„KWIAT PAPROCI” – WOJCIECH SEMIK-KASSIAN (reportaż śledczy) – „Politechnik” lata 80-te

kwiat paproci.jpg

—  Ile redaktorze dostaliście za ten ar­tykuł?

—  ?

—  Chyba nie więcej niż 500 złotych. A mówiłem nie pisać — dałbym więcej.

Dyrektor zakładu z butami w szyldzie sili się na lekceważący ton   

— Głupi jesteś redaktorze jak but i mło­dy jeszcze, ale trudno, W sądzie skarżyć was nie będę, bo cię lubię, lecz zniszczę dokładnie. Jestem członkiem instancji i nikt obcy nie będzie węszył w moim zakładzie za sensacją.

 

Pijąc w gabinecie dyrektora miejscowe­go domu starców, zaczynam rozumieć o co chodzi Szedłem sobie spokojnie ulicą S. gdy nagle zatrzymał się obok czer­wony polonez. Rozległ się wrzask pija­nych osób. Byli to naczelnik miasta gmi­ny wraz z dyrektorem od butów. Żal tego ostatniego wynikał z tekstu, który przed kilkoma miesiącami zamieściłem na łamach jednej z białostockich gazet.

Przykład szedł z góry oszukiwało kie­rownictwo, wkrótce potem uczniowie szkoły przyzakładowej zaczęli wynosić buty, zaś starsi wiekiem pracownicy usiło­wali (w pojemnikach po mleku) przemycać większe ilości obuwia. Zresztą miejscowi rzemieślnicy pracowali od lat na bazie za­kładowego butaprenu i nici. Kradzieże stały się zjawiskiem masowym. Podjęto działania zmierzające do ukrócenia proce­deru. Ukarano najostrzej pracownicę wychodzącą z rozsadą paproci — tak dla przykładu, dla zakamuflowania spraw istotniejszych.

 

GDZIE DRWA RĄBIĄ TAM WIÓRY LECĄ

 

— ale umiar i rozsądek powinien być zachowany. Kilka razy spotkałem się z kierownictwem zakładu i napisałem ar­tykuł. Teraz jesteśmy w domu starców..

— Jak można była takie brednie powypisywać, załogo zaprotestowała. Sami byli u mnie żeby zaskarżyć — krzyczał dy­rektor.

Mogłem się przekonać, kto to jest ta „oburzona załoga”. Pierwsza osoba to kierowniczka działu kadr. Druga — za­stępca do spraw pracowniczych. Człowiek, który nigdy nie kwestionuje jej decyzji i nie wtrąca się do niczego. Wreszcie kierownik zmiany, nie mający własnego zdania, gdy siedzi przy szefach lecz chęt­ny do rozmowy, gdy zostajemy sami. Prze­wodnicząca związków zawodowych nie mówi nic. Jej świadomość określa fakt, że sama nie wie co się z jej funkcją wiąże. — Kierowniczka wie najlepiej — kończy swoją wypowiedź i wychodzi, zaś ci z hali produkcyjnej cieszą się, że ktoś stanął w jej obronie.

Dyrektor wchodzi w skład aktywu miejsko-gminnego i sieje strach wśród miesz­kańców. Prasę mieli zawsze dobrą. Me­chanizm był prosty. Naczelnik zapraszając mistrzów pióra, kamery i mikrofonu stosował doping. Przygotowywał go nocami dyrektor mieszkaniówki. Gdy jeden ba­lon zacieru kończył fermentację, napeł­niało się następny. Głupio byłoby potem dziennikarzom podejmować tematy interwencyjne w gminie słynącej z dobrego poczęstunku. Tonu balangom nadawał na­czelnik, który w trakcie imprezy wycho­dził, tłumacząc się pilnymi obowiązkami służbowymi.

Zastępca szefa firmy produkującej buty (swój chłop) pełni funkcję przewodniczącego miejskiej rady narodowej. Sekretarz przyszedł tu (zaraz po odnowie) z sąsied­niego miasteczka Teraz siedzi jak mysz pod miotłą i łyka niedopite, koniaki przy­noszone przez ordynatora miejscowej ginekologii. Koniakami położnik usiłował „kupować” akceptację swoich poczynań, ze strony szefów innych firm, ale nie poskut­kowało. Sięgnął więc do bardziej rady­kalnych metod.

Ordynator był przez pewien czas zastęp­cą dyrektora ZOZ. Obowiązujący u niego cennik uwzględnia stopę inflacyjną. Wia­domo, ciąża to nie nagły wypadek, przed przyjęciem do szpitala można omówić warunki. Rozmowa przebiega w cztery oczy, świadków brak. Za miejsce na oddziale 3 tysiące, zabieg — 10 tyś., założenie spiralki — 10 dolarów. Budżet domowy od­ciążają zapasy z prywatnej lodówki stojącej w oddziałowej kuchence, do której klucz posiada tylko szef.

Dyrektor zakładów skórzanych jest jego przyjacielem zwłaszcza, gdy pojawia się wspólny interes. Zaś szef, jednej z biało­stockich gazet jest kolegą z ławki szkolnej i ma wdzięczną pamięć.

 

FARSA  TRWA

 

W zakładach skórzanych pojawiły się wkrótce inne problemy. Podczas kontroli przyłapano brata kadrowej wynoszącego surowiec. Sytuacja stała się, kłopotliwa, musiano go zwolnić. Jednak po kilku dniach został zatrudniały jako chałupnik. Robił to samo co w zakładzie — wykrojniki. Zakładowym Żukiem zawieziono mu niezbędne narzędzia i butle gazowe. Po kilku tygodniach przyjęto go do zakładu ponownie. Bratanicę kadrowej zatrudnio­no w sklepie zakładowym, zaś brata.. będącego do niedawna kierownikiem punktu usługowego, szyjącego kożuchy posłano na rentę inwalidzką. Teraz jest szefem hotelu zakładowego, zlokalizowanego we własnym domu.

W kożuchy obszyto wszystkich, tym bardziej, że ceny usług były niskie w po­równaniu do cen wolnorynkowych. Po­stanowiono rozszerzyć interes na bardziej prywatny.

Dyrektor i brat kadrowej rozpoczęli ho­dować barany na rancho miejsko-gminnego mafioso. W pobliskiej wsi, człowiek, zwany „brudasem”, dysponujący dziesiąt­kami milionów udostępnił dyrektorowi stosowne pomieszczenia. Zakładowymi samochodami wożono z województwa pasze i skóry do garbowania. Przez dwa lata nie przyjmowano zleceń od „obcych”. Obszywani byli tylko fikcyjni zleceniodawcy. Produkty ładowano do samochodu (pań­stwowego) i wieziono pod wskazany adres. Zysk dyrektora powiększał się. Rosła też w oczach dacza w jednej z wiosek woj. łomżyńskiego.

Teraz akcja przenosi się do stolicy Fran­cji. To właśnie tu, korzystając z nastroju piękna ordynatorowa ma nakłonić „Bru­dasa” do udostępnienia jej jednego z do­mów okalających miejski rynek. Zamie­rzają bowiem otworzyć oficjalny gabinet. Do tej pory przyjmowali prywatnie — w przychodni szpitalnej lub w domu. Jeden z pokojów wyposażyli nawet w krzesło ginekologiczne (podobno skasowane) i komplet narzędzi — skradzionych z oddziału. Za  zaginiony sprzęt odpowiadała odchodząca na rentę siostra oddziałowa.

 

LEGISLATYWA W TERENIE

 

Dyrektor ZOZ nie zajmował się rozpa­trywaniem skarg nadsyłanych przez pa­cjentki, gdyż sam miał kłopoty. Chciano pozbawić go dyrektorskiego fotela. I to nie w sierpniu ’80, dobrano się do niego dopiero w stanie wojennym. Ale przyje­chała komisja z województwa i oczyściła go z wszelkiej odpowiedzialności.

Wytłumaczono mu zasadność zatrudnie­nia 5 członków rodziny w podlegających mu działach i konieczność zorganizowania pomieszczenia dla myśliwych z funduszu przeciwalkoholowego. Dublujące się delegacje rozliczane przez PZM i ZOZ tłumaczono… roztargnieniem. Zaś lekarz woje­wódzki potraktował występujących z za­rzutami jako wrogów wewnętrznych.

Przysłani przez niego urzędnicy w kon­kluzji piszą: „…dyrektor posiada, wymierne osiągnięcia i zasługi w rozwoju służby zdrowia. (…) cechuje go właściwy stosu­nek do podwładnych (…) niezależnie od zajmowanych przez nich stanowisk. Cało­kształt jego pracy zawodowej, społecznej i gospodarczej oraz autorytet jaki posiada w środowisku (…) dowodzi, że w dal­szym ciągu powinien pełnić dotychczaso­wą funkcję dyrektora ZOZ. Za obroną jego pozycji przemawia też nienaganny tryb życia, brak dowodów świadczących o chęci bogacenia się i autorytet jaki po­siada u władz partyjnych i administracyj­nych”

Komisarz wojskowy, za którego „zabrał” się dyrektor ZOZ, broniąc się słał pisma do Sztabu Generalnego. Opisując sytuację w S. obsmarował komisję z województwa, która czyszcząc dyrektora twierdziła… że do wielu dokumentów nie ma dostępu.

 

Komisarz twierdzi, że „przeprowadzo­na nibykontrola w ZOZ, na podstawie któ­rej Wydział Zdrowia i Opieki Społecznej Urzędu Wojewódzkiego w Białymstoku dał wyjaśnienie odnośnie (…) wniosku o po­trzebie kontroli, jest działaniem wymija­jącym. Ta „rzekoma” kontrola niczego nie wyjaśniła, nie starała się wyjaśnić. Nadużycia nie zostały ujawnione. Po co ta kontrola? Czemu miała służyć, po co ten fałsz i obłuda. Prawdzie należy oddać głos. (…) dyrektor stosuje prywatę, nadu­żywa stanowiska w celu pozyskania ko­rzyści materialnych (…) piastując wysokie stanowisko społeczne postępuje (…) w sposób nikczemny, perfidny, wyrafinowany i wredny. Tolerowanie tej działalności doprowadzi do wynaturzeń i szkód w przy­szłości.”

Kolejna komisja, tym razem z Minister­stwa potwierdziła malwersacje. Łącznie ze sprzedawaniem pacjentom leków pocho­dzących z darów zagranicznych i znajduje dowody na to, że pracownicy otrzymując nagrody, musieli połowę ich zwracać oso­biście dyrektorowi.

Piszą: „Komisja MZiOS stwierdziła, że w ZOZ w latach 1975—82 odwołano 5 za­stępców dyrektora i nie da się wyjaśnić przyczyn zwolnienia. Dyrektor otrzymy­wał trzy razy przydział samochodu”.

Podsumowując kontrolę twierdzą, że „…komisja wojewódzka często traciła orientację kogo ma bronić, a kogo oskar­żać, gdyż kilkakrotnie pisała „zarzut nie miał cech nadużyć, bo działanie dyrektora zostało podjęte za zgodą lekarza wojewódzkiego”. „reasumując należy stwierdzić, że (…) dyrektor przekreślił swoją pozytywną i bogatą działalność oraz dorobek postępowaniem niegodnym człowieka, na tym stanowisku. Każde jego słowo obrony uważamy za dodatkowe oskarżenie, gdyż od działacza społecznego i politycznego oczekuje się więcej niż od szeregowego le­karza. Opinii POP nie braliśmy pod uwagę, gdyż przez cały rok nie odbyło się ani jedno zebranie. A poza tym sekretarzem nie jest Eugenia X., jak twierdzi dyrektor, lecz Danuta Y, kierowniczka żłobka, z którego łazienkowa glazura znalazła się w prywatnych mieszkaniach gminnych prominentów. Jej obiektywizm budzi więc wątpliwości…”

 

SZUKAJĄC SOJUSZNIKÓW

 

— odwołany dyrektor ZOZ zaprasza na­czelnika miasta i gminy wraz z małżonką na kilkudniowy pobyt w RFN.

W tym czasie nad głową pracownicy od „kwiatu paproci” zawisły dyrektorskie grona gniewu. Kierownictwo „umilając” jej każdy dzień pracy, stosuje wszelkie chwyty Dyrektor w rozmowie stwierdza „.-nie mam gwarancji, że przez 20 lat pracy nie kradła pani. Może tylko nie da­ła się pani złapać…” W świadomości pra­cowników zakładu skórzanego problem nabiera rumieńców „zakulisowej afery”.

Z perspektywą nienaruszalnego status quo w mieście pogodzili się najszybciej działacze wszelkich gminnych instancji, do których również zgłaszała się poszko­dowana. Uznano, że pracownica powinna odejść. Pogodziła się z losem. Przestała się zadręczać pytaniami, gdzie leży spra­wiedliwość i dlaczego jest różna dla róż­nych, gdyż w tym czasie ginie jej brat. Zaczyna pracę w szpitalnej kuchni.

Niełatwe zadanie przypadło stróżom porządku publicznego w miasteczku. Lu­dzie piszą skargi, ale cóż z tego? Gdy dochodzi do konfrontacji zmieniają ze­znania i twierdzą coś zupełnie innego. Zamiast oskarżać, wychwalają pod niebiosa gminną władzę. Wody w usta nabierają stojąc nawet przed sędziami w togach.

Ordynator ginekologii oddał milicji spra­wę siostry oddziałowej, przechodzącej na emeryturę. Prawomocne orzeczenie brzmi: l rok z warunkowym zawieszeniem na 3 lata pozbawienia wolności i 15 tysięcy grzywny.

W czasie procesu winowajca zajmował miejsce dla świadków. Wśród zaginionych na oddziale rzeczy brak było kolorowego telewizora, magnetofonu kasetowego, rzut­nika, 5 kocy, kołdry, kompletu nożyczek i aparatu EKG. Zaskoczył sędziów jeden ze świadków mówiąc, że to wszystko jest w domu lekarza. I rzeczywiście, ordynator (na sali rozpraw) napisał kartkę z wyka­zem sprzętu będącego w jego prywatnym posiadaniu. Obiecał, że zwróci. Komplet nożyczek i peanów znalazł się u niego przypadkowo. Krzesło ginekologiczne kupił jako mebel skasowany. Pozostałe narzę­dzia posiadane w domu zakupił w CEZALU, z tym że bez rachunków. Nie trafiono natomiast na ślad skradzionych szlaf­roków sztruksowych, foteli, radia (stojące­go w gabinecie ordynatora) butli na gaz propan-butan i innych narzędzi chirur­gicznych.

Oskarżona siostra twierdzi, że będąc 3 miesiące pacjentką interny z wylewem krwi do mózgu oddała klucze od magazyn­ków ordynatorowi.

Na rozprawę główną ordynator nie przy­jechał. Wysłał zawiadomienie, że „… w tym czasie będę bawił poza granicami kraju, a więc proszę o usprawiedliwienie fak­tu nie przybycia na rozprawę w charakterze świadka”…

 

ŻOŁNIERZE WRÓCILI DO KOSZAR

 

ale zebrali spory materiał dowodowy wskazujący na istnienie silnej kliki gmin­nej, skupionej wokół milionera o pseudo­nimie „Brudas”. Każda ważniejsza komi­sja przyjeżdżająca z województwa musi się z nim zetknąć — ma knajpę w rynku.

Były dyrektor ZOZ przygotowuje się na ponowne objęcie stanowiska, zaś dyrektor od butów głosi konieczność powrotu do pryncypialnej linii.

 

EPILOG

 

Impreza w domu starców dobiegła koń­ca. Prominenci są zdziwieni, że jest ktoś, kogo nie mogą kupić. Ale mają znajomości gdzie trzeba. Więc mogą załatwić.

 

WOJCIECH SEMIK

 

P.S. Przed kilkoma dniami otrzymałem list z sąsiedniej gminy. Autorka pisze: „W Urzędzie Gminy odbyło się posiedze­nie d/s Odznaczeń. Prowadził je nauczy­ciel będący przewodniczącym GRN. Komi­sja wystąpiła o przyznanie Krzyży Kawa­lerskich osobom mającym negatywną opinię w społeczeństwie. Michał X — nau­czyciel, nie udziela się społecznie (alkoho­lik) Sergiusz Y., pracownik gminy. Ukara­ny przez Sąd za spekulację, zagarnięcie mienia społecznego i wystawianie fałszy­wych zaświadczeń. Dostał za to l rok i sześć miesięcy z zawieszeniem na 3 lata. Kazimierz Z. — ukarany za pobicie po­zbawieniem wolności na l rok z zawieszeniem na 3 lata. Gmina rozpada się, ich nic nie obchodzi bo mają znajomości w województwie i są radnymi GRN…”

 

Reklamy

Młodzież a kultura (3) ANEKS – Jacek GRÜN „Gazeta Współczesna” 11 września 1981 r.

Budujemy-nową-kulturę-plakat-propagandowy-z-okresu-PRL-fot.-domena-publiczna.jpg

           W dwóch poprzednich artykułach z tego cyklu zajmowałem się sprawami odrębności kultury środowiska stu­denckiego oraz problemami dotyczącymi wsi i miasta, wi­dzianymi przez pryzmat działalności organizacji młodzieżowych. Temat ów jest tak obszerny, że siłą rzeczy nie można było go wyczerpać na kilkunastu stronach maszynopisu, stąd też dzisiaj postaram się dać coś na kształt aneksu.

 

MODEL ROZRYWKI

 

Całe zło — moim zdaniem — uwidaczniające się dzisiaj w ta­kiej a nie innej postaci zaczęło się wówczas, kiedy zaczęto pro­gramować model rozrywki nazwijmy go telewizyjno-dyskotekowym. A więc z jednej strony nauka bezkrytycznego podcho­dzenia do treści oferowanych przez tendencyjny ekran, z drugiej zaś bezmyślna zabawa w ogłuszającym i ogłupiającym hu­ku. Jedno zainteresowanie: jaki zespół jest dzisiaj modny i co aktualnie śpiewa „Boney M”. Być może jest to za mocno po­wiedziane, bo przecież istnieją formy działalności artystycznej, pracuje szkolnictwo itd. Są to jednak znane mi od lat argu­menty wyrażane przez działaczy ruchu młodzieżowego i związ­kowego, którzy na jednostkowym przykładzie chętnie budo­wali (i budują nadal) optymi­styczne teorie. Prawda zaś jest taka, że zainteresowanie — to autentyczne — sztuką, literatu­rą czy twórczością artystyczną spadło na łeb na szyję w ciągu minionych sześciu, siedmiu lat. Takie zresztą były preferencje. Raz jeszcze powołam się na po­dany przed dwoma tygodniami przykład białostockiego Klubu Rozrywki. Otóż ówcześni dygnitarze postanowili wybudować kosztem wielu milionów kosz­marną na zewnątrz budę, zapominając, iż w tzw. terenie bra­kuje dosłownie groszy na podstawową działalność i elemen­tarne inwestycje. Stąd też po­stawienie GOK-u w Rajsku było nie byle jakim wydarzeniem, a jego otwarciu towarzyszyła niesamowita pompa i euforia.

 

Może drobną przesadą byłoby twierdzenie, iż przez to opusto­szały sale filharmonii, ale ów dyskotekowy model utożsamia­ny z autentycznym życiem kulturalnym socjalistycznego pań­stwa zakodowany został dosyć dokładnie w mentalności obec­nych nastolatków. Oczywiście nie mam nic przeciwko dyskotekom, ale w momencie, kiedy młodemu człowiekowi daje się prawo wyboru. Takiej alternaty­wy raczej nie stworzono. Jeżeli odrzucimy filharmonię, jako miejsce nadzwyczaj elitarne, to trzeba zapytać skąd się biorą pustki na dobrych, ambitnych filmach (w przeciwieństwie do obrazów tandetnych i banalnych), dlaczego opustoszały sa­le teatrów amatorskich, zespo­łów muzycznych, pracowni pla­stycznych, dlaczego spada czytelnictwo, zaś fragmenty prac maturalnych budzą zażenowanie i dosyć niechętnie udostępniane są prasie przez nauczycieli. O pracach pisanych na egzami­nach wstępnych na wyższe uczelnie wolę nie wspominać, chociaż zdarza się, iż ich autorzy otrzymują indeksy.

 

Pogoń za pieniądzem i dobra­mi doczesnymi, doprowadzona w minionym dziesięcioleciu wręcz do szaleństwa, a telewizja z dyskoteką dopełniła reszty. To, że tu i ówdzie znajdzie się gru­pka chętnych do pracy w zes­połach artystycznych zaliczyć należy na konto cudu.

 

W ŚRODOWISKU ROBOTNICZYM

 

Dwa lub trzy lata temu zorganizowaliśmy w redakcji „Gazety Współczesnej” dyskusję poświęconą kulturze robotniczej, ale że wówczas pisać można by­ło tylko delikatnie efekty jej — trochę zresztą podretuszowane —  przypominać  mogły  całą dekadę propagandy sukcesu. W rzeczywistości zaś w czasie kil­kugodzinnej rozmowy co raz przychodziło załamywać ręce. Bardzo dużo mówiło się wów­czas o opiece, jaką roztacza się nad młodymi robotnikami, ale było to — oczywiście — pustosłowie. Temu środowisku nie po­trafiono nic zaproponować, bo albo nie było odpowiednich pracowników, albo brakowało pie­niędzy. Tak więc rozmawialiśmy sobie przez kilka godzin o ni­czym, z czego należało napisać kilkanaście stron maszynopisu. Przedstawiciele środowiska robotniczego narzekali na brak zainteresowania nimi, zaś przedsta­wiciele władz resortowych gromili młodzież za bezruch kon­sumpcję i brak zainteresowa­nia czymkolwiek. Kółko za­mykało się idealnie.

 

  Czas — a konkretnie miniony rok — pokazał, ze w istocie win­na była ta druga strona. Niestety, traktowano klasę robotniczą jak zbiorowisko roboli, którym nic nie trzeba, które zresztą niczego nie chce i nic nie potrafi. Lepiej zatem budować luksuso­we tanc-budy z tysiącami świa­teł, a od święta zorganizować w hali fabrycznej koncert kameral­ny. Oczywiście w przerwie śnia­daniowej. Tymczasem okazało się, że ta młodzież potrafi i chce czy­tać, potrafi myśleć, zaś za jej braki odpowiada wyłącznie po­przedni model działania. Jeżeli do dnia dzisiejszego nie widać jakiegoś specjalnego ożywienia w owym środowisku to tylko dlatego, że — jak wspomniałem —  zapuszczany przez lata krajo­braz nie regeneruje się tak szyb­ko. Najlepszym symbolem obra­zującym stosunek władzy do środowiska były — i są nadal — tzw. majówki robotnicze. Dla­czego akurat  „robotnicze” nie wiem, ale prawdopodobnie cho­dziło o uzmysłowienie społeczeństwu, o podanie jak na realistycznym obrazku kim jest robotnik i czego pragnie. A więc jest ciągle zalanym facetem obarczonym kupą dzieci, stoi pod samochodem w oczekiwaniu na nowy transport piwa. Z roz­rywek najbardziej lubi podrasowane zespoły ludowe i rubaszne dowcipy. Młodzież robotnicza natomiast chce słuchać zespołów big-beatowych. Taki był schemat rozrywki — utożsamianej najczęściej z kulturą — w oczach specjalistów od wszyst­kiego.

 

WAŻNA JEST STATYSTYKA

 

            Dawna CRZZ w pewnym stop­niu nakładała na dyrekcje za­kładów pracy obowiązek prowadzenia tzw. działalności kul­turalnej i artystycznej. Ponie­waż obydwa te pojęcia utoż­samiano zwykle ze sobą — uz­nano, iż dobrze będzie, kiedy w przedsiębiorstwie powstanie ja­kiś zespół muzyczny, jakieś kół­ko zainteresowań, jakaś grupa teatralna. Wszystko to było rzeczywiście „jakieś”. Białostockie „Fasty”, chociażby, zatrudniły na etatach muzyków, z których tworzono zespół „Diamenty” obsługujący potańcówki i waż­niejsze akademie. Zespół oczy­wiście jeździł po kraju, brał udział w konkursach — nawet je wygrywał — i to się nazywało, że zakłady prowadzą działalność artystyczną wśród załogi. Kiedy zaczęły się różne zagraniczne wyjazdy organizowane przez „Pagart”, muzycy zrezygnowali z etatów i wyjechali za chle­bem. W magazynach pozostał sprzęt wartości kilku mln zł. To tylko jeden przykład, a jest ich przecież mnóstwo, zaś autentycznych działań wśród zało­gi dopatrzeć się raczej trudno. Ważna jest przecież statystyka.

 

Nie mam nic przeciwko za­trudnianiu w fabryce instrukto­rów — tak robi np. „Unitra-Biazet” — ale chodzi o to, by współtwórcami ewentualnych sukcesów byli amatorzy, pra­cownicy, wolny czas poświęcają­cy swoim zainteresowaniom. Pisałem zresztą o tym szerzej w cyklu „Kultura związkowa”. Jest to tylko wycinek rzeczywi­stości, bowiem dla kultury szeroko pojętej właściwie nie zro­biono nic. Przyjrzyjmy się za­kładowym bibliotekom, zwróćmy uwagę na jakiego typu imprezy zakład pracy kupuje bilety, ja­kie spotkania — i z kim — od­bywają się w przyzakładowych klubach. Tak, jak w przypadku środowiska wiejskiego, zaniedbano tu rzecz najważniej­szą: uświadamiające działanie u podstaw. W to miejsce wstawiono blichtr, fałszywą odświętność i lekceważenie zwłaszcza środowiska młodzieżowego.

 

JAKA EDUKACJA?

 

            Jesteśmy krajem eksperymen­tów oświatowych. Nie wiem, czy gdzieś indziej przeżywano tyle reform, wprowadzano tyle bezsensownych pomysłów co u nas, bez oglądania się na realia. Przykład modelu nauczania hi­storii wystarczy za wszystko. I  wreszcie model dziesięciolatki Kuberskiego zakładał generalne „odchamienie” społeczeństwa, wprowadzał bowiem program nauczania muzyki, plastyki, kultury w ogóle. Ale zapomniano — jak to często u nas bywa — o  podstawach. Jak można uczyć muzyki — i to na tak ambitnym poziomie — skoro  wiadomo, że nie ma nauczycieli, podręczników, płyt, instrumentów itd. Ważne, by wszystko znalazło się na papierze.

 

Pomysł upadł, ale znowu skrzywdzono w ten sposób iluś tam ludzi. Nowy program uwzględnia oczywiście te wszy­stkie braki i niedomogi, tyle że znowu wracamy do epoki ciem­noty, bowiem szkoły artystycz­ne nie załatwią problemu. Zre­sztą nie wszędzie one są jedna­kowe. Tarcia wewnętrzne, ambicyjki i inne rozgrywki zbyt często uniemożliwiają prowadzenie programu dydaktyczne­go. Wspominałem o tym w artykule „Wcześniak” omawiają­cym sprawę suwalskiej PSM I i II stopnia. Jeśli zaś chodzi o środowisko białostockie, to bez wdawania się w ocenę, chciałbym zapytać jaki procent uczniów Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia — w stosunku do in­nych, równie dużych szkół w kraju — znajduje się  w gronie laureatów ogólnopolskich kon­kursów muzykującej młodzieży. Po drugie — jak to się dzieje, że grozi nam utrata z trudem wywalczonej filii warszawskiej  Akademii Muzycznej na rzecz Lu­blina?

 

Jak wspomniałem na począt­ku, niniejszy artykuł jest jedy­nie aneksem do dwóch wcześniejszych i zawiera zaledwie kilka problemów mogących stanowić wyjście do szerszej dys­kusji na ten temat. Mamy na­dzieję, że taka się zdarzy.

 

„Gazeta Współczesna”

11-12-13 września 1981 r.

Nr 182 (9439)

Białystok – Łomża – Suwałki

Krajobraz zapuszczony (2) – Jacek GRÜN (felieton na temat młodzieży socjalistycznej) „Gazeta Współczesna” 1981 rok

CZAR PRL-u - MŁODZIEŻ SOCJALISTYCZNA.jpg

W poprzednim artykule z tego cyklu zatytułowanym „Studencka odrębność” starałem się przedstawić obraz kultury tego kręgu młodzieży, jako że wydał mi się on na tyle oryginalny, by traktować go jako zjawisko niezbyt przystające do całości problemu. Niestety, najnowsze doświadczenia wskazują, iż w ostatnich czasach nastąpiła pełna unifikacja i to środowisko w zasadzie nie potrafi zaimponować niczym nowym, ciekawym, niepowtarzalnym. Przykładem mogą być chociażby lipcowe Letnie Akademickie Warsztaty Artystyczne zorganizowane przez białostocką RO SZSP w Lipsku nad Biebrzą, których efekty odbiegają od tego, co pozostawili po sobie studenci, uczestnicy dawniejszych WAKS-ów tykocińskich. Zresztą uważny czytelnik prasy — nie tylko studenckiej czy młodzieżowej — zauważył zapewne, jak znikają z niej omówienia interesujących przedsięwzięć artystycznych we wszystkich prawie ośrodkach akademickich.

 

Niemniej jednak lata siedemdziesiąte wypełnione były godnymi szacunku działaniami i to wówczas, gdy cenzorskie oko w najmniejszej aluzji kierowanej do odbiorcy dostrzegało zagrożenie dla istniejącego porządku rzeczy. Czy to samo można powiedzieć o kulturze środowiska młodzieżowego, sterowanego przez takie organizacje jak ZMW czy ZSMP? Ta pierwsza organizacja przed kilku laty została zlikwidowana, by odrodzić się dopiero teraz, tak więc po pierwsze — nie można jej zarzucać grzechów innych, po drugie — zbyt wcześnie jeszcze, by wyrokować z jej działań o przyszłości. Zatem monopolistą na decyzje co jest słuszne, a co nie, pozostała Federacja Socjalistycznych Związków Młodzieży Polskiej, zrzeszająca w swych szeregach pięć organizacji, w tym również organizację studencką.

 

Niestety — ponieważ przykład idzie z góry — wszelkie działania tejże Federacji musiały siłą rzeczy powielać model propagandy lansowany przez władze rządowe i partyjne, a więc model nadmuchany, straszliwie odświętny, pryncypialny, nie znoszący oryginalnych inicjatyw, a nade wszystko posługujący się kłamliwą statystyką i ruchami pozornymi. Sporo imprez opartych na szczytnej teorii zamieniało się w kolejną tubę propagandową, cała para szła w gwizdek, potem zaś udowadniano dziennikarzom i władzom zwierzchnim, że wszystko jest w najlepszym porządku. Kiedy zaś dziennikarz odważył się mieć odmienne zdanie, to oczerniało się go przed kierownictwem redakcji o — delikatnie mówiąc — niewłaściwe zachowanie w czasie trwania imprezy. Sukcesy na tym polu chciał odnieść chociażby ZW ZSMP w Łomży. Te ruchy pozorne, to była — zwłaszcza w ostatnim okresie minionej dekady — jedyna działalność organizacji młodzieżowych, nie licząc oczywiście okazjonalnych i monotematycznych obozów artystycznych: filmowych, fotograficznych, muzycznych czy plastycznych. Korzystała z nich jednak nieliczna grupa wybrańców, reszcie pozostawiono ślepe uczestnictwo w proponowanych akcjach-gigantach. Jako kliniczny przykład może tu służyć „Sojusz świata pracy z kulturą”, w które to działania organizacje młodzieżowe były mocno zaangażowane. Niejeden już raz pisałem o efektach, nie ma więc sensu raz jeszcze przytaczać tego, o czym wszyscy doskonale wiedzą, a czego kiedyś krytykować nie zezwalano. Podobnie rzecz wyglądała z tzw. „Przeglądem aktywności kulturalnej ludzi pracy” organizowanym wspólnie z CRZZ. Na początku, kiedy ta akcja mająca w podtytule „Człowiek-praca-twórczość” dotyczyła wąskiego kręgu ludzi pracy, miało to ręce i nogi. Osławiona gigantomania nie dawała jednak dużych szans. Z regionalnej inicjatywy zrobiono akcję powszechną, wielką, z dużą pompą, tłumiąc w ten sposób to, co było w tych działaniach spontaniczne i oryginalne. Duża sprawa musiała być masowo obsługiwana przez dziennikarzy, a nie było mowy o pokazywaniu jej negatywnych efektów. Na każdym krytycznym zdaniu widniało skreślenie dokonane przez kierownictwo redakcji lub cenzora. Tak więc czytaliśmy o nadzwyczajnych sukcesach i udanych, imprezach, które faktycznie przedstawiały sobą żałosny widok.

 

Nie mam zamiaru potępiać w czambuł kierownictwa organizacji młodzieżowych, podejmowano przecież cały szereg udanych przedsięwzięć jak — chociażby w Białymstoku — przegląd młodych laureatów festiwali i konkursów muzycznych, filmowe obozy w Augustowie „OSAK”, Klub Piosenki czy prowadzenie Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy, ale nie było to działanie powszechne. Trzeba było natomiast dojść do olbrzymiej grupy młodzieży pracującej i uczącej się, do konkretnych grup zainteresowań czy — wreszcie — zacząć spełniać autentyczne zapotrzebowania tej młodzieży, wynikające z różnych spotkań i dyskusji. Ale — jak wspomniałem — przykład robienia wszystkiego na pic szedł z góry, a lojalność zobowiązywała.

 

Osobną nie zapisaną do dzisiaj kartą jest środowisko wiejskie, które najboleśniej chyba odczuło na sobie model działalności kulturalnej lat siedemdziesiątych. Zostało ono zapuszczone w tak dokładny sposób, iż nie wierzę, by to wszystko dało się odkręcić w ciągu najbliższych pięciu, a może nawet dziesięciu lat. Zajęci pisaniem sprawozdań i podawaniem fałszywych danych — tak chętnie przyjmowanych przez władze — działacze ZMW a później ZSMP, zapomnieli o tych, którzy pozbawieni są kin, sal koncertowych, podstawowych zdobyczy cywilizacji, jednym słowem — wszelkich dobrodziejstw dostępnych młodzieży miejskiej. W zasadzie jedynym przybytkiem dumnie mieniącym się w rocznikach statystycznych „placówką kulturalną” był (i jest nadal) klub „Ruchu”, czyli nie wiadomo właściwie co. Telewizor, kilka gazet, buda i pite pod stołem wino, albo zabawa ludowa — oto alternatywa, przed którą nadal, na początku lat osiemdziesiątych XX wieku stoi młodzież polskiej wsi.

 

To zapuszczenie wynikało — jak wspomniałem — z omotania pozorami i blichtrem. A jego skutki? W niewielu wsiach i małych miasteczkach regionu północno-wschodniego można znaleźć jako taki budynek GOK-u, czy też autentycznie działający klub „Ruchu”. Do dnia dzisiejszego ZSMP nie ma własnych placówek w wioskach, co nie rozgrzesza oczywiście tej organizacji z popełnionych błędów i zaniechań. Uczestniczyłem kiedyś w dwudniowej imprezie zorganizowanej w woj. łomżyńskim pod nadmuchaną nazwą „Spotkajmy się w klubie”. Akcja polegała na tym, że delegacja ludzi kultury jednej gminy wizytowała kluby sąsiadów. To było przygnębiające; najczęściej jedyną atrakcją proponowaną przez placówkę była degustacja regionalnych potraw, wystawa rzemieślniczej twórczości i — w jednym przypadku — koncercik (również pod kaszankę) amatorskiego zespołu gitarowego. W tle błyszczał ekran kolorowego telewizora, jako atrybut dostatku i cywilizacji.

 

Sporo pisało się — i pisze nadal — o braku fachowej kadry, która mogłaby prowadzić wiejskie placówki kultury i stale słyszy się narzekania na jej poziom. Czy to wina tych ludzi? W samym Białymstoku mamy obecnie ok. 30 absolwentów Wydziału Pedagogiki Kulturalno-Oświatowej z dyplomem magistra. Sęk w tym, że żaden z nich nie chce pracować na wsi, takie tam oferują warunki. Brak mieszkań, pomieszczeń, podstawowego wyposażenia itd. W minionych latach zapuszczono bowiem nie tylko działalność merytoryczną, ale również infrastrukturę. Stąd GOK-i i kluby wiejskie wyglądają niczym puste stodoły po trzęsieniu ziemi. Przeciekające dachy, butwiejące deski, pleśń i wilgoć — oto obraz miejsc, w których pracować mają absolwenci Uniwersytetu Warszawskiego, zaś wypoczywać i działać mieszkańcy. Z drugiej zaś strony wznosi się budynki na pokaz, tancbudy, jakieś zajazdy, w których nie ma nic do jedzenia, zaś w magazynach, białostockich chociażby zakładów pracy leżą bezużyteczne, nowiutkie instrumenty i inny sprzęt oczekiwany od dawna przez placówki wiejskie. Niewesoły to obrazek i najgorsze, że nic nie wskazuje na to, by sytuacja w najbliższym czasie unormowała się.

 

Ale wróćmy do miasta gdzie zunifikowany model konsumpcji kulturalnej poczynił nie mniejsze spustoszenia, niż brak podstawowej działalności na wsi. Kultura dyskotekowa — tak można chyba w skrócie określić to, czym zajmowano najmłodszą część społeczeństwa, bowiem przy niskich nakładach można było sprawnie zagłuszyć samodzielne myślenie. Tego spustoszenia również nie da się, szybko nadrobić, poczyniło ono już znaczne postępy. W tym to celu zbudowano np. w Białymstoku sławetny Klub Rozrywki, zbudowano zresztą zgodnie ze stylem lat siedemdziesiątych. Olbrzymie pomieszczenia, tysiące świateł, dwa bary i efektowna elewacja zewnętrzna mają pokazać, że my łożymy na kulturę i dbamy o luksus dla młodych. Przez kilka dni w tygodniu w Klubie Rozrywki jest pusto, jedynie sobota i niedziela okazują się dniami ruchliwymi. Niesamowite natomiast narzuty gastronomiczne odstraszają młodzież, przyciągają natomiast publikę z pełną kiesą.

 

Niejednokrotnie narzekaliśmy w naszych artykułach na spadek zainteresowania działalnością artystyczną i to była (i jest nadal) prawda. Narzucony bowiem centralnie, zunifikowany model konsumpcji likwidował regularnie podobne zapędy. Dyskoteka i telewizja Szczepańskiego — oto co powinno wystarczać, zdaniem ekipy Gierka i Łukaszewicza, polskiej młodzieży u schyłku naszego wieku. Ich wykluczono z PZPR, my zaś przez całe lata będziemy wykorzeniać u naszych dzieci bezmyślne nawyki i przyzwyczajenia.

 

Czy są jakieś drogi wyjścia z obecnej, fatalnej sytuacji? Brak książek w księgarniach, filmów w kinach, pieniędzy na inwestycje, chętnych do pracy na wsi, istniejący nadal bezruch organizacji młodzieżowych, których działacze najczęściej trzymają stołki pod sobą zamiast wziąć się roboty — to niewesołe perspektywy. Zwłaszcza, że działanie powinno być podwójnie wzmocnione; po pierwsze — by jak najszybciej zetrzeć ślady minionego okresu, po drugie — by planowo i skutecznie przeprowadzić kulturalną edukację młodszej części społeczeństwa.

 

JACEK GRÜN

 

„Ponal” uczy pić po szwedzku – Wojciech Kassian „Gazeta Współczesna” nr 132 / 14-12-1983

z20178144V,Budka-z-piwem--lata-50-.jpg

 „Ponal” — przedsiębiorstwo obrotu alkoholem —  jest świetnym tematem dla satyryków, dziennikarzy i kabaretów. Podobno większej bzdury nie można było wymyślić. Tymczasem okazuje się, że funkcjonowanie tej firmy oparte jest na zasadach, które zdały już praktyczny egzamin.

 

Jest to sprzedaż wed­ług wzorów zaczer­pniętych ze Szwecji, gdzie swego czasu wydawa­ło się, że alkoholizm nie zostanie opanowany. Wtedy to pod nazwą „Systembolaget” („Przedsiębiorstwo Systemowe”) powstała sieć sklepów sprzedających tylko alkohol. Aby dokonać w nich zakupów trzeba by­ło mieć przynajmniej 20 lat mimo że za pełnoletnie uznaje się w tym kraju osoby, które ukończyły 18 lat. Sprzedawcy mają obowiązek legitymowania klientów, gdy mają wątpli­wość co do ich wieku. Nie wolno sprzedawać alkoholu osobie w stanie wskazują­cym na spożycie alkoholu ani tej, którą sprzedawca podejrzewa, że kupuje na rzecz osoby nieuprawnionej.

 

Przed wprowadzeniem tych zasad spożycie alkoho­lu w Szwecji osiągało za­wrotne rozmiary. Już w wieku XIX na głowę przy­padało 40 litrów rocznie. Praktycznie oznacza to, że dorosły mężczyzna wypijał do 70 litrów czystego spi­rytusu. Powstało wówczas około 400 różnych organiza­cji zalecających umiar w piciu.

 

Wtedy też podjęto pierw­sze wysiłki w celu ograni­czenia plagi alkoholizmu. Rozpoczęto likwidację wie­lu małych, ciasnych i ob­skurnych knajp, w których podawano tylko wódkę i piwo. Zmniejszono ich licz­bę o połowę.

 

W kilkanaście lat póź­niej, w roku 1917, wprowa­dzono ustawodawstwo antyalkoholowe, którego ini­cjatorem był Bratt. Zresz­tą, od jego nazwiska wziął nazwę ówczesny system walki z pijaństwem tzw. system Bratta. Polegał on na wydawaniu książeczek alkoholowych (motboken). Każdy mężczyzna, który ukończył 25 lat (zależnie od okoliczności) mógł kupić od l do 4 litrów alkoholu mie­sięcznie. Kobiety zamężne nie otrzymywały prawa do zakupu alkoholu, zaś pan­ny mogły zakupić od l do 3 litrów alkoholu kwartalnie. System Bratta obowią­zywał do 1955 roku.

 

System ten jednak kryty­kowano, gdyż ludzie którzy nie wypijaliby tyle alkoho­lu, ile im przyznawano wykupywali go, by nie stra­cić przydziału. Ponadto okres powojenny, który ściś­le związał Szwecję ze świa­tem zewnętrznym, nie sprzyjał racjonowaniu alko­holu. Obrót nim poddano więc zasadom tzw. „Systembolaget”.

 

Sporządzono „czarne li­sty” nałogowych alkoholi­ków. Sprzedawca, jeśli nie znał klienta, to mógł wylegitymować go i odmówić sprzedaży. Dodatkowo wprowadzony wyrywkowy system kontroli sprawił, że w trakcie załatwiania któ­regoś z rzędu kupującego zapala się czerwone świa­tełko nad kasą. Klient zmu­szony był wylegitymować się. W restauracjach alko­hol sprzedawano razem z posiłkiem i tylko wtedy, gdy grała muzyka.

 

Na wiosnę 1977 roku par­lament szwedzki przyjął cztery ustawy dotyczące zwalczania alkoholizmu. Traktowały one: o produk­cji alkoholu, o handlu nim, o sprzedaży spirytusu tech­nicznego i preparatów zawierających alkohol oraz o podatku na trunki. Nowe ustawodawstwo położyło na­cisk na działalność wychowawczą i zapobiegaw­czą, choć nie zrezygnowało z dotychczasowych metod administracyjnych. „Systembolaget” — odpowied­nik naszego „Ponalu”, przedsiębiorstwo, które ży­je ze sprzedaży alkoholu prowadzi też działalność informacyjno-propagandową.

W oknach wystawowych prezentowane są butelki z winem bezalkoholowym, plakaty nawołujące do rzu­cenia wódki i przypomina­jące słynnych ludzi — ab­stynentów. Personel jest przeszkolony w udzielaniu rad kupującym, mając ogólną dyrektywę, aby na­kłaniać ich do spożywania napojów alkoholowych niskoprocentowych.

Inne metody, to ciągła podwyżka cen alkoholu oraz ograniczanie ilości skle­pów. W całej Szwecji jest ich tylko 314, W małych wsiach i miasteczkach są agenci, którzy zbierają za­mówienia od mieszkańców i po jakimś czasie dostar­czają im alkohol. Ale na miejscu tj. w tych miej­scowościach kupić go nie można.

Sprzedaż alkoholu w re­stauracjach odbywa się od godziny 12, lecz osoba po­niżej 20 roku życia trunku nie kupi. Piwo podawane jest młodzieży, która ukoń­czyła 18 lat.

Ciekawe, że w Szwecji nie można nikogo usunąć z pracy za pijaństwo. Moż­na najwyżej pracownika przesunąć na inne stanowi­sko lub oddać na leczenie. Natomiast prawo jazdy można zabrać nawet osobnikowi idącemu chodnikiem jeśli jest w stanie wskazującym na spożycie alkoho­lu (?!)

Co więc robi Szwed, aby się upić? Szwed wyjeżdża na Majorkę — alkohol jest tam tani i łatwo dostępny, zamawia szklankę albo dwie, pije i śpiewa „Halta Lottas krog” (odpowiednik naszego „Pije Kuba do Ja­kuba”). Dlatego też, znając skłonność niektórych swych obywateli do trunków, rząd utrzymuje istniejące ogra­niczenia.

 

Czy system „PONAL” i związane z nim ogranicze­nia, podpatrzone i spraw­dzone u sąsiadów zza Bałtyku przyniosą efekty i u nas? Zdania są na razie podzielone. Nie pozostaje więc nie innego, jak zacze­kać co czas pokaże.

 

„Gazeta Współczesna” nr 132/14.12/83

Uwaga – TAXI z Siemiatycz – Wojciech Kassian (archiwalny tekst) Białystok 8.07.1983

taxi.jpg

Od dłuższego już czasu otrzymujemy sygnały dotyczące pobierania zawyżonych opłat, jazdy bez taksometru lub też odmawiania wykonania kursu przez siemiatyckich taksówkarzy.

 

Przestrzeganie cenni­ka, grzeczność i kul­tura to pojęcia nie­znane w tej grupie zawo­dowej. Mimo maksymalne­go podwyższenia opłat za przewozy kierowcy chyba nadal uważają je za zbyt niskie? Do rzadkości nie należą wypadki takich kur­sów jak np. Siemiatycze — Tołwin (taksówka z nume­rem bocznym 7) — gdzie mimo wskazania przez tak­sometr 220 złotych kierow­ca wymusił od pasażera złotych tysiąc.

 

Innym kwiatkiem z tej samej łączki są scenki ty­pu: na ławce przy postoju siedzi kilku wspaniałych. Numery ich wozów 33, 25, 11. Podchodzi pasażer, który chce przewieźć żoną i dziecko na odcinku 3 kilo­metrów, poczekanie około godziny i powrót. Wstępna kalkulacja — 38 złotych za pierwszy kilometr — jako, że jest niedziela — 100 zło­tych za godzinę czekania oraz 5 razy po 18 złotych za pozostałe kilometry. Da­je to łączną kwotę 228 zło­tych. Wszyscy odmawiają jazdy za opłatę zgodną z cennikiem nr 817 traktują­cym o opłatach za korzy­stanie z nieuspołecznio­nych taksówek osobowych — stanowiącym podstawę ich działalności. Zarówno pierwszy jak i drugi oraz następny żądają co naj­mniej tysiąca złotych. Ża­den z nich nie chciał wyjaśnić dla kogo jest wspomniana decyzja Naczelnej Rady Zrzeszeń Prywatnego Handlu i Usług. Podobna łobuzeria jest uprawiana przez tych samych jegomościów na takich popular­nych odcinkach jak centrum Siemiatycz — dwo­rzec PKP lub Hortex.

Należności za przewóz podawane przez nieuczci­wych taksówkarzy przekraczają wartość rzeczywiście wykonanej usługi i czte­rokrotnie. Najwyższy już chyba czas aby Wydział Komunikacji Urzędu Wo­jewódzkiego oraz Wojewódzkie Zrzeszenie Pry­watnego Handlu i Usług zajęło się grupką oszustów, czy jak kto woli nieuczci­wych taksówkarzy z Sie­miatycz — skoro całość za­chowań pozwala na zary­zykowanie stwierdzenia, że władze miejscowe są wo­bec nich bezsilne.

 

(kass)

Białystok, 8,9,10.07.1983 r. Nr 21

„Smak wolności” – Wojciech Kassian (reportaż z czasów PRL-u na temat studentów)

studenci.jpg

Wszyscy martwią się ile dać pieniędzy studentowi, aby nie zapadł na gruźlicę. Czy aby jednak nie przynosi to odwrotnego skutku — to znaczy prowokowania do alkoholizmu? Akademiki typu „wieżowce” przyczy­niają się do tego. Przecież nie ma dnia, aby na któ­rymś piętrze nie odbywało się kilka imprez równo­cześnie. Smak wolności, rodzice gdzieś tam, a ja tu samodzielny.          Panienki chętne, zatroskani rodzice posyłają dziecku nieraz ostatni grosz — a on za te pieniądze szpanuje.

Równaj do najlepszych, osiągaj jak najlepsze wy­niki nauczania. Ale gdzież tam i po co! Wytworzył się inny model kulturowy. Najbardziej pochlebną opinię wśród kolegów z akademika ma ten, o którym mówią…  straszny pi­jak, a jeszcze lepiej gdy jest …straszny, straszny pijak.

Gdzie szukać przyczyny takiego stanu rzeczy? Czy ta pozorna wolność nie jest wynikiem tego, że jak mi powiedział jeden ze studentów …w liceum traktowali nas do końca jak dzieci. Dopiero tu, na uczelni zauważyłem, że nie jestem dzieckiem, że jestem dojrzałym męż­czyzną.

Czyli studiujemy jak się da i ile można, a martwić będzie się o nas  państwo i rodzice. Koedukacyjne akademiki, piętra dla mał­żeństw, no i bardzo dob­rze. Są to zdobycze soc­jalne, tylko gorzej gdy pierwsza wielka miłość zbiegnie się z początkiem sesji. Gdy spojrzałem w indeks studenta pierwsze­go roku Politechniki Białostockiej — zdębiałem. Dziesięć zaliczeń do tyłu. A tu w planie jeszcze bi­wak z ukochaną. Oba­wiam się, że i w tym przy­padku żywym może stać się greps: „wiedz o ty dziwko, uwiodłaś mnie i rzuciłaś po roku”.

A jak to było w mu­rach uczelni kiedyś? Oczy­wiście za czasów studenckich mojego ojca.

Gimnazjalista ze świa­dectwem maturalnym zja­wiał się na uczelni, okazywał je władzom i od no­wego roku akademickiego zaczynał studia. Egzaminy wstępne były, ale tylko na tych kierunkach gdzie było więcej chętnych niż miejsc.

Następnie u kwestora należało wpłacić 220 zł i regularnie uiszczać je z początkiem każdego roku. Zniżkę posiadały tylko dzieci urzędników państwowych. Owe 220 złotych to średni zarobek nauczycie­la, zaś robotnik zarabiał do 180 zł. Studia trwały nie mniej niż trzy lata, a ich długość określał je­dynie stan majątkowy stu­denta. Dyplomy uniwersy­teckie uzyskiwali ci, któ­rzy zdali określoną liczbę egzaminów.

Na matematyce było ich dwanaście. Czyli egzaminy oraz kolokwia i już można było uzyskać dyplom ma­gistra. Stąd wniosek — biedniejszym opłacało się studiować szybciej, bo poza opłatą 220 zł za każdy egzamin płaciło się 25 zł (była to równowartość dwóch par eleganckich bu­tów) zaś za zdawanie kolokwium złotych pięć. Czy­li problemy studenckie były inne: jak zdobyć pieniądze — obecnie — jak i gdzie je wydać.

Jednocześnie oblanie ko­lokwium nie pozwalało na zaliczanie innych przed­miotów. Trzeba było więc czekać do następnej sesji.

Teraz wzrosła liczba chętnych na studia, studen­tów, a w konsekwencji absolwentów. Jednocześnie coraz częściej słyszy się narzekanie na złą jakość kształcenia i słabe przy­gotowanie absolwentów do podejmowania samodziel­nej pracy w przemyśle.

Student okresu przed­wojennego sam określał sobie tempo studiowania i decydował w znacznym stopniu o programie. Cho­dził też na wykłady, cho­ciaż nie były obowiązkowe, sprawnie odrabiał ćwicze­nia i z powagą traktował nauczyciela, bo przecież od niego zależało powo­dzenie.

 

(kass)

„Klan abstynentów” – Wojciech Kassian (10 I 1984, Białystok) 

IMG_8124.jpg

W czasopiśmie „Trzeź­wość i Zdrowie” ukazał się niewielki lecz intrygujący artykuł prezentujący dzia­łanie warszawskiego Sto­warzyszenia Niepijących i Niepalących „Abstynencja”. Zarejestrowani zostali oni l lipca 1981 roku przez Sąd w Warszawie. Członkowie stowarzyszenia od siebie rozpoczęli realizację wytyczonych celów. Wy­zbyli się nałogów.

Dewiza towarzystwa brzmi — Tylko całkowita abstynencja jest bezwzględ­nym środkiem profilaktycz­nym i leczącym, ponieważ chroni każdego zawsze i wszędzie przed skutkami używania alkoholu, niko­tyny i innych narkotyków.

Po przeczytaniu tych słów wpadłem w zadumę. Owszem, zgadzam się, że społeczeństwo nasze pije za dużo. Ale to przypisy­wałbym raczej brakowi umiarkowania w piciu.

Ale żeby ani kropli. Przecież są zawody, w których bliźni nasi mawiają… ja muszę pić, bo taki mam zawód… — a co pan robi? — jestem zaopatrzeniowcem. Lecz zawodów tych namnożyło się coraz więcej.

Skłonny jestem twierdzić, że znam tylko jeden taki zawód, w którym trzeba wypić tę kroplę, z którą walczy prezes Zbigniew Skalski. Mianowicie ksiądz w czasie mszy. Ale i on został skrytykowany przez prezesa Skalskiego. Znam takiego — powiedział w rozmowie ze mną — księ­dza, który pił tylko sok winogronowy i to jeszcze rozpuszczony w wodzie.

Ksiądz ów z Krakowa, zresztą nie żyjący już od ładnych paru lat, mógłby mieć obecnie kłopoty. Z rozmowy z dostojnikiem kościelnym dowiedziałem się, że msza taka jest nie­ważna.

Walka z plagą alkoho­lizmu polega na uświadamianiu ludziom, że alkohol niszczy mózg, rozum, wolę, uczucia wyższe i osobowość. Otępia, wywołuje majacze­nia, urojenia i choroby umysłowe. Wojują oni rów­nież z utartymi od lat po­glądami, że alkohol leczy, że sprzyja pobudzaniu pra­cy serca, rozgrzewa itd.

Zmaganie z alkoho­lizmem jest obowiąz­kiem wszystkich stowarzyszonych. W Polsce pije się dużo i jawnie (mimo usta­wy antyalkoholowej). Na Zachodzie barek ma swoje stałe miejsce w domu i trunki spożywane są w ta­kiej samej ilości jak u nas lecz bardziej finezyjnie. To z kosteczką lodu, to z pla­sterkiem pomarańczy lub banana, bądź też w postaci koktajli. A u nas. Jak do butelki wrzucić lód i potem „z gwinta” obciągnąć.

A ustawa, zapyta ktoś, przecież dokładnie określa wszystko. Kto może pić, kiedy i z kim. W jakich godzinach, okolicznościach i pomieszczeniach. Tak, ale realizowane skrupulatnie są tylko ustawy wycho­dzące od społeczeństwa. Taka zaś, która mąci obraz świata i dotychczasowego życia większości będzie starannie omijana i można przewidzieć… że jakoś to będzie.

Wszyscy przyzwyczają się do niej, jak do widoku człowieka upadłego, leżą­cego na ławce, chodniku czy skwerku. Ludzie omi­jają takiego ze współczuciem i mówią, ale się schlał. Na niczyją wyo­braźnię nie wpływa fakt, że największe zbrodnie, przestępstwa i wchodzenie w kolizję z prawem odbywają się właśnie po wódce. Wtedy, gdy właśnie wyłą­cza się nasza świadomość.

Na zakończenie chciał­bym jeszcze dodać, że w roku 1982 (za 83 brak jeszcze danych) wydaliśmy wszyscy razem, na wódkę. 422 000 000 000 złotych. Te­mu, komu cyfra ta nic nie mówi niech przeliczy swo­je wydatki na alkohol w roku ubiegłym — i ile wy­dał w ciągu kilkunastu dni nowego roku? Każdy, komu bliskie są założenia Klubu „Abstynent” może włączyć się do jego działalności pisząc na adres: 00-490 WARSZAWA, ul. Wiejska 20/83.

 

WOJCIECH KASSIAN

 

Dokąd pobiegł króliczek? – Wojciech Kassian (reportaż – lata 80-te)

Sklep_GS_dawny_Rostkowice_6976848.jpg

W pewnej wsi — nocą — kilku młodzików przymierzało się do pierwszego w życiu skoku. Wybrali geesowski sklep. Dotąd kradzieże, włama­nia i gwałty znali tylko ze środków masowego przekazu.

 

Dwudziestolatek Jan Ch. uczył się trochę w Zasad­niczej Szkole Budowlanej w Bielsku Podlaskim, ale nie dane mu było dokoń­czyć edukacji. Wymarzył sobie OHP w Warszawie. Wiadomo, stolica. Pobył tam zaledwie kilka dni i wrócił na rodzinną wieś.

 

Edward S., kolega Jana z tej samej wsi miał za sobą już wyrok. Najpierw kradł gołębie, potem wła­mał się do stodoły. To co ukradł wyceniono na 21 tysięcy złotych. Następny skok, również w swojej wsi, był już znacznym krokiem w karierze. Wła­mał się do mieszkania. Tym razem zabrał tylko radio i maszynkę do go­lenia. W sumie przyniosło mu to sześć tysięcy zło­tych i wpadkę.

Poprzednio karano go tylko grzywnami. Teraz jako człowiek pełnoletni, otrzymał już wyrok, tyle że w zawieszeniu.

Następny uczestnik sko­ku, Tadeusz N. wycho­wywany był tylko przez matką. Poza uprawianiem 0,28 ha pracowała ona jako sprzątaczka w ośrod­ku zdrowia. Syn nie przej­mował się ani losem mat­ki, mającej na utrzymaniu jego i młodszego brata, ani też swoim przyszłym życiem. Już jako małolat upijał się regularnie i do­kładnie. Pod wpływem alkoholu zdemolował znaj­dującą się we wsi pocze­kalnię PKS. Legitymuje się on wprawdzie pełnym zawodowym wykształce­niem, ale w odróżnieniu od kolegów był stałym klientem wytrzeźwiałki.

Pewnego wieczoru, siedząc przy wódce, doszli do wniosku, że warto kontynuować libację. Noc była piękna, czerwcowa. Sklep geesu blisko.

Po wyłamaniu skobli młodzieńcy weszli na za­plecze sklepu. Gdy zoba­czyli stojące tam szere­giem skrzynki z różnymi gatunkami wódek — onie­mieli. Z początku zaczęli wkładać je do worków. Po pewnym czasie były one już wypełnione, wódki zaś nadal ogromne iloś­ci. Worki z zapakowaną już wódką zanieśli do są­siadującej ze sklepem plebanii i do kostnicy, nato­miast resztę dostaw pou­kładali ostrożnie w piwni­cy pod budynkiem. Po zakończeniu akcji chłopcy zabrali ze sobą parę bute­lek i poszli do Jana Ch. opijać udaną noc. Następnego dnia  impreza rozpo­częła się ponownie.

Wtedy pojawił się Ry­szard T. Uciekł z więzie­nia. Dokoptował do towarzystwa pijących już dwa dni chłopców. Poza nie­zmierną ochotą na alkohol miał i inne chęci. Pojechali więc wspólnie do pobliskiego miasteczka.

Mieszkała tam znajoma uczennica drugiej klasy za­wodówki. Gdy Stanisława B. zobaczyła tylu chłop­ców, przestraszyła się, ale po wręczeniu kilku pa­czek papierosów poszła  z nimi. Po małej przechadz­ce we czworo, wrócili na stancję. Tam Ryszard T. wyjmując żyletkę kazał się dziewczynie rozebrać. Dziewczyna nie zgłaszała nic nikomu, bo i po co. Chłopcy wrócili na wieś i doszli do wniosku, że po tak miłym dniu warto by się napić. Poszli więc na plebanię i z piwnicy wy­ciągnęli dwa transportery. Po zabraniu wódki, puste transportery zostawili pod gałęziami rozłożystego świerku. Tam też odnalazł je na drugi dzień kościel­ny. Zdziwił się wprawdzie mocno, skąd się wzięły, ale zaskoczyło go jeszcze bardziej drugie odkrycie.

Wypuścił bowiem króliki, aby pohasały po łące. Je­den z ciekawskich króli zaczął kicać w stronę ko­stnicy i zniknął za jej uchylonymi drzwiami. Kościelny biegnąc za nim wszedł do trupiarni i zo­baczył… dwa worki pełne butelek z wódką. Wziął królika i powiadomił o swoim odkryciu księdza proboszcza.

W tym też czasie przy­szła do pracy sklepowa i zobaczyła spustoszone zaplecze sklepu, zaś w szuf­ladzie czterdzieści tysięcy złotych. Złodzieje nie zainteresowali się nimi. Również i ona powiadomi­ła natychmiast milicję. Chłopcy biorąc wódkę, nie liczyli jej ilości. Zrobiła to za nich sklepowa wraz z milicją. Brakowało 1300 butelek, czyli 650 litrów. Do tego jeszcze parę kar­tonów papierosów. Znaj­dujące się w kostnicy worki zawierały 50 bute­lek, natomiast resztki milicjanci wydobyli z piwni­cy księdza.

 

W trakcie poszukiwań aresztowano podejrzanych. Akcja zakończyła się wyrokami skazującymi.

 

Tadeusz N. otrzymał 5 lat więzienia zaś Ryszard T. 4 lata i 6 miesięcy, Edward S. — 2 lata.

 

Reszta chłopców uka­rana została grzywną od 40 do 20 tysięcy złotych. Wyrok jest prawomocny.

(Kass)

„Czy PAJAC ma rację?” – Jacek Grun „Kurier Podlaski” Nr 205 (2127) Białystok, poniedziałek, 28.10.1991 r.

grun jacek.jpg

Prywatna Agencja Jako­ści Analiz Całościowych — czyli PAJAC — miała co robić wczorajszego dnia. Jej właściciel czyli niżej podpisany przeczytał był bowiem w tygodniku „Wprost” opinię byłego premiera Tadeusza Mazo­wieckiego o społeczeństwie, cytowaną przez byłego marszałka byłego sejmu Mikołaja Kozakiewicza. A opinia ta brzmi następują­co: „Ludzie są u nas nie­wiarygodnie ciemni”. Ko­niec cytatu.

PAJAC zatem zatrzymy­wał na ulicach osobników wyglądających na bardzo ciemnych, w dodatku spod ciemnej gwiazdy, żeby za­pytać ich, co sądzą o wy­borach i wybieralnych. 18,4 proc. wypowiedziało słowa nie nadające się do publi­kacji ze względu na poczytność naszego dziennika w kręgach klerykalnych. Mo­żna tylko zaznaczyć wście­kłość z powodu zakazu sprzedaży alkoholu w tych dniach. Znakomita więk­szość indagowanych (bez wykształcenia, co czasem widać) czyli 52,9 procenta twierdziła, że głupi ten, kto wierzy, iż ci nowi coś u nas zmienią. Spośród tych, jakieś 60 proc. dawa­ło przykład pani wiceprezydent Białegostoku, która chce być senatorem a za­częła od prywatyzowania spółki miasta „Lech”, czy­li podzielenia zagrabionego majątku społecznego mię­dzy urzędników spółką zawiadujących. Nie wyprze­dzając wyników oficjalnych, PAJAC dawał marne szanse wyborcze pani Bończak-Kucharczyk Ewie. Mimo, że pisano o niej na plakatach per „number one”.

17 proc. badanych szło do wyborów, żeby głoso­wać na Włodzimierza Cimoszewicza, z czego 97,8 proc. nie obwiniało jedne­go z najbardziej seksow­nych polityków o konsza­chty z Breżniewem i Gorbaczowem chociażby z te­go powodu, że poseł nowej kadencji (PAJAC już o tym wie ze snów, które też od­grywają ważną rolę w jego badaniach) w tamtych czasach przebywał na Manhat­tanie, gdzie na Columbia Uniwersity robił doktorat z prawa międzynarodowe­go. Właściciel PAJAC-a raz przechodził osobiście obok Columbia i słyszał, że tam nie dają doktoratów za samą przynależność do PZPR.

Z indagowanych tylko owe 17 proc. zmierzało bez­pośrednio do urn wybor­czych, znakomita reszta pozostałości jakby tak coś skręcała za najbliższym rogiem, z czego należy wnioskować o bardzo niskiej frekwencji.

Pozostałe 11,7 proc. w dniu wyborów rano nie było w stanie wydobyć z siebie głosu w ogóle i to z różnych powodów. Teraz proszę sobie samemu przy­łożyć wyniki badań do opinii Mazowieckiego o spo­łeczeństwie.

 

 

 

„BELGIJCY Z SIEMIATYCZ” – WŁODZIMIERZ SZCZEPAŃSKI, „OZON” Nr 17/18 (54/55), 27 kwietnia – 10 maja 2006

ozon siemiatycze II.jpg

– Belgia im to zrobiła! – mówi Jadwiga Kondraciuk z Siemiatycz. – Rozbite małżeństwa, ludzie połamani od ciężkiej roboty, ale najbardziej pokrzywdzeni są młodzi. Żyją bez rodziców, sięgają po narkotyki, wyrastają na egoistów, dla których liczą się tylko pieniądze. O tym jednak niewiele osób chce mówić, a jeszcze mniej słuchać.

W Siemiatyczach, ponad 16-tysięcznym miasteczku we wschodniej Polsce, biedy nie widać, chociaż to osławio­na Polska B. Najniższe w wo­jewództwie bezrobocie, najwięcej zarejestro­wanych samochodów. Na parkingach rzadko stoją maluchy albo stare golfy – auta niezamoż­nych. W centrum piękne, odnowione domy, na murach tablice reklamowe szkół językowych konkurują z graficiarzami. Miasteczko upstrzo­ne jest sprayowymi pracami, choć puszka far­by kosztuje aż 10 zł i na niewiele wystarcza.

W sklepach nawet staruszki robią duże za­kupy. Nie kupują parówki dla pieska czy plasterka szynki dla kotka. Nie mają czasu na ta­kie błahostki. – Dwa kilo kiełbasy, masło, dwa chleby – mówi ubrana w czerń kobiecina. – Te moje wnuki tak dużo jedzą – tłumaczy. – Syn z synową pracują w Belgii, tak jak większość tutejszych. Przesyłają pieniądze.

– Z nami do Europy – obwieszcza szyld reklamujący regularną linię kursów siemiatyckiego PKS-u. Ilu skusił? Niedawno szacowano, że przynajmniej trzy tysiące mieszkańców. So­cjologowie Ziemowit Hirszfeld i Paweł Kaczmarczyk z UW uważają, że w każdej rodzi­nie z Siemiatycz znajdzie się osoba wyjeżdża­jąca do pracy do Belgii. I chociaż mieszkańcy Podlasia przywożą sporo pieniędzy, to topią je w nieracjonalne inwestycje, np. budowę kolej­nego domu albo w życie na pokaz, wypełnio­ne zakupami. Zdaniem Hirszfelda i Kaczmarka wiele wskazuje, że migranci nie są ludźmi o mentalności przedsiębiorców.

 

ROZWIEDZIE SIĘ JEDNA NA PIĘĆ

Za dworcem – nowy kościół i cerkiew. Okazałe budowle pokazują hojność parafian. Jednak pra­wosławny ksiądz Andrzej Jakimiuk nie kryje nie­zadowolenia: – Jestem przerażony tym, co się dzieje. Wyjeżdża coraz więcej osób. A w tele­wizji politycy cieszą się, że załatwili pracę za gra­nicą dla kolejnych tysięcy. Smucić się trzeba!

Zwraca uwagę na bezlitosną konkurencję wśród migrantów na Zachodzie. – Przywożą ludzi z Brukseli pociętych w bójkach – opowia­da ksiądz. Jego obserwacje potwierdza raport Aleksandry Grzymały-Kozłowskiej z Uniwer­sytetu Warszawskiego, która zaobserwowała zaostrzanie się konfliktów w społeczności mi­gracyjnej, spowodowane dążeniem do szyb­kiego zysku, silną rywalizacją i nieufnością. Zakrapiane spotkania często kończą się awan­turami. Nie to jest jednak najgorsze.

– W naszej parafii połowa rozbitych mał­żeństw rozwodzi się z powodu Belgii. Najczę­ściej od rodzin odchodzą mężczyźni. I co zaska­kujące, dotyczy to małżeństw z dużym sta­żem, 10-15-letnim – opowiada proboszcz Jan Koc. – Kobiety zostają w domach. Środowisko, rodzina i dzieci powodują, że nie ulegają poku­som. Mężczyzna na Zachodzie jest anonimowy.

Ksiądz nieraz nasłucha się żalów parafianek opuszczonych przez mężów. Ostatnio jedna roz­paczała, co ma robić, bo od kilku miesięcy mąż się nie odzywa. Podobno znalazł kogoś. – No jedź, szukaj go, potem zobaczysz – poradził ksiądz. W 2004 roku na 297 małżeństw zawar­tych w siemiatyckim powiecie przypadło 63 roz­wodów. A więc rozwód czeka jedną na pięć par.

Socjologowie mówią o „nałogu migracyj­nym”, ludzie wymyślają sobie powody, aby wyjechać. Może to być nowy samochód albo do­kończenie domu. Niekiedy jest to ucieczka przed kłopotami rodzinnymi.

 

ALKOHOL l PANIENKI

Wanda musiała podjąć decyzję: dalej pracować w Belgii albo wracać do Siemiatycz ratować mał­żeństwo i rodzinę. – Mamo, błagam, przyjedź. Nie chcę pieniędzy. Wróć! – głosu mojego sy­na w słuchawce chyba nigdy nie zapomnę – Wanda przełyka ślinę. – Od kierowców autobusów dowiedziałam się, że mąż uzależnił się od leków. A zarobione przeze mnie pieniądze trwonił na panienki. Wróciłam – dodaje. Popołudnia spę­dza w stowarzyszeniu abstynentów Ignis.

– Nie wyjechałem za granicę, bo się boję nawrotu nałogu. Tu mogę się pilnować – przyznaje Waldemar, prezes stowarzyszenia. – Znam osoby, które tam jeżdżą właśnie po to, by pić. Tydzień popracuje w Belgii i miesiąc pije. Z naszego klubu 10 osób pracuje w Brukseli. Tylko trzem udaje się powstrzymać od picia.

Najmłodszy, 26-letni Tomek właśnie powró­cił. Woli pracować w Polsce jako przewoźnik: – Bo tam Polakom puszczają hamulce. I myślą tylko, jak wzbogacić się czyimś kosztem. Socjolog Grzymała-Kozłowska tłumaczy zawieszenie zasad moralnych poczuciem tymczaso­wości, zwłaszcza u nielegalnych pracowników.

– Tam wszyscy to kawalerowie i panienki – podsumowuje Wera. – Na pasterce widziałam kobietę, tuliła się do męża, a tydzień wcześniej na dyskotece w Brukseli tańczyła na stole.

Stefan: – Co się dziwić kobiecie, która ode­rwała się od pracy przy 20 krowach. A ten jej chłop przytuli czasem albo i nie.

– Znam małżeństwo, które się umówiło. Ty kobito w Belgii robisz, co chcesz, a ja też bę­dę chodził – opowiada Sławek.

– Daj spokój, to nie małżeństwo. A pamię­tacie tego z ulicy Wysokiej? Miał dwie rodziny tam i tu. W końcu wybrał tę belgijską. Od dwóch lat nie pokazuje się w Siemiatyczach…

Jadwiga Kondraciuk ma swoją teorię picia na „saksach”: – Piją, bo żyją w podłych warunkach. Śpią po kilku na podłodze. Jak się napi­ją, to nie myślą o tym, nie czują smrodu.

Socjolog Grzymała-Kozłowska przyznaje w swym raporcie: – Warunki życia na emigra­cji mogą prowadzić do dezorganizacji osobo­wości, czego następstwem mogą być demora­lizacja seksualna i przestępcze zachowanie.

 

DZIECI BEZ OPIEKI

Jadwiga Kondraciuk z Ignis poprawia się w fo­telu: – Mogłam wyjechać do faceta do Anglii, ale zdecydowałam się zostać i być przy dzie­ciach. Bo ci w Belgii nie widzą, co się dzieje z ich dziećmi. Wałęsają się po mieście. Dzie­ci „belgijców” zachowują się inaczej niż inne. Są bardziej aroganckie i przekonane, że pie­niądze dają wszystko. Ci rodzice szykują bat na siebie. To cena sukcesu.

Tylko w najbliższym sąsiedztwie może na­liczyć kilka rodzin, które zostawiły dorastające dzieci bez opieki. – 16-letnia córka moich są­siadów w szkole zasłabła i pogotowie zabrało ją do szpitala – mówi Wera. – Rodzice nie wró­cili. Dopiero jak ordynator oddziału zagroził, że powiadomi policję o braku opieki, ojciec przyjechał odebrać córkę ze szpitala.

Klub AA Ignis odwiedza też były policjant. Nieraz jeździł do awantur domowych: – Kurwa, poczekaj, jak dorosnę, to będę napierdalać cię jeszcze bardziej niż ojciec – tak 15-latek krzyczał do matki. A ona tylko uszy skuliła po sobie. Bo na klapsy już za późno, a krzyk nic nie da. Al­bo pojechaliśmy raz na interwencję do domu, gdzie dziadek zajmował się trójką wnucząt. Prze­straszony tłumaczył, że nie może nic im zro­bić. Słyszy „spierdalaj” i koniec rozmowy. No i młodzi ćpają, a ich nałóg finansują rodzice.

– Dorośli zbyt dużą odpowiedzialnością obarczają dzieci – tłumaczy ksiądz Jakimiuk. Pamięta, że kiedyś dziewięcioletni chłopiec przy­niósł pistolet do szkoły. Chciał pochwalić się ko­legom. Broń zostawił mu ojciec, aby chronił sie­bie i babcię, która miała się nim opiekować.

A na korytarzu plebanii proboszcza Jana Ko­ca leżą piłki do koszykówki. Pożyczają je chłop­cy z blokowiska. – Przychodzą też na rozmowę. Przyznają się, że tęsknią, że brakuje im ojców – wzdycha ksiądz Koc. Buduje świetlicę dla mło­dzieży. By nie błąkała się po osiedlu.

 

NIE MA JAK SZPAN

Latem ucieczki z domów to zjawisko normalne dla całej Polski. – Ale u nas zdarzają się uciecz­ki zimą. Uciekinierzy mieszkają u rówieśników, których rodzice pracują w Belgii – mówi Roman Leoniuk z tutejszej komendy policji.

Swobodny tryb życia dzieci „belgijców” usiłują naśladować inni. Wieczorami ławki na głównym placu Siemiatycz zajmują mło­dzi. Tlenione dziewczyny ściskają w dłoni komórki. – Szpanują. Normalka. O, starzy tam­tych chłopaków wczoraj wrócili, zaraz widać, bo mają nowe ciuchy – gimnazjalista Piotrek wskazuje sąsiednią ławkę.

Na parking zajechało srebrne renault. Kie­rowca ma może 18 lat. – To chyba Benek – zastanawia się kolega Piotra, Łukasz.

– Gdzie tam, on zatarł silnik w swoim samo­chodzie – odpowiada Piotrek. Jego ojciec też jeź­dzi do Belgii. 15 lat, czyli tyle, ile ma jego syn. Piotrek nawet nie tęskni, przywykł. Ojciec jest trzy miesiące tam, trzy tygodnie tutaj. Piotrek odchodzi uliczką, gdzie na murze namalowa­ny sprayem zielony ludzik rzyga różowym pa­wiem. Może ten sam artysta przepisał na mu­rze śmietnika wiersz Miłosza i podkreślił: „Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć”.

Emigracja odbija się czkawką, ale niczego nie uczy. Dzieci migrantów często powielają sce­nariusz na życie swoich rodziców.