„Nie taki znowu cud” – Barbara KOCIAKOWSKA, Przemysław GOLAŃSKI (reportaż na temat Siemiatycz) „GAZETA WSPÓŁCZESNEJ” , 27 luty 2004

siemiatycze z lotu ptaka.jpg

Coraz częściej Siemiatycze są uznawane za modelowy przykład małego miasteczka, ale zdaniem mieszkańców: „nie taki znowu cud”.

 

Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto wg danych Urzędu Statystycznego w Białymstoku (za 2002 r.) – powiat siemiatycki – 1.778,46 zł – powiat białostocki – 1.708,4 zł – powiat augustowski – 2.349,22 zł

 

Statystyki wyglądają imponująco. Stopa bezrobocia zaledwie na poziomie 7 proc. Około ty­siąca zarejestrowanych podmio­tów gospodarczych. Okazale no­we budynki, rosnące jak grzyby po deszczu. Dla ludzi klepiących biedę w innych regionach Pol­ski niespełna siedemnastotysięczne Siemiatycze kojarzą się z wiel­kim dobrobytem. Taki obraz Siemiatycz kreowany jest w ogól­nokrajowych mediach. Sami mie­szkańcy jednak mówią, że żyje im się tu bardzo przeciętnie.

 

W Siemiatyczach od kilku lat sto­pa bezrobocia utrzymuje się na po­ziomie 7 proc., zresztą nigdy nie by­ła ona wysoka. Dla porównania w powiecie białostockim stopa bezro­bocia wynosi obecnie 14,1 proc., łom­żyńskim-16,8 proc., suwalskim 14,5. Śmiało można więc powiedzieć, że jest to najniższe bezrobocie w kraju – może trochę lepiej jest tylko w Warszawie. Jednak w Siemiatyczach nikt nie ma złudzeń, że statystyki mają niewiele wspólnego z rzeczywisto­ścią. W urzędowym spisie bezrobot­nych nie figurują bowiem osoby pracujące na czarno poza granicami kraju – przede wszystkim w Belgii. A tych, jak wiadomo, w Siemiatyczach jest bardzo dużo. Na Podlasiu Sie­miatycze kojarzą się z Brukselą, a w Brukseli Polska kojarzy się właśnie z Siemiatyczami.

 

Gdyby „zjechali” z Brukseli…

 

Wszystko zaczęło się kilkadziesiąt lat temu. Gdzieś na początku lat 80-tych kilka osób wyjechało do Belgii, aby podreperować swoje domowe bu­dżety. Jednak pod koniec lat osiem­dziesiątych i na początku 90-tych, kie­dy to państwowe przedsiębiorstwa działające na terenie Siemiatycz za­częły masowo upadać, zjawisko mi­gracji przybrało taką skalę, że obecnie nikt dokładnie nie potrafi powiedzieć ilu siemiatyczan pracuje w Belgii. Pew­ne jest to, że dzisiaj mieszkańcy Sie­miatycz żyją głównie z pieniędzy za­robionych poza granicami kraju.

– Nie wiem, jak to się stało, że w naszym kraju utarła się opinia trak­tująca Siemiatycze jako miasto rozwi­jające się – mówi Zbigniew Pykało, wła­ściciel zakładu usługowego, zajmującego się naprawą telefonów komórkowych oraz maszyn do szycia. – Każdy mieszkaniec wie, że większość ludzi żyje tu tylko i wyłącznie z wyja­zdów do Belgii, a nie z pracy na miejscu. Ja osobiście mogę śmia­ło powiedzieć, że tutaj od kilku lat nic się nie dzieje. Jak można mówić o rozwoju i inwestowa­niu, kiedy klientów mam coraz mniej. Ludzie nie mają po pro­stu pieniędzy. Gdyby wszyscy pracujący nielegalnie w Brukseli siemiatyczanie przyjechali do mia­sta i poszli do urzędu pracy to bezro­bocie wzrosłoby raptownie do 30 pro­cent. Z roku na rok jest coraz gorzej. Większość zarobionych pieniędzy idzie na bieżące opłaty.

 

Niełatwo o pracę

 

Wbrew pozorom, mimo niskie­go bezrobocia, w Siemiatyczach wca­le nie jest łatwo znaleźć pracę. Śle­dząc oferty pracy, którymi dysponuje tutejszy urząd, widać że jest ich na­wet mniej niż w innych powiatach.

– Jeśli ktoś chce pracować, to pra­cę znajdzie, choć niekoniecznie na mia­rę swoich ambicji – mówi Irena Szydłowska, zastępca kierownika Powiatowego Urzędu Pracy w Siemiatyczach.

Podkreśla jednak, że o pracę nie jest łatwo. W urzędzie odnotowuje się duży ruch bezrobotnych – bar­dzo dużo osób pracuje sezonowo.

Dwie największe w mieście firmy: Orlemans Foods i Polser latem po­trzebują więcej pracowników niż po­za sezonem.

Ludziom młodym i dobrze wy­kształconym jest łatwiej znaleźć pracę, ale na pewno nie będzie to zajęcie dobrze płatne i odpowiada­jące ich ambicjom zawodowym.

– W Siemiatyczach nie ma dużych zakładów, a więc gdzie mają pracować młodzi i wykształceni – mówi pracow­nik powiatowego urzędu pracy. – Prze­ważają zakłady rodzinne, gdzie np. in­żynierowie, marketingowcy czy ekonomiści nie są potrzebni. Również osoby z wy­kształceniem średnim, które mogłyby pracować np. w biurach, mogą co naj­wyżej znaleźć pracę w handlu.

– Niewielu młodych ludzi wraca po ukończeniu studiów do Siemiatycz – dodaje Irena Szydłowska. – Zazwyczaj wolą pozostać w większych miastach.

– Nie mam żadnych szans na to, aby znaleźć tutaj pracę chyba, że w skle­pie za 500 złotych – mówi 24-letni ab­solwent marketingu i zarządzania. – W Siemiatyczach nie ma wolnej stre­fy ekonomicznej, dużych zakładów i poważnych firm. Wszyscy żyją z Bel­gii albo z wyjazdów do Stanów Zjed­noczonych. Miejsca pracy są obecnie zajmowane przez starsze pokolenie. Jak już młodzi z wyższym wykształceniem gdzieś pracują, to są to zazwyczaj po­sady w urzędach załatwiane dzięki zna­jomościom ich rodziców.

 

Klimat dla przedsiębiorczości

 

Najprostszym sposobem na zatru­dnienie jest rozkręcenie własnego biznesu. Władze miejskie starają się wyjść naprzeciw osobom, które chcą inwestować i tworzyć miejsca pracy.

– Stworzyliśmy w urzędzie miej­skim tzw. „gniazdo przedsiębiorczo­ści” – mówi Zbigniew Radomski, bur­mistrz Siemiatycz. – Pracownicy urzędu starają się pomóc osobom, które za­kładają własne firmy, załatwić za nie wiele „papierkowych” spraw.

Obecnie w Urzędzie Miejskim w Siemiatyczach zarejestrowanych jest około 1000 podmiotów gospodarczych. W ubiegłym roku było ich 941 (35 za­przestało działalności gospodarczej, a 54 ją uruchomiło). Do głównych po­wodów likwidowania swoich firm przedsiębiorcy najczęściej zaliczają brak opłacalności (dotyczy to wszystkich branż) oraz względy zdro­wotne. W Siemiatyczach domi­nują firmy branży drzewnej, budowlanej oraz transporto­wej.

– Mężczyźni wyjeżdżający na saksy najczęściej pracują tam w zawodach budowlanych, dla­tego po powrocie do Siemiatycz często zakładają firmy w tej właśnie branży – mówi burmistrz Siemiatycz.

Również Jan Zalewski, starosta powiatu, przyznaje, że dzięki wyja­zdom na saksy region się znacznie rozwinął. Dotyczy to nie tylko sa­mego miasta Siemiatycze, ale rów­nież okolicznych wsi. Rolnicy zaro­bione w Belgii, Niemczech czy Stanach Zjednoczonych pieniądze inwestują w swoje gospodarstwa. Powstało rów­nież wiele firm transportowych.

 

Trudno na swoim

 

Jednak wielu przedsiębiorców, którzy zdecydowali się na założenie własnej działalności, podkreśla, że wca­le nie powodzi im się aż tak dobrze.

Cezary Mudel od roku prowadzi restaurację i pensjonat Cezar w Sie­miatyczach. Jak mówi, aby otworzyć lokal potrzebne było również wspar­cie rodziny oraz kredyt bankowy.

– Nastawieni jesteśmy głównie na miejscowych klientów, ponieważ Siemiatycze nie są miastem, które przyciągałoby turystów — tłumaczy. – Na promocję i rozwój turystyki potrzebne są ogromne środki, których miasto raczej nie ma. Utrzymujemy się głównie z imprez masowych ta­kich jak wesela, bankiety, szkole­nia. Klienci indywidualni stanowią znikomy procent.

Pokoje gościnne, którymi dyspo­nuje pensjonat, w większości są zaj­mowane przez osoby przejeżdżające przez miasto, a nie przez turystów. Latem czasami trafiają się też i wczasowicze, ale bardzo rzadko.

– Na razie jest ciężko i o dalszym rozwoju i inwestycjach można jedy­nie pomarzyć – mówi Cezary Mudel.

W podobnym tonie wypowiada­ją się inni przedsiębiorcy.

–  Byłbym daleki od twierdze­nia, że Siemiatycze są jakimś wyjąt­kowym cudem gospodarczym regio­nu – zapewnia producent elementów kuchennych z Siemiatycz, który wo­li pozostać anonimowy.

Jego zdaniem, małym przedsię­biorcom powodziło się dobrze do roku 1998. Kiedy skończył się han­del ze Wschodem – duża część pry­watnych zakładów produkujących meble, zaczęła „dołować”. Niektóre z nich musiały nawet zawiesić dzia­łalność.

Nic dziwnego, że mieszkańcy Sie­miatycz tak chętnie jeżdżą na saksy. Po powrocie część z nich inwestuje zarobione pieniądze, ale większość po prostu je konsumuje. Ludzie budują domy, kupują samochody, a później… znowu jadą zarobić za gra­nicę.

– Owszem, może w Siemiatyczach jest lepiej niż w innych miasteczkach podobnej wielkości na Podlasiu, ta­kich jak Hajnówka czy Bielsk Podla­ski. Jednak większość ludzi utrzymuje się z Brukseli – mówi sprzedawca ze sklepu Rondo w Siemiatyczach. Zdarza się, że mieszkańcy Siemiatycz rezygnu­ją z pracy na miejscu i wyjeżdżają do Belgii. Widać oczywiście zachodnie sa­mochody, ale z pracy tutaj na terenie Siemiatycz na nie się nie zarobi.

Reklamy

„Dolina Bugu” czy „Dolina smrodu”? – „Głosu Siemiatycz” nr 6 / 2019

dolina bugu.jpg

Szańków, Niemojki i Kolonia Chotycze – w tych miejscowościach mogą powstać nowe kurniki. Mieszkańcy protestują, podobnie zresztą jak w całej gminie Łosice. Chodzi nie tylko o smród i spadek wartości działek, ale też o skażenie środowiska i szkodliwy wpływ wielkopowierzchniowych ferm na zdrowie. Mieszkańcy mówią również o wylewaniu nieczystości czy wyrzucaniu padliny na okoliczne łąki. – Zamiast „Doliną Bugu”, powinniśmy nasz teren nazywać „Doliną Smrodu”.

Samorząd twierdzi, że nie może zabronić inwestorom działać, jeśli mają oni pozytywne opinie. Choć widać światełko w tunelu, w postaci planu zagospodarowania przestrzennego.

1 lutego w Łosicach, przy szczelnie wypełnionej sali w ŁDK, odbyło się spotkanie pod hasłem „Stop fermom”. Zorganizowała je grupa mieszkańców Łosic, zaniepokojonych ekspansją ferm kurzych na terenie miasta i gminy Łosice. Przynajmniej na razie nie chcą występować z imienia i nazwiska. Trochę się obawiają, bo – jak mówią – niektórzy słyszeli „lekkie przestrogi, by za mocno się w temat nie angażować”. Wsparcia udzieliło Stowarzyszenie Zielone Niemojki, o działalności którego pisaliśmy już na naszych łamach. Pojawiła się też dr Małgorzata Danielak – Chomać z niedalekiego Wojnowa, która przedstawiła „walkę z kurnikarzami” na terenie gm. Mordy.

Na spotkanie zaproszono senatora Waldemara Kraskę, Pawła Mazurkiewicza (szefa gabinetu Ministra Energii Krzysztofa Tchorzewskiego) – teoretycznie reprezentujących nasze interesy w sejmie czy senacie, które, też chyba teoretycznie, od kilku lat pracują nad ustawą odorową.

