„Nieuchronność klęski klimatycznej” – Andrzej Szahaj, „Rzeczpospolita” 05.12.2018

rp - climat change.jpg

Tylko jeden amerykański serial „Dynastia” spowodował większe straty ekologiczne niż setki elektrowni węglowych, a to za sprawą modelu życia, jaki spopularyzował i uczynił pożądanym – przekonuje filozof i kulturoznawca.
W Katowicach ma miejsce kolejny szczyt klimatyczny. Poprzedni odbył się w 2015 r. w Paryżu. Ustalono istotną redukcję emisji gazów cieplarnianych. Nic z tego nie wyszło. Emisja wzrosła. Po szczycie w Katowicach będzie podobnie. Cokolwiek zostałoby uchwalone, i tak nie zostanie dotrzymane. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: problem leży gdzie indziej, niż go się poszukuje. Następny szczyt klimatyczny powinien być szczytem na temat współczesnego kapitalizmu. To on bowiem jest problemem. Emisja gazów cieplarnianych i inne kwestie związane z ekologią to jedynie czubek góry lodowej. Jedynie przejaw głębszej choroby.

 

NIEKOŃCZĄCA SIĘ POGOŃ
Z kapitalizmem jest jak z jazdą na rowerze: trzeba wciąż pedałować, aby się nie przewrócić. Trzeba wciąż dążyć do wzrostu, aby system się nie zapadł pod własnym ciężarem (podobnie jest w gruncie rzeczy z innymi systemami, tych jednak na świecie już właściwie nie ma). A wraz z dążeniem do wzrostu pojawiają się koszty wzrostu. W ogromnej mierze są one związane ze stratami środowiskowymi. Wynika to z procesu, który ma miejsce w kapitalizmie od początku jego istnienia – z przerzucaniem na barki społeczeństw i planety tzw. kosztów zewnętrznych (zanieczyszczenia powietrza, ziemi i wody gazami cieplarnianymi, toksycznymi odpadami oraz zwykłymi śmieciami). A te są w ogromnym stopniu odpowiedzialne za sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. Za katastrofę ekologiczną.

 

W grę wchodzi także inna sprawa. Aby kapitalizm mógł istnieć, musi produkować wciąż nowe potrzeby. To z kolei wymaga przekonania ludzi do tego, aby nigdy nie zadowalali się tym co mają. Produkowania w nich poczucia permanentnej frustracji. Narzędziem jest reklama. Wytwarza ona w nas ciągły niepokój co do stanu naszego posiadania. Wciąż wyżej i wyżej stawia nam poprzeczkę. Za jej sprawą dokonuje się także coś, co określa się mianem instytucjonalizacji zawiści/zazdrości. Wciąż porównujemy się z innymi i zauważamy, że zawsze znajdzie się ktoś, kto ma więcej. A przekaz reklamowy podsyca w nas zawiść, mówiąc nam: ciebie też na to stać.
I tak wpadamy w pułapkę ciągłej pogoni za spełnianiem naszych pragnień konsumpcyjnych. Pogoni, która nigdy się nie kończy, ponieważ jest pogonią za mirażem, za granicą, która wciąż się przesuwa wraz z kimś, kto się do niej zbliża. Stan tej wiecznej pogoni nie przynosi nam szczęścia. Męczy i frustruje. Ale jest zbawienny dla systemu.

 

I tak oto nasze wieczne niezadowolenie jest warunkiem zadowolenia tych, którzy na owym niezadowoleniu zbijają fortunę. Niezadowolenia tego nie byłoby jednak, gdyby nasz system wartości był inny. Gdyby nasze poczucie sukcesu wiązało się z innymi kryteriami niż te dziś dominujące. Obecnie jest ono związane z sukcesem materialnym objawiającym się wielkością domów, w których mieszkamy, samochodów, którymi jeździmy, i ilością miejsc, które odwiedzamy. Generalnie – z ilością rzeczy i wrażeń, które konsumujemy.

 

WZORZEC SUKCESU
Można prześledzić proces historyczny, który doprowadził do narodzin wspomnianego systemu wartości oraz wzoru konsumpcji. Decydujący był wiek XX, w którym nastąpiła demokratyzacja pożądania rzeczy powiązana z nader ważnymi wynalazkami społecznymi, które ją na szeroką skalę umożliwiły. To przede wszystkim sprzedaż ratalna, karta kredytowa oraz dostępność kredytów. Ogromną rolę odegrały media, które z energią włączyły się w proces rozpowszechniania konsumpcyjnych wzorów sukcesu. Jeśli się pamięta o ich skutkach ekologicznych, można zaryzykować tezę, że znany kiedyś i lubiany serial „Dynastia” spowodował większe straty ekologiczne niż setki elektrowni węglowych. Rozpowszechnił on bowiem w całym świecie amerykański model sukcesu, który jest ogromnie nieekologiczny. Nie przypadkiem mieszkańcy USA, którzy stanowią ok. 5 proc. populacji Ziemi, zużywają ok. 25 proc. jej zasobów. Rozpowszechniające się wraz z globalizacją amerykańskie wyobrażenia sukcesu i konsumpcji okazały się kulturową bronią masowego rażenia. Spowodowały bowiem, że miliardy ludzi na Ziemi zapragnęły żyć tak, jak bohaterowie serialu „Dynastia”, a jeśli nie, to chociaż tak jak przeciętny Amerykanin. Mieć własny samochód, dom z ogródkiem i od czasu do czasu odwiedzać ciekawe miejsca na świecie (koniecznie Paryż, Wenecję, Barcelonę i Dubrownik, miasta, które już duszą się od nadmiaru turystów, ten sam los czeka Kraków).
Nie ma szans, aby nasza planeta wytrzymała na dłuższą metę próby realizacji tych amerykańskich, szerzej – zachodnich wzorów sukcesu (zachodnich, albowiem europejskie, z wyjątkiem skandynawskich, wcale się tak bardzo od amerykańskich nie różnią). Gdy każdy Polak, tak jak ma to obecnie miejsce, będzie marzył o tym, aby jeździć SUV-em i mieć własny dom, a do tego kilka razy w roku spędzać wakacje w ciepłych krajach (lub na nartach), nic takiego się nie stanie, poza tym, że ulegnie on zamerykanizowaniu, ale gdy zapragnie tego każdy mieszkaniec Chin i Indii, sytuacja stanie się dramatyczna. A tak się właśnie dzieje.

SZTUKA JAKO TOWAR

W tym sensie można powiedzieć, że Zachód tak bardzo obawiający się dziś ocieplenia klimatu padł ofiarą własnego sukcesu, a dokładniej sukcesu swego systemu wartości. Opartego na indywidualnej konsumpcji i przekonaniu, że to, co najważniejsze, dzieje się w relacji pomiędzy człowiekiem a rzeczami.

 

Nie zawsze tak było. Sytuacja ta jest z jednej strony skutkiem faktycznego zmierzchu wartości religii, która nakazywała uznawać relacje pomiędzy człowiekiem i Bogiem za najważniejsze, a wszystko inne za mało istotne, a z drugiej strony pokłosiem ekspansji indywidualizmu, która z kolei doprowadziła do rozpadu wielu małych wspólnot o charakterze lokalnym, dostarczających kiedyś poczucia szczęścia i sukcesu wynikającego ze społecznego uznania i szacunku, a nie ze stanu posiadania. (Poczucie szczęścia i zadowolenia z życia obserwowane w małych wspólnotach krajów biednych, jak kraje południowej Ameryki czy południe Włoch, jest świadectwem utrzymującej się wciąż gdzieniegdzie umiejętności czerpania satysfakcji przede wszystkim z relacji z innymi ludźmi, a nie relacji z rzeczami. Tłumaczenie go wpływem jakichś czynników o charakterze genetycznym, obecne w niektórych opracowaniach na temat szczęścia, także polskich, jest widomym znakiem tego, że wielu z nas już nie potrafi sobie wyobrazić innych kryteriów szczęścia niż posiadanie i prestiż z niego wynikający).
Towarzyszący temu wszystkiemu proces komercjalizacji sztuki i zamiany jej w jeszcze jeden towar pomiędzy innymi towarami spowodował, że i ona przestała się liczyć jako jedno ze schronień przed presją konsumpcyjną. Zmierzch społecznego prestiżu religii, sztuki i filozofii to widomy znak pogłębiającej się jednowymiarowości kultury zachodniej. Podobnie jak próby powiązania nauki z zyskiem i uniwersytetu z biznesem.

 

PIĘKNODUCHOSTWO
Alternatywne wobec rynkowych wzory sukcesu oraz szczęścia tracą coraz bardziej na znaczeniu. A wraz z tym szansa na to, aby odwrócić bieg wypadków, który nieuchronnie zmierza ku katastrofie. Z kryzysem ekologicznym poradzimy sobie bowiem dopiero wtedy, gdy relacje człowiek–człowiek staną się ponownie ważniejsze niż relacje człowiek–rzeczy. Gdy wspólnie oglądane zachody słońca, długie rozmowy przy kieliszku wina i wymiana uśmiechów na dzień dobry staną się ważniejsze niż pożądanie nowego SUV-a czy tęsknoty za zamianą mieszkania na większe. Gdy poczucie radości, jakie daje bycie członkiem wspólnoty, która obdarza nas szacunkiem i uznaniem, stanie się ponownie ważniejsze niż dążenie do indywidualnego sukcesu materialnego w szaleńczej rywalizacji z innymi. Gdy wreszcie zrozumiemy, że sprawy podziału są ważniejsze niż sprawy wzrostu, a jakość życia ważniejsza niż posiadanie.
Wytworzyliśmy już dosyć bogactwa, teraz pora, abyśmy jako ludzkość pomyśleli o jego sprawiedliwym podziale. Czy można sobie jednak wyobrazić świat bez reklamy, w którym poeci byliby ważniejsi od biznesmenów, a bezinteresowna rozmowa od biznesowego lunchu? Gdzie bardziej cieszylibyśmy się z miłego towarzystwa niż z nowego samochodu? Gdzie bezinteresowna kontemplacja przyrody byłaby ważniejsza niż obmyślanie nowych sposobów jej eksploatacji? Gdzie sprawiedliwość, solidarność i braterstwo byłyby ważniejsze niż konkurencja, walka o zasoby i dążenie do dominacji? Gdzie gospodarka zostałaby podporządkowana demokratycznie ustalonym ludzkim celom, a nie wyłącznie zyskowi? Gdzie wielkie korporacje wydobywcze przestałyby kupować sobie przychylność polityków, a ci ostatni poczuli się lojalni wobec interesów swych wyborców, a nie wobec wielkiego biznesu? Pięknoduchostwo, prawda? No właśnie, dlatego katastrofa jest nieunikniona.

 

Andrzej Szahaj jest filozofem, historykiem myśli społecznej i kulturoznawcą, pracuje w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu

Reklamy

„Mój mały antysemita” – Jerzy Pilch, „POLITYKA” nr 38 (2522), 24 września 2005

pilch.jpg

Czy antysemitę można – że trochę ryzykownie sparafrazuję Norwida – przeprosić grzecznie? Nie sądzę. Skazany przez sąd na przeproszenie prałata Jankowskiego Paweł Huelle jak niby miałby swoje przeprosiny wyrazić? Jakiej formy i jakich treści miałby użyć? Zadając takie pytanie nie uciekam w jakieś literackie triki, w zabawę formą ani nawet w poważne tłumaczenie arkanów formy. Autor „Weisera Dawidka” całe wykłady na temat swoistości pamfletu sądowi przedstawiał – w gwizdek jego trud poszedł.

 

A teraz co ma uczynić? Odwołać własny tekst? Wnioski w nim – na odwrotne – zmienić? Ma napisać teraz, że nieprawdą jest jakoby Jankowski przemawiał jak gensek albo jak gauleiter? Ma napisać, że Jankowski żyje we franciszkańskim ubóstwie, że antysemitą w żadnym wypadku nie jest, że Ewangelię rozumie świetnie i stosuje ją w swym postępowaniu ściśle? Ma się tłumaczyć, że przykre jakieś literówki w pisaniu mu się zdarzyły? Niewytłumaczalne błędy merytoryczne? Łagodzić ma sens swojej wypowiedzi? Przyznać, że przegiął? Pójść ma do Jankowskiego i powiedzieć, że przesadził, bo przecież ksiądz nie jest aż tak okropnym antysemitą – ksiądz jest bardzo umiarkowanym antysemitą, ksiądz jest drobnym antysemitą, ksiądz jest drugorzędnym antysemitą bez znaczenia, z księdza to jest w gruncie rzeczy zwykły antysemicki szarak, niech mi ksiądz wybaczy, że z księdza – pospolitego antysemity – zrobiłem antysemitę groźnego, antysemitę maniakalnego, antysemitę seryjnego. Wybacz mi – ma Huelle do prałata powiedzieć – mój mały antysemito?

 

Powszechnie wszystkim znaną sprawę Paweł Huelle wziął za rogi, nazwał po imieniu, utrwalił na piśmie i publicznie ogłosił. Należy się mu podziw za odwagę i jest to podziw dwojakiego rodzaju, bo odwaga podwójna. Pierwszą odwagą Huellego, odwagą, która moją specjalną fascynację budzi, jest, że postawił się księdzu i to księdzu katolickiemu. Fascynuje mnie to szczególnie, ponieważ sam nigdy bym się nie odważył. Pewnie, że jako luter mam dodatkowe hamulce, pewnie, że miałem fart i wielkich, i niezwykłych kapłanów katolickich było mi dane w życiu spotykać, ale bywało też, że brałem udział w – dajmy na to – sporach czy debatach, w których niejeden rzymski księżulo łgał w żywe oczy, a mnie brakowało odwagi zwanej dziś asertywnością. Co tam zresztą odwagi brakowało… Udawałem, że nabożnie słucham tych dyrdymałów. Ja, szczerze mówiąc, nawet żadnemu pastorowi – do czego miałbym w końcu wszelkie upoważnienia – się nie postawiłem. Raz o jednym pastorze napisałem żartobliwie, że tęskni za celibatem, lata temu to było, do dziś nieszczęśnik za mój figlarny domysł zbiera po łbie od pastorowej – tyle moich potyczek z duchowieństwem.

 

Drugą, podstawową i główną odwagą Huellego jest odwaga głośnego powiedzenia tego, co wszyscy i tak wiedzą, ale o tym nie mówią, bo jest to tak powszechne, że mówienie, a już zwłaszcza pisanie, zdaje się jakąś – bo ja wiem – trywialnością? Nietaktem? Dowodem – w każdym razie – braku finezji? Czy to wypada, żeby doskonały pisarz pisał o czymś tak pospolitym? Tak banalnym? Czy to wypada, żeby pisał o antysemityzmie, który w Polsce jest na każdym kroku?

 

A przez to, że jest na każdym kroku, i przez to, że spowija go osobliwy nimb milczenia, i    przez to, że taktownie jest udawać, że się go nie widzi, stał się – niczym potwór pana Cogito – niedostrzegalny i wszechobecny. Nie ma go, a wisi w powietrzu. Jest, bo trwa nieustanna praca. Stwarzają go po równo opętańcy węszący wszędzie żydowski spisek, koneserzy żydowskich dowcipów – najlepsze z serii oświęcimskiej, wybitni filozofowie wzgardliwie wyznający, iż wprost nie znoszą słowa tolerancja, szalikowcy na meczach wyjący: „Żydowskie psy!”, wykwintni intelektualiści, którzy mówiąc o poprawności politycznej obficie czerpią z dzisiejszego słownika komunałów: Poprawność? Ach, nie znoszę! Prze-Polacy w garniturach i prze-Polacy ogoleni na łyso, nieszkodliwi maniacy badający wszystkich do dziesiątego pokolenia wstecz, niewinne dzieci bazgrzące na murze, księża niektórzy subtelne aluzje z ambon sączący – wśród nich najpierwszy i najsławniejszy filar tego dzieła – ksiądz prałat Jankowski.

 

Paweł Huelle najzwyczajniej w świecie doszedł do wniosku, że oczywiście można uznać, tak jak uznaje większość, że oto Wielki Kapłan Sierpnia spowijający się w coraz bardziej groteskowe szaty i o zagrożeniu żydowskim coraz gęściej prawiący – obraca się w postać kabaretową. Niejeden w końcu z tamtych herosów tak skończył, niejeden miewał i miewa kabaretowe wcielenia.

 

Ale Huelle uznał, że akurat ten kabaret jest groźny. I nazwał grozę tego kabaretu. I został skazany.

 

Ktoś oczywiście może powiedzieć, że manipuluję: Huelle nie został skazany za heroiczne przeciwstawienie się polskiemu – jakąkolwiek ma on postać – antysemityzmowi, ale za konkretne zdania, w konkretnej sytuacji, konkretnego człowieka obrażające. I sąd uznał, że te konkretne słowa obrażają, i kazał pisarzowi przeprosić, i koszta sądowe pokryć. Na taką – z pozoru oczywistą – ewentualność odpowiadam następująco: Kwestionuję wyrok, choć jestem zarazem z niego rad. Z wyroku skazującego pisarza za słowa należy się swoiście cieszyć, ponieważ taki wyrok potwierdza siłę jego słów. Uniewinnienie w takiej sytuacji bywa degradacją. Uniewinniamy pana, bo pan nic takiego nie powiedział. (Jak mawiał pewien peerelowski cenzor: Można drukować, tam nic nie ma). Ale ciesząc się z wyroku skazującego oceniam go zarazem fatalnie, ponieważ zarówno sam proces jak i jego sentencja to absurdy. Ewentualne egzekwowanie końcowej absurdalności pokazałem na początku. Czy antysemitę można obrazić? Tak. Czy antysemitę można przeprosić skutecznie i grzecznie? Nie. Skazywanie zatem na przepraszanie antysemity jest absurdalne. Co było do udowodnienia.

 

Właśnie logiczne fiasko wyroku pozwala na jego uogólnianie. Jak tak, to weźmy przeprośmy od razu wszystkich naszych drogich antysemitów. Przeprośmy ich za antysemityzm, który im mylnie przypisujemy. Przeprośmy szalikowców, sprayowców, kawalarzy, prze-Polaków, skinów i kogo tam jeszcze. Przeprośmy i przyznajmy, że nasze przywiązanie do słowa tolerancja dowodzi naszej marności umysłowej.

 

Pewnie, że antysemityzm dzisiejszy jest w jakichś pasmach antysemityzmem karykaturalnym, groteskowym i – jeśli można tak powiedzieć – antysemityzmem zwyrodniałym. Pewnie, że na przykład nastąpiła – bystro swego czasu odnotowana przez Jerzego Urbana – osobliwa judaizacja zła. (Dawniejsze przypisywanie wszelkiego zła Żydom przetrwało obecnie – w paradoksalnie mrocznej postaci przypisywania wszelkiemu złu żydowskości. Wyrostek urągający na meczu bramkarzowi przeciwnika: Ty żydu!, nie czyni tak z powodu uprzedzeń rasowych, ale by coś najgorszego, co można, wyryczeć).

 

Pewnie, że to, co nazywam antysemityzmem, łatwo rozbroić i odpowiednio zakwalifikować, a to jako zwykłą głupotę, a to jako nieodpowiedzialność, a to jako dziecinny wybryk, a to jako złe wychowanie, a to jako chamstwo, a to jako cenę demokracji, w której każdy może bredzić, itd., itp. Tak jest. Nie demonizujmy. Niech ci, których to bawi, opowiadają witze o Żydkach w krematorium. Szalikowcy, którzy nie są antysemitami, ale fanatykami sportu, niechaj co chcą, ryczą. Mali chłopcy niech co chcą, na murach bazgrzą, w końcu są tak mali, że nie wiedzą, co czynią. Czciciele spiskowej teorii niech gromadzą dowody, prze-Polacy niech narodowe znajdują powody. Ksiądz z ambony niechaj, co zechce, gada, a pisarz niech pisze tylko, co wypada. Poziom gnoju podnosi się sam.

 

 

„Paradoks Redlińskiego” felieton Daniela Passenta z archiwalnej „Polityki”

DSC_0735.jpg

Newton, MA, USA

Od czasu „Konopielki” nic, co wyszło od Edwarda Redlińskiego, nie podobało mi się tak bardzo jak jego rozmowa ze Zdzisławem Pietrasikiem w „Polityce” (30 kwietnia). Brawo, przede wszystkim za odwagę (ale nie za rozwagę…). Trzeba mieć odwagę, żeby potwierdzić teraz to, co mówiło się kiedyś, mianowicie, że gdyby nie socjalizm, pasłoby się dziś krowy nad Narwią.

W epoce powszechnej amnezji, kiedy byli członkowie partii prześcigają się w fałszowaniu historii (i własnych życiorysów), kiedy widzi się w przeszłości wyłącznie zło (bo na tym tle lepiej wypada własna dobroć), trzeba mieć odwagę, by powiedzieć, że „Polska Ludowa to awans milionów Janickich i Redlińskich, zjawisko masowe, statystyczne. Moi dwaj bracia i ja nie ukończylibyśmy studiów, gdyby nie stypendia i akademiki”. Mówiąc o panującej dziś ocenie PRL, Redliński powiada: „Większość narodu zgodziła się na zafałszowanie swoich ojców lub dziadków, siebie. Dwóch ćwierćwieczy. Dwóch pokoleń. Ja, który przeżyłem w tej ludowej Polsce całe dotychczasowe życie – i to przeżyłem najuczciwiej i najbardziej pracowicie, jak mogłem – mam się wstydzić mego życia? Mam się zgodzić, żeby lustrowali mnie jacyś faceci, dlatego że wypisywali hasła w ubikacjach? Wykreślają z historii narodu całą epokę – i to epokę najefektywniejszą – za błędy i wypaczenia? Przepraszam, a kiedy nie było błędów, wypaczeń i przestępstw? Przed wojną? A teraz… nie ma?”

Mało kto, zwłaszcza w naszym światku tzw. inteligencji opiniotwórczej, miał odwagę – jak Kazimierz Kutz i Edward Redliński – powiedzieć publicznie, ile zawdzięcza Polsce Ludowej, albo – jak Anna Tatarkiewicz – napisać, że PRL to nie było wyłącznie zło, miała ona i swoje dobre strony. Swoją drogą ciekawa jest ewolucja, jaką niektórzy przeszli od opinii partyjno- i państwowotwórczej do opiniotwórczej. Bóg z nimi!

Odwaga jednak, nawet w wydaniu Edwarda Redlińskiego, to mało, żeby być sędzią Polski, Ameryki i historii w ogóle. Wobec oczywistych nieszczęść i rozmaitych bied, jakie komunizm sprowadził na Polskę i inne kraje, nie chodzi o to, żeby ten system rehabilitować czy wybielać, ale żeby sprawiedliwie ocenić czas dwóch pokoleń w Polsce. Bez sprawiedliwej oceny przeszłości nie wiadomo bowiem, co z niej odrzucić, a co kontynuować, zatem nie sposób budować przyszłości. Dominująca obecnie propaganda pod jednym względem przypomina komunistyczną: operuje często tylko dwoma kolorami – czarnym i białym. Sąd sprawiedliwy to nie taki, wedle którego hitleryzm był zły, ale budował autostrady, albo komunizm w Rosji był barbarzyński, ale pozostawił po sobie wielkie piece Magnitogorska. Sąd sprawiedliwy to jest taki, który uwzględnia inne opcje. W przypadku Kuby na przykład – czy lepiej być Kubą, czy Gwatemalą albo Salwadorem. W przypadku Polski – co by było z Redlińskim, Kutzem i nami wszystkimi, gdyby Polska została naprawdę siedemnastą republiką. Ponieważ alternatywą PRL nie była Szwajcaria. Kto wie, może jeszcze kiedyś będziemy zadowoleni, że tzw. polska droga do socjalizmu była kręta, zamiast prowadzić wprost ku przepaści, dzięki czemu udało nam się wypaść na zakręcie…

Równie odważny, ale i brawurowy jest Redliński w tym, co mówi o Polakach w Ameryce. Powiada on, że wielu nie wraca nawet teraz do Polski, ponieważ byłoby to przyznaniem się do porażki, jaką ponieśli w USA: „Nie wracają, bo boją się przekłucia ich zmitologizowanych balonów – w realnej Polsce. Mówię o tym, bo ten lęk znam, bo go przeżywałem. Trzeba dużej odwagi, by go pochować. Ta nieunikniona ciekawość krajowych kibiców, przycinki, plotki… Pękł? Nie dał rady? Przegrał? Dlaczego wycofał się z wyścigu…? Bo każdego co bardziej znanego Polaka, który pojedzie na Zachód, rodacy w kraju traktują jak konia wyścigowego. Tak, mnie bez przerwy podpuszczano, zaganiano, żebym się ścigał z Kosińskim, Kapuścińskim. Z Głowackim. Z Czeczotem. Z Passentem. I z innymi”.

I znów, podobnie jak mówiąc o Polsce, Redliński dotyka bolesnego nerwu, ma odwagę powiedzieć to, co inni wiedzą, ale czego nie mogą przyznać, że mianowicie wiele tzw. sukcesów na Zachodzie jest nadętych, rzekomych, że obok wielkości prawdziwych, jak Miłosz czy Polański, nie brak jest wielkości i sukcesów pozornych, które wydają się duże tylko z dołu, z polskiego przyklęku, a tu nie słyszał o nich pies z kulawą nogą.

Jednakże, mówiąc o Ameryce, Redliński popełnia ten sam błąd, co kiedy mówi o Polsce, mianowicie uogólnia swoje własne doświadczenie. Redliński wegetował w Ameryce w polskim getcie, przeżył „siedem lat koszmaru”: mieszkanie w szopach, komórkach, mordercze oszczędzanie, strachy, kradzieże, rabunki, szarpanina, „ordynarna, wulgarna walka o byt”; „Każdy z wielkich Polaków na Zachodzie, z papieżem włącznie, korzystał z antykomunistycznej podpórki. Jeden Gombrowicz może nie…”, powiada odważnie i raczej celnie. Ale kiedy czyta się to, co autor ma do powiedzenia o Polsce Ludowej i o Ameryce, to okazuje się, że PRL to awans milionów, zaś Ameryka to jeden wielki koszmar. Stąd już tylko krok do absurdalnego wniosku, że tylko komunizm zbawi Amerykę.

Na czym polega błąd Redlińskiego? Na tym, że ocenia PRL i USA wyłącznie przez pryzmat własnego doświadczenia. W Polsce był myszą polną, która zakwitła dzięki systemowi – w Ameryce był szczuropolakiem, którego system niszczył. Ale w tym drugim wypadku, kto jest winien – szczur czy pułapka? Redliński pojechał do Ameryki całkowicie nie przygotowany, wybrał się na chwilę, z jedną koszulą, bez najmniejszych na emigrację kwalifikacji, a pozostał tam 7 koszmarnych lat i 11 dni. O siedem lat za długo. Ale żadne doświadczenie cząstkowe nie upoważnia do sądów ogólnych.

Ja np. spędziłem w Ameryce w sumie dokładnie tyle samo, co Redliński: dwa lata na uniwersytetach, 4 lata jako redaktor „The World Paper” oraz rok „w międzyczasie” i uważam te lata za niezwykle udane dla mnie i korzystne dla mojej rodziny. I choć mógłbym, jak mówi mój szef, pracować na swoim tutaj stanowisku „indefinitely”, wracam do kraju nie dlatego, że przeżyłem tu koszmar – wręcz przeciwnie. Wracam z innych powodów, przede wszystkim dlatego, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, że w Polsce mogę jeszcze wykorzystać to, czego nauczyłem się tutaj, że zainwestowałem w wykształcenie dzieci, że nie przesadza się starych drzew, że co za dużo to niezdrowo itd.

Redliński, w Polsce pierwszorzędny pisarz, pojechał do Ameryki nie przygotowany, miał za mało kwalifikacji, by tu normalnie pracować i funkcjonować, a za dużo charakteru, by zaprzeć się swojej przeszłości i zaciągnąć się np. do Wolnej Europy. Innymi słowy, Redlińskiego na Amerykę było szkoda. Ale szkoda również Ameryki dla Redlińskiego. Szkoda Ameryki, by tak wieszać na niej szczury. Spotkałem nawet szczęśliwych Polaków w USA. Są ich zapewne miliony. Są wśród nich zwłaszcza ci, którym dane jest legalnie pracować we własnym zawodzie. Ale czy pisarz to jest zawód? Redliński popełnił więc dwa błędy: pierwszy, że pochopnie w Ameryce pozostał, i drugi, że pochopnie się o niej rozgadał. Ale błąd artysty jest piękny i dlatego nie mogę się doczekać jego książek o Ameryce.

Daniel Passet

„SŁOWNIK CYBERKULTURY” oprac. Kamil Antosiewicz, internetowy magazyn „WWW”

hacker_room.png

 „CYBERKULTURA TO CAŁOŚĆ KULTUR l PRO­DUKTÓW KULTUR, KTÓRE EGZYSTUJĄ W INTERNECIE, LUB ZAISTNIAŁY DZIĘKI NIEMU, NA RÓWNI Z KOMENTARZAMI DOTYCZĄCYMI TYCH KULTUR l ICH PRODUKTÓW”.

DAVID SILLVER

 

Czym tak naprawdę jest cyberkultura? Czy jest w ogóle sens wyodręb­niać jakiś fragment ludzkiej działalności, zarówno intelektualnej jak i material­nej i tworzyć dla niego oddzielną na­zwę? Dlaczego nie. Skoro kultura związana z szeroko pojętym użytkowaniem komputerów stała się  dla wielu dyscypliną akademicką, posia­da swoich rzeczników i mentorów w postaci filozofów, socjologów, in­formatyków, to powinna doczekać się również oddzielnej nazwy.

Co jest przedmiotem zaintereso­wań badacza cyberkultury? Wszystko. Od swoistego języka, jakiego używa się do jej opisu, poprzez kwestie so­cjologiczne związane z przynależno­ścią do określonej grupy społecznej (w tym wypadku komputerowców, internautów, hakerów itd.), na różnych przejawach aktywności artystycznej skończywszy. Cyberkultura to kilka­dziesiąt lat rozwoju informatyki, tysią­ce terabajtów danych, tysiące książek, filmów, zachowań. To także specyficzna nisza, która wytworzyła niespotykane nigdzie indziej zjawiska w postaci wirusa komputerowego, czy wirtual­nej rzeczywistości.

Na łamach magazynu internetowego //WWW roz­poczynamy prezentację „Słownika cyberkulturalnego”. W kolej­nych numerach przedstawimy w kolejności alfabetycznej najważniej­sze nazwiska, pojęcia i terminy, które każdy używający komputerów do cze­goś więcej niż tylko wysyłanie e-maili powinien znać. Przy każdym z haseł znajdują się – w miarę możliwości – odnośniki do stron w Sieci zawierają­cych bardziej szczegółowe informacje.

ZAWARTOŚĆ:

ALT.

ANARCHIA

ANIME

BAUDRILLARD, JEAN

BIOSOFT

Cellular Automata

Chaos

Cryonics

Cyberprzestrzeń

Cyberpunk

Cyberseks

Digital Be-ln

Dragi

Fraktal

Gaja

Gibson, William

Gomi

Haker

ICE

Lanier, Jaron

Leary Timothy

Memy

Nanotechnologia

Nootropic

Phreaking

Pikotechnologia

Post-humanizm

Postmodernizm

Post-symboliczna komunikacja

Prywatność

Punkt Omega

Rheingold, Howard

Stelarc

Survival Research Laboratories

Sytuacjoniści

Transhumanizm

Turkle, Sheily

Utopia

Virilio, Paul

Wirtualna rzeczywistość

Wirus


Most-Infamous-Hacker-Groups-1200x628-en.jpg

ALT.

Symbolizujący internetową wol­ność przedrostek grup dyskusyjnych, skrót od angielskiego „alternative” – alternatywny. W przeciwieństwie do grup z przedrostkami rec., comp., i wielu innych, grupy alt.costam najczęściej nie są moderowane i może założyć je każdy, kto tylko ma na to ochotę – niepotrzebne jest do tego żadne głosowanie, tworzenie siecio­wego lobby i przekonywanie kolegów i koleżanek. Obecnie grupy alt.* sta­nowią prawie 2/3 wszystkich dostęp­nych grup dyskusyjnych.

Przykłady:

zawartość


anarchy.png

ANARCHIA

 

Dlaczego Anarchia zaliczana jest do cyberkultury? Dlatego, że Internet jest jednym z najbardziej wolnościo­wych forum na świecie. W Sieci wrze walka o brak moderatorów, o wolność od cenzury, o brak jakiejkolwiek władzy nad zasobami, dostępem do Sieci i jej zawartością.

Jakikolwiek reżim nad Internetem jest zwalczany przez wszystkich jego uczestników, gdyż kojarzy się z rzą­dem w najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa. A rząd jest właści­cielem naszych ciał i jako jedyny posiada prawny monopol na zadawa­nie przemocy – może nas zamknąć w więzieniu albo kazać nam pokonać ocean by umrzeć w jakiejś wojnie. Rząd jest właścicielem naszych pie­niędzy – zabiera ich dużą część, by prowadzić eksperymenty z dziedziny inżynierii społecznej. Rząd jest właści­cielem naszych umysłów – każe cho­dzić naszym dzieciom do szkół, regla­mentuje radiowy i telewizyjny eter oraz chce mieć wpływ na zawartość stron WWW.

Anarchia może być utopijnym ideałem, do którego trudno się zbli­żyć, ale w epoce cyberprzestrzeni i dążności do całkowitej emancypacji cielesnej i zmysłowej stare hasła Kropotkina i Bakunina są nadal aktualne, a realizacja postulatów anarchii za­szła najdalej właśnie w cyberprzestrzeni.

Oczywiście chaos w Internecie ma charakter pozorny – wbrew po­tocznemu mniemaniu tylko określo­ne miejsca w Sieci cieszą się złą sławą i tylko niektóre działania mogą okazać się dla użytkownika niebez­pieczne. Internet, w miarę stawania się coraz większą społecznością, za­czyna odśrodkowo i samoistnie regu­lować wszystkie ważne dlań kwestie, staje się forum paradoksalnym, bo zorganizowanym, a jednocześnie chaotycznym i wolnym od jakiegokol­wiek przymusu. Jednak nadal pod­stawowe założenia cybernetycznej anarchii stanowią o sile i specyfice Sieci i są głównym jej przymiotem.

zawartość


Tokyo Babylon Omnibus Book Two.jpg

ANIME

Czyli japońskie filmy rysunkowe. Pierwsze anime powstały na początku lat 60., głównie jako ekranizacja dru­kowanych komiksów, określanych wspólnie jako Manga. Anime była od­powiedzią na amerykański boom ko­miksowy, który zdominował Japonię. Akcja większości anime rozgrywa się w nieokreślonej przyszłości, a jej bo­haterowie, nierzadko społeczni wy­rzutkowie w stylu postaci z kultowej dzisiaj serii „Ashita no Joe”, z pewno­ścią inspirowali autorów późniejszych cyberpunkowych bestselerów: Bruce’a Sterlinga, czy Williama Gibsona.

Współczesne anime to niezliczo­na ilość bohaterów i światów, od ro­botów i krain fantasy wykreowanych specjalnie dla młodszej widowni, po opowieści tylko dla dorosłych. Ani­me wpisało się na dobre w świado­mość masowego odbiorcy, stając się symbolem tryumfu człowieka nad techniką.

 

Serie, które trzeba znać: 

Mazinger 

anime Mazinger.jpg

Grendizer

grendizer.jpg

Kotetsu Jeeq

Kotetsu Jeeg.jpg

Sailormoon

Sailor-Moon-Complete-TV-Season_1024x1024.jpg

Tokyo Babylon

Tokyo Babylon Manga.jpg

zawartość


Jean-Baudrillard.jpg

„Żyjemy w świecie, w którym jest coraz więcej i więcej informacji, a coraz mniej i mniej rozumienia”.

BAUDRILLARD, JEAN

Urodzony w 1929 r. w Reims we Francji Baudrillard jest głównym rzecznikiem filozofii postmoderni­stycznego cyberświata i jednocześnie krytykiem nowych mediów. To jemu zawdzięczamy upowszechnienie poję­cia „hiperrzeczywistość”. Baudrillard twierdził, że żyjemy w świecie sztucz­nych uczuć oraz doświadczeń zmysło­wych i straciliśmy zdolność do pozna­nia rzeczywistości takiej, jaką jest ona naprawdę. Doświadczamy jedynie sy­mulacji, wytworzonej przez media: te­lewizję, radio, kino, prasę, a ostatnio: Internet. Ta hiperrzeczywistość, w której jesteśmy zanurzeni, nie pozwala nam do­strzec świata wokół nas, świata realnego i jak najbardziej prawdzi­wego. Zamiast niego wy­braliśmy sztuczność i „prezentację” tak real­ną, że sami uwierzyliśmy w jej prawdziwość.

Myśli i poglądy Baudrillarda znakomicie wpi­sują się w nasze czasy coraz bardziej powszech­nej komputeryzacji. Znajdując się o krok przed upowszechnie­niem wirtualnej rzeczywi­stości, spędzając wiele godzin dziennie przed ekranem monitora już dzisiaj funkcjonujemy w świecie iluzji – kupuje­my różne dobra za po­mocą kliknięcia myszą, nie dotknąwszy ich, płacimy niewi­dzialnymi pieniędzmi, rozmawiamy z innymi zatajając własną tożsamość, barwę głosu, kolor oczu. Wyrażamy emocje przy pomocy kilku znaków kodu ASCII, krzyczymy przy pomocy CapsLocka. Przestajemy być ludźmi a zamieniamy się w… no właśnie, co się z nami stanie? Na to pytanie Baudrillard nie odpowiada. Jednak zwra­ca uwagę na żywotne dla całej ludz­kości problemy, z których istnienia możemy sobie zdać sprawę, gdy bę­dzie już za późno.

W języku polskim ukazała się tyl­ko jedna książka Baudrillarda – „Ameryka” (w 1999 roku).

 

Cytaty:

„Rzeczywiste jest nie to, co może być reprodukowane, lecz to, co już jest powielone. Prawdziwa jest tylko hiperrzeczywistość, która zasadza się całkowicie na symulacji”.

„Nie ma sensu szukać kolejnych wirusów, również komputerowych, gdyż i tak jesteśmy wszyscy złapani w sieć łańcuchów wirusów. Informacja sama w sobie stała się wirusem; nie jest jeszcze przenoszona drogą płciową, lecz jest znacznie bardziej potężna dzięki swej numerycznej (zerojedynkowej) propagacji”.

zawartość


skillsoft.png

BIOSOFT

Również: Skillsoft, Mi­crosoft (!). Wbrew nazwie – określenie odnoszące się do hardware’u. W literatu­rze cyberpunk i SF często można było spotkać chipy, które składały się nie tylko z kwarcu, czy silikonu, lecz również z biologicznych komponentów. Ich moc obliczeniowa przewyższała znacznie układy skonstru­owane całkowicie z materii nieorganicznej. Biosoft jest także ogólnym termi­nem używanym w odnie­sieniu do każdego chipa, który może być wpięty do ludzkiego układu nerwo­wego w celu zapewnienia lub rozszerzenia funkcji myślowych, obliczeniowych, pamięciowych lub językowych człowieka. Biosoft znany był dotychczas jedynie z kart popular­nych powieści SF, jednak ostatnie doniesienia prasy codziennej świad­czą o tym, iż fikcja stała się faktem – pierwszy działający układ łączący tra­dycyjny obwód elektryczny z ludzką komórką ujrzał światło dzienne. Jaki będzie kolejny krok?

zawartość


Cellular Automata I.jpg

Cellular Automata

 

Także: „Sztuczne życie”. Odkryte w latach 40 naszego wieku przez matematyków Stanisława Ulama i Johna von Neumanna, Cellular Automata są matrycami pakietów informacyjnych zwa­nych komórkami. Komórki te bez przerwy badają zawartość ko­mórek sąsiednich i reagują odpowiednio w zależności od uzy­skanych informacji (umierają, trwają, lub reprodukują – w naj­prostszych przypadkach). Nawet gdy zawartością komórki jest tylko jeden bit (O lub 1), losowo obsiana kolonia może przejść gwałtowne zmiany w kształcie. Wynalazcą gry „Life”, najprost­szej wersji Cellular Automata, jest J. H. Conway.

conway game of life.png

Obecnie wystę­puje ona w znacznie bardziej złożonej postaci w rozmaitych dziedzinach nauki: chemii, biologii, fizyce, informatyce, a także w grafice komputerowej. Dzięki nim można też dokonywać kom­puterowych symulacji prądów powietrznych. Niektórzy naukowcy – tacy, jak np. wykładowca MIT Edward Fredkin, uważają iż w rzeczywistości wszechświat, w którym ży­jemy jest również jednym wielkim Cellular Automata, tyle że zamiast dwuwymiarowej przestrzeni przypominającej swoim wy­glądem ekran komputera zajmuje on czterowymiarową prze­strzeń czasoprzestrzenną, z niemalże nieskończoną liczbą komó­rek mogących przebywać w znacznie większej ilości stanów niż tylko O czy 1. Z tego też powodu nigdy nie uda nam się dokonać symulacji wszechświata na komputerze, gdyż musiałby mieć on pamięć zdolną do symulowania każdej jego części składowej, których liczbę we wszechświecie Fredkin szacuje – za Fermim i Planckiem – na ok. 10 ^ 76. Mimo to, komputery są obecnie w stanie dokonywać całkiem skomplikowanych symulacji CellularAutomata, z tego też powodu znajdują one zastosowanie praktyczne.

ElementaryCARule030_700.gif

zawartość


chaos computer club.png

Chaos

W odróżnieniu od systemów uporząd­kowanych i ulegającym regularnym oscylacjom systemom statycznym, czy systemom niestabilnym, system cha­otyczny nie wykazuje żadnej z wyżej wymienionych cech. System chaosu wyszczególniony został w 1962 r. przez Edwarda Lorenza podczas badań nad komputerowymi symulacjami pogody, co doprowadziło go do słynnej konstatacji, że „ruch skrzydeł motyla w Chinach może spowodować huragan w USA”.

Teoria chaosu pogrążyła nadzieje ludz­kości na przewidywanie takich wyda­rzeń, jak rewolucje społeczne, wielkie epidemie, turbulencje, rytmy biolo­giczne czy wahania kursów na gieł­dach, sprawiła iż zaczęliśmy świat wo­kół nas postrzegać w sposób odmien­ny, niż dotychczas. Stał się on krainą nie przypominającą w niczym nakre­ślonej w „Boskiej komedii” Dantego przestrzenią, w której wszystko ma swoje miejsce. Z drugiej strony, teoria chaosu stała się pożywką dla nie-naukowych zastosowań, a nawet – dla wielu – nową religią przełomu tysiąc­leci. Ale przede wszystkim wyrwała nauki ścisłe i humanistyczne z mara­zmu, jaki nastał po okrzepnięciu w siły teorii względności, dlatego też niektó­rzy uważają, iż przeszliśmy dzięki C. kolejny wielki przewrót umysłowy, w ten sposób wyzwalając się z konser­watywnego pojmowania świata jako li­nearnej ciągłości zdarzeń.

Chaosradio Freiburg.png

zawartość


Cryonics Institute.jpg

Cryonics

Zapoczątkowana przez Walta Disneya moda na zamrażanie się w specjal­nych pojemnikach wypełnionych ciekłym azotem. Możliwość zapadnięcia w stan hibernacji i swoistej podróży w czasie stała się wielkim wyzwaniem dla tysięcy bogaczy chcących przeko­nać się, jak wyglądać będzie świat za kilkadziesiąt, a może nawet i kilkaset lat. Cryonics wpisało się na stałe w annały cyberkultury, a zamożni fascynaci nieśmiertelności wydają na­wet swoje pisma i oczywiście mają własne strony internetowe. Założone jeszcze przed zamrożeniem się ich au­torów, ma się rozumieć. Ruch zamrażaczy na razie nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jak przywró­cić do życia kogoś, kto pozwolił wlać sobie do żył antyzamrażacz w celu zapobieżenia rozsadzeniu komórek i dał zatopić się w ciekłym azocie – FAQ znajdujący się pod adresem http://ftp.lth.se/archive/faq/cryonics-faq/ wyraźnie odpowiada na pytanie „czy odniesiono sukces na polu od­mrożenia kogokolwiek?”. Szczery komentarz podsumowuje: „Szczęśliwie, udany proces cryonics składa się z dwóch etapów: z zamrożenia i od­mrożenia. Powinniśmy tylko zajmować się krokiem pierwszym z nadzieją, iż w przyszłości uda nam się zająć kro­kiem drugim”.

zawartość


cyberspace-dane-macica-tło-zbiory-obrazów_csp38529444.jpg

Cyberprzestrzeń

„Cyberprzestrzeń. Zbiorowa halucy­nacja doświadczana codziennie przez miliardy użytkowników w każ­dym kraju… Graficzna reprezentacja danych wyciągniętych z banków każ­dego komputera w systemie. Nie­wiarygodnie skomplikowana. Linie światła połączone w nieistniejącej przestrzeni umysłu; kiście i konste­lacje danych…” – „Neuromancer” William Gibson.

Istniejąca jedynie w umysłach kilku szalonych naukowców eksperymen­tujących w swoich laboratoriach, powołana została na dobre do życia przez pisarzy SF, twórców kanonu → Cyberpunk. Multimedialna, hipertekstualna, niestety wciąż dwuwymia­rowa i przez to płaska jak ekran monitora.

Prace nad coraz to lepszymi interfej­sami pośredniczącymi pomiędzy zmysłami człowieka a analogową prezentacją danych dążą coraz bar­dziej do zniwelowania jakichkolwiek przeszkód w komunikacji, czyli do zlikwidowania samego interfejsu. A wtedy… Zupełnie jak Casey z kart „Neuromancera” wystarczy będzie położyć się na kanapie i wpiąć wtyczkę do gniazda w skroni, a wszystko odbędzie się zupełnie bezinwazyjnie. ARPANET, Bitnet, Usenet, Internet – jaki będzie kolej­ny krok?

cyberspace.jpg

zawartość


time.jpg

Cyberpunk

„Cyber – świat superczystej, antyhumanistycznej techniki., i punk – świat kompletnych pesymistów wyjętych spod pra­wa. „Cyberpunk” jest interesujący dla pisarza z tego powodu, iż reprezentuje integrację dwóch zupełnie odmiennych świa­tów, stojących po przeciwległych biegunach społecznego spektrum”, pisał o cyberpunku Bruce Sterling, jeden z twór­ców cyberpunkowych światów na łamach książek. Prawdziwy cyberpunk porusza się w bliżej nie określonej przyszłości, w świecie pełnym oszałamiającej techniki. Jest często uza­leżniony od dwóch rzeczy: od narkotyków i Sieci, dzięki której zarabia pieniądze (w nie zawsze legalny sposób) i która jest źródłem rozrywki. Balansuje na granicy praworządności, ale najczęściej jest społecznym wyrzutkiem, który nie ma nic do stracenia.

O ile w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych termin cyber­punk używany był w odniesieniu do bohaterów i światów ta­kich autorów, jak Sterling, Gibson, Shirley, Rucker, czy Shiner, o tyle w późniejszym okresie nabrał on nieco odmienne­go znaczenia, obejmując swym polem znaczeniowym przede wszystkim komputerowy underground, kulturę uliczną, sztukę performance art wykorzystującą nowoczesną technikę, a tak­że muzykę, modę i wiele innych dziedzin życia. Sztandarowe dzieło to „Neuromancer” Williama Gibsona (dostępny w pol­skim tłumaczeniu nakładem Zysk i S-ka), nagrodzone 5 na­grodami, w tym prestiżowymi dla literatury SF Nebula i Hugo i tak ważne dla cyberpunku, jak „W drodze” Kerouaca dla Beat Generation. W filmie cyberpunk znalazł odbicie w takich tytułach, jak „Blade Runner”, „Tetsuo”, „Johnny Mnemonic”, czy animowany „A Ghost in the Shell”.

ghost in the shell.jpg

zawartość


cyber-sex.jpg

Cyberseks

Z dziesiątek słów z przedrostkiem cyber-, cyberseks budzi chyba najwięcej emocji. Perspektywa spędzenia kilku go­rących chwil z osobą odmiennej lub tej samej płci w cyberprzestrzeni jest dla wielu zdecydowanie kusząca. Mimo to, próby mające na celu zbliżenie partnerów w Sieci lub poprzez Sieć nadal są tylko próbami – hardware mający powodować jakiekolwiek pobudzenie erotyczne na odle­głość nadal nie wyszedł z fazy testów, a z kolei wirtualna rzeczywistość oferuje zbyt skromne możliwości, aby pobu­dzić wyobraźnię i rozbudzić drzemiące w nas żądze.

Znacznie większym powodzeniem cieszą się natomiast erotyczne chat-roomy (niegdyś MUD. dziś IRC), gdzie ko­munikuje się drugiej osobie swoje zamiary wobec niej i rozbudza ją ciepłymi słowami, okazując emocje poprzez np. czerwony kolor pojawiających się dialogów lub rozma­ite „emotikony” – nawiasy, klamry, zgrubienia, wersaliki itd. Sieciowy seks – czy raczej jego namiastka – doprowa­dził jednak do prawdziwych zagrożeń, kiedy to sieciowi kochankowie pojawiać się zaczęli pod drzwiami ukochanej skuszeni obietnicami wyjawionymi on-line. Mimo wszystko, jest to najbezpieczniejsza forma okazywania sobie sympatii (wyjąwszy rozszczep osobowości i rachunki tele­foniczne), zwłaszcza gdy przestrzega się jednej ważnej ra­dy: używaj zawsze modemu!

zawartość


digitalheritage.png

Digital Be-ln

Oryginalnie inspirowany podobnymi spotkaniami w latach sześćdzie­siątych (Human Be-ln) coroczny zjazd artystów, hakerów, informaty­ków i innych postaci związanych z szeroko pojętą kulturą cyfrową. Di­gital Be-ln odbywa się od 10 lat w San Francisco i z małego, zupełnie niezależnego przedsięwzięcia wyewoluował w kierunku poważnej imprezy sponsorowanej przez Microsoft (!), czy AT&T. Digital Be-ln to nie tylko zabawa, wspólne surfowanie i taniec – to także poważne sympozja i konferencje naukowe poświęcone teraźniejszości i przy­szłości cyfrowych mediów: cyber-designowi, prawom człowieka w Sieci, kwestiom ekologicznym.

zawartość


Modafinil.png

Dragi

….czyli narkotyki – nieodłączny element książ­kowych, cyberpunkowych przygód. Zażywane często jako stymulant, umożliwiają lepsze i szybsze wykonanie określonych czynności. Z kolei handel narkotykami umożliwia łatwe wzbogacenie się – dlatego też ich kryminalizacja jest na rękę każdemu książkowemu cyberpunkowi. Psychodeliki takie, jak DMT, STP LSD, Ketamina,Psylocybina/Psylocyna, meska­lina, Yage są dla cyberpunków katalizatorem dla umy­słu, środkiem w osiągnięciu celu, realizacji za­mierzonego planu. Ale dragi przeniknęły do komputerowego światka na długo przed tym, zanim trafiły na karty kultowych powieści. Drzemiący w nich potencjał stał się dla wielu twórczych osobowości swoistą „pomocą naukową”. Nie bez powodu znaczna część naj­bardziej płodnych informatyków w Dolinie Krzemowej to miłośnicy drągów psychodelicz­nych.

joiner-brain-drugs-tease.jpg

Tradycja ta sięga korzeniami początków lat 70. kiedy to Dolina Krzemowa zaczynała ro­snąć w potęgę, budowana przez niegdysiejszych hipisów. Chip Krauskoph, jeden z pro­gramistów Intela komentuje ten fakt: „Prze­mysł komputerowy rodził się w latach 60. za­tem nie żywił się żadnymi szczególnymi uprzedzeniami wobec hipisów.

smart drugs II.jpg

Ci zatrudnieni w Intelu oceniani są wyłącznie na podstawie umiejętności zawodowych.” Mark Pesce, odpowiedzialny za pracę nad VRML (Virtual Reality Modelling Language), relacjonuje swoje spotkanie z psychodelikami w początku lat 90. „Zapaliłem parę machów, położyłem się na sofie, zamknąłem oczy i… uj­rzałem Ją (Sieć – przyp. aut.) w całej okazało­ści – dokładnie taką, jaka jest teraz!”. Z kolei Michael Gosney, organizator Digital Be-ln, stwierdza: „Czołówka komputerowego światka składa się z ludzi kreatywnych, którzy – po­dobnie do innych kreatyw­nych społeczności – nie boją się eksperymentów z kulturą. Przez wiele lat ukrywało się, że wierzchołek amerykańskiej ekonomii ulegał tak silnym wpływom miękkich narkotyków w rodzaju marihuany, czy LSD. Te­raz chcemy wstać i powiedzieć to wszystkim w twarz”.

smart drugs I.jpg

Do konsumpcji LSD i kreatywnych jego właściwości przyznali się Bill Gates (patrz http://ei.cs.vt.edu/~history/Bill.Gates.html), David Bunnel – założyciel „PC Magazine”, twórca Lotusa MitchKapor, czy założyciele Ap­ple – Jobs i Wozniak.

Narkotyki, zwłaszcza psychodeliczne, na dobre zaznaczyły swoją obecność w cybernetycznym świecie i z pewnością zaważyły na jego obec­nym kształcie. Pamiętajmy jednak, że właści­wa człowiekowi kreatywność powinna zawsze mieć źródła w naturze, a nie w chemicznych dopalaczach.

zawartość


fraktale.jpg

Fraktal

Fraktal, słowo ukute przez matematyka polskiego po­chodzenia, Benoita Mandelbrota, jest matematyczną formułą, która doczekała się ciekawej wizualizacji. Klasycznie zobrazowany dwuwymiarowy fraktal po­siada najczęściej mniej, niż dwa wymiary, lecz więcej niż jeden (tzw. wymiar Hausdorffa). Jak to możliwe? Otóż prosta ma jeden wymiar, na przykład kwadrat po­siada już dwa, zaś fraktal zwykle charakteryzuje się silnie postrzępioną linią brzegową, przez co znajduje się niejako pomiędzy tymi dwoma figurami.

fraktale II.jpg

Anegdota z życia Hausdorffa dobrze ilustruje właściwości fraktala. Zapytany ile wynosi długość linii brzegowej Wielkiej Brytanii, Hausdorff odparł: „Zależy to od jednostki miary, jakiej użyje się do jej zmierzenia”. Fraktalcharakteryzuje się nieskończenie skompliko­waną strukturą – dowolne powiększenie fraktala za­wiera jego całość. Szał na fraktale swe apogeum osiągnął w latach osiemdziesiątych, kiedy to możli­wości domowych pecetów stały się na tyle duże, że stworzenie fraktala na ekranie swego komputera nie wiązało się z dwugodzinną przerwą na lunch. W Sieci można znaleźć wystawy najpiękniejszych fraktali, czy aplety Javy służące do konstruowania własnych mini-dzieł sztuki on-line. Fraktale zdobiły okładki wszystkich poczytnych pism związanych z komputerami i tylko dzięki komputerom możliwa stała się ich graficzna interpretacja. Więcej niż linia, mniej niż płaszczyzna. Fraktal to symbol nieskończoności, który stał się symbolem naszych czasów dzię­ki komputerowym monitorom.

book cover.jpg

zawartość


gaia project.jpg

Gaja

Gaja to pojęcie wywodzące się z mitologii greckiej, gdzie ozna­cza Matkę Ziemię, Matkę Rodzi­cielkę. Jest to także termin wyko­rzystywany w naukowych koncep­cjach przez Jamesa Lovalocka oraz mikrobiologa Lynn Margulis, oznaczający Ziemię – planetę, na której żyjemy. Pojęcie to jednak używane jest w nieco innym kon­tekście. Ziemia jako Gaja jest po­strzegana jako samoregulujący się cybernetyczny system, w któ­rym wszystkie elementy składo­we mają znaczny wpływ na siebie nawzajem. Gaja występuje bar­dzo często w debatach ekologicznych, ale ostatnio pojawia się również w zupełnie innym kontek­ście – w kontekście rozważań nad Internetem.

Podobnie jak w klasycznej teorii Gaji, gdzie ziemia uznawana jest za jeden wielki organizm, w no­wych koncepcjach Ziemia uzna­wana jest przez niektórych na­ukowców za jeden wielki kompu­ter, w którym poszczególne ele­menty (fauna, flora itd.) komunikują się ze sobą na wzór systemu informatycznego, tworząc wielkoskalową maszynę cy­frową. Niezależnie od tego, czy koncepcja ta wyrasta z kręgów pseudo-naukowych, należy do ciekawych prób interpretacji ota­czającego świata przy pomocy nowoczesnych narzędzi i analogii.

zawartość


neuromancer-william-gibson-editora-aleph.jpg

Gibson, William

Prekursor ruchu, który z kart „Neuromancera” wkroczył w szarą rzeczywistość. Mowa o Cyberpunku i jego ojcu Chrzestnym (czy, jak kto woli, ojcu założycielu). Gibson zaczynał jako autor krótszych opowiadań, które zostały zebrane w tomie pt. „Burning Chrome” (w tymże tomie znalazł się także „Johnny Mnemonic”, który w 1995 r. doczekał się niezbyt udanej adaptacji filmowej). Gdy w 1984 r. światło dzienne ujrzała jego pierwsza duża powieść „Neuromancer”, środowisko Science Fiction błyskawicznie zareagowało wielkim entuzjazmem, przy­znając jej wiele presti­żowych nagród, w tym Hugo, Nebula, P.K. Dick Memoriał Award, oraz Ditmar. Powieść przenosi czy­telnika w mroczny świat bliżej nieokreślo­nej przyszłości; świat, w którym rzeczywi­stość fizyczna jest dla bohaterów sprawą mniejszej wagi niż cyberprzestrzeń (termin wymyślony przez Gibsona). „Neuromancer” – podobnie jak i pozo­stałe powieści Gibsona – zaskakuje dbało­ścią o szczegóły, za­skakuje śmiałością, z jaką autor opisuje przyszłość. Przyszłość, w którą po­woli wkraczamy dzięki biotechnologicznym implantom, międzynarodowym korporacjom dyktującym prawa rynku w coraz bardziej widoczny sposób, dzięki rozra­stającym na wzór Neuromancerowego Chiba City megalopolis, przerysowanym karykaturom Tokio i San Francisco…

neuromancer-book-cover.jpg

Powieści Gibsona, choć napisane kilkanaście lat temu, zdają się w proroczy sposób zbliżać nas do świata w nich przedstawionego. Casey, bohater „Neuromance­ra”, wpina się do Sieci poprzez neurologiczny interfejs – bez pośrednictwa monitora i myszy. Dzięki Sieci żyje i zarabia pieniądze, w Sieci zwalcza swoich wrogów in­stalując wirusy, w Sieci zdobywa potrzebne mu informa­cje. Wielu powiada, że Gibson przewidział kierunek roz­woju naszej cywilizacji w XXI wieku, wraz z jej wszystkimi technolo­gicznymi osiągnięciami i społecznym tłem, sta­jąc się tym samym pro­toplastą nowej, do nie­dawna jeszcze niszowej kultury. Trudno nie zgo­dzić się z tym stwier­dzeniem, gdy sięga się po wyrosłe na wizjach Gibsona pisma w ro­dzaju „Mondo 2000″, „Wired”, czy „bOING-bONG”, albo zanurza się w Internecie – na razie przy pomocy stan­dardowego interfejsu. Najbardziej znane książ­ki (ukazały się po pol­sku): „Neuromancer”, „Mona Liza Turbo”, „Graf Zero”, „Światło Wirtualne”.

virtual light.jpg

zawartość


Max Headroom.jpg

Gomi

Po japońsku słowo to ozna­cza „śmieć”, „brud”. Gomi jest zdecydowanie nie pocią­gający – ubiera się w po­strzępione ciuchy kupione w sklepie z używaną odzieżą, chodzi niedomyty, zarośnięty. W świecie przyszłości zajmu­je się często interesami rów­nie brudnymi, jak on sam: dostarcza najlepsze neuro­nowe chipy w okolicy, lub wie o każdym zarobionym nielegalnie dolarze. Futurystyczne filmy w stylu „Blade Runner”, „Brazil”, czy „Max Headroom” roją się od obrazów gomi, którzy stanowią ideal­ne ucieleśnienie estetyki re­tro i nowej technologii.

zawartość


hackers.png

Haker

 

Kiedyś słowo haker oznaczało bezkrytycznego entuzjastę komputerów. Steve Jobs, Steve Wozniak i Bill Gates byli pierwszymi hakerami. W latach 80. wyczyny takich postaci, jak Kevin Mitnick, czy Robert Morris sprawiły, że termin ten nabrał nowego znaczenia – haker stał się komputerowym przestępcą.

mitnick.jpg

Historia hakingu sięga w zasadzie pierwszych chłodzonych cieczą komputerów wielkości małego domu, czyli wczesnych lat 60. i wiąże się bezpośrednio z najprężniej działającym informatycznym ośrodkiem naukowym, czyli MIT. Powstanie sieci ARPANET umożliwiła komunika­cję społeczności programistów z całego świata. Ale komputery uniwer­syteckie były drogie i takież było ich utrzymanie (liczono je w megadolarach), tak więc co sprytniejsi tworzyli tzw. „hacki”, czyli krótkie pro­gramy umożliwiające ukończenie określonych zadań nieco szybciej. Czasami te programy działały lepiej, niż programy oryginalne.

geek-hacker-logo-template-green.jpg

Pierwsi hakerzy tak na prawdę byli badaczami – głównie ekspery­mentowali z połączeniami i komputerami. Aż tu nagle, mniej więcej w 1971 r. pewien weteran wojny w Wietnamie odkrył, że centrale tele­foniczne produkowane przez AT&T można oszwabić na kilka dolarów w bardzo prosty sposób – wystarczy wziąć gwizdek-zabawkę dołącza­ny do pudełka płatków owsianych, zagwizdać przy mikrofonie po podniesieniu słuchawki i… można rozmawiać za darmo. W ten sposób, dzię­ki Kapitanowi Crunchowi powstali pierwsi phreakerzy, którzy w nieszkodliwy sposób gadali sobie za darmo ile wlezie.

pheaker.jpg

draft hacker.jpg

Phreakerzy znaleźli wielu popleczników z kontr-kulturowych kręgów (w tym Alberta Hoffmana, odkrywcę psychodelicznych właściwości LSD) i stali się poważną subkulturą – wykształcili wła­sną gwarę i nawet założyli własne pismo „2600″ (tytuł pochodzi od częstotliwości umożliwiającej darmowe połączenia).

Hacker, Cracker, phreaker.jpg

Gdy w latach 80. upowszechniły się komputery osobiste (głównie za sprawą Apple, ale również rewolucyjnego modelu PC wypuszczonego przez IBM na rynek w 1981 r.) było już jasne, że hakerstwo wyjdzie z podziemia. l tak się stało. Nakrę­cony w 1983 r. film „Gry Wojenne” pokazuje mło­docianych H. posługujących się jeszcze mode­mem telefonicznym, wykorzystującym do trans­misji sygnał bezpośrednio ze słuchawki aparatu. Ich zabawa doprowadzić ma do wybuchu trzeciej wojny światowej.

war games.jpg

W ten sposób świat zwrócił uwagę na niepozorne zabawy w stylu włamywania się do laboratoriów w Los Alamos, czy Keftering Cancer Center, jak uczynili w tym samym okresie hakerzy z klanu o nazwie „414″. l w ten sposób pierwsi hakerzy trafili do więzień. Rodziły się kolejne klany – Legion of Doom, Masters of Deception.

masters-of-deception-9-ultimate-hackers_fb.jpg

LOD_logo.jpg

Ich członkowie trafiali do więzień lub otrzymywali grzywny za rozmaite przewinienia na podsta­wie ustawy „Federal Computer Fraud and Abuse Act”. W ten sposób Robert Morris ukarany został za wypuszczenie internetowego „roba­ka”, który zapchał sieciowe łącza i spowodował niemałe straty (10.000 USD kary + roboty publiczne), czy Kevin Mitnick, który zmierzył się z wymiarem sprawiedliwości kilkukrotnie: raz za włamanie do Digital Equipment Company w 1985 r. (rok więzienia) i ponownie w 1994 r. za zdobycie wiadomymi sposobami 20000 numerów kart kredytowych. Obecnie część hakerów postuluje powrót do korzeni, czyli niewinnego włażenia gdzie tylko popadnie, bez czynienia jakichkolwiek szkód – po­wstają nawet kodeksy hakerskiej etyki i niepisane reguły poruszania się po Sieci. Wielu z byłych hakerów pracuje aktualnie dla poważnych przedsiębiorstw zajmujących się sieciowymi zabezpieczeniami, wielu pracuje dla kontrwywiadu. l choć haker jest nadal synonimem interne­towego opryszka, nie zapominajmy o jego wielkim wkładzie w cyber­netyczną kulturę – bez hakerów dzisiejszy Internet wyglądałby zupeł­nie inaczej.

Hacker Logo.png

zawartość

 


ICE

cyber-protect-630x330.jpg

Skrót od „Intrusion Counter-Measure Electronics”. W książkach → Williama Gibsona ICE było programem, który próbo­wał zniszczyć intruza posiadającego bezpośrednie (czyli neuronowe) połączenie z Siecią. Obecnie termin ten używany jest często w odnie­sieniu do dowolnego programu zabezpieczającego użytkownika przed niepożądanymi gośćmi.

brickerbot.jpg

zawartość


jaron lanier.png

Lanier, Jaron

you are not a gadget.jpg

Zwany przez niektórych „duchowym patronem Internetu”. Założy­ciel firmy VPL Research, gdzie zajmował się implementacją i pro­jektowaniem urządzeń oraz technologii używanych w pracach nad wirtualną rzeczywistością, w tym takich urządzeń, jak DataGlove, BodyGlove, czy EyePhones. Orę­downik i entuzjasta Internetu, VR, uczestnik licznych seminariów i konferencji poświęconych Sieci. Lanier jest również artystą, łączą­cym w rozmaity sposób w swojej twórczości wątek nowych mediów.

zawartość


timothy-leary-video-games.jpg

Leary Timothy

Urodzony 20.X.1920 r. doktor Harvardu, propagator LSD i czołowy przedstawiciel kontrkultury lat 60. Prześladowany przez władze, aresztowany pod zarzutem posia­dania narkotyków, podróżował po całym świecie, głosząc swoje teorie i zyskując sympatyków. W latach 80. i 90. Leary przeniósł swoje zainteresowania w stronę cyberprzestrzeni i komputerowego wspomagania mózgu, po raz kolejny przekraczając granicę wyznaczoną przez czasy w których żyjemy. Projekt Biodome II, przygotowujący kosmo­nautów do życia na Marsie jest realizacją koncepcji Timothy’ego, choć nikt ze współ­czesnych nie cytuje jego prac w tym zakresie. Leary jest również autorem progra­mu do auto-analizy sprzedawanego pod nazwą Mind Mirror. „Kontrkulturowy kom­puter byłby znakomitym narzędziem w uświadamianiu młodych pokoleń” – rzekł kiedyś podczas wywiadu.

Najbardziej znane prace:

„Polityka Ekstazy”

politics ecstasy.jpg

„Info Psychology”

info psychology.jpg

„Flashbacks”

flashbacks.jpg

„Changing My Mind, Among Others”

changing my mind among others.jpg

zawartość


found_audrey-horne.jpg

„Jestem Audrey Horne. I dostaję, to co chcę”. Twin Peaks

Memy

Termin po raz pierwszy pojawił się w książce Richarda Dawkinsa „Sa­molubny Gen” (dostępne polskie wydanie). Memy są informacjami, które zachowują się jak wirusy. Memetyka zajmuje się replikacją, mu­tacjami i przenoszeniem memów. Wielu naukowców uważa, iż memy są faktycznie żywe i w pewien spo­sób funkcjonują w naszym umyśle a hibernują w książkach, czy na dys­kach komputerowych. Do memów należą m.in.: koncepcja pieniędzy, chwytliwe reklamowe jingle, prze­konania polityczne, style sztuki, itp. Niektóre memy, np. umiejętność bu­dowania ogniska, są korzystne dla nosiciela. Inne z nich, np. Kamika­dze, są toksyczne i szkodliwe.

putin-meme.jpg

„Wszystkie twoje memy. Należą do mnie”.

zawartość

Nanotechnologia

Technologia umożliwiająca tworzenie obiektów atom po atomie. Pierwszą konstrukcją nanotechnologiczną był ułożony z atomów ksenonu napis IBM. Uważa się, że nanotechnologia w przyszłości ma umożliwić stworze­nie samoreplikujących się maszyn molekularnych, które mogłyby wpływać w różny sposób na nasze procesy biologiczne.

zawartość


nootropics.jpg

Nootropic

 

Nootropic (znane także pod nazwą Smart Drugs – sprytne narkotyki) to termin wymyślony przez doktora farmacji, Corneliusa Guergea. Używa się go w odniesieniu do sub­stancji chemicznych, które zażywane w odpowiednich ilo­ściach przez określoną ilość czasu są w stanie wpłynąć pozytywnie na określone funkcje mózgu, nie wywo­łując przy tym żadnych skutków ubocznych. Nootropiki to zwykłe wita­miny, np. z grupy B czy magnez, ale również takie substancje jak np. Piracetam, Oxiracetam, Propanolol albo popularna ostatnio Melatonina. Guer­gea wyróżnił następujące cechy, którymi powinien charakteryzować się każdy Nootropic: dodatni wpływ na zdolności koncentracji, wspomaganie przepływu informacji pomiędzy lewą i prawą półkulą mó­zgową, zwiększenie odporności mózgu w przypadku uszko­dzeń fizycznych i chemicznych a także brak toksyczności. Najpopularniejsze Nootropiki mają z reguły działanie stymulujące pamięć (zarówno krótkoterminową, jak i długoter­minową), koncentrację, ułatwiają regenerację sił po dłuż­szym wysiłku umysłowym, poprawiają kreatywność, sło­wem, są dla wielu doskonałym sposobem na zwiększenie życiowej aktywności.

Nie wchodząc w szczegóły działania poszczególnych sub­stancji, Nootropiki miały być dla poszukiwaczy bezpiecz­nych środków wspomagania sprawności umysłowej swo­istym Świętym Graalem.

Naukowcy podzielili się na dwa obozy: zwolennicy Nootropiców uznają je za bezpieczne metody po­prawiania pamięci, myślenia, koja­rzenia faktów a nawet za substancje spowalniające proces starzenia. Przytaczają wyniki badań, według których potomstwo szczurów, których matkom regularnie podawano określone N. charakteryzowało się zwiększoną inteligencją. Przeciwni­cy zarzucają im z kolei propagowa­nie chemicznego stylu życia (w su­mie żadna substancja chemiczna wprowadzona do organizmu nie jest dlań obojętna) i odda­lanie się od natury.

Rat Park drug experiment cartoon.png

Nootropiki były także w centrum uwagi zwolenników ma­szyn umysłu: niektóre z nich uznane zostały przez nich za znakomite środki usprawniające działanie dźwiękowych i wizualnych stymulatorów mózgu. My polecamy raczej właściwą dietę.

zawartość


phone freaks.jpg

Phreaking

Phreakers („phone freaks”) – nie­formalna strukturalnie, lecz pręż­nie działająca subkultura używają­ca najróżniejszych technik umożli­wiających darmowe połączenia te­lefoniczne. Phreakingto różnego rodzaju działania polegające na „oszukaniu” telefonu lub centrali telefonicznej, by potem móc do woli korzystać z darmowych połą­czeń. W czasach stałych łącz i ry­czałtowania opłat za połączenia phreaking odchodzi do lamusa, ale w Polsce przedłużający się mono­pol TP S.A. może doprowadzić do burzliwego rozkwitu phreakerskich praktyk w naszym kraju.

LAPhoneFreaks-e1538622246339.png

zawartość


pico_tx.png

Pikotechnologia

O ile nanotechnologia zajmuje się mikroskalą na poziomie nano, o tyle pikotechnologia zajmuje się skalą jeszcze mniejszą – w obrę­bie jej zainteresowań leży konstru­owanie obiektów z najdrobniej­szych drobin materii, które zatra­cają wręcz cechy materialne i zamieniają się w czystą energię. Pikotechnologia znajduje się jedy­nie w sferze naszych spekulacji, albowiem nie udało się jeszcze ni­komu uporządkować struktury kwantów i poddać ich ludzkiej wo­li. Poczekamy, zobaczymy.

zawartość


post human.jpg

Post-humanizm

Post-humanizm próbuje odpowiedzieć na pytanie: jak będą wyglądali ludzie, gdy już nie będą przypominali ludzi. Oprócz zmian czysto fizycznych: redukcji palców u rąk i u nóg, zwiększenia puszek mózgowych oraz daleko posuniętej ingerencji w ciele­sność za sprawą nowych technologii, post-humanizm zajmuje się także czysto psychologiczną stroną naszych następ­ców: post-ludzi.

„Post-ludzie będą osobami o wielkich psy­chicznych, fizycznych i intelektualnych zdolnościach. Będą to jednostki zdolne do samoprogramowania, potencjalnie nie­śmiertelne, o nieograniczonych możliwo­ściach definiowania samych siebie dzięki technice. Post-ludzie będą w stanie poko­nać biologiczne, neurologiczne i psycholo­giczne ograniczenia narzucone przez ewo­lucję. Natura post-ludzi będzie zapewne częściowo, lub w większości biologiczna, jednak częściowo lub w większości będzie być może post-biologiczna. Najprawdopodob­niej osobowość człowieka przy­szłości będzie mogła dosyć swobodnie zamieszki­wać dowolne formy i kształty”, głosi Tizziana Terranova, jedna z współczesnych badaczek cyber-kultury.

Współczesne technologie pozwalają nam już dzisiaj na złamanie ograniczeń narzuconych przez własne ciała. Post-ludzie ro­dzą się więc obok nas – w szpitalach, w laboratoriach naukowych, w ośrodkach mili­tarnych. Ewentualne możliwości rozwoju zostały uwiecznione przez twórców kreujących alternatywne drogi rozwoju dla ludzkości, w tym wielu autorów z kręgu cyberpunk.

maxresdefault.jpg

Post-humanizm znajduje odzwierciedlenie w popularnonaukowych teoriach ewentualnego końca świata, głoszonych np. przez Paula Daviesa. Człowiek przyszłości chcąc przezwyciężyć nieuchronność kolej­nego big-bangu (w przypadku Wszech­świata kurczącego się), lub zamarznięcia (w przypadku wiecznie rozszerzającego się Wszechświata), musiałby siłą rzeczy dramatycznie zmienić swą strukturę biologiczną, adaptując się do ekstremalnych warunków.

big bang.jpg

Davies nie wyklucza ingerencji techniki w nasze post-ciała i stworzenie gigantycz­nej sieci post-neuronowej, kolektywnej świadomości, w której odrodzić miałby się samostanowiący o sobie post-wszechświat o subiektywnej skali czasoprzestrzennej. W ten sposób udałoby nam się zamiesz­kać we wszech­świecie wykre­owanym przez nas samych… Post-humanistyczne koncepcje Daviesa traktują raczej o przyszłości na tyle odległej (wybiegają w przyszłość o co najmniej 15 miliardów lat), że zawracanie sobie nimi głowy w chwili obecnej nie ma większego sensu. Natomiast post-huma­nizm determinowany informatyką i rozwo­jem komputeryzacji to zjawisko jak naj­bardziej aktualne.

cosmos.jpg

zawartość


lego hacker room.jpg

Post-symboliczna komunikacja

Termin wymyślony przez Jarona Laniera w odniesieniu do wirtualnej rzeczywistości jako metody porozumiewania się, opracowany najprawdopodobniej na podstawie teorii J.C.R. Licklidera, który już w latach 60 postulował połączenie człowieka (a ściślej ludzkiego mózgu) z maszyną cyfrową, co miałoby wyraźnie wpłynąć na jakość i ilość transmitowanych informacji.

bedroom of a computer hacker.jpg

Na razie komunikacja międzyludzka zachodzi przy pomocy symboli, odzwierciedlanych w przypadku kultury przy pomocy języka pisane­go, lub mówionego. Post-symboliczna komunikacja miałaby nastąpić wraz z odejściem od tradycyjnych form porozumiewania się: pisma i mowy, na rzecz bezpośrednich transmisji zerojedynkowych, lub elektrycznych.

bedroom of a computer hacker 2.jpg

To, co wydaje się być naciąganą historyjką z opowiadania science-fiction, dokonało się już dawno. Na początku lat 70. amerykański na­ukowiec Jose Delgado opracował dwukierunkową metodę porozu­miewania pomiędzy szympansem a komputerem. Zwierzę było w sta­nie „czytać” określone wzory fal i powracających sygnałów, które włączały i wyłączały konkretne części jego mózgu. W swej książce z 1969 r. zatytułowanej „Physical Control of the Mind: Toward a Psychocivilised Society”. Delgado głosił, że post-symboliczna kultura zacznie królować już w XXI w. Uczony chciał jednak wykorzystać swój wynalazek w celach znacznie mniej utylitarnych: widział go ra­czej w rękach polityków i generałów pragnących kontrolować przy jego pomocy ludzkie umysły. Całe szczęście (?) tak się nie stało. Choć współcześni teoretycy w postaci fenomenologa Mircea Eliade twierdzą, iż nie-symboliczna kultura nie ma racji bytu a symbole bę­dą w niej obecne po wsze czasy, gdy oddalimy się nieco od rozważań akademickich i wejdziemy w sferę praktyki, okazać się może, iż nie­którzy z nas dożyją jeszcze takiego przełomu w komunikacji, o którym nie śniło się nawet filozofom.

computer table.jpg

zawartość


nazi ss lego.jpg

Postmodernizm

lego man in space.jpg

Słowo-wytrych współczesnych czasów, termin naj­bardziej popularny, a jednocześnie posiadający dzie­siątki definicji i znaczeń, używany w tysiącach kon­tekstów.

pulp fiction.jpg

Postmodernizm dotyka kwestii Internetu i kompute­rów z kilku stron, chociaż w zasadzie mało kto z rzecz­ników postmodernizmu traktuje o Sieci bezpośrednio. Tak czy owak można w postmoder­nistycznych rozważaniach doszukać się komentarzy pasujących do Internetu lub sytuacji międzyludz­kich, jakie Sieć stwarza. Wielu reprezentantów postmoder­nizmu poruszało i porusza kwestię ciała we współczesnym świecie. Postmoderniści posuwają się na­wet do stwierdzenia, że współcze­sny człowiek nie posiada ciała – ulega ono „wyczyszczeniu”. Cechy charakteryzujące ciało, począwszy od jakości fizycznych takich jak waga, pozycja zajmowana w cza­soprzestrzeni, płeć, rasa; skończywszy na właściwo­ściach psychicznych, ulegają współcześnie zanikowi. Za powyższy stan rzeczy odpowiedzialne są ingeren­cje w naszą fizyczność dokonujące się za sprawą techniki i inżynierii cielesnej (terapie hormonalne, chirurgia plastyczna), a także media, które odbierają nam powłokę w postaci skóry i kości.

art bit.gif

– Gdy siadam przed komputerem i przechodzę w fazę on-line – komentuje tę tendencję Susan Stryker, brytyjska artyst­ka, zajmująca się także badaniami nad płcią (jej ostatnia instalacja: http://brandon.guggenheim.org/) – zaczynam mieć problemy z określeniem granic mo­jej cielesności. Im bardziej usiłowałam wyznaczyć gdzie zaczynam się JA, a gdzie zaczynają się moje na­rzędzia służące komunikacji, tym więcej napotykałam problemów. Odczuwałam coraz większą potrzebę myślenia nie w kategoriach „ciało i maszyna”, ale „ciało jako maszyna”. Stryker dotyka tutaj kwestii, którą P. przejmuje od klasycznych bada­czy mediów, chociażby od Marshala McLuhana, którzy głosili, iż medium zawsze staje się przedłu­żeniem naszych zmysłów.

Jean-Baudrillard book.jpg

Inni postmoderniści poruszali kwestię zaniku rzeczywistości na rzecz wszechobecnych rzeczywistości sztucznych czyli symulacji (Beudrillard), w których nasze ciała stają się niepotrzebnym balastem (Bauman). Niniejsze zestawienie pozwala nam na ledwie powierzchowne zarysowanie kwestii postmodernizmu w dzisiejszej kulturze. Zachęcamy do dalszej lektury.

zawartość


internet-privacy.jpg

Prywatność

BigBrother.jpg

Obiektem naszego zainteresowania nie jest sama prywatność, a raczej jej ochrona. Zwolennicy i entuzjaści cyberprzestrzeni zwraca­ją coraz większą uwagę na ochronę prywatności w Sieci, uznając ją za priorytet pośród takich zagadnień, jak dostęp do treści dystry­buowanych w Internecie i mogących zagrozić maluczkim, kwestie płatności za usługi internetowe, wolność cyber-słowa, czy upolitycz­nianie Sieci.

no_privacy_3092875.jpg

Blisko 95% ankietowanych przez znany mie­sięcznik techno-fetyszystyczny „Wired” przyznało, że kwestia bezpieczeństwa w przesyła­niu poczty elektronicznej, realizowaniu trans­akcji bankowych, czy internetowych zakupów niepokoi ich w dużym lub bardzo dużym stop­niu. Ostatnie nagłaśnianie procedur przechwytywania potencjalnie niewygodnych informacji poprzez stały monitoring (nie tylko) Internetu przez amerykańską Agencję Bezpieczeństwa Narodowego (NSA), zakazy dystry­bucji poza USA oprogramowania kodującego przy pomocy 128 bitowego klucza (którego użycie uniemożliwia praktycznie złamanie ja­kiejkolwiek informacji) skłania faktycznie do zastanowienia.

Opinon.Johanson.Internet.issue10-640x498.jpg

Dodatkowo, gdy znana firma produkująca przeglądarki internetowe i programy pocztowe zapomina o dziurze w jednym ze swoich produktów, która umożliwia swobodne penetrowanie zawartości naszego twardego dysku przez niezbyt doświadczonego hakera, gdy firmy mailingowe handlują prywatnymi adre­sami e-mail niczym ziemniakami, a największy producent procesorów zamierza nadawać indywidualny numer seryjny każdemu proce­sorowi w ramach „rozwiązania kwestii bezpieczeństwa”, problem ochrony prywatności dotyka nas samych i staje się jedną z najbar­dziej żywotnych kwestii cyber-świata.

maxresdefault (1).jpg

zawartość


logo_small.png

Punkt Omega

PointOmega.jpg

„Jeśli życie ewoluuje w każdym z wszechświatów kwantowej kosmologii i jeśli ciągle trwa w każdym z nich, nastąpi kiedyś moment, że wszystkie tych wszechświatów zbliżą się do punktu Omega”, pisze w swojej książce „The Antropic Cosmological Principle” para rzeczników teorii Punktu Omega: Barrow i Tipler. W bliżej nieokreślonej przyszłości, kiedy ludzkość do­kona ekspansji i podboju wszechświatów, osiągniemy być może taki stan, w którym każda możliwa kombinacja informacji zostanie wchłonięta przez nasze umysły. Wtedy to uda nam się być może osiągnąć status odpowiadający lansowanej przez rozmaite re­ligie na całym świecie idei boga.

the athropic cosmological principle.jpg

zawartość


smart mobs.jpg

Rheingold, Howard

Howard Rheingold jest amerykańskim pisa­rzem, autorem wielu publikacji i książek traktujących o technologii i jej wpływie na społeczeństwo. Jest on zdecydowanym technoentuzjastą, aczkolwiek w swoich tek­stach traktuje niejednokrotnie o patologiach Sieci, rozwiewając mity (np. odnośnie uza­leżnienia od Internetu) lub zwracając uwagę czytelnika na ewentualne kwestie mogące nabrać wagi wraz z postępem informatyzacji społeczeństwa.

Jego wizje obejmują upowszechnienie i roz­szerzenie demokracji za pomocą specjal­nych elektronicznych Demokratycznych Portali, gdzie każdy mógłby skomentować decyzje podejmowane przez polityków bę­dących u władzy. W ten sposób Rheingold postuluje rozwiniecie habermasowskiej „sfery publicznej” przy pomocy nowych me­diów.

Rheingold jest także zwolennikiem Internetu ze względu na fakt, iż posiada on moc konsolidującą ludzi w społeczności. W swej książce „The Virtual Community” przepro­wadził szczegółową analizę Sieci od strony jej wpływu na tworzenie się małych po­nadnarodowych społeczności. Według auto­ra „wirtualne wspólnoty powstają w Sieci, gdy określona liczba osób, z odpowiednią dawką ludzkich uczuć, prowadzi dyskusje na forum publicznym. Musi to trwać na tyle długo aby uformowały się sieci osobistych zależności w cyberprzestrzeni pomiędzy po­szczególnymi osobami”.

zawartość


stelarc.jpg

Stelarc

Stelarc to australijski artysta wykorzystujący w swej twór­czości nowe media. Od późnych lat 60. bada on zależności i interakcje pomiędzy ciałem i światem zewnętrznym, a w szczególności technologią i jej najbardziej spektaku­larnym dzieckiem: maszyną. Stelarc przenosi stare rytuały plemion prymitywnych do świata współczesności (słynne „zawieszenia”, podczas których artysta wisiał przez wiele godzin na hakach zaczepionych w jego skórze), albo konstruuje mechaniczne przedłuże­nie swoich kończyn („sztuczna rę­ka”) i narządów (czekające na re­alizację „sztuczne ucho”). Stelarc jest więc artystą unikalnym, gdyż świadomie podejmuje kolejne wyzwania zbliżające go do cyborga ostatniej generacji, gdzie ingerencja techniki w organiczną strukturę białkową jest ogromna. Jego prace / instalacje / performance’y niemal zawsze zajmują płaszczyznę, której granice wyznaczają natura i kultura. Zderzenie cielesności z technologią w pracach Stelarca, to bardzo oryginalna i silnie stechnicyzowana sztuka, która jednak odpowiada na podstawowe pytania stawiane przez człowieka: jak pokonać prawa rządzące naszym ciałem?

ghost-in-the-shell-killian-eng-poster.jpg

Ciało w sztuce Stelarca jest wzmacniane, uzupełniane, wspomagane, przenoszone w wirtualną rzeczywistość/ lecz nadal pozostaje sobą. Te dwie odrębne dotychczas całości przeni­kają się. „Jedyna ewolucyjna strate­gia, którą widzę w odniesieniu do ludzkości to zapoczątkowanie dialektyki w celu inkorporacji technologii przez ciało. Technologia symbiotycznie przyczepiona bądź wchłonięta przez ciało tworzy nową ewolucyjną syntezę, nową hybrydę – organicz­ność i syntetyczność łączą się, two­rząc całkowicie nową energię”. Najnowsze prace Stelarcaznajdują się w Sieci (w zasa­dzie dzięki niej w ogóle powstały) i można je obejrzeć pod adresem http://www.stelarc.va.com.au/ korzystając z przeglądarki VRML.

blade runner.jpg

zawartość


SRLgerman.jpg

Survival Research Laboratories

Pionierzy technologicznej sztuki, którzy przyjazne (bądź nie) człowiekowi maszyny zamieniają w siejące zniszcze­nie stalowe monstra. SRL zostały założone w 1978 r. przez Marka Pauline. Od tego czasu ujawniły się blisko pięćdzie­siąt razy.

Spektakle organizowane przez SRL odbywają się najczę­ściej z dala od miast i miasteczek, na terenach opuszczo­nych hal fabrycznych. Sztuka SRL komentuje relacje czło­wieka i jego technologicznej protezy. Stare czołgi, wraki samochodowe, hydrauliczne podnośniki zamieniają się dzięki inżynierom z SRL w urządzenia o kompletnie nowej osobowości.

p-1-zagat-a-survival-guide-FA1018ZAGA005.jpg

Kolejne spektakle SRL odbywają się przy udziale zupełnie nowych urządzeń. Każde z nich zostaje odpowiednio na­zwane, nabierając cech indywidualnych. Staje się odręb­ną jednostką. Stare, wysłużone militaria zostają połączo­ne ze strzępami fabrycznych robotów. Ich wysiłkowi towa­rzyszy niewiarygodny łomot: „Bardziej przerażające niż Monster Trucks! Bardziej porażające niż trylogia Gwiezd­nych Wojen! Bardziej metaforyczne niż rodeo! Zawiera w sobie społeczną świadomość, zawiera w sobie politycz­ną krytykę” – tak reklamował Pauline swój show w Tokio. Podstawowym wymogiem, który muszą spełnić maszyny wychodzące spod ręki SRL jest „wytworzenie jak najwięk­szej ilość energii w jak najkrótszym czasie”. Może stać się tak dzięki sile odrzutu, ogniowi, wodzie, prądowi, czy eksplozjom. Przez to inscenizacje SRL są równie ekstremal­ne, co wojenna pożoga, zarówno pod względem wrażenia jakie wywierają na widzach, jak i mocy z jaką przemawia­ją do naszej świadomości. W ostatnim czasie przedsta­wienia SRL odbywają się za pomocą Sieci – uczestnikiem i współorganizatorem może stać się niemal każdy.

yokai attack.jpg

zawartość


Debord_Guy_Society_of_the_Spectacle.jpg

Sytuacjoniści

Międzynarodówka Sytuacjonistyczna (1957-1972) zrzeszała początkowo głównie młodych francuskich stu­dentów, a w późniejszym okresie także całą rzeszę działaczy intelektualnych z Europy, krytykujących zachod­nią kulturę, a w szczególności konsumpcyjność ówczesnego świata. Wolność: termin modny i lansowany w zachodnim, powojennym świecie, była dla sytuacjonistów jedynie wolnością wyboru pomiędzy towarami na półce sklepowej.

W kontekście cuberkultury nadal aktualne wydają się poglądy sytuacjonistów na temat relacji pomiędzy spo­łeczeństwem a mediami. Sytuacjoniści dostrzegali fakt, że media mają władze nad masami, sterują popęda­mi konsumenckimi i innymi wzorami zachowań. Te zjawiska mają miejsce także w dobie Internetu. Hasła sytuacjonistów pojawiały się na murach, na plakatach albo malowanych ręcznie napisach. Wiele z nich wciąż nosi w sobie wielki ładunek intelektualny i w dalszym ciągu trafnie komentuje otaczający świat, w którym – czy tego chcemy czy nie – szale w wojnie pomiędzy postępującą uniformizacją kultury a intelektualnym indywidualizmem przechylają się niestety na stronę tej pierwszej:

„Bądź realistą: wymagaj niemożliwego”, „Odrzucaj przypisane sobie role”, „Nigdy nie pracuj”, „Konsump­cja jest opium dla mas”, „Sztuka nie żyje: nie konsumuj jej zwłok”.

zawartość


transhumanism.jpg

Transhumanizm

Termin wymyślony przez F. M. Esfandiary’ego. Opiera się na przekonaniu, iż technologia wkrótce zastąpi biologię jako główny mo­tor przemian w ewolucji człowie­ka. Sztuczna inteligencja, nanotechnologia, robotyka: te i inne trendy z pogranicza nauki mają według wyznawców transhumanizmu zmienić nie do poznania całą ludzkość, wprowadzając nas w erę „post-humanizmu”, lub – według niektórych radykałów „anty-humanizmu”.

Transhumanism 2.jpg

Transhumanizm jest pochwałą zdobywania wiedzy odnośnie poszerzania wydajno­ści naszego organizmu – nie tylko wydajności psy­chicznej, ale również fizycznej. Wyklucza jakąkol­wiek dogmatyczność, stąd odrzuca wszelkie religie i wiążące się z nimi aksjomaty. Dla wyznawców transhumanizmu prawdziwą wartość ma rewolucja. Ale nie rewolucja w rozumie­niu komunistycznym, czy anarchistycznym. Wielcy rewolucjoniści naszych cza­sów to genetycy, biolodzy, ko­smonauci, wynalazcy i pisa­rze science fiction. Ci, którzy nie boją się przyszłości, ci którzy szukają nowych wy­znań i zmieniają teraźniej­szość. Nasze ciała i umysły dalekie są od doskonałości, dlatego też należy pomóc im rozwinąć się.

transvision-review-the-social-angle-to-technology-and-transhumanism-2-638.jpg

Internet odgrywa w rozumie­niu Transhumanistów rolę szczególną: pozwala na lepszą komunikację, przyspiesza globalizm i nada­je nowe tempo przemianom.

business_best_of_MIT_globalist.jpg

zawartość


second self.jpg

Turkle, Sheily

 

Turkle jest doktorem kilku dyscyplin: psychologii na Harvardzie, a także so­cjologii nauki przy MIT, gdzie zajmuje się badaniem wpływu technologii (ostat­nio głównie komputerów i Internetu) na społeczeństwo i kulturę. Przez krytyków bywa często określana etnologiem życia on-line, albo Margaret Mead (najsłyn­niejsza chyba antropolog kultury) cyberprzestrzeni. Chociaż Turklezaczęła inte­resować się technologią już pod koniec lat 70. jej pierwszą publikacją na ten te­mat była książka „The Second Self: Computers and the Human Spirit”. wy­dana w 1984 r., w której zaprezentowała m.in. wyniki swoich badań nad dziećmi piszącymi programy komputerowe, a ściślej: różnicami w opanowaniu róż­nych technik programowania w zależno­ści od płci szkrabów. Turkle wychodzi z założenia, że mniej więcej od piętnastu lat ludzie przestali komunikować się z komputerem, a za­częli traktować go raczej jako przekaź­nik, pomagający im komunikować się między sobą. Wielu z nich korzysta z tej formy porozumiewania się, gdyż mogą dzięki temu uwolnić pewne aspekty swojej osobowości. Komputer pomaga im stać się bardziej wolnymi i umożliwia pełniejszy rozwój wewnętrzny: pozwala na dogłębniejsze poznanie samego sie­bie, ułatwia określić rolę, jaką odgrywa­my w społeczeństwie. Jednak charakter środka przekazu kształtuje nas samych: Turkle pisze o samym interfejsie (poda­jąc jako przykład wszechobecny Win­dows), który zmienia nasz sposób wi­dzenia świata i myślenia.

zawartość


Anime-Utopia's Profile.gif

Utopia

code name utopia.jpg

Z greckiego: Ou = nic + topos = miejsce. „Miejsce, którego nie ma”. Co robi Utopia w na­szym słowniku? Utopią nazywa się między in­nymi „wizję idealnego społeczeństwa, w którym nie ma miejsca na zło i niesprawiedliwość społeczną. Wizję nie liczącą się z obiektywną rzeczywistością społeczną i przez to nie mającą szans na realizację”. Utopie kreślili w swoich dziełach znani pisarze i filozofowie: More, Kra­sicki, Bacon, Wells.

rakuten.jpg

Jak wyglądają współczesne utopie? Z punktu widzenia cyberkultury interesujące są wizje uto­pijnych światów uwzględniające najnowsze osiągnięcia techniki. Wirtualna rzeczywistość i cyberprzestrzeń postrzegane są bardzo często w opozycji do świata fizycznego. Istnieją dzięki cechom skrajnie przeciwnym niż rzeczywistość: trudno umiejscowić je w jakiejkolwiek osi cza­soprzestrzennej, trudno je zmierzyć, zważyć, trudno wyznaczyć jakiekolwiek granice. Kevin Robins, profesor przy uniwersytecie w Londynie, pisze, że „możemy postrzegać cyberprzestrzeń i wirtualną rzeczywistość w kon­tekście alternatywnej przestrzeni i utopii. Nowe technologie pozwalają na coraz doskonalszą re­alizację marzeń o lepszym świecie. Kultura wir­tualna wyraża podstawową nadzieję i wiarę w lepsze jutro, w lepszy świat. Jednak cyberkultura może być postrzegana również z zupełnie innej perspektywy: jako oznaka znużenia światem zastanym, obecnym, pierwsza przesłanka jego odrzucenia. Techno­logia pozwala nam przenieść się w zupełnie in­ne miejsce (w sensie fizycznym i fenomenologicznym). Mimo to nie uda nam się całkowicie opuścić ziemskiego padołu: zawsze będziemy w jakiś sposób z nim związani. Ale może, ni­czym jeden z bohaterów powieści Williama Gibsona, będziemy pogrążeni w letargu dryfo­wali po Matrycy, traktując ciało niczym zbędny balast? Przyszłość pokaże, czy dzisiejsze wy­obrażenia o „nowym wspaniałym świecie” sprawdzą się.

key_art_fractale.jpg

zawartość


Paul Virilio painted portrait.jpg

Virilio, Paul

Art as Far as the Eye Can See.jpg

Urodzony w 1932 r. w Paryżu Virilio uznawany jest przez krytyków za przedstawiciela postmodernistycznej szkoły myślenia. Podobnie jak Baudrillard, Virilio poświęcił się m.in. obserwacjom przemian zacho­dzących w społeczeństwie za sprawą mediów. Virilio nie jest filozofem w klasycznym rozumieniu tego słowa. Z wykształcenia i z zawodu jest urbanistą/architektem. Mimo to jego spostrzeżenia dotyczące przemian w otaczającym nas świecie są godne uwagi. Dromologia to termin ukuty przez Virilio w odniesieniu do kompletnie nowej dyscypliny filozoficznej. Dromologia to nauka o prędkości. A pręd­kość warunkuje, według autora tej koncepcji, rozwój cywilizacji. Z prędkością związany jest nie tylko rozwój, ale także subiek­tywne widzenie świata. Infostrady stają się aktualnie podstawowymi kanałami wy­miany myśli. Dzięki nim (a także dzięki znacznemu udoskonaleniu środków transportu) zanika­ją granice pomiędzy kontynen­tami. Człowiek jednocześnie za­czyna być wszędzie. Webcamy na bieżąco relacjonują wydarzenia z antypodów, rozmowy w czasie rze­czywistym (telefoniczne, przy pomocy ICQ) zbliżają ludzi jak nigdy do­tąd. Fotografia wykonana na wakacjach przy pomocy cyfrowego apara­tu może być w przeciągu niespełna minuty przesłana na konto e-mail naszej babci po drugiej stronie globu.

virilio-3.jpg

Szalone tempo z jakim zaczyna poruszać się cały świat za sprawą tech­niki niesie ze sobą niestety nie tylko korzyści w postaci większych rynków zbytu, globalizacji, podniesienia standardu życia, wolności, post-kapitalizmu. Wraz z wynalezieniem coraz doskonalszych metod przesy­łu informacji, wynaleźliśmy także nowe katastrofy, nowe metody obra­cania naszego wysiłku w pył. Coraz większa prędkość narzuca także powierzchowność w dostępie do wszelkich danych: coraz trudniej od­naleźć interesujące nas szczegóły. Coraz trudniej poruszać się w gąsz­czu danych.

The Information Bomb.jpg

Pamiętajmy zatem o dromologicznych przestrogach, gdy siadamy przed monitorem: „informacje w przestrzeni krążą w szalonym tempie – także te pozbawione celowości. Prędkość wywołuje pustkę i zmusza do coraz większego pośpiechu. Wszystko to oznacza jednocześnie śmierć – im szybszy jest ruch, tym szybciej biegnie czas i zarazem tym szybciej wszystko co nas otacza przemija i traci na znaczeniu”.

Bunker Archaeology - Paul Virilio.jpg

zawartość


computer-virus.jpg

Wirus

system failure VIRUS.jpg

Komputerowy wirus to jedno z najciekawszych niechcianych dzieci informa­tyki. Termin ten został wymyślony przez Freda Cohena w 1986 r. Cohen prze­prowadził badania nad dziesiątkami małych programów, wypuszczając je do ściśle kontrolowanych środowisk sieciowych, gdzie pozwalał im na swobod­ne „podróżowanie” w systemach. Okazało się, że wirusy potrafią przemiesz­czać się bardzo szybko w zupełnie nieprzewidywalny sposób. Potrafią także się mutować, tak, że po zainfekowaniu kilkunastu nosicieli częstokroć samoistnie zmieniają formę.

_i_Love_You__Virus.jpg

Za swoje badania Cohen otrzymał doktorat w dziedzinie inżynierii elektrycznej na uniwersytecie w Południowej Kalifornii. Definicja wirusa ułożona przez Co­hena była prosta: wirus to „program, który „zaraża” inne programy modyfiku­jąc je poprzez… dołączenie do nich samego siebie”. Pierwszym najbardziej znanym wirusem był Brain. Zarażał on tylko dyskietki 360K i umiejscawiał się w sektorach startowych. Zajmował następnie nieuży­waną przestrzeń na dysku, sprawiając, że stawał się on bezużyteczny. Brain był pierwszym wirusem typu Stealth: ukrywał się przed ewentualną próbą wy­krycia go, wyświetlając zawartość nie zainfekowanego sektora podczas pró­by obejrzenia zawartości dyskietki.

brain virus.jpg

Kolejne wirusy stawały się coraz bardziej złośliwe. Powstałe w kilka lat później Lehigh oraz Jerusalem infekowały już pliki .com oraz .exe, powodując niespodziewane zawieszenia komputera albo kasując dane z twardego dysku. W 1988 roku wirusami zainteresowała się poważna prasa: popularność przy­niósł im artykuł w „Newsweeku” i „Time”. W tymże roku powstał także pierw­szy program antywirusowy.

iloveyou virus.jpg

Zamieszanie spowodowane infekcjami wirusem „l Love You”, „Czarnobyl”, czy „Melissa” uświadamia skalę zjawiska: straty spowodowane atakami wirusów idą w miliardy dolarów. Ale o wiele ciekawsze niż dane ekonomiczne są chyba teorie dotyczące charakteru wirusów. Autorem jednej z nich jest Stephen Hawking, jeden z największych fizyków na świecie, laureat nagrody Nobla. Hawking utrzymuje, że wirus komputerowy jest w rzeczywistości pierwszą formą życia stworzoną przez człowieka.

hqdefault.jpg

W jaki sposób wirus komputerowy spełnia kryteria stawiane przez biologów? Żywa istota zawiera co najmniej dwa elementy: zestaw instrukcji mówiący „systemowi” jak podtrzymywać siebie przy życiu i jak reprodukować się oraz mechanizm pozwalający zreali­zować odpowiednie instrukcje. W przypadku biologii są to geny i metabolizm. Ale, twierdzi Hawking, białkowa biologia oparta na węglu jest tylko jedną z platform umożliwiających replikację wirusa.

CIHvirus.gif

Komputerowy wirus doskonale spełnia warunki postawione przed chwilą i nie różni się – przynajmniej teore­tycznie – od wirusa biologicznego.

virus invaiders.jpg

zawartość


sony glass.jpg

Wirtualna rzeczywistość

Wirtualna rzeczywistość to system zbudowany w oparciu o komputer, który umożliwia użytkownikowi poruszanie się w sztucznym świecie, wykreowanym przy pomocy cyfro­wej symulacji. Dwukierunkowy przepływ danych pozwala widzianemu przez nas światu „reagować” na nasze ruchy i działania. Chociaż o wirtualnej rzeczywistości mówi się już od dawna, nic nie wskazuje na to, aby stała się ona zjawiskiem powszechnym w prze­ciągu najbliższych lat.

i-playstation-vr.jpg

W połowie lat 80. istniało spore zaplecze (złożone z informatyków, astronomów, przedstawicieli przemysłu komputerowego, a nawet pisarzy SF), z którego narodził się pomysł realizacji projektu wirtualnej rzeczywistości. Korzystając z doświadczeń lvana Sutherlanda (twórcy pierwszego wyświetlacza w formie projektora umieszczonego w hełmie zakładanego na głowę) oraz prekursorskich prac Mortona Heiliga (którego Sensorama – symulator jazdy motocyklem – stanowiła chyba pierwszy poważny symulator angażu­jący wiele zmysłów człowieka: węch, dotyk, wzrok i słuch), NASA we współpracy z Jaronem Lanierem stworzyła skomplikowany system VR (a konkretnie VIEW: Virtual Interface Environment Workstation), na który składały się specjalne rękawice, system do rozpoznawania i syntezy głosu, trójwymiarowy zestaw do prezentacji dźwięku oraz hełm. Aktualne prace nad VR pozwalają na odejście od starych rozwiązań: rękawice i hełm tra­fiają do lamusa, bowiem ruch ręki można śledzić przy pomocy zewnętrznych sensorów bez potrzeby zakładania krępującego i nasyconego elektroniką niewygodnego kubraka, a obraz można już rzucać bezpośrednio na siatkówkę oka ze specjalnych laserowych okularów.

Wirtualna rzeczywistość natchnęła wielu artystów i pisarzy, stworzyła własną subkultu­rę. Timothy Leary szybko udzielił błogosławieństwa nowym technologiom, widząc w nich „elektroniczne LSD”.

BicycleDay.jpg

Główny rzecznik i popularyzator wirtualnej rzeczywistości, Jaron Lanier, nosił dready i ubierał się w psychodeliczne ciuchy, w pozytywny sposób kojarząc ultranowoczesne rozwiązania technologiczne z kontrkulturowym image. Hi-endowa wirtualna rzeczywistość jest jednak nadal tylko mrzonką – przejście w świat nie różniący się od rzeczywistości jest nadal odległe. Póki co VR znajduje raczej zasto­sowanie w architekturze, medycynie, oraz w armii a nie, jak chciał tego William Gibson, w domowym zaciszu.

google.jpg

zawartość

Grafiki do tekstu dobrał autor bloga.

2018…TesinBlog_copyright. 

DSC01786.JPG

Stanowisko pracy.

work placement.png

Work placement

„WODZU, PROWADŹ NA ZAOLZIE (z Hitlerem na Czechy)”- Piotr Osęka „Newsweek. Historia” nr 41 / 2018

Cieszyn.jpg

 

„Niech żyje Polska mocarstwowa”; „Sprawiedliwości stało się zadość” – obwieszczały nagłówki gazet, gdy 80 lat temu wojska polskie przekraczały granicę czechosłowacką w Cieszynie

 

Drugiego października 1938 r. ludzie gromadzili się wokół głośników i ulicznych megafonów, by wysłuchać przemówienia Edwarda Rydza-Śmigłego. Marszałek sięgnął po najwyższe rejestry patosu: „Żołnierze grupy generała Bortnowskiego! Za chwilę przekroczycie Olzę, skazaną w ciągu długich lat na upokarzającą służbę rzeki, oznaczającej granicę nieistniejącą ani w sercach tych, co oba jej brzegi zamieszkują, ani w sercu całego narodu polskiego. To znaczy, że człowiek swym duchem, swą wolą nadaje treść i życie światu materialnemu szczególnie wtedy, gdy koncentruje się i działa w imię wielkiej sprawy, w imię wielkiej idei. Olzę zmienia siła woli narodu, służąca idei jego całości i praw. Wy, żołnierze, jesteście w tej chwili uosobieniem woli narodu. Z wami przekracza Olzę majestat Rzeczypospolitej. Na was w tej chwili patrzy z dumą cała Polska, do was rwie się serce z każdej piersi, okrytej mundurem polskiego żołnierza. Maszerować!”.

 

Chociaż nie padł ani jeden strzał i nie stoczono żadnej potyczki, prasa przedstawiała aneksję czeskiego Zaolzia jako wojenne zwycięstwo. „Dzień drugiego października 1938 r. zapisał się na kartach historii Żołnierza Polskiego nowym triumfem, a w historii Rzeczypospolitej Polskiej jako wydarzenie bardzo niezwykłej doniosłości” – pisał narodowo-katolicki „Mały Dziennik”.

 

BECK ŻĄDA OD BENEŠA

 

Spór między Polską a Czechosłowacją o Śląsk Cieszyński ciągnął się od momentu powstania obu państw. Jak zwykle w przypadku konfliktu o tereny etnicznie mieszane, racje były podzielone – oba rządy uzasadniały swe roszczenia względami historycznymi, kulturowymi i gospodarczymi. W latach 1919-1920 na obszarze tym toczyły się walki zakończone arbitrażem Rady Ambasadorów mocarstw sprzymierzonych.

 

Na mocy umowy Czechosłowacji przypadła bardziej uprzemysłowiona część Śląska Cieszyńskiego, w dodatku z przewagą ludności polskiej – zwłaszcza w dwóch powiatach, określanych odtąd mianem Zaolzia. Polska zgłaszała pretensje niepozbawione podstaw, że rząd w Pradze wymusił na niej podpisanie krzywdzącego traktatu, wykorzystując trudne położenie II RP, toczącej właśnie wojnę z Rosją.

 

Mimo to w następnych latach doszło do względnie harmonijnej współpracy. Pogorszenie relacji nastąpiło dopiero w połowie następnej dekady. Polska zaczęła przypominać swoje roszczenia do spornych terytoriów. Gdy we wrześniu 1938 r. Hitler stanął w obronie rzekomo prześladowanej w Czechosłowacji mniejszości niemieckiej, Anglia i Francja poparły koncepcję rewizji granic kraju. Szef polskiej dyplomacji Józef Beck zażądał wówczas od prezydenta Edvarda Beneša, by mieszkańcy Zaolzia mogli korzystać z tych samych przywilejów, które staną się udziałem Niemców Sudeckich.

 

Ruszyła gigantyczna kampania propagandowa pod hasłem „powrotu Śląska Zaolziańskiego do macierzy”. W miastach i miasteczkach prorządowy Obóz Zjednoczenia Narodowego organizował masowe wiece, śpiewano hymn narodowy i „Pierwszą Brygadę”, na transparentach pisano: „Cudzego nie chcemy, swoje odbierzemy”, wieszano flagi, w kościołach odprawiano dziękczynne msze i bito w dzwony. Mówcy pomstowali na „bestialstwo Czechów” rzekomo terroryzujących przedstawicieli polskiej mniejszości i przypominali o jej prawie do samostanowienia. Radio nadawało wojskowe marsze przerywane wiadomościami i przemówieniami polityków. „Przebrała się miara polskiej cierpliwości – wtórowały gazety – byliśmy cierpliwi, bo pewni słuszności swych żądań i siły. Teraz żądamy tylko tego, do czego prawa nikt nam odmówić nie może: zwrotu jak najszybszego zagrabionej ziemi”.

 

POPARCIE Z GŁĘBI SERCA

 

Prorządowa „Gazeta Polska” codziennie drukowała dziesiątki relacji utrzymanych w poetyce znanej później z czasów PRL: „Dziś wieczorem we wszystkich miastach Zagłębia Dąbrowskiego odbyły się wielkie zgromadzenia manifestacyjne pod hasłem »Dla braci za Olzą«. Manifestacja w Sosnowcu odbyła się na placu 11 Listopada. Już przed wyznaczoną godziną zaczęły się gromadzić niezliczone tłumy mieszkańców miasta. Na manifestację przybyły również organizacje ze sztandarami oraz grupy robotników w strojach zawodowych. Do 40-tysięcznego tłumu ludności wygłosił przemówienie prezes zarządu głównego Towarzystwa Pomocy Polakom Za Granicą p. Uhlig i prezydent miasta Kaczkowski, po czym odczytana została rezolucja, aby zwrócić się do rządu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej z gorącym apelem, aby w godzinach historycznych decyzji użył wszelkich środków dla osiągnięcia zwycięskiego celu przez naszych rodaków zza Olzy. Rezolucje przyjęto entuzjastycznie. W czasie przemówień oraz po odczytaniu rezolucji rozległy się okrzyki nawołujące do pośpieszenia z pomocą ludności polskiej zza Olzy”.

 

W miarę rozwoju sytuacji, gdy stało się jasne, że Praga będzie musiała ulec żądaniom Hitlera, rezolucje i artykuły stawały się coraz bardziej radykalne. Złożoną przez Beneša propozycję rozmów odrzucono z oburzeniem. „Na terenie całej Rzeczypospolitej Polskiej odbywają się spontaniczne manifestacje, w których jednogłośnie domagano się nie rokowań, ale czynu zbrojnego” – pisał wydawany przez franciszkanów „Mały Dziennik”.

 

Antyczeskie pogróżki wypełniły prasowe łamy: „Dość prowokacji czeskich”; „Dość krętackiego kunktatorstwa Pragi”; „Dobrowolnie albo siłą weźmiemy Zaolzie”. „Gazeta Polska” obwieszczała: „Przebudowa granic monstrum czesko-słowackiego, które stało się ogniskiem największych niebezpieczeństw dla pokoju Europy, wchodzi w końcową fazę konkretnych realizacji”. W Warszawie tłum obległ ambasadę czechosłowacką, skandując: „Precz z Czechami!”; „Precz z forpocztą bolszewizmu w Europie!”.

 

22 września na pl. Piłsudskiego w Warszawie zgromadził się 250-tysięczny tłum – była to największa manifestacja w dziejach II RP. Po wysłuchaniu przemówienia szefa OZN, gen. Stanisława Skwarczyńskiego, zebrani ruszyli w stronę Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych, wznosząc okrzyki: „Niech żyje Śmigły-Rydz” i „Wodzu, prowadź na Czechy”.

 

WSTAWANIE Z KOLAN

 

Mimo zabiegów Becka przedstawiciele Polski nie zostali zaproszeni na konferencję w Monachium, gdzie 30 września cztery mocarstwa wymusiły na Czechosłowacji odstąpienie części terytorium III Rzeszy. Kwestię zaspokojenia polskich roszczeń postanowiono odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość. Warszawa nie zamierzała jednak czekać.

 

Tego samego dnia krótko przed północą ambasador polski w Pradze przedstawił 12-godzinne ultimatum w sprawie zrzeczenia się przez Czechy Zaolzia. Nazajutrz zostało przyjęte. Wkroczenie wojsk pod dowództwem gen. Władysława Bortnowskiego było w istocie operacją administracyjną – armia miała jedynie nadzorować ewakuację czeskich urzędów, posterunków policji itp. Mimo to na moście w Cieszynie urządzono defiladę zwycięstwa. Witane przez wiwatujący tłum, po „usypanym przez dzieci kobiercu z kwiatów” jechały czołgi i artyleria. Kobiety rzucały się na szyje maszerującym żołnierzom. Przy dźwiękach „Warszawianki” dokonano obalenia słupów granicznych, niesionych następnie przez tłum ulicami miasta.

 

Radość wyzwalanych Polaków była szczera i z pewnością zrozumiała, jednak patriotyczne uniesienie nieraz znajdowało też wyraz w manifestacjach pogardy wobec Czechów. Postawom tym przyklaskiwała prasa bukowa, zwłaszcza „Kurier Czerwony”, który – choć zwykle drukował opisy morderstw i tandetne romanse – teraz uderzył w nacjonalistyczny ton. Szydzono z prezydenta Edvarda Beneša, pokpiwano z ewakuacji czeskich urzędników, napawano się „końcem czechizacji Śląska”.

 

Chociaż krajowa propaganda zachłystywała się podziwem dla dalekowzroczności rządu, aneksja Zaolzia poważnie nadszarpnęła reputację Polski w Europie. Edward Raczyński, ambasador Polski w Londynie, zanotował w swoim dzienniku: „Prasa i parlament oszczędzają nas, ale cały »teren« staje się w stosunku do nas zimny i wrogi. Taki nastrój panuje wobec nas w Foreign Office. Z »miasta« otrzymuję listy anonimowe i listy podpisane z gorzkimi zarzutami, obelgami albo szyderczą ironią. Wybitniejsi politycy unikają spotkania ze mną”. Z kolei Jerzy Łukasiewicz, przedstawiciel Polski w Paryżu, pisał w depeszy do kraju: „Georges Bonnet [minister spraw zagranicznych] prosi, aby rząd polski liczył się z powagą sytuacji i swoją akcją nie stworzył wrażenia, że postępuje analogicznie z Hitlerem”. Jak przyznał Łukasiewicz, gdy telefonicznie omawiał z Bonnetem treść polskiego ultimatum wobec Pragi, zdenerwowany minister rzucił słuchawką.

 

MOCARSTWO NA PAPIERZE

 

W Polsce głosy krytyczne wobec aneksji Zaolzia należały do rzadkości. Trudno wyrokować, czy świadczyło to o powszechnej jednomyślności, czy raczej wynikało z ograniczeń, jakie rząd nakładał na prasę. „Celem uniknięcia białych plam ograniczamy się do przedstawienia naszych poglądów w formie jak najbardziej wstrzemięźliwej” – pisał aluzyjnie socjalistyczny „Robotnik”. W połowie września polityk PPS Mieczysław Niedziałkowski ubolewał na łamach tej gazety, że „spikerzy Polskiego Radia są mało rycerscy w stosunku do narodu sąsiedniego, przeżywającego nieskończenie ciężkie chwile”, a w kolejnych numerach zamiast komentarzy poświęconych Czechosłowacji zaczęły się pojawiać puste szpalty – ślady cenzorskich ingerencji.

 

Poparcie dla oficjalnej propagandy wymuszano różnymi metodami. Gdy Ksawery Pruszyński opublikował w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym” pełen współczucia reportaż z Pragi zatytułowany „Tragiczny dzień dziejów Czech – dzień zawodu, przeddzień rozbioru”, tłum „oburzonych studentów” zdemolował warszawskie biuro redakcji.
Chociaż prorządowi dziennikarze piszący o polskich roszczeniach zapewniali: „nie należy wnioskować, żeśmy się umówili z Niemcami”, to w niektórych artykułach pobrzmiewała wyraźna życzliwość wobec państw Osi: „Znalazły się jednak państwa, które wykazały pełne zrozumienie dla żądań Polski. Tak więc stanowisko rządu niemieckiego było zgodne z tym, co kanclerz Hitler postawił jako warunek gwarancji granic czechosłowackich w Monachium [chodziło o zaspokojenie polskich roszczeń]. Szczególnie sympatyczne były odwiedziny w ministerstwie spraw zagranicznych ambasadora japońskiego, który wyraził życzenie swego rządu, aby słuszne interesy narodu polskiego zostały zrealizowane”.

 

Wśród sanacyjnych publicystów – a zapewne też polityków – nie brakowało takich, którym imponowała skuteczność Hitlera. Komentując Monachium, wspominano zakończony tydzień wcześniej wielki parteitag w Norymberdze. Wychwalano militaryzację narodu, który zjednoczony wokół swej armii i swego marszałka potrafi „uderzyć w czyn”. „Doniosłe wypadki dni ostatnich, jakie rozegrały się na terenie Europy, pouczyły nas, że tylko te państwa i narody odnoszą dzisiaj sukcesy i zwycięstwa, które umieją »maszerować« – pisał „Kurier Czerwony” – umieją w jednolitych karnych zastępach iść za swymi wodzami, ich woli podporządkowując wolę milionów obywateli. Z chwilą odniesienia świetnego sukcesu w sprawie powrotu prastarej ziemi polskiej na łono Macierzy (…) życie całej Polski we wszystkich dziedzinach winno zewrzeć się w karne kolumny marszowe, które twardym, miarowym, rytmicznie wybijanym krokiem pójdą ku wyżynom coraz trudniejszych osiągnięć”.

 

Dla rządzących wartość ekspedycji Bortnowskiego leżała nie tylko w zdobyczach terytorialnych. Liczyło się przede wszystkim „zwycięstwo idei mocarstwowej”, rozumiane jako dołączenie do grona potęg europejskich. Piłsudczycy przeglądali się w lustrze własnej propagandy. „Odzyskanie Śląska Zaolziańskiego niezbicie wykazuje mocarstwowe stanowisko, które Polska uzyskała dzięki swej niezależnej polityce” – głosiła odezwa OZN.

 

Źródłem szczególnej dumy był fakt, że aneksji dokonano bez oglądania się na Ligę Narodów i wbrew sprzeciwom europejskich sojuszników. Oto Polska, ignorując traktaty i dyplomatyczne naciski, pokazała światu, że trzeba się z nią liczyć i ją szanować. „Odrzucamy wszelkie wtrącanie się w nasze sprawy niepowołanych »profesorów«” – odgrażał się „Kurier Czerwony”.

 

„Nierealni doktrynerzy wyobrażali sobie, że traktaty są wieczne, zamykając oczy na dynamikę realnego układu sił” – pisał w „Gazecie Polskiej” jeden z głównych ideologów sanacji Zdzisław Stahl. „Żadna z tych uwodzicielskich utopii nie uwiodła polityki polskiej, odkąd ster jej został ujęty w dłonie Wodza Narodu, rozumiejącego jasno interesy własnego państwa i rzeczywiste prawa, rządzące historią Europy. Od lat już polityka nasza, jeśli chodzi o stosunki międzynarodowe, umiała wyprowadzić wnioski realne ze zmieniającego się układu sił i przeszła do porządku nad bezsilną procedurą genewskich konferencji i paragrafów”.

 

Tylko nieliczni potrafili wówczas dostrzec, że kraj zmierza ku katastrofie, zaś argumenty, po które sięga dyplomacja Becka, są obosieczne. „Wychodzę z tych dwu miesięcy jakaś zdruzgotana duchowo” – notowała w dzienniku Maria Dąbrowska. „Jurek Stempowski powiedział: »Ta aneksja jest wstępem do nowego rozbioru Polski«”.

 

Rok później, już podczas prawdziwej wojny, gen. Bortnowski dozna załamania nerwowego i odmówi dowodzenia powierzoną sobie armią Pomorze, a marszałek Rydz-Śmigły ucieknie z kraju.

„Świat nie z tego świata” (wywiad z prof. Marcinem Wodzińskim na temat chasydyzmu), „Polityka” nr 39 / 2018

Prof. Marcin Wodziński opowiada o dawnych i współczesnych chasydach, o badaniu ich zamkniętej społeczności i o tym, że duchowość można mapować.

chasydzi.jpg

Chasydzi w Leżajsku. Stanisław Ciok / Polityka

 

Agnieszka Krzemińska AGNIESZKA KRZEMIŃSKA: – Dla większości chasyd to pejsaty ortodoks w mycce i czarnym chałacie. Mieszka w Nowym Jorku, Jerozolimie, Antwerpii i przyjeżdża do Leżajska albo Humania na groby cadyków. Tymczasem pan odkrywa całkiem nowy świat chasydów. Skąd ta fascynacja?

 

PROF. MARCIN WODZIŃSKI: – Zaczęło się od cmentarzy. Ponad 30 lat temu pojechałem na wakacje na wschód Polski i odkryłem na żydowskich cmentarzach dziwne budki pełne karteczek. Były to ohele na grobach cadyków z kwitlami, czyli prośbami do nich zostawionymi przez Żydów, którzy z końcem lat 80. XX w. znów zaczęli przyjeżdżać do Polski. Nie było Wikipedii, a ja koniecznie chciałem się o nich dowiedzieć czegoś więcej.

 

Jakże gorliwie, właśnie wyszło trzyczęściowe opus magnum o chasydyzmie, w którym podjął się pan zmapowania ich duchowości. To w ogóle możliwe?

 

Aby pokazać dyfuzję zjawisk religijnych, odszedłem od klasycznych map obrazujących zjawiska religijne, pokazujących głównie drogi wybitnych jednostek, i skupiłem się na śledzeniu ruchów całych grup wyznawców. To pozwoliło zwizualizować tendencje religijne na poziomie meta. Nie byłoby to możliwe bez Geographic Information System (GIS), czyli cyfrowej humanistyki. Dziś do komputera wprowadza się ogromne bazy danych oraz koordynaty geograficzne, co uwidacznia zjawiska, których mózg człowieka nie potrafi ogarnąć. W ten sposób mogła powstać mapa 130 tys. współczesnych rodzin chasydzkich i inne mapy w atlasie, którymi staram się uchwycić związki między przestrzenią a duchowością i pokazać, że chasydyzm nie rozwija się w oderwaniu od miejsca. Przeciwnie – w zależności od form ekspansji terytorialnej przyjmuje różne formy duchowości.

 

Judaiści zachwycają się pana egalitarnym podejściem do chasydyzmu. To coś nowego?

 

Studia nad chasydyzmem skupiały się dotąd na cadykach, ponieważ ich życie jest lepiej udokumentowane, a ruch opiera się na ich kulcie. Przy takim podejściu traci się jednak perspektywę, bo nawet jeśli w centrum chasydzkiej duchowości jest cadyk, to przecież chasydyzm tworzą jego wyznawcy, więc jeśli nasza uwaga koncentruje się tylko na cadyku, gubi się rzeczywisty ruch chasydzki za nim stojący. Chasydyzm jest ciekawy, bo łączy elitarność z egalitarnością. Obok muzułmańskiego sufizmu to największy na świecie ruch masowego mistycyzmu, gdy jego badanie ogranicza się do wybitnych jednostek, umyka masowość. Próbuję to zmienić. Druga rzecz, na którą zwracam uwagę, to fakt, że ruch chasydzki, choć transterytorialny, jest jednocześnie bardzo lokalny. Innymi słowy, jest on na poziomie teologicznym zakorzeniony w tysiącletnich tradycjach judaistycznych, ale formy jego duchowości, obrzędowość ukształtowała Europa Wschodnia. W geografii wyobrażonej – czyli tej, którą mamy w głowach i która niekoniecznie odpowiada fizycznemu i aktualnemu ukształtowaniu przestrzeni – chasydzkie dynastie biorą nazwy wschodnioeuropejskich miast – polskich, węgierskich czy rumuńskich. Do dziś bowiem utożsamiają się ze światem Europy Wschodniej, choć jest to przestrzeń bliższa tej XIX-wiecznej niż tej istniejącej.

 

Choć nie każdy ortodoks to chasyd, współcześnie to właśnie on stanowi synonim ortodoksa, tymczasem na początku uważano ich chyba za wywrotowców i heretyków?

 

Historiografia odchodzi od przekonania, że chasydyzm był ruchem wywrotowym. Przekonanie to zawdzięczamy mitnagdim, czyli Żydom, jak Eliasz Gaon z Wilna, którzy walczyli z chasydami. Z tym że to był spór w rodzinie, w końcu hebrajskie słowo chasid oznacza pobożny, a judaistycznych ruchów pobożnościowych było dużo.

 

Gaon przewodził ruchowi pietystyczno-ascetycznemu, a domniemany twórca chasydyzmu Israel Baal Szem Tow i jego uczniowie byli przekonani, że asceza zabija duchowość, i rozwijali koncepcje radosnego służenia Bogu przez cielesność. Według nich nawet odpowiednio wykonywana praca, jedzenie, taniec czy śpiew mogą być formą pobożności. To był pierwszy punkt niezgody z ascetami, drugim była kwestia masowości – chasydyzm polski od początku dążył do upowszechniania ich form ekstatycznej pobożności, podczas gdy konkurencyjne grupy były ekskluzywne i elitarne.

 

Czyli głosili, że każdy może być mistykiem?

 

Zwykły pończosznik może być świętszy niż rabin. To było w XVIII-wiecznym judaizmie rewolucją, bo odwracało tradycyjny porządek, w którym najwyższą wartością religijną było studiowanie świętych ksiąg, na co znów mogła sobie pozwolić tylko wąska elita. To wystraszyło antychasydzkich oponentów skupionych wokół Gaona. Ale chasydzka rewolucja w systemie wartości nigdy nie została przetłumaczona na prawdziwą rewolucję społeczną. Konflikt w grupie mistyków żydostwa polskiego zamarł na początku XIX w. Przy czym należy pamiętać, że przez cały czas większość Żydów nie była ani chasydzka, ani antychasydzka, tylko ambiwalentna albo indyferentna.

 

Według historyków chasydyzmów było kilka i każdy wyrósł w wyniku kryzysów: w antyku, gdy zagroził judaizmowi hellenizm; w średniowieczu podczas pogromów, zaraz i wypraw krzyżowych, a chasydyzm polski to efekt kryzysu XVII w.

 

Takie przekonanie pokutuje, bo historycy lubią posługiwać się w opisie historii żydowskiej dwoma modelami: tzw. łzawym, wyjaśniającym całe dzieje żydowskie jako pasmo cierpień, oraz modelem wkładu cywilizacyjnego, podkreślającym dobroczynny wpływ Żydów na kulturę świata. Pierwszy model świetnie tu pasował: najpierw Chmielnicki morduje Żydów, a potem rodzi się chasydyzm. Tyle że chasydyzm polski rozwinął się w drugiej połowie XVIII w., kiedy społeczność żydowska miała się całkiem nieźle. Międzybóż, w którym mieszkał Baal Szem Tow, miał międzynarodowe kontakty handlowe, a on sam był wynajętym przez gminę żydowską szanowanym mistykiem i szamanem. Powstałe wokół niego i jego następców grupy uzyskały świadomość odrębności, dopiero gdy Gaon z Wilna w 1772 r. nazywał je heretyckimi. Opozycja mitnagdim stworzyła chasydyzm 150 lat po powstaniu Chmielnickiego. To tak, jakby wyjaśniać dzisiejszą sytuację polityczną kontekstem powstania styczniowego!

 

A rozbiory nie miały wpływu na umocnienie chasydyzmu?

 

Raczej kryzys związany z początkami nowoczesności, bo skończył się stanowy system feudalnej organizacji społeczeństwa Europy Wschodniej, w którym gminy żydowskie, tzw. kahały, rządziły się własnymi prawami. Nowoczesne państwa starały się na nowo zagospodarować żydowskich obywateli.

 

Jeszcze przed rozbiorami państwo polskie próbowało przeprowadzić reformę centralizującą. Po rozbiorach sytuacja Żydów różniła się w zależności od zaboru, np. Austriacy zmienili kahały w coś na kształt parafii. Wszystkie państwa jednak odbierały Żydom prawo do samoorganizacji. Chasydyzm jako forma nowoczesnej kolektywności, rozumianej jako organizacja społeczności żydowskiej, był odpowiedzią na centralizację państw i związane z tym wyzwania.

 

Kolektyw zgromadzony wokół cadyków?

 

Tyle że w przeciwieństwie do kahałów dobrowolny i transterytorialny, bo każdy mógł sobie wybrać własnego cadyka, który mu z jakichś względów bardziej odpowiadał, i tak mieszkaniec Pińska mógł mieć cadyka pod Warszawą. Jednak w XIX w. większość zostawała przy cadykach swych ojców, a syn cadyka przejmował zawód po rodzicielu. Ten model dynastyczny stał się z czasem dominujący, ale mogło być i tak, że kilku synów cadyka działało już za jego życia, konkurując lub dzieląc między siebie władzę.

 

Brzmi, jakby cadyk był nie tyle przywódcą duchowym, ile udzielnym władcą?

 

Niektórzy cadykowie żyli w przepychu na dworach przypominających rezydencje magnackie, jednak wizja władcy terytorialnego nie do końca pasuje, bo w kategoriach religijnych cadyk jest bliższy prawosławnemu świętemu mężowi. Z analizy kwitli przynoszonych na audiencję wynika, że wyznawcy prosili cadyka o cud – głównie o zdrowie i potomka, ale też o radę i wstawiennictwo, np. w znalezieniu pracy. To oznacza, że elementy cudowności i przyziemności po prostu się uzupełniały.

Może dwory cadyków były pyszne, ale sami chasydzi nosili się skromnie i jednolicie.

Rodzaj deklaratywnego antyestetyzmu nie dotyczy cadyka, który wygląda i mieszka inaczej niż jego wyznawcy. Zresztą strój chasydzki jest zunifikowany tylko w oczach niewtajemniczonych, bo każdy chasyd potrafi bezbłędnie określić, do jakiej dynastii należy dana osoba, czasami po tak małym elemencie jak węzełek na tasiemce kapelusza.

 

Te ostatnie zresztą są do dziś ważne i tak fedorę nosi dynastia Chabad-Lubawicz z Białorusi, kapelusze płaskie i okrągłe – dynastie węgierskie, a wysokie – galicyjskie. Dlatego mówi się coraz częściej o chasydyzmach, bo mamy do czynienia ze sporymi różnicami rytualnymi i zewnętrznymi. W atlasie nie ma mapy strojów poszczególnych dynastii, ale pracuję nad nią.

 

Za to obliczył pan, że dziś jest ponad 100 dynastii, z czego najliczniejsza jest węgierska Satmar z 26 tys. rodzin, Chabad-Lubawicz z 16 tys. i Ger z Góry Kalwarii, licząca ich 12 tys. Powstała nawet mapa ulic w Jerozolimie, Bnei Brak i Nowym Jorku, na jakich mieszkają cadykowie. Jak gojowi udało się zdobyć te informacje?

 

Badania terenowe w Izraelu i w USA prowadzili współpracownicy pochodzący ze świata chasydzkiego. Spis cadyków i unikatowa mapa współczesnych chasydzkich rodzin powstały na podstawie ponad 40 chasydzkich książek telefonicznych, które – przyznam – niełatwo było zdobyć. Dzięki wielu życzliwym ludziom udało się określić demografię i geografię współczesnego chasydyzmu.

 

W USA, Kanadzie i Izraelu stanowią oni dziś ok. 5 proc. populacji żydowskiej; 10 proc. w Wielkiej Brytanii, wyjątkiem jest Belgia, gdzie co trzeci Żyd jest chasydem, przy czym większość mieszka w Antwerpii. Natomiast w Polsce, przed drugą wojną światową największym skupisku chasydyzmu, mamy zaledwie dwie rodziny Chabad-Lubawicz i jedną Aleksander, z Aleksandrowa Łódzkiego.

 

Na pana mapach doskonale widać stopniowe przesuwanie się chasydów ze wschodu Europy na zachód, a po pierwszej wojnie światowej Warszawa i Wiedeń stały się ich głównymi centrami. Jak to wpłynęło na chasydyzm?

 

Metropolizacja sprawiła, że klasyczny chasydyzm się skończył, a duchowość chasydzka uległa diametralnej zmianie. W XIX w., kiedy cadyk mieszkał w odległym miasteczku i trzeba było do niego specjalnie się wyprawić, pielgrzymka była czymś wyjątkowym, podobnie jak audiencja u niego. Gdy po pierwszej wojnie światowej wielu cadyków przeniosło się do wielkich miast, ich relacja z mieszkającymi po sąsiedzku wyznawcami przestała być tak odświętna. Pojawił się chasydyzm „à la carte” – chasyd mógł sobie wybierać i raz spędzać szabat w sztyblu jednego, a raz drugiego cadyka.

 

Na to nałożył się kryzys demograficzny i masowe zeświecczenie Żydów. Podczas gdy większość rozluźniła zasady, mniejszość odpowiedziała na to fundamentalizacją. Nic dziwnego, że wielu miało wrażenie upadku chasydyzmu.

 

Jak Martin Buber, który z sentymentem opisał nieistniejący już, wyidealizowany świat XIX-wiecznych chasydów w „Opowieściach rabina Nachmana” w 1906 r.

 

To był wówczas modny nurt w kręgach intelektualistów żydowskich. Ale Buber swą wizję chasydyzmu jako filozofii dialogu publikował głównie po Holokauście, kiedy wydawało się, że chasydyzm należy do przeszłości, że Holokaust bezpowrotnie go zniszczył. Dziś wiemy, że pogłoski o jego śmierci były przedwczesne. Dzięki szybkiemu wzrostowi demograficznemu, a w przypadku dwóch grup również pozyskiwaniu nowych zwolenników spoza tradycyjnych rodzin chasydzkich, liczba chasydów rośnie. Ubocznym skutkiem kryzysu Holokaustu jest jednak poczucie zagrożenia. Wtedy, jak każda zagrożona mniejszość religijna, chasydzi zaczęli się izolować i definiować jako grupa depozytariuszy religijnej prawdy, co zresztą jest naturalnym mechanizmem zamkniętych wspólnot, tłumaczącym sens przynależności do nich.

 

Szczególnie jeśli się jest kobietą, której swoboda życiowa jest bardzo ograniczona.

 

Świat chasydów jest wybitnie patriarchalny, proszę jednak pamiętać, że role genderowe są w nim ściśle wyznaczone dla obydwu płci, mężczyzna też żyje wedle precyzyjnie określonych reguł. Ale faktycznie do końca XIX w. kobiety były poza chasydyzmem. To nie wykluczało jakichś form zainteresowania nim z ich strony oraz jego wpływu na ich życie, ale instytucjonalnie były z niego wykluczone.

 

Czyli chasydyzmowi bliżej do bractwa niż do powszechnego ruchu religijnego?

 

I to bractwa definiowanego raczej przez praktykę niż teologię. Oczywiście kobieta mogła czerpać satysfakcję z przynależności jej męża do tego bractwa, mogła go nawet w tym wspierać, ale to nie czyniło z niej jego członka.

 

Czy w takim razie bycie chasydem nie upośledza życia rodzinnego – mąż, którego wiecznie nie ma, bo kontempluje Boga z cadykiem lub z braćmi w wierze?

 

Bez przesady. Po pierwsze, nie było to aż tak częste, poza tym można na to spojrzeć jako na zjawisko wzmacniające pozycję kobiet, bo to one pod nieobecność męża podejmowały decyzje.

 

Zresztą chasydzi nie byli jedynymi mężczyznami przebywającymi stale poza domem. W tradycyjnym domu żydowskim kobiety sprzedawały w sklepie, mężczyźni zaś wyprawiali się po towar. Zwykle wracali do domu na szabat i święta. Zdarzało się, że chasydzi nie wracali do domu na któreś święto, bo spędzali je ze swoim cadykiem. Nie była to jednak jakaś radykalna różnica między światem chasydów i niechasydów, jak to przedstawiano w literaturze antychasydzkiej, np. w opowiadaniach braci Singerów.

 

W zeszłym roku na Brooklynie po raz pierwszy została mianowana sędzią chasydka Rachel Freier. Czyżby dziś kobiety mogły więcej?

 

Nie wszędzie, ale na początku XX w. zmienił się stosunek chasydów do kobiet wraz ze wzrostem świadomości, że chcąc przetrwać, muszą rozwinąć nowe formy obrony własnej tożsamości. A tę dzieciom przekazują matki. Z inicjatywy reformatorki Sary Szenirer pojawiła się w Krakowie w 1917 r. pierwsza szkoła dla dziewcząt żydowskich z ortodoksyjnych rodzin. System szkół Beis Jaakow funkcjonuje do dziś. Z drugiej strony fundamentalizacja, jaka dokonała się po Holokauście, sprawiła, że współczesny chasyd częściej niż wcześniej rozgląda się za żoną dla syna wśród córek współwyznawców.

 

Mosche Idel, badacz mistycyzmu żydowskiego, napisał, że pana atlas to kamień milowy w badaniu chasydyzmu, bo obraz wart jest tysiąc słów, a mapa – milion; natomiast Olga Tokarczuk, autorka „Ksiąg Jakubowych”, nazwała go rewolucyjnym, bo pokazał jej aspekty świata chasydów, o których nie miała pojęcia.

 

Ta ostatnia recenzja cieszy mnie najbardziej, bo daje nadzieję, że album jest nie tylko dla akademików. W dodatku w nagrodzonych w tym roku Bookerem „Biegunach” Tokarczuk napisała, że najlepszym sposobem na wyleczenie z melancholii jest oglądanie map, co wziąłem sobie jako swoje prywatne motto. Bo trzeba wiedzieć, że wedle chasydów melancholia to najcięższy z grzechów.

 

Ale album zaczyna pan wierszem Szymborskiej „Lubię mapy bo kłamią, bo nie dają dostępu napastliwej prawdzie, bo wielkodusznie i z poczciwym humorem rozpościerają mi na stole świat nie z tego świata”. To może i pana mapy kłamią?

 

Mówią o świecie nie z tego świata. To jest ostatni wiersz Szymborskiej, który pisała, patrząc już na mapę tamtego świata. Ale jednocześnie to jest ten świat, na który patrzą też chasydzi.

 

ROZMAWIAŁA AGNIESZKA KRZEMIŃSKA

 

***

Prof. Marcin Wodziński, kierownik Katedry Judaistyki na Uniwersytecie Wrocławskim, jest wybitnym badaczem chasydyzmu i autorem wydanej w tym roku fundamentalnej trylogii chasydyzmu „Historical Atlas of Hasidism” (Princeton University Press), „Hasidism Key Questions” (Oxford University Press) oraz „Studying Hasidism: Sources, Methods, Perspectives” (Rutgers University Press). Atlas, książka i podręcznik będą wydane po polsku w wydawnictwie Austeria w przyszłym roku.

„Nie dam się wyrzucić z Polski” (wywiad z Jonnym Danielsem) „Sieci” nr 39 / 2018

daniels.jpeg

 

W tych atakach na mnie czuć dziwną rękę, to jest wyraźny zapach rosyjskich trolli. Musimy mieć świadomość, gdzie jesteśmy i w którym momencie. Jeśli spojrzymy na okres od zwycięstwa PiS do dziś, i jeśli mamy w głowie, że zbliżają się wybory, to nie możemy wykluczyć żadnej możliwości

 

Z Jonnym Danielsem założycielem i prezesem fundacji From The Depths, zajmującej się relacjami Polaków i Żydów, rozmawia Jacek Karnowski

 

Co się dzieje? Ktoś przeciął opony w pana samochodzie, otrzymuje pan także groźby. Do tego można mówić o swoistej nagonce w mediach społecznościowych.
Jonny Daniels: Rzeczywiście, ostatnio musiałem się zmierzyć z falą agresywnych ataków. To zaczęło się jakieś cztery, pięć miesięcy temu. Nie mam pełnej jasności, skąd wychodzą te ataki. Na pewno biorą w nich udział ludzie powiązani z ekstremistyczną prawicą, ze środowiskami w sumie marginalnymi. To zresztą część szerszego procesu, bo ci ludzie atakują wszystkich, których uważają za choćby nieco inaczej myślących lub mających inne wyobrażenie Polski. Ataki na moją osobę są związane z szerszym problemem rasizmu, antysemityzmu, nienawiści.

Z czym wiąże pan pojawienie się tych ataków?

Jest dla mnie jasne, że cała historia związana z ustawą o IPN; jej przyjęcie, a później wycofanie się z niektórych zapisów, bardzo zaszkodziły relacjom polsko-żydowskim. Ale ta sprawa ośmieliła także niektórych ludzi, którzy jeszcze dwa lata temu wstydziliby się głosić publicznie to, co dziś wypisują w swoich tweetach.

Z polskiej perspektywy sporo złego wyrządziła także niewspółmierna reakcja Izraela i środowisk żydowskich, która nakręciła emocje i która sprawiała wrażenie ataku na Polskę przy użyciu wątpliwego pretekstu.
Mówię jasno: nienawiść jest obecna po obu stronach. W Polsce ludzie nie wiedzą, jak ostro jestem atakowany przez skrajną lewicę w Izraelu, przez marginalne, ale głośne środowiska. To są na razie ataki słowne, ale one są faktem. Mam wrażenie, że obie te grupy – skrajna polska prawica i skrajna lewica izraelska – są swoistymi partnerami w ataku na mnie, a szerzej na ludzi, którzy burzą ich obraz świata. Niektóre zarzuty, które słyszę w Polsce, zostały spreparowane przez ludzi mi niechętnych w Izraelu. Sytuacja jest absurdalna: osoby, które atakowały mnie za kontakty z polskim rządem, za spotkania z ojcem Tadeuszem Rydzykiem, za chęć dialogu, teraz faktycznie współpracują z takimi polskimi antysemitami, jak ci, którzy atakują mnie w sieci.

Jest więc pan problemem dla przeciwników dialogu w obu krajach.

Tak. Dotyczy to również wielu środowisk diaspory żydowskiej. I doskonale wiem, dlaczego jestem problemem dla skrajnej lewicy izraelskiej. To zostało wyłożone w kilku oświadczeniach i listach, oficjalnie podpisanych i opublikowanych. Otóż jestem postrzegany jako ktoś, kto przeszkadza w realizacji roszczeń majątkowych wobec Polski. Jako ktoś, kto niszczy lewicowy monopol w obszarze relacji polsko-żydowskich. Monopol, który trwał przez ostatnie 30 lat.

Ten monopol wiązał się z narzucaniem wykrzywionego spojrzenia na relacje polsko-żydowskie.
Edward Mosberg, urodzony w Krakowie Żyd, cudem ocalały z Holokaustu, wielki przyjaciel Polski i Polaków, bardzo mądry człowiek, powiedział mi ostatnio: „Jonny, oczywiście, że były także zdarzenia tragiczne, byli Polacy, którzy mordowali Żydów, byli szmalcownicy, byli źli ludzie, ale to wszystko zostało rozdęte poza wszelkie proporcje, do tego wyjęte z kontekstu niemieckiej okupacji”. I dodaję już od siebie, że te tragiczne zdarzenia wpisano w swoistą grę, której celem jest uzyskanie czegoś od Polski i w której ramach należy Polskę stale atakować. Ukrytym założeniem tego mechanizmu jest blokowanie prawdziwego dialogu. A przecież nasze narody muszą ruszyć do przodu. Musimy otwarcie i uczciwie omawiać dzielące nas kwestie. Nie możemy się godzić na kłamstwa ani manipulacje. Tak postrzegam swoją misję.

Zarzuca się jednak panu, że jest pan przeciwny dokończeniu ekshumacji w Jedwabnem, która mogłaby ostatecznie wyjaśnić wydarzenia z 1941 r.
Tak, jestem przeciw ekshumacji i nie zmienię zdania w tej sprawie. Ale mówię też jasno: moje stanowisko ma źródło religijne. Nie jestem zapewne najbardziej religijnym z Żydów, ale wierzę w Boga, wierzę w życie pośmiertne i uznaję żydowską zasadę, że jeśli ciało zostało pogrzebane, to powinno zostać pozostawione w spokoju. Ciało jest złączone z duszą i każde naruszenie szczątków wpływa na duszę. Ci ludzie dość już wycierpieli, nie powinni być więcej nękani. W tym kontekście czasem wykorzystuje się moje zdjęcie z ludzkimi kośćmi w ręku. Ale to manipulacja, bo zostało ono wykonane w Dobrzyniu nad Wisłą, w mieście, skąd pochodzi moja rodzina. To nie była ekshumacja, ale wyjmowanie szczątków ludzkich z Wisły, do której obsunęła się część żydowskiego cmentarza. Te szczątki zostały natychmiast ponownie pochowane pod nadzorem religijnym; to był pochówek, nie ekshumacja.
Ale Jedwabne jest miejscem szczególnym – wątpliwości co do przebiegu zdarzeń mają potężne konsekwencje.

Zdaję sobie sprawę, że to już symbol, dla obu stron, czasem instrumentalnie wykorzystywany. Ale chcę jasno podkreślić, że sprawą Jedwabnego, poza wypowiedzią dotyczącą ekshumacji, nigdy się nie zajmowałem. Jestem osobą praktyczną i uważam, że nawet jeśli zostałaby przeprowadzona ekshumacja – załóżmy, że przez wspólny zespół polsko-żydowski – i tak nie będzie powszechnej akceptacji wyników. Po co więc to ruszać? Ta sprawa ma tak wiele kontekstów i jest nią zainteresowanych tyle czynników zagranicznych, że to nie może się dobrze skończyć. Niektórzy mówią: to jest polska ziemia i możemy robić, co chcemy. Tak, to jest polska ziemia, ale czy to oznacza, że można się nie liczyć z cudzą wrażliwością? Takie jest moje zdanie, ale decyzje w tej sprawie należą do władz Polski, a w wymiarze religijnym do odpowiednich gremiów rabinicznych.

Wróćmy jeszcze do tego przecięcia opon w pana samochodzie. Jak to było?

 

Chcę podkreślić, że nie mam żadnego problemu z tym, że ktoś mnie nie lubi albo nawet ostro krytykuje. Wierzę w wolność słowa. Jestem też otwarty, nie unikam odpowiedzi na żadne pytania, udzieliłem bardzo wielu wywiadów. Nie przeszkadza mi, że ktoś tworzy strony mi poświęcone. Niestety, są ludzie, których żadna odpowiedź ani nie zadowoli, ani nie interesuje. Niektórzy hejterzy w internecie przenieśli ataki na mnie na kolejny poziom, używając wprost antysemickiej retoryki. Przekroczyli granice, fabrykując ordynarne kłamstwa i atakując także moją rodzinę. Każdy ma prawo pytać o moją działalność i moją pracę, ale sprawy osobiste, zwłaszcza dzieci, powinno się zostawić na boku. Ja sam nigdy nie sięgam po tego typu argumenty, zawsze współczuję ludziom, którzy zostali tak potraktowani, choćby ostatnio Leszek Miller. To są nikczemne zachowania.

Zdecydował się pan złożyć w tej sprawie zawiadomienie na policję.

Tak. Chodziło mi o ochronę dzieci, a także o groźby, które zacząłem otrzymywać po tym, gdy zostałem wzięty na cel propagandy ekstremistów. Były to także groźby dotyczące życia. Nie lekceważę takich spraw, uważam, że trzeba je zgłaszać. Zaparkowałem więc samochód w okolicy posterunku policji i poszedłem złożyć zawiadomienie. Gdy po załatwieniu sprawy wróciłem, dwie opony były przecięte. Sądzę, że za pomocą dużego noża; to były raczej silne dźgnięcia niż cięcie. Wróciłem więc na posterunek i złożyłem kolejne zawiadomienie.

Jakie są szanse na ustalenie sprawców?

Z tego, co wiem, policja ma już poważne poszlaki dotyczące sprawcy lub sprawców. Zastanawiam się, co by było, gdybym pojawił się przy samochodzie wcześniej, gdy ta osoba – lub osoby – wciąż tam była? Czy nie zostałbym zaatakowany? To nie są miłe myśli. To nie jest błaha sprawa: ktoś zebrał informacje na mój temat, ktoś mnie śledził, ktoś podjął ryzyko, że zostanie złapany. Nikt z nas nie przeszedłby wobec takiego zdarzenia obojętnie. Nie oznacza to, że nie sypiam dobrze. Jestem tu od czterech lat i zawsze czułem się niewiarygodnie bezpiecznie. Żyłem tak jak wszyscy wokół, nic złego nigdy mnie nie spotkało. Oczywiście z czasem stałem się dość mocno rozpoznawalny…

 

Stał się pan swego rodzaju celebrytą.
[śmiech]. Może i tak. Ta moja rozpoznawalność z pewnością także nakręca ataki.

To był pierwszy incydent, który przekraczał granicę między słowną agresją a czynem?

Tak. Mam świadomość, że 99 proc. ludzi atakujących nie tylko mnie, lecz i inne osoby w mediach społecznościowych tej granicy nie przekroczy. To nie są ludzie odważni, chowają się za pseudonimami, odreagowują swoje frustracje i niepowodzenia, siedząc przed komputerem w jakiejś piwnicy…

Albo za biurkiem w niemieckim banku.

Być może. To wolny kraj, wolność słowa jest piękna, mogą pisać, co chcą, z zastrzeżeniem, że jeśli formułuje się groźby, jeśli sięga się po przemoc, to przekracza się granicę. Wszyscy przyzwoici ludzie muszą w takich sytuacjach mówić „Dość!”.

Czy w pana ocenie za tymi atakami, za tą akcją, mogą stać jakieś inne siły? Animowanie antysemityzmu w Polsce albo kreowanie wrażenia, że jest on problemem, to stara technika naszych sąsiadów ze wschodu.

Moim zdaniem czuć w tym dziwną rękę, to jest wyraźny zapach rosyjskich trolli. Musimy mieć świadomość, gdzie jesteśmy i w którym momencie. Jeśli spojrzymy na okres od zwycięstwa PiS do dziś i jeśli mamy w głowie, że zbliżają się wybory, to nie możemy wykluczyć żadnej możliwości. Relacje międzynarodowe są sferą, w której PiS było i jest bardzo ostro atakowane. Nie chodzi wyłącznie o ustawę o IPN, ale także o tzw. zagrożenie demokracji i „praworządność”, wreszcie o rzekomy wzrost antysemityzmu. Te wszystkie tezy są rozpowszechniane na świecie przez lewicowe media, zarówno polskie, jak i zagraniczne. Ale niezależnie od tego, czy da się udowodnić aktywność jakichś ciemnych siły, czy też nie, problem prawicowego ekstremizmu w Polsce jest realny. Dla mnie to zdumiewające: kraj, który tyle wycierpiał ze strony ekstremistów, ze strony niemieckich nazistów i ze strony Sowietów, powinien wiedzieć, że to nie jest dobra zabawa.

Te środowiska mają jednak marginalny zasięg i minimalne wpływy. Nie zdobywają zbyt wielu głosów, nie mają poparcia rządzących. Choć rzeczywiście trzeba przyznać, że w pana sprawie okazały się na tyle skuteczne, że w sumie niewielu ludzi odważyło się im przeciwstawić publicznie.
Szczerze mówiąc, byłem poruszony bardzo licznymi wyrazami wsparcia, które dostałem. To były głosy ze wszystkich stron, bardzo liczne zwłaszcza ze strony prawicowego mainstreamu. Także ze strony zwykłych Polaków, którzy zatrzymują się na ulicy, by wyrazić sympatię i podziękować za to, że słyszą ze strony żydowskiej głos inny niż dotychczas. Jednocześnie jednak sądzę, że rząd musi zacząć coś robić w sprawie ekstremizmu. Nie chodzi mi o jakiekolwiek ograniczanie wolności słowa; są jednak granice, których przekraczać nie można. Zarówno prezes Jarosław Kaczyński, jak i premier Mateusz Morawiecki, z którymi miałem możność spotkać się i rozmawiać, to ludzie bardzo dalecy od jakiegokolwiek fanatyzmu. To nie są osoby, u których można znaleźć choćby jedną antysemicką kosteczkę. Odwrotnie, to przyzwoici, bogobojni ludzie, rozumiejący świat. Oni nie tylko wiedzą, że antysemityzm szkodzi Polsce, lecz także osobiście źle znoszą antysemityzm.

Wielu ludzi obawia się jednak, że walka z realnym ekstremizmem zakończy się tak jak na Zachodzie, a więc nałożeniem ciasnego kagańca politycznej poprawności, który ostatecznie zabija wolność słowa, tak ważną dla Polaków.

To prawda, nie są to obawy bezzasadne. Ale uważam, że Polska naprawdę jest wyjątkowym krajem i żaden kaganiec wam nie grozi. Podam przykład: w Polsce nie tylko prawica, lecz i wielu ludzi o poglądach lewicowych sprzeciwia się masowej imigracji z krajów islamskich. To była jedna z przyczyn zwycięstwa PiS w ostatnich wyborach. Rozumiecie, że to ważna sprawa. Podobnie jest z wolnością słowa, którą Polacy mają w genach. By walczyć z ekstremizmem, nie trzeba uciszać ludzi, nie chodzi o jakieś bardzo surowe kary. Chodzi o jasny sygnał, że pewne rzeczy są niedopuszczalne, że nie wolno grozić śmiercią, nie wolno przecinać opon. To już jest kwestia moralna. Nawet mówiąc o islamie, którego nie jestem fanem i którego wady doskonale znam, należy zachować umiar; nie każdy muzułmanin jest mordercą, każdemu należy się szacunek. To samo dotyczy Kościoła katolickiego, który jest dziś ostro atakowany za przypadki pedofilii. Jest jednak dla mnie jasne, że nie można rozciągać winy małej grupki na całą religię, na całą wspólnotę.

Ma pan wrażenie, że ktoś chce pana wypchnąć z Polski?

Absolutnie tak. Jest wiele osób, które nie życzą sobie mojej obecności tutaj. Ale ci ludzie nie zrozumieli jeszcze, że nie zamierzam się stąd ruszać. Jeśli ktoś na mnie naciska, atakuje, to walczę do końca. Jestem niewiarygodnie uparty. To jest mój wybór, że tu żyję. Podjąłem tę decyzję i jestem z tego powodu szczęśliwy.

To jest chyba jedno ze źródeł ataku na pana. Ludziom nie mieści się w głowie, że ot tak postanowił pan pomieszkać w Polsce. Myślą, że muszą się kryć za tym wielkie interesy, służby specjalne, niejawne intencje. Sugerują, że jest pan „wicepremierem”, że „nadzoruje” pan polski rząd.
Mam być rzekomo nie tylko „wicepremierem”, lecz i „wiceprezydentem”. Gdy ktoś stawia mi takie zarzuty, nie chce mi się nawet odpowiadać. To jest groteska podszyta głupotą. Jeśli ktoś zaś chce wiedzieć, dlaczego jestem w Polsce, to odpowiadam po raz kolejny: gdy przyjechałem tu pierwszy raz, od razu bardzo polubiłem to miejsce. Dobrze się tu czuję. Przecież nie jest to jakieś Timbuktu gdzieś w Trzecim Świecie. To jest duży, ważny kraj z bardzo fajnymi, miłymi ludźmi, o bogatej przeszłości, o wielkiej kulturze, z dobrym jedzeniem, z klimatem, który mi odpowiada. Jeśli stąd wyjadę, to tylko wówczas, gdy sam tak zdecyduję. Ale rzeczywiście, mam tu także ważną sprawę do załatwienia: chcę poprawić relacje polsko-żydowskie.

Internetowi hejterzy nie mogą się też nadziwić, jak to możliwe, że spotyka się pan z najważniejszymi politykami w Polsce. Takie spotkania mają dowodzić, że reprezentuje pan nie tylko siebie.
Może dlatego, że jestem po prostu miłym facetem? [śmiech] To oczywiście żart. Mówiąc poważnie – hejterzy nie rozumieją, że to, co robię, naprawdę służy Polsce. Za pomocą malutkiej fundacji From The Depths zrobiłem więcej niż sporo w obszarze relacji polsko-żydowskich. W ciągu czterech lat zaprosiliśmy do Polski ponad 200 zagranicznych dziennikarzy. Nie ma tygodnia, by nie gościł tutaj jakiś dziennikarz z Izraela. Przy jeżdżą nie tylko służbowo, by pisać, lecz także prywatnie, dla przyjemności. Bo gdy przyjadą raz i zobaczą nie tylko Auschwitz i Birkenau, lecz także Warszawę, Kraków i inne miejsca, to mówią: „Boże, co to za wspaniały kraj!”. Doszło do tego, że w tym roku ważny polityk izraelski, poseł do Knesetu, przyjechał do Polski, na Mazury, by spędzić zupełnie prywatne wakacje z całą rodziną. Czy ktoś to sobie wyobrażał? Zapraszam też polityków z USA; w sierpniu gościło tu pięciu amerykańskich kongresmenów republikańskich, którzy od razu po powrocie podjęli działania na rzecz Polski. W sumie ściągnąłem 150 parlamentarzystów z różnych krajów. Zaprosiłem też kilku liderów diaspory żydowskiej z USA; po spotkaniu z przedstawicielami polskiego rządu nie mogli ukryć konfuzji. Spodziewali się jakiś potworów, a zobaczyli cywilizowanych ludzi i porządny kraj. Dzięki temu wszystkiemu opinia o Polsce wyraźnie się poprawia. Nie przypisuję sobie wszystkich zasług, ale dołożyłem do tego dość dużą cegłę.

No dobrze, ale jak się zaprasza tak ważnych ludzi? Jakim cudem mała, niedawno założona fundacja jest w stanie to robić? Coś się za tym musi kryć.

 

Nie! Jeśli chcesz i wiesz jak, to możesz wiele zrobić nawet skromnymi środkami. Oczywiście nie jestem człowiekiem znikąd; przez cztery lata pracowałem dla członka Knesetu Danny’ego Dannona, niezwykle dynamicznego, młodego polityka, od którego wiele się nauczyłem. Ludzie pytają: „No dobra, a skąd masz na to wszystko pieniądze?”. To nie są znów tak wielkie pieniądze. Polski rząd wydał więcej na rejs żaglowca dookoła świata niż moja fundacja na to wszystko, o czym tu opowiadam. Są ludzie, donatorzy, którzy mi pomagają, zarówno Żydzi, jak i chrześcijanie.

To są donatorzy instytucjonalni?

Nie, to osoby prywatne, które podzielają mój punkt widzenia i moje cele. Powtarzam: nie są to wielkie kwoty.

Czy ma pan jakieś relacje biznesowe z państwem polskim?

Nie biorę pieniędzy od rządu. Nigdy nie ukrywałem, że pracuję jako konsultant dla LOT-u, pomagając tej firmie w nawiązywaniu różnych relacji, w kontaktach z zagranicznymi mediami, realizując to, co zleci mi zarząd. To są jednak zajęcia niezwiązane z moją fundacją; wykonuję je w ramach normalnej działalności gospodarczej. Mam też zlecenia ze strony prywatnych firm. Ale chcę jasno powiedzieć: nie jestem w Polsce dla pieniędzy. Z moimi kontaktami i doświadczeniem nie miałbym problemu z zarobieniem znacznie większych sum w Stanach Zjednoczonych czy w Wielkiej Brytanii. Widzę tam wielkie możliwości, ale chcę być tu, w Polsce, bo wierzę w tę sprawę.

Czy to prawda, że proponowano panu przeniesienie aktywności na Węgry i do Austrii?

Moja praca została zauważona w wielu miejscach. Rzeczywiście padały różne propozycje. Ważni ludzie z Węgier chcieli, bym przeniósł swoją fundację do Budapesztu i tam robił to, co teraz robię w Polsce, bym zajął się m.in. promocją węgierskich Sprawiedliwych. To była niespodziewana propozycja, ale szybko odmówiłem. Bo nie mógłbym jednak robić tam tego, co robię tutaj.
Dlaczego?

Bo znam historię. Węgrzy i państwo węgierskie byli po drugiej stronie, współpracowali z Niemcami. To, co robię w Polsce, mogę robić tylko w Polsce. A jest tu wiele do zrobienia. W zeszłym tygodniu zostałem zaatakowany przez Yad Vashem za to, że rzekomo rozdaję tytuły Sprawiedliwych. A ja niczego nie rozdaję, tylko honoruję tych Polaków, którzy ratowali Żydów, a nie zostali uznani za Sprawiedliwych, bo np. otrzymywali od Żydów pieniądze na jedzenie czy ubranie. Reguły Yad Vashem są bardzo ostre. Rozumiem to, akceptuję, ale przecież ci ludzie, którzy brali pieniądze, by kupić jedzenie, też ratowali. Takich ludzi, którzy pomagali Żydom, a nie mają tytułu, są w Polsce dziesiątki tysięcy. W przyszłym miesiącu jadę do Nowego Sącza; jest tam człowiek, którego ojciec został złapany, gdy rzucał Żydom kawałek chleba. Zginął za to w Oświęcimiu. Jeden z Żydów, dla których był ten chleb, przeżył. Ten człowiek, który rzucał chleb, zasługuje na upamiętnienie.

Myślę, że wielu Polaków nie zdaje sobie sprawy, że zajmowanie się polskimi Sprawiedliwymi, ich promowanie, jest bardzo źle widziane przez wpływowe kręgi w Izraelu i Stanach Zjednoczonych.

 

Tak, to nie jest mile widziane. Ciągle słyszę zarzuty: „Co ty robisz?! Pomagasz Polakom pisać historię na nowo. Dlaczego nie mówisz o Kielcach, o Jedwabnem?”. Ale wiem, że o tym mówi wielu innych. Chcę mówić o tych, którzy ratowali. Bo jeśli moje dzieci mają wynieść z Holokaustu jakąś lekcję, to chciałbym, by przede wszystkim starały się nieść dobro. By unikały zła.

Sprawą ataków na pana zaczęły się już interesować zachodnie media.

W czasie ostatnich dni otrzymałem dziesiątki różnych telefonów, z Zachodu i z Izraela. To były  wyrazy wsparcia, zainteresowania, ale bywała także nuta satysfakcji, w takim tonie: „Widzisz, ostrzegaliśmy cię”. Ale wiem, że ci, co mnie tak ostro atakują, to nie jest prawdziwa Polska. To nie są patrioci, oni działają przeciwko polskim interesom.

Na koniec wróćmy jeszcze do pańskich „przygód” z ostatnich dni. Można odnieść wrażenie, że to wszystko jest dość dobrze skoordynowane. Niektórzy z hejterów najpierw nakręcają nagonkę na pana, a chwilę później twierdzą, że… to oni są zagrożeni. Ktoś ogłasza, że spalono mu samochód, de facto kierując oskarżenie pod pana adresem.
To są czytelne prowokacje. I rzeczywiście, to są ustawione akcje, to jest przez kogoś organizowane. Jakieś siły za tym stoją. Nie potrafi odpowiedzieć, czy to skrajnie prawicowe trolle, czy jakieś służby, czy jedno i drugie. Wierzę, że policja to wyjaśni. Na pewno nie dam się zastraszyć. Polska jest tak samo moim domem, jak każdego człowieka, który tu mieszka. Kocham ten kraj, jestem dumny, że mogę tu żyć. I powiem więcej: zbieram obecnie wszystkie niezbędne dokumenty dotyczące mojej rodziny i niedługo wystąpię o polskie obywatelstwo. Pewnie kogoś to rozwścieczy, ale jestem zdeterminowany. Mam nadzieję, że uda mi się wszystko załatwić na tyle szybko, by móc głosować w następnych wyborach parlamentarnych i prezydenckich. Hejterzy mnie stąd nie przepędzą.

„Mroki Kościoła” – Krzysztof Kwiatkowski „WPROST” nr 39 / 2018 (recenzja filmu „Kler” Wojtka Smarzowskiego)

„Kler” nie jest atakiem na Kościół, raczej diagnozą chorób, na które on cierpi i którymi zaraża społeczeństwo.

 

wiater kler.jpg

 

To bardzo ważny film. Mocny, trafiony w punkt, gorzki. Ale jednocześnie nie ma w nim taniego demaskatorstwa, łatwych zagrań czy prostej satyry. Wojciech Smarzowski portretuje trzech księży. Prowincjonalny duchowny z wiejskiej parafii zapada się w nałogu alkoholowym i „spośród wszystkich owieczek najmocniej ukochał sobie jedną”. Kaznodzieja z niewielkiego miasta próbuje oczyścić się z zarzutu pedofilii, choć wierni już wydali wyrok. Wpływowy hierarcha krakowskiej kurii prowadzi skomplikowaną grę o pozycję i władzę.

 

Reżyser bezlitośnie odprawia litanię przewin polskiego duchowieństwa. Tworzą one tu sieć, która oplata. Alkoholizm, rozpasanie, cynizm. Hipokryzja łączy się z chciwością, gdy pod stołem arcybiskupa w papierowych siatkach obraca się gigantycznymi pieniędzmi i ustawia wielomilionowe przetargi. Ale przecież ten sam mechanizm działa na każdym szczeblu. Kiedy ksiądz prosi o „co łaska, ale nie mniej niż 2 tys.” albo w złotówkach odlicza pobożność wiernych. A pieniądze są w „Klerze” najmniejszą stawką.

 

Od początku mówiono, że „Smarzowski robi film o pedofilii”. Rzeczywiście, twórca pokazuje duchownych wykorzystujących dzieci oraz traumy, jakie one w sobie noszą, często przez lata skrywając bolesną zadrę. Celnie rekonstruuje proces tuszowania skandali. Wywieranie presji na ofiarach, przenoszenie na nich winy (słynne Michalikowe „proszenie o miłość” i wciąganie dorosłych), naciski na media, korupcję. Bo nad wszystkim unosi się poczucie bezkarności. Znów: odpowiednie do zajmowanego stanowiska. Zwykły ksiądz jednym telefonem unika odpowiedzialności za jazdę po pijanemu. Arcybiskup wykrzykuje w słuchawkę: „Chcieliście głosów, a teraz mi przysyłacie wiceministra? Ma się stawić głowa państwa”. Świeckie państwo „istnieje teoretycznie”.

 

Jednak to tylko jedna strona „Kleru”, którą dystrybutor wydobył w krzywdzącym zwiastunie stylizowanym na oskarżycielską grubo ciosaną komedię. Reżyser – o którym coraz częściej mówi się, że przejmuje po Andrzeju Wajdzie rolę twórcy narodowego, mierzącego się z najważniejszymi polskimi problemami, historią i tożsamością – zrobił film znacznie delikatniejszy i mądrzejszy. Bo przecież ten artysta przemoc zawsze filtruje poprzez zranioną wrażliwość. Im mroczniejszy pokazuje świat, tym szlachetniejsza staje się na ekranie nadzieja. Zwłaszcza gdy rodzi się na przekór rzeczywistości, na moralnych zgliszczach.

 

Bohaterowie „Kleru” również nie są potworami. Mierzą się z własnymi demonami, próbują wynagradzać zło, jakie wyrządzają. Budzą się w nich czyste uczucia, wewnętrzny imperatyw uczciwości, pragnienie wyrwania się z matni. Smarzowski nie drwi z zapijaczonego księdza, który ma kochankę. Portretuje człowieka mówiącego z ambony o miłości, który też pragnie kochać.

 

Czy dostrzegą to spacerujący od telewizji do telewizji publicyści i politycy? Pewnie nie. „Dyskusja” przecież wybuchła jeszcze przed premierą i pierwszymi publicznymi pokazami. Ale Wojciech Smarzowski swoją pracę wykonał z taktem i olbrzymią precyzją. Wszystko tu działa. Stali współpracownicy reżysera – Robert Więckiewicz, Jacek Braciak i Arkadiusz Jakubik pozostają ekstraklasą aktorstwa. Mikołaj Trzaska oszczędnie podszedł do muzyki, ale kiedy się ona pojawia, staje się istotna. Imponuje w „Klerze” wyważenie i niuansowanie. Próba zrozumienia nie równa się w nim z rozgrzeszeniem, ale i potępienie okazuje się zbyt łatwe. Nie ma tu znaczenia, czy bezbłędnie grany przez Janusza Gajosa arcybiskup był wzorowany na autentycznej postaci. Prawdziwym problemem jest napędzany najniższymi instynktami system, który nie zostawia dróg ucieczki. Pozostawia ludzi z bolesnym poczuciem bezsilności. Tym samym, które coraz częściej czujemy na co dzień.

„Pamięć przeciw Historii” – NIKODEM BOŃCZA-TOMASZEWSKI, „FRONDA” nr 35, wielkanoc 2005

Gdyby doszło do postulowanego przez postmodernizm zastąpienia Historii przez Pamięć, to skończyłoby się to triumfem symbolicznej przemocy. Kapłani Pamięci nie potrafią się wywiązać z obietnicy opowiedzenia praw­dy o Historii. Za to chętnie sięgają po państwowe instru­mentarium przemocy, domagając się państwowej opieki nad Pamięcią. Na straży Pamięci nie stoi wcale tradycja przekazywana przez po­kolenia, tylko prokurator i belfer.

wiesenthal.jpg

Rozpad przeszłości

„Dwie rewelacyjne książki. Jednego gatunku: reportaże historyczne. Z tego samego miejsca: z Jedwabnego, Radziłowa i okolicznych wsi. A jakby z an­typodów. Tomasz Strzembosz przedstawił region jako zagłębie patriotyzmu, silny ośrodek konspiracji niepodległościowej i oporu przeciw okupacji sowieckiej. Z książki Anny Bikont wyłonił się matecznik antysemityzmu, który zrodził kolaborancką zbrodnię, a później skrywające ją kłamstwo. Obie opowieści są prawdziwe. Jak to możliwe? Nie znam odpowiedzi” – pisał jeden z recenzentów „Rzeczpospolitej”, dając wyraz chaosowi, który piętrzy się w świadomości historycznej Polaków od połowy lat 90. Trudno o lepsze podsumowanie rozmaitych dyskusji o przeszłości, które toczą się w III RP. Argumenty historyków, intelektualistów, pisarzy, polityków, prokuratorów i dziennikarzy mieszają się w nieprawdopodobnym tyglu.

Problem polega na tym, że narastanie sporu nie prowadzi do krystalizacji jakiegoś spójnego stanowiska. Wręcz przeciwnie, chaos narasta, a sensu polemik nie widać. Każda ze stron sporu usiłuje zająć konsekwentne ideowo stanowi­sko, ale okazuje się to niemożliwie. Na przykład w odniesieniu do Jedwabnego liberalni zwolennicy tezy o „polskim Holocauście” milcząco sięgają po kategorie myślenia nacjonalistycznego (takie jak zbiorowa odpowiedzialność narodu, ciągłość tożsamości historycznej narodu, ciągłość tradycji i odpowiedzialność międzypokoleniowa etc.), które przy innych okazjach potępiają w czambuł. Zapominają natomiast o socjologicznym kontekście Jedwabnego, podziałach wewnątrzspołecznych odziedziczonych po feudalizmie, problemie narodowego uświadomienia chłopów, wewnętrznych napięciach małych społeczności lokal­nych etc. Argumentami socjologicznymi zaczyna za to z powodzeniem szafo­wać prawa strona dyskusji, która nie chce z odizolowanego incydentu czynić źródła przykrych dla Polaków uogólnień. Dochodzi do odwrócenia sytuacji, bo ci konserwatywnie myślący intelektualiści na co dzień z rezerwą podchodzą do socjologicznego „dyskursu podejrzliwości”, zerkania za „fasady” społeczeństwa, podważania tradycji i „dekonstruowania” tego, co uznajemy za naturalne.

Można by uznać, że w istocie każda ze stron zachowuje się jak adwokat tezy, gotów jej bronić, nie bacząc na koszty. Ale sprawa sięga głębiej. Obok sporów polsko-żydowskich toczą się inne. Ich włączenie jeszcze bardziej gma­twa cały obraz. Co z winą Rosjan za zbrodnie komunizmu? Co z winą małych narodów maszerujących razem z Hitlerem? Co z winą Francuzów za Vichy? Co z udziałem Polski w rozbiorze Czechosłowacji w 1938 roku? Uzgodnienie rozkwitających po sobie stanowisk staje się niemożliwe w myśl adwokackiej logiki „wszystkie chwyty dozwolone”. Nieuchronnie rodzą się pytania: Jeśli negujemy narodowe zasady myślenia i pojęcie zbiorowej podmiotowości narodu, to dlaczego mamy robić wyjątek i stosować je do określenia wo­jennych relacji polsko-żydowskich? Do jakiego stopnia odpowiedzialny jest cały naród? A jeśli nie narody, to kto odpowiada za zbrodnie? Kto powinien przeprosić za Katyń: Putin czy Sołżenicyn?

Dodatkowym źródłem zamieszania jest powstanie z grobów zapomnianych ofiar. O swoje miejsce dopominają się niemieccy cywile terroryzowani przez Armię Czerwoną, bałtyjscyesesmani walczący przeciw Stalinowi, Ukraińcy bijący się o niepodległość w formacjach pomocniczych Wehrmachtu. Lista pokrzywdzonych, potępionych, niedocenionych stale się rozszerza. Czasy, kiedy Żydzi, a za nimi Polacy i inne wybrane nacje, mieli monopol na mę­czeńskim piedestale, odeszły już bezpowrotnie. Można się spodziewać, że w najbliższym czasie przypomną o sobie Rosjanie z RONA, ofiary amerykań­skich bomb atomowych i wielu, wielu innych, o których świat do tej pory nie miał pojęcia.

Tę spiralę można nakręcać bez końca i nigdy nie dojść do koherentnych i logicznych wniosków, bo problemem nie jest tu ta czy inna zbrodnia i krzywda z przeszłości. Źródłem chaosu jest bowiem rozpad fundamentów historycznego myślenia.

Mediahistorycy

Trzeba przyznać, że za załamanie świadomości historycznej odpowiedzialni są po trosze nasi mediahistorycy. Złośliwi twierdzą, że początkiem każdej debaty historycznej w III RP musi być artykuł prasowy. Nie bez racji. Prob­lem kolaboracji pracowników naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego nie wzbudził w środowisku historyków żadnych emocji, dopóki nad sprawą nie pochylił się tygodnik „Wprost”. Podobnie rzecz się miała z publikacją „Ga­zety Wyborczej” o Jedwabnem. Wiele ciekawych problemów poruszonych w monografiach i kwartalnikach naukowych przechodzi bez echa. Zgodnie z zasadą, że kwestie, które nie trafią na łamy prasy, nie wzbudzają żadnych emocji. Gdyby nie prasa, dr Ratajczak zamiast przerzucać węgiel w kotłowni, spokojnie pisałby dziś habilitację.

W zaciszu akademickich gabinetów polscy historycy są bardzo zgodni, konsekwentnie unikają naukowych polemik, sporów, dyskusji. Dopiero za­interesowanie prasy zamienia gabinetowych poczciwców w prawdziwych wojowników słowa. W zdumiewającym tempie profesorowie, którym od cza­su habilitacji nie chciało się nic pisać, produkują długie elaboraty na zadany temat. Niezależnie od własnej specjalizacji bez trudu odnajdują się w zada­nych przez prasę dziedzinach. Historyk XIX wieku ze znawstwem opisze PRL i problem lustracji, a znawca kultury staropolskiej błyskotliwie zanalizuje stosunki polsko-żydowskie w XX wieku. Po nich do boju ruszą „specjaliści”, którym jakoś nie chciało się dyskutować na łamach „Kwartalnika Historycz­nego”, aż tu niespodziewanie prasa codzienna wzbudziła w nich świętą pasję polemiczną.

„O II wojnie światowej można powiedzieć tylko, kiedy się zaczęła i kiedy się skończyła” – powiedział jeden z młodych historyków po roku siedzenia w archiwach. I nie jest to opinia odosobniona. Większość zawodowych histo­ryków odcina się od prasowych opinii naszych rodzimych medialnych eksper­tów historycznych od wszystkiego. Zniesmaczenie gazetowymi dyskusjami i świadomość nowych problemów sprawiły, że część historyków, głównie młodego pokolenia, zamiast szturmować łamy gazet, wróciła do archiwów i bibliotek.

Wycofanie się historyków z publicznej dyskusji o przeszłości nie było niczym niezwykłym. Podobnie reagowały zachodnie środowiska historyczne na falę medialnego zgiełku, która przetoczyła się tam w latach 90. Każdy kraj miał swoje Jedwabne, swoich „wypędzonych”, wszędzie pokrzywdzeni i krzywdzący dopominali się o swoje miejsce. Dystans wobec tych dyskusji spotkał się z bardzo gwałtowną krytyką. W Polsce podjęła ją Joanna Tokarska-Bakir, która zarzuciła „mainstreamowi wypowiadających się publicznie badaczy […] postawęzawodowego odrętwienia”, którego przyczyny „tkwią w formacji naukowej tej grupy i wyrażają się w usilnym przestrzeganiu specy­ficznie pojętych zasad profesjonalizmu”. Historycy i Historia znaleźli się pod pręgierzem. Po raz pierwszy zakwestionowano nie tylko prawo historyków do sądzenia minionego. Odrzucono także Historię jako sposób myślenia o prze­szłości. Jej miejsce ma zająć Pamięć.

Postmodernizm, neomarksizm i „akademicka ciocia”

Bez zrozumienia, czym jest (ma być?) Pamięć, niemożliwe jest zrozumienie „logiki” współczesnych sporów o przeszłość. Jej pierwotnym źródłem jest wydana w 1973 roku książka amerykańskiego historyka Haydena White’a MetahistoriaAnalizując prace XIX-wiecznych historyków, White doszedł do wniosku, że ich sposób pisania o przeszłości jest uwarunkowany przez te same reguły narracyjne, które „sterują” zwykłą literaturą. W zależności od temperamentu i upodobań opisywano dzieje w konwencji komedii, dramatu, tragedii etc. Oznacza to, że badanie przeszłości ma niewiele wspólnego z dą­żeniem do prawdy według racjonalnych kryteriów, bo „pisarstwo historycz­ne” to specyficzny gatunek literacki. Należy zatem koncentrować się nie na tym, co miało miejsce w przeszłości jako takiej, tylko na tym, jak przeszłość jest opisywana. Badanie „narracji” historycznej stało się podstawowym za­daniem metodologii historii. Zagadnienie „prawdy historycznej” odeszło do lamusa. Jego miejsce zajęła „prawda narracji”, którą należy odkryć i „zdekonstruować”, ukazać jej relatywny wymiar, czyli zależność od miejsca, czasu, kontekstu społecznego, rasowego, narodowego etc.

Łatwo zauważyć, że rozważania te wpisują się w rozkwit postmodernistycznej humanistyki. Teza, że nie da się powiedzieć prawdy o Historii, znakomicie współ­brzmiała z tezą, że Prawda w ogóle jest czymś, co należy zwalczać. Był to pierwszy krok w kierunku popularyzacji nowego spojrzenia na przeszłość, przynajmniej w kręgach akademickich. Problem polegał jednak na tym, że ezoteryczne rozwa­żania metodologów historii są słabo zrozumiałe nawet dla samych historyków. Jednak zwykle w takich wypadkach pojawiała się grupa „akademickich cioć”, które z misjonarskim zapałem zabierały się za krzewie nowej wiary.

„Akademicka ciocia” jest zazwyczaj związaną z uniwersytetem intelek­tualistką (lub intelektualistą), dla której naturalnym miejscem wypowiedzi jest felieton w magazynie dla kobiet, weekendowe wydanie popularnego dziennika lub telewizyjny program kulturalny. Podobnie jak jej literacki odpowiednik, „akademicka ciocia” charakteryzuje się niepełną inteligencją. Podstawą jej wiedzy są prawdy objawione ex cathedra, które błyskawicznie przyswaja. Dlatego w swojej pracy naukowej ze zdumiewającą sprawnością nadąża za akademickim modami i zawsze jest na czasie. Problem polega na tym, że samodzielne myślenie sprawia jej wyraźną trudność, z czego „ciocia” w ogóle nie zdaje sobie sprawy. Myślową zależność maskuje erudycją oraz zręcznością w tworzeniu kompilacji. Jednak prawdziwym żywiołem „cioci” jest popularyzacja nabytej wiedzy. „Ciocia” jest bowiem święcie przekona­na, że szukające horoskopu czytelniczki muszą być na bieżąco informowane o nowych dylematach nauki. Nieuchronną konsekwencją jej działalności są makabryczne uproszczenia.

Popularyzacja kategorii Pamięci jest dzieckiem intelektualnego romansu wyrafinowanej postmodernistycznej metodologii historii i własnych przemyśleń „akademickich cioć”. Dobrym przykładem takiej twórczości jest książka trzech amerykańskich historyczek Joyce Appleby, Lynn Hunt i Margaret Jacob Powiedzieć prawdę o historii. To, co autorki powiedziały o historii, ogranicza się w zasadzie do akademickiej wersji neomarksizmu lat 60. przybranego w szatę współczesnej metodologii historii. Ich tezy sprowadzają się do stwierdze­nia, że stworzona przez historyków Historia to nic innego jak narzędzie ideologicznej opresji rządzących nad rządzonymi. Historia w zasadzie służy tłumieniu głosu mniejszości narodowych, kobiet, robotników, Murzynów etc., a historycy są intelektualnymi najemnikami zawodowo zwalczającymi uciśnione grupy. Dlatego dotychczasowe sposoby myślenia o przeszłości należy bezwzględnie odrzucić i zacząć poszukiwania „prawdziwego pluralistycznego” spojrzenia.

Historia i zwyrodniałe libido

Zarzuty pod adresem historyków i Historii idą jeszcze dalej. Zdaniem kryty­ków naukowa Historia żyje w „iluzji neutralności poznawczej”. Jej źródłem jest programowe zdystansowanie się od tematu, spojrzenie sine ira et studio. Kiedyś było ono cnotą badacza, dziś okazuje się, że prowadzi do przeróżnych zwyrodnień. Stają się one jasno widoczne, kiedy historycy pochylają się nad zbrodniami przeszłości. Pragnąc obiektywizacji, w rzeczywistości tłumią głos ofiar, podważają skalę cierpienia i negują ich ustne świadectwa. Dopuszczają za to do głosu katów i ich relacje, najczęściej pisane. Tak naprawdę profe­sjonalni badacze przeszłości stanowią „ekstremalny przykład stłumionej wrażliwości”.

Nic więc dziwnego, że pojawili się chętni do odblokowania stłumionego historycznego Ego. Historyk i praktykujący psychoanalityk Dominik LaCarpa, autor książki pod ciekawym tytułem Writing History, Writing Trauma (Pisanie historii, pisanie traumy), sadza historyków i Historię na kozetkę, by odprawić nad nimi freudowskie gusła. Rozumowanie LaCarpy koncentruje się wokół kategorii „urazu” („traumy”) z przeszłości. Modelowym przy­kładem takiej traumy jest Holocaust, ale samo pojęcie ma szerszy wymiar i odnosi się do wszystkich przeszłych zbrodni i krzywd. Żyją one uśpione w świadomości społecznej, spychane w odmęty nieświadomości, wypierane z pamięci. Wciąż obecne pozostają zapomnianą, ale niezagojoną raną. Do czasu. Tłumiona trauma, zdaniem LaCarpy, musi pewnego dnia wybuchnąć. Tak jak Holocaust, niegdyś spychany na margines, a dziś trwale zakorzeniony w świadomości społecznej.

LaCarpa jest przekonany, że źródłem urazu jest dotychczasowy sposób uprawiania Historii. Historycy, zmierzając do prawdy, programowo odrzucają w swoich pracach emocje. Zgodnie z XIX-wiecznym ideałem nauki pragną być bezdusznymi, racjonalnymi maszynami badawczymi. I pracują przekonani, że zdołali to osiągnąć. Produkując nieustannie różne strategie „obiektywizacji”, w rzeczywistości tłumią własne uczucia oraz duszą przy tym uczucia społe­czeństw, w których żyją. Badając na przykład Holocaust czy Katyń, historyk koncentruje się na liczbach, statystykach, reperkusjach politycznych etc. Bezrefleksyjnie wyłącza w ten sposób kwestie krzywdy, bólu i cierpienia, które towarzyszyły zbrodni i zostały przeniesione na przyszłe pokolenia. Urucho­mienie procedur racjonalnych niszczy to, co dla społeczeństwa jest naprawdę ważne – uczucia. Wspólnota oczekuje oczyszczenia, którego Historia nie chce dostarczyć.

Dlatego LaCarpa, razem z innymi kryty­kami Historii, zamierza zmienić historyczne spojrzenie na przeszłość. Zadaniem badaczy przeszłości powinno być odblokowanie ukry­tej traumy, które doprowadzi do społecznego samooczyszczenia. Pewne osiągnięcia w tej dziedzinie ma psychologia, a szczególnie psy­choanaliza. W swoim pisarstwie LaCarpa sięga po jej metody, by uwolnić urazy ukryte w społecznej podświadomości. Historyk za­mienia się w psychoanalityka, który nie bada już przeszłości jako takiej, tylko diagnozuje zbiorową traumę i szuka jej przyczyn, by do­prowadzić do oczyszczenia.

 

Pamięć przeciw Historii

Z pomieszania postmodernistycznej metodologii Historii, akademickiego neomarksizmu i neopsychoanalizy narodziła się Pamięć, która ma zastąpić Historię. Pamięć – brzmi całkiem niewinnie i dobrze się kojarzy. Pamięć – jest niewinna, czysta i prawdziwa. W przeciwieństwie do Historii.

Historia, mówią kaznodzieje Pamięci, nie tylko tłumi prawdę uczucia przy pomocy naukowych procedur. Pod maską obiektywizujących poszukiwań prawdy czai się zwykła ideologia. Historia jest organicznie związana z wła­dzą i jej służy. Historycy dostarczają rządzącym argumenty legitymizujące ład społeczny i zmieniają swoje poglądy wraz ze zmianami władzy. Historia zajmowała się legitymizacją państwa narodowego, systemów totalitarnych i opresyjnych dyktatur. Symbioza z władzą wzmocniła tendencje do tłumienia głosu cierpienia, głosu ofiar tych reżimów. O ile naukowa racjonalizacja dekonstruuje traumę uciśnionych, o tyle wymogi ideologii totalnie ją przemil­czają. Dlatego do niedawna nikt nie słyszał o cierpieniach kolonizowanych ludów, męczeństwie kobiet czy bolączkach Łemków.

Wiara w obiektywną prawdę i służba władzy sprawiły, że Historia stała się bezdusznym dyskursem, a historycy sługami systemu. Z Historią nic się już nie da zrobić, nic dobrego z niej wykrzesać. By odzyskać przeszłość, należy całko­wicie odrzucić historyczne sposoby myślenia, a Historię zastąpić Pamięcią.

Pamięć to antyteza Historii. Jest niewinna i czysta. Przekazywana bez­wiednie z pokolenia na pokolenia, skrywana w mrokach społecznej nieświa­domości, reprezentuje jedyną możliwą prawdę o przeszłości. Wolna od opresywnych wymogów akademickiego warsztatu, wolna od romansu z władzą, Pamięć zawiera to, co zbiorowość rzeczywiście wyniosła z przeszłości.

Żadne ze stosowanych przez historyków narzędzi badania przeszłości nie nadaje się do eksploracji Pamięci. Warsztat historyczny należy bezwzględ­nie odrzucić, a historycy powinni zamienić się w kogoś w rodzaju kustoszy, a może strażników (?) Pamięci. Czym dokładnie zastąpić historyczne pro­cedury, jeszcze nie do końca wiadomo. Wspomniany LaCarpawprowadza psychoanalizę i choć jego propozycje zyskały poparcie propagatorów Pamięci, poszukiwania nadal trwają. Odblokowanie społecznych urazów ma w sobie coś religijnego, coś mglistego i tajemniczego. Płaczu, cierpienia, traumy nie da się adekwatnie opisać. Istoty Pamięci nie da się wyrazić przy użyciu języ­ka. Kapłani Pamięci uważają, że wydarzenia takie jak Holocaust to zjawiska „graniczne”. Podobnie jak wydarzenia religijne, Holocaust jest zawieszony w czasie i przestrzeni, wyłączony ze zwykłej Historii. Zagłada, a za nią inne traumatyczne zdarzenia, osiągają tym samym status nadprzyrodzony.

Polska Pamięć

Spór Historii z Pamięcią wyznacza kierunki współczesnej debaty o prze­szłości. Bez uchwycenia jego znaczenia zrozumienie takich zjawisk, jak spór o Jedwabne czy Centrum Wypędzonych, jest niemożliwe. Jeśli uznamy przyznanie racji wszystkim stronom sporu za wyraz bezradności, to irytujący zgiełk wokół tych spraw stanie się jaśniejszy. Wyłoni się „logika” dziwnych przetasowań i aliansów ideowych. Zostaniemy też pozostawieni wobec pyta­nia: Pamięć czy Historia? Która z nich opowie nam prawdę o przeszłości?

W zasadzie można to wszystko rozważyć jako kolejny etap sporu o ra­cjonalność i prawdę w nauce. Historycy bronią zasad rozumu przeciw znoszącym prawdę postmodernistycznym kapłanom Pamięci. Jednak w Polsce pytanie o Pamięć nabiera także innego znaczenia.

W latach peerelowskiej indoktrynacji inteligencki przekaz Historii opierał się przede wszystkim na Pamięci poprzednich pokoleń. Pamięć ludzi, którzy widzieli wojnę z bolszewikami, żyli w wolnej Polsce, przeżyli tragedię II wojny światowej, była źródłem prawdy o przeszłości. Zresztą tradycja opowiadania o przeszłości niezależnie od oficjalnej historiografii wzrastała na żyznej glebie XIX-wiecznych walk z zaborcami. Dlatego polska inteligencja darzy ogromnym kredytem zaufa­nia Pamięć, a z nieufnością i sceptycyzmem patrzy na Historię. Z tego samego powodu najważniejsza współczesna instytucja historyczna w Polsce nazywa się Instytut Pamięci Narodowej, a nie Instytut Historii Narodowej.

Inteligencka tradycja przekazywania narodowej Pamięci ma oczywiście niewiele wspólnego z Pamięcią, o której mówią dekonstruktorzy Historii. Jednak uwolnienie historycznej debaty po 1989 roku sprawiło, że obie kwe­stie niespodziewanie się spotkały. Polityczna wola powołania instytucji zaj­mującej się przeszłością wynikła z przekonania, że w wolnym kraju państwo powinno wesprzeć tradycję narodowej Pamięci. Budując nową instytucję, sięgnięto jednak do nowych wzorców. Wydawało się to o tyle oczywiste, że do tej pory polska Pamięć nie posiadała wymiaru instytucjonalnego. Z naiw­ną ufnością zwrócono się ku modelowi funkcjonującemu na Zachodzie. Tak powstał Instytut Pamięci Narodowej.

Nie zauważono jednak, że współczesna zachodnia tradycja Pamięci jest zupełnie odmienna od polskiej, a tamta zachodnia Pamięć i polska Pamięć to dwa odmienne zjawiska. Polska Pamięć jest narodowa, a nowoczesna Pamięć zachodnia – antynarodowa. Polską Pamięć budowała tradycja walki o niepod­ległość sięgająca połowy XIX wieku, podczas gdy fundamentem Pamięci jest XX-wieczny Holocaust i próby uporania się z nim. Polska Pamięć nasycona jest etosem walki, poświęcenia i wyzwolenia, natomiast Pamięć zawiera w so­bie zniszczenie i niegojącą się traumę, które nieustannie się odnawia.

Analizując polską Pamięć, musimy wziąć pod uwagę dodatkowy kontekst nieudanego rozliczenia z polskim totalitaryzmem. Instytut jest w pewnym sensie dzieckiem stanu wyjątkowego, w którym próbuje się budować demo­krację bez zniszczenia na starcie struktur dawnego systemu. Antyagenturalna działalność IPN jest wynikiem nieprzeprowadzonej dekomunizacji i niedo­kończonej lustracji. Dotychczasowa krytyka IPN koncentruje się właśnie na antytotalitarnym wymiarze jego działania i jest krzywdząca dla Instytutu oraz jego pracowników. Krytycy tacy jak Andrzej Romanowski, autor artykułu IPN – bezprawie i absurd („Gazeta Świąteczna”), wypisują różne absurdy, dążąc, kosztem zdrowego rozsądku i prawdy, do podważenia sensowności nie tylko funkcjonowania IPN, ale samej dekomunizacji jako takiej. Tę prototalitarną krytykę w tym miejscu pomijam, bo jeżeli za coś można IPN krytykować, to raczej za zbyt małą dynamikę w likwidacji totalitarnych zaszłości.

Wyjmijmy zatem IPN z antykomunistycznego (i z polskiego) kontekstu i załóżmy, że mamy do czynienia z abstrakcyjnym Instytutem Pamięci, mode­lową instytucją, którą współczesne demokratyczne państwo stawia na straży przeszłości. Wszystko po to, żeby się dowiedzieć, jak w praktyce wyglądałoby zastąpienie Historii Pamięcią.

Instytucje Pamięci

Wzorem dla twórców instytutów Pamięci jest instytucjonalny ład Holocaustu oparty na trzech filarach: Centrum Simona Wiesenthala w Wiedniu, które bada zbrodnie i rozlicza zbrodniarzy, Instytut Yad Vashem w Jerozolimie pod­trzymujący pamięć ofiar oraz Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie zajmują­ce się działalnością edukacyjną.

Centrum Wiesenthala powstało jako pierwsze, a jego misją było ściganie sprawców zagłady Żydów. Wzorem były procedury procesu norymberskiego, dlatego choć Centrum jest organizacją prywatną, siłą rzeczy sięgnięto po argumenty prawne i aparat prokuratorsko-policyjny. Niezależnie od szla­chetnych celów, należy stwierdzić, że na straży Pamięci stoją w tym wypadku instytucje siłowe. Pamięć wspiera się przemocą. Warto jednak podkreślić, że Centrum jako takie nie dysponuje własnym aparatem przymusu, każdorazo­wo współpracując z państwowymi organami ścigania.

Yad Vashem, oficjalnie Holocaust Memorial Authority, jest już instytucją państwową, której celem jest „utrwalanie pamięci Holocaustu w następnych pokoleniach”. Yad Vashem koncentruje się wyłącznie na pamięci ofiar i ich przeżyciach, zarówno negatywnych, jak i pozytywnych. Znakiem tych ostat­nich jest upamiętnianie „sprawiedliwych wśród narodów świata” – ludzi, którzy pomogli ofiarom.

Waszyngtońskie Muzeum Pamięci Holocaustu (Holocaust Memorial Museum) stało się wzorem dla muzeów Holocaustu rozsianych po całym świecie. W założeniu są to instytucje edukacyjne. Ich zadaniem jest nauczanie nie tylko historii Zagłady, lecz również dziejów Żydów europejskich. Są one zawsze powiązane z oficjalnym systemem szkolnictwa i wdrażają w szkołach własne elementy do programu nauczania.

W momencie powstania te trzy instytucje były na wskroś nowatorskie. Przede wszystkim dlatego, że dzieje Holocaustu nie były zwykłą Historią, a typowo historyczne źródła pisane są w tym wypadku ubogie. W dodat­ku głos ofiar był początkowo tłumiony, a alianci długo nie mogli uwierzyć w istnienie obozów koncentracyjnych. Badacze Holocaustu, chcąc nie chcąc, oddalali się od Historii, przechodząc do Pamięci. To, co mieli do powiedzenia, zrywało z Historią także dlatego, że było bolesne dla słuchaczy. Klasyczna, nauczana w szkole historiografia kładła nacisk na chlubne i wzniosłe wyda­rzenia z przeszłości. Tak jak obrazy Matejki, wzbudzała dumę słuchaczach i „krzepiła serca”.

„Holocaust studies” wyznaczyły zwrot współczesnego patrzenia na prze­szłość. Instytucje związane z Holocaustem stały się modelami do naśladowa­nia dla innych Pamięci: Ormian, Niemców, Cyganów, Polaków… Modelowa­nie Pamięci opiera się na milczącym założeniu, że Pamięć jest prawdziwsza od Historii oraz wymaga oddania hołdu ofiarom, ścigania oprawców oraz przekazania następnym pokoleniom.

Dokładnie według tych założeń powstał Instytut Pamięci Narodowej. Jego twórcy poszli jednak krok dalej. Połączyli bowiem trzy działy w jednej organi­zacji. Instytut składa się z pionu edukacyjnego, badawczego i prokuratorskie­go, łącząc kompetencje ideologiczne, historyczne i policyjne w nadzorze nad przeszłością. W ten sposób jest on doskonałą instytucją Pamięci.

Przemoc Pamięci

Do tej pory istniało coś w rodzaju społecznego podziału prawdy historycznej. Organizacje naukowe ustalały prawdę przy użyciu racjonalnych procedur. Oddzielone od nich szkolnictwo propagowało Historię, osiągając kompromis między Historią naukową a Historią „społecznie pożyteczną”. Państwowe organa przymusu ścigały z kolei zbrodniarzy z przeszłości, tak jak wszystkich innych przestępców, a historycy występowali w roli biegłych. W Instytucie Pamięci następuje złączenie różnych sposobów ustalania prawdy w jednej organizacji. Z teoretycznego punktu widzenia grozi to dyktaturą jednej ustalonej przez niego prawdy. To, co ustalą badający przeszłość pracownicy Instytutu, uzyskuje rangę chronionej przez instytutowych prokuratorów i propagowanej przez pracowników edukacyjnych prawdy Pamięci.

Pamięć miała przywrócić zatraconą przez Historię prawdę o przeszłości, tymczasem stało się coś zupełnie odwrotnego. Uwodzicielski urok niewinnej i nieskalanej Pamięci gdzieś się ulotnił, a tymczasem odsłoniła ona swe ponure oblicze. Wyłoniła się siła, która rości sobie nieograniczone prawo do regulowania przeszłości.

Logika rozwoju wskazuje, że instytucjonalna Pamięć będzie zawłaszczała coraz to nowsze obszary, sięgając po nowe instrumenty normatywne. To, co dziś wydaje się niewinne – zakaz negowania zbrodni komunistycznych i fa­szystowskich – może ulec rozszerzeniu. Już teraz pojawiają się sugestie, że nie można krytycznie oceniać relacji ofiar, by ich nie ranić. Etnolog Joanna Tokarska-Bakir pisała, że naukowa analiza przekazu ofiar Jedwabnego dowodzi „patologii myślenia zaprezentowanego przez polskich historyków”. Dlaczego więc tych, co chcą krzywdzić skrzywdzonych, nie pociągać do odpowiedzial­ności?

Podobnych pułapek jest więcej. Instytucjonalizacja Pamięci jest świetnym przykładem tego, że „gdzie nie prawdy, tam rządzi siła” (jak mawiał Platon). Gdyby doszło do postulowanego przez postmodernizm zastąpienia Historii przez Pamięć, skończyłoby się to triumfem symbolicznej przemocy. Kapłani Pamięci nie potrafią wywiązać się z obietnicy opowiedzenia prawdy o Histo­rii, chętnie za to sięgają po państwowe instrumentarium przemocy, doma­gając się państwowej opieki nad Pamięcią. Na straży Pamięci nie stoi wcale tradycja przekazywana przez pokolenia, tylko prokurator i belfer. Prawdziwa Pamięć, przekazywana z pokolenia na pokolenie, wcale nie potrzebuje fun­dacji, programów nauczania i ochronnych ustaw. Instytucjonalizacja Pamięci dowodzi jej zwyrodnienia. Monopolizujące prawdę o przeszłości instytuty Pamięci mogą się stać wygodnymi narzędziami w rękach władzy, zgodnie z zasadą, że „kto kontroluje przeszłość, włada teraźniejszością”.

Zastanówmy się, co by było, gdyby Instytut zajmował się nie dekomu­nizacją, ale na przykład trwał na straży „historycznego kompromisu” (Kancelaria Prezydenta podejmowała już próby zinstytucjonalizowania Pamięci „porozumienia okrągłego stołu”. Jej początkiem miały być obchody 15. rocz­nicy obrad, poprzedzone dotowanymi przez Kancelarię szeroko zakrojonymi badaniami historycznymi; niespokojna końcówka rządów postkomunistów pokrzyżowała ten ciekawy projekt). Tak naprawdę okaże się wówczas, że polska demokracja potrzebuje IPN tylko dlatego, że jest skażona „grzechem pierworodnym Magdalenki”. Czy Instytut byłby w ogóle potrzebny, gdyby fundamentem nowego ładu był nie kompromis, lecz dekomunizacja? Powinniśmy więc myśleć o IPN jako o instytucji stanu wyjątkowego, a nie trwałym filarze nowego ładu. W prawdziwie demokratycznym państwie coś takiego jak zinstytucjonalizowana Pamięć w ogóle nie powinno istnieć.

 

NIKODEM BOŃCZA-TOMASZEWSKI

 

 

„Ormianie: dubeltowi Polacy” – LUIZA ŁUNIEWSKA „OZON” Nr 17/18 (54/55), 27 kwietnia – 10 maja 2006

rp_szumanski_39.jpg 

Mieszkają w Polsce od wieków, ale dopiero w zeszłym roku uznano ich za mniejszość narodową. Specjalnie o to nie zabiegali, bo wiadomo, że „Ormianin to dwa razy Polak”, a zachowanej przez wieki odrębności diaspora i tak nie utraci.

 

Mały Janek Abgarowicz nie lu­bił swojego ormiańskiego po­chodzenia. Najgorsze były niedzielne wyprawy na msze w obrządku ormiańskim. Nabożeństwo ciągnęło się przez półtorej godziny. Potem starsi długo rozmawiali, a on stał, przestępując z nogi na nogę. Nie robiły na nim specjalnego wrażenia opowieści o tym, że jego ród wywodzi się w prostej linii od króla Abgara pa­nującego w pierwszych latach naszej ery. Tego, którego – jak głosi legenda – z ciężkiej choroby wyleczyła chusta z odbiciem twarzy Jezusa Chry­stusa. Ale ostatnie 500 lat dziejów rodziny Abgarowiczów toczyło się już w Polsce. Na Cmen­tarzu Łyczakowskim leży Seweryn Abgarowicz, powstaniec styczniowy.

– Mój ojciec Franciszek jako młody chłopak brał udział w obronie Lwowa. Podczas plebi­scytu na Śląsku agitował za polskością. W międzywojniu pracował w oświacie jako twórca szkół rolniczych. A w kolejnej wojnie walczył w polskim wojsku na Zachodzie. Potem był wykładowcą na SGGW. Typowy życiorys polskiego Ormianina – mówi Jan Abgarowicz. Awer­sja z dzieciństwa szybko przeminęła. Dziś jest jednym z głównych organizatorów ekspozycji dokumentującej historię Ormian. Eksponaty na wystawie otwartej 25 kwietnia w sali Semi­narium Diecezji Warszawskiej to jedne z nielicz­nych ocalałych dóbr kultury materialnej diaspo­ry. – Ta ekspozycja to nasze podziękowanie dla księdza prymasa Józefa Glempa, który przez 25 lat był zwierzchnikiem kościoła ormiańsko-katolickiego w Polsce – mówi Abgarowicz.

 

KIPCZACKI ZAGINĄŁ

Jest co podziwiać: – Choćby niezwykle cenne ornaty z tkanin perskich i francuskich. Przepięk­ne antypendium, czyli pas z tkaniny, który oprawiony w ramkę był rodzajem nadstawki nad oł­tarz – mówi dr Beata Biedrońska-Słota z Mu­zeum Narodowego w Krakowie. Powojenne losy tych pamiątek są bardzo zawikłane. Wiele rze­czy uważano za bezpowrotnie zaginione. Uda­ło się je odzyskać i zgromadzić w jednym miej­scu dzięki wieloletnim wysiłkom.

Najcenniejszy jest chyba Ewangeliarz na­pisany ormiańską uncjałą. Pochodzi z 1198 ro­ku, czyli 647 roku ery ormiańskiej w klaszto­rze w Skevrze. Jego wartość liczy się w mi­lionach dolarów. Decyzją prymasa trafi do zbiorów Biblioteki Narodowej. – Dzielił losy ormiańskiej rodziny Bernatowiczów, by w koń­cu trafić do katedry ormiańskiej we Lwowie – mówi Monika Agopsowicz z Fundacji Kul­tury i Dziedzictwa Ormian Polskich.

Bo polscy Ormianie osiadali przede wszyst­kim na Kresach. Tam też budowali świątynie obrządku ormiańskiego. Chrześcijanami Ormianie są dłużej niż Polacy (od III w. n.e.), ale jurysdykcję Stolicy Apostolskiej przyjęli do­piero w 1630 roku. Z zastrzeżeniem, że nie zmienią liturgii i obrządku. – Zaraz po II woj­nie światowej nie mieliśmy swoich kościołów w sensie materialnym. Wymarł też język pol­skich Ormian: kipczacki, zwany też tatrzyną. Więc tak naprawdę tylko odmienność liturgii sprawiła, że przetrwaliśmy – mówi Abgarowicz.

 

CHORUT Z GRZĄDKI

Niegdyś Ormianie w Polsce żenili się przede wszystkim między sobą. – Częste były małżeństwa między kuzynami. Zawierano je po to, by zachować w jednym ręku majątek – przyznaje Abgarowicz. Dziś większość rodzin jest mieszana. Ale ormiańskość jest ponoć zaraźliwa.

– W moim domu rodzinnym to właśnie ma­ma, Polka, kultywowała ormiańskie obyczaje – mówi Monika Agopsowicz. Dzięki niej mo­gła spróbować kuchni ormiańskiej: dołmy, czy­li gołąbków w liściach winogronowych, placków gata, gandżaburu, czyli typowej ormiańskiej zu­py przyprawianej chorutem – przyprawą domo­wej produkcji. Przepis zaczyna się od: „weź litr kwaśnego mleka i grządkę pietruszki”. Najważniejsza jednak jest tradycja, by przy stole zasia­dały całe rodziny. Bo Ormianie taką wielopo­koleniową familię cenią ponad wszystko. I to, zdaniem Moniki, jest kolejna tajemnica zacho­wanej przez wieki kultury polskiej diaspory.

Historyczno-genealogicznego bakcyla zła­pała od stryjecznego dziadka Jana. Zaraziła nim swego męża Władysława Deńcę, który mówi o sobie „Ormianin przez zasiedzenie”. Dziś obo­je są kopalnią wiedzy o historii polskich Ormian. – A czy ktoś wie, że do portretu „Batory pod Pskowem” pozował Matejce Ormianin Józef Agopsowicz? – pytają. Wszyscy znają malarza Axentowicza, ale o tym, że był ze starego ormiańskiego rodu, wie niewielu. – A abp Józef Teodorowicz, jeden z trzech polskich delega­tów na kongres wersalski? A płk Walerian Tumanowiczz WiN-u? – wymieniają.

 

PRACOWICI l ZDOLNI

Krystyna Ohanowicz, polska Ormianka z ojca i matki, przypomina o pani Zerygiewicz – ormiańskiej matce ze Lwowa, która w wojnie polsko-bolszewickiej straciła trzech synów. – To ona wybrała na lwowskim cmentarzu mogiłę bezimiennego strzelca i zawiozła jego prochy do Warszawy, do Grobu Nieznanego Żołnierza.

O cichociemnym Romaszkanie, o Tadeuszu Jegermanie – członku mokotowskiego Kedywu, Antonim Agopszowiczu – powstańcu warszawskim i profesorze prawa opowiadać można długo. – Gdy trzeba było, Ormianie dla Polski walczyli, w czasie pokoju pracowali. A i wybitnych postaci nie brakowało, bo jesteśmy narodem zdolnym. W ZSRR Ormian było dwa procent a w Akademii Nauk co 10. był Ormianinem.

 

POKREWIEŃSTWO DUSZ

Po wojnie jedynym łącznikiem dla diaspory były nabożeństwa odprawiane m.in. przez ks. prałata Kazimierza Filipiaka. Choć nie był Ormianinem, tylko klerykiem jeszcze przed wojną oddelegowanym do posługi w obrządku ormiańsko-katolickim, stał się dla polskiej diaspory duchowym przywódcą. W latach 70. był przez pewien czas jedynym kapłanem ormiańskim w Polsce. Świeckie organizacje zaczęły powstawać dopiero w latach 80. Jedną z pierwszych było Koło Zainteresowań Kulturą Ormian przy… Polskim Towarzystwie Ludoznawczym.

– Do wyboru było jeszcze Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej – wspomina Maciej Bohosiewicz. Jest on również – od zeszłego roku – przedstawicielem ds. Ormian przy premierze. Dopiero organizuje swoje biuro, które wkrótce ruszy pełną parą. – Jestem odpowiedzialny nie tylko za starą diasporę, ale także za nową emigrację ormiańską – podkreśla. Starzy otwarcie przyznają, że integracja „nowych” Ormian przebiega z trudnościami. Często nawet nie ma możliwości porozumienia z powodów językowych. Bo ci osiadli w Polsce od wieków ormiańskiego po prostu nie znają. Ale jeśli trzeba, zawsze pośpieszą z pomocą. Tak było po trzęsieniu ziemi w Armenii w 1988 roku. Cała społeczność niestrudzenie organizowała pomoc ofiarom.

W latach 90. zaczęła się kolejna fala emi­gracji. Ormianie na początku traktowali Polskę jako kraj tranzytowy: jak najszybciej chcieli wy­jechać dalej, do Niemiec, Francji, Belgii. Potem coraz więcej zaczęło się u nas osiedlać. – Wyczuli, że Polaków i Ormian wiele łączy – mó­wi Abgarowicz. – Nie tylko historia obu nacji, naznaczona rozbiorami, trwającą długo bez­państwowością, ale także mentalnie.

Dla dzieci nowych emigrantów otwarto szkółki, gdzie mogą w weekendy uczyć się swo­jego języka. – To ważne nie tylko z powodu toż­samości kulturowej. Te dzieciaki nie mają co ze sobą zrobić, gdy rodzice np. pracują na Stadio­nie – mówi Monika Agopsowicz.

 

KAMIENIE KRZYŻOWE

Powstało też Stowarzyszenie Młodzieży Or­miańskiej. Nie tylko integruje ono młodych lu­dzi pochodzenia ormiańskiego, ale też zorga­nizowało obchody przypadającej właśnie 91. rocznicy rzezi Ormian. W latach 1915-1918 w Imperium Osmańskim wymordowano ok. 1,5 mln członków tej nacji. Do dziś Turcja zaprzecza, mimo dowodów historycznych, że było to ludobójstwo. Gdy ormiańska społecz­ność w Polsce wystawiła niewielki pomnik sty­listyką nawiązujący do kamieni krzyżowych rozpowszechnionych w Armenii od IX wie­ku, zwanych chaczkarami, dyplomaci tureccy protestowali.

– Domaganie się usunięcia z napisu na Krzy­żu Ormiańskim słów „ludobójstwo”, „Turcja” i „rok 1915″ przypomina działalność ambasado­ra pewnego nieistniejącego już mocarstwa. On także ingerował w wewnętrzne sprawy polskie, w tym też w sprawy tablic pamiątkowych, ile­kroć pojawiały się na nich słowa „Katyń”, „Sy­bir”, „ludobójstwo na Wschodzie” czy „mordy NKWD” – uważa ks. Tadeusz Isakiewicz-Zaleski, Ormianin i duszpasterz tegoż obrządku, znany w Polsce po apelu, jaki wystosował w kwe­stii wewnętrznej lustracji Kościoła.

Chaczkar upamiętnia też Ormian (i Polaków) zamordowanych przez ukraińskich nacjonali­stów z UPA w 1944 roku w Kutach, w 1945 roku w Baniłowie i innych miejscowościach kreso­wych. Sukcesem ormiańskiej społeczności było nakłonienie parlamentarzystów do przyjęcia deklaracji potępiającej tureckie akty ludobójstwa.

 

ORMIAŃSKOŚĆ JEST W MODZIE

Od kilku lat ormiańskość w Polsce staje się modna. Kuchnia, kultura ludowa i współczes­na. Coraz więcej osób, także znanych, twier­dzi, że ich rody wywodzą się z Armenii. To m.in. znany dziennikarz kulinarny Robert Makłowicz i reżyser Jerzy Kawalerowicz (choć ich nazwisk nie ma wśród opisanych przez kroni­karza ormiańskiego Sadoka Barącza). Ale nie wszyscy członkowie diaspory noszą ormiań­skie nazwiska, część z nich wywodzi swoją tożsamość po kądzieli.

– Zależy nam tylko na tym, by ludzie wiedzie­li, że w wielonarodowej Rzeczpospolitej Or­mianie mieli swoje miejsce. I by odrębność kulturowa i liturgiczna naszej diaspory przetrwa­ła, wzbogacając kulturę polską – mówi Abgarowicz.

Diaspora

 

Dzieje diaspory ormiań­skiej na terenach Rzecz­pospolitej sięgają X-XI wieku i wiążą się z penetracją przez kup­ców ormiańskich teryto­riów Rusi. Po przyłącze­niu do Polski w XIV wieku przez Kazimierza Wiel­kiego Rusi Halickiej, tam­tejsi Ormianie znaleźli się pod nowym panowaniem, obdarzeni licznymi przy­wilejami, przede wszyst­kim wolnością religijną (1367). Kolejne fale emi­gracji Ormian z dotychczasowych miejsc zamieszkania w XV, XVI i na początku XVII wieku wynikały z ekspansji Turków osmańskich, prze­śladowań hospodara mołdawskiego Stefa­na l oraz prześladowań religijnych w Armenii. Osiedlać się zaczęli m.in. na terenach Litwy i Ko­rony, najliczniej na jej południowo-wschodnich krańcach, tworząc wspólnoty o różnym charakterze – od skupiska kilku rodzin na terenie miasta po gminę posiadającą pełnię autonomicznych praw  sądowych i kościelnych. Najliczniejszymi koloniami ormiańskimi w Rzecz­pospolitej były Lwów i Kamieniec Podolski (ten drugi do momentu zajęcia go przez Turków). Chętnie osiedlali Ormian w  swoich dobrach magnaci kresowi, stąd ich skupiska w Zamościu, Jazłowcu, Brodach, Buczaczu, Żwańcu i Stanisławowie. Szacuje się, że diaspora ormiańska w Polsce nie przekraczała w drugiej połowie XVII wieku 3000 osób. Niemniej była to wspólnota znacząca i silna ekonomicznie. Osiadli w Rzeczpospolitej Ormianie odgrywali ważną rolę w handlu ze Wschodem, w rozwoju wschodniego rzemiosła artystycznego, a także w polskiej służbie dyplomatycznej. Samorządowe władze gmin ormiańskich reprezentowały na zewnątrz całą kolonię, a wewnątrz niej sprawowały władzę administracyjną i sądowni­czą; zarządzały też wspólnym majątkiem gminy.