„Czy PAJAC ma rację?” – Jacek Grun „Kurier Podlaski” Nr 205 (2127) Białystok, poniedziałek, 28.10.1991 r.

grun jacek.jpg

Prywatna Agencja Jako­ści Analiz Całościowych — czyli PAJAC — miała co robić wczorajszego dnia. Jej właściciel czyli niżej podpisany przeczytał był bowiem w tygodniku „Wprost” opinię byłego premiera Tadeusza Mazo­wieckiego o społeczeństwie, cytowaną przez byłego marszałka byłego sejmu Mikołaja Kozakiewicza. A opinia ta brzmi następują­co: „Ludzie są u nas nie­wiarygodnie ciemni”. Ko­niec cytatu.

PAJAC zatem zatrzymy­wał na ulicach osobników wyglądających na bardzo ciemnych, w dodatku spod ciemnej gwiazdy, żeby za­pytać ich, co sądzą o wy­borach i wybieralnych. 18,4 proc. wypowiedziało słowa nie nadające się do publi­kacji ze względu na poczytność naszego dziennika w kręgach klerykalnych. Mo­żna tylko zaznaczyć wście­kłość z powodu zakazu sprzedaży alkoholu w tych dniach. Znakomita więk­szość indagowanych (bez wykształcenia, co czasem widać) czyli 52,9 procenta twierdziła, że głupi ten, kto wierzy, iż ci nowi coś u nas zmienią. Spośród tych, jakieś 60 proc. dawa­ło przykład pani wiceprezydent Białegostoku, która chce być senatorem a za­częła od prywatyzowania spółki miasta „Lech”, czy­li podzielenia zagrabionego majątku społecznego mię­dzy urzędników spółką zawiadujących. Nie wyprze­dzając wyników oficjalnych, PAJAC dawał marne szanse wyborcze pani Bończak-Kucharczyk Ewie. Mimo, że pisano o niej na plakatach per „number one”.

17 proc. badanych szło do wyborów, żeby głoso­wać na Włodzimierza Cimoszewicza, z czego 97,8 proc. nie obwiniało jedne­go z najbardziej seksow­nych polityków o konsza­chty z Breżniewem i Gorbaczowem chociażby z te­go powodu, że poseł nowej kadencji (PAJAC już o tym wie ze snów, które też od­grywają ważną rolę w jego badaniach) w tamtych czasach przebywał na Manhat­tanie, gdzie na Columbia Uniwersity robił doktorat z prawa międzynarodowe­go. Właściciel PAJAC-a raz przechodził osobiście obok Columbia i słyszał, że tam nie dają doktoratów za samą przynależność do PZPR.

Z indagowanych tylko owe 17 proc. zmierzało bez­pośrednio do urn wybor­czych, znakomita reszta pozostałości jakby tak coś skręcała za najbliższym rogiem, z czego należy wnioskować o bardzo niskiej frekwencji.

Pozostałe 11,7 proc. w dniu wyborów rano nie było w stanie wydobyć z siebie głosu w ogóle i to z różnych powodów. Teraz proszę sobie samemu przy­łożyć wyniki badań do opinii Mazowieckiego o spo­łeczeństwie.

 

 

 

Reklamy

„BELGIJCY Z SIEMIATYCZ” – WŁODZIMIERZ SZCZEPAŃSKI, „OZON” Nr 17/18 (54/55), 27 kwietnia – 10 maja 2006

ozon siemiatycze II.jpg

– Belgia im to zrobiła! – mówi Jadwiga Kondraciuk z Siemiatycz. – Rozbite małżeństwa, ludzie połamani od ciężkiej roboty, ale najbardziej pokrzywdzeni są młodzi. Żyją bez rodziców, sięgają po narkotyki, wyrastają na egoistów, dla których liczą się tylko pieniądze. O tym jednak niewiele osób chce mówić, a jeszcze mniej słuchać.

W Siemiatyczach, ponad 16-tysięcznym miasteczku we wschodniej Polsce, biedy nie widać, chociaż to osławio­na Polska B. Najniższe w wo­jewództwie bezrobocie, najwięcej zarejestro­wanych samochodów. Na parkingach rzadko stoją maluchy albo stare golfy – auta niezamoż­nych. W centrum piękne, odnowione domy, na murach tablice reklamowe szkół językowych konkurują z graficiarzami. Miasteczko upstrzo­ne jest sprayowymi pracami, choć puszka far­by kosztuje aż 10 zł i na niewiele wystarcza.

W sklepach nawet staruszki robią duże za­kupy. Nie kupują parówki dla pieska czy plasterka szynki dla kotka. Nie mają czasu na ta­kie błahostki. – Dwa kilo kiełbasy, masło, dwa chleby – mówi ubrana w czerń kobiecina. – Te moje wnuki tak dużo jedzą – tłumaczy. – Syn z synową pracują w Belgii, tak jak większość tutejszych. Przesyłają pieniądze.

– Z nami do Europy – obwieszcza szyld reklamujący regularną linię kursów siemiatyckiego PKS-u. Ilu skusił? Niedawno szacowano, że przynajmniej trzy tysiące mieszkańców. So­cjologowie Ziemowit Hirszfeld i Paweł Kaczmarczyk z UW uważają, że w każdej rodzi­nie z Siemiatycz znajdzie się osoba wyjeżdża­jąca do pracy do Belgii. I chociaż mieszkańcy Podlasia przywożą sporo pieniędzy, to topią je w nieracjonalne inwestycje, np. budowę kolej­nego domu albo w życie na pokaz, wypełnio­ne zakupami. Zdaniem Hirszfelda i Kaczmarka wiele wskazuje, że migranci nie są ludźmi o mentalności przedsiębiorców.

 

ROZWIEDZIE SIĘ JEDNA NA PIĘĆ

Za dworcem – nowy kościół i cerkiew. Okazałe budowle pokazują hojność parafian. Jednak pra­wosławny ksiądz Andrzej Jakimiuk nie kryje nie­zadowolenia: – Jestem przerażony tym, co się dzieje. Wyjeżdża coraz więcej osób. A w tele­wizji politycy cieszą się, że załatwili pracę za gra­nicą dla kolejnych tysięcy. Smucić się trzeba!

Zwraca uwagę na bezlitosną konkurencję wśród migrantów na Zachodzie. – Przywożą ludzi z Brukseli pociętych w bójkach – opowia­da ksiądz. Jego obserwacje potwierdza raport Aleksandry Grzymały-Kozłowskiej z Uniwer­sytetu Warszawskiego, która zaobserwowała zaostrzanie się konfliktów w społeczności mi­gracyjnej, spowodowane dążeniem do szyb­kiego zysku, silną rywalizacją i nieufnością. Zakrapiane spotkania często kończą się awan­turami. Nie to jest jednak najgorsze.

– W naszej parafii połowa rozbitych mał­żeństw rozwodzi się z powodu Belgii. Najczę­ściej od rodzin odchodzą mężczyźni. I co zaska­kujące, dotyczy to małżeństw z dużym sta­żem, 10-15-letnim – opowiada proboszcz Jan Koc. – Kobiety zostają w domach. Środowisko, rodzina i dzieci powodują, że nie ulegają poku­som. Mężczyzna na Zachodzie jest anonimowy.

Ksiądz nieraz nasłucha się żalów parafianek opuszczonych przez mężów. Ostatnio jedna roz­paczała, co ma robić, bo od kilku miesięcy mąż się nie odzywa. Podobno znalazł kogoś. – No jedź, szukaj go, potem zobaczysz – poradził ksiądz. W 2004 roku na 297 małżeństw zawar­tych w siemiatyckim powiecie przypadło 63 roz­wodów. A więc rozwód czeka jedną na pięć par.

Socjologowie mówią o „nałogu migracyj­nym”, ludzie wymyślają sobie powody, aby wyjechać. Może to być nowy samochód albo do­kończenie domu. Niekiedy jest to ucieczka przed kłopotami rodzinnymi.

 

ALKOHOL l PANIENKI

Wanda musiała podjąć decyzję: dalej pracować w Belgii albo wracać do Siemiatycz ratować mał­żeństwo i rodzinę. – Mamo, błagam, przyjedź. Nie chcę pieniędzy. Wróć! – głosu mojego sy­na w słuchawce chyba nigdy nie zapomnę – Wanda przełyka ślinę. – Od kierowców autobusów dowiedziałam się, że mąż uzależnił się od leków. A zarobione przeze mnie pieniądze trwonił na panienki. Wróciłam – dodaje. Popołudnia spę­dza w stowarzyszeniu abstynentów Ignis.

– Nie wyjechałem za granicę, bo się boję nawrotu nałogu. Tu mogę się pilnować – przyznaje Waldemar, prezes stowarzyszenia. – Znam osoby, które tam jeżdżą właśnie po to, by pić. Tydzień popracuje w Belgii i miesiąc pije. Z naszego klubu 10 osób pracuje w Brukseli. Tylko trzem udaje się powstrzymać od picia.