Niestety, nie skorzystali z zaproszenia. Zabrakło również Grażyny Kasprowicz, Państwowego Powiatowego Inspektora Sanitarnego w Łosicach. Obecni za to byli starosta Katarzyna Klimiuk, kilku radnych powiatu, burmistrz Mariusz Kucewicz, radni miasta i gminy Łosice, pracownicy urzędu miasta i starostwa.

Zagrożenia

Organizatorzy spotkanie rozpoczęli od rzeczowego przedstawienia problemu:

– W naszej gminie wzrasta ilość przemysłowych ferm intensywnego tuczu drobiu. Mają powstać następne. Ich działalność nie jest obojętna dla nas i my nie powinniśmy być obojętni wobec nich. A kolejne fermy niewątpliwie będą miały wpływ na pogarszające się warunki życia, bo przemysłowa hodowla zwierząt nie jest obojętna dla jakości i warunków życia ludzi, mieszkających w bliskim sąsiedztwie ferm. Dzieje się tak głównie za sprawą uciążliwych odorów oraz zanieczyszczeń wód powierzchniowych i gruntowych, w wyniku uchybień czy zaniechań bioasekuracji.

Ponadto, duża koncentracja odchodów zwierzęcych stanowi zagrożenie mikrobiologiczne. Wśród bakterii, jakie mogą przedostawać się do wód lub przemieszczać wraz z powietrzem, są: gronkowce, pałeczki z grupy Coli, streptokoki fekalne, laseczki różycy, prątki gruźlicy, chorobotwórcze gronkowce i paciorkowce, wirusy pryszczycy oraz różnorakie grzyby i organizmy pasożytnicze (np. tasiemce). Można zaobserwować wzrost zachorowań na astmę, alergie, choroby grzybicze układu oddechowego, jak również choroby psychiczne i depresje, wynikające z bezsilności i frustracji.

Inwestorzy zainteresowani powstaniem nowych ferm unikają dyskusji na temat ewentualnych skutków uciążliwego sąsiedztwa (na początku spotkania słychać było pojedyncze krzyki, jak domniemam zwolenników czy przedstawicieli inwestorów, że „to szaleni ekolodzy sprzeciwiają się inwestycjom”, szybko jednak ucichły – ak).

– Duża koncentracja zwierząt na stosunkowo niewielkich obszarach, niejednokrotnie połączona z brakiem odpowiednich zbiorników do przetrzymywania odchodów oraz niewłaściwym ich zagospodarowaniem, wpływa na pogorszenie się stanu środowiska.

Przemysłowa hodowla zwierząt to minimalizowanie kosztów przy maksymalizacji zysków, co oznacza niepotrzebne obciążenie środowiska emisją gazów cieplarnianych oraz znaczące ładunki azotu i fosforu. To wszystko przejmują nasze warzywa, owoce, a my to potem jemy.

Mieszkańcy objęci negatywnym oddziaływaniem dużej fermy muszą się też liczyć z realnym spadkiem wartości ich nieruchomości, spowodowanym przez np. wyczuwalne okresowo przykre zapachy lub znaczące przekształcenia krajobrazu. Ponadto wpływ uciążliwych warunków powoduje niechęć młodych ludzi do wiązania przyszłości z miejscem zlokalizowanym w pobliżu ferm przemysłowych.

A my chcemy, by nasze dzieci odwiedzały nas, zostawały tutaj, przejmowały nasze posiadłości. Każdy, kto sąsiaduje lub może sąsiadować z uciążliwą fermą, ma prawo głosu w sprawie jej powstania i funkcjonowania. Hasłem przewodnim naszego spotkania jest właśnie prawo każdego człowieka – prawo do czystego środowiska.

Przedsiębiorcy z podatkiem rolnym

Odnieśli się też do koronnych argumentów zwolenników budowy ferm, czyli miejsc pracy i podatków płaconych do gminy:

– Najczęstszym argumentem zwolenników dużych ferm są nowe miejsca pracy i dodatkowe wpływy do budżetu gminy z tytułu podatków. Niestety, dopiero po uruchomieniu instalacji okazuje się, że z kilkudziesięciu obiecanych etatów stworzonych zostaje kilka, a w najlepszym wypadku kilkanaście nowych miejsc pracy.

Przemysłowe metody chowu zapewniają minimalizowanie kosztów produkcji, między innymi z tytułu mechanizacji i automatyzacji hodowli.

Niejednokrotnie też z obiecanych wpływów do budżetu gminy pozostaje jedynie podatek rolny od posiadanych gruntów, którego wysokość jest taka sama jak w przypadku rolnictwa tradycyjnego. Przedsiębiorcy z kurzych ferm tyle samo płacą za hektar przeliczeniowy co rolnik uprawiający zboże czy sadownik.

Opinie pod inwestorów?

Przeciwnicy ferm przypomnieli o procedurze pozyskania pozwolenia na budowę fermy wielkopowierzchniowej, którą opiniują cztery instytucje: Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowisku, Państwowe Gospodarstwo Wodne – Wody Polskie, państwowy powiatowy / wojewódzki inspektor sanitarny i urząd marszałkowski:

– Wydanie decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu nie rodzi jeszcze żadnych praw do realizacji inwestycji – mamy tu do czynienia z weryfikacją zamierzeń inwestora dokonywaną przez organy administracji. Decyzja o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu (WZIZT) jest wiążąca dla organu wydającego pozwolenie na budowę. Organy administracji w głównej mierze opierają swoje decyzje na wynikach raportów o oddziaływaniu przedsięwzięcia na środowisko, co warto podkreślić – wykonywanych na zlecenie inwestora i przez niego opłacanych.

Analizując raporty należałoby zwrócić uwagę na ich zgodność z rzeczywistością. Niektóre instytucje uczestniczące w procedurze pozyskania pozwolenia na budowę zaczęły dostrzegać wpływ uciążliwych warunków – dla porównania przedstawiamy negatywną opinię inspektora sanitarnego w Żurominie oraz… pozytywną w Łosicach.

Zgodnie z art. 52 ust. 1 ustawy Prawo ochrony środowiska (POS) – raport o oddziaływaniu przedsięwzięcia na środowisko powinien m.in. zawierać uzasadnienie wybranego przez wnioskodawcę wariantu, ze wskazaniem jego oddziaływania na środowisko, w szczególności na ludzi, zwierzęta, rośliny, wodę i powietrze.

– Nasuwa się pytanie do powiatowego inspektora sanitarnego jako organu odpowiadającego za ochronę zdrowia – czy i w jaki sposób została przeprowadzona analiza ryzyka wpływu planowanej inwestycji na zdrowie ludzi? Niestety, nie mamy komu zadać tego pytania.

Ustawa odorowa i gminni wąchacze

I tu właściwie zaczęła się prawdziwa dyskusja.

– Urzędnik opiera się na tym, co w aktach się znajduje, w ten sposób organ decyzję wydaje. Nie myśli, bo nie ma takiej potrzeby, tak procedura administracyjna wygląda – padło z sali. – Nie było nikogo na polu, nikt nie rozmawiał z ludźmi.

Art. 52 ust. 1 ustawy POS mówi, że raport o oddziaływaniu przedsięwzięcia na środowisko powinien m.in. zawierać analizę możliwych konfliktów społecznych związanych z planowanym przedsięwzięciem. Padło więc pytanie do starosty, do burmistrza, czy przy wydawaniu decyzji inwestorom zostaną wzięte pod uwagę petycje mieszkańców miasta i gminy Łosice.

Burmistrz Kucewicz zapewnił, że te są uwzględniane:

– Wydaliśmy jedną decyzję negatywną, inwestor się odwołał, sprawa jest teraz w Samorządowym Kolegiom Odwoławczym. Trwają też inne postępowania.

Kolejny głos z sali:

– W imieniu mieszkańców składaliśmy wniosek o przeprowadzenie badań fizycznej jakości naszego powietrza. Zwracaliśmy się i do burmistrza, i do rady, i zostaliśmy zrobieni w bambuko. Raport nie został zrobiony, badania nie zostały wykonane. Chcieliśmy wiedzieć jaki wpływ mają na nasze powietrze istniejące kurniki czy inne odorotwórcze inwestycje. Czy będą te badania? Bo niby była odpowiedź, że to za drogie badanie. Czyli co? Nie jesteśmy ważni? Szkoda na nas pieniędzy?

Wszystko kręci się wokół jednej rzeczy, a mianowicie braku ustawy odorowej – odpowiadał Kucewicz.

– Problemem jest to, że nie ma określonych żadnych norm i samorząd jest w tym momencie bezsilny. Samorząd nie jest ekspertem, nie mamy praw do oceny.

Jak państwo wiecie, są cztery instytucje do wydania uzgodnień albo opinii, jeśli dostajemy cztery pozytywne opinie, to jest problem. Ustawa odorowa dałaby samorządowi możliwość oceny tych opinii, to tak jak się mówi – powołania specjalistów – wąchaczy gminnych. Teraz bazujemy na opiniach wydanych przez te uprawnione instytucje.

W świetle prawa samorząd nie ma narzędzi. Do wiatraków udało się uchwalić specustawę, określającą np. odległość czy wysokość stawianych urządzeń. Nie wiem, jaki jest problem, by iść w kierunku ustawy odorowej, gdzie też np. można by było określić ile może być kurników, w jakiej odległości, ile jednostek itd., itp.

I wiecie państwo, że ustawa odorowa procedowana jest od kilku lat, jeśli dobrze pamiętam od 2007 roku i przez 11 lat nie udało się jej wdrożyć. Bez tego dokumentu mamy związane ręce. Nie ma ustawy odorowej – nie ma przepisów.

Porównam to do takiej sytuacji: to pani starosta wydaje prawo jazdy. Kurs nauki jazdy prowadzi kto inny, egzaminuje takiego kierowcę też kto inny. I mimo że starosta wie, że ten kierowca źle jeździ, jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa innych, to jednak ktoś inny stwierdził, że on umie jeździć, to jeśli nie wyda tego prawa jazdy – działa niezgodnie z prawem, musi je wydać. Może zbyt uprościłem tę sytuację, ale tak mniej więcej to wygląda.

– Ale mieszkańcy chcieli badania jakości powietrza, zawartości amoniaku, aldehydów, grzybów, różnych bakterii. Żeby jakaś firma zbadała nasze łosickie powietrze. Chodzi nam o to, jak te kurniki wpływają na nasze powietrze, byłaby może podstawa do odmowy wydawania pozwoleń.

– Co te badania by nam dały – pytał Kucewicz, dodając, że badania były robione, nie zostały jednak opublikowane.

Do każdego postępowania byśmy je wykorzystywali, do dalszych odmówień inwestycji. A tak co? Mamy setkę kurników. I zapowiedź dalszych, bo samorząd bezsilny…

– No nie, na dzień dzisiejszy mamy 42 kurniki na terenie miasta i gminy Łosice.

Ratunkiem plan zagospodarowania przestrzennego

– Mówi pan, że nie ma pan instrumentów. Otóż nieprawda. Plan zagospodarowania przestrzennego daje możliwość skutecznego zablokowania takich inwestycji – mówił Janusz Kobyliński, były burmistrz, kontrkandydat Kucewicza w ostatnich wyborach samorządowych.

– Może trzeba referendum zrobić na terenie gminy – niech ludzie się wypowiedzą czy chcą fermy, czy nie. Po to każdy samorząd ma urzędników, po to ma sołtysa, przewodniczącego osiedla, radnego, burmistrza, starostę, by działali w interesie tych ludzi, po to jest samorząd, by reprezentować ludzi i ich interesy.

– I tu bardzo ważna informacja. Jesteśmy na etapie zmian studium do planu zagospodarowania przestrzennego. Do 12 lutego można składać wnioski do zmian w planie. Jesteśmy w stanie te wszystkie zmiany uwzględnić – odpowiadał Kucewicz.

– Pierwsze takie przełomowe spotkanie w tej sprawie odbyło się w Niemojkach, bodajże 12 lipca z przedstawicielami miejscowości. Po 2 tygodniach wpłynęły pierwsze wniosek: by takie inwestycje blokować. Ale to nie trwa miesiąc, niemniej – zgodnie z umową – w 2020 roku będziemy mieli plan zmieniony. Dlatego zapraszam, by mieszkańcy się zgłaszali ze swoimi wnioskami. To bardzo ważne. Staramy się na każdym zebraniu w czasie trwających wyborów sołeckich o tym mówić.

