„ROBIĘ TO, NA CO MAM OCHOTĘ” – ROZMOWA ZE ZDZISŁAWEM BEKSIŃSKIM

z20465502V,Zdzislaw-Beksinski-w-swoim-domu-na-Sluzewiu--1996-.jpg

ZDZISŁAW BEKSIŃSKI – wybitny malarz, rzeźbiarz, fotografik, rysownik. Prawdziwą sławę zyskał jednak jako malarz. Zajmował się malarstwem fantastycznym, wizjonerskim, figuratywnym. Nigdy nie nadawał swoim obrazom tytułów. Jego malarstwo stało się popularne w latach 80. nie tylko w kraju, ale i zagranicą, promotorem jego twórczości był paryski marszand Piotr Dmochowski, który zorganizował wiele wystaw we Francji, Belgii, Niemczech i Japonii. Od 1989 do 1996 istniała w Paryżu autorska galeria Beksińskiego o nazwie „Galerie Dmochowski – Musée galerie de Beksinski”. Na początku lat 90. miał stałą wystawę w prywatnym muzeum sztuki europejskich krajów wschodnich, w Osace, w Japonii.

 

Zdzisław Beksiński został zamordowany w swoim warszawskim mieszkaniu w nocy z 21 na 22 lutego 2005 roku. Cały dorobek artystyczny przekazał testamentem Muzeum Historycznemu w Sanoku, mieście, w którym się urodził.

 

Był ojcem znakomitego tłumacza i dziennikarza Tomasza Beksińskiego, który popełnił samobójstwo w 1999 roku.

 

Pana fotografie, uważane za największe osiągnięcie fotografii w po wojennej Polsce, łączono z awangardą. Pana malarstwo jest postmodernistyczne. Ktoś powiedział nawet, że jest wizytówką postmodernizmu. Skąd takie przejście?

 

– Nie tylko ze względu na fotografię należałem niegdyś do awangardy. Robiłem abstrakcyjne kompozycje z metalu, rzeźbiłem, trochę rysowałem. Próbowałem także pisać – i to także było w tym okresie trochę awangardowe. Były to rozmaite dziwne historie, które najczęściej nie miały początku ani końca. Patronowała im francuska antypowieść, głównie Robbe-Grillet, którego wtedy czytałem. Oszołomiły mnie jego manipulacje czasem. Większość moich ówczesnych opowiadań była krzyżówką Robbe-Grilleta z Kafką i Borgesem. Ludzie podsuwają mi Tolkiena czy Ursulę K. Le Guin, mówiąc, że to w moim stylu, ale byłem w swych próbach literackich niesłychanie daleko od gotyckiej fantastyki. A postmodernizm? O nazwy nie należy mnie pytać. Ja się tym nie interesuję.

 

Powiedział pan kiedyś, że malarstwo jest kłamstwem…   

 

– Nawet nie pamiętam, przy jakiej okazji to powiedziałem. Teraz właściwie tego nie rozumiem.

Interesował się pan pisarstwem, filmem, rzeźbą, fotografią. Jaki wpływ wywarły te zainteresowania na charakter pana obecnej twórczości?   

 

– Wszystko ma wpływ na wszystko. Przepraszam za komunał. Niewątpliwie to, co robię od dobrych dwudziestu lat, jest w jakiś sposób zakorzenione w tym, co robiłem w młodości. Ale oczywiście tymczasem wiele się zmieniło i we mnie, i w moim spojrzeniu na sztukę. Prześledzić ścieżkę wpływu? Ja się po prostu nad tymi rzeczami nie zastanawiam. Robię to, na co mam ochotę, i innym zostawiam klasyfikowanie tego, co robię.

 

Zajmował się pan również dźwiękiem…   

 

– Miałem i mam kompletnego bzika na punkcie nagrywania wszystkiego bez wyboru, zarówno na magnetofonie, jak i kamerą wideo. Dla mnie, człowieka starej daty, wychowanego w świecie, w którym dominowały żarna i żelazko na węgiel, nagrywanie jest kreowaniem jakiegoś cudu. Ruch i słowo ulegają pozornemu zatrzymaniu w czasie! Zaczęło się to gdzieś na początku lat pięćdziesiątych, kiedy zetknąłem się z pierwszą przystawką magnetofonową. Potem, w latach siedemdziesiątych, zbudowałem studio dźwiękowe w Sanoku – ze starych magnetofonów. Musiałem samodzielnie przestudiować elektronikę w zakresie wzmacniacza małej częstotliwości, bo wtedy niczego nie było w handlu, więc sam musiałem skonstruować miksery, pulpity pogłosowe i inne takie. Robiłem rozmaite montaże dźwiękowe, co było, jak dziś widzę, w pewnym stopniu podobne do niektórych nagrań Reicha, Bryarsa, Glassa czy Eno, zaliczanych do minimal art. W rozmaitych zresztą amerykańskich kompozycjach z tego okresu widzę coś podobnego do tego, co ja robiłem. Multiplikacje dźwięku, przepuszczanie taśmy przez kilka magnetofonów kolejno, z mieszaniem tego dźwięku w ten sposób, że narastał, dodawanie słów. Tym się bawiłem. Tyle że było to na bardzo niskim poziomie technicznym, bo sprzęt, który mogłem wtedy zmontować z amatorskich magnetofonów, nie mógł osiągnąć poziomu, jaki dzisiaj możliwy jest przy użyciu komputera. Dla mnie zasadniczym problemem nie do przeskoczenia było narastanie z kopii na kopię szumów i zniekształceń. Dziś technika cyfrowa usunęła ten problem radykalnie.

 

Pana pracownia w ogóle przypomina studio nagrań.   

 

– Jest tu sporo urządzeń do słuchania, ale do nagrywania tylko mikrofon i magnetofon. Przez długi czas musiałem nagrywać na żądanie swojego byłego wspólnika [Piotr Dmochowski – R.G.], który chciał, żeby nasze rozmowy były rejestrowane. Ale gdy potem zaczął pisać jakiś dziennik na temat naszych spotkań i rozmów, zacząłem z własnej inicjatywy nagrywać dla siebie. Zademonstrował mi bowiem pod koniec tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku kilka stron z dziennika, które w moim odczuciu były manipulacją.

W obawie, że po mojej śmierci jego zapiski staną się jedyną informacją na mój temat, zacząłem na taśmie rejestrować każdy jego pobyt. Powiedział mi, że od tego momentu przestał prowadzić ten dziennik i nie musiałem już żywić obaw, ale na wszelki wypadek nagrywałem nadal.

 

Pana obrazy przedstawiają umierający, apokaliptyczny świat, świat bez Boga. Czym wobec tego jest dla pana Bóg?   

 

– Nie jestem człowiekiem wierzącym, a przynajmniej nie w powszechnym rozumieniu tego słowa. Po prostu nie używam terminu Bóg, ale nie znaczy to, że nie zastanawiam się nad istotą rzeczy. Z całą pewnością nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

 

Podchodzi pan do świata krytycznie…

 

– Ja?

 

A w pana obrazach nie ma krytycyzmu?   

 

– W moich obrazach w ogóle znajduje się niewiele treści. Ludzie sami dopisują sobie rozmaite rzeczy. Jest tak jak z testem Taylora. Każdy interpretuje je zgodnie z własną psychiką. Nie chcę się tu wypierać tego, że mam nieokreślone potrzeby namalowania czegoś własnego, jeśli idzie o atmosferę i wyraz. Ale to nie jest ściśle zwerbalizowane i w żadnym wypadku nie ma charakteru moralistycznego. Nie usiłuję nikogo krytykować ani nawet specjalnie przyglądać się światu. Świat oczywiście interesuje mnie. Jestem szalenie do życia przywiązany.

Bez sensu jednak byłoby mówić, że kogoś pragnę pouczyć. Musiałbym popaść w komunały, takie sobie cierpienia starego Wertera: że życie jest bezsensowne, że śmierć jest nieodłącznym losem człowieka – przecież wszyscy przeżywamy to tak samo jak popęd płciowy, głód, potrzebę snu. Maluję to, co maluję, bo po prostu pewne krajobrazy, pewne sceny interesują mnie bardziej, a przyczyna tego nie jest dla mnie samego oczywista. To, że malowanie destruktów bardziej mnie pociąga – lub raczej pociągało – od wyrażania harmonii, wynika chyba w znacznie większym stopniu z malarskości niż z ideologii. Mówię cały czas o moim malarstwie sprzed dziesięciu lat. Dzisiaj maluję już właściwie co innego.

 

Czy to tylko sprawa techniki?

 

– Nie. Dotyczy to raczej wyobraźni. Swego czasu, w bogatszych rodzinach był zwyczaj stawiania sobie w ogrodzie ruiny. Projektował ją architekt, po czym przychodzili murarze i stawiali takie pęknięte portale i strzaskane kolumny. No i ja mam taką potrzebę romantycznych ruin. Tylko trochę inaczej je buduję. Stwarzam pewien dystans, otwieram – jak mi się wydaje – pewien cudzysłów, ale niestety moi odbiorcy tego nie zauważają.

 

W centrum pana twórczości jest człowiek, a właściwie coś do niego podobnego obdartego ze skóry. Czy nudzi pana ludzkie ciało?   

 

– Co jest u licha z tą skórą? Stale mi wypominacie obłażącą skórę. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych namalowałem nie więcej niż osiem obrazów przedstawiających postacie lub twarze o łuszczącej się i pozszywanej skórze. Powód był ściśle formalistyczny, ale przypisano mi zamiar jakiegoś protestu przeciw wojnie i napalmowi, bo w modzie był protest. Ludzie mają wprost nieskończone zapotrzebowanie na komunał! Chyba szkoła z tymi wszystkimi interpretacjami „co poeta miał na myśli” wpaja im ślepotę, bo jest to rodzaj ślepoty. Tak jakby mieli hełmy wirtualne na głowach i nie widzieli tego, co im się daje do obejrzenia, a widzieli tylko to, co mają zaprogramowane. Oczywiście mój rzekomy protest wydał się tym amatorom komunału niezbyt przekonujący, bo wprawdzie skóra obłazi, ale postacie są we wdzięcznych pozach i rozmaitych „przegibach i szarmantach”, z kokardami i na wysokich obcasach. Coś im się nie zgadzało, ale uznali to za efekt mej nieudolności. Wtedy jeszcze czytałem recenzje i usiłowałem wyjaśniać. Potem dałem spokój. Dziś wróciłem do postaci ludzkiej i twarzy. Traktuję je jednak jako temat do wariacji. Temat doskonale znany każdemu, więc ułatwić powinien śledzenie samych wariacji. Może ktoś to zauważył. Ci jednak, którzy ze mną rozmawiają, bo recenzji już od dawna nie czytam, nieustannie majaczą o trupach, czaszkach, kościach, obdartej skórze. Najprawdopodobniej jeśli raz coś zostało napisane, to już tak musi zostać! Za panią matką idzie pacierz gładko. Oczywiście niechże pan nie sądzi, że moim zdaniem w malowaniu kości, czaszek lub obdartej skóry jest coś złego, ale ja tego nie robię! Chciałbym natomiast, by moje liczne malarskie wariacje na znane powszechnie tematy miały pewną cechę wspólną, którą jest styl, sposób widzenia, konstrukcja formy i sposób położenia farby, tak aby za pierwszym spojrzeniem można było powiedzieć, że to zrobił Beksiński.

 

No i to się panu udało.   

 

– Bóg zapłać za dobre słowo.

 

W pana obrazach jest śmierć. Niektórzy mówią, że pan ma obsesję na punkcie śmierci. Czy to prawda?   

 

– A pan nie boi się śmierci?

 

Jeszcze nie…   

 

Co to znaczy jeszcze?! W każdej chwili może przyjść. Kiedy byłem młody, nie bałem się śmierci w taki sposób, w jaki boję się dzisiaj: w sensie bólu, braku oddechu, wydalania pod siebie i duszenia się. Natomiast bałem się nieistnienia i odczuwałem samotność śmierci. I to był problem zasadniczy, z którym nigdy nie dałem sobie rady. To jest tak jak z pornografią: w ukryciu chętnie oglądamy, ale publicznie wypada wybrzydzać i mówić, że to dla prostaczków, a na nas nie robi to wrażenia. W Europie niechętnie się na temat śmierci mówi publicznie, ale chyba każdy odczuwa lęk. Świadomie nie mam zamiaru malować śmierci. Gadanie o tańcach śmierci, szukanie na moich obecnych obrazach czaszek i kości jest zawracaniem głowy. Niektóre moje dawniejsze obrazy miały być persyflażem malarstwa manierystycznego i dziewiętnastowiecznego. Stąd czaszki, węże i inne takie. Zadaję sobie pytanie: z czego bierze się to, że ludzie w moich obrazach widzą czaszki i kości? Może stąd, że maluję głowy bez włosów – ale robię to dlatego, że występują tu pewne problemy techniczne. Włosy maluje się bardzo łatwo, ale przy zastosowaniu innej formy kładzenia farby niż ja stosuję. Dlatego najczęściej maluję głowy rzeźbiarskie. Teraz widzę, że wszyscy ogolili głowy na zero: Bruce Willis i mój syn, a nawet niektóre żeńskie prezenterki MTV, więc może w końcu czaszki będą na tyle powszechnie widoczne, że głowy namalowane na moich obrazach przestaną być postrzegane jako kuriozum.

 

Mówiliśmy o lęku. Mnie się wydaje, że pana twórczość wyrasta z lęku. Czego boi się Beksiński?

 

– Chyba potrzeba twórczości w ogóle wyrasta z lęku, bo przecież nie jest sposobem na życie. Byłby to najgłupszy sposób zarabiania na życie. Inwestowanie na giełdzie jest dużo lepszym sposobem. Jeżeli ktoś zajmuje się przez całe życie takim szaleństwem jak smarowanie obrazów, to prawdopodobnie z czegoś to wynika. Może chce walczyć z czasem w jedyny dostępny sobie sposób i coś po sobie zostawić.

 

Częstym motywem pana twórczości jest morze, kadłub statku, krzyż. Dlaczego właśnie do tych symboli pan wraca?

 

– Nie wiem.

 

A czym one są dla pana?

 

– Nie znoszę symboliki! Morze jest morzem, kadłub statku jest kadłubem statku, a krzyż jest krzyżem. Nic więcej. Freud zrobił doktorat na interpretacji symboli, ale ja nie maluję symboli. Ja obraz najczęściej widzę. Pomysł przychodzi mi do głowy w formie wizualnej. Używałem dawniej słowa wizja, ale wszyscy myśleli, że mam jakieś wizje quasi-narkotyczne. Po prostu widzę kształt i chcę ten kształt namalować. Ze względu na to, że to, co widzę, formuję w trakcie pracy po swojemu, chodzi mi o proste stereotypowe tematy, które zna każdy. Morze, słońce, chmury, drzewo, postać ludzka, pies, krzyż to są w naszym kręgu kulturowym rzeczy pierwsze, proste i podstawowe. Wizualne standardy. Można je znacznie odrealnić, można na ich podstawie budować ciąg formalnych wariacji, bo temat jest dla każdego jasny. Jeżeli chciałbym namalować procesor analogowo-cyfrowy pływający w śmietanie, nie byłbym w stanie odejść od najdokładniejszego, fotograficznego odwzorowania, nie mógłbym zająć się przekształceniem, deformowaniem i wariacjami, które mnie pociągają, gdyż natychmiast wszystkim umknąłby ich temat. Mechanizm ten doskonale opisał Lem: im bardziej skomplikowany temat, tym prostsza musi być forma, i przeciwnie, bo inaczej pogrążymy się albo w banale, albo w nieczytelności.

 

Powiedział pan kiedyś, że chciałby malować ładne obrazy. Co to jest „ładne malarstwo”?   

 

– To nie do końca dopracowana myśl. Chyba brakuje mi umiejętności jej wyrażenia. To jak z malarstwem Vermeera. Obszar informacji w nim jest żaden, jest komunałem – zamiast kobiety w kapeluszu czy też czytającej list, czy też nalewającej mleko, mógłby być mężczyzna pijący kawę czy łowiący ryby. Format też nie odgrywa roli. Dokładność namalowania także. Wielu trzeciorzędnych malarzy maluje dokładniej, a nawet potrafi zapewnić większe prawdopodobieństwo gestu. Więc gdzie mieści się tajemnica tego, że są to jedne z najwspanialszych obrazów w historii? Właśnie tego nie da się ująć w słowach! Wartość obrazu, czyli jego piękno, nie da się ująć w kategoriach racjonalnych. To trzeba odczuć w kontakcie z obrazem. Jedni są sensytywni i odczuwają, inni zaś nie. Mogą mieć olbrzymią wiedzę i doktoraty z historii sztuki, ale jeśli nie mają wrażliwości, to i tak zobaczą tylko, że kobieta nalewa mleko. Podobnie jest z muzyką. Użyłem kiedyś określenia „ładne malarstwo” i teraz za to muszę odpowiadać, ale miałem na myśli to coś, co powoduje, że muzykę lub malarstwo odbieramy jako wstrząs, jako poruszenie.

 

Zapytałem o to, bo takie określenia jak „ładny obraz” czy „ładne malarstwo” brzmią jak uproszczenie.   

 

Jak już mówiłem, chodziło mi o ukryte piękno. Chciałbym malować obrazy, które by tym pięknem emanowały. Ktoś powiedział, że poetą się nie jest, lecz się bywa. Dotyczy to też malarstwa. Człowiek maluje jeden obraz, drugi, dziesiąty i to jest jego przeciętny standard. I nagle dwudziesty czy dwudziesty pierwszy okazuje się czymś szczególnym, tak jakby ktoś poprowadził mi rękę i namalował go za mnie. Nie umiem potem tego powtórzyć. Ale tak na pierwszy ogląd to te szczególne obrazy w niczym się nie różnią od tamtych standardowych. Ten sam format, ta sama farba, ten sam facet malował, w ten sam sposób. Jeśli ktoś niewrażliwy patrzy na taki obraz, to żadnej różnicy nie zobaczy.

 

Zarzeka się pan, że pana malarstwo nie ma żadnego przesłania. Po co pan w takim razie maluje? Jeżeli twórca nic nie chce powiedzieć…   

 

– Cóż, do diabła, twórca miałby do powiedzenia? Następny komunał w stylu skąd wyszliśmy i dokąd idziemy? Pochylić się z troską nad losem prostego człowieka lub głodującymi w Zairze? Zapłakać nad dewastacją przyrody? Zaprotestować przeciwko totalitaryzmowi lub zanikowi indywidualności w postindustrialnym społeczeństwie? Toż to są popularne komunały! Od tego są dziennikarze. Nie o to w ogóle chodzi! Jeżeli o czymś marzę, to jedynie żeby osoba, która podchodzi do obrazu, doznała estetycznego wstrząsu, ale wstrząs ten jest niezależny od tego, co zostało namalowane, i od tego, czy obraz przedstawia bukiet kwiatów czy rozstrzelanie. Każdy coś maluje, bo malarstwo było dawniej rzemiosłem służebnym i część jego obecnej formy z tej dawnej funkcji wyrasta, ale to, co zostało przedstawione, jest bez większego znaczenia. Szukać właśnie tego w obrazie i w tym postrzegać jego wartość, to jak wymagać od linoskoczka, by przy okazji chodzenia po linie transportował węgiel z jednej strony liny na drugą.

 

Naprawdę tylko dlatego pan maluje?   

 

– Nie „tylko dlatego”, lecz „właśnie dlatego”. No tak. Poza tym idzie o wyimaginowanego odbiorcę. Jestem już za stary, żeby uwierzyć, że znajdę bratnią duszę, która będzie odbierać tak jak ja.

 

Mówi pan, że pana obrazy są dla pana duchowym autoportretem. To jest jakby wewnętrzny ekshibicjonizm. Dlaczego chce pan mówić o tym, co jest w panu?

 

– Być może jest tam jakaś nieświadoma interpretacja lęku metafizycznego. Co jest w tym wstydliwego?

 

Czy pana malowanie jest w takim razie opowieścią o panu?   

 

– Picasso powiedział, że malarz maluje tak, jak ptak śpiewa. To bardzo dobrze powiedziane.

 

Krytycy oskarżają pana, że balansuje pan na granicy kiczu. Nie boi się pan, że przekroczy tę granicę?   

– Nie używałbym słowa kicz. To określenie bardziej nieostre niż pornografia. Na pewnym obszarze jest ono jasne, ale na peryferiach zaczyna się zacierać – przy persyflażu można czasami mówić o jakichś cytatach zaczerpniętych z malarstwa niedzielnego. Nigdy nie myślę tymi kategoriami, bo nigdy nie posługiwałem się estetyką kiczu.

 

W jaki sposób odbiera pan krytykę?   

 

– Dawniej czytałem, obecnie staram się nie czytać i to z premedytacją. Żona to kolekcjonuje, gdzieś wycina i nawet próbuje mi to na głos czytać. Mówię wtedy: Dosyć! Albo włączam zagłuszającą muzykę. Niezależnie od tego, co jest napisane, odbieram to jak głos podpowiadający mi z boku, co powinienem robić. Nie jestem Joanną d’Arc! Nie umiem współżyć z głosami. Głosy z boku najzwyczajniej psują mi moją zabawę! Zresztą to, co ktoś o obrazie powie, nie ma ani dla mnie, ani dla obrazu znaczenia. Obraz to kawałek płyty pilśniowej zasmarowanej farbami. Nie zmienia się w zależności od tego, czy ktoś powie, że jest genialny, czy powie: gówno. Dlaczego mam się interesować cudzą opinią? To ja go namalowałem. Doskonale widzę, co mi się udało, a co spartaczyłem. Robię to dla siebie! Tu tylko moja opinia się liczy!

 

Myślę, że pan maluje bardziej do szuflady. Z tego, co pan mówi, wynika, że ktoś przez przypadek wyciągnął pana pracę, a panu to się nie podoba. Czy to nie jest zabawa ze sztuką?   

 

– Nie wiemy, co to jest sztuka. Zmieniała swoją funkcję na przestrzeni historii. Nie można sprecyzować terminu „sztuka”. Natomiast to, co pan mówi o malowaniu do szuflady, to racja! W młodości przez całe lata nie pokazywałem publicznie tego, co robię, i chyba spetryfikowałem się w takim podejściu do twórczości. Wspominam to jako najszczęśliwszy okres w swoim życiu.

 

A czy fotografię traktował pan poważnie?   

 

– Równorzędnie. Porzuciłem ją, bo wydawało mi się, że mam raczej wyobraźnię zwróconą do wewnątrz, a nie na zewnątrz, więc fotografia stwarzała mi niejednokrotnie zbyt silne ograniczenia.

 

Powiedział pan w jednym z wywiadów: „Prawdę znamy, natomiast przeraźliwie szukamy kłamstw”. Co to znaczy?   

 

– O Boże! Już kilka osób mnie o to pytało, a ja nie pamiętam, co miałem na myśli, bo była to odpowiedź na jakieś konkretne pytanie. Autoryzowałem ten wywiad, ale człowiek, który go przeprowadził, zginął kilka dni później w wypadku samochodowym. Wywiad wydrukowano rok później z jego papierów pośmiertnych i tę moją kwestię przyklejono na końcu, nie łącząc jej z żadnym pytaniem. Najprawdopodobniej miałem na myśli naszą nędzną kondycję, to, że podobnie jak baron Munchausen, nieustannie wyciągamy się sami za własne włosy z bagna zwierzęcości w tym niepojętym dla nas świecie, w którym ani czas, ani przestrzeń nie są skrojone na naszą miarę, zagrzewając się w tej czynności historyjkami o Bogu, celu istnienia, duszy nieśmiertelnej, różnicy między człowiekiem a zwierzęciem, wieczystym pięknie i tak dalej. Naprawdę nie pamiętam, co miałem na myśli, ale chyba coś takiego.

 

Teraz chciałbym porozmawiać o technice pana malarstwa. Maluje pan olejem i akrylem. Co daje większe możliwości?   

 

– Maluję głównie olejem. Akrylem malowałem niewiele. Do akrylu wielokrotnie się zniechęcałem. Właściwie obraz akrylowy w sensie technicznym jest to substancja porowata. Wyschnięty akryl w powiększeniu wygląda jak gąbka. Jeżeli obraz przez czas dłuższy eksponować bez szkła, nasyca się brudem, który jest nie do usunięcia. Jeżeli jest to malarstwo agresywne, to zabrudzenie nie rzuca się w oczy. Natomiast jeżeli obraz jest malowany delikatnie, to brud się wetrze, nie da się już go usunąć. Ale oczywiście akryl ma wiele zalet. Wysycha natychmiast. Mogę szybko zmieniać to, co maluję, a taka jest właśnie specyfika mojej pracy. Podsuszam obraz suszarką do włosów i po kilku sekundach już jest suchy, i można przerabiać. Poza tym każdy obraz olejny zaczynam w akrylu. Rozkładam nim najważniejsze elementy, a później maluję olejem.

 

Od jakiegoś czasu upraszcza pan tło. Czy tło przestało być ważne?   

 

– To zaczęło się u mnie zmieniać w połowie lat osiemdziesiątych. Trudno powiedzieć: ważne, nieważne. Znudziła mnie ta przestrzeń z daleką perspektywą, z obłokami i tym wszystkim. Ale nie wiem, czy kiedyś do tego nie wrócę.

 

Maluje pan około trzydziestu obrazów rocznie…

 

– Obecnie już o wiele mniej, bo robię się coraz starszy, coraz wygodniejszy, coraz szybciej się męczę.

 

Nie bał się pan nigdy, że obrazy będą wychodzić jak spod matrycy, jak pocztówki?   

 

– Siłą rzeczy taka matryca istnieje u każdego. Zauważa pan, że to Rembrandt, to de Kooning, a to Picasso. Oni stworzyli własne matryce. Tak jak już mówiłem: malując stale, czeka się na ten jeden czy dwa obrazy do roku, które bez mojej wiedzy, ale mymi rękami, namaluje mój Anioł Stróż. Nadzieja na ich powstanie uzasadnia codzienną pracę. Choćby i w tym celu, aby nie wyjść z wprawy.

 

Szybko pan maluje?   

 

– Nie. Ja właściwie maluję wolno. Składa się na to wiele czynników, między innymi to, że wielokrotnie obraz przerabiam. Mam bardzo dużą łatwość szybkiego malowania i stąd lekkość i wirtuozeria nie budzą mego podziwu, a wręcz przeciwnie. Przez całe życie walczę z tą łatwością.

 

Powiedział pan: „Wbrew temu, co publiczność sądzi, te obrazy, takie z obłokami, dziwnymi postaciami, to się dość szybko odpieprza”. Czy nie sądzi pan, że po tych wszystkich wypowiedziach może pan stracić fascynację swojej publiczności?   

 

– Najprawdopodobniej u pewnego odłamu publiczności już ją straciłem. Zauważyłem, że publiczność, która lubiła obrazy, które się łatwo odpieprzało, nie lubi tych, które się trudniej odpieprza. Może sądzą, że już nie potrafię malować obłoków, i może dlatego obrazy mają mniejsze powodzenie? Z innej beczki: akceptowali mnie także ci, którzy wychowali się na okładkach płyt z metalem. Charakteryzowały się one pewną, nazwijmy ją „gotycką”, scenerią i wydaje mi się, że w okresie mego malarstwa persyflażowego byłem przez niektóre środowiska, subkultury traktowany jak kontynuator tego właśnie stylu.

 

Nie upraszcza pan w ten sposób swojej twórczości, choćby porównując ją do okładek?   

 

– Staram się wytłumaczyć, że w niektórych środowiskach młodzieżowych, które odnosiły się entuzjastycznie do pewnego okresu mojej twórczości, istniał pewien stereotyp piękna oparty na stylistyce okładki płyty z muzyką hardrockową lub na komiksie. Z mojej strony był to persyflaż, ale nikt go nie widział. I chyba na tej zasadzie zostałem kupiony.

 

Nie tak dawno powiedział pan: „Nie cierpię niczego prosto od krowy. Piję kawę instant, mleko instant, jadam zupy w proszku”. Kiedy przyszedłem tutaj i powiedziałem, że podoba mi się tyle zieleni na pana osiedlu, powiedział pan, że nie lubi zieleni. Na ile jest to fascynacja sztucznością, a na ile poza?   

 

– Nie jest to w żadnym wypadku poza. Naprawdę uwielbiam koncentraty i nawet wiem, skąd się to uwielbienie wzięło. Po okresie głodu wojennego pojawiła się pomoc żywnościowa z USA pod postacią paczek UNRRA. Zawierały wyłącznie koncentraty i konserwy. Po czterech latach zup z dyni było to dla mnie gastronomiczne olśnienie i zostało mi już na całe życie. Podziwiam Piotra Bikonta, który doskonale zna się na tym, o czym pisze, i czytam wszystkie jego artykuły, ciesząc się równocześnie, że osobiście nie muszę tego jeść. McDonald’s, Pizza Hut, wołowina w sosie własnym, sos syczuański ze słoika, keczup i pepsi max zakreślają ostateczne i nieprzekraczalne granice mych gastronomicznych uniesień. Jestem gastronomicznym prymitywem, ale co mam zrobić, jeżeli wytworne jedzenie po prostu mi nie smakuje?

Inne natomiast są przyczyny słuchania muzyki wyłącznie z płyt czy oglądania wyłącznie wideo. Jestem nerwicowcem, który w trakcie obcowania z żywym spektaklem nieustannie odczuwa jakby rezonans napięcia nerwowego solistów czy aktorów. A co będzie, jeśli skrzypkowi pęknie struna, a co będzie, jak striptizerce złamie się obcas? Taśma i płyta zawierają produkt gotowy, sprawdzony i co najwyżej mogą mieć usterkę techniczną. Korzystając z nich, nie odczuwam zdenerwowania.

 

A zieleń?   

 

– Od dzieciństwa nie lubiłem lasu. Zieleń jest mi obojętna, ale za nią nie tęsknię. Przyroda nie wzbudza we mnie takiego entuzjazmu jak u większości mieszkańców miast. Właściwie jej nie lubię. Jeśli wyjechałbym na urlop, to do innego miasta. Nie wiem, skąd to się bierze, ale myślę, że idylliczne wyobrażenia rozmaitych Zielonych są kolejnym echem naiwnego entuzjazmu Rousseau. Oczywiście nie postuluję dewastacji przyrody, ale należy sobie zdać sprawę z tego, że jeśli jesteśmy i żyjemy, to dzięki walce z przyrodą, a nie dzięki tworzeniu jej skansenów. Jesteśmy elementem przyrody, więc przyrodę zobaczyć można też w chaotycznej rozbudowie przemysłu, w dewastacji lasów, w zaśmiecaniu pól, w skażeniu gleby: jedno się rodzi, inne umiera, wszystko płynie, nie jesteśmy ani celem istnienia, ani koroną stworzenia i jako gatunek w jakimś momencie w ten czy inny sposób i tak przeminiemy…

 

1997

 

Ta rozmowa to był mój pierwszy poważny wywiad. Pamiętam, jak poszedłem do pracowni-mieszkania nr 314 w wieżowcu przy ulicy Sonaty 6 na warszawskim Ursynowie. Żyła jeszcze żona malarza, której śmierć była pierwszym z ciosów.

 

Artysta, skonfliktowany wówczas ze swoim byłym marszandem, postawił przede mną duży mikrofon. Mówił, że musi się zabezpieczać. To słowo często słyszało się od Beksińskiego. „Podjąłem decyzję, że już dosyć przekłamań” – wytłumaczył. Oczywiście byłem zaskoczony, bo od razu spotkałem się z ogromną nieufnością swojego rozmówcy. Z oporami wyjąłem z plecaka mały, pożyczony od kogoś dyktafon.

 

„Jak się panu nie nagra, co się często zdarza dziennikarzom, to dysponuję nagraniem, mogę panu zrobić kopię”. Istny koszmar, pomyślałem, uznając, że Beksiński z góry założył, że jestem totalną niemotą. Ale w sumie pewne przesłanki były. Bardzo długo próbowaliśmy się umówić na tę rozmowę, której artysta w ogóle nie był chętny, istniały przeszkody natury technicznej. Chodziło przede wszystkim o komputer, na którym przygotuję tekst do autoryzacji, bo miałem dostarczyć wywiad na dyskietce i to na jednym ze starszych macintoshów, a to nie było takie łatwe. Sam nie miałem jeszcze komputera. Moi koledzy ze studiów też raczej nie, w każdym razie nie maca, a Beksiński na inny sprzęt się nie godził. Był przyzwyczajony do tego, że w rozmowach, w trakcie autoryzacji, rzeźbi, do tego, że dziennikarze przeinaczają, a czasem piszą tak beznadziejne teksty, że trzeba je pisać na nowo. I tak wymienialiśmy się listami (tak, tradycyjną pocztą) na temat technicznych problemów, bo wciąż, niemota, szukałem odpowiedniego maca, ale jakoś oswajaliśmy się ze sobą. Nabrałem więc ochoty na to spotkanie, ale też się bałem. To, co Beksiński napisał o innych dziennikarzach, pokazało, że nie jest łatwy i że jest trochę dziwakiem.

 

No dobrze. Znalazłem się już w jego pracowni. To był właściwie mały pokój wyglądający jak studio nagrań. Płyty kompaktowe obudowywały wszystkie ściany (bo pracując, Beksiński słuchał muzyki). Izabella Bodnar napisała kiedyś, że jego pracownia jest rodzajem kabiny kosmicznej.

 

No dobrze. Więc Beksiński postawił przede mną mikrofon radiowy (takie odniosłem wrażenie) i nagrywał mnie dla swoich celów; ja postawiłem przed nim mały dyktafon i nagrywałem dla swoich. Podejrzewam, że kopia w jego archiwum, a pewnie gdzieś istnieje, jest o wiele lepszej jakości. W trakcie naszej rozmowy, zastanawiając się, czy to, co mówi, jest rodzajem autokreacji, próbowałem podejść artystę i skłonić do szczerości. Do dziś jednak nie rozgryzłem, jak było naprawdę. Siedziałem naprzeciwko. Starałem się patrzeć w oczy. Zastanawiałem się, kiedy prowokuje. A przecież prowokował. W naszym wywiadzie powiedział na przykład, że nie lubi lasu, że las jest do zaakceptowania wtedy, kiedy się wytnie te cholerne drzewa, wyleje asfalt i postawi dyskotekę i McDonalda. Tyle że podczas autoryzacji uznał, że to jednak za ostro. „Jeszcze mnie Zieloni obskoczą”. W autoryzowanej wersji (wyżej) wciąż nie lubi lasu, ale też nie postuluje dewastacji przyrody. To była chyba najbardziej widoczna różnica między wersją oryginalną a autoryzowaną. Przekleństwem polskiego prawa prasowego jest wymóg autoryzacji, bo pozwala on udzielającym wywiad kreować się na swój sposób. Trudno jest pokazać artystę tak, jak ja go widzę, i zrobić to tak, żeby był przekonany, że pokazał się tak, jak to kreował. To najtrudniejsza sztuka. Staram się iść w myśl tej zasady, ale nieczęsto to się udaje.

 

No dobrze. Cofam taśmę. Więc nagrywaliśmy siebie wzajemnie. Beksiński miał na tym punkcie fobię. Zresztą odniosłem wrażenie, że cały ulepiony jest z fobii. Jedzenie tylko w fast foodach (kilka razy spotkaliśmy się w jednym z nich na placu Konstytucji), zabezpieczanie swojego domu. Z roku na rok – a w pracowni artysty byłem przynajmniej kilka razy – mieszkanie zamieniało się w twierdzę.

 

Myślę, że ten strach (dzisiaj już wiemy, że absolutnie podświadomy i racjonalny) nasilał się po kolejnych ciosach, jakie uderzały w Beksińskiego, choć nie pokazywał po sobie słabości. Najpierw śmierć żony, która pozwalała mu żyć tak jak chce i była nieustannym wsparciem. Później samobójstwo syna, Tomasza, mieszkającego vis-à-vis. Samobójstwo, które syn zapowiedział swoim ostatnim felietonem. Wyjawił w nim, dlaczego uważa, że warto było żyć. Wstrząsający tekst na ten temat („Leży we mnie martwy anioł”) napisał Wojciech Tochman, w kilku miejscach cytując moją rozmowę z Beksińskim, w tym fragment dotyczący śmierci i strachu przed nią.

 

Nasza rozmowa miała kilkanaście stron i została dosyć emocjonalnie przyjęta przez czytelników. Mówiono, że to antywywiad, bo nie stawia Beksińskiego w dobrym świetle. Myślę jednak, że obaj dotknęliśmy prawdy.

 

Beksiński dał do zrozumienia, że w końcu publicznie powiedział, co myśli. Pozwolił też pozostać ze sobą w kontakcie, głównie mailowym. Zachowałem kilka e-maili, z czego jeden wyjątkowo dla mnie ważny.

 

Wysłano: 28 marca 2000 13:18   

Temat: wywiady   

Drogi Panie   

Cieszę się, bo ten przeprowadzony przez Pana wywiad ze mną uważam za jeden z istotniejszych. W powodzi banalnych wywiadów i artykułów na temat, które pojawiają się w rozmaitych miejscach, ale na szczęście giną potem w lawinie wydawnictw i periodyków, ten przeprowadzony przez Pana, dzięki pytaniom, jakie Pan postawił, pozwolił mi wypowiedzieć się w kilku istotnych dla mnie kwestiach. To, że się ludziom nie podobało, to obaj możemy mieć w nosie.   

 

Następnego dnia w odpowiedzi na mój list, w którym dzielę się problemami z dystrybucją mojej pierwszej poważnej książki „Rozum spokorniał” i się skarżę, że książka, choć o kulturze, z powodu słowa „rozum” w tytule leży w jednej z księgarń w dziale „podręczniki medyczne”, Beksiński napisał:

 

Temat: problemy ze zbytem   

Drogi Pani

Chyba pochopnie sądzi Pan, że tylko debiutanci mają problemy. Wszyscy mają. Jest po prostu NADMIAR. Podobno mamy ponad 2000 oficyn wydawniczych. Jesienią ukazał się mój album wydany przez wydawnictwo BoSz. Nie jest to oczywiście jakaś czołowa oficyna, ale drukuje w Słowenii i w Hongkongu, jakość więc jest więcej niż przyzwoita. Otóż dzwonią znajomi, że z trudem dostali ostatni egzemplarz lub że nie sposób tego dostać, lub pytając, gdzie to można dostać, a tymczasem w magazynie leży jeszcze połowa nakładu i w maju będę nawet podpisywać w Pałacu Kultury i Nauki, bo będzie rodzaj powtórnej promocji (pierwsza odbyła się na targach książki w Krakowie jesienią). Próbowałem rzecz reklamować w wywiadach radiowych, telewizyjnych i gazetowych, ale ten fragment tekstu z reguły wycinano. Poza tym: jeżeli w tytule jest „rozum”, a nie „seks i zbrodnia” lub „knowania rządzącej kliki”, lub „powiązania Kościoła z mafią”, to kogo rzecz może zainteresować? Występuję natomiast często w przedziwnych pismach, w których usiłują się zahaczyć i usprawiedliwić swoje istnienie historycy sztuki lub ludzie z wykształceniem humanistycznym. Ostatnio nawet w piśmie „Świat Mebli” ukazał się artykuł „Niekonwencjonalne widzenie krzesła w obrazach Beksińskiego”. Wypada tylko czekać, by miesięcznik „Rzeźnik” umieścił artykuł „Strugi krwi na obrazach Beksińskiego drogowskazem dla rzeźnika polskiego w drodze do Europy”. À propos „rozumu” i działu podręczników medycznych: gdy w latach 50. poszukiwałem wśród książek wycofanych „PROCESU” Kafki i prosiłem w bibliotece o przejrzenie piwnic, bibliotekarka cała szczęśliwa doniosła mojej matce, że znalazła dla mnie „Proces” i wcale nie jest wycofany. Pobiegłem do biblioteki, a tam czekało na mnie dzieło zatytułowane „Proces Doboszyńskiego”. Czyli nic nowego. Nie przestałem malować. Fotomontaż komputerowy robię równolegle z malowaniem. Od lat miałem na to ochotę. Tzn. na fotomontaż, a nie na komputery, ale tak jakoś się złożyło, że brak miejsca na ciemnię poszedł w parze z rozwojem komputerów i programów do grafiki rastrowej, no i od połowy 1997 roku wszedłem w to po uszy. Może najsilniej w 1998, bo nawet z pewną szkodą dla malarstwa, któremu poświęcałem o wiele mniej czasu. Teraz proporcje się już wyrównały.   

Pięknie pozdrawiam.   

Beksiński   

 

Tadeusz Nyczek napisał kilka lat temu: Obrazy Beksińskiego sprawiały wrażenie, jakby ważna w nich była właśnie tylko treść. Co paradoksalne, bo sam artysta uparcie powtarzał, że jest inaczej, że tak naprawdę także i jego najbardziej interesuje obraz, a nie anegdota. I bynajmniej nie rości sobie pretensji do przekazywania „urbi et orbi” żadnych specjalnych „treści”, „przesłań” i tak dalej.

 

Izabella Bodnar pisała w „Przekroju”: Wizje, jakie maluje, wymagają intymności. A maluje to, co najgłębiej ukryte, co nie ma żadnego związku z rzeczywistością. W całym malarstwie światowym nie ma bardziej poruszających obrazów na temat przemijania niż dzieła Zdzisława Beksińskiego. Jego sztuka hipnotyzuje.   

 

I może w tym tkwi cała tajemnica? Nie wiem.

 

Beksiński, wyrażając swoje opinie na temat sztuki, ale i na temat życia, godzi w tradycję i skanonizowane myślenie. Mnie po tej rozmowie jego twórczość fascynowała jeszcze bardziej. O jego biografii nie umiem już myśleć bez poruszenia.

 

Ciągle mam wrażenie, że wiedział więcej. Skąd jego fobia zabezpieczania mieszkania aż w takim stopniu? Skąd nieufność do ludzi?

 

Kiedy po śmierci Beksińskiego przeczytałem książkę Liliany Śnieg-Czaplewskiej „Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim” (PIW 2005), zrozumiałem, że wszystko wiedział, może nawet wcześniej niż jego zabójca. Pisze o swoim braku zaufania do rodziny, którą wpuścił do domu i która „pomaga” mu w różnych pracach. Pisze, że giną mu pieniądze. Chciałby się tych ludzi pozbyć, ale nie umie. Montuje sejf. Montuje kolejny zamek. Wymienia drzwi. Wstawia kraty. Staje się więźniem samego siebie. Tak wszyscy myślą. On jeden wie wcześniej. I nie będzie umiał się obronić.

 

Zdzisław Beksiński został zamordowany w swoim warszawskim mieszkaniu. Na ciele znaleziono kilkanaście ran kłutych.

Reklamy

Mój Dziennik – 2003

DSC00266.jpg

28 IV 2003 poniedziałek

Mateusz rozmawia ze mną o zboczeniach ma 12 lat czyli o dużo za mało na tak kontrowersyjne tematy. W Marszałku koleś straszy mnie gdy niosę dwa piwa Łomża w kuflu. Świat zdąża donikąd. Erozja w młodym wieku daje o sobie znać. Słyszę jak w programie tv koleś przerabia Skaldów na język muzyki hip-hopowej. Rozmawiam pod swoją klatką schodową ze Szczurem w tym czasie Nester mówi do niego, że ustawki bez pieniędzy są nic nie warte po czym dodaje, że na dzielnicy SADY panują inne zasady. Zrozumiałem chyba, że pewnie trochę lepsze od bezprawia dzielnicy WYSOKIEJ. Mieszkanie w bloku wymaga od osoby tam mieszkającej narzucenia sobie pewnych zasad o których nie można zapominać. W innym przypadku szansa przepada bezpowrotnie. Rzucanie szkoły ma za sobą pewne pozytywne aspekty np. wolny czas którego jest tylko ograniczona ilość. Barmanka z Marszałka mówiła, w przerwie od oglądania teleturnieju z Ibiszem, o tym jak często obserwowała sytuację jak koleś stawiał trunki dla kilku osób po czym później żadna z nich nie podniosła z podłogi zapitego sponsora alkoholu.

 

29 IV 2003 godz. 2:47 wtorek

Kończę małe porządki w systemie. Wczoraj znalazłem długo poszukiwanego cracka do programu pozwalającego oglądać tv na komputerze z jednoczesną możliwością nagrywania. Dzisiaj zmieniłem  rozdzielczość ekranu na 1024 x 768 wszystko się pomniejszyło. Przywróciłem do normalnej rozdzielczości, bo za ma małe. Wczoraj Szczur powiedział mi gdy piliśmy piwo, że umarł Junior, nie sądzę żeby mnie okłamywał. Dziś wstałem o 14:00. Zbudził mnie drugi telefon Pieci. Przyszedł wziął rower przypaliliśmy skunika i stwierdziwszy, że pokój przypomina labirynt odszedł. Był Bodek sztucznie udający przy wejściu jaki to jest uprzejmy.

     21:30

– Nie jest w moim typie – powiedział mężczyzna w tv. – Jestem osobą atrakcyjną – odpowiedziała kobieta. Grzesiek B. pyta kolesia siedzącego koło supersamu o fajka ten mu odpowiada – Wypad stąd. Pytana osoba była przestraszona. – Jest u nas w kraju zmowa milczenia powiedzieli mędrcy w debacie telewizyjnej. Grzesiek zastanawiał się skąd ma wypadać. Pyta mnie zdziwiony – No skąd z tego miasta??? Grzesiek wyzwał wszystkich od wieśniaków i rozeszliśmy się do domów. – Koniec już. Powiedziała mama po obejrzeniu programu o kibicach Arki Gdynia. Zalety Unii stabilizacja i bezpieczeństwo powiedziała reporterka w reklamowym spocie. Siostra z matką wymagają ode mnie żebym do nich mówił cokolwiek (wszystko co mi się wydaje). Trwa dyskusja na szklanym ekranie czy NATO ma sens. Niedawno przeczytałem te proroctwa w artykule S. Lema o sytuacji w Iraku. TV donosi o napięciu między Rosją a Anglią. Zbiorowa psychoza. Zaraza zbliża się do granic Polski. Sars jest uleczalną chorobą epidemia się oddala. Jak dobrze narrator odetchnął z wielką ulgą. Pomyślał sobie – Bo zdrowie jest najważniejsze. Nie pieniądze nie sława. – Dałbym ze 3 mln $ żeby móc wysikać się bez bólu. Powiedział jeden z bohaterów „Ojca chrzestnego”. Święte słowa. Siostra ogląda POP w tv. Przedtem pytając mamę o aferę Rywina. Po co? Madonna bardziej zaabsorbowała jej uwagę i nie dosłuchała wypowiedzi matki, która poszła do łazienki. Dziś powiedziałem do siostry, że jest spaślakiem w formie żartu ona na poważnie odrzekła, że jestem anemikiem. Zastanawiam się czy jej kiedyś tego nie wypomnę. Gdyż uznałem to jako niemiłą zniewagę. Nie mam w zwyczaju obrażać się za złe słowa, ale w tym wypadku… najgorsze jest gdy złe słowa pod twoim kierunkiem wypowiada rodzina, gdyż nie wypada im zaprzeczać. Tylko przyjąć jak ubogi w torbę czego ostatnio skrupulatnie się uczę. Siostra oddała Informator do czytelni mimo, że nie obrałem żadnego kierunku. Dziś Chmiel przyszedł do mnie po jakimś pół roku niewidzenia i dał mi przestrogę abym nie podchodził do studiowania rozrywkowo jak to zrobiłem. Po czym dodał, że miał 7 miesięcy marazmu i ma go nadal nie ma pracy i w ogóle ciężka sytuacja jest nawet w miastach wojewódzkich nie wspominając prowincji. Jednak kto ma ciężko ten ma ja czuję się dobrze. Jest jak jest będzie co będzie śpiewają polskie kapele hip-hopowe. Grzesiek mówi mi dziś, że zakręty będą ostre!!! Zakręty zakrętami ale prostą drogą to szczerze powiedziawszy zazwyczaj nie chodzę. W podstawówce Lutek z którym siedziałem na matmie raz zwrócił mi uwagę czemu rozwiązuje zadanie trudniejszym sposobem skoro jest łatwiejszy. Nie potrafiłem odpowiedzieć. Tak jak w paranoidalnym stanie człowiek nie wszystkiego jest świadom np. tego czemu bierze ciężar, któremu ciężko będzie podołać niosąc go na barkach przez drogę wyboistą. Niekoniecznie kamienną, a jednak męczącą podwójnie z obciążeniem na barkach.

 

30 IV 2003 godz. 15:38 środa

Dziś był u mnie Chmiel przez 20 min. nakręcał mnie żebym coś od niego kupił. Zapraszał mnie do siebie. Anka przyjechała ze szkoły nie mając się gdzie podziać nikogo w domu nie zastając przyszła do mnie. Dziwiła się, że słucham techno, Portishead też mówiła, że już nie słucha że elektronika ma mały wyraz, ale Kraftwerk już jej się spodobał. Ania ponarzekała na szkołę mówiła, że czasami olewa wykłady i ogólnie luzik. Chmiel myślał, że jestem skacowany, a Anka że nieprzygotowany na jej przyjście. Rozmowa jednak jak to mówi Maciek trochę się kleiła po czym znika osoba odbierająca przekaz i ciąg myślowy zamyka się w interpersonalnym wnętrzu, gąszczu chaosu i niedomówień. Pierwszy raz w życiu wyjąłem pranie z pralki na życzenie siostry.

     23:56

Za godzinę nagrywać będę „Idiotów” Larsa Von Triera. Przyszedł Piecia odstawił rower dał palenie i powiedział, że w pubie Rondo będą grać z analogów. Zadzwoniłem do Grześka przyszedł ze Szczurkiem, który spuścił powietrze w Wojtasa rowerze za to, że on kiedyś zostawił go w Mielniku. Grzesiek zachęcał mnie, abym wziął się za pisanie scenariusza. Może to byłby pomysł?

 

Wydzierające się od samego rana małe dzieci nie dawały spać. Młodemu mężczyźnie, który po przebudzeniu stwierdza, że fabuła jego egzystencji ciekawsza była przed kilkoma tygodniami kiedy to pobierał nauki z którymi to nie do końca sobie poradził, a fakt że teraz nie robi nic konkretnego sprawiał, że czuł się wiecznie zmęczony psychicznie. Chęcią do przyglądania się spektaklowi rozgrywającemu się dookoła kierowała nieumiejętność używania tajemniczego preparatu UBIK który to czynił wszystko znośniejszym. Rozebrana kobieta ukazała się mu podczas błogiego snu, nie mogąc wytrzymać presji pożądania zrobił to dwa razy po obudzeniu własną ręką i żądza seksualna której nigdy nie można w pełni zaspokoić przerodziła się w błogi stan upojenia haszyszowego. Robienie czegoś wbrew sobie jest głupie, ale doprawdy czemu to robimy tak nader często. Pomyślał po czym usłyszał telefon odebrał i usłyszał miły przepojony zmysłowością głos.

– Cześć przyjechałam i nie mam gdzie się podziać drzwi w moim domu są zamknięte. Mogę przyjść? Nie masz jakiejś pilnej sprawy.

– Nie wpadaj – Odparł swym grubym i lekko sepleniącym głosem.

– To za minutę będę…

Pukanie do drzwi to pewnie ona osoba, która dekonstruuje delikatną warstwę osobowości dekonstruującej się samoczynnie. Pierwsze wątpliwości dotyczą muzyki z motorycznym, natarczywym rytmem.

– To przecież nie jest muzyka!

– Dla mnie jest i to jak najbardziej. Wszystko co ludzie nazwą sztuką jest nią, a czy my nie akceptujemy  czegoś jako dzieła wybitnego wartego gruntownego przemyślenia jest tylko i wyłącznie naszym problemem. Sztuka najwyższa przetrwa mimo każdego naporu krytyki. To tyle o sztuce. Tyle i aż zanadto. To każdego zmartwienie jakim jest ignorantem estetycznym.

– Nie mów w ten sposób – odrzekła niska ale za to wyjątkowo zgrabna złotowłosa kobieta nie pokazując po sobie, że nie ma argumentów przemawiających do wyobraźni słuchającego, jej szybko wypowiadane słowa nie docierały do wpatrzonego tępo w ekran monitora młodzieńca, który dla uniknięcia kontaktu wzrokowego podejmuje inicjatywy słowne, aby wyartykułować co mniej więcej czuje co robił i z kim był ostatnimi czasy.

– Dziś będzie dobry film „Idioci” – podjął temat asekuracyjny widząc pustkę  między personalną.

– Nie śledzę programu, ale ten film widziałam – odparła lekko rozmarzona nie ukazując po sobie tego co za chwilę powie. – Wiesz bardzo bym chciała pograć w tenisa. Umówmy się zapisz sobie w terminarzu spotkanie ze mną.

– Nie muszę

 

2 V 2003 czwartek

00:55

Pożyczyłem Wemblejowi tomik poezji i książkę Dicka. Przyszedł dziś Jakub z Lindą nagrać płytki. Potem Anka graliśmy w tenisa wiatr był mocny więc krótko nasza rozgrywka trwała. Wieczorem jeszcze z Brykiem załatwiliśmy połówkę i spaliliśmy. Wembley opowiadał o swojej służbie w wojsku braniu tam prochu i twardych regułach gry w armii. Był podoficerem i mówił, że ostro glebił kotów. Linda w artykule o WuuDoo w AK wytknęła dziennikarzowi parę rzeczowych błędów. Wembley mówił o wojsku w sposób taki jakby był to jego powrót do lat młodości z nieukrywanym sentymentem opowiadał jak trzymał na warcie kałasznikowa. Jakub potwierdził, że Junior przekręcił się od przedawkowania heroiny opowiadał, że jak go spotykał widział wrak i resztki człowieczeństwa. Film „Nędzne ulice” Scorsesa wyśmienity. Kino ma magiczną moc, role De Niro i Keithela bez zbędnego komentatorstwa. Nie dająca się racjonalnie ocenić postać Johny Boya nie spłacającego długów i brnącego coraz bardziej w bagno wiedzącego, że robi źle, a mimo to robiącego dalej to samo, przemawia do wyobraźni bardzo i porusza struny współczucia dla zagubionego mimo, iż nie całkiem samego. Pomaga mu praktykujący katolik. Tu Keithel występuje w podobnym wcieleniu co w „Złym poruczniku” Ferrary gdzie był po stronie prawa, a mimo to zagubiony i samotny. Brnący w hazard i kokainę. Jakub ma w środę maturę oby w tym roku poszła mu lepiej niż w zeszłym. Gdy dziś szedłem z Aśką jechała Elka i złożyła mi propozycję żebym pomógł jej w jakiejś pracy w ogródku. Nie odebrałem tego poważnie. Powiedziałem Lutkowi, że zadzwonię a nie zadzwoniłem. Grzesiek pożyczył ode mnie polara, i powiedział że może w te lato kupi jakieś auto. Mówił, że nie sztuka kupić, a eksploatować. Ma przynieść mi wywiad z Maleńczukiem. Wychodząc do Wembleya z książkami powiedziałem coś szeptem do matki która nie wiem czy słyszała czy nie, ale ja nie potrafię przypomnieć sobie co to było za słowo ale chyba nie nazbyt miłe bo nic nie powiedziała ani nie zauważyłem żeby gwałtownie zareagowała. Może wynikło to z tego, że niedawno nieformalnie zabroniła przychodzić mi do swego biura przed lękiem zapewne o to, że się nie uczę i takie tam. Chyba uniosę się honorem i nie pójdę tam już, kiedyś przynajmniej był tam Andrzej M. z którym rozmawialiśmy godzinami o komputerach, Kaziku i w ogóle o życiu. Zastanawiałem się dziś pod rozwagę wziąwszy sytuację hipotetyczną jakim byłbym człowiekiem gdyby przypadek potoczył mój żywot tak iż wychowywał bym się i wkraczał w dorosłe życie tak jak to robię teraz mając za rodzinę ojca i siostrę Kaśkę, która była by starsza ode mnie o jakieś 9 lat. Myślałem czy była by jakaś diametralna różnica jak wtem wyglądał by mój szkielet psychiczny. Kruchy i niestabilny stałby się może czymś o czym nie chcę wiedzieć…. a jednak złudzenia nie dają spokojne w takiej sytuacji się odnaleźć gdyż nie wynaleziono jeszcze światów alternatywnych na zawołanie, ale nie ma w co wątpić wszak ludzki Umysł potężny nad miarę jest i nie podlega to dyskusji. Spotkałem Marka nie zamieniłem z nim żadnego zdania. Z Jakubem też się nie spotkałem, a chciałbym z nim pogadać jest on konkretny jak mało kto. Mówił, że nie pracował miesiąc i nie wiedział co ze sobą zrobić. Teraz ma fuchę gdzieś w magazynie. Wemblej mówił, że lubi Tołstoja i broń maszynową tłumaczył nam jak się ją trzyma. Mówił, że zapisuje wydarzenia i dobrze, wszak to KATHARSIS dla człowieczka. Każdy powinien brać pod rozwagę filmy tak wybitne jak „Nędzne ulice” czy „Napad” Avareya gdzie styl amerykańskiego życia zostaje skonfrontowany z europejskim. Równie szalonym, a niekiedy wtrącenia bardzo fundamentalnych prawd w luźne rozmowy nie pozwala wyjść z podziwu dla tego obrazu jakże rzeczowego.