Najmłodszy, 26-letni Tomek właśnie powró­cił. Woli pracować w Polsce jako przewoźnik: – Bo tam Polakom puszczają hamulce. I myślą tylko, jak wzbogacić się czyimś kosztem. Socjolog Grzymała-Kozłowska tłumaczy zawieszenie zasad moralnych poczuciem tymczaso­wości, zwłaszcza u nielegalnych pracowników.

– Tam wszyscy to kawalerowie i panienki – podsumowuje Wera. – Na pasterce widziałam kobietę, tuliła się do męża, a tydzień wcześniej na dyskotece w Brukseli tańczyła na stole.

Stefan: – Co się dziwić kobiecie, która ode­rwała się od pracy przy 20 krowach. A ten jej chłop przytuli czasem albo i nie.

– Znam małżeństwo, które się umówiło. Ty kobito w Belgii robisz, co chcesz, a ja też bę­dę chodził – opowiada Sławek.

– Daj spokój, to nie małżeństwo. A pamię­tacie tego z ulicy Wysokiej? Miał dwie rodziny tam i tu. W końcu wybrał tę belgijską. Od dwóch lat nie pokazuje się w Siemiatyczach…

Jadwiga Kondraciuk ma swoją teorię picia na „saksach”: – Piją, bo żyją w podłych warunkach. Śpią po kilku na podłodze. Jak się napi­ją, to nie myślą o tym, nie czują smrodu.

Socjolog Grzymała-Kozłowska przyznaje w swym raporcie: – Warunki życia na emigra­cji mogą prowadzić do dezorganizacji osobo­wości, czego następstwem mogą być demora­lizacja seksualna i przestępcze zachowanie.

 

DZIECI BEZ OPIEKI

Jadwiga Kondraciuk z Ignis poprawia się w fo­telu: – Mogłam wyjechać do faceta do Anglii, ale zdecydowałam się zostać i być przy dzie­ciach. Bo ci w Belgii nie widzą, co się dzieje z ich dziećmi. Wałęsają się po mieście. Dzie­ci „belgijców” zachowują się inaczej niż inne. Są bardziej aroganckie i przekonane, że pie­niądze dają wszystko. Ci rodzice szykują bat na siebie. To cena sukcesu.

Tylko w najbliższym sąsiedztwie może na­liczyć kilka rodzin, które zostawiły dorastające dzieci bez opieki. – 16-letnia córka moich są­siadów w szkole zasłabła i pogotowie zabrało ją do szpitala – mówi Wera. – Rodzice nie wró­cili. Dopiero jak ordynator oddziału zagroził, że powiadomi policję o braku opieki, ojciec przyjechał odebrać córkę ze szpitala.

Klub AA Ignis odwiedza też były policjant. Nieraz jeździł do awantur domowych: – Kurwa, poczekaj, jak dorosnę, to będę napierdalać cię jeszcze bardziej niż ojciec – tak 15-latek krzyczał do matki. A ona tylko uszy skuliła po sobie. Bo na klapsy już za późno, a krzyk nic nie da. Al­bo pojechaliśmy raz na interwencję do domu, gdzie dziadek zajmował się trójką wnucząt. Prze­straszony tłumaczył, że nie może nic im zro­bić. Słyszy „spierdalaj” i koniec rozmowy. No i młodzi ćpają, a ich nałóg finansują rodzice.

– Dorośli zbyt dużą odpowiedzialnością obarczają dzieci – tłumaczy ksiądz Jakimiuk. Pamięta, że kiedyś dziewięcioletni chłopiec przy­niósł pistolet do szkoły. Chciał pochwalić się ko­legom. Broń zostawił mu ojciec, aby chronił sie­bie i babcię, która miała się nim opiekować.

A na korytarzu plebanii proboszcza Jana Ko­ca leżą piłki do koszykówki. Pożyczają je chłop­cy z blokowiska. – Przychodzą też na rozmowę. Przyznają się, że tęsknią, że brakuje im ojców – wzdycha ksiądz Koc. Buduje świetlicę dla mło­dzieży. By nie błąkała się po osiedlu.

 

NIE MA JAK SZPAN

Latem ucieczki z domów to zjawisko normalne dla całej Polski. – Ale u nas zdarzają się uciecz­ki zimą. Uciekinierzy mieszkają u rówieśników, których rodzice pracują w Belgii – mówi Roman Leoniuk z tutejszej komendy policji.

Swobodny tryb życia dzieci „belgijców” usiłują naśladować inni. Wieczorami ławki na głównym placu Siemiatycz zajmują mło­dzi. Tlenione dziewczyny ściskają w dłoni komórki. – Szpanują. Normalka. O, starzy tam­tych chłopaków wczoraj wrócili, zaraz widać, bo mają nowe ciuchy – gimnazjalista Piotrek wskazuje sąsiednią ławkę.

Na parking zajechało srebrne renault. Kie­rowca ma może 18 lat. – To chyba Benek – zastanawia się kolega Piotra, Łukasz.

– Gdzie tam, on zatarł silnik w swoim samo­chodzie – odpowiada Piotrek. Jego ojciec też jeź­dzi do Belgii. 15 lat, czyli tyle, ile ma jego syn. Piotrek nawet nie tęskni, przywykł. Ojciec jest trzy miesiące tam, trzy tygodnie tutaj. Piotrek odchodzi uliczką, gdzie na murze namalowa­ny sprayem zielony ludzik rzyga różowym pa­wiem. Może ten sam artysta przepisał na mu­rze śmietnika wiersz Miłosza i podkreślił: „Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć”.

Emigracja odbija się czkawką, ale niczego nie uczy. Dzieci migrantów często powielają sce­nariusz na życie swoich rodziców.

Larum w sprawie kultury? – JACEK GRÜN (archiwalny felieton z prasy białostockiej) „Kurier Podlaski” lub „Gazeta Współczesna” lata 90-te

jacek grun.jpg

Od czasu do czasu jakimś piskliwym, cichutkim mysim głosikiem odzywa się ktoś w prasie lokalnej lub centralnej na temat stanu kultury tu i teraz, na temat zagrożeń, braków, potrzeb, wypaczeń oraz pornografii zalewającej nasz księgarski i prasowy rynek. Urbana podali do sądu – za obrazek pornograficzny. To tak jak z Al Caponem. Nie mogli go posadzić za morderstwa, rabunki, wymuszenia i gwałty, wsadzili go na kilkanaście lat za niepłacenie podatków. Urban będzie siedział w najcięższym więzieniu, w kamieniołomach, nie za opluwanie Solidarności i społeczeństwa, nie za manipulacje telewizją (celowe wprowadzenie bezpośrednich transmisji z sejmu i senatu celem ośmieszenia reprezentantów narodu, ale za wydrukowanie w swojej gazecie „NIE” obrazka gołej baby. Dodatkową karą może być przepisywanie w tymże kryminale myśli św. Franciszka z Asyżu oraz Biblii w wydaniu ‚dla dzieci.

 

Te nawoływania o ratunek dla kultury wywołują we mnie ambiwalentne uczucia i przyznam się, że w tej materii chodzę ogłupiały oraz co drugi dzień nachodzą mnie skrajnie różne myśli i refleksje. Są to oczywiście dwa końce tego samego kija, a jak pokazuje fizyka, te końce — z definicji — są skrajnie wobec siebie przeciwległe.

 

Pytanie jest więc proste ale odpowiedzi na nie wciąż brak: robić kulturę po socjalistycznemu, czego domagają się twórcy, czy na wolnym rynku, czego domagają się odbiorcy zakochani w filmach amerykańskich ze Schwarzeneggerem, literaturze sensacyjno-pornograficznej, obrazkach z jeleniem i koncertach rockowych. Wbrew pozorom jedno wyklucza drugie.

 

Jeśli całą tę dziedzinę życia rzucimy na wolny rynek, bardzo szybko zejdziemy z pozycji kraju Czwartego Świata na pozycję Świata Szóstego, czyli z Euro-Azji prześlizgniemy się na Taiti albo gdzieś do Kamerunu czy Bangladeszu. Wychowani na tym, co obecnie proponuje się na stoiskach, straganach, w galeriach i telewizji, wyprodukujemy nowego człowieka, chętnego li tylko do konsumowania zachodnich towarów w zachodnich opakowaniach, albo polskich produktów w zachodnich papierkach oraz oczywiście wydalania tego wszystkiego z użyciem błękitnego papieru toaletowego z Francji.

 

Sytuacja jest patowa — jakby powiedzieli w naszej telewizji.

 

Dyżurny wywiadowca radiowy (to znaczy taki, z którym bez przerwy są wywiady w radiu i to na każdy temat), otóż ten wywiadowca czyli Andrzej Szczypiorski, kiedyś bardzo pięknie i słusznie mówił, że to nie rolnicy i robotnicy będą nas wprowadzać do Europy ale intelekt, kultura i wiedza, czyli ci sami ludzie, tyle tylko że uduchowieni prozą i poezją, zakochani w teatrze itd. Wszystko to szczera prawda, jeśli Szczypiorski miał na myśli Polskę za lat 100 lub 150. No, dobre i to. Bez tego jednak grozi nam spsienie jeszcze gorsze niż dzisiaj i o tyle niebezpieczne, że zdążające do kompletnego zoślenia.

