„Brukselczycy z Siemiatycz” – Jacek Brzuszkiewicz, „Wysokie Obcasy” 23 kwietnia 2004

brukselczycy z siemiatycz.jpg

Lokalny tygodnik „Głos Siemiatycz” na ostatniej stronie podaje prognozę pogody dla Siemiatycz i Brukseli. Na stronach ogłoszeniowych – reklamy ośmiu firm oferujących przewozy do Belgii

 

Burmistrz Siemiatycz Zbigniew Radomski szacuje, że w Belgii pracuje dwa, może trzy tysiące siemiatyczan.

Średnio raz w miesiącu Jerzego Nowickiego, redaktora naczelnego „Głosu…”, odwiedza dziennikarz z ogólnopolskiej prasy, któremu musi tłumaczyć przyczyny siemiatyckiego fenomenu. W przededniu wejścia Polski do Unii takie wizyty są coraz częstsze. – Jeszcze przed wojną zaczęła się emigracja z regionu za chlebem do Stanów. Potem jeżdżono już do rodzin. Po 1989 r. wyjazdy za ocean przestały się opłacać. Bliżej i taniej było do Brukseli, gdzie za czasów pierwszej „Solidarności” zostało paru naszych.

Balejaż zamiast trwałej 

Do Siemiatycz po raz pierwszy przyjechałem przed dziewięcioma laty. Pisałem reportaż o wyjazdach zarobkowych do Brukseli. Jego bohaterką była Danuta Kowalczyk.

W 1990 r. zostawiła w Siemiatyczach męża na bezrobociu, dwoje małych dzieci i pensję sprzedawczyni w spożywczym. Zaczynała od sprzątania mieszkań. Potem dostała pracę w pubie. Za zarobione franki mąż założył hurtownię i zaczął budować dom.

Opowiedziała mi, że w Brukseli miała chwilę słabości: zakochała się w kelnerze, Marokańczyku. Chciała rozpocząć życie jeszcze raz, ale Ahmed ją rzucił. Wróciła. – Gdy otworzyłam drzwi domu, mój sześcioletni syn zapytał: „Tatusiu, ta pani to do kogo?”. Wtedy przysięgłam sobie: z Belgią koniec! – opowiadając mi o tym, Kowalczykowa roztkliwiła się wtedy do łez.

Dziś przyjmuje mnie w willi nad siemiatyckim zalewem, gdzie swoje domy pobudowali „brukselczycy” (tak w Siemiatyczach mówi się o tych, którym w Belgii wyszło). Trwałą ondulację zamieniła na balejaż, drewniaki na szpilki z modnym czubem. Do Siemiatycz przyjechała na cztery dni, córka w lutym miała studniówkę.

– Wtedy bez Belgii wytrzymałam dwa lata i dwa miesiące. Kiedy na wschodniej granicy podnieśli cło, do hurtowni dokładaliśmy z tego, co zarobił sklep. Kiedy po sąsiedzku postawili supermarket, mąż sam zaczął przebąkiwać o Brukseli. Tym razem zawiozłam dzieciaki do teściowej i wzięłam go ze sobą – opowiada.

Kowalczyk, z zawodu frezer-tokarz, spotkał w Brukseli kumpli z zawodówki. Wzięli go na pomocnika do ekipy wykańczającej mieszkania. Kowalczykowa wróciła do pubu.

– Belg, jak mnie w drzwiach zobaczył, to aż podskoczył. „Klientów straciłem, odkąd przestałaś smażyć im te wasze schabowe”, cieszył się – wspomina Kowalczykowa.

W Brukseli pracowali od świtu do zmroku sześć dni w tygodniu, ale co miesiąc odkładali po 7 tys. zł. Na wykończenie willi (w łazience – podgrzewana podłoga), na ogrodzenie (kute), na samochód (ford). Do Polski przyjeżdżali trzy razy w roku – na święta i wakacje.

Ford za leczenie

Jesienią zeszłego roku Kowalczykom zawalił się świat. W wypadku drogowym zginął właściciel pubu, gdzie pracowała Kowalczykowa. – Jego konkubina nie miała głowy do biznesu. Pub szybko padł. Kiedy poprosiłam o zaległe pieniądze, zagroziła, że pójdzie na policję i powie, że w Brukseli jestem na czarno – denerwuje się.

Trzy tygodnie później mąż Kowalczykowej, malując elewację budynku, spadł z drabiny – złamana podstawa czaszki i przebite płuco. Operacja, intensywna terapia.

