„Inny świat jest możliwy” – z prof. Zygmuntem Baumanem rozmawia Andrzej Zybała „OBYWATEL” Nr 2 (22) /2005

Zygmunt Bauman.jpg

Polska pochłonięta jest przez katastrofę bezrobocia, zapaść sfery publicznej, słabej edukacji, do tego nie udało się stworzyć nowoczesnych sektorów gospodarczych. Niektórzy mówią, że staliśmy się zbędni w sensie gospodarczym. Wielu z nas czuje się bezsilny­mi wobec tego. Czy tego typu problemy można jeszcze usiłować rozwiązywać z pozycji państwa narodowego, którego władza przecież znacznie się kurczy?

Z.B.: Rozpocząłbym od zacytowania wnikliwego stu­dium prof. Tadeusza Kowalika, opublikowanego przed rokiem w czasopiśmie „Kontrpropozycje”: od 1989 r. PKB wzrósł w Polsce o jedną trzecią, ale w tym samym czasie liczba rodzin żyjących poniżej minimum socjalnego wzro­sła niemal trzykrotnie i zbliża się do 60%, cztery miliony ludzi żyją poniżej biologicznego minimum, a 84% zare­jestrowanych bezrobotnych (którzy stanowią prawie 1/5 ludności w wieku produkcyjnym) nie otrzymuje zasiłku. W takiej to sytuacji rząd Rzeczpospolitej, w trzytomowym programie „Strategia gospodarcza rządu SDL-UP-PSL”, opublikowanym dwa lata temu, przewidział na 2005 rok 200 tys. dodatkowych miejsc pracy dla 900 tys. młodych ludzi wchodzących na rynek pracy, czyli blisko miliona do­datkowych ludzi bez przydziału…

 

Myślę sobie, że w tym krótkim opisie zawarte są wszyst­kie elementy naszej narodowej biedy. A więc mamy kapi­talizm przeniesiony w polską XXI-wieczną rzeczywistość wprost z gabinetu XIX-wiecznych osobliwości. Nastąpiło brutalne, dokonywane w blasku dnia i bez przeprosin, gwał­cenie konstytucyjnego prawa Polaków do godnego życia. Wspólnota odrzuciła odpowiedzialność za byt swych człon­ków, co oznacza rozbiórkę fundamentów wspólnotowej solidarności. Skutkiem jest niewiarygodne marnotrawstwo kapitału ludzkiego. Wreszcie: przeraźliwa obojętność elit politycznych – kolejno sprawujących w Polsce władzę – wo­bec rosnącej z dnia na dzień ludzkiej niedoli i ich niechęć czy nieumiejętność okiełznania żywiołu i przyhamowania polaryzacji społeczeństwa i rozpadu społecznych więzi.

 

Historia ostatniego piętnastolecia to m.in. dzieje kom­promitacji i etycznego bankructwa polskich elit politycz­nych, frustracji społecznych w efekcie oczekiwań rozbudzonych przez ich obietnice i wyczerpania się kapitału zaufania, jakimi elity te na wyrost obdarzono. W tym też trzeba upatrywać głównych przyczyn „poczucia bezsilno­ści”, jakie Pan słusznie w Polsce odnotowuje, a nie w tym, że zakres swobody rządów państwowych kurczy się za sprawą globalizacji. Wprawdzie globalne wędrówki kapitałów są zaiste globalne i drwią sobie ze wszystkich suwerenności państwowych jednako, ale ze świeczką wypadałoby w Euro­pie szukać takiej polaryzacji szans i perspektyw życiowych, jaka się u nas dokonuje. Na przykład rządy Danii, Norwegii czy Szwecji trzymają się wytrwale zasady gwarancji jed­nostkowego prawa do godziwego życia, co jest żyrowane przez wspólnotę, zaś w Hiszpanii czy Anglii przywraca się dziś wiele z nieopatrznie skasowanych wcześniej świad­czeń społecznych i siatek ochronnych – i jakoś nikt im z tego powodu głowy nie urwał, a na finansowe bankructwo także się u nich nie zanosi.

 

Poczucie bezsiły i niemożności, o jakim Pan powiada, wynika z powszechnej niemal utraty wiary, że jakakolwiek ekipa polityczna zechce się zająć dobrem społecznym raczej niż partyjnym i że ktoś zatroszczy się o coś więcej niż o to, co się w Anglii pogardliwie nazywa jobs for the boys (czyli, w luźnym tłumaczeniu, „ciepłe posadki dla kumpli”), a także, iż partie zajmą się czymś więcej niż odwracaniem uwagi spo­łeczeństwa od własnego nieróbstwa, przy pomocy spektaku­larnych skądinąd wzajemnych pomówień i dyskredytacji.

A czy w ogóle kraje słabe ekonomicznie, takie jak Pol­ska, mają jeszcze szansę usiąść za sterem swojego po­jazdu, czy tylko pozostaje im bez protestów przesiąść się na siedzenie pasażera i czekać na to, czy dojdzie do katastrofy, czy nie?

Z.B.: Znów powołam się na Anglików. Powiadają oni, że proof of the pudding is eating… Bo jakoś nie widać było dotąd, by polskie rządy próbowały na serio chwytać za ster. Raczej czekały, aż automatyczny pilot wyprowadzi pojazd na prostą. Starały się jak mogły, by go dotykaniem kierow­nicy – już nie mówiąc o kręceniu nią – przypadkiem nie zniechęcić, i rozkładały ręce, jeśli pilot mimo to zawodził i nie potrafił sprostać nadziejom.

 

Wśród elit rządzących, od czasu prawie jednomyślnego uchwalenia „planu Balcerowicza” przez „sejm kontrakto­wy”, panowała opinia – dawno skompromitowana i niemal powszechnie na Zachodzie odrzucona – że jeśli tylko dać posiadaczom kapitału nieskrępowane pole do popisu i po­zwolić im szukać bez przeszkód soczystszych pastwisk i porzucać je bez skrupułów, to bogactwo będzie samo z siebie pęczniało. Wtedy też wszystkim kapnie coś na rów­ni z obficie zastawionego stołu. A więc panowała zasada, że im więcej dla bogatych swawoli, tym ubogim będzie się żyć dostatniej. Jest to magiczne myślenie, któremu przeczy wszystko, co miało miejsce w dziejach rozwoju gospodarczego. Mylące są także działania (a raczej powstrzymanie się przed działaniem) wynikłe z tego myślenia, nie mówiąc już o dewastacji społecznej i spustoszeniu moralnym, do jakich niechybnie muszą prowadzić.

 

Więc może jednak trzeba budyniu wpierw pokosztować, zanim się o jego smaku orzeknie? Prof. T. Kowalik proponuje szeroki program robót publicznych, bo tyle jest w Polsce do zrobienia: dróg do naprawy, wysypisk i ugorów do zalesie­nia, tylu bezdomnych i tak mało tanich mieszkań. Proponuje też coś w rodzaju „młodzieżowych hufców pracy (tak wiel­ka część najlepiej w dziejach Polski wykształconego pokole­nia daremnie szuka zatrudnienia…). Spróbujmy wpierw coś zrobić, a wstrzymajmy się z wydawaniem wyroków.

Czasami można odnieść wrażenie, że w globalizacji, ja­kiej jesteśmy świadkami dostrzega Pan działanie praw historii, co oznacza, że niewiele z tym procesem da się zrobić, poza poddaniem mu się. A z drugiej strony w książce „Globalizacja” pisze Pan: „Nie jest jednak tak, że siła napędowa nowego porządku złożona jest z mgieł tajemnicy. Reguły dzisiejszego tworzenia porządku posiadają główni gracze biznesowi”. Czy mamy zatem do czynienia z pewnym determinizmem histo­rycznym, czy ze splotem wielkich interesów?

Z.B.: Globalizacja jak dotąd była czysto negatywna. „Zglobalizowały się” finanse i kapitały inwestycyjne, obrót towarowy, obieg informacji, szmugiel narkotyków, mafie, terroryzm… Nie zaczęła się jeszcze na dobre globalizacja pozytywna, czyli globalizacja kontroli społecznej, prawodaw­stwa, sądownictwa i zasad etycznych, jakie powinny wziąć to wszystko w ryzy. Ekonomika i przemoc są już globalne, a polityka, jak dawniej, zamyka się w miejscowych podwór­kach i gdzie jej tam do okiełznania i poskromienia biznesu i sołdateski… Innymi słowy: moc wzięła rozwód z polityką i osiedliła się na obszarach dla byłego partnera niedostęp­nych. Rezultat? Clausewitz postawiony na głowie: polityka jest kontynuacją wojny z wykorzystaniem innych środków…

 

„Polityka” to nazwa gatunkowa dla zjawisk inicjowa­nych świadomie przez ludzi, wynikających z ich intencji i deliberacji. Nie mamy jak dotąd polityki na miarę zglobalizowanych już mocy, i dlatego ciśnie się na język nieznośne i niebezpieczne, bo paraliżujące wolę i myśl, pojęcie „determinizmu” – puste wszak pojęcie, skoro wszystko w historii jest wynikiem ludzkich intencjonalnych działań (choć daleko nie zawsze zgodnym z intencjami). Biznesmeni i generało­wie wybuchliby chyba śmiechem, gdyby im o „determinacji” prawić – nigdy wszak nie czuli się tak wolni jak dziś i nigdy nie mogli tak beztrosko hasać po świecie, niby po tanecznym parkiecie czy boisku zabaw… To politycy sięgają po wymów­kę „determinacji” czy TINA, T(here) I(s) N(o) A(lternative), by się ze swej bezradności czy bezczynności usprawiedliwić – bo procesy, które wymykają się ich dłoniom jawią się im jak zrządzenia losu („los” jest nazwą szpary między tym, co się nam staje, a tym, czym potrafimy pokierować). Rzecz w tym, by narzędzia działania politycznego, jak dotąd ukute z my­ślą o nadzorze i regulacji gospodarki i stosowania przemocy w ramach państwa-narodu, przekuć tak, by się nadawały do nadzoru i regulacji mocy już zglobalizowanej. Wtedy nie trzeba będzie węszyć konieczności historycznych i szukać rozgrzeszenia w dziejowej determinacji.

 

Kiedy befsztyk nie daje się zjeść, można albo powie­dzieć, że mięso twarde, albo że nóż tępy…

Z niektórych Pańskich książek można jednak odnieść wrażenie, że dawne prawa historii zastępuje Pan do­głębnym pesymizmem, który każe sądzić, że człowieka nie stać – ze względu na jego okropną naturę – na nic przyzwoitego w historii. Jesteśmy jakby skazani na pewien fatalizm czynienia tylko coraz gorzej.

Z.B.: Pewnie można odnieść takie wrażenie, skoro Pan tak powiada, ale smutno mi i przykro, jeśli Pan je odniósł. Sprawienie takiego wrażenia nie leżało w moich intencjach. Gdybym był rzeczywiście, jak Pan powiada, „dogłębnym pe­symistą”, nie pisałbym i nie publikował (a pewnie i nie mówił). Gdyby „dogłębni pesymiści” byli konsekwentni, nigdy byśmy o ich istnieniu nie słyszeli i nigdy by nam ukucie pojęcia „pesymista dogłębny” do głowy nie przyszło. W moim słowniku „optymistą” jest człek, który sądzi, że ten nasz świat tu oto i w tej chwili jest najlepszym z możliwych światów, zaś pesy­mistą jest ten, kto się boi, że optymista ma rację. Wedle tej de­finicji nie należę do żadnego z obu obozów. Uważam, że inny świat jest możliwy – a nadto, że powyższy dwudzielny podział nie jest wyczerpujący jako że ignoruje on trzeci typ postawy wobec świata i to ten właśnie, dzięki któremu możliwości bywają realizowane: nadzieję, a co gorsza, najistotniejszą z jej odmian – nadzieję zespoloną z ufnością w ludzki rozum i ludzki potencjał daleki od wyczerpania. „Fatalizm” to tyle, co brak nadziei, a znów brak nadziei to najjaskrawszy przykład „samospełniającej się przepowiedni”. Gdy brak nadziei, można milczeć, a po milczącym świecie „fatum” hula swobodnie.

W ostatnich latach, wraz z rosnącymi zaburzeniami, coraz częściej mówi się o konieczności ustanowienia zasad globalnego zarządzania (global governance). Na ile wydaje się Panu możliwe ustanowienie global­nych reguł w sytuacji, gdy większość państw ma pro­blem z ustanowieniem reguł konsensusu na własnych podwórkach? Ponadto widzimy raczej zmierzch glo­balnych instytucji, jak ONZ, a Bank Światowy i MFW odsądzane są od czci i wiary, zresztą słusznie.

 

Z.B.: Na podobne pytanie przyszło mi niedawno odpo­wiadać w wywiadzie udzielonym „Europie” [cotygodniowy dodatek do dziennika „Fakt” – przyp. redakcji]. Powołałem się wtedy na trafną przenośnię „przełęczy górskiej”, za­proponowaną (w nieco innym kontekście) przez Reinharda Kosselecka. Pozwoli Pan, że sam siebie zacytuję: „Gdy się wspinasz na stromą przełęcz, nie możesz zaprzestać wspi­naczki, rozbić namiotu na stromym zboczu, bo ci go zwieje najbliższy halniak – mimo że nie wiesz, co znajdziesz po drugiej stronie góry. Wzniesienie, po którym dziś się wspi­namy, wiedzie zapewne ku kolejnej reintegracji polityki i mocy, tyle że tym razem na szczeblu globalnym. Nie jest już możliwa reintegracja na szczeblu państwa-narodu… Zada­niem, które będzie wymagało olbrzymiego wysiłku i chyba wypełni rozpoczynające się stulecie, jest reintegracja polity­ki i mocy na kantowskim szczeblu allgemeine Vereinigung der Menschheit, zjednoczonej ludzkości”.

