznym zbombardowaniu przez lotnictwo angielskie niemieckiego ośrodka doświadczalnego z tajną bronią Hitlera – V-1 i V-2 na Peenemünde (w nocy z 17 na 18 sierpnia 1943 r.). To na to bombardowanie czekał z niecierpliwością polski wywiad w kraju spod znaku „Gryfa Pomorskiego”. To oni słali meldunki jeden za drugim o próbach broni rakietowej na Pomorzu Zachodnim.

W Siemiatyczach natomiast nerwowo nie wytrzymywali swego losu żydowscy uciekinierzy z getta, bądź transportu z getta do Treblinki. Przechowywani byli czasowo przez Polaków. Zmieniali swoje miejsce pobytu nie informując swoich dobroczyńców, bądź nie słuchali rad, aby nie wychodzili z dotychczasowych kryjówek czy też miejsc przebywania. Wielu z nich udało się dotrzeć, według ich mniemania, w bezpieczne miejsce (przykładem może tu być Joshua Kejles czy Kramer i wielu innych, którym udało się przeżyć do końca wojny). Niektórzy jednak w swym rozstroju nerwowym trafiali na niemiecką policję lub żandarmerię i ich los był przesądzony.

Wspomnieć tu chcemy Żyda o nazwisku Jedwab. Zaznaczyć trzeba, że było w Siemiatyczach dwóch Żydów o takim nazwisku. Jeden był lekarzem i zginął w Treblince. Drugi to skrzypek – muzyk wybitny, przywieziony z Białegostoku przez władze radzieckie w czasie okupacji radzieckiej po 17 września 1939 roku. Przywieziono go, aby zasilić siemiatycką orkiestrę przygrywającą każdej soboty na zabawach w Klubie Wojskowym przy cerkwi (dziś stoi tam dom Pana Szczygoła). Ten Jedwab uniknął getta i przechowywany był przez dwie rodziny z Siemiatycz, w których uczył niektóre dzieci z tych rodzin muzyki – gry na skrzypcach. Musiał dobrze znać swój zawód, gdyż niektórzy z jego okupacyjnych uczniów po wojnie bez trudu dostali się do konserwatorium (wyższa szkoła muzyczna), ukończyło je i grało w znanych orkiestrach np. orkiestra Polskiego Radia Stefana Rachonia lub orkiestrze operetki warszawskiej. Ich koledzy pytali nawet, gdzie oni kończyli szkołę muzyczną – konserwatorium, tak dobrze grali.

Pewnego dnia Pan Jedwab uznał, że musi się przenieść na wieś, bo tu, w Siemiatyczach jest niebezpiecznie. Wyszedł z ul. Kilińskiego, bo tam się ukrywał i doszedł tylko do ul. Ciechanowieckiej. Tu napotkał niemieckich policjantów. Koniec jego był wiadomy, ale mieszkańcy Siemiatycz zapamiętali scenę z ostatnich chwil Jedwabia. Bowiem sam komendant siemiatyckiego posterunku niemieckiej policji (Schutzpolizei) – Reszke jechał na koniu. Przed nim pieszo ul. Ciechanowiecką w kierunku cmentarza szedł z pochyloną głową Jedwab. Wówczas za cmentarzem ewangelickim (za Kirchą – dziś muzeum sepulkralne) były wyrobiska gliny. Tam Siemiatyczanie zaopatrywali się w glinę do murowania pieców. Po dojściu do glinianek rozległy się strzały z pistoletu. I tak zakończył swe życie muzyk – skrzypek Jedwab z Białegostoku. W takim nastroju kończył się w Siemiatyczach rok 1943.

śp. Mieczysław Matosiuk – Prezes „Towarzystwa Przyjaciół Siemiatycz”.

„Przeżycia drohiczyńskiego Żyda” – przekazane przez Wolfa Wiśnię, „Wokół Jedwabnego” IPN 2002.

zydzi drohiczyn.jpg

Na zdjęciu: Rodzina rabina Meira Polakiewicza przy grobie Pesacha-Nuty, cmentarz żydowski w Drohiczynie, kolekcja prywatna Michaela Schlesingera


 

Nr 1

 

1945 wrzesień 25, Białystok – Relacja Wolfa Wiśni o wystąpieniach antyżydowskich w Siemiatyczach 23 czerwca 1941 r. oraz likwidacji getta w Drohiczynie

 

Wojewódzka Komisja Historyczna

  1. lp. 71a

Białystok, 25 IX 1945 r.

Przeżycia drohiczyńskiego Żyda

Przekazane przez Wolfa Wiśnię, urodzonego w 1920 r. w Drohiczynie1. Do okupacji i w czasie okupacji żył w Drohiczynie. Przeżył w lasach Drohiczyna2. Protokołowała D[ora] Kagan

23 czerwca 1941 r. do Drohiczyna weszli Niemcy. W czasie władzy sowieckiej ze względu na bliskość granicy drohiczyńscy Żydzi przenieśli się do Siemiatycz3.

Z wejściem Niemców do Siemiatycz 23 czerwca 1941 r. miejscowa ludność zorgani­zowała pogromy na Żydach. Zginęło w nich około dziesięciu Żydów, których zamęczo­no, strasznie torturując, wrzucając do studzien i do rzeki. Po pogromie świadek prze­prowadził się ze swoją rodziną do Drohiczyna. Część Żydów przeniosła się do okolicznych miasteczek, a część pozostała w Siemiatyczach.

W Drohiczynie nie można było wyjść na ulicę, ponieważ od razu łapano do przymu­sowej pracy, z której rzadko ktoś powrócił.

W kwietniu 1942 r. zostało utworzone getto, w którym było 550 Żydów. Stworzono Judenrat4, który był odpowiedzialny za ludzi w getcie. Ludzie chodzili codziennie do pracy do różnych placówek.

W listopadzie 1942 r. do drohiczyńskich Żydów dotarły pogłoski, że Żydów z oko­licznych miasteczek wywieziono do Treblinki. Pogłoski zostały przyniesione przez po­chodzących stamtąd uchodźców. Kiedy Żydzi z drohiczyńskiego getta usłyszeli, co się dzieje w okolicznych miasteczkach, i dowiedzieli się, że na noc 2 listopada zamówiono 50 fur, zaczęli uciekać; w ten sposób z getta zbiegło około 250 ludzi. Pozostałych prze­wieziono zamówionymi furami do Siemiatycz. Tych, którzy się przeciwstawili wywiezie­niu, zastrzelono na miejscu. Było to sześć osób.

Świadek był jednym z tych, którzy uciekli z getta. Słysząc strzały oddane do ich gru­py, rozbiegli się w różnych kierunkach. Świadek został ze swym towarzyszem Symchą Warszawskim i jeszcze kilkoma Żydami. Stamtąd poszli do lasu szukać partyzantów. Po około 14 dniach poszukiwań spotkali ich. Przeżyli jednak wielkie rozczarowanie, po­nieważ partyzanci zaraz zabrali im ubrania i trzymali przez dwa dni. W tym czasie Ży­dzi słyszeli, jak partyzanci mówili, że nie potrzeba Żydów, należy ich rozstrzelać. To zrobiło na nich straszne wrażenie i uciekli. Dzień później skrajnie wyczerpani doszli do wsi Bryki, gdzie znaleźli innych Żydów, którzy także opowiadali o okropnym nastawie­niu partyzantów. Postanowiono więc na własną rękę ukrywać się w lasach. Świadek wraz z innymi Żydami żył dłuższy czas w lasach. Doszło do kilku napadów na Niem­ców. Pewnego razu niemieccy żołnierze otoczyli las i ostrzelali. Świadkowi i kilku oso­bom udało się uciec. Utrzymywali się z wyplatania koszy. Pewnego razu, kiedy poszli po wodę, zostali zauważeni przez dwóch strażników leśnych, którzy chcieli natychmiast przekazać ich w ręce Niemców. Świadek stawił opór. Mocno go pobito, ale po ciężkiej walce, ledwie żywy, zdołał uciec. Przeleżał w lesie, dopóki nie nadeszli inni Żydzi, któ­rzy zaprowadzili go do ziemianki. W ziemiance przeleżał chory dwa tygodnie, następ­nie ponownie znalazł się w lesie z towarzyszami. Wkrótce znowu urządzono napad na Niemców, w którym zginęło trzech z jego towarzyszy. Pozostali odeszli do ziemianki w innej okolicy, tam świadek wraz z czterema Żydami żył do końca wojny. Ostatniego dnia przed przybyciem żołnierzy sowieckich Niemcy odkryli ziemiankę, wyciągnęli z niej ukrywających się i chcieli zastrzelić. Byli jednak bez broni, więc Żydom udało się uciec i ukryć w lesie do 6 września 1944 r.b

W roku 1944 przyszli żołnierze sowieccy, potężna sowiecka Armia Czerwona, która uwolniła Żydów od ich okropnej męki.

Świadek – W. Wiśnia

                                               Protokolant – D[ora] Kagan

Przewodniczący Wojewódzkiej Komisji Historycznej – mgr Menachem Turekc

 

Źródło: AŻIH, Relacje, 973, k. 1-2, jidysz, mps. Tłumaczyła Sylwia Szymańska

a Data i liczba porządkowa wpisane odręcznie.

 

b W tekście tu i dalej błędnie 1943.

 

c Podpisy jedynie odręczne.

 

1 Drohiczyn – miasto w powiecie bielskim, przed drugą wojną światową liczyło ok. 2500 mieszkańców. Do­datkowe informacje dotyczące wojennych losów Żydów z Drohiczyna zob. księga pamięci Drohiczyna – Sefer Drohiczyn, red. D. Shtokfish, Tel Aviv 1969, jej fragmenty przetłumaczone na angielski w Internecie: www.jewishgen.org/Yizkor , relacje dotyczące drugiej wojny światowej nie zostały przetłumaczone.

 

2 W AŻIH znajdują się także dwie inne relacje dotyczące Drohiczyna: Relacje, 2105, k. 1-2, Gerszon Lew, O mordach dokonanych na drohiczyńskich Żydach przy pomocy miejscowej ludności, Białystok, 8 I 1947, jęz. polski, mps; ibidem, 1257, k. 1-2, Symcha Bursztejn, Drohiczyn pod hitlerowskim panowaniem, Bielsk Podla­ski, 21 XII 1946, jidysz, rkp. Lew podaje nazwiska Polaków, którzy współpracowali z Niemcami, znęcali się nad robotnikami polskimi i żydowskimi, oddawali Żydów w ręce Niemców. Bursztejn przekazał, że do czerw­ca 1941 r. w Drohiczynie mieszkało 560 Żydów. Kiedy Niemcy weszli do miasteczka, złapali 32 Żydów i wy­wieźli w nieznanym kierunku. Jednemu z nich udało się uciec. 2 XI 1942 r. Żydzi z Drohiczyna zostali prze­siedleni do Siemiatycz. Przebywali tam osiem dni, a następnie wywieziono ich do Treblinki.

 

3 Prawdopodobnie dotyczyło to przede wszystkim żydowskich uchodźców z głębi Polski, tzw. bieżeńców.

 

4 Judenrat (niem.) – rada żydowska stojąca na czele gminy. Rady były tworzone na okupowanych polskich terytoriach zgodnie z dyrektywą Reinharda Heydricha z 21 IX 1939 r. oraz zarządzeniem generalnego gu­bernatora Hansa Franka z 18 XI 1939 r. Niektóre obejmowały poszczególne społeczności żydowskie, inne całe regionalne grupy. Były podstawowym ogniwem wykonawczym poleceń władz niemieckich, do pewnego stopnia kontrolowały też życie społeczne ludności żydowskiej, zwłaszcza po utworzeniu gett. Ich członkowie, a szczególnie przewodniczący (starsi) byli powoływani przez władze niemieckie (Kreis- lub Stadthauptmanna) i przed nimi odpowiedzialni. Do najważniejszych zadań rad należały: realizacja przymusu pracy dla Ży­dów, aprowizacja, pomoc społeczna dla grup przesiedleńców i biedoty, ściąganie kontrybucji nałożonych przez władze niemieckie, organizacja przesiedleń do gett i zapewnienie w nich porządku. W 1942 r. doszło do tego dostarczanie kontyngentów do deportacji do obozów zagłady. Wykonywać je miała formalnie pod­legła Judenratom policja żydowska. Rola Judenratów budzi wiele kontrowersji; przeważa opinia, że więk­szość ich członków wysługiwała się okupantowi.

Relacja Joszuy Kejlesa o wystąpieniach antyżydowskich w lipcu 1941 r. w Siemiatyczach –

DSC01373.JPG

Nr 26

 

1946 marzec 5, [Białystok] – Relacja Joszuy Kejlesa o wystąpieniach antyżydowskich w lipcu 1941 r. w Siemiatyczach

 

[a] L.b. 34/46                                                                                          5 III [19]46

 

Siemiatycze1 w czasie okupacji niemieckiej

 

Przekazane przez Joszuę Kejlesa, ur. w 1905 r. w Grodzisku (wieś), powiat Bielsk Podlaski. Do okupacji niemieckiej żył w Siemiatyczach. Przeżył u chrześcijanina w Siemia­tyczach.

 

Siemiatycze leżą w województwie białostockim, w powiecie Bielsk Podlaski. Do cza­su okupacji niemieckiej mieszkało tam 4330 Żydów.

 

23 czerwca 1941 r. niemieccy mordercy zajęli okolice Siemiatycz. Większość miej­scowej ludności polskiej z otwartymi ramionami, z kwiatami w ręku, serdecznie woła­ła: „Niech żyją wyzwoliciele!”.

 

Tego samego dnia, kiedy Niemcy wkroczyli, tzn. w poniedziałek, spalili we wsi Wiercień całą rodzinę Tykockich, złożoną z ojca, matki i dwojga dzieci. Oprócz nich zamor­dowano jeszcze 4-5 osób, ich nazwisk świadek nie pamięta.

 

29 czerwca, w niedzielę, Niemcy zebrali w obozie przy stacji kolejowej całą mło­dzież z miasteczka (Żydów i chrześcijan). W obozie oddzielono Żydów od chrześcijan. Chrześcijan zwolniono nazajutrz, 30 czerwca, w poniedziałek; pozwolono im też wejść do obozu żydowskiego i spośród Żydów wybrać znanych im przestępców, tzn. komunistów. Chrześcijanie od razu wykorzystali daną im okazję i wybrali następujące osoby: Szymona Grynberga z synem, Izraela Solańskiego z synem Lejblem, Mosze Bosza, Józefa Fisza i 4 innych, których nazwisk nasz świadek nie pamięta. Z tych dziesięciu Żydów zabito 7. We wtorek, l lipca, uwolniono cały obóz.

 

4 lipca Lejbla Marmara z synem Chaimem, związawszy im ręce z tyłu, wrzucono żywcem do dołu i zasypano. (Po wojnie, w 1944 r., wykopano ich i pogrzebano na cmentarzu żydowskim). Koło polskiej szkoły w taki sam bestialski sposób pogrzebano wielu innych, nieznanych Żydów.

 

5 lipca 1941 r. Polacy zaczęli rabować żydowskie mieszkania, bić i zabijać Żydów. Polacy: Janek Malinowski, szofer Józek i inni zabili kijami żydowskiego szewca o imie­niu Michał.

 

10 lipca Polacy z własnej inicjatywy zebrali wszystkich Żydów przy pomniku Leni­na. Na czele zebranych Żydów polscy mordercy postawili dyrektora szkoły hebrajskiej Tarbut2, nauczyciela Koguta. Ubrali go i wszystkich pozostałych Żydów w tałesy, dali im w ręce młoty i siekiery i kazali rozbić pomnik Lenina. Zdjęte części zburzonego po­mnika Żydzi musieli owinąć w prześcieradła i przenieść na cmentarz. Niosąc je, Żydzi musieli głośno płakać. Droga na cmentarz prowadziła przez rzekę, w trakcie przecho­dzenia przez nią wrzucano Żydów żywcem do rzeki, przy czym na skutek uderzenia o słup mostu został zabity Żyd nazwiskiem Kusidowicz, szklarz; pozostali wyszli z tego żywi. Pogrzeb Lenina zorganizowała głównie miejscowa inteligencja. Nauczyciel Gilewski był głównym organizatorem całego pogromu. Przez kilka tygodni Polacy mieli całą władzę w swoich rękach.

 

Do końca lipca trwały rabunki i morderstwa w żydowskich domach.

 

W pierwszych dniach sierpnia 1941 r. władzę przejęła niemiecka żandarmeria polo­wa. Wkrótce przystąpiono do tworzenia Judenratu, było to około 10 sierpnia 1941 r. Judenrat składał się z 12 osób, przewodniczącym został Izrael Rozencwajg. Nazwiska członków: L. Szuster, Rafał Kirsznblum, Dawid Winter, Kalman Szepic, Nachum Tejtelbojm, Szalom Cypelewicz, Dawid Meir Gryskin, Fiszelzon, Federman, M. Farber, Pesach Sztejnberg, Meir Szereszewski. W czasie tworzenia Judenratu Niemcy mocno pobili jego członków. Utworzono także policję żydowską z komendantem Alkiem Wajnbergiem na czele. Natychmiast po wybraniu Judenratu Niemcy z polską policją poszli robić porządek na ulicach. Napotkaną po drodze kobietę żydowską, żonę Berla Rubowskiego, zabili nahajkami; drugą ofiarą był stolarz z ulicy Rogatkowej, którego zamordowano w ten sam sposób.

 

Wkrótce życie się ustabilizowało. Judenrat pozostawał w kontakcie z żandarmerią polową i Schutzpolizei3. Żydzi chodzili do pracy do różnych niemieckich placówek, ci, którzy nie pracowali, mogli się poruszać po ulicach tylko od godziny 12 do 2 w dzień.

 

W pierwszych dniach maja 1942 r. zażądano 50 Żydów. Dostarczono ich i pracowa­li przy szosie Białystok-Mińsk.

 

W czerwcu 1942 r. zgodnie z rozkazem landrata prowadzono rozmowy w sprawie getta. Po interwencji Polaków dano po 0,95 m2 na osobę (Żydzi żądali 1,95 m2).

 

l sierpnia 1942 r. w poniedziałek4 przeniesiono Żydów do getta. Z getta chodzono codziennie do pracy. W piątek, kiedy wszyscy Żydzi, nawet dzieci i chrome kobiety, pod nadzorem Schutzpolizei, polskiej policji i znanego z nienawiści do Żydów Waldka Nowaka pracowali przy rozbieraniu spalonych murów, szczuto ich psami. Napadały na Żydów, którzy w pocie czoła nosili ciężkie cegły, gryzły ich i wyrywały kawałki ciała. Panika i krzyki były nie do opisania.

 

Życie w getcie toczyło się swym normalnym torem do l listopada 1942 r. W niedzie­lę po południu osławiony morderca Żydów, Rudolf z niemieckiej Schutzpolizei, przy­szedł do przewodniczącego Judenratu Rozencwajga i powiedział mu: „Coś musi się stać z Żydami”. Przewodniczący natychmiast poszedł do Schutzpolizei, do żandarme­rii polowej i do innych instancji dowiedzieć się, co grozi gettu, ale zapewniono go, że wszystko jest w porządku.

 

W poniedziałek 2 listopada o wpół do szóstej rano siemiatyckie getto zostało otoczo­ne i ostrzelane przez gestapo. Żydzi dostrzegli niebezpieczeństwo i chcąc się ratować, zaczęli uciekać przez płot. Nieszczęśnicy zostali zastrzeleni przez policję. Padło wiele ofiar. O godzinie 8 przyjechała także żandarmeria polowa z bronią maszynową, całe getto oświetlono reflektorami. Do Siemiatycz sprowadzono Żydów ze wszystkich oko­licznych miasteczek: Drohiczyna, Grodziska, ze wsi Simonin [?]. Około godziny 10 rano wzięto blisko 20 Żydów do pochowania ciał ofiar, które padły przy ujarzmianiu [getta]; wśród trupów znaleziono dwoje dzieci, które siedziały koło swoich zamordowa­nych rodziców. Polski policjant zabrał je do getta, były to 3-letnie dzieci. Jedno dziec­ko było Meira Zabłudowskiego, w dziecięcy sposób tłumaczyło, że tata, mama i babcia śpią, ale ono nie rozumie, dlaczego leżą w rzece krwi.

 

Przez kolejnych 8 dni getto było otoczone. Jednego dnia złapano kobietę, Jaspę Kapelusznik, przy paleniu swoich rzeczy. Doprowadzono ją do drzwi i zastrzelono. Trup musiał tak leżeć całą dobę, aby wszyscy widzieli.

 

W niedzielę 8 listopada wywieziono z getta 2400 Żydów. Należy zauważyć, że wszy­scy Żydzi starali się być pierwsi, wiedząc, że [idą] na śmierć. Nie mieli już więcej siły przyglądać się cierpieniu. Ale [wszystkich] nie wzięto, część odepchnięto z powrotem. Kiedy transport zatrzymał się przed odjazdem, Polak Sawicki, fabrykant dachówek, wyraził się, że jest to prawdziwy ogród zoologiczny.

 

We wtorek 10 listopada 1942 r. wszystkich Żydów wywieziono z getta5. Należy za­uważyć, że Żydzi, którym udało się wcześniej uciec, nie znalazłszy miejsca u chrześci­jan i utraciwszy swe mienie, musieli wrócić do getta i także zostali wywiezieni tym transportem6.

 

Jak się później dowiedziano, transporty pojechały do Treblinki, do pieców. Ostatni transport został zgładzony 11 listopada o godzinie 10, w środę rano. Przekazał to uciekinier z Treblinki. Świadek ukrył się w schronie w getcie, w ostatniej chwili uciekając z rąk żandarma. Ukrywał się z Chaimem Marmarem i Chackielem Rozencwajgiem; ten ostatni zginął pod Berlinem, idąc dobrowolnie na wojnę w szeregach Armii Czerwonej.

 

12 listopada o drugiej w nocy nasz świadek wyszedł ze schronu i poszedł do chrześcijanina, u którego przeżył do końca wojny. Ten chrześcijanin uratował życie 7 Żydom.

 

Z siemiatyckiej społeczności żydowskiej pozostało przy życiu 70 Żydów.

 

[b]

 

Źródło: AŻIH, Relacje, 1463, k. 1-11, jidysz, rkps; k. 13, kopia, mps. Tłumaczyła Sylwia Szymańska

 

 

a W rękopisie trzy nieczytelne wyrazy. W maszynopisie w tym miejscu Wojewódzka Komisja Historyczna, Bia­łystok, 5 III 1946 r., l.p. 34/6.

 

1 Siemiatycze – miasto w powiecie bielskim, przed drugą wojna światową liczyło ok. 7 tys. mieszkańców, w 1939 r. znalazło się tam prawie 2 tys. żydowskich uciekinierów z centralnej Polski (bieżeńców). Zob. tak­że księga pamięci Siemiatycz – Kehilat Semyatits’, red. E. Tash, Tel Aviv 1965.

 

2 Tarbut (hebr. kultura) – Żydowskie Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe „Tarbut”, założone w Polsce w 1922 r. przez działaczy syjonistycznych, utrzymujące przedszkola, szkoły powszechne, gimnazja i seminaria nauczycielskie z hebrajskim językiem wykładowym. Władze sowieckie przekształciły je w szkoły z językiem jidysz. W 1945 r. Tarbut wznowił działalność, został zlikwidowany w 1949 r.

 

3 Schutzpolizei (niem.) – policja ochronna, formacja policyjna w Niemczech i na terytoriach okupowanych, posiadająca placówki w miastach (na wsiach stacjonowały posterunki żandarmerii – Gendarmerie). Podle­gała komendantowi Policji Porządkowej (Ordnungspolizei) na danym terenie.

 

4 l VIII 1942 r. to była sobota.

 

b W maszynopisie Świadek – Kejles. Protokolant – D[ora] Kagan. Przewodniczący Wojewódzkiej Komisji Historycznej – mgr Turek, odręczne podpisy.

 

5 8 i 10 XI 1942 r. Żydów z getta w Siemiatyczach wywieziono do Treblinki (S. Datner, op. cit., tabela nr 3).

 

6 Według relacji Kalmana Krawca podczas likwidacji getta w Siemiatyczach uciekło ok. 300 Żydów. Polscy policjanci bili Żydów, łapali uciekinierów (AŻIH, Relacje, 4086, k. 1-37, Kalman Krawiec, Przeżycia w obo­zie pracy w Treblince, Łódź, 15 V 1948, jidysz, rkps).

Okupacja niemiecka w powiecie siemiatyckim – Mieczysław Matosiuk, „Siemiatycki Kurier Samorządowy” (tekst archiwalny)

DSC01379.JPG

W Dołubowie, jak pisaliśmy w poprzednim odcinku, upływały dni. Ale dotychczasowemu gospodarzowi i opiekunowi przechowywanej w kopcu od kartofli (sklepie) rodziny żydowskiej, zaczęły przychodzić wcale nieszlachetne myśli. Front wschodni przesuwający się do Siemiatycz i Dołubowa jeszcze trochę potrwa. A tu tyle pieniędzy czeka w skrytce w kopcu. A co będzie, czy co może być jak nadejdzie front? Może kto inny ten skarb zabierze? Do głowy przyszedł szatański wprost pomysł. Zameldować żandarmerii niemieckiej o ukryciu się za gospodarstwem rodziny żydowskiej. Niemcy przyjdą, rodzinę zabiorą, a pieniądze w skrytce zostaną, bo idąc na śmierć ofiary tego skarbu nie wezmą.

Tak też się stało. Żandarmeria przyjechała do Dołubowa bardzo szybko. Gospodarz musiał zaprowadzić ekipę niemiecką do właściwego kopca. Dowódca ekipy podszedł do włazu i kazał na powierzchnię wychodzić całej rodzinie. Po ustawieniu pod ścianą zdjął z pleców zarzucony karabin, zarepetował i daje go do rąk gospodarzowi i każe rozstrzeliwać żydowską rodzinę. Gospodarz się wzdraga i nie bardzo chce wykonać to polecenie dowódcy żandarmerii. Wówczas dowódca mówi do gospodarza, że ty doniosłeś nam o istnieniu tej rodziny w twoim gospodarstwie, to teraz ich sam rozstrzelaj, dlaczego chcesz żebyśmy to my zrobili. Gospodarz jednak nie mógł dokonać tego czynu. Wówczas dowódca żandarmerii niemieckiej odebrał karabin gospodarzowi i dał go w ręce ojcu rodziny żydowskiej z poleceniem, aby zastrzelił gospodarza. Ten bez wahania dokonał polecenia. Gdy ciało gospodarza bezwładnie opadło na ziemię, wówczas pluton egzekucyjny żandarmerii rozstrzelał rodzinę żydowską.

Należy tu także wspomnieć o partyzantce, a jak inni to nazywają bandzie żydowskiej Żyda „G”, działającej na trasie Bielsk Podlaski – Drohiczyn. To była grupa żydowska składająca się z uciekinierów z gett powiatu bielskiego. Grupa ta mściła się krwawo na wszelkiego rodzaju donosicielach, w wyniku których ginęli ukrywający się tu i tam Żydzi. W rejonie Siemiatycz (na kolonii Czartajewo) doszło do takiej krwawej zemsty na rodzinie S. Pisała o tym już wcześniej prasa lokalna, a więc tematu tego nie będę rozwijał.

Mieczysław Matosiuk

Siemiatycze: Relacja Joszuy Kejlesa – Andrzej Żbikowski, „Wokół Jedwabnego” IPN 2002.

DSC01348.JPG SIEMIATYCZE

O pogromie w Siemiatyczach wspominał Wolf Wiśnia131, który okupację przeżył w okolicach Drohiczyna. Według niego zorganizowany przez miejscową ludność pogrom wybuchł 23 czerwca 1941 r., zginęło „około dziesięciu Żydów, których zamęczono, strasznie torturując, wrzucając do studzien i do rzeki”.

 

Relacja Joszuy Kejlesa

Nakreślony przez Joszuę Kejlesa132 obraz polsko-niemiecko-żydowskich relacji w pierwszych okupacyjnych dniach jest bardzo zbliżony do wielu znanych nam już opowieści uratowanych Żydów.

Niemcy zajęli Siemiatycze już 23 czerwca 1941 r. Zostali powitani przez „większość miejscowej ludności polskiej” kwiatami i okrzykami „Niech żyją wyzwoliciele!”. Do 29 czerwca panował w miasteczku względny spokój. Tego i następnego dnia jacyś Niemcy – nie wiadomo, czy z miejscowego posterunku, czy też z przyjezdnego komanda – przeprowadzili typową akcję pacyfikacyjną. Jak ujął to Kejles: „zebrali w obozie przy stacji kolejowej całą młodzież z miasteczka (Żydów i chrześcijan). W obozie oddzielono Żydów od chrześcijan. Chrześcijan zwolniono nazajutrz, 30 czerwca, w poniedziałek”. Drugim etapem była selekcja tak zwanych komunistów. Wskazać ich spośród uwięzionych Żydów mieli Polacy. Zdaniem Kejlesa „Chrześcijanie od razu wykorzystali daną im okazję” i wybrali dziesięciu mężczyzn; „Z tych dziesięciu Żydów zabito 7″.

Po kilku spokojnych dniach „5 lipca 1941 r. Polacy zaczęli rabować żydowskie mieszkania, bić i zabijać Żydów. Polacy: Janek Malinowski, szofer Józek i inni zabili kijami żydowskiego szewca o imieniu Michał”. Nie wiadomo, co działo się w następnych dniach, w każdym razie 10 lipca jacyś bliżej nieokreśleni „Polacy z własnej inicjatywy zebrali wszystkich Żydów przy pomniku Lenina”. Zbiórka przerodziła się w połączony z szykanami spektakl niszczenia symboli sowieckich. Tak jak w wielu innych miejscowościach, scenariusz obejmował wymuszenie na Żydach, by ubrali się w tałesy i rozbili pomnik Lenina. Zawinięte w prześcieradła resztki pomnika musieli przenieść cmentarz. Po drodze organizatorzy spektaklu nie szczędzili swoim ofiarom szykan, między innymi kazano im głośno płakać, wrzucano do rzeki, „przy czym na skutek uderzenia o słup mostu został zabity Żyd nazwiskiem Kusidowicz, szklarz”. Kejles podkreślił: „Pogrzeb Lenina zorganizowała głównie miejscowa inteligencja”, na czele z nauczycielem Gilewskim. „Przez kilka tygodni Polacy mieli całą władzę w swoich rękach. Do końca lipca trwały rabunki i morderstwa w żydowskich domach”.

Od początku sierpnia 1941 r. w miasteczku rządziła niemiecka żandarmeria. Spokój panował do 8 listopada, kiedy zaczęły się masowe egzekucje. Po dwóch dniach mordów miejscowa społeczność żydowska przestała istnieć.

131  T. 2. V, dok. nr 1.

132 T. 2V, dok. nr 26.

Str. 224-225

„Wokół Jedwabnego” Red. Paweł Machcewicz, Krzysztof Persak. Tom I: Studia, Warszawa, Instytut Pamięci Narodowej, 2002, s. 526

 

Andrzej Żbikowski – „Pogromy i mordy ludności żydowskiej w Łomżyńskiem i na Białostocczyźnie latem 1941 roku w świetle relacji ocalałych Żydów i dokumentów sądowych”