 

Z drugiej strony idą ciężkie argumenty ekonomistów, widzących szansę w komputeryzacji, telefonizacji, uprzemysłowieniu. Jak pogodzić wodę z ogniem? Nie dam na to odpowiedzi, bo prawdopodobnie odpowiedzi dzisiaj nie ma. Gdybyśmy byli sytym i pięknym krajem, rzecz cała w ogóle nie nadawałaby się do dyskusji.

 

Jesteśmy jednak brzydcy i biedni, umieramy z braku jakiejś maszyny nazywanej sztuczną nerką, nie mamy klasy średniej i wielu jeszcze innych rzeczy, zatem wszelkie dyskusje na ten temat to klasyczne bicie piany i przelewanie z pustego w próżne. I tak życie — a nie urzędnicy i artyści — rozwiążą ów problem, jak wiele innych już rozwiązanych teraz. Bo po kulturę sięga bogaty i zadowolony, z dużym zapasem wolnego czasu. Nie sięga po nią głodny albo zawsze nienasycony. I tego nie zmieni żadne wystąpienie senatorskie, poselskie, profesorskie ani pisarskie. Trzeba tylko czekać.

 

JACEK GRÜN

 

PS Swego czasu Leszek Moczulski powiedział, że w Polsce — jeśli chce się kogoś oczernić — zarzuca mu się współpracę z SB oraz kradzież 100 dolarów. Leszek Sławiński (ps. okupacyjny „Kuba”) — jako niestrudzony bojownik o wolność i demokrację — wykorzystał ów komunistyczny chwyt, zarzucając mi wzięcie jakiejś łapówki w wysokości 100 tys. zł (bo dolary wyszły już z mody). Zgodnie z tym co pisze o mnie Sławiński cenię się trochę, a może znacznie wyżej, ale mniejsza o to. Dalej Sławiński wymienia swoje choroby: rak gardła, nerwica serca, poharatane ręce i nogi, przetrącony kręgosłup i 64 lata. Ja dodałbym jeszcze jedną: choroba na tle potrzeby zemsty na Grünie. Myślę, że tę ostatnią chorobę weźmie pod uwagę sąd, do którego skierowałem sprawę a oszczerstwo. Ale á propos pieniędzy: dziwnie się składa, że adres, na który Sławiński chce otrzymywać pieniądze w formie przedpłaty na „Alfabet Kuby” jest adresem prywatnego mieszkania Sławińskiego.


 

Jacek Grün (ur. 1950 w Jaśle, zm. 25 marca 2010 w Białymstoku) – polski dziennikarz, politolog, muzyk.

„Ścieżka nadziei” – Jacek Grün „Kurier Podlaski” (początek lat 90-tych)

rtv.jpg

Z wielką przyjemnością obserwowałem w relacji te­lewizyjnej z obrad Sejmu jak posłowie Porozumienia Centrum i Ruchu III Rzeczpospolitej opuszczają zbuntowani salę. Radość niestety trwała krótko — po kil­kunastu minutach wszyscy wrócili.

 

Niezorientowanych informuję, że posłowie wyszli czy raczej wy­płynęli na fali protestu przeciwko zmianie regula­minu Sejmu, w którym dopuszczono protest jednej trzeciej sali jako wystar­czający, by obalić popraw­ki Senatu do jakiejkolwiek ustawy. Zatwierdzenie no­wego regulaminu daje na­dzieję na przyszłość, bo­wiem te wszystkie paty parlamentarne zaczynały już być denerwujące. Se­nat powinien być czymś w rodzaju brytyjskiej Izby Lordów, a więc składać się przede wszystkim z praw­ników, którzy obwąchiwa­liby projekty pod kątem zgodności z prawem. Tym­czasem życie wykazało, że nie ukrywana niechęć mię­dzy jedną Izbą a drugą spowodowała niewiarygod­ny chaos. Bywały momen­ty, że rozpatrywanie pro­jektów odbywało się pod kątem „kto, kogo i czym…”. A „wartości chrześcijań­skie” przesłaniały zwłasz­cza senatorom światło dzienne i burzyły mózgi.

 

Stąd dające się coraz częściej słyszeć głosy rea­listów, domagające się li­kwidacji Senatu, który nie spełnia w tym składzie oczekiwań a powoduje destrukcję parlamentarną i uniemożliwia tworzenie szybkich ścieżek legislacyj­nych. Przecież spór o usta­wę o radiu i telewizji spro­wadzał się w głównej mie­rze do być albo nie być zapisu o respektowaniu wartości chrześcijańskich. Dopiero później przeniósł się na płaszczyznę „stoł­ków”, kiedy trzeba było ustalić ile ławek mieć będzie w radzie do spraw radia i telewizji Sejm, Senat i pre­zydent.

 

No, ale ustawę jakoś przepchnięto co nie znaczy, że akademickie radio białostockie „Akadera” może już od dzisiaj nadawać program. Ustawa pójdzie do Senatu, a potem zajmą się nią wszyscy ludzie pre­zydenta. Nowy regulamin Sejmu daje nadzieję, że wojna o wartości chrześci­jańskie szybko zostanie wygrana przez posłów. Do­tychczasowe doświadczenia wskazują bowiem, że zapis o wartościach zostanie bły­skawicznie wykorzystany do prymitywnej, zaścian­kowej wojny o dostęp do częstotliwości. Telewizja to są już dzisiaj duże pienią­dze a w przyszłości jeszcze większe. My Polacy mamy nadzwyczajne zdolności do stosowania argumentów poniżej pasa, gdy rzecz idzie o wpływy i szmal. Sygnały, które docierają do nas w związku z takim a nie innym, działaniem roz­głośni rzekomo kościel­nych, nie pozostawiają w tym względzie cienia wąt­pliwości. To jest wspaniały teren dla polskiego pie­kła.

 

Nie mam także najmniej­szych wątpliwości, że kota z ustawą popędzili parlamentarzystom przedsiębior­czy ludzie — także z na­szego kraju — którzy za­częli przygotowywać emi­sję programów telewizyj­nych za pośrednictwem satelity, z terenu Niemiec i Anglii. O przygotowaniach do uruchomienia polskoję­zycznej wersji słynnego RTL, a także o próbach programu BBC z Londynu słyszy się już od dawna, z tym że ten pierwszy ma już przedstawicielstwo w Warszawie. Szkoda marno­wać rynek reklam, skoro w tej chwili w Polsce ok. 3 min mieszkań ma tele­wizję kablową. Puszczenie reklamy prezerwatyw w trakcie emisji filmu ero­tycznego w RTL dokładnie załatwi problem wartości chrześcijańskich, a rekla­ma tanich skrobanek w niemieckiej części Zgorzel­ca wyeliminuje zarobki polskich ginekologów. I co najważniejsze, będzie tym nadającym można najwyżej naskoczyć, bo skoro nie potrafiliśmy sobie poradzić z Polakami więzionymi za handel bronią, to co dopiero mówić o takim dro­biazgu.

 

Sporą liczbę telewidzów interesuje w tym kontek­ście taka sprawa: jeżeli mianowicie zalepią sobie oni gniazdka anten zbior­czych w mieszkaniu, to czy — zgodnie z ustawą — będą mogli uniknąć płace­nia abonamentu? I czy w takim przypadku dzielnico­wa stacja tv satelitarnej będzie miała prawo transmitować swoimi łączami dwa polskie programy? Mamy nadzieję, że ustawa odpowie na te pytania. Oczywiście uwzględniając prawo międzynarodowe, które mówi, że telewizja nadająca reklamy nie ma prawa żądać opłaty abonamentowej od swoich odbiorców.

JACEK GRÜN

„Róbcie dzieci” – Jacek Grün (felieton) „Kurier Podlaski” (początek lat 90-tych)

uchod__cy nowoczesna.gif

Przed dwoma laty (a nawet jeszcze wcześniej) pisałem, że nie da nam się ujść historii, w tym historii gospodarczej, nie da nam się przeskoczyć naturalnych etapów i czeka nas powrót do początku wieku, łącznie z mentalnością społeczeństwa, a także tych, którzy tym społeczeństwem administrują. Im dalej w las, tym oczywiście dowody na zachodzenie takich właśnie procesów, czego najdoskonalszym symbolem jest ekonomiczny bełkot, tych co na górze, bo o politycznym wstyd wspominać. Szykuje się więc dyktatura, bo skoro dziesiątki innych wyzwolonych krajów musiały przez to przejść, nie widzę powodów, dla których Polska miałaby być czymś wyjątkowym. Dopiero po paru dziesiątkach lat z dyktatury zacznie się wyłaniać zalążek demokracji, ale – chciałbym państwa pocieszyć – my już tego nie dożyjemy. Nasze dzieci też chyba nie.