 

Tyle powiedziałem wtedy, a teraz mogę dodać, że nie mamy w plecaku narzędzi, które nadawałyby się do użytku, gdy (jeśli) się w końcu na grzbiet góry wdrapiemy. Wszystkie narzędzia politycznego działania jakie mamy przystosowa­ne są do rozmiarów i właściwości państwa-narodu (także i ONZ powołano do życia, by strzegła integralności i suwe­renności państw-narodów, na które, jak zakładano, planeta nasza jest na wieki wieków podzielona!). Nie wydaje się też, by zadanie polegało na powiększeniu istniejących narzędzi do rozmiarów planety, i by nadawały się one do takiego powiększenia… Reprezentacyjna demokracja parlamentar­na nie powstała z „powiększenia” demokracji ateńskiego „polis” – jest zgoła odmiennym „sposobem na demokrację” i oryginalnym wynalazkiem ery nowoczesnej. A o tym, by państwa-narody stały się nową siedzibą dla stadła mocy i polityki nie decydowano przy okrągłym stole sołectw, pa­rafii, dworów i municypalitetów. Trzeba było więcej niż stu­lecia naszpikowanego udanymi i poronionymi pomysłami i próbami, krucjatami i przewrotami, zaciekłymi konfliktami i mozolnymi negocjacjami, by państwa-narody stały się taką siedzibą, domagającą się w dodatku, ze sporym powodze­niem, prawa do wyłączności i niepodzielnej suwerenności.

 

Stanowczo zbyt wcześnie dziś na orzekanie, jaką for­mę przybierze przeskok od małżeństwa mocy i polityki na szczeblu państwa-narodu do małżeństwa zawartego na szczeblu planety, od państwa-narodu do allgemeine Vereinigung der Menschheit, a w końcu od demokracji państwowej do demokracji planetarnej. Wiadomo tylko, że akurat dla owego przeskoku istotnie nie ma alternatywy. Albo i jest alternatywa, tyle że strach o niej pomyśleć…

A może świat rzeczywiście potrzebuje hegemona, bo inaczej wszyscy weźmiemy się za twarz?

Z.B.: Nadzieja w nieskuteczności „hegemonii” – nieadekwatności jej środków (mimo że jak nigdy śmierciono­śne i w śmiercionośności swej nie mające konkurentów) zarówno do odparcia zagrożeń dzisiejszego świata, jak i do wykorzystania jego szans – i w tym, że prędzej czy później hegemon się o tym sam przekona. W tym tylko (?!) sęk, ile osób padnie ofiarą i ilu ludzi zostanie wtrąconych w niedolę i upokorzenie zanim to nastąpi…

 

Nierealność „hegemonii” musi prędzej czy później wyjść na jaw, bo na zatłoczonej planecie wszyscy jesteśmy od siebie nawzajem zależni, i nie ma już mowy o tym, by jakiekolwiek – najpotężniejsze nawet i najmożniejsze – państwo mogło rozsądnie marzyć o tym, że zapewni swym poddanym dobrobyt, bezpieczeństwo i godne człowieka życie na planecie, na której panoszy się nędza, gwałt i upo­korzenie. Albo uda się nam zapewnić poszanowanie pra­wa do życia bezpiecznego i godziwego w skali planetarnej, albo nie uda się go zapewnić w żadnym zakątku planety.

 

Celu tak wzniosłego, jak ludzka wolność i demokracja, nie można przybliżyć zwiększeniem kalibru bomb i obszaru spustoszenia. Te środki do tego celu nie prowadzą. Nie moż­na walczyć o szacunek dla praw ludzkich i ludzkiej godno­ści przy pomocy Guantanamo, Abu-Ghraib czy Baghramu. Świętości ludzkiego życia nie służy zmiatanie ludzkich osiedli z powierzchni ziemi. Siejąc taki wiatr, można zebrać tylko burzę. Prezydent Bush obiecał, że będzie niezłomnie walczyć o interesy i bezpieczeństwo Ameryki i na mocy tej obietnicy obdarzyli go Amerykanie kolejnym mandatem. O liczeniu się z „interesami” i dobrem reszty świata nie było mowy w deklaracjach programowych. Na naszej wypełnio­nej po brzegi planecie taka jednostronność wizji brzemien­na jest w społeczną i humanitarną katastrofę.

 

Powtarzam: żaden kraj czy naród nie może być pewien swej wolności i bezpieczeństwa odwracając się plecami od reszty świata i zamykając oczy na cierpienia zadawane ludziom w złudnym przekonaniu, że służą one obronie własnej wolności i własnego bezpieczeństwa. „Nie może” nie znaczy jednak, że nie będzie próbował. Zwłaszcza, gdy ktoś, tak jak Stany Zjednoczone, przeznacza na uzbrojenie tyle, ile przeznaczają w sumie 24 kraje świata następne w kolejności na liście najlepiej uzbrojonych, a dwadzieścia pięć razy więcej niż wszystkie publicznie napiętnowane przez nie „państwa łotrowskie” razem wzięte.

 

Wbrew popularnym opiniom, Ameryka nie ma impe­rium, nie potrzebuje go, nie domaga się i nie zamierza dać się nim obarczyć. Przeciwnie, traktuje pola wczorajszych bitew na wzór gorącego kartofla – o którym powszechnie wiadomo, że zawsze lepiej, aby znalazł się w cudzych dło­niach. Posprzątanie pobitewnych ruin – i tych dosłownych, i tych w przenośni – nie jest zajęciem dla zwycięzców, lecz dla tubylców i podrzędniejszych koalicjantów.

 

Rzeczywisty dylemat – to wybór między światem nad­zorowanym przez niepodzielną władzę wszechwładnego szeryfa, a światem rządzonym przez stanowione pospołu i wspólnie egzekwowane prawo, nadrzędne wobec organów przymusu. Wyborem tej drugiej ewentualności szeryfowie nie zawsze są jednak zainteresowani. Mogą być nawet w jej wyborze przeszkodą. I są – gdy przypadła im w udziale rola jedynej planetarnej instancji. Rola ta mogła być z początku wynikiem historycznego zbiegu okoliczności, ale wyłączność szeryfowych możliwości można wykorzystać do duszenia w zarodku wszelkich prób wyłonienia jej równie globalnego konkurenta lub równoważnika. Istotnie – Ameryka wiedzie od szeregu lat prym wśród państw odmawiających sygnowania ogólno-planetarnych porozumień oraz politycznych lub prawnych organów nadzorujących ich przestrzeganie.

           

W książce „In Search of Politics” kreśli Pan niezwykle pesymistyczną wizję upadku sfery publicznej, czyli w za­sadzie upadku społeczeństwa rozumianego jako coś więcej niż zbiorowość. Ludzi niewiele już ze sobą łączy poza strachem, ale ten ma akurat taką naturę, że raczej dzieli nas od siebie nawzajem niż zbliża. Te procesy stawiają pod znakiem zapytania możliwość formułowania jakiej­kolwiek polityki, czy to w skali globalnej, czy narodowej.

Z.B.: W tej książce piszę głównie o drugiej niefortun­nej przygodzie, związanej z „negatywną globalizacją”, jaka przytrafiła się stadłu mocy i polityki osiadłemu w państwie-narodzie. Mówiłem wcześniej, że moc „wyparowuje” z państwa-narodu na niezagospodarowane obszary przestrzeni planetarnej. Polityka pozostaje więc bez mocy, a taka po­lityka, prócz tego, że jest bezsilna (i właśnie dlatego) traci atrakcyjność (vide rosnąca nieubłaganie apatia wyborców). Nadto wyzbywa się ona chętnie, lub po prostu wypuszcza ze słabnących rąk, funkcje jakichdawniej się podejmowa­ła, a teraz nie ma ani siły, ani chęci ich sprawować – prze­kazując je „siłom rynkowym” lub domorosłej „polityce ży­ciowej” indywidualnie uprawianej, czyli prościej mówiąc: przemysłowi chałupniczemu. Krótko mówiąc, „państwo się odchudza” z pomocą dwóch, ściśle zresztą powiązanych reżymów dietetycznych: prywatyzacji i indywidualizacji.

 

Mowa w tej książce o współczesnych losach trójdziel­nego arystotelesowego schematu „oikos (sfera prywatna) – agora (sfera prywatno-publiczna) – eklezja (sfera publicz­na)”. Kluczową rolę w nim odgrywała agora, czyli miejsce spotkania, dialogu i obustronnego przekładu interesów prywatnych i publicznych. Ona również decydowała o demokratyczności całego systemu.

 

O przyszłość agory pełne obaw były ostatnie stulecia, bardziej ubiegłe stulecie jeszcze niż to, które je poprzedzało, a nie mniej niż stulecie, które się właśnie zaczyna. Ale miało powody, aby z innej strony niż nasze pokolenie wypatrywać najazdu, podboju i zagłady. Od Herberta Spencera do Hanny Arendt, myśliciele zatroskani przyszłością agory spodzie­wali się agresji ze strony eklezji. I nie bez kozery. Państwo nowoczesne z jego dążeniem do kontroli nad historią (kon­troli zwanej przez nie ładem i mierzonej przewidywalnością i manipulowalnością zdarzeń) było potencjalnie napastni­kiem potężnym, trudnym do odparcia, a i często pozbawio­nym skrupułów w parciu do celu. Już nader często ulegało ono pokusie pójścia na skróty. Po co grzęznąć w niekończą­cych się pertraktacjach, o których nie wiadomo, jak się poto­czą oraz dokąd i kiedy doprowadzą, gdy można, napiąwszy muskuły, bez nich się obejść i wynik narzucić tu i teraz? Po co wystawiać się na wybryki losu, gdy można, skrzydeł mu przydawszy przemienić go w konieczność? Po co czekać, aż ludzie postanowią co dla nich dobre, jeśli można określić dobro bez ich udziału, a za to wedle własnego, rozsądniejszego wszak mniemania, dokładnie, punkt po punkcie?

 

Już poniewczasie, gdy zapał możnych do kolonizowania cudzych ziem wychłódł dokumentnie, koszta kolonizacji raptownie wzrosły, a dla panowania znaleziono poręczniejsze podpory niż zabór i administrowanie obcych lądów, Jurgen Habermas oskarżył państwo o zapędy kolonizacyjne wobec agory. Spóźnił się wprawdzie z diagnozą, ale jeszcze 20 lat temu, gdy – jak to widać po fakcie – era totalitaryzmów chyliła już się ku końcowi, nie brakowałoby dowodów na poparcie Habermasowego zarzutu. Kolonizacja agory była, by tak rzec, aktem założycielskim wszelkiego totalitaryzmu, a wścibski i niepodzielny zarząd nad skolonizowanym tere­nem był najmocniejszym z jego filarów. I nie dziw: podobnie jak niebo, wedle Kafki, to tyle, co niemożliwość wron, które starają się je zadziobać, tak agora znaczy tyle, co niemożli­wość totalitaryzmu, który pragnie ją wchłonąć…

 

To ciekawy i chyba szczególnie ważny problem. Od kiedy można mówić o zmierzchu agory i jakie są skut­ki tego procesu?

Z.B.: Dokładnej daty zwrotu w losach agory nie sposób ustalić, a jakąkolwiek datę by się nie zaproponowało, musia­łaby być arbitralna, a więc i sporna – zważywszy stopniowość i powikłanie przemian. Faktem jest, że działania wojenne i ruchy wojsk na granicy z eklezją niemal ustały, a za to gro­żąca zagładą inwazja ruszyła na agorę od granicy z krainą oikosów, grożąc zalewem spraw zbyt już prywatnych, by się mogły przyczynić do kształtowania zadań publicznych.

 

Gdy państwu ubywa mocy, wówczas funkcje, na które zwykło się ono powoływać, aby uzasadnić wymóg obywa­telskiego posłuszeństwa, przeobrażają się, jak już sugerowałem, z atutów w balast. Stają się one ciężarem, jakiego państwo nie potrafi już własnymi siłami udźwignąć. Ale jak się ich pozbyć? Ano nie inaczej, niż przerzucając je na barki innych agencji i innych aktorów, i rezygnując z am­bicji zwierzchnictwa nad ich poczynaniami, nie mówiąc już o zapędach do drobiazgowego ich regulowania. Po pierwsze, przerzuca się te ciężary na moce kryjące się pod enigmatyczną nazwą „sił rynkowych”. Po drugie, na każde­go z mieszkańców, którym zaleca się teraz poszukiwanie indywidualnych rozwiązań dla problemów społecznie wy­twarzanych, i społecznie niegdyś rozwiązywanych.

 

Wspólnym mianownikiem obu reżymów jest odpolitycznianie spraw, jakie niegdyś uznawano za naturalną do­menę interesów i zainteresowań obywateli i stanowionych pospołu praw i obowiązków obywatelskich. A zatem zwal­nia się „siły rynkowe” od politycznej kontroli obywateli, czy­niąc to pod hasłem likwidowania zbędnych i „gospodarczo bezsensownych” skrępowań, zaś pod hasłem promowania wolności osobistej uwalnia się obywateli od politycznie inicjowanej opieki przed skutkami rynkowej swawoli. „Nie­widzialna ręka” rynku przechwytuje teraz zagospodarowane niegdyś przez państwo rewiry ludzkiego współżycia wraz z wszystkim, czego ludzie potrzebują do przetrwania i pomyślnej egzystencji. „Ręka” ta jest z definicji poza zasię­giem politycznego działania – no bo „niewidzialna”. Może się nie obawiać „deliberatywnej wspólnoty – bo i jak deli­berować nad czymś, co niewidoczne?