– Po pięciu tygodniach musiałam odebrać męża ze szpitala na własną prośbę, bo nie był ubezpieczony. Leczenie kosztowało nas ponad 50 tys. zł. Żeby zapłacić rachunek, sprzedałam forda. Do Siemiatycz wróciliśmy autobusem. Mąż leżał na tylnym siedzeniu, kroplówkę przywiązałam do oparcia.

W Siemiatyczach poszła na wywiadówkę do córki – kolejny cios.

– Patrycja zawsze uczyła się dobrze, w Brukseli byłam o nią spokojna. Tymczasem nauczycielka oświadczyła, że jest zagrożona z pięciu przedmiotów. Potem w jej plecaku znalazłam woreczek z jakąś trawą. Znajoma aptekarka powiedziała, że to konopie indyjskie.

Przed trzema laty dyrekcja Zespołu Szkół w Siemiatyczach, gdzie uczy się Patrycja, w obawie przed dilerami narkotyków musiała zatrudnić ochroniarzy. – Wobec braku rodziców odpowiedzialność za wychowanie dzieci spoczywa na barkach dziadków, cioć i wujków. W wielu przypadkach nie są oni w stanie zastąpić ojca i matki – tłumaczy Jan Choiński, dyrektor Zespołu Szkół w Siemiatyczach.

Uśmiechnięta buzia z urzędu

Zbigniew Radomski przed dziewięciu laty zasiadał w fotelu dyrektora siemiatyckiego PKS. Dzięki linii autobusowej do Brukseli firma wyszła na prostą. Dyrektor pokazywał mi wtedy 12 luksusowych autokarów i szczycił się pierwszym miejscem w kraju pod względem rentowności.

W listopadzie 2002 r. Radomski zamienił fotel dyrektora na gabinet burmistrza Siemiatycz. – Dobiegałem 65 lat, a w PKS kończył mi się kontrakt. Na emeryturę czułem się za młody.

Wybory na burmistrza wygrał w pierwszej turze, pozostawiając w polu kandydatów lewicy i prawicy. Otrzymał 62 proc. poparcia. Ludzie głosowali na menedżera, który postawił na nogi PKS.

W telefonicznej centralce siemiatyckiego magistratu słychać „Odę do radości” (hymn Unii Europejskiej). Na parterze budynku kończy się wielki remont. Brygada robotników burzy ściany. Druga ekipa bierze miarę na nowe meble. W maju powstanie tam biuro obsługi interesantów.

– W Brukseli tuż po otwarciu drzwi urzędu interesant widzi uśmiechniętą twarz urzędnika, który pyta, w czym może pomóc. Skoro będziemy w tej samej Unii, dlaczego w Siemiatyczach ma być inaczej? – argumentuje Zbigniew Radomski.

Jednak Siemiatycze tylko w ścisłym centrum i nad zalewem robią wrażenie miasta zamożnego: wyłożone czerwoną kostką chodniki, butiki z markowymi ciuchami, kolorowe fasady willi. Im dalej od rynku, tym bardziej szaro – jak na całej ścianie wschodniej.

Podobnie jest z miejskim budżetem. 20 mln zł, z czego połowa na inwestycje, robi wrażenie, ale tylko na Podlasiu. W Siemiatyczach co trzeci mieszkaniec nie ma kanalizacji, a co dziesiąty dostępu do wodociągów. W mieście nie ma ani krytej pływalni, ani hali sportowej. Nikt nie robi też tajemnicy z przyczyn najniższej w regionie stopy bezrobocia – „brukselczyk” nie może raz na miesiąc meldować się w pośredniaku.

Kaśki pierwsza praca

Kaśka, szczupła brunetka, pracuje w magistracie od początku stycznia. Przed dziewięciu laty, gdy rozmawiałem z siemiatycką młodzieżą, uczyła się do matury. Jej koledzy z liceum mieli gotowy pomysł na życie: studia (co drugi), Belgia (prawie każdy). Co potem? Życie tam albo powrót z kasą do Siemiatycz i rozkręcenie własnego biznesu (większość).

Kaśka, wyjeżdżając z Siemiatycz na studia do Szczecina (prawo), była w większości. Gdy pisała pracę magisterską, od znajomych usłyszała o zagranicznych praktykach w Belgii, w rządowej agendzie odpowiadającej za sprawy uchodźców i bezpaństwowców. Zdecydowała się na wyjazd, bo miała gdzie się tam zatrzymać: w Brukseli od początku lat 90. pracują jej rodzice.

– Prowadziłam rozmowy z imigrantami z Afryki i Azji, którzy ubiegali się o status uchodźcy. Pomagałam im poznać porządek świata, w którym się znaleźli, jego kulturę i panujące w nim zwyczaje. To było fascynujące!

Kaśka spodobała się przełożonym. Poszła na studia podyplomowe na elitarnym Uniwersytecie Katolickim w Louvain-la-Neuve. W zeszłym roku skończyła tam prawo europejskie i międzynarodowe. Wróciła do Siemiatycz.

– W siemiatyckim magistracie odpowiadam m.in. za pozyskiwanie funduszy z Unii Europejskiej. Chcę też nawiązać kontakt z radą dzielnicy Saint-Gilles w Brukseli, gdzie mieszkają i pracują Polacy z Siemiatycz. Marzy mi się wymiana dzieciaków. Dla nas byłaby to świetna lekcja języka i wychowania obywatelskiego. Dla nich wyprawa na granicę Unii – uśmiecha się Kaśka.

Szczęśliwe twarze

W Siemiatyczach żartują, że Zbigniew Radomski otworzył przed laty linię autobusową do Belgii, żeby szybciej dojechać do syna, który osiadł tam jako jeden z pierwszych na przełomie lat 80. i 90.

Darek w 1988 r. skończył weterynarię. Pracował w lecznicy dla zwierząt koło Bielska Podlaskiego. Do Brukseli miał wyjechać na miesiąc, potem na rok, na dwa. Został na stałe. W Belgii poznał swoją przyszłą żonę, dziewczynę spod Białegostoku.

– W Belgii nie czuję się jak w domu, ale tak samo jest w Siemiatyczach. Tato, nie wiem, co robić – burmistrz przypomina sobie dylematy syna sprzed lat.

Dziś Darek jest w Brukseli właścicielem firmy rozprowadzającej gazety i czasopisma. Myśli o ekspansji na inne belgijskie miasta. Żona nie musi pracować.

– Oboje mają takie szczęście na twarzach – cieszy się Radomski.

Darek mieszka w stumetrowym apartamencie w centrum Brukseli. Kupił działkę i chce stawiać pod miastem dom. Razem z dziećmi był w Siemiatyczach na Boże Narodzenie. Burmistrz wybiera się z rewizytą do wnuczki, która w maju przystąpi do komunii.

Brukselski „Głos Siemiatycz” 

Od pięciu lat „Głos Siemiatycz” ma swoją wersję elektroniczną (www.glossiemiatycz.ktd.pl).

– Na początku naszą stronę internetową otwierano za granicą jedynie w USA. Dziś najwięcej internautów zaczynamy mieć w Belgii, widać do Brukseli jeżdżą młodzi i lepiej wykształceni – ocenia Jerzy Nowicki, naczelny „Głosu Siemiatycz”.

Tomek, 30-latek, na Politechnice Lubelskiej skończył budownictwo. Wrócił do Siemiatycz, ale nie znalazł pracy. Wyjechał do Brukseli. Kilka miesięcy pracował w ekipie Kowalczyka, ale po wypadku brygada się rozsypała. Zenek się rozpił, Zbyszek, kiedy dowiedział się, że żona w Siemiatyczach ma innego, wrócił do domu.

– Przeczytałem ogłoszenie, że pewien Belg poszukiwał polskiego wspólnika do firmy budowlanej. Dawał sprzęt i zlecenia, potrzebował wykwalifikowanych robotników – opowiada 30-latek.

Tomek od dwóch lat jest wspólnikiem Erica. Ma 20 proc. udziałów w firmie, która zatrudnia sześć czteroosobowych ekip. Odpowiada za zaopatrzenie i odbiór robót. Zarabia na rękę 2 tys. euro. Zeszły rok mimo słabej koniunktury spółka zamknęła niewielkim zyskiem.

Firma Darka w zeszłym roku remontowała siedzibę szkoły języka francuskiego dla Polaków, którą otworzył w Brukseli Mariusz z Siemiatycz (w Belgii od czterech lat). Szkoła nie narzeka na brak uczniów – w Brukseli i otaczających ją satelitarnych miasteczkach pracuje co najmniej 30 tysięcy Polaków. Inna firma Mariusza doradza Polakom w zakładaniu działalności gospodarczej.

Do Brukseli nie na czarno

Kowalczyk po wypadku powoli dochodzi do siebie. Do Brukseli już nie pojedzie, bo ma zawroty głowy i co chwila musi się pokładać. Stara się o rentę.

Kowalczykowa wytrzymała bez Belgii trzy miesiące. Wyjechała, kiedy córka podciągnęła się w nauce i przysięgła, że żadnym świństwem się już nie zaciągnie. – Jak miałam utrzymać rodzinę za 700 zł pensji kasjerki w supermarkecie? – pyta Kowalczykowa. – Przecież za ogrzewanie 200-metrowej willi muszę w zimie zapłacić prawie 600 zł.

W Belgii jak przed dziewięciu laty sprząta cztery mieszkania. Pracuje sześć dni w tygodniu po dziesięć godzin. Po opłaceniu pokoju zostaje jej na rękę 4 tys. zł. W Siemiatyczach bywa co sześć tygodni.

W zimny lutowy wieczór Kowalczykową odwiedziły koleżanki, które przyjechały do Siemiatycz na ferie (w Belgii dzieci też mają wolne). Siadamy wokół kominka.

– Unii to się nie mogę doczekać. W Brukseli nikt by mnie z pieniędzmi nie oszukał, bo bym pobiegła na policję. A jeszcze emeryturę belgijską bym kiedyś dostała – kalkuluje Kowalczykowa.

– I za leczenie w szpitalu nie musiałbym płacić – wtrąca Kowalczyk.

– Ale wtedy Belg zamiast ciebie weźmie do sprzątania Ukrainkę, bo na czarno – zwraca uwagę Danka, żona Zenka z ekipy Kowalczyka (tego, co się rozpił i wrócił).

– W czerwcu do Brukseli przyjadą nasi posłowie do europarlamentu. Każdy przywiezie za sobą po kilku urzędników. Kto im będzie sprzątał, kto im będzie odnawiał mieszkania? Siemiatycze! – uspokaja szwagierka Kowalczykowej.

PS Imiona i nazwiska niektórych bohaterów zostały zmienione

 

Reklamy

Z Siemiatycz do Brukseli „Sami swoi” – ECHA POLSKIE: DO ZIEMI OBCEJ, DEBORAH STEINBORN – Die Zeit, 20.11.2003

Tysiące Polaków kursują tam i z powrotem z Siemiatycz do Brukseli. Pracują w charakterze ogrodników, malarzy i sprzątaczek. Po wejściu Polski do Unii nic się nie zmieni.

 

DIE ZEIT

echa polskie - forum.jpg

W latach 90. uruchomiono regularną linię autobusową Siemiatycze – Bruksela. Na zdjęciu dworzec PKS w Siemiatyczach w styczniu 2004 roku

Foto: Adam Kardasz


 

W każdy piątek rano Stanisław Borzym podjeżdża swoim autobusem na mały, zaniedba­ny parking w Siemiatyczach, niewielkim polskim mieście przy granicy z Białorusią. Właściciel przedsiębiorstwa Hermek-Podróże zostawia włączony silnik i czeka na swo­ich około 50 pasażerów. Na ręcznie poma­lowanej drewnianej tablicy na przedniej szy­bie widnieje napis: „Autobus turystyczny: Polska-Belgia”. W ciągu następnej godzi­ny parking się zapełnia. Obok starych fia­tów i opli parkuje też nowy mercedes albo ford. Do autobusu wsiadają ludzie w wieku od 5 do 65 lat, niektórzy ubrani zgodnie z najnowszą zachodnią modą. Borzym ukła­da walizki, po czym opada na swój fotel za kierownicą. Można ruszać w 22-godzinną podróż do Brukseli.

 

Światy równoległe

 

Wbrew temu, co głosi napis na drewnia­nej tablicy, podróżni nie są turystami, lecz zazwyczaj nielegalnymi najemnymi robot­nikami. Jeżdżą 1600 km do Brukseli do 12 razy w roku, żeby zarobić tam na chleb. To samo robią tysiące im podobnych z Siemia­tycz oraz z innych miejscowości zuboża­łej północno-wschodniej Polski. Przybyw­szy do Brukseli, znikają w swoim świecie z własnym systemem pocztowym, własnymi sklepami z żywnością, własnymi lekarzami i biurami pośrednictwa pracy, kościołami i dyskotekami.

 

W maju 2004 r. Polska oraz siedem innych krajów wschodnioeuropejskich przystąpią do Unii Europejskiej. Nie oznacza to jednak, że nowi obywatele Unii nabędą od razu wszystkie prawa. Z obawy przed tanią konkurencją dla miejscowej siły roboczej starzy członkowie UE zaryglowali wejście na unijne rynki pracy: przez siedem pierwszych lat mogą odmawiać prawa do swobod­nego zarobkowania obywatelom z nowych krajów Zjednoczonej Europy. Jednak już dziś wielu mieszkańców Europy Wschod­niej jest zatrudnionych w krajach Piętnast­ki, na ogół nielegalnie. Wielu z nich pracu­je w umownej stolicy UE, Brukseli. Sprząta­ją mieszkania, malują ściany, budują domy. Swoimi ciężko zarobionymi euro nie tylko nakręcają lokalną gospodarkę, lecz także wspierają rodziny w ojczyźnie.

 

Mamy do czynienia z dwoma równo­ległymi światami w obrębie jednego miasta – mówi Thierry Timmermans. Ten rodowi­ty Brukselczyk kieruje w Fundacji im. Króla Baudouina projektem dotyczącym imigra­cji. – Polska społeczność jest tutaj ogromna, ale ponieważ na ogół żyje w ukryciu, wielu obywateli w ogóle jej nie dostrzega. Oficjal­nie w Brukseli jest zameldowanych zaled­wie 2120 obywateli polskich. Prawdziwą ich liczbę Elżbieta Kuźma, prowadząca na Wolnym Uniwersytecie w Brukseli badania na temat nielegalnej imigracji, szacuje na 35 tysięcy.

 

Dlaczego Siemiatycze? Otóż tamtejsi działacze opozycyjnego wówczas związku zawodowego Solidarność uzyskali w Bel­gii azyl. Stali się punktem zaczepienia dla innych z tej samej okolicy, którzy potrzebo­wali pracy. W końcu rozwinęła się mocna sieć pracowników-migrantów kursujących między Polską a Belgią, którzy załatwia­li tam sobie nawzajem po kryjomu pracę i mieszkania.

 

Praca, praca, praca

 

Dlaczego Belgia? Jak to zwykle bywa z imigrantami w odległych stronach, pierw­si Polacy ze wschodnich regionów przyby­li do Brukseli przypadkiem i przyciągnęli innych. W mieście dyplomatów i urzędni­ków jest duży popyt na ich usługi. Podob­ne zjawisko występuje także w Niemczech i gdzie indziej, ale belgijska policja uchodzi za łagodniejszą niż w innych krajach. Pra­cujący na czarno mają dużą szansę na unik­nięcie wykrycia. Od 1991 r. polscy turyści mogą przebywać w tym państwie do trzech miesięcy bez wizy. – Przyjeżdżamy tu i tylko pracujemy, pracujemy, pracujemy – mówi wysoka 62-letnia Polka, która ma w ojczyźnie troje dzieci i od dziesięciu lat sprzą­ta brukselskie mieszkania. Jest niedziela i kobieta idzie właśnie na mszę. – Opuszcza­my Brukselę po trzech miesiącach, a po kilku dniach lub tygodniach przyjeżdżamy z powro­tem i wszystko się zaczyna od początku.

 

         – To stałe podróżowanie daje się człowie­kowi we znaki; dochodzi też do tego strach, że mnie przyłapiąmówi Krystyna, blada kobieta w modnie wytartych dżinsach i niebieskiej podkoszulce. Ta 35-letnia matka dwojga dzieci kursuje od sześciu lat do Bel­gii ze wsi położonej pod Siemiatyczami. W Brukseli dzieli z trzema innymi kobietami skromnie umeblowane trzypokojowe miesz­kanie w Saint-Gilles, dzielnicy, gdzie miesz­ka wielu nielegalnie pracujących Polaków. Oszczędza możliwie jak najwięcej pienię­dzy dla rodziny, która została w kraju, na gospodarstwie. Gdy Krystyna pracuje w Belgii, jest siostra pilnuje dzieci w domu. Co trzy miesiące kobiety zamieniają się rola­mi. – W naszej okolicy nie ma pracy, może­my więc wspierać nasze rodziny tylko w ten sposób – mówi i nerwowo poprawia włosy.

 

Krystyna boi się nie tylko władz. Kra­dzieże są w Brukseli na porządku dziennym, a ponieważ przebywa w tym mieście niele­galnie, nie może otworzyć konta w banku. Po sprzątaniu w zamożnym Waterloo spie­szy do mieszkania z dziennym zarobkiem w torebce i chowa pieniądze. Trzy razy w tygo­dniu dzwoni o umówionej godzinie do swoich dwóch córek, które mają 9 i 13 lat. Tylko sporadycznie wychodzi gdzieś wieczorem.

 

Obecnie polska społeczność w Brukse­li jest niemal całkowicie samowystarczalna. Pewnego gorącego niedzielnego popołudnia latem 2003 r. na Rue de 1’Hótel des Monnaies w Saint-Gilles stało 20 minibusów. Inne można zobaczyć w pobliżu Notre Dame de la Chapelle, gotyckiego kościoła, do które­go Polacy uczęszczają na mszę w niedziele. Na tablicach rejestracyjnych pojazdów wid­nieją litery BSI (Siemiatycze), BIA (Biały­stok), BMN (Mońki).

 

Kierowcy nowoczesnych minivanów, w wieku pomiędzy 20 a 50 lat, sprofesjonalizowali przewozy z i do Brukseli. Wożą pasażerów za 70 do 80 euro. Ponadto trans­portują artykuły żywnościowe i paczki. Od połowy lat 90. robią konkurencję kierow­com dużych autobusów. Są szybsi i tańsi, a ponieważ zabierają także listy, przybysze nielegalnie pracujący w Brukseli nie muszą się bać wpadki, jaka mogłaby im grozić, gdyby wysyłali korespondencję za pośred­nictwem belgijskiej poczty.

 

Naturalnie polscy kierowcy mają nie­raz problemy na granicy niemieckiej. Jest to gra, w której trzeba umieć się dosto­sować. Czasami przerzucają pasażerów z Polski przez granicę taksówkami i zbiera­ją ich ponownie już w Niemczech. Czasem muszą zapłacić karę 250 euro lub więcej, albo są zawracani do Polski. Interes opłaca się mimo wszystko. – Popyt jest duży – mówi Jan, 33-letni Polak z Mazur. Od ośmiu lat wozi ludzi i towary pomiędzy Polską i Bel­gią, Holandią lub Niemcami. Jego rodzice, którzy pracują w Brukseli, zafundowali mu sześcioosobowy mikrobus.

 

Misja wsparcia

 

W tym czasie zdążyła się już wytworzyć regularna socjoekonomiczna sieć migracyjna. W Saint-Gilles polska piekarnia i pol­ski sklep spożywczy oferują swojskie pro­dukty. Wiele klubów nocnych jest otwar­tych tylko dla Polaków. Prowadzony przez Włocha bar Verre d’Eau (Szklanka wody) wśród brukselskich Polaków jest znany jako Chez Olga (U Olgi). Polscy fryzjerzy przy­jeżdżają na zamówienie do mieszkań i strzy­gą za połowę ceny, jaką biorą salony belgij­skie. W niedzielę wielu Polaków chodzi na czynny podczas weekendu bazar Les Abat-toirs (Jatki), aby zrobić zakupy i spotkać przyjaciół. Mogą tam dostać chleb, świe­żą śmietanę, wędliny, lemoniady, piwo, sło­dycze, gazety, krzyżówki – wszystko prosto z ojczyzny.

 

Osią miejscowej społeczności jest jed­nak Polska Misja Katolicka. Jej biuro, pra­wie niezauważalne dla zwykłych przechod­niów, znajduje się w niepozornym budyn­ku przy Rue Jordan. Dla nowo przybyłych z Polski jest to pierwszy punkt kontaktowy. Wielu z nich korzysta z pomocy tej placówki także później. Ponad tysiąc osób uczęsz­cza w niedziele na msze, odprawiane po pol­sku w Notre Dame de la Chapelle. W Misji mówią, że nie udzielają pomocy w znale­zieniu pracy. – Ale ludzie dzwonią do nas czasami w środku nocy, gdy ktoś z rodziny zachorował lub zaginąłmówi ksiądz Tade­usz Czają, który mieszka i pracuje w Misji od 1995 roku. – A gdy ktoś zapuka do moich drzwi z jakimś problemem, to naturalnie nie pytam, czy jest tutaj legalnie, czy nie.

 

Odkąd zaczęła funkcjonować komu­nikacja wahadłowa Siemiatycze zmieni­ło swoje oblicze. W centrum, w pobliżu placu Jana Pawła II, konsumentów kuszą sklepy komputerowe i salon Levi’sa. Przed sklepem z modną konfekcją wiszą sukien­ki i spódnice we wszystkich kolorach. Za miastem, na wzgórzu nad Bugiem, stoją nowoczesne domy jednorodzinne. Ze swo­imi dużymi garażami i tarasami, ozdobny­mi ogrodami i stawami wyglądają jak wille z dzielnicy wyższej klasy średniej w Euro­pie Zachodniej. Tutaj mieszkają przede wszystkim Polacy, którzy zarabiają lub zarobili swoje pieniądze w Brukseli.

 

W domu też ruch

 

Burmistrz Siemiatycz Zbigniew Radom­ski jest dumny z rozwoju swojej społecz­ności. Przez wiele lat kierował tutejszym oddziałem PKS. W 1990 r. przyszedł mu do głowy pomysł, żeby zorganizować usłu­gi przewozowe do Brukseli. – Tak jak wszy­scy szukaliśmy tylko jakiegoś sposobu, aby przeżyćmówi dzisiaj. Od tamtej pory sytu­acja niesłychanie się poprawiła. Siemiaty­cze mają niecałe 8 proc. bezrobotnych, to mniej niż połowa krajowej stopy bezrobo­cia. Do pracy w Belgii jeździ ponad cztery tyś. osób, co stanowi około jednej czwartej mieszkańców.

 

Podczas gdy miejscowi spoglądają z pożądaniem na Zachód, do Siemiatycz przybywają Białorusini, aby na poboczach jezdni sprzedawać tanie aparaty fotogra­ficzne albo części zamienne do samocho­dów. Dalej na północ na polskich budowach pracują nielegalnie Ukraińcy. – Widzimy, że strumień ludzi ze Wschodu będzie trudny do zahamowania – mówi Jan Węgrzyn, dyrek­tor generalny w Urzędzie ds. Repatria­cji i Cudzoziemców Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji w Warsza­wie. – Niezależnie od tego, jakie wprowadzi­my przepisy wizowe i jakie zastosujemy techni­ki kontroli, nielegalni przybysze zawsze znaj­dą drogę.

 

DEBORAH STEINBORN © Die Zeit, 20.11.2003

Kiedy Siemiatycze zbliżą się do dworca PKP? – „Głos Siemiatycz” nr 45 / 2018

Słuszny głos Pana Marka Antoniego Nowickiego w sprawie dworca kolejowego Siemiatycze-Stacja i braku połączeń autobusowych w obie strony. Z nowego numeru „Głosu Siemiatycz” nr 45 / 2018. Wreszcie sprawę poruszono na łamach tego lokalnego tygodnika. Ciekawe czy coś się zmieni, czy jak zwykle nic?


DSC_0339.jpg

Z Siemiatycz można w bardzo dobrych warunkach i szybko (na pewno szybciej niż samochodem) pojechać do Warszawy. W jaki sposób? Pociągiem. Ze stacji Siemiatycze.

Wygodne pociągi z krótką i szybką przesiadką w Siedlcach umożliwiają znalezienie się w centrum Warszawy w czasie około dwóch godzin (a nawet 1 godzina 50 minut). W wielu pociągach są łącza z internetem, ekrany z informacjami, wygodne miejsca. Cena jak w autobusie. Podróż, która jest odpoczynkiem. Europa.

Niewiele jednak osób korzysta z tego sposobu komunikacji i dojazdu do Siedlec czy Warszawy. Powód jest od kilkudziesięciu lat, od czasów głębokiego PRL-u, ciągle ten sam. Brak dojazdu do dworca oraz komunikacji z dworca od pociągu. Nic się nie zmieniło. Pisałem o tym prawie 30 lat temu.

Argumentuje się, że nie ma wielu pasażerów. A jak ma być wielu, jeśli nigdy nie ma czym dojechać? Jak będzie dojazd, będą też pasażerowie. Nie wszyscy mogą być podwiezieni przez rodzinę czy znajomych. A poza tym to zawsze dodatkowy wysiłek i kłopot.

Żal, że kilka kilometrów od miasta istnieje tak dobra oferta komunikacyjna do centralnej Polski, z której prawie nikt nie korzysta, a Siemiatycze nie potrafią wykorzystać bliskości kolei. I ma się wrażenie, że władze miasta w ogóle o tym nie myślą. Gdyby był autobus do każdego pociągu i z każdego pociągu oraz jakieś publiczne zachęty, jestem pewien, że byłoby wielu pasażerów.

Powtórzmy. Siemiatycze mają dobrą komunikację kolejową z resztą kraju. Dla mieszkańców jednak prawie nic z tego nie wynik. Zadanie dla nowych (starych) władz miasta.

Marek Antoni Nowicki

„Zapiski z PRL” cz. II (Notatnik Historyczny) „Głos Siemiatycz” nr 45 / 2018

Fragmenty notatek robionych w tamtym czasie przez Antoniego Nowickiego, o tym co działo się na bieżąco w Siemiatyczach ponad 40 lat temu.

zapiski z prl-u0001 - Kopia.jpg

1974

24 marca, poniedziałek – w Leszczynkach zakwitły przylaszczki.

5 kwiecień – wznowienie prac na pl. Wyzwolenia; usunięcie 3 drzew z trawnika poratuszowego z narożnika południowo-zachodniego.

6 kwietnia, sobota – uroczyste przekazanie do użytku szpitala w Siemiatyczach.

9 kwietnia, wtorek – usunięto 3 drzewa (lipy) z narożnika skweru po ratuszowego północno-wschodniego; drzewa wkopano i posadzono przy stacji PKS na Zamościu.

2 maj, niedziela – niedziela „Czynu Partyjnego”.

17 maj, piątek – rozpoczęto wykopy pod rozbudowę Szkoły nr 1 przy ul. Drohiczyńskiej.

26 maj, niedziela – II Powiatowa Olimpiada Sportowa Młodzieży Szkolnej w Siemiatyczach.

1 czerwiec, sobota – rozpoczęcie misji świętej w parafii w S-tyczach.

7 czerwiec, piątek – zakończenie misji świętej. Postawienie pamiątkowego krzyża misyjnego.

8 czerwiec, sobota – o godz. 8 przybycie z Ostrożan obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.

9 czerwca, niedziela – pożegnanie i odprowadzenie obrazu MB Częstochowskiej do bramy pożegnalnej na końcu Łojek.

30 czerwiec, niedziela – II Zjazd absolwentów i wychowanków LO w Siemiatyczach.

18 lipca, czwartek – o godz. 19 nad miastem przeszła burza z „oberwaniem się chmury”. Wiele szkód.

9 wrzesień, poniedziałek – rozpoczęto demontaż stacji benzynowej CPN na placu Wyzwolenia.

17 wrzesień, wtorek – wykopy pod fundamenty domu handlowego przy południowej pierzei rynku (pl. Wyzwolenia)

12 października, sobota – godz. 16.00. Przed pomnikiem Braterstwa Broni okolicznościowe przemówienie i złożenie wieńców.

19 październik, sobota – na placu Wyzwolenia obowiązuje od dziś ruch okrężny jednokierunkowy.

27 październik, niedziela – „Bank Miast” Pińczów – Ciechanowiec.

W II programie Polskiego Radia Rozgłośnia w Białymstoku audycja o Siemiatyczach Tadeusza Gicgiera. Z Siemiatycz wziął w niej udział Franciszek Miłkowski oraz Celina i Antoni Nowiccy.

28 październik, poniedziałek – oficjalne otwarcie siedziby Miejskiego Urzędu i apteki w Siemiatyczach przy pl. Wyzwolenia.

zapiski z prl-u0002.jpg

31 październik, czwartek – w nocy huragan. Pierwszy śnieg. Wiele szkód. Powywracane słupy elektryczne, telefoniczne i drzewa.

18 listopada, poniedziałek – oddano dla ruchu samochodowego ostatni odcinek ronda przy północno-wschodniej części pl. Wyzwolenia, choć jeszcze brak asfaltu.

21 listopad, czwartek – w PDK spotkanie z doc. dr. A. Chorobińską, autorką pracy o Siemiatyczach za czasów A. Jabłonowskiej.

22 listopad, piątek – zamknięto oddany w poniedziałek ostatni odcinek ronda.

24 listopad, niedziela – w PDK w Siemiatyczach o godz. 18.00 „Koncert przy świecach”. Grał Jerzy Nowicki, ucz. II kl. LO w Siemiatyczach.

zapiski z prl-u0001.jpg

1975

1 czerwiec, niedziela – według nowej administracji powiat siemiatycki przestał istnieć.

15 czerwca, niedziela – telewizyjna impreza „Bank Miast” Siemiatycze – Człuchów. Tego dnia pierwszy topielec w nowym zalewie.

24 czerwiec, wtorek – drugi topielec w zalewie, Kosieradzki z Bacik.

6 lipiec, niedziela – trzeci topielec w zalewie, kierowca z Siemiatycz, Dziewanowski.

19 lipca, sobota – o 15.00 pogrzeb śp. Jana Żero, działacza społecznego i spółdzielczości na terenie miasta w okresie międzywojennym i po wyzwoleniu.

25 lipca, piątek – przeprowadzka Urzędu Miejskiego i Gminnego z pl. Wyzwolenia do budynku po PPRN. Budynek Urzędu Miasta przeznaczono na hotel.

12 grudnia, piątek – otwarcie Muzeum