 

Wyzwolone kraje afrykańskie potrzebowały niemalże ćwierćwiecza, żeby zrozumieć, że dyktatury różnych czarnych generałów i pułkowników stanowią coś w rodzaju czyśćca, przez który trzeba przejść, i że inaczej się nie da. Nie oznacza to, naturalnie, porównań z czarną Afryką. Nie. U nas jest z tym jeszcze gorzej. My mamy narosłe przez stulecia fobie i kompleksy europejskości, mamy niewyobrażalne zdanie na temat swojej inteligencji i wyjątkowości wśród narodów świata, podczas gdy trzeba pokory i nieprawdopodobnej pracy. Także indywidualnie nad sobą samym. Demokracje w Afryce rodzą się na dziewiczym, w pewnym sensie, terenie; dlatego ja już dawno mówiłem, że jedynym wyjściem z naszej sytuacji byłoby przesiedlenie na krótki okres wszystkich Polaków i rozpoczęcie naboru od nowa.

 

Przebywając otóż przez tyle dziesięcioleci poza Europą, nie nauczyliśmy się tego, co charakteryzuje tamtejszą ludność: delikatności, uczciwości, prawdomówności, obowiązkowości, miłości do człowieka, czyli – jednym słowem – kultury osobistej. W zamian za to mamy same przeciwieństwa, których nie będę tutaj określał, żeby nie używać brzydkich słów. Panuje niespotykana prywata i zapatrzenie we własny czubek nosa. I to na każdym kroku. Oto w jednej ze spółdzielni mieszkaniowych pojawia się problem: czy na uzbrojonym terenie wybudować 8 domków jednorodzinnych, 100 garaży czy 20 garaży i 90 mieszkań w bloku? Interes społeczny wymaga wybrania tej trzeciej ewentualności i za tym głosuje zarząd spółdzielni. Tymczasem w dzielnicy podnosi się krzyk, rozpoczyna się akcja zbierania podpisów za rozwiązaniem drugim, gdyż 100 osób potrzebuje garaży. Oni mieszkania już mają! Bo nie ważne czyje co je, ważne to je co je moje – jak śpiewał przed laty Grześkowiak. Piosenka nic nie straciła na aktualności, a nawet ją umocniła. W minionych latach podobne wątpliwości rozstrzygano w komitecie PZPR i trzeba powiedzieć, że komitet – po ustawieniu pięciu garaży dla działaczy partyjnych z dzielnicy – zdecydowałby postawić bloki. Kto ma wątpliwości niech porówna ilość mieszkań oddawanych wówczas, a budowanych dzisiaj, za światłej obecności wybitnego polityka i ministra Glapińskiego, tego co to przed wyborami chciał biednych ludzi zmuszać do wykupienia mieszkań po ćwierć miliarda złotych od sztuki. Nie znaczy to, że jestem ukrytym agentem Cimoszewicza i Kwaśniewskiego – jak to już niektórzy rozpowszechniają w Białymstoku – ale po prostu dostrzegam identyczne rozbieżności między mijaniem się teorii z praktyką u komunistów, jak u nowej, „naszej” władzy. Jeżeli ktoś ma czas i stalowe nerwy, powinien sobie przeczytać „Manifest PKWN”, a następnie tezy „Solidarności” publikowane po wszystkich kolejnych zjazdach. Warto też przeglądnąć obietnice wyborcze z 1989 r. To od strony władzy. Gardłowanie za budową garaży to już nasza sprawa, naszej mentalności, która w ten sposób odpowiada na oczekiwania społeczeństwa, a więc nasze własne. Działanie przeciwko sobie samym uważam za jakąś paranoję, która obca jest Europie. Może więc ma rację prof. Kurowski twierdząc, że powinniśmy zerwać z EWG, EFTA, Światowym Bankiem Rozwoju i Funduszem Walutowym, że powinniśmy zamknąć się we własnym domu, najpewniej w tych garażach i stworzyć sobie własny skansen, w którym zadowolenie z posiadania władzy i dostępu do koryta będzie miał tenże Kurowski. Lopek by tego lepiej nie wykombinował.

 

To co mamy robić? – pytają zagubieni ludzie. Niezawodny jest w odpowiedzi na to Kościół i poseł Niesiołowski. – Róbcie dzieci – odpowiadają.

 

Jacek Grün

Jeszcze kilka słów o Mielniku, „Fołks-Sztyme” Nr 30 (4789), 1986-07-26

mielnik.jpg

Bardzo wzruszony czytałem artykuł zamieszczony w „Fołks-Sztyme” (nr 14 z 5 kwietnia br.) pt. „Białostockie reminiscencje” opowiadający o moim rodzinnym miasteczku Miel­nik, który do wojny znany był jako Mielnik nad Bugiem. Mate­riał to cenny, niemniej jednak przedstawiony w nim obraz Ży­dów mielnickich w niektórych stwierdzeniach odbiega od ówcze­snej rzeczywistości. Pozwalam więc sobie przekazać kilka uwag, które skorygują zawarte w arty­kule informacje.

W opracowaniu tym nie wspomniano o „glince” Mielnickiej, gdzie przedsiębiorstwo Żydów wyjątkowo przyczyniło się do jej szerszego rozwoju i która dawała pracę miejscowym miesz­kańcom i ludziom z okolicy.

Stwierdzenie, że „na co dzień Żydzi zajmowali się handlem” jest dalekie od rzeczywistości. Z około 50-ciu rodzin żydowskich Mielnika tylko 4 miały sklepy spożywcze, a wśród nich najwięk­szy należał do P. Radzyńskiego, który m.in. sprzedawał trochę to­warów łokciowych, lecz aby kupić lepszy materiał ubraniowy trzeba było jechać do Siemiatycz. Pozostałe sklepy to małe, biedne sklepiki z tanimi produktami. Wymieniony Icko trochę handlo­wał końmi, lecz przede wszy­stkim zarabiał na życie jako fur­man.

Reszta Żydów to przeważnie rzemieślnicy — krawcy, szewcy, 1 stelmach, 1 rymarz, kilku cieśli i stolarzy. Rodzina Gardów miała olejarnię, Szachna miał prom rzeczny, była też koszerna jatka mięsna, a tuż przed wojną kilku Żydów weszło do spółki z Polakami i uruchomili fabrykę kafli. Moja rodzina z dziada pradziada trudniła się kowalstwem (stąd też moje nazwisko) i była jedyną w mieście, która zajmowała się rolnictwem. To chyba o nas opowia­da „babcia Wiera”, że nie mieli­śmy konia. Prawda, ale to było tylko przez kilka lat przed woj­ną, bo przed tym mieliśmy ko­nie, nawet bardzo dobre. Krowy oddawaliśmy na zimę okolicznym rolnikom, ponieważ baliśmy się sekwestratora bowiem byliśmy winni dużą sumę z racji zale­głych podatków, a nigdy nie można było przewidzieć kiedy złoży nam wizytę.

Żydzi Mielnika byli biedni, nie­wielu posiadało własne domy. Oprócz rzemieślników było chyba z 20 furmanów, znanych jako „Bałaguły”, którzy przewozili glinę z Mielnika do fabryk kaflowych w Siemiatyczach.

W Niemirowie, jak pisałem w języku żydowskim, cmentarz ma bardzo bogatą historię, ale jedno stwierdzam z absolutną pewno­ścią — nie było tam „Macewos”. Taki cmentarz był jedyny w Pol­sce. Byłem tam kilkakrotnie, bo­wiem na tym cmentarzu spoczy­wają moi pradziadowie, ponieważ w tamtych czasach w Mielniku nie było kirkutu. Powstał dopie­ro w 1863 roku, prawdopodobnie w okresie powstania styczniowe­go, kiedy to poległo dużo Żydów.

Jeszcze o Mielniku: nie wspom­niano w tym artykule o „pom­niku”, który stoi niedaleko rynku, wokół niego wznoszą się rui­ny starej twierdzy i kościoła. Stał też ładny budynek z małą salą zbudowany przez Rosjan na cześć stłumienia powstania styczniowe­go. Władze polskie zniszczyły go w latach 1934—35 roku prawie do­szczętnie.

Były kierownik szkoły pow­szechnej w Mielniku pan Anto­ni Sierpowski pisał historię Mielnika. Przez wiele godzin rozma­wiał z moim ojcem i starcami miasta, zwiedzał cmentarz, usta­lał poszczególne daty z nagrob­ków i z archiwów. Pamiętam jak z moim ojcem odwiedzili starą łaźnię nad rzeką, a daty wyryte na kamieniach świadczyły, że istnieje ona od 200 lat.

W polskiej encyklopedii nie­wiele miejsca poświęcono Mielnikowi, wspomniano o zjazdach Polsko-Litewskich, które odby­wały się w halach pod dachami, gdzie przechowywano w okresie zimy glinę. Historia niewiele po­świeciła miejsca Mielnikowi, nie wiadomo też czy praca pana Sierpowskiego ujrzała światło dzien­ne.