 

Skutkiem ubocznym, lecz nieuniknionym obu reżymów jest pustoszenie agory, ogołoconej teraz z treści, jakie przy­ciągały niegdysiejsze tłumy. Obywatele ściągali tłumnie po to, aby się wspólnie zastanawiać nad dobrem publicznym i wykłócać o pożądany jego kształt. Ale skoro państwo ge­stem Poncjusza Piłata umywa ręce od odpowiedzialności i powierza kształt społeczeństwa „naturalnemu biegowi rzeczy”, któż miałby owe dobro publiczne realizować, na­wet gdyby się wiedziało, jaki kształt warto by mu nadać? Rozsądny, kierujący się „racjonalnym wyborem” człowiek nie będzie marnował czasu na snucie projektów, które i tak na snuciu się zakończą i na spory, z jakich i tak nic nie wyniknie. Z dwóch języków, którym agora miała służyć za tłumacza, ostał się tylko język spraw prywatnych. Na pla­cach publicznych jednym tylko językiem się przemawia. Nie praktykuje się tu tłumaczenia – a brak praktyki nieuchronnie prowadzi do uwiądu translacyjnego kunsztu.

 

Agora opustoszała – ale nie ów plac publiczny, na jakim się mieściła. Tyle że nie jest dziś placem zgromadzeń, lecz rynkiem miejskim, przeobrażonym w targowisko. Wypełniły go po brzegi stragany, kioski, sklepiki, dla dodania glorii zwa­ne butikami. Tłumnie na placu jak dawniej, lecz tłoczą się te­raz konsumenci, nie obywatele – a konsument, jak powiadają co bardziej kąśliwi obserwatorzy, jest wrogiem obywatela… Konsument to klient, a klient to pan. Właściciele butików z taką wywieszką być może sami w jej treść nie wierzą – ale konsument zachowuje się tak, jakby wierzył. Reszta świata istnieje dlań po to, by zaspokoić jego pragnienia, i wartość tej reszty mierzy się radością, jaką on z jej użycia wyciągnie. Klient – jeśli wyposażony w gotówkę lub karty kredytowe, rzecz jasna – nie jest, wzorem Boga u Leszka Kołakowskiego, nikomu niczego winien. Konsumentowi wszystko od wszyst­kich się należy. No a dobro publiczne, czy dobre społeczeń­stwo? „Dobre społeczeństwo” to w konsumenckim języku zbiorowisko takich jak on, a „dobro publiczne” to rynek gęsty od klientów. Mowa tu rzecz jasna o konsumencie idealnym – a nam do ideału, na nieszczęście dla „sił rynkowych”, ale na szczęście dla nas oraz miłych i drogich nam ludzi, wciąż jeszcze daleko – choć wyzwolony z pęt rynek wyzyskuje swą swobodę jak może, by nas do ideału zbliżyć.

Czy jednak tylko agora uległa zmianie wraz z biegiem wypadków? Człowiek współczesny przybywa na agorę z innym bagażem doświadczeń i oczekiwań niż czynił to jego poprzednik.

Z.B.: Dogłębnym przeobrażeniom podległ też „oikos”, z którego ludzie na „agorę” przybywają… Długa to historia, więc ograniczę się do stwierdzenia, że osią wspólną przewrotów, jakie się w łonie oikosu dokonały było jak dotąd wątlenie i kruszenie więzi międzyludzkich. Wszystko: oto­czenie ludzkie, w jakim się zdobywa środki do życia, i to otoczenie, w którym się owe środki spożywa, i umiejętności jakie uczynią i jedno i drugie osiągalnym, są w naszych cza­sach do wypowiedzenia – i doświadczenie poucza nas, że najprawdopodobniej, i chyba prędzej niż później, będą wy­powiedziane. Żyje się teraz z dnia na dzień, nie nabywa się i nie utwierdza z biegiem dni pewności, każdy dzień przychodzi zaczynać od nowa – a jako, że z faktu, iż coś było lub jest, nie wynika, że coś będzie, każdy dzień to epizod ze swym początkiem i zakończeniem, i nie wiadomo jakie, i czy w ogóle, pozostawi ślady na następnych dniach.

 

Z takiego „oikosu” wychodzi się na „agorę” z ładunkiem obaw i mrocznych przeczuć – a bez zaufania do własnych sił. Wychodzi się po to, by owe zaufanie zdobyć. Ale jeśli liczy się na to, że da się tam, na agorze przekształconej w targowisko, ulokować ufność pod dobrą opieką, na stałe czy choćby na dłuższą metę, że można liczyć na innych, podobnie wszak czyniących i równie zainteresowanych w so­lidności wspólnie używanej przechowalni, że tych samych ludzi o tych samych intencjach spotka się przy następnej wyprawie, i że w rezultacie uda się nabrać pewności siebie wspartej na zaufaniu do innych i do kształtu wspólnie z nimi zamieszkałego świata – przybyszy czeka rozczarowanie. Na agorę bowiem nie wychodzą jako na owe miejsce zgroma­dzeń dla gospodarzy ustatkowanych oikosów, lecz na miej­skie targowisko, na wybieg wiecznie zaniepokojonych kon­sumentów, podejrzliwych i niepewnych swych kroków.

 

Krótko mówiąc: najgorliwiej dziś uczęszczane zgro­madzenia publiczne zamiast być – wzorem agory – warsz­tatami jedności i wylęgarnią wspólnot, są kooperantami w społecznych procesach indywidualizacji i atomizacji. Powołują co najwyżej do życia, na czas ich trwania, namiastki wspólnot, które zwykłem nazywać „wspólnotami szatniowymi”, jako że na wzór widowni teatralnych scho­dzą się one tuż przed rozpoczęciem przedstawienia, by zaraz po zapadnięciu kurtyny znów się rozproszyć, nie będąc ani przez chwilę „całościami większymi od sumy ich części”, jakimi wedle klasycznej formuły Durkheima miały być wspólnoty klasyczne.

 

Agora dogorywa. Gdzie szukać szans jej regeneracji? A szukać trzeba, bo stawką jest tu zarówno wolność wspól­noty, jak i ludzi, którzy się na nią składają, los ludowładztwa i przyszłość samostanowienia ludzkiej osoby. Odpowiedź na to pytanie da, jak zawsze, historia, której najbystrzejsza myśl ludzka nie zdoła opowiedzieć zanim się dokona.

 

Dużo mówimy tu o ekonomicznym „tle” tych wszyst­kich przeobrażeń. Czy wierzy Pan w możliwość po­wrotu do powojennego typu zarządzania gospodarką, czyli inaczej niż poprzez neoliberalne zasady nieskrę­powanego rynku? Czy ludzkość nie zostanie zmuszona jednak do zarządzania procesami ekonomicznymi, choćby z powodu wyczerpywalności pewnych zaso­bów? Dzisiejsza ekonomia jest bowiem tak formuło­wana, jakby pewne zasoby były nieograniczone.

Z.B.: Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć lepiej, niż to uczynił Franz Kafka w jakże mądrym aforyzmie z przy­powieści o adwokatach. Poucza w nim, że jeśli niczego nie znajdziesz w korytarzach, pootwieraj drzwi; jeśli nie znaj­dziesz za nimi niczego – są inne jeszcze piętra; a jeśli i na nich niczego nie znajdziesz, nie martw się, wejdź na scho­dy. Póki nie zaprzestaniesz wspinaczki, nie będzie scho­dom końca, będą rosły w górę pod twymi stopami…

Dziękuję za rozmowę.

Styczeń 2005.

Zygmunt Bauman (ur. 1925) – światowej sławy socjolog. W czasie II wojny światowej był żoł­nierzem l Armii Wojska Polskiego, brał udział m.in. w walkach o Berlin. Pracował na Uniwer­sytecie Warszawskim. W następstwie wydarzeń marcowych w 1968 r. został usunięty z pracy na uniwersytecie, a w 1969 r. wyjechał z Polski do Izraela. Wykładał na uniwersytetach w Tel Avivie i Hajfie. Następnie wyjechał do Wiel­kiej Brytanii, gdzie objął funkcję kierownika Wydziału Socjologii na Uniwersytecie w Leeds. Gościnnie wykładał w wielu krajach. Początkowo oprócz zagadnień socjologii ogólnej zajmował się problematyką brytyjskiego ruchu robotniczego i socjalistycznego – na te tematy napisał pracę doktorską i rozprawę habilitacyjną. Sławę międzynarodową przyniosły mu jednak analizy przeobrażeń współczesnego społeczeństwa, które określił zbiorczym mianem „ponowoczesności”. Jest autorem wielu znanych rozpraw. Wśród napisanych w Polsce najważniejsze to „Wizje ludzkie­go świata” i „Kultura a społeczeństwo. Preliminaria”; był także redaktorem naczelnym pisma „Studia Socjologiczne”. Wśród najważniejszych jego prac napisanych na emigracji należy wymie­nić: „Legislators and Interpreters” (wyd. polskie: „Prawodawcy i tłumacze”), „Freedom” („Wolność”), „Postmodern Ethics” („Etyka ponowoczesna”), „Modernity and Holocaust” („Nowoczesność i Zagłada”), „Modernity and Ambivalence” („Wieloznaczność nowoczesna – nowoczesność wieloznaczna”), „Globalization: The Human Consequences” („Globalizacja i co z tego dla ludzi wynika”), „Ponowoczesność jako źródło cierpień”, „Together, apart” („Razem osobno”), „Wasted Lives” („Życie na przemiał”), „In Search of Politics”, „Europe An Unfinished Adventure” („Europa – niedokończona przygoda”).

www.obywatel.org.pl

 

Reklamy

„Przez tę babę z Perlejewa” (archiwalny reportaż) – IWONA TRUSEWICZ „Rzeczpospolita”

Ćwierć wieku temu mieszkanka podlaskiej wsi wyjechała na saksy do Brukseli. Dzisiaj pracuje tam kilkanaście tysięcy ludzi z Siemiatycz i okolic.

Siemiatycze. Reakcje na zamach w Brukseli.jpg

 

 

 

Gdy nastają wakacje, nauczycielka informatyki Edyta Brzozowska wsiada do autokaru relacji Siemiatycze – Bruksela. Odwiedza matkę, która od trzynastu lat sprząta domy zamożnym Walonom. Pracuje na czarno, podobnie jak kilka tysięcy mieszkańców Siemiatycz.

 

W szarym betonowym bloku na siemiatyckim osiedlu, w którym z mężem i czwórką dzieci mieszka Edyta Brzozowska, są dwadzieścia cztery mieszkania. Brzozowska liczy głośno, gdzie pracują jej sąsiedzi: Bruksela, Bruksela, Włochy, Bruksela, Australia, Bruksela… Wypada, że w trzynastu rodzinach choć jedna osoba dorabia w Brukseli, w dwóch – we Włoszech, w jednej na antypodach. Z pracy w Siemiatyczach utrzymuje się jedna trzecia mieszkańców bloku. Proporcje te można przenieść na całe miasto i wiele okolicznych wsi.

 

Ile macie teatrów i kin?

 

– W Brukseli Polka sprząta mieszkania i biura, opiekuje się dziećmi, gotuje. Polak robi remonty, buduje, zajmuje się ogrodem. A że połowa tych wszystkich Polaków jest z Siemiatycz i okolic, więc Belgom się wydaje, że to musi być duże miasto. Pewna Belgijka pytała mnie, ile w Siemiatyczach mamy teatrów, ile kin, hoteli, muzeów i galerii sztuki – śmieje się Brzozowska.

 

W osiemnastotysięcznych Siemiatyczach nie ma ani teatrów, ani hoteli, ani galerii sztuki, kin i muzeów z prawdziwego zdarzenia. Są okazałe kościoły i cerkwie, odnowiona żydowska synagoga, dwie wypożyczalnie kaset wideo, dwie lokalne gazety, jeden pensjonat, dwie restauracje, ładny park pośrodku rynku i zalew rekreacyjny na obrzeżach. Zakłady Hortex kupił Holender, w mleczarni Francuzi produkują sery. Według oficjalnych statystyk bez pracy pozostaje dziewięć procent dorosłych siemiatyczan. To niedużo jak na średnią krajową (17,6 procent).

 

We wszystkich szkołach dzieci uczą się francuskiego, język ten zna wielu dorosłych mieszkańców. Firmy budowlane i remontowe oferują najnowsze technologie i poziom usług prosto ze stolicy Belgii.

 

Trzynaście lat temu miejscowa PKS połączyła Siemiatycze stałą linią autobusową ze stolicą Unii Europejskiej. Dzisiaj w rozkładzie jazdy PKS ma dwie linie międzynarodowe relacji Siemiatycze – Bruksela i Siemiatycze – Londyn. Wyjazd w piątek i sobotę. W pozostałe dni tygodnia do stolicy Belgii kursują prywatne busy i linia z Białej Podlaskiej. Z Siemiatycz do Brukseli ludzie jeżdżą częściej niż do Warszawy czy Białegostoku.

 

– Przed Bożym Narodzeniem PKS wysyła do Brukseli wszystkie autokary – dwanaście – i jeszcze wypożycza od innych firm, bo do przywiezienia jest ponad półtora tysiąca ludzi. Wielu wraca także swoimi autami i korzysta z usług prywatnych przewoźników – opowiada burmistrz Zbigniew Radomski, wcześniej dyrektor PKS.

 

Ładniejszy krajobraz

 

Wszystko zaczęło się ćwierć wieku temu. Górale i Kurpie wyjeżdżali na saksy do Stanów, Mazurzy i Ślązacy do Niemiec, a mieszkańcy Siemiatycz do stolicy Belgii.

 

– Wszystko przez tę babę z Perlejewa – śmieje się burmistrz, powtarzając obiegową odpowiedź na pytanie, od kogo ta wędrówka ludu się zaczęła.