Na dzień dzisiejszy, niestety, plan dopuszcza budowę kurników… Na każdym terenie przeznaczonym pod uprawy polowe. Taki mamy zapis „inwestycje rolnicze”, tak jakbyśmy tam rzodkiewkę czy sałatę sadzili. M.in. dlatego żeby powstrzymać te fermy, postanowiliśmy całościowo zmienić plan zagospodarowania.

Do tej pory też ileś tam zmian żeśmy robili. Teraz robimy gruntownie, od samego początku, zaczynając od studium, które jest podstawą do wykonania planu. Musimy konkretnie określić gdzie co ma być. Każdy może złożyć takie wnioski, każdy zwykły Kowalski. Prośba do wszystkich obecnych – informujcie sąsiadów, tych co nie przyszli.

Wszystko zależy od mieszkańców, nawet referendum

Z racji tego, że zmiana planu będzie trwała, pojawiły się pytania, czy są możliwości administracyjne wstrzymania decyzji do czasu uchwalenia nowego.

– Jest trudno, jeżeli nic się nie zmieni w legislacji, będziemy musieli wydać w niektórych przypadkach decyzje pozytywne, w 4 przypadkach są uzgodnienia pozytywne, jedna decyzja jest negatywna – odpowiadał Kucewicz.

– 5 postępowań trwa, jedno od lipca 2018, wszystkie mają opinie pozytywne. Uwzględniane były miasto i uwagi mieszkańców, potem burmistrz wzywał inwestora do wyjaśnień, potem po wyjaśnieniach ponownie wysyłane to było do regionalnej dyrekcji ochrony środowiska, RDOS ponownie wydało pozytywną decyzję. Szańków dostał ponowne uwagi do raportu, chyba po raz trzeci, na dzień dzisiejszy jeszcze nie wydałem postanowienia.

W przypadku jednego kurnika z wolnym wybiegiem w Szańkowie, postępowanie trwa od 2016 roku, tam wydaliśmy negatywną decyzję, w jednym przypadku była negatywna decyzja sanepidu.

Analizujemy 4 inwestycje – w Chotyczach, Kolonii Niemojki. Takie uzupełnienia, wyjaśnienia trochę trwają. Można to przeciągać, ale nie dłużej niż obowiązujące terminy, w nieskończoność – mówiła pracownica urzędu.

– Dodam jeszcze, że dosłownie każdy mieszkaniec może składać uwagi do raportu. Mamy 30 dni na złożenie uwag. Raporty są w urzędzie gminy. Wywieszane na tablicach informacyjnych, na BIP, czy stronie www urzędu. Na ewentualne uzupełnienia też jest kolejne 30 dni. Ważne żeby mieszkańcy czytali te raporty, reagowali, interesowali się – dodał Piotr Pawłowski, prezes Stowarzyszenia „Zielone Niemojki”.

– Czy pani starosta, pan burmistrz, może wpływać na sanepid jako organ nadrzędny? Decyzje wystawiane przez sanepid są żenujące, z internetu przepisane bzdury, sporządzone jakoby w imieniu inwestora. Kto komu sprzyja? – padło kolejne pytanie z sali, plus kilka zarzutów w stronę władz i urzędników, że ci nie starają się pomóc protestującym mieszkańcom.

– Powiatowy inspektor sanitarny, mimo nazwy, nie podlega pod starostwo. Podlega pod resort krajowy, to struktura wojewódzka i krajowa. Ani ja, jako burmistrz, ani pani starosta, nie możemy mieć wpływu na decyzje jakie wydaje sanepid – w imieniu swoim i starosty odpowiadał Kucewicz.

– Jesteśmy tu, razem z państwem rozmawiamy, nie uciekliśmy, a to oznacza, że nam też zależy.

Pytanie – Czy pan złożył wniosek o zmianę w studium? Jeśli nie, niech pan to robi jak najszybciej.

– Możemy zrobić referendum, czy mieszkańcy chcą tych kurników?

– Jako burmistrz nie mogę, to musi być inicjatywa mieszkańców.

Niejako na podsumowanie dyskusji głos zabrał Jan Kowalczuk, lekarz chirurg, pediatra. Pogratulował organizatorom inicjatywy:

– Naprawdę jestem dumny, że mogę się tu z wami spotkać. Siła jest w nas. Polska, wstępując do UE, przyjęła określone zasady i prawa o czystości powietrza i nikt nie ma prawa tego łamać, nikt nie ma prawa zatruwać powietrza, każdy z nas ma prawo oddychać powietrzem prawidłowym. To, że coś śmierdzi, to nie dowód, że jest złe, ale każdy kurnik produkuje ogromne ilości pyłów i to jest złe. To jest nasze niezbywalne prawo – ochrona środowiska.


 

1 lutego br. do urzędu miasta Łosice wpłynęła negatywna opinia Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Warszawie dotycząca inwestycji w Chotyczach-Kolonii. Od decyzji nie ma możliwości wniesienia zażalenia. Kurnika nie będzie.

4 lutego zaś Burmistrz Miasta i Gminy Łosice poinformował o rozpoczęciu procedury udziału społeczeństwa w postępowaniu w sprawie wydania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach zgody na realizację przedsięwzięcia polegającego na „Budowie zespołu hal drobiarskich o łącznej obsadzie do 150.000 szt. = do 600 DJP wraz z infrastrukturą towarzyszącą na działce nr ew. 66/2 w miejscowości Szańków, gmina Łosice”.

Wszyscy zainteresowani mogą zapoznać się z przedłożonym raportem o oddziaływaniu przedsięwzięcia na środowisko, aneksem do raportu oraz składać uwagi i wnioski odnośnie planowanego przedsięwzięcia, do 6 marca br. w urzędzie gminy w Łosicach, pokój nr 16 w godzinach urzędowania: poniedziałek w godz. 9.00-17.00, wtorek – piątek w godz. 7.30-15.30.

Uwagi lub wnioski złożone po upływie wyznaczonego terminu, pozostaną bez rozpatrzenia. Organem właściwym do rozpatrzenia uwag i wniosków wniesionych w wyznaczonym 30-dniowym terminie jest burmistrz.

ak, fot. ak

„Promem przez Bug” – Głos Siemiatycz nr 8 / 2019

DSC03949.JPG

Od przyszłego sezonu zapłacimy za przeprawę promem w gminie Mielnik. W Drohiczynie jeszcze bezpłatnie.

W naszej okolicy kursują trzy promy. Łączą Mielnik i Zabuże (gm. Sarnaki) oraz Niemirów (gm. Mielnik) i Gnojno (gm. Konstantynów). W gminie Drohiczyn prom łączy Drohiczyn i Bużyska (gm. Korczew). Czynne są od późnej wiosny do późnego lata. Niestety, prom w Niemirowie średnio przez miesiąc.

Od początku kadencji wójtowie gmin Mielnik, Sarnaki i Konstantynów prowadzą rozmowy na temat przepraw promowych łączących te gminy.

O efektach rozmów mówi Marcin Urbański, wójt gminy Mielnik:

– W porozumieniu z wójtami zdecydowaliśmy się wprowadzić opłatę za kurs promem. Ustaliliśmy 2 zł od osoby, 3 zł od motocykla i roweru, 5 zł od ciągnika i quadu oraz 7 zł od samochodu. Dla tych, co korzystają z promu systematycznie, ustaliliśmy opłatę abonencką w wysokości 50 % opłaty. W 2018 roku promami przeprawiło się ok. 37 tys. ludzi (wg danych UG Mielnik np. w 2016 roku promami przeprawiło się: 36.784 osoby, 10.025 aut, 7.583 rowery, 901 motocykli, 31 ciągników oraz 28 quadów – ak), dane pokazuję, jaka to skala dochodu. Ustaliliśmy też. że 65% dochodu z przeprawy trafi do naszej gminy reszta do Konstantynowa i Sarnak.

Rokrocznie prom w Niemirowie właściwie nie kursuje, ze względu na tworzącą się mieliznę. Od kilku lat trwają próby zmiany lokalizacji:

– Kosztorys nowej lokalizacji przeprawy opiewa na ok. 6 mln zł – mówi Urbański. – Z wójtem Murawskim (Romuald Murawski, wójt gm. Konstantynów – ak) zdecydowaliśmy zrobić to systemem gospodarczym. Będziemy nawozić żwir, usypywać drogę, robić przepusty. Zależy nam na tym, by prom pływał cały sezon, to jeden z priorytetów na najbliższe lata.

DSC03950.JPG

Wojciech Borzym, burmistrz miasta i gminy Drohiczyn, w nadchodzącym sezonie opłaty za przeprawę promową nie przewiduje:

– Z pół roku temu, może trochę więcej, rozmawialiśmy na ten temat z wójtem gminy na Korczew, że na razie nie wprowadzimy opłaty. Więcej temat nie wracał, ale raczej nie, nie będziemy wprowadzać opłat.

Wg danych z urzędu miasta w Drohiczynie w 2018 roku prom odbył 2397 kursów:

– Promem przeprawiło się 10.629 osób, 2.173 samochody, 58 busów i 789 rowerów i motorów. Kursowaliśmy od 24 kwietnia do końca października, w weekendy do godz. 20 – mówi Sylwester Zgierun.

„Brukselczycy z Siemiatycz” – Jacek Brzuszkiewicz, „Wysokie Obcasy” 23 kwietnia 2004

brukselczycy z siemiatycz.jpg

Lokalny tygodnik „Głos Siemiatycz” na ostatniej stronie podaje prognozę pogody dla Siemiatycz i Brukseli. Na stronach ogłoszeniowych – reklamy ośmiu firm oferujących przewozy do Belgii

 

Burmistrz Siemiatycz Zbigniew Radomski szacuje, że w Belgii pracuje dwa, może trzy tysiące siemiatyczan.

Średnio raz w miesiącu Jerzego Nowickiego, redaktora naczelnego „Głosu…”, odwiedza dziennikarz z ogólnopolskiej prasy, któremu musi tłumaczyć przyczyny siemiatyckiego fenomenu. W przededniu wejścia Polski do Unii takie wizyty są coraz częstsze. – Jeszcze przed wojną zaczęła się emigracja z regionu za chlebem do Stanów. Potem jeżdżono już do rodzin. Po 1989 r. wyjazdy za ocean przestały się opłacać. Bliżej i taniej było do Brukseli, gdzie za czasów pierwszej „Solidarności” zostało paru naszych.

Balejaż zamiast trwałej 

Do Siemiatycz po raz pierwszy przyjechałem przed dziewięcioma laty. Pisałem reportaż o wyjazdach zarobkowych do Brukseli. Jego bohaterką była Danuta Kowalczyk.

W 1990 r. zostawiła w Siemiatyczach męża na bezrobociu, dwoje małych dzieci i pensję sprzedawczyni w spożywczym. Zaczynała od sprzątania mieszkań. Potem dostała pracę w pubie. Za zarobione franki mąż założył hurtownię i zaczął budować dom.

Opowiedziała mi, że w Brukseli miała chwilę słabości: zakochała się w kelnerze, Marokańczyku. Chciała rozpocząć życie jeszcze raz, ale Ahmed ją rzucił. Wróciła. – Gdy otworzyłam drzwi domu, mój sześcioletni syn zapytał: „Tatusiu, ta pani to do kogo?”. Wtedy przysięgłam sobie: z Belgią koniec! – opowiadając mi o tym, Kowalczykowa roztkliwiła się wtedy do łez.

Dziś przyjmuje mnie w willi nad siemiatyckim zalewem, gdzie swoje domy pobudowali „brukselczycy” (tak w Siemiatyczach mówi się o tych, którym w Belgii wyszło). Trwałą ondulację zamieniła na balejaż, drewniaki na szpilki z modnym czubem. Do Siemiatycz przyjechała na cztery dni, córka w lutym miała studniówkę.

– Wtedy bez Belgii wytrzymałam dwa lata i dwa miesiące. Kiedy na wschodniej granicy podnieśli cło, do hurtowni dokładaliśmy z tego, co zarobił sklep. Kiedy po sąsiedzku postawili supermarket, mąż sam zaczął przebąkiwać o Brukseli. Tym razem zawiozłam dzieciaki do teściowej i wzięłam go ze sobą – opowiada.

Kowalczyk, z zawodu frezer-tokarz, spotkał w Brukseli kumpli z zawodówki. Wzięli go na pomocnika do ekipy wykańczającej mieszkania. Kowalczykowa wróciła do pubu.

– Belg, jak mnie w drzwiach zobaczył, to aż podskoczył. „Klientów straciłem, odkąd przestałaś smażyć im te wasze schabowe”, cieszył się – wspomina Kowalczykowa.

W Brukseli pracowali od świtu do zmroku sześć dni w tygodniu, ale co miesiąc odkładali po 7 tys. zł. Na wykończenie willi (w łazience – podgrzewana podłoga), na ogrodzenie (kute), na samochód (ford). Do Polski przyjeżdżali trzy razy w roku – na święta i wakacje.

Ford za leczenie

Jesienią zeszłego roku Kowalczykom zawalił się świat. W wypadku drogowym zginął właściciel pubu, gdzie pracowała Kowalczykowa. – Jego konkubina nie miała głowy do biznesu. Pub szybko padł. Kiedy poprosiłam o zaległe pieniądze, zagroziła, że pójdzie na policję i powie, że w Brukseli jestem na czarno – denerwuje się.

Trzy tygodnie później mąż Kowalczykowej, malując elewację budynku, spadł z drabiny – złamana podstawa czaszki i przebite płuco. Operacja, intensywna terapia.

– Po pięciu tygodniach musiałam odebrać męża ze szpitala na własną prośbę, bo nie był ubezpieczony. Leczenie kosztowało nas ponad 50 tys. zł. Żeby zapłacić rachunek, sprzedałam forda. Do Siemiatycz wróciliśmy autobusem. Mąż leżał na tylnym siedzeniu, kroplówkę przywiązałam do oparcia.

W Siemiatyczach poszła na wywiadówkę do córki – kolejny cios.

– Patrycja zawsze uczyła się dobrze, w Brukseli byłam o nią spokojna. Tymczasem nauczycielka oświadczyła, że jest zagrożona z pięciu przedmiotów. Potem w jej plecaku znalazłam woreczek z jakąś trawą. Znajoma aptekarka powiedziała, że to konopie indyjskie.

Przed trzema laty dyrekcja Zespołu Szkół w Siemiatyczach, gdzie uczy się Patrycja, w obawie przed dilerami narkotyków musiała zatrudnić ochroniarzy. – Wobec braku rodziców odpowiedzialność za wychowanie dzieci spoczywa na barkach dziadków, cioć i wujków. W wielu przypadkach nie są oni w stanie zastąpić ojca i matki – tłumaczy Jan Choiński, dyrektor Zespołu Szkół w Siemiatyczach.

Uśmiechnięta buzia z urzędu

Zbigniew Radomski przed dziewięciu laty zasiadał w fotelu dyrektora siemiatyckiego PKS. Dzięki linii autobusowej do Brukseli firma wyszła na prostą. Dyrektor pokazywał mi wtedy 12 luksusowych autokarów i szczycił się pierwszym miejscem w kraju pod względem rentowności.

W listopadzie 2002 r. Radomski zamienił fotel dyrektora na gabinet burmistrza Siemiatycz. – Dobiegałem 65 lat, a w PKS kończył mi się kontrakt. Na emeryturę czułem się za młody.

Wybory na burmistrza wygrał w pierwszej turze, pozostawiając w polu kandydatów lewicy i prawicy. Otrzymał 62 proc. poparcia. Ludzie głosowali na menedżera, który postawił na nogi PKS.

W telefonicznej centralce siemiatyckiego magistratu słychać „Odę do radości” (hymn Unii Europejskiej). Na parterze budynku kończy się wielki remont. Brygada robotników burzy ściany. Druga ekipa bierze miarę na nowe meble. W maju powstanie tam biuro obsługi interesantów.

– W Brukseli tuż po otwarciu drzwi urzędu interesant widzi uśmiechniętą twarz urzędnika, który pyta, w czym może pomóc. Skoro będziemy w tej samej Unii, dlaczego w Siemiatyczach ma być inaczej? – argumentuje Zbigniew Radomski.

Jednak Siemiatycze tylko w ścisłym centrum i nad zalewem robią wrażenie miasta zamożnego: wyłożone czerwoną kostką chodniki, butiki z markowymi ciuchami, kolorowe fasady willi. Im dalej od rynku, tym bardziej szaro – jak na całej ścianie wschodniej.

Podobnie jest z miejskim budżetem. 20 mln zł, z czego połowa na inwestycje, robi wrażenie, ale tylko na Podlasiu. W Siemiatyczach co trzeci mieszkaniec nie ma kanalizacji, a co dziesiąty dostępu do wodociągów. W mieście nie ma ani krytej pływalni, ani hali sportowej. Nikt nie robi też tajemnicy z przyczyn najniższej w regionie stopy bezrobocia – „brukselczyk” nie może raz na miesiąc meldować się w pośredniaku.

Kaśki pierwsza praca

Kaśka, szczupła brunetka, pracuje w magistracie od początku stycznia. Przed dziewięciu laty, gdy rozmawiałem z siemiatycką młodzieżą, uczyła się do matury. Jej koledzy z liceum mieli gotowy pomysł na życie: studia (co drugi), Belgia (prawie każdy). Co potem? Życie tam albo powrót z kasą do Siemiatycz i rozkręcenie własnego biznesu (większość).

Kaśka, wyjeżdżając z Siemiatycz na studia do Szczecina (prawo), była w większości. Gdy pisała pracę magisterską, od znajomych usłyszała o zagranicznych praktykach w Belgii, w rządowej agendzie odpowiadającej za sprawy uchodźców i bezpaństwowców. Zdecydowała się na wyjazd, bo miała gdzie się tam zatrzymać: w Brukseli od początku lat 90. pracują jej rodzice.

– Prowadziłam rozmowy z imigrantami z Afryki i Azji, którzy ubiegali się o status uchodźcy. Pomagałam im poznać porządek świata, w którym się znaleźli, jego kulturę i panujące w nim zwyczaje. To było fascynujące!

Kaśka spodobała się przełożonym. Poszła na studia podyplomowe na elitarnym Uniwersytecie Katolickim w Louvain-la-Neuve. W zeszłym roku skończyła tam prawo europejskie i międzynarodowe. Wróciła do Siemiatycz.

– W siemiatyckim magistracie odpowiadam m.in. za pozyskiwanie funduszy z Unii Europejskiej. Chcę też nawiązać kontakt z radą dzielnicy Saint-Gilles w Brukseli, gdzie mieszkają i pracują Polacy z Siemiatycz. Marzy mi się wymiana dzieciaków. Dla nas byłaby to świetna lekcja języka i wychowania obywatelskiego. Dla nich wyprawa na granicę Unii – uśmiecha się Kaśka.

Szczęśliwe twarze

W Siemiatyczach żartują, że Zbigniew Radomski otworzył przed laty linię autobusową do Belgii, żeby szybciej dojechać do syna, który osiadł tam jako jeden z pierwszych na przełomie lat 80. i 90.

Darek w 1988 r. skończył weterynarię. Pracował w lecznicy dla zwierząt koło Bielska Podlaskiego. Do Brukseli miał wyjechać na miesiąc, potem na rok, na dwa. Został na stałe. W Belgii poznał swoją przyszłą żonę, dziewczynę spod Białegostoku.

– W Belgii nie czuję się jak w domu, ale tak samo jest w Siemiatyczach. Tato, nie wiem, co robić – burmistrz przypomina sobie dylematy syna sprzed lat.

Dziś Darek jest w Brukseli właścicielem firmy rozprowadzającej gazety i czasopisma. Myśli o ekspansji na inne belgijskie miasta. Żona nie musi pracować.

– Oboje mają takie szczęście na twarzach – cieszy się Radomski.

Darek mieszka w stumetrowym apartamencie w centrum Brukseli. Kupił działkę i chce stawiać pod miastem dom. Razem z dziećmi był w Siemiatyczach na Boże Narodzenie. Burmistrz wybiera się z rewizytą do wnuczki, która w maju przystąpi do komunii.

Brukselski „Głos Siemiatycz” 

Od pięciu lat „Głos Siemiatycz” ma swoją wersję elektroniczną (www.glossiemiatycz.ktd.pl).

– Na początku naszą stronę internetową otwierano za granicą jedynie w USA. Dziś najwięcej internautów zaczynamy mieć w Belgii, widać do Brukseli jeżdżą młodzi i lepiej wykształceni – ocenia Jerzy Nowicki, naczelny „Głosu Siemiatycz”.

Tomek, 30-latek, na Politechnice Lubelskiej skończył budownictwo. Wrócił do Siemiatycz, ale nie znalazł pracy. Wyjechał do Brukseli. Kilka miesięcy pracował w ekipie Kowalczyka, ale po wypadku brygada się rozsypała. Zenek się rozpił, Zbyszek, kiedy dowiedział się, że żona w Siemiatyczach ma innego, wrócił do domu.

– Przeczytałem ogłoszenie, że pewien Belg poszukiwał polskiego wspólnika do firmy budowlanej. Dawał sprzęt i zlecenia, potrzebował wykwalifikowanych robotników – opowiada 30-latek.

Tomek od dwóch lat jest wspólnikiem Erica. Ma 20 proc. udziałów w firmie, która zatrudnia sześć czteroosobowych ekip. Odpowiada za zaopatrzenie i odbiór robót. Zarabia na rękę 2 tys. euro. Zeszły rok mimo słabej koniunktury spółka zamknęła niewielkim zyskiem.

Firma Darka w zeszłym roku remontowała siedzibę szkoły języka francuskiego dla Polaków, którą otworzył w Brukseli Mariusz z Siemiatycz (w Belgii od czterech lat). Szkoła nie narzeka na brak uczniów – w Brukseli i otaczających ją satelitarnych miasteczkach pracuje co najmniej 30 tysięcy Polaków. Inna firma Mariusza doradza Polakom w zakładaniu działalności gospodarczej.

Do Brukseli nie na czarno

Kowalczyk po wypadku powoli dochodzi do siebie. Do Brukseli już nie pojedzie, bo ma zawroty głowy i co chwila musi się pokładać. Stara się o rentę.

Kowalczykowa wytrzymała bez Belgii trzy miesiące. Wyjechała, kiedy córka podciągnęła się w nauce i przysięgła, że żadnym świństwem się już nie zaciągnie. – Jak miałam utrzymać rodzinę za 700 zł pensji kasjerki w supermarkecie? – pyta Kowalczykowa. – Przecież za ogrzewanie 200-metrowej willi muszę w zimie zapłacić prawie 600 zł.

W Belgii jak przed dziewięciu laty sprząta cztery mieszkania. Pracuje sześć dni w tygodniu po dziesięć godzin. Po opłaceniu pokoju zostaje jej na rękę 4 tys. zł. W Siemiatyczach bywa co sześć tygodni.

W zimny lutowy wieczór Kowalczykową odwiedziły koleżanki, które przyjechały do Siemiatycz na ferie (w Belgii dzieci też mają wolne). Siadamy wokół kominka.

– Unii to się nie mogę doczekać. W Brukseli nikt by mnie z pieniędzmi nie oszukał, bo bym pobiegła na policję. A jeszcze emeryturę belgijską bym kiedyś dostała – kalkuluje Kowalczykowa.

– I za leczenie w szpitalu nie musiałbym płacić – wtrąca Kowalczyk.

– Ale wtedy Belg zamiast ciebie weźmie do sprzątania Ukrainkę, bo na czarno – zwraca uwagę Danka, żona Zenka z ekipy Kowalczyka (tego, co się rozpił i wrócił).

– W czerwcu do Brukseli przyjadą nasi posłowie do europarlamentu. Każdy przywiezie za sobą po kilku urzędników. Kto im będzie sprzątał, kto im będzie odnawiał mieszkania? Siemiatycze! – uspokaja szwagierka Kowalczykowej.

PS Imiona i nazwiska niektórych bohaterów zostały zmienione

 

Z Siemiatycz do Brukseli „Sami swoi” – ECHA POLSKIE: DO ZIEMI OBCEJ, DEBORAH STEINBORN – Die Zeit, 20.11.2003

Tysiące Polaków kursują tam i z powrotem z Siemiatycz do Brukseli. Pracują w charakterze ogrodników, malarzy i sprzątaczek. Po wejściu Polski do Unii nic się nie zmieni.

 

DIE ZEIT

echa polskie - forum.jpg

W latach 90. uruchomiono regularną linię autobusową Siemiatycze – Bruksela. Na zdjęciu dworzec PKS w Siemiatyczach w styczniu 2004 roku

Foto: Adam Kardasz


 

W każdy piątek rano Stanisław Borzym podjeżdża swoim autobusem na mały, zaniedba­ny parking w Siemiatyczach, niewielkim polskim mieście przy granicy z Białorusią. Właściciel przedsiębiorstwa Hermek-Podróże zostawia włączony silnik i czeka na swo­ich około 50 pasażerów. Na ręcznie poma­lowanej drewnianej tablicy na przedniej szy­bie widnieje napis: „Autobus turystyczny: Polska-Belgia”. W ciągu następnej godzi­ny parking się zapełnia. Obok starych fia­tów i opli parkuje też nowy mercedes albo ford. Do autobusu wsiadają ludzie w wieku od 5 do 65 lat, niektórzy ubrani zgodnie z najnowszą zachodnią modą. Borzym ukła­da walizki, po czym opada na swój fotel za kierownicą. Można ruszać w 22-godzinną podróż do Brukseli.

 

Światy równoległe

 

Wbrew temu, co głosi napis na drewnia­nej tablicy, podróżni nie są turystami, lecz zazwyczaj nielegalnymi najemnymi robot­nikami. Jeżdżą 1600 km do Brukseli do 12 razy w roku, żeby zarobić tam na chleb. To samo robią tysiące im podobnych z Siemia­tycz oraz z innych miejscowości zuboża­łej północno-wschodniej Polski. Przybyw­szy do Brukseli, znikają w swoim świecie z własnym systemem pocztowym, własnymi sklepami z żywnością, własnymi lekarzami i biurami pośrednictwa pracy, kościołami i dyskotekami.

 

W maju 2004 r. Polska oraz siedem innych krajów wschodnioeuropejskich przystąpią do Unii Europejskiej. Nie oznacza to jednak, że nowi obywatele Unii nabędą od razu wszystkie prawa. Z obawy przed tanią konkurencją dla miejscowej siły roboczej starzy członkowie UE zaryglowali wejście na unijne rynki pracy: przez siedem pierwszych lat mogą odmawiać prawa do swobod­nego zarobkowania obywatelom z nowych krajów Zjednoczonej Europy. Jednak już dziś wielu mieszkańców Europy Wschod­niej jest zatrudnionych w krajach Piętnast­ki, na ogół nielegalnie. Wielu z nich pracu­je w umownej stolicy UE, Brukseli. Sprząta­ją mieszkania, malują ściany, budują domy. Swoimi ciężko zarobionymi euro nie tylko nakręcają lokalną gospodarkę, lecz także wspierają rodziny w ojczyźnie.

 

Mamy do czynienia z dwoma równo­ległymi światami w obrębie jednego miasta – mówi Thierry Timmermans. Ten rodowi­ty Brukselczyk kieruje w Fundacji im. Króla Baudouina projektem dotyczącym imigra­cji. – Polska społeczność jest tutaj ogromna, ale ponieważ na ogół żyje w ukryciu, wielu obywateli w ogóle jej nie dostrzega. Oficjal­nie w Brukseli jest zameldowanych zaled­wie 2120 obywateli polskich. Prawdziwą ich liczbę Elżbieta Kuźma, prowadząca na Wolnym Uniwersytecie w Brukseli badania na temat nielegalnej imigracji, szacuje na 35 tysięcy.

 

Dlaczego Siemiatycze? Otóż tamtejsi działacze opozycyjnego wówczas związku zawodowego Solidarność uzyskali w Bel­gii azyl. Stali się punktem zaczepienia dla innych z tej samej okolicy, którzy potrzebo­wali pracy. W końcu rozwinęła się mocna sieć pracowników-migrantów kursujących między Polską a Belgią, którzy załatwia­li tam sobie nawzajem po kryjomu pracę i mieszkania.

 

Praca, praca, praca

 

Dlaczego Belgia? Jak to zwykle bywa z imigrantami w odległych stronach, pierw­si Polacy ze wschodnich regionów przyby­li do Brukseli przypadkiem i przyciągnęli innych. W mieście dyplomatów i urzędni­ków jest duży popyt na ich usługi. Podob­ne zjawisko występuje także w Niemczech i gdzie indziej, ale belgijska policja uchodzi za łagodniejszą niż w innych krajach. Pra­cujący na czarno mają dużą szansę na unik­nięcie wykrycia. Od 1991 r. polscy turyści mogą przebywać w tym państwie do trzech miesięcy bez wizy. – Przyjeżdżamy tu i tylko pracujemy, pracujemy, pracujemy – mówi wysoka 62-letnia Polka, która ma w ojczyźnie troje dzieci i od dziesięciu lat sprzą­ta brukselskie mieszkania. Jest niedziela i kobieta idzie właśnie na mszę. – Opuszcza­my Brukselę po trzech miesiącach, a po kilku dniach lub tygodniach przyjeżdżamy z powro­tem i wszystko się zaczyna od początku.

 

         – To stałe podróżowanie daje się człowie­kowi we znaki; dochodzi też do tego strach, że mnie przyłapiąmówi Krystyna, blada kobieta w modnie wytartych dżinsach i niebieskiej podkoszulce. Ta 35-letnia matka dwojga dzieci kursuje od sześciu lat do Bel­gii ze wsi położonej pod Siemiatyczami. W Brukseli dzieli z trzema innymi kobietami skromnie umeblowane trzypokojowe miesz­kanie w Saint-Gilles, dzielnicy, gdzie miesz­ka wielu nielegalnie pracujących Polaków. Oszczędza możliwie jak najwięcej pienię­dzy dla rodziny, która została w kraju, na gospodarstwie. Gdy Krystyna pracuje w Belgii, jest siostra pilnuje dzieci w domu. Co trzy miesiące kobiety zamieniają się rola­mi. – W naszej okolicy nie ma pracy, może­my więc wspierać nasze rodziny tylko w ten sposób – mówi i nerwowo poprawia włosy.

 

Krystyna boi się nie tylko władz. Kra­dzieże są w Brukseli na porządku dziennym, a ponieważ przebywa w tym mieście niele­galnie, nie może otworzyć konta w banku. Po sprzątaniu w zamożnym Waterloo spie­szy do mieszkania z dziennym zarobkiem w torebce i chowa pieniądze. Trzy razy w tygo­dniu dzwoni o umówionej godzinie do swoich dwóch córek, które mają 9 i 13 lat. Tylko sporadycznie wychodzi gdzieś wieczorem.

 

Obecnie polska społeczność w Brukse­li jest niemal całkowicie samowystarczalna. Pewnego gorącego niedzielnego popołudnia latem 2003 r. na Rue de 1’Hótel des Monnaies w Saint-Gilles stało 20 minibusów. Inne można zobaczyć w pobliżu Notre Dame de la Chapelle, gotyckiego kościoła, do które­go Polacy uczęszczają na mszę w niedziele. Na tablicach rejestracyjnych pojazdów wid­nieją litery BSI (Siemiatycze), BIA (Biały­stok), BMN (Mońki).

 

Kierowcy nowoczesnych minivanów, w wieku pomiędzy 20 a 50 lat, sprofesjonalizowali przewozy z i do Brukseli. Wożą pasażerów za 70 do 80 euro. Ponadto trans­portują artykuły żywnościowe i paczki. Od połowy lat 90. robią konkurencję kierow­com dużych autobusów. Są szybsi i tańsi, a ponieważ zabierają także listy, przybysze nielegalnie pracujący w Brukseli nie muszą się bać wpadki, jaka mogłaby im grozić, gdyby wysyłali korespondencję za pośred­nictwem belgijskiej poczty.

 

Naturalnie polscy kierowcy mają nie­raz problemy na granicy niemieckiej. Jest to gra, w której trzeba umieć się dosto­sować. Czasami przerzucają pasażerów z Polski przez granicę taksówkami i zbiera­ją ich ponownie już w Niemczech. Czasem muszą zapłacić karę 250 euro lub więcej, albo są zawracani do Polski. Interes opłaca się mimo wszystko. – Popyt jest duży – mówi Jan, 33-letni Polak z Mazur. Od ośmiu lat wozi ludzi i towary pomiędzy Polską i Bel­gią, Holandią lub Niemcami. Jego rodzice, którzy pracują w Brukseli, zafundowali mu sześcioosobowy mikrobus.

 

Misja wsparcia

 

W tym czasie zdążyła się już wytworzyć regularna socjoekonomiczna sieć migracyjna. W Saint-Gilles polska piekarnia i pol­ski sklep spożywczy oferują swojskie pro­dukty. Wiele klubów nocnych jest otwar­tych tylko dla Polaków. Prowadzony przez Włocha bar Verre d’Eau (Szklanka wody) wśród brukselskich Polaków jest znany jako Chez Olga (U Olgi). Polscy fryzjerzy przy­jeżdżają na zamówienie do mieszkań i strzy­gą za połowę ceny, jaką biorą salony belgij­skie. W niedzielę wielu Polaków chodzi na czynny podczas weekendu bazar Les Abat-toirs (Jatki), aby zrobić zakupy i spotkać przyjaciół. Mogą tam dostać chleb, świe­żą śmietanę, wędliny, lemoniady, piwo, sło­dycze, gazety, krzyżówki – wszystko prosto z ojczyzny.

 

Osią miejscowej społeczności jest jed­nak Polska Misja Katolicka. Jej biuro, pra­wie niezauważalne dla zwykłych przechod­niów, znajduje się w niepozornym budyn­ku przy Rue Jordan. Dla nowo przybyłych z Polski jest to pierwszy punkt kontaktowy. Wielu z nich korzysta z pomocy tej placówki także później. Ponad tysiąc osób uczęsz­cza w niedziele na msze, odprawiane po pol­sku w Notre Dame de la Chapelle. W Misji mówią, że nie udzielają pomocy w znale­zieniu pracy. – Ale ludzie dzwonią do nas czasami w środku nocy, gdy ktoś z rodziny zachorował lub zaginąłmówi ksiądz Tade­usz Czają, który mieszka i pracuje w Misji od 1995 roku. – A gdy ktoś zapuka do moich drzwi z jakimś problemem, to naturalnie nie pytam, czy jest tutaj legalnie, czy nie.

 

Odkąd zaczęła funkcjonować komu­nikacja wahadłowa Siemiatycze zmieni­ło swoje oblicze. W centrum, w pobliżu placu Jana Pawła II, konsumentów kuszą sklepy komputerowe i salon Levi’sa. Przed sklepem z modną konfekcją wiszą sukien­ki i spódnice we wszystkich kolorach. Za miastem, na wzgórzu nad Bugiem, stoją nowoczesne domy jednorodzinne. Ze swo­imi dużymi garażami i tarasami, ozdobny­mi ogrodami i stawami wyglądają jak wille z dzielnicy wyższej klasy średniej w Euro­pie Zachodniej. Tutaj mieszkają przede wszystkim Polacy, którzy zarabiają lub zarobili swoje pieniądze w Brukseli.

 

W domu też ruch

 

Burmistrz Siemiatycz Zbigniew Radom­ski jest dumny z rozwoju swojej społecz­ności. Przez wiele lat kierował tutejszym oddziałem PKS. W 1990 r. przyszedł mu do głowy pomysł, żeby zorganizować usłu­gi przewozowe do Brukseli. – Tak jak wszy­scy szukaliśmy tylko jakiegoś sposobu, aby przeżyćmówi dzisiaj. Od tamtej pory sytu­acja niesłychanie się poprawiła. Siemiaty­cze mają niecałe 8 proc. bezrobotnych, to mniej niż połowa krajowej stopy bezrobo­cia. Do pracy w Belgii jeździ ponad cztery tyś. osób, co stanowi około jednej czwartej mieszkańców.

 

Podczas gdy miejscowi spoglądają z pożądaniem na Zachód, do Siemiatycz przybywają Białorusini, aby na poboczach jezdni sprzedawać tanie aparaty fotogra­ficzne albo części zamienne do samocho­dów. Dalej na północ na polskich budowach pracują nielegalnie Ukraińcy. – Widzimy, że strumień ludzi ze Wschodu będzie trudny do zahamowania – mówi Jan Węgrzyn, dyrek­tor generalny w Urzędzie ds. Repatria­cji i Cudzoziemców Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji w Warsza­wie. – Niezależnie od tego, jakie wprowadzi­my przepisy wizowe i jakie zastosujemy techni­ki kontroli, nielegalni przybysze zawsze znaj­dą drogę.

 

DEBORAH STEINBORN © Die Zeit, 20.11.2003

Kiedy Siemiatycze zbliżą się do dworca PKP? – „Głos Siemiatycz” nr 45 / 2018

Słuszny głos Pana Marka Antoniego Nowickiego w sprawie dworca kolejowego Siemiatycze-Stacja i braku połączeń autobusowych w obie strony. Z nowego numeru „Głosu Siemiatycz” nr 45 / 2018. Wreszcie sprawę poruszono na łamach tego lokalnego tygodnika. Ciekawe czy coś się zmieni, czy jak zwykle nic?


DSC_0339.jpg

Z Siemiatycz można w bardzo dobrych warunkach i szybko (na pewno szybciej niż samochodem) pojechać do Warszawy. W jaki sposób? Pociągiem. Ze stacji Siemiatycze.

Wygodne pociągi z krótką i szybką przesiadką w Siedlcach umożliwiają znalezienie się w centrum Warszawy w czasie około dwóch godzin (a nawet 1 godzina 50 minut). W wielu pociągach są łącza z internetem, ekrany z informacjami, wygodne miejsca. Cena jak w autobusie. Podróż, która jest odpoczynkiem. Europa.

Niewiele jednak osób korzysta z tego sposobu komunikacji i dojazdu do Siedlec czy Warszawy. Powód jest od kilkudziesięciu lat, od czasów głębokiego PRL-u, ciągle ten sam. Brak dojazdu do dworca oraz komunikacji z dworca od pociągu. Nic się nie zmieniło. Pisałem o tym prawie 30 lat temu.

Argumentuje się, że nie ma wielu pasażerów. A jak ma być wielu, jeśli nigdy nie ma czym dojechać? Jak będzie dojazd, będą też pasażerowie. Nie wszyscy mogą być podwiezieni przez rodzinę czy znajomych. A poza tym to zawsze dodatkowy wysiłek i kłopot.

Żal, że kilka kilometrów od miasta istnieje tak dobra oferta komunikacyjna do centralnej Polski, z której prawie nikt nie korzysta, a Siemiatycze nie potrafią wykorzystać bliskości kolei. I ma się wrażenie, że władze miasta w ogóle o tym nie myślą. Gdyby był autobus do każdego pociągu i z każdego pociągu oraz jakieś publiczne zachęty, jestem pewien, że byłoby wielu pasażerów.

Powtórzmy. Siemiatycze mają dobrą komunikację kolejową z resztą kraju. Dla mieszkańców jednak prawie nic z tego nie wynik. Zadanie dla nowych (starych) władz miasta.

Marek Antoni Nowicki

„Zapiski z PRL” cz. II (Notatnik Historyczny) „Głos Siemiatycz” nr 45 / 2018

Fragmenty notatek robionych w tamtym czasie przez Antoniego Nowickiego, o tym co działo się na bieżąco w Siemiatyczach ponad 40 lat temu.

zapiski z prl-u0001 - Kopia.jpg

1974

24 marca, poniedziałek – w Leszczynkach zakwitły przylaszczki.

5 kwiecień – wznowienie prac na pl. Wyzwolenia; usunięcie 3 drzew z trawnika poratuszowego z narożnika południowo-zachodniego.

6 kwietnia, sobota – uroczyste przekazanie do użytku szpitala w Siemiatyczach.

9 kwietnia, wtorek – usunięto 3 drzewa (lipy) z narożnika skweru po ratuszowego północno-wschodniego; drzewa wkopano i posadzono przy stacji PKS na Zamościu.

2 maj, niedziela – niedziela „Czynu Partyjnego”.

17 maj, piątek – rozpoczęto wykopy pod rozbudowę Szkoły nr 1 przy ul. Drohiczyńskiej.

26 maj, niedziela – II Powiatowa Olimpiada Sportowa Młodzieży Szkolnej w Siemiatyczach.

1 czerwiec, sobota – rozpoczęcie misji świętej w parafii w S-tyczach.

7 czerwiec, piątek – zakończenie misji świętej. Postawienie pamiątkowego krzyża misyjnego.

8 czerwiec, sobota – o godz. 8 przybycie z Ostrożan obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.

9 czerwca, niedziela – pożegnanie i odprowadzenie obrazu MB Częstochowskiej do bramy pożegnalnej na końcu Łojek.

30 czerwiec, niedziela – II Zjazd absolwentów i wychowanków LO w Siemiatyczach.

18 lipca, czwartek – o godz. 19 nad miastem przeszła burza z „oberwaniem się chmury”. Wiele szkód.

9 wrzesień, poniedziałek – rozpoczęto demontaż stacji benzynowej CPN na placu Wyzwolenia.

17 wrzesień, wtorek – wykopy pod fundamenty domu handlowego przy południowej pierzei rynku (pl. Wyzwolenia)

12 października, sobota – godz. 16.00. Przed pomnikiem Braterstwa Broni okolicznościowe przemówienie i złożenie wieńców.

19 październik, sobota – na placu Wyzwolenia obowiązuje od dziś ruch okrężny jednokierunkowy.

27 październik, niedziela – „Bank Miast” Pińczów – Ciechanowiec.

W II programie Polskiego Radia Rozgłośnia w Białymstoku audycja o Siemiatyczach Tadeusza Gicgiera. Z Siemiatycz wziął w niej udział Franciszek Miłkowski oraz Celina i Antoni Nowiccy.

28 październik, poniedziałek – oficjalne otwarcie siedziby Miejskiego Urzędu i apteki w Siemiatyczach przy pl. Wyzwolenia.

zapiski z prl-u0002.jpg

31 październik, czwartek – w nocy huragan. Pierwszy śnieg. Wiele szkód. Powywracane słupy elektryczne, telefoniczne i drzewa.

18 listopada, poniedziałek – oddano dla ruchu samochodowego ostatni odcinek ronda przy północno-wschodniej części pl. Wyzwolenia, choć jeszcze brak asfaltu.

21 listopad, czwartek – w PDK spotkanie z doc. dr. A. Chorobińską, autorką pracy o Siemiatyczach za czasów A. Jabłonowskiej.

22 listopad, piątek – zamknięto oddany w poniedziałek ostatni odcinek ronda.

24 listopad, niedziela – w PDK w Siemiatyczach o godz. 18.00 „Koncert przy świecach”. Grał Jerzy Nowicki, ucz. II kl. LO w Siemiatyczach.

zapiski z prl-u0001.jpg

1975

1 czerwiec, niedziela – według nowej administracji powiat siemiatycki przestał istnieć.

15 czerwca, niedziela – telewizyjna impreza „Bank Miast” Siemiatycze – Człuchów. Tego dnia pierwszy topielec w nowym zalewie.

24 czerwiec, wtorek – drugi topielec w zalewie, Kosieradzki z Bacik.

6 lipiec, niedziela – trzeci topielec w zalewie, kierowca z Siemiatycz, Dziewanowski.

19 lipca, sobota – o 15.00 pogrzeb śp. Jana Żero, działacza społecznego i spółdzielczości na terenie miasta w okresie międzywojennym i po wyzwoleniu.

25 lipca, piątek – przeprowadzka Urzędu Miejskiego i Gminnego z pl. Wyzwolenia do budynku po PPRN. Budynek Urzędu Miasta przeznaczono na hotel.

12 grudnia, piątek – otwarcie Muzeum w Siemiatyczach.

21 grudnia, niedziela – „Bank Miast” Siemiatycze – Człuchów. Druga runda. Zwycięstwo dla Siemiatycz.

(opr. jn) fot. Antoni Nowicki i Jerzy Jarocki (Pomnik Braterstwa Broni)

zapiski z prl-u0002 - Kopia.jpg

„Zapiski z PRL” cz. I (Notatnik Historyczny) „Głos Siemiatycz” nr 45 / 2018

Fragmenty notatek robionych w tamtym czasie przez Antoniego Nowickiego, o tym co dzialo się na bieżąco w Siemiatyczach ponad 40 lat temu.

1970

Wiosną rozpoczęto budowę budynku poczty przy zbiegu ulic Armii Czerwonej i Małopolskiej oraz Spółdzielni Oszczędnościowo – Pożyczkowej przy ulicy Drohiczyńskiej. W tym samym okresie zaasfaltowano niektóre odcinki ulic: przy Narodowym Banku Polskim i Ośrodku Zdrowia przy ulicy ks. Ściegiennego i Powiatowym Domu Kultury w dawnej synagodze (dzisiaj: SOK) na ulicy Zaszkolnej; położono tam też płyty betonowe. Oddano do użytku ciastkarnię PSS przy ulicy Armii Czerwonej. W lipcu został oddany do użytku, rozpoczęty jesienią 1969 roku, pawilon handlowy na rogu ulicy Armii Czerwonej i Świętojańskiej. Mieści się tam przeniesiony z placu Wyzwolenia ZURiT (Zakład Urządzeń Radiowych i Telewizyjnych) i sklep Motozbytu.

9 maja – wmurowano akt erekcyjny pod pomnik XXV-lecia przy Placu Wyzwolenia; na 1 września jeszcze go nie ukończono.

1971

13 sierpnia – zakończono układanie kanalizacji burzowej na ulicy Grodzieńskiej. W dalszym ciągu prace posuwają się na pl. Wyzwolenia.

1972

14 października – z okazji jutrzejszego święta Ludowego Wojska Polskiego o godz. 15.00 odbyła się uroczystość złożenia wieńców przed pomnikiem Braterstwa Broni oraz przekazanie sztandaru dla ZBOWiD-u i Związku Inwalidów Wojennych. W uroczystości wystąpiła orkiestra dęta miejscowego Liceum.

40003.jpg

1973

8 stycznia, poniedziałek – w PDK o godz. 16 otwarcie wystawy „Wykopaliska z Cecel”.

10 stycznia, środa – pożar w fabryce obuwia „Żubrobut”. Zapalił się olej w kuźni.

26 stycznia, piątek – rozpoczęto rozbiórkę domu przy placu Wyzwolenia, północna pierzeja. Jest to dom, w którym dotychczas mieściły się na parterze: sklep masarski PSS i zakład fryzjerski GS, a na piętrze biuro Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”.

3 lutego, sobota – włoski Fiat 126, pierwowzór polskiego Fiata 126p, był prezentowany w Siemiatyczach o godz. 12 (na rynku).

27 marca, wtorek – rozpoczęto zrywanie bruku na placu Wyzwolenia przy wschodniej pierzei.

29 marca, czwartek – pracownicy PSS i Terenowych Zakładów Ceramiki Budowlanej oraz starsza młodzież miejscowych szkół zatrudnieni byli na placu Wyzwolenia przy wybieraniu kamieni i ładowaniu na samochody ciężarowe.

3 kwietnia, wtorek – w związku z dalszym etapem przebudowy placu Wyzwolenia stacja autobusowa PKS została przeniesiona z placu Wyzwolenia do nowo wybudowanej stacji autobusowej przy ul. Fabrycznej i Koszarowej (Kościuszki). Przed wojną na placu tym mieściła się fabryka sklejki Braci Maliniak.

30001.jpg

26 maja, sobota – przy placu Wyzwolenia, strona południowa, rozebrano drewniany otynkowany budynek, w którym mieścił się dotychczas warsztat szklarski Jana Zarzeckiego, a później jego syna Józefa.

17 czerwca, niedziela – uroczystość w Liceum Ogólnokształcącym w Siemiatyczach – nadanie imienia Komisji Edukacji Narodowej. Przekazanie Liceum sztandaru ufundowanego przez komitet rodzicielski i oddanie do użytku stadionu sportowego, przy Liceum.

23 czerwca, sobota – w Drohiczynie uroczystość X-lecia sakry biskupiej ks. bpa Władysława Jędruszuka i 250-lecie kościoła katedralnego w Drohiczynie.

28 czerwca, czwartek – 10-lecie święceń kapłańskich ks. Mariana Świerczyńskiego, wikarego tutejszej parafii katolickiej i z tej okazji uroczysta msza Św.; odprawił ksiądz biskup z koncelebrą.

9 lipca, poniedziałek – na ulicy Drohiczyńskiej rozpoczęto prace przy budowie kanalizacji burzowej i wodociągu. Prace rozpoczęto od końca ulicy w kierunku rynku.

12 lipca, czwartek – otwarcie nowego sklepu masarskiego przy targowicy, tj. przy ulicy ks. Ściegiennego. Nowy sklep masarski otwarto w lokalu po sklepie żelaznym, który przeniesiono do innego pomieszczenia. Tego dnia w cerkwi odpust św. Piotra i Pawła, wielki zjazd ludzi.

29 sierpnia, środa – o godz. 15.00 rozpoczęto asfaltowanie jezdni na placu Wyzwolenia przy wschodniej pierzei rynku.

30002.jpg

9 września, niedziela – w kościele katolickim uroczystość „dożynki parafialne”.

11 września, wtorek – pierwszy przygruntowy przymrozek.

30 września, niedziela – dzień tzw. czynu partyjnego; w wielu punktach miasta społecznie pracowali członkowie PZPR.

11 października, czwartek – o 16.00 przed pomnikiem Braterstwa Broni uroczystość złożenia wieńców – harcerze, wojsko, ZBOWiD i młodzież szkolna.

12 października, piątek – cały dzień pada deszcz ze śniegiem; o godz. 16 akademia w PDK z okazji Dnia Wojska Polskiego.

14 października, niedziela – o godz. 11 w Liceum przyrzeczenie klas I. Dzień Nauczyciela.

15 października, poniedziałek – na placu Wyzwolenia pierzeja zachodnia rozpoczęto rozbiórkę domu, w którym do wiosny tego roku mieścił się bar tzw. „na schodkach”. Przed 1939 r. dom należał do Kramera, który prowadził tu wytwórnię wód gazowanych i rozlewnię piwa. Dom usytuowany jako rogowy przy ul. Wesołej i pl. Wyzwolenia.

30003.jpg

11 listopada, niedziela – zmarła Jadwiga Kosińska, nauczycielka, wychowawca kilku pokoleń mieszkańców Siemiatycz, ur. w 1890 r., w Siemiatyczach od 1923 r.

12 listopada, poniedziałek – przy udziale tłumów mieszkańców Siemiatycz pogrzeb śp. Jadwigi Kosińskiej; o godz. 14 wyprowadzenie zwłok z domu do kościoła, koncelebrowana msza św. przez 5 księży. Mowę pogrzebową wygłosił ks. Marczuk, proboszcz ciechanowiecki. Około 16 kondukt pogrzebowy wyruszył z kościoła na cmentarz parafialny.

„Słychać było tylko potworny hałas czołgu”. Wakacje przed laty – wywiad z Panią Czesławą Dec („Głos Siemiatycz – Kurier Podlaski” nr 23/1189, 14 czerwca 2018 r.)

czeslawa dec.jpg

Czesława Dec jest 88-letnią mieszkanką Siemiatycz. Więk­szość swojego długiego życia spę­dziła w Anusinie. Przeżyła sied­miu papieży i II wojnę światową. Dobra pamięć pani Czesławy po­zwala opowiadać o swoich doś­wiadczeniach, a zdolności manu­alne – szydełkować i nieodpłatnie wykonywać drobne usługi kra­wieckie dla sąsiadów.

 

Pani Czesława jest również córką żołnierza, który brał udział w tzw. „Cudzie nad Wisłą” w sier­pniu 1920 r.

 

– Po przeprawie przez Bug wę­drowali 2 tygodnie do linii Wisły. Tam rozbili obóz. 15 sierpnia w sa­mo południe przeleciały dwa sa­moloty. Nikt nie wiedział, co to są za ptaki. Zrobił się ogromny pop­łoch, kiedy z samolotów spusz­czono bomby. Ojciec mówił, że był tylko dym i smród. Zaczął się od­wrót bolszewików. Zakopywano zmarłych, ale i nie tylko. Nawet ta­kich, co jeszcze ruszali ustami i oczami, ale nic nie mówili. So­wieci mówili, że widzieli Matkę Boską, kiedy uciekali, ale mój oj­ciec nic nie widział. Przed bitwą ludzie się bardzo modlili do Matki Boskiej, błagali o zwycięstwo. Chcieli nacieszyć się jeszcze tą odzyskaną po 123 latach wolnością – wspomina pani Czesława, którą postanowiliśmy zapytać o wakacje sprzed paru dziesięcioleci.

 

– Jak wyglądały wakacje przed wojną?

 

– Wszystkie dzieci na wsi, w wakacje pasły krowy, pilnowa­ły kurczaków, żeby wrony ich nie ukradły, czy zajmowały się gęsia­mi. Trzy, dwa razy dziennie rwa­no też ziele dla świń, chodzili po nie i starsi, i młodsi. Dzieci nie miały żadnego odpoczynku. Nie jeździło się do babci. Często i bab­cia nie chciała brać. Babcia też chciała mieć osobę, która się przy­da do czegoś. Musieliśmy gnać krowę około 2 kilometry, dobrze jak była ładna pogoda, bo kiedy nadeszła burza, to nie tak łatwo było uciekać z tą krową. Nawet w żniwa dzieci miały jakąś pracę, na przykład w czasie zbiorów dzieci brały grabie i zagrabiały skoszone zboże. I robili to nie ma­jąc butów. Czasami jeszcze starsi chłopcy dorabiali sobie wypasając krowy sąsiadów. Jeden raz chło­pak poszedł do Zajęcznik, było gorąco i chciał się w stawie ochło­dzić. Utopił się.

 

Pamiętam z czasów szkolnych jak miałam iść do szkoły na 11, bo rano uczyli się starsi, i poszłam wypasać krowy. Nie było wtedy zegarków i ojciec powiedział mi „jeśli będzie raz gwizdał tartak i raz browar w Sarnakach to wra­caj.” No to ja stałam koło tej krowy i słucham, co gwiżdże, raz zagwi­zdał pociąg, a później tartak, więc pociągnęłam krowę i pobiegłam do domu. Może pobyłam tam pół godziny. Wracając jakaś kobieta się zapytała „co się stało, że ty już wracasz?”, a ja mówiłam do niej, że muszę już iść do szkoły.

 

– Czy w tamtych czasach, tak jak dziś, przed końcem roku dzieci z niecierpliwością czekały wakacji?

 

– Każdy chciał mieć już odpo­czynek, ale czy faktycznie wakac­je były, kiedy rano budzili cię, abyś pognał krowę na pastwisko? A krowę każdy miał, paśli je nie starsi, a dzieci właśnie.

 

– Czy z początkiem września 1939 wracano do szkoły?

 

– 1 września zaczęła się wojna. Miałam wtedy skończone dwie klasy szkoły podstawowej. Mia­łam iść do klasy trzeciej, ale gdy wybuchła wojna uczyliśmy się ty­lko kilka dni, naszego nauczyciela zabrano do wojska, co prawda przysłano nam jeszcze innego nauczyciela, ale gdy sytuacja się roz­winęła, nikt nie myślał o pójściu do szkoły. Kiedy te tereny okupo­wały Niemcy, szkoły nie było. Nie mogliśmy się schodzić w grupy. Z kolei za czasów okupacji sowie­ckiej istniała szkoła, w której uczo­no po rosyjsku.

 

– Czy ktoś chodził do takiej szkoły?

 

– Tak, lecz mnie rodzicie nie puścili. Mój ojciec mówił „Ja uczy­łem się dwie zimy i wszystko umiem, ty chodziłaś dwa lata i to­bie wystarczy.” I więcej nie posz­łam, ale pisać, czytać i liczyć umiem. Byli i tacy co się nie umieli podpisać się i stawiali tylko krzy­żyki.

 

– Jaka była wojna?

 

– Wojna była straszna. Nikt by nie chciał widzieć i przeżyć tego, co ja przeżyłam. Kiedy ogłoszono wojnę, słychać było dużo pocią­gów. Wydawały one potworne dźwięki, aż ja z siostrą chowałyś­my się i płakałyśmy.

 

Mój ojciec miał sklep, pod któ­rym zbierali się chłopi. Pewnego dnia przyjechał po nich goniec konno i wręczył im powołanie do wojska, następnego dnia ci ludzie musieli się stawić gotowi do wal­ki. Ulicą uciekało polskie wojsko, szli cały dzień i noc. Słychać było tylko stukot bryczek i odgłosy ma­szerowania. Kiedy szli Niemcy, ludzie wymyślali plotki, że Niem­cy są straszni, wydłubują oczy i obcinają uszy. Niemcy część ro­dzin, w szczególności tych bied­niejszych, wywozili w głąb Nie­miec na roboty. Pamiętam jedne­go kulawego chłopca, którego też wywieziono i w Niemczech zaj­mował się psami.

 

Raz usłyszeliśmy jadący czołg. Wszyscy schowaliśmy się do piwnicy, gdzie trzymaliśmy ziemniaki. Słychać było tylko pot­worny hałas czołgu, który strzelił w stodołę. Później przyjechał dru­gi czołg, który strzelał w pole. Kie­dy oba czołgi pojechały, przyje­chało mnóstwo żołnierzy na trój­kołowych motocyklach. Było mnóstwo krwi, a na naszym polu leżała martwa kobieta.

 

Kiedy Niemcy odstąpili Ros­janom te tereny, zaczęli przyjeż­dżać tu Rosjanie, przyjeżdżali przedziwnymi ciężarówkami, do których kotłów wrzucano skałki drewna. Kiedy Rosjanie przeszli do kontrataku w wojnie z Niem­cami, posiadali już samochody, czołgi i lepsze uzbrojenie.

 

– Jacy byli okupanci?

 

– Rosjanie byli nie do opisania, byli brudni, zawszeni i głodni. Raz, kiedy moja matka gotowała ziemniaki, Rosjanie wpadli do do­mu i jak zobaczyli jedzenie, od razu się na nie rzucili. Kiedy zoba­czyli u kogoś jedzenie, natych­miast rzucali się na nie. Kiedy Nie­mcy uciekali i myli się przy stud­ni, to po sobie zostawiali puszki po konserwach, pudełka po cze­koladach, a biedni Sowieci prag­nęli ziemniaków. Nie wiem jak można nazwać państwo, które głodzi swoich żołnierzy. Rosjanie, kiedy jechali, to ścinali jabłonkę i wrzucali ją na ciężarówkę, aby z drzewa wziąć owoce, natomiast Niemcy nigdy takich rzeczy nie robili.

 

– Czy po wojnie można było wrócić do szkoły?

 

– Tak można było, ale rodzice mnie nie chcieli puścić. Po wojnie mój ojciec został sołtysem i wójt chciał wziąć moją siostrę na swego rodzaju księgową, ponieważ moja siostra pięknie pisała. Mój ojciec nie zgodził się.

 

– Dlaczego?

 

– Nie wiem, dlaczego, może mało by zarobiła, a poza tym trze­ba by było chodzić pieszo do Sie­miatycz.

 

– Jak wyglądały wakacje w PRL-u na wsi?

 

– Na wsi zawsze była robota, czy to przy zwierzętach, czy przy żniwach. Zboże i chleb były bar­dzo cenne. Nie wyrzucano go tak jak teraz. Rozrywki nie było wiele. Dzieci ze wsi na wakacje nie wy­jeżdżały. Ciężko było znaleźć dziecko w domu, wszystkie były na podwórku, w przeciwieństwie do czasów dzisiejszych. Kiedy wyprowadzałam krowy, to nosi­łam ze sobą szmatki i szyłam z nich lalki. Moja mama pomogła mi uszyć lalkę, którą nazwałam Wicek, dlatego że tak nazywał się nasz sąsiad. Po dłuższym czasie Wicek się znudził i z Wicka zro­biliśmy Basię. Graliśmy w klasy, w piłkę. Braliśmy fajerki z pieca, wiązaliśmy drut i biegaliśmy z tą fajerką robiąc kilometry. Nie było podziału na wiek czy zamożność. Każdy z każdym spędzał ten we­soły czas dzieciństwa – mówi Kazi­miera Kubicka, córka pani Czesławy.

 

– Czy da się porównać współ­czesność z czasami sprzed 70 lat?

 

– Nie ma żadnego porówna­nia. Dzisiaj nosimy o wiele lepsze ubrania czy obuwie. Jak jako dzie­cko szłam do kościoła, to brałam buty w rękę i niosłam je przez całą drogę, a zakładałam je dopiero przed kościołem. Kiedy wycho­dziłam, brałam buty w ręce i boso wracałam do domu. Nie było tak wygodnych łóżek. W łóżku była tylko słoma, nakryta płachtą i na tym się spało. Dzisiaj mamy o wie­le lepsze czasy, są telewizory, ko­mputery, telefony. Wszystko jest zautomatyzowane.

 

– Dziękuję za rozmowę i ży­czę zdrowia.

 

Łukasz Kubicki, fot. ŁK

 

Wejście Sowietów. Wrzesień 1939 w Siemiatyczach – Marek Antoni Nowicki (“Głos Siemiatycz” nr 1202, 13 września 2018 – Notatnik Historyczny)

IX 39 fot.jpg

Wojska bolszewickie wkro­czyły do Siemiatycz 29 września 1939 r., po opuszczeniu miasta przez Niemców, którzy zajmowa­li je przez ponad dwa tygodnie od 11 września. Bolszewicy weszli po raz drugi na przestrzeni niewielu lat – za pierwszym razem byli tu w marszu na Warszawę w 1920 r.

 

Tym razem zajęcie Siemiatycz przez Armię Czerwoną było reali­zacją paktu Ribbentrop – Mołotow i podpisanego w ślad za nim 28 września traktatu sowiecko – nie­mieckiego o granicach i przyjaźni, wyznaczającego w rejonie Siemia­tycz linię podziału terenów okupowanych przez Hitlera i Stalina na Bugu (na mocy układu zawar­tego kilka dni wcześniej, 22 wrześ­nia, linia graniczna miała biec wzdłuż. środkowego biegu Wiały, potem jednak została przesunięta na wschód).

 

Po przekroczeniu granicy Rze­czpospolitej 17 września, postę­pująca na zachód Armia Czerwo­na nawoływała w zrzucanych z samolotów napisanych fatalną polszczyzną ulotkach:

„(…) W te ciężkie dni dla Was potężny Zwią­zek Radziecki wyciąga Wam ręce braterskiej pomocy. Nie przeciwcie się Robotniczo – Chłopskiej Ar­mii Czerwonej. (…) My idziemy do was nie jako zdobywcy, a jako wasi braci po klasu, jako wasi wyzwoleńcy od ucisku obszarników i kapitalistów. Wielka i niezwalczona Armia Czerwona niesie na swoich sztandarach pracującym, braterstwo i szczęśliwe życie. (…) Przechodźcie na stronę Armii Czerwonej. Wam zabezpieczona swoboda i szczęśliwe życie. 17 września 1939r. Naczelny Do­wódca Białoruskiego Frontu Komandarm Drugiej Rangi Michał Kowalow” (pisownia autentyczna – za: J. Siedlecki, Losy Polaków w ZSRR w latach 1939-1986, Lon­dyn 1987).

 

Sowieci robili wszystko, aby zjednać sobie ludność zamieszku­jącą tereny zajmowane przez Ar­mię Czerwoną. Chodziło przede wszystkim o ludność białoruską i ukraińską, którą Sowieci „brali w opiekę”. Z kolei miejscowi Żydzi mieli pomagać tworzyć doraźne struktury władzy, zdolne utrzy­mać porządek do czasu powsta­nia silnej administracji opartej na „specjalistach” ściągniętych z ZSRR.

 

„Prócz ziejących nienawiścią ulotek Sowieci masowo kolporto­wali karykatury i plakaty, na któ­rych w mało wyszukany sposób zohydzali państwo polskie i wszystko, co z nim związane. Ty­powym ich motywem był czerwo­noarmista przebijający szablą-szpilką polskiego generała – insek­ta lub dźgający bagnetem polskiego orła, któremu spada z głowy generalska czapka. Z pomocą tak agresywnej i mało wyszukanej propagandy Sowietom udało się skutecznie zmobilizować miejsco­wych Białorusinów i Ukraińców do rozprawy z Polakami. Współ­działała z nimi z reguły skomunizowana biedota żydowska”, (za: Sowiecka okupacja ziem polskich w latach 1939 -1941, w Polska Wal­cząca, t.10, Warszawa 2015).

 

Wg wspomnień siemiatyckiego fotografa i kronikarza, wów­czas 18-letniego Antoniego Nowi­ckiego Sowieci byli witani bramą powitalną zbudowaną przez miejscowych komunistów i sowiecką agenturę. Hasło było prawdopo­dobnie takie, jak we wszystkich miasteczkach i wsiach na drodze Armii Czerwonej, albo podobne: „Da zdrastvujet niruszimyj bratskij sojuz Sovietskovo Sojuza i Zapadnoj Bełarusii”  (Niech żyje nienaruszalny braterski sojusz Zwią­zku Sowieckiego i Zachodniej Bia­łorusi”). Na ulicach wywieszono również transparenty z napisami: „Witajcie bracia, czekaliśmy na Was 20 lat”.

 

Powitanie zorganizował, działający wcześniej w konspira­cji i ujawniony po odejściu Niem­ców a jeszcze przed wejściem So­wietów, komunistyczny tymcza­sowy komitet robotniczo – chłop­ski, który następnie zaczął funkc­jonować obok władz wojskowych jako niby samorządowy, ludowy organ władzy. Pod okiem NKWD (Ludowy Komisariat Spraw We­wnętrznych ZSRR) przekształcił się w Tymczasowy Komitet Rewo­lucyjny. Ta działająca dotąd w uk­ryciu grupa była doskonale zorganizowana. Mieli przydzielone zadania, byli podzieleni na oddziały, a niektórzy nawet posiadali broń. Działał przez kilka tygodni, do czasu utworzenia pierwszych struktur regularnej władzy sowie­ckiej. W jego składzie były osoby wywodzące się z miejscowej bie­doty żydowskiej, chłopi – Rusini z okolicznych wsi, a także kilku Polaków spośród tutejszych ko­munistów. Została sformowana milicja włościańsko – robotnicza, również tajna.

 

Dr Adam Wołk, wówczas ma­ły chłopiec z majątku w Czartaje­wie zapamiętał, że „Najpierw po­djechał niebieski osobowy samo­chód pod ganek dworu. Oficero­wie z NKWD weszli do środka, kazali wynosić się ze dworu. W naszej szczególnej sytuacji, Czartajew bowiem był dzierża­wiony, eksmisja ta dotyczyła pp. Ejsymontów. Kazali oddać wszys­tkie klucze od gospodarstwa. Po­wołali komitet ze służby dwors­kiej i jemu oddali władzę oraz klu­cze. Myśmy zajmowali domek w ogrodzie, niepozorny, o trzech pokojach i kuchni. Stale mieszkała w nim babcia z córką, a latem zjeż­dżała się nasza rodzina. W tym ro­ku wojny zostaliśmy, z trzyletnim braciszkiem, na wsi. Ojciec rów­nież tu przebywał.

 

Wojsko sowieckie zobaczyliś­my przez sztachety ogrodowego płotu, jak jechali gościńcem gro­dziskim. Był to spory oddział kon­nicy, posuwający się w szyku, truchtem, a pomiędzy jego częściami szły wozy taborowe, a także auto­bus zaprzężony w czwórkę koni w poręcz (obok siebie). Na jednym z nich jechał konno „krasnoarmie­jec”, jak w zaprzęgu działowym. W środku siedzieli oficerowie, widocznie sztab jakiś. Konie mieli je­szcze częściowo swoje, małe, kud­łate, przeważnie karej lub szarogniadej maści, ale już sporo odbija­ło wyglądem – rosłych, ładnych. Wymieniali po dworach, o czym prędko przekonaliśmy się na mie­jscu.

 

Przewodniczącym komitetu został stelmach dworski, Wacław Gawrysiak. Nastąpiły podziały inwentarza, zboża, paszy, wozów, opału – wszystkiego. Dwór został otwarty i służba brała co tylko się dało (…)”.

 

Zdzisław Rycerz, syn Ludwi­ka, przedwojennego siemiatyckiego księgarza, zapisał: „Zamiast normalnego życia rozpoczęły się wiece zakonspirowanych dotąd miejscowych komunistów. Już wiedzieli, że sowieci wkroczyli, chociaż jeszcze nie było ich widać Pojawiły się czerwone sztandary. W wiecach – poza nielicznymi „re­negatami” i miejscowymi prawos­ławnymi prorosyjsko nastawionymi, brała, chociaż niezbyt licz­nie, udział biedota żydowska. Za­możniejsi Żydzi i kupcy żydows­cy byli ostrożniejsi. (…) Sowieci w porównaniu z Polakami czy Niemcami prezentowali się raczej dość nędznie. Rzucał się kontrast, jakaś – jak się wówczas wydawało – nieuporządkowana różnorod­ność odzieży. Tandeta. Zielone drelichowe bluzy („gimnaściorki”) wciągane przez głowę, spięte często brezentowymi pasami, zie­lone lub granatowe spodnie, nie­rzadko staroświeckie owijacze na nogach lub gęsto marszczone bu­ty z cholewami, spodnie o różnym kroju, który nas bardzo raził. Dość często widać było karabiny na sznurku zamiast pasów. Obsiepane od dołu buro-brązowe płasz­cze. Różne czapki – okrągłe i furażerki, szaro – popielate, w niebies­kim odcieniu flanelowe czapki z charakterystycznym czubkiem i dużymi czerwonymi gwiazdami oraz karykaturalnymi, malutkimi flanelowymi daszkami. Czasami wpięte były w nie blaszane, ema­liowane gwiazdy z sierpem i mło­tem. Za sowietami ciągnął się cha­rakterystyczny rosyjski zapach dziegciu. Kolumny tak umundurowanych żołnierzy posuwały się nieprzerwanie na zachód. Mało samochodów. Ciężarówki o wyg­lądzie znanych mi z historycz­nych zdjęć z pierwszej wojny światowej. Przeważnie wozy kon­ne. Z bojowych wozów spotykało się tzw. „taczanki” – to jest bryczki parokonne, na których z tyłu usta­wione były ciężkie karabiny ma­szynowe („maksym”). Czasami widziało się czterolufowe karabiny maszynowe z przeciwlotniczy­mi celownikami, zamontowane na ciężarówkach. Artylerii nie wi­działem, co nie oznacza, że jej nie było. Przez trasę przemarszu, obok nas, widocznie przeciągały tylko jednostki piechoty. Czołgów też nie widziałem. (…)

 

W międzyczasie zapadły usta­lenia niemiecko – sowieckich przyjaciół, że (…) granica pomię­dzy okupacjami miała przebiegać po linii Bugu. Siemiatycze pozos­tały w rękach Sowietów. Rozpo­czął się odwrót wojsk sowieckich na prawy brzeg Bugu i ich usadawianie się u nas. Rozpoczęła się pierwsza okupacja sowiecka. Niepostrzeżenie dla mnie pojawiły się władze sowieckie. Milicja, NKWD, „Gorsowiet” (rada miejs­ka). Początkowo obowiązki milicji zaczęli pełnić miejscowi cywile z czerwonymi opaskami. Przewa­żali wśród nich Żydzi. Polaków nie było. Poza nimi – miejscowi prawosławni, komunizujący, z okolicznych wsi (jak mówiono: z Rogawki, Słoch i Bacik). Ze zna­jomych nikogo nie zapamiętałem.

 

Żydzi poczuli się pewnie. Nie­którzy, szczególnie żydowskie doły, zaczęli zachowywać się ag­resywnie i butnie. Często pojawia­ły się wśród nich powiedzenia: „Już twoja Polska poszła srać!” i in­ne pogardliwe, i szydercze okrzy­ki. Robiło to na mnie okropne wra­żenie, denerwowałem się, zacis­kając zęby w bezsilnej złości. Trze­ba przyznać, że nasi żydowscy są­siedzi, zachowywali się raczej po­prawnie, ale nie potrafili ukryć zadowolenia z powstałej sytuacji. Klęska Polski to nie była ich sprawa. Nie martwili się. Raczej byli zadowoleni z obrotu sprawy. Nie przeczuwali jeszcze, co stracili. Nie uświadamiali sobie jeszcze ironii swego losu. (…)”.

 

Po latach Edward Bujno z Dro­hiczyna tak wspominał swoje pie­rwsze spotkanie z żołnierzami so­wieckimi: „Niewielka kolumna czołgów jechała do Drohiczyna od strony Siemiatycz, zatrzymując się obok gimnazjum. Pobiegliśmy w ich kierunku, żeby zobaczyć so­wieckich żołnierzy. Oficer wszedł na czołg i przemówił: „Poljaczki, wy nie bojties’, my pryszli was oswobodit’. Budietie żyt’ w Sowietskom Sojuzie szczastliwo i spokojno. Polsz­czy niet i niebudiet”.

 

(http://www.traditia.fora.pl/historia,41/rocznica-podstepnej-napasci-na-polske-17-Wrzesnia-1939-r,2780.html).

 

Dymitr Szatyłowicz z Czerem­chy: „Pewnego razu żołnierz, gdy był sam z moim ojcem, opowie­dział mu o trudnym życiu na Bia­łorusi, szczególnie w kołchozach. Był zdziwiony, że ludzie w Polsce żyli tak bogato. A przecież żyli biednie. Ojciec był bardzo zdzi­wiony, słysząc że w sklepach nic oprócz wódki nie można ku­pić, że ludzie głodują. Opowie­dział, jak siłą zaganiano chłopów do kołchozów, nakładając na nich duże podatki, zmuszając do szarwarków i innej bezpłatnej pracy, a bardzo upartych wysyłano na Syberię lub na północ Rosji, na „białe niedźwiedzie”. „I was też to czeka!” – powiedział ojcu” (http://czasopis.pl/dymitr-szatylowicz- wspomnienia-z-wrzesnia-1939-r).

 

Kolejne tygodnie miały poka­zać, jak bardzo ten żołnierz miał rację.

 

W kilka dni po przybyciu So­wietów została przeprowadzona rejestracja ludności zamieszkałej w Siemiatyczach. Potem, w ciągu kolejnych tygodni każdej nocy dochodziło do aresztowań męż­czyzn, których wywożono do Brześcia i Mińska. Siemiatyckich policjantów w Mińsku rozstrzela­no. Aresztowania dotknęły rów­nież urzędników urzędu skarbo­wego, poczty, magistratu i gminy.

 

Cdn. Marek Antoni Nowicki

fot. arch. redakcji