2 V 2003 piątek

     8:49

Dziś mam w planach małe porządki ale zanim to… Wczoraj kupiłem popcorn wkładany na 3 min do mikrofalówy z masłem jaki kiedyś jadło się u Pieci. Jakub mówił, że kolesie którzy mixują w Rondzie są na dużym poziomie. Linda pytała mnie co robię w Siemiatyczach, jakoś udało mi się konkretnie odpowiedzieć. Później pytała mnie gdy wspomniałem o Chmielu czy on oby jest zupełnie całkiem normalny. Odpowiedziałem jak czułem czyli, że dla mnie w normie choć z małym odstępem o niej. Myślę, że Lindzie podobało się mieszkanie, gdy weszła zapytała czy mój tato malował. – Chyba nie. – Odpowiedziałem nie przekonany do końca. Później siedząc z Jakubem wypytywała mnie co chwilę o jakieś rzeczy związane z muzyką. Chyba rozczarowałem ją trochę, lub mi się zdaje małą znajomością muzyki wykonywanej przez czarnych muzyków, ale to nic przy tym, że Anka na korcie stwierdziła, że mam małe poczucie faktycznych problemów jakie dotykają innych ale nie mnie. Bo ja jestem bezproblemowy i pewnie myśli sobie, że Tomka problemy są na tyle małe, że można obok nich przejść obojętnie. Przyznaję, że nie wyolbrzymiam niczego o czym tu piszę. Te fakty były i to jest rzeczywistość wokoło mnie tak to postrzegam i nic tego nie zmieni. Skoro nie staram się wypaczać niczego i zbytnio nie ubarwiać wypływa jak lawa z tego co pochwyciwszy w locie przekładam na słowa tu zawarte. Myślę, że jak dotąd tylko Baśka o której nic nie wspominałem dostrzegła u mnie jakiś pierwiastek, który jej się podobał i wyraźnie dała mi to do zrozumienia. Będę jej za to wdzięczny gdyż to niecodzienna sprawa usłyszeć pod swoim adresem tyle miłych słów, ale może o tym kiedy indziej jak mam nadzieję może kiedyś kiedy zdecyduję się napisać do niej coś niestandardowego przecież listy to chyba piękna sprawa, Maleńczuk śpiewał, że „najbardziej lubi dostawać listy. W listach są różne wyrazy.” To tyle…

 

3 V 2003 sobota

17:32

Wczoraj wypiłem 3 piwa i jedną małą Łomżę w Halince gdzie wyjątkowo stał za barem Lutek. Usiedliśmy na ławkach przy barze, za nami siedziała jakaś młoda i całkiem ładna kobiecina otoczona grupą drobnych pijaków. Śmieszne było to, że mówiła dzień dobry w sposób bardzo oficjalny do bywalca tej knajpy jakby był on co najmniej szefem lokalu. Szczura spotkaliśmy w Leśnej, gdzie już trochę pijany spożywał piwo sam już nie panując które to. Grzesiek przyniósł mi Machinę gdzie były trzy świetne wywiady kolejno z Maleńczukiem, który opowiadał o więzieniu, o kodeksie Hammurabiego oko za oka. Oraz to, że więzienie jest świetnym miejscem gdzie można sprawdzić jakim naprawdę jest się człowiekiem. Drugi wywiad ze Świetlickim, który zarzucał naczelnemu bruLionu jego anachroniczny stosunek do świata. Oraz z Tarantinem twierdzącemu, że jak nie byłby artystą został by gangsterem. Wczoraj Wemblej znów zachwycał się jaki to Peter ma piękny dom, basen, kort. Piotrek jego kumpel nie był nawet świadom czy pił piwo, a jak się uświadomił, że tak dziwił się skąd na nie miał. Gdy wypiłem Classica pod kaflarnią ostro już mnie wzięło, gdy zaszedłem do domu rzygałem kilka razy w sedes i do reklamówki, problemem było to, że nie miałem czym i wylatywała mi z ust ślina. Siostra przyszła zaniepokojona gdy usłyszała mój ciężki oddech. Powiedziałem jej, że to nie Sars, i że spoko. Zaproponowała mi miętę i odeszła. Graliśmy w bilard każdy jak potrafił najśmieszniej wychodziło to Szczurkowi choć, każdy popełniał elementarne błędy jak np. podwójne uderzenie, przesuwanie kul. Przyszedł Łukian i powiedział, o mnie że zawsze jestem uśmiechnięty, radosny.

 

4 V 2003 niedziela

16:46

Pisałem przez godzinę i nie zapisało się. Więc w skrócie żeby ocalić od zapomnienia. Wczoraj na amfiteatrze koncert Ksenoks. Palimy na cmentarzu Żydowskim. Mało rozmawiam z Brykiem chyba się lekko przybił bo powiedział, że Siemiatycze są za małe dla mnie co mnie uraziło bo wcale tak nie twierdzę, a twierdzę co innego. Śliwa zadrwił, że wyłysiałem, Goryl śmiał się jak idiota i wkurzył mnie tym zachowaniem zrobiło mi się przykro. Na PKSie koleś niczym rebeliant rozbił butelkę nie wiadomo po co. Bo nikt nie zareagował. Rzucił nią mocno w górę jakby chciał zrobić dziurę w niebie. Cedziak w Leśnej pytał gdy do mnie podszedł czy spotkał mnie trzy razy już po ścięciu włosów. Żartował dając do zrozumienia, że w minimalnym stopniu dostrzega to co innym wydaje się w ogóle niedostrzegalne. Mimo swego szaleństwa jest w Cedziaku dużo jakichś tajemniczych mocy, które powoduje iż jego zachowanie i to co mówi nie zawsze jest z sensem i po kolei, i jakby trochę wyrwane z innej bajki mnie osobiście to co mówi nie sprawia jakiś totalnie zagadkowych kwestii, gdyż robienie z siebie trochę bardziej szalonego od ogółu nie jest wcale takie proste i za to podziwiam tego chłopaka. Myślę, że nie każdy potrafiłby stworzyć wokół siebie mgiełki szaleństwa. Poza tym siostra mówi, że mam zbyt duże huśtawki nastrojów i proponuje mi wizytę u psychoanalityka. Do wszystkich lekarzy Dick w „Inaczej, niż by się zdawało” mówi w książce w której zamieszczone były artykuły dotyczące psychoanalizy, książka wydana w futrzaku który odżywiał się zawiesiną jedzenia w powietrzu. I zmieniał zawartość obłożonych w siebie książek pod tymi dywagacjami napisał „Lekarze wyleczcie się sami”. Moim zdaniem, każdy na własną rękę powinien szukać kluczy do swego człowieczeństwa. Anka przyszła i coś chciała dodać na koniec ale uznała, że chyba nie warto i poszła. Gdy staliśmy pod Grzesiem Igor G. z mego bloku rozmawiał z jakąś parą mówił o tym, że kogoś próbuje śledzić kto jest poza jego zasięgiem. Chyba rzucił studia. Goryl twierdzi, że przez wojsko będzie alkoholikiem albo narkomanem. Bryk twierdzi, że Szczura zachowanie jest podobne do R. De Niro w „Jackie Brown” gdzie gra milczka który luzackim stylem bycia podoba się mimowolnie. Przed chwilą był Paweł K. mówił, że ma z kim spać w akademiku oraz olewa szkołę na zasadzie rzadkiego tam bywania. Zresztą gówno mnie to powinno obchodzić. Paweł spalił się dla mnie dawno temu. Nie ma w sobie nutki charyzmy, która sprawiła iż by przestał mówić o ciągłym znudzeniu choć ostatnim razem nie mówi tego tak często. Gdy grał w bilarda Grzesiek B. z Falą i nic nie było rozstrzygnięte przyszedł Szczur i rozstrzygną wszystko jednym uderzeniem przez nikogo nie proszony wbijając czarną do dziury. Wczoraj nagrałem film o idealnym narkotyku jakimś cudku nakładanym na głowę połączonym ze stacją na mini-dyski na których zapisane są różne sytuacje jakie możemy niby przeżywać. Film płytki jak to tylko amerykanie spłycić najlepiej umieją. Nie obejrzałem go do końca ale książka Dicka „Trzy stygmaty” też nie doczytana jest lepsza w stosunku do tego partactwa w stosunku 10:1. Partaczem Szczur nazwał Bryka. Pobili się na żarty kijami wszedł chłop zobaczył, że zamiast czarnej zawodnicy wbijają połówkę i zwątpił. Ostatnio Szczur śmiesznie wypierał się przed Nesterem, że nie mieszka na Wysokiej, a na dawnej Andersa.

 

6 V 2003 wtorek

10:20

Wczoraj przeniosłem z siostrą ławkę spod klatki, żeby dziecko mogło spokojnie spać. Byłem z Piecią rowerami po materiał na Wysokiej paliliśmy w lesie. Po czym wróciliśmy na Sady. Materiał bardzo dobry. Znów pożółkł mi obraz w monitorze. Wylałem przypadkowo herbatę na obudowę cpu na szczęście nic nie strzeliło. Szklanka spadła z blatu potrącona przez moją dłoń jak dobrze, że nie było zwarcia. Wczoraj poprawiłem spis mp3. Oraz przelałem forsę dla kolesia, który ma mi przysłać Plastiki. Dziś wpadłem na jakże prosty i skuteczny sposób cięcia twarzy aby nie bolało wystarczy jedynie namoczyć ostrzę w wodzie i poszło jak po mydle. Siostra mówi, że jak do 13 nie napisze pierwszego rozdziału to jedzie do Brukseli. Od jakiegoś czasu mówi, że nie jest służącą. Przyszła, idę coś zrobić pożytecznego. Byliśmy w Marszałku z Brykiem na Coca-coli wypił do połowy gdy wychodziliśmy na schodach siedział Kat nic nie powiedział. Dziś pewnie przyjedzie Jakub trzeba będzie się trochę zabawić po jego maturze. Lutek ostatnio mówił tonem zupełnie autentycznym, że praktycznie nic nie umie, ale w ogóle się tym nie przejmuje popijając kawę w barze żeby właściciel nie mówił, że jest przymulony. Wczoraj gdy wjeżdżałem po schodach na Tarasach opuściły mnie moce i przy końcu nie dałem rady wjechać zeskakując z roweru co ujawniło moją chyba niezbyt silną wolę. Z drugim podjazdem nie miałem już większego problemu stąd może wniosek, że po trosze uczę się na błędach.

17:37

Wczoraj znalazłem na stronie internetowej wydawnictwa Czarne za którym kryje się A. Stasiuk  kilka fragmentów książki, która ukazuje kulisy palenia browna. Napisana jest ona przez młodego chłopaka z Wawy, który przedstawia kwestię palenia niejednoznacznie po czym na końcu dochodzi się do wniosku, że to heroina doświadcza ludzi, a nie ludzie jej. Tak fajnie Pęczak napisał o tej książce w Polityce. Dziś przeczytałem kolejne z opowiadań Dicka „Na obraz i podobieństwo Yanceya” i wniosek jaki się nasuwa trochę filozoficzny, bo cała twórczość Dicka to filozofia oparta nie na teoretycznych spekulacjach, ale jak napisał S. Lem została ona sprowadzona na ulicę. Widać ją na konkretnych przykładach wyjętych z życia normalnych prostych ludzi, żyjących sobie podobnie jak my w jakimś wymiarze rzeczywistości, którą niejako sami tworzą. Cytat, bo już zaczynam kluczyć. „Pierwsze zwiastuny nowej myśli – że każdy człowiek ma swoją skalę wartości, specyficzny styl bycia, że każdy może wierzyć w co innego, cieszyć się i aprobować różne rzeczy – już się pojawiły.” „Wprowadzić nowy sposób myślenia, poczynając od banalnego porównania z pierwiosnkami.” Te słowa mówią dużo więcej niżby się zdawało. Całościowy ogląd twórczości Dicka, każe nam gruntownie przemyśleć niektóre kwestie, co naprawdę warto zrobić. Wart on jest gruntownego przemyślenia jak o J. Tenorze napisał R. Księżyk. Ten dziennikarz podkreślam dla mnie wyjątkowy. Moja z nim „znajomość” zaczęła się od lektury pisma BRUM (ogólno dostępny magazyn o kulturze masowej i nie tylko) tam właśnie pisał, później pismo upadło  podobno narażając się wytwórniom płytowym co jeszcze dobitniej świadczy z jaką siłą wyrazu przemawiało do odbiorcy nie przygotowanego, a mimo to nie bojącego się wejść do nowego może trochę odrealnionego świata muzyki z jaką wcześniej nie miał nigdy do czynienia. W moich oczach człowiek ten obrósł w legendę za życia jego poziom pióra jest zastraszająco wysoki, a sposób pisania o muzyce bliski szaleńczemu tańcowi Św. Wita na gruzach tandetnej kultury masowej na granicy geniuszu i gruntownego znawstwa tematyki kładzie podwaliny pod wysoką kulturę zakładając, że nie jest ona niczym innym jak naszym konkretnym wyborem z jakim rodzajem sztuki chcemy obcować. Wprowadzając w alchemię dźwięku, odkrywa się iż w prostocie tkwi pewna forma geniuszu stąd po trosze można uzasadnić powodzenie muzyki tanecznej. Którą to, lecz nie tylko stara się promować R. Księżyk. Jak napisał o nim K. Staszewski w Machinie sumując dziennikarzy muzycznych, że rytm 4/4 to dla niego szczyt proroctwa i ocena powyżej normalnej skali, każe przyjąć to jako następny argument za wizjonerstwem i kunsztem wyżej wymienionego człowieka, dziennikarz który nigdy się nie zhańbił choć kiedyś ktoś próbował mi wmówić, że wcale nie jest on taki fair wobec polskiego wykonawcy hip-hopowego jaki być powinien. Chodziło o Fisza i kolesia, który też trudnił się pisaniem o płytach.

 

środa, 7 maja 2003

21:29

     Wczoraj przyszedł Bodzio, poszliśmy razem do Chmiela, który znów o mało, a nie zagadał by, jak to on potrafi aż do psychicznego zmęczenia. Pożyczyłem od niego płyty z softem do obróbki muzyki i poszliśmy uprzednio zaopatrzywszy się w piwo na Łojki, gdzie życie płynie jak w bajce, a krajobraz przypomina wieś nie skażoną cywilizacyjnym kiłem. Wypiliśmy po dwa na głowę, nie dając za wygraną jeszcze odnalazłem siły aby dojechać do domu. Dziś przepisałem kilka stron pracy magisterskiej siostry o hinduizmie, a dokładnie o Hari Krisznie. Dziwnie zbiegło się to z momentem gdy czytałem opowiadanie Dicka „Czarna skrzynka” która to zapewniała kontakt z Bogiem który nie mógł pomagać innym, ani tym bardziej sobie i szedł umęczony drogą kamienistą. Buddyzm zen spuentowany zostaje jako coś co jest nie opisane, bowiem polega ono na doświadczeniu pewnego stanu, który w domyśle zapewnić ma ta mistyczna skrzynka. Doświadczenie tego cierpienia, którego doświadcza, ów istota powoduje iż jedność z nim równa się czemuś co w języku Zen nazwane zostało SATORI czyli oświecenie. „Czy Budda jest kawałkiem papieru toaletowego ?”. Gdy chodzi o zbieżności oto druga: gdy czytałem Dicka bohater grał w kapeli jazzowej na harfie, a ja akurat słuchałem M. Davisa po długiej przerwie.

 

sobota, 10 maja 2003

12:46

Wczoraj byłem w Lublinie. Wyjechałem o 10:00. Lutek przyszedł spaliliśmy małą lufkę i Godek z panienką, która twierdziła, że nigdy mnie nie widziała pojechaliśmy po moje rzeczy. Podróż wyniosła mnie 150 zł. i dużo stresu, ale przyjechać w takie miejsce gdzie człowiekowi od razu robi się lepiej jest rzeczą piękną. W akademiku była Kaśka, też się ścięła i ładnie wyglądała ucieszyła się na mój widok. Lucek jak mówiła na Roberta Baśka mówił jej, że nie daje po sobie poznać co myśli. I nie pytam Lutka DLACZEGO ? Po drugim piwie, które wypiliśmy pod parasolami koło Empiku zachciało mi się wymiotować, ale wypiłem jeszcze dwie chmielne wódki (to wg. Godka jest piwo) oraz Red Bulla i było mi bardzo dobrze. Dziekanat był zamknięty i nie odebrałem świadectwa maturalnego. Na parkingu gdzie Lutek przedłużał czas parkowania spotkałem dwóch kolesi z roku, którzy nie mieli czasu na rozmowę. W humaniku natknąłem się na Ernesta, który pofarbował włosy i mnie nie poznał powiedział, że tak jakby zobaczył innego człowieka. Byliśmy w knajpie na Krakowskim Przedmieściu tej zamkowej gdzie wypiliśmy po piwie z Robertem oni po kawie po czym pojechaliśmy po raz drugi do akademika, tam wysiadamy i kogo widzę przed akademikiem stoi Baśka sama i pali fajka. Podchodzę zaczynamy rozmawiać zwraca się do mnie jak zwykle tak miło i uśmiecha się tak pięknie, że ciężko o tym pisać. Baśka chciała, żebym uprzedzał jak przyjeżdżam oraz chciała mój numer telefonu to pierwsze jest do załatwienia natomiast numeru ci nie dam no bo nie!!! Powiedziałem tak i też postąpiwszy. Baśka mówiła, że po ostatniej imprezie Gośka wymiotowała tydzień, a Gośka z dołu która mnie zapamiętała z workiem przy ustach, gdy użyłem słowa wulgaryzmy puściła oczko do Kaśki jakby przez to chciała dać do zrozumienia, że to słownictwo jest zbyt wyrafinowane jak na pippena, ale i tak nigdy nie darzyłem jej jakimkolwiek szacunkiem. Nie powinienem tak mówić, ale dostrzegam coraz wyraźniej, że niektóre kobiety to wyjątkowe suki. Co nie oznacza jakoby mężczyźni byli tymi lepszymi, uważam podobnie jak Maleńczuk, że kobieta to wyższy stopień człowieczeństwa. Podobno jak mówiła Baśka, Mirek też rozpaczał po moim odejściu, ale w to ciężko jest mi uwierzyć. Gdy jechaliśmy do Lublina Godek słuchał muzyki dance zastraszająco chujowej, w rzeczy samej „Na szczęście mam gitarę i mogę na niej grać tych kilka prostych dźwięków…” To tyle w tym temacie. Błądzenie po Lublinie, było moją zasługą mówiłem lewo gdy już było za późno, ale jakoś to wyszło, że dojechaliśmy szczęśliwie. Gdy zatrzymaliśmy się na postoju kot się ocierał o Lutka o on mu nadepnął na ogon i kot spłoszony uciekł. Baśka pomogła na koniec zanieść pakunki i poszła na juwenalia na które to wszyscy usilnie nalegali, żebym poszedł. Wyłamałem się, bo nie jestem już student, a to wszakże studencka impreza. Lutek mówił, że dalej planuje studiować zaocznie informatykę.

23:10

     Baśka powiedziała do mnie wczorajszego dnia – Pippen myślisz, że ja młodnieję – z jej tonu przebijała nutka melancholii i zadumy nad egzystencją. Nie odpowiedziałem nic, gdyż nie wiedziałem co powiedzieć. Na koniec powiedziałem jej, żeby coś napisała. Odpowiedziała, że napisze i to nie jeden raz to wywołało we mnie coś na kształt szczęścia połączonego z ciekawością co będzie zawierał pierwszy z napisanych przez nią listów. Będę tym, żył jak teraz tym co mną targa. Dziś przeczytałem do końca prawie w 100% nr. 1 Plastika fenomenalny magazyn. Z drugiego numeru artykuł o dragach uświadomił mi, że jednak wszystkie bez wyjątku są szkodliwe na psychikę i nie tylko jednego dnia masz po nich fajnie, ale życie się komplikuje w miarę jak przestajesz ćpać. Dziś byłem w wypożyczalni więzłem 3 filmy. Jeden obejrzałem „Ćpun” z kolesiem, który sprzedawał prochy w „Pulp Fiction” Stoltz film tak schematyczny i gładki i bez wyrazu, że szkoda gadać, ani jednego fajnego momentu tyle tylko, że krew płynie z ekrany gęsto i nic poza tym. Matka Tomka Chołuja, powiedziała mojej, iż dobrze uczyniłem zrywając z kierunkiem obranym dla własnej kondycji psychicznej, która mogła by zostać zachwiana. Moja babcia prawdopodobnie ma przerzut raka na żołądek nie widziałem się z nią, ale siostra mówiła, że wygląda źle. Dziś rozpakowałem rzeczy i spostrzegłem, że ktoś zapakował mi zeszyty kolesia, który był ze mną na roku i po nie się nie zgłosił jeden jest mało zapisany w fajnej twardej okładce jak dobrze wydana książka. Drugi film jaki obejrzałem do połowy to „Bunt” z S. L. Jacksonem grającym więźnia, który dowodzi rewolucją wewnątrz więzienną oraz M. Lahanem (Agent Cooper z „Twin Peaks”) jako klawisz, który stara się walczyć o coś, ale o co jeszcze się nie wyjaśniło. Film też jak na razie niewysokich lotów. W wypożyczalni zobaczyłem film o Ufo prawda czy fikcja, który ponoć zawiera autentycznie sfilmowanego kosmitę. Muszę to obejrzeć bo toć to wszakże ciekawe może być. Baśka dała mi książkę która zaczyna się takim oto cytatem: „Sztuki się nie poślubia, sztukę się gwałci” słowa jakiegoś impresjonisty mówią dobitnie jaki jest teraz stosunek ludzi do kultury. Mianowicie złapać za kuper wydymać i zapomnieć. Smutne, acz prawdziwe nawet R. Księżyk to stwierdził na łamach Machiny, że Polacy to ignoranci i w ogóle po co z kulturą być na ty skoro równie dobrze można ją olać. Taki trend zakradł się odkąd luzacki tryb życia próbują prowadzić wszyscy w około zamroczeni własnymi problemami nie wiedzą jak wyrwawszy się z amoku stworzyć coś konstruktywnego co by posiadało jakąś wartość. Aśka powiedziała dziś, że człowiek współczesny ucieka od śmierci spychając ją na margines jak coś co można zepchnąć ale do momentu… Pani z biblioteki kazała oddać mi książkę, którą trzymam już dobry okres czasu. „Ostatni Pan i Władca” Dicka. Dziś przed wypożyczalnią kaset vhs Pucio młody wystawił magnetofon z którego głośno rozbrzmiewała płyta Stachurskiego bez komentarza. „Napad” Dwójka i szóstka kłócą się o to która z nich jest pierwsza. Literki A, B, C przenoszą się do trzech alternatywnych rzeczywistości. Każdy jest więźniem samego siebie. Tyle filozofii w tak krótkich acz treściwych zdaniach.

 

poniedziałek, 12 maja 2003

12:12

     Wczoraj zadzwonił Szczurek, zapytał co robię i przyszedł oddać książkę „Wściekłe psy” powiedział, że nie miał czasu przeczytać do końca, ale kiedyś jeszcze spróbuje. Poszliśmy do marszałka, tam Piecia grał na maszynie, a Śliwa siedział z dziewczyną przy stoliku. Nie chciałem z nim rozmawiać po tym jak ostatnio się zachował. Zadzwoniłem do Lutka i powiedziałem mu, że czułem się wyrolowany przez Godka tym jak się zachował, była ustalona kwota, a on zażądał więcej. Robert powiedział, żebym zapomniał o całej sprawie nie pytałem DLACZEGO. Wczoraj do marszała przyjechał koleś na wózku zamówił flaki i piwo dwa razy po czym przemieścił się do pomieszczenia gdzie gra się na maszynach. Poszliśmy z Grześkiem po połówkę i spaliliśmy pod przedszkolem w budzie całej wymalowanej w jakieś grafitti. Po czym pod urzędem skarbowym zastał nas ze Szczurem deszcz i postanowiliśmy rozejść się. Gdy przyszedłem próbowałem dwukrotnie się wylać, ale bezskutecznie. Nie pytałem siebie dlaczego po prostu czułem chyba złe wibracje i byłem za mocno spięty… we własnym domu !!! Gdy siostra siedzi w kuchni czasem nie mam ochoty tam wejść, gdyż nie zawsze rozmowa między nami układa się jak powinna, ale ostatnio na szczęście jest trochę lepiej. Dziś przyszła Monika z klatki obok.

 

czwartek, 15 maja 2003

17:45

Więc przelewam to czego ostatnio doświadczyłem. LSD-25 kupiłem w ten sam dzień kiedy przeczytałem w Plastiku artykuł o Learym, którego to prezydent Nixon uznał za najniebezpieczniejszego z żyjących (aktualnie już nie żyje, ale jak żył za takiego uchodził). Był to człowiek, który w Nowym Meksyku założył hotel w którym eksperymentował z tą syntetyczną substancją w gronie bliskich. Jako doktor psychologii uznał, że doświadczenia z psychodelikiem dały mu większy wgląd w mózg niż kilkunastoletnia praktyka na uniwersytecie. Więc pojechaliśmy ze Szczurkiem i Małym do Bodzia po drodze zaopatrzywszy się w Biedronkowe piwo Okocim light. Dwie puszki na głowę i ćwiartka kwasu pod język przyprawia po jakimś czasie o wrażenie wspaniałej harmonii z otoczeniem. Bodzio nie chciał zażywać czegoś co nie poddaje się racjonalnej definicji. Rozmowa kleiła się pozytywnie. Gdy ze Szczurkiem poszliśmy po fajki powiedział mi, że nie czuł się tak dobrze od ubiegłych wakacji. Gdy rozmawialiśmy już jakiś czas Grzesiek stwierdził, że należało by już iść tak więc pożegnawszy się ruszyliśmy w dalszą podróż. Zaraz po wyjściu Grzecho mówi, że idzie się wylać poszedłem więc też, nieopodal w krzaki, ale dźwięk śpiewających ptaków i mój stan sprawił, że nie mogłem się wylać. Zrobiłem to dopiero pod szpitalem i to z wielką ulgą. Szczurek haftował jak twierdził zjadł coś smażonego co mu zaszkodziło. Mówiłem mu, że może się wrócić do Bodzia nie chciał, więc ruszyliśmy. Po drodze idziemy przez mgłę, która jest tylko w niektórych rejonach, sceneria jak w filmie grozy. Koło przystanku autobusowego spotykamy Łukaszka mówi, że też tak by się chciał czuć po wypiciu dwóch piw. Wyczuł, ściemę Grześka zresztą przed Łukianem ciężko cokolwiek ukryć. Szczur odprowadza go do domu ja wracam przez szpital do swojej chatki Puchatka. Zachodzę oglądam dwa filmy zostaję nimi porażony „Wyspa dr Moreau” z Val Kilmerem i M. Brando w roli eksperymentatora który manipulując DNA, tworzy jakieś na wpół ludzkie, na poły zwierzęce istnienia, dla których jest BOGIEM. Piękny film, piękne przesłanie… wymiękłem. Cytaty z Biblii poraziły mnie swoją głębią „Jak miarą sami sądzicie, taką będziecie osądzeni”. Drugi film to też przełom. Western „Bez przebaczenia” w reż. C. Eastwooda z tłumaczeniem Beksińskiego to czysta forma filmowa, bez przegięć, z fabułą wciągającą niczym bagno. Mówiąca o prawdziwych szlachetnych wartościach już niestety na wymarciu we współczesnym świecie. Pomyślałem sobie w trakcie oglądania, że Baśce na pewno by ten film podpasował, bo taki jest niby prosty, a mimo to głębia przekazywanych przez Eastwooda treści pozostaje niezmierzona. Jeszcze w trakcie pierwszej projekcji poszedłem do kuchni gdzie Aśka pisze namiętnie pracę mgr i wdałem się z nią w gadkę o całokształcie. Powiedziała, że pasował bym na bibliotekarza. Ja jej na to, że gdyby tak jakimś zrządzeniem losu tak właśnie było to jak by przyszła coś wypożyczyć polecił bym jej literaturę S-F. Przed tym jednak mówiąc, spluwając na podłogę, że nie mam czasu i nic nie mogę na to poradzić. Potem zadałem jej pytanie czy na pewno nie pomyliła się co do filmu „Wyspa dr Moreau” odpowiedziała, że nie. Dodała, że czuje się jak grafoman jak tak pisze tą pracę. Gdy obejrzałem filmy, włączyłem „Ciemną stronę księżyca” Pinka Floyda. I zrobiłem jakieś postanowienia, które będę starał się realizować. Przed chwilą Wemblej przyniósł mi zeszyt ze swoimi zapiskami. Pisze w nich „Za kruche słowa bym wiarygodność zdobył…” Dekadencki styl przebija się z większości zdań, opowiadania stylizowane na fantastykę, trochę miłosnych opisów i fabuła opierająca się na fundamencie walki dobra za złem. Kreacja bohatera na niezrozumianą przegraną jednostkę, która już nie ma szans na podźwignięcie się. Szukanie jakiejś prawdy ogólnej której poszukują od lat wszelkiej maści filozofowie. Zasada rządząca porządkiem wszechrzeczy poszukiwana acz nie znaleziona. Zagubiony w tłumie. W każdym mieście jest taki człowiek, chciało by się rzec. Przy końcu zeszytu znajdują się rysunki twarzy kobiet, projekty graffiti, opowiadanie stylizowane na język ulicy. Oraz tytuł na okładce „The dark side of the sun” bez analogii z Floydami. Nie wiem co powiem mu gdy zapyta mnie o wrażenia estetyczne wynikłe z lektury jego zapisek. Ludzie lubią być chwaleni więc pewnie go pochwalę. I zachęcę żeby próbował dalej wszak nie każdy piszący może zostać pisarzem wielkiego kalibru. Myślę, że jak ktoś nie wie jak pisać powinien zaczynać od redagowania dziennika jak ja to czynię powyżej. Opisuję co mi się przytrafia. Dla mnie jest to kojące dla innych nie musi, chociaż miło by było, gdyby tak się stało. Ale jak na razie pozostaje mi czekać co przyniesie los. Przegrywać nie lubię i to niezależnie w co. Więc lepiej jak powiedział R. De Niro „Być królem jednego wieczoru, niż ciulem przez całe życie”. Wczoraj kupiłem od Kata magazyn Techno Party z opisem Reaktora za 3 zł. Maciek pokazał mi tatuaże na nodze po czym chciał sprzedać jeszcze koszulkę Pumy, którą nie byłem zainteresowany. Po tym Koń (Peter) wszedł i zapytał co słychać. Wczoraj nagrałem film De Palmy „Ofiary wojny” gdzie pięknie zagrał Sean Penn, skurwysyńskiego oficera. Kwintesencja wojny w Wietnamie widziana oczami Briana oddana znakomicie. Pokazał jak każdy z żołnierzy odczuwał bezsens walki z wiatrakami. Dla mnie ten film nie jest fiaskiem artystycznym jak mówią krytycy.

 

piątek, 16 maja 2003

22:42

Przed chwilą wróciłem z przechadzki po mieście co tam zobaczyłem i przeżyłem tkwi głęboko. Szczur powiedział, że Siemiatycze są przejebane. Im dłużej tu mieszkam tym bardziej skłaniam się ku takiemu twierdzeniu. Byłem dziś w Białym, lekarka przycina ze mną w chuja, chcąc zarobić na naiwnych klientach. Gdybym był C. Eastwoodem wypaliłbym jej kulkę w czaszkę, bez mrugnięcia okiem. Gdyż wyzysk jest zły. Piszę 5 min. a mam wrażenie jakbym składał słowa co najmniej dwa razy dłużej. Zażyłem samotnie LSD-25 ćwierć czekam na efekt. Wcześniej wypiłem dwie małe Łomże i zagrałem 3 X w bilard. Dwa razy na moją korzyść. Mam wrażenie, że to co piszę nie będzie przeczytane, gdyż koduje te pliki szyfrem, ale jak komuś będzie zależało to przełamie te zapory i będzie się sycił tym co czyta lub uzna to za stek bzdur i poprzestanie na pierwszych słowach. Chciałbym dostać list od Baśki, żeby móc coś jej napisać, nie myślałem jeszcze co, bo wciąż czekam. A Baśka mówiła, że nie młodnieje. Mam wrażenie, że jest jedyną osobą która w pełni mogła by mnie akceptować. Bez względu na to kim jestem, co zrobiłem i co jeszcze zrobię? Chciałbym zobaczyć ją jeszcze choć z raz. Dziś Wiola z dawnej klasy wysiadła z autobusu i powiedziała cześć, nie zareagowałem. Spotkałem dziś Piecię, Huhra, Wembleja na PKS-ie trudno mi się z nimi rozmawia. Nawet zioło nie przełamuje barier, bo nie powinno. Ryżyk i Puzan szli do Johsona, pytał mnie Daro czy widziałem Pula lub Jokera po czym chcieli zadzwonić. Nie zadzwonili. Puzan spytał czy będę oglądał Matrixa odpowiedziałem. – Ile można. Z Lichą szedłem na Sady koło Metra spotkałem Fiszera mówił, że dawno mnie nie widział. Życzyłem mu miłej zabawy po czym podążyłem dalej. Jutro jestem ustawiony ze Szczurkiem na szachy u Bodzia. Klimat kwasa przygniata czuję niepohamowaną chęć zmiany czegoś, czego nie wiem? Fundament pozostaje nie wzruszony. Dziś przepisałem jeden rozdział pracy siostry za co dostałem same niepochlebne opinie na własny temat.

 

sobota, 17 maja 2003 

14:35

Dziś miałem sen treści następującej, usłyszałem z ust kogoś z rodziny, że wujek nazwał mnie idiotą. Później gdzieś szedłem i natknąłem się na ludzi kręcących film, obok stał mój brat i chyba się denerwował, że musi kogoś zastąpić, a ponadto grać z idiotami. Pocieszyłem go i odszedłem.

Drugi ze snów dotyczył tego, że dostałem list od Baśki, ciesząc się niezmiernie wchodziłem po schodach.

 

Przyszła Dorota i powiedziała, że wysłała do mnie e-maila. Jeszcze go nie przeczytałem.

 

wtorek, 20 maja 2003

21:03

Od trzech dni siostra z dzieckiem leżą w szpitalu, było podobno zagrożenie życia Majki. Dusiła się jak kiedyś ja w młodości, będąc wtedy na wsi myślałem iż nie dożyję następnego poranka.

Grzesiek B. Kręci z panienką w moim wieku nadzwyczaj konkretną i czującą co chce od życia. Powiedziała o Szczurku, że wygląda przez kraty własnej zagmatwanej psychiki. Myślę, iż ona jest przeświadczona iż studiując socjologię może oceniać społeczeństwo pod kątem tego jak kto jest zagubiony. Nie wiedząc co przeżył Szczur nie powinna w ogóle mówić, że jest zagubiony. Ostatnio siedziałem z Belą przy stoliku koło amfiteatru, kupił panienkom oranżadę po czym odezwał się w nim taki popęd, że nie dał laskom spokojnie odejść, gdy poszły ruszył za nimi chcąc pokazać iż nie na próżno postawił im Coca-colę.

Opisuję tu relacje między ludźmi, gdyż jak powiedziała kobieta w westernie „Przełomy Missouri” można mówić o trawie, ale relacje między ludźmi są dużo bardziej ciekawsze.

Dla mnie liczą się tylko książki które traktują o dobru i złu powiedział M. Brando. J. Nicholson gdy wyżej wymieniona panienka zsiadła z konia i powiedziała, zdegustowana, że może ją stracić tu pośród traw. On odrzekł – Sam sobie narzucam tempo – Po czym nie skorzystał z cielesnej propozycji.

Dziś zrobiłem mały porządek w szufladach w których nie sprzątałem już od dawien dawna. Przeczytałem opowiadanie „Przedludzie” w którym to Dick rozważa kwestię zabijania nie narodzonych dzieci. Tutaj granicą jest wiek 12 lat poniżej których to młoda istota nie ma jeszcze duszy. I jeżeli rodzice nie wyraża chęci opieki przyjeżdża po nie karetka aborcyjna, która wiezie dziecko do ośrodka w którym jeżeli młodzian nie wykaże się znajomością arytmetyki ginie.

 

środa, 21 maja 2003       

21:19

Przed chwilą był Kat z Ryżykiem. Kat chciał zadzwonić dałem mu telefon, wyniosłem go na klatkę skąd zadzwonił, kilka razy wybierał numer zanim dodzwonił się do Pula. Mówił mu, że nie wie co zrobić, że napiłby się nawet alkoholu, powtórzył to ze trzy razy, aż Ryżyk upomniał go żeby aż tak nie dramatyzował. Tylko ewentualnie powiedział, że już więcej go nie poprosi o przysługę. Maciek jest bardzo zagubiony, ale czy jest to ważne z mojego punktu widzenia, powinno być i póki co jest. Bardzo lubię gdy cokolwiek mówi bowiem jego stwierdzenia nie są oderwane od tego co czuje wewnątrz. W środku pewnie przeżywa wielką walkę która nie zakończy się pewnie jeszcze przez długi okres. Dziś gdy piłem w Marszałku piwo z Bodziem wpadł i zapytał czy chce kupić Antka na początku nie zaczaiłem o co mu chodziło Bodzio zresztą też, ale po czasie doszedłem co Kat mi zaproponował…

Dziś przyśniła mi się Baśka, byłem u niej w pokoju ale było inaczej niż zwykle była też Renata, lecz tylko Baśka przykuwała mój wzrok. Przechadzał się przede mną jak leniwa kocica w nowych podkolankach firmy Adidas i kilka razy mnie pytała czy mi się podobają. Ja widząc jej nogi nie wiedząc co odpowiedzieć pochlebiałem jej. Mówiąc, skarpety jak skarpety nie ma co popadać w zachwyt. Myślałem sobie, ale mówiłem zupełnie co innego. Widząc jej piękne zgrabne nóżki.

Dziś siostra powiedziała, że w tym roku nie obroni pracy. Powiedziałem jej, że kiedyś poczuje ukucie to odezwie się jej zraniona ambicja.

Gdy stałem przed kioskiem oglądając gazety, przeszła koło mnie Ewka T. ze swoją matką. Pierwszy raz zobaczyłem kobietę, o której wiem że Anka lubi ją na tyle co szanuje się rodziców.

Dziś Bodzio znów narzekał na Siemiatycki klimat, że nie może odnaleźć się w Polsce. Siostra czuję, że też uniosła się honorem bo nic nie odpowiedziała gdy jej wyjechałem z tekstem rodem z „Pulp Fiction” tym samym, który Samuel L. Jackson powiedział już nie pamiętam do kogo. Widzę, że Aśka oglądając telewizję nie dopuszcza do siebie rzeczywistości bardziej szarej i mniej pociągającej. Bloczki reklamowe kodują się jej w pamięci na własne życzenie. Przykre lecz prawdziwe. Szkoda mi jej, bo wiem, że przeżywa dylemat moralny związany z tym jak się odnaleźć będąc matką. Nie sądzę żeby było to łatwe i przyjemne.

 

poniedziałek, 26 maja 2003

21:15

Dziś piszę, bo ostatnimi czasy sporo się wydarzyło w urodziny Majki zaprosiłem na tort Maćka i Jarka. Było już po północy siedzieliśmy na ławce. Łukasz wracał do domu z Metra, Jarek zawołał go, a on przyszedł. Powiedział – Usiądę na ławce. – Po czym siadł. Zrobiłem to samo aby nie patrzyć z góry na swego dawnego dobrego kolegę. Łukasz zwrócił się do Kata. – O Macieju co słychać? – powiedział to tonem bardzo radosnym wskazującym na to, że obdarza go wielką sympatią. – Co u ciebie będzie z ośrodkiem? – W tonie pytania dało się wyczuć troskę o losy Maćka, który lekko się już zataczając pod wpływem różnych narkotyków wypełniających jego wnętrze. Chodził to w tą to w inną stronę. – Spoko, pewnie niedługo pójdę. – Powiedział to w sposób. Wskazujący niewiarę w samego siebie. – Skąd wracałeś. – Zapytał Jarek czekając na odpowiedź rozglądał się wzrokiem kota, który wyruszył na łowy. – Z Metra, ale nie było żadnej imprezy. – Co Ryżyk. – Zmienił temat, aby zrobić użytek z tego, że tu przyszedł i chciał rozmawiać z osobami o których wiedział, że są podobnie jak on w nałogu. – Ściga cię Róża. – Nie pytaj mnie o tego frajera. Nie z takimi rzeczami przyszło mi się zmagać. – Pomyślał po czym odparł. – To frajer nie boję się nikogo. W tym czasie Łukasz dziwnie przygląda się jego butom. – Co pewnie patrzysz czy by pasowały? – Z ironią w głosie zapytał Maciej. – Nie, ale są bardzo fajne. – Odparł. – Łukasz twoja siostra studiowała rok filozofię, a później skończyła psychologię. – Zapytał zdenerwowanym głosem dawny kolega Łukasz. – Nie. – Odpowiedział. Po czym chwilę myśląc odrzekł. – W sumie to tak, ale i co z tego. Do niej mógłby zadzwonić nawet i św. Walenty, a to i tak nic nie mogło by pomóc. Ostatnio zaszedłem na przesłuchanie do psychiatry w koszulce opływającej krwią wyrzuciła mnie zaraz po tym jak mnie ujrzała. – Jak tam matura? – Następne pytanie wskazujące na to, że ograniczanie się do najmniej istotnych pytań staje się domeną mało rozgarniętych. Nie pytaj kto i co zrobił. – Będę zdawał w styczniu. Lecę na razie.

Ukroiłem tort dla Maćka gdy jadł połamał mu się ząb zaśmiałem się. – Co Pippen się śmiejesz ząb mi wypadł. Przynieś szachy zagramy. – Nie Maciek jest już późno. Kat popatrzył na opiekacz. – Co to jest poduszkowiec? Później na zdjęcie Majki wiszące nad stołem. – Czasami Pippen rzucasz w nie strzałkami jak do tarczy. Gdy powiedziałem, że biorę kota od Teresy, Maciej mi pogratulował. Jakby to była jakaś zasługa. Byłem ożywiony, patrzyli na mnie i zapytali czy chcę żeby zostali. Ryżyk wziął  banana ze stołu po czym połamał go na pół. Kat wbił się zębami w skórę jak zwierzę. Po czym poszli. Obiecałem dla Maćka kredki, ale okazało się, że Aśka je wyrzuciła. Kat kupiwszy sobie piwo wypuszcza je po czym otwiera wygazowując połowę w atmosferę po czym mówi Ryżykowi, że w puszce była tylko połowiczna zawartość. Gdy mówię mu, że dziś na TV4 będzie dobry film. Na początku jakby niedosłyszał pytania, a później mówi. – Pippen myślisz, że ja mam telewizor. Wszystko sprzedaję, a moja siostra to wykupuje. I tak w koło. Gdy coś powiedziałem do Maćka o J. M. Jearu, że wielki muzyk i koncerty gra z laptopa, on na to – Śpiewaj Pippen dalej. Ryżyk mówił, że znał dj. Dreddiego co pisał w Plastiku. Podarował mi kasetę J. Millsa nie chciałem jej przyjąć, ale nalegał. W zamian nagrałem mu trochę minimalu. Podziękował po czym powiedział, że kiedyś za to razem się spijemy. Zapraszał mnie do siebie żeby wspólnie pograć w gierki. Zachwycał się jakąś symulacją soccera na PSX. Mówił, że nie ściga już gnoi jak kiedyś chociaż niektórzy wiszą mu po 400 zł. Więzienie zmieniło go trochę twierdził. Dla Kika powiedział, że jakby nie prochy już zostałby deejayem.

Kiko przyszedł do mnie gdy z Anią graliśmy w szachy. Anka powiedziała mi, że chce się wyprowadzić od siostry z którą razem mieszkają. Chodzi jej, o to aby udowodnić, że poradzi sobie bez niej. Oraz o to, że starsza siostra ma chłopaka. Anka mówiła, że jakbym zdawał do Lublina to bylibyśmy na tym samym roku. Aśka gdy zasugerowała Ance, że chce nas zeswatać. Narobiła mi takiego obciachu, że wstydziłem się jak już dawno to mi się nie zdarzyło. Kiko pożyczył od siostry buty na komunię, którą miał mieć na drugi dzień. Po czym gdy przyszedł Ryżyk i stawiał przy mikserach na kartce ołówkiem oceny b.d. Uznał go za śmiesznego kola. Oraz ostrzegł mnie, abym za dużo mu nie pożyczał, bo mogę się zawieść na nim. Poszliśmy na ławki do parku powspominać stare studenckie czasy. Znów narzekał, że w ogóle się nie rozwiną na studiach. Oraz mówił mi jak kiedyś chciał zostać krawcem, ale jakiś chłop go zniechęcił. Co będzie pamiętał do końca swoich dni.

Kat przyszedł do mnie pożyczyć latarkę, gdy nie znalazłem wyniosłem mu świeczkę i zapalniczkę powiedziałem, że tylko tym mogę go poratować. Maciek po chwili namysłu wpada na myśl. – Przecież w chacie mam znicz. Po czym zabiera świeczkę i zapalniczkę ze sobą idąc przekopywać teren wokół drzewa gdzie zakopana jest substancja nazywana potocznie Antkiem. Wywołująca pobudzenie kory mózgowej, oraz przyczyniająca się do podniesienia własnej samooceny względem otoczenia. Brał ją nałogowo Dick, aby w szybszym tempie pisać książki. Co przyczyniło się do jego dezintegracji psychiki oraz wybitnych dzieł jakie zostawił po sobie.

 

niedziela, 1 czerwca 2003

14:00

Dziś około południa zbudził mnie Jakub, przyprowadził rower poprosił o szklankę wody i uciekł. Śpieszył się na autobus. Wczoraj dumny z siebie przyniósł mi swoją płytę z muzyką blusową, abym posłuchał i ocenił. Nagrał ją w studio, brzmienie niczego sobie, a drugi utwór, ciekawy – trochę melancholijny i całkiem urzekający. Paweł mówił, że gra koncerty, ma dużo propozycji od ludzi żeby grał u nich na basie, nawet mówił, że wywarł wrażenie na kolesiu z Nocnej zmiany blusa ten lokaty co gra na gitarze i harmonijce jeden z lepszych blusmenów w Polsce. Tak w ogóle to Paweł pracuje teraz na magazynie, ale niepokoi mnie, że znów ciągnie go do ostrych narkotyków. Mówił, że stara się o tym nie myśleć ale mogę sobie wyobrazić, że jest mu ciężko zwarzywszy na to, że mieszka wśród narkomanów. Ostatnio opowiedział mi, że miał wyrzuty moralne po tym jak powiedział matce, że wszyscy dookoła niego dają w kanał i on boi się aby również nie zacząć. Zwierzył mi się, że już odmówił modlitwę przed targnięciem się na życie…

Odnośnie płyty którą mi dał zażądał abym nikomu jej nie nagrywał. Pewnie Jakub myśli, że niech kupią frajerzy singiel jak ewentualnie coś z tego wyjdzie, i kiedyś znajdzie się on na półkach w sklepach muzycznych.

Traktowanie przez Pawła kobiet obserwowałem z miłą perwersją. Robi to w sposób mistrzowski. Najpierw nalega żeby dała mu buzi, gdy nie chce jest trochę zażenowany, ale nie zniechęca się. Dalej nalega, mówiąc do dziewczyny – Ale ty jesteś laską. – z ironią i wesołością w głosie. Później ostrzega aby nie traktowała go jak byle jakiego frajera gdyż nie jest on frajerem. Następnie nazywając obiekt westchnień diablicą wyzwala w dziewczynie prawdziwie szatańskie pierwiastki. Takie iż przez całą noc jest jego i wyprawia z nią pewnie co zechce. Nawet gdy obiekt jest nieletni. Ta akurat była niepełnoletnia, ale miła i sympatyczna. Rozrywkowa kobietka która wie jak zabawić się z mężczyzną.

Wczoraj byłem u Jakuba na grillu, potem poszliśmy na amfiteatr, pogadałem trochę z Twarogiem, który również rzucił szkołę po jednym semestrze. Mówił, że jak studiował w Siedlcach, afirmował się tak, że czasami chodził w dresach ortalionowych. Żeby upodobnić się do dresiarzy, którzy tam przeważają. Co otoczenie robi z człowiekiem? Poza tym opowiadał, że z przedszkola pamięta ze dwie sytuację jedna z nich to jak dla Gliny z nosa wyleciał półmetrowy smark, gdy ten się śmiał po czym wprowadził go w ruch kołysząc nim na boki.

Jakub mówił, abym nie zadawał się zbyt intensywnie z Brykiem umotywował to tym, że to bardzo materialnie nastawiony człowiek i z chęcią brał by po 2 zł. za macha marihuany. Z tym trudno się nie zgodzić. Wczoraj Jakub wdał się w rozmowę gdy poszliśmy po piwo, z właścicielami „Grzesia” mówił między innymi, że nieważne jak kogoś się lubi to i tak na długą metę trudno jest z nim mieszkać bez konfliktów. Opowiedział z nieukrywanym zażenowaniem jak to jest gdy ktoś studiuje i ma bogatych starych, którzy wszystko finansują, a on musi na swój chleb ciężko zapracować. Stwierdził kilkakrotnie, że Polska to zacofany naród. Mówił mi, że chce utrzymać niektóre kontakty w Siemiatyczach dlatego zaprosił tych których zaprosił i trochę w nich zainwestował. Chodziło o to, że zagospodarował im czas. Mówił też kilkakrotnie, że ma przeoraną psychikę przez różne specyfiki ale na ludziach ciągle się zna. Tak mówił z nieukrywaną dumą. Zrobił sobie „małe plecy” w stolicy, zna kolesi o wiele mówiących kryptonimach np. Rambo. I cóż więcej komentować. Gdy poszliśmy z Pawłem do „Wodnika”, nie wiem jakim sposobem, nie obserwowałem wyniósł piwo. Dwa kupił jedno wziął. Po czym myślał, że wcześniej ja też sobie wziąłem nie płacąc za nie. Mylił się co mu od razu powiedziałem. Potem połowa piwa z puszki gdy ją otwierał uciekła w atmosferę.

Gdy byliśmy na PKSie Jakub przez 15 min. nakłaniał mnie, żebym szedł do niego się przespać. Nie skorzystałem. Paweł rzecze, falując po tabletkach jakie przyjął we wszystkie strony, zataczając się chodząc w koło po ulicy – Pippen wiesz kto u mnie nawet spał: Kama, czaisz go.

Po tym rozeszliśmy się, Jakub oświadczył, że jak bym kiedyś miał kłopoty, to żebym mu dał znać. Podziałało to na mnie budująco.

Wczoraj byłem na mszy w Czartajewie w intencji dusz zmarłych, ksiądz wymienił ich z imienia i nazwiska zawsze mówi tylko imię, a na tej mszy w małym kościółku powiedział – Mszę ofiarowuję za duszę zmarłych: Wojciecha Kassiana, Elżbietę Nazaruk i Rembacza. Nie pamiętam jak wujek miał na imię wydaje mi się iż Krzysztof. Ostatnio śniło mi się iż znalazłem pamiętnik ojca i zacząłem go kartkować.

Gdy ostatnio przyszedł do mnie Maciek dałem mu to co obiecałem. Zagraliśmy w szachy nie do końca, gdy zbiłem mu damę i konia powiedział do siebie, a może do mnie że moja gra to nie amatorka po czym pogratulował mi zwycięstwa. Gdy zaproponowałem mu żeby wziął sobie opowiadanie i przeczytał, powiedział – Myślisz Pippen, że ja czytać nie umiem. – Tak nie powiedziałem. – Odrzekłem. – Nie podejrzewałem. – Zasugerował Maciek, że tak to powinno brzmieć w moich ustach. Po czym uświadomił mnie, że jest niegroźny, tylko czasem po klonach zdarza mu się być złym. Gdy graliśmy Maciek czasami wyrzucał z siebie jakieś słowa po czym sam mówił do siebie – Co ja wygaduję !!!

 

wtorek, 3 czerwca 2003

14:19

     Sen 1 & 2.

Dziś śniło mi się, że pojechałem do Lublina odwiedzić znajomych i zabrać książkę Dicka. Poszedłem do Gośki, ciemnej blondynki która mieszkała na górnym piętrze, z jakąś grubą nieatrakcyjną ciemnowłosą dziewczyną, która nie odezwała się w ogóle, tylko oglądała coś w telewizji. Wszedłem do pokoju Gośki z Lutkiem, apartament wyglądał zupełnie inaczej niż w rzeczywistości i miał balkon na który wyszliśmy był to wysoki budynek mający duże balkony. Ktoś nieopodal na boisku kopał piłkę za którymś kopnięciem piłka poszybowała tak wysoko że nieomal nie trafiła Gośki w głowę. Przestraszyłem się tak jakby ktoś celowo chciał ją trafić. Powiedziałem – Żeby ta piłka leciała dwa metry wyżej, pewnie dostała byś w głowę i nie przeżyłabyś tego. Wstrząs mózgu okazałby się zbyt silny. Zważ na to.

Po tym zdarzeniu znów weszliśmy do środka, Gośka poinformowała mnie szukając książki, że nie ma jej, ani kasety Trickiego którą też pożyczyła. Nie zwróciłem większej uwagi na ten fakt tylko co jakiś czas w przypływie wielkiej radości łapałem ją za głowę i tarmosiłem tak, że włosy na jej głowie znajdowały się w nieładzie. Poprawiała sobie je, a ja nie bacząc na to po jakimś czasie znów robiłem to samo, nie irytowało jej to więc myślałem sobie, że podobnie jak mnie jej również sprawia to radość.

Następnie zeszliśmy z Robertem na parter akademika, gdy szliśmy po korytarzu odwiedzić Kaśkę, byliśmy lekko pijani. Ja zauważywszy idąc w okularach, że wypadło mi jedno szkło schyliłem się po nie. Wtem zobaczyłem inne leżące o metr dalej. Lutek powiedział gdy zmierzałem w jego stronę, że jest to okular z właściwościami kuloodpornymi, ja wtedy niczym wandal z całą siłą na nie nastąpiłem, wtem pękło ono z wielkim hukiem rozbijając się na kilka części.

Gdy weszliśmy do pokoju nr 6 ja lekko się zataczając zrzuciłem czyjś płaszcz na podłogę szybko go poprawiając wiedziałem iż dałem poznać iż jestem wstawiony. Gdy wszedłem do głównej części pomieszczenia zobaczyłem, że siedzi tam czyjś ojciec, starszy mężczyzna z wąsem. Wtem usiadłem i zacząłem opowiadać co wydarzyło się przed chwilą na korytarzu, starałem się nadać wypowiedzi charakter humoreski.

Sen 3.

Wyciągam list ze skrzynki i czytam zdanie napisane na górnym skrzydle koperty, tym który odkleja się gdy chce się z niej wyjąć zawartość. Na niej ujrzałem napisane niebieskim długopisem, pochyle, zdanie które mówiło dobitnie, że mam przeczytać list ze świadomością, że jestem Baśki, przyjacielem, tyle i aż tyle. Pomyślałem trochę rozczarowany bowiem liczyłem na coś więcej, a dostałem propozycję przyjaźni.

Sen 4.

Jestem u babci, leży ona na łożu śmierci w dużym pokoju. Łóżko przy dwóch oknach. Ledwo wypowiada z siebie słowa, ale jeszcze przytacza różne historie ze swego życia, głównie te które wydarzyły się w Niemczech. Opowiadała o królach, rewolucjach i powiedziała mi jakąś myśl żydowską, którą miałem odebrać jako coś o bardzo dużej wartości. Myśl dotyczyła jakiejś formy nowoczesności, której nie jest nam dane odebrać za życia. Tak to odebrałem i zdziwiłem się mocno, że babcia mówi słowa ludzi, których przez całe życie nienawidziła. Chodziłem po domu i zastanawiałem się nad tym i doszedłem do wniosku, że te słowa nie mają zbyt wiele sensu, lecz nie są one na pewno głupie.

Sen 5. 

Jestem w szkole jedynce na zajęciach. Klasa zawiera zlepek moich eks – kolegów, z liceum i podstawówki. Idę na samą górę z Radkiem, tam na półpiętrze spotykam Agatę Twarowską ubraną jak ekstra cizia w skórzane wdzianko, oblepiające jej ciało przy tym uwydatniające jej seksowne kształty. Patrzy na mnie chce, abym zwrócił uwagę na nią, ja niby nie wiedząc kim jest w pierwszym momencie jej nie poznaję, nie mówię jej nic. Wchodzimy na lekcję do klasy gdzie w podstawówce odbywała się muzyka. Siadamy z Radkiem w jednej ławce, wymieniamy się poglądami na temat tego co nas spotkało. Nie zaliczyliśmy pierwszego roku studiów. Radka wyrzucili z AWF. I za to przenieśli nas znów do klasy maturalnej, co za paradoks myśleliśmy nad tym ale nic nie byliśmy w stanie zrobić.

Sen 6.

Siedzę w kinie znajdującym się w Chatce Żaka, na projekcji „Czasu Apokalipsy” F. F. Coppoli, widzę kilka ujęć, których nie ma w filmie ale na projektorze sprawiają że przeszywa mnie nieopisany lęk na pograniczu paranoi widzę obraz i boję się patrzyć co dalej się wydarzy, aby wydarzenia które widzę nie wciągnęły mnie w otchłań śmierci. Poczułem się jak ślimak idący po brzytwie. Odrywałem wzrok od ekranu ale lęk nie ustępował czułem się przybity do fotela nie mogąc wykonać żadnego ruchu aby wyzwolić się z tej katorgi. Ujęcia były następujące. Najpierw z lotu helikoptera bądź innego pojazdu latającego obserwuję krajobraz jakby nieopodal Wielkiego Kanionu w Kolorado. Pokazana jest piękna panorama jakiś olbrzymich gór. Gdy to oglądam boję się aby nie wypaść z kabiny, bowiem to oznaczało by koniec. Następnie widzę jakiś samochód stary amerykański oldsmobile na razie z góry, ale wiem, że w środku pojazdu siedzi Val Kilmer i być może ja. Później ujęcie zniża się do perspektywy coraz bliższej samochodowi i widzimy go jak jedzie po jednej ze skarp położonej diabelsko wysoko, tak wysoko jak sięgają te góry, Kilmer jedzie niezwykle szybko a ja mam świadomość, że gra on rolę Morrisona, tą którą grał w filmie O. Stona, a przecież J. Morrison to desperata pomyślałem sobie, ale krótka ulga przyszła wraz z momentem kiedy samochód hamuje tuż przed urwiskiem…

 

czwartek, 5 czerwca 2003

     19:09

     Sen 1.

Dziś śniło mi się, że jechałem pociągiem. Później wysiadłem na jakiejś stacji, a później jest już scena gdy leżę gdzieś na łonie przyrody razem z Anką nadzy i kochający się. Ja trochę oporny mówiłem coś w stylu, że już nie mam ochoty, nie dam rady, ona natomiast namawiała mnie abym kontynuował przerwany stosunek. Mówiąc, żebym jeszcze ją pomuskał. Wtem podsuwam się do niej blisko i zaczynam ją delikatnie podgryzać.

Sen 2.

Przychodzę do domu, zaglądam do kuchni, Aśka jak zwykle naburmuszona, klepię ją w tyłem bowiem, ma krótką spódniczkę. Potem mówi, abym tego nie robił. W kuchni również krząta się Anka, w równie seksownej krótkiej spódnicy. Pytam Aśki wskazując na Redsa stojącego na mikrofalówce, czy mogę go wypić. Odmawia mi.

 

Niedawno siedziałem w Marszałku ze Szczurkiem, pijąc piwo. Przyszedł Nes i Kat. Maciek gdzieś podążył w nieznane, Nester wyjął drobne i zaczął je przeliczać. Stwierdziwszy, że na nic mu nie styknie, zapytał czy nie mamy pieniędzy. Postawiłem mu piwo i siedzieliśmy, Nes zaczął opowiadać jak było kiedy był w więzieniu. Mówił, że nie dał nikomu po sobie pojechać i potwierdził to iż tam liczy się godność osobista nie dążenie do jak najszybszego wyjścia. Opowiadał, że jak umarła mu matka miał koszmary gdzie ganiały go wielkie szczury. Podczas zagrożenia mówił, szczur skacze do gardła. Mówił, że te szczury to były takie egzemplarze które burzyły ściany.

Potem Szczur powiedział, aby teraz się postarał aby jego syn nie siedział nigdy tam gdzie on musiał. Nes opowiadał jak kolesie skroili bogatego więźnia narodowości niemieckiej. Oraz jak desperaci połykali żyletki owinięte w chlebowe kulki aby znaleźć się w szpitalu. Mówił, że antka wziął jako pierwszy swój narkotyk. Oraz, że chciałby zapisać się do Klasztoru Shaolin. Później poszedł do Kata.

Dziś oglądałem programy związane z referendum. Zdziwiłem się, że ksiądz był przeciw unijnej integracji. W ogóle to Fronczewski powiedział, że jak większość zagłosuje na NIE, to automatycznie spowoduje to cierpienie, wyalienowanie i wszystko co wiąże się z odizolowaniem państwa od rozwiniętej części świata Europy Zachodnie. Co tyczy się telewizyjnej propagandy to w większości seriali nadawanych w kablówce. Ludzie zachwalają Unię, jeżeli ktoś tego nie robi automatycznie udowadnia się jego zacofanie co przekłada się na informowanie go o tym czego nie wie, aby go przekonać, że Unia jest jedyną rozsądną alternatywą. Ksiądz występujący w spocie reklamowym siedział, z wizerunkiem jakiegoś św. i mówił, Unii NIE, oraz że jedyne narzędzie jakie pozostaje ludziom dane przez Papieża to… tu pokazuje różaniec i prosi o modlitwę żeby jednak Polska nie popełniła tego błędu wstępując do wspólnoty bogatych kapitalistów.

Ostatnio zmontowałem prostą witrynę internetową, przy pomocy Front Paga, szary tekst na czarnym tle, żadnych graficznych wodotrysków, ascetyzm we wszystkim prócz treść, sam opatrzyłem stronę preludium, zachęcającym do czytania P. K. Dicka oraz skłaniającym do refleksji nad przyszłością. Opublikuję ją w czasie najbliższym. Zastanawiam się czy dać adres siostrze, aby miała podkładkę coś co pokaże jej, że może jeszcze nie jestem totalnie przegranym egzemplarzem. Pewnie sobie tak myśli, po tym jak widzi kto przychodzi do mnie, mianowicie ludzie zdezintegrowani psychicznie niektórzy po odsiadkach, wytatuowani, przebiegli.

Ostatnio miałem przebłysk, związany z tym aby napisać coś co pomogło by mi znaleźć pracę. Gdy spalony składałem stronę działo się w systemie tyle dziwnych rzeczy, związanych z pojęciem encyklopedycznym BIBLIA, iż myślałem że to przebłysk paranoi albo komputer jest wcielonym demonem. Później jeszcze nie wyskakująca cyfra 13 gdy numerowałem terminy. Wszystkie te komplikacje wyminąłem ale zajście wpisało mi się w pamięć. Może gdybym nie był pod wpływem THC nie zwróciłbym na to większej uwagi, a tak przestraszyłem się niczym konfrontacji z demonami własnej podświadomości. Dziś w programie dokumentalnym o Czeczenii jakiś sabotażysta, mówił że Bóg nie uczynił wszystkich równymi, różnimy się i to znacznie tym co jest w środku nas. Co tego nie wiemy.

Napisałem o tym, że warto robić bilans dnia, dziś porozmawiałem z mamą powiedziała mi dobitnie, że różnimy się generacjami więc powinienem objaśniać jej wszystko tak jak dla generacji, która wie mniej, a tak naprawdę to nie wiadomo. Platon mówił o wiedzy wrodzonej zawartej w nas samych, nasze zadanie sprowadza się do jej przypominania.

23:18

Siedzę w domu, bo gdzie by indziej było tak miło jak tu, notuje to co powinno być zanotowane. Po lewej stronie stoi jak nigdy piwo Heineken, a u mnie po staremu jutro jadę do babci przed jej wyjazdem do szpitala w Siedlacach. Dziś pożyczyłem Maćkowi cztery kasety i niecałe 100 zł. mówił, że mają go eksmitować. Pożyczyłem mu więcej jak 100 zł. teraz to do mnie dociera. Siostra rozmawiając ze mną powiedziała, że traktuje mnie jak psychicznie chorego człowieka. Odpierałem jej zarzuty jak mogłem, trochę mi wyszło, bo jak zwykle asekurowałem się tematami wziętymi z Filozofii, bo dlaczego nie. Powiedziałem jej to co ostatnio wyczytałem w encyklopedii, że

Religia to uproszczona wersja filozofii, później zwróciłem jej honor mówiąc, że jej zdanie traktuję poważniej niż jakiegokolwiek księdza.

Kat mi dziś powiedział, że chciał popełnić samobójstwo… Jak go wyrzucą z mieszkania ma to zamiar uczynić tak mi powiedział. Pożyczyłem mu tyle pieniędzy ile chciał, oznajmił że odda i będzie mi wdzięczny do końca swego żywota. Przestrzegał, żebym nie mówił nic Ryżykowi.

 

piątek 6 czerwiec 2003

Sen 1.

Śniło mi się, że szedłem po akademiku Zana w Lublinie korytarzem, gdzie mieszkałem. Wchodząc do pokoju usłyszałem jak Agata Twarowska w swoim pokoju powiedziała, że trzeba zrobić Pippenowi otrzęsiny i wyszła na korytarz. Wtedy zobaczywszy ją zaproponowałem jej całując w szyję aby przyszła do mego pokoju bo nikogo nie ma. Zgodziła się.

Rozmawiam z kolesiami Jaszczołtami którzy wymądrza się przed Jakubum że, są studentami i są w stanie go przegadać ponieważ jeden z nich studiuje filozofię na UMCSie.

Daję w prezencie płytę Wu-Tangu dla Mutomba, jest miło zaskoczony. Ogląda ją po czym odchodzi.

 

sobota 7 czerwiec 2003

Wczoraj Szczur powiedział do Kata, patrząc na mnie. – Patrz Pippen Katowi coś odjebało… Ryżyk przyniósł mi dwie płyty cd, żebym mu coś nagrał, płyty te uprzednio uszkodzone przeze mnie, Kat wyjął z kosza w moim pokoju. Mówił, że bierze je aby sobie rzucić i rzucił Ryżykowi w ręce. Co mam o nich myśleć.

Żyję w hermetycznym kręgu własnych myśli. Nie mam ochoty wyjawiać czym jest GNOSTYCYZM. TechGnoza książka, która zabiera w mistyczną podróż do wewnątrz. Uczyniwszy z informacji siłę nadrzędną pokazuje, jak dzięki niej przeprogramowuje sposób myślenia nieświadomego czytelnika który niczym w ZEN dochodzi do oświecenia (satori) i odkrywa jak wiele przed nim jest skrywane za kotarą rzeczywistości. Konfrontacja z tą pozycją jest niczym na nowo odkrywanie pokładów własnej osobowości.

 

poniedziałek, 9 czerwca 2003

Polska wstąpiła do Unii wypiłem z Bodziem dwa piwa z okazji tego wydarzenia. Bodek ciągle nie wie co ma uczynić z sobą, pracy ciągle nie ma. Siostra mówi, że w moim pokoju śmierdzi jak w gorzelni. To od bluzy Kata tak zajeżdża, schowałem ją do torby i już tak nie śmierdzi. Zrobię z tym porządek. Tak mi się wydaje. Bodek powiedział, że prace Bryka są żenadną w porównaniu z tym co robią prawdziwi architekci.

Siostra zapytała mnie co mówiłem dla mamy w pracy zignorowałem ją. Ostatnio źle się układa między nami.

 

piątek, 13 czerwca 2003

     SEN

Dziś śniło mi się, że byłem u Radka L. w domu przed wyjazdem z grupą ludzi do San Francisco w USA. Gdy schodziłem po schodach na dół natknąłem się na Krystynę L. zacząłem z nią rozmawiać po czym ujrzawszy małe kotki wziąłem jednego z nich za przednie łapki i zacząłem tańczyć w rytm muzyki klasycznej. Czułem, że wychodzi mi to nieudolnie ale nawet zabawnie.

11:29

Wczoraj byłem u Bodzia, wypiliśmy po piwie Lopez zaczął opowiadać jaki z niego kosiarz i ciężki zawodnik do grania w nogę. Agresja Waldka brała co jakiś czas górę nad nim i chciał iść na miasto aby komuś wkroić. Niedawno dwóch kolesi na stacji u Peterka chciało mnie sprowokować  abym się do nich źle odezwał. Mówili do mnie skąd się tu wziąłeś, co tu robisz, pewnie spawasz oraz że fajny ze mnie kolo. Na początku myślałem, że to ktoś znajomy ale gdy zobaczyłem kwadratową sylwetkę siedzącą obok dużo gadającego frajera pozbyłem się złudzeń co do ich intencji. Gdy wyszedł zza winkla Bodzio powiedzieli. O patrz drugi. Wtem ja zdecydowałem się wycofać aby nie przeszkadzać im w ich posiłku.

Wczoraj przyszedł balkonem Ryżyk gadaliśmy o niewyjaśnionych tajemnicach ludzkości. On stwierdził, że za jego młodych lat samemu wymyślało się zabawy a teraz kosmiczne zabawki są w zasięgu ręki. Pytał czy chciałbym polecieć na księżyc. Potem zaoferował mi Antka, żeby lepiej mi się surfowało po sieci. Odmówiłem kolejny raz. Postanowiłem nie dzwonić z domu w sprawach załatwiania Agonii.

 

niedziela, 6 lipca 2003

Gdy poszedłem dziś na imprezę, ujrzałem wszystko jak w niemym filmie, gdzie każdy na siłę wtłoczony w rolę próbuje silić się na gesty, które to i tak uchodzą uwadze tłumu i nikt za graną rolę nie nagradza brawami. Strzelałem do tarczy, bo nie chciałem do tłumu. Pożyczyłem drobną kwotę aby ktoś mi później mógł ją oddać. Gdy pytano mnie do jak późnej godziny można mnie nachodzić. Powiedziałem – przyjdź do mnie w godzinach popołudniowych. Gdy chciano mnie głaskać po głowie przyzwoliłem, a gdy czytano poezję klozetową wydaną w małym formacie. I zachęcano abym przeczytał jakiś fragment, odpowiedziałem iż nie potrafię czytać. Gdy mówiono mi abym pozwolił sobie na kurwienie panien, wróciłem do domu i zrobiłem to na ręcznym. Gdy czuję się jak wańka – wstańka. Obserwuję ludzi dookoła i stwierdzam iż nie upada się w czyichś oczach, a jedynie we własnych. Gdy chcę podreperować morale. Czytam w encyklopedii o człowieku, z którym rozmawiałem a on mnie dwa razy oblał. Ale oblała mnie postać encyklopedyczna mówię sobie i jest mi lepiej. To że napisał dwa i obok niedostateczny co jak by nie patrzeć nie przekłada się w sensie logicznym. Bo czy dwa równa się jeden. Nie i w tym cały żart. Lubię żarty więc i to traktuję jako dowcip. Gdy myślę co powinienem napisać o mieście w którym żyję przychodzą mi na myśl obrazy. Dwóch mężczyzn, starszych i pijanych usiłujących skojarzyć skąd się znają gdy dochodzą do wniosku, że coś wspólnie przeżyli. Mija ich kobieta idąca za rękę z małym synem mówiąc mu o jakiejś pani bibliotekarce, która w jej słowach urasta do miana legendy. Kobieta nie zwraca uwagi na pijanych ludzi niczym nie istnieli by w jej postrzeganiu. Gdy przechadzam się w tłumie ludzi zatracam osobowość i trudno mi uważnie skupiać uwagę na tym kim jestem. Myślę, iż Wszechświat niezmierzony i niepojęty jest kategorią przy której człowiek powinien czuć strach i respekt. Dlatego napawa mnie dumą sam tylko fakt iż zostałem powołany do istnienia.

Ostatnio myślałem nad kupnem zegarka aby w pewnym sensie móc zapanować nad innym niepojętym zagadnieniem mianowicie czasem. Jest on kategorią, która porządkuje zdarzenia w trzy odrębne struktury o jakich istnieniu wiemy tylko to, że się wzajemnie wykluczają. Każda z chwil musi być w kolejności przyszłą, teraźniejszą a na koniec przeszłą. Aby uporządkowanie było logiczne i racjonalne należy uznać nieuchwytność momentu teraźniejszego bowiem to co jest nim teraz za chwilę już jest momentem zapisanym w naszej pamięci jako przeszłość. Sam ten fakt przyczynił się do tego iż wielu z myślicieli negowało realność czasu uznając go jako coś odrealnionego, nie dającego się uściślić w konkretną formę pojęciową. Owo abstrakcyjne pojęcie jest kluczowe przy założeniu iż abstrakcji tej doświadczamy każdy w swój indywidualny sposób. Myślimy więc jesteśmy, gdy rozważymy pojęcie myśli ludzkiej okaże się iż doszliśmy do punktu wyjścia. W którym nie możemy konkretnie odnieść tego czego doświadczamy na to w jaki sposób o przeżytych zdarzeniach myślimy. Żadne doświadczenie nie jest w pełni przekładalne na słowa. Więc to co komunikujemy jest tylko strzępkami tego czego doświadczamy.

Gdy pojechałem do Lublina Baśka powiedziała – Pippen szkoda, że cię nie było. Napisał byś mi recenzję jakiejś książki filozoficznej. – Nie przeceniaj mnie – odparłem. – W końcu przepisałam ją z jakiejś książki w bibliotece i dostałam piątkę. – No widzisz Basiu – powiedziałem. Gdy dodała, że mam dobre serduszko i widać po mnie kiedy mówię prawdę, a kiedy nie. Nie starałem maskować się sympatii jaką to Baśka sobie u mnie zaskarbiła. Nocowałem na łóżku Gośki, a gdy wstałem nie budziłem jej. Tylko poszedłem załatwiać sprawę. Zadzwoniłem później aby przeprosić za zniknięcie bez pożegnania. Baśka nie zrobiła z tego sprawy. Podziękowaliśmy sobie wzajemnie. Obdarowawszy się prezentami, ja dałem Baśce książkę Dicka z cytatem Lema, który określił pozycję jako melodramat o wierności na przekór wszystkiemu. W rewanżu dostałem jej obraz na której przedstawiony jest proces powstawania nowego życia. Po takich gestach czuję iż tak cała przygoda się nie zakończy. Pożyjemy zobaczymy wszakże dziwne rzeczy może przynieść czas. Obiecałem, że za rok się zjawię aby po raz kolejny zaznać uczucia dowartościowania w stopniu niedoświadczonym nigdy przedtem. Lubię ją za to, że patrzy na mnie jako na kogoś wartościowego.

 

wtorek, 8 lipca 2003

Gdy pisałem w swojej głowie czarne scenariusze, okazało się że z około osiemdziesięciu osób na osiemnaście miejsc. Moja pozycja dwunastego pokazała ostatecznie mojej matce, że fajny ze mnie facet i wart zegarka za 383 zł. Zamówię go sobie dziś. Wygląda na solidną japońską robotę. Cały ze stali z kilkoma bajerami własną pamięcią na telefony i podświetlaną tarczą. Wygląda na dobry czasomierz. Tak sobie myślałem o G-shocku ale w sumie zbyt masywny jak na moją szczupłą wręcz kościotrupią sylwetkę. Wyglądał bym komicznie, a w metalowym to inna jakość. Mówi się, że mężczyznę poznaje się po zegarku i butach. Nie wiem ale zobaczę jak to się ma w praktyce. Myślę że  kierunek bibliotekoznawstwa będzie w większej części kobiecy. Mam nadzieję iż nie zdarzy się tak iż będą na nim sami faceci. Kobiety podejrzewam będą w przewadze. A jeśli tak to będę się starał bardziej zintegrować, niż z ludźmi na poprzednim kierunku. Tam była próba generalna badanie gruntu przypatrywanie się co to znaczy studiować. W Białym postaram się solidniej podejść do sprawy i udowodnić sobie na ile mnie stać jak silna jest moja psychika. Ukończenie trzech lat licencjata postawiłem sobie za sprawę priorytetową. Więc rozważę jak powinienem podejść do kwestii. Rozpiszę sobie wszystko na brudno i powoli ale sukcesywnie postaram się realizować założenia. To tyle w tym temacie mam świadomość, że jeżeli się postaram może być pozytywnie. Tak jak z nauką pisania na klawiaturze wykorzystując wszystkie dziesięć palców. Ćwiczyłem kilka dni i coraz płynnej wychodzi mi uderzanie w klawisze. Kwestia treningu sprawiła iż zmieniłem styl pisania z dwóch palcowego na optymalny. Gdy będę tak pisał myślę sobie, że niedługo będzie mi już wychodziło pisanie bez patrzenia na klawisze.

Wczoraj skończyłem czytać „Labirynt Śmierci” nowa religia ukazana w książce opiera się na jakiejś fikcyjnej pozycji Specktowskiego, która była odpowiednikiem chrześcijańskiej Biblii. Więc po jej przeczytaniu wziąłem Nowy Testament ze zbiorów ojca i czytałem. W ogóle zrobiłem półkę z książkami które kiedyś należały do mego taty i będę starał się je sukcesywnie przeglądać. Taki wgląd jaka literatura go fascynowała. A jest tego sporo ponad trzydzieści dzieł Lenina, ośmiusetstronnicowa filozofia marksistowska to chyba nie z jego archiwum i dodatkowo dzieła Stalina. Więc ni mniej ni więcej komunizm w swej pełni. Pięć ksiąg Tołstoja, żydowska Tora oryginał w języku hebrajskim. „Historia starych więzień” bardzo frapujący tytuł. Oraz słownik wyrazów obcojęzycznych. Większość z tych ksiąg ma w środku pieczątkę. Co pozwoliło mi rozpoznać właściciela. Czułem przypływ dumy gdy tak przeglądałem te książki myśląc sobie, że dużo musiały one znaczyć skoro ojciec w każdej z osoba stawiał pieczątkę potwierdzającą jego własność. Zbiór wartościowych książek to piękna sprawa, a co innego jeszcze je przestudiować i zrozumieć. Powoli też zaczynam gromadzić swoją kolekcję. Pochłaniam klasyków F. Kafka, filozofów na razie tylko historia, scenariusze filmowe, poezję, bibliotekę nowej myśli, science fiction. Książka jak dobry film powinna być pasjonująca i piękna. Powoli odkrywam w sobie czytelniczą bestię. Więc kierunek, który wybrałem, powinien wyłącznie spotęgować moje nienasycenie literackie.

 

czwartek, 10 lipca 2003       

Przyszedł do mnie Grzesiek B. mówił, że jak będę miał kłopoty z Maćkiem to może mu coś powiedzieć. Stwierdziłem jednoznacznie aby się nie mieszał i nic mu nie mówił. Gdy chciał mnie zabrać do Marszałka nie poszedłem. Wtedy trochę się zawiódł i głośno siebie pytał gdzie ma się udać.

Dziś miałem sen związany z wojną USA kontra Irak. Polem walki były okolice biurka w dużym pokoju, ja jako plastikowy żołnierzyk obdarzony świadomością strzelałem z wyrzutnika rakietowego do jakiegoś zminiaturyzowanego budynku, który zaczął palić się wraz z pierwszym celnym smagnięciem. Wystrzeliłem kilka rakiet po czym niespodziewanie zacząłem powracać do naturalnych parametrów. Następnie przeniosłem się nad jakąś tamę z której obserwowałem płynącą amerykańską łódź podwodną swoją strukturą przypominała coś organicznego, jakby wiele komórek połączonych w jeden monstrualny mechanizm. Statek śmierci pomyślałem pływające monstrum, które niesie zagładę.

Gdy wstałem od samego południa lekko pobolewała mnie głowa, teraz ból ustał. Dzwoniła Żaklina z którą kiedyś byłem na wycieczce w miejscu gdzie Hitler miał swoją bazę tzw. „Wilczy szaniec” w bunkrze nr 13 miał swoją kwaterę. Pamiętam, że bardzo mi się wtedy podobała ta wycieczka i ta dziewczyna. Czułem do niej jakiś pociąg, ale byłem jeszcze młody i nie miałem odwagi zagadać o tym co do niej czułem. Gdy zadzwoniła jej głos był bardzo zmysłowy i kobiecy. Pytała o mamę, a potem o Konia nazwała go wujkiem. Teoretycznie mogliśmy być jakąś dalszą rodziną, gdybym nie zapobiegł ślubowi, który już był zaplanowany na jakiś termin. Rozpłakałem się i powiedziałem iż nie chcę mieć za ojczyma człowieka zdegenerowanego alkoholem, oraz mającego za sobą karę więzienia. Matka też się rozpłakała mówiła o tym jaki on jest biedny i jak go wszyscy w życiu wykorzystywali łącznie z jego matką. Która zbierała mu ciężko zarobione pieniądze. Nie ruszyło mnie to dalej stałem przy swoim zdaniu aby nie popełniała tego błędu. Motywowałem to tym, że nasze mieszkanie jest za małe oraz Aśka również nie życzy sobie tego związku. Rano gdy się przebudziłem usłyszałem szlochanie to płakał skruszony Krzysztof (Koń). Który nie mógł przeboleć, że nigdy nie poślubi mojej matki. Czy dał tu o sobie znać kompleks Edypa, sądzę że trochę tak ale więcej może kierowałem się intuicją biorąc za niemal pewne, że ten związek uczynił by z matki niewolniczkę, człowieka który gdy złapałby ją w sidła nie zdecydowałby się pewnie na rozwód nawet gdy miałby okupić to życiem. Dalej są razem ale bez ślubu. Nie rozmawiam z Koniem w ogóle. Od niepamiętnego czasu, kiedyś chciał się wkupić w moje łaski. Byłbym w stanie w tamtym czasie dać się przekupić konsolą Sony PlayStation za ok. 700 zł. to było równowartością ich związku uprawomocnionego przez kościół do końca żywota jednego z ich dwojga. W konsensusie nie dałem się przekupić co teraz napełnia mnie swego rodzajem poczuciem, że uczyniłem najlepiej jak tylko mogłem.

Dziś czytałem poglądy Kanta, oraz „Techgnozę”, która daje wspaniały obraz społeczeństwa XXI w. które to zjednoczone przez nowe technologie w jedną żywą inteligencję próbuje posunąć dalej koło ewolucyjne. Kant rozważał przestrzeń jako coś co doświadczamy mimo woli. To co na zewnątrz tłumaczy nie miało by sensu gdyby nie abstrakcyjne pojęcie przestrzeni. Nie można jej dzielić dodaje jest ona niepodzielna. Podobnie jak kategoria czasu. Doświadczenie zjawisk przez zmysły i rozum jest  sobie równoznaczne i niezaprzeczalne.

Gdy ostatnio wypisałem w zeszycie zdarzenia jakie pamiętam z wczesnego dzieciństwa związane z ojcem. Okazało się, że jest ich około piętnastu. Wszystkie bardzo intensywnie wpisały mi się w świadomość. Tak jak chwila w której dowiedziałem się o śmierci ojca. Matka przyszła do dużego pokoju, gdzie była mroczna atmosfera paliła się tylko jakaś słabej mocy żarówka. I zapytała czy będę płakał jak mi coś powie. Odrzekłem, że to zależy od tego co to będzie. Była to najgorsza rzecz jaką przyszło mi usłyszeć. Więc zaniosłem się strasznym płaczem, który nic nie zmienił. Pamiętam jeszcze widok telegramu, zaplamionego krwawymi odciskami palców który doniósł nam tą informację.

 

piątek, 29 sierpnia 2003

Była Anka T. rozmawiała więcej z mamą niż ze mną. Krystyna opowiadała o rodzinie Aśki w Brukseli oraz o tym jaką tam ma sytuację. Grzesiek C. miesza leki z dragami ucieka z domu słabnie na ulicach, okrada własną rodzoną siostrę. Nie jest ciekawie. Rozwód Edyty z mężem, oraz jej matki ze swoim drugim wybranym ze względu na Grześka. Ostatni fakt nie jest jeszcze pewny. Ale wszystko zmierza do takiego rozwoju wypadków.

Anka przyszła po południu wyglądała na zadowoloną dwu miesięcznym pobytem w stolicy Francji, pilnowała tam dwie czarnoskóre dziewczynki (2 i 5 lat). Trochę przytyła, ale nie zeszpeciło to jej wyglądu wręcz przeciwnie nabrała pięknych kobiecych kształtów. Poszły z Ewką na kort koło zalewu zagrać w tenisa. Proponowały abym z nimi poszedł odmówiłem. Dostałem trzy plakaty do filmu „Czas Apokalipsy” Ewa to słowna dziewczyna. Nie chciała przyjąć pieniędzy. Nie nalegałem. Anka na tyle zrobiła się odważna iż sama wprosiła się do Mierzwic. Jutro wyjazd. Chce tam pobyć, bo twierdzi, że u własnej św. pamięci babci boi się przebywać. Pojedzie tam z Ewką, ja być może dojadę rowerem. Nie poznaję Anny, mówi mi żebym poważniej podszedł do studiowania. Bo w innym wypadku, będzie tak jak za pierwszym razem. Nie uraziła mnie ta uwaga, bowiem ostatnio wyrobiłem sobie mniemanie na temat własnej osoby. Być może mylne, ale ze ściśle określonymi priorytetami. Uzyskanie wykształcenia, jest na jednym z pierwszych miejsc. Anka mówiąc „nie wiem o co chodzi” do siostry, gdy ta opowiadała jej jakieś zdarzenie, w którym uczestniczyliśmy. Jakby chciała, zakomunikować, że podejrzewa ją o romans ze mną. Jej mylne poglądy na niektóre kwestie, nie podlegają już mojej jurysdykcji. Mówiła, że chciała napisać mi kartkę, ale nie wiedziała co w niej zawrzeć. Nie tłumaczyłem się, że ja nic jej nie napisałem. Bowiem przepraszanie, jest mimowolnym, poinformowaniem że komuś na czymś zależy.

Rozmawiałem z mamą jakieś dwie godziny. Któryś już raz mówi, że powinienem wykładać. Bowiem mam szeroką wiedzę, kwestia to tylko umieć ją sprzedać. Jak sama powiedziała, zaimponowałem jej moim wykładem. Była dumna z tego iż piszę recenzje. Jutro jej dam to co stworzyłem do przeczytania, niech oceni. Dziś mi mówiła, że mój chrzestny Jacek Grun. Również parał się pisarstwem o muzyce, jednak w większości były to przedruki. Za co nie zaskarbił sobie sympatii mojego ojca, który trudnił się ostrą reporterką. Dowiedziałem się również iż osobą, którą  szykanowano i posądzano o kradzież rozsady paproci w artykule „Kwiat paproci” była Smorczewska Danuta, sąsiadka z klatki obok. Za to do dziś ma wielki respekt dla mojego ojca.

Był Tomek Ch. mówił tak dużo, że w pewnym momencie nie dałem rady go już słuchać. Może użyczy mi swojej kolekcji jazzowych albumów. Pożyczyłem mu ¾ swoich płyt.

Z mamą rozmawiałem o filozofii (mówiłem, że cała ta dziedzina to tylko dopiski do Platona), literaturze (tłumaczyłem jej fenomen Philipa K. Dicka oraz nadmieniałem o S. Lemie), wspomniałem o Sytuacjonistach. Oraz o formalnym wykorzystaniu Internetu do zamieszczania własnej twórczości. Która to będzie weryfikowana przez odbiorców. Poruszyliśmy temat reklamy, manipulacji, konsumeryzmu. Dziedzina kinematografii, maszyna do nagrywania snów. Wolny czas i wiele tym podobnych zagadnień. Strasznie była dumna iż zamieszczam teksty w magazynie internetowym. Gdy powiedziałem, iż jest ono powielane na płytach CD-R w ilości około 500 tys. egzemplarzy, chciała to namacalnie sprawdzić. Kupię specjalnie, którąś z gazet aby jej to zaprezentować. Dodałem iż nie życzę sobie, aby komukolwiek mówiła, że cokolwiek piszę. To jest wyłącznie dla twojej wiadomości.

Jakub ostatnio powiedział, że dostanę prezent w postaci jakiejś ilości Skuna, ale z zastrzeżeniem abym nie palił z „byle chujami”. Tak dosłownie się wyraził. Gdy ostatnio piliśmy i zmierzaliśmy iść w odwiedziny do Łukasza A. niosąc trzecie piwo i w drodze je popijając powoli zaczynałem odczuwać potrzebę zwymiotowania. Mówię Jakubowi, że musimy się rozstać, bo coś tam, a on na to żebym potwierdził iż było ostro. Powiedziałem, było ostro i o mało nie puściłem hafta. Jakub poinformował mnie w tajemnicy iż jego siostra pisze demaskatorskie artykuły zamieszczane w „Głosie Siemiatycz” opisujące perypetie ludzi przyjeżdżających do wielkiego miasta. Ich losu i działania.

Kolekcja zdjęć powiększyła się o nowe, wygrzebane skądś przez mamę. Jestem na nich ja z ojcem, oraz sam. Jako małe dziecko, niewinne i bezbronne.

Gdy mówiłem Ance iż nie mogłem przypomnieć sobie jak miała na imię dziewczyna z naszej klasy. Która siedziała za mną na j. polskim. Anka przypomniała mi je (Aneta Janoszuk), a potem podeszła do rysunku wiszącego na ścianie, który podarowała mi Baśka R. przedstawiającego twarz kobiety zapatrzonej w dal na tle procesu mejozy (podziału komórkowego, wraz ze sforą plemników). Przypatrzyła się mu dobrze i nic nie powiedziała. Dodała, że widziała Darka B. który odpowiedział jej na pytanie – Co słychać ? – Stara bieda – powiedział i znikł. Oświadczyłem  Ance, że Tajny (Daniel) deklarował mi swoje preferencje seksualne. Tak to odebrałem, a że byłem spalony mogłem to opatrznie zinterpretować. Popatrzył się na mnie jak na przedmiot swoich westchnień i rzekł – No już wiesz. Nie miałem pojęcia o czym w tamtym momencie się dowiedziałem.

Pytała mnie Anna czego słucham. Odpowiedziałem, iż jazzu i klasycznej. Powiedziała, że usłyszała iż techno. Odrzekłem, że to również. Nie komentowała. Ale nie pomyliłem się co do ważności pierwszej jej wizyty. Myślałem tylko iż będzie ostrzej na mnie najeżdżać. Nie zrobiła tego z obopólną korzyścią. Zachowywała się niczym prawdziwa kobieta, konkretnie wiedząca dokąd zmierza. Gdy powiedziała iż we Francji, jakiś starszy mężczyzna oświadczył się jej, pytając czy nie chciała by z nim być. Odezwał się we mnie samczy instynkt zazdrości. Niby nic, ale czułem to wyraźnie.

 

sobota, 30 sierpnia 2003

Dziś zadzwoniła Ania, mówiła że brzydka pogoda i coś ma do załatwienia więc rezygnuje z wyjazdu. Przekłada termin na kiedy indziej. Kiedy, nie wiadomo. Pewnie wtedy gdy Tomek zaproponuje. Myślę, że Anna wyczuwa o co mi podświadomie chodzi. Chociażby ten dzisiejszy telefon.

Byłem na poczcie po kartę telefoniczną, chciałem za 10 a były tylko co najwyżej od 15 wzwyż. Wziąłem taką i ruszyłem po czyste płyty. Sprzedawca w sklepie mówił, że sprowadził mi dysk twardy, ale sprzedał komuś innemu. Powiedziałem iż jak będę miał gotówkę złożę zamówienie ponownie. Gdy wracam zaczyna padać mocny deszcz, jestem cały przemoczony. Idę koło Marszałka, słyszę wołającego Kata, pyta czy słyszałem, że zgarnęli Pula. Nic mi o tym nie wiadomo – Odparłem zdziwiony. Pijemy po małym piwie. Mówię Maćkowi iż odcięli mi telefon i muszę kupować karty. Oświadczam, że to konkurencja dla Telekomuny, firma chcąca ukrócić monopol. Kat się śmieje. Pyta o Jakuba, mówię że koncertuje, nagrał płytę, którą nikt się nie zainteresował. Po czym Maciej pytał o cenę wypalarki laserowej. Odrzekłem 180 – 200 zł. Gdy Kat wspomniał sytuację, gdy wpadliśmy do niego z Jakubem, mówił iż nie dał rady w tamtej chwili nic robić. Tak go znieczuliło, a miał dostać prezent w postaci innych znieczulaczy. Nie chciał. Mówi abyśmy go zostawili. Do Jakuba to nie dotarło, więc zwrócił się do mnie – Pippen powiedz mu, że ja nie dam rady już nic zażywać. Wtem interweniuję, mówiąc, do Pawła aby dał spokój i poszliśmy. Mówię witając się z Maćkiem, że załatwiałem sprawy, zdziwiony pytał dwukrotnie, jakie to interesy załatwiam. Tajemnica zawodowa, pomyślałem sobie.

Wczoraj w nocy błyskało niczym lampa stroboskopowa. Zgasiłem światło i obserwowałem żywioł burzy, którą to zawsze lubiłem podziwiać. Jej monumentalną moc i potęgę. W ciszy bez muzyki słuchając gniewu Boga. Można się w takiej chwili zreflektować. Ujrzeć miałkość własnego bytu.

Śniło mi się iż szedłem ulicą w Białymstoku, mając na przegubie dłoni jakąś srebrną bransoletę, podeszli Dresiarze i mi ją zdjęli. Nie protestowałem. Cieszyła mnie tylko myśl iż nie miałem w tamtej chwili zegarka firmy TIMEX za 440 zł. Na którego to od jakiegoś czasu ostrzę sobie zęby. Zastanawiam się tylko czy nie zbyt salonowy, ekstrawagancki.

Na ścianie gdzie wisi obraz od Barbary, umieściłem dziś plakat z filmu „Czas Apokalipsy”, który to również przykleiłem trochę przekrzywiony dla wzmocnienia efektu całościowego. Oczy postaci z obrazu są utkwione, w zachodzące słońce na tle którego lecą wojskowe helikoptery. Płynąca rzeka, puszcza Wietnamska, oraz wypisana czołówka aktorów grających w filmie na czele z Marlonem Brando. Taki plakat zawsze chciałem posiadać. Zwiastun do najlepszego filmu jaki dane mi było obejrzeć.

 

wtorek, 23 września 2003

     Na jutro mam plan, chwila obecna to jednak trwanie. Dziś przyszedł zamówiony zegarek, którego nie mogłem odebrać ze względu na brak gotówki. Więc dostarczyciel przyniesie mi go pojutrze. Wtedy będą pieniądze i dostanę przyrząd do odmierzania mego trwania. Dziś czytałem o religii islamskiej w książce pt. „Sens śmierci”. Religie mówią o niej jako o wspólnej idei wiążącej wszystkich. R. Musil udowadniał w „Człowieku bez właściwości” że nie ma nic, co scala na wzór zaprawy murarskiej. Bezkres i chaos jest tym co ostatecznie jawi się umysłowi.

Wczoraj gdy byłem w wypożyczalni VHS przyszła kobieta ze skargą na ścieki za które nikt nie płaci, a jak twierdziła niekiedy w owej posesji pojawiają się ludzie. Właściciel odrzekł, że nie będzie „płacił za damskie”, a do szefa kanalizacji miejskiej, rozwiązać problemu nie pojedzie, bo nie ma samochodu. Irytował się mówił, iż mieszka na innej ulicy i sprawa go nie dotyczy. Grzesiek B. chciał wziąć kasetę na kreskę, ale humor właściciela w jakim się znalazł mówił wyraźnie iż nie ma co rozwścieczać go dalej. Kiedyś pokazał mi całą szufladę dowodów osobistych i paszportów, które służyły jako zastaw po który właściciele się nie zgłosili. Widocznie kasety były dla nich więcej warte, od papierów stwierdzających ich tożsamość. Może chcieli ją zamienić na osobowość, bohatera grającego w ich ulubionym obrazie. Ewakuowaliśmy się po cichu, aby nie przerywać narastającego sporu.

Dwa dni temu była Anka T. rozmawialiśmy i ukradkiem co jakiś czas spoglądałem w stronę jej dekoltu. Rozsunęła nogi pomachała nimi kilkakrotnie, potem poprawiła skarpetkę. I powiedziała, że jak pojedzie ze mną do Mierziwc jeszcze zdążę znudzić się jej osobą. Potraktowała w tym sformułowaniu siebie jak przedmiot. Nie chciałem mówić iż nie jest zabawką, która po wyczerpaniu baterii przestaje bawić. Opowiedziała o poznanych dwóch „skejciarach” tak różnych od niej, że aż frapujących. Zapytała czy nie mógł bym jej nagrać trochę rapu, aby utwierdziła się w przekonaniu że ten gatunek to jałowy ferment podobnie jak ludzie go słuchający. Przeraziła mnie wizja tego jak człowiek jest determinowany przez warunki zewnętrzne. Niby to tylko muzyka, a przecież niesie ona idee pod którymi mogą się podpisywać wyłącznie odbierający na podobnych falach, co MC (master ceremony) nadający przekaz. Wydaje mi się, że rap jest czarny z założenia. Podszywanie się pod niego białej kultury jest z założenia nieprzekonywującym. Trzeba rozumieć o czym oni deklamują w większości są to tematy wyrywania panienek na dyskotekach, palenie trawy bądź odradzanie stymulowaniem THC. Jako zgubną procedurą, zdarza się iż na tym samym albumie, odradza się palenia, aby dalej opowiadać się za zalegalizowaniem. Takie sprzeczne jest myślenie większości polskich raperów. Anka jest daleka od całej tej mody ponieważ nie wychowywała jej ulica podobnie jak mnie. Starałem się, jak do tej pory sam się wychowywać, a czasami nakłaniać do swoich pasji innych, tak było z Anką. Z tego powodu tak sobie to wyobrażam mam u niej jakiś kredyt zaufania. Pewnie kiedyś go nagnę i zostanie wspomnienie. Jest ona na tyle elegancką panienką (dwa języki jak zaświadcza R. Topor wystarczają za argument elegancji u kobiet). Mój wizerunek w jej oczach jest nieodgadniony, ostatnio w barwie jej głosu gdy zapraszałem ją do siebie wyczułem ton jakby robiła to za karę. Gdy pokazywała mi fotografię we wkładce albumu Lacrimosy pt. „Echos” nie mówiła które zdjęcie najbardziej jej pasuje, ale to które najbardziej spodobało się młodszej siostrze Ewie. Kobieta zakłada nogę na wybrańca, w geście pojednania erotycznego. Doszedłem do wniosku iż będę co innego dawał w przyszłości Ewce i Ance, aby nie myślały iż traktuję je na jednej płaszczyźnie, choć tak właśnie powinienem. Zrobiłem pierwszy krok, dałem Ance dwa magazyny „Polityka” dla niej artykuł Kałużyńskiego o Beckett’cie, Ewce o serialu Twin Peaks. Jest moim skrytym celem, aby podświadomie dostarczać tego co by sprawiało radość, satysfakcję innym. Lubię gdy dam komuś coś do przeczytania, a on stwierdza że dobre, albo warto było to przeczytać. Nie dyskutuję już o tym DLACZEGO to cię poruszyło. Ważne iż odzew jest pozytywny. Ostatnio eksperymentalnie dałem książki Jakubowi „Przez ciemne zwierciadło” widzę po nim iż jest  pod wrażeniem gdy zaczyna mówić o jakiś sytuacjach zawartych na kartach powieści. Piecia po przeczytaniu scenariusza filmowego o „Basqait’cie” równie usatysfakcjonowany. Gdyby istotą było dowartościowywanie ludzi poprzez wyznaczanie im drogowskazów na ścieżce sztuki, co warto wziąć do rąk, a co nie, bo wyniknie jedynie rozczarowanie, i dozgonna niechęć do zagadnienia. Myślę iż mógłbym projektować coś na kształt performanc’u odpowiednika Wyśnionych Szczęśliwych Chwil z „Teraz zaczekaj na zeszły rok” Dick’a. Każdemu w miarę jego zainteresowań i gustów estetycznych. Bez żadnego silenia się na sztuczne raje. Wszystko dostępne w wielkiej spuściźnie kulturalnej. Nie sądzę aby ktoś po obejrzeniu filmu „Zły Porucznik”, „Czas Apokalipsy” i „Zagubionej Autostrady” w połączeniu z poezją T. Eloita, oraz muzyką poważną mieszaną z ekstatycznym transem nie był choćby trochę mniej sfrustrowanym. Wyobrażam to sobie tak, ciemne pomieszczenie, korytarz obstawiony ukrytymi w mroku kolumnami z których dobywa się jednostajne buczenie dronowe, niby lecący samolot tu posłużyłby album Coil’a „Time Machine” następnie im dalej w głąb tym bardziej szybki staje się rytm. W drugim pokoju między korytarzem a salą główną jest łącznik, tam huczy masywny przybrudzony bit, generowany przez Rebirtha 338, ciągle ten sam nic się nie zmienia to symbol jedności we wszystkim. Tu kawałek o nazwie „2” (mojego autorstwa stworzyłem go w kilkadziesiąt sekund, bez przejść to w innej komnacie dla wtajemniczonych. Cały kanon techna od J. Millsa po Substance). Kto ma ochotę idzie na film. Projekcje, o dowolnej porze, z możliwością wyboru, mamy demokrację nie totalitaryzm, więc patrzymy co w spisie większość to Hollywodzkie pozycje, dużo europejskich mistrzów od Bergmana na Fellinim poprzestając. Inne pozycje nie są warte wzmianki. Choć można rzucić na nie okiem. Inne komnaty to już dla koneserów. Muzyka klasyczna, jazz, europejskie filmy. Książki wybitne, specjalnie wyselekcjonowane. Czytane przez niezmordowane komputery, bądź za droższą opłatą przez ich autorów. Weszło pojęcie pieniądza, na czym ma polegać opłata, gdy Internet prędzej czy później i tak zniszczy kulturę nie zostawiając kamienia na kamieniu. To temat na forum dyskusyjne odbywające się w najwyżej położonej komnacie nie dla wszystkich dostępnej. Trzeba okazać legitymację członkowską. Pokazujemy i wchodzimy. Przy okrągłym stole, możliwość patrzenia sobie w oczy debata osiąga zenit napięcia. Oryginalne produkty sprzedają się na globie w ilości znikomej, nigdy w historii nie było takiego kryzysu. Poniżej 1% reszta, zaopatruje się nielegalnie dzięki wirtualnej sieci. Nic nie zahamuje tej procedury ludzie odzwyczaili się płacić za sztukę. Po co skoro mogę mieć za darmo, musiałbym być frajerem aby płacić. Frajerów mam w pogardzie, więc niepotrzebna jest mi opinia eksperta co jest dobre, sam to ocenię według własnych kanonów piękna. Zdanie pana wyraża większość sondażowanych w ankiecie „Czy to już ostateczne tchnienie komercyjnej kultury”. Anarchia zdominowała ludzi pokojowo nastawionych, skoro nie chcą artyście płacić za to co stworzył, w odwecie okradnie on wszystkich innych twórców aby przeżyć. I tak błędne koło się zamyka.

 

środa, 24 września 2003

Powiedzenie, że coś jest lepiej napisane niż ujął by to Wemblej weszło do obiegowej gwary Siemiatycz. Grzesiek mi tę informację przekazał. Dlaczego mi, bo po przeczytaniu jego zapisek (Wembleja) oświadczyłem, że nie wydałbym tego jako książki w swoim wydawnictwie. Nie mam wydawnictwa, ale jak bym miał też bym nie publikował. Więc moja opinia się przyjęła. Czy jestem z tego powodu dumny, raczej nie. Teksty powinny płynąć z głowy nie z serca. „Logika redagowania” to wierzchołek na nim opiera się to co nazywamy górą. Fundament to logika myślowa, z nią jest najtrudniej. Trzeba być precyzyjny w tym o czym się pisze. Takiej klarowności stylu uczy raczej redagowanie wzmianek w prasie gdzie mamy ograniczoną ilość miejsca niż pisanie na komputerze gdzie można pisać nieskończenie długo bez ograniczeń myślowych. Dlatego wolałbym pisać początkowo w jakiejś gazecie zwyczajnej papierowej. Gdzie byłbym poddawany ograniczoności słów. Wtem łatwiej byłoby wyrobić własny niepowtarzalny styl. Nie mam takiej możliwości więc piszę o swoim życiu. Interesuje mnie to co będę robił za np. 10 lat jak wszystko będzie się klarować.     Dziś miałem ciekawy sen. Czasy podstawówki lekcja matematyki odpowiadam przed wychowawczynią pani Czapko żoną policjanta, kobietą noszącą wisiorek skorpiona który oddawał jej charakter i sposób bycia. Nie było nikogo kto przed nią zgrywał by cwaniaka. Była cwańsza od najbardziej wygadanych uczni. Zawsze potrafiła tak dołożyć do pieca, że aż robiło się niemiło. Wstyd zalewał człowieka i nie można było ripostować. Więc przede mną odpowiada Paweł Wojciechowski zna temat doskonale nie daje się zagiąć w żadnej odpowiedzi. Potem do odpowiedzi zostaje wywołany Tomek. Więc idę pod tablicę mało umiem, nastawiam się na ściemnianie mam świadomość, że kogo jak kogo ale jej nie naściemniam. Jestem dobrze ubrany, koszula sztruksowa, niezłe zachodnie jeansy (styl amerykański, który dodaje mi pewności) czuję się swobodnie, wręcz na luzie. Pierwsze pytanie jednak nie dotyczy matematyki, jest natury osobistej. Mianowicie:

– Co ty z sobą zrobiłeś? – zapytała mnie wychowawczyni z wielką pretensją w głosie. Chodziło ją o moją chudą sylwetkę, oraz o to, że widać po mnie jak bym nic nie jadł i do tego niszczył się jakimiś prochami. Nie odpowiadam, więc kieruje pytanie związane raczej z przedmiotem sztuki, niż ścisłego rozumowania. – Gdzie w Siemiatyczach jest ośrodek kultury. Nie wiem więc zaczynam dedukować na głos.

– Kiedyś wiem, iż był w Synagodze żydowskiej, teraz natomiast – waham się choć nie mam pojęcia, po czym cała klasa jednym chórem krzyczy.

  • Hortex!!!

Odpowiadam więc za klasą – Hortex. – żartobliwym tonem jakbym nie łudził się iż odpowiedź zostanie zaliczona. I wyciągam w górę obie ręce w geście podziękowania, mówiąc – Dziękuję klasie za podpowiedź.

Ktoś próbuje coś mówić w mojej obronie, ktoś inny przeciwko mnie. Patrzę na Mutomba, który z ciekawością mi się przypatruje. Odpowiadam mu gestem, jakbym chciał mu zakomunikować jaką żenadę robią mi wszyscy dookoła. Całe zajście komentuje pani Czapko tymi słowami. – Znam tego chłopca, wiem jaki jest i co przeszedł i szanuję go za to. – Gdy słyszę to z jej ust jestem pokrzepiony.

Dziś zadzwoniłem do Doroty K. umówiłem się na kiedyś tam. Powiedziała, że jestem żydem gdy nie poinformowałem czy dzwoniła siostra. Gdy odebrała słuchawkę jej ton był smętny, gdy usłyszała kto dzwoni stał się jakby radośniejszy i bardziej rześki. Chodziło mi o film brata, któremu oświadczyłem że będę mu robił reklamę w mieście. Aby przynajmniej tu był sławną personą. Dorota skomentowała to – No może się okazać, że nie tylko tu go wypromujesz. Jestem pewien iż sam zadba o sławę odpowiadającą jego talentowi aktorskiemu.

Wczoraj dzwonił Jakub na początku mówił głosem trochę przydołowanym. W trakcie rozmowy zmienił ton na bardziej optymistyczny. Jakby rozmawiał z kimś, kogo sam głos ma właściwości dobrze nastrajające. Nie poszedłem do niego choć mnie zapraszał. Mówił, że sam do mnie podejdzie, nie przyszedł.

Wczoraj była Elka S. Coś jej drukowałem, po czym rozłożyła nogi na całą szerokość nie sądzę aby potrafiła robić szpagat. I tymi słowy do mnie wyjechała. – Co Pippen zaprosisz mnie na wieś, zabawimy się. Odpowiadam – Czemu nie przyjedź. – po czym gdy z mamą zaczynają plotkować mówię im – Jeżeli macie zamiar plotkować idźcie do kuchni nie mam zamiaru tego wysłuchiwać. POSZŁY…

 

czwartek, 25 września 2003

     Dzwoniłem dziś do Anny nie chciała przyjść powiedziała, że zobaczy. Jutro umówiona jest z Władkiem więc też nie może. Zostaje sobota lub niedziela, ale potwierdza że przed rozpoczęciem szkoły na pewno się zobaczymy. Dzwonię do Doroty K. zaraz ma być samochodem. Odwiezie brata do szkoły muzycznej i będzie. Nie wiem czy będziemy pić piwo. Jest szansa, że ją namówię, Anka mnie zwodzi, co do niej niepodobne, mieszka blok obok a problem stanowi przyjście do mnie na pogawędkę. Nawet jeśli ciągle o tym samym to jednak. Czuję się wzgardzony.

Przyszedł zegarek, ładniejszy niż na obrazku. Piszę na nowej klawiaturze starą wyśle siostrze, może nie będzie miała mi tego za złe. Liczę na sentyment z jej strony. Bo Tomek na niej pisał, a teraz ja mogę postukać w te co on klawisze. Może trochę magii pozostało w tym co on tak namiętnie uderzał swoimi delikatnymi opuszkami palców, niczym u pianisty. Tak sobie siostra będzie dedukować.

Teraz o tym co obejrzałem. „Małżowina” ze Świetlickim w roli głównej. Dobry film i co najważniejsze treściwy. Jest pewien urok w sposobie gry Marcina Ś.

Kupiłem dziś kadzidła dwa opakowania, papierosy Malboro i zapalniczkę. Przede mną jakiś stary palacz ledwo co mówiąc wydusił z siebie Eco. To marka fajek, które podała mu ekspedientka.

 

sobota, 27 września 2003

Wczoraj zaaplikowałem sobie: kawę, pół ramki fajek, amfetaminę, nitrozepan od Marka i trzy małe Łomże mocne tzw. granaty przed ich wypiciem Cedziak częstuję ziołem z fajki wodnej, następnie kupujemy z Grześkiem B. pół worka trawy i u mnie kręcimy blunta. Wtedy już poczułem, że przedobrzyłem z używkami, zacząłem wymiotować, gdy Grzesiek siedział w pokoju i czekał aż przyjdę. Zwróciło się piwo i ślina, czułem się na tyle wstrętnie iż po raz kolejny myślałem o dniu następnym jako o czymś bardzo odległym. Gdy położyłem się na łóżku i zasypiałem weszła do pokoju mama i zaczęła mnie okrywać kołdrą, którą wyciągnęła z wnęki na której próbowałem zasnąć.

Dziś był Marek przyprowadził kolesia, który dostał się na Filozofię z odwołania, jak ja. Pożyczyłem mu pięć książek (Logika praktyczna, Ćwiczenia z logiki formalnej, Wprowadzenie do logiki formalnej, Wykłady z logiki i metodologii, Informator o studiach, oraz mapę Lublina wszystko do zwrotu). Z tym kolesiem chyba kiedyś Anka T. miała romans, tak mi mówiła Anka.

Krzysiek Czerniakowski pojechał do Szwajcarii nie wiem po co i dlaczego. Chyba do swojej siostry Gosi, która ostatnio w Urzędzie Miasta pobiła jednocześnie wrogie sobie małżeństwo. Mężczyznę i kobietę. Faceta zrzuciła ze schodów tak mi opowiadała matka.

Skaner być może odbiorę w poniedziałek, dostałem z PZU 2200 zł. myślę o kupnie dodatkowo do skanera, dysku co najmniej 80 Gb, oraz jeżeli będzie przystępny cenowo mikser Pioneera model CDJ – 1000 tzw. cyfrowy gramofon (miksowanie dwóch kompaktów) z wszystkimi opcjami, które gwarantuje czarna płyta to znaczy miksowanie i scretch’owanie czyli abecadło sztuki dj’skiej jak napisali w magazynie Kaktus. Gdyby ten sprzęcik kosztował do 2500 zł. kupił bym w ciemno. Lecz myślę iż jest co najmniej dwa razy droższy.

Dziś Marek mówił iż Tomek Ch. ponownie bierze urlop dziekański z powodu swojej depresji. Całe dnie przesypia. Wczoraj była Anna, ale poszła gdy nawiedził mnie Marek. Przyniosła Gazetę Wyborczą z programem tv. Nie chciała nic pić. Dałem jej do przeczytania fragment o „Jądrze ciemności” J. Conrada w książce „Sens śmierci” oraz wydrukowałem z magazynu FORUM wspomnienie Nicka Cava o Johnym Cashu, którego wokal był zawieszony między niebem, a piekłem.

Dziś o piątej Anna ma przyjść ponownie, przygotowałem się do tej wizyty w sensie takim iż wypożyczyłem film „Dawno temu w Ameryce” Sergio Leone, który to mamy obejrzeć. Kupiłem korkociąg, dwa wina Sophia, tyleż samo butelek lemoniadowego Smirnoffa ruskiej wódki 13 i coś procentowej, jednej z najlepszych na świecie. Wczoraj gdy wymiotowałem nad sedesem, przewinęła mi się w głowie jak mantra (konsekwentnie powtarzana formuła) myśl – Anna pozmieniaj mnie…

Dziś matka zapytała mnie – Chyba nie najlepiej czułeś się wczorajszego dnia. – Co ty płaczesz? – Nie on nie ma żadnych problemów. – powiedziała te ostatnie słowy do Danuty C.

 

poniedziałek, 29 września 2003

     Dziś czyli wczoraj była Anna przyszła gdy rozmawiałem z matką. Gdy Krystyna wyszła Anna rzekła – Gdy coś mówisz, twoja matka – poprawienie formy, na łagodniejszą – mama (jakby z szacunku dla jej osoby) – tak uważnie cię słucha.

Gdy weszła akurat powiedziałem, że główny szef ONZ jest murzynem, i nie ma powodu żeby dziwić się iż czarni są na wysokich politycznych stanowiskach.

Anka przyniosła płyty z klasyką, a następnie je zabrała, powiedziawszy iż słuchała ich tylko dwa razy…

Gdy powiedziałem, że nie obejrzymy filmu, bo uznałem go za bardzo brutalny. Nie chciała dłużej siedzieć. Pytając czy dobrze się czuję, oraz czy mam katar, po czym pytała o jego przyczynę. Pochwaliła mnie za recenzje jakie napisałem. Po czym mówiąc, że zostawi mnie w samotności, gdyż takowej potrzebuję. Dodała iż to nie ma sensu odeszła. Gdy oferowałem, włączenie filmu. Zignorowała to. Do święta zmarłych, ponowne wtedy się spotkamy. Wczoraj piliśmy wódkę Smirnoff, wino Sofja. I całkiem płynnie układała się nasza rozmowa. Anka posiedziała do 2 w nocy. Mówiła, iż ojciec ją wyprowadza z równowagi. Tak, że płacze i krzyczy jednocześnie. Wyczuła, mnie mój stan po THC. Nie respektuje mnie takim. Usposobienie paranoiczne przeraża, ją. Gdy zapytałem o jakich problemach chce porozmawiać z Krystyną, odrzekła – Nie mam problemów. – z głęboką skrywaną fałszywością w głosie (każdy ma problemy pomyślałem sobie – a, że matka myśli iż ich nie mam jest tylko i wyłącznie jej opinią). Gdy Anna to mówiła, jej wzrok utkwiony był w podłogę, która w linii prostej pokrywała się z jej biustem. Jak nigdy dotychczas, odkrytym w linii, która jest dopuszczalną, nie wyzywającą ale na granicy zarysu erotyzmu.

Gdy szedłem z Grześkiem B. w poszukiwaniu trawy, pytał mnie czy posuwam Annę, odrzekłem iż nie. Ale oglądam filmy porno po nocach, później dla zmniejszenia efektu zamieniłem je na erotyczne. Włączyłem mu fragment filmu „Dawno temu…” gdzie Joe Pesci mówi – Był taki film „Jude” dobry film. Spodobało mu się.

Anna mówi iż popoprawiała by miejscami składnie w tym co napisałem. Odrzekłem, że prawa autorskie zawsze jak będzie chciała to jej odstąpię. W formie, żartu profesjonalistów była to wypowiedź. Co dało efekt, zdumienia z jej strony. Gdy co jakiś czas patrzyłem w jej kierunku i po przyjacielsku się uśmiechałem. Pytała mnie – Czemu się uśmiecham? – nie odpowiedziałem. Gdy wypytywała, czy zabieram do Białego komputer, muzykę zbyłem to milczeniem poruszając tylko palcami na znak iż wszystko do mnie dociera. Dodała potem – Muzyka jest dla mnie ważna. (wskazało to na jej intymny związek z tą sferą sztuki). Gdy poprosiła mnie o adres do Aśki, bo nie może znaleźć, powiedziała to w ten sposób jak by od adresu uzależniła dalszą formę komunikacji z siostrą. Gdy Anka mówi iż jest prostą dziewczyną nie chce mi się wierzyć w te brednie. Wiem, że to elegancka kobieta, która nie da swego ciała byle łajdakowi. Zazdrosna bestia ze mnie wyłazi, ale to wszystko to podłoże seksualne wpisane w sferę, każdej psychiki, że wszystko sprowadza się do łoża udowadniał S. Freud. Mój przypadek to potwierdza, gdy nie będę miał partnerki, będę wiecznie czegoś szukał błądził, czekał na Beckett’owego Godota.

Dziś o 14 dochodzi do mnie informacja od Tomka T. który budzi mnie z Grześkiem B. mianowicie, że Grzeciek C. uciekł swej matce, która go poszukuje. Nikt nie wie gdzie jest. Czy ktokolwiek widział, ktokolwiek wie? Nie sądzę, to pierwszy dzień, ale nie pierwsza ucieczka. Nałóg komplikuje żywot. To jedno wiem. – One thing I now. – spiewa William Lee od “Nagiego Lunchu”.

Gdy z Wojtasem piłem Coca-colę w barze „Oleńka” kelnerka żaliła się szefowi, że jakiś najebany kozak, przyszedł przewrócił stół, pobił zapalniczkę, stojącą na nim. Szef na to odparł – Nie ma wstępu już dla niego. (Gdy jedziemy samochodem mówię, gdy informuje mnie Wojtaś, że przypalał dziś trzykrotnie, ja na to że jak być kozakiem to do końca).

Anka przed pójściem proponowała, żebyśmy obejrzeli program „Idol”. Wytłumaczyłem, że nie mam aneny. Zrozumiała, pewnie dlatego że nie mogła go obejrzeć poszła tak od razu, tak sobie to tłumaczę i niech tak pozostanie. Gdy mi kiedyś powie, że ma mnie dość. Głęboko w dupie, nie chce mnie znać i że jestem jak jej stary, frajer bez wiary we własne możliwości. Uznam to jako totalną klęskę. Zależy mi na dobrej opinii w jej wrażliwych i ciepłych oczach.

SEN: Śni mi się, że przyjeżdża Aśka z Marcinem ja staję prze mini w dużym pokoju i zaczynam mówić. – Ta bluza jest od Elki z Ameryki, Wranglery spodnie od ciebie, również USA, buty Adidas to firma ze stanów, a zegarek Timex nowy nabytek, to część mojej dumy i honoru podobnie jak cała garderoba w stylu american style of life. Dlaczego to mówię, bo Siemiatycze to miasto amerykańskie. Ja jestem jego częścią tu się wychowałem, a więc i częścią kultury fast-foodów i Hollywoodzkiej papkowatej kultury. Jednak to jest równie rzeczywiste, co wszystko co ma jakiekolwiek znaczenie. Sen wyjątkowo, narcystyczny ale nie można mu odmówić treściwości. Forma też niczego sobie, no i ja jako główny bohater. Co w przypadku marzeń sennych zazwyczaj jest regułą.

 

poniedziałek, 29 września 2003
Dziś zacząłem pisać list do Anny. Napisałem wstęp, odtworzony z dwóch pozycji: magazynu Polityka i książki „Sens śmierci”.

Gdy pchałem Poloneza Wojtasa pod piaskową górę w lesie, tak się wczułem, że koło przejechało mi po nodze. Byłem po THC, winie i piwie. Okolice kolana, lekko widoczny ślad na spodniach. Czarne szramy, poświadczają zaistniały fakt. Gdy się przewróciłem, koło wciągnęło moją nogę. Przejechało po niej. Szybko otrzepawszy spodnie, wstałem z ziemi i przeszedłem jakiś odcinek drogi (10-15 m.). Nikomu z czterech osób nie powiedziałem, że cokolwiek mnie boli, bo nie bolało, powiedziałem że moje kości są elastyczne i nie ma nawet rany, zadrapania nic. Lekkie ukłucie. Fizyczny ból jest gówno wart najbardziej boli zraniona ambicja. Zaistniała sytuacja pokazała mi jak ludzie reagują na widok osobliwej sytuacji. Grzesiek chciał mnie opatrywać, jak weterana wojennego. Panienki głupio podśmiewały się, ze śmiesznej „fazy”. Ich terminologia, nie moja. Panienki i troskliwość. To z nich wychodzi. Mężczyźni – zwykła obojętność. Stało się to trudno, nie urwało nogi nie róbmy sprawy. Przytoczyłem sobie w głowie mądrość R. Topora, który definiuje eleganckiego mężczyznę jako takiego, który potrafi wejść w gówno i nie zrobić z tego sprawy. Zachować hardość ducha.

Ta rzecz, która jest decydująca w życiu, umieć przyznać się do porażki. Kto to robi, jest na dobrej drodze wyjścia na prostą, bądź krzywą bardziej i mniej i tak można dzielić w nieskończoność. Złej drogi są różne ewentualności. Nie znam, żadnej świętej osoby. Poza matką i siostrą o nikim się nie wypowiadam. One są osobami, których respekt wymaga ranga bliskości krwi. Reszta ludzi to dopowiedziana historia. Rodzinę jak mogę to oceniać racjonalnie miałem wyjątkowo sprzyjającą. Do dziś rozmawiam z matką na takie tematy o jakich nie mógłbym rozmawiać z resztą, gdyż by się dziwili i zdumiewali. Nie wszyscy, ale duża ich część, to jak alienacja z tłumu. Postawienie się ponad nimi i wskazywanie, na kolejnych i mówienie szczerej prawdy prosto w ślepia. – Jesteś gruba, brzydka na dodatek obleśna, a tak w ogóle to spierdalaj… Powiedziane, zrozumiane. Mawiała zawsze matka. To jest droga doskonalenia samodyscypliny.

Dziś kupiłem dwie gazety, byłem z Grześkiem B. w stoisku gazetowym. I wybierałem, kupuje je po to aby pokazać, że jak mam kasę to gazety biorę, w ilość przekraczającej normę czyli jedną. Każdorazowo staram się przed Brykiem odgrywać rolę, bardziej zamożnego jego ojciec to komornik więc on przywiązuje wagę do tych spraw. Granie roli milionera, z okazji dostania 2200 zł. wychodzi mi na tyle zadowalająco, że jest mi obojętne czy Grzesiek uważa mnie za barana czy nie. Jestem jego zodiakalnym odpowiednikiem. Ale charakter z rogami zawiniętymi na kształt okręgu, też jest zawarty w mojej naturze. Chciałbym kiedyś tymi rogami zwojować jakąś gotówkę, pozwalającą na kupno sobie Jeepa złotego łańcucha, garnituru od Armaniego i reszty tego bajzlu związanego z tworzeniem pozorów dookoła siebie. Sądzę, że gdybym miał te przedmioty (miał, miał powiedział kotek) to w oczach matki wyglądał bym na gentelmena. Otoczenie się zbytkiem było by moim zajęciem jak zawsze i wszędzie myśli się jedynie o własnej wygodzie. Ciepłym kącie, minimum socjalne, dla niektórych jest banalne. Mam to i cenię gdybym mógł to utrzymać. Plus poszerzyć o basen kryty, stół do bilarda i salkę projekcyjną. Gdzie były by puszczane filmy na projektorze cyfrowym w technologii DVD. Miało by to sens. Na ten komfort, trzeba małej fortuny. Ale po co są marzenia. Jak taki standard mieć. Wystarczy, intratny interes. Oby nie lewy i aspołeczny. Nie mam na taki pomysłu, ale skanowanie robienie serwisu internetowego będzie moim zadaniem na najbliższe trzy lata. Scenariusze filmowe, jak bym dostał propozycję również bym mógł preparować. Tworzenie to preparowanie. Trochę stąd, inny motyw stamtąd daje spójny obraz podoba się publice i to wystarczy nie podoba się. Trzeba wysłuchać zastrzeżeń. Jeśli są zasadne, zreflektować się i poprawić błędne metody.

Gdy Anna wyszła i powiedziała, że to nie ma sensu. Nie miała dla niej sensu moja bierna postawa. Czy zaspokajanie erotyczne kobiet jest jedynym celem mężczyzny. Wyspa Lesbos, którą symbolizuje Sefona, gdzie dominują rozrywki wyłącznie artystyczne i intelektualne, nie ma tu mężczyzn. Bo to w większości wieprze. Pasożyty i skurwiele. Kobieta jak się upadla to w samotności, przegrani faceci chcą za swą porażką pociągnąć innych. Dlatego wszelkie spółki to istny odpowiednik, małżeńskiego łoża. Wchodzi się i decyduje na wpierdalanie innych w swoje struktury czasowe. Które powinny być w jakiejś formie twórczo wykorzystane. Moim ideałem jest zapożyczony model partnerski z książki P. K. Dick’a „Teraz zaczekaj na zeszły rok”. Gdzie mąż i żona żyją w innych miastach na osobny koszt. Nie wchodząc sobie w wyznaczone szlaki. „Miłość to zalegalizowana nienawiść” próbował uściślić Dick. Wiąże się to z małżeństwem. Małżeństw przykładnych mogę wyliczyć kilka, które znam reszta to próby kreowania dobrych wibracji w trupiarni pełnej ciał, fioletowych i zimnych. Jak miałbym podejmować decyzję z kim chce zostać do końca dni. Nie decydował bym się na nikogo. Teraz oszukuję sam siebie i wiem, że to trwoga być nieustannie z własnym potokiem myśli. Dlatego szuka się odbiorcy fal nadawania. Jak gdyby wszystko było przekazem. Ty mi mówisz to, ja ci mówię tamto. Podobnie nieistotne, dla ogólnego stanu sytuacji, ale trzeba przytaknąć powiedzieć – Masz 100% rację, zgadzam się co do joty, z tym co próbujesz mi naświetlić. Tylko mnie samemu sobie, jest to trudno zaakceptować. Nie smędż tylko spierdalaj. – powiedział by w 50% elokwentny samiec. Reszta uderzyła by w twarz, a reszta z reszty pozostałej strzelała by z broni palnej we wszystkich kierunkach. Gdy człowiek panikuje, nie zna swych granic. Przekracza je, aby uznać że niepotrzebnie. Bo trzeba było zrobić tak, żeby nie było widać. Słychać.

Prawdziwe piekło przeżywa się gdy ktoś bezwiednie, pakuje ci broń pod skroń. I składa jasną i precyzyjną ofertę. Akceptacja jest w tym wypadku wygraną. Nie można już być obojętnym jak w Zenie, gdzie oświecenie jest nieuchwytne. Otoczenie kreuje osobę i jeszcze tysiące frazesów można wypisywać. Gdyby chodziło o istotę, nie było by jej. Dlaczego?

 

  • Bo wiedza i etyka istnieją również w formie niepisanej, co można przełożyć na nie praktykowaną.
  • Nikt nie rodzi się głupcem, tym zostaje się z czasem. On to wpędza nieprzystosowanych w psychiczną samozagładę.
  • Samozagłada jako forma wyższej uduchowionej jednostki, odmierzanej przez zegary. Nikt jej nie uniknie, a przyjęcie jej należy do kluczowych momentów. Jak pierwszy orgazm, sny o tabu społecznych, narkotyki zażyte z różnymi i na różne sposoby.
  • Deterministyczna śmierć, jest wariantem jednej i tej samej idei organizującej czas. Nie ma czasu bez pieniędzy. One muszą być chociażby na jedzenie. To jest ważne, samodzielne funkcjonowanie nie podleganie, żadnej innej osobie. Szef jest tym, który nadzoruje postęp. Ciągły i sukcesywny.
  • W takim wypadku, dajemy coś, do weryfikacji. Jest dobre, lecz bez zachwytu, po co zachwyt ten osiągamy w ejakulacji. Poświadczającą zdolności twórcze, przełożone na seks. Gdy ktoś czegoś nie tworzy, nie jest artystą, podlega prawu rozładowywania tych nagromadzonych emocji w życiu miłosnym. Gdzie ujście ma frustracja.
  • Po co tworzyć, po co rżnąć? Tak puentujemy, tą krótką rozmową. Kolejną tego wieczoru, będącego pod znakiem. Czarnej chaty złego Boba. Hamburgerów z wypadających twardych bułek, spożywanych w przyulicznych lokalach. Oraz dedykujemy tę rozmowę wszystkim tym, którzy podobnie jak my nie mają pojęcia o dualizmie, podziale na dobro i zło i temu podobnych nieistotnych rzeczach. Korzyści są najważniejsze, bądźmy mądrymi bezstratnymi kapitalistami. Precz z równym społeczeństwem. Manifestujmy swoją wielkość. Choćby tu i teraz. Mam pomysł, na zakończenie powiem bajkę, a może baśń sam ich nie rozróżniam. Wiadomo o co chodzi. Będzie morał. Nie pożyczajcie pieniędzy. Wypłynie jako to pierwsze pouczenie. Drugie to: Pieniądz szpeci duszę. Bo to takie nieludzkie. Mieć ich dużo. Jest rzeczą modną, być skrytym miliarderem potentatem, uchodzącym w towarzystwie za frajera. Który dał się wyrolować temu i tamtemu. Dajmy, człowiekowi nieograniczone konto a zwariuje, odmówmy takiej wizji poczuje się mały zakuje go zraniona ambicja, a ona boli. Skrzypek na dachu śpiewa – Gdybym był bogaty. To każdego stawia przed dylematem. „Ubogi, a zadowolony jest bogaty, wystarczająco bogaty” tak powiedział W. Szekspir. Z wielkim poważaniem odbieram te słowa. I duma napełnia me serce, że przez chwilę taki się czuję, mam na wszystko czego zapragnę, w granicach moich potrzeb. To rzecz natchniona. Jak magiczne chwile.

 

Nie sądzę, aby moja renoma malała czy rosła w oczach matki. Hybrydy kulturalne, które jej aplikuje są iście urozmaicone. Od kina gangsterskiego (Q. Tarantino) po rekonesanse z Erichem Fromm’em i wzmiankami o technologii. Internecie i reszcie machineri organizującej rzeczywistość. Gdy widzę, że schodzę na manowce, wtedy daję jej konkretny tekst o czym mówię aby przeczytała dla wyrobienia opinii na kwestię. To najlepsze argumenty dla pokrycia słów. Coś napisane, nie na wodzie, czarno na białym. Zrobię to postaram się o tamto. Będę starał się realizować. Plan trzy letni, a następnie dwu letni. Kryptonimy to mało oryginalne oznaczenie czasowe.

„1 X 2006” to pierwszy. Tu zamierzam być licencjonowanym człowiekiem.

„1 X 2008” drugi punkt planu zakłada uzyskanie stopnia magistra.

 

Pięć lat, realizacja tego zamierzenia jest w moich możliwościach. Odróżniam wszakże szpital od kościoła. Co nie jest dla wszystkich jasnym. Pierwsza rozmowa i wykrywa się słabe punkty, blokady psychiczne. Stopowanie intelektu. Folgowanie nieścisłościom. Nawet gdy nie widzimy rozmówcy, a głoś dźwięczy analogowo w słuchawce telefonu.

Teraz napiszę o przejawie erotyzmu w Annie. Mając ciągle utkwiony wzrok w pusty ekran telewizora. Nie patrzy na mnie i reaguje na jakiś mój wywód pewnie tak płytki, bądź pozbawiony logiki, że mówi głosem małej dziewczynki. Kilku letniej, dwa słowa o jednakowej treści. To zakrawało na filmową scenę, która nie ma odpowiednika w życiu. Anka zagrała małą dziewczynkę, krótko choć dobitnie. Gest z płytami przeszedł moje o niej mniemanie. To postawiło w innym świetle, jej szlachetną gruntownie prawą naturę. Nie zasłużyłem, nie było sensu, nie dostanę. Prosto i na temat, gdybym miał chęć mógłbym co najwyżej skomleć jak pies. Pokazać, że nim jestem. Wysłać zdjęcie z seksownym mężczyzną stojącym w towarzystwie, wielu psów. Jeden wylizuje swe genitalia, drugi się temu przypatruje. Czwarty leży, a piąty jest zjeżony. Koloryzuję, ale fotografia w magazynie Plastik jest wymowniejsza od wielu, gestów. W Forum okładka i temat tygodnia „Mężczyzna wybryk natury”. Polityka natomiast rozprawia o seksualności Polaków, utwierdzając w przekonaniu, że to dla wielu dalej temat tabu. Więc, seks, seks i jeszcze raz sex tym razem frywolny po amerykańsku. Żyję w mieście o charakterze amerykańskim, tak stwierdził jeden z nieobecnych. Wolał bym gdzie indziej. Mniej po amerykańsku, bardziej po europejsku, słowiańsku, po Polsku, podlasku. Regionalnie, trzeba myśleć o tym co tu nie gdzie indziej. W USA, NYC jest dla ludzi spoza metropolii czymś na kształt odrębnego państwa-miasta. W stylu europejskim. Gdzie, żyje się wolniej od 11 września. Tak mówił w wywiadzie David Bowie. Przetwarzać starą kulturę, transformować, przenicowywać, zmieniać w nowe całości. Oto idea postmodernizmu. Performence – wszystkie media sprzęgnięta dla przekazywania na różne fronty kultury. Film, muzyka, słowo drukowane i słuchane. Połączyć to wszystko w zgrabne całości, tematyczne i logiczne, a wtem wytwarza się medium. Kształtowanie go w sobie należy do czegoś w sferze powieści s-f. Muzeum w którym za podkład służy Robert Hood i jego kawałem „Museum”. Czysty bit i nic ponad i nic powyżej. Pętle perkusyjne, im więcej trawy tym lepsze.

 

wtorek, 30 września 2003

     Kawał:

Pisze Amerykanin w liście do matki.

  • W poniedziałek piłem z Polakami, mało co nie umarłem.

Nowy akapit.

  • W środę piłem z Polakami, szkoda, że nie umarłem w poniedziałek.

 

Dziś byłem na wsi, jutro jadę z Haliną S. do Białegostoku. Rozpoczęcie roku na które zapewne się nie stawię, bo nie wiem na którą godzinę. W ciemno, może uda mi się trafić do celu choć nie sądzę.

Ewa T. przyszła dziś wypiliśmy wino Sophia, zakręciło jej w głowie. Również pochwaliła mnie za teksty. Obegrała Tomka dwukrotnie w szachy uznając, że nie da rady siedzieć pospacerowała, chciała we dwoje, nie poszedłem obiecałem że ją gdzieś z czasem zaproszę. Przystała na to, przyszła powiedzieć mi dobranoc, po czym ciągle mówiąc, że pójdzie wyszła za około kilka momentów. W czasie gry szachowej mówiła rzeczy, które nakierowały mnie na jej niskie o sobie mniemanie. Rzekła: Wiem, że jestem chamką. Potem jeszcze porównanie własnej osoby do żula. Ze względu na fakt picia wina z kolesiami pod murem. Gdy czytała tekst „Dzień w Alcatraz” myślała, że to wyszło z pod mojego pióra. Oczekiwała na ciąg dalszy, którego nie było. Ewa to dziewczyna bardzo okej. Nie wiem czy się parzy czy nie. Nie interesuje mnie to. Wygląda mi jednak na to, że bardziej tak niż nie. Potem zadzwoniła po nią jej siostra Beata. Namierzyła ją u mnie w domu, wydała dyspozycje, poprzestając na tym co rozkazała. Ewka podobnie jak Anka nie dają się nakłaniać na teksty w stylu. – Chodź, posiedź jeszcze moment, a usłyszysz coś ciekawego. O tym czy o tamtym.

Mają to głęboko. Poważają mnie dlatego, że nie jestem obsceniczny. Nie robię im wyrzutów. Nie  bluzgam. Nie posądzam. Nie rozdziewiczam… (lub nie uprawiam miłości, seksu). Nie robię tego, bo nie wykonałem pierwszego kroku gdy go zrobię, będę miał pewnie wyrzuty czemu z tą, a nie z tamtą. Ją bardziej lubiłem, a tamta mi pierwsza weszła pod bieżnik. Podobno ten pierwszy raz jest bardzo ważny i po nim tak naprawdę młody chłopak staje się mężczyzną. Jeszcze nim nie jestem, myślę iż do czasu…

 

niedziela, 5 października 2003

     Anka wywołała wojnę. Nie wiem czy kiedykolwiek się ona zakończy. Zabroniła przychodzenia do mnie, swojej siostrze Ewie. Co jest równoznaczne z tym jakby powiedziała, abym nigdy nie pojawiał się u niej osobiście. Anka nie chce mnie znać, wymaże mnie ze swojej pamięci. Postawi mogiłę i na tym bal się skończy. Przykre to ale wynika to z impulsu serca. Tak jak mawiał Beksiński. Kobiety go zostawiały, motywując to tym iż za dużo dawał. Miał on dobre romantyczne serce. Zbyt melancholijne, to go zgubiło. Utożsamiam w oczach, Anki tego właśnie człowieka, wiecznie nie pogodzonego z rzeczywistością choćby niewiadomo jak korzystna by ons była. Luksus otaczał mnie od zawsze. To fakt. Nie mam powodu do narzekań, a jednak czuję się nieswojo. Osoby na których mi naprawdę zależy – zawodzą, jak tylko się da. To znaczy Ewka i Anka. Wypróbowały, zobaczyły uznały że to nie to, i powiedziały abym delikatnie mówiąc się od nich odsuną. To jest korzyść. Bo Anka to ukryta diablica, jest piękna i ma urok. Wystarczy, że coś powie i jej słowo przemawia jak precyzyjnie tkana pajęczyna. Dla własnej satysfakcji, chciałbym ją kiedyś przelecieć. Nawet gdybym miał już jej potem nie widzieć. Ten jeden stosunek, myślę że byłby mistyczny. Gdy mówi przy mnie iż nie ma problemów, a ma ich pełną głowę. To znaczy jedno. Gdyby trochę więcej inicjatywy z mojej strony. Jeden wyraźny gest.

Tak naprawdę nie wyobrażam sobie życia, z kimś na stałe. To straszna wizja. Bycie samemu sobie inspiruje. Gdy ktoś ciągle, bywa jako ta osoba niezależna, następnie tą niezależność traci. Załamuje mu się wszechświat. Każdy już inaczej postrzega twoją osobę, oczekuje, że zapłodnisz samicę i będziesz miał potomka koniecznie płci męskiej. Kobiety są słabsze dlatego się ich nie oczekuje. Strach mnie ogarnia, na myśl o tym że kiedyś moje losy się przesądzą. Dotknę szczytu lub dna. Co było by ze wszech miar inspirujące. Teraz inspiruje mnie rzeczywistość. Skąd biorę tematy na eseje, dotychczas dwa. O postmodernizmie i filozofii. Są na tyle moje co czyjeś inne. Jednak podpiszę się pod nimi jako /kass/. To recepta na ból egzystencji. Pisać o tym, co leży na sumieniu. „Może kiedyś wystąpię w teleturnieju?”. Gdyby Anka się mi oświadczyła, zrobił bym jej wykład po czym stwierdził, że jak będzie mocno nalegać, to albo się zgodzę, albo jej wygarnę. To zależy od okoliczności. Nie ma gestów bez znaczenia, ten z jej strony odebrałem jako policzek, wymierzony z wyrachowaną precyzją. To mnie zainspiruje bądź zgubi.

Był Jakub i Bryk, piłem piwo w Wodniku, przedtem wino Sophia z Pawłem w domu. Z Grześkiem przypaliłem blunta, własnoręcznie skręconego. Jestem pijany i naćpany więc bierze mnie na smutki. „To typowe” – powiedział John Clese. Nie wiem co mam mówić osobom w ciągu heroinowym, że będzie lepiej. Jak się postarają to będzie. Jeżeli nie, to nałóg ich upodli. Nie ma na to rady. Są dorośli wiedzą co czynią. Gdyby nie wiedzieli, to bym im to uprzytomnił. Sram na to, że ktoś mnie traktuje jak śmiecia. Wiem, że wielu ze względu na moją deformację nosa, tak mnie postrzega, jak gdyby ranne zwierzę nie liczyło się w stadzie ogierów. Nie staram się niczego dowodzić, to jest błąd. Mało kto rozumie swój dramat. Ja się staram zanalizować własną osobę, potem przejdę do konkretnych twierdzeń. Zmiana świata zaczyna się od naprawy własnego jestestwa. „Jako na górze, takim na dole”. Dziś znów było deszczowo. Linda J. nie pisze do POLITYKI. Liczyłem na to. Jednak to nie zmienia faktu, iż traktuję ją jako siostrę swego dobrego kolegi. Linda pisze nagonkę na frajerów z Siemiatycz, którzy nie potrafią odnaleźć się w większym zbiorowisku ludzi. Stąd ich tragedie. Linda to wychwytuje i literacko przekazuje do „GŁOSU SIEMIATYCZ”. Płacą jej za to i jest to forma KATHARSIS.  Bo nie sądzę, aby ktoś chciał dobrowolnie wytwarzać sobie wrogów.

 

poniedziałek, 6 października 2003        

     SEN: Dzisiejszej nocy przyśniła mi się taka oto sytuacja. Przyjechała siostra i mówi mi nowinę. Ojciec żyje mieszka w Niemczech, ma około 60 lat i jest jakimś dyrektorem w szkole dla konsultantów. Wysłuchałem tej jakże metafizycznej informacji i rzekłem, zaczynając zdejmować po kolei książki taty z półek na strychu. Była to druga część Historii Filozofii Tatarkiewicza i coś jeszcze. Mówiąc w międzyczasie – To ja spierdalam, do Niemiec !!! Zanim co powiedz mi siostro jaki on jest. Ciekawi mnie to niezmiernie. – nic nie odpowiadasz jakbyś, go nie poznała i nie zależało ci już na tym fakcie. Ja byłem tak podbudowany, że spełnia się me głęboko skrywane marzenie. Odmieniona rzeczywistość. Wypadek, to był tylko upozorowany fakt, dla zerwania kontaktów z wszystkimi ludzmi.

SEN 2: Dzieje się w Mierzwicach, uprawiam stosunek, z Anką która śpi w dużym pokoju, na największym łóżku. Leży tam ze swoją siostrą z którą to wcześniej również uprawiałem miłość. Mówię Ance, aby przyszła na strych, tam dokończymy ceremoniał. Podnosi się i idzie za mną. Potem podchodzi do pieca i podrzuca drwa na opał, patrzy na mnie i widzi, że zaszła we mnie duża zmiana spowodowana faktem uprzednim. Gdy wchodzi na werandę zaczynam ją obejmować i przytulać nie sprzeciwia się.

 

Dziś odebrałem książki, które zamówiła siostra, za 96 zł. Założyłem z własnych środków. Wszystkie one są o wychowywaniu dzieci.

Wczoraj zacząłem pisać esej o filozofii. Wyszło nie do końca przekonywująco. Ale jak się przyłożę, to efekt może być ciekawy. Wczoraj zacząłem pisać pierwszy z listów do Anny, prawie skończyłem dodam tylko dwa stwierdzenia U. Eco. Po czym jak uznam za słuszne wyślę to pocztą.

 

piątek, 10 października 2003

Skończyłem czytać książkę „Człowiek miarą wszechrzeczy”. Zrobiłem parę uważnych przemyśleń dotyczących treści. Po czym zrozumiałem, że jak mawiał Nietzsche „Idziesz do kobiet. Nie zapomnij bicza.”. Oraz tego typu, że filozofować można, i to bardzo chwalebne, ale tylko w wyznaczonych do tego miejscach. Nie cały czas, a szczególnie nie przy kobietach, które to z reguły nie powinny tego robić, bo to nie dla nich ten proceder, a przynajmniej nie dla wszystkich z nich. Podobnie rzecz się ma z mężczyznami. Prawo moralne powinno być takim, jakim by się chciało żeby obowiązywało dla całej społeczności. To wg Kanta.

Dalej o tym co ostatnio wykonałem. Więc kolejne przeskanowane artykuły o literaturze z Anteny Krzyku, Plastiku, Machiny. Z filmu o Q. Tarantino (wywiad). I fragmenty z książki „Spór o SF”. Aśka napisała list, a w nim pochwałę mojej korespondencji, która podbudowuje i stymuluje ją intelektualnie. Żali się, że otoczona jest tam głupimi i próżnymi ludźmi. Oraz obawia się, aby nie stać się tacy jak otoczenie.

Przyszedł do mnie wczorajszego popołudnia Grzesiek C. zapalił papierosa w kuchni. Później przypaliliśmy trawę. Zapytał czy nie mógł bym mu dać pół lufki. Powiedziałem, że przyniosę. Nie przyniosłem i nie poszedłem do niego. Mówił, że będzie sam i abym wpadł. Zrobiłem błąd, że przypaliłem z nim wspólnie. Potem chciał, żebym pomógł załatwić mu browna. Mówiłem, że zobaczę co się da zrobić, że jak Szczurek wpadnie to się pomyśli. Następnie zreflektowałem się że nie chodzi o załatwienie towaru, ale o chęć uzależnienia mnie od tego w czym sam tkwi. Abym następnie mógł spustoszyć wszystko co posiadam, w celu zaspokojenia nienasyconego stworka, którego aktywuje heroina. Nie chcę dać się w to wciągać. To zgubne myślenie.

Matka wyczuła mój smutek i rozczarowanie, dając treściwy wykład, o moim przeintelektualizowaniu. Mówiła abym nigdy nie pokazywał, że wiem więcej od pytającego oraz, abym czasem godził się na wymianę zdań z kimś mniej bystrym, „głupszym”. Tak to ujęła. Stwierdziła, że jestem tak samotny, że już bardziej być nim nie mogę. Oraz o tym, abym w białym powykupywał sobie różne karnety, na cokolwiek: kino, basen, sporty walki. Abym aktywnie coś uprawiał. Nie tylko na płaszczyźnie intelektu. I wiecznej walki z samym sobą. Stwierdziła, że moje życie w S. opiera się wyłącznie na czytaniu i niekiedy na obejściu okolicznych knajp. Zdaje sobie sprawę, że wszyscy moi kumple dawno już odpłynęli na boczne tory. Niesieni prądem przez nałóg. Zostali tylko nieliczni najwytrwalsi, którzy to niejednokrotnie swoją postawą narażali się na drwiny ogółu. Bo jak to nie przypalić i nie wypić z kolesiami. Nie przypalisz pomyślą, że jesteś frajer niekiedy że może tajniak. W każdym bądź razie nie swój, nie z towarzystwa. Kliki są wszędzie. Wyśmiewanie, gdy jesteś zbuchany, ciągłe pytania o to co słychać. Nie raz na dobę, przez jedną osobę jak to powinno kulturalnie wyglądać. Ale przez tą samą osobę co 5 minut ciągłe pytanie – Co słychać? lub – Co powiesz? W ten sposób oczekują, że będę im mówił, albo to co chcą usłyszeć, albo coś żebym się naraził. Lub w ostateczności, aby mnie wyszydzić i stwierdzić, że gówno jestem wart. Ni on mądry, ni wygadany. Co to kurwa ma być. Jakaś forma robota, z żelaznymi dodatkami w konstrukcji.

Gdy byłem w akademiku politechniki Marka S. doszedłem do wniosku, iż gorszego syfu być nie może. Do 2 w nocy hevy metal. Zasnąć się nie da, nie pójdziesz nie uciszysz, bo cię zrzucą z okna. Rozmowy z kolesiami, o komputerach, albo ich niespełnionych ambicjach. Marek daje się traktować jak kobieta, jest bardzo uległy. Śpi przy łóżku na podłodze, gdy mi pozwala na nim. Tomek T. wciąga proch A. dzień przed egzaminem, w dniu egzaminu. Nie zalicza go. Dostaje pytanie o pieniądzu.

Wczoraj mama mówi, iż minister zdrowia mając do dyspozycji wszelkie najlepsze szpitale psychiatryczne. Widząc bezsens rozwikłania sytuacji, popełnia samobójstwo. Jakiż to wymowny fakt. Nic ponadto.

Od 17 X premiera w kinach nowego filmu Tarantiny „Kill Bill”. Tak to przeżywam, że na tydzień przed mam sny związane z tym faktem.

I jeszcze o tym, że zamiast beznamiętnej filozofii, czasem dobrze zastosować trochę uczuć. Do przedmiotu pożądania, nazywanego kobietą. Moja grupa, w Białym to młode kociaki, dwa wyjątkowo subtelnej i pięknej natury. Twarzyczki wprost śliczne.

Zamówione książki za 260 zł. 16 pozycji w drodze do mnie. Tym razem dużo filozoficznych (Popper, Nietzsche, Wittgenstein, Platon, Fromm) oprócz tego klasyka jak (Kafka, Conrad) i analiza filmu (Coppoli „Rozmowa”),  („Czerwony notatnik” Austera) plus literatura S-F (nieśmiertelny P. K. Dick i Gibson „Neuromancer” – główna powieść, na kanwie której powstał nurt nazywany Cyberpunk). Czyli dużo i na temat, zapowiada się uczta czytelnicza na całą zimę i jesień.

 

niedziela, 19 października 2003

Od jutra zmieniam miejsce pobytu w Białym to już czwarty raz w ciągu niespełna miesiąca. Dziś śniło mi się iż przez pewien czas byłem androidem, oraz że szaleństwo dosięgło zmarłą babcię. Dziś zamówiłem sobie 24 płyty z oprogramowaniem w tym aplikację do „łamania” druku QUART PRESS za ponad 9000 zł. (legalnie nabywana tyle właściwie kosztuje). Mam w planach kupno książki o użytkowaniu tego softu. Kosztuje około 60 zł. gdy opanuję obsługę tego programu. Będę własnym sumptem wypuszczał w swojej grupie broszurę o kulturze – nazwa to „GREMIUM” i pierwszy numer złożony. W skład wchodzi fragment scenariusza „Pulp Fiction” i o Andym Warholu widzianym przez pryzmat swego fana. Złożyłem to w Wordzie 2000 i całkiem składnie wyszło. Myślę jednak, że profesjonalne złożenie da dużo lepszy efekt wizualny.

Zamówiłem sobie również dysk twardy Maxtora o pojemności 120 GB czyli olbrzymia pojemność. Do tego planuję dokupić kość ram-u 256 MB i uczynić tym samym z komputera bardzo mocną stację roboczą. Co najmniej na kilka lat. Jeżeli nie zdarzy się coś niespodziewanego np. kradzież bądź wirus niszczący cały dobytek. Jutro o 5-25 rano autobus żeby zdążyć na szkolenie biblioteczne o 8-00. Mogli by sobie to darować, trzy lata im nie wystarczą.

Wczoraj odmówiłem Grześkowi B. wspólnego przypalenia, więc palił sam. Mówiąc co pół godziny, że grass go nie wali. Bo słaba polka to była. Zagraliśmy w bilard, raz ja raz on zwyciężył. Po czy poszliśmy do knajpy w Małego. Siedział tam Pucio i sam pił browar. Gdy się zważył, wstał od stolika i wyszedł. Ciekawa to była scena. Wśród ludzi, a jednak sam.

Postanowiłem, że nie będę dzwonił do Ewki T. nie życzy sobie tego. Ance jak dotąd wysłałem trzy listy. Myślę, że sprawię jej nimi radość. Wszak nie codziennie i nie od każdego dostaje się listy. M. Maleńczuk śpiewa „– Najbardziej lubię dostawać listy. W listach są różne wyrazy. Nie mogę przestać pić, nie będę się tłumaczył. Podobno oszuści są wśród nas…”

 

26 października 2003

Wczoraj do 4 w nocy instalowałem system operacyjny i oprogramowanie. Dziś przyszedł Bodzio i spytał czy chcę, aby przyniósł mi Windowsa 2000. Odpowiedziałem, że w sumie to nie. Czekam na przesyłkę w której będzie ten program plus 20 innych. Wtedy sobie wszystko poistaluję, tak jak należy.

 

Był wczorajszego dnia Darek B. już na drugim roku Politechniki warszawskiej. Mówił, że Wiola Pytel ze szkoły średniej, gdy ją widział ostatnio tak zbrzydła, że się przestraszył. Brkowało miotły aby mogła zostać czarownicą, powiedział. Nie sądzę aby to tak wyglądało. Była to najseksowniejsza moim zdaniem dziewczyna w klasie, miała urok osobisty i te ciało. Dalej pewnie jest taka tyle, że Darek nie dostrzega, tego potencjału kryjącego się w kobiecie. „- Przecież nie ma brzydkich kobiet, prawda Pippen – powiedziała do mnie kiedyś Barbara R.” Nie mogę tego potwierdzić, odrzekłem mimo szczerych chęci nie mogę Basiu tak powiedzieć. Tak samo jak nie wszyscy faceci są szpetni.

 

Darek mówił, że na drugim roku ma filozofię. I że widział Jordana „- Nic się nie zmienił. – spuentował”.

 

Niedawno miałem sen, że umarła moja siostra staliśmy z mamą koło trumny, bardzo walczyłem z sobą aby nie wymiękać i nie płakać. Nie mogłem jednak powstrzymać łez szlochałem i miałem o to do siebie pretensję. Powstrzymywałem się na siłę lecz nie mogłem wytrzymać. Było mi tak smutno.

Tej samej nocy przyśnił mi się również pogrzeb Juty, tyle, że inny wziąłem jakąś książkę jakby epitafium. Na jej końcu było kolorowe zdjęcie przedstawiające go leżącego w trumnie. Bardzo małe i niewyraźne to na pewno był on lecz, jakiś inny. Bardzo blady i smutny. Przeraziła mnie ta fotografia, lecz nie uroniłem żadnej łzy.

 

Krystyna Wolanin mówiła, że już nie chce pomagać Grzesiowi C. „- To nie ma sensu. – stwierdziła.” Wymaga on opieki w oddziale zamkniętym, gdzie byłby stale nadzorowany.

 

Wczoraj podłączyłem z Bodziem antenę TV do telewizora i obejrzałem sobie kawałek filmu z C. Eastwoodem i J. Malkovicem. O tym jak chroni się prezydenta. Na innym kanale, Kwaśnieski mówił, że już ma dość sprawowania funkcji prezydenta, zrobił co należało i z czystym sumieniem może odeść.

 

Mama powiedziała, że wie dlaczego lubię nikotynę, dlatego, że i ojciec lubił palić i w pokoju miał zainstalowany przemysłowy wsysacz powietrza. Dokładnie tam gdzie wisi połowa walizki z portretem Jezusa.

 

Wczoraj poprzestawiałem wszystkie zegarki na czas zimowy. Słońce zachodzi już o 16-20. Dzień jest bardzo krótki. Dziś skonfigurowałem dostęp do sieci. System chodzi bardzo dobrze. Na jednym dysku planuję mieć Windowsa 98 se (do mniej profesjonalnych zastosować), na drugi natomiast Windowsa 2000 profesionala (do pracy konkretnej, skanowanie, pisanie, nagrywanie, drukowanie). Myślę iż taki podział będzie najbardziej trafny. Wczoraj dzieliłem dysk na partycje. Myślałem przy tym, że spalę stację dyskitek, gdyż nieodpowiednio ją przyłączyłem. Cały czas była aktywna jakieś kilka godzin. Gdy wyjęłem z niej dyskietkę, nagrzała się jak w piecu. Na szczęście bez żadnych szkód. Wystarczyło jednak, aby zaczęła się palić, wtem cały nowy dysk sąsiadujący z napędem 1,44 szlak by trafił.

 

Pies, który jest u nas w domu ma taki charakterek, że otwiera sobie drzwi wejściowe niczym kot GOGUŚ. Wchodzi coś zjada i znowu wychodzi. Myślę, że mu się tu podoba, może nie tak jak na wsi, ale zważywszy na to że cały czas biega po osiedlu to pewnie musi to lubić. Mnie nie poznaje, może nie chce poznawać.

 

Dzwoniła siostra, powiedział że nie potrafi zdeszyfrować pliku. Jak przyjedziesz dam ci przeszkolenie odpowiadam. Ucz mówić córkę ojcze chrzestny, żeby tak mogła się do mnie zwracać gdy przyjedziecie. Wtedy ja spełnię jej jakąś przysługę. Oświadczam to tonem stanowczym, lecz z przymróżeniem oka. Aśka mówiła, że przyśnił jej się ojciec rozmawiała z nim poczym zaczęła nalegać, aby szedł z nią zobaczyć syna. Ciągle to powtarzała. „- Choć zobaczysz swego syna. – kilkakrotnie go nakłaniając.” Zbudziła się w dziwnym stanie, jakby nie dowierzając temu co się stało.

 

Mama chce, abym jej złożył komputer, mówię że może na gwiazdkę to zrobię. Aby kupiła monitor, klawiaturę, mysz, obudowę, kable (procesor, RAM i płyta główna jest u Bodzia). Kiedyś mu to porzyczyłem i kiedyś się upomnę. Jeszcze zapomniałem o Cd-romie i dysku twardym. Krystyna wie, że komputer to rzecz intymna niczym, pamiętnik do którego nie powinno się zaglądać.

 

27 października 2003 (Poniedziałek)

Dziś kupiłem w Eldomie maszynkę do strzyżenia włosów. Kosztowała 139 zł. Philipsa bazprzewodowa i na zasilacz z dwu letnią gwarancją. Dobrze tnie, do zestawu dołączone nożyczki i grzebień. Szczoteczka do czyszczenia maszynki, obszerna instrukcja. Ścinam włosy na 18 mm całkiem zgrabnie mi to wychodzi efekt prawie taki sam jak u fryzjera.

 

Oglądałem w tv na Polsacie program „Idol” dziewczyny z Siemiatycz już nie ma. Ale po raz pierwszy zobaczyłem ją na ekranie. Wyglądała tak prowakacyjnie, że aż komicznie. Włosy miała białe postawione na jeżyka. Krótkie i w kolorze białym. Naturalnie jest chyba ciemnowłosa. Makijaż bardzo szpetny. Wyglądała tak jak tajemniczy koleś z filmu pt. „Lost highway” Lyncha. Gdyby nie miała brwi. Pomyślał bym, że to on czyli FREED. Puściła oczko do kamery i koniec ujęcia. Bez gustu się wystroiła, mogła przecież mając taką garderobę, stworzyć jakiś ciekawszy image. A tak zrobiła z siebie tani show bez smaku. Ciekaw jestem co mówiła o sobie i otoczeni z jakiego się wywodzi. Mieszka na tej samej dzielnicy co ja, lubi się puszczać. Nie jest dziwką, ale lubi się pieprzyć z kim popadnie. To są pewne informacje od Jakuba. Nakoma, który był szoferem Marcina (syna Patera) mówił Jakubowi „- Porwałem na niej chuja…” z nieukrywaną dumą w głosie. Paweł J. mówi wprost że to szmata i lubi się szmacić. I to ona miała być moim idolem. Daleko zaszła, lecz nie na tyle, aby wygrać program.

 

Wczoraj około 23 godz. gdy zasypiałem, pies się zerwał i zaczął ujadać nie wiadomo na co, albo na kogo. Trochę się wystraszyłem. Nie wiem jak mama to wytrzymuje. Aby kiedyś nie dostała zawału serca przez taki bojowy zryw Łatka (Łazika). „- Cichutko, już cichutko. – zbudziła się i zaczęła uciszać bestię.”

 

Pewien niedoszły jeszcze filozof Tomasz Ch. Mówi mi, że myślał iż artykół pt. „Dzień w Alcatraz” red. W. Semika, przedstawia pewną teoretyczną sytuację obrazującą jak środowisko kształtuje przestępcę. Jest w tym tekście wzmianka o Tomaszu K. z wyglądu różniącego się odemnie jedynie kolorem włosów. Ja mam ciemne, tam są blond. Więc to nie mogło chodzić o mnie nawet w teorii. Ale wniosek jest ciekawy. Bo to wszakże otoczenie ma jeden z decydujących wpływów, na kształt przyszłej osoby.

 

niedziela, 2 listopada 2003

Wczoraj zapisuje plik, dziś tajemniczo znika z dyskietki więc ponawiam to co wczoraj napisałem, w formie krótszej i zwięźlejszej. Wracam z Białego autobusem o 6-40 rano. Jadę taksówką na przystanek. Grubszy, wygadany taksiarz pyta skąd pochodzę bo mam dziwny akcent i czarne włosy. Myśli i mówi iż jestem arabem, mówię mu, że pochodzę z Polski. Przeprasza mnie, że o to zapytał ale był ciekaw.

 

Odwiedzam Dorotę K. która daje mi swoją pracę i życiorys do przełożenia na francuski. Bowiem chce swoje prace wysłać do jakiejś artystki w Brukseli. Daje mi coś ponad trzy złote, abym za tą przysługę kupił temu komuś kto to zrobi czekoladę Wedla. Nie kupuję. Bowiem sklepy są pozamykane (św. zmarłych). Obraz który mi daje przedstawia jej przyjaciółkę o ksywie Anioł odwróconą tyłem do oglądającego, stojącą w oknie i wpatrującą się w budynek naprzeciwko. Dziś powiesiłem go na ścianie obok obrazu Barbary Rząsy. Ładnie się komponuje tak jakby rysunek Baśki był pierwszym rzutem, obrazka Doroty K.

 

Wczoraj dzwoni Jakub chce się spotkać, jednak przekładam spotkanie bowiem czekam na wizytę Anny. Przychodzi Grzesiek B. chce mnie wyciągnąć na palenie haszu z Szymonem, jednak również na tą propozycję nie przystaję, tłumaczę to tym, że kumpelka by mnie zdemaskowała i miała by mi to za złe. Bowiem wymaga ona ode mnie, obym gdy się zjawia, był zawsze zdatny do rozmowy. Po paleniu THC zawsze mi to sprawia trudność. Duży problem mam z wysławianiem się, mówię dwa razy wolniej i do tego pseudo naukowo, tak jak przez sen.

 

Dzwoniła wczorajszego dnia, słonecznego i ciepłego Halina Ryżko i mówi – Słyszałam, że palisz papierosy co ty ochujałeś na starość? – odpowiadam, że nie palę chociaż palę, i dzisiejszego ranka po raz pierwszy miałem głód nikotynowy. Po wypaleniu szluga, płuca przestały mnie pobolewać. Po czym Halina pyta o szkołę, odpowiadam – Uczą mnie tam banałów… – po czym dodaję, że i tak będę redaktorem. Usłyszawszy to, zaczyna jej się łamać głos tak jakby miała płakać w słuchawkę. Mówi, że to tak jak twój Ojciec, iż zawsze we mnie wierzyła i tylko czeka, aż coś mojego się ukarze, aby to mogła przeczytać. Po czym, żegnamy się i odkładam słuchawkę.

 

Wczoraj przyszedł Tajny, gadamy o filmach, opowiada mi o jakiś głupotkach, jednak słucham i przytakuję, chociaż większość rzeczy, to tylko frazesy. Tajny (Daniel) ma manię prześladowczą i nerwicę żołądka, ogląda sporo filmów i magazyn tele-maniak. Zdarza mu się pod nieobecność matki w domu, samemu pić alkohol, jak staremu pijakowi. Mówię mu, że to jest pewna forma alkoholizmu, i aby tak nie robił, bo to chore pić samemu.

 

Po czym jak tak siedzimy i gaworzymy, przychodzi Anna T. i zaczyna się ceremonia, coś czego się po niej nie spodziewałem choć miałem nadzieję, że to kiedyś nastąpi. Robi wejście niczym niesamowita siła zniszczenia… Jest ubrana, och jakże ona prowokacyjnie się wystroiła. Czarne pończochy, bardzo cienkie, w których puszcza oczko, nie dostrzegłem tego i nie patrzę w to miejsce w ogóle, rzadko na nią spoglądam, gdy tak siedziała i przekładała życiorys Doroty na francuski, a ja sprawdzałem wyrazy, co do których nie była pewna, a może tak tylko udawała. Pewnie je znała. Kilka odszukuję i jej mówię, zwykle były to formy. Pyta o liceum – Jaka to forma, bo myślałam, że męska… – taka moja metafora, że jej nie daje tego czego powinienem (prosty zwierzęcy seks, bez uczucia) sam akt kopulacji. Mówię na to – To na pewno rodzaj żeński „femme”… Przekłada to po jakichś 40 minutach, bez ostatniego zdania grzecznościowego, którego nie miała w pamięci. Narzeka w trakcie, że nie jest w stanie, że jej się nie chce, a mimo to wyraz po wyrazie tłumaczy, i nie żąda żadnej formy zapłaty. Pytam ją następnie o listy, czy doszły odpowiada, że tak i że mi za nie dziękuje, szczególnie za chęci. Mówię – Miałem o tobie zapomnieć. – twierdzi, że w listach jestem inny, niż w rzeczywistości, przytacza ten fragment, że ktoś tam (Baśka) traktowała mnie jak swego pieprzonego idola. Sumuje mnie, że potrzebuję adoracji, i że mam skłonności czasem się zbyt wymądrzać. Co jest chyba faktem. Proponuje wyjście na cmentarz jest około godz. 23. Idziemy po drodze w rondzie kupujemy dwa wina, których nie wypijamy. Gdy stoimy w kolejce, z parku dochodzą nas śmiechy pijanych osób. Ignoruję to. Gdy mężczyźnie stojącemu przy okienku, spada drobna moneta 2 gr. szukam jej, znajduję podnoszę i kładę na ladzie. Starszy koleś mi dziękuje, jakby to był co najmniej banknot 50 złotowy. Odpowiadam – Nie ma za co… Anka prosi o dwa wina, za które płacę. Gdy dochodzimy na cmentarz, przechodzimy po kilku piaskowych grobach, bez czci dla tam spoczywających. Anna, za każdym razem przepraszając tam leżących. Siadamy na ławkach, starego cmentarza w środku. Zaczynamy rozmowę. Opowiadam jej swoją historię. Gdy zmierzamy po alkohol wychodzimy z osiedla Sady, idąc koło budynku nowo wzniesionego po przeciwległej stronie Urzędu Skarbowego. Anna znów wspomina, o pękniętym oczku w pończosze, jakby był to symbol pęknięcia jej błony dziewiczej. I jak by mi mówiła wprost, że tego pragnie, i jest gotowa na ten gest z mojej strony. Nie komentuje tych jej metafor, bo jeszcze mam wobec niej tajemnice, które wyjawiam tegoż samego dnia. Część na cmentarzu, część po powrocie do mieszkania. Których to słucha, jak czegoś niezwykłego, widzę pewien wyraz w jej twarzy, między moją narracją (jesteś narratorem ja cię słucham ty opowiadasz – mówił zawsze Piotrek z Moniek student historii na UMCS-ie). Na cmentarzysku, Anna mówi – Może się obrazisz, na to co ci teraz powiem, ale potrzebujesz baby. Odpowiadam – Wiem, od jakiegoś czasu, matka z siostrą, to samo mi mówią. – W ten to sposób, kolejny już raz tego wieczora, rozpościera przede mną swoją chęć. Odbycia pierwszego, stosunku płciowego. W domu dodaje, że to wszystko jest prostsze, niż się wydaje, zwierzęce instynkty i tak dalej. Gdy mówi mi to tam na grobach. O tej mojej skrywanej potrzebie, wzbiera się we mnie napięcie emocjonalne mające przełożenie, na pobudzenie seksualne, mające odbicie w formie sztywnienia, organu o którego to zazdrosna jest kobieca natura, która stworzyła je wykastrowane. Nie mogą tego mieć, więc pragną posiąść mężczyznę który może ich seksualnie zaspakajać. To wg. S. Freuda tak by to wyglądało.

„SKOMLE WE MNIE SUKA ODDANA W DOBRE RĘCE” – pisze mi Anna na obrazie twarzy starej kobiety, przypominającej wiedźmę, po kilku psychoterapiach. Tym gestem jestem już kompletnie zdruzgotany. Nie wiem co powiedzieć. Więc komentuję to w ten sposób, że na pewno coś tak prowokacyjnego nie zawiśnie na którejkolwiek ze ścian pokoju.

 

poniedziałek, 3 listopada 2003

Więc dziś odbieram przesyłkę, instaluję MS Windows 2000 Pro i dodatkowo dwie encyklopedie angielskie Britanncę i Encartę obie w nowej edycji 2004. Polskie skarbnice wiedzy to Fogra 2001 i PWN 2002. Słowniki ortograficzne, teatr i film, program muzyczny Reaktor 4.0. I jeszcze parę nowych rzeczy. Stacja robocza, oparta na Windows NT działa na pierwszy rzut oka trochę stabilniej, i równie szybko. Trochę programów nie dało się zainstalować więc zachowałem na drugim dysku Windowsa 98 SE aby tam uruchamiać to czego 2000 będzie odmawiać. Wrzuciłem również na pokład maszyny program QuarkXPress 5.0 będzie to dla mnie impuls, aby z czasem nauczyć się jego obsługi.

 

W księgarni koło szkoły nr 1 kupuję reprodukcję Leonarda Da Vinci „Mona Lisę” z tajemniczym uśmiechem, za 61 zł. W oryginale obraz jest trochę większy, reprodukcja ma natomiast ucięty czubek głowy głównej postaci. Jednak ma ładne drewniane ramy i dość ciekawie się komponuje, z obrazem wiszącym obok przedstawiającym weneckie gondole.

 

Anka mówiła, że za tydzień znów przyjedzie i tym razem się  spijemy. Coś to do niej nie podobne, aby tak często przyjeżdżała, tylko dla tego, że chce się ze mną zobaczyć. Jedna z opcji, którą przewiduje moje czarne myślenie to taka, że zaszła ona w ciąże i może boi się komuś o tym powiedzieć. Chce to po pijanemu wyznać mi, i się wzruszyć nad własną dolą. Nie sądzę aby coś takiego mogło się zdarzyć… Jednak jej ubiór poprzedniej nocy był tak wielce prowokujący, że aż niedowierzałem własnemu zmysłowi wzroku. Krótka spódnica, czarne pończochy, koszulka na ramiączka odsłaniająca kobiecy powab. Wszystko to nie mogło być jednoznaczne.

    

sobota, 8 listopada 2003

     Wczoraj przyjeżdżam z Białego autobusem o 14-40. Przychodzi Grzesiek B. – mówi, że za pół godziny wpadnie tylko musi coś zjeść. Chwalę mu się obrazem Leonarda Da Vinci. Spogląda na niego z uśmiechem po czym ze śmiechem mówi iż w tym samym miejscu chciał go kupić jakiś czas temu. Podaje mi rękę, – Spoko Pippen, ale to przecież ty masz oryginał… – Gdy zaczynam mówić, że pierwowzór nie ma uciętej czaszki i jest trochę większy. Przez przekorę nie przyjmuje tego do wiadomości. Grzesiek wie, że czasem lubię być ekscentrykiem, i chyba jest to jedyna rzecz, którą tak naprawdę we mnie ceni. Gdy mówię coś bez sensu, kupuję coś kiczowatego, a jednak frapującego.

Idziemy do Leśnej na bilard, gdy rozgrywamy dwie partie (przegrywam obie). Przychodzi Grzesio Cichy, Marian i Józek Piwo. Dopijam drugiego Lecha, Grzesiek drugiego granata (małą Łomżę). Więc wchodzą i Grześ rozkłada się na podłodze obok stołu bilardowego mimo iż są wolne stołki. Marian robi to samo. Józek siada na stole do bilardu. Zanim Grześ rozkłada się na podłodze pyta czy może mi coś powiedzieć mówię, że owszem. Więc pyta czym może moją starszą wyciągnąć z Urzędu Miasta i przemówić jej tak aby zrozumiała. Mówię, że to sprawa między wami i ja się nie mieszam, ostrzegam go jednak, aby nie próbował jej sztyletować. Bo tego bym mu nie przebaczył. Nawygadywała na niego różne rzeczy między innymi to, że podczas jego nieobecności sprzedał rower swego brata. Mówi, że mnie szukał i Gianta odstawi tak jak go zabrał. Mówię że nie musi bo starsza już mu go zabrała. Potem razem z Marianem wysokim, postawnym kolesiem dysputują o założeniu kapeli. Józek nazbierał by pieniądze po znalezieniu pracy, zmienił by sposób myślenia. Józek wchodzi mu w słowo i rzecze – Nie będę niczego zmieniał, wiem że mam chorą psychę, i nic na to nie będę radził. Nawet mi się nie chce. Po czym Marian zaczyna przydzielać rolę w zespole. Grześ gitara basowa, on perkusja, Józio gitara. Ja komputerowa obróbka dźwięku plus dodatki samplowane z komputera, bo wszyscy z nich uważają mnie za szamana komputerowego. Pytają kilka razy czy na czymś próbowałem grać, mówię że tylko obsługa oprogramowania muzycznego. To i tak dużo. Dodaję, że potrafię programować pętle perkusyjne, ale nie potrafię śpiewać i nigdy nie próbowałem tego robić. Nie do tego zostałem stworzony.

Potem już rozmowa dotyczy tylko militariów, a dokładniej mówiąc czołgów. Na których to Grześ zna się z teorii i praktyki. Służył w wojsku i jeździł ruskim czołgiem T-155, porównywał tą czynność do jebania laski. Józek pyta czy nie chodzi mu o las po którym marzy mu się jeździć własnym czołgiem. Mówi, że to jest piękne. Marian zaczyna mu zadawać pytania, niektóre absurdalne np. – Czy pocisk nieprzyjaciela może wlecieć do czołgu przez otwór lufy. – pewnie, że może. Po czym zadawał tak szczegółowe pytania, niczym jakiś technik czołgista. Wiedzący gdzie powinna być każda ze śrubek. Potem przechodzi do nucenia jazzu, śpiewa jakiś fragment piosenki, odgrywa wojenną scenę, gdy zostaj postrzelony. Ciągle powtarza, że: – Jebie padliną. Józek zachwycony, niczym oglądał by film militarny, chwali go za ten występ. Gdy Marian rzecze, iż mnie z kimś pomylił, Józek mu wtóruję powtarzając, że próbuje – Zainsynuować, że może to koleś jest do mnie podobny (nie ja do niego – to miał na myśli). Odpowiadam – Józek, nie pochlebiaj mi. – Śmieje się.

 

poniedziałek, 24 listopada 2003

Wczoraj w Marszałku, gdy siedziałem z Jakubem i piłem pierwsze piwo – Lecha z puszki za trzy złote z kawałkiem. Rozmawialiśmy o różnych ludziach. Opowiadałem o Bodziu, który znalazł pracę, nieźle zarabia. Gdy o nim rozmawiamy zjawia się wilk. Jakub mówi:

  • O wilku mowa… – Z uśmiechem na twarzy.

Bodzio już pijany. Zaczął opowiadać o tym, że w pracy jedna młoda atrakcyjna panna, mówi mu. „– Kręcą mnie mężczyźni w twoim wieku…” Pytam go kto go bardziej pociąga, ona, czy ta blond dziewczyna, która czasem mnie odwiedza (miałem na myśli twoją osobę).

  • Nie mogę porównywać. – Odpowiada. – Ona jest poza konkurencją. Ma ten, jak on się nazywał.
  • „Raport mniejszości” wg opowieści P. K. Dick’a… – Pomagam mu, bo zapomniał.
  • No właśnie o ten film mi chodziło.

 

Wcześniej Jakub mówi, że musi zajść do prywatnego psychiatry, jak będzie miał wystarczająco dużo gotówki. Odpowiadam, że nic mu to nie pomoże, gdy nie będzie przynajmniej w jakimś sensie, szanował tej osoby z którą przyjdzie mu dysputować. „- Gdy będzie ci coś radziła, będziesz, czy chcesz czy nie, musiał stosować się do jej lub jego zaleceń. Wtedy będzie miało to sens. Respekt to pierwsze i jedno z najważniejszych rzeczy które będziesz musiał sobie przyswoić.”

 

Potem przychodzi członek mojej rodziny Grześ C. siada obok i zaczyna mi wgarniać wszystkie żale. Bodzio go pyta.

  • Co Grześ starsza wypuściła cię z domu?

Pomija to milczeniem. Potem patrzy się na Bodka i mówi:

  • Ty stary pijaku. Nie zadawaj się z nim – Mówi mi, patrzy na niego z niesmakiem. – Ty się jednak nie zmieniasz.

 

  • A więc mam do ciebie kilka wyrzutów, co ty piszesz do Aśki w listach, że chciałem od ciebie wyciągnąć pieniądze na herę, że przypalam z tobą brauna. Owszem pytałem czy pomógł byś mi załatwić, ale miałem gotówkę. I chciałem ci postawić piwo. Przypaliliśmy polskiej trawki i napisałeś jej o tym. Co mam teraz z tobą zrobić? Jesteś zbyt inteligentny, aby nie zrozumieć o co mi chodzi, przez ciebie Aśka i Marcin mój rodzony brat odwrócili się ode mnie. Wiesz, że ich cenię, jeżeli byłeś w tych miejscach, to jesteś przegrany. Wiesz o czym mówię?

Wysłuchałem tego zażalenia. I odrzekłem.

  • Aśka ani tym bardziej Marcin nie odwrócą się od ciebie tak w zupełności nigdy, tak jak Aśka nie powinna się odwracać ode mnie…
  • Jeżeli sprzedałeś ten obraz, który zabrałeś mi jakiś czas temu. Ukręcę ci głowę w tej chwili. Ten obraz jest Aśki, a ja ją bardzo cenię. Do ciebie też nic nie mam.
  • Obraz wisi tak jak powinien u mnie w pokoju na jednej ze ścian. Jak chcesz się upewnić to przyjdź i się przekonaj. To po pierwsze. Po drugie to nie jej obraz, ale mój.

W tej chwili wchodzi Śliwa (cieszy się na mój widok i jak zwykle mówi z uśmiechem zdrobniale moje imię „- Cześć Tomciu.”), Grzesiek mimo, że go zna. Nie chce sobie tego uświadomić. Pyta: „- Kto to był?” Bodzio odpowiada, mocno zdegustowany:

  • Jak to kto, ten łajza Śliwa byłem u niego za nim tu przyszedłem, chciałem go wyciągnąć, a teraz sam przylazł.

Następnie wchodzi Cedziak, za jakieś dwie minuty Twaróg. Cedziak pyta Grześka:

  • Co w Belgii zalegalizowali już marihuanę?
  • Gdzież tam, nigdy tego nie zrobią… – Odpowiada.

Nadeszła pora, pomyślałem, trzeba stąd wyjść. Bo po takich wyznaniach mam ochotę zamilczeć. Wyrzuty kierowane pod moim adresem słuszne, ja się pod tym podpisałem. Siostra dała to do przeczytania Marcinowi, i pojawiło się uczucie wszechogarniającej podejrzliwości. Aśka boi się o mnie, Marcin o niego. Wzajemnie możemy sobie szkodzić, nigdy pomóc…

 

Wychodzimy z tego „Gniazda Os” jak w tytule filmu S. Buscemi. Jakub idąc, widząc moje lekkie podenerwowanie. Pyta:

  • Co tam Pippeno (umyślna stylizacja na język włoskich mafiosów). Wszystko w porządku?
  • To tylko sprawy rodzinne i zastanawiam się, czemu on to wszystko pierdolił w miejscu publicznym. Ale mu wybaczę, chociaż on mi na pewno nie. Bonasera, bonasera…

„Trzeba zachowywać się cholernie profesjonalnie.” – Myślę sobie w tym momencie. To przesłanie filmu „Wściekłe psy” Q. Tarantino. Powyższą frazę wypowiada H. Keitel.

 

piątek, 28 listopada 2003

Zachodzę do redakcji lokalnej gazety. Wcześniej spryskuję się perfumami „Route 66” to zapach na specjalne okazje. Wchodzę do biura, widzę duże zmiany w konfiguracji umeblowania. W pomieszczeniu znajduje się Jacek W. zastępca redaktora naczelnego. Przy biurku siedzi krótko obcięta ciemnowłosa cizia. Zapewne sekretarka. Całkiem atrakcyjna. Jacek lubi mieć widok na ładne kształty. Zawsze to lubił. Mimo iż ma swoją połówkę, nie zaprzestaje komentarzy na temat atrakcyjnych kobiecych ciał. Kiedyś mi opowiadał, że instynktownie potrafi wyczuć, czy kobieta ma jeszcze pas cnoty. I w spojrzeniu wychwytuje czy jest chętna do uprawiania seksu. Wita mnie więc swoim stylowym żartem:

 

  • Tak długo cię nie było, myślałem że wyjechałeś do Afryki. Ty z niej wróciłeś. Gdzie twój pióropusz. Z nim o wiele bardziej było ci do twarzy.
  • Ścięty.
  • Mów więc co robisz, nie co robiłeś to mnie nie interesuje.
  • Studiuję informację naukową i bibliotekoznawstwo. Jak dobrze pójdzie będę miał licencję na wypożyczanie książek. – Odpowiadam.
  • Wtedy na pewno przyjdę pożyczyć od ciebie jakąś książkę.
  • Myślę, że ojciec był jednym z lepszych dziennikarzy w Siemiatyczach nie wliczając oczywiście twojej osoby i redaktora naczelnego.
  • (ŚMIECH ironiczny) że tak się wyrażę, był odważny w tym co pisał.

 

„O taką odpowiedź mi chodziło, zawsze zdeterminowane osobowości są odważne. To przejaw ich indywidualnej siły. – Myślę sobie.”

 

niedziela, 30 listopada 2003

Dziś oglądałem „Prawdziwy romans” w reżyserii Tonego Scotta. Wcześniej czytałem scenariusz do tego obrazu, autorstwa Q. Tarantiny. Film jakościowo praktycznie w ogóle nie odbiega od zamysłu twórcy. Tak samo porusza, a gra G. Oldmana to po prostu mistrzostwo wagi ciężkiej. Wypowiadana przez niego fraza, a dokładnie wyraz negocjować (ang. negotiations mówiony z akcentem czarnych obywateli brzmi „negołsziejs”).

 

Wczoraj byłem u Przemka G. jest dziennikarzem pełną parą. Codziennie publikuje krótki tekst do „Gazety Współczesnej” wychodzi ona w naszym regionie. Mówi o swych tekstach „rolnicze”. Jednak ma to charakter i mały pazurek. Naraża się burmistrzowi miasta, który bez jego wiedzy nagrywa go, kiedy on nagrywa burmistrza. Tzw. sprzężenie zwrotne. Dał mi kilka swoich tekstów, masę dobrych filmów. Grzesiek B. dostał kawałek kliszy z filmu „Blue Velvet” D. Lyncha. Przemek posiada całą wersję kinową taśmy z tym arcydziełem kinematografii. W blaszanej około pół metrowej okrągłej tubie, w kolorze srebra.

 

Po raz pierwszy kupiłem sobie fajki marki „Golden American” całkiem przyzwoity tytoń.

 

Jacek W. daje mi tyle artykułów ojca, że o mały włos nie rozpływam się w ekstazie. Wszystkie opracuje w formacie cyfrowym. Dziś natykam się na książkę, w której widniej nazwisko mego cielesnego „stwórcy”. Autor rozpatruje w niej kwestie żydowskie na terenie Podlasia. Artykuł jaki wyszczególnia pisząc o siemiatyckich starozakonnych, jest autorstwa W. Kassiana. Wyjmuję go z koperty – czytam i stwierdzam, że jest to kapitalny tekst. Kolejny z serii niesamowitych, mistycznych dzieł które wyszły spod pióra dziennikarza może zbyt mało docenianego, może nie do końca zrozumianego. Wymykającego się krytykom małomiasteczkowego bezguścia. To jest coś pięknego. Obcować z taką partią historii –  widzianej subiektywnie lecz silącej się na obiektywne oddanie kwestii rozpatrywanej z wielu stron (jak w eseju). Kto nie pochodzi z tych terenów nie odbierze tego wszystkiego właściwie. Jednak ci co się tu wychowali powinni mieć ucztę niczym, na dworze szwedzkiego króla, gdzie każdy bierze ze stołu co mu się podoba.

 

piątek, 5 grudnia 2003

Dziś przyjeżdżam z Białego. Wracam z Martą B. opowiada mi o swoim chłopaku studiującym wieczorowo architekturę. Pracuje on w firmie produkującej reklamowe balony latające. Ustawiamy się na wtorek między 18 a 19 w Białym. Mówi mi w międzyczasie, że ma ochotę wyskoczyć na piwo. Gdy ją zapraszam nie chce przyjść, tłumacząc że musi sprzątać i nie ma czasu.

 

Było włamanie do domu w Mierzwicach, prawdopodobnie nic nie zginęło. Czy to możliwe, że nie byli to złodzieje, ale ktoś inny. Nie pragnący materialnych rzeczy, a tylko pewnych informacji. Nie mam pojęcia. Z czasem się może wyjaśni, może nie…

 

Anka T. pokazała jednak obraz który mi podarowała z teksem na czole Marcie B. Pytam więc Marty: – Dlaczego ona mi robi coś takiego. Odpowiedź: – Oj tam dlaczego, dlaczego??? Marta upatruje zmian u Anki wynikłych z powodu muzyki jakiej słucha wymienia Lacrimosę.

 

Dziś wysłałem e-mail do magazynu Nowa Fantastyka z dołączonym opowiadaniem, aby zastępca redaktora naczelnego ocenił czy nadaje się ono do druku. Moim zdaniem tak właśnie jest, będę czekał na odpowiedź, gdy okaże się pozytywna. Będę szczęśliwym, autorem pierwszego opublikowanego tekstu. Gdy nie zamieszczą tego, będę się okłamywał, że pisane to było pod wpływem ostrego psychodelika LSD-25 i miało prawo się nie spodobać. (To fakt.) Tak jak faktem jest, że Maurowie wraz z Rzymianami najechali Sycylię.

 

Przyszedł Bodzio mówi, że moja kość ram-u 128 mb „się popsuła” nie on popsuł, tylko samo się popsuło. (KŁAMSTWO) Wyczułem je w pierwszym zdaniu, tłumaczenia. Mówię przyznaj się, że zjebałeś mi pamięć przecież nie będę na ciebie krzyczał. „- Co powiedziałeś, że zepsułem ci pamięć…???” – To właśnie powiedziałem. – Odparłem. Jednak odpuszczam mu tą niesubordynację, i daję mu kolejną kostkę pamięci operacyjnej ram do komputera domowego typu IBM personal computer w skrócie PC (wym. pi si). Taki już ze mnie dobry wujek.

 

Ostatnio w Białym czytam biografię kompozytora GERSHWINA, który spopularyzował muzykę amerykańską na terenie Europu dokonując fuzji jazzu i muzyki klasycznej. Jego główne dzieło to „Błękitna Rapsodia”, której jeszcze nie słyszałem, może jutro ją zdobędę. W sklepie Biedronka płyta kosztuje 6 zł. 50 gr. czyli prawie darmo. Więc zachodzę na zajęcia, zajmuję miejsce to co zwykle, pod ścianą w kącie obok drzwi. Naprzeciw mnie jedna z ładniejszych panienek w grupie – to fakt, proponuje drugiej studiującej dodatkowo historię (ostro się na niej zna). Więc mówi ta bardziej odważna, która jest z Białego o tym, że może załatwić tej pierwszej po okazyjnej cenie ciuszki damskie, w różnych kolorach. „- Jaki kolor lubisz? – Pyta.” W tym momencie obcinam ją wzrokiem od głowy w dół. Tego się nie spodziewałem, uśmiecham się mimo woli, próbowałem być poważny, a mimo to uśmiech sam wkradł się na twarz. „- Czarny. – Odpowiada jej koleżanka.” „- Ja tam lubię najbardziej niebieski, jutro za 5 zł. sztuka załatwię ci to, może chcesz jeszcze do kompletu majteczki typu stringi?” Wtedy już nie wytrzymuję, uśmiech nie może mi zejść z twarzy. Myślę sobie o „Błękitnej Rapsodii” Gershwin’a. Chciałem powiedzieć, że mi to najbardziej pasuje kolor błękitu, ale się powstrzymałem…

 

Dziś mr. Majestic zrzuca na format cyfrowy kolejny z artykułów swego ulubieńca. Pierwszy dotyczący ogólno pojętej kultury. Świetny treściwy wywiad z malarzem Leonidasem Wiszenką, którego to obraz cerkwi wisi u nas w domu od niepamiętnych czasów. Tytuł wywiadu „Malarstwo niedzielne na co dzień”. Ja to początkowo interpretowałem jako „Malarstwo – niedziela na co dzień” czyli swoboda i ogólny luz, bez narzucania sobie rygorystycznego terminarza rozkładu zajęć. Podobnie jak z pisaniem, coś mam do przekazania to stukam w klawisze, a literki pojawiają się na ekranie.

 

Do końca tomu opowiadań P. K. Dick’a zostało niewiele kartek. Dokładnie pięć opowiadań. Stanąłem na tytule tekstu „Gdyby nie było Benny’ego Cemoliego”. Dziś śniło mi się, że kartkowałem w Mierzwicach tą książkę przy swym bracie. I pokazywałem mu tekst opowiadania dotyczący „Statuły uwolnościowionej” nie istnieje taki tytuł opowiadania tego pisarza. Zacząłem więc je czytać na głos, przeczytałem fragment była w nim mowa o aniołach i diabłach. Statuła Wolności była w boskim kształcie trójkąta, z głową na szczycie jednego z wierzchołków, tym najwyższym. Szybującym w błękicie nieba. Moja koleżanka z klasy podstawowej, trochę frywolna trochę zwariowana studiuje wieczorowo teologię w Warszawie.

 

Mój dobry kolega studiujący z Wawie ogrodnictwo również zaocznie, spalił w tym mieście pracę załatwioną mu przez chłopaka rodzonej siostry, następnie mieszkanie. Teraz pali własne zdrowie polską heroiną nazywaną potocznie „kompotem”, nakręcając narkomańskie klimaty w stolicy Polski. – Powiedział mi ostatnio mój współlokator. Powiedział również, że po imprezie w klubie „Metro” w centrum S. jego sąsiad z naprzeciwka, znalazł się w Bielskim szpitalu, gdzie robili mu trepanację czaszki.

 

Skojarzenia ze Statułą Wolności stojącą na obrzeżach Nowego Jorku, nasunęły się zapewne stąd iż ostatnio czytałem dwa artykuły o tym mieści, największym zbiorowisku imigrantów w „Kurierze Podlaskim”. Teksty mówiły o tym jak poradzić sobie w pierwszych dniach po przybyciu do tej metropolii. Nie jest to łatwe, jeżeli pomieszkasz tam przez rok, wszędzie na świecie gdzie byś nie był, sobie poradzisz. Lepiej lub gorzej. To już zależy, od sprzyjającego wiatru i kierunku żagli.

 

Dowiaduję się również, że mój drugi współlokator ma nieślubne dziecko i nie jest z tą kobietą która mu je nosiła 9 miesięcy w brzuchu. Tak to czasem jest. Założył on firmę i będzie zajmował się sprzedażą telefonów stacjonarnych i faksów. Tak mi ostatnio mówił…

 

Gdyby się tak zdarzyło – „gdyby” to naprawdę bardzo istotne słowo. Iż tekst opowiadania opublikowany by został w styczniowym numerze pisma pt. „Nowa Fantastyka” miał bym taki argument dla swej siostry, że była by w stanie negocjować ze mną wszelkie warunki mojej dalszej kariery. Pierwszym moim życzeniem do „złotej rybki”, była by prośba o kupno notebook’a za około 2500 zł. duże pieniądze, nawet bardzo duże. Ale kilka zamieszczonych tekstów i jestem w jej oczach więcej niż przeciętnym pismakiem. Taką mam nadzieję. Do tego dorzucam jej szczegółowe objaśnienie tekstu który miejmy nadzieję się ukaże (tak mi dopomórz Bóg – jak powiedział Dennis Hopper w „Prawdziwym Romansie”). Opowiadanie pt. „Alternatywa alternatywy” jest tak osobiste jak tylko osobisty może być tekst. Prawie autobiograficzny, z przecięcia metafizyki i literatury science fiction. Opowiada on o mnie zażywającym narkotyki i próbującym rozmawiać ze swym nieżyjący ojcem, który objawia mi się jak duch. I daje wskazówki co dalej mam począć z własną egzystencją. W następnym pokoju znajduje się moja nieżyjąca rodzona siostra, która umarła mając kilka dni. Więc uczyniłem z niej dorosłą kobietę, bardzo piękną i ponętną, doświadczoną przez życie…

 

Dlaczego to wszystko wypisuję? Bo S. to „gmina amerykańska”. Tylko to mnie rajcuje, jak mało co. „Dziki wschód”. A może miasto w ¼ przeniesione do stolicy Unii Europejskiej, sam już nie wiem? Czytam w magazynie „FORUM” przedruk z francuskiego pisma („Obserwator”) o Siemiatyczach. Ta chwila myślałem, że nigdy nie nastąpi. Coś pięknego. Jeśli jeszcze ten tekst się ukaże na łamach gazety, będę takim szęśliwcem, że obawiam się o własne zdrowie psychiczne. Telefon do Anny T.

 

  • Słucham???
  • Chcę ci powiedzieć to jako pierwszej osobie…
  • Więc mów…
  • Masz 7 zł. 40 gr. przy sobie?
  • Tak mam…
  • To wstąp po drodze do jakiegoś kiosku i kup n-ty numer pisma pod tytułem „NF” i otwórz na n-tej stronie. Możesz być miło zaskoczona. Wiedz, że zawsze cię lubiłem i szanowałem, trzymaj się.

 

sobota, 6 grudnia 2003    

Przeczytałem kolejny z artykułów swego ulubieńca pt. „Klan abstynentów”. Było w nim o tym, że po alkoholu wyłącza się świadomość, dlatego nie kontrolujemy tego co mówimy. I jak w filmie „4 pokoje” cytat: „- Gdy jesteś wlany nie łżesz, mówisz pieprzoną prawdę!” Dlaczego tak jest, bo już brakuje finezji i chęci na kłamanie. Sycylijczycy to mistrzowie wagi ciężkiej w łgarstwie. Jest 17 min twarzy z których można wyczytać czy ktoś łże. (To dla mężczyzn, kobiety mają 20 min.) Gdy się je opanuje jak własną twarz, można naściemniać nawet wykrywaczowi kłamstw. To znaczy można gestami nie pokazywać niczego, a mówić wszystko. Albo nie mówić niczego, a gestami dawać do zrozumienia. Tak jest.

 

Skrót klawiszowy (Ctrl + 5/%) nadaje większą przejrzystość tekstowi. Tekst musi być łatwo czytelny, to nadaje mu profesjonalniejszego wyglądu.

Wczoraj przeglądałem oferty używanych notebook’ów, całkiem przyzwoite sprzęty już nieco powyżej 2000 zł. czyli 550 €.

Opowiadanie P. K. Dick’a, które przeczytałem mówiło o gazecie „TIMES”, która tworzyła fikcyjne artykuły dotyczące nieistniejących wydarzeń w Nowym Jorku. Do końca tomu opowiadań zostały cztery historie.

Kilka dni temu, kupiłem sobie buty skórzane dr Martens czarne na 8 szlówek rozmiar UK 10 za… 379 zł. Świetny krój i wygląd, lubię dobre drogie buty, choć kupuję je raz na kilka lat. Gdy dostaję na nie fundusze, muszą być firmowe i dobrego gatunku. Z ubrań typu spodnie czy bluzy, jeszcze nigdy niczego sobie nie kupiłem. Chodzę w ciuchach po siostrze i z lumpeksów (tzw. sklepów z używaną odzieżą zachodnią). Teraz mam na sobie, jeans’y typu Levi’s w kolorze lekkiego błękitu, dość obcisłe, choć nie damskie, z przedartym materiałem na kolanach i dole nogawek. Typowe wycieruchy model sześćset ileś, koszula zapinana na guziki w kolorze niebieskim z dwoma kieszeniami, kupiona w szmateksie Lubelskim za jakieś niewielkie pieniądze. Nie wyprasowana, mocno zmierzwiona, jednak w stanie idealnym niczym nowo wzięta z wystawy sklepowej. Podkoszulek reklamujący jakiś maraton w New Yorku, biały ale nie zniszczony. Z USA od sąsiadki, która daje nam amerykańskie produkty, typu ubrania czy inne przydatne rzeczy. Tak wygląda moja garderoba, w której w chwili obecnej jestem. Gdy przyjedzie siostra, pewno nakupuje mi ciuchów jakie będę sobie życzył. Spodnie levis’y i czerwona bluza z kapturem, jakaś fajna koszula i sztruksy białe, rozszerzane choć niezbyt szerokie. Trzeba dobrze wyglądać do tego ostatnio doszedłem, kupiłem sobie kosmetyki NIVE’a: krem, żel do golenia i szampon przeciw łupirzowy. Plus dwie butelki wody po goleniu włoskiej firmy Denim.

Przemek z którym mieszkam w Białym ostatnio przyszedł do mieszkania lekko wstawiony, trochę się zataczał. Zaczął mi opowiadać, że kilka razy zdarzyło mu się uderzyć Jordan’a brata za to, że mu ściemniał w oczy. Mówił, że w Białym przez 11 lat nigdy nie zdarzyło mu się oberwać od nikogo po głowie. Dodał, że jak jesteś frajer w większym mieście więcej osób o tym wie, w mniejszym mniej ma taką świadomość. Choć osobiście sądzę, że różnie to może wyglądać. Gdy zaczął nawijać o Jakubie, zapytał czemu na niego tak patrzę jakby utożsamiał antychrysta. Mówię, w tym momencie to mnie zaskoczyłeś, bo o tym wszystkim co mi teraz nawijasz nie miałem najmniejszego pojęcia. Teraz mi się naświetlił. Jest mi przykro z tego powodu, ale skoro to fakt będę się musiał z tym pogodzić. „– Tak to wszystko co ci mówię to prawda! – Odparł.” Nie miałem nic do dodania. Bo cóż można dodawać, gdy ktoś łamie twój dotychczasowy światopogląd. Wypada zamilczeć, nic ponadto. Gdy pożaliłem się na to, że koleś z mojej rodziny narobił mi obciachu w knajpie u Marszałka. Przemek pocieszył mnie: „-Chcesz żebym go naprostował? To daj mu namiar na tu mieszkanie, niech przyjedzie wtedy mu wytłumaczę o co mi dokładnie chodzi…” Po czym dodał, że gdyby zdarzyło mu się kiedyś dostać w ryj we własnym mieście S. wtedy jego odwet „WENDETA” równała by się śmierci jego oprawcy. Nie mniej, ni więcej.

Wczoraj napisałem kolejne dwa listy do siostry. Jej rozumowanie mojego stylu jest wręcz zgodne z moim zamysłem. Napisałem w tonie „czarnucha” choć ani razu nie użyłem tego słowa. Ona mi odpisała następująco:

 

„I nie jestem nieszczęśliwym białasem który chce żeby inni myśleli tak jak ja. Pieprzę innych. Mogę się jedynie z nich pośmiać. Zależy mi tylko żebyś Ty nie palił tego gówna.”

Tue, 2 Dec 2003 11:30:58

Jeszcze, krótki kurs z przypisami, i pora na śniadanie. Na jednym papierosie i kawie długo nie postukam w klawisze.

Wybrałem się na zakupy. Wcześniej w kiosku osiedlowym zagadałem do Wiolki czy ma „Forum” odparła, że nie. Więc jej mówię o artykule jaki pojawił się w tym piśmie o naszym mieście. Zapytała „- I co napisali?” – O tym, że ¼ mieszkańców przeniosła się do Brukseli… Gdy wracałem z marketu samochodem z ojcem Pawła K. też to mówię, on tak to konkluduje ze śmiechem na ustach. „- Moim zdaniem to 1/3 tam siedzi…” Jak zwykle ojciec z synem, kłócili się o to, że ten nie będzie go woził bo nie ma paliwa. Przysłuchuję się tej rutynie, jak zawsze, rutynowo muszą się o coś kłócić to taka ich druga natura. Odbieram na poczcie dwie przesyłki siostrze zawierające książki o sektach za łącznie ok. 200 zł. Będą jej służyły jako źródło do pracy magisterskiej.

W markecie kupuję 4 płyty audio z muzyką klasyczną. Na jednej z nich jest „Błękitna Rapsodia” Gershwin’a.

W delikatesach na górze zaopatruję się w maszynkę do golenia 3-D firmy Wilkinson za ponad 20 zł. oraz żarówkę energooszczędną Philips’a za 19 zł. 50 gr. o mocy 60 W. ciekawy falliczny kształt. Nowoczesny desing (wym. desajn).

Gdy wychodzę ze sklepu Biedronka człowiek przed sklepem, mówi że jakiś jego znajomy „poleciał” do Brukseli. Zastanawiam się, i dochodzę do wniosku że nie mógł „polecieć” bo w tym mieście nie ma lotniska. Chyba, że ktoś ma prywatny helikopter, to może wylecieć z lotniska koło szpitala. W tym roku wylali tam beton dla ułatwienia lądowania helikopterom.

W ostatnim głosie miasta S. wymieniono dwukrotnie osobę matki w związku z klanem abstynentów „Ignis” i jego 8 rocznicą. Napisano również kilkakrotnie, że S. powoli zaczyna się stawać miastem bezprawia. Dobry artykuł Myszy. I do tego jego relacja z koncertu „Xenoks” który grał w Białym jako główna kapela. Nie tam żaden support. Ot się chłopcy wybili. I bardzo dobrze, trzeba trzymać klasę. Za chwilę pr. 2 będzie nadawał film reżysera „Wyspy dr Moreau” pt. „Uwikłany”. Może być kawał dobrego kina. O godzinie 1 w nocy kolejna uczta, jeden z pierwszych filmów Johnego Woo, którego to dziś biografię przełożyłem na język polski. Q. Tarantino wzorował się na tym reżyserze odkąd zaczął przygodę z kinem.

 

niedziela, 7 grudnia 2003 

     Oglądałem wczoraj dwa filmy. Jeden do końca, drugi nie. „Uwikłany” dwie klasy gorszy od „Wyspy dr Moreau”. Natomiast film J. Woo totalnie wyjęty spod jakichkolwiek ram Hollywod’u tyle trupa się ściele, że miło popatrzeć. Taką mocną odmianę kina umie wykreować kilku, do nich zalicza się również J. Woo.

Oglądałem jakiegoś niemieckiego erotyka i sobie ulżyłem. Pierwszy raz od jakichś dwóch miesięcy. Dwukrotnie. Dziś spałem do ok. 14 zbudziłem się. Bez smaku w ustach, jednak po zaaplikowaniu trzech lekarstw trochę przeszło. Katar mniejszy, gardło nie boli. Ogólnie to bez smaku jest totalnie osobliwie, można nawet jeść odchody i nie czuć tego. Klęska zmysłu przeszła.

Znalazła się czapka zimowa Levis’a, tą którą kupiłem w Lublinie za ok. 50 dych. Trzy kolorowa i co najważniejsze ciepła.

Tytuł artykułu Wojciecha K. jaki dziś zeskanowałem to „Smak wolności” sam tytuł mi mówił, że tekst będzie nieprzeciętny. I tak właśnie jest. Opowiada on o studentach, i klimatach akademickich. O upojnych imprezach i zmianie kulturowej jaka ogarnęła współczesne pokolenie studentów. Teraz ich problemem stała się kwestia na co wydać pieniądze, nie jak je zarobić. I tu właśnie tkwi pies pogrzebany. Artykuł w mojej opinii trafia w sedno problemu. Bo czy naprawdę tak nie jest.

 

10 grudnia 2003 (środa) (Biały)

     Przystanek empeków na ul. Lipowej. Czekam na numer pojazdu z dwójką na tabliczce szyldowej (2, 21, 27) nieważne która, każdy pojazd jedzie na ulicę gdzie tymczasowo mieszkam.

Po przeciwległej stronie ulicy wybrukowanej „kocimi łbami” jakaż brutalna nazwa. Określająca kamienie, małe ich fragmenty składające się na jezdnię. A więc po drugiej stronie jest sklep w którym kupiłem sobie wygodne, czarne buty. W międzyczasie jak czekam na transport, przeglądam książki wystawione na straganie w większości są to pozycje nie nowe tzw. antykwaryczne. W wymiętych, zdezelowanych obwalutach. Określające ich dużą poczytność. Więc sięgam po jedną z nich autor K. Dickens tom 2 kiedyś czytałem jego „Opowieść wigilijną” jako lekturę. I urzekła mnie nadzwyczaj. Otwieram ten zbiór tekstów na jakiejś przypadkowej stronie i czytam pierwszy akapit od góry.

„- Jaki dziś piękny dzień mamy. – Powiedział filozof.”

Zastanawiam się i dochodzę do wniosku, że takie zdanie mógł powiedzieć nie kto inny jak tylko i wyłącznie filozof. Dlaczego? Bo reszta nie zwraca uwagi na niuanse meteorologiczne, a konstelacja oznacza strukturę fizyczna. To wczoraj sobie wynotowałem z książki, którą obecnie pochłaniam.

Podjechał autobus nr 21 wyglądał przepięknie, jakby żywcem wyjęty z epoki historycznej PRL-u. No po prostu jeżdżący „biały antyk” bo był w kolorze bieli, a może to był „biały kruk”. Wysiadam z niego przystanek bliżej niż zazwyczaj, aby w sklepie z NOTEBOOK-ami sprawdzić w jakich cenach oscylują (te przenośne maszyny do pisania). Nie ma niczego poniżej 2000 zł. więc żądam cennika powyżej tej kwoty, choć nie zbyt powyżej. Bo nie jestem milionerem. Chwilę czekam. Dostaję zadrukowaną kartkę i wychodzę.

Wcześniej tego samego dnia, przeglądam inny stragan z również w większości zapełniony używanymi książkami. Tak jakby książkę się używało, a nie czytało. Mniejsza o to. Znajduję tam pozycję biograficzną o człowieku, który stanowił dla pop-kultury punkt zwrotny. Mianowicie Andy Warchoł (ang. Warhol) pt. „15 minut sławy” w której twierdzi, że w przyszłości każdy będzie mógł jej zażyć nawet jeżeli oznaczało by to tylko ten symboliczny kwadrans. W którym znalazłyby się błyski fleszów, wywiady, imprezy zakrapiane alkoholem i różnej maści prochami. Plus orgie, które to są nieodzownym elementem blichtru sławy. Książka kosztowała 8 zł. jednak nie kupiłem, bo nie miał bym pieniędzy na powrót do domu.

 

  • Nie ma rzeczy z punktu widzenia historii ważnych. To historycyści uznają tylko pewne fakty za przełomowe.
  • Jutro ciebie nie będzie?
  • Nie, jutro jest czwartek więc będę. To w piątki zawsze wyjeżdżam…

 

Ważne jest aby pamiętać tytuły książek, które się czyta. Nawet jeśli przeczytało się coś 7 lat temu.

 

11 grudnia 2003 (czwartek) (Biały)

  • Na drugie imię mam „S U B T E L N O Ś Ć” i proszę cię nie czytaj przy mnie na głos tych waszych damskich książek. Z różowej serii Harlekin. Bo się możesz niezdrowo podniecić. A co ja wtedy z tobą pocznę. – Mówił na wydechu tonem rozkazującym i władczym.
  • Dobrze już zaniecham tej mojej prowokacji. Chciałam, to znaczy miałam taką nadzieję, że cię uwiodę… –Mówiąc to lekko zarumieniły się policzki na jej twarzy.
  • Uwiodę, a potem po roku rzucę. Postępujecie tak zbyt często, aby nie dało się tego wyczytać z ruchu waszego ciała. Nawet teraz gdy do ciebie „rozmawiam”. Ruszasz bez przerwy nogą, co to ma symbolizować?
  • Niespożytą potencję, o wiele za dużo energii. – Ton jej głosu nabrał łagodnej formy. Tak jakby energia, która aktywizuje cały wszechświat była czymś złym.
  • Nie możesz, czy nie umiesz przekonwertować tego nadmiaru. W formę wyrazu artystycznego, pisać do gazet lub w ogóle coś kreatywnie konstruować. Choć to niegodne słowo. Niegodne męskiego samczego charakteru. Ogólnie brzydzę się architekturą.

 

Dojrzała we mnie decyzja. Jeden gest współlokatora. Jednak zbyt dosadny i za kogo on się kurwa uważa, że brat 2 lata w USA. Mówi do mnie dwukrotnie ju (you czyli ty). Potem żegna się ze mną mówiąc „- Cześć Jurek!” Jak gdybym był chłopem ze wsi. To iż się nie golę, to moja prywatna sprawa, a mu tylko o to chodzi. Snob w pierdolonym garniturze z krawatem w czarno żółte paski firmy Idea. W której pracuje. Gdy wyszedł za swoją dupą, która jest dentystką zamknął mnie i otworzył. Jakby chciał pokazać, że jest moim panem i może mnie zamykać jak psa w klatce.

Idę się ogolę… Jutro wracam do S. i chcę być ogolony. A o samodzielnej kawalerce to po prostu marzę. Nie o akademiku, z banda chlejących pseudo intelektualistów. Nie przy boku ludzi już zdawało by się ustawionych. Lub statkujących się. Sam, tak będzie najlepiej.

 

Gdy jechałem empekiem, dwóch kolesi rozmawiało o jakiejś postaci, która walczy niczym Chickie Chan na filmach kung fu z Hong Kongu. Nadmieniali, że jak popił to w lesie pojedynkował się z drzewami.

„- Może to legenda. Dodał drugi.”

„- Może tak, ale o jakiej sile wyrazu.”

Autobus przejeżdża koło kościoła im. św. Wojciecha. Widzę jak jeden mężczyzna robi znak krzyża. Gdy tamci nawijają o tym jak walka determinuje człowieka. Dwie różne postawy. Jedna uległa, druga żądna walki i rozlewu krwi. Ja jestem pomiędzy tymi postawami, tak mi się zdaje. Staram się zachować dystans.

    

piątek, 12 grudnia 2003

Ścinam włosy na bardzo krótko, kilka milimetrów. Już lepiej niż ostatnim razem. Tyłu nie widzę jak strzygę. Ale podobno wychodzi całkiem prosto. Ostatnio na zajęciach z opracowania formalnego. Kobieta wykładająca, puszcza po sali książkę której jest współautorem. Dotyczącą obsługi bazy danych do katalogowania książek. Pytam więc ją gdy podchodzi do mnie – Czy pani sama napisała ten program. Odpowiada, że zrobił to programista, ona narzuciła mu jedynie kształt w jakim aplikacja powinna się prezentować. Chodzi pod system DOS-owski, ale całkiem praktyczna. Mówi do mnie, abym przytulił się do panien siedzących obok. Gdy widzi, że staram się być jak najdalej w niewygodnej pozycji. Przysuwam krzesło, panny są zadowolone. Jedna z nich pyta ciągle o zapach, spryskałem się dość obficie dezodorantem marki „Old spajs” zużywając go do końca.

Ta która czytała na głos erotycznego Harlekina. Zripostowała na jakąś niemiłą uwagę pod jej kierunkiem, dość ostro i twardo. Prawie jak czarnuch. Lubię taką twardą postawę u kobiet, które nie dają po sobie jechać.

     Robię zestawienie moich prawie 3 letnich zapisków. Czcionką 12 Courier New z odstępami między liniami około 0,5 centymetra. Wyszło 112 stron. Czyli dużo. Inny krój liter, taki jaki zazwyczaj spotykamy w książkach to prawie 90 stron. To więc moje biograficzne wspomnienia. Przybrały całkiem spory rozmiar. Piszę niczym… grafoman.      

     Dziś w nocy przyśnił mi się ojciec nie pamiętam czy coś mówił czy nie. Widziałem go. Nie było to dziwne spotkanie, raczej normalne, przyjacielskie. Tak jakby nie dzieliła go ode mnie jakaś zastraszająca przepaść. To może dobry omen. Nie czułem się niezręcznie wszystko było w największym porządku. To pewnie znak, że u mnie na razie wszystko gra, i nie zamieniam się w fatamorganę.

W książce dotyczącej narodu żydowskiego opublikowanej w Białym, znajduję trzy przypisy do artykułów mego ojca. Mielnik, Orla i Siemiatycze tam figurują czarno na białym. To kolejna przesłanka przemawiająca za profesjonalizmem pióra Wojciecha Kassiana.

Dziś zapewne dokończę tom opowiadań P. K. Dick’a. Zostało jeszcze jedno. To przedostatnie pt. „Elektryczna mrówka” faktycznie jest jednym z najlepszych w jego twórczości. Kwintesencja stylu i desperacji, z dwoma motywami samobójczymi.

Doszedłem do wniosku, że jeżeli siostra nie pójdzie w tym roku na układ prezentu za… ponad 2000 zł. to zejdę niżej do poziomu 1000, a co tam ma bogatego męża. Marcin z tego co mi wiadomo nieźle zarabia. Znając Aśkę zdoła go przekonać. Jeżeli tak to dostanę pod choinkę nowe Play Station 2 kompatybilne z pierwszą jego konfiguracją sprzętową. Którą kiedyś miałem i takie gry na tą konsolę wychodziły. Iż spędzałem długie godziny zaślepiony w ekran. Pierwszą grą jaką bym sobie sprawił był by soccer firmy Konami pt. „Pro Evolution Soccer 3” podobno najlepszy z możliwych. Typowa hard-corowa piła nożna. Bardziej zręcznościowa, niż symulacyjna.

Gdybym miał samodzielne mieszkanie w Białym zawiózł bym tam sprzęt, dokonfigurował odbiornik TV. Drugi joypad i rozgrywki z koleżankami na roku podczas imprezek zagwarantowane. To moje tajemne życzenie. Konsola PS2, samodzielna kawalerka. Wino, świeczki, puchar świata w toku.

 

sobota, 13 grudnia 2003

     W pokoju bajzel jak rzadko kiedy. Wszystkie rzeczy z biurka znalazły się na podłodze. Biurko stoi w kuchni. To kolejny z dziwnych pomysłów Krystyny. Jutro uprzątnę tą stertę różnych przedmiotów.

Zacznę ściemniać panienkom na roku. Z którąś pewnie będzie się dało uciąć bardziej konkretną pogawędkę. Mija trzeci miesiąc, a ja milczę jak grub. Pewnie myślą iż jestem oschłym impotentem, albo pedałem. Bo większość filozofów jest homoseksualistami. To taki stereotyp. Niektórzy w to wierzą. Jak dobrze się orientuję jestem jedynym samcem w grupie spoza Białego. Więc dziewczyny robią sobie nadzieję. Słusznie czynią. Z czasem będę je zapraszał. Gdy będę miał swój własny autonomiczny kąt. Niewykluczone, że się z nimi pozaprzyjaźniam. Drugi koleś, który ma ruchy wolne i przemyślane. Idąc zawsze wykonuje zwolnione ociągające gesty, jakby był na jakimś potwornym zejściu. Pochodzi spod Białego. Jakiejś wioseczki, do czego niechętnie się przyznał. Lubię obserwować jego zachowanie. Porusza się jak w śnie. W psychozie, na kosmodromie gdzie nie ma grawitacji i wszystko porusza się dwa razy wolniej. W tygodniu ostatnio podliczyłem mam 10,5 godzin zajęć. Czyli jakbym się wziął za coś, to mógłbym to bez przeszkód realizować. Zastanawiam się nad pracą. Sprawdzam oferty, ale jak na razie na nic konkretnego się nie natknąłem.

Przesłuchałem drugą stronę płyty Joy Division, teraz lecą Różowe kropki. Utwór „New Tomorow” („Nowe Jutro”) jest moim jednym z piękniejszych utworów. O T. Beksińskim wciąż pamiętam. To on nauczył mnie szacunku do muzyki i filmów. Jemu zawdzięczam pasję życia. Dozgonna wdzięczność i szacunek. Taki ktoś się nie powtórzy. Ostatni romantyk w epoce postmodernizmu. Nie wiem czemu taka postać nie doczekała się jeszcze książki. Powinni coś takiego wydać, zbiór wszystkiego co napisał. Łącznie z jakimś posłowiem.

Po Legendary Pink Dots nagrany jest utwór Crimson-ów „Epitafium” nie do końca, z przebijającym szumem radia. „Jutro zapewne będę płakał, tak jutro będę płakał.” Brzmi tekst utworu. Drugi z kamieni milowych rockowej muzyki. Podobno taki utwór jak ten zdarza się raz na kilkaset lat.

Kupiłem książkę od dziewczyny z roku, która ma ciężką do zrozumienia wymowę. Jeszcze jej nie dałem pieniędzy choć książkę już mam. 30 zł. tyle sobie zażyczyła. Nowa kosztuje około 50 zł. Czyli 20 zł. do przodu. Dziś znów nie było angielskiego. To staje się regułą.

Z ciekawszych książek jakie ostatnio wpadły mi w oko. Muszę oprócz „15 minut sławy” o Warholu kupić sobie scenariusz filmowy Woody Allena pt. „Hanna i jej siostry” w księgarni naukowej na Lipowej. Znajdującej się we wnęce budynku. Dziś obejrzałem połowę jego filmu pt. „Wszyscy mówią: kocham cię” jeden z nowszych jego dzieł. Stylizowany na musical. Dobra obsada – gra między innymi Claudia Schifert. Jutro go dokończę. Takie komedie są do rozpuku zabawne. Jak u Monthy Pythonów. Bez zbędnych frazesów. Same dowcipy na najwyższym poziomie.

Dziś konwertuję tekst pt. „Wizja miasta rodzi się w pracowni” typowo techniczny zdający sprawę z tego jak w pracowniach tworzy się strategiczne dla miasta budynki. Kto za nie odpowiada. Oraz kto dostał za nie laury. Artykuł w tonie informacyjno – motywującym. Przez wzgląd na wykonywanie przez ekipę naukowców pożytecznej i konstruktywnej pracy. Fragment: „Lecz problem dnia dzisiej­szego jest inny, ogólny kry­zys zmusza do podejmowania działań liczonych na przetrwa­nie. Dlatego podejmowane są zlecenia łącznie z pracami przygotowawczymi i przedprojektowymi związanymi z in­frastrukturą podziemną.” Drugi fragment: „Prace kół poprzez ko­relowanie z działalnością po­szczególnych pracowni przy­czyniają się do upowszechnia­nia postępu technicznego, wzrostu wydajności i efektywności pracy oraz do kształtowania kultury technicznej.”

Jak wygląda w dzisiejszych czasach kultura techniczna? To już zagadnienie na kiedy indziej…

Śnił mi się T. Beksiński. Czytałem jakiś z jego tekstów. Po czasie uświadomiłem sobie iż gdy zaprzestaję czytania, treść recytuje się sama z mojej pamięci. Przenoszę się do domu Tomka, opowiadałem mu pewnie o swojej matce i chciałem aby też o trochę powiedział mi o swojej. Więc kilka zdań o niej nadmienił. Np. że była przedsiębiorcza i ocaliła większą część ich majątku rodzinnego, który teraz znajduje się u niego w mieszkaniu. Rzuciłem na nie okiem. Było bardzo przeciętne. Wręcz kiczowate i wyjątkowo puste. Dodał, że kiedy umarła kilka lat temu czas płynie jej inaczej. I była dziewczyną, przytacza poetyckie stwierdzenie o „dusznej” duszy.

Ten temat jest zapewne nie przypadkowy. Ostatnio w empiku widziałem za niecałe 10 zł. film Almodovara „Wszystko o mojej matce” dołączony do magazynu pt. „Zwierciadło”. Planuje zakup tego pisma. Kiedyś ten film widziałem. Typowy melodramat dla kobiet. Ale spodobał mi się niezmiernie.

Miałem sen dotyczący filmu „Zły porucznik” iż oglądałem go po raz n-ty. A podobał mi się jak za pierwszym razem.

– Przedstawię ci siostro mój bussines plan. Dotyczący pewnej inicjatywy w którą zamierzam cię wplątać. Będzie wyglądało to następująco. Kupujesz mi narzędzie pod choinkę abym miał frajdę i pożytek i naświetlam ci kwestię. Chodzi o prawa autorskie do tekstów ojca Wojciech Kassiana, które posiadam w swoich zbiorach. Jest ich na tyle dużo, że jakąś mniejszego formatu książkę na pewno by się udało z tego złożyć i opublikować. To takie moje skryte marzenie. Opatrzę teksty wstępem. Wytłumaczę wszystko, jak należy je czytać i interpretować. Nadam tytuł np. „Miasto S. widziane subiektywnie przez redaktora Wojciecha K.” podtytuł „Same fakty ukazujące oblicze „belgijskiego” miasteczka na wschodzie Polski w województwie podlaskim”. Wysyłam opracowany kształt do kilku wydawnictw w tym do wyd. „Czarnego” którego właścicielem jest A. Stasiuk. Myślę iż któreś z nich na pewno z wielkim zainteresowaniem wyda niniejszy zbiór. Na początku może to być niewielki nakład w niskiej cenie. Np. 3000 egzemplarzy po 9,99 zł. Ludzie to rozkupują w dwa dni. Ustawiają się kolejki, klienci pytają kiedy będzie dodruk. Wtedy wychodzi dodruk w postaci ekskluzywnego wydania w twardej obwolucie. Za 30 zł. w ilości 5000 egzemplarzy. Zyskami oczywiście gdy osiągniemy sukces dzielimy się „sprawiedliwie”. Dostajesz z tego np. 35% zysków. Ja zgarniam resztę i rekompensuję twoje wyłożone pieniądze na tegoroczne prezenty. Jak widzisz tą kwestię. Powiedz czy jest realna czy nie. Rozumiem przez to, że gdym takie coś wypuścił, może byłby mały skandal. Zaczął bym uchodzić za banitę. Ale mnie to nie obchodzi. Wyprowadziłbym się do jakiejś większej metropolii. Gdyby nieprzyjemności nasilały się okresowo. Choć nie sądzę, aby ten scenariusz był tak dramatyczny. Choć życie układa różne historie, sama rozumiesz.

Skończyłem czytać tom opowiadań P. K. Dick’a w posłowiu które stanowi wyjaśnienie wszystkich 19 tekstów. Wyjaśnia co leżało u podnóża takiego właśnie ujęcia tematu. Streszcza on w tym przypisie całokształt swojej drogi pisarskiej. Odkrywa przed czytelnikiem zagadki z którymi konfrontował się w swych dziełach. Co jest człowieczeństwem, a co nim nie jest? Co stanowi o jakość życzliwości ludzkiej? Która jest fundamentem naszego zachowania. Od jej rodzaju, tak naprawdę zależy nasz ogląd w oczach innych ludzi. Oraz kwestia główna. Co jest rzeczywiste, a co nam się jedynie takim wydaje. Opowiadania jako kwintesencja stylu pisarza, który pisząc je wyrabia sobie styl i klasę. W powieściach czasem nie udaje się oddać Dick’owi tego co zawarł w krótkiej formie opowiadania. Tak sam stwierdził!

W ciągu niespełna trzech miesięcy przeczytałem 14 książek. Takiego rezultatu chyba nigdy w przeszłości nie miałem. Chłonę powieści w znacznym stopniu szukając inspiracji dla własnego stylu. Stymuluje się we mnie chęć pisania. Opowiadania historii, których sam byłem świadkiem. Szczerze powiedziawszy nurt literatury Science Fiction jest dla mnie obcy. To co napisał P. K. Dick jest dla mnie niczym relikwia. Wzorzec do którego jedynie można się zbliżyć, nigdy osiągnąć. Pogodziłem się z tym. Trzeba mieć wszakże jakiegoś mistrza. Który służy jako wyznacznik jakości. W moim przypadku jest to właśnie ten pisarz. Mistrz stylu i zwięzłości. Brnący w amfetaminowym nałogu. Która to substancja nadała jego książką niesamowitej intensywności. Wszystko dzieje się szybko, nie ma zbędnych fraz mydlenia oczów czytelnikom. Same konkrety. Jak w prasie codziennej.

Dziś przepisałem dla Melki G. test z angielskiego. Około 12 stron. Pytania testowe i odpowiedzi a, b, c, d. Ponad 80 pytań. Jutro przyjdzie będzie to poprawiała. Gdy zapytałem ile miała godzin na studiach. Powiedziała, że ponad 20 tygodniowo. U mnie jest tych godzin dwukrotnie mniej. Melka nadmieniła, że poziom Białostockich uczelni uległ pogorszeniu. Ostatnio o tym fakcie czytałem w Gazecie Wyborczej. Która donosiła, iż w Białym przy takim stanie rzeczy jaki jest na dzień dzisiejszy. W niedługim czasie nie pozostanie ani jedna renomowana uczelnia. Widzę to na przykładzie własnych studiów gdzie większość wykładających jest magistrami, ale może to i lepiej. Bo są mniej zadufani w sobie. Taki np. doktor czy profesor ma mniemanie, że kim to on nie jest. Nie można mu imponować. Bo w stylu mistrza w jednym pytaniu sprowadzi na ziemię. Niepokornego akademika.

Zeskanowałem kolejny artykuł traktujący o siemiatyckich taksówkarzach pt. „Uwaga – TAXI z Siemiatycz”. Tekst zawiera ostrą nagonkę na tą grupę zawodową. Która w 1983 roku oszukiwała nagminnie swoją klientelę. Ojciec to zauważył i zdemaskował w wirtuozerskim stylu.

„Należności za przewóz podawane przez nieuczci­wych taksówkarzy przekraczają wartość rzeczywiście wykonanej usługi i czte­rokrotnie. Najwyższy już chyba czas aby Wydział Komunikacji Urzędu Wo­jewódzkiego oraz Wojewódzkie Zrzeszenie Pry­watnego Handlu i Usług zajęło się grupką oszustów, czy jak kto woli nieuczci­wych taksówkarzy z Sie­miatycz — skoro całość zachowań pozwala na zary­zykowanie stwierdzenia, że władze miejscowe są wo­bec nich bezsilne.”

 

niedziela, 14 grudnia 2003

Z laptopa zrezygnuję, do takiego wniosku doszedłem po dokończeniu filmu „Wszyscy mówią kocham cię”. Za połowę ceny przenośnego komputera. Złożę nowy stacjonarny komputer. I tak laptopa bym nigdzie nie nosił, bo bym się bał że mi go skroją. Po co się afiszować z czymś czego wartość równa się przeciętnie dwóch lub trzech standardowych krajowych wypłat.

Mam ja kaprysy. Powinienem dostać na gwiazdkę zwykłą maszynę do pisania. A może nawet nie ją tylko gałązkę symbolizującą rózgę.

W następnym tygodniu muszę pokupować prezenty. Będą to wyłącznie książki. I tak jak leci po kolei Majce jakiś ciekawy komiks ładnie wydany w twardej okładce. Marcinowi przewodnik turystyczny po Brukseli aby czytał o fajnych miejscach i chodził tam na spacery razem z żoną. Mamie coś filozoficznego, bo ona nauczyła mnie filozoficznej postawy życiowej. Joannie coś z literatury pięknej lub poezji. Ance natomiast Paul’a Austera zbiór opowiadań które wytypował z jakiejś amerykańskiej rozgłośni radiowej „Myślałem, że mój ojciec był Bogiem”. I to wszystko.

Szósty numer utworu na składance Relaks z muzyką klasyczną. To jedna z najpiękniejszych kompozycji. Autor Mozart tytuł „Marsz turecki”. Dzisiaj nabiłem lufkę ziołem. W pokoju nie było zimno, a mimo to dostałem drgawek. Zostawię fifkę, mam nadzieję spalić ją w Mierzwicach z Joanną. Gdy będziemy tylko we dwójkę. Choć nie wiem czy tak się stanie. Czy się zgodzi? Sądzę iż tak, ale czy przydarzy się taka okazja. Raczej nie liczę na to. Gdyby jednak, to mam plan. Zniesienia ze strychu adaptera. Zabranie z piwnicy zestawu płyt z muzyką klasyczną ojca. Nastawienie jakiejś wyjątkowej płyty np. opery Romeo i Julia. Kilka machów canabis. I wtem czas i przestrzeń zatraca swoje niuanse. Brak poczucia rzeczywistości i paranoja. Wspomnienia, wynaturzenia ukryte lęki i fobie. Nawiązanie do tego iż jak by ojciec żył sądzę iż był by dla mnie kimś w rodzaju pułkownika Kurtz’a z „Czasu Apokalipsy”. Mi by przyszło zapowiadać go tak jak robił ten fotoreporter z jego „rodziny”.

 

Wczoraj doczytałem „Szewców” Witkiewicza do końca. Świetny motyw gdy na scenie pojawia się postać nadczłowieka symbolizowana przez Robociarza (robota). Podobno amfetamina nie uzależnia, taka jest opinia mistrza narkomanii W. Lee. Nie spałem tej nocy do około szóstej w nocy. To chyba wina ostrych kaw, które ostatnimi czasy popijam. Czuję się tak pobudzony, iż mógłbym zerwać i z dwie noce. „Co dalej?” to tytuł artykułu jaki dziś przeskanowałem. Traktuje o ochronie środowiska. Dokładniej o zanieczyszczeniach wód, przez fabryczne ścieki. Oto świetny fragment.

 

„Ochrona środowiska natu­ralnego to obowiązek każdego z nas. Trudno bowiem nie dbać o podstawę naszego bytu. W regionach wielkoprzemysłowych od lat w szufladach urzędników leżały raporty o stanie środowiska. Lektura ich budzi grozę. Lecz mimo alarmistycznych da­nych nie podejmowano działań mających zaradzić złu.”

 

Zło jest utożsamiane z zanieczyszczaniem ekosfery. To tak samo jak twierdził P. K. Dick, który miał teorię iż gdy cierpi nasza ziemska przyroda cierpi również sam Jezus. Którego poparzenia nasilają swój ból. Bo on wcale nie zginął przez ukrzyżowanie nadal żyje. I patrzy na to co ludzie czynią ze środowiskiem naturalnym „podstawą naszego bytu”.

 

Gdyby się udało zorganizować wyjazd na wieś do tytułowego „małego dworku”. Mogła by również pojechać Anna T. gdybyśmy we trójkę zapalili psychodeliczną trawę. Wtedy nie mam pojęcia jak bym to zniósł. Wśród dwóch kobiet bardzo przeze mnie szanowanych. Musiał bym chyba błaznować. Sam nie wiem. Dla równowagi przydał by się jeszcze jeden samiec. Kto by to był? Na pewno ktoś w miarę lojalny, któremu by nie rzuciło się coś na głowę. Trudno o taką osobę. Może… rodzony brat.

 

poniedziałek, 15 grudnia 2003

     Była Melka wydrukowałem jej pracę w trzech egzemplarzach. Powiedziała, że jestem złoty i wyszła. Wcześniej wyraziła jeszcze taką opinię. Gdy zaproponowałem jej szklankę coki. Iż skądś się dowiedziała, że ten napój działa anty wymiotnie. Mówię, że jak robisz drinki z coki to masz prawo zwymiotować. Jeśli za dużo ich wypijesz. Nie chodzi mi o to odpowiada. Że działa sama kofeina. Której jest mniej jak w filiżance dobrej kawy dopowiadam. Zapytałem o zespół piłkarski z naszego miasta, mówiła że jest w 5 lidze. To jeszcze nie jest dno, choć niewiele brakuje.

Obejrzałem film pt. „Leon Zawodowiec” świetna rola Gary Oldman’a. Który słucha muzyki klasycznej aby się wyluzować przed mordowaniem bez drgnięcia powiek. Wcześniej zażywając jakąś ampułkę specyfiku. Po którym wygina się jak zwierzę. Gdy podchodzi do swego petenta, obwąchuje go w celu weryfikacji, czy nie blefuje. Piękna scena. Mówi o Beethovenie, że go ceni, ale poza dobrymi wejściami, ma poczucie nudy przebijającej z jego muzyki. Dobra jest również rola J. Reno. Francuski aktor gra płatnego zabójcę, bez skrupułów. Gdy siostra młodej bohaterki Matyldy ćwiczy aerobik przed odbiornikiem telewizyjnym, a ta przełącza jej kanał na kreskówki. Mówi do niej aby tego nie robiła, i tu tekst „- Bo rozkwaszę ci mordę!”

Dziś na ścianę, która jest ozdobiona różnej maści obrazami. Ręcznie malowanymi, jak i sfabrykowanymi. Powiesiłem pracę Grześka B. plus cztery cytaty Andy Warhola. Taka typowa ściana w stylu pop art.

 

Dziś znalazłem dwie książki z fragmentami ponaznaczanymi żółtą kredką jak i szarym ołówkiem przez ojca. Pierwsza z nich traktuje o Oświęcimiu, Powstaniu Warszawskim oraz holokauście. Druga jest Czesława Miłosza pt. „Człowiek wśród skorpionów”. Ponaznaczane partie tekstu, są w istocie bardzo spójne. Bo pasują mi do wyobrażenia ojca. Ważne jest to, co człowiek zaznacza gdy czyta książkę. Widać, że się nad tym zastanawiał. Przededukował oraz uznał za słuszne. Sam kiedyś zakreślałem fragmenty. Ale potem zaprzestałem aby nie było błędnego odczytu dokumentu podczas skanowania. Zazwyczaj gdy coś mnie urzeknie, przepisuję fragment, na kartkę papieru. Gdy nie mam pod ręką komputera. Skończyłem już nawet z prowadzenia dziennika w Białym. Boję się, aby ktoś go nie wziął. To co piszę urąga wielu osobom z mego otoczenia. Nie mówię im tego tylko zapisuję. Ciężka sprawa w oczy mówić nagą prawdę co się naprawdę myśli. Chociaż do tego powinno się zmierzać.

 

Pojutrze przyjeżdża siostra ze stolicy Unii Europejskiej. Będzie to środa. Więc zobaczę ją najwcześniej w piątek po południu. Jestem ciekaw jak to pierwsze spotkanie od prawie pół roku będzie wyglądać. Nie sądzę aby coś się drastycznie pozmieniało w naszych stosunkach. Ona wie swoje, ja również mam prawo do wyrażania opinii. Żyjemy wszakże w wolnym kraju.

 

W tym tygodniu będę musiał porobić prezenty. Oraz zakupić kilka wydań różnych dzienników białostockich, aby rozejrzeć się za jakimś zajęciem. Odpowiadało by mi coś w stylu artystycznego podejścia do słowa drukowanego. Jakieś krótkie formy literackie. Na pograniczu eseju, recenzji czy sprawozdania z tego co zobaczyłem, gdzie byłem, jakich wrażeń estetycznych doświadczyłem. Czy była to estetyka, czy pogranicze sztampy. Wyzute z resztek wartości. Wszelka forma redagowania czegokolwiek, by mi odpowiadała. Przy okazji miał bym wiele radości,  że    coś mojego ukazało się na papierze zadrukowanym w fabryce drukarskiej. Jak na razie w prasie codziennej ukazało się jeden raz moje imię i nazwisko, gdy wygrałem konkurs w „Gazecie Wyborczej”. Byłem z tego dumny, niczym bym wygrał kilka milionów w totka.

 

Mam skrytą nadzieję, iż jeszcze w tym roku, uda mi się znaleźć jakieś szemrane zajęcie. Nie chciałbym schodzić do podziemia z moją działalnością. Robić coś legalnie i mieć za to wynagrodzenie to jest duża sztuka. Największa jednak to robić po prostu dobre, intratne interesy. Jak twierdzi Andy Warhol. Tak mi dopomóż…

 

Zacząłem czytać powieść P. K. Dick’a „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach”. Jest w niej motyw iż „ludzie” programują swoje nastroje. Na zasadzie wydawania poleceń komputerowi. Kapitalne.

 

Udało mi się nagrać płytę audio, jednak nagrywarka jest w pełni funkcjonalna. Myślałem, iż coś jest nie w porządku. Wtłoczyłem na CD koncert Dein’a Lakaien’a „Dark Star tour’92” od którego to, zaczęła się moja miłość do jego głosu i muzyki. Tą płytę kiedyś w czasach liceum przyniosła mi przed lekcją chemii na pierwszym piętrze Anna T. Słuchałem jej bez opamiętania, bardzo długi okres czasu. Tak o niej napisał Tomasz Beksiński…

  1. DEINE LAKAIEN Dark Star Tour

„Każda oferta Veljanova i Horna jest piękna, ale ów koncertowy album oferuje najwięcej wzruszeń, a szczególnie Love Me To The End.”

 

Przetłumaczyłem wczorajszej nocy dwa teksy z powyższego albumu. Pierwszy „Colour-ize” i „Ulyssesa” nie zrobiłem tego rodem z języka poetyckiego. Po prostu poprzekładałem poszczególne wyrazy z angielskiego na polski. Na tym polega przekład. Fragment „Colour-ize”:

 

Nie mogę zgasnąć

na zewnątrz jest zimno

Nie mogę wyjść

Na zewnątrz jest ciemno

zbyt zmęczony by się poruszyć

zbyt zmęczony by umrzeć

żyjąc w koszmarze

dzień za dniem

 

tłum. /kass/

 

Dostałem 100 zł. więc prezenty będę musiał kupić kiedy indziej.

 

Przeczytałem tekst ojca pt. „Buty z Siemiatycz” dotyczył kryzysu jaki swego czasu był  związany z tym typem wyrobów. Kiedy to produkcja nie nadążała. I „szewc bez butów chodził”.

 

Tej nocy miałem sen takiej treści. Wracałem do domu, ale miałem w planach jeszcze gdzieś się wybrać. Szedł ze mną Bomba i ktoś jeszcze. Wracaliśmy tak jakby z liceum. Była piękna bajkowa zima. Ulica która zmierza do Urzędu Miasta była udekorowana w niesamowitą ilość kwiatów, zaczepionych wysoko na poziomie lamp ulicznych. Ten widok sprawił, iż myślałem że to nie są Siemiatycze, a jakieś niesamowite miasto ze snu. Więc wchodzę na klatkę, zastaję otworzone drzwi od mieszkania. Zaglądam do pokoju, nie ma w nim stołu oraz komputera. Zniknął. Koszmar, pomyślałem sobie, ktoś mi podpierdolił komputer. Na którym zawarta jest część mego żywota.

 

Drugi sen. Wracałem razem z Piecią z Marszałka. Spotykamy Nestera. Nie chce mi podać ręki. Tak jakbym go zdradził. Nie przejmuję się tym zanadto, choć nie wiem o co dokładnie mu chodzi. Skąd ta awersja do mnie.

 

Jutro podróż do Białego. I kolejne niecałe cztery dni spędzać będę, myśląc kiedy zamieszkam we własnym mieszkaniu. Tak by było o wiele lepiej. Przynajmniej do końca grudnia. Będę tam musiał mieszkać. Zapłacone mam za grudzień. W styczniu może uda się z siostrą wypertraktować kawalerkę. Sądzę, że będzie mnie w stanie zrozumieć. Moje argumenty przemówią do niej. I zastanowi się nad kwestią.

 

Gdy wczoraj drukowałem dla Melanii pracę. Siedziała na łóżku i obgryzała na łóżku swe paznokcie. Pewnie na tle nerwicowym. Mówiła, iż chłopak ze Śląska ma jej przesłać swe fotografie. Na które to z utęsknieniem czeka. Ona mu wszakże swoje wysłała. I objawiła swoje zewnętrzne oblicze.

 

środa, 17 grudnia 2003 (Biały)

Dziś w nocy miałem koszmar o samobójczej treści. Byłem w jakimś eleganckim piętrowym domu. Na piętrze z którego schodziło się schodami w dół. Barierka była wykonana z lakierowanego lekko brązowego drewna. W jakimś przypływie furii i ostatecznej rezygnacji. Rozpędzam się i skaczę ponad drewnianym parawanem, aby zakończyć męczarnię wyimaginowaną w moim umyśle. Gdy przeskakuję ponad i lecę w dolinę śmierci na złamanie karku. Jakieś tajemnicze siły sprawcze czynią iż moje ciało poddaje się lewitacji. I unoszę się w górę niczym w filmach science-fiction. Wracam na poziom z którego wyskoczyłem. Tak jakby we śnie uświadomił sobie, że na taką decyzję jeszcze za wcześnie. Budzę się w środku nocy zdezorientowany i lekko przestraszony.

 

Niedawno miałem sen, iż razem z Piecią W. graliśmy na maszynach. On rozbił bank. Więc pytam go, czy nie pożyczył by mi 10 zł., bo też chcę spróbować. Mówię, że jak wygram to niezwłocznie oddam. Daje mi dwie piątki.

 

Książka o Andym Warholu kosztuje nie 8 zł. tak jak uprzednio, tylko 10 zł. Kupuję ją i tak w ciemno. Intuicja mnie nie zwodzi. Z tak szczerą biografią nie spotkałem się dawno. Czy to nie o tą symboliczną dychę chodziło?

 

Gdy tego samego dnia w restauracji na ul. Lipowej jem hamburgera, popijając małą colą. Podchodzi do mnie chłopczyk z długimi kwiatami i pyta, czy nie chcę ich kupić. Patrzę na te produkty syntetyzowanej natury. Kwiaty były raczej sztuczne. Uśmiecham się i odmawiam.

 

Gdy jakaś dziewczyna z grupy, ta zamężna opowiada, jak to sobie drwią ze studentów, dając takie niskie stypendia socjalne. Przyrównuje się do biednych ludzi. Właśnie ostatnio zabrałem ze sobą powieść F. Dostojewskiego pt. „Biedni Ludzie”, której jeszcze nie rozpocząłem.

 

Jedna z panienek opowiadała iż pracuje w komisie. Ta która przeważnie siedzi obok mnie. Oświadczyła, że z tą pracą wiążą się różne kłopoty. I właśnie w jakiś popadła. Wiadomo przecież, że to normalka, jakie charaktery dają coś pod zastaw lub spylają po zaniżonych cenach, aby mieć na kolejną działkę. Potem „ciśnieniowcy” sobie coś przypominają w odrębnej rzeczywistości i roszczą sobie pretensję do ekspedientki. Ryzykowny to zawód.

 

Przedwczoraj myślałem iż w lodówce stoi prawdziwe MARTINI. Odkręciłem, powąchałem. Wylizałem palce. Myślę, całkiem ciekawy smak. Dziś współlokator mówi, że przelał do butelki po tym trunku sok z czarnej porzeczki.

 

Dziś kupiłem pierwszy film na DVD za 9,95 zł. Pedro Almodowara pt. „Wszystko o mojej matce”. Kiedyś jak go oglądałem, mocno się wzruszałem. Takie typowo kobiece kino, ale na jakim poziomie wykonania.

 

Kupiłem dwa prezenty dla mojej chrześniaczki. Łosia na nartach ze szkła. I drewniany kwiatek w doniczce, przymocowany do niej sprężynką.

 

czwartek, 18 grudnia 2003  

     Dziś na zajęciach. Panienka z historii, ta z kieszeniami w kształcie serc. Ma tak nisko obciągnięte spodnie, że jej seksowne czarne majtki wystają, w dużej części ze spodni. Zauważam to, bo jestem bystry, i w duchu się śmieję. To przechodzi moje wyobrażenia. Te wszelkie mikro erotyczne gesty, mają siłę zniewalającą.

 

Zachodzę do komisu i natykam się na ofertę, która jest odpowiednia dla moich wymagań o przenośnej maszynie do pisania. Czyli notebooku z procesorem 486, pamięcią RAM 8 MB, dyskiem 500 MB, zasilaczem, kolorowym wyświetlaczem i Windowsem 95 na pokładzie. Cena to jedynie 210 zł. Czyli okazja, jakich mało. Chyba się na tą ofertę połaszę.

 

Dostaję w prezencie gwiazdkowym monitor japońskiej firmy „iiyama”, aż 19 cali. Ustawiam rozdzielczość ekranu na 1152 X 864. I wszystko jest czytelne i wyraźne. Tak wielki monitor, to luksus. Gabarytami prawie dorównuje domowemu telewizorowi 21 cali. Oglądam z Marcinem film M. Scorsese pt. „Taxi Driver” z R. De Niro w roli głównej. Motto filmu – „W każdym mieście jest taki człowiek!”.

 

Marcin przywozi również swój prywatny przenośny dysk twardy 40 GB podłączany przez gniazdo USB. Na nim mnóstwo bajek, trochę filmów. I… książki w pełnych wersjach. Jeszcze nie przeglądałem jakie. Ale jest ich sporo. Do tego aparat cyfrowy HP. Całkiem fajny model. Z wysuwanym obiektywem, zoomem optycznym i masą bajerów.

 

Majka widząc mnie płacze, boi się i nie chce akceptować.

 

Nagrywam prawie całą jedną stronę 45 min. eksperymentalnej muzyki NI Reaktor. Dźwięki maszyn, robotów, piski technologii, odgłosy wiatru, szum pędzącego pociągu. Zaraz kładę się do łóżka, bo zrobiłem się senny. Marcin ma pretensje do żony, że za długo sypia. I tak człowiek, chcąc czy nie chcąc musi przespać 25% życia. Chyba, że cały czas ciągnie na amfetaminie. Wtedy to inna świeczka. Wśród elektronicznych książek około 1 GB tekstu. Jest masa literatury s-f. W. Gibson, P. K. Dick, Roger Zelazny, pojedyńcze numery magazynu „Fenix“ jedna pozycja F. Niczego. Kilka powieści S. Lema. Dwie powieści Wiliama Lee. Oraz „Sekretny dziennik Laury Palmer”. Plus biografia Franka Zappy pt. „Takiego mnie nie znacie”. Dochodzę do wniosku, że jeżeli komuś się chce robić skany książek, to może z kulturą nie jest jeszcze tak najgorzej. To wszakże pracochłonne zajęcie. Sam się nad tym zastanawiam. Czy co cenniejszych książek nie pozamieniać na format cyfrowy. W pierwszej kolejności pójdą wszystkie teksty ojca. Następnie planuję skupić się na scenariuszach filmowych, oraz biografiach cenionych przeze mnie aktorów. Jak Q. Tarantino czy M. Brando. Mam nową wersję „Czasu Apokalipsy” na 1,4 GB czyli w jakości zbliżonej do DVD. Ten film również przywiózł Marcin, wersja jest z lektorem, czyli trochę niedobrze. Muszę ściągnąć kodeki i obejrzeć tą nową wersję dla zasady. Aby móc skonfrontować nowe ze starym.

 

piątek, 19 grudnia 2003

     Dziś w nocy miałem sen takiej treści. Jestem w Mierzwicach siedzę w dużym pokoju, przychodzi brat z hot-dogiem i mówi, że w kuchni jest bar szybkiej obsługi i podają różne przysmaki. Idę więc coś wrzucić na ruszt. Wchodzę proszę o hamburgera. Za oknem przejeżdża jakiś futurystyczny pojazd rolniczy, mama przygląda się mu z ciekawością.

 

Drugi sen. Jadę rowerem marki BMX do Lublina w celu odwiedzenia starych znajomych. Wjeżdżam do miasta. Piękne i zupełnie inne niż w rzeczywistości. Wjeżdżam na plac uniwersytecki, tam za bluzę łapie mnie Kaczor i pyta skąd jestem, jak z Supraśla to na miejscu dostanę wpierdol. Patrzy na metkę mojej bluzy widzi napis Siemiatycze. I pyta kim jestem. Zdziwiony, że mnie nie rozpoznaje mówię mu że to ja Scottie Pippen. – Nie ściemniaj odpowiada. Znam go i to na pewno nie jesteś ty. Ale puszcza mnie. Nie chce abym mu to udowadniał. Zjeżdżam ze schodów i wchodzę do budynku. W środku identycznie jak w szkole podstawowej nr 1 w S-tyczach. Widzę Monikę Zarembę z profilu odciągam ją siłą na słówko. Pytam czemu nikt mi nie dał rozkładu z zajęciami. Wyciąga karteczkę z planem wydrukowanym na komputerze, przyglądam się i zaczynam płakać. Mam do wszystkich żal, że mnie nie powiadomili. Podchodzi Marta B. Po czym wchodzę na górę, aby wziąć udział w zajęciach z rosyjskiego, wiem że ciężko będzie mi to wszystko nadrobić. Wchodzę po schodach i widzę Katarzynę z akademika na ul. Zana.

 

Dziś Marcin odpowiada, gdy siostra wypytuje go co słychać u jego matki i brata. Jak im idą przygotowania do świąt. Tym pytaniem Marcin jest zdegustowany, odpowiada że smażą kurczaka na folii z aluminium. Po czym Grzesiek ją rozprasowuje i razem z matką z lufami w mordach, rzucają na ruszt kość brązu i wspólnie palą heroinę. Bowiem pani psycholog powiedziała iż aby wyciągnąć narkomana z nałogu trzeba zejść do jego poziomu. Więc trzeba się uzależnić, aby wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi… Przysłuchuję się po czym, podciągam koszulkę marki „Championa” do góry i mówię im patrzcie jak mam zarośniętą klatkę piersiową, jak dorosły facet. Oboje się śmieją.

 

Aśka opowiada, że Paweł W. podłapał zajęcie w firmie Petera jako podległy Marcinowi synowi właściciela firmy. Który w najbliższym czasie będzie miał przeszczep wątroby, zniszczonej przez nadmierne ćpanie.

 

Wczoraj gdy wracam z dworca PKS na osiedlu dostrzegam nowe centrum handlowe o nazwie „SADY” tak brzmi również nazwa dzielnicy. Nie byłem jeszcze w środku, ale pewnie duży jest to market. Filia Irekspolu, tak dziś powiedział Marcin. Tak jak serial z Fronczewskim pt. „Tato a Marcin powiedział…”.

 

sobota, 20 grudnia 2003

     Dziś dowiaduję się dwóch ciekawych rzeczy. Pierwsza to taka, mówi mi to siostra, że gdy byłem mały, matka wraz z ojcem ze względu na moje cherlawe zdrowie chcieli mnie oddać na zawsze do adopcji jakiejś innej rodzinie. Podobno bardzo prawej i mądrej. Oboje oni byli bezdzietni, przychodzili parę razy, w ostatniej chwili matka się rozmyśla i postanawia dalej mnie wychowywać. Owo małżeństwo, było typowymi naukowymi głowami. Więc zapewne by chciało, aby ich syn był również naukowcem. Może to i dobrze, że tak się stało, jak się stało. Chociaż kto to tak naprawdę wie?

 

Druga sprawa dotyczy domniemanego występu w filmie mego ojca. Film nosi tytuł „Wniebowzięci” podobno wciela się w nim w rolę kelnera. Gra około 20 sekund. Marcin twierdzi, że w 100% jest to on. Aśka ma lekkie wątpliwości, i czeka na opinię mamy. Jednakże jako iż ten film mam nagrany, sam to ocenię… Nie oczekuję iż będzie tam jego postać, chociaż jak tak by było. Duma przepełniła by ponad poziom moje serce.

 

Dziś ściągam i instaluję sterowniki do monitora. Oraz dostaję e-mail z redakcji. Dalej nakłaniają mnie, abym dla nich pisał. Przemyślę to, kto wie może znowu coś będę recenzował. I niech mnie jeśli wiem co to znaczy.

 

Instaluję różne kodeki do filmów divx, wreszcie wszystko chodzi tak jak powinno. Oglądam z Marcinem film pt. „Brazil” jednego z Monthy Pythonów. Całkowicie absurdalny. Zagubienie urzędnika od informacji, przypomina machinę urzędniczą w „Procesie” Franka Kafki doby postmodernizmu skrzyżowanego z science fiction. Drugi film oglądam już sam. Jest to nowa wersja „Czasu Apokalipsy” do połowy wiele nowego, sceny bardziej humorystyczne, rozpogadzają te dekadenckie dzieło wszechczasów. Jutro pora na część dalszą.

 

Dzisiejszego pięknego dnia dostaję list od Barbary Rząsy pisze w nim m. in.:

 

„Zapewne bardzo Cię zdziwi mój list. Tak naprawdę przymierzałam się już dawno z napisaniem do Ciebie.”

 

Zdziwił mnie ten list bardzo, nie przypuszczałem że Baśka w takim tonie do mnie napisze. Te pierwsze listy, słowa są kluczowe. Dla dalszego rozwoju wypadków. Dalej…

 

„Dziękuję, że nie zapomniałeś o mnie na wakacjach. Twój SMS bardzo mnie ucieszył.”

 

Jakbym mógł zapomnieć o takiej dziewczynie. Takich osób się nie zapomina.

 

„Pipen kończę studia i nie mam pojęcia co dalej, odczuwam dziwny syndrom V-roku. Zaczęłam powoli pisać magisterkę, trzymaj za mnie kciuki.

Właśnie skończyłam malować kolejny obraz. Wyobraź sobie – kopia Beksińskiego.”

 

Każdy odczuwa ten syndrom, „co dalej” nawet gdy nie pisał nigdy pracy magisterskiej. Zawsze twierdzę, że to pytanie jest nadzwyczaj ważne. Niech praca będzie zwieńczeniem drogi obranej przez człowieka. Kopiowanie to też forma wysokiej sztuki.

 

„Chciałam jednak mimo wszystko oddać nieco swojej inwencji poprzez kolorystykę.

Na pewno kojarzysz ten obraz – Często ludzie nazywają go doliną śmierci.”

 

Nie kojarzę tego malowidła, ale jeżeli go maluje Barbara na pewno musi być interesujący.

 

„Dla każdego żywego człowieka czeka nieuchronna śmierć, niezależnie od tego czy jesteśmy bogaci, biedni, piękni, brzydcy itd.”

 

„A może ta świeca jest nadzieją, nadzieją dla tych, którzy wierzą w absolut, w coś co jest doskonałe, w coś co nadaje sens tej kolei rzeczy.”

 

„(…) wszyscy Cię tu miło wspominamy.”

 

„(…) aby spełniły się choć częściowo Twoje marzenia i przede wszystkim abyś był szczęśliwy w swoim życiu.”

 

Tymi wszystkimi zdaniami jestem bardzo poruszony. Za to lubię Barbarę, iż potrafi zasiać ziarnko nadziei w mym sercu. Odwiedzę ją zapewne w następnym roku 2004.

 

Siostra jest w 4 tygodniu ciąży.

 

niedziela, 21 grudnia 2003

Dziś gdy szedłem z Grześkiem B. i Szczurkiem z Targowicy do budki telefonicznej koło Urzędu Gminy. Przed nami szła starsza kobieta. Zataczała się mocno, po czym upadła na ziemię. Nie dała rady się podnieść. Jakiś czas klęczała na kolanach, próbując się podnieść. Przeszliśmy obok niej, nie reagując na ten incydent. Wcześniej gdy staliśmy na jednym ze straganów. Przechodzili obok jacyś małolaci, wyzywali się od pedałów, darli ryj jak zwierzęta. Gdy jeden z nich lał, reszta krzyczała, aby tego nie robił bo mu chuj się przeziębi i będzie kaszlał. Więc podchodzimy do budki telefonicznej. Wcześniej Szczurek ostrzegał, że może być zarzygana, raz mu się to przytrafiło. Faktycznie tak było i tym razem. W kabinie rzygowiny. Nie da się zadzwonić.

Dzisiejszego wieczora wypijam małą Łomżę oraz pół Clasica marki Dojlidy. Nie mam pieniędzy na więcej. Wracam do domu. Odwiedza mnie Tajny. Mówi, że sylwestra będzie pewnie spędzał przed telewizorem, twierdzi że już nic go nie może zaskoczyć. Pytam dlaczego tak, a nie inaczej.

– Dlatego, że Amerykanie przejebali wojnę w Iraku?

– Nie, nie dlatego. Po prostu im nie wierzę, że złapali S. Husajna…

Myślę sobie, że kto takie rzeczy może wiedzieć. Przegląda moją kolekcję płyt. Wybiera D. Lakaiena i pyta mnie kto jest na wokalu. Odpowiadam po chamsku, że wokalista, bo nie mam ochoty z nim dłużej rozmawiać. Nie palę ani grama marihuany. Odmawiam kilkakrotnie propozycji przystukania. Dziś gdy wracałem z kilogramem cukru, kupionym na ul. Szpitalnej. Przechodząc obok Agencji Ochrony WALOR widzę jak podjeżdża samochód. Wysiada z niego jakiś przybity koleś w skórze. Chwiejnym krokiem idzie do budynku wpadając po drodze centralnie na drugie auto, zaparkowane tuż obok tego z którego ledwo co wysiadł.

Po tych wydarzeniach dzwoni Jakub, zapowiada swoją wizytę. Przybywa razem z Twarogiem. Obaj są po tabletkach EXTASY. Strasznie kręci ich muzyka jaką nagrałem poprzedniej nocy. Jakub sam próbuje opanować ten program. Napala się na niego strasznie. Jutro przyjdzie tylko po to, aby jeszcze móc popróbować tworzenia dźwięków. Dyskietkę z artykułami przekazał siostrze dopiero dziś. Lepiej dziś niż wcale myślę sobie.

 

Rozmawiałem z pedagogiem Elżbietą S. wyznałem jej całą prawdę o moich kontaktach z narkotykami. Wyciągnęła z tego taki wniosek, że gdy je biorę to zmienia mi się psychika. Która już obecnie uległa dużej transformacji. Dużo gorzej idzie mi wyrażanie własnych myśli, moje słowa są nieskładne i niewyraźne. Tego nie powiedziała, ale miała na myśli. Twierdziła, że zbyt gloryfikuję swego ojca. Gdy zacząłem jej opowiadać, jaki to z niego był świetny i poważny reporter. Agresywny, a zarazem bardzo odważny. W trakcie rozmowy, ktoś zapukał do drzwi wstała Elka i otworzyła drzwi. Stał za nimi Kaczor. Powiedziała, że Tomek jest teraz zajęty i nie wyjdzie. Wróciła do rozmowy. Gdy spytała co chciał. Powiedziałem, że mam namiary na ziele, a że on jest dealerem i konsumentem zarazem. Pyta mnie o cynk, kto coś może w mieście mieć. Zwykle tego nie wiem. Mówię jej, że tak funkcjonuje tu większość palących marihuanę. Ciągle jej poszukując, węsząc. Ustawiając swe systemy mózgowe na fale poszukiwaczy THC. Powoli się z tego wycofuję. Nie chcę się pogrążać. Stawać zbyt pasywnym. Przyznaję się Elce, że paliłem wszystko od ciężkiej heroiny poprzez lżejszy haszysz na marihuanie skończywszy. Brałem do tego amfetaminę około kilku gramów. Miałem lęki i fobie. Kwasy LSD-25 po których mózg lasuje się nieodwracalnie. Elka dochodzi do wniosku, że potrzebna mi baba. Aby mnie dowartościować, ponieważ mam zaniżoną samoocenę. Gdy każe mi wymienić pięć rzeczy, które robię dobrze. Wymieniam dwie. Pisanie na grafomańskim poziomie. Oraz tworzenie muzyki chaosu, współczesnego zgiełku cywilizacji. Której ciężko jest słuchać. Nie ma tam nic przyjemnego dla ucha. Zacytowałem fragment traktatu logiczno-filozoficznego. I kolejna przerwa w dyskusji. Idę do kuchni nalać sobie wody niegazowanej. Następnie wylewam mimowolnie szklankę na jej sukienkę. Wygląda jakby popuściła mocz. Lub ktoś się na nią spuścił. Potem dodaję, że gdyby takie rzeczy jak mi teraz mówi, powiedziała przy moim ojcu. Dostała by po twarzy. Mówię że to był bardzo radykalny mężczyzna. Gdy chciałem kotka, a on był przeciw. Złapał zwierzę za sierść na karku po czym wystawił przez okno i puścił. Elka twierdziła, że jestem najzwyklejszym konsumentem i niezłym manipulatorem. W trakcie rozmowy wchodzi do pokoju Halina R. I cieszy się na mój widok. Mimo iż nie odzywam się do niej słowem. Po prostu w mojej postaci widzi Wojtka, to jej wystarcza, aby poczuć się lepiej. Mówiła, że zamierza jechać do Włoch za pracą. Nie wyobraża sobie tego, ale tak czy inaczej będzie musiała temu podołać.

Przychodzi wcześniej Anka z Ewką. Wchodzę do pokoju pytam ich co słychać. Odpowiadają, że w porządku. Mówię Ance żeby poszła ze mną do dużego pokoju, zobaczyć jak jest ładnie. Aśka się śmieje, ale rzeczywiście pomieszczenie wygląda dużo lepiej niż kiedyś. Anka mówi gdy pytam jak ona to widzi.               – Teraz jest normalnie. – powiedziała bez silenia się na zachwyt. To w niej lubię.

Gdy wołam ją po raz drugi przychodzi, daję jej na dyskietce włożoną w białą kopertę trzy książki. Mówię jakie, ciszy się z pamiętnika Laury Palmer. Który już kiedyś czytała.

Wchodzę do pokoju trochę zaspany. Mówię, że czytam książkę o Andym Warcholu. – Słyszałaś o nim? – Pytam. – Tak coś słyszałam. – brzmi odpowiedź. – Spoko koleś. – Podsumowuję.

Również Ance najbardziej do gustu przypadła książka P. K. Dick’a pt. „Labirynt śmierci”. Gdy próbuję ją zaprosić na sylwestra do Mierzwic. Odpowiada, że jeszcze dużo czasu zostało. I się zastanowi.

 

poniedziałek, 22 grudnia 2003

Byłem w sklepie komputerowym w budynku niedawno wybudowanym na osiedlu Sady. Pomieszczenie mieści się na samej górze. Szefem sklepu jest mój dawny nauczyciel od fizyki. Marcin kupił u niego klawiaturę wyglądem przypominającą klawisze do przenośnego komputera. Obok niej stała dużo mniejsza biała klawiatura. Zupełnie okrojona z wszelkich możliwych bajerów. Świetny wygląd i bardzo miękko wciskające się klawisze. Idealna jak na mój gust. O taki model mi chodziło. Prędzej czy później sobie ją zakupię. Do nowego sprzętu. Który będzie stał w Białym. Nie pytałem o cenę, ale sądzę że nie więcej jak 60, 70 złotych.

Gdy już wychodziliśmy szef sklepu. Szeptem zaproponował Marcinowi pirackie filmy na DVD. 15 zł. za sztukę. Wcześniej śmiał się mówiąc iż niektórzy klienci mówią – U nas w Brukseli. Cichy mówi niech się pan nie śmieje, bo ja również przyjechałem z Belgii.

W saloniku prasowym za ladą stoi dawna znajoma Marcina. Cieszy się na jego widok. Sympatycznie się uśmiechając. Biorę nowy numer Pc World Komputer i Głos Siemiatycz po czym wychodzimy.

Sprzątam i odkurzam w domu. W pokoju znów porządek i minimalny wystrój. Tak minimalny jak tylko może być. Wczoraj w nocy piszę tekst do magazynu muzycznego. Natchną mnie do tego film niemy z muzyką sakralną z 1922 roku. Znów planuję tam publikować swoje teksty. Może z czasem się wyrobię. Dziś wieczór, wysyłam do redakcji dwa artykuły. Jeden autorski, drugi przedruk z amerykańskiej encyklopedii Microsoftu. Trochę zmieniony i bardzo rzeczowy. O jazzmenie J. Coltrane’nie.

Pokazuję siostrze list z redakcji. Cieszy się że w takie coś jestem zaangażowany. Podkreślam że to wirtualne pismo ma kontakty z dużymi wytwórniami płytowymi. To fakt.

 

Wieczór. Idę z Grześkiem B. do Szczurka, podobno mam mieć wolną chatę. Jednak nic z tego. Po drodze kupujemy w Biedronce koło Feniksu trzy tanie piwa za 1,55 zł. Na więcej mnie nie stać. Pijemy je na dzielnicy Wysokiej w oczekiwaniu na Szurka. Przed klatką na ławce. Wychodzi idziemy do jakiegoś kolesia załatwiać samochód, aby powozić się trochę po mieście. W między czasie odlewam się pod drzewkiem w ciemnościach. Obok jest dom do którego poszedł Grzesiek. Gdy puka ktoś otwiera drzwi i zapala światło na zewnątrz. Jestem oświetlony w pozycji gdy stoję i sikam. Następnie zawiązuję rozsznurowanego buta na lewej nodze, który uwiera w zewnętrzną część palców. Prawy jest w wygodny, za to lewy jest jakby mniej komfortowy.

W drodze dowiaduję się, że kolesia w klubie Metro o czym pisał Głos S. pobił jeden z ochroniarzy pseudo Reks. Grzesiek B. proponuję mi książkę o pop-art. Terminologia tej epoki kulturowej. Jest w niej nawet mowa o serialu Lynch’a „Miasteczko T. P.” tak reklamuje mi ją Grzegorz. Potem zachodzimy do koleszki, który reperował cały dzień samochód marki Ford. Lecz nie chce go wziąć. Gdy oni z nim negocjują, przechodzi pijany mężczyzna, z włączonym monologiem. Mówi – Część chłopaki. Odpowiedź brzmi – Dobry wieczór. Oba Grześki mówią, że widzieli wczorajszego dnia Jakuba. Dziwne miał oczy podsumowują. Jakiś koleś na klatce, zadaje egzystencjalne pytanie – Czemu tego co dobre, jest zawsze za mało, albo tego nie ma w ogóle. – Mówi to gdy czuje zapach maryśki wydobywający się z opalanej lufy. Gdy przechodzimy obok budynku Cerkwi na ul. Wysokiej. Kompan Grzegorz B. mówi – Wyobraźcie sobie, że jesteśmy na Marsie, a ten budynek to nasza baza. – Myślę w tym momencie. Ładna mi baza, wygląda jak labirynt śmierci, z okładki książki P. K. Dick’a.

Anka T. nie wzięła ode mnie prezentu na dyskietce. Pożyczyła za to dwie płyty z klasyką. Relaks i noc w towarzystwie tych dźwięków. Tak się podświadomie spodziewałem, że z czterech płyt weźmie akurat te dwie. Nie klasyka w kinie, ale noc i relaks.

Czytam Głos S. praktycznie w całości za jednym podejściem. W kronice policyjnej taka sytuacja. Ktoś w sklepie kroi z kasy około 600 zł. Przyjeżdża wezwana policja. Zatrzymują wszystkich klientów i robią im rewizję osobistą. Przy okazji poszukiwania pieniędzy znajdują u jednego z młodzieńców jakieś narkotyki.

Dowiaduję się, że Hanna I. wychodzi powtórnie za mąż. Wybraniec to warszawiak.

Pożyczam swój monitor 14 cali. Wraz z filtrem Polaroida Pawłowi W., który złożył komputer swej Teresie.

Na kompaktach które były dołączone do magazynu, nie ma programu ze względu na który kupiłem owo pismo. Demonstracyjna wersja nowej wersji Fine Readera 7.0 znajduje się na nośniku DVD.

 

środa, 24 grudnia 2003

Dziś wigilia, spędzę ją w Mierzwicach w towarzystwie rodziny i nie rodziny. Pod postacią Doroty K. i Elżbiety S. mojego psychoanalityka.

Dziś wysłałem dwa artykuły do redakcji. Wydrukowałem regulamin. Przyniosłem z piwnicy czarne albumy z kolekcji ojca. W kiosku zakupiłem paczkę Pall Mali i Kurier Podlaski.

Wczoraj przeskanowałem coś powyżej 100 stron. Z książki o Warholu. Prawie wszystkie jego prace. I tekst. Posegregowałem i zamierzam wysłać Barbarze.

Ogoliłem się, wyperfumowałem i oczekuję na transport. Zapakowałem do plecaka przeczytane książki z ostatnich dwóch miesięcy. Oraz lufę z zielonym.

Wczoraj napisałem list do Barbary R., który zostanie wysłany po świętach. Do listu będą dołączone dwie płyty.

 

sobota, 27 grudnia 2003

Wysyłam dwa listy na poczcie. Polecony z priorytetem do Baśki R. i zwykły priorytetowy do magazynu Polityka. Dziś w nocy przyśniła mi się Barbara poszedłem ją odwiedzić w akademiku. Była wręcz nie do poznania. Nienaturalnie opalona na brązowo, i jej twarz wyglądała niczym by straciła swą dawną piękną urodę. Przeraziłem się na jej widok.

W sklepie papierniczym kupuję papier biały 500 sztuk do drukarek, najtańszy marki Pol-Speed. W czerwono białym opakowaniu. Płytę CD-RW w kolorze różowym, na którą przekopiowałem galerię Andy Warhol’a, oraz jedną dyskietkę i plastykowe opakowanie, na ten nośnik kopiuję artykuły ojca. Jedna koperta z miękkim, izolowanym wnętrzem, odpornym na wstrząsy. Drukuję list Baśce na śnieżno białym papierze. Dwie kartki. Składam go poczwórnie, wkładam do koperty wraz z dwoma płytami CD i dyskiem 1,44 MB. Ważny jest ten pierwszy list. Przekonałem się o tym pisząc do Anny. Trafiłem w punkt centralny, otrzymałem za niego, wielką rezerwę zaufania.

Dziś na Vivie oglądam teledysk francuskiej kapeli IN-GRID pt. „Je ne futu” z albumu „RANDEVOUS AVEC”. Dobry kawałek, kręci mnie jest pozytywny i prosty. Z ładnym francuskim wokalem.

Ostatnio śniło mi się, że byłem na jakiejś obcej planecie wśród istot ludzko podobnych, którzy zamiast głów mieli żarówki. Które rozbłyskiwały, gdy któryś z nich wpadł na jakąś myśl. Wczoraj opowiadam ten sen Jakubowi i Twarogowi obaj mają z tej wizji niezły ubaw.

Wuj Roman i ciotka Zofia przywożą do Mierzwic zbiór książek. Jest wśród nich jedna ze znakiem graficznym określającym przynależność do Wojciecha K. tytuł „O szczęściu” autor Władysław Tatarkiewicz. Piękniejszego prezentu pod choinkę nie byłem w stanie sobie wyobrazić.

Dostaję 50 zł. za to abym w domu nie palił. Ani fajek, ani marihuany. Dzisiejszego dnia wszystko wydaję. Zachodzę do kiosku po Pall Male dwie kobiety rozmawiają o zaufaniu. Klientka dowodzi, że ten co raz dobrze doradził nie może być złośliwy. Odpowiedź brzmi, ja żyję cały czas z tymi samymi ludźmi. Więc nie mogę ich oszukiwać.

Wczoraj obejrzałem połowę filmu braci Coen „Człowiek którego nie było” jest on najnowszym ich filmem, mimo to nakręcony na czarno-białej taśmie. Piękny wygląd scenerii, i świetna gra aktorów. To wystarczy, aby film wciągnął.

 

Siedzę u znajomego pijąc piwo. Trzecie dzisiejszego dnia. Leci płyta w sąsiednim pokoju. To zespół Life of Agony czyli Życie w Agonii. Termin agonii w słowniku wyrazów obcych PWN jest zdefiniowany następująco: agonia =  «stan poprzedzający zgon; konanie». Znajdujemy się w pokoju, gdzie gustownie rozmieszczone meble wpływają na dobry nastrój. Fotele drewniane, z obiciem skórzanym. Dwa potężne regały z książkami. Encyklopedie znajdują się po przeciwległej stronie. Są opasłe i w kilku tomach. Kominek, pobielany farbą. Nad nim wiszą dwie skrzyżowane szable, lub miecze nie znam się na tym. Więc siedzimy i rozmawiamy. Po trzecim piwie marki Żubr z Białowieży chce mi się wymiotować. Potok śliny napływa do ust, nie da się tego pohamować. Mówię – Już chyba nie dopiję browaru, bo się porzygam. – Wypalam jednak peta, poprawia się stan i kontynuuję picie. Opowiadam o filmie niemym jaki ostatnio oglądałem z 1922 roku pt. „Nosferatu”. I niedokładnie przytaczam pewną scenę, która w oryginale brzmi następująco:

 

„Nie śpiesz się tak bardzo młody przyjacielu! Nikt nie umknie przed swoim przeznaczeniem.” 

 

  • Wierzysz w przeznaczenie? – Brzmi pytanie kumpla.
  • Nie, raczej nie wierzę. – Odpowiadam.
  • Nie robiłem sobie testu, ale możliwe że mam AIDS’a. Boję się zrobić testu, oczekiwanie na wynik, ta niepewność jaki on będzie. Nie wytrzymał bym tego. Brałem kompot na dworcu centralnym. – Wysłuchuję tego zwierzenia. I nie wiem co powiedzieć. Pocieszyć, skarcić. Prawić w stylu, mówiłem żebyś tego nie robił. Sam dobrze wiedziałeś czym się to może skończyć. Po prostu milczę, tak jest czasami najłatwiej. Kłóć się w szyję z tej samej pukawki co starzy narkomani. To desperacja, w ekstremalnym wydaniu. Gdzie szacunek dla własnego zdrowia. Ciała. Jeszcze tego samego dnia, pyta mnie: – Czy ładną bluzę sobie kupiłem? – Patrzę idąc do sklepu po piwo. Biała z granatowym ściągaczem pod szyją. I napisem na klatce piersiowej. Określającym firmową przynależność. W tym wypadku jest to „WRANGLER”. Odpowiadam więc, że bardzo gustowna bluza. Co prawda ta firma nie zbudowała Ameryki. Zrobiła to firma „Lee”, tak przynajmniej mówi reklama. A w niej jest zawsze trochę z fałszu i prawdy. Pracują bowiem nad nimi sztaby psychologów i psychoanalityków. Hasło reklamowe brzmi: „Te jeansy zbudowały Amerykę”. Dodaję, że ostatnio również dostałem dżinsy marki Wrangler, od siostry z Belgii. Chodziła w nich, ale się jej znudziły i przysłała je mi. Ponieważ wie, że lubię rzeczy nudne. Powtarzalne.

 

Podobno wirusa HIV da się wyleczyć. Koszt takiego zabiegu wynosi około 5000 złotych. Informuje mnie znajomy. I z determinacją w głosie dodaje, że może uda się mu naskrobać tę kwotę. Jak na razie wyjmuje ze szkatułki, które to stanowią swoje oddzielne wszechświaty, banknot 10-złowowy. Aby mieć się za co alkoholizować tej nocy.

    

niedziela, 28 grudnia 2003

     Robię porządki na pawlaczu. Kasę fiskalną znoszę do piwnicy. Lampkę wcześniej przyczepioną do skraju pawlacza, stawiam za kolumną. Przez co efekt światła jest stonowany. W pokoju zapanował półmrok. Mój kumpel z filozofii, jest na drugim roku. Mieszka na ul. Zana w pokoju 37. W sąsiedztwie apartamentu Katarzyny nr 36. Sebastiano mówi wczoraj, że podczas studiowania się nie rozwija. Pije często wódkę i od czasu do czasu przypala. – Mam 2 gr. – mówi – jak byś chciał to mów. – Nie korzystam z oferty, po prostu nie mam ochoty na przypalanie. Poszliśmy wczorajszego wieczoru, do jego mieszkania. Tam jego brat Smalec i narzeczona. Grają w statki. Pyta mnie czy czytałem „Słoneczną loterię” P. K. Dick’a to jego pierwsza książka mówi. Pracuje teraz w bibliotece szkoły podstawowej nr 1 w S. za 450 zł. miesięcznie. Dopijam browar puszkowy Łomża i się zmywam.

Wczoraj dostałem ofertę powąchania płynu z Sex-Shop’u o nazwie Poper. Urozmaicający wrażenia orgazmu. Podobno jeden sztach wystarcza, aby kilka minut wirować się z ugiętymi w kolanach nogami. Głowa napływa krwią, pulsuje jakby miała za chwilę wybuchnąć. Nie wiem czy jeszcze na to jestem gotowy. Może jak pod ręką była by panna, gotowa do szczytowania. To wtedy czemu nie. A tak wrażenie umysłowej ekstazy, bez fizycznego kontaktu jest jakby mniej intensywne. Więc po co. Kiedy najpiękniejsze są fantazje o seksie, spełnienie jest tylko namiastką tego co można sobie wyobrazić. Tak twierdził Andy Warhol. Sebastian od razu wyczuł, że ostatnimi czasy, jest on moim autorytetem.

Wydrukowałem 12 stronicowy list Williama Lee. Do Brytyjskiego przeglądu narkotycznego. Dam go Pawłowi. Na pewno z wielką ciekawością zanurzy się w jego lekturze.

Formatuję dokument z wspomnieniami na czcionkę Courier New 12. Wychodzi 96 stron. Czyli dobijam pierwszej setki. Jest to jakiś powód do dumy. Tak sobie myślę.

Wczoraj po dwóch piwach wchodzę do domu. Idę do dużego pokoju gdzie na łóżku siedzi Dorota K. Marcin leży i ogląda telewizor. Mówię tonem ostatecznego zblazowania. Oraz pewności siebie. – Pseudo artyści. – Dorota trochę oburzona. Gdy mówię za jakąś minutę, że jest prawdziwą artystką. Odpowiada, że pierwsze słowo się liczy.

Zaciągam ją do pokoju, daję jej wizytówkę. Wcześniej dostała ją siostra. I pytam jak opowiadanie. Mówi, że niezłe. Słownictwo ograniczone, ale jej się podoba. Dopowiada, że jej koleżanka również pisze. Ale zbyt ubarwia słownictwo. Do tego stopnia, że rzygać się chce. – Będziesz musiał pisać. – Rozkazuje mi. – Bo jak nie… Będę próbować to gdzieś opublikować.

W kuchni wiszą własnoręcznie przez matkę zawieszone żaluzje. Te różowe z poprzednich okien. Wreszcie będzie trochę prywatności, przy organizowaniu sobie posiłków, kaw i herbat.

Konwertuję na pliki MP3 wszystkie albumy audio Johna Coltrane, jakie pożyczyłem od Tomka Chmiela.

Będę musiał zorganizować sobie system operacyjny Windows 95, bo zamierzam go zainstalować na laptopie, którego w styczniu może nabędę. Żaden nowszy system na nim nie pójdzie. 100 Mhz i 8 Ram’u to minimum dla 95-ki.

W piwnicy przed wejściem do środka. Jest postawiona duża drewniana szafa. Koloru ciemnego brązu, wykonana ze sklejki. Zamknięta na małą kłódkę i cała wymalowana sprejem. Prawdopodobnie przez Piecię. Wśród wielu napisów, Tagów i nie-tagów. I niech mnie jeśli wiem co to znaczy. Widnieje wyraz huj, że z błędem to nieważne. Sam wulgaryzm jest jakby wyrazem kultury podziemia. Jaka wyklarowała się w S. brudna i szara. Jako odtrutka na taką samą rzeczywistość.

Drukarka wydrukowała kilkanaście stron z rozmazanym tekstem. Ale po ustawieniu jej w stabilniejszej pozycji. Na paru książkach. Wydruki prezentują się o klasę lepiej. Cztery teksty ojca, któregoś dnia zaniosę Tomkowi Chołujowi. Pewnie znowu sprawią mu trochę radości.

Jestem ciekaw po jakim czasie od otrzymania listu, dostanę odpowiedź od Barbary R. Mam nadzieję, że nasza korespondencja się z czasem rozkręci. Będzie szła w dobrym kierunku. Choć kto to naprawdę wie.

Za kilka dni sylwester, jak co roku żadnego planu nie posiadam. Choć może uda mi się go spędzić w miłym gronie na wsi. Siostra i Anka T. by wystarczyły do udanej imprezy. Tak sądzę.

 

poniedziałek, 29 grudnia 2003

     Byłem u Tomasza Chołuja. Rzadko rozmawia mi się z kimś tak dobrze. Filmy, muzyka, literatura. Jak na filozofa przystało, zakres tematów jest od A do Z. Doszła również Sztuka. Nawijam o Andy’m Warhol’u. Mówię o konkursie literackim zorganizowanym przez tygodnik Polityka. Jest nim zainteresowany. Jutro mam mu przynieść szczegóły. Pożycza mi numer Playboya z Edytą Olszówką na rozkładówce. W środku również wywiad z Al Pacino. Marek S. nie chce iść razem ze mną do Tomasza. Bo on powiedział swej matce, że Marek w drodze do Szwajcarii praktycznie cały czas brał psychotropy. – Mógł zagryźć język – Mówi Marek. – a tak, będę się jawił w oczach jego matki jak degenerat, aż mi głupio.

Aśka dzwoni do Anny zaprasza ją. Odmawia mówiąc, że gra z rodziną w karty.

Dziś po 8-00 przyszło dwóch gliniarzy w sprawie mego szwagra. Zaległa sprawa z kredytami. Siostra tłumaczy, że męża nie ma w domu. Policjant roześmiał się jej w twarz, i zapytał kto śpi pod kołdrą. Potem gdy wynurza się Marcin dodaje: „- A już myślałem, że przyłapałem panią na zdradzie małżeńskiej. – Siostra się wkurwiła tym stwierdzeniem, co jej pies będzie węszył z kim śpi.” Wczoraj Cichy przeszedł się do knajpy Polonez, a dziś już Policja przychodzi. Ktoś doniósł. Małe miasto, to i wieści się szybko rozchodzą.

Grzesiek B. rozbija samochód koło domu Tomasza Chołuja. Dostaje 6 punktów i mandat 150 zł. Dziś przyniósł mi reportaż o Andy’m Warholu.

 

wtorek, 30 grudnia 2003

     Piję w knajpie Marszałek dwa małe piwa Łomża jedno duże. Rozmawiamy z Tomkiem Chołujem na różne tematy. Palimy papierosy i rozmawiamy. Gdy zapraszam go do siebie. Nie chce iść mówiąc iż musi się przewietrzyć.

Drugą rzeczą jest telefon do Barbary Rząsy. Jestem pijany więc rozmawiam kilka minut. Ustawiamy się na piątego stycznia. Zapewne nie pojadę w tym terminie. Pojadę gdy kupię amfetaminę i się naćpam. Nie podkreśliło wyrazu „naćpam”, z tego wynika że należy on do słów znajomych w słowniku Word’a. Z Barbarą rozmawia mi się na tyle dobrze na ile rozmawiać dobrze można. Gdy mówi, że będąc na 5 roku jestem większym filozofem od niej, czuję przebijające schlebianie. Jednak właśnie to w niej lubię. Mówię jej coś i wyczuwam wzruszenie w głosie. Sam będąc również wzruszonym. Opowiadam jej, że jestem po kilku piwach, mówi: „- Co to ma za znaczenie…”

Gdy mówię że przylecę do niej w poniedziałek piątego. Oznajmia, że nie będzie nigdzie wychodzić.

„Zawsze dwie osoby, jedna która zabija, druga która kocha.” Film „Czas Apokalipsy”

Na witrynie redakcyjnej „Głosu Siemiatycz” gdy przechodziłem dziś tamtędy. Spostrzegłem stojący stary model maszyny do pisania. Z metalowym komponentem do przewijania papieru. To symboliczny detal. Ważny detal.

Z knajpy „Zacisze” wyszło trzech starszych mężczyzn. Dwóch chciało pobić jednego. Zza szklanych drzwi wyjrzał Cyma Krzysio wraz z właścicielem i skomentował to tymi słowami: „ – Po chuj biją.”

 

środa, 31 grudnia 2003

Dzwonię dziś do Anny T. i wysuwam propozycję zaproszenia jej do siebie. – Na 15 minut. – Mówię.

„- Jestem zajęta. – Brzmi odpowiedź.”

– To wpadnij na pięć minut. – Zaniżam skalę czasu.

„- Nie, to nie ma sensu. Wpadnę jutro.”

– To narazie. – Odpowiadam, choć nie padło żadne pytanie. Słyszę zdziwienie w głosie. I wypowiedzianą literę zdziwienia „O” przeciągniętą na niecałą sekundę. Przerywam połączenie. Zanim usłyszałem słowo z jej ust, wieńczące rozmowę telefoniczną.

Teraz myślę o tej krótkiej rozmowie jako o nagim gównie. Taki już ze mnie ekscentryk. Ostatni dzień roku. Nie składam życzeń noworocznych. Po prostu się rozłączam, resztę pozostawiając domysłom.

Wpadłem na pomysł kupienia Baśce R. prezentu książkowego i wręczenia go z taką oto dedykacją. Tytuł „Wynaleźć samotność” debiut Paul’a Auster’a. Zdanie na pierwszej stronnicy pod tytułem brzmiało by „(…) obyś nigdy nie była samotna, status staropanieństwa nie jest odpowiedni dla twego temperamentu. Właśnie to chciałem ci napisać.” Barbarze Rząsie kolega Tomasz K.

Dziś czytam i skanuję artykuł o dziennikarstwie z encyklopedii GUINNESS’A, którą to dostałem od mojego ojca chrzestnego w dniu komunii, bez dedykacji. Nazywa się Jacek Grünn był może nawet dalej jest dziennikarzem. Pisywał na łamach dziennika białostockiego „Gazety współczesnej” głównie tłumaczenia i opinie różnych krytyków i znawców zagadnień. Mój ojciec dlatego go właśnie nie cenił. Jako kwintesencję tej profesji wybieram parę stwierdzeń, które w sposób najklarowniejszy oddają sprawę, oto one:

 

– Zdarzenie należy opisać — lub opowiedzieć — jasno, prosto i w logi­cznym porządku.

   

– Najpierw przedsta­wia się jądro zdarzenia. Następnie przy­chodzą pytania: kto?, kiedy?, gdzie?, dlacze­go? itp.

 

Dziennikarzy uważa się za ludzi, którzy wiedzą niewiele, ale wiedzą, jak się dowie­dzieć wszystkiego.

 

– Dziennikarze muszą znać wiodące postacie w ich własnej specjalności lub dziedzinie, by kontaktować się z nimi dla zdobycia kompetentnych wiadomości i komentarzy. Jednocześnie dziennikarzy ce­chuje nieufność wobec swoich kontaktów.

 

Tyle i aż tyle na temat jasności pisania.

 

Za około 4,5 godziny nowy rok. Będę go spędzał najprawdopodobniej w domu. Nie mam innego planu.

 

W tą sobotę Marcin wyjeżdża do Brukseli. Siostra kilka tygodni po nim.

 

W moim pokoju porządek i wystrój minimal jak rzadko kiedy. Nawet oświetlenie jest stonowane. To znaczy żarówka 25 watów.

 

Ten rok zamykam na 92 stronach tekstu. Jest to dużo więcej niż napisałem w dwóch ubiegłych latach. Rozpatruję tylko pisanie swoich rozważań w dzienniku i na komputerze. Zeszytów z zapiskami nie brałem pod uwagę, a było tego trochę. W roku 2001 i 2002 piszę dziewięć stron czcionką Courier New wielkość 12. 2003 rok to pod tym względem przełom ponad dziesięciokrotnie więcej znaków.

 

Skanuję artykuł ojca pt. „Ciechanowiec nie śpi”. Kupiłem w nocnym sklepie Rondo piwo, drinka marki Smirnoff 5,6%, oraz cygaro za 9,50 zł. którego nie da się zaciągać. Aktualnie piję schłodzoną wódkę. Sam, mimo że siostra i jej mąż w pokoju obok oglądają telewizję jest godz. 21:19. Zacząłem czytać elektroniczną wersję książki „Idoru” W. Gibson’a. Machina uznała ją za rzecz dziejową, przyznała pięć kluczy i napisała, że to: „Romans mężczyzny z wirtualną kobietą.”

Co sobie postanowię na nowy rok? – Na to pytanie odpowiem, jak dokończę rosyjską wódkę… W między czasie zejdę do piwnicy, spalę papierosa, i pomyślę dogłębniej.

A więc. Oby powiodło się w konkursie u J. Pilcha i po Świętach Wielkiej Nocy przyszła przesyłka zawierająca zbiór opowiadań wśród których znajdowało by się też mojego autorstwa. Ta dodatkowa liczba przy nakładzie książki, występująca po znaku plusa jest rozdawana wśród ludzi którzy przyłożyli się do powstania niniejszej pozycji. Wyjawił mi to wczoraj Tomasz Chołuj.

Drugie postanowienie jest takie, aby chęci nie pozwoliły na lenistwo. I teksty mojego autorstwa wychodziły w comiesięcznych odstępach. Wirtualnie – to mała niedogodność, ważne że się pojawiają.

Aby rok 2004 był bardziej optymistyczny. Przyniósł jakieś dochodowe zajęcie. Najlepiej związane z pisaniem, choć niekoniecznie. I oby było zdrowie. Bo wszakże ono najważniejsze. Reszta może okazać się złudą. Tego sobie życzę… Gdy będzie ponad to, nie będę narzekać.

„Inny świat jest możliwy” – z prof. Zygmuntem Baumanem rozmawia Andrzej Zybała „OBYWATEL” Nr 2 (22) /2005

Zygmunt Bauman.jpg

Polska pochłonięta jest przez katastrofę bezrobocia, zapaść sfery publicznej, słabej edukacji, do tego nie udało się stworzyć nowoczesnych sektorów gospodarczych. Niektórzy mówią, że staliśmy się zbędni w sensie gospodarczym. Wielu z nas czuje się bezsilny­mi wobec tego. Czy tego typu problemy można jeszcze usiłować rozwiązywać z pozycji państwa narodowego, którego władza przecież znacznie się kurczy?

Z.B.: Rozpocząłbym od zacytowania wnikliwego stu­dium prof. Tadeusza Kowalika, opublikowanego przed rokiem w czasopiśmie „Kontrpropozycje”: od 1989 r. PKB wzrósł w Polsce o jedną trzecią, ale w tym samym czasie liczba rodzin żyjących poniżej minimum socjalnego wzro­sła niemal trzykrotnie i zbliża się do 60%, cztery miliony ludzi żyją poniżej biologicznego minimum, a 84% zare­jestrowanych bezrobotnych (którzy stanowią prawie 1/5 ludności w wieku produkcyjnym) nie otrzymuje zasiłku. W takiej to sytuacji rząd Rzeczpospolitej, w trzytomowym programie „Strategia gospodarcza rządu SDL-UP-PSL”, opublikowanym dwa lata temu, przewidział na 2005 rok 200 tys. dodatkowych miejsc pracy dla 900 tys. młodych ludzi wchodzących na rynek pracy, czyli blisko miliona do­datkowych ludzi bez przydziału…

 

Myślę sobie, że w tym krótkim opisie zawarte są wszyst­kie elementy naszej narodowej biedy. A więc mamy kapi­talizm przeniesiony w polską XXI-wieczną rzeczywistość wprost z gabinetu XIX-wiecznych osobliwości. Nastąpiło brutalne, dokonywane w blasku dnia i bez przeprosin, gwał­cenie konstytucyjnego prawa Polaków do godnego życia. Wspólnota odrzuciła odpowiedzialność za byt swych człon­ków, co oznacza rozbiórkę fundamentów wspólnotowej solidarności. Skutkiem jest niewiarygodne marnotrawstwo kapitału ludzkiego. Wreszcie: przeraźliwa obojętność elit politycznych – kolejno sprawujących w Polsce władzę – wo­bec rosnącej z dnia na dzień ludzkiej niedoli i ich niechęć czy nieumiejętność okiełznania żywiołu i przyhamowania polaryzacji społeczeństwa i rozpadu społecznych więzi.

 

Historia ostatniego piętnastolecia to m.in. dzieje kom­promitacji i etycznego bankructwa polskich elit politycz­nych, frustracji społecznych w efekcie oczekiwań rozbudzonych przez ich obietnice i wyczerpania się kapitału zaufania, jakimi elity te na wyrost obdarzono. W tym też trzeba upatrywać głównych przyczyn „poczucia bezsilno­ści”, jakie Pan słusznie w Polsce odnotowuje, a nie w tym, że zakres swobody rządów państwowych kurczy się za sprawą globalizacji. Wprawdzie globalne wędrówki kapitałów są zaiste globalne i drwią sobie ze wszystkich suwerenności państwowych jednako, ale ze świeczką wypadałoby w Euro­pie szukać takiej polaryzacji szans i perspektyw życiowych, jaka się u nas dokonuje. Na przykład rządy Danii, Norwegii czy Szwecji trzymają się wytrwale zasady gwarancji jed­nostkowego prawa do godziwego życia, co jest żyrowane przez wspólnotę, zaś w Hiszpanii czy Anglii przywraca się dziś wiele z nieopatrznie skasowanych wcześniej świad­czeń społecznych i siatek ochronnych – i jakoś nikt im z tego powodu głowy nie urwał, a na finansowe bankructwo także się u nich nie zanosi.

 

Poczucie bezsiły i niemożności, o jakim Pan powiada, wynika z powszechnej niemal utraty wiary, że jakakolwiek ekipa polityczna zechce się zająć dobrem społecznym raczej niż partyjnym i że ktoś zatroszczy się o coś więcej niż o to, co się w Anglii pogardliwie nazywa jobs for the boys (czyli, w luźnym tłumaczeniu, „ciepłe posadki dla kumpli”), a także, iż partie zajmą się czymś więcej niż odwracaniem uwagi spo­łeczeństwa od własnego nieróbstwa, przy pomocy spektaku­larnych skądinąd wzajemnych pomówień i dyskredytacji.

A czy w ogóle kraje słabe ekonomicznie, takie jak Pol­ska, mają jeszcze szansę usiąść za sterem swojego po­jazdu, czy tylko pozostaje im bez protestów przesiąść się na siedzenie pasażera i czekać na to, czy dojdzie do katastrofy, czy nie?

Z.B.: Znów powołam się na Anglików. Powiadają oni, że proof of the pudding is eating… Bo jakoś nie widać było dotąd, by polskie rządy próbowały na serio chwytać za ster. Raczej czekały, aż automatyczny pilot wyprowadzi pojazd na prostą. Starały się jak mogły, by go dotykaniem kierow­nicy – już nie mówiąc o kręceniu nią – przypadkiem nie zniechęcić, i rozkładały ręce, jeśli pilot mimo to zawodził i nie potrafił sprostać nadziejom.

 

Wśród elit rządzących, od czasu prawie jednomyślnego uchwalenia „planu Balcerowicza” przez „sejm kontrakto­wy”, panowała opinia – dawno skompromitowana i niemal powszechnie na Zachodzie odrzucona – że jeśli tylko dać posiadaczom kapitału nieskrępowane pole do popisu i po­zwolić im szukać bez przeszkód soczystszych pastwisk i porzucać je bez skrupułów, to bogactwo będzie samo z siebie pęczniało. Wtedy też wszystkim kapnie coś na rów­ni z obficie zastawionego stołu. A więc panowała zasada, że im więcej dla bogatych swawoli, tym ubogim będzie się żyć dostatniej. Jest to magiczne myślenie, któremu przeczy wszystko, co miało miejsce w dziejach rozwoju gospodarczego. Mylące są także działania (a raczej powstrzymanie się przed działaniem) wynikłe z tego myślenia, nie mówiąc już o dewastacji społecznej i spustoszeniu moralnym, do jakich niechybnie muszą prowadzić.

 

Więc może jednak trzeba budyniu wpierw pokosztować, zanim się o jego smaku orzeknie? Prof. T. Kowalik proponuje szeroki program robót publicznych, bo tyle jest w Polsce do zrobienia: dróg do naprawy, wysypisk i ugorów do zalesie­nia, tylu bezdomnych i tak mało tanich mieszkań. Proponuje też coś w rodzaju „młodzieżowych hufców pracy (tak wiel­ka część najlepiej w dziejach Polski wykształconego pokole­nia daremnie szuka zatrudnienia…). Spróbujmy wpierw coś zrobić, a wstrzymajmy się z wydawaniem wyroków.

Czasami można odnieść wrażenie, że w globalizacji, ja­kiej jesteśmy świadkami dostrzega Pan działanie praw historii, co oznacza, że niewiele z tym procesem da się zrobić, poza poddaniem mu się. A z drugiej strony w książce „Globalizacja” pisze Pan: „Nie jest jednak tak, że siła napędowa nowego porządku złożona jest z mgieł tajemnicy. Reguły dzisiejszego tworzenia porządku posiadają główni gracze biznesowi”. Czy mamy zatem do czynienia z pewnym determinizmem histo­rycznym, czy ze splotem wielkich interesów?

Z.B.: Globalizacja jak dotąd była czysto negatywna. „Zglobalizowały się” finanse i kapitały inwestycyjne, obrót towarowy, obieg informacji, szmugiel narkotyków, mafie, terroryzm… Nie zaczęła się jeszcze na dobre globalizacja pozytywna, czyli globalizacja kontroli społecznej, prawodaw­stwa, sądownictwa i zasad etycznych, jakie powinny wziąć to wszystko w ryzy. Ekonomika i przemoc są już globalne, a polityka, jak dawniej, zamyka się w miejscowych podwór­kach i gdzie jej tam do okiełznania i poskromienia biznesu i sołdateski… Innymi słowy: moc wzięła rozwód z polityką i osiedliła się na obszarach dla byłego partnera niedostęp­nych. Rezultat? Clausewitz postawiony na głowie: polityka jest kontynuacją wojny z wykorzystaniem innych środków…

 

„Polityka” to nazwa gatunkowa dla zjawisk inicjowa­nych świadomie przez ludzi, wynikających z ich intencji i deliberacji. Nie mamy jak dotąd polityki na miarę zglobalizowanych już mocy, i dlatego ciśnie się na język nieznośne i niebezpieczne, bo paraliżujące wolę i myśl, pojęcie „determinizmu” – puste wszak pojęcie, skoro wszystko w historii jest wynikiem ludzkich intencjonalnych działań (choć daleko nie zawsze zgodnym z intencjami). Biznesmeni i generało­wie wybuchliby chyba śmiechem, gdyby im o „determinacji” prawić – nigdy wszak nie czuli się tak wolni jak dziś i nigdy nie mogli tak beztrosko hasać po świecie, niby po tanecznym parkiecie czy boisku zabaw… To politycy sięgają po wymów­kę „determinacji” czy TINA, T(here) I(s) N(o) A(lternative), by się ze swej bezradności czy bezczynności usprawiedliwić – bo procesy, które wymykają się ich dłoniom jawią się im jak zrządzenia losu („los” jest nazwą szpary między tym, co się nam staje, a tym, czym potrafimy pokierować). Rzecz w tym, by narzędzia działania politycznego, jak dotąd ukute z my­ślą o nadzorze i regulacji gospodarki i stosowania przemocy w ramach państwa-narodu, przekuć tak, by się nadawały do nadzoru i regulacji mocy już zglobalizowanej. Wtedy nie trzeba będzie węszyć konieczności historycznych i szukać rozgrzeszenia w dziejowej determinacji.

 

Kiedy befsztyk nie daje się zjeść, można albo powie­dzieć, że mięso twarde, albo że nóż tępy…

Z niektórych Pańskich książek można jednak odnieść wrażenie, że dawne prawa historii zastępuje Pan do­głębnym pesymizmem, który każe sądzić, że człowieka nie stać – ze względu na jego okropną naturę – na nic przyzwoitego w historii. Jesteśmy jakby skazani na pewien fatalizm czynienia tylko coraz gorzej.

Z.B.: Pewnie można odnieść takie wrażenie, skoro Pan tak powiada, ale smutno mi i przykro, jeśli Pan je odniósł. Sprawienie takiego wrażenia nie leżało w moich intencjach. Gdybym był rzeczywiście, jak Pan powiada, „dogłębnym pe­symistą”, nie pisałbym i nie publikował (a pewnie i nie mówił). Gdyby „dogłębni pesymiści” byli konsekwentni, nigdy byśmy o ich istnieniu nie słyszeli i nigdy by nam ukucie pojęcia „pesymista dogłębny” do głowy nie przyszło. W moim słowniku „optymistą” jest człek, który sądzi, że ten nasz świat tu oto i w tej chwili jest najlepszym z możliwych światów, zaś pesy­mistą jest ten, kto się boi, że optymista ma rację. Wedle tej de­finicji nie należę do żadnego z obu obozów. Uważam, że inny świat jest możliwy – a nadto, że powyższy dwudzielny podział nie jest wyczerpujący jako że ignoruje on trzeci typ postawy wobec świata i to ten właśnie, dzięki któremu możliwości bywają realizowane: nadzieję, a co gorsza, najistotniejszą z jej odmian – nadzieję zespoloną z ufnością w ludzki rozum i ludzki potencjał daleki od wyczerpania. „Fatalizm” to tyle, co brak nadziei, a znów brak nadziei to najjaskrawszy przykład „samospełniającej się przepowiedni”. Gdy brak nadziei, można milczeć, a po milczącym świecie „fatum” hula swobodnie.

W ostatnich latach, wraz z rosnącymi zaburzeniami, coraz częściej mówi się o konieczności ustanowienia zasad globalnego zarządzania (global governance). Na ile wydaje się Panu możliwe ustanowienie global­nych reguł w sytuacji, gdy większość państw ma pro­blem z ustanowieniem reguł konsensusu na własnych podwórkach? Ponadto widzimy raczej zmierzch glo­balnych instytucji, jak ONZ, a Bank Światowy i MFW odsądzane są od czci i wiary, zresztą słusznie.

 

Z.B.: Na podobne pytanie przyszło mi niedawno odpo­wiadać w wywiadzie udzielonym „Europie” [cotygodniowy dodatek do dziennika „Fakt” – przyp. redakcji]. Powołałem się wtedy na trafną przenośnię „przełęczy górskiej”, za­proponowaną (w nieco innym kontekście) przez Reinharda Kosselecka. Pozwoli Pan, że sam siebie zacytuję: „Gdy się wspinasz na stromą przełęcz, nie możesz zaprzestać wspi­naczki, rozbić namiotu na stromym zboczu, bo ci go zwieje najbliższy halniak – mimo że nie wiesz, co znajdziesz po drugiej stronie góry. Wzniesienie, po którym dziś się wspi­namy, wiedzie zapewne ku kolejnej reintegracji polityki i mocy, tyle że tym razem na szczeblu globalnym. Nie jest już możliwa reintegracja na szczeblu państwa-narodu… Zada­niem, które będzie wymagało olbrzymiego wysiłku i chyba wypełni rozpoczynające się stulecie, jest reintegracja polity­ki i mocy na kantowskim szczeblu allgemeine Vereinigung der Menschheit, zjednoczonej ludzkości”.

 

Tyle powiedziałem wtedy, a teraz mogę dodać, że nie mamy w plecaku narzędzi, które nadawałyby się do użytku, gdy (jeśli) się w końcu na grzbiet góry wdrapiemy. Wszystkie narzędzia politycznego działania jakie mamy przystosowa­ne są do rozmiarów i właściwości państwa-narodu (także i ONZ powołano do życia, by strzegła integralności i suwe­renności państw-narodów, na które, jak zakładano, planeta nasza jest na wieki wieków podzielona!). Nie wydaje się też, by zadanie polegało na powiększeniu istniejących narzędzi do rozmiarów planety, i by nadawały się one do takiego powiększenia… Reprezentacyjna demokracja parlamentar­na nie powstała z „powiększenia” demokracji ateńskiego „polis” – jest zgoła odmiennym „sposobem na demokrację” i oryginalnym wynalazkiem ery nowoczesnej. A o tym, by państwa-narody stały się nową siedzibą dla stadła mocy i polityki nie decydowano przy okrągłym stole sołectw, pa­rafii, dworów i municypalitetów. Trzeba było więcej niż stu­lecia naszpikowanego udanymi i poronionymi pomysłami i próbami, krucjatami i przewrotami, zaciekłymi konfliktami i mozolnymi negocjacjami, by państwa-narody stały się taką siedzibą, domagającą się w dodatku, ze sporym powodze­niem, prawa do wyłączności i niepodzielnej suwerenności.

 

Stanowczo zbyt wcześnie dziś na orzekanie, jaką for­mę przybierze przeskok od małżeństwa mocy i polityki na szczeblu państwa-narodu do małżeństwa zawartego na szczeblu planety, od państwa-narodu do allgemeine Vereinigung der Menschheit, a w końcu od demokracji państwowej do demokracji planetarnej. Wiadomo tylko, że akurat dla owego przeskoku istotnie nie ma alternatywy. Albo i jest alternatywa, tyle że strach o niej pomyśleć…

A może świat rzeczywiście potrzebuje hegemona, bo inaczej wszyscy weźmiemy się za twarz?

Z.B.: Nadzieja w nieskuteczności „hegemonii” – nieadekwatności jej środków (mimo że jak nigdy śmierciono­śne i w śmiercionośności swej nie mające konkurentów) zarówno do odparcia zagrożeń dzisiejszego świata, jak i do wykorzystania jego szans – i w tym, że prędzej czy później hegemon się o tym sam przekona. W tym tylko (?!) sęk, ile osób padnie ofiarą i ilu ludzi zostanie wtrąconych w niedolę i upokorzenie zanim to nastąpi…

 

Nierealność „hegemonii” musi prędzej czy później wyjść na jaw, bo na zatłoczonej planecie wszyscy jesteśmy od siebie nawzajem zależni, i nie ma już mowy o tym, by jakiekolwiek – najpotężniejsze nawet i najmożniejsze – państwo mogło rozsądnie marzyć o tym, że zapewni swym poddanym dobrobyt, bezpieczeństwo i godne człowieka życie na planecie, na której panoszy się nędza, gwałt i upo­korzenie. Albo uda się nam zapewnić poszanowanie pra­wa do życia bezpiecznego i godziwego w skali planetarnej, albo nie uda się go zapewnić w żadnym zakątku planety.

 

Celu tak wzniosłego, jak ludzka wolność i demokracja, nie można przybliżyć zwiększeniem kalibru bomb i obszaru spustoszenia. Te środki do tego celu nie prowadzą. Nie moż­na walczyć o szacunek dla praw ludzkich i ludzkiej godno­ści przy pomocy Guantanamo, Abu-Ghraib czy Baghramu. Świętości ludzkiego życia nie służy zmiatanie ludzkich osiedli z powierzchni ziemi. Siejąc taki wiatr, można zebrać tylko burzę. Prezydent Bush obiecał, że będzie niezłomnie walczyć o interesy i bezpieczeństwo Ameryki i na mocy tej obietnicy obdarzyli go Amerykanie kolejnym mandatem. O liczeniu się z „interesami” i dobrem reszty świata nie było mowy w deklaracjach programowych. Na naszej wypełnio­nej po brzegi planecie taka jednostronność wizji brzemien­na jest w społeczną i humanitarną katastrofę.

 

Powtarzam: żaden kraj czy naród nie może być pewien swej wolności i bezpieczeństwa odwracając się plecami od reszty świata i zamykając oczy na cierpienia zadawane ludziom w złudnym przekonaniu, że służą one obronie własnej wolności i własnego bezpieczeństwa. „Nie może” nie znaczy jednak, że nie będzie próbował. Zwłaszcza, gdy ktoś, tak jak Stany Zjednoczone, przeznacza na uzbrojenie tyle, ile przeznaczają w sumie 24 kraje świata następne w kolejności na liście najlepiej uzbrojonych, a dwadzieścia pięć razy więcej niż wszystkie publicznie napiętnowane przez nie „państwa łotrowskie” razem wzięte.

 

Wbrew popularnym opiniom, Ameryka nie ma impe­rium, nie potrzebuje go, nie domaga się i nie zamierza dać się nim obarczyć. Przeciwnie, traktuje pola wczorajszych bitew na wzór gorącego kartofla – o którym powszechnie wiadomo, że zawsze lepiej, aby znalazł się w cudzych dło­niach. Posprzątanie pobitewnych ruin – i tych dosłownych, i tych w przenośni – nie jest zajęciem dla zwycięzców, lecz dla tubylców i podrzędniejszych koalicjantów.

 

Rzeczywisty dylemat – to wybór między światem nad­zorowanym przez niepodzielną władzę wszechwładnego szeryfa, a światem rządzonym przez stanowione pospołu i wspólnie egzekwowane prawo, nadrzędne wobec organów przymusu. Wyborem tej drugiej ewentualności szeryfowie nie zawsze są jednak zainteresowani. Mogą być nawet w jej wyborze przeszkodą. I są – gdy przypadła im w udziale rola jedynej planetarnej instancji. Rola ta mogła być z początku wynikiem historycznego zbiegu okoliczności, ale wyłączność szeryfowych możliwości można wykorzystać do duszenia w zarodku wszelkich prób wyłonienia jej równie globalnego konkurenta lub równoważnika. Istotnie – Ameryka wiedzie od szeregu lat prym wśród państw odmawiających sygnowania ogólno-planetarnych porozumień oraz politycznych lub prawnych organów nadzorujących ich przestrzeganie.

           

W książce „In Search of Politics” kreśli Pan niezwykle pesymistyczną wizję upadku sfery publicznej, czyli w za­sadzie upadku społeczeństwa rozumianego jako coś więcej niż zbiorowość. Ludzi niewiele już ze sobą łączy poza strachem, ale ten ma akurat taką naturę, że raczej dzieli nas od siebie nawzajem niż zbliża. Te procesy stawiają pod znakiem zapytania możliwość formułowania jakiej­kolwiek polityki, czy to w skali globalnej, czy narodowej.

Z.B.: W tej książce piszę głównie o drugiej niefortun­nej przygodzie, związanej z „negatywną globalizacją”, jaka przytrafiła się stadłu mocy i polityki osiadłemu w państwie-narodzie. Mówiłem wcześniej, że moc „wyparowuje” z państwa-narodu na niezagospodarowane obszary przestrzeni planetarnej. Polityka pozostaje więc bez mocy, a taka po­lityka, prócz tego, że jest bezsilna (i właśnie dlatego) traci atrakcyjność (vide rosnąca nieubłaganie apatia wyborców). Nadto wyzbywa się ona chętnie, lub po prostu wypuszcza ze słabnących rąk, funkcje jakichdawniej się podejmowa­ła, a teraz nie ma ani siły, ani chęci ich sprawować – prze­kazując je „siłom rynkowym” lub domorosłej „polityce ży­ciowej” indywidualnie uprawianej, czyli prościej mówiąc: przemysłowi chałupniczemu. Krótko mówiąc, „państwo się odchudza” z pomocą dwóch, ściśle zresztą powiązanych reżymów dietetycznych: prywatyzacji i indywidualizacji.

 

Mowa w tej książce o współczesnych losach trójdziel­nego arystotelesowego schematu „oikos (sfera prywatna) – agora (sfera prywatno-publiczna) – eklezja (sfera publicz­na)”. Kluczową rolę w nim odgrywała agora, czyli miejsce spotkania, dialogu i obustronnego przekładu interesów prywatnych i publicznych. Ona również decydowała o demokratyczności całego systemu.

 

O przyszłość agory pełne obaw były ostatnie stulecia, bardziej ubiegłe stulecie jeszcze niż to, które je poprzedzało, a nie mniej niż stulecie, które się właśnie zaczyna. Ale miało powody, aby z innej strony niż nasze pokolenie wypatrywać najazdu, podboju i zagłady. Od Herberta Spencera do Hanny Arendt, myśliciele zatroskani przyszłością agory spodzie­wali się agresji ze strony eklezji. I nie bez kozery. Państwo nowoczesne z jego dążeniem do kontroli nad historią (kon­troli zwanej przez nie ładem i mierzonej przewidywalnością i manipulowalnością zdarzeń) było potencjalnie napastni­kiem potężnym, trudnym do odparcia, a i często pozbawio­nym skrupułów w parciu do celu. Już nader często ulegało ono pokusie pójścia na skróty. Po co grzęznąć w niekończą­cych się pertraktacjach, o których nie wiadomo, jak się poto­czą oraz dokąd i kiedy doprowadzą, gdy można, napiąwszy muskuły, bez nich się obejść i wynik narzucić tu i teraz? Po co wystawiać się na wybryki losu, gdy można, skrzydeł mu przydawszy przemienić go w konieczność? Po co czekać, aż ludzie postanowią co dla nich dobre, jeśli można określić dobro bez ich udziału, a za to wedle własnego, rozsądniejszego wszak mniemania, dokładnie, punkt po punkcie?

 

Już poniewczasie, gdy zapał możnych do kolonizowania cudzych ziem wychłódł dokumentnie, koszta kolonizacji raptownie wzrosły, a dla panowania znaleziono poręczniejsze podpory niż zabór i administrowanie obcych lądów, Jurgen Habermas oskarżył państwo o zapędy kolonizacyjne wobec agory. Spóźnił się wprawdzie z diagnozą, ale jeszcze 20 lat temu, gdy – jak to widać po fakcie – era totalitaryzmów chyliła już się ku końcowi, nie brakowałoby dowodów na poparcie Habermasowego zarzutu. Kolonizacja agory była, by tak rzec, aktem założycielskim wszelkiego totalitaryzmu, a wścibski i niepodzielny zarząd nad skolonizowanym tere­nem był najmocniejszym z jego filarów. I nie dziw: podobnie jak niebo, wedle Kafki, to tyle, co niemożliwość wron, które starają się je zadziobać, tak agora znaczy tyle, co niemożli­wość totalitaryzmu, który pragnie ją wchłonąć…

 

To ciekawy i chyba szczególnie ważny problem. Od kiedy można mówić o zmierzchu agory i jakie są skut­ki tego procesu?

Z.B.: Dokładnej daty zwrotu w losach agory nie sposób ustalić, a jakąkolwiek datę by się nie zaproponowało, musia­łaby być arbitralna, a więc i sporna – zważywszy stopniowość i powikłanie przemian. Faktem jest, że działania wojenne i ruchy wojsk na granicy z eklezją niemal ustały, a za to gro­żąca zagładą inwazja ruszyła na agorę od granicy z krainą oikosów, grożąc zalewem spraw zbyt już prywatnych, by się mogły przyczynić do kształtowania zadań publicznych.

 

Gdy państwu ubywa mocy, wówczas funkcje, na które zwykło się ono powoływać, aby uzasadnić wymóg obywa­telskiego posłuszeństwa, przeobrażają się, jak już sugerowałem, z atutów w balast. Stają się one ciężarem, jakiego państwo nie potrafi już własnymi siłami udźwignąć. Ale jak się ich pozbyć? Ano nie inaczej, niż przerzucając je na barki innych agencji i innych aktorów, i rezygnując z am­bicji zwierzchnictwa nad ich poczynaniami, nie mówiąc już o zapędach do drobiazgowego ich regulowania. Po pierwsze, przerzuca się te ciężary na moce kryjące się pod enigmatyczną nazwą „sił rynkowych”. Po drugie, na każde­go z mieszkańców, którym zaleca się teraz poszukiwanie indywidualnych rozwiązań dla problemów społecznie wy­twarzanych, i społecznie niegdyś rozwiązywanych.

 

Wspólnym mianownikiem obu reżymów jest odpolitycznianie spraw, jakie niegdyś uznawano za naturalną do­menę interesów i zainteresowań obywateli i stanowionych pospołu praw i obowiązków obywatelskich. A zatem zwal­nia się „siły rynkowe” od politycznej kontroli obywateli, czy­niąc to pod hasłem likwidowania zbędnych i „gospodarczo bezsensownych” skrępowań, zaś pod hasłem promowania wolności osobistej uwalnia się obywateli od politycznie inicjowanej opieki przed skutkami rynkowej swawoli. „Nie­widzialna ręka” rynku przechwytuje teraz zagospodarowane niegdyś przez państwo rewiry ludzkiego współżycia wraz z wszystkim, czego ludzie potrzebują do przetrwania i pomyślnej egzystencji. „Ręka” ta jest z definicji poza zasię­giem politycznego działania – no bo „niewidzialna”. Może się nie obawiać „deliberatywnej wspólnoty – bo i jak deli­berować nad czymś, co niewidoczne?

 

Skutkiem ubocznym, lecz nieuniknionym obu reżymów jest pustoszenie agory, ogołoconej teraz z treści, jakie przy­ciągały niegdysiejsze tłumy. Obywatele ściągali tłumnie po to, aby się wspólnie zastanawiać nad dobrem publicznym i wykłócać o pożądany jego kształt. Ale skoro państwo ge­stem Poncjusza Piłata umywa ręce od odpowiedzialności i powierza kształt społeczeństwa „naturalnemu biegowi rzeczy”, któż miałby owe dobro publiczne realizować, na­wet gdyby się wiedziało, jaki kształt warto by mu nadać? Rozsądny, kierujący się „racjonalnym wyborem” człowiek nie będzie marnował czasu na snucie projektów, które i tak na snuciu się zakończą i na spory, z jakich i tak nic nie wyniknie. Z dwóch języków, którym agora miała służyć za tłumacza, ostał się tylko język spraw prywatnych. Na pla­cach publicznych jednym tylko językiem się przemawia. Nie praktykuje się tu tłumaczenia – a brak praktyki nieuchronnie prowadzi do uwiądu translacyjnego kunsztu.

 

Agora opustoszała – ale nie ów plac publiczny, na jakim się mieściła. Tyle że nie jest dziś placem zgromadzeń, lecz rynkiem miejskim, przeobrażonym w targowisko. Wypełniły go po brzegi stragany, kioski, sklepiki, dla dodania glorii zwa­ne butikami. Tłumnie na placu jak dawniej, lecz tłoczą się te­raz konsumenci, nie obywatele – a konsument, jak powiadają co bardziej kąśliwi obserwatorzy, jest wrogiem obywatela… Konsument to klient, a klient to pan. Właściciele butików z taką wywieszką być może sami w jej treść nie wierzą – ale konsument zachowuje się tak, jakby wierzył. Reszta świata istnieje dlań po to, by zaspokoić jego pragnienia, i wartość tej reszty mierzy się radością, jaką on z jej użycia wyciągnie. Klient – jeśli wyposażony w gotówkę lub karty kredytowe, rzecz jasna – nie jest, wzorem Boga u Leszka Kołakowskiego, nikomu niczego winien. Konsumentowi wszystko od wszyst­kich się należy. No a dobro publiczne, czy dobre społeczeń­stwo? „Dobre społeczeństwo” to w konsumenckim języku zbiorowisko takich jak on, a „dobro publiczne” to rynek gęsty od klientów. Mowa tu rzecz jasna o konsumencie idealnym – a nam do ideału, na nieszczęście dla „sił rynkowych”, ale na szczęście dla nas oraz miłych i drogich nam ludzi, wciąż jeszcze daleko – choć wyzwolony z pęt rynek wyzyskuje swą swobodę jak może, by nas do ideału zbliżyć.

Czy jednak tylko agora uległa zmianie wraz z biegiem wypadków? Człowiek współczesny przybywa na agorę z innym bagażem doświadczeń i oczekiwań niż czynił to jego poprzednik.

Z.B.: Dogłębnym przeobrażeniom podległ też „oikos”, z którego ludzie na „agorę” przybywają… Długa to historia, więc ograniczę się do stwierdzenia, że osią wspólną przewrotów, jakie się w łonie oikosu dokonały było jak dotąd wątlenie i kruszenie więzi międzyludzkich. Wszystko: oto­czenie ludzkie, w jakim się zdobywa środki do życia, i to otoczenie, w którym się owe środki spożywa, i umiejętności jakie uczynią i jedno i drugie osiągalnym, są w naszych cza­sach do wypowiedzenia – i doświadczenie poucza nas, że najprawdopodobniej, i chyba prędzej niż później, będą wy­powiedziane. Żyje się teraz z dnia na dzień, nie nabywa się i nie utwierdza z biegiem dni pewności, każdy dzień przychodzi zaczynać od nowa – a jako, że z faktu, iż coś było lub jest, nie wynika, że coś będzie, każdy dzień to epizod ze swym początkiem i zakończeniem, i nie wiadomo jakie, i czy w ogóle, pozostawi ślady na następnych dniach.

 

Z takiego „oikosu” wychodzi się na „agorę” z ładunkiem obaw i mrocznych przeczuć – a bez zaufania do własnych sił. Wychodzi się po to, by owe zaufanie zdobyć. Ale jeśli liczy się na to, że da się tam, na agorze przekształconej w targowisko, ulokować ufność pod dobrą opieką, na stałe czy choćby na dłuższą metę, że można liczyć na innych, podobnie wszak czyniących i równie zainteresowanych w so­lidności wspólnie używanej przechowalni, że tych samych ludzi o tych samych intencjach spotka się przy następnej wyprawie, i że w rezultacie uda się nabrać pewności siebie wspartej na zaufaniu do innych i do kształtu wspólnie z nimi zamieszkałego świata – przybyszy czeka rozczarowanie. Na agorę bowiem nie wychodzą jako na owe miejsce zgroma­dzeń dla gospodarzy ustatkowanych oikosów, lecz na miej­skie targowisko, na wybieg wiecznie zaniepokojonych kon­sumentów, podejrzliwych i niepewnych swych kroków.

 

Krótko mówiąc: najgorliwiej dziś uczęszczane zgro­madzenia publiczne zamiast być – wzorem agory – warsz­tatami jedności i wylęgarnią wspólnot, są kooperantami w społecznych procesach indywidualizacji i atomizacji. Powołują co najwyżej do życia, na czas ich trwania, namiastki wspólnot, które zwykłem nazywać „wspólnotami szatniowymi”, jako że na wzór widowni teatralnych scho­dzą się one tuż przed rozpoczęciem przedstawienia, by zaraz po zapadnięciu kurtyny znów się rozproszyć, nie będąc ani przez chwilę „całościami większymi od sumy ich części”, jakimi wedle klasycznej formuły Durkheima miały być wspólnoty klasyczne.

 

Agora dogorywa. Gdzie szukać szans jej regeneracji? A szukać trzeba, bo stawką jest tu zarówno wolność wspól­noty, jak i ludzi, którzy się na nią składają, los ludowładztwa i przyszłość samostanowienia ludzkiej osoby. Odpowiedź na to pytanie da, jak zawsze, historia, której najbystrzejsza myśl ludzka nie zdoła opowiedzieć zanim się dokona.

 

Dużo mówimy tu o ekonomicznym „tle” tych wszyst­kich przeobrażeń. Czy wierzy Pan w możliwość po­wrotu do powojennego typu zarządzania gospodarką, czyli inaczej niż poprzez neoliberalne zasady nieskrę­powanego rynku? Czy ludzkość nie zostanie zmuszona jednak do zarządzania procesami ekonomicznymi, choćby z powodu wyczerpywalności pewnych zaso­bów? Dzisiejsza ekonomia jest bowiem tak formuło­wana, jakby pewne zasoby były nieograniczone.

Z.B.: Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć lepiej, niż to uczynił Franz Kafka w jakże mądrym aforyzmie z przy­powieści o adwokatach. Poucza w nim, że jeśli niczego nie znajdziesz w korytarzach, pootwieraj drzwi; jeśli nie znaj­dziesz za nimi niczego – są inne jeszcze piętra; a jeśli i na nich niczego nie znajdziesz, nie martw się, wejdź na scho­dy. Póki nie zaprzestaniesz wspinaczki, nie będzie scho­dom końca, będą rosły w górę pod twymi stopami…

Dziękuję za rozmowę.

Styczeń 2005.

Zygmunt Bauman (ur. 1925) – światowej sławy socjolog. W czasie II wojny światowej był żoł­nierzem l Armii Wojska Polskiego, brał udział m.in. w walkach o Berlin. Pracował na Uniwer­sytecie Warszawskim. W następstwie wydarzeń marcowych w 1968 r. został usunięty z pracy na uniwersytecie, a w 1969 r. wyjechał z Polski do Izraela. Wykładał na uniwersytetach w Tel Avivie i Hajfie. Następnie wyjechał do Wiel­kiej Brytanii, gdzie objął funkcję kierownika Wydziału Socjologii na Uniwersytecie w Leeds. Gościnnie wykładał w wielu krajach. Początkowo oprócz zagadnień socjologii ogólnej zajmował się problematyką brytyjskiego ruchu robotniczego i socjalistycznego – na te tematy napisał pracę doktorską i rozprawę habilitacyjną. Sławę międzynarodową przyniosły mu jednak analizy przeobrażeń współczesnego społeczeństwa, które określił zbiorczym mianem „ponowoczesności”. Jest autorem wielu znanych rozpraw. Wśród napisanych w Polsce najważniejsze to „Wizje ludzkie­go świata” i „Kultura a społeczeństwo. Preliminaria”; był także redaktorem naczelnym pisma „Studia Socjologiczne”. Wśród najważniejszych jego prac napisanych na emigracji należy wymie­nić: „Legislators and Interpreters” (wyd. polskie: „Prawodawcy i tłumacze”), „Freedom” („Wolność”), „Postmodern Ethics” („Etyka ponowoczesna”), „Modernity and Holocaust” („Nowoczesność i Zagłada”), „Modernity and Ambivalence” („Wieloznaczność nowoczesna – nowoczesność wieloznaczna”), „Globalization: The Human Consequences” („Globalizacja i co z tego dla ludzi wynika”), „Ponowoczesność jako źródło cierpień”, „Together, apart” („Razem osobno”), „Wasted Lives” („Życie na przemiał”), „In Search of Politics”, „Europe An Unfinished Adventure” („Europa – niedokończona przygoda”).

www.obywatel.org.pl

 

„Przez tę babę z Perlejewa” (archiwalny reportaż) – IWONA TRUSEWICZ „Rzeczpospolita”

Ćwierć wieku temu mieszkanka podlaskiej wsi wyjechała na saksy do Brukseli. Dzisiaj pracuje tam kilkanaście tysięcy ludzi z Siemiatycz i okolic.

Siemiatycze. Reakcje na zamach w Brukseli.jpg

 

 

 

Gdy nastają wakacje, nauczycielka informatyki Edyta Brzozowska wsiada do autokaru relacji Siemiatycze – Bruksela. Odwiedza matkę, która od trzynastu lat sprząta domy zamożnym Walonom. Pracuje na czarno, podobnie jak kilka tysięcy mieszkańców Siemiatycz.

 

W szarym betonowym bloku na siemiatyckim osiedlu, w którym z mężem i czwórką dzieci mieszka Edyta Brzozowska, są dwadzieścia cztery mieszkania. Brzozowska liczy głośno, gdzie pracują jej sąsiedzi: Bruksela, Bruksela, Włochy, Bruksela, Australia, Bruksela… Wypada, że w trzynastu rodzinach choć jedna osoba dorabia w Brukseli, w dwóch – we Włoszech, w jednej na antypodach. Z pracy w Siemiatyczach utrzymuje się jedna trzecia mieszkańców bloku. Proporcje te można przenieść na całe miasto i wiele okolicznych wsi.

 

Ile macie teatrów i kin?

 

– W Brukseli Polka sprząta mieszkania i biura, opiekuje się dziećmi, gotuje. Polak robi remonty, buduje, zajmuje się ogrodem. A że połowa tych wszystkich Polaków jest z Siemiatycz i okolic, więc Belgom się wydaje, że to musi być duże miasto. Pewna Belgijka pytała mnie, ile w Siemiatyczach mamy teatrów, ile kin, hoteli, muzeów i galerii sztuki – śmieje się Brzozowska.

 

W osiemnastotysięcznych Siemiatyczach nie ma ani teatrów, ani hoteli, ani galerii sztuki, kin i muzeów z prawdziwego zdarzenia. Są okazałe kościoły i cerkwie, odnowiona żydowska synagoga, dwie wypożyczalnie kaset wideo, dwie lokalne gazety, jeden pensjonat, dwie restauracje, ładny park pośrodku rynku i zalew rekreacyjny na obrzeżach. Zakłady Hortex kupił Holender, w mleczarni Francuzi produkują sery. Według oficjalnych statystyk bez pracy pozostaje dziewięć procent dorosłych siemiatyczan. To niedużo jak na średnią krajową (17,6 procent).

 

We wszystkich szkołach dzieci uczą się francuskiego, język ten zna wielu dorosłych mieszkańców. Firmy budowlane i remontowe oferują najnowsze technologie i poziom usług prosto ze stolicy Belgii.

 

Trzynaście lat temu miejscowa PKS połączyła Siemiatycze stałą linią autobusową ze stolicą Unii Europejskiej. Dzisiaj w rozkładzie jazdy PKS ma dwie linie międzynarodowe relacji Siemiatycze – Bruksela i Siemiatycze – Londyn. Wyjazd w piątek i sobotę. W pozostałe dni tygodnia do stolicy Belgii kursują prywatne busy i linia z Białej Podlaskiej. Z Siemiatycz do Brukseli ludzie jeżdżą częściej niż do Warszawy czy Białegostoku.

 

– Przed Bożym Narodzeniem PKS wysyła do Brukseli wszystkie autokary – dwanaście – i jeszcze wypożycza od innych firm, bo do przywiezienia jest ponad półtora tysiąca ludzi. Wielu wraca także swoimi autami i korzysta z usług prywatnych przewoźników – opowiada burmistrz Zbigniew Radomski, wcześniej dyrektor PKS.

 

Ładniejszy krajobraz

 

Wszystko zaczęło się ćwierć wieku temu. Górale i Kurpie wyjeżdżali na saksy do Stanów, Mazurzy i Ślązacy do Niemiec, a mieszkańcy Siemiatycz do stolicy Belgii.

 

– Wszystko przez tę babę z Perlejewa – śmieje się burmistrz, powtarzając obiegową odpowiedź na pytanie, od kogo ta wędrówka ludu się zaczęła.

 

Wyjazdy do Brukseli tworzą łańcuch, w którym na początku jest owa „baba”, potem jej rodzina, dalsi krewni, sąsiedzi, znajomi sąsiadów… z tej samej wsi, potem z sąsiedniej i kolejnej. Perlejewo to wieś malowniczo położona w dolinie rzeki Pełchówka, ponad dwadzieścia kilometrów od Siemiatycz. Wygląda dziwnie. Przy głównej ulicy stoją ciągiem stare drewniane chałupy, a za nimi rozsiadły się okazałe betonowe wille.

 

– Nasi mieszkańcy są pracowici i oszczędni. Co zarobią w Belgii, to zainwestują w Polsce – mówi o widocznej zasobności gminy wójt Krzysztof Radziszewski, jedyny chyba obywatel Perlejewa, który w Brukseli nie był. – Dzięki temu ładniejszy u nas krajobraz. Ludzie kupują dobry sprzęt, stawiają porządne obejścia, posyłają dzieci do dobrych szkół. A i gmina z tej prosperity korzysta, rozwija się – argumentuje wójt i odsyła do rodziny Jankiewskich z Twarogów Lackich, bo to „chyba oni pierwsi pojechali”.

 

Na czarno u Jego Ekscelencji

 

Joanna Jankiewska potwierdza, że jej szwagier pojechał do Brukseli na początku lat osiemdziesiątych, ale nie był pierwszy. – Wcześniej znalazł się tam nasz sąsiad Tadeusz Usiński. To on załatwił zaproszenie dla szwagra. Potem żeśmy po wizę do Warszawy pojechali. A do Brukseli samolotem trzeba było lecieć, bo nikt nie słyszał, by z Polski pekaes do Brukseli jeździł – opowiada.

 

Za bratem do Brukseli trafił mąż Jankiewskiej, a w 1988 roku pojechała ona. Mąż pracował na budowie, ona sprzątała domy. Były to dobre czasy dla polskich gastarbeiterów. Przez belgijskich gospodarzy byli cenieni, konkurencji dużej nie mieli. A przede wszystkim obca waluta miała w kraju dużo wyższą niż dziś wartość.

 

– Belgowie to ludzie, którzy cenią sobie czas wolny. Dlatego biorą Polaków, byśmy za nich sprzątali, zajmowali się dziećmi, ogrodem. A oni wypoczywają tak, jak lubią. Sprzątałam u pani, której hobby było szycie zasłon. Całymi dniami siedziała w pracowni, projektowała i szyła zasłony – opowiada Jankiewska.

 

Najgorzej wspomina pracę u ambasadora Austrii. – W domu obowiązywała etykieta. To był horror. Witając się rano, nie mogłam powiedzieć po prostu „dzień dobry”. Musiałam mówić „dzień dobry, panie ambasadorze”, „jak się pani miewa, pani ambasadorowo”. Na każdym kroku byłam strofowana, pouczana. Nawet łóżka nie mogłam pościelić, bo to już robiła wykwalifikowana pokojówka. Czułam się tam źle, sama odeszłam – opowiada.

 

W 1993 roku wróciła do Polski. Czasy się zmieniły, frank stracił na wartości. Urodziła trójkę dzieci, dopilnowała budowy nowego domu, zajęła się gospodarstwem. O Belgach ma dobre zdanie: – Nie zadają pytań, nie spisują danych z paszportów. Cenią nas, bo w przeciwieństwie do Portugalczyków czy Marokanów Polak to dobry pracownik.

 

Jej mąż wciąż jeździ do Brukseli na zarobek. Niedawno zadzwonił z drogi. – Mówi mi: Aśka, co się dzieje? Na autostradzie sami Polacy.

 

To dla mnie pestka, „ma cherie”

 

Szukam dalej. Joanna Jankiewska podpowiada, że w Moczydłach-Pszczółkach mieszka Janina Smolikowska, która do Brukseli wyjechała jeszcze przed Tadeuszem Usińskim.

 

Dzisiaj siedemdziesięciosiedmioletnia staruszka mieszka w domu przy przystanku autobusowym. Pod koniec 1979 roku jako pięćdziesięciodwuletnia kobieta opuszczała drewnianą, biedną wieś z jedną walizką. – Początkowo było ciężko. Nie znałam języka, ale miałam dobrą pamięć, więc szybko się uczyłam. Sprzątałam, prasowałam i gotowałam u jednych profesorów i patronka sama zaoferowała się z pomocą przy nauce francuskiego. Potem zaczął się u nas stan wojenny i przez pięć lat nie byłam w Polsce, bo się obawiałam, że mnie już nie wypuszczą. Pomagałam rodzinie. Słałam pieniądze, paczki, załatwiałam zaproszenia – opowiada.

 

– Zajmowałam się domem dyplomaty. Żona dyplomaty była doktorem, bardzo mnie lubili. Gotowałam im obiady polskie, piekłam pączki, robiłam pierogi, gołąbki, za którymi przepadali. Oni tam jedzą szybko, najczęściej z tych puszków, więc mnie cenili. Dyplomata dostał placówkę w Stanach Zjednoczonych. Koniecznie chcieli mnie ze sobą zabrać. Tłumaczę mu, że potrzebna wiza, pozwolenie na pracę. A on mi na to: „ma cherie, dla mnie to pestka, tylko się zgódź”.

 

Nie zgodziła się, uznała, że jest za stara na nowe życie za oceanem. W roku upadku komunistycznej Polski Janina Smolikowska wróciła do Moczydeł. Przepracowała w Brukseli dziesięć lat. W tym czasie w Moczydłach stanął nowy dom.

 

Kto ją do Brukseli zaprosił? – No, jak to kto? Ta, która pojechała pierwsza – Katarzyna Nowecka z Perlejewa.

 

Obszerny dom rodziny Noweckich góruje nad drewnianą chatą z międzywojnia. W rozległym obejściu stoją murowane obory i stodoła, maszyny, ciągniki. Nowecka nie lubi wspominać przeszłości. Do Brukseli pojechała pod koniec 1978 roku. Była niecałe dwa lata. Wróciła odchować dzieci. Potem pracowała między innymi we Francji. Jej rodzina do dziś jeździ do Brukseli. Katarzyna dobrze wspomina czasy socjalistycznej reglamentacji, a źle wyraża się o Polsce współczesnej.

 

Czy była w Brukseli pierwsza z tych terenów?

 

– Z gminy pewnie tak. Zaproszenie przysłała koleżanka z Warszawy – mówi. I tak to się zaczęło.

 

Ludzie stali się kulturalni

 

Edyta Brzozowska kończy lekcję informatyki w Zespole Szkół Rolniczych w Ostrożanach i wraca piętnaście kilometrów do Siemiatycz. W tygodniu uczy także w ogólniaku w Drohiczynie, pisze artykuły do „Głosu Siematycz”. O sobie mówi „kobieta pracująca”. W ciągu trzydziestu dwóch lat życia ta szczupła blondynka zdążyła nie tylko urodzić czwórkę dzieci, ale też skończyć studia na dwóch uczelniach – nauczanie początkowe w Białymstoku i matematykę z informatyką na Uniwersytecie Warszawskim. Jest też absolwentką siematyckiej szkoły muzycznej, gra na flecie i pianinie. Gdyby urodziła się w Brukseli, jej rodzina nie miałaby trosk materialnych. – Ale mieszkam w Polsce, od dziesięciu lat w wakacje zastępuję więc mamę w pracy w Brukseli, a mama wraca do Siemiatycz odpocząć – opowiada.

 

Matka Edyty była w Siemiatyczach sprzedawczynią. Gdy w 1991 roku straciła pracę, koleżanka z Perlejewa przysłała jej zaproszenie do… Holandii. – Koleżanka pomogła jej znaleźć sprzątanie na godziny – opowiada Brzozowska.

 

Sama pierwszy raz do stolicy Belgii pojechała w 1994 roku busikiem. – Podróż trwa ponad dwadzieścia godzin, ludzie pili, palili, głośno się zachowywali – wspomina. Teraz jeździ tylko klimatyzowanymi autokarami z ubikacją i barkiem.

 

Zmieniły się także obyczaje podróżnych. – Ludzie wiele się w Brukseli nauczyli. Stali się kulturalniejsi, w podróży nie ma picia ani palenia – opowiada.

 

Belgijski wspólnik

 

Nie wszyscy pracują w Brukseli na czarno. Marcin Cichocki jest współwłaścicielem belgijsko-polskiej firmy remontowo-budowlanej. – Miałem w Siemiatyczach działalność gospodarczą, ale zbankrutowałem. Siedziałem na kuroniówce, kiedy zadzwoniła z Brukseli mama. Przeczytała ogłoszenie, że Belg poszukuje Polaka na legalnego wspólnika. Mama wyjechała do Belgii dwanaście lat temu, poślubiła Belga i dużo o tamtym rynku wie. Poradziła mi spróbować. I tak zostałem mniejszościowym udziałowcem spółki – opowiada.

 

Firma remontowa zatrudnia prawie samych Polaków – dwunastu, siedemnastu robotników. – Jeżeli ktoś się nie sprawdza, pije lub nie zna się na robocie, to robimy zebranie i go usuwamy – tłumaczy Cichocki.

 

W Brukseli wynajmuje sześćdziesięciometrowe mieszkanie. Czynsz pochłania jedną trzecią dochodów. Rodzina przyjeżdża na dłuższe pobyty, dzieci uczą się francuskiego, ale święta zawsze spędzają w Polsce. – W Brukseli na każdym kroku spotyka się Polaków. Przykro patrzeć, jak młodzi, wykształceni ludzie sprzątają mieszkania czy kładą kafle. Sam nie lubię tam pracować, nie odpowiada mi tamtejszy styl życia. Chciałbym żyć i pracować w Polsce, ale nie mam wyjścia, bo w Siemiatyczach pracy nie ma – mówi z goryczą.

 

Jest za to, postawione za brukselskie pieniądze, osiedle kilkuset willi zwane ironicznie przez miejscowych osiedlem biednych. Siemiatyczanie zainwestowali franki i euro w firmy budowlane, sklepy i gastronomię. Ale coraz częściej wiążą przyszłość z Brukselą, nie z Polską.

 

Kto zostanie w Siemiatyczach

 

Jan Masiel, którego ojciec wciąż mieszka w Siemiatyczach, po skończeniu dziesięć lat temu Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego otworzył w Brukseli szkołę języka francuskiego dla Polaków. Robi tłumaczenia, doradza w zakładaniu firm.

 

W dzielnicy St. Gilles („na Sanżulu”, jak mówią siemiatyczanie), w której mieszka najwięcej polskich pracowników, działają polskie delikatesy, krawcy, zakłady fryzjerskie, kosmetyczne, warsztaty samochodowe, pracownie komputerowe, kancelarie prawnicze. Wychodzi też bezpłatny polski miesięcznik „Gazetka”, w którym obok ogłoszeń, reklam polskich sklepów i najróżniejszych usług (w tym zakładu pogrzebowego z Siemiatycz specjalizującego się w „międzynarodowym przewozie zwłok”) są drobne ogłoszenia.

 

Ludzie szukają pracy stałej, czyli „stałki”, sprzedają polskie mieszkania. – Mama nie myśli o powrocie. Czuje się w Brukseli bezpiecznie, ma dość pieniędzy na zachcianki, odpowiada jej tamtejszy, luźny styl życia – opowiada Edyta Brzozowska.

 

W Siemiatyczach przy ulicy Grodzieńskiej w małym drewnianym domku Adam Boratyński prowadzi wypożyczalnię kaset wideo. Przed czterema laty bliźniaczą, ale większą wypożyczalnię filmów polskojęzycznych otworzyła w Brukseli jego siostra. Wcześniej do stolicy Belgii pojechała matka Adama.

 

– Każdy, kto do Brukseli wyjedzie i dwa, trzy lata popracuje, to już tu nie wróci. Pieniądze tak mu świat zawiążą, że ciągle ich będzie mało – uważa Boratyński.

 

Sam woli żyć w Siemiatyczach. – Mniejsze pieniądze, ale zawsze u siebie. A jak wszyscy do tej Brukseli wyjadą, to kto tutaj zostanie?

 

Imiona i nazwiska kilku rozmówców zostały zmienione na ich prośbę.

 

NIEMOWLĘCTWO FILMOWEJ FANTASTYKI (esej o kinie) – Stanisław Lem (Kraków, 1965 r.)

Doktor Strangelove.jpg

NIEZNANY TEKST LEMA O KINIE

PO RAZ PIERWSZY W POLSCE! PO 44 LATACH!

Ciekawostka. Niepublikowany w języku polskim esej Stanisła­wa Lema na temat kina został zaproponowany przez doktora Wiktora Jaźniewicza. Kilka lat temu, ten mieszkający w Mińsku badacz i tłumacz prozy Stanisława Lema na języki rosyjski i białoruski, oraz autor licznych artykułów o Lemie publikowanych w Bułgarii, Polsce, Rosji, na Ukrainie i Białorusi, za­prosił mnie do współpracy w przygotowaniu na rynek rosyjski kompendium prozatorskiej, filozoficznej i publicystycznej twórczości Lema. Monumentalna książka, zawierająca m.in. moje wywiady z pisarzem, zatytułowana Tako rzecze… Lem” ukazała sięw 2006 roku, nakładem prestiżowego moskiewskiego wydawnictwa „AST” w seriach „Philiosophy” i „LEM (Zbiór dzieł Lema)”.

„Niemowlęctwo filmowej fantastyki” – esej Lema, który spe­cjalnie dla „Filmu” przetłumaczyli: Wiktor Jaźniewicz i doktor Maciej Płaza, autor m.in. monografii O poznaniu w twórczo­ści Stanisława Lema” (Wrocław 2006), został napisany przez Lema na prośbę redakcji „Iskusstwo kino” z okazji IV Między­narodowego Festiwalu Filmowego, który odbył się w Moskwie w lipcu 1965 r.

W Polsce esej Lema ukazuje się po raz pierwszy!

  

Do kina mam stosunek dwojaki: „prywatny”, czyli stosunek zwykłego widza, który chodzi do kina, oraz „fachowy”, czyli stosunek pisarza, którego utwory mogą być zekranizowane

Myślę, że jestem „normalnym” widzem i lubię po prostu dobre filmy chociaż nie nazwałbym siebie kinomanem. Chętnie oglądam zarówno wielkie filmowe widowiska (wydaje się, że ta­kim filmem będzie nasz „Faraon”, który wła­śnie realizuje Jerzy Kawalerowicz i po którym wiele się spodziewam), jak i kameralne filmy psychologiczne, a nawet westerny.

Jak przystało na pisarza zajmującego się głów­nie tematyką fantastyczno-naukową, mam pod adresem tego typu kina nieco zastrzeżeń. Przede wszystkim muszę przyznać, że nie znam ani jednego filmu fantastyczno-naukowego, który byłby pełnowartościowym dziełem artystycznym: jeżeli takowe istnieją, nie widziałem ich. Ponieważ film „Milcząca gwiaz­da”, zrealizowany na podstawie mojej książki »Astronauci« (ale nie według mojego scenariu­sza!), także uważam za słaby, do kolejnych pro­pozycji ekranizowania moich dzieł odnoszę się ostrożnie. Choć odrzuciłem już wiele takich propozycji, nie twierdzę, że nie jestem chętny do współpracy z kinem – po prostu uważałem, że nie miały one szans na sukces.

Sytuacja wygląda mniej więcej następująco: reżyserzy o „wielkich nazwiskach” z ustaloną reputacją, zazwyczaj nie chcą kręcić filmów fantastycznych. Są specjalistami w innej dzie­dzinie i prawdopodobnie wolą nie zajmować się ryzykownymi eksperymentami w dziedzi­nie fantastyki, gdzie czekałyby ich liczne trud­ności (za dowód może służyć właśnie brak do­brych filmów fantastyczno-naukowych).

Z kolei początkujący reżyserzy chętnie podjęli­by się realizacji takiego filmu, ale ja nie mam do nich zaufania i waham się, nie będąc pe­wien, czy wolno im realizację takiego filmu powierzyć. W ten sposób powstaje niejako błędne koło.

Filmy fantastyczne zazwyczaj są droższe od „zwykłych”, dlatego ryzyko związane z ich re­alizacją jest wyjątkowo duże. Na Zachodzie film fantastyczny to po prostu (z bardzo rzad­kimi wyjątkami) bliski sąsiad lub nawet krew­ny różnego rodzaju przygodowej taniochy. Owe wyjątki właściwie nie są już filmami fantastyczno-naukowymi – przykładem choćby film Kubricka „Doktor Strangelove”.

W ten sposób opinia (potwierdzona w prakty­ce), jakoby film fantastyczny był artystyczną chałturą, szybko się upowszechnia i ewident­nie zaczyna kształtować powszechne mnie­manie, przynajmniej w kręgach polskich fil­mowców. Sytuację tę można byłoby zmienić tylko w jeden sposób: przeciwstawiając takie­mu poglądowi fakty, czyli wypuszczając trzy-cztery filmy fantastyczno-naukowe o wyso­kiej wartości artystycznej. Prób takich jednak, o ile mi wiadomo, nie podejmowano.

Jeśli zaś mowa o światowej kinematografii w ogóle, to pomijając filmy fantastyczne, o których pisałem wyżej, jej sytuacja wydaje mi się następująca – oczywiście w ogólnym zarysie. W ciągu ostatnich piętnastu lat byli­śmy świadkami dynamicznych i często zmieniających „strategiczny kierunek uderzenia” poszukiwań, co samo w sobie, jak każdy eks­peryment w sztuce, jest cenne. Nieraz jednak można było wyczuć ukrytą za takimi poszukiwaniami skłonność do wynajdywania „recep­ty nowoczesności”. Jak gdyby taka recepta istniała!

Jedni widzieli ją w „Kino-Prawdzie” i ukry­wali kamerę filmową przed oczyma przechodniów, pragnąc „uchwycić życie ulicy ta­kim, jakie ono jest”; twierdzili, że film „Cleo od piątej do siódmej” jest takim właśnie „do­kumentem”, wyrwanym wprost z życia (ma się rozumieć, że wcale tak nie jest). Inni go­towi byli całkowicie zaufać doskonałości jed­nej tylko techniki operatorskiej, w przekona­niu, że jeśli film kręci się metodą doskonałą z technicznego punktu widzenia, to każdy szczegół, który trafi w pole widzenia obiekty­wu, staje się dziełem sztuki. Szczególnie nie­bezpieczne pod tym względem wydają się mi niektóre utwory Michelangela Antonioniego i jego naśladowców.

Główny powód do dumy tych twórców stano­wi czasem to, że w ich filmach prawie nic lub zgoła nic się nie dzieje, a to, co się dzieje, przedstawia się widzowi w sposób drobiazgo­wy, rozwlekły i z taką skwapliwością, jakby podawano mu na srebrnej tacy – okrążywszy to wszystko z największą powagą i nabożeń­stwem – kilka łodyżek trawy, cynową łyżecz­kę i tenisową piłeczkę, milcząco dając do zrozumienia, że w tym wszystkim kryje się Bóg wie jak głęboka filozoficzno-artystyczna treść. Nie twierdzę bynajmniej, że wątpię w szczerość zamiarów Antonioniego czy jego naśladowców, ale w sztuce nie liczą się za­miary, tylko ich realizacja. Te filmy są niemal puste, jeśli zaś nie są puste, to łatwo prze­kształcają się w jałową demonstrację sentymentalnych działań i scen (okropnie długie kadry, twarze w zbliżeniach).

Nie uważam, że w taki sposób nie da się zro­bić ciekawego filmu; owszem, lecz tylko jeden raz. Nieprzerwane ich powtarzanie zrodziło natomiast straszną manierę – napuszoną, sztuczną i pustą.

Natomiast filmy zrealizowane w sposób „staroświecki”, po których jednak widać, że reżyser czegoś poszukuje i chce coś przeka­zać – jak „Fanfaron” ze świetnym Gassmanem – są wspaniałe i wierzę, że takie filmy, rzekomo „staromodne”, zawsze będą wzorem.

Krótko mówiąc, w kinematografii panuje niejaka nerwowość, polegająca na tym, że szybko – szybciej niż w literaturze al­bo malarstwie – powstają i gasną w niej przelotne „mody”. Powstają „szkoły” (polska, francuska), które owocują dwoma-trzema ciekawymi filmami oraz dłu­gim ogonem naśladownictw – aż w koń­cu wszyscy zaczynają się dziwić: „gdzież podziała się ta szkoła?”

Stosunki między sztuką filmową a literaturą układają się, jak mi się wydaje, nieźle, chociaż mogłyby być lepsze. Uważam, że dobry sce­nariusz oryginalny zawsze jest lepszy niż sce­nariusz napisany na podstawie gotowego utworu literackiego, lecz przy tym wcale nie jest tak, że jeśli autor scenariusza staje się również reżyserem filmu, to automatycznie gwarantuje to jakąś szczególną „jednolitość” utworu i wysoki poziom artystyczny.

Jeśli mówimy o specyfice kinematografii kra­jów socjalistycznych, to wydaje się mi, że szczęśliwie minął (i to już dawno) jego nie­mowlęcy wiek. Chyba jednak z wyjątkiem… dziedziny fantastyki. A to dlatego, jak już mó­wiłem, że zdarza się jeszcze, iż reżyser biorą­cy się za realizację filmu fantastycznego próbuje ukazać w takim dwugodzinnym utworze całą przyszłość (cały komunizm, całą jego społeczną i psychologiczną problematykę, plus loty kosmiczne, plus niesłychanie rozwi­niętą technikę naziemną itd. itp.). Tego nato­miast, ma się rozumieć, doskonale zrobić się nie da – wcześniej należałoby stworzyć od A do Z „fantastyczną encyklopedię filmową XXX wieku”.

Film nie może pomieścić „wszystkiego”; stąd na przykład wynika schematyzm zekranizowanych »Astronautów«, ponieważ to, czego w tym filmie nie pokazano, czyli nie ziszczo­no artystycznie, zwyczajnie się nam opowia­da – jakby bohaterowie czytali z ekranu ga­zetowe wstępniaki.

Tak oto, choć wydaje mi się, że ogólny po­ziom filmów rzeczywiście jest już wysoki – chyba znacznie wyższy niż 10-15 lat temu – wciąż nie można tego powiedzieć o dziedzinie kina, która mnie najbardziej interesuje. Ale może i w niej nastąpią zmiany na lepsze – gorąco tego pragnę i życzę samemu sobie oraz wszystkim miłośnikom filmowej fantastyki.

Kraków, 1965.

Z rosyjskiego przetłumaczyli: Wiktor Jaźniewicz i Maciej Płaza

Pierwodruk: Czasopismo Iskusstwo kino” (Moskwa), 1965, 6, s. 10-11.

Artykuł napisany na prośbę redakcji z okazji IV Międzynarodowego Festiwalu Filmowego, który odbył się w Moskwie 5-20 lipca 1965 r. W programie konkursu wśród 34 filmów z 31 krajów był polski Trzy kroki po ziemi” (reż. Jerzy Hoffman i Edward Skórzewski), który otrzymał Srebrny Medal.

Wiktor Jaźniewicz – doktor nauk technicznych (specjal­ność: komputery i informatyka), tłumacz dyskursywnej prozy Stanisława Lema na język rosyjski i białoru­ski, autor artykułów o jego twórczości, opublikowa­nych na Białorusi, w Bułgarii, Polsce, Rosji i na Ukrainie. Mieszka w Mińsku (Białoruś).

Maciej Płaza – doktor nauk humanistycznych (specjal­ność: teoria literatury), autor książkowej monografii „O poznaniu w twórczości Stanisława Lema” (Wrocław 2006) oraz licznych artykułów poświęco­nych twórczości Lema; tłumaczy z angielskiego i rosyjskiego. Mieszka w Poznaniu.

„BEZZĘBNA MEDIOKRACJA” Rozmowa ze STANISŁAWEM LEMEM „Wprost” 18 lutego 1996 r., nr 7, s. 68.

Stanisław Lem.jpg

Ludzkość nie interesuje się polityką – woli harlequiny” lub wiadomości telewizyjne, z których prawie nic nie rozumie

 

 W felietonach ze swego najnow­szego zbioru „Lube czasy” przestrzega pan przed globalną telewizją, która chcąc przyciągnąć odbiorców, epatuje przemocą, przekazując w ten sposób instrukcję zabijania w skali masowej.

– Panuje teraz bardzo niebezpieczna moda przyzwyczajania mas do tego, iż można zamordować 100 albo 500 tys. ludzi i nic specjalnego się nie dzieje. Nikogo się nie aresztuje, nie sądzi. Wielomilionowa publi­czność mediów nie chce tego widzieć albo przyzwyczaja się do faktu, że człowieka można np. bezkarnie ugotować i zjeść. Żeby powstał telewizyj­ny lub prasowy news, jedna ze stron konfliktu zbrojnego musi wymordować 20 tys. swoich przeciwników i pochować ich w masowych grobach. Ten „nastrój do zbrodni” podkrę­ca i upowszechnia wiele lokal­nych konfliktów, które na całym świecie pokazuje co­dziennie telewizja satelitarna. Pamiętam, że kiedy przed wojną porwano dziecko Lindberga, pierwszego człowieka, który przeleciał Atlantyk, kidnaping ten spowodował trzę­sienie umysłów. Natomiast to, co teraz oglądamy w telewizji, można nazwać masowym tre­ningiem społecznym, przygotowaniem do uzwyczajnienia zbrodni.

 

 Coraz częściej przestrzega pan także przed fatalnymi skutkami mediokracji w polityce.

– Media stają się w naszych czasach szczególnie drapieżne, tyle że stopień uwrażliwienia na kry­tykę z ich strony jest bardzo różny. Na przykład w Rosji, po zniesieniu instytucjonalnej cenzury, głosy krytyki, rozpaczy i przerażenia, upowszechnia­ne przez tamtejsze media ze szczegól­ną siłą, nie przynoszą żadnych efektów. Tam mediokracja okazała się bezzęb­na. U nas duża część prasy rozpisuje się, jak to niezdrowo i nieprzyjemnie, że urząd prezydenta, legislatywa i egzekutywa w Polsce pozostają w rękach jednej partii, ale to wszystko spływa po elicie politycznej jak woda po gęsi.

 

 Daleko posunięta mechanizacja produkcji prowadzi do tego, iż milio­ny ludzi nie tylko tracą pracę, ale stają się też społecznie bezużyteczne.

– Oglądałem niedawno w jakimś czasopiśmie japońskim schemat kon­strukcyjny domu, który wznosi zespół robotów, kierowany przez centralny komputer. Na budowie nie zatrudnio­no ani jednego człowieka. Pojawia się więc pytanie: co mają w tej sytuacji czynić ludzie? Liczba bezrobotnych w Niemczech czy w Stanach Zjednoczo­nych sięga kilku milionów. Bardzo łatwo mogą oni zrobić coś nieobliczal­nego. Może dojść do eskalacji działań populistycznych, a nawet rewolucyj­nych, nad czym trudno będzie zapanować w skali globalnej, zwłaszcza w sytuacji, gdy granice państwowe zaczynają być fikcją. Niestety, ich likwi­dacja bardziej sprzyja przepływowi narkotyków i terrorystów niż upowszechnieniu interesujących rozwiązań socjologicznych. Granice przestają mieć znaczenie w dobie telewizji, która w jednym dzienniku informuje o wszystkich ważniejszych wydarze­niach na świecie. Inna sprawa, że ta dawka horroru jest coraz trud­niejsza do zniesienia.

 

 Jakie zmiany w ludzkich zachowaniach wywołuje przepływ informacji w skali całej planety?

– Zmniejszenie informacyjne globu oznacza w praktyce, iż np. katastrofa w Tajlandii będzie miała wyraźny wpływ na kursy giełdowe w Ameryce, co uważam za zjawisko niezdrowe. Kiedy czytam do snu „Ogniem i mieczem”, spostrzegam, że pan Zagłoba nie wie, co się dzieje poza granicami Pomorza czy Prus, a o stanie spraw w Afryce czy Chinach nie ma pojęcia nikt w całej powieści. Z  tego powodu bohaterowie koncentrują się na sprawach lokalnych. Sam nie zachwycam się faktem, iż ostatnio cały glob stał się teatrum do oglądania. Przecież dzisiejszy człowiek ma taką samą „przepustowość informacyjną”, jak 80 tys. lat temu, a musi „przetrawić” bez porównania większą liczbę informacji. W tej sytuacji większość ludzkości stara się nie interesować tym, co się dzieje na świecie, więc albo czyta „harlequiny”, albo nie czyta niczego, ogląda tylko wiadomości tele­wizyjne, z których – jak wykazały ostatnie badania – prawie nic nie rozumie. Tymczasem upadek kultury druku i dominacja kultury wizualnej świadczy o tym, że technika wygrywa z intelektem. Coraz doskonalsze techno­logie są zaprzęgane do najprymitywniej­szych ludzkich popędów.

Rozmawiał: Mateusz Nowak

 

„Wprost” 18 lutego 1996 r., nr 7, s. 68.

Wojciech Kassian z Jackiem Grunem („Kurier Podlaski”, wspomnienie pośmiertne, początek lat 90-tych)

w.kassian j.grun.jpeg

Wiadomość o tej tragedii dotarła do nas dopiero teraz. Na początku listopada w katastrofie samochodowej na terenie RFN zginął nasz były Kolega redakcyjny WOJTEK KASSIAN. Pozostawił żonę i dwoje dzieci w wieku szkolnym. Wojtek razem z nami organizował „Kurier Podlaski”, przechodząc — jak wielu z nas — z funkcji stałego współpracownika „Gazety Współczesnej”, niezadowolonego z panujących tam wówczas stosunków. Rwał się do ostrej, agresywnej reporterki, potrafił wyszukać sensacyjny temat, potrafił go sprzedać w nietuzinkowej formie. Kiedy wchodził do redakcji z nieodłączną fajką, z uśmieszkiem na ustach, wiedzieliśmy, ze w torbie niesie granat. Mimo pewnej minimalnej niezależności, jaką wówczas — mimo wszystko — posiadał „Kurier”, nie było łatwo te granaty publikować. Telefony z ośrodków władzy przyciskały kierownictwo. Wojtek szamotał się nie chcąc dopuścić do kastrowania tekstów — konflikt narastał. Drukować można było oczywiście tyle, na ile pozwalali towarzysze z KW. Był pierwszym, który nie wytrzymał. I czy sam odszedł, czy też jego zwolniono za krnąbrność — trudno po tylu latach ustalić. Publikował potem w pismach centralnych, przez pewien czas był rzecznikiem prasowym PSM w Bielsku-Białej i właśnie jego „maluch” nie wytrzymał czołowego zderzenia z zagranicznym wozem na autostradzie.

 

Dzisiaj w kraju szuka się takich piór jakim posługiwał się Wojtek: ostrych, zadziornych, nieprzekupnych i bezkompromisowych. Żal Wojtka jako człowieka, żal także dziennikarza, który dzisiaj mógłby oddychać pełną wolnością. Za późno, Wojtku. Niestety, za późno.

bez Białostocczyzny (WIEŚCI Z TERENU) – Wojciech Semik, lata 80-te (reportaż na temat Siemiatycz)

Siemiatyckie Skóry.jpg

Osobliwa jest rola dzienni­karza w małym miasteczko białostockim. Oderwanie od środowiska zawodowego i ska­zanie na własne siły i moż­liwości pozwala na dokonanie szeregu spostrzeżeń. Bo i rze­czywiście różnorodność i nie­typowość problemów tu mnoga. Przejrzystość struktur spo­łecznych ułatwia funkcjono­wanie. Hamuje je klikowość i kumoterstwo.

 

Przed miesiącem, na łamach lokalnej popołudniówki, uka­zał się reportaż, w którym stanąłem po stronie pokrzyw­dzonej pracownicy zakładu produkującego buty. Wychodząc z drugiej zmiany wzięła ową rozsadę paprotki stojącej w stołówce. Przyłapano ją, a następnie ukarano szeregiem stosownych kar pieniężnych. Z kolei zrobiono z zajścia afe­rę. Z pracownicy o dwudzie­stoletnim stażu uczyniono no­toryczną złodziejkę. Nic nie przeszkadzało, że nadal trwały kradzieże butów, skóry, kleju i nici. Z tą różnicą, że kradli ludzie z ekipy kierowniczki kadr i dyrektora naczelnego. Gdy kolejny przypadek zło­dziejstwa nie dał się zatuszo­wać przed załogą, pracowni­ka — brata kadrowej — zwolniono. Po kilku dniach, za­proponowano mu jednak przy­jęcie pracy chałupnika. W do­mu robił to samo co w za­kładzie, znaczy wykrojniki. Zakładowym Żukiem, a jak­że, zawieziono mu butle z tlenem i materiały.

 

Protesty pracownicy wywo­ływały oburzenie kliki panu­jącej. Gdy spotykałem się z nimi z osobna, podzielali mo­je refleksje i skłonni byli przyznać, że zrobiono jej krzywdę, ale — jak zaznaczyli — nie mogli temu prze­ciwdziałać.

 

W kilka dni po ukazaniu się tekstu szedłem ulicą owego miasteczka, gdy nagle zatrzymał się przy mnie czerwony Polonez. Wysiadł naczelnik miasta i gminy wraz z dyrektorem przedsiębiorstwa. Za­prosili na wódkę. Na nic zda­ły się tłumaczenia, że nie mam czasu i że nie piję. Ale skoro byli dokładnie pijani, a ja trzeźwy — to i tak ich przetrzymam — pomyślałem, i wsiadłem. Dyrektor kazał jechać do domu starców. Szef zakładu w ciągu paru minut przyniósł kilka flaszek i zagryzkę. Dowiedziałem się wte­dy, kogo znają i jak mnie załatwią. Dowiedziałem się, że ośmieliłem się wejść w sprawy zakładu, o którym —  przynajmniej do tej pory — pisano tylko dobrze.

 

Jest tajemnicą poliszynela, że funkcjonujący przy zakła­dzie punkt usługowy, szyje ze skór (cielęcych) płaszcze, zaś z baranich kożuchy. Wszystko za symboliczną opłatą, w cią­gu paru godzin komu trzeba na ogół tym ważnym. Prze­cena skór odbywa się szybko i nie trzeba do tego żadnych komisji. Najszybciej szyli, gdy dyrektor kończył zaocznie stu­dia.

 

Zakład ma powiązanie z gazetą, w ciągu następnych miesięcy teczka redakcyjna macierzystej mojej popołudniówki zaczęła puchnąć od moich tekstów. Przestały się w ogóle ukazywać. Naczelny dostał cynk. Szykanowana pracownica zwolniła się już z pracy. Klika zakładowa działa nadal i nic nie wska­zuje na to, że coś się zmie­ni. Człowiek decydujący o doborze kadr redakcyjnych był kilka dni goszczony przez dyrektora. Bawili się i pili dobrze. Wyjechał w długim, czarnym, skórzanym płaszczu.

 

Nasuwa się wniosek — dziennikarz stający po stronie osoby poszkodowanej chcąc nie chcąc angażowany jest w konflikt, w którym sam ry­zykuje. Tu wszak pojawiają się dwie szkoły — warszaw­ska i lokalna. Inaczej sprawa wygląda bowiem w przypad­ku osoby przyjeżdżającej z zewnątrz i mogącej bez oba­wy wyrazić swój sąd. Inaczej zaś, gdy ów dziennikarz sta­nowi cząstkę miejscowej spo­łeczności.

 

 

„Po pijaku!” – Wojciech Kassian (fragment dziennika) 23 XII 1983

Wojciech_Kassian_photo.jpg

Kilka zdań o

Moim zdaniem

Czy warto mówić o

Co wy na to

 

Sam nie  wiem co wyzwala we mnie  inwencję twórczą sukcesy czy porażki. Na razie brnę w szarzyźnie życia pogrążony po łydki. I sam nie wiem dokąd zmierzam. Co jutro będzie mi dane czy też odebrane. Ja czynię ciągle swoje a życie sobie płynie jak gdyby nigdy nic. Już trzy lata upłynęły od czasu mojego przyjazdu na Podlasie. Przyjazdu przebiegającego pod znakiem pieniędzy otrzymanych z branży dziennikarskiej a poprzednio z nauczycielskiej. Stałem się innym w stosunku do siebie. Ale przypuszczam, że taki sam  jestem dla ludzi którzy otaczają mnie zewsząd.

 

Dookoła są ludzie, którzy zazdro­szczą mi sukcesów. Którzy źli są, że pod ich bokiem wyrosło takie ścierwo jak Kassian. Czynią oni wszystko aby uciąć to pasmo życia, tą iskierkę która tli się we mnie. Ale nie wie­dzą oni, że jest to iskra Boża. A z tą nie tak łatwo wojować. Kompleksy, które drzemią we mnie są inspirujące. Szczegóły zaś zawsze trywialne. Sam już nie wiem czy pozostaję ciągle w zgodzie z samym sobą. W końcu ja, szalone dziecko swoich rodziców – którym dostarczałem ciągłych kłopotów mam na stare lata kłopoty z samym sobą. No bo ciężko być sobą rzeczywistym i sobą ide­alnym. Na czym to polega – wytłumaczę. Otóż – ja rzeczywisty jestem pełen nałogów i skłonności mogących bulwersować innych ludzi. Zaś ja idealny jestem człowiekiem bez skazy. Postacią popularną, która odkłania się co dwa kroki i jest przykładem do naśladowania przez młodzież i ludzi błądzących.

 

Trudno pogodzić te dwie funkcje dysponując tylko jedną osobą. Trzeba być albo w niezgodzie z samym sobą albo też pozować. A ile można być innym niż się wydaje. Ja wytrzymałem dwa lata. To dużo czy mało zapyta ktoś ? Na to pytanie trzeba odpowiedzieć samemu sobie. Bo wszystko zależy od punku widzenia. Można być sobą do emerytury pod warunkiem, że dany osobnik nie posiada osobowości schizofrenicznej. A jaka to osobowość zapyta ktoś? To taka, która swoim problemom dopisuje własną, odbiegającą od realiów rzeczywistość.

 

To dobrze czy źle, może ów namolny petent ponowić pytanie? Dobrze, dopóki nie możemy zrealizować takiej rzeczywistości, a źle gdy mamy ją w zanadrzu. Bo gdy ktoś ma ucieczkę w alkoholizm, chorobę, lub wyjazd na inną planetę – to jest z góry skazany na niepowodzenie. Przegrywa. A kto wygra tę partię. Każdy ! Każdy kto umie być partyzantem XXI wieku !

 

POSTMODERNIZM W KINIE – Marcin Giżycki

STAR WARS - Empire Needs You.jpg

„Modernizm przestał działać. Okrzyczany postmodernizm jest niemożliwością”1 – zadeklarował w 1981 r. Harry Smith, jeden z największych outsiderów i ekscentryków kina i literatury. Miał racje. Modernizm bo­wiem, przynajmniej według Habermasa2, okazał się „projektem niedokończonym”, choć wypalonym, postmodernizm natomiast, zgodnie z diagnozą Lyotarda1, założeniem opartym na sprzecznościach. Z natury rzeczy próby zdefiniowania filmowego postmoder­nizmu skazane są także na ambiwalentność.

 

Najprościej byłoby powiedzieć, że skoro żyjemy w epoce postmodernizmu, to każdy film powstający dzisiaj jest filmem postmo­dernistycznym. Z jednym wszakże zastrzeże­niem: każdy film, który nie zrywa radykalnie więzów z poprzednikami, jak czynił to, daj­my na to, Griffith w NIETOLERANCJI, po raz pierwszy stosując narracje równoległą, al­bo Eisenstein wprowadzając w PANCERNI­KU POTIOMKINIE kino faktu, albo Hitch­cock rezygnując w SZNURZE z konwencjo­nalnego montażu, że nie wspomnę już o licz­nych odkryciach i prowokacjach awangardy filmowej.

 

Postmodernizm, jak ujął to John Barth4, jest symptomem „kultury wyczerpania”, a więc kultury skazanej na powielanie odkry­tych już schematów, wzorców. Najjaskrawiej widać to w dziedzinie sztuk plastycznych, gdzie po Duchampie i konceptualizmie, po urynale wystawionym w galerii i porzuceniu materialnego przedmiotu na rzecz werbal­nych dywagacji, wszystko stało się możliwe. Limit odkrywania nowego został rzeczywi­ście osiągnięty (przynajmniej do czasu, aż ktoś wykaże, że jest inaczej). Pozostaje tylko dodawanie wariantów do tego co już jest. A w muzyce? Czytam na przykład w jednym z tegorocznych numerów „Atlantic Monthly”: „W poprzednich wiekach nowe formy w muzyce zastępowały stare. Ale obecnie każda nowa forma dołącza się do poprzed­nich w naszej nieskończenie powiększającej się muzycznej bibliotece”5. Czyli postmoder­nizm, jako że dla autora tych słów nowa for­ma znaczy tyle, co nowo powstały utwór.

 

Czy w filmie jest podobnie? Czy chodząc do kina nie mamy wciąż uczucia deja vu. Dopóki więc nie pojawi się dzieło, które olśni nas swoją innością, odkrywczością, które nie będzie nam przypominało czegoś innego, do­póty zapewne będziemy tkwić w najszerzej pojmowanym postmodernizmie. Osobiście takiego dzieła na horyzoncie na razie nie wi­dzę.

 

O ile więc kino w całości, jak i inne sztu­ki, przeżywa niewątpliwie postmodernistycz­ny kryzys, który, jeśli Eco6 ma rację, może okazać się kryzysem permanentnym, to niewątpliwie można wskazać utwory, które wy­rażają lepiej niż inne ducha epoki. Frederic Jameson wskazuje m.in. na następujące ce­chy postmodernizmu: schizofreniczność, skłonność do pastiszu (nostalgii), zanikanie poczucia historii (czasu przeszłego), przeży­wanie rzeczywistości poprzez jej obrazy oraz, oczywiście, wyczerpanie się możliwo­ści nowych form (wszystko zostało już wy­nalezione)7. Cechy te były obecne i w moder­nizmie, ale gdzieś na jego obrzeżach. Teraz przesunęły się do głównego nurtu. Filmami, w których te właściwości najlepiej się uwidoczniają są dla Jamesona chociażby GWIEZDNE WOJNY, wyrażające tęsknotę za starymi serialami telewizyjnymi, czy nostalgiczne AMERYKAŃSKIE GRAFFITI.

 

Inne filmy często przytaczane w kontek­ście rozważań nad postmodernizmem to ŁOWCA ANDROIDÓW, REPO MAN, TERMINATOR i BLUE VELVET. Skłania to Maureen Turim do postawienia pytania, czy aby filmowy postmodernizm nie jest no­wym gatunkiem filmowym, łączącym ele­menty science fiction i kryminału, którego bohaterowie zdają się „wyzuci z jakiejkol­wiek moralności”8.

 

Dla Jeana Baudrillarda natomiast sztanda­rowym reprezentantem postmodernizmu jest CZAS APOKALIPSY Coppoli, jako film najlepiej odzwierciedlający zjawisko simulacrum, zastępowania rzeczywistości przez coś bardzo do niej podobnego. Jak udowadnia to francuski filozof, filmowy świat Coppoli (z zastosowanymi metodami produkcyjnymi włącznie) jest pod wieloma względami bar­dziej realistyczny (i nie mniej kosztowny) niż sama wojna10.

 

Można by przytoczyć jeszcze wiele fil­mów, które przy różnych okazjach pojawiają się jako przykłady postmodernizmu. Waż­niejsze jednak wydaje się postawienie pyta­nia, czy za tytułami idzie jakaś istotna post­modernistyczna teoria filmu. Ze wszystkich czołowych uczestników dyskusji o postmo­dernizmie najwięcej czasu i miejsca poświę­cił kinu Frederic Jameson. Jego zaintereso­wanie przedmiotem zaowocowało dwiema książkami: „Signatures of the Visible” i „The Geopolitical aesthetic: Cinema and Space in the world system”12. Jak wskazuje tytuł dru­giej z tych prac, kino zajmuje autora przede wszystkim w kontekście geopolitycznym. Jest to oczywiście zgodne z szerszymi poglądami Jamesona na kulturę, którą widzi on po marksistowsku, jako zasadniczo nadbudowę ustroju ekonomicznego13 (pozostawiając jednak twórcom pewien margines autonomii, ale to kwestia tutaj nie najistotniejsza). Post­modernizm jest więc dla niego estetyczną emanacją późnego kapitalizmu, a film tegoż postmodernizmu najbardziej charaktery­stycznym przejawem, pod warunkiem jed­nakże, zgodnie z tym, co zostało powiedzia­ne przed chwilą, że mówimy o kinie krajów najbardziej rozwiniętych. W skali globalnej kino postmodernistyczne może więc egzysto­wać obok modernistycznego14.

 

Kilka czynników składa się na to, że kino, wedle Jamesona, można uznać za najbardziej postmodernistyczną ze sztuk. Po pierwsze – wysokie zaawansowanie techniczne powodujące, że, jak w żadnej innej dziedzinie arty­stycznej, ekonomia styka się tu bezpośrednio z twórczością. Po drugie – w filmie, jak ni­gdzie indziej, zatarły się granice między sztu­ką przez duże i małe „s”. Po trzecie – jeśli przez postmodernizm rozumieć zespół ten­dencji dominujących w kulturze, to kino, ze względu na swoją popularność, jest tejże do­minacji znakomitym wykładnikiem. Po czwarte — a jest to paralela szczególnie waż­na – film, jak i postmodernizm, każe nam po­strzegać świat, jako zbiór osobnych przed­miotów. Postmodernizm bowiem, jak twier­dzi Jameson, dzieje się w płaszczyźnie prze­strzennej, w której zjawiska istnieją jakby obok siebie, w odróżnieniu do linearnie, cza­sowo rozwijającego się modernizmu (stąd ty­powy dla dzisiejszej epoki brak poczucia hi­storii).

 

Tak silnego związku między fazą rozwoju kina a etapem społecznego rozwoju wcze­śniej nie było, a to ze względu na młody wiek Dziesiątej Muzy, która potrzebowała nieco czasu, by dojrzeć. Jameson dzieli historię ki­na na dwa okresy, których ciągłość została zachwiana – kina niemego i dźwiękowego. Zakłócenie ciągłości w momencie wprowadzenia dźwięku objawia się w tym, że i w jednym i drugim okresie można wyróżnić fazę realizmu i modernizmu. W filmie dźwię­kowym realizm reprezentuje klasyczne kino hollywoodzkie, czy jak kto woli wielkich stu­diów, ze swoimi tradycyjnymi gatunkami. Modernizm zaś, zrodzony w końcu lat 50., to kino autorskie, którego najwybitniejszym przedstawicielem jest Godard. I wreszcie nie­obecny w czasach niemych postmodernizm, który pojawia się w latach 70. (pierwszym postmodernistycznym reżyserem, zdaniem Jamesona, jest Brian de Palma).

 

Te trzy fazy korespondują, ale naturalnie nie pokrywają się czasowo, z trzema wyodrębnianymi przez Jamesona fazami rozwoju kultury burżuazyjnej: realizmem, moderni­zmem i postmodernizmem. A te z kolei od­powiadają trzem fazom rozwoju kapitalizmu: kapitalizmowi rynkowemu, monopolistycz­nemu i późnemu, z którym mamy do czynie­nia dzisiaj15. Ponieważ nadrzędnym celem pi­sarstwa Jamesona jest odnajdywanie w dzie­łach sztuki (tekstach) odzwierciedlenia panu­jących stosunków społecznych w warunkach późnego kapitalizmu, nie powinno dziwić, że głównym przedmiotem jego zainteresowań filmowych jest kino amerykańskie. I tak, na przykład, KLUTE Alana Pakuli zawiera, zdaniem Jamesona, typowo amerykańskie „podteksty terapeutyczne”16 (których nośni­kiem jest tytułowy bohater), a TRZY DNI KONDORA Sydneya Pollacka, rozgrywają­ce się między mostami Nowego Jorku a śnie­gami Yermontu, wyrażają dialektyczny cha­rakter północnoamerykańskiej przestrzeni17.

 

Szczególnie wiele miejsca Jameson po­święca „filmom konspiracyjnym”, zwłaszcza SYNDYKATOWI ZBRODNI, widząc w nich reakcję na postmodernistyczną fragmentację społeczeństwa. Jak ujął to Michael Walsh, są to dzieła, w których „jednostka jest zagubiona w społecznych, technologicznych i ekonomicznych systemach wykraczających poza jej zdolności pojmowania”18. Odkrywa­nie przez bohaterów tych filmów złożonej rzeczywistości w jakiej działają porównuje Jameson do procesu „poznania poprzez spo­rządzanie mapy” (cognitive mapping), które to pojęcie stanowi dla niego jedną z podsta­wowych kategorii metodologicznych19 (dru­gą jest „polityczna podświadomość” – political unconcious10). W ten sposób kino służy Jamesonowi nie tylko w charakterze przed­miotu analizy, ale i poglądowej metafory je­go własnych metod badawczych.

 

Jameson dzieli z innymi teoretykami post­modernizmu przekonanie o wszechobecności obrazu w dzisiejszych czasach. Stan ten pro­wadzi do dominacji postrzegania wzrokowego nad innymi sposobami percepcji, do swo­istego podglądactwa. A w podglądaniu jest zawsze coś z pornografii. Kino jest z natury swojej, zauważa Jameson, voyeurystyczne, zaprasza nas do patrzenia na świat, jakby był on nagim ciałem (co prowadzi do konkluzji, że filmy pornograficzne są w pewnym sensie kwintesencją kina w ogóle). Ta cecha kina również idealnie współbrzmi z postmoderni­zmem oferującym nam bogactwo przedmio­tów, które możemy posiąść – tu ponownie analogia z filmami erotycznymi – przede wszystkim wzrokowo21.

 

Ciekawe, że właśnie kinu, a nie telewizji, przypisuje autor „Estetyki geopolitycznej” tak ogromną rolę w postmodernistycznym świecie. Jameson sam się nad tym zastanawia i dochodzi do zaskakującego wniosku, że te­lewizja jest widocznie medium już historycznym i wypalonym, natomiast kino ma się na­dal świetnie, a nawet znalazło sobie w no­wym porządku światowym ważną funkcję: stało się wysoce wyrafinowaną z techniczne­go punktu widzenia tubą, dzięki której głosy mniejszych społeczności stają się szeroko słyszalne22.

 

Trzeba przyznać, że Jameson rzeczywi­ście z uwagą nasłuchuje tych głosów. W jego obu książkach o kinie znalazły się m.in. tek­sty o południowoamerykańskim23 i radziec­kim24 (sic!) magicznym realizmie, filmach z Tajwanu25 i Filipin26, a nawet refleksje o GORĄCZCE Agnieszki Holland (który to film jest omawiany w kontekście magiczne­go realizmu; oto do czego prowadzi „poli­tyczna podświadomość”!)27.

 

O ile nie widać jeszcze światła w postmo­dernistycznym tunelu (jeśli w ogóle prowa­dzi on dokądkolwiek), o tyle wyraźnie nara­sta w ostatnich czasach fala krytyki pewnego typu postmodernistycznego teoretyzowania, która nie ominęła też Jamesonowego pisania o kinie. Michael Walsh zauważa na przykład, że Jameson, podkreślając znaczenie przestrzeni w filmie, ogranicza się wyłącznie do tego, co jest przedmiotem opisu, a nie środ­kiem28. Innymi słowy chętnie rozwodzi się na temat ukrytych znaczeń architektury, nie do­strzegając znaczenia zbliżeń, głębi planu itp. Oczywiście, jako marksista boi się, jak diabeł święconej wody, posądzenia o formalizm. Z drugiej jednakże strony zdaje się też nie do­strzegać, że lansowana przez niego „politycz­na podświadomość” może się przejawiać również w środkach artystycznych.

 

Podobnych polemicznych momentów w pismach Jamesona jest wiele, nie wszyst­kie one są jednak wynikiem słabości jego in­dywidualnej metody. Zdradzają raczej ogra­niczenia całej formacji myślowej, z której się wywodzą — owych typowo postmoderni­stycznych prób łączenia wody z ogniem, Marksa z Freudem i, dajmy na to, by trzymać się Jamesona, Fryem. Nie można odmówić pisarstwu tego typu, zwanemu często po pro­stu Teorią, pewnego uwodzicielskiego wdzięku, rzecz jednak w tym, że nie chce być ono tylko przekorną eseistyką, lecz ma jeszcze pretensje do odkrywania w świecie prawidłowości uniwersalnych. Brakuje mi w tym szczypty autoironii, której nie znajdu­ję nawet na poziomie „polityczej podświadomości”.

 

Cóż jednak pozostaje w odwodzie? Dwaj wybitni amerykańscy filmoznawcy, David Bordwell i Noel Carroll, postulują zastąpie­nie Teorii „teoretyzowaniem”. Rozumieją przez to powrót do rzetelnej i wieloaspekto­wej, ale niedogmatycznej analizy dzieła, któ­ra czerpałaby kompetentnie z arsenału środ­ków badawczych oferowanych przez estetykę, socjologię, historię i inne dziedziny nauki29. Czy da się to zrealizować i, co nawet ważniejsze, czy da się to czytać?

 

Przypisy:

1  Harry Smith, The Naive Manifesto, w: Dick Higgins, Richard Morris, Donald Phelps, Harry Smilh, The Worid and Beyond. Four Literary Cosmologists. NewYorkCity 1982, s. 398.

2 Jurgen Habermas, Modernizm – niedopełniony projekt. „Odra” 1987, nr 7-8. –

3 Jean-Francois Lyotard, Kondycja ponowoczesna. Warszawa 1997.

4 John Barth, Literatura wyczerpania, w: Nowa proza amerykańska. Szkice kry­tyczne. Warszawa 1983.

3  J. Botlum, The Soundtracking of America. „The Atlantic Monthly” 2000, March, s. 63-64.

6  Umbcrto Eco, Dopiski na marginesie „Imienia róży”, w jego: Imię róży. Warszawa 1987.

7 Frederic Jameson, Postmodernizm i społeczeństwo konsumpcyjne, w: Postmo­dernizm. Antologia przekładów pod red. Ryszarda Nycza. Kraków 1997.

x Maureen Turim, Modernizm i postmodernizm w kinie. Tekst zamieszczony w niniejszym wyborze.

y Jean Baudrillard, Zły duch obrazu. Tekst zamieszczony w niniejszym wyborze.

10 Poglądy Baudrillarda na kino dyskutowałem szerzej w artykule Czy Baudril­lard widział „ZABRISKIE POINT’. „Kino” 1992, nr 3, s. 2-7.

11  Jameson, Signatw^s ofthe Visible. New York-London 1992.

12 Tenże, The Geopotitical aestlietic: Cinema and Space in the word system. Bloomington-Indianapolis-London 1992.

13  Polemizuje z takim uJ9ciem w artykule Modernizm and Postmodernizm in Eastern Europe. „Artium Questiones” VI, 1993, s. 39*43.

14 Por. zamieszczony dalej tekst Jamesona Nowe oblicze Tajpej.

15  Jameson pożyczył te ostatnie kategorie od Ernesta Mandela (Łatę Capitalism. London 1975). Periodyzacj? Jamesona omawia szeroko (i krytycznie) Mi­chael Walsh (Jameson and „Global Aesthetics”. w: Post-Theoiy: Reconstmc-ting Film Studies. Zbiór tekstów pod red. Davida Bordwella i Nosiła Carrolla. Madison 1996, s. 481-500).

16  F. Jameson, Political Unconscious: Narrative as a Sodally Symholic Act, Ithacal981,s. 160.

17 Tenże, The Geopotitical aesthetic…, s. 13. Walsh, op. ci., s. 495.

19 Pojęcie ,,cognitivic mapping” Jameson zapożyczył od geografa Kevina Lyncha, który stosuje je do opisania sposobu, w jaki ludzie wytwarzają sobie obraz miejskiego środowiska, w którym się poruszają. Jameson rozszerzył to pojecie na proces poznawczy, dzięki któremu z doświadczeń szczegółowych możemy wysnuć wnioski na temat zjawisk globalnych.

20 „Polityczna podświadomość” to z kolei pojecie-narzędzie, które pozwala Jamesonowi odejść od ortodoksyjnego marksizmu i uniezależnić częściowo nad­budowę od bazy. Jameson uważa bowiem, że każde badane dzieło (tekst) jest w jakimś stopniu rodzajem politycznej fantazji, odzwierciedlającej nie tylko lo­kalne stosunki społeczne, ale i bardziej złożone, uniwersalne procesy. Colin MacCabc (Pivface, w: Jameson, The Geopolitical aesthetic…, s. X-XI) wid/i w takim podejściu prób? pogodzenia przez Jamesona marksizmu /. elementami filozofii chrześcijańskiej, zwłaszcza w wydaniu Northropa Frye’a.

21  Jameson, Signatures of the Visible…, s. l.

22  Ibid., s. 6.

23 Ibid.,s. 128-158.

24 Tenże, 87-113.

25  Por. przyp. 14.

26 Jameson, The Geopolitical acsłlietic…, s. 186-213.

27 Tenże, Sigtiatuirs ofthe Visible…. s. 129 i dals/e.

28 Walsh,op.ci,s.490.

29 Post-Theory: Reconstructing Film Studies, op. cii., s. XIV.