 

Wyjazdy do Brukseli tworzą łańcuch, w którym na początku jest owa „baba”, potem jej rodzina, dalsi krewni, sąsiedzi, znajomi sąsiadów… z tej samej wsi, potem z sąsiedniej i kolejnej. Perlejewo to wieś malowniczo położona w dolinie rzeki Pełchówka, ponad dwadzieścia kilometrów od Siemiatycz. Wygląda dziwnie. Przy głównej ulicy stoją ciągiem stare drewniane chałupy, a za nimi rozsiadły się okazałe betonowe wille.

 

– Nasi mieszkańcy są pracowici i oszczędni. Co zarobią w Belgii, to zainwestują w Polsce – mówi o widocznej zasobności gminy wójt Krzysztof Radziszewski, jedyny chyba obywatel Perlejewa, który w Brukseli nie był. – Dzięki temu ładniejszy u nas krajobraz. Ludzie kupują dobry sprzęt, stawiają porządne obejścia, posyłają dzieci do dobrych szkół. A i gmina z tej prosperity korzysta, rozwija się – argumentuje wójt i odsyła do rodziny Jankiewskich z Twarogów Lackich, bo to „chyba oni pierwsi pojechali”.

 

Na czarno u Jego Ekscelencji

 

Joanna Jankiewska potwierdza, że jej szwagier pojechał do Brukseli na początku lat osiemdziesiątych, ale nie był pierwszy. – Wcześniej znalazł się tam nasz sąsiad Tadeusz Usiński. To on załatwił zaproszenie dla szwagra. Potem żeśmy po wizę do Warszawy pojechali. A do Brukseli samolotem trzeba było lecieć, bo nikt nie słyszał, by z Polski pekaes do Brukseli jeździł – opowiada.

 

Za bratem do Brukseli trafił mąż Jankiewskiej, a w 1988 roku pojechała ona. Mąż pracował na budowie, ona sprzątała domy. Były to dobre czasy dla polskich gastarbeiterów. Przez belgijskich gospodarzy byli cenieni, konkurencji dużej nie mieli. A przede wszystkim obca waluta miała w kraju dużo wyższą niż dziś wartość.

 

– Belgowie to ludzie, którzy cenią sobie czas wolny. Dlatego biorą Polaków, byśmy za nich sprzątali, zajmowali się dziećmi, ogrodem. A oni wypoczywają tak, jak lubią. Sprzątałam u pani, której hobby było szycie zasłon. Całymi dniami siedziała w pracowni, projektowała i szyła zasłony – opowiada Jankiewska.

 

Najgorzej wspomina pracę u ambasadora Austrii. – W domu obowiązywała etykieta. To był horror. Witając się rano, nie mogłam powiedzieć po prostu „dzień dobry”. Musiałam mówić „dzień dobry, panie ambasadorze”, „jak się pani miewa, pani ambasadorowo”. Na każdym kroku byłam strofowana, pouczana. Nawet łóżka nie mogłam pościelić, bo to już robiła wykwalifikowana pokojówka. Czułam się tam źle, sama odeszłam – opowiada.

 

W 1993 roku wróciła do Polski. Czasy się zmieniły, frank stracił na wartości. Urodziła trójkę dzieci, dopilnowała budowy nowego domu, zajęła się gospodarstwem. O Belgach ma dobre zdanie: – Nie zadają pytań, nie spisują danych z paszportów. Cenią nas, bo w przeciwieństwie do Portugalczyków czy Marokanów Polak to dobry pracownik.

 

Jej mąż wciąż jeździ do Brukseli na zarobek. Niedawno zadzwonił z drogi. – Mówi mi: Aśka, co się dzieje? Na autostradzie sami Polacy.

 

To dla mnie pestka, „ma cherie”

 

Szukam dalej. Joanna Jankiewska podpowiada, że w Moczydłach-Pszczółkach mieszka Janina Smolikowska, która do Brukseli wyjechała jeszcze przed Tadeuszem Usińskim.

 

Dzisiaj siedemdziesięciosiedmioletnia staruszka mieszka w domu przy przystanku autobusowym. Pod koniec 1979 roku jako pięćdziesięciodwuletnia kobieta opuszczała drewnianą, biedną wieś z jedną walizką. – Początkowo było ciężko. Nie znałam języka, ale miałam dobrą pamięć, więc szybko się uczyłam. Sprzątałam, prasowałam i gotowałam u jednych profesorów i patronka sama zaoferowała się z pomocą przy nauce francuskiego. Potem zaczął się u nas stan wojenny i przez pięć lat nie byłam w Polsce, bo się obawiałam, że mnie już nie wypuszczą. Pomagałam rodzinie. Słałam pieniądze, paczki, załatwiałam zaproszenia – opowiada.

 

– Zajmowałam się domem dyplomaty. Żona dyplomaty była doktorem, bardzo mnie lubili. Gotowałam im obiady polskie, piekłam pączki, robiłam pierogi, gołąbki, za którymi przepadali. Oni tam jedzą szybko, najczęściej z tych puszków, więc mnie cenili. Dyplomata dostał placówkę w Stanach Zjednoczonych. Koniecznie chcieli mnie ze sobą zabrać. Tłumaczę mu, że potrzebna wiza, pozwolenie na pracę. A on mi na to: „ma cherie, dla mnie to pestka, tylko się zgódź”.

 

Nie zgodziła się, uznała, że jest za stara na nowe życie za oceanem. W roku upadku komunistycznej Polski Janina Smolikowska wróciła do Moczydeł. Przepracowała w Brukseli dziesięć lat. W tym czasie w Moczydłach stanął nowy dom.

 

Kto ją do Brukseli zaprosił? – No, jak to kto? Ta, która pojechała pierwsza – Katarzyna Nowecka z Perlejewa.

 

Obszerny dom rodziny Noweckich góruje nad drewnianą chatą z międzywojnia. W rozległym obejściu stoją murowane obory i stodoła, maszyny, ciągniki. Nowecka nie lubi wspominać przeszłości. Do Brukseli pojechała pod koniec 1978 roku. Była niecałe dwa lata. Wróciła odchować dzieci. Potem pracowała między innymi we Francji. Jej rodzina do dziś jeździ do Brukseli. Katarzyna dobrze wspomina czasy socjalistycznej reglamentacji, a źle wyraża się o Polsce współczesnej.

 

Czy była w Brukseli pierwsza z tych terenów?

 

– Z gminy pewnie tak. Zaproszenie przysłała koleżanka z Warszawy – mówi. I tak to się zaczęło.

 

Ludzie stali się kulturalni

 

Edyta Brzozowska kończy lekcję informatyki w Zespole Szkół Rolniczych w Ostrożanach i wraca piętnaście kilometrów do Siemiatycz. W tygodniu uczy także w ogólniaku w Drohiczynie, pisze artykuły do „Głosu Siematycz”. O sobie mówi „kobieta pracująca”. W ciągu trzydziestu dwóch lat życia ta szczupła blondynka zdążyła nie tylko urodzić czwórkę dzieci, ale też skończyć studia na dwóch uczelniach – nauczanie początkowe w Białymstoku i matematykę z informatyką na Uniwersytecie Warszawskim. Jest też absolwentką siematyckiej szkoły muzycznej, gra na flecie i pianinie. Gdyby urodziła się w Brukseli, jej rodzina nie miałaby trosk materialnych. – Ale mieszkam w Polsce, od dziesięciu lat w wakacje zastępuję więc mamę w pracy w Brukseli, a mama wraca do Siemiatycz odpocząć – opowiada.

 

Matka Edyty była w Siemiatyczach sprzedawczynią. Gdy w 1991 roku straciła pracę, koleżanka z Perlejewa przysłała jej zaproszenie do… Holandii. – Koleżanka pomogła jej znaleźć sprzątanie na godziny – opowiada Brzozowska.

 

Sama pierwszy raz do stolicy Belgii pojechała w 1994 roku busikiem. – Podróż trwa ponad dwadzieścia godzin, ludzie pili, palili, głośno się zachowywali – wspomina. Teraz jeździ tylko klimatyzowanymi autokarami z ubikacją i barkiem.

 

Zmieniły się także obyczaje podróżnych. – Ludzie wiele się w Brukseli nauczyli. Stali się kulturalniejsi, w podróży nie ma picia ani palenia – opowiada.

 

Belgijski wspólnik

 

Nie wszyscy pracują w Brukseli na czarno. Marcin Cichocki jest współwłaścicielem belgijsko-polskiej firmy remontowo-budowlanej. – Miałem w Siemiatyczach działalność gospodarczą, ale zbankrutowałem. Siedziałem na kuroniówce, kiedy zadzwoniła z Brukseli mama. Przeczytała ogłoszenie, że Belg poszukuje Polaka na legalnego wspólnika. Mama wyjechała do Belgii dwanaście lat temu, poślubiła Belga i dużo o tamtym rynku wie. Poradziła mi spróbować. I tak zostałem mniejszościowym udziałowcem spółki – opowiada.

 

Firma remontowa zatrudnia prawie samych Polaków – dwunastu, siedemnastu robotników. – Jeżeli ktoś się nie sprawdza, pije lub nie zna się na robocie, to robimy zebranie i go usuwamy – tłumaczy Cichocki.

 

W Brukseli wynajmuje sześćdziesięciometrowe mieszkanie. Czynsz pochłania jedną trzecią dochodów. Rodzina przyjeżdża na dłuższe pobyty, dzieci uczą się francuskiego, ale święta zawsze spędzają w Polsce. – W Brukseli na każdym kroku spotyka się Polaków. Przykro patrzeć, jak młodzi, wykształceni ludzie sprzątają mieszkania czy kładą kafle. Sam nie lubię tam pracować, nie odpowiada mi tamtejszy styl życia. Chciałbym żyć i pracować w Polsce, ale nie mam wyjścia, bo w Siemiatyczach pracy nie ma – mówi z goryczą.

 

Jest za to, postawione za brukselskie pieniądze, osiedle kilkuset willi zwane ironicznie przez miejscowych osiedlem biednych. Siemiatyczanie zainwestowali franki i euro w firmy budowlane, sklepy i gastronomię. Ale coraz częściej wiążą przyszłość z Brukselą, nie z Polską.

 

Kto zostanie w Siemiatyczach

 

Jan Masiel, którego ojciec wciąż mieszka w Siemiatyczach, po skończeniu dziesięć lat temu Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego otworzył w Brukseli szkołę języka francuskiego dla Polaków. Robi tłumaczenia, doradza w zakładaniu firm.

 

W dzielnicy St. Gilles („na Sanżulu”, jak mówią siemiatyczanie), w której mieszka najwięcej polskich pracowników, działają polskie delikatesy, krawcy, zakłady fryzjerskie, kosmetyczne, warsztaty samochodowe, pracownie komputerowe, kancelarie prawnicze. Wychodzi też bezpłatny polski miesięcznik „Gazetka”, w którym obok ogłoszeń, reklam polskich sklepów i najróżniejszych usług (w tym zakładu pogrzebowego z Siemiatycz specjalizującego się w „międzynarodowym przewozie zwłok”) są drobne ogłoszenia.

 

Ludzie szukają pracy stałej, czyli „stałki”, sprzedają polskie mieszkania. – Mama nie myśli o powrocie. Czuje się w Brukseli bezpiecznie, ma dość pieniędzy na zachcianki, odpowiada jej tamtejszy, luźny styl życia – opowiada Edyta Brzozowska.

 

W Siemiatyczach przy ulicy Grodzieńskiej w małym drewnianym domku Adam Boratyński prowadzi wypożyczalnię kaset wideo. Przed czterema laty bliźniaczą, ale większą wypożyczalnię filmów polskojęzycznych otworzyła w Brukseli jego siostra. Wcześniej do stolicy Belgii pojechała matka Adama.

 

– Każdy, kto do Brukseli wyjedzie i dwa, trzy lata popracuje, to już tu nie wróci. Pieniądze tak mu świat zawiążą, że ciągle ich będzie mało – uważa Boratyński.

 

Sam woli żyć w Siemiatyczach. – Mniejsze pieniądze, ale zawsze u siebie. A jak wszyscy do tej Brukseli wyjadą, to kto tutaj zostanie?

 

Imiona i nazwiska kilku rozmówców zostały zmienione na ich prośbę.

 

NIEMOWLĘCTWO FILMOWEJ FANTASTYKI (esej o kinie) – Stanisław Lem (Kraków, 1965 r.)

Doktor Strangelove.jpg

NIEZNANY TEKST LEMA O KINIE

PO RAZ PIERWSZY W POLSCE! PO 44 LATACH!

Ciekawostka. Niepublikowany w języku polskim esej Stanisła­wa Lema na temat kina został zaproponowany przez doktora Wiktora Jaźniewicza. Kilka lat temu, ten mieszkający w Mińsku badacz i tłumacz prozy Stanisława Lema na języki rosyjski i białoruski, oraz autor licznych artykułów o Lemie publikowanych w Bułgarii, Polsce, Rosji, na Ukrainie i Białorusi, za­prosił mnie do współpracy w przygotowaniu na rynek rosyjski kompendium prozatorskiej, filozoficznej i publicystycznej twórczości Lema. Monumentalna książka, zawierająca m.in. moje wywiady z pisarzem, zatytułowana Tako rzecze… Lem” ukazała sięw 2006 roku, nakładem prestiżowego moskiewskiego wydawnictwa „AST” w seriach „Philiosophy” i „LEM (Zbiór dzieł Lema)”.

„Niemowlęctwo filmowej fantastyki” – esej Lema, który spe­cjalnie dla „Filmu” przetłumaczyli: Wiktor Jaźniewicz i doktor Maciej Płaza, autor m.in. monografii O poznaniu w twórczo­ści Stanisława Lema” (Wrocław 2006), został napisany przez Lema na prośbę redakcji „Iskusstwo kino” z okazji IV Między­narodowego Festiwalu Filmowego, który odbył się w Moskwie w lipcu 1965 r.

W Polsce esej Lema ukazuje się po raz pierwszy!

  

Do kina mam stosunek dwojaki: „prywatny”, czyli stosunek zwykłego widza, który chodzi do kina, oraz „fachowy”, czyli stosunek pisarza, którego utwory mogą być zekranizowane

Myślę, że jestem „normalnym” widzem i lubię po prostu dobre filmy chociaż nie nazwałbym siebie kinomanem. Chętnie oglądam zarówno wielkie filmowe widowiska (wydaje się, że ta­kim filmem będzie nasz „Faraon”, który wła­śnie realizuje Jerzy Kawalerowicz i po którym wiele się spodziewam), jak i kameralne filmy psychologiczne, a nawet westerny.

Jak przystało na pisarza zajmującego się głów­nie tematyką fantastyczno-naukową, mam pod adresem tego typu kina nieco zastrzeżeń. Przede wszystkim muszę przyznać, że nie znam ani jednego filmu fantastyczno-naukowego, który byłby pełnowartościowym dziełem artystycznym: jeżeli takowe istnieją, nie widziałem ich. Ponieważ film „Milcząca gwiaz­da”, zrealizowany na podstawie mojej książki »Astronauci« (ale nie według mojego scenariu­sza!), także uważam za słaby, do kolejnych pro­pozycji ekranizowania moich dzieł odnoszę się ostrożnie. Choć odrzuciłem już wiele takich propozycji, nie twierdzę, że nie jestem chętny do współpracy z kinem – po prostu uważałem, że nie miały one szans na sukces.

Sytuacja wygląda mniej więcej następująco: reżyserzy o „wielkich nazwiskach” z ustaloną reputacją, zazwyczaj nie chcą kręcić filmów fantastycznych. Są specjalistami w innej dzie­dzinie i prawdopodobnie wolą nie zajmować się ryzykownymi eksperymentami w dziedzi­nie fantastyki, gdzie czekałyby ich liczne trud­ności (za dowód może służyć właśnie brak do­brych filmów fantastyczno-naukowych).

Z kolei początkujący reżyserzy chętnie podjęli­by się realizacji takiego filmu, ale ja nie mam do nich zaufania i waham się, nie będąc pe­wien, czy wolno im realizację takiego filmu powierzyć. W ten sposób powstaje niejako błędne koło.

Filmy fantastyczne zazwyczaj są droższe od „zwykłych”, dlatego ryzyko związane z ich re­alizacją jest wyjątkowo duże. Na Zachodzie film fantastyczny to po prostu (z bardzo rzad­kimi wyjątkami) bliski sąsiad lub nawet krew­ny różnego rodzaju przygodowej taniochy. Owe wyjątki właściwie nie są już filmami fantastyczno-naukowymi – przykładem choćby film Kubricka „Doktor Strangelove”.

W ten sposób opinia (potwierdzona w prakty­ce), jakoby film fantastyczny był artystyczną chałturą, szybko się upowszechnia i ewident­nie zaczyna kształtować powszechne mnie­manie, przynajmniej w kręgach polskich fil­mowców. Sytuację tę można byłoby zmienić tylko w jeden sposób: przeciwstawiając takie­mu poglądowi fakty, czyli wypuszczając trzy-cztery filmy fantastyczno-naukowe o wyso­kiej wartości artystycznej. Prób takich jednak, o ile mi wiadomo, nie podejmowano.

Jeśli zaś mowa o światowej kinematografii w ogóle, to pomijając filmy fantastyczne, o których pisałem wyżej, jej sytuacja wydaje mi się następująca – oczywiście w ogólnym zarysie. W ciągu ostatnich piętnastu lat byli­śmy świadkami dynamicznych i często zmieniających „strategiczny kierunek uderzenia” poszukiwań, co samo w sobie, jak każdy eks­peryment w sztuce, jest cenne. Nieraz jednak można było wyczuć ukrytą za takimi poszukiwaniami skłonność do wynajdywania „recep­ty nowoczesności”. Jak gdyby taka recepta istniała!

Jedni widzieli ją w „Kino-Prawdzie” i ukry­wali kamerę filmową przed oczyma przechodniów, pragnąc „uchwycić życie ulicy ta­kim, jakie ono jest”; twierdzili, że film „Cleo od piątej do siódmej” jest takim właśnie „do­kumentem”, wyrwanym wprost z życia (ma się rozumieć, że wcale tak nie jest). Inni go­towi byli całkowicie zaufać doskonałości jed­nej tylko techniki operatorskiej, w przekona­niu, że jeśli film kręci się metodą doskonałą z technicznego punktu widzenia, to każdy szczegół, który trafi w pole widzenia obiekty­wu, staje się dziełem sztuki. Szczególnie nie­bezpieczne pod tym względem wydają się mi niektóre utwory Michelangela Antonioniego i jego naśladowców.

Główny powód do dumy tych twórców stano­wi czasem to, że w ich filmach prawie nic lub zgoła nic się nie dzieje, a to, co się dzieje, przedstawia się widzowi w sposób drobiazgo­wy, rozwlekły i z taką skwapliwością, jakby podawano mu na srebrnej tacy – okrążywszy to wszystko z największą powagą i nabożeń­stwem – kilka łodyżek trawy, cynową łyżecz­kę i tenisową piłeczkę, milcząco dając do zrozumienia, że w tym wszystkim kryje się Bóg wie jak głęboka filozoficzno-artystyczna treść. Nie twierdzę bynajmniej, że wątpię w szczerość zamiarów Antonioniego czy jego naśladowców, ale w sztuce nie liczą się za­miary, tylko ich realizacja. Te filmy są niemal puste, jeśli zaś nie są puste, to łatwo prze­kształcają się w jałową demonstrację sentymentalnych działań i scen (okropnie długie kadry, twarze w zbliżeniach).

Nie uważam, że w taki sposób nie da się zro­bić ciekawego filmu; owszem, lecz tylko jeden raz. Nieprzerwane ich powtarzanie zrodziło natomiast straszną manierę – napuszoną, sztuczną i pustą.

Natomiast filmy zrealizowane w sposób „staroświecki”, po których jednak widać, że reżyser czegoś poszukuje i chce coś przeka­zać – jak „Fanfaron” ze świetnym Gassmanem – są wspaniałe i wierzę, że takie filmy, rzekomo „staromodne”, zawsze będą wzorem.

Krótko mówiąc, w kinematografii panuje niejaka nerwowość, polegająca na tym, że szybko – szybciej niż w literaturze al­bo malarstwie – powstają i gasną w niej przelotne „mody”. Powstają „szkoły” (polska, francuska), które owocują dwoma-trzema ciekawymi filmami oraz dłu­gim ogonem naśladownictw – aż w koń­cu wszyscy zaczynają się dziwić: „gdzież podziała się ta szkoła?”

Stosunki między sztuką filmową a literaturą układają się, jak mi się wydaje, nieźle, chociaż mogłyby być lepsze. Uważam, że dobry sce­nariusz oryginalny zawsze jest lepszy niż sce­nariusz napisany na podstawie gotowego utworu literackiego, lecz przy tym wcale nie jest tak, że jeśli autor scenariusza staje się również reżyserem filmu, to automatycznie gwarantuje to jakąś szczególną „jednolitość” utworu i wysoki poziom artystyczny.

Jeśli mówimy o specyfice kinematografii kra­jów socjalistycznych, to wydaje się mi, że szczęśliwie minął (i to już dawno) jego nie­mowlęcy wiek. Chyba jednak z wyjątkiem… dziedziny fantastyki. A to dlatego, jak już mó­wiłem, że zdarza się jeszcze, iż reżyser biorą­cy się za realizację filmu fantastycznego próbuje ukazać w takim dwugodzinnym utworze całą przyszłość (cały komunizm, całą jego społeczną i psychologiczną problematykę, plus loty kosmiczne, plus niesłychanie rozwi­niętą technikę naziemną itd. itp.). Tego nato­miast, ma się rozumieć, doskonale zrobić się nie da – wcześniej należałoby stworzyć od A do Z „fantastyczną encyklopedię filmową XXX wieku”.

Film nie może pomieścić „wszystkiego”; stąd na przykład wynika schematyzm zekranizowanych »Astronautów«, ponieważ to, czego w tym filmie nie pokazano, czyli nie ziszczo­no artystycznie, zwyczajnie się nam opowia­da – jakby bohaterowie czytali z ekranu ga­zetowe wstępniaki.

Tak oto, choć wydaje mi się, że ogólny po­ziom filmów rzeczywiście jest już wysoki – chyba znacznie wyższy niż 10-15 lat temu – wciąż nie można tego powiedzieć o dziedzinie kina, która mnie najbardziej interesuje. Ale może i w niej nastąpią zmiany na lepsze – gorąco tego pragnę i życzę samemu sobie oraz wszystkim miłośnikom filmowej fantastyki.

Kraków, 1965.

Z rosyjskiego przetłumaczyli: Wiktor Jaźniewicz i Maciej Płaza

Pierwodruk: Czasopismo Iskusstwo kino” (Moskwa), 1965, 6, s. 10-11.

Artykuł napisany na prośbę redakcji z okazji IV Międzynarodowego Festiwalu Filmowego, który odbył się w Moskwie 5-20 lipca 1965 r. W programie konkursu wśród 34 filmów z 31 krajów był polski Trzy kroki po ziemi” (reż. Jerzy Hoffman i Edward Skórzewski), który otrzymał Srebrny Medal.

Wiktor Jaźniewicz – doktor nauk technicznych (specjal­ność: komputery i informatyka), tłumacz dyskursywnej prozy Stanisława Lema na język rosyjski i białoru­ski, autor artykułów o jego twórczości, opublikowa­nych na Białorusi, w Bułgarii, Polsce, Rosji i na Ukrainie. Mieszka w Mińsku (Białoruś).

Maciej Płaza – doktor nauk humanistycznych (specjal­ność: teoria literatury), autor książkowej monografii „O poznaniu w twórczości Stanisława Lema” (Wrocław 2006) oraz licznych artykułów poświęco­nych twórczości Lema; tłumaczy z angielskiego i rosyjskiego. Mieszka w Poznaniu.

„BEZZĘBNA MEDIOKRACJA” Rozmowa ze STANISŁAWEM LEMEM „Wprost” 18 lutego 1996 r., nr 7, s. 68.

Stanisław Lem.jpg

Ludzkość nie interesuje się polityką – woli harlequiny” lub wiadomości telewizyjne, z których prawie nic nie rozumie

 

 W felietonach ze swego najnow­szego zbioru „Lube czasy” przestrzega pan przed globalną telewizją, która chcąc przyciągnąć odbiorców, epatuje przemocą, przekazując w ten sposób instrukcję zabijania w skali masowej.

– Panuje teraz bardzo niebezpieczna moda przyzwyczajania mas do tego, iż można zamordować 100 albo 500 tys. ludzi i nic specjalnego się nie dzieje. Nikogo się nie aresztuje, nie sądzi. Wielomilionowa publi­czność mediów nie chce tego widzieć albo przyzwyczaja się do faktu, że człowieka można np. bezkarnie ugotować i zjeść. Żeby powstał telewizyj­ny lub prasowy news, jedna ze stron konfliktu zbrojnego musi wymordować 20 tys. swoich przeciwników i pochować ich w masowych grobach. Ten „nastrój do zbrodni” podkrę­ca i upowszechnia wiele lokal­nych konfliktów, które na całym świecie pokazuje co­dziennie telewizja satelitarna. Pamiętam, że kiedy przed wojną porwano dziecko Lindberga, pierwszego człowieka, który przeleciał Atlantyk, kidnaping ten spowodował trzę­sienie umysłów. Natomiast to, co teraz oglądamy w telewizji, można nazwać masowym tre­ningiem społecznym, przygotowaniem do uzwyczajnienia zbrodni.

 

 Coraz częściej przestrzega pan także przed fatalnymi skutkami mediokracji w polityce.

– Media stają się w naszych czasach szczególnie drapieżne, tyle że stopień uwrażliwienia na kry­tykę z ich strony jest bardzo różny. Na przykład w Rosji, po zniesieniu instytucjonalnej cenzury, głosy krytyki, rozpaczy i przerażenia, upowszechnia­ne przez tamtejsze media ze szczegól­ną siłą, nie przynoszą żadnych efektów. Tam mediokracja okazała się bezzęb­na. U nas duża część prasy rozpisuje się, jak to niezdrowo i nieprzyjemnie, że urząd prezydenta, legislatywa i egzekutywa w Polsce pozostają w rękach jednej partii, ale to wszystko spływa po elicie politycznej jak woda po gęsi.

 

 Daleko posunięta mechanizacja produkcji prowadzi do tego, iż milio­ny ludzi nie tylko tracą pracę, ale stają się też społecznie bezużyteczne.

– Oglądałem niedawno w jakimś czasopiśmie japońskim schemat kon­strukcyjny domu, który wznosi zespół robotów, kierowany przez centralny komputer. Na budowie nie zatrudnio­no ani jednego człowieka. Pojawia się więc pytanie: co mają w tej sytuacji czynić ludzie? Liczba bezrobotnych w Niemczech czy w Stanach Zjednoczo­nych sięga kilku milionów. Bardzo łatwo mogą oni zrobić coś nieobliczal­nego. Może dojść do eskalacji działań populistycznych, a nawet rewolucyj­nych, nad czym trudno będzie zapanować w skali globalnej, zwłaszcza w sytuacji, gdy granice państwowe zaczynają być fikcją. Niestety, ich likwi­dacja bardziej sprzyja przepływowi narkotyków i terrorystów niż upowszechnieniu interesujących rozwiązań socjologicznych. Granice przestają mieć znaczenie w dobie telewizji, która w jednym dzienniku informuje o wszystkich ważniejszych wydarze­niach na świecie. Inna sprawa, że ta dawka horroru jest coraz trud­niejsza do zniesienia.

 

 Jakie zmiany w ludzkich zachowaniach wywołuje przepływ informacji w skali całej planety?

– Zmniejszenie informacyjne globu oznacza w praktyce, iż np. katastrofa w Tajlandii będzie miała wyraźny wpływ na kursy giełdowe w Ameryce, co uważam za zjawisko niezdrowe. Kiedy czytam do snu „Ogniem i mieczem”, spostrzegam, że pan Zagłoba nie wie, co się dzieje poza granicami Pomorza czy Prus, a o stanie spraw w Afryce czy Chinach nie ma pojęcia nikt w całej powieści. Z  tego powodu bohaterowie koncentrują się na sprawach lokalnych. Sam nie zachwycam się faktem, iż ostatnio cały glob stał się teatrum do oglądania. Przecież dzisiejszy człowiek ma taką samą „przepustowość informacyjną”, jak 80 tys. lat temu, a musi „przetrawić” bez porównania większą liczbę informacji. W tej sytuacji większość ludzkości stara się nie interesować tym, co się dzieje na świecie, więc albo czyta „harlequiny”, albo nie czyta niczego, ogląda tylko wiadomości tele­wizyjne, z których – jak wykazały ostatnie badania – prawie nic nie rozumie. Tymczasem upadek kultury druku i dominacja kultury wizualnej świadczy o tym, że technika wygrywa z intelektem. Coraz doskonalsze techno­logie są zaprzęgane do najprymitywniej­szych ludzkich popędów.

Rozmawiał: Mateusz Nowak

 

„Wprost” 18 lutego 1996 r., nr 7, s. 68.

Wojciech Kassian z Jackiem Grunem („Kurier Podlaski”, wspomnienie pośmiertne, początek lat 90-tych)

w.kassian j.grun.jpeg

Wiadomość o tej tragedii dotarła do nas dopiero teraz. Na początku listopada w katastrofie samochodowej na terenie RFN zginął nasz były Kolega redakcyjny WOJTEK KASSIAN. Pozostawił żonę i dwoje dzieci w wieku szkolnym. Wojtek razem z nami organizował „Kurier Podlaski”, przechodząc — jak wielu z nas — z funkcji stałego współpracownika „Gazety Współczesnej”, niezadowolonego z panujących tam wówczas stosunków. Rwał się do ostrej, agresywnej reporterki, potrafił wyszukać sensacyjny temat, potrafił go sprzedać w nietuzinkowej formie. Kiedy wchodził do redakcji z nieodłączną fajką, z uśmieszkiem na ustach, wiedzieliśmy, ze w torbie niesie granat. Mimo pewnej minimalnej niezależności, jaką wówczas — mimo wszystko — posiadał „Kurier”, nie było łatwo te granaty publikować. Telefony z ośrodków władzy przyciskały kierownictwo. Wojtek szamotał się nie chcąc dopuścić do kastrowania tekstów — konflikt narastał. Drukować można było oczywiście tyle, na ile pozwalali towarzysze z KW. Był pierwszym, który nie wytrzymał. I czy sam odszedł, czy też jego zwolniono za krnąbrność — trudno po tylu latach ustalić. Publikował potem w pismach centralnych, przez pewien czas był rzecznikiem prasowym PSM w Bielsku-Białej i właśnie jego „maluch” nie wytrzymał czołowego zderzenia z zagranicznym wozem na autostradzie.

 

Dzisiaj w kraju szuka się takich piór jakim posługiwał się Wojtek: ostrych, zadziornych, nieprzekupnych i bezkompromisowych. Żal Wojtka jako człowieka, żal także dziennikarza, który dzisiaj mógłby oddychać pełną wolnością. Za późno, Wojtku. Niestety, za późno.

bez Białostocczyzny (WIEŚCI Z TERENU) – Wojciech Semik, lata 80-te (reportaż na temat Siemiatycz)

Siemiatyckie Skóry.jpg

Osobliwa jest rola dzienni­karza w małym miasteczko białostockim. Oderwanie od środowiska zawodowego i ska­zanie na własne siły i moż­liwości pozwala na dokonanie szeregu spostrzeżeń. Bo i rze­czywiście różnorodność i nie­typowość problemów tu mnoga. Przejrzystość struktur spo­łecznych ułatwia funkcjono­wanie. Hamuje je klikowość i kumoterstwo.

 

Przed miesiącem, na łamach lokalnej popołudniówki, uka­zał się reportaż, w którym stanąłem po stronie pokrzyw­dzonej pracownicy zakładu produkującego buty. Wychodząc z drugiej zmiany wzięła ową rozsadę paprotki stojącej w stołówce. Przyłapano ją, a następnie ukarano szeregiem stosownych kar pieniężnych. Z kolei zrobiono z zajścia afe­rę. Z pracownicy o dwudzie­stoletnim stażu uczyniono no­toryczną złodziejkę. Nic nie przeszkadzało, że nadal trwały kradzieże butów, skóry, kleju i nici. Z tą różnicą, że kradli ludzie z ekipy kierowniczki kadr i dyrektora naczelnego. Gdy kolejny przypadek zło­dziejstwa nie dał się zatuszo­wać przed załogą, pracowni­ka — brata kadrowej — zwolniono. Po kilku dniach, za­proponowano mu jednak przy­jęcie pracy chałupnika. W do­mu robił to samo co w za­kładzie, znaczy wykrojniki. Zakładowym Żukiem, a jak­że, zawieziono mu butle z tlenem i materiały.

 

Protesty pracownicy wywo­ływały oburzenie kliki panu­jącej. Gdy spotykałem się z nimi z osobna, podzielali mo­je refleksje i skłonni byli przyznać, że zrobiono jej krzywdę, ale — jak zaznaczyli — nie mogli temu prze­ciwdziałać.

 

W kilka dni po ukazaniu się tekstu szedłem ulicą owego miasteczka, gdy nagle zatrzymał się przy mnie czerwony Polonez. Wysiadł naczelnik miasta i gminy wraz z dyrektorem przedsiębiorstwa. Za­prosili na wódkę. Na nic zda­ły się tłumaczenia, że nie mam czasu i że nie piję. Ale skoro byli dokładnie pijani, a ja trzeźwy — to i tak ich przetrzymam — pomyślałem, i wsiadłem. Dyrektor kazał jechać do domu starców. Szef zakładu w ciągu paru minut przyniósł kilka flaszek i zagryzkę. Dowiedziałem się wte­dy, kogo znają i jak mnie załatwią. Dowiedziałem się, że ośmieliłem się wejść w sprawy zakładu, o którym —  przynajmniej do tej pory — pisano tylko dobrze.

 

Jest tajemnicą poliszynela, że funkcjonujący przy zakła­dzie punkt usługowy, szyje ze skór (cielęcych) płaszcze, zaś z baranich kożuchy. Wszystko za symboliczną opłatą, w cią­gu paru godzin komu trzeba na ogół tym ważnym. Prze­cena skór odbywa się szybko i nie trzeba do tego żadnych komisji. Najszybciej szyli, gdy dyrektor kończył zaocznie stu­dia.

 

Zakład ma powiązanie z gazetą, w ciągu następnych miesięcy teczka redakcyjna macierzystej mojej popołudniówki zaczęła puchnąć od moich tekstów. Przestały się w ogóle ukazywać. Naczelny dostał cynk. Szykanowana pracownica zwolniła się już z pracy. Klika zakładowa działa nadal i nic nie wska­zuje na to, że coś się zmie­ni. Człowiek decydujący o doborze kadr redakcyjnych był kilka dni goszczony przez dyrektora. Bawili się i pili dobrze. Wyjechał w długim, czarnym, skórzanym płaszczu.

 

Nasuwa się wniosek — dziennikarz stający po stronie osoby poszkodowanej chcąc nie chcąc angażowany jest w konflikt, w którym sam ry­zykuje. Tu wszak pojawiają się dwie szkoły — warszaw­ska i lokalna. Inaczej sprawa wygląda bowiem w przypad­ku osoby przyjeżdżającej z zewnątrz i mogącej bez oba­wy wyrazić swój sąd. Inaczej zaś, gdy ów dziennikarz sta­nowi cząstkę miejscowej spo­łeczności.

 

 

„Po pijaku!” – Wojciech Kassian (fragment dziennika) 23 XII 1983

Wojciech_Kassian_photo.jpg

Kilka zdań o

Moim zdaniem

Czy warto mówić o

Co wy na to

 

Sam nie  wiem co wyzwala we mnie  inwencję twórczą sukcesy czy porażki. Na razie brnę w szarzyźnie życia pogrążony po łydki. I sam nie wiem dokąd zmierzam. Co jutro będzie mi dane czy też odebrane. Ja czynię ciągle swoje a życie sobie płynie jak gdyby nigdy nic. Już trzy lata upłynęły od czasu mojego przyjazdu na Podlasie. Przyjazdu przebiegającego pod znakiem pieniędzy otrzymanych z branży dziennikarskiej a poprzednio z nauczycielskiej. Stałem się innym w stosunku do siebie. Ale przypuszczam, że taki sam  jestem dla ludzi którzy otaczają mnie zewsząd.

 

Dookoła są ludzie, którzy zazdro­szczą mi sukcesów. Którzy źli są, że pod ich bokiem wyrosło takie ścierwo jak Kassian. Czynią oni wszystko aby uciąć to pasmo życia, tą iskierkę która tli się we mnie. Ale nie wie­dzą oni, że jest to iskra Boża. A z tą nie tak łatwo wojować. Kompleksy, które drzemią we mnie są inspirujące. Szczegóły zaś zawsze trywialne. Sam już nie wiem czy pozostaję ciągle w zgodzie z samym sobą. W końcu ja, szalone dziecko swoich rodziców – którym dostarczałem ciągłych kłopotów mam na stare lata kłopoty z samym sobą. No bo ciężko być sobą rzeczywistym i sobą ide­alnym. Na czym to polega – wytłumaczę. Otóż – ja rzeczywisty jestem pełen nałogów i skłonności mogących bulwersować innych ludzi. Zaś ja idealny jestem człowiekiem bez skazy. Postacią popularną, która odkłania się co dwa kroki i jest przykładem do naśladowania przez młodzież i ludzi błądzących.

 

Trudno pogodzić te dwie funkcje dysponując tylko jedną osobą. Trzeba być albo w niezgodzie z samym sobą albo też pozować. A ile można być innym niż się wydaje. Ja wytrzymałem dwa lata. To dużo czy mało zapyta ktoś ? Na to pytanie trzeba odpowiedzieć samemu sobie. Bo wszystko zależy od punku widzenia. Można być sobą do emerytury pod warunkiem, że dany osobnik nie posiada osobowości schizofrenicznej. A jaka to osobowość zapyta ktoś? To taka, która swoim problemom dopisuje własną, odbiegającą od realiów rzeczywistość.

 

To dobrze czy źle, może ów namolny petent ponowić pytanie? Dobrze, dopóki nie możemy zrealizować takiej rzeczywistości, a źle gdy mamy ją w zanadrzu. Bo gdy ktoś ma ucieczkę w alkoholizm, chorobę, lub wyjazd na inną planetę – to jest z góry skazany na niepowodzenie. Przegrywa. A kto wygra tę partię. Każdy ! Każdy kto umie być partyzantem XXI wieku !

 

POSTMODERNIZM W KINIE – Marcin Giżycki

STAR WARS - Empire Needs You.jpg

„Modernizm przestał działać. Okrzyczany postmodernizm jest niemożliwością”1 – zadeklarował w 1981 r. Harry Smith, jeden z największych outsiderów i ekscentryków kina i literatury. Miał racje. Modernizm bo­wiem, przynajmniej według Habermasa2, okazał się „projektem niedokończonym”, choć wypalonym, postmodernizm natomiast, zgodnie z diagnozą Lyotarda1, założeniem opartym na sprzecznościach. Z natury rzeczy próby zdefiniowania filmowego postmoder­nizmu skazane są także na ambiwalentność.

 

Najprościej byłoby powiedzieć, że skoro żyjemy w epoce postmodernizmu, to każdy film powstający dzisiaj jest filmem postmo­dernistycznym. Z jednym wszakże zastrzeże­niem: każdy film, który nie zrywa radykalnie więzów z poprzednikami, jak czynił to, daj­my na to, Griffith w NIETOLERANCJI, po raz pierwszy stosując narracje równoległą, al­bo Eisenstein wprowadzając w PANCERNI­KU POTIOMKINIE kino faktu, albo Hitch­cock rezygnując w SZNURZE z konwencjo­nalnego montażu, że nie wspomnę już o licz­nych odkryciach i prowokacjach awangardy filmowej.

 

Postmodernizm, jak ujął to John Barth4, jest symptomem „kultury wyczerpania”, a więc kultury skazanej na powielanie odkry­tych już schematów, wzorców. Najjaskrawiej widać to w dziedzinie sztuk plastycznych, gdzie po Duchampie i konceptualizmie, po urynale wystawionym w galerii i porzuceniu materialnego przedmiotu na rzecz werbal­nych dywagacji, wszystko stało się możliwe. Limit odkrywania nowego został rzeczywi­ście osiągnięty (przynajmniej do czasu, aż ktoś wykaże, że jest inaczej). Pozostaje tylko dodawanie wariantów do tego co już jest. A w muzyce? Czytam na przykład w jednym z tegorocznych numerów „Atlantic Monthly”: „W poprzednich wiekach nowe formy w muzyce zastępowały stare. Ale obecnie każda nowa forma dołącza się do poprzed­nich w naszej nieskończenie powiększającej się muzycznej bibliotece”5. Czyli postmoder­nizm, jako że dla autora tych słów nowa for­ma znaczy tyle, co nowo powstały utwór.

 

Czy w filmie jest podobnie? Czy chodząc do kina nie mamy wciąż uczucia deja vu. Dopóki więc nie pojawi się dzieło, które olśni nas swoją innością, odkrywczością, które nie będzie nam przypominało czegoś innego, do­póty zapewne będziemy tkwić w najszerzej pojmowanym postmodernizmie. Osobiście takiego dzieła na horyzoncie na razie nie wi­dzę.

 

O ile więc kino w całości, jak i inne sztu­ki, przeżywa niewątpliwie postmodernistycz­ny kryzys, który, jeśli Eco6 ma rację, może okazać się kryzysem permanentnym, to niewątpliwie można wskazać utwory, które wy­rażają lepiej niż inne ducha epoki. Frederic Jameson wskazuje m.in. na następujące ce­chy postmodernizmu: schizofreniczność, skłonność do pastiszu (nostalgii), zanikanie poczucia historii (czasu przeszłego), przeży­wanie rzeczywistości poprzez jej obrazy oraz, oczywiście, wyczerpanie się możliwo­ści nowych form (wszystko zostało już wy­nalezione)7. Cechy te były obecne i w moder­nizmie, ale gdzieś na jego obrzeżach. Teraz przesunęły się do głównego nurtu. Filmami, w których te właściwości najlepiej się uwidoczniają są dla Jamesona chociażby GWIEZDNE WOJNY, wyrażające tęsknotę za starymi serialami telewizyjnymi, czy nostalgiczne AMERYKAŃSKIE GRAFFITI.

 

Inne filmy często przytaczane w kontek­ście rozważań nad postmodernizmem to ŁOWCA ANDROIDÓW, REPO MAN, TERMINATOR i BLUE VELVET. Skłania to Maureen Turim do postawienia pytania, czy aby filmowy postmodernizm nie jest no­wym gatunkiem filmowym, łączącym ele­menty science fiction i kryminału, którego bohaterowie zdają się „wyzuci z jakiejkol­wiek moralności”8.

 

Dla Jeana Baudrillarda natomiast sztanda­rowym reprezentantem postmodernizmu jest CZAS APOKALIPSY Coppoli, jako film najlepiej odzwierciedlający zjawisko simulacrum, zastępowania rzeczywistości przez coś bardzo do niej podobnego. Jak udowadnia to francuski filozof, filmowy świat Coppoli (z zastosowanymi metodami produkcyjnymi włącznie) jest pod wieloma względami bar­dziej realistyczny (i nie mniej kosztowny) niż sama wojna10.

 

Można by przytoczyć jeszcze wiele fil­mów, które przy różnych okazjach pojawiają się jako przykłady postmodernizmu. Waż­niejsze jednak wydaje się postawienie pyta­nia, czy za tytułami idzie jakaś istotna post­modernistyczna teoria filmu. Ze wszystkich czołowych uczestników dyskusji o postmo­dernizmie najwięcej czasu i miejsca poświę­cił kinu Frederic Jameson. Jego zaintereso­wanie przedmiotem zaowocowało dwiema książkami: „Signatures of the Visible” i „The Geopolitical aesthetic: Cinema and Space in the world system”12. Jak wskazuje tytuł dru­giej z tych prac, kino zajmuje autora przede wszystkim w kontekście geopolitycznym. Jest to oczywiście zgodne z szerszymi poglądami Jamesona na kulturę, którą widzi on po marksistowsku, jako zasadniczo nadbudowę ustroju ekonomicznego13 (pozostawiając jednak twórcom pewien margines autonomii, ale to kwestia tutaj nie najistotniejsza). Post­modernizm jest więc dla niego estetyczną emanacją późnego kapitalizmu, a film tegoż postmodernizmu najbardziej charaktery­stycznym przejawem, pod warunkiem jed­nakże, zgodnie z tym, co zostało powiedzia­ne przed chwilą, że mówimy o kinie krajów najbardziej rozwiniętych. W skali globalnej kino postmodernistyczne może więc egzysto­wać obok modernistycznego14.

 

Kilka czynników składa się na to, że kino, wedle Jamesona, można uznać za najbardziej postmodernistyczną ze sztuk. Po pierwsze – wysokie zaawansowanie techniczne powodujące, że, jak w żadnej innej dziedzinie arty­stycznej, ekonomia styka się tu bezpośrednio z twórczością. Po drugie – w filmie, jak ni­gdzie indziej, zatarły się granice między sztu­ką przez duże i małe „s”. Po trzecie – jeśli przez postmodernizm rozumieć zespół ten­dencji dominujących w kulturze, to kino, ze względu na swoją popularność, jest tejże do­minacji znakomitym wykładnikiem. Po czwarte — a jest to paralela szczególnie waż­na – film, jak i postmodernizm, każe nam po­strzegać świat, jako zbiór osobnych przed­miotów. Postmodernizm bowiem, jak twier­dzi Jameson, dzieje się w płaszczyźnie prze­strzennej, w której zjawiska istnieją jakby obok siebie, w odróżnieniu do linearnie, cza­sowo rozwijającego się modernizmu (stąd ty­powy dla dzisiejszej epoki brak poczucia hi­storii).

 

Tak silnego związku między fazą rozwoju kina a etapem społecznego rozwoju wcze­śniej nie było, a to ze względu na młody wiek Dziesiątej Muzy, która potrzebowała nieco czasu, by dojrzeć. Jameson dzieli historię ki­na na dwa okresy, których ciągłość została zachwiana – kina niemego i dźwiękowego. Zakłócenie ciągłości w momencie wprowadzenia dźwięku objawia się w tym, że i w jednym i drugim okresie można wyróżnić fazę realizmu i modernizmu. W filmie dźwię­kowym realizm reprezentuje klasyczne kino hollywoodzkie, czy jak kto woli wielkich stu­diów, ze swoimi tradycyjnymi gatunkami. Modernizm zaś, zrodzony w końcu lat 50., to kino autorskie, którego najwybitniejszym przedstawicielem jest Godard. I wreszcie nie­obecny w czasach niemych postmodernizm, który pojawia się w latach 70. (pierwszym postmodernistycznym reżyserem, zdaniem Jamesona, jest Brian de Palma).

 

Te trzy fazy korespondują, ale naturalnie nie pokrywają się czasowo, z trzema wyodrębnianymi przez Jamesona fazami rozwoju kultury burżuazyjnej: realizmem, moderni­zmem i postmodernizmem. A te z kolei od­powiadają trzem fazom rozwoju kapitalizmu: kapitalizmowi rynkowemu, monopolistycz­nemu i późnemu, z którym mamy do czynie­nia dzisiaj15. Ponieważ nadrzędnym celem pi­sarstwa Jamesona jest odnajdywanie w dzie­łach sztuki (tekstach) odzwierciedlenia panu­jących stosunków społecznych w warunkach późnego kapitalizmu, nie powinno dziwić, że głównym przedmiotem jego zainteresowań filmowych jest kino amerykańskie. I tak, na przykład, KLUTE Alana Pakuli zawiera, zdaniem Jamesona, typowo amerykańskie „podteksty terapeutyczne”16 (których nośni­kiem jest tytułowy bohater), a TRZY DNI KONDORA Sydneya Pollacka, rozgrywają­ce się między mostami Nowego Jorku a śnie­gami Yermontu, wyrażają dialektyczny cha­rakter północnoamerykańskiej przestrzeni17.

 

Szczególnie wiele miejsca Jameson po­święca „filmom konspiracyjnym”, zwłaszcza SYNDYKATOWI ZBRODNI, widząc w nich reakcję na postmodernistyczną fragmentację społeczeństwa. Jak ujął to Michael Walsh, są to dzieła, w których „jednostka jest zagubiona w społecznych, technologicznych i ekonomicznych systemach wykraczających poza jej zdolności pojmowania”18. Odkrywa­nie przez bohaterów tych filmów złożonej rzeczywistości w jakiej działają porównuje Jameson do procesu „poznania poprzez spo­rządzanie mapy” (cognitive mapping), które to pojęcie stanowi dla niego jedną z podsta­wowych kategorii metodologicznych19 (dru­gą jest „polityczna podświadomość” – political unconcious10). W ten sposób kino służy Jamesonowi nie tylko w charakterze przed­miotu analizy, ale i poglądowej metafory je­go własnych metod badawczych.

 

Jameson dzieli z innymi teoretykami post­modernizmu przekonanie o wszechobecności obrazu w dzisiejszych czasach. Stan ten pro­wadzi do dominacji postrzegania wzrokowego nad innymi sposobami percepcji, do swo­istego podglądactwa. A w podglądaniu jest zawsze coś z pornografii. Kino jest z natury swojej, zauważa Jameson, voyeurystyczne, zaprasza nas do patrzenia na świat, jakby był on nagim ciałem (co prowadzi do konkluzji, że filmy pornograficzne są w pewnym sensie kwintesencją kina w ogóle). Ta cecha kina również idealnie współbrzmi z postmoderni­zmem oferującym nam bogactwo przedmio­tów, które możemy posiąść – tu ponownie analogia z filmami erotycznymi – przede wszystkim wzrokowo21.

 

Ciekawe, że właśnie kinu, a nie telewizji, przypisuje autor „Estetyki geopolitycznej” tak ogromną rolę w postmodernistycznym świecie. Jameson sam się nad tym zastanawia i dochodzi do zaskakującego wniosku, że te­lewizja jest widocznie medium już historycznym i wypalonym, natomiast kino ma się na­dal świetnie, a nawet znalazło sobie w no­wym porządku światowym ważną funkcję: stało się wysoce wyrafinowaną z techniczne­go punktu widzenia tubą, dzięki której głosy mniejszych społeczności stają się szeroko słyszalne22.

 

Trzeba przyznać, że Jameson rzeczywi­ście z uwagą nasłuchuje tych głosów. W jego obu książkach o kinie znalazły się m.in. tek­sty o południowoamerykańskim23 i radziec­kim24 (sic!) magicznym realizmie, filmach z Tajwanu25 i Filipin26, a nawet refleksje o GORĄCZCE Agnieszki Holland (który to film jest omawiany w kontekście magiczne­go realizmu; oto do czego prowadzi „poli­tyczna podświadomość”!)27.

 

O ile nie widać jeszcze światła w postmo­dernistycznym tunelu (jeśli w ogóle prowa­dzi on dokądkolwiek), o tyle wyraźnie nara­sta w ostatnich czasach fala krytyki pewnego typu postmodernistycznego teoretyzowania, która nie ominęła też Jamesonowego pisania o kinie. Michael Walsh zauważa na przykład, że Jameson, podkreślając znaczenie przestrzeni w filmie, ogranicza się wyłącznie do tego, co jest przedmiotem opisu, a nie środ­kiem28. Innymi słowy chętnie rozwodzi się na temat ukrytych znaczeń architektury, nie do­strzegając znaczenia zbliżeń, głębi planu itp. Oczywiście, jako marksista boi się, jak diabeł święconej wody, posądzenia o formalizm. Z drugiej jednakże strony zdaje się też nie do­strzegać, że lansowana przez niego „politycz­na podświadomość” może się przejawiać również w środkach artystycznych.

 

Podobnych polemicznych momentów w pismach Jamesona jest wiele, nie wszyst­kie one są jednak wynikiem słabości jego in­dywidualnej metody. Zdradzają raczej ogra­niczenia całej formacji myślowej, z której się wywodzą — owych typowo postmoderni­stycznych prób łączenia wody z ogniem, Marksa z Freudem i, dajmy na to, by trzymać się Jamesona, Fryem. Nie można odmówić pisarstwu tego typu, zwanemu często po pro­stu Teorią, pewnego uwodzicielskiego wdzięku, rzecz jednak w tym, że nie chce być ono tylko przekorną eseistyką, lecz ma jeszcze pretensje do odkrywania w świecie prawidłowości uniwersalnych. Brakuje mi w tym szczypty autoironii, której nie znajdu­ję nawet na poziomie „polityczej podświadomości”.

 

Cóż jednak pozostaje w odwodzie? Dwaj wybitni amerykańscy filmoznawcy, David Bordwell i Noel Carroll, postulują zastąpie­nie Teorii „teoretyzowaniem”. Rozumieją przez to powrót do rzetelnej i wieloaspekto­wej, ale niedogmatycznej analizy dzieła, któ­ra czerpałaby kompetentnie z arsenału środ­ków badawczych oferowanych przez estetykę, socjologię, historię i inne dziedziny nauki29. Czy da się to zrealizować i, co nawet ważniejsze, czy da się to czytać?

 

Przypisy:

1  Harry Smith, The Naive Manifesto, w: Dick Higgins, Richard Morris, Donald Phelps, Harry Smilh, The Worid and Beyond. Four Literary Cosmologists. NewYorkCity 1982, s. 398.

2 Jurgen Habermas, Modernizm – niedopełniony projekt. „Odra” 1987, nr 7-8. –

3 Jean-Francois Lyotard, Kondycja ponowoczesna. Warszawa 1997.

4 John Barth, Literatura wyczerpania, w: Nowa proza amerykańska. Szkice kry­tyczne. Warszawa 1983.

3  J. Botlum, The Soundtracking of America. „The Atlantic Monthly” 2000, March, s. 63-64.

6  Umbcrto Eco, Dopiski na marginesie „Imienia róży”, w jego: Imię róży. Warszawa 1987.

7 Frederic Jameson, Postmodernizm i społeczeństwo konsumpcyjne, w: Postmo­dernizm. Antologia przekładów pod red. Ryszarda Nycza. Kraków 1997.

x Maureen Turim, Modernizm i postmodernizm w kinie. Tekst zamieszczony w niniejszym wyborze.

y Jean Baudrillard, Zły duch obrazu. Tekst zamieszczony w niniejszym wyborze.

10 Poglądy Baudrillarda na kino dyskutowałem szerzej w artykule Czy Baudril­lard widział „ZABRISKIE POINT’. „Kino” 1992, nr 3, s. 2-7.

11  Jameson, Signatw^s ofthe Visible. New York-London 1992.

12 Tenże, The Geopotitical aestlietic: Cinema and Space in the word system. Bloomington-Indianapolis-London 1992.

13  Polemizuje z takim uJ9ciem w artykule Modernizm and Postmodernizm in Eastern Europe. „Artium Questiones” VI, 1993, s. 39*43.

14 Por. zamieszczony dalej tekst Jamesona Nowe oblicze Tajpej.

15  Jameson pożyczył te ostatnie kategorie od Ernesta Mandela (Łatę Capitalism. London 1975). Periodyzacj? Jamesona omawia szeroko (i krytycznie) Mi­chael Walsh (Jameson and „Global Aesthetics”. w: Post-Theoiy: Reconstmc-ting Film Studies. Zbiór tekstów pod red. Davida Bordwella i Nosiła Carrolla. Madison 1996, s. 481-500).

16  F. Jameson, Political Unconscious: Narrative as a Sodally Symholic Act, Ithacal981,s. 160.

17 Tenże, The Geopotitical aesthetic…, s. 13. Walsh, op. ci., s. 495.

19 Pojęcie ,,cognitivic mapping” Jameson zapożyczył od geografa Kevina Lyncha, który stosuje je do opisania sposobu, w jaki ludzie wytwarzają sobie obraz miejskiego środowiska, w którym się poruszają. Jameson rozszerzył to pojecie na proces poznawczy, dzięki któremu z doświadczeń szczegółowych możemy wysnuć wnioski na temat zjawisk globalnych.

20 „Polityczna podświadomość” to z kolei pojecie-narzędzie, które pozwala Jamesonowi odejść od ortodoksyjnego marksizmu i uniezależnić częściowo nad­budowę od bazy. Jameson uważa bowiem, że każde badane dzieło (tekst) jest w jakimś stopniu rodzajem politycznej fantazji, odzwierciedlającej nie tylko lo­kalne stosunki społeczne, ale i bardziej złożone, uniwersalne procesy. Colin MacCabc (Pivface, w: Jameson, The Geopolitical aesthetic…, s. X-XI) wid/i w takim podejściu prób? pogodzenia przez Jamesona marksizmu /. elementami filozofii chrześcijańskiej, zwłaszcza w wydaniu Northropa Frye’a.

21  Jameson, Signatures of the Visible…, s. l.

22  Ibid., s. 6.

23 Ibid.,s. 128-158.

24 Tenże, 87-113.

25  Por. przyp. 14.

26 Jameson, The Geopolitical acsłlietic…, s. 186-213.

27 Tenże, Sigtiatuirs ofthe Visible…. s. 129 i dals/e.

28 Walsh,op.ci,s.490.

29 Post-Theory: Reconstructing Film Studies, op. cii., s. XIV.

„Nieuchronność klęski klimatycznej” – Andrzej Szahaj, „Rzeczpospolita” 05.12.2018

rp - climat change.jpg

Tylko jeden amerykański serial „Dynastia” spowodował większe straty ekologiczne niż setki elektrowni węglowych, a to za sprawą modelu życia, jaki spopularyzował i uczynił pożądanym – przekonuje filozof i kulturoznawca.
W Katowicach ma miejsce kolejny szczyt klimatyczny. Poprzedni odbył się w 2015 r. w Paryżu. Ustalono istotną redukcję emisji gazów cieplarnianych. Nic z tego nie wyszło. Emisja wzrosła. Po szczycie w Katowicach będzie podobnie. Cokolwiek zostałoby uchwalone, i tak nie zostanie dotrzymane. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: problem leży gdzie indziej, niż go się poszukuje. Następny szczyt klimatyczny powinien być szczytem na temat współczesnego kapitalizmu. To on bowiem jest problemem. Emisja gazów cieplarnianych i inne kwestie związane z ekologią to jedynie czubek góry lodowej. Jedynie przejaw głębszej choroby.

 

NIEKOŃCZĄCA SIĘ POGOŃ
Z kapitalizmem jest jak z jazdą na rowerze: trzeba wciąż pedałować, aby się nie przewrócić. Trzeba wciąż dążyć do wzrostu, aby system się nie zapadł pod własnym ciężarem (podobnie jest w gruncie rzeczy z innymi systemami, tych jednak na świecie już właściwie nie ma). A wraz z dążeniem do wzrostu pojawiają się koszty wzrostu. W ogromnej mierze są one związane ze stratami środowiskowymi. Wynika to z procesu, który ma miejsce w kapitalizmie od początku jego istnienia – z przerzucaniem na barki społeczeństw i planety tzw. kosztów zewnętrznych (zanieczyszczenia powietrza, ziemi i wody gazami cieplarnianymi, toksycznymi odpadami oraz zwykłymi śmieciami). A te są w ogromnym stopniu odpowiedzialne za sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. Za katastrofę ekologiczną.

 

W grę wchodzi także inna sprawa. Aby kapitalizm mógł istnieć, musi produkować wciąż nowe potrzeby. To z kolei wymaga przekonania ludzi do tego, aby nigdy nie zadowalali się tym co mają. Produkowania w nich poczucia permanentnej frustracji. Narzędziem jest reklama. Wytwarza ona w nas ciągły niepokój co do stanu naszego posiadania. Wciąż wyżej i wyżej stawia nam poprzeczkę. Za jej sprawą dokonuje się także coś, co określa się mianem instytucjonalizacji zawiści/zazdrości. Wciąż porównujemy się z innymi i zauważamy, że zawsze znajdzie się ktoś, kto ma więcej. A przekaz reklamowy podsyca w nas zawiść, mówiąc nam: ciebie też na to stać.
I tak wpadamy w pułapkę ciągłej pogoni za spełnianiem naszych pragnień konsumpcyjnych. Pogoni, która nigdy się nie kończy, ponieważ jest pogonią za mirażem, za granicą, która wciąż się przesuwa wraz z kimś, kto się do niej zbliża. Stan tej wiecznej pogoni nie przynosi nam szczęścia. Męczy i frustruje. Ale jest zbawienny dla systemu.

 

I tak oto nasze wieczne niezadowolenie jest warunkiem zadowolenia tych, którzy na owym niezadowoleniu zbijają fortunę. Niezadowolenia tego nie byłoby jednak, gdyby nasz system wartości był inny. Gdyby nasze poczucie sukcesu wiązało się z innymi kryteriami niż te dziś dominujące. Obecnie jest ono związane z sukcesem materialnym objawiającym się wielkością domów, w których mieszkamy, samochodów, którymi jeździmy, i ilością miejsc, które odwiedzamy. Generalnie – z ilością rzeczy i wrażeń, które konsumujemy.

 

WZORZEC SUKCESU
Można prześledzić proces historyczny, który doprowadził do narodzin wspomnianego systemu wartości oraz wzoru konsumpcji. Decydujący był wiek XX, w którym nastąpiła demokratyzacja pożądania rzeczy powiązana z nader ważnymi wynalazkami społecznymi, które ją na szeroką skalę umożliwiły. To przede wszystkim sprzedaż ratalna, karta kredytowa oraz dostępność kredytów. Ogromną rolę odegrały media, które z energią włączyły się w proces rozpowszechniania konsumpcyjnych wzorów sukcesu. Jeśli się pamięta o ich skutkach ekologicznych, można zaryzykować tezę, że znany kiedyś i lubiany serial „Dynastia” spowodował większe straty ekologiczne niż setki elektrowni węglowych. Rozpowszechnił on bowiem w całym świecie amerykański model sukcesu, który jest ogromnie nieekologiczny. Nie przypadkiem mieszkańcy USA, którzy stanowią ok. 5 proc. populacji Ziemi, zużywają ok. 25 proc. jej zasobów. Rozpowszechniające się wraz z globalizacją amerykańskie wyobrażenia sukcesu i konsumpcji okazały się kulturową bronią masowego rażenia. Spowodowały bowiem, że miliardy ludzi na Ziemi zapragnęły żyć tak, jak bohaterowie serialu „Dynastia”, a jeśli nie, to chociaż tak jak przeciętny Amerykanin. Mieć własny samochód, dom z ogródkiem i od czasu do czasu odwiedzać ciekawe miejsca na świecie (koniecznie Paryż, Wenecję, Barcelonę i Dubrownik, miasta, które już duszą się od nadmiaru turystów, ten sam los czeka Kraków).
Nie ma szans, aby nasza planeta wytrzymała na dłuższą metę próby realizacji tych amerykańskich, szerzej – zachodnich wzorów sukcesu (zachodnich, albowiem europejskie, z wyjątkiem skandynawskich, wcale się tak bardzo od amerykańskich nie różnią). Gdy każdy Polak, tak jak ma to obecnie miejsce, będzie marzył o tym, aby jeździć SUV-em i mieć własny dom, a do tego kilka razy w roku spędzać wakacje w ciepłych krajach (lub na nartach), nic takiego się nie stanie, poza tym, że ulegnie on zamerykanizowaniu, ale gdy zapragnie tego każdy mieszkaniec Chin i Indii, sytuacja stanie się dramatyczna. A tak się właśnie dzieje.

SZTUKA JAKO TOWAR

W tym sensie można powiedzieć, że Zachód tak bardzo obawiający się dziś ocieplenia klimatu padł ofiarą własnego sukcesu, a dokładniej sukcesu swego systemu wartości. Opartego na indywidualnej konsumpcji i przekonaniu, że to, co najważniejsze, dzieje się w relacji pomiędzy człowiekiem a rzeczami.

 

Nie zawsze tak było. Sytuacja ta jest z jednej strony skutkiem faktycznego zmierzchu wartości religii, która nakazywała uznawać relacje pomiędzy człowiekiem i Bogiem za najważniejsze, a wszystko inne za mało istotne, a z drugiej strony pokłosiem ekspansji indywidualizmu, która z kolei doprowadziła do rozpadu wielu małych wspólnot o charakterze lokalnym, dostarczających kiedyś poczucia szczęścia i sukcesu wynikającego ze społecznego uznania i szacunku, a nie ze stanu posiadania. (Poczucie szczęścia i zadowolenia z życia obserwowane w małych wspólnotach krajów biednych, jak kraje południowej Ameryki czy południe Włoch, jest świadectwem utrzymującej się wciąż gdzieniegdzie umiejętności czerpania satysfakcji przede wszystkim z relacji z innymi ludźmi, a nie relacji z rzeczami. Tłumaczenie go wpływem jakichś czynników o charakterze genetycznym, obecne w niektórych opracowaniach na temat szczęścia, także polskich, jest widomym znakiem tego, że wielu z nas już nie potrafi sobie wyobrazić innych kryteriów szczęścia niż posiadanie i prestiż z niego wynikający).
Towarzyszący temu wszystkiemu proces komercjalizacji sztuki i zamiany jej w jeszcze jeden towar pomiędzy innymi towarami spowodował, że i ona przestała się liczyć jako jedno ze schronień przed presją konsumpcyjną. Zmierzch społecznego prestiżu religii, sztuki i filozofii to widomy znak pogłębiającej się jednowymiarowości kultury zachodniej. Podobnie jak próby powiązania nauki z zyskiem i uniwersytetu z biznesem.

 

PIĘKNODUCHOSTWO
Alternatywne wobec rynkowych wzory sukcesu oraz szczęścia tracą coraz bardziej na znaczeniu. A wraz z tym szansa na to, aby odwrócić bieg wypadków, który nieuchronnie zmierza ku katastrofie. Z kryzysem ekologicznym poradzimy sobie bowiem dopiero wtedy, gdy relacje człowiek–człowiek staną się ponownie ważniejsze niż relacje człowiek–rzeczy. Gdy wspólnie oglądane zachody słońca, długie rozmowy przy kieliszku wina i wymiana uśmiechów na dzień dobry staną się ważniejsze niż pożądanie nowego SUV-a czy tęsknoty za zamianą mieszkania na większe. Gdy poczucie radości, jakie daje bycie członkiem wspólnoty, która obdarza nas szacunkiem i uznaniem, stanie się ponownie ważniejsze niż dążenie do indywidualnego sukcesu materialnego w szaleńczej rywalizacji z innymi. Gdy wreszcie zrozumiemy, że sprawy podziału są ważniejsze niż sprawy wzrostu, a jakość życia ważniejsza niż posiadanie.
Wytworzyliśmy już dosyć bogactwa, teraz pora, abyśmy jako ludzkość pomyśleli o jego sprawiedliwym podziale. Czy można sobie jednak wyobrazić świat bez reklamy, w którym poeci byliby ważniejsi od biznesmenów, a bezinteresowna rozmowa od biznesowego lunchu? Gdzie bardziej cieszylibyśmy się z miłego towarzystwa niż z nowego samochodu? Gdzie bezinteresowna kontemplacja przyrody byłaby ważniejsza niż obmyślanie nowych sposobów jej eksploatacji? Gdzie sprawiedliwość, solidarność i braterstwo byłyby ważniejsze niż konkurencja, walka o zasoby i dążenie do dominacji? Gdzie gospodarka zostałaby podporządkowana demokratycznie ustalonym ludzkim celom, a nie wyłącznie zyskowi? Gdzie wielkie korporacje wydobywcze przestałyby kupować sobie przychylność polityków, a ci ostatni poczuli się lojalni wobec interesów swych wyborców, a nie wobec wielkiego biznesu? Pięknoduchostwo, prawda? No właśnie, dlatego katastrofa jest nieunikniona.

 

Andrzej Szahaj jest filozofem, historykiem myśli społecznej i kulturoznawcą, pracuje w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu