Prof. Jan Grabowski: Bronię Jana Tomasza Grossa – „Wyborcza” 7 listopada 2015

Gdyby debata o postawie Polaków wobec Żydów w czasie wojny miała się toczyć nie w pismach naukowych i salach konferencyjnych, lecz na sali sądowej, dojdzie do międzynarodowej kompromitacji Polski.

Jan-Tomasz-Gross.jpg

Niedługo mija 35 lat od chwili ukazania się ważnego eseju Jana Józefa Lipskiego „Dwie ojczyzny – dwa patriotyzmy„. Pomimo ogromnego przyrostu naszej wiedzy historycznej, a przede wszystkim otwartości, z jaką można dziś (lub przynajmniej można było do niedawna) dyskutować nad bolesnymi tematami polskiej historii, podstawowe tezy eseju brzmią dziś równie słusznie jak wtedy, kiedy zostały napisane. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że z każdym tygodniem, z którym w przeszłość odchodzi pluralistyczny projekt III RP, wnioski Lipskiego stają się coraz to bardziej aktualne, coraz bardziej na czasie.

Zacznę od cytatu: „Strzeżmy się i podejrzliwie patrzmy na każdą nową ofensywę patriotyzmu – jeśli jest bezkrytycznym powieleniem ulubionych sloganów megalomanii narodowej. Za frazeologią i rekwizytornią – miłą przeważnie każdemu Polakowi – czają się przeważnie cyniczni socjotechnicy, którzy patrzą, czy ryba bierze na ułańskie czako, na husarskie skrzydło, na powstańczą panterkę. I jest to coś na kształt bagniska:/ Traf tam, a coraz głębiej wciska – pisze Miłosz w Traktacie moralnym„.

Ryba brała na powstańczą panterkę w 1981 r. i ryba bierze na nią w roku 2015. Narodowy triumfalizm przetrwał zmiany ustrojowe i nadal ma się w najlepsze – a to, że polską politykę historyczną napędzają dziś nie aktywiści z PZPR-u, lecz politycy z praktycznie wszystkich ugrupowań – od lewicy po skrajną prawicę – jest świadectwem tego, jak wiele racji miał Lipski.

Na temat polityki historycznej pisałem obszernie jakiś czas temu na łamach „Gazety Wyborczej” i nie widzę powodu, żeby wypowiadać się w tej sprawie po raz drugi. Natomiast tym, co skłania mnie do zabrania głosu w „pokrewnej” sprawie, jest trwająca i przybierająca na sile nagonka na Jana Tomasza Grossa – człowieka, który zrobił więcej niż ktokolwiek inny dla „odczarowania” polsko-polskiego dialogu o niewygodnych, przemilczanych i zakłamanych fragmentach naszej własnej przeszłości.

Przyczyną tej nagonki stał się artykuł Grossa, który ukazał się nieco ponad miesiąc temu we wpływowym, opiniotwórczym tygodniku niemieckim „Die Welt” pod tytułem „Die Ost-Europäer haben kien Schamgefühl” („Wschodni Europejczycy nie mają wstydu”). W ujęciu Grossa wrogie nastawienie narodów wschodniej Europy do nadciągających z południa uchodźców jest jakoś powiązane z tym, że społeczeństwa te nie przemyślały swojego własnego nastawienia do Zagłady, nie umiały się zdobyć na krytyczną refleksję dotyczącą własnego udziału w hitlerowskiej polityce eksterminacji Żydów.

Można się tu z Janem Tomaszem Grossem zgadzać lub nie, ale to nie ta część jego wypowiedzi wywołała największe oburzenie tak licznych polskich czytelników „Die Welt”. Kamieniem obrazy narodowej stało się stwierdzenie Grossa, że „podczas wojny Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców”. Oburzenie czytelników było tak wielkie, że stu kilkudziesięciu spośród nich uznało za stosowne złożyć na autora donos do prokuratury, a prokuratura właśnie wszczęła dochodzenie o możliwe „znieważenie narodu polskiego”. A za znieważenie narodu polskiego, jak głosi artykuł 133 kodeksu karnego, można trafić na kratki na trzy lata.

Pomijając niejasność określenia „znieważenie narodu” (rozstrząsanie zasadności tego sformułowania zostawmy prawnikom), warto w tym miejscu zastanowić się nad historyczną wagą i nośnością inkryminowanej tezy. Otóż stwierdzenie, że Polacy za okupacji zabili (bądź też wydali na śmierć) więcej Żydów, niż zabili Niemców, wydaje się całkowicie uzasadnionym podsumowaniem stanu badań historycznych. Ze swej strony mogę jedynie dodać, że sam gotów jestem tej tezy bronić – na podstawie lat pracy w dziesiątkach polskich i zagranicznych archiwów.

Można toczyć spór, czy lista niemieckich ofiar kampanii wrześniowej, zamachów podziemia, akcji partyzanckich oraz powstania warszawskiego jest rzeczywiście dłuższa od listy żydowskich ofiar szmalcowników, granatowych policjantów, polskich strażaków, junaków z Baudienstu oraz tysięcy tzw. gapiów, którzy ochoczo włączyli się w mordowanie i w wyszukiwanie Żydów w likwidowanych gettach, ale w żaden sposób nie można wyniku takiej dyskusji uznać za przesądzony. A już z całą pewnością nie można oskarżać wybitnego uczonego o „znieważanie narodu polskiego” tylko dlatego, że postawił tezę (nie jako pierwszy zresztą), która jest celna i która domaga się wnikliwej debaty.

Gdyby taka debata miała się jednak toczyć nie na łamach pism naukowych i w salach konferencyjnych, lecz na sali sądowej, to z całą pewnością dojdzie do międzynarodowej kompromitacji Polski na skalę nieznaną od dawna. Oskarżenia o znieważenie godności narodu budzą natychmiastowe skojarzenia z dzisiejszą Turcją, Pakistanem czy też z Rosją – krajami, w których towarzystwie większość Polaków czułaby się – jak należy mieć nadzieję – nieswojo.

*Jan Grabowski – profesor historii, University of Ottawa / Université d’Ottawa

Reklamy

Biedni Polacy na żniwach (recenzja „Złotych Żniw” Jana T. Grossa) – Marcin Zaremba „Gazeta Wyborcza” 17 stycznia 2011

To-nie-jest-zdjecie-ze-zniw--Kopacze-z-Wolki-Okrag.jpg

To nie jest zdjęcie ze żniw. Kopacze z Wólki Okrąglik i sąsiednich wsi pozują do wspólnej fotografii z milicjantami, którzy zatrzymali ich na gorącym uczynku. W chłopskich kieszeniach były złote pierścionki i żydowskie zęby. U stóp siedzących ułożone czaszki i piszczele… (Fot. Archiwum prywatne)

 


Straty niemieckie na terenie okupowanej Polski do lata 1944 r. nie przekroczyły 3 tys. Jakie są zatem implikacje liczb przytoczonych przez Grossów? Ni mniej, ni więcej takie, że byliśmy, a przynajmniej chłopska część naszego społeczeństwa, nie po tej stronie, po której nam się wydawało, że byliśmy, skoro zabiliśmy więcej Żydów niż Niemców.
Najnowszy esej Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej-Gross liczy zaledwie sto kilkanaście stron, jednak ma siłę rażenia porównywalną do jego poprzedniej książki „Strach”, która wywołała ogólnopolską debatę.

Gross przyzwyczaił nas, że w swoich rozważaniach idzie pod prąd. Przełamuje kolejne tabu. W „Sąsiadach” zarzucił Polakom współuczestnictwo w Holocauście, przywołując wstrząsający obraz stodoły w Jedwabnem, do której zapędzili swoich żydowskich sąsiadów, żeby ich spalić żywcem. „Złote żniwa” idą dalej ; traktują o tym, jak Polacy (głównie chłopi) skorzystali materialnie na zagładzie ludności żydowskiej, grabiąc jej domy, warsztaty, mienie. Zwłaszcza po 1942 r., gdy rozpoczęła się tzw. trzecia faza Holocaustu, czyli wyłapywanie ukrywających się Żydów, którym cudem udało się uniknąć śmierci w gettach i obozach zagłady. W setkach miejscowości, zwłaszcza mniejszych, sąsiedzi Polacy plądrowali opuszczony majątek. Zdarzało się, że czyhali na ubranie zmuszonych do rozebrania się przed egzekucją Żydów. Wstrząsający fragment książki mówi o bezdusznym sprzedawaniu wody ludziom wiezionym na śmierć w bydlęcych wagonach.

Gorączka złota

Dla Polaków ten okres to „gorączka złota”, czas łowów na bezbronnych i zagarniania resztek, które spadły z „pańskiego” stołu Niemców. Grossowie nie pomijają tego, że to głównie naziści skorzystali materialnie na Zagładzie. Że do Niemiec szły wagony, m.in. z Umschlagplatzu, wyładowane dziełami sztuki, meblami, kosztownościami. Naziści nie musieli przekopywać dołów z trupami w poszukiwaniu złotych zębów. Oni je zabierali wcześniej, chyba że przeoczyli. Doły przekopywał ktoś inny: Polacy. Dokładniej: niektórzy Polacy.

Gdyby rzecz dotyczyła tylko grabieży, na jednej szali mielibyśmy Niemców elegancko pakujących tony łupów w ostemplowane skrzynie, wywożone do Reichu setkami transportów, z drugiej niektórych Polaków grzebiących w dołach z szambem pozostałym w obozach zagłady w poszukiwaniu pierścionków i obrączek. Cmentarna hiena nie jest wizerunkiem, w którym chcielibyśmy się rozpoznać. Ale jest wizerunkiem prawdziwym. Jednak na grabieży rozrachunek z przeszłością się nie kończy: równie prawdziwy, a bardziej odrażający jest obraz morderców zabijających Żydów dla pary butów, kapoty, kosztowności. I ten portret historycy znają od dawna. Podobnie jak nowością nie jest obraz szmalcowników szantażujących zbiegów z getta.

Impulsem do napisania „Złotych żniw” stała się fotografia opublikowana trzy lata temu w „Gazecie Wyborczej”. Na zdjęciu widzimy kilkudziesięciu chłopów (mężczyzn i kobiety) uzbrojonych w szpadle, przed nimi leżą czaszki i kości pomordowanych w Treblince Żydów. Obok stoi grupa milicjantów. Zdjęcie zrobiono prawdopodobnie latem 1945 bądź w 1946 roku. Grossowie nie mają pewności, czy uwiecznieni na zdjęciu ludzie zostali złapani na gorącym uczynku podczas poszukiwań, czy przygonieni do wyrównywania gruntu po uprzednich „wykopkach”. Ta druga interpretacja moim zdaniem bardziej przekonuje. Prawdopodobnie chciano w ten sposób udokumentować prace nad porządkowaniem poobozowego terenu. Zdjęcia z milicyjnych interwencji, np. złapania bimbrowników, miały inną poetykę. Na twarzach chłopów nie widać cienia przerażenia związanego z ewentualnym aresztowaniem. Sugestia, że było to zdjęcie amatorskie z „życia wsi”, jest trudna do obrony. Klisz, odczynników, wreszcie samych aparatów fotograficznych było wówczas jak na lekarstwo.

Autorzy „Złotych żniw” uczciwie przyznają, że czytelnik zainteresowany problematyką zagłady Żydów nie znajdzie w książce nowych faktów. Większość została już opisana przez polskich historyków. Na przykład wiedzę o tym, co się działo na terenach poobozowych, zawdzięczamy Martynie Rusiniak („Obóz zagłady Treblinka II w pamięci społecznej, 1943-1989 „). Magistrantka profesora Jerzego Tomaszewskiego opisała, jak po wojnie okoliczna ludność wyspecjalizowała się w przeczesywaniu grobów zamordowanych Żydów w poszukiwaniu złota i kosztowności. Całe pole poobozowe wyglądało jak kopalnia odkrywkowa – zryte, wszędzie doły, w których poniewierały się ludzkie kości. W powietrzu unosił się odór gnijących ciał. Niektórzy „poszukiwacze złota” posługiwali się bombami w celu wydobycia zwłok na powierzchnię. Dzięki zdobytemu tą drogą złotu okoliczne wsie odżyły materialnie.

Moralna poprzeczka

Pierwsze strony „Złotych żniw” opisujące zdjęcie chłopów przypominają esej historyka sztuki, który za przedmiot rozważań bierze jeden konkretny obraz, np. Pietera Bruegla Starszego „Chłopskie wesele”. Gdyby omówił tylko kompozycję i przedstawione postaci, odczuwalibyśmy niedosyt. Znawcy malarstwa oczekiwaliby czegoś więcej: próby rozwikłania kryjącej się w obrazie zagadki: gdzie jest pan młody? Nie tylko datowania płótna, ale i przedstawienia historii jego powstania, naszkicowania kulturowego kontekstu sceny, obyczajowości niderlandzkich chłopów, zwrócenia uwagi na detale, np. ssące palec dziecko – symbol głodu.

Oczywiście esej rządzi się swoimi prawami. Prezentuje punkt widzenia autora, który nie musi pisać o wszystkim. Jednak niedosyt pozostaje. A z nim pytania: czy Grossowie wystarczająco przedstawili głównych bohaterów – chłopów – i ich motywy? Czy ukazali kontekst kulturowy i społeczny sceny na zdjęciu? Autorzy budują swój esej „gęstymi” przykładami, przytaczają jedna po drugiej relacje z wstrząsających grabieży i morderstw. Wszystkie są udokumentowane. Ich genezę upatrują w chciwości, ale głównie w polskim antysemityzmie, który nie pozwalał dostrzec w prześladowanych Żydach ludzi, czynił ich tymczasowymi właścicielami tak pożądanych dóbr: ubrań, butów, sprzętów, nieruchomości. Najważniejsza teza książki brzmi: „Mordowanie Żydów było zjawiskiem na tyle powszechnym, że traktowano te czyny jako swoistą, szokującą co prawda, ale normalność”. Rzeczywiście, bez trudu można dowieść rozpowszechnienia w polskim społeczeństwie antysemityzmu w czasie wojny. Mówią o tym m.in. raporty AK. Istnienie jednak normatywnej, podzielanej przez ogół zgody na zabijanie Żydów już takie łatwe do udowodnienia nie jest.

Grossowie przytaczają rozpowszechnioną pod koniec wojny wśród Polaków opinię, że Hitler zrobił porządek z Żydami. Zacznijmy od liczb. Autorzy szacują, że po 1942 r. kilkadziesiąt tysięcy Żydów zostało zamordowanych przez Polaków. Wiemy na pewno i jest to udokumentowane, że zabili oni co najmniej tysiąc Żydów, kilka tysięcy wydali Niemcom. Środowisko polskich historyków Holocaustu podziela przekonanie, że te liczby to jedynie wierzchołek góry lodowej. Badania trwają. Wiemy, że około 200-250 tysiącom Żydów udało się zbiec z gett i wagonów jadących do obozów zagłady. Przeżyło około 40-60 tysięcy. Co zatem stało się z resztą? Czy wszyscy zginęli z rąk Polaków?

Jakiś procent trzeba złożyć na karb naturalnej przyczyny zgonów. W efekcie grypy hiszpanki po I wojnie światowej zmarło więcej osób niż zginęło na polach bitew. W czasie okupacji w wielu miejscach kraju panował tyfus, w wyniku głodu i biedy wzrosła zapadalność na gruźlicę. W Bydgoszczy, tylko między 5 lutego a 25 lipca 1945 r., czyli już po wyzwoleniu, zmarło 554 dzieci w wieku do dwóch lat. Śmiertelność skokowo wzrosła również w innych grupach wiekowych społeczeństwa polskiego. Ukrywający się Żydzi byli głodni, wyczerpani fizycznie i psychicznie. Jakaś część zmarła jeszcze w czasie okupacji bądź wkrótce po jej zakończeniu. Wspominam o tym z obowiązku historyka, który musi zachować ostrożność wobec szacunkowych liczb, a nie po to, żeby umniejszyć winę morderców. Nawet gdyby aż połowa (co jest nieprawdopodobne) ukrywających się Żydów zmarła na skutek wycieńczenia, chorób, braku leków, nie zmieni to wymowy zbrodni.

Przyjmijmy jednak, że Grossowie mają rację i rzeczywiście kilkadziesiąt tysięcy Żydów Polacy uśmiercili widłami, siekierami bądź wydali Niemcom. Liczba ta przewyższa niemieckie straty osobowe w kampanii wrześniowej (17 tys. zabitych) i znacznie liczbę poległych żołnierzy Wehrmachtu w Powstaniu Warszawskim (ponad 2 tys.). Nie znam szacunków mówiących o stratach poniesionych przez Niemców na terenie okupowanej Polski od października 1939 r. do lata 1944 r., czyli do rozpoczęcia akcji „Burza”. Niemożliwe jednak, by przekroczyły one 3 tys. Jakie są zatem implikacje liczb przytoczonych przez Grossów? Ni mniej, ni więcej takie, że byliśmy, a przynajmniej chłopska część naszego społeczeństwa, nie po tej stronie, po której nam się wydawało, że byliśmy, skoro zabiliśmy więcej Żydów niż Niemców. Casus Jedwabnego opisany w „Sąsiadach” został w społecznej opinii jakoś oswojony na zasadzie: wydarzyło się to gdzieś daleko w Łomżyńskiem, nie u nas. Grossowie zmuszają nas tym razem do przyznania, że Polacy mieli w czasie wojny krew na rękach. I to w imię czego? Złotych zębów. Dyskredytuje naszą heroiczną opowieść o ofierze.

Piszą: „Pobieranie pieniędzy od ukrywających się Żydów stawia pod znakiem zapytania przyjęty w powojennej polskiej historiografii pewnik, że za przechowywanie Żydów w czasie okupacji bezwarunkowo karano śmiercią, i to w dodatku zabijając wszystkich członków rodziny”. Nie widzę związku.

Pobieranie pieniędzy stawia pod znakiem zapytanie bezinteresowność, szlachetność gestu pomocy, odruch serca. Kara śmierci była po prostu niemieckim prawem. Co do oburzenia na pobieranie pieniędzy – rzeczywiście nie ma się czym chwalić. Wolelibyśmy heroiczny obraz rodzin ukrywających swoich bliźnich i niebiorących od nich grosza. Tyle że zapomina się przy tym o ekonomicznych realiach dnia codziennego, zwłaszcza w miastach. Za coś trzeba było kupić mąkę, słoninę, ziemniaki. Kilkusetprocentowy wzrost cen przy zatrzymaniu płac na poziomie przedwojennym oznaczał skokową pauperyzację społeczeństwa. Wojna pozbawiła źródeł utrzymania miliony ludzi. Dla żon oficerów, ludzi starszych pozbawionych ubezpieczeń często jedynym źródłem utrzymania było wynajęcie pokoju albo zagrożone śmiercią przechowanie Żyda.

Jan Tomasz Gross i Irena Grudzińskiej-Gross bardzo wysoko ustawiają moralną poprzeczkę. Nie przeskoczyły jej syte, zachodnie społeczeństwa, a mieli Polacy, pozbawieni oficjalnych instytucji życia społecznego, które – jak twierdzą socjolodzy – przez sam fakt swego istnienia tworzą system kontroli społecznej.

Kości leżały wszędzie

Swój sposób patrzenia na historyczną rzeczywistość autorzy porównują do pracy antropologa, który badając egzotyczne obyczaje odległych plemion, by zdobyć potrzebne dane, wykorzystuje przypadkiem napotkanego informatora, z którym można się porozumieć. Problem w tym, że w ten sposób badało się „dzikich” jakieś sto lat temu, nim na Triobriandach Bronisław Malinowski dokonał rewolucji w antropologii. Przypomnijmy, jej istota polegała na położeniu nacisku na bezpośredni kontakt z członkami badanej kultury oraz dążeniu do zrozumienia i opisania jej wytworów, instytucji oraz zwyczajów.

Autorzy „Złotych żniw” przyjmują punkt widzenia ofiary, stają po stronie prześladowanych. Ich opis powoduje, że odczuwamy ich ból, samotność i strach. To wielka zasługa, że przybliżają nam tę perspektywę. Namawiają nas, żebyśmy wczuli się w sytuację prześladowanych i mordowanych Żydów. Tak, to powinna być nasza europejska pokuta, codzienny trening. Ale to nie wystarczy. Dla historyka to za mało. Warto pójść dalej, poznać i zrozumieć mechanizmy, które doprowadziły do takich zachowań, zastanowić się, jaka była polska banalność zła. Dla ukrywających się chłopi „byli gorsi od Niemców”. Aż chce się ich znienawidzić. Przydałaby się jednak próba bardziej pogłębionego wyjaśnienia motywów ich zachowania, pokazania ich na szerszym tle. Analiza motywów nie służy usprawiedliwieniu tych, którzy popełnili zbrodnie na Żydach. Nie jest równoznaczna z mową obrońcy powołującego się na okoliczności łagodzące. Zrozumienie nie jest synonimem usprawiedliwienia.

Niestety w „Złotych żniwach” podobnej próby zrozumienia nie ma. Przedstawieni w nich chłopi to tłuszcza, amorficzny tłum, o którym autor nie mówi nic więcej poza tym, że tworzą go katolicy nienawidzący Żydów. Zacytuję: „Gdy miejscowi, ojcowie rodzin i pobożni katolicy, nasycili się gwałceniem kobiet…”. Autor tych słów nie podaje jednak, skąd czerpie wiedzę o religijności polskiej wsi. A przecież w „Antropologii kultury wsi” polskiej Ludwika Stommy można znaleźć opinię, że katolicyzm przedwojennej społeczności wiejskiej był zrytualizowany, płytki, na pograniczu pogaństwa. Zaczynał się i kończył na progu kościoła.

Grossowie pytają o reakcję duchownych na wiejskie polowania na Żydów: „Co na to Kościół?”. Częściową odpowiedź (badania ciągle trwają) znamy dzięki pracom Dariusza Libionki. Brzmi ona – nie zrobił nic, by pomóc „naszym starszym braciom” (wyjątek stanowił metropolita Kościoła greckokatolickiego Andrzej Szeptycki). Ja postawię jeszcze jedno pytanie: Co na to dwór? Jeśli rzeczywiście mieliśmy do czynienia z masowym chłopskim mordem, to powinny zachować się na jego temat liczne wzmianki w materiale źródłowym pozostawionym przez warstwę ziemiańską. A może było tak, że tam, gdzie dwór trwał, gdzie nie nastąpiło zachwianie i rozluźnienie tradycyjnego systemu władzy i kontroli społecznej na wsi, tam rzadziej dochodziło do chłopskich polowań na Żydów?

Od historycznej monografii, która – mam nadzieję – kiedyś na ten temat powstanie, chciałbym się dowiedzieć, czy ci wieśniacy na co dzień chodzili w butach czy boso (to ostatnie stanowiło regułę na polskiej wsi), czy w chałupie mieli podłogę czy klepisko, czy byli analfabetami czy może ukończyli cztery klasy, czy cieszyli się z posiadania pięciu hektarów, czy też byli „dziadami”, wiejskimi biedakami, w sezonie „robiącymi u dziedzica”. Oczekiwałbym próby stworzenia geograficznej mapy przemocy wobec Żydów, bowiem wieś była zróżnicowana nie tylko pionowo, ale również przestrzennie. W bibliografii pracy, na którą czekam, chciałbym znaleźć choćby przypis do wspomnianej wyżej „Antropologii kultury wsi polskiej” Ludwika Stommy, który pisał, że dla polskiego chłopa „obcy zawsze miał pozostać obcym. Taki był po prostu porządek ludowego świata”. Nie wyobrażam sobie, żeby przyszły badacz nie sięgnął również po pracę Ludwika Landaua, Jerzego Pańskiego i Edwarda Strzeleckiego „Bezrobocie wśród chłopów” opublikowaną w 1939 roku. Dowiedziałby się z niej, że autorzy szacowali liczbę ludności zbędnej na wsi w całym kraju na 2 mln 400 tys ., a w województwach centralnych na 900 tys. ludzi. Czy przypadkiem nie z „niebezpiecznej klasy”, jak nazywa „zbędnych” Robert Castel, w dużej mierze rekrutowali się mordujący Żydów chłopi?

Wyobrażenie o poziomie życia na wsi dają opracowania przedwojennych socjologów. Dowiadujemy się z nich, czym dla chłopów był Wielki Kryzys, jakie straszliwe ubóstwo (materialne i mentalne) panowało na polskiej wsi. To nie legendy: naprawdę dzielono zapałkę na czworo, nie posyłano dzieci do szkoły, bo brakowało butów. Grypa szalała – by użyć tytułu powieści Jalu Kurka – nie tylko w Naprawie. Gdy podczas obrony Warszawy we wrześniu 1939 r. trafili do niej zmobilizowani chłopi, niektórzy zachowywali się jak dzicy. Nie umieli skorzystać z toalety, nie wiedzieli, do czego służy papier toaletowy. Warto to przypominać dzisiejszym apologetom II Rzeczypospolitej. Ale gdy o tym wszystkim się pamięta, łatwiej przychodzi wytłumaczyć, dlaczego mieszkańcom wsi tak bardzo świeciły się oczy do tego legendarnego „żydowskiego złota”.

Do tego, co się działo w sferze normatywnej na polskiej wsi w czasie wojny pasuje doskonale koncepcja „rozkładu aktywnej kontroli moralnej” Floriana Znanieckiego (razem z Williamem I. Thomasem napisali „Chłopa polskiego w Europie i Ameryce”).

Grossów dziwi spokój osób na zdjęciu stojących i siedzących wokół ludzkich szczątków. Mnie nie dziwi. Śmierć była immanentną częścią chłopskiego losu. Rodziło się i umierało w domu. Elementem pogrzebowej oprawy było zdjęcie rodziny nad otwartą trumną. W 1945 r. zwłoki i kości leżały wszędzie. Doły śmierci były w całej Polsce. Wiosną w Warszawie cuchnęło tak, że ludzie obawiali się wybuchu cholery. „Zdawało mi się, że idę po trupach, że za chwilę spod nóg wytryśnie krew” – wspominał ktoś swój spacer po stolicy.

Chłopska wojna

W „Złotych żniwach” czytelnik znajdzie tylko jedno zdanie, w którym autor przyznaje, że Niemcy grabili też inne narody. Przypomnijmy więc krótko. W Polsce Niemcy przećwiczyli grabież najpierw na ludności polskiej w Wielkopolsce i na Pomorzu już w 1939 roku. Chodzenie w futrze zimą 1942 r. groziło utratą odzienia bez względu na to, czy się było Żydem, czy Polakiem. W 1945 r. dochód narodowy osiągnął zaledwie 38,2 proc. poziomu z 1938 roku. Wojenna i powojenna Polska to kraj nędzarzy.

Ubóstwo i jego korelaty: zawężenie perspektyw społecznej i analfabetyzm mogą być jednym z ważnych źródeł zachowań aspołecznych, niechęci do obcych. Wystarczy odwiedzić fawele w Ameryce Południowej, Afryce czy nasze wsie po byłych PGR-ach. Historia też dostarcza wielu przykładów, a jednym z ważniejszych może być wygnanie Żydów z Hiszpanii, które nastąpiło – przypomnijmy – w okresie przedłużającej się recesji pod koniec XV wieku. Już dawno Fernand Braudel wskazał na korelację między ruchami koniunktury ekonomicznej i demograficznej a pogromami, wypędzaniem i przymusowymi konwersjami, które składają się na dzieje martyrologii Żydów.

Rzecz jasna autorzy „Złotych żniw” mają rację, że wśród polskich prześladowców byli również zamożni chłopi, a także granatowi policjanci. Twierdzą, że za agresją wobec Żydów i ich popiołów stała ludzka chciwość i antysemityzm. Ich zdaniem źródeł przemocy wobec ukrywających się Żydów powinniśmy szukać albo w specyfice wojny, wzroście agresji, bandytyzmie, marginesie społecznym, pozrywaniu moralnych więzi, albo mieliśmy do czynienia z unormowaną praktyką zbiorową, antysemityzmem. Grossowie budują konstrukcję logiczną na zasadzie Tertium non datur , nie tylko wykluczają pierwszą możliwość, słowem, nie było w Polsce np. zjawiska bandytyzmu, ale również nie przyjmują istnienia trzeciej możliwość, to znaczy, że mogło być i tak, i tak. Częściowo go rozumiem. Jest to – jak się zdaje – reakcja na zrzucanie przez „obrońców polskości” odpowiedzialności na margines społeczny. Usprawiedliwianie wszystkiego wojną.

Ale z drugiej strony negowanie, że wojna prowadziła do patologii wielu sfer życia społecznego, że nastąpił wzrost bandytyzmu, że miała miejsce głęboka dezorganizacja w sferze kultury, moralności do tego stopnia, że możemy mówić wręcz o atrofii więzi moralnej, oznacza zakwestionowanie wniosków pokoleń psychologów i socjologów zajmujących się wpływem klęsk elementarnych na zachowanie się ludzi.

Na wsi bandytyzm przybrał rozmiary epidemii. Ofiarami napadów padali zarówno Polacy, jak i Żydzi, choć na pewno na sto napadów Żydzi częściej niż Polacy ponosili śmierć z ręki bandytów. Wedle danych milicyjnych, które powinniśmy pomnożyć co najmniej przez pięć, w 1945 r. miały zostać popełnione 265 962 przestępstwa, w tym m.in.: 26 471 rozbojów, 10 073 uszkodzeń ciała, 121 729 kradzieży. Nawet jeśli część tych przestępstw przypiszemy radzieckim maruderom, to i tak mieliśmy prawdopodobnie do czynienia z największym wzrostem przestępczości w XX wieku.

Na Lubelszczyźnie istniały całe wsie „bandyckie” – jak określała je okoliczna ludność – w których wielu mężczyzn trudniło się rozbojem. Chłopski bandytyzm najczęściej był „interesem” rodzinnym; na żer wyruszali ojciec z synem, bracia, szwagier. Z okolic Kalisza ktoś donosił we wrześniu 1945 r.: „I jeszcze jeden zbrodniczy wypadek, który już jest wykryty. Znalazła kobieta zabitego w boru, a był on z Grodźca, nazywał się Michał Zbanuszek, a zabili go z pieniędzy, miał przy sobie 20 tys., szedł kupić krowę. Został zabity przez Wieczorków, zabili go ojciec z synem”.

Z upływem lat wojny następowała brutalizacja zachowań i eskalacja agresji. Na pobicie odpowiadano pobiciem, na gwałt gwałtem. Gdy obwiniony się ukrywał, chłostą karano pozostałych członków rodziny, zabierano dobytek, podpalano zabudowania. Nierzadko zdarzały się zabójstwa dokonywane przez rozwścieczonych napastników. Sytuacja zaczynała przypominać tę, którą znamy z chłopskich krajów południa Europy, gdzie obowiązek vendetty spada na wszystkich mężczyzn rodziny. Jak zwrócił uwagę jeden z pamiętnikarzy, w jego wsi w ramach tej wojny zginęło więcej ludzi niż na froncie.

Także na zjawisko plądrowania opuszczonej własności trzeba popatrzeć szerzej. Nie zaczęło się wraz z likwidacją gett, lecz dużo wcześniej, i wcale niekoniecznie było związane z żydowskim pochodzeniem właścicieli dóbr. Szaber zaczął się już we wrześniu 1939 r. „Chłopaki” z Czerniakowa, koledzy Stanisława Grzesiuka, przyznawali.: „Żyje się z tego, co nałapaliśmy z płonących magazynów i fabryk w czasie oblężenia. Sprzedaje się jedne rzeczy, a za to kupuje się to, co jest potrzebne”. Na Kresach silnym impulsem do szabrowania okazało się przejście frontu w czerwcu 1941 r. Jeden z chłopskich pamiętnikarzy zapamiętał jak grabiono trupy żołnierzy Armii Czerwonej: „Zaczęli cuchnąć, trzeba zakopać. Znów przyszedł Franek Nikłas i zaczął ściągać buty co lepsze. Zaczął ciągnąć – nie idą, nogi już zesztywniały. Ciąga jednak uparcie, a trup otwartymi oczyma patrzy na niego. Ręce szeroko rozkrzyżowane, głowa uderza o bruk. A ten go ciąga po ulicy. No, ma już trzy pary. Chyba starczą na dwie zimy. A to ciało zakopać musi. Taki ma rozkaz pana wójta. Zdjął dwóm paski, związał końcami, zarzucał na szyję i powoli, niby bronę po swym ogrodzie, ciągnął trupy na łąkę. Ułożył na kupę równo i obrzucił ziemią – gotowe. Uśmiechając się, z butami w ręku poszedł do domu. Zrzucił swoje chodaki. Przymierzył jedne, najlepsze – jakby na niego robione. Obmył z krwi. Wysmarował okrasą. Ha, ha, świecą się, kiej u pana”.

Na obrazie Breugla

Obcość etniczna Żydów stanowiła tylko rodzaj markera typującego przedmiot podlegający grabieży – ułatwiała pokonanie wewnętrznych barier, bo „zabrać niemieckie łóżko czy żydowską kołdrę to nie grzech”. Jednak obcość ta nie była najważniejszym i nawet koniecznym czynnikiem wprawiającym w ruch szabrujące tłumy. W „Newsweeku” Anna Machcewicz opisała („Tajemnica liberatora”, „Newsweek”, 8 X 2006), jak w sierpniu 1944 r. chłopi ze wsi Nieszkowice Wielkie (okolice Bochni) splądrowali rozbitego liberatora oraz nieżywą polską załogę, z której zdarli mundury. Od stycznia do marca 1945 r. Warszawa padła ofiarą szabrowników, mieszkańców Pragi i okolicznych chłopów. I to plądrowanie łączyło się z nieporównanie większym ryzykiem niż na terenach Treblinki. Zburzona Warszawa stanowiła jedno wielkie pole minowe, wszędzie leżały dziesiątki tysięcy min i pocisków.

Złote koronki wyrywano po wojnie nie tylko z żydowskich czaszek. Mieszkanka Krakowa mająca groby rodzinne prawdopodobnie na jednym z tamtejszych cmentarzy pisała w prywatnym liście (21 maja 1945 r.): „Od tygodnia rabują złodzieje na cmentarzu grobowce, szukają złotych zębów – grobowiec, w którym Kazio leży, był też otwierany i 3 trumny ruszane – Kazia, Matki Wandy i siostry. Trumnę Kazia widzieliśmy, leżała na bok obrócona. […] Z soboty na niedzielę było 24 grobowce otwierane i zrabowane, pewnie, że to wina zarządu, bo pilnują we dnie, zamykają zawczasu, ale i zarząd niewiele może w dzisiejszych czasach”. Hieny cmentarne w poszukiwaniu złotych zębów i obrączek niszczyły również niemieckie miejsca pochówków. „Nieraz […] widziałem – wspominał mieszkający po wojnie we Wrocławiu Wojciech Żukrowski – stare mieszczańskie groby z odsuniętymi płytami, blaszane trumny z wyciętym otworem, gdzie powinny znajdować się splecione dłonie zmarłego ze złotą obrączką. Również u góry blachę podwijali jak wieczko pudełka sardynek – wyłamywali zęby i mostki”. Rozkopane groby i zdemolowane krypty należy dopisać do obrazów powojnia.

28 września 1946 r., czyli w tym samym czasie, gdy chłopscy „kopacze” ryli na polach Treblinki, doszło do katastrofy kolejowej na stacji Łódź-Kaliska. Zginęło 21 osób, a ponad 40 zostało rannych. Zgromadzeni na peronie podróżni gremialnie ruszyli w kierunku poszkodowanych. Nie po to, żeby im pomagać. Rzucili się ich okradać. Źródła nie mówią nic o pochodzeniu etnicznym ofiar katastrofy.

W historii plądrowanie, w tym także grobów, najczęściej przypadało na moment zawieszenia, chaosu, czasowego zaniku struktur władzy. Wszystkie te wydarzenia łączył także udział jako sprawców ludzi odczuwających głęboką deprywację materialną, a więc służbę, biedniejszych chłopów, plebs miejski. Możemy się domyślać, że większość z nich podzielała chłopską „wizję świata ograniczonych dóbr”; świata, w którym zawsze czegoś brakuje, przede wszystkim jedzenia. Na obrazie Breugla symbolicznie czai się głód. Jan Tomasz Gross i Irena Grudzińska-Gross go nie dostrzegają. Widzą chciwość i antysemityzm. Przyznaje, że łupienie Żydów nie było tylko naszym udziałem, ale że na sumieniu współudział w Zagładzie mają również inne narody np. Francuzi, Litwini, Węgrzy, Grecy. Na stronach „Złotych żniw” znajdziemy krótką wzmiankę o splądrowaniu dzielnicy żydowskiej w Salonikach zaraz po tym, gdy jej mieszkańców zapędzono do wagonów. Brak jest jednak choćby słowa o tym, że w Grecji panował wówczas głód zbliżony do tego w Leningradzie i że z jego powodu w latach 1941-1942 zmarło 300 tys. osób.

Szaber był rodzajem ludowej reakcji na kryzys, niekiedy permanentnego stanu niedoboru i biedy. W jego genezie dostrzec można również inne charakterystyczne dla kultury chłopskiej pierwiastki: pragmatyzm i utylitaryzm. „Nie wiadomo, co życie przyniesie, lepiej się zabezpieczyć”; „A nuż, się przyda”.

Grossowie tego wszystkiego nie dostrzegają. Mają prawo. Ale czy ogólne przesłanie książki na tym nie traci? Czy nie uprawomocniają się w ten sposób zarzuty obrońców narodowej niewinności o tendencyjności autora?

Potrzebujemy Jana Tomasza Grossa. Bez niego nasze samopoczucie byłoby lepsze, ale nasze życie intelektualne uboższe. Tylko on w tym najlepszym dla Polski okresie entuzjazmu, „zielonej wyspy” i dumy z ostatniego dwudziestolecia potrafił zmusić nas do zatrzymania się, popatrzenia wstecz i przepracowania – jak to świetnie określiła Joanna Tokarska-Bakir – naszej „obsesji niewinności”. Jego zasługą jest także to, że po latach wyparcia coraz mocniej do naszej świadomości dociera współwina za Holocaust.

* Marcin Zaremba (ur. 1966 r.) pracuje w Instytucie Historii UW i Instytucie Studiów Politycznych PAN. Opublikował m.in.: „Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm. Nacjonalistyczna legitymizacja władzy komunistycznej w Polsce”.

***

Recenzja na podstawie rękopisu nie uzgodnionego z wydawnictwem ZNAK. Książka ma się ukazać niebawem

Holocaust. „I tak nas Polacy złapią, przekażą Niemcom”. Większość Żydów nie miała siły uciekać – Anna Bikont, „Gazeta Wyborcza” 21 kwietnia 2018

Szanse przeżycia ukrywających się Żydów ograniczały głód, zimno, wyczerpanie, choroby, strach, utrata nadziei i woli przeżycia. Ale największym zagrożeniem byli ludzie

Dalej-jest-noc--Losy-Zydow-w-wybranych-powiatach-.jpg

Ilu Polacy zabili Żydów w czasie II wojny? – oto jest pytanie. Zdominowało dyskusję nad książką, zanim jeszcze ktokolwiek ją przeczytał, chociaż nie jest głównym tematem publikacji zbiorowej Centrum Badań nad Zagładą Żydów „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego

Wiemy o gettach w Warszawie czy Łodzi. Ale większość polskich Żydów żyła w miasteczkach rozsianych po całej Polsce. W czasie wojny byli tam na dotknięcie ręki sąsiadów – tereny gett stanowiło zwykle kilka wyznaczonych dla Żydów ulic, które ogradzano (chociaż niekoniecznie) drewnianym płotem lub drutem kolczastym. Ta część historii Zagłady jest o wiele słabiej znana. Do jej opowiedzenia autorzy książki wybrali dziewięć powiatów: Bielsk Podlaski, Biłgoraj, Bochnię, Dębicę, Łuków, Miechów, Nowy Targ, Węgrów i Złoczów.

Opowiedziana w niej mikrohistoria jest rozpisana na setki pojedynczych losów i zdarzeń. Podsumowana jest zbiorczo i na poziomie każdego powiatu tabelkami z mnóstwem szczegółowych danych. Tabelki rzadko poruszają. Te są przejmujące. Odsetek ocalałych w stosunku do liczby Żydów w przeddzień wywózek do obozów zagłady: w Miechowie – 0,6 proc., średnio w badanych powiatach: 1,8 proc. Albo: Żydzi, którzy zginęli na terenie powiatu bielskiego po wywózkach: wydani lub złapani przez sąsiadów, a potem zabici przez Niemców – 241, zabici przez sąsiadów – 32.

Szacuje się, że na terenie Polski próbowało się ukryć 200-300 tys. Żydów. Przeżyło 40-50 tys. Wydaje się, że w badanych powiatach ta proporcja jest nieco lepsza: na trzy osoby, które próbowały się ratować, zginęły dwie. W siedmiu z dziewięciu powiatów zdecydowana większość zginęła z rąk polskich bądź też została zabita przy współudziale Polaków. „Należy podkreślić – piszą autorzy – powszechność zachowań antysemickich, masowość skierowanej przeciwko Żydom agresji”; „pod sam koniec wojny, gdy nasiliły się działania partyzanckie, rosła liczba mordów dokonywanych na Żydach”.

W dwutomowej publikacji (1700 stron) niezwykły jest warsztat historyczny. Imponuje mnogość źródeł. Archiwa polskie, niemieckie, izraelskie, ukraińskie, białoruskie. Dokumentacja Polskiego Państwa Podziemnego i władz emigracyjnych, prasa konspiracyjna, dzienniki i relacje żydowskie, procesy powojenne polskie i niemieckie, teczki polskich sądów grodzkich z okresu okupacji, wywiady dawno spisane i przeprowadzane na użytek tych badań… Imponuje ostrożność w wykorzystywaniu źródeł. Gdy badacze nie znają dokładnych liczb, bo w dokumencie jest mowa o kilku Żydach, przyjmują liczbę trzy, o kilkunastu – 11, o kilkuset – 200.

Holocaust zajmuje dziś dużo miejsca w debacie publicznej, ale los Żydów jest z reguły tylko pendant do rozważań o postawach Polaków. Tymczasem autorów „Dalej jest noc…” łączy rzadki dzisiaj (i wtedy) dar empatii dla żydowskich ofiar. Wydobywają z zapomnienia okruchy ich życia i śmierci. Jak ten o pani Mendlowej wykrytej w kryjówce w kolonii Sieniewicze w gminie Drohiczyn z siostrą i piątką małych dzieci. Żandarmi niemieccy wyprowadzili ich za stodołę i rozstrzelali. „Mendlowa przed egzekucją okryła dzieci kocem”.

Dzieci z reguły giną bezimiennie. To cud, że możemy przechować w pamięci czteroletnią Etinkę Marsend z Bochni.

Długo uczona wielogodzinnego cichego zachowania, w listopadzie 1942 r., w czasie akcji likwidacyjnej, schowana na strychu z rodziną i sąsiadami nie zapłakała ani razu. Została wraz z nimi wykryta, ale dzięki sutej łapówce ominęła ich wywózka. W czasie ostatniej takiej akcji, we wrześniu 1943 r., jej ojciec, wyznaczony do obozu pracy w Szebniach, przemycił ją ze sobą w plecaku. Etinka nie zapłakała, kiedy esesman okładał plecak kijem, co było metodą wyszukiwania ukrytych dzieci. Została zabita już w obozie, gdy jej obecność wyszła na jaw. Ojciec rzucił się wtedy na strażnika i został na miejscu zastrzelony.

Holocaust jest tu opowieścią o ciągu niewyobrażalnych prześladowań zakończonych najczęściej śmiercią, z rzadkimi przebłyskami pomocy i dobroci. I o determinacji, odwadze, sile woli, odporności, wyobraźni, z jaką Żydzi podejmowali walkę o życie własne i najbliższych. „Nasze obserwacje zadają kłam stwierdzeniom o (…) Żydach prowadzonych na śmierć jak owce na rzeź ” – piszą we wstępie Engelking i Grabowski. Jak wyglądała ich walka o życie, najczęściej przegrana, jakie wybierano „strategie przetrwania” – to jest tematem książki.

 

Krzyki Żydów mieszały się ze śmiechem Polaków

„Na ulicach krew lała się jak woda”, „Całe miasto wyglądało jak rzeźnia, wszędzie trupy” – taki był Biłgoraj 2 listopada 1942 r., w czasie likwidacji getta.

Zagłada dokonywała się na oczach sąsiadów.

W naszych potocznych wyobrażeniach Zagłada dzieje się gdzieś daleko, w niemieckich obozach śmierci. Ale miała też miejsce w setkach małych miejscowości, gdzie Niemcy z udziałem miejscowych pomocników wyciągali Żydów z domów, znęcali się nad nimi, mordowali czy przewozili za miasto i tam dokonywali egzekucji. Tak w powiecie biłgorajskim zginęła połowa Żydów. Gdy mieszkali w rozproszeniu, w teren wyruszał niemiecki pluton egzekucyjny, jeździł od wsi do wsi, wyłapując ich i zabijając na miejscu.

Likwidacje gett były przeprowadzane z niesłychaną brutalnością. „Terror miał na celu zduszenie jakiejkolwiek woli oporu deportowanych Żydów. Dokonywane publicznie mordy stanowiły także ostrzeżenie dla nieżydowskiej ludności, a jednocześnie były sygnałem, że życie żydowskie przestało mieć jakąkolwiek wartość” – piszą autorzy.

Ilu mieszkańców opisywanych powiatów, Polaków (czasem Ukraińców i Białorusinów), współczuło Żydom, ilu było obojętnych bądź przerażonych, ilu ucieszonych – nie sposób policzyć.

A ilu było pomocników zbrodni? Z badań Centrum wynika, że naziści masowo wykorzystywali miejscowych, by likwidację gett przeprowadzić stosunkowo małymi siłami własnymi.

„Istotnym elementem niemieckiej strategii wyniszczenia Żydów” była policja granatowa, złożona głównie z przedwojennych policjantów – „wkraczali wraz z niemieckimi żandarmami do dzielnic żydowskich, brali udział w poszukiwaniach ukrywających się Żydów, złapanych eskortowali do pociągów śmierci oraz często dokonywali egzekucji”.

W kilku powiatach gorliwymi pomocnikami byli członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej. Zdarzało się, że zgłaszali się na ochotnika (co napiętnowała prasa konspiracyjna). Kolejną polską formacją, która się niechlubnie zasłużyła, była Służba Budowlana (Baudienst). Wcielano do niej mężczyzn, często chłopców, których w czasie likwidacji gett Niemcy poili wódką, uzbrajali w łopaty i siekiery i używali do pilnowania i zwożenia Żydów do miejsc kaźni, rozbierania ich do naga przed rozstrzelaniem, przytrzymywania w czasie egzekucji, wrzucania – martwych czy rannych – do wcześniej wykopanych dołów. „Za 6 zł tygodniowo i 2 brudne zupy dziennie pracuje baudienst – pisał krakowski organ Biura Informacji i Propagandy AK. – Patrzą na krew, na niesłychane w dziejach mordy i obojętnieją na znaczenie tych spraw”.

A co ze „zwykłymi ludźmi”?

Autorzy piszą: „Sąsiedzi i znajomi przyglądający się zza pleców policji masowym mordom dokonywanym na ulicach gett to jeden z obrazów, jakie pojawiają się w naszych studiach z niepokojącą częstotliwością”. Podobne opisy są zawarte w dzienniku Zygmunta Klukowskiego, szanowanego szczebrzeszyńskiego lekarza.

W czasie likwidacji getta w Biłgoraju komendant policji granatowej Michał Wiesiołowski wziął sobie do pomocy kilkudziesięcioro dzieciaków od sześciu do 12 lat. Przeszukiwali podwórka, strychy, piwnice. Za każde przyprowadzone na śmierć dziecko żydowskie rozdawał im landrynki. W Węgrowie Szraga Fajwel Bielawski z ukrycia słyszał, jak „krzyki Żydów mieszały się z wrzaskami Niemców i śmiechem Polaków. Dzieci wołały do matek: Mamo, ja nie chcę umrzeć! (…) W akcji tropienia Żydów szczególnie niebezpieczni byli młodzi, kilkunastoletni chłopcy, którzy uganiali się po mieście, szukając kolejnych ofiar i wydając je w ręce Niemców”.

Śmiech, uciecha, powtarza się w wielu relacjach. I zdrada. W Brzesku Nowym w powiecie miechowskim w przededniu akcji wysiedleńczej Boruch Elbinger przekazał córkę Leę Polakom, by opiekowali się nią w zamian za duże wynagrodzenie.

Dziewczynka została jednak odprowadzona na rynek i zginęła.

Miejscowych zaganiano do zwożenia i grzebania ciał. „Czasem wykonywali swą makabryczną przymusową pracę, dogłębnie wstrząśnięci”. Inni korzystali z okazji. W Szczebrzeszynie „Niemcy zauważyli, że po odstrzale Żydów ich pomocnicy wskakują do dołów, rewidują trupy, odnajdując różną biżuterię. Takim, który Żydówkom, zawinąwszy rękawy, grzebał palcami w łonie, szukając złota, był Franuszek, szewc”. Kara śmierci groziła nie tylko za pomaganie Żydom, ale też za zabieranie ich własności bez niemieckiego zezwolenia. Autorzy podają przykłady wykonanych przez Niemców wyroków.

W Wolbromiu (i dziesiątkach innych miejsc) akcje likwidacyjne były sygnałem do rabunku: „Sznury ludzi z różnych okolicznych wsi ciągnęły do siebie jakieś przedmioty z żydowskich domów. Ten niesie łóżko, drugi szafę, trzeci jakąś walizkę z garderobą, a czwarty mozoli się z dużym stojącym zegarem” – pisał policjant granatowy (nie widząc zresztą w tym nic złego). „Ludność polska, ogólnie biorąc, chętnie widzi tępienie Żydów” – raportowało miechowskie AK.

Gdzie znaleźć dobrych gospodarzy?

Wspominając zagładę Żydów w swoim miasteczku Józefowie Biłgorajskim, Tadeusz Butrym opisał akcję likwidacyjną, gdy ostatnia, nieliczna garstka Żydów zostaje przepędzona na stację kolejową: „Ludzie szli całą szerokością drogi, ale każdy w pojedynkę wlókł swoje skupienie w śmierci. To wlokły się już ludzkie trupy. I żadna siła nie była w stanie narzucić im niemieckiego ładu. Szli rozciągnięci na całej przestrzeni drogi (…). Do ostatnich strzelano. Tak zginął Tajer, kiedyś bogaty kupiec, właściciel sklepu żelaznego, i wielu innych. Cała droga usiana była trupami”.

Decyzję o ucieczce podejmowali – z reguły jesienią 1942 r., gdy likwidowano getta – ludzie wycieńczeni trwającymi od trzech lat prześladowaniami.

Większość nie była na to gotowa – z powodu wieku, chorób, braku pieniędzy na opłacanie się, niechęci do rozłąki z rodziną. Kałmen Krawiec z Siemiatycz w powiecie bielskim chciał wyskoczyć z pociągu do Treblinki, ale przeszkodziła mu siedmioletnia siostra Surełe. „Objęła mnie, zaczęła mnie całować i prosić, żebym nie uciekał, żebym nie zostawił jej samej” (dojechał z rodziną do obozu, gdzie rodzice, trzej bracia i Surełe zginęli, on uciekł podczas treblińskiego powstania). Wielu było przekonanych o daremności trudów: „chłopi i tak nas złapią i przekażą Niemcom”.

Szacunki historyków Holocaustu mówiły, że 10 proc. mieszkańców gett próbowało uciekać. Badania nad dziewięcioma powiatami potwierdzają tę liczbę.

Wielu próbowało się przedostać do gett, które jeszcze funkcjonowały, czy do obozów pracy, które wydawały się stosunkowo bezpiecznym miejscem, jeżeli ktoś był tylko w stanie podołać katorżniczej harówce.

Część uciekinierów próbowała się ukryć w lesie, czasem kilkadziesiąt osób razem budowało bunkry, pojedyncze rodziny chroniły się bliżej wsi, gdzie chodziły pod osłoną zmroku kupować jedzenie od znajomych gospodarzy. Zdarzało się, bardzo rzadko, samotne ukrywanie się w lesie. I tak Szymon Hofman, damski krawiec z Józefowa w powiecie biłgorajskim, zbudował tam sobie kryjówkę; pomagał mu gajowy Władysław Czekirda. Jadł surowe ziemniaki, pewnie kradzione z pola – wydzielał sobie po dwa dziennie; skórę zabitego bydła, którą wyprosił od kucharza z oddziału AK, pociął, przypiekł na ognisku i zrobił zapas na zimę. (Przeżył. Po wojnie wyjechał do Izraela i tam popełnił samobójstwo).

W pierwszych tygodniach po akcjach likwidacyjnych Niemcy urządzali obławy w opuszczonych gettach i w ich okolicy. Nie mieli orientacji w terenie, więc później wyszukiwaniem Żydów zajmowała się z reguły granatowa policja i inni miejscowi. Niemcy rozstrzeliwali ukrywających się, gdy byli już podani im na tacy, w kryjówkach czy doprowadzeni do posterunku.

W sprawozdaniu pińczowskiego AK czytamy: „Chłopi wyłapują Żydów, egzekucji dokonują przeważnie policjanci granatowi”. I że wzrasta antysemityzm w „masach chłopskich”, które „zdają sobie sprawę, że powrót Żydów zamknie im drogę do miast i handlu”. W powiecie nowotarskim badaczka szukała jakiegokolwiek śladu przeczesywania lasów przez niemieckie służby mundurowe szukające Żydów; nie znalazła. Kluczową rolę odegrały zorganizowane 12-osobowe straże chłopskie tworzone przez wyrostków.

Najmniej bezpieczną strategią było ukrywanie się w ziemiankach w lesie na terenach, gdzie była silna partyzantka. Wielu Żydów chciało do niej dołączyć, z reguły bezskutecznie. „W zasadzie przyjmowały ich jedynie partyzantki sowiecka i komunistyczna (również niewolna od antysemickich uprzedzeń), inne ugrupowania stanowiły dla Żydów śmiertelne zagrożenie. Zdarzało się jednak, że i do nich przyłączali się Żydzi – ukrywając swoje pochodzenie”.

Najwięcej zabójstw Żydów dokonanych przez polskie podziemie odnotowanych jest w rejonie Miechowa (zapewne dlatego, że zachowały się tam archiwa AK dokumentujące te zbrodnie). Dariusz Libionka znalazł konkretne 72 przypadki zamordowania Żydów przez AK, BCh, NSZ, a także PPS – 14 proc. spośród ukrywających się, którzy zginęli.

Najbezpieczniejszą strategią przetrwania było przebywanie przez długi czas w jednym miejscu, pod opieką jednej rodziny.

Ale jak takich gospodarzy znaleźć? Społeczności polska i żydowska żyły odrębnym życiem, więzy przyjacielskie były rzadkością. W powiecie bielskim, jak ustaliła Engelking, najlepiej było szukać pomocy u mieszkańców dawnych szlacheckich zaścianków, to oni uratowali ponad 70 proc. ukrywających się. Więcej by ich przeżyło, gdyby tam szukali schronienia, tyle że Żydzi nie mieli pojęcia, że w ich okolicach są dwa rodzaje wsi.

Czasem gospodarze sami pozbywali się swoich lokatorów. Porażają opisy mordów domowymi sposobami, poprzedzonych często biciem i torturami, żeby wymusić zeznania, gdzie jest pochowane mityczne złoto czy gdzie się ukrywają inni Żydzi. Złowieszczą rolę odgrywała presja otoczenia. W Rogowie w powiecie miechowskim dawnego właściciela sklepu Libermana ukrywał u siebie ubogi rolnik, ojciec dziewięciorga dzieci Aleksander Kuraj. Sołtys wraz z kilkoma gospodarzami podejrzewali go, przeszukiwali zabudowania, sołtys straszył Kuraja pójściem na policję. Aż Kuraj zabił swego podopiecznego kluczem kolejowym i zakopał za stodołą.

Sołtys z Bodaczowa z powiatu biłgorajskiego Walenty Kowalczyk, oskarżony o wydanie żandarmerii Icka Lichtfelda, jego syna Arona i ośmioletniej Szajnerówny, bronił się przed powojennym sądem: mieszkańcy żądali od niego, by wreszcie zrobił porządek, bo mają dosyć: „wy śpicie, a Żyd się pcha do mieszkania”. „O ile walka zbrojna z okupantem cieszyła się społeczną aprobatą, o tyle na ukrywanie Żydów takiej zgody nie było” – pisze Grabowski, który badał powiat węgrowski.

Zdarzało się, że znani Żydom jeszcze długo przed wojną gospodarze po pół roku czy roku ukrywania uciekinierów mordowali ich – ze strachu albo dlatego że pieniądze się skończyły – pewnie po pijanemu, zresztą wódka zakrapiała większość mordów.

Czasami z pomocą potrzebującym przychodzili zupełnie obcy ludzie. We wsi Brzyska Wola w powiecie biłgorajskim Walek Kaczyński, „człowiek bardzo biedny”, zaproponował Henrykowi Fladellowi z Leżajska i jego koledze Abrahamowi Hamfingowi – nie znał ich wcześniej – schronienie u siebie i tam przebywali 18 miesięcy na słomie na strychu, jedząc tylko kartofle, nie myjąc się ani razu, nie zmieniając ubrania. „Fladell opowiedział w wywiadzie, że nie wie, czemu zupełnie obcy człowiek ich uratował i dzielił się z nimi wszystkim, co miał, choć miał tak niewiele. Walek przynosił podziemne gazetki, które mu czytali, gdyż był analfabetą”.

Obrana strategia przetrwania niczego nie gwarantowała. Jeszcze po drodze musiały się zdarzyć liczne cuda, niemożliwe zbiegi okoliczności.

Plagą były donosy. Autorzy przytaczają nazwiska polskich rodzin, które Niemcy, kierowani z reguły sąsiedzkimi donosami, zabili za ukrywanie Żydów. Różne represje spotkały od kilku do kilkudziesięciu Polaków w każdym powiecie. Nie zawsze tak ostateczne, jak rozstrzelanie na miejscu czasem jednej osoby, czasem całej rodziny. Mogło to też być spalenie zabudowań gospodarczych, pobicie, areszt, grzywna.

I tak na trzy miesiące obozu karnego skazany został w Bielsku Podlaskim Stanisław Popławski, a czteroosobową rodzinę, którą ukrywał, Niemcy rozstrzelali. Gdy wrócił do siebie, wziął na przechowanie kolejne osoby, bo „nie potrafił ludziom odmówić pomocy”. Fajwel i Lejbko Szapirowie, Mina Waserówna i Sonia Weinstein przeżyli u niego do końca wojny.

Szanse przeżycia były ograniczone przez permanentny głód, zimno, wyczerpanie, choroby, strach, utratę nadziei, siły i woli przeżycia – piszą autorzy – ale największym zagrożeniem byli ludzie. Z powiatu biłgorajskiego „dwie Żydówki z małymi dziećmi same zgłosiły się do aresztu miejskiego, bo już nie mogły dłużej wytrzymać bez jedzenia i bez ubrania, które im w lesie zrabowano”.

Kościół, wielki nieobecny

Wielkim nieobecnym w tej historii jest Kościół katolicki. A przecież wiedział, że jego wierni są wodzeni na pokuszenie i w części tej pokusie ulegają, mordują, rabują, gwałcą. Czy trzeba było się spowiadać z mordowania Żydów, czy też zostali wyjęci z jurysdykcji sumienia?

W książce nagromadzono ogromną ilość materiałów źródłowych, ale sporadycznie występują w niej księża, dobrzy czy źli. Opowiada Krystyna Mazurkiewicz: ona i jej ojciec Stanisław Kleiner byli ochrzczonymi Żydami ze Lwowa. Schronili się w Topólczy w powiecie biłgorajskim. Proboszczem był tam brat narzeczonego, a później męża Krystyny. Jej przyszły szwagier zawiadomił o ich pochodzeniu gospodarzy i szantażem zmusił do wypowiedzenia im mieszkania.

Z kolei ksiądz Albin Małysiak przywiózł ze sobą do Szczawnicy pięciu Żydów ukrywających się na aryjskich papierach. „Jego zdaniem o ich istnieniu i pochodzeniu wiedziała cała miejscowość. Zostało to przyjęte zbiorowym milczeniem. Poza podopiecznymi Małysiaka w Szczawnicy nie uratował się żaden inny Żyd. Historia ta pokazuje, jakie znaczenie mogła mieć postawa osób uznanych za autorytet względem niesienia pomocy ludności żydowskiej i jak bardzo nie wykorzystano tego potencjału” – pisze Karolina Panz.

W całym powiecie nowotarskim, do którego należy Szczawnica, na 600 Żydów szukających ratunku do końca wojny doczekało 1,5 proc. Dziewięć osób.

Z przedstawionych badań wynika, że większość Żydów, która zginęła już po likwidacji gett, ginęła z jakimś współudziałem Polaków. A ilu Polaków pomagało? Z pewnością drzewka w Yad Vashem – uhonorowanych zostało nimi dotąd ok. 6,6 tys. polskich Sprawiedliwych – nie obejmują wszystkich ratujących.

Morderstwa nie skończyły się z końcem wojny. „Wychodzący z kryjówek, bunkrów i leśnych ostępów Żydzi byli bezdomnymi, chorymi, okradzionymi ze wszystkiego ludźmi; ich domy albo ziały pustką, albo zajął je już ktoś inny” – pisze Alina Skibińska, która badała powiat biłgorajski. Wyjście z miejsc ukrycia, „gdzie miało się nie istnieć i być niewidocznym , okazało się zadaniem równie trudnym i niebezpiecznym, jak wejście do nich. Powojenna atmosfera pogromowa i mordy popełniane na ocalałych Żydach stają się zrozumiałe dopiero wtedy, gdy pojmiemy, że nie były żadnym powojennym wybuchem i fenomenem, lecz kontynuacją tego, co dokonywało się przedtem”.

– Miał pan poczucie, że jest pan w Radziłowie jedynym sprawiedliwym? – zapytałam Stanisława Ramotowskiego, który w lipcu 1941 r., kiedy inni zajmowali się paleniem w stodole swoich żydowskich sąsiadów, próbował ratować rodzinę żydowskich młynarzy. – Skąd, porządnych ludzi w Radziłowie było dużo! – zaprzeczył. – Problem w tym, że tych nieporządnych było więcej.

„Nie istniał żaden podmiot zbiorowy – pisze Panz. – Zbiorowość oznaczała zagrożenie i śmierć, a ludzie, którzy w tropionych, denuncjowanych i mordowanych Żydach dostrzegli osoby potrzebujące ratunku, byli absolutnymi wyjątkami”.

To jasno, niestety, wynika z lektury tej fundamentalnej pracy: znacznie liczniejsi byli ci, którzy pomagali w niemieckim dziele zagłady Żydów, niż ci, którzy mieli potrzebę i odwagę, by się temu przeciwstawić.

„Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”, red. Barbara Engelking, Jan Grabowski, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, 2018

Jan Tomasz Gross: niewygodny arcy-Polak (Adam Michnik poleca) „Gazeta Wyborcza” – Grzegorz Wysocki, 15-16 czerwca 2019

W toczącej się od lat dyskusji na temat tego, jakim Polakiem jest autor „Sąsiadów”, chciałbym postawić ostatnią kropkę. A raczej wymienić przedrostki – „anty” na „arcy”.

gross - wywiad-rzeka ksiazka.jpg

‚…bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek…’, Jan Tomasz Gross w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką, wyd. W.A.B., Warszawa 2018

Z Wikipedii wynika, że jest trzeciorzędnym historykiem czasem budzącym kontrowersje


Michał Łuczewski, socjolog, dyrektor programowy Centrum Myśli im. Jana Pawła II i autor niedawno opublikowanej książki „Kapitał moralny. Polityki historyczne w późnej nowoczesności”, od jakiegoś czasu kolportuje na łamach różnych, głównie konserwatywnych mediów dość osobliwą tezę. Nie tylko uważa, że Jana Tomasza Grossa nie powinno się krytykować, mówiąc, że nie jest patriotą, ale też zestawia go z… Krzysztofem Bosakiem, który również „pragnie czystej polskości”.

Zestawienie Grossa z byłym prezesem Młodzieży Wszechpolskiej jest, owszem, czystą, ale złośliwością i prowokacją, natomiast twierdzenie, że Gross jest patriotą wręcz opętanym polskością, bo domagającym się od Polaków „absolutnej czystości” („Żeby Polska szła do przodu, [Gross] domaga się najpierw tego, byśmy wyspowiadali się z popełnionych grzechów”), wydaje się ze wszech miar uzasadnione i trafne.

Kto nie wierzy, powinien sięgnąć po „…bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek…” – przeprowadzony przez Aleksandrę Pawlicką wywiad rzekę z Grossem. Wywiad rzekę, a raczej mówioną autobiografię i próbę biografii intelektualnej, którą domykają zamieszczone w trzeciej części książki kapitalne, uzupełniające się, a niekiedy sprzeczne ze sobą głosy przyjaciół (od Adama Michnika przez Barbarę Toruńczyk i Aleksandra Smolara po Irenę Grudzińską-Gross).

Całość dowodzi, że – bez względu na liczne obelgi prawicowców i kolejne oskarżenia o antypolonizm – Gross jest arcy-Polakiem właśnie. Niewygodnym, niedającym się sformatować, niełatwym, ale też nieistniejącym bez Polski, Polaków i „przeklętych polskich problemów”.

W związku Grossa z Polską i Polakami mamy do czynienia z wzorcową wręcz realizacją modelu love-hate relationship. Jest więc miłość i nienawiść, jest czułość i wściekłość, jest przyzwolenie na fatalizm losu i przerażenie konkretnymi wyborami jednostki, bywa empatia i zdarzają się jej deficyty, ale zawsze jest to uczucie intensywne, żarliwe, autentyczne. Krótko mówiąc: gdyby Gross nie istniał, Polacy musieliby go wymyślić.

Jak słusznie zauważa historyk Omer Bartov, niewielu uczonych tej specjalności może poszczycić się tak ogromnym wpływem na swoje społeczeństwo. Gdybyśmy jednak znaczenie Grossa próbowali ocenić na podstawie tego, co na jego temat znajdziemy w polskojęzycznej Wikipedii, można by dojść do wniosku, że mowa o jakimś trzeciorzędnym historyku, którego wyróżnia – choć też nie szczególnie – budzenie od czasu do czasu jakichś tam kontrowersji.

Hasło dzieli się na trzy główne części: „Życiorys”, „Praca naukowa”, „Kontrowersje”. Podkradam te kategorie tym chętniej, że książkę Pawlickiej można uznać za ich frapujące, bo pełne konkretów, anegdot, barw i emocji rozwinięcie (oprócz wielu ważnych kwestii, o których niżej, dowiemy się np. o proteście drukarzy Grossa, pobycie w więzieniu w ciemnych okularach na nosie, „wielkich jagodach” z USA, szalonej wizji Skrzyneckiego, liczbie książek zabieranych ze sobą w podróż przez Michnika czy powodach, dla których Gross wykupił sobie już miejsce na cmentarzu). Według tej analogii na każde dwa encyklopedyczne akapity w wywiadzie rzece przypada ok. 100 stron opowieści Grossa i o Grossie.

I. Życiorys Jana Tomasza Grossa

Pierwsze zdanie życiorysu w Wikipedii oczywiście najważniejsze: „Urodził się w rodzinie polsko-żydowskiej”. Następnie krótko o rodzicach – że mama Hanna Szumańska, córka przedwojennego adwokata, była łączniczką AK; że tata Zygmunt Gross był adwokatem, kompozytorem i członkiem PPS-u. Puenta? „Po wojnie się pobrali”.

Drugi akapit życiorysu poświęcony jest już autorowi „Strachu”. Że studiował fizykę na UW. Że z powodu studenckich protestów w marcu 1968 r. został aresztowany na pięć miesięcy, a rok później z rodzicami wyemigrował do USA. Że w 1975 r. obronił doktorat z socjologii na Yale, gdzie przez wiele lat wykładał. I że jego żoną była Irena Grudzińska-Gross.

I to by było właściwie na tyle, jeśli chodzi o oficjalny życiorys Grossa.

Czego nie powie wam Wikipedia, a o czym sam Gross opowiedział Pawlickiej?

Przykładem poruszająca – dominująca na początku, ale powracająca właściwie do samego końca książki – opowieść o ukochanych rodzicach i prowadzonym przez nich otwartym i pełnym ludzi domu.

Wikipedia milczy również o tym, że Gross szybko porzuca studiowanie fizyki i – ku niezadowoleniu ojca, który „był przekonany, że ma genialnego syna” – przenosi się na socjologię. Milczy, bo studiowanie fizyki ma, jak mniemam, dyskredytować badacza (na zasadzie: fizykę studiował i śmie teraz szkalować Naród Polski jako „historyk”?!), a pominięta w tym miejscu socjologia byłaby już dużo bliższa jego późniejszym naukowym zainteresowaniom.

W lapidarnym haśle w Wikipedii również ani słowa (!) o licealnym Klubie Poszukiwaczy Sprzeczności, któremu w książce – zasłużenie – poświęcono osobny rozdział, a którego znaczenie, podobnie jak w przypadku powracających w całym tomie rodziców, rozciąga się na całą biografię Grossa.

W tym miejscu na scenę wkracza Adam Michnik, założyciel Klubu i przyjaciel Jana od czasów szkoły średniej do dzisiaj, kolejny z głównych bohaterów/tematów książki. Omawiana obszernie pełna turbulencji przyjaźń czy – jak to określa sam Gross – „kłótnia miłosna” z Michnikiem są interesujące nie tylko ze względów, nazwijmy to, plotkarsko-towarzyskich, ale przede wszystkim dlatego, że w wielu punktach kryje się za nią fundamentalny spór o Polskę. O bardziej właściwe i skuteczniejsze formy zaangażowania politycznego, o sens emigracji marcowej czy wreszcie o sposób, w jaki powinno się pisać na temat stosunków polsko-żydowskich.

SPÓR PIERWSZY. Barbara Toruńczyk obszernie opisuje „przełomową dyskusję” z 1967 r. na urodzinach Michnika, podczas których doszło do podziału środowiska: „Z tego spotkania wszyscy wyszli poranieni. Nasz świat się rozpołowił”.

O co poszło? O przygotowanie ulotki protestacyjnej przeciwko wojnie w Wietnamie. Gross i Andrzej Mencwel nie chcieli wziąć udziału w „akcji ulotkowej”, zamiast tego szukali innych form opozycyjnego zaangażowania.

Dzisiaj rzecz wydaje się błaha i raczej śmieszna, być może stąd w opowieści Aleksandra Smolara ta sama przełomowa dyskusja i „rozpołowienie świata” staje się już „drobną anegdotą”, która jest „właściwie bez znaczenia, zwłaszcza że znaleźliśmy się wkrótce w więzieniu, ale mówi coś o ludziach, którzy stali się później znani”.

Samemu Grossowi bliżej tu do wersji Smolara niż Toruńczyk – wspomina o „towarzyskich dąsach” i „niesnaskach”, podkreśla, że nie pamięta szczegółów, i przechodzi do zdejmowania „Dziadów” z afisza oraz późniejszego więzienia.

SPÓR DRUGI. Marzec ’68 i dylemat, czy wyjechać z Polski. Gross twierdzi, że w jego wypadku żadnego wewnętrznego konfliktu dotyczącego tego, czy ma obowiązek zostać w kraju, nie było.

Na uwagę Pawlickiej, że Michnik stał wówczas na stanowisku, że „ci, którzy wyjeżdżają, dają przyzwolenie działaniom władzy, zgodę na wypychanie Polaków z ich własnego kraju”, Gross odpowiada, że – inaczej niż jego przyjaciel – nie miał tak skrystalizowanego temperamentu politycznego, a do tego odnajduje w swej naturze pewną dozę nonszalancji: „I myśl, że jacyś ubecy mogliby mnie z Polski wygonić, w ogóle mi do głowy nie przychodziła – Polska jest tam, gdzie ja jestem! I odwrotnie – pozostanie w kraju w sytuacji, gdy urzędas z UB może mi mówić, co mam robić, to znaczy, wzywać na przesłuchanie, na które muszę się stawić – to dla mnie właśnie była zgoda na to, żeby UB urządzało mi życie!”.

Tak właśnie, oto słowa „zdrajcy”. Lub jeśli kto woli obszerniejsze wiązanki, „wroga, zdrajcy, donosiciela, oszczercy, anty-Polaka, polakożercy, wampira”. Bliżej niezidentyfikowani, ale zawsze prawi i sprawiedliwi autorzy obelg oczywiście po książkę nie sięgną, a szkoda, bo tego rodzaju zaskoczeń przeżyliby dużo więcej. Prawdopodobnie już sam fakt istnienia jakichkolwiek – a co dopiero tak znaczących – różnic zdań pomiędzy Grossem a Michnikiem wielu z nich wpędziłby w chorobę zwaną Szokiem i Niedowierzaniem.

A będzie jeszcze SPÓR TRZECI, powiązany już z książkami Grossa, o czym dalej (patrz pod: „Praca naukowa”).

Tymczasem przyspieszamy – Gross z rodzicami opuszcza Polskę w marcu 1969 r. Najpierw jest Wiedeń, potem Rzym, a od sierpnia 1969 r. Stany Zjednoczone. W 1973 r. dociera do niego Irena; w tym samym roku umiera jego ukochana mama. W 1976 bierze ślub z Ireną, wtedy też dostaje swój pierwszy amerykański paszport. Stypendium i studia na Yale, gdzie broni tytułu doktora socjologii, a następnie – określenie Pawlickiej – „przeflancowuje się na historyka”.

II. Praca naukowa Jana Tomasza Grossa

„Praca naukowa” to w przypadku poświęconemu Grossowi hasła w Wikipedii – znowu – akapit skromny i ubogi. Dowiadujemy się z niego, że Gross zajmuje się przede wszystkim problematyką II wojny światowej i Holocaustu oraz że jest autorem właściwie dwóch tylko książek, „Sąsiadów” i „Strachu”.

U Pawlickiej odpowiednikiem tego wybiórczego akapitu jest bite 100 stron tekstu.

Na długo przed „Sąsiadami” Gross publikuje m.in. prace o wojnie i polskim społeczeństwie pod niemiecką („Polish society under German occupation”), a następnie pod sowiecką okupacją („Revolution from abroad”). Twierdzi, że świadomie unikał wtedy problematyki żydowskiej: „Częściowo dlatego, że nie znam hebrajskiego ani jidysz, więc uważałem, że nie mam do tego niezbędnych kwalifikacji. Ale tak naprawdę chodziło o co innego – pisząc wówczas o polskim społeczeństwie w czasie okupacji, uważałem, że Zagłada to coś odrębnego, stojącego na zewnątrz okupacyjnego doświadczenia Polaków. Myśląc w ten sposób, powielałem po prostu stereotyp obowiązujący wówczas w całej historiografii europejskiej”.

W 1984 r. w londyńskim Aneksie wraz z Ireną wydaje głośne „W czterdziestym nas matko na Sybir zesłali” – opatrzony jego wstępem wybór osobistych relacji polskich obywateli uwalnianych z obozów i ze zsyłki w głąb ZSRR, w tym również szkolnych wypracowań pisanych przez dzieci. Dzięki archiwom Hoovera, z których wtedy korzystali, Gross zrozumiał, jak wielką wagę w studiach na temat wojny mają osobiste świadectwa, co było przełomowym momentem w jego karierze naukowej: „Po prostu nurt zdarzeń wylewa się wówczas poza ramy instytucjonalne, nie da się zaplanować ani ująć w biurokratyczne rubryki i żeby zrozumieć, a często choćby tylko dowiedzieć się, co się stało, trzeba sięgać po osobiste relacje świadków wydarzeń”.

Gdy Gross po raz pierwszy czyta relację Szmula Wasersztajna, przeżywa wstrząs i potrzebuje kolejnych czterech lat, by zrozumieć, co naprawdę wydarzyło się w Jedwabnem: „Bo przecież ja byłem na to zupełnie nieprzygotowany. (…) Przez parę lat byłem przekonany, że Wasersztajnowi coś się musiało pokręcić. Owszem, była jakaś stodoła, kogoś w niej spalono, na pewno, ale żeby tyle osób? (…) Trudno przecież uwierzyć, że zwykłe miasteczko wymordowało wszystkich swoich żydowskich sąsiadów, większość z nich paląc w stodole!!! Półtora tysiąca osób?”. Nieco dalej historyk przyznaje, że wydawało mu się wręcz, iż „opowieść Wasersztajna to relacja chorego psychicznie człowieka, który widział coś strasznego i fantazjuje”.

Gross zaczyna weryfikować fakty, jedzie do Jedwabnego z dokumentalistką Agnieszką Arnold, dociera do akt procesowych i indywidualnych świadectw z ŻIH-u, szuka świadków zdarzeń, zbiera materiały i powoli zaczyna składać książkę w głowie.

Pisać zaczyna po powrocie do Ameryki: „To jest malutka książeczka. Niespełna sto stron, ale szalenie trudna do pisania. Przez cały czas trzymało mnie to za gardło. (…) Mogłem pisać tylko fragmencikami. Dwie, trzy godziny zanurzenia w opisywanej rzeczywistości i wychodzi z tego stroniczka, pół, i dalej już nie można”.

Badacz twierdzi, że jego własne długotrwałe niedowierzanie pomogło mu później „z cierpliwością i ze zrozumieniem obserwować, już po ukazaniu się »Sąsiadów«, jak trudno było ludziom przyswoić sobie wiedzę na temat Jedwabnego”. Trudno przyswoić ją także Adamowi Michnikowi, co prowadzi nas prosto do zapowiadanej trzeciej różnicy zdań między przyjaciółmi.

SPÓR TRZECI. Gross twierdzi, że od początku miał intuicję, iż „Sąsiedzi” będą dla Michnika „trudną książką”: „Adam w jakimś sensie tej książki nie był w stanie przeczytać. I to jest sprawa, jeśli o niego chodzi, bardziej ogólna – Adam nie jest gotów na przyjęcie wiedzy historycznej, którą posiadamy na temat przemocy doświadczanej przez Żydów w czasie okupacji ze strony nieżydowskich Polaków”.

Czy rozmawiał o tym z Michnikiem? „Rozmawialiśmy wiele razy i zawsze dochodzimy do ściany, jest nam obu przykro i zostawiamy ten temat”. Co na to Michnik? „Rozmawiałem z nim na ten temat dziesiątki razy, ale jest uparty jak osioł”.

Wspomina o tym, że czasami potrafią się pokłócić i „mieć ciche tygodnie, bez telefonów i rozmów”.

Aleksander Smolar opowiada z kolei, że pierwszą reakcją Michnika na pomysł publikacji „Sąsiadów” było przerażenie: „Jego stanowisko w tej sprawie było podobne jak w przypadku lustracji: trzeba zamknąć ten rozdział historii i patrzeć w przyszłość”. A Eugeniusz Smolar mówi wręcz o długo obowiązującej, a wyrażonej kiedyś w BBC „zasadzie Michnika”: „Powiedział wtedy, że jeśli ktoś chce krytykować własny naród w sprawach zasadniczych, to musi to robić niezwykle delikatnie, dozować ból, żeby ludzie mogli go przyjąć jako własny. Tymczasem Gross, jego przyjaciel, przyszedł i walnął obuchem, tą prawdą, która jego samego poraziła ogromem krzywdy ofiar”.

Michnik wspomina o całej formacji tych, którzy „za punkt honoru przyjęli powiedzenie okrutnej prawdy o mechanizmie postaw antysemickich w społeczności polskiej, nie zważając na koszty: Janek Grabowski, Basia Engelking, Darek Libionka”. I dodaje: „Ja nie należę do tej szkoły”. Za prowodyra grupy naczelny „Wyborczej” uważa właśnie Grossa, ale zarazem uczciwie przyznaje, że to właśnie książki jego przyjaciela zmieniły nasz sposób myślenia o Zagładzie i potrząsnęły wieloma osobami, które wcześniej zupełnie nie interesowały się tematem i nie miały najmniejszego pojęcia o opisywanych „brudnych czynach” współrodaków.

Po „Sąsiadach” Gross publikuje kolejne książki, które może nie są już tak ogromnym zaskoczeniem, bo od 2001 r. pozostaje niejako dyżurnym prowokatorem i skandalistą pośród rodzimych historyków, ale zarówno „Strach”, jak i „Złote żniwa” rozpętują (nie tylko) w Polsce ogromną burzę, wywołują setki polemik i dyskusji. Warto też pamiętać, że obie książki ponownie uruchamiają i wyciągają z nor zwierzęcych antysemitów, ale krytycznych słów i zarzutów nie szczędzą Grossowi również osoby wcześniej mu przychylne i bardzo bliskie.

Najlepszym przykładem jest cytowany już Aleksander Smolar i jego bardzo ambiwalentny dzisiaj stosunek do twórczości Grossa. Smolar nie lubi radykalizmu jego ocen, moralizatorstwa, niezważania na konsekwencje. W obszernej wypowiedzi opublikowanej w końcowej części książki nie zostawia na swoim wieloletnim przyjacielu suchej nitki: „Pouczanie i wystawianie rachunków jest sprzeczne z moim temperamentem i wyobrażeniem o tym, czym powinien zajmować się człowiek nauki. Poza tym uważam, że traktowanie Janka jako znawcy stosunków polsko-żydowskich jest, najdelikatniej mówiąc, nadużyciem, bo on o Żydach wie niewiele; jego nie interesuje historia Żydów, on zajmuje się historią Polaków i ich stosunku do problemu żydowskiego”.

Z „żydowskich” książek Grossa Smolar najwyżej ceni „Sąsiadów”, których przyjął z entuzjazmem, choć nie bezkrytycznie. W ocenie „Strachu” i „Złotych żniw” jest dużo ostrzejszy. Oto fragment jego opinii na temat drugiej z tych książek: „Jeszcze bardziej widoczne są wady obecne również w poprzednich książkach Grossa: brak istotnego dla człowieka nauki wymiaru porównawczego. Nie ma w nich ani głębi historycznej, ani też uwzględnienia sytuacji w krajach sąsiednich w tym samym okresie”. I nieco dalej: „Nie można pisać o tym, co się działo w Polsce, zapominając o tym, co w tym samym czasie miało miejsce w Europie – w całym pasie krajów okupowanych przez Związek Radziecki i Niemcy. Do pogromów doszło także w Rumunii, na Węgrzech, w państwach nadbałtyckich… U Janka brakuje pytania o wspólny mianownik, pytania: dlaczego? W takiej sytuacji oczywiste jest absolutyzowanie polskiego doświadczenia, wyjątkowości stosunku Polaków do Żydów”.

III. Kontrowersje

W sekcji „Kontrowersje” Wikipedia zawodzi raz jeszcze. Już z powyższych wypisów bowiem widać wyraźnie, że jest o czym pisać i na czym się skupić, a autorów internetowej encyklopedii zajmuje właściwie jedna konkretna kontrowersja. Owszem, rzeczywiście dość sroga, bo mowa o „Wschodnioeuropejskim kryzysie wstydu”, czyli głośnym artykule Grossa napisanym dla Project Syndicate, a przedrukowanym przez różne gazety na świecie. Jedną z nich był niemiecki „Die Welt” i wiele osób – nie wyłączając Aleksandry Pawlickiej – do dzisiaj mylnie uważa, że Gross napisał swój tekst dla niemieckiego dziennika (Gross do Pawlickiej: „No właśnie, ty też mi dowalasz tym niemieckim obuchem”).

Badacz twierdzi, że cała dyskusja przypominała tę wokół Listu 34 na łamach „Trybuny Ludu”, gdy czytelnicy nie znali treści samego listu, ale mogli się dowiedzieć, że jego autorzy to zdrajcy. Tutaj miało być podobnie: „Gross po niemiecku pisze w Niemczech straszne świństwa na naszą Ojczyznę. (…) Po raz pierwszy od 1968 roku miałem poczucie, że znowu wyrzucają mnie z Polski”.

Co takiego napisał Gross? Artykuł powstał w samym środku kryzysu uchodźczego i uderzał w kraje Europy Wschodniej, w tym Polskę, które to kraje „oblały test na solidarność i sprzeniewierzyły się pamięci o swoim własnym losie”. Wojna wybuchła jednak z powodu jednego, a nawet połowy zdania, które również pada w tym tekście: „Polacy, którzy zasłużenie są dumni z oporu ich społeczeństwa wobec nazistów, FAKTYCZNIE ZABILI W CZASIE WOJNY WIĘCEJ ŻYDÓW NIŻ NIEMCÓW”.

Raz jeszcze oddaję głos przyjaciołom historyka, wybieram trzy znaczące fragmenty.

Aleksander Smolar: „Po przeczytaniu [tekstu] rozemocjonowany użyłem paru ostrych przymiotników, które pozwoliły prawicowym publicystom z lubością powtarzać, że nawet Smolar, w domyśle – nawet ten Żyd Smolar – mówi, że to jest kompletnie nieodpowiedzialne i antypolskie. Fakt, uważałem artykuł za nieodpowiedzialny, bo trudno poważnie traktować tezę, że obecny stosunek Polaków i innych narodów regionu do migrantów jest wynikiem nieprzetrawionego dziedzictwa polskiego antysemityzmu i zachowania w czasie Holocaustu”.

Adam Michnik: „[Uogólnienie to] najłagodniej mówiąc (bo to mój przyjaciel), uważam za kompletne nieporozumienie, choćby dlatego, że sugeruje, iż prowadziliśmy wojnę nie z Niemcami, tylko z Żydami. To tak, jakby powiedzieć, że Żydów z getta ładowali do wagonów śmierci inni Żydzi, bo na Umschlagplatz prowadziła ich policja żydowska. Owszem, prowadziła, ale to przecież nie oznacza, że Żydzi Żydom zgotowali ten los”.

Eugeniusz Smolar: „Jednak po tym, co się stało w związku z ustawą o IPN-ie, muszę przyznać mu rację. (…) Polska niewinność, którą PiS wyniósł na ołtarze, polega właśnie na ociosaniu części naszej świadomości historycznej z tego, co nieprzyjemne. W tym sensie Janek ma rację – Polacy nie przeszli przez stopniowy, normalny proces przemyślenia przeszłości i oczyszczenia, przez uznanie faktów i ich konsekwencji, jak miało to miejsce w innych krajach”.

Jan Tomasz Gross: „Moi Polacy wymordowali moich Żydów”

Hasło „Jan Tomasz Gross” – jak już wiemy – napisane jest w Wikipedii dość chaotycznie, sporo w nim istotnych braków, a to, co jest, sprawia wrażenie przypadkowości oraz „zgniłego kompromisu” po setkach stoczonych bojów pomiędzy tworzącymi Wikipedię internautami. Gross budzi skrajne emocje, więc dlaczego tutaj miałoby być inaczej, prawda?

Zgaduję, że to właśnie z racji owej przypadkowości sekcja „Życiorys” kończy się niespodziewanie zdaniem informującym o tym, że niedawno na rynku ukazał się wywiad rzeka z Grossem, ale po lekturze książki wiem, że to zasłużone „wyróżnienie”. Pawlicka odpytuje badacza z wielką kulturą i szacunkiem, ale – całe szczęście – nie na kolanach. Autor „Złotych żniw” nie jest łatwym rozmówcą, wbrew własnym deklaracjom nie reaguje najlepiej na krytyczne uwagi i zdarza się mu zbywać nawet najbardziej rzeczowe i uzasadnione kontrargumenty czy zarzuty dotyczące np. błędów warsztatowych.

Natomiast z zupełnie innych powodów Gross raczej unika odpowiedzi na pytanie o to, kim jest i kim bardziej się czuje – Polakiem? Żydem? Amerykaninem? Słusznie zauważa, że przez pół wieku mieszkał w społeczeństwie, w którym te atrybuty tożsamości nie są postrzegane jako wzajemnie się wykluczające, ale od razu dodaje, że całe jego „życie intymne” odbywa się po polsku. Po polsku mówi do siebie, po polsku rozmawia z dziećmi, po polsku mówi z większością bliskich znajomych i z ukochaną kobietą. „Więc chyba przede wszystkim jestem Polakiem. Ale też i po trochu po prostu człowiekiem” – podsumowuje.

Jan Tomasz Gross, arcy-Polak piszący do innych Polaków, obsesyjnie marzący o tym, by – jak mówi Nina Smolar – „wyprostować historię narodu, którego czuje się cząstką”, a który „chce naprawdę podnieść z kolan”. Arcy-Polak, który wziął na siebie niewdzięczną rolę tego, który – nie zważając na cenę – powie Polakom „co trzeba”, a o czym łatwiej, milej i przyjemniej byłoby nie wiedzieć. Arcy-Polak, który – wedle słów Aleksandra Perskiego – zawsze zabiera głos „z pozycji Polaka, nieodrodnego syna swojej matki, który przyjął na siebie misję wychowania własnego narodu, opowiedzenia mu jego prawdziwej historii”. Arcy-Polak, który swoimi pisaniem budzi nasz gniew, smutek, niedowierzanie i poczucie winy, a w niektórych – tych mniej wartych wspomnienia, ale równie licznych – także wściekłość, nienawiść i wstręt. Arcy-Polak, którego niewygodna i zawsze budząca opór twórczość jest nam do ewentualnego zbawienia koniecznie potrzebna.

Jeden z ulubionych bon motów Grossa, który często lubi powtarzać, brzmi: „Moi Polacy wymordowali moich Żydów”.

„…bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek…”
Jan Tomasz Gross w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką
wyd. W.A.B., Warszawa 2018


Komentarze:

apacz15.06.2019, 09:36
Po pierwsze – profesor Gross ma rację, że tak długo, jak polskie społeczeństwo uczciwie nie przepracuje swojej przeszłości, nie ma szans na to, by szanowało godność innych czy godność swoich członków. Po drugie – profesor Gross na pewno kocha Polskę, ale jako historyk wcale nie ma takiego obowiązku i nawet gdyby Polski nie kochał, to miałby prawo o niej pisać.
mopus1115.06.2019, 09:08
„Do pogromów doszło także w Rumunii, na Węgrzech, w państwach nadbałtyckich… ”
Owszem doszło, ale co to ma do rzeczy? Czy usprawiedliwiamy mordercę, bo inni też mordują?
majkdzeger15.06.2019, 16:46
– What is a difference between a cow and the holocaust ?
– One can not milk a cow for 70 years.
inenarrabilis15.06.2019, 07:54
Co to w ogóle za pomysł, by brać hasła z Wikipedii na serio? To amatorszczyzna, robiona często przez ludzi niedouczonych. Którzy zwykle nie mają pojęcia, jak skonstruować dobre hasło encyklopedyczne (niełatwa, wbrew pozorom, sztuka).
Cobalt_16.06.2019, 13:32
Moze ktos wreszcie wejdzie do Jedwabnego i zrobi ekshumacje? Bo na razie to doly sa, ale ile ofiar nie wiadamo do dzisiaj.
pawelbest15.06.2019, 17:26
Czytałem ,byłem wstrząśnięty ,ale nie zmieszany.
Ludzie to nie są łagodne zwierzęta, w każdym z nas „drzemie komendant z Treblinki”.
tebos16.06.2019, 19:08
Endogenny antysemityzm jest przerabiany na okraglo i do znudzenia. Ale dobrze, bo to paskudna cecha. Nie widze w tej debacie jednak najmniejszej checi (spolecznosci zydowskie, GW) zeby przeduskotowac zródla tego problemu a w szczególnosci co spolecznosci zydowskie powinny robic zeby byc lepiej postrzeganymi w innych spoleczenstwach.
23715.06.2019, 10:53
Ksiazka wyszla rok temu. Ciekawe, ile czasu ten tekst lezal w redakcji w oczekiwaniu na publikacje. Tzn. Ile czasu red. Michnik dojrzewal do tego, by go puścić w GW.
medor16.06.2019, 21:21
Profesor Norman Finkelstein :
„Tak, wiem. Polska i jej słynna samokrytyczna inteligencja. Ludzie, którzy uważają, ze każda krytyka Żydów to antysemityzm, a jednocześnie cały czas ostro krytykują swój własny naród. Mówią, że robią to ze szlachetnych pobudek, ale w rzeczywistości robią to dla kasy. Wyleją kubeł pomyj na Polskę, a potem pędzą do USA, aby przeczytać pochwalne recenzje w tutejszych gazetach, zostać poklepanym przez tutejsze autorytety”.

Finkelstein nie ukrywał, że przykładem tego typu zachowania jest Jan Tomasz Gross. O jego „Sąsiadach” powiedział, że to książka „wielkości komiksu i o takiej mniej więcej wartości intelektualnej”. Według uczonego Gross wiedział jednak znakomicie, co się opłaca na Zachodzie. „W Ameryce zajmowanie się Holocaustem przynosi świetne pieniądze. A jeśli jeszcze dostarczysz dowody potwierdzające, że Polacy to obrzydliwi antysemici, to wtedy masz gwarancję, że ogłoszę Cię tu bohaterem. (…) Gross napisał tą książkę by dostać posadę w Princeton”
Profesor Norman Finkelstein to mieszkający w USA żyd polskiego pochodzenia, syn ocalałych z Holocaustu. Jako politolog specjalizuje się w dziedzinie konfliktu palestyńsko-izraelskiego oraz Holocaustu.

pawelbest15.06.2019, 17:22
Tacy jak ty byli na Złotych żniwach.
ablewski1961nz16.06.2019, 21:25
Co tu mielić, przecież facet ma rację. Tak było. Wglądam przez okno, a na skraju lasu zbiorowy grób kilkunastoosobowej rodziny żydowskiej, którą zamordowali chłopi z najbliższej wsi.
janzdechlak16.06.2019, 20:17
Nie należy traktować polskiej Wikipedii zbyt poważnie. W ostatnich latach została opanowana przez pisiorskich zakłamywaczy. Artykuły, ktore mogłvby się nie podobać Prezesowi, są zakłamywane lub znikają bez śladu jako „nieencyklopedyczne”.
blau32516.06.2019, 20:53
znowu giewu wyciąga jakiegoś śmierdzącego sztokfisza. Weźcie wy sobie no nędzne indywiduum wsadźcie ….za kapelusz. I niech on się w Polsce nie pojawia. Lepiej. „historyk”. Kłamliwy parazyt.
medor16.06.2019, 21:36
Nie wiemy dokładnie co się stało w Jedwabnem. Zbrodnia była, śledztwo przerwano a winni się od razu znaleźli bo obowiązującą wersję wg opowieści Szmula Wasersztajna – byłego pracownika UB i mieszkańca Jedwabnego – na kanwie którego niepokalanej opowieści o zdarzeniach, których osobiście wprawdzie nie był świadkiem ( ale jaki problem? ) powstała znana i wepchana całemu światu książka Grossa, jak to się wyraził badacz tematu Norman Finkelstein – o charakterze i poziomie komiksu, którą jednogłośnie (wiadomo kto głosy liczył) wzięto za badanie naukowe.
Na szczęście nie wszyscy dali się nabrać choć wielu tak.
Anatomię nie tylko tego kłamstwa ale i całej hucpy jaką rozpętano na analizuje się i opisuje w książkach, wywiadach i reportażach dostępnych na Youtube.
Oczywiście robią to wiadomo kto… antysemici… ha ha ha ha!!!
propolski2316.06.2019, 21:09
Wymordowanie polskich policjantów w Sarnach

Profesor Ryszard Szawłowski zamieścił w swej dwutomowej monografii wojny polsko-sowieckiej 1939 roku relację pani J.R. z Wołynia o mordzie na polskich policjantach w Sarnach, wkrótce po wkroczeniu Sowietów do tego miasta. Pani J.R. pisała: „Żydzi z bronią krótką w ręku wraz z kilkoma żołnierzami radzieckimi prowadzili polską policję granatową, plując na nich, krzycząc „przepuścić tych psów”. Policja szła bez pasów, z rękami w górze, szli na śmierć. Szli w pięciu grupach, około 300 osób. Szli w stronę mostu na rzece Słucz w las.
Przez te ciężkie lata nigdy żadna wzmianka o ich losie, grobach, nie przywróciła ich pamięci. Więcej w tej sprawie nie mogę powiedzieć, ponieważ musieliśmy uciekać w stronę Lwowa na Przemyśl (…) Cześć ich pamięci! Chyba w tej sprawie znajdą się inni Polacy, co widzieli”. (Cyt. za : R. Szawłowski : op.cit.,t.1,s.390)

Gen. Stanisław Sosabowski (wspomnienia „Droga wiodła ugorem”):

„Gdy się zjawiłem na ul. Halickiej, starsza siostra żony i ciotka – rodzice bowiem już nie żyli – zachowały się tak, jakbym był duchem.
– Na miły Bóg – mówiły – uciekaj stąd, tu się dzieją straszne rzeczy – zaczęły wyliczać, kto został aresztowany, kto już rozstrzelany. – Miejscowi nacjonaliści ukraińscy, Żydzi denuncjują wszystkie byłe wybitniejsze osobistości.”

62robert16.06.2019, 21:03
Trzeba przyznać się do własnych, narodowych grzechów – a są straszne (patrz np. Miasta Śmierci) – nie czekając na spowiedź innych.
mr.off17.06.2019, 16:27
Poniewaz cenzor GW usunal moj komentarz wklejam go powownie proszac GW o szanowanie Konstytucji RP (wolnosc slowa), Prenumeratorow, regulaminu forum i netykiety.
*
mr.off 16.06.2019, 23:58
Nie mam czasu na dluzszy komentarz wiec wkleje tu tylko fragment przypisow do hasla ‚Jan Tomasz Gross’z Wikipedii:

↑ Skocz do: a b c d e f g h Grzegorz Wysocki, Jan Tomasz Gross: niewygodny arcy-Polak. Z Wikipedii wynika, że jest trzeciorzędnym historykiem czasem budzącym kontrowersje, wyborcza.pl, 15 czerwca 2019 [dostęp 2019-06-16] (pol.).

pokazujacy jak niebywale szybki i zapobiegliwy jest Gross (?), Wysocki (?), biograf (?), agent(?) Grossa, ktory 15.06.2019 umiescil w Wikipedii przypis do tekstu, ktory ukazal sie 15.06.2019 w GW.

Dodajac sprostowanie do tytulu tekstu powyzej: J.T.Gross nie jest trzeciorzednym historykiem, a trzeciorzednym socjologiem i fizykiem.

Czy budzi kontrowersje, czy nie, czy jest arcy- czy anty- Polakiem jest bez znaczenia, gdyz, jak powiada prof. A.Smolar ‚traktowanie Janka [J.T.Grossa – przyp. mr.off] jako znawcy stosunków polsko-żydowskich jest, najdelikatniej mówiąc, nadużyciem, bo on o Żydach wie niewiele; jego nie interesuje historia Żydów, on zajmuje się historią Polaków i ich stosunku do problemu żydowskiego”.

Oznacza to tyle, ze to co pisze Gross to co najwyzej publicystyka, ale na pewno nie nauka.

Wiec Gross moze sobie pisac co chce, tym bardziej, ze pisze przede wszystkim dla srodowisk zydowskich i przede wszystkim w Stanach. Wiedzac, co napisac, jak powiada prof. Norman Filkenstein, amerykanski politolog zajmujacy sie m.in. Holocaustem powiadajacy – co przytacza w swoim komentarzu @medor – że ‚Sasiedzi’ to książka „wielkości komiksu i o takiej mniej więcej wartości intelektualnej”. Jak pisze dalej @medor ‚według Filkensteina Gross wiedział znakomicie, co i jak się opłaca pisac na Zachodzie: „W Ameryce zajmowanie się Holocaustem przynosi świetne pieniądze. A jeśli jeszcze dostarczysz dowody potwierdzające, że Polacy to obrzydliwi antysemici, to wtedy masz gwarancję, że ogłoszę Cię tu bohaterem. (…) Gross napisał tą książkę by dostać posadę w Princeton”’.

biskup 217.06.2019, 16:43
Znowu Gross i polskie zbrodnie, na pierwszej stronie i polski współudział w Holocauście… Kiedy wreszcie z łamów GW dowiemy o się dużo większych zbrodniach na Żydach, o ludobójstwie, które przeprowadzili Litwini, Łotysze – ze swymi komandami Arajsa itp., Ukraińcy? Ponary koło Wilna – mord na 20 000 Polakach i kilkudziesięciu tyś. Żydach dokonany przez Litwinów+Niemców, potężne pogromy w Kownie – nakręcone kamerami, Babie Doły na Ukrainie, Słowacja, Francja – prawdziwa kolaboracja z Niemcami i współudział realny tych nacji w Holocauście, Chorwacja, Rumunia. Teraz pytanie – jak to jest, że zachodnia tel. Kręci 13 odcinków cyklu „Kolaboranci III Rzeszy” (do obejrzenia w kablówkach) i nie ma Polski?? Toż to niepoprawne politycznie…zapomnieli o Polsce…szok…a może to prawda, po prostu nie kolaborowaliśmy. Jak to, że Rumkowski – Żyd i kolaborant nazistowski, szef getta w Łodzi w Angielskiej Wikipedi stał się….Polakiem…wkrótce Hitler będzie Polakiem, „polskie obozy” już od dawna są……
biskup 217.06.2019, 16:33
„Możesz komentować, dołącz do dyskusji, bo jesteś naszym prenumeratorem….” Dlaczego KŁAMIECIE, że można komentować??. Jeśli ktoś nie przeklina, nikogo nie wyzywa, nie wzywa do przestępstw – macie obowiązek zamieścić komentarz, a jak nie – zwrot kasy i by-by…
Hurgot20.06.2019, 23:36
Jak długo będziemy myśleć – jestem Polakiem, zamiast – jestem człowiekiem, do niczego nie dojdziemy.

„Pośmiertne zwycięstwo Dmowskiego” (Dlaczego wygrywa PiS) – Jan Tomasz Gross, „Newsweek” nr 25 / 2019

grafika.jpg

Aby wygrać z PiS, trzeba w Polsce przewalczyć antysemityzm w głowach większości wyborców

 

Deweloperskie machlojki Kaczyńskiego, afera KNF, horror pedofilii w Kościele, kłamstewka i krociowe interesy premiera Morawieckiego, nieludzki bałagan w szkolnictwie, pacjenci umierający w poczekalniach SOR-ów… Dlaczego, pomimo wyjątkowo kompromitującego zdawałoby się splotu zdarzeń, które powinny były PiS w oczach wyborców pogrążyć albo przynajmniej osłabić, partia rządząca osiągnęła spektakularny sukces w wyborach europejskich? Wygrali dlatego, że potrafili przekupić Polaków kiełbasą wyborczą sfinansowaną z budżetu państwa i ciężko pracowali, objeżdżając miasteczka i wsie, mobilizując swoich wyborców do głosowania?

Pozwolę sobie zasugerować, że wyniki PiS przy urnie wyborczej zależą w równej mierze (a może nawet i bardziej) nie od tego, co partia robi, tylko od tego, czym PiS jest. I zamiast mówić o fali populizmu, który zalewa Europę, zauważmy, że PiS jest – odwołując się do kategorii politycznych umocowanych w polskiej tradycji – współczesną emanacją Narodowej Demokracji, nawet z wyraźnym przechyłem w stronę ONR.

I

Sto lat po odzyskaniu niepodległości i wielkiej frustracji obozu narodowego, który nie doszedł wówczas do władzy, chociaż starał się o to, jak umiał najlepiej (łącznie z zamordowaniem prezydenta Gabriela Narutowicza), naśladowcy Romana Dmowskiego rządzą. Zwycięstwo PiS w 2019 roku – mam również na myśli nadchodzące wybory jesienią – to pośmiertne zwycięstwo Dmowskiego.

Polacy wybrali PiS nie (tylko?, przede wszystkim?) dlatego, że dostali 500+ czy dodatkową emeryturę, ale dlatego, że w swojej większości są endekami. Jeśli tak jest, to oznaczałoby, że wyborcy PiS i opozycji demokratyczno-liberalnej różnią się od siebie światopoglądem, a nie, jak pokazują dane demograficzne, wykształceniem, poziomem frustracji, zamożności czy religijności, chociaż zapewne i tym lub owym również. Co to znaczy i jak sobie można z tym poradzić?

Po pierwsze, trzeba właściwie nazwać istotę endecko-oenerowskiego światopoglądu, z którym mamy do czynienia. Moim zdaniem jego kamieniem węgielnym – tak jak i w przedwojennym wydaniu – jest antysemityzm. A to prowadzi do konkluzji, że aby z PiS wygrać wybory, trzeba będzie w Polsce przewalczyć antysemityzm przynajmniej w takiej mierze, by chociaż część endeckiej publiczności zmieniła poglądy.

II

Należy oczywiście spierać się o zasady redystrybucji pieniędzy publicznych. Ale radykalna polaryzacja elektoratu; nienawiść (hejt), którą obrzuca się przeciwników politycznych; wojna polsko-polska, odbierająca rodzinom możliwość wspólnego zasiadania przy świątecznym stole, nie stąd się biorą przecież, że ktoś komuś obiecał kilkaset złotych więcej na dziecko albo emeryturę ekstra. Takie postawy zakorzenione są w poczuciu pogardy dla innego. W ten sposób endecy i oenerowcy myślą o Żydach.

Kaczyński powoli pracował nad uruchomieniem tego archetypicznego uczucia obrzydliwości w wyobraźni polskiego wyborcy. Już opowieść o uchodźcach, która wyniosła PiS do władzy w 2015 roku, osadzona była w imaginarium propagandy antysemickiej i to w jej najgorszym, bo nazistowskim wydaniu. Asocjacja Żydzi – wszy – tyfus z nazistowskich plakatów rozwieszanych w Polsce podczas okupacji w ustach prezesa PiS przybrała formę opowieści o zarazkach i pierwotniakach roznoszonych przez uchodźców i zagrażających zdrowiu polskiej rodziny.

Absurdalna wojna z postkomuną o dekomunizację, którą prowadzi PiS ćwierć wieku po tym, jak komunizm się w Polsce skończył, ma sens tylko przez odniesienie do żydokomuny – bo w wyobraźni endeka-antysemity komunizm to nie tylko żydowski interes, ale i zjawisko przekazywane genetycznie, co zręcznie zostało ujęte przez hasło „resortowe dzieci”.

O antysemickim impecie nowelizacji ustawy o IPN zrobiło się głośno na całym świecie. Protesty w Izraelu i w USA wywołały – w reakcji na żydowską hucpę i wtrącanie się w suwerenne prawo do stanowienia sobie ustaw – falę antysemickich głosów również w mediach publicznych. Znany proreżimowy dziennikarz napisał z widoczną ulgą, co myśli o „parchach”. Na anonimowy hejt antysemicki, który od dawna buszuje w internecie otwartym tekstem, już dawno przestaliśmy zwracać uwagę.

III

Kolejna fiksacja propagandowa PiS i jego prezesa – o zagrożeniu polskiej rodziny i cnoty narodowej przez LGBT – też jest zakorzeniona w antysemickim kanonie wyobrażenia o Żydach jako rozsadnikach demoralizacji i właścicielach burdeli prostytuujących chrześcijańskie kobiety….

Albo ostatni argument o planowanym rozbiciu Polski na dzielnice przez samorządowców (21 tez podpisanych w Gdańsku 4 czerwca), za którym to antypolskim knowaniem stoją pieniądze Sorosa. „Patrząc na chłodno” – zdaniem Michała Karnowskiego – „można dojść do wniosku, że Ktoś [tak w oryginale] (znacznie ważniejszy niż nasze krajowe kukiełki) postanowił rozwiązać wreszcie »problem polski«, postanowił zrobić porządek z Polską i Polakami. Taki porządek, który rozwiąże problem tego niepokornego narodu na długo, może na zawsze” (cytat za „Gazetą Wyborczą” z 12 czerwca). I w ten sposób, już bez żadnych uników, całkiem wprost „Protokoły mędrców Syjonu” kłaniają się w pas pisowskiej propagandzie. Nazistowska propaganda zresztą też, bo Endlosung den Judenfrage (rozwiązanie problemu żydowskiego) to standardowy eufemizm oznaczający eksterminację Żydów, który Karnowski, świadomie albo nie, przenicował na program wiadomo jakich „Ktosiów” skierowany przeciwko Polakom.

To, że w Polsce nie ma Żydów, nie ma nic do rzeczy. Wystarczy systematycznie stosować zasadę Romana Dmowskiego, że „wszystko w kraju jest żydowskie, za wyjątkiem Narodowej Demokracji” i znaleźć nośne słowo, które to „wszystko” (co PiS-em nie jest) odpowiednio nazwie: gorszy sort, łże-elity, postkomuna, resortowe dzieci, element animalny, zdradzieckie mordy czy pieniądze Sorosa….

IV

Polska jest dziwnym krajem, który na zdrowy rozum powinien był się po katastrofie Zagłady wyleczyć z antysemityzmu raz na zawsze. W żadnym kraju nie wymordowano w czasie II wojny światowej 3 milionów obywateli tylko dlatego, że byli wedle nazistowskich kryteriów Żydami. Tak pisał o tym nie Tuwim, ani Słonimski, tylko echt Polak, chłop z chłopów Julian Przyboś: „Nie mam siły potrzebnej do podniesienia głosu, by brzmiał tak donośnie i wstrząsnął tak głęboko, jak bardzo bolesną i jak okropnie, a sprawiedliwie oskarżającą jest sprawa antysemityzmu w Polsce. Tyle już razy myślałem o tym, jak straszną treść zawiera ten termin zużyty w publicystyce, brzmiący tak naukowo i obojętnie – tyle razy czułem wewnętrzny nakaz, że nie powinienem milczeć, że najpierwszym obowiązkiem Polaka umiejącego pisać – jest krzyczeć o tym, zaklinać, kruszyć sumienia – i tyle razy czułem swoją niemoc; czułem bezsiłę wobec ogromu hańby i wstydu, jakie ciążą na każdym z nas, na każdym Polaku….

Rzeź milionów Żydów w okresie niemieckiej okupacji nie wstrząsnęła sumieniami, niewinna krew nie oczyściła serc. Przeciwnie: hitleryzm zakaził wielu przeciwludzką nienawiścią i na tej nienawiści żerują hieny. Przed wojną – na człowieka, który dowodził, że Żyd jest szkodnikiem dlatego, że jest Żydem – patrzyłem z politowaniem, jak patrzy się na człowieka niespełna rozumu, z odrazą, jak na barbarzyńcę. Dzisiaj, po straszliwym doświadczeniu, które zdradziło, do czego wiedzie ta przeciwludzka bezmyśl i ta nieświadoma siebie żądza mordu – antysemitę uważam za potencjalnego mordercę. Patrzę w twarze znajomych i obcych, krążę wśród ludzi w Polsce, słucham rozmów – i ileż razy ogarnia mnie przerażenie, że żyję wśród obłąkanych i wśród możliwych zbrodniarzy” („Hańba antysemityzmu” w „Martwa fala”, str. 225).

Poeta pisał te słowa w rozpaczy, tuż po pogromie kieleckim, nie mogąc pojąć, jak po koszmarze Zagłady, która się rozegrała na polskiej ziemi bardziej niż gdziekolwiek indziej, zwykli ludzie mogli znowu zabijać Żydów. Dzisiaj, po upływie 75 lat od zakończenia wojny, antysemita jawiłby mu się zapewne bardziej jako ignorant niż potencjalny morderca. Ktoś, kto po prostu nie zna historii własnego kraju i powtarza antysemickie majaki, nie wiedząc, do jakich konsekwencji antysemityzm prowadzi, bo przecież większość ludzi we współczesnej Polsce uważa, że w czasie wojny Polacy ucierpieli tyle samo albo nawet bardziej niż Żydzi.

V

Za wstyd nieznajomości historii nie można winić jedynie resortu minister Zalewskiej, ale z systemem edukacji w pisowskich rękach na pewno nic się w tej sprawie nie poprawi. Na szczęście, współczesny wielki pisarz Szczepan Twardoch – a pisarze to „inżynierowie dusz” i trzeba uważnie słuchać, kiedy mówią, jak działa świadomość zbiorowa – też postawił diagnozę polskiego antysemityzmu i zasugerował sposób na jego przezwyciężenie: „Jestem przekonany, że jednym z fundamentów czegoś, co roboczo możemy określić jako polską współdzieloną tożsamość czy też świadomość etniczną, jest głęboko wyparta wiedza o całym złu wyrządzonym Żydom przez Polaków w czasie wojny. (…) Fałszywa świadomość jest źródłem cierpień. To, co wyparte, i tak prędzej czy później wychodzi na jaw i obnaża mizerię urojonego bohaterstwa i świętości. Polska jest chora na fałszywą świadomość i z tego powodu gnije od środka.

Zaprzeczanie prawdzie jest moralnym gniciem. A wystarczyłoby poczytać żydowskie wspomnienia z okupowanej Polski. Nikt rozsądny nie może ich nazwać antypolską propagandą, bo nikt nie pisze o śmierci swoich dzieci, sióstr, rodziców, o upokorzeniu, upodleniu i odczłowieczeniu po to, aby uprawiać propagandę. To są świadectwa głęboko emocjonalne i bardzo osobiste. Opowiadające o losie żydowskich współobywateli, ale i o nas. I nie jest to obraz zgodny z tym, że Żydów mordowali wyłącznie Niemcy, a Polacy byli tymi, którzy wyłącznie pomagali. Nie. Po prostu nie jest. W każdej bibliotece i księgarni są dziesiątki takich książek. Po polsku. Wystarczy czytać świadków: Perechodnika, Edelmana, Auerbach, Pachter, Simchę Rotema, Simchę Binema Motyla i innych” („Newsweek” 31.12.2018).

Rozumiem, że namawianie wyborców do czytania książek nie jest wypróbowanym chwytem w kampanii wyborczej. Ale gdyby tak na przykład namówić 30 albo 40 najbardziej znanych aktorów i aktorek do odczytania przed kamerą fragmentów – niedługich, najwyżej 5-minutowych – świadectw Żydów, którzy przeżyli okupację w Polsce, i zawiesić je w internecie, aby były powszechnie dostępne? Niechby choć połowa publiczności, która oglądała film Sekielskich, zainteresowała się tymi nagraniami… Może byłaby to skuteczna lekcja grozy antysemityzmu, przemawiająca do wyobraźni Polaków?

Tak czy owak, liberalno-demokratyczna opcja w polskiej polityce nie wygra z endekami, dopóki nie wyperswaduje antysemityzmu z głowy większości wyborców.

Jan Tomasz Gross

Halina Birenbaum: Szukałam go po wojnie, ale już nie żył. Wrócił do domu, zaczął jeść, żołądek nie wytrzymał (wywiad) „Wysokie Obcasy” nr 21 / 2019

To nie deszcz, to ludzie. Halina Birenbaum w rozmowie z Moniką Tutak-Goll.jpg

Chcesz wiedzieć, czym jest dla mnie miłość?

Bardzo.

To muszę opowiedzieć ci o wędzonej rybie.

O czym?

Kiedy powstawało państwo Izrael, na samym początku brakowało wielu produktów. Na wszystko był przydział. Oboje z Henrykiem, moim mężem, bardzo lubiliśmy wędzoną rybę. Ale ciężko było ją zdobyć. Kiedy udało mi się kupić mały kawałek, dawałam go Henrykowi, żeby miał na kanapki do pracy. Ale on nie zjadał wszystkiego. Zawsze przynosił mi połowę. „Nie dałem rady”, mówił. Ale ja wiedziałam, że dałby radę, że pewnie nawet i chciał, ale wolał, bym i ja zjadła choć kawałeczek. I to nie było wcale mniej, niż powiedzieć sto razy „kocham cię”. Henryk zawsze bardziej okazywał uczucia, ja o nich więcej mówiłam. Mówię do tej pory.

Nawet kiedy opowiadasz o Zagładzie, zawsze mówisz o miłości.

Nie można mówić o Holocauście i nie mówić o życiu, o miłości. Dlatego moje wspomnienia różnią się od innych. Byłam kiedyś w poprawczaku w Polsce, w Łagiewnikach, prowadziły go siostry zakonne. Miałam mówić do zbuntowanych dziewczyn, to była butna grupa. Porwały obraz Jezusa na kawałki, zakonnice sobie z nimi nie radziły. Myślałam: o czym ja tu będę opowiadać? Usiedliśmy w sali. Zaczęłam od tego, że jak mnie wzięli do Auschwitz, postanowiłam nigdy nie brać chleba od mężczyzny: mógłby oczekiwać czegoś w zamian. Może zechciałby mnie pocałować? „Słuchajcie, ja myślałam, że jak chłopak mnie pocałuje, to od razu urodzę dziecko! Wolałam nieludzki głód obozowy, niż rodzić!” Zaczęły się śmiać, już siedziały zasłuchane. Opowiedziałam im o Abramie, mojej miłości z Auschwitz. Gdy skończyłam, odprowadzały mnie pod rękę, tuliły, całowały. Zrozumiały mnie lepiej niż inni. One też nie zaznały w życiu ciepła, same nie miały lekko. Zakonnice nie mogły uwierzyć. „Jak ty je do siebie przekonałaś?”, pytały. Opowieścią o miłości.

Abram to twoja pierwsza miłość?

Tak. Miałam wtedy 15 lat, już dwa lata byłam więźniarką w Auschwitz. 1 stycznia 1945 roku, w Nowy Rok, nie musiałyśmy pracować. Było tak pięknie – śnieg, słońce i „wolny” dzień. Już hitlerowcy palili dokumenty, już wiedziałyśmy, że zaraz koniec. Razem z moją przyjaciółką Róźką postanowiłyśmy przedostać się pod obóz obok, żeby wywołać naszą koleżankę Celinę. Poszłyśmy pod siatkę. Wołam: „Celina! Celina!”. Nic. Wołam jeszcze raz. I nagle czuję ogromny ból w plecach. Strzelił do nas strażnik z wieży. Trafił mnie. Teraz, pod sam koniec, kiedy jest po wszystkim, mam umrzeć? Wstawałam i padałam, wydawało mi się, że biegnę. Doczłapałam do bloku szpitalnego. Róźka zaczęła błagać, żeby ktoś do mnie doszedł, nogi całowała blokowej, żeby coś zrobiła. Trafiłam do szpitala, do obozu męskiego. Nie wiem, dlaczego chcieli mnie ratować. Nie pytaj o to. Byli tacy, którzy do ciebie strzelali, i tacy, którzy darowali życie. Kapo wprowadził mnie do baraku. Widzę, że w pokoju siedzi jakiś sanitariusz. Ma dobrą twarz, niebieskie oczy i pyta mnie po niemiecku, co się stało. Odpowiadam, też po niemiecku. Już po akcencie wiedział, że jestem Polką. Zaczął po polsku: „Skąd jesteś? Jak tu trafiłaś?”. Zapytałam: „A ty skąd pochodzisz?”. Powiedział, że ma 24 lata, jest więźniem politycznym. On mi się bardzo spodobał.

To był Abram.

Abram Radzicki. Widziałam, że też mu się podobam. Zapisał moje dane, powiedział: „Zaraz przyjdzie lekarka, Rosjanka, nie bój się jej”. Przyszła, zbadała mnie, powiedziała, że kulę trzeba usunąć, a potem zrobić jeszcze jedną operację, bo mam przerwany nerw. Myślę: Boże, dwie operacje, w Auschwitz! Spytałam: „A będę mogła tą ręką ruszać?”. Ona na to: „Potrzebne będą masaże, lampy, rehabilitacje”. Śmiać mi się chciało i płakać. Jakie rehabilitacje, gdzie, w Auschwitz?

Położyłam się na pryczy, Abram popatrzył na mnie, powiedział: „Będzie dobrze”, i wyszedł. Miałam bóle, gorączkę, ciężką noc. Następnego dnia przyszedł do mnie Samek, przyjaciel Abrama, obozowy fryzjer. Podszedł do mnie, dotknął moich włosów. Zaczął ciężko oddychać, głaskać mnie po głowie. Poczułam obrzydzenie. Przyszedł później drugi raz, przyniósł mi zupę. Nie wzięłam. Przysuwał się do mnie, a ja się coraz bardziej odsuwałam. Bardzo się go bałam. Abram to widział, zajął go rozmową. Ale ze mną już nie rozmawiał. Odwracał głowę i nawet „dzień dobry” nie powiedział. Nic.

Bolało cię to?

I to jak! Rozmawiał z chorymi, rozmawiał z siostrami, podchodził do ludzi, a mnie ignorował. Nie mogłam zrozumieć, co się tutaj dzieje. Dlaczego? Byłam zła na siebie, że się tym przejmuję. Co mnie teraz obchodzi jakiś chłopak, który zapisał mnie do szpitala, popatrzył na mnie i powiedział przyjemne słowo? Ale on mi się podobał. Bo było w nim życie – energia, młodość, zdrowie. To życie mi się podobało. Jedna z pielęgniarek powiedziała do niego: „Co ty tak wszystkim mówisz »dzień dobry«, a do niej słowem się nie odezwiesz?”.

Co odpowiedział?

„A co, ja muszę z każdą pacjentką rozmawiać?”

Przykre.

To by było przykre nawet wtedy, gdyby mi się nie podobał. Następnego dnia wzięli mnie na operację, bez znieczulenia. Wyjęli kulę, przenieśli mnie na pryczę. Byłam samotna, rozgorączkowana, głodna. Nagle patrzę: Abram. Gdy się zbliżał, zamknęłam oczy, żeby nie rozczarować się, kiedy minie moje łóżko. Stanął przede mną.

Otworzyłaś oczy?

A skąd, udawałam, że śpię. Zapytał, czy bardzo mnie boli. Nie odpowiedziałam. Byłam wściekła. Przecież wcześniej udawał, że mnie nie zna. „Nie chcesz ze mną rozmawiać?”, słyszę. „Nie muszę rozmawiać z każdym sanitariuszem”, odburknęłam. Usiadł koło mnie, wziął za rękę i wyjął z kieszeni małe zawiniątko. W środku była kula. Powiedział: „Ja to zabieram na pamiątkę. Ta kula przyniosła ci tyle cierpienia, ale mnie przyniosła ciebie”. I dodał: „Jest coś między nami, starałem się ciebie omijać, bo tu nie miejsce na to”. Od tego dnia przychodził codziennie. Dawał wody, przyniósł kawałek pachnącego mydła i ręcznik, tego nie widziałam w obozie całe lata. Któregoś dnia pomógł mi się umyć i przyniósł jedzenie.

A ty nie bierzesz jedzenia od mężczyzny.

Powiedziałam: „Nie, tak nie będzie”. Wiedziałam, że to, co do niego czuję, nie ma nic wspólnego z moim głodem. Powiedziałam: „Nie będziesz mnie tu karmił. Miłość i jedzenie w obozie, kiedy wokół ludzie umierają z głodu, nie bardzo idą w parze”. Rozmawiamy, mija godzina za godziną i nagle milczenie. Pytam: „Co się tak wpatrujesz we mnie?”. „Bo mi się podobasz”. Zapytałam: „Czemu nie przychodziłeś, czemu udawałeś, że mnie nie znasz?”. Nachylił się nade mną.

Pocałował cię?

Chciałam tego pocałunku. Kiedy się ode mnie oderwał, zatkało mnie: „Co ja zrobiłam? Jaki to wstyd! Co by moja mama teraz powiedziała? I te wszystkie osoby, które się tak o mnie troszczyły, żebym przeżyła w tym miejscu, w którym całuję się teraz z chłopakiem!”. Powiedział, że mnie kocha, że po wojnie się pobierzemy. Ale nasza miłość nie trwała długo. Pewnej nocy wpadł do mnie się pożegnać. „Jest transport, zabierają mnie. Nie wiem, czy cię kiedyś zobaczę. Powtórz ten adres, nie zapomnij go: »Krośniewice, Kościuszkowska 8«”. Widziałam go wtedy ostatni raz. Poszłam potem w Marszu Śmierci, więzili mnie w Ravensbrück, w Neustadt-Glewe. Wszędzie myślałam o Abramie. To, że go jeszcze spotkam, dodawało mi sił.

Spotkałaś go jeszcze kiedyś?

Pojechałam po wyzwoleniu do Krośniewic. Pomyślałam: najgorsze, co mnie spotka, to jeśli będzie miał żonę. Odnalazłam brata Abrama. Powiedział: „Abram nie żyje”. Zmarł dwa tygodnie po wyzwoleniu. Wrócił do domu, zaczął jeść, żołądek nie wytrzymał, wcześniej przecież głównie głodował. Przeżyłam getto, cztery obozy, ale myślałam, że tej wiadomości nie przeżyję. Bardzo mi go brakowało, zwłaszcza po wojnie. Odnalazłam mojego brata, ale czułam się samotna.

Czemu?

Życie z moim bratem Markiem i jego żoną Janką nie układało się. Bratowa mnie nie lubiła. Była zazdrosna o każdą chwilę, którą Marek mi poświęcał. Marek wytykał mi, że utyłam. Tak, utyłam, bo marzyłam, żeby po obozie zjadać cały bochenek chleba na śniadanie. Ja wtedy przestałam myśleć o obozie, o tym wszystkim, co przeszłam w Auschwitz. Myślałam tylko o tym, że nie będę mogła wyjść za mąż, że mnie nikt nie zechce. I o tym, co by było, gdyby żył Abram, dla którego byłam najpiękniejsza.

Brat wszystko chciał we mnie poprawiać. Gdy przychodzili do niego znajomi, kazał mi ich witać. „Czemu ty jesteś jak mruk?” A co mnie obchodzili obcy ludzie? Ja miałam dość ludzi, tę ciasnotę wszędzie, jak każdy obcy przyjdzie, to muszę mu powiedzieć: „Jak się masz?”. Ja przeżyłam Zagładę, a on mnie chciał uczyć dobrych manier. Chciał dobrze, ale ja nie mogłam inaczej. Ja miałam w sobie dwa lata Auschwitz, Marsz Śmierci, ja już nie byłam dzieckiem, które on chciał wychowywać. Chciałam mieć kogoś bliskiego. Wstąpiłam do kibucu Haszomer Hacair. Tam poznałam Adama. Zakochałam się, ruszyliśmy w drogę do Izraela. Po drodze poznałam Henryka, szedł z innym kibucem.

Zwróciłaś na niego uwagę?

Wtedy jeszcze nie, byłam przecież z Adamem, Henryk niewiele mnie obchodził. Zresztą my wszyscy żyliśmy wtedy tylko tym, że jedziemy budować swoje państwo. Nasza droga do Izraela trwała długo, musieliśmy spędzić np. rok w Niemczech. Mojemu bratu Markowi bardzo się to nie podobało. Wymyślił, że pojadę do Paryża do jego przyjaciółki, chciał, bym się uczyła. Pytałam Adama, co o tym sądzi. Powiedział: „Słuchaj brata”. Nie zależało mu na mnie widocznie. Wyjechałam, w Paryżu wytrzymałam kilka miesięcy. Wróciłam do mojej grupy, do kibucu. Myślałam, że Adam będzie szczęśliwy. Idę do nich, patrzę, ktoś biegnie na moje powitanie: Henryk. Złapał mnie, przycisnął do siebie, uściskał. Jakby na mnie czekał.

A Adam?

Bez entuzjazmu. „Wróciłaś?”, zdziwił się. Miał nadzieję, że go ściągnę do Francji, bo w kibucu była nędza, bieda, brud. Był rozczarowany. Wcale nie chciał jechać do Palestyny. Liczył, że ustawimy się we dwójkę w Paryżu. Wróciłam jak wielka pani: buty na obcasach, fryzura – jak z francuskiego wybiegu. Dziewczyny śmiały się ze mnie: „W tych butach będziesz zbierała kartofle?”. Przyjechałam taka modna! One się czesały i ubierały jak w ’39 roku. I nie mogły zrozumieć: „Byłaś już w Paryżu i wracasz do czegoś takiego?”.

Adam rozdawał wodę kolońską, którą przywiozłam z Paryża. Dziewczyny i chłopcy go obskoczyli, to mu się podobało. Byłam rozczarowana jego reakcją. Myślałam, że będzie na mnie czekał. Zaczęłam spędzać czas z Henrykiem, mieliśmy wspólne tematy. Pochodził z Warszawy jak ja, mieszkał na Starym Mieście. Stracił wszystkich. Wojnę przeżył w Rosji, uciekł tam z bratem na początku ’40 roku. Po paru miesiącach ich matka napisała, żeby wracali, że tęskni, że życie w Warszawie już się jakoś układa. Bolek postanowił wrócić, Henryk został. Już nigdy nie zobaczył brata i rodziców.

Henryk wrócił po wojnie do Warszawy?

Nikogo nie odnalazł, zobaczył dom zmieciony z ziemi, zburzone Stare Miasto, wstąpił do kibucu. Całe życie ogromnie tęsknił za matką. Zawsze mówił, bym opowiadała też jego historię, bym ją splatała ze swoją. Pod koniec życia, kiedy był bardzo chory, znalazł jakiś album ze zdjęciami z getta, na jednym była kobieta, która nalewa gorącej herbaty na ulicy i rozdaje innym w getcie. Wmówił sobie, że to jego matka. „O, popatrz, Halina, matka miała właśnie taki szal”, mówił. To na pewno nie była jego matka, jej przedwojenne zdjęcie ocalało, wiem, jak wyglądała. Ale on bardzo chciał zobaczyć ją jeszcze raz wtedy, w czasie wojny, żywą. Kazał mi powiesić zdjęcie tej obcej kobiety wśród rodzinnych fotografii. Powiesiłam, jest z nami. Bardzo chciał mieć jakąś historię z nimi związaną, bo ja nieustannie opowiadałam o getcie i moich rodzicach.

Kiedy poczułaś, że Henryk obchodzi cię bardziej?

Jak już wybuchła pierwsza wojna w Izraelu, w 1948 roku. Zdecydowano, że dwóch chłopców z naszego kibucu ma pójść na wojnę. Nikt nie chciał. Jeden z grupy powiedział: „Niech idzie ten, który jeszcze nie jest z nikim związany!”. Zgłosił się Henryk. Pomyślałam: do cholery, dlaczego on? Kiedy wrócił, dał mi książki francuskie, znalazł w jakimś magazynie. „Trzymaj, żebyś nie zapomniała języka”, powiedział. Inni brali cenne rzeczy, koszule, spodnie, to, co zostało po Anglikach. A on dla mnie książki. Już mu na mnie zależało. Za to ja traktowałam go jak przyjaciela. Zaczęło mi się psuć z Adamem. Kłóciliśmy się. Byłam w nim jednak zakochana. Chciałam, żebyśmy się pobrali, wychodziłam sobie to u niego. Traktował mnie coraz gorzej. Odzywał się okropnie, wieczorami znikał. Henryk zawsze był przy mnie: we wszystkim mi pomagał, robił ze mną zakupy, wieszał pranie, kiedy mógł, odciążał. Adam najczęściej grał z chłopakami w karty. Był dla mnie opryskliwy, niemiły. Potem okazało się też, że mnie zdradzał. Kiedy wzięli Adama do wojska, ja i Henryk zaczęliśmy się do siebie zbliżać. Kiedyś musiałam wziąć miseczkę z kredensu, który stał w przedpokoju w mieszkaniu, które wynajmowaliśmy większą grupą. Stał tam też Henryk. Nie dało się go wyminąć, korytarz bardzo ciasny. Otarliśmy się o siebie, zrobiło mi się gorąco. Ciągle czułam jego dotyk, jego zapach. Wiedziałam, że on też to poczuł.

Zakochiwałaś się.

Tak, ale miałam męża! Pewnego dnia Henryk pocałował mnie, a potem zaczęło być między nami goręcej. Kiedyś poszliśmy razem do kina, na „Łuk triumfalny”, lał deszcz, a potem spadł nawet śnieg. Wracaliśmy w biegu, przemarzliśmy. W domu wpakowałam się pod kołdrę, Henryk zrobił herbatę, usiadł obok. I to już był koniec z Adamem. Już wiedziałam, że nie mogę bez Heńka żyć. Ale miałam wielkie wątpliwości, nie wiedziałam, co robić. Jona, znajoma, doradziła mi wtedy: „Dziewczyno, ty masz dopiero 20 lat! Czy ty naprawdę chcesz spędzić życie z tym, którego już nie kochasz? Jak on cię w ogóle traktuje? Daj spokój, rozwiedź się z nim!”. Łatwo powiedzieć – czy wiesz, co oznaczał wtedy rozwód w Izraelu?

Mogę się domyślać.

Jeśli mąż się nie zgodził, kobieta nie mogła się rozwieść. Adam zgodził się na rozwód, ale za pieniądze. A to, co przeszłam w rabinacie, było upokarzające.

Jak to wyglądało?

Rabinat uznał, że byłam przyczyną rozpadu małżeństwa, bo związałam się z innym. To, że Adam mnie zdradzał, bił, poniżał, było dla nich nieważne. Wierzono wyłącznie mężczyźnie. Jak ci rabini na mnie krzyczeli! Owinęli mnie w kawał ciemnobrązowego materiału, cuchnął pleśnią. Wołali: „Hańba! Hańba! Wstyd!”. Musieliśmy mieć dziesięciu świadków – mężczyzn. To byli obcy ludzie, zgarnięci przypadkowo z ulicy. Ale mieli swoją wartość, bo byli mężczyznami. Moje przyjaciółki, które powiedziałyby prawdę, jak byłam traktowana, nie liczyły się dla nich. Kobieta nie miała prawa głosu. Rzucili mi na ręce papier rozwodowy – żeby mnie nie dotknąć, bo byłam skalana – pokrzyczeli jeszcze „hańba” i tak to się skończyło.

Jak się wtedy czułaś?

Szczerze? Gwizdałam na nich. Dlaczego miałabym tłumaczyć się przed kimś, że kocham innego i chcę z nim spędzić życie? Byłam szczęśliwa, że mogę być już z Henrykiem. Czekał na mnie pod rabinatem cały w nerwach.

Z kwiatami, w garniturze?

A skąd! W spodniach roboczych upapranych cementem, bo robił wylewkę w naszym nowym domu. Wiele razem przeszliśmy: lata mieszkania w namiotach, barakach, w kibucach, we wsi kooperatywnej. Wojny, narodziny synów, wnuków, podróże do Polski. Wszystko zawsze razem. Nawet kiedy było ciężko, trudno, on zawsze chciał, bym czuła się jak królowa. Kiedyś podobał mi się bardzo drogi pierścionek z błękitnym kamieniem – aqua marina. Przechodziłam codziennie koło wystawy, żeby sobie na niego popatrzeć. Cena była taka, że mogłam pomarzyć. Raz zatrzymałam się pod tą wystawą z Henrykiem. Spojrzał na mnie i powiedział: „Jest twój, spłacimy”.

Twój syn Yakov powiedział mi, że Henryk był gotowy zrobić dla ciebie wszystko, zawsze się z tobą zgadzał, kochał się w tobie od pierwszej chwili, kiedy cię zobaczył. Był zapatrzony w ciebie i uważał, że wszystko, co mówisz, nie podlega dyskusji. Yakov uważa, że to ty byłaś głową rodziny, nie Henryk.

Tak, ale to nie ja wychodziłam z domu do pracy, nie ja zarabiałam na rodzinę. Ja byłam tą, która podawała tę kawę, tę jajecznicę, zmywała talerze. Ze wszystkim zostawałam sama: z wychowaniem, z domem, rachunkami, decyzjami. Henryk albo w pracy, albo w wojsku. Nie chodziłam do kina z koleżankami, bo nie chciałam, by on też wychodził z kimś innym niż ja. Bałam się, że kogoś pozna.

Byłaś zazdrosna?

Bardzo. Przystojny, podobał się kobietom. On niby tego nie widział, ale bardzo ładnie to widział. Nie miałam powodów do zazdrości, ale ja nie paliłam papierosów, nie piłam wina i kiedy przychodzili do nas goście, znajomi, mężczyźni i kobiety, to on już miał swoją rolę. On już jakiejś dał papierosa, zapalił zapałkę, oni już mieli coś wspólnego ze sobą, a ja czułam się zbędna. Moje czytelniczki znały go z mojej drugiej książki – „Powrotu do ziemi praojców”. Zakochiwały się w nim. Otaczały go, podawał im palto, mnie już nie miał kto palta podać. Mówiłam mu potem: „Zobacz, jak cię dobrze opisałam!”. Szykowaliśmy się kiedyś na jakiś ślub, wymyślałam, w co się ubiorę, przygotowywałam sukienkę, prasowałam, przychodzimy na wesele, a on już podaje jednej papierosa, już podaje zapałkę, już wychodzi z nią tańczyć, bo ona prosi, a on jej nie odmówi. Myślałam wtedy: to po co ja się tak ubierałam, przecież to wszystko takie niepotrzebne! I wieczorami kłóciłam się z nim, nieraz do rana. „Przecież nic złego nie zrobiłem!”, krzyczał.

Chciał być w porządku wobec innych.

To wcale nie było w porządku. Kiedyś przyjechały do nas dwie panie z Polski, Henryk przyniósł kieliszki do wina. Wszystkim postawił, a o mnie zapomniał. To było takie polskie: że gość jest ważniejszy niż swój. Że dla gościa przyniesie to krzesło, ten kieliszek, a dla mnie już nie trzeba. Był we mnie ogromny żal. Myślałam, że mnie ignoruje, że w takich sytuacjach interesuje go ktoś inny. Pod koniec życia, kiedy Henryk był już naprawdę stary i schorowany, mówił moimi słowami z wtedy. Jaki on był zazdrosny! Podejrzewał, że kogoś mam, że wychodzę na spotkania z mężczyznami, że się z nim nie liczę. Że tylko siedzę i piszę na Facebooku, nie słucham, co do mnie mówi. Kiedyś mówiłam: „Ty siedzisz tylko przed telewizorem!”, a potem on do mnie: „Ty ciągle w komputerze, nie zwracasz na mnie uwagi!”. Teraz ja miałam piekło. Musiał mnie wcześniej dobrze słuchać, bo tymi samymi słowami do mnie mówił.

Kłóciliśmy się, ale kochaliśmy przez całe życie bardzo mocno. Czego brakowało u niego, było u mnie. On nieśmiały, ja gadatliwa. On opanowany, ja wybuchowa. Nie obrażał się nigdy. Nawet gdy robiłam wymówki. Wykrzyczałam się, napłakałam, wycałowaliśmy się i rano było dobrze. Bardzo mi go teraz brakuje. Był ogromnym wsparciem. Dzięki niemu napisałam książkę „Nadzieja umiera ostatnia”. To on mi powiedział, kiedy słuchaliśmy procesu Eichmanna: „Siadaj i pisz. Ty to wszystko opowiadasz inaczej”.

Kiedy zmarł?

Półtora roku temu. Ale jego życie częściowo skończyło się już osiem lat temu.

Opowiedz o tym, proszę.

To była 8 rano, 27 stycznia. Mieliśmy pójść na zakupy. Henryk powiedział: „Wiesz co, to ja wyrzucę tylko gazety i możemy ruszać”. Pojemnik stał po drugiej stronie ulicy. Powiedziałam: „Dobrze, to jeszcze napiszę jeden mail”. Piszę, piszę jeszcze jeden, mogę napisać trzeci, a Henryk nie wraca, nie ma go. Co się dzieje? Jak długo się gazety wyrzuca? Może spotkał kogoś? Wychodzę na ulicę, widzę policję. Nie ma Henryka. Policjant podchodzi do mnie i mówi, że był wypadek, Henryka potrącił samochód. Zabrała go karetka, jadą na sygnale do szpitala. Pomyślałam: znów straciłam wszystko, znów zostanę sama, znowu przyszła śmierć. Popędziłam do szpitala. Henryk był cały połamany, wstrząs mózgu.

Pierwsze miesiące to nieustanna walka, by go wyratować. Mówiłam do niego: „Wracaj, potrzebujemy cię”. Udało się ocalić życie, ale Henryk nie mógł chodzić. Spędził w szpitalu siedem miesięcy. Bywałam tam całymi dniami. Wracałam do domu na parę godzin, od razu wstawiałam pranie, a o 8 rano wołałam taksówkę, by siedzieć przy szpitalnym łóżku. Wychodziłam, a on pytał: „Już odchodzisz?”. Serce mi pękało. Wrócił do domu nieszczęśliwy.

Co to znaczy?

Nie mógł chodzić. Dla osoby, która jeździła tyle po świecie – bo Henryk jeździł ze mną na spotkania, latał do Polski, do brata do Stanów – to była niewyobrażalna tragedia. Stał się trudny, ciężko było do niego dotrzeć. Henryk nie mógł już podróżować, bardzo źle znosił moje wyjazdy. Tracił pamięć, powiedział kiedyś do mnie: „Proszę mnie zabrać do mojej żony Haliny, mieszka w Herclijji, mówi po polsku i nie wie, gdzie ja jestem, chcę wrócić do domu. Pójdę się ubrać, muszę iść już na autobus”. „Chaim, przecież to jestem ja, Halina, jesteś w domu”. Chciałam ściany drapać z bezradności.

Spędzałam całe dnie i noce na opiece. Budził się o 2 w nocy i mówił, że już dzień, trzeba wstawać. Musiałam go przekonywać, by z powrotem zasnął. Prosił, bym otworzyła okno, bo gorąco, a za chwilę: „Ty chcesz mnie wykończyć? Przecież w pokoju jest za zimno!”. Byłam na granicy obłędu. Kochałam go, mnie go było potwornie żal. Ale były chwile, że nawet w tej chorobie śmialiśmy się razem, włączaliśmy na YouTubie kabarety, filmy, przedstawienia. Te piosenki, filmy ratowały mu samopoczucie. Włączałam na YouTubie „Trzy siostry”, „Majstra Griszę”, żeby chociaż na chwilę odetchnąć, odpocząć, zająć Henryka, coś napisać. A potem wpadałam w poczucie winy: na cholerę ja potrzebowałam pisać, zamiast posiedzieć z Henrykiem! On zawsze był przy mnie.

Raz spróbował wstać o własnych siłach z łóżka, upadł, chciałam go podtrzymać i też upadłam. Runęliśmy razem na podłogę. I wtedy pomyślałam: jakbyśmy umarli teraz oboje, razem – tego właśnie bym dla nas chciała. Było mi bardzo ciężko, ale on jeszcze był, jeszcze rozmawialiśmy, jeszcze były jego koszule, jego zapach. Rok temu odszedł, w szpitalu. Był już ciężko schorowany. Kiedy tam trafił, jeszcze miałam nadzieję. Jeszcze nie dopuszczałam myśli, że odejdzie. Bardzo chciałam, by usłyszał kłamstwo.

Kłamstwo?

Kłamstwo medyczne. Liczyłam, że wejdzie lekarz, pielęgniarka i powiedzą do niego: „Wszystko będzie dobrze”, chociaż nie miało prawa być lepiej. Ale słowa tak wiele znaczą! Przychodziła do nas lekarka i mówiła: „Niestety, będzie ci tylko gorzej”. Jak można coś takiego powiedzieć schorowanemu człowiekowi? Powiedz, że będzie lepiej, pociesz go, daj temu człowiekowi chociaż godzinę dobrą, zanim umrze, bo on jeszcze rozumie, co do niego mówisz! Po co ma znać prawdę, że będzie gorzej, skoro już ma takie bóle, że się zwija na łóżku? Ja kłamałam. Mówiłam, że wyjdzie z tego, że są środki przeciwbólowe, zaraz podadzą mu morfinę, że przejdzie. Czasem trzeba zrozumieć, powiedzieć to, co drugi człowiek chce usłyszeć. Żeby mu choć na chwilę pomóc.

Jak teraz wygląda twoje życie bez Henryka?

Piszę o nim wiersze, myślę o nim, wspominamy go z dziećmi, wnukami. Codziennie dokarmiam koty, które jak ja bardzo kochał. Był wrażliwy, miał wielkie serce. A ja wielkie szczęście, że miałam jego. Piosenki, których słuchaliśmy razem, nie brzmią już tak. I nic, co tak dobrze smakowało z nim, tak nie smakuje. Nawet ta wędzona ryba.

Halina Birenbaum (ur. 1929) – poetka, pisarka (m.in. „Nadzieja umiera ostatnia”), Superbohaterka „Wysokich Obcasów” 2017

 

 

„Przemytnicy życia” – Bernard Konrad Świerczyński (2018) fragment

183907-przemytnicy-zycia-bernard-konrad-swierczynski-1.jpg

Od Rodziny

Ta książka to wstęp do świata Kondka. Świata bez nudy, bez szarości, bez kłamstwa i oszustw, świata prawości i odwagi. W takim świecie chciał żyć…
Piszę o Kondku, moim Tacie, w imieniu moim, mojego nieżyjącego brata, mojej mamy, naszej rodziny i „przyszywanej rodziny”.

Kondek był kolorowy, przekorny, podejrzliwy i ironiczny wobec każdej władzy, ale także ironiczny wobec samego siebie. Można go było uwielbiać albo nie znosić, ale nie można było być wobec niego obojętnym. Większość ludzi dookoła niego uwielbiała go, wybaczając mu z góry wszystko. Była też mniejszość, która nie mogła wybaczyć mu jego prowokacji, nie rozumiejąc do końca, że każda z nich była po części skierowana ku niemu samemu.

Był wyczulony na jakiekolwiek niesprawiedliwości, a w czasie wojny niejednokrotnie wykazał się odwagą cywilną, która jest niemożliwa do zrozumienia dla ludzi, którzy sami tego nie przeżyli. W czasie, w którym było wiele okazji, by postradać zmysły, zapomnieć o przyzwoitości, o człowieczeństwie, on się nie zatracił. Kochaliśmy go, podziwialiśmy i szanowaliśmy. Był dla nas wzorem i inspiracją.

Najbliżsi kochali go za jego troskę, ciepło, humor w najtrudniejszych sytuacjach. Był nadzwyczajnym i bardzo specjalnym mężem, ojcem i dziadkiem. Bawił się z nami, gdy byliśmy dziećmi, prał, sprzątał, pomagał, jak mógł i komu mógł. Pamiętam, że kiedy byłam w ciąży z moimi bliźniaczkami, bardzo się niepokoił, że nie będzie mi w stanie pomóc, bo sam był już wtedy bardzo chory. Zawsze dbał też o siebie, lubił drogie garnitury, zegarki, palił papierosy i fajkę. Fajek miał zresztą sporą kolekcję.

Regularnie na nowo oświadczał się mamie. Był postacią niezwykle barwną, wielowarstwową, kompleksową, pełną radości i energii, wdzięku i fantazji. Był zawadiaką grającym z wnukami na afrykańskim bębenku i na wężu od odkurzacza, wpadającym do znajomych, stepując jak Fred Astaire, zdyszany po jeździe na wyścigowym rowerze. Był nieznośny, prowokacyjny i jednocześnie zawsze obecny w potrzebie.

Czarował dowcipem i specyficznym językiem złożonym z jego własnego sposobu wyrażania się oraz z innych powiedzonek zapożyczonych z gwary warszawskiej, z Potopu lub Dobrego wojaka Szwejka. Pamiętamy go jako miłośnika opery i satyrycznego pisma „Szpilki”. Był również pełen przekory, mogącej prowadzić do wygłaszania dosyć skrajnych opinii (nazywaliśmy to wtedy „chlapaniem”).

Tata urodził się jako ósme dziecko i z rodzeństwa jako jedyny pozostał przy życiu. Inne dzieci zmarły w bardzo wczesnym okresie życia z nieznanych nam przyczyn. Był dzieckiem bardzo oczekiwanym i kochanym. Miał rodziców o silnych osobowościach, którzy wiele od niego oczekiwali. Jego ojca cechowały zdecydowane poglądy anarchistyczne, był zaangażowany w sprawy równości i sprawiedliwości społecznej. W imię tych ideałów wielokrotnie trafiał do więzień – w Polsce i w Rosji. Tata miał zawsze ogromny szacunek i podziw dla swojego ojca i dużo od niego przejął. Opowiadał o nim więcej niż o sobie samym.

Jako nastolatek Tata zakochał się w żydowskiej dziewczynie z sąsiedztwa, mojej przyszłej mamie. Od początku postanowił, że nigdy jej nie opuści i nie odda żadnemu konkurentowi. Zawsze zakochany, nigdy nie spuszczał jej z oczu. Byli młodzi i w tych czasach było jednak nie do pomyślenia, by mogli zostać parą bez wywołania głębokiego konfliktu z rodziną, a także z otoczeniem.

Wybuchła wojna. Kordek uratował swoją dziewczynę i wielu innych Żydów-Polaków od zagłady. Z kilkoma przyjaźnił się do końca życia, a ich dzieci traktował jak część swojej rodziny. Podobnie oni go postrzegali. Ubolewał nad Shoah. Cierpiał z powodu losu swojej matki, która od przed wojny chorowała na gruźlicę kości i leżała bezwładnie w gipsowym łóżku. W czasie powstania warszawskiego została wyrzucona na ulicę i prawdopodobnie zastrzelona przez Niemców.

Znajoma pisarka opisała Kondka z tego okresu w jednej z książek jako chłopaka chudego jak szparag z bladą, aż zielonkawą twarzą, który nie wzbudzał żadnych przeczuć ani podejrzeń, ale za okularami którego kryły się wesołe ogniki.

Ten „szparag” w czasie wojny niejednokrotnie narażał swoje życie, jednak nie myślał o nim jako o najwyższej wartości. Za nią uważał życie bliskich. W wywiadzie o Shoah powiedział: „Po prostu ludzie potrzebowali pomocy, byli w śmiertelnym niebezpieczeństwie i dlatego włączyłem się w walkę przeciwko Niemcom”.

Po powstaniu warszawskim poślubił swoją ukochaną, której prawie cała rodzina została zamordowana. Urodziło im się dwoje dzieci, potem wnuki i prawnuki. Po wojnie pracował jako dziennikarz i redaktor. Był autorem felietonów i reportaży. Pisał dużo o sytuacji na polskiej wsi i jej spółdzielczym powojennym rozwoju. Dzięki swojej osobowości i towarzyskości umiał znaleźć wspólny język z najróżniejszymi ludźmi – działaczami partyjnymi, chłopami, robotnikami, a także znanymi aktorami i pisarzami, w tym m.in. Janem Himilsbachem.

W ostatnich latach ze smutnym uśmiechem kpił ze swoich dolegliwości. Jego humor zgasł w roku 2001, na rok przed śmiercią, gdy w niedowierzaniu i milczeniu opłakiwał przedwczesną śmierć ukochanego syna.

Tata, ten pełen animuszu i fantazji, trochę nieobliczalny człowiek, jest z nami nadal. Czuję, że prawie codziennie przechodzi obok mnie, przypominając o swojej niepowtarzalnej osobowości i głębokim humanizmie. Mam wielką nadzieję, że będzie on wzorem i inspiracją dla naszych dzieci, a także czytelników jego książki.

Córka Aniela, syn Robert, żona Halina z rodzinąi „przyszywaną rodziną”
Pragnę podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do wydania książki mojego męża, w tym Jeffreyowi Burtowi, Michałowi Markowi, Annie Rogalskiej-Hedlund, zespołowi Ośrodka KARTA i redaktor Aleksandrze Janiszewskiej. Wysiłek tych oraz innych bliskich mi osób przyczynił się do zachowania pamięci tamtych niewyobrażalnych zdarzeń, a tym samym do przestrzeżenia następnych pokoleń przed możliwością powtórzenia się tej najbrutalniejszej z historii.

Halina (Krystyna) Świerczyńska


Wstęp, czyli skąd się to pisanie wzięło

Kiedy przejrzałem pierwsze kilkadziesiąt stron moich wspomnień, odniosłem wrażenie, że opisywane przeżycia są jakby zawieszone w próżni. Kim był Konrad? Jak to się stało, że niespełna dwudziestoletni chłopak wybrał dla siebie taką właśnie formę walki z okupantem? Pozwól więc, Czytelniku, że zanim opowiem, jak pomagaliśmy Żydom w warszawskim getcie […] i jak szmuglowano do getta dziesiątki ton żywności, spróbuję odpowiedzieć na pytanie, kim byli ci, którzy ryzykując własną głową, spełniali swój polski, patriotyczny obowiązek.

Czytałem wiele publikacji, nierzadko wspomnieniowych, przedstawiających Polaków jako zoologicznych antysemitów, którzy swoją „rasistowską ideologię wyssali z mlekiem matki”. Niestety większość publikowanych faktów była prawdziwa. Ale taki obraz stanowi zaledwie jedną stronę okupacyjnej rzeczywistości. Obok ludzkich szumowin były też tysiące tych, którzy z narażeniem własnego życia pomagali, potrafili zachować ludzką godność i którzy za swą patriotyczną postawę ukarani zostali najwyższym, hitlerowskim wymiarem kary. I to jest druga strona czasów okupacyjnej pogardy. Strona równie prawdziwa jak prawdziwe są gorzkie i tragiczne wspomnienia tych, którzy padli ofiarą szmalcowników i szantażystów. […]

Miałem wielu kolegów i przyjaciół Żydów. Od najmłodszych lat byli towarzyszami moich podwórkowych zabaw i ganiatyk w „berka” czy w „złodziei”. W przedwojennym gimnazjum im. Stefana Żeromskiego (niezapomniany i mądry dyrektor Teofil Wojeński) prawie połowę uczniów stanowili Żydzi. Wszyscy w szkole łomotaliśmy się po „zakutych pałach”, jak mawiał nasz wychowawca łacinnik, prof. Jaklitsch, tak samo wśród jednych i wśród drugich zdarzały się „tumany” lub „marabuty”, jak określał nauczyciel historii prof. Mayzel tych, którzy „przezimowali” na drugi rok. Wśród jednych i drugich bywały „kujony” lub autentyczne talenty z języka polskiego, matematyki czy fizyki.

I mimo że raczkujący polski faszyzm, inspirowany m.in. przez pseudopatriotyczne organizacje studenckie, starał się w niektórych szkołach lub na uniwersytetach wprowadzić podział wśród uczącej się młodzieży, u Żeromskiego każdy podziwiał Frydlanda, bo był najlepszy w łacinie, Gutgesztalta i Świerczyńskiego za to, że byli najlepsi w matematyce.

A że są w klasie tacy i tacy, uprzytomniały nam dopiero lekcje religii. Rzymskokatolicy szli na „swoją”, a ci wyznania mojżeszowego na „swoją” religię. Podział ten jednak, jako że gimnazjum i liceum im. Stefana Żeromskiego było szkołą postępową, nie zawsze różnił. Tak się składało, że ksiądz, który wykładał historię kościoła katolickiego, i rabin „od wyznania mojżeszowego” zwykli prowadzić swe nauki z zamkniętymi oczyma. Idealna okazja do robienia kawałów! Pamiętam, kiedy „zmówiliśmy się” i rzymskokatolicy poszli na lekcje prowadzone przez rabina, a Żydzi uszczęśliwili swą obecnością księdza. Żaden z wykładowców się nie „skapował”. Dopiero dyrektor Wojeński przyłapał całe towarzystwo i każdemu, Żyd czy nie Żyd, dał po dwójce ze sprawowania…

Okupacja potargała lub zerwała nasze przyjaźnie. Wielu szkolnych kolegów zostało zamkniętych w warszawskim getcie, a jeden z nich – Kostryński o pseudonimie „Kostek” – o ile wiem, został nawet członkiem konspiracyjnego CK Bund.

Wspominając, pragnę złożyć hołd tym moim przyjaciołom, którzy odeszli, żołnierzom w walce z upodleniem o godność człowieka – Polakom i Żydom. A także wskazać na niektóre społeczne korzenie umacniające nas w tej walce.

„Samotność krytyka” rozmowa z Marcelem Reich-Ranickim „POLITYKA” nr 22 / 2000

Marcel Reich-Ranicki.jpg

Rozmowa z Marcelem Reich-Ranickim liderem niemieckiej krytyki literackiej, autorem bestsellera „Moje życie”

Urodził się pan we Włocławku, w 1920 r., do Niemiec wyjechał pan w wieku dziewięciu lat i do 18 roku życia przeczytał pan praktycznie całą klasykę niemiecką. Dla­czego nie polską?

W życiu człowieka decydujące są lata doj­rzewania. Literatura, którą wówczas się czy­ta, pozostawia najgłębsze, najbardziej trwałe ślady. Przybyłem do Berlina mając 9 lat, zna­jąc oba języki, polski wówczas nawet lepiej niż niemiecki. Chodziłem do renomowa­nego gimnazjum, w którym zacząłem bar­dzo szybko i bardzo dużo czytać. Było to związane z sytuacją Żyda w hitlerowskich Niemczech. W szkole byłem traktowany przyzwoicie, sprawiedliwie, ale wraz z in­nymi żydowskimi kolegami nie braliśmy udziału w szkolnych wycieczkach, zaba­wach, uroczystościach. Miałem więc dużo czasu, który poświęciłem lekturze. Czyta­nie sprawiało mi przyjemność.

Czyli lektura jako środek przeciw izolacji?

 

Dla mnie była to niezwykle trudna sytua­cja. Cała klasa przecież, poza nami, żydow­skiego pochodzenia, brała udział w poli­tycznych zdarzeniach, wszyscy niemieccy koledzy szkolni byli w Hitlerjugend. Mię­dzy nami była wielka przepaść. Cały swój wolny czas poświęcałem lekturze, z niemieckiego byłem najlepszy w klasie. Z mo­jego hobby wyrósł potem mój zawód.

W 1938 r. został pan deportowany przez nazistów do Polski. Powrócił pan do kraju, którego pan nie znał, który był panu obcy, na który patrzył pan niechętnie.

To prawda, do Polski nie przyjechałem do­browolnie. Polska była mi bardzo obcym krajem, polskim władałem źle. Nie znałem pol­skiej literatury. Mój brat miał przyjaciela, któ­ry chciał ze mną po niemiecku konwerso­wać. W zamian uczył mnie historii polskiej literatury. Czytałem dużo i szybko spostrze­głem coś, w co wierzę i dzisiaj: najlepsze co polska literatura stworzyła to liryka. Liryka, liryka i jeszcze raz liryka.

W książce „Moje życie”, która wychodzi wła­śnie po polsku, pisze pan, że krytyka literacka jest zawsze polemiką, że krytyk walczy o jakąś literaturę albo jest przeciw niej. O ja­ką literaturę pan walczył i nadal zabiega?

Krytyk literacki nie jest sędzią. Ja jestem prokuratorem, który w imieniu literatury oskarża książkę i autora. Ale jestem i obrońcą, który broni autora, jeśli jest zda­nia, że jego książka jest dobra. Walczę o li­teraturę, która mnie nie nudzi. To jest w ogóle najważniejsze, by książka mnie nie nudziła. Jeśli zapyta mnie pan, kto według mnie jest największym pisarzem niemiec­kim XX wieku – to nie ma wątpliwości: To­masz Mann. To jest mój autor, pisałem o nim już w Polsce przed 50 laty, w „Nowej Kulturze”, „Twórczości”.

Pisze pan dość sceptycznie o relacji krytyk-pisarz.

Bo to wygląda tak: jeżeli krytyk chwali książkę, to pisarz jest zadowolony i uważa, że krytyk jest mistrzem swojego fachu. Ale dziwna rzecz: autorzy są zdania, że jak pochwaliłem jedną książkę, to mają już abona­ment, że pochwalę też każdą następną. Kie­dy sobie pozwolę napisać krytycznie – ko­niec z przyjaźnią. Jestem zaprzyjaźniony od lat z Siegfriedem Lenzem, tylko że ja nie pi­szę o jego książkach. Pisałem o nim oczywiście wielokrotnie, jak miał urodziny, ale nigdy o jego książkach. I to uchroniło na­szą przyjaźń. Krytyk jest figurą samotną, ta­kie jest moje doświadczenie. To ma związek także z moją mentalnością i temperamen­tem. Rok po powtórnym przyjeździe do Nie­miec powiedziałem do żony, że będę pisał krytyki tak jak nikt przede mną: jasno i pros­to. Dobra książka, ponieważ…, zła książka – bo… Albo odniosę sukces, albo spadnę na samo dno. Naturalnie, wielu autorów przy tym zraniłem. W moim przekonaniu było to konieczne. Chociaż wszystko to jest bardzo niebezpieczne. Człowiek zgani jakiegoś pisarza, to ma w nim wroga – aż do pozytyw­nej recenzji za ileś tam lat. Ale jak pochwali jakiegoś – to ma setki wrogów, jego kolegów.

Czy książka w tak medialnym społeczeństwie, jakim są Niemcy, jeszcze się liczy?

 

Na książkach się nie znam. Często mówię to moim kolegom wydawcom, że nas dzieli jedno, oni kochają książki, a ja lite­raturę. To jest zupełnie coś innego. Litera­tura piękna o poważnych walorach arty­stycznych nie odgrywa wielkiej roli w kształtowaniu opinii publicznej. Jeśli pi­sarz chce wywrzeć wielki wpływ, to powi­nien pisać złe, atrakcyjne książki z jaki­miś tezami, które uważa za istotne. Ale dobra literatura, która posługuje się nowymi środkami wyrazu, zawsze jest dostępna tyl­ko dla mniejszości.

Günter Grass twierdzi jednak, że pisarz ma obywatelskie powinności.

Ja mam na to inny pogląd niż większość. Tak jak adwokat czy lekarz, również i pi­sarz ma prawo wypowiadać się w spra­wach politycznych, publicznych. Ale po­winności takiej nie ma. W latach 1967-68 bardzo wielu pisarzy niemieckich zwróci­ło się w stronę polityki. Efekt był taki, że nie przybyło nam wcale dobrych polity­ków, z całą pewnością natomiast stracili­śmy kilku pisarzy.

Pisze pan w swojej książce, że Niemcy XX wieku mają dwie twarze: Hitler i Tomasz Mann, a zlekceważenie którejkolwiek z nich będzie miało straszne skutki.

Tak. Dwa największe dzieła w historii li­teratury niemieckiej: „Buddenbrokowie” i „Czarodziejska góra” powstały przed nazi­zmem. To są szczyty powieści niemieckiej, na które doświadczenia hitleryzmu nie mia­ły żadnego wpływu. Hitleryzm i jego zbrodnie, to co przeżyłem, czego doświadczyłem, nie pomniejszyły w moich oczach wartości i jakości dzieł Goethego, Schillera, Heine­go czy Tomasza Manna. Więcej – czy dlate­go, że Niemcy mordowali Żydów, że Hitler odegrał tak straszną rolę, miałem przestać wierzyć w Beethovena albo Bacha, albo Brahmsa?

Ale musiał pan przecież wytłumaczyć so­bie jakoś tę straszliwą dwoistość: z jednej strony Goethe i Tomasz Mann, z drugiej, wkraczający z gramofonem do getta Niemcy i akt rzezi na narodzie żydowskim.

 

Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie, ale to jest bardzo trudne dla mnie pytanie. Przecież w okresie berlińskim, w latach 1936-1938, w latach tego strasznego antysemityzmu, moi koledzy z gimnazjum za­chowywali się nienagannie. Pytałem się siebie – dlaczego? Dla nich „żydostwo” było po­jęciem abstrakcyjnym. Słyszeli od nauczycieli, że największym nieszczęściem ludzko­ści i przede wszystkim narodu niemieckie­go jest Weltjudentum, i pewnie się z tym zgadzali. Ale oni tego nie przenosili na swoich kolegów, którzy siedzieli obok w ławkach, od których nierzadko ściągali na klasówkach, na Rosenbauma czy Rosenberga. Tak ja to sobie tłumaczę. A przy tym cała ta kwestia antysemityzmu i niemieckiego rasizmu jest niezwykle skomplikowana. Mogę posłużyć się tylko przykładem. Otóż nie można sobie wyobrazić niemieckiej literatury bez Kafki, niemieckiej muzyki bez Gustava Mahlera czy Arnolda Schönberga, psychologii bez Zyg­munta Freuda, fizyki bez Alberta Einsteina – no może dosyć. To przecież wszyscy Żydzi i to Żydzi z obszaru języka niemieckiego. To jest ta ogromna rola Żydów w kulturze nie­mieckiej XIX i XX wieku – tu do lat 30. Rola ogromna, podobnej Żydzi nie odegrali nigdzie, ani we Francji, ani w Anglii. Także kry­tyka literacka od 1900 do 1930 r. to w dwóch trzecich Żydzi. I konstytucja pruska napisa­na w większości przez prawników żydow­skiego pochodzenia.

Na ile poprzez język, narzędzie literatury, poznać można duszę jakiegoś narodu?

 

Jeśli już cokolwiek służyć może do po­znania duszy narodu, to oczywiście litera­tura. Czego ja się dowiedziałem o Polakach czytając ich literaturę? No bardzo prędko zrozumiałem, bo to nietrudno, jaką rolę w psychice narodu polskiego odgrywa romantyzm. Ale Polska to kraj katolicki, to świat katolicki, ten świat był mi zupełnie obcy, zatem to nie jest tylko sprawa języka.

Co zatem przeszkadza w odbiorze polskiej literatury na Zachodzie?

Wspaniała liryka i dramaty poetyckie są niezwykle trudne do przetłumaczenia. Ale to nie jest tylko przypadek polskiej literatu­ry. Niech się pan zapyta niemieckiego zna­wcy, kto dla niego uosabia literaturę rosyj­ską, odpowie Tołstoj i Dostojewski, Rosja­nin powie – Puszkin. Tymczasem Puszkina nikt tu nie zna.

 

Sądzi pan, że polska literatura pozostanie niedostępna dla zachodniego czytelnika?

No nie, tak nie można powiedzieć, niech pan nie przesądza o przyszłości polskiej powieści, może nastąpi jej rozkwit i wte­dy znajdzie ona wielu niemieckich czytel­ników. Dotychczas ich nie ma. Wiem, wiem, Gombrowicz, Schulz – no tak, ale nakłady ich książek, dwa, trzy tysiące egzemplarzy. Tylko dla wąskiego grona. Sam przyczyniłem się do sukcesu powieści An­drzeja Szczypiorskiego „Piękna pani Seidemann”. No dobrze, ale sam pan Szczy­piorski, który jest zdolnym pisarzem, nie wmawia sobie, że jest to wielka literatura. Powodzenie tej książki w Niemczech łą­czy się z tym, że Szczypiorski potrafił dać coś, czego w Niemczech nie ma, a mia­nowicie rozrywkową powieść na poważ­nym poziomie intelektualnym, z silną, do­brą krytyką społeczną, także krytyką epo­ki, także krytyką Niemców, która jest dla nich pełna zrozumienia. To jest ten suk­ces. Ale jeśli chce się wiedzieć, do czego jest on zdolny, co on potrafi, to trzeba się­gnąć do książki „Msza za miasto Arras”, być może najlepszej książki, jaką napisał. Gdy umarł Andrzejewski, no niby też tu tłumaczony, to żeby przypomnieć, kim był, trzeba było pisać o filmie „Popiół i dia­ment” Wajdy, który tu był jakoś w kręgach intelektualnych znany. W ciągu tych 40 lat nie spotkałem tu ani jednego człowieka, nikogo tu nie poznałem, a obracam się przecież w kręgach wykształconych, lite­rackich, kto słyszałby nazwisko Juliusz Sło­wacki. Trochę słyszano o Mickiewiczu, bo był na obiedzie u Goethego, raptem dwie godziny, ale był. A Norwid?

No ale przecież w ostatnich 20 latach ma­my dwoje noblistów – Czesława Miłosza i Wisławę Szymborską.

 

Pozwoli pan, że powiem szczerze. Szcze­rze, naprawdę. Obrażą się na mnie pewni ludzie w Polsce, ale muszę powiedzieć prawdę. Czesław Miłosz: Nobel i żadnego znaczenia. Wznowiono wprawdzie tę jego książkę „Dolina Issy”, ale bez Nobla by te­go nie zrobili. Szymborska – Nobel i wpływ – zero. W obu przypadkach żadnego znaczenia. Bo czytelnicy, publiczność to wy­magające towarzystwo – nie można ich zmusić do czytania tego, co chcieliby redak­torzy, krytycy i politycy. Czy­tają to, co im się podoba. Szczypiorski im się podoba, to go czytają. A przy tym Szymborską to była w Niem­czech wielka niespodzianka, że dostała Nobla. Raczej mówiono, że jeśli poeta z Polski, to Zbigniew Herbert. Powiedziano mi dlaczego akurat ona, a nie Herbert, ale to nie jest temat naszej roz­mowy. Tu nie tylko jakość poezji odegrała rolę. Sprawa z Noblem to w ogóle trudna sprawa. Przecież to idzie według krajów. W 1999 r. było jasne, że Nobla musi do­stać Niemiec.

I dostał go Günter Grass.

 

To wielki stylista, jego język jest oryginal­ny, jędrny, szczególny. Najważniejsza w je­go twórczości jest tzw. Gdańska trylogia, druga część „Kot i mysz” – wręcz znakomi­ta. Późniejsze pisarstwo Grassa – straszne, zwłaszcza ostatnie książki, chociaż i w nich można spotkać jeszcze dobre rozdziały.

W pańskich wspomnieniach, które opisują doświadczenia trudnego, niebezpiecznego wieku XX, delikatną kreską podejmuje pan także sprawę antysemityzmu. Doświadczył pan go wszędzie, także w Polsce.

 

Gdybym podjął pańskie wyzwanie, nie był­bym, obawiam się, dostatecznie obiektyw­ny, ponieważ przez antysemityzm Polaków wiele wycierpiałem. W czasie okupacji było w Polsce aż nadto wiele okazji, by go do­świadczyć. O niektórych napisałem w swo­jej książce. Nie zapominam jednak i nigdy nie zapomnę, że wojnę przeżyliśmy z żoną na Gocławku dzięki pomocy, schronieniu, jakie znaleźliśmy w rodzinie polskiego robotnika. Wybaczy pan, ale generalnie, nie nadaję się do odpowiedzi na pytanie o charakter polskiego antysemityzmu.

 

Rozmawiał MAREK ORZECHOWSKI, Bonn

 

Marcel Reich-Ranicki. ur. w 1920 r. we Włocławku; pisarz i najbardziej wpły­wowy niemiecki krytyk literacki, słynący ze zjadliwe­go pióra i kontrowersyjnych wystąpień telewizyjnych. Dzieciństwo spędził w Polsce, potem wyjechał z ro­dzicami do Niemiec, skąd go deportowano z powro­tem do Polski w 1938 r. Kilka lat spędził w getcie warszawskim, skąd udało mu się uciec. Był przez chwilę w wojsku polskim, pracował w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego i Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W 1958 r. wyjechał z Polski i osiedlił się we Frankfurcie n. Menem. Pracował jako krytyk w tygodniku „Die Zeit”, w 1974 r. został kierowni­kiem działu literackiego „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Autor krytycznoliterackich esejów, redaktor wielu literackich antologii, współpracownik „Encyclopaedia Britannica”.

 

 

POLITYKA nr 22 (2247), 27 maja 2000

„Zagłada getta żydowskiego” i „Klątwa Żydowska” – Mirosław Leszczak „Głos Siemiatycz” rok 1990

Synagoga w Siemiatyczach.jpg

Za dwa lata, w listopadzie 1942 roku minie 50 rocznica eksterminacji ludności żydowskiej w Siemiatyczach. Trzeba będzie upamiętnić naszych wymordowanych współmieszkańców jakąś tablicą czy obeliskiem. Wpierw należy jednak przybliżyć te tragiczne wydarzenia współczesnym siemiatyczanom. W końcu niewielu dzisiaj wie, że w 1939 roku w Siemiatyczach mieszkało 4303 Żydów (52,9% ogółu mieszkańców) co oznacza, że co drugi siemiatyczanin był wyznania mojżeszowego.

Siemiatycze znalazły się pod okupacją niemiecką 11.IX1939 r.

Już wtedy  Niemcy  powołali  przedstawicielstwo   żydowskie   w   osobach: rabina  miasta Chaima Barucha Gersteina, Zundla Monczera i Jankiela Rubinsa, którym podyktowali swoje warunki.  Nie lepiej postępowali kolejni okupanci – Sowieci, którzy wywieźli na Syberię wielu żydowskich kupców i przedsiębiorców. Jednak wielu Żydów zaczęło wysługiwać się wtedy komunistycznej władzy, choćby w samozwańczym Komitecie Robotniczo-Chłopskim.

Druga okupacja niemiecka zaczęła się 23 czerwca 1941 r. Wkrótce zaczęły się prześladowania Żydów. Kazano im 10 lipca rozbić pomnik Lenina, obarczając ich całą winą za wszystkie  zbrodnie komunizmu. Około 10 sierpnia powołano Judenrat pod kierownictwem Izraela Rozencweiga, w składzie: Szymon Ciepielewicz, Pejsach Steinberg, Lejzor Szuster, Dawid Gruskin, Mordechaj Gruskini, Lewin Rozencweig, Jankiel Kogut, Rafał Kidszblum, Dawid Winner i Kałmen Szefic. Do lipca 1942 roku Żydzi mieszkali w swoich domach, lecz musieli je oznakować, podobnie jak codzienną odzież. Od sierpnia zaczęto ogradzać getto na Zamościu w rejonie ulic: Koszarowej, Wysokiej, Górnej, Słowiczyńskiej. Stłoczono tam też Żydów z Drohiczyna, Mielnika, Nurca, Grodziska. Na początku listopada 1942 roku zaczęła się likwidacja getta. Jeszcze 3 listopada doszło do buntu, gdy Żydzi próbowali sforsować druty. Wymknęło się ich wtedy ok.  300 i rozproszyli się po okolicy. Tymczasem codziennie odchodziły transporty z getta na st. kolejową Siemiatycze i dalej do Treblinki. Wielu zostało zastrzelonych na miejscu, wielu zmarło z głodu, wielu też zdołało uciec z transportu np.: Irwing Morer, Ryfka Gruskin, Lejzor Resznik i in.

Z getta siemiatyckiego wywieziono ogółem ok. 7 tys. osób i prawie wszyscy zginęli w Treblince. Tych kilkudziesięciu cudem uratowanych przetrwało okupację m.in. dzięki Polakom takim jak np. Bronisława Kryńska ze wsi Morze (ukrywała 18 Żydów), czy rodzinie Dawidziuków z Dołubowa, rozstrzelanej za ukrywanie Żydów. Byli, oczywiście też i Polacy, którzy sami prześladowali Żydów, jak np. policjanci: Szczygieł, Fleks, Owerczuk i inni, którzy po wyciągnięciu od nich złota, wydawali ich Niemcom. Z drugiej strony znamy tragiczną historię rodziny Wilińskich i Siemieniuków z Czartajewa, wymordowanych przez zbrojną grupę żydowską Herszla Szebesa z zemsty za wydanie Żydów Niemcom (marzec 1944 r.).

Tak było. Nasza wspólna historia jest skomplikowana, a jednak musimy o tym mówić i pisać. Powiedzmy jeszcze raz banalną prawdę: byli Polacy dobrzy i źli, i byli dobrzy i źli Żydzi. Tylko w komunistycznej propagandzie i historii są barwy albo czarne albo białe.

 

Przy pisaniu tego szkicu korzystałem głównie z albumu pt. „Kehillat Siemiatych” wydanego w Izraelu i w USA. Pozyskałem go dzięki Stowarzyszeniu Żydowskich Wychodźców z Siemiatycz w Izraelu. Przy okazji składam podziękowanie p. Barbarze Goodwin (primo voto Hajdukiewicz), mieszkającej w Wlk. Brytanii, za przetłumaczenie angielskojęzycznej części albumu.                                                                            

 

Mirosław Leszczak

Źródło:

„Głos Siemiatycz”, 18 XI 1990 r.


 

ZE STARYCH KRONIK

KLĄTWA ŻYDOWSKA

Powstały w 1723 r. Sejm Żydów Korony ustalił podatki i sposób ich ściągania. Na tym tle właśnie zaistniał spór pomiędzy gminą tykocińską, a podległą tejże – gminą siemiatycką.

Żydzi siemiatyccy odmówili płacenia podatków do Tykocina, uważając, że na­rzucono im zbyt wysokie sumy. Opór potężniał, choć prowadzony był ze zmien­nym   szczęściem. Z tego powodu Sejm Żydów Korony wyklął w Jarosławiu gminę siemiatycką. Klątwa brzmiała następująco:

„Niechaj oni będą wyklęci i odo­sobnieni i oddzieleni od wszystkich gmin żydowskich w Polsce. Niech ich chleb będzie chlebem poganina a ich wino nie ich winem. Dalej  niż cztery łokcie nie ma nikt z nimi prowadzić handlu. Wszystkie długi, które są im przynależne, niechaj będą wstrzymane, a  wszystkie ich  weksle niechaj będą unieważnione. Ta klątwa będzie tak długo ważna, aż nie przyjdą do nas i nie zapłacą. I oby oni zawsze żyli pod groźbą tej klątwy.”

Wyrok w sprawie Żydów z Siemiatycz wydali sędziowie z Poznania, Ostrowia i Łucka. A jednak krnąbrni seniorzy gminy siemiatyckiej trwali przy swoim. Nie pomogło nawet powtórzenie klątwy w 1728 r. I tym to sposobem osiągnęli w 1730 r. uwolnienie się od zwierzchności Tykocina. Siemiatycze stały się z czasem jedną z najważniejszych gmin w Polsce, podległą bezpośrednio Sejmowi.

 

Mirosław Leszczak, Klątwa Żydowska, „Głos Siemiatycz”, nr 10, 18.XI. 1990, s. 7.


 

Żydzi Siemiatyccy w Powstaniu

Żydzi z Siemiatycz w momencie zry­wu niepodległościowego w 1863 r. nie pozostawali obojętni. Nie znamy wpraw­dzie dotychczas konkretnych nazwisk, ale wiemy o pomocy udzielanej przez kupców żydowskich spiskowcom. To właśnie siemiatyccy Żydzi byli dostarczy­cielami prochu dla magazynów pow­stańczych np. do domu Władysława Czarkowskiego do Łosic. Musiała być to pomoc wyraźna i niestety widoczna, sko­ro po rozbiciu wojsk powstańczych 7.II. w Siemiatyczach, ludność żydowska poddana została okrutnym represjom. „Wiadomości z pola bitwy” z 6.03.1863 r. donosiły o wyczynach kozaków w Sie­miatyczach: „Miasto całe najzupełniej zrabowali, dom po domu obdarłszy pod­palali, Żydów po kieszeniach, a Żydówki do bezwstydu rewidowali, wszystkie znalezione przez nich pieniądze i kosztow­ności zabierali, palce z pierścionkami, uszy z kolczykami Żydówkom obrzyna­li”. Plon masakry ludności żydowskiej widoczny był nazajutrz gdy „po bitwie na pięciu wozach wywieziono do Ciechanowca dzieci żydowskie, sieroty po pomordowanych rodzicach” Raport gen. Langiewicza w tymże n-rze „Wiadomości” donosi też że „w jednej z wsi koło Siemiatycz napadli Kozacy na właściciela stada wołów Berka Widemana z Brześcia i mimo, że ten schronił się we dworze, zamordowano go razem z dziedzicem”.

Władze carskie mszcząc się za po­moc udzielaną powstańcom przez Ży­dów siemiatyckich, nakazały zebrać wśród nich kontrybucję i za te pieniądze wybudowano w 1865 r. pomnik kaplicę z obrazem św. Aleksandra Newskiego. Stanął naprzeciw ul. Pałacowej, przed ratuszem. Miała to być pamiątka zgniecenia powstania 1863 r., ale z powodu za­niedbania w 1923 r. władze polskie naka­zały rozbiórkę obiektu.

Mirosław Leszczak

 

„Głos Siemiatycz”, 12 III 1991 r.

„Nawet umarłym nie dali spokoju” – PAWEŁ FIJAŁKOWSKI (Wędrówki z przeszłością) „Foks-Sztyme”, 1985-11-30, str. 10.

Nawet umarłym nie dali spokoju - Wyszogród.JPG

Zawsze wydawało mi się, że Wyszogród znam jak włas­ną kieszeń. Miasteczko ma­łe — z jednego końca w drugi można dotrzeć spacerem w ciągu kilku zaledwie minut. A po­za tym przyjeżdżam tu często, od wielu lat. Ale dopiero w sierpniu 1984 r. narodziła się moja znajo­mość z panem Leibem Fraizyngerem — rodowitym wyszogrodzianinem, rówieśnikiem naszego stulecia. Wówczas przekonałem się jak wielu rzeczy jeszcze nie wiedziałem. Spacerując z Fraizyngerem po miasteczku zaczą­łem poznawać Wyszogród od no­wa. To on pokazał mi dom z gwiazdami Dawida — jedyny oca­lały z pożogi ślad po wyszogrodzkim żydostwie. Dom ten stoi przy głównej ulicy miasteczka (ul. Rębowska 33). Na ogół nikt nie zauważa sześcioramiennych gwiazd na jego fasadzie. Może dlatego przetrwały.

Pierwsze wzmianki o Żydach wyszogrodzkich pochodzą z po­czątków XV w. Wyszogrodzka gmina była początkowo nieliczna. Jednakże w następnych stule­ciach stała się jednym z najwięk­szych skupisk żydowskich na Mazowszu. Pierwszy kirkut, zwany starym, znajdował się nie opodal centrum miasta, na wschód od Rynku, przy stromej, nadrzecznej skarpie. Funkcjono­wał on przez ponad cztery stule­cia, niestety nie pozostało po nim ani śladu. W okresie międzywo­jennym teren cmentarza porasta­ła gęstwina krzewów. Dziś w miejscu tym znajduje się wznie­siona po wojnie przetwórnia owoców i warzyw. Tylko krajobraz pozostał niezmieniony. Jak nie­gdyś rozciągają się stąd wspaniałe widoki na szeroko w dole roz­laną Wisłę i masywy leśne na przeciwległym brzegu.

W czasie jednej z epidemii, która nawiedziła Wyszogród w I poł. XIX w., na starym cmenta­rzu zaczęło brakować miejsca na grzebanie zmarłych. Założono wówczas nowy kirkut, znajdują­cy się na wschód od miasteczka, tuż za cmentarzem parafialnym.  W tym czasie Żydzi stanowili w Wyszogrodzie większość. Było tak już od II poł. XVIII w. W 1793 r.

W mieście zamieszkiwało 1017 Ży­dów i 571 chrześcijan. W 1808 r. liczba Żydów wyszogrodzkich wy­nosiła 2883 osób, czyli nieco ponad 90 proc. mieszkańców. Przez całe XIX stulecie odsetek żydowskich obywateli Wyszogrodu malał, nie­mniej aż do wybuchu II wojny światowej stanowili oni większość (58 proc. w 1921 r.).

Niemieccy okupanci nie poprze­stali na wymordowaniu wyszogrodzkich Żydów. Postanowili znieść z powierzchni ziemi także wszelkie ślady ponad pięćsetletniej ich historii. Synagoga zosta­ła rozebrana, cmentarz zaś zupeł­nie zniszczony. Nagrobki posłuży­ły do brukowania wyszogrodzkich ulic i wyrobu krawężników. „Błą­dząc wśród zabudowań miastecz­ka należy zwracać uwagę na wszystkie znaki — pisze Zdzisław Skrok w książce „Na tropie ar­cheologicznych tajemnic Mazow­sza”. — Wędrując wąskimi ulicz­kami, które często wybiegają wprost na otwarte pola, ogłasza­jąc kres miasta, należy także uważnie patrzeć pod nogi. Wśród kamiennego bruku natrafić możemy czasami na regularną płytę pokrytą dziwnymi, niezrozumiałymi mi znakami”.

Nie pamiętam, bym na którejś z wyszogrodzkich ulic spotkał kiedyś fragment kamienia z hebrajskimi napisami. Zapewne dla­tego, że większość z nich jest od lat wyasfaltowana, a krawężniki zostały z czasem wymienione.

Teren zniszczonego przez Niem­ców kirkutu jest dziś na pozór nic nie mówiącą kępą drzew i gę­stych krzewów, przeciętą przez wydeptaną skosem ścieżkę. Bieg­nie ona tuż przy kryjącym się w gęstwinie niewielkim pomniku z betonu. Pierwotnie otaczała go wsparta na słupkach barierka, ale została ona zniszczona, słupki po-przetrącane. Sam pomnik składa się z dużej poziomej płyty i sto­jącej na niej mniejszej pionowej z napisem: „NAWET UMARŁYM NIE DALI SPOKOJU”. Na­pis na poziomej części pomnika głosi:

TEN CMENTARZ ZOSTAŁ ZBESZCZESZCZONY PRZEZ BARBARZYŃCÓW HITLEROW­SKICH W LATACH 1939—1945. UFUNDOWANO PRZEZ KOMI­TET ŻYDOWSKI WYSZOGRÓD 8.7.47 R.

Spośród niemal trzech tysięcy wyszogrodzkich Żydów, wojnę przeżyło około 120. Wspomniany na Pomniku Komitet Żydowski to siedmiu Żydów, którzy po za­kończeniu wojny powrócili do ro­dzinnego Wyszogrodu. Jednym z nich był Leib Fraizynger. To on ułożył słowa „Nawet umarłym nie dali spokoju.”, o czym kilkakrotnie i z dumą wspominał. Istotnie, nie ma chyba sformułowania, które lepiej wyrażałoby tragedię ostatnich lat wyszogrodzkiego żydostwa.

Fraizyngerowi  udało się – nieprawdopodobnym wprost zbiegiem okoliczności – odnaleźć na jednej z ulic kamień nagrobny swego dziadka. Przetransportował go na teren kirkutu, lecz niedawno kamień zniknął. Został zabrany po raz drugi i prawdopodobnie już się nie odnajdzie. Pewnie „poszedł” pod fundamenty jakiegoś domu. Niepewna jest też przyszłość samego pomnika. Niszczejący i niszczony przez chuliganów wymaga odnowienia. W przeciwnym bowiem razie za kilka lat będziemy oglądać tylko jego resztki.

Osiem kilometrów na wschód od Wyszogrodu, rozciąga się nad brzegiem Wisły niegdysiejsze miasto Czerwińsk. W historii tej osady Żydzi nie odegrali znaczącej roli, a tutejsza gmina była stosunkowo niewielka. W 1820 r. zamieszkiwało tu 70 Żydów, którzy stanowili 14 proc. obywateli miasteczka.

Czerwińska synagoga przetrwa­ła w zasadzie lata wojny, została jednak później tak dokładnie przebudowana na kino, że nie spo­sób dziś domyśleć się pierwotnej funkcji budynku.

Podobnie jak w Wyszogrodzie były w Czerwińsku dwa kirkuty. Stary znajdował się we wschod­niej części osady, na wzgórku przy obecnej ulicy Królowej Jad­wigi. Nowy założono na wschód od miasteczka, wśród pól. Oba cmentarze zostały przez Niemców zupełnie zniszczone. Nagrobki wywieziono do Bodzanowa i uży­to jako kamień budowlany. Teren starego cmentarza został po wojnie podzielony na prywatne po­sesje. Ich właściciele wykopują czasem z ziemi fragmenty piaskowcowych płyt. Nowy cmentarz ocalał jako teren. Otacza go nis­ki, usypany z ziemi wał, jedyny znak, że nie jest to zwykła łąka, lecz jedno z wielu w naszym kra­ju miejsc, przywodzących na myśl ułożone przez Fraizyngera słowa: „Nawet umarłym nie dali spoko­ju”.

Tekst:

PAWEŁ FIJAŁKOWSKI

 

„Foks-Sztyme”, 1985-11-30, str. 10.