Tragiczny był koniec Żydów mielnickich. Mój syn odwiedził Mielnik, przywiózł zdjęcia ulic, domów, synagogi i zrujnowanego cmentarza. Ten obraz minionej przeszłości wstrząsnął mną do głębi.

Mimo tych uwag wyrażam głę­bokie uznanie za zamieszczony na waszych łamach artykuł. Jest to dla mnie i myślę, że jeszcze dla wielu bezcenną pamiątką.

 

M. KOWAL

Melbourne

Dziękujemy Panu Kowalowi za tę garść wspomnień o mieście, którego tradycja jeszcze żyje w pamięci starszych mieszkańców, a czy przetrwa w pokoleniach na­stępnych?

„Fołks-Sztyme”

Nr 30 (4789), 1986-07-26

ROM NA HORYN – ROM NA…..? – WOJCIECH KASSIAN     

cyganie.jpg

Cygan nie orze, cygan nie sieje – tak zaczyna się popularna, rajdowa piosenka. Prawda jednak jest inna. Mniejszość Roma — jest równie zróżnicowana jak każda społeczność. Trudno pisać o tej nielicznej grupie społecznej bez posmaku sensacji. Cyganie bowiem nigdy nie stanowili zintegrowanego narodu. Podziały przebiegały w różnych płaszczyznach. Zdecydowanie koczownicze plemiona Lowarów, Kełderaszy czy też Czurarów mają za złe tym, którzy zaczęli prowadzić osiadły tryb życia. Jedynym ogniwem spajającym wszystkie odłamy jest język. Romani pochodzi od sanskrytu i jest mutacją takich języków jak kurbat, gudżarati i hindi. Dane zawarte w leksykonach i encyklopediach podają liczby cyganów w przybliżeniu. Niemożliwe jest też jednoznaczne określenie miejsca polskich Roma w społeczeństwie. Zróżnicowana mniejszość zajmuje się wszystkim. Uchwała Prezydium Rządu z 1952 roku określa dokładnie zobowiązania władz wobec Cyganów przechodzących na osiadły tryb życia. Zakazano im wróżbiarstwa, pokątnego handlu i muzykowania. W zamian za to …prezydia rad narodowych zabezpieczą środki materialne i rozwiną na terenach, gdzie mieszkają Cyganie szeroką akcję wychowawczego oddziaływania na ludność cygańską w celu porzucenia przez nią koczowniczego trybu życia… Uchwała uchwałą a życie życiem. Zamiast świadczeń na rzecz zmieniających tryb życia ludzi, zaczęto ich karać za brak meldunku, za palenie ognisk w lasach i za włóczęgostwo. Odwiedziłem jedną z cygańskich rodzin mieszkającą w małym białostockim miasteczku. Mieszkają w baraku. Kilka rodzin, i dużo dzieciaków. Stara Cyganka, siedząca przy piecu pamięta lepsze czasy. Mieszkamy tu od kilku lat. Odezwała się – barak stary i zimny, zimą musieliśmy drapać szron ze ściany. Jesteśmy polakami a czujemy się jak Indianie w rezerwacie. Większość ludzi ma uprzedzenia rasowe lub boją się nas – westchnęła.

PIĄTEK W SOBÓTCE

 

            Sobótka to niewielka osada znajdująca się parę kilometrów od Bielska Podlaskiego. Kilkanaście rodzin, sklep i zlewnia. Wśród  nich dwie rodziny cygańskie.

            Opowieść pani Krystyny Wysockiej: Mając szesnaście lat i sześć klas szkoły podstawowej wyszła za mąż, gdyż taki jest zwyczaj. Pojechała w świat z taborem męża. Był rok 1958. Cyganie wtedy wędrowali po całej Polsce. Jestem Cyganką z krwi i kości, ale nie umiałam wróżyć, i zarabiać tym na życie, więc mówiono – w domu czysto w garnku pusto. Lecz zmieniło się to wszystko w roku 1964 kiedy miałam czworo dzieci i lat dwadzieścia dwa i umiałam zarobić sobie na utrzymanie. Mieszkaliśmy w małej miejscowości na prowincji. Wyszła ustawa zabraniająca cyganom wędrowania. Trzeba było się osiedlać na stałe i podejmować pracę. /…/ Przyjęto mnie do pracy w Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej. Robiłam co się da. Przy kwietnikach i innych porządkowych czynnościach w miasteczku i biurze. Nauczyłam się nawet pisać na maszynie. Ale przez pierwszy miesiąc mąż nie mógł znaleźć pracy i do tego trzeba było zajmować się dzieciakami. Niełatwo było rozpoczynać nowe, osiadłe życie. Nieufność dawała zewsząd znać o sobie. Wieś skłócona bo jeden prawosławny, a drugi katolik. Jeden bogatszy drugi biedniejszy…

            W końcu po kilku latach mieszkańcy nabrali zaufania do rodziny Cyganów. Zresztą doznali ze strony Cyganów wielu przejawów sąsiedzkiej pomocy. To pomogą owce zawieźć, to doradzić przy kupnie konia. Wszyscy biedują, pięcioro dzieci i wszystkie się uczą. Pracy dużo, jedzenia i pieniędzy mało. Odchodzi do wojska zlewniarz. Zlewnię zbudowaną w czynie społecznym przejmuje Krystyna Wysocka.

            Przywozi z Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Bielsku Podlaskim druciane szczotki, papier ścierny, pędzle i farby. Po kilku dniach w oknach wymalowanego odświeżonego punktu skupu mleka pojawiają się firaneczki a przed budynkiem rozkwitają lwie paszcze. Był rok 1973. Na naradzie Prezes mówi: …Zlewnia w Sobótce to stara buda, ale doprowadzona do ładu, że tylko wynająć autokar, na wycieczkę was zawieźć i pokazać jak potrafi kobieta zrobić. I kupę dzieci ma, i bieda w domu, naprawdę ciężkie warunki są…

Otrzymuje I miejsce w konkursie na czystość zlewni. Na 93 punkty rozsiane w terenie, wygrała Sobótka. Pani Wysocka – to nasz najlepszy pracownik: mówi Prezes d/s skupu Stefan, a pracuje w warunkach szczególnych, bo do mycia pojemnika musi nosić wiadrami wodę ze studni. Nie ma schładzarki, w ogóle gdyby nie ona to punkt zostałby zamknięty. Ale panująca w nim idealna czystość sprawiła, że podniósł się ogólny poziom przynoszących mleko rolników. Obecnie w 1986 r. punkt w Sobótce ma 2 miejsce wśród punktów przyjmujących mleko w I klasie! To jest codzienna praca i instruktaż, podnoszenie czystości udoju i dbałość o czystość w oborach.

W TABORZE:

            …U nas Cyganka to niewolnica. Gdy siedzą starzy Cyganie, to młoda kobieta nie ma prawa chodzić blisko nich. Do wyjątków należy, aby mąż kochał swoją żonę. Zresztą przeważnie żona pełni funkcję służącej. Mąż może ją zbić i nikt się za nią nie ujmie, nawet ojciec czy brat. Cyganka nie ma prawa podejść do męża, gdy pije on z innymi Cyganami. Nie wolno jej usiąść przy nim, gdy on jest w towarzystwie innych Cyganów itd. itp. W szeregu takich i innych obwarowań funkcjonowali Cyganie przed kilkunastoma laty.

            Pierwsze lata pracy w zlewni nie należały do najprzyjemniejszych. Co raz nadchodziły donosy i anonimy na pracę Cyganki. Kolejne komisje nie stwierdzały uchybień w jej pracy, widziały natomiast wykwity złośliwości ludzkiej. Obecnie mówi kier. skupu Wiaczesław, mieszkańcy wioski pomagają w odśnieżaniu gdy cysterna jadąca po odbiór mleka nie może przebić się przez śnieg. Są dumni, gdyż zajęcie I miejsca w czystości i procencie tłuszczu sprawiło, że Sobótka była miejscem gminnych dożynek. Mówiło się o tej niewielkiej wiosce i pisało na łamach prasy lokalnej. A duża to zasługa Pani Wysokiej, która zintegrowała wieś, i mimo swojej śniadej karnacji skóry zyskała sympatię wszystkich i nasze zaufanie. Teraz choruje, ma coś z kręgosłupem.

            Do tamtych, nieprzyjemnych spraw i minionych lat nie chce nikt z Cyganów wracać. Jedno tylko pytanie mają, kto sprawił że pieniądze przeznaczone na umożliwienie osiadłego życia, nigdy nie dotarły do nich. Biedowali, niedojadali, nie wiedzieli jak sobie radzić. Jeden kawał chleba na 7 osób. Smutne, głodne wieczory. Jedzenie dla dzieci. Oni, rodzice mieli już początki anemii. O tym, że władze pomagały wtedy finansowo dowiedzieli się dopiero teraz.

            Dzień dzisiejszy na roli taki sam jak u innych. Wiosna, orki, sianie zboża i sadzenie kartofli. Jeszcze tylko na grząskich łąkach wysiać tonę nawozów i będzie można czekać na wyniki zbiorów. Dzieci w mieście. Pokończyły szkoły – mówi ojciec – Zbigniew. Dwaj synowie są kelnerami, trzeci gra w kapeli. Córki, jedna sprzedaje w sklepie tekstylnym, druga mężatka w Szwecji. Jak żona jeździła do niej, to lekarz mówił że z taką chorobą kręgosłupa żadnych wysiłków, żadnej ciężkiej pracy. A tu widzi pan, Komisja Lekarska nie dała renty. Dalej musi ciągać bańki z mlekiem i wiadra z wodą do mycia zbiornika i szorowania podłogi w punkcie skupu. A zdrowie przecież najważniejsze. Od dziecka lubił konie i znał się na nich. Opowiada o ich rodzajach, sposobach uprzęży, typowych chorobach ich leczeniu i metodach wykrywania końskich wad. Jest doradcą wśród osób kupujących konie. Cygan obyczajowo nie może jeść końskiego mięsa. Koń to przyjaciel i podstawa egzystencji Cyganów przed kilkunastoma laty. „Kasztan” lśni. Czysta, wyczesana sierść, okrągłe boki, tylko grzywa zmierzwiona przez wiatr. Jeździł cały dzień po polu, a z fury gospodarz rozsiewał nawozy. Teraz czeka ich zasłużony odpoczynek po całym dniu pracy.

„Obojętni RP” – Marta Mazuś. Artykuł na temat „Obywateli RP” w kontekście Cieszyna i „ludzkiej znieczulicy”. W tygodniku „Polityka” nr 47/2017.

„Gabriela Lazarek od miesiąca codziennie staje na rynku w Cieszynie i czyta na głos manifest Piotra S., który podpalił się pod Pałacem Kultury w Warszawie”.

obojetni rp.jpg

Miejsce zawsze jest to samo. Podcienia kamienicy, w której znajduje się biuro posłów PiS. Wokół kawiarnie i sklepy, po przekątnej urząd miasta, naprzeciwko fontanna. Godzina też codziennie jest ta sama – 17. Czas trwania – nie dłużej niż 15 minut. No i zawsze jest ona – Gabriela Lazarek, 38 lat, fryzjerka. Trzymająca w ręku plakat z odręcznym napisem: „Jeżeli nie jesteś obojętny, stań przy mnie 5 minut”.

Czasami ktoś do niej podejdzie i zada pytanie. Jak na przykład ten bezdomny w pomarańczowych spodniach, który już od dłuższego czasu krąży wokół z zainteresowaniem. – A kto to właściwie jest ten szary człowiek? – pyta.

– Ja jestem szarym człowiekiem, pan jest szarym człowiekiem. Wszyscy jesteśmy – odpowiada Gabrysia.

– To ten, co się podpalił? – dołącza się blondynka w eleganckim płaszczyku.

– A dlaczego on to zrobił?

– Wytłumaczenie jest w manifeście.

Proszę na chwilę ze mną stanąć, ja jeszcze raz przeczytam – zachęca Gabrysia.

– Nie, nie, ja nie mam czasu. Szkoda, że tak głupio postąpił. Jeżeli się wierzy w Boga, to Bóg nie pozwala robić takich rzeczy.

Czasami ktoś przejdzie obok i tylko parsknie śmiechem, przewróci oczami w odruchu lekceważenia. Albo najwyżej gdzieś z oddali uniesie kciuk do góry, tak jakby bał się podejść nawet o krok bliżej. Zwykle jednak mało kto w Cieszynie zwraca uwagę na Gabrysię, stojącą i czytającą na głos manifest Piotra S. na rynku. Miesiąc temu, gdy zaczynała, była zupełnie sama. Teraz jest różnie – czasem towarzyszą jej dwie, czasem cztery osoby. Myślała, że będzie inaczej, liczniej, że ludzi to poruszy. Jak w Warszawie, do której jeździ na protesty Obywateli RP i wtedy zawsze czuje, że jest w silnej grupie. Ale to jest Cieszyn, małe miasto na granicy z Czechami – każdego dnia o godz. 17 dociera to do niej od nowa, gdy znów stoi, a zdanie „ja zwykły, szary człowiek” niesie się po pustym rynku.

Caritas (biuro w tej samej kamienicy co siedziba PiS): – Ja wiem, że tutaj coś takiego się dzieje, ale ja pracuję w środku, ja nie obserwuję, co się dzieje na zewnątrz. Nie wiem, kto to robi i o co chodzi. Może w aptece coś wiedzą?

Gabrysia pamięta ten moment, gdy siedziała sama w domu przed telewizorem i coraz głębiej zapadała się w fotelu. PiS rozkręcał właśnie swoją pierwszą wojnę o Trybunał Konstytucyjny, a ona czuła, że musi coś zrobić, bo dłużej już nie wytrzyma. Nigdy wcześniej aż tak nie interesowała jej polityka. Wcześniej żyła jak wszyscy – od 18 lat praca we własnym salonie fryzjerskim, dom, rodzina, od czasu do czasu jakaś przyjemność, koncert albo wycieczka za miasto. Samotna matka dorastającego 15-letniego syna nie ma czasu na niuanse w życiu. Ale te dwa lata temu coś się w niej przełamało. Złapała okazję, przejazd BlaBlaCar, w którym koszty podróży dzieli się z nieznanymi wcześniej współpasażerami. I trafiła. Prosto na protest pod KPRM w Warszawie.
Sklep z tytoniem (drugi lokal po lewej od siedziby PiS): – Ja wychodzę tuż po 17 i oni cały czas tam stoją, ale ja nie wiem, o co im chodzi. Widziałam, że coś trzymają, jakieś kartki, ale nie podchodziłam do nich. Może w kiosku będą coś wiedzieli?

Potem do Warszawy jeździła już coraz częściej. I już oficjalnie, jako zadeklarowany członek Obywateli RP. W Warszawie były spotkania, protesty pod siedzibą PiS, przeciwko ONR, no i oczywiście comiesięczne kontrmiesięcznice na Krakowskim Przedmieściu. Z białą różą Gabrysia szła wmieszana w smoleński tłum, z którego policja wyciągała ją potem za ręce i nogi. W Warszawie czuła, że rzeczywiście coś robi, że może efektów nie widać, a PiS rośnie w sondażach w siłę, ale przynajmniej nie siedzi bezczynnie w tym fotelu przed telewizorem.

W Cieszynie, gdy wracała, było raczej zdziwienie. Klientki w salonie, znajome od czasów czesania ślubnego, a niektóre nawet od komunijnego, z niezrozumieniem pytały: Ale, pani Gabrysiu, dlaczego? Ona wtedy mówiła: Przecież znamy się tyle lat, czy widzi pani we mnie komunistkę albo jakiegoś esbeka? One już bardziej po cichu: No nie, niby nie.

Niektóre już nie wracały. A inne nadal przychodziły, ale zwykłe rozgadanie na fryzjerskim fotelu ograniczały już głównie do kwestii pogody, ewentualnie rodziny.

Bo w Cieszynie nie było i nadal nie ma wielu takich osób jak Gabrysia. Z Obywateli RP ona jest jedyna. Jest parę osób w KOD, kilka w stowarzyszeniu Demokratyczna RP, dziewczyny związane z Krytyką Polityczną, no i dla równowagi, z drugiej strony, jest Młodzież Wszechpolska i aktywiści Korwina. W małym Cieszynie czas płynie powoli, sklepy są otwarte, latem na rynku wysyp festiwali, ludzie pracują. Po co protestować? Przecież nic złego nikomu tutaj się nie dzieje. Ale ostatni lipiec natchnął Gabrysię nadzieją. W lipcu 2017 r. pod sądem w Cieszynie, w protestach przeciwko reformie sądownictwa, zebrało się ponad 200 osób.

Kiosk (za sklepem z tytoniem): – Nie interesuje mnie to. Ja siedzę po 10 godzin dziennie w pracy i nie mam czasu ani siły na takie rzeczy.

19 października 2017 r. Gabrysia siedziała akurat na spotkaniu z Borysem Budką, posłem PO, w Cieszynie. Od znajomego dostała esemesa: Czy Budka wie już coś na temat samopodpalenia? Ani Budka, ani Gabrysia, ani nikt z sali nie wiedział, o co chodzi. I w ogóle tamtego dnia, jakby to do niej nie dotarło. Dopiero następnego pomyślała: przecież bardziej krzyczeć, że jest źle, już się nie da.

Gdy w gronie Obywateli RP zapadła decyzja, że w różnych miastach Polski będą czytać lub rozdawać wydrukowany manifest Piotra S., od razu wiedziała, że w ich małym Cieszynie właśnie ona to zrobi. Gdy na facebookową stronę utworzoną po lipcowych protestach pod cieszyńskim sądem wrzucała ogłoszenie, że zaprasza wszystkich na godz. 17 na rynek, pod siedzibę PiS, była pewna, że ktoś na pewno przyjdzie. Przecież takie wydarzenie musiało poruszyć wielu. Post wyświetliły 434  osoby.

Jubiler (pomiędzy kioskiem a sklepem z tytoniem): – Oni tam stoją, kiedy ja wychodzę z pracy, ale ja wychodzę i idę prosto do domu. Kto to jest, co robi? Ja nie wiem. Ja nie jestem z Cieszyna, ja muszę szybko na autobus i do domu.

Najtrudniej chyba przełamać w sobie wstyd. To poczucie śmieszności, że stoi się samemu. I ten głos wydobyć. Ludzie cię mijają, a ty coś mówisz w powietrze, w mokry od deszczu bruk, w ściany domów. Najpierw bardzo cicho, ale gdy już się to słowo lub dwa wypowie, jest lepiej, nabiera się odwagi. Tylko ten absurd przytłacza. Że masz ze sobą kartki z napisami: „ja zwykły, szary człowiek wzywam was” i „co jeszcze musi się wydarzyć?”, i nagle zdajesz sobie sprawę, że one odnoszą się do ciebie. Bo czytasz, chcesz coś przekazać ludziom, a wokół ciebie kompletnie nikogo nie ma. Myślisz sobie, że chyba jesteś nienormalny, trzeba stąd uciekać. I niektórzy uciekają. Znajomy z innego miasta napisał Gabrysi na Facebooku, że nie dał rady, po chwili poszedł do domu. Innym się udało, byli w większych grupach. Gabrysia wytrzymała. Jeden dzień, potem drugi. Sama. Cieszyn ma 38 tys. mieszkańców.

Apteka (lokal obok siedziby PiS): – Nam nie przeszkadza, że ci ludzie zbierają się tuż obok naszych drzwi. Ja nie wiem, o co w tym dokładnie chodzi. Chyba o sprawę tego samospalenia w Warszawie i żeby to jakoś upamiętnić. Raz zaczęłam nawet czytać ten manifest, bo był wydrukowany i rozłożony na ziemi, ale nie doczytałam do końca.

Dopiero trzeciego dnia w końcu się przełamało. Do Gabrysi dołączył Jerzy Branny, 80-letni emerytowany pracownik fabryki maszyn elektrycznych, z zamiłowania historyk, który już od dłuższego czasu cierpiał, że nie ma jak w tym Cieszynie wyrazić swojego sprzeciwu wobec wydarzeń w kraju. Chodził nawet do lokalnego biura PO, prosił, że jakby coś się działo, niech dadzą mu znać, on przyjdzie, pomoże. Nikt się nie odezwał. I dopiero od Gabrysi, przypadkiem, w jej salonie fryzjerskim, dowiedział się, że można po prostu przyjść na rynek i razem z nią postać chwilę.

Pojawił się też Jerzy Oszelda, lokalny poeta, buddysta, w młodości zaangażowany w ruch ekologiczny. Na rynek do Gabrysi szedł z domu na piechotę, ponad 40 minut, bo razem ze swoją mamą, 95-letnią Jadwigą, dla której na czas 15-minutowego protestu pobliska kawiarnia użyczyła krzesełka.

Do tego koleżanka Gabrysi, Iza Brachaczek, działaczka stowarzyszenia Demokratyczna RP, Zbigniew, były attaché kulturalny w Pradze, ze swoją żoną Joanną. A czasem trafiał się nawet ktoś przyjezdny – Grzegorz z Chorzowa, Mariusz z Warszawy, pewien tirowiec, który w Cieszynie akurat przejeżdżał przez granicę.

Samotny protest pod siedzibą PiS opisał w internecie Zbigniew Hołdys, spisane przez Gabrielę sprawozdania z kolejnych dni na cieszyńskim rynku ludzie udostępniali na Facebooku. Zaczęły do niej płynąć wiadomości – jesteś wielka, trzymaj się, to ważne, co robisz. Choć oczywiście były też odmienne zdania. Portal prawy.pl uznał, że robi z siebie idiotkę, a w programie Telewizji Republika jej protest wyśmiał Rafał Ziemkiewicz.

Gabrysia na internetowy hejt i zaczepki stara się nie zwracać uwagi. Dużo bardziej boli ją ta codzienna, uporczywa cieszyńska obojętność.

Kawiarnia (trzeci lokal po lewej od siedziby PiS): – Jeśli mają taką potrzebę, to niech protestują. My jesteśmy neutralni, jeśli trzeba, to pomożemy, chociażby użyczeniem tego krzesełka dla starszej osoby. To dość odważne, muszę przyznać, tak stać samotnie na rynku. No właśnie, ale w związku z czym właściwie ta akcja? Podpalił się człowiek? A no tak, coś słyszałem.

Dzień Gabrysi zaczyna się o 7 rano. Na godz. 8 wyprawia syna do szkoły, na 9 jest w pracy. O godz. 17 zamyka swój zakład fryzjerski i idzie prosto na rynek. Na chodniku w podcieniach rozkłada wydrukowany z internetu manifest Piotra S., zapala znicz, stawia go pod murem, rozwija biały brystol z odręcznym napisem: „Stop agresji i nienawiści. Obojętność to przyzwolenie. Jeżeli nie jesteś obojętny stań przy mnie 5 minut” i czeka na to, co się dalej wydarzy.

Zapalone znicze już nie raz znikały. Tak samo jak kartki z manifestem, które pewnego razu postanowiła, na próbę, zostawić przyklejone do ściany. Tamtego dnia przyjechała też policja. Do miejskiej komendy wpłynęło zawiadomienie, że w miejscu protestu Gabrysi ktoś ma zamiar dokonać samopodpalenia. Jakieś nieporozumienie. Ostatecznie skończyło się na pouczeniu w sprawie przyklejania kartek do ściany i na krótkiej rozmowie Gabrysi z policjantami. Opowiedziała im, co robi policja z kontrmanifestantami w Warszawie. Ucieszyli się, że tu, w małym Cieszynie, ich na razie to nie dotyczy. Na razie – powiedziała Gabrysia i życzyła im dobrej nocy.

Urząd Miasta (po przekątnej, przy rynku): – Ja się orientuję jako obywatel, o co w tej sprawie chodzi, bo znajomi udostępniają to na Facebooku. Jako urząd – nam nic do tego. Każdy ma prawo do demonstrowania swoich poglądów, jeśli tylko nie łamie przy tym prawa. Oni tę demonstrację urządzają pod miejską kamienicą, ale to nie miasto usuwało im kartki czy znicze. Myślę, że to raczej osoby prywatne, które są takim inicjatywom przeciwne. Jako obywatel ja wiem, że ta pani chciałaby, żeby zatrzymał się przy niej ktoś na 5 minut. Z tego, co obserwuję ze swojego okna, bo okna mojego biura wychodzą akurat na rynek, to frekwencja nie jest zbyt duża. Co do samospalenia to uważam, że żadna władza nie jest warta życia człowieka. Poza tym to nie czas na takie działania.

Znajomi z Cieszyna pytają czasem Gabrysię, czy się nie boi albo dlaczego, zamiast się narażać, nie pomyśli o swoim synu. Ale przecież ona cały czas o nim myśli. Przecież przez 15 lat opowiadała mu o wolności, o odpowiedzialności, o samodzielnym myśleniu. Jak więc wyglądałaby w jego oczach teraz, nie robiąc tego, w co wierzy? Dzieci oceniają czyny, nie słowa.

Gabrysia nie wie, jak długo jeszcze będzie o godz. 17 pojawiać się na rynku. Na początku miała marzenie, żeby razem z nią stanęło tam sto osób. Teraz myśli, że o wiele ważniejsze byłoby, aby w innych małych miastach ludzie zaczęli robić podobne rzeczy. Żeby nie bali się śmieszności, że ktoś ich zauważy, żeby zaczęli po prostu ze sobą rozmawiać. Ten kontakt człowiek–człowiek jest teraz najważniejszy.

Dlatego razem z koleżanką Izą ze stowarzyszenia Demokratyczna RP, oprócz codziennych spotkań pod siedzibą PiS, od pewnego czasu, postanowiły również spontanicznie pojawiać się w środku dnia z plakatem z brystolu w różnych punktach miasta. Po prostu stają i milczą – przy słupie z ogłoszeniami, przy kiosku, przy targu, gdzie rano ludzie kupują owoce i warzywa. Gdy tylko gdzieś się pojawią, wokół nich wytwarza się jakby magnetyczne pole. Tłum rozchodzi się na bok i, umyka pod ściany domów, żeby tylko nie spotkać ich wzroku. Widać, że niektórzy już je rozpoznają. Machają i wołają z drugiej strony ulicy: My sobie razem z wami tutaj postoimy.

Sprawa masztu telefonii komórkowej na nieczynnym kirkucie w Siemiatyczach. Tekst z „Głosu Siemiatycz”

Aktualności – Siemiatycze
12 lipca 2013 21:14

Siemiatycz – Maszt telefonii komórkowej na cmentarzu

Mieszkańcy ulicy Polnej i Kościuszki protestują przeciwko budowie masztu telefonii komórkowej, gdyż obawiają się szkodliwego promieniowania. Inwestorem jest firma Polkomtel – operator sieci Plus GSM. Kilkudziesięciometrowa wieża miałaby stanąć na terenie PZMot-u przy ulicy Kościuszki.

2 lipca na placu pojawili się budowlańcy oraz zwieziono pierwsze materiały do budowy fundamentów pod wieżę. Zebrani mieszkańcy apelowali, by nie rozpoczynano budowy, gdyż jest to teren dawnego cmentarza żydowskiego. Jednak budowlańcy nie dali za wygraną i ruszyli z robotami.

Wystarczyło kilka ruchów łyżką koparki w ziemi, by natrafić na pierwsze ludzkie szczątki – kości, czaszki. Prace natychmiast wstrzymano. Na miejscu pojawiła się policja, prokurator oraz przedstawiciele powiatowego inspektoratu nadzoru budowlanego. Wstępnie ustalono, że mogą to być szczątki dawnych mieszkańców Siemiatycz wyznania mojżeszowego.

Chcą nas zniszczyć

– Dlaczego ten wielki masz powstaje w samym centrum miasta? Na dodatek w odległości około 15 metrów od mojego domu tuż po przeciwnej stronie ulicy Polnej – mówi Kazimierz Poniatowski, mieszkaniec ulicy Polnej. – Zaledwie 50 cm od chodnika będzie początek fundamentów pod tę wieżę. Gdy ja chciałem uzyskać pozwolenie na ustawienie garażu, to musiałem odsunąć się 3 metry od granicy działki sąsiada. A tutaj przy tej budowie wszystko można. Uważam, że budowa takiej wysokiej wieży stanowi ogromne niebezpieczeństwo chociażby z powodu wyładowań atmosferycznych. Nie mówiąc już o bardzo dużej dawce szkodliwego promieniowania. Prawdopodobnie jest to przekaźnik o dużej mocy. W niewielkiej odległości od tej wieży są nie tylko domy jednorodzinne, ale osiedla mieszkaniowe i szkoły. Mamy tyle terenów na skraju miasta lub zaraz poza miastem, gdzie można spokojnie budować tego typu wieże przekaźnikowe, a nie ładować ją w centrum miasta. A może firmie, które chce to ustawić, chodzi o zwiększenie wywoływania chorób, a tym samym zniszczenie mieszkańców? Nie pozwolimy na budowę tej wieży.

– Tutaj jest cmentarz i taka wieża nie może być tutaj ustawiona. Ja jestem bezpośrednim sąsiadem i nikt mnie nie informował, że taki maszt będzie budowany – mówi Tomasz Tarasiuk. – Nikt nie zapytał mnie o zdanie, czy chcę nadajników, które emitują szkodliwe promieniowanie. Przecież jak ona, nie daj Boże, runie, to mój dom przetnie na pół. Przecież to promieniowanie będzie negatywnie oddziaływało na znaczną część mieszkańców miasta. Przecież blisko od wieży są dwie szkoły. Nie rozumiemy dlaczego wieża ma stać akurat w tym miejscu. Niech ją przeniosą tam, gdzie blisko nie ma zabudowy. Były szczątki ludzkie i robotnicy uciekli z placu budowy. Dlaczego pozwolono na prowadzenie robót budowlanych, skoro prawie każdy z mieszkańców miasta dobrze wie, że w tym miejscu był cmentarz żydowski. Więc co, wieża będzie stała na cmentarzu? Zrobimy wszystko, by budowa nie była kontynuowana. My też chcemy normalnie żyć z dala od szkodliwego promieniowania. Mamy nadzieję, że jeszcze więcej ludzi dołączy się do naszego protestu, gdyż nie jest to problem mieszkańców części ulicy Polnej i Kościuszki, ale całego miasta. Zadam tylko pytanie, który z urzędników wydający decyzje w tej sprawie chciałby mieć taką wieżę z nadajnikami na swoim podwórku?

– Budowa tej wieży w tym akurat miejscu to jest bandytyzm. Przecież każdy normalny człowiek powinien uszanować miejsce pochówku ludzi – dodaje pan Piotr. – Nikt się z tym nie liczy, że tutaj obok tej wieży mieszka tyle ludzi. Tylko ktoś widzi interes i pieniądze. Dajcie nam spokojnie i zdrowo żyć. Urzędnicy wydane decyzje na lokalizację i budowę mogą anulować, tylko trzeba chcieć nam, mieszkańcom tego miasta pomóc. Gdzie jest burmistrz, starosta oraz nasi radni?

Interwencja rabina

W tym samym dniu, kiedy rozpoczęto budowę przy ulicy Polnej i natrafiono na szczątki ludzkie, w trybie pilnym pismo do starosty przesłał Michael Schudrich, Naczelny Rabin Polski. Pisze między innymi: „Otrzymałem informacje, że na działce sąsiadującej z cmentarzem żydowskim w Siemiatyczach przy ulicy Polnej wykopano szczątki ludzkie podczas prac nad budową wieży przekaźnikowej telekomunikacji. Z wielkim prawdopodobieństwem znalezione szczątki są pochodzenia żydowskiego, ze względu na sąsiedztwo z kirkutem. Panie starosto granice wielu cmentarzy żydowskich w Polsce są niezgodne z ich faktycznym przebiegiem. Wszystko wskazuje na to, że taka jest sytuacja kirkutu w Siemiatyczach i to spowodowało naruszenie pochówków w czasie budowy. Zwracam się z uprzejmą prośbą o pomoc w zabezpieczeniu tego terenu, by nie doszło do kolejnych wykopów oraz o zabezpieczenie szczątków do czasu pochowania ich zgodnie z tradycja żydowską. Proszę o wstrzymanie prac do czasu wyjaśnienia okoliczności i podjęcia ustaleń z komisją rabiniczną do spraw cmentarzy. Zgodnie z tradycją żydowską cmentarze mają status ziemi świętej. Ciało zmarłego pozostaje świętym nawet po śmierci i pozostaje takim aż do czasów ostatecznych. Moją jedyną intencją jest zabezpieczenie pochówków przed desakracją”.

W czwartek, 4 lipca, na miejscu przy ulicy Polnej zastaliśmy przedstawiciela Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków. Jak się dowiedzieliśmy prace budowlane zostaną wstrzymane, a w miejscu gdzie ma być usytuowana wieża prawdopodobnie będą przeprowadzone gruntowne badania archeologiczne. Pracownicy Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego w Siemiatyczach potwierdzają, że na miejscu budowy odnaleziono szczątki ludzkie. Niestety firma, która odpowiedzialna jest za całą budowę zasypała wyrobisko.

Warto powrócić do 2009 roku. Otóż w czerwcu tego roku w urzędzie miasta wydano decyzję o ustaleniu lokalizacji inwestycji celu publicznego – instalacji urządzeń stacji bazowej Polkomtel. W wydanej decyzji napisano między innymi: „Inwestycja nie jest położona na obszarze objętym ochroną konserwatorską lub w otoczeniu obiektów objętych ochroną konserwatorską. Wnioskowana inwestycja nie jest położna na obszarze lub w otoczeniu dóbr kultury współczesnej. Wnioskowana inwestycja nie jest zaliczana do przedsięwzięć mogących potencjalnie lub zawsze znacząco oddziaływać na środowisko”. Po uzyskaniu takiej decyzji inwestor złożył dokumenty do Wydziału Architektoniczno – Budowlanego Starostwa Powiatowego w Siemiatyczach, by uzyskać pozwolenie na budowę stacji przekaźnikowej. Taka decyzja po odwołaniach ze strony niektórych mieszkańców została wydana w październiku 2010 roku. Jak tłumaczą urzędnicy, o budowie masztu z antenami zostali powiadomieni mieszkańcy nieruchomości, w kierunku których będą przebiegały wiązki promieniowania elektromagnetycznego.

Jednak niewykluczone, że w związku z tym, iż wystąpiły nowe okoliczności i fakty związane z budową stacji bazowej na placu PZMOT-u, cała procedura wydania pozwolenia na budowę może być wznowiona. Do sprawy powrócimy, gdyż nie otrzymaliśmy odpowiedzi na pytania od firmy „Polkomtel”. Chcemy się dowiedzieć, czy odstąpią od budowy masztu telefonii komórkowej przy ulicy Polnej i dlaczego w tym miejscu chcą zlokalizować swoją inwestycję.

Marek Malinowski, Kurier Podlaski – Glos Siemiatycz, fot. MM

PS: Chyba każdy rodowity siemiatyczanin wie, że opisywany teren jest kirkutem – żydowskim cmentarzem, istniejącym przez kilkaset lat, od czasów księżnej Jabłonowskiej do II wojny światowej. Również plac i siedziba PZMot zbudowana jest na cmentarzu, który sięgał do ulicy Kościuszki.

Jerzy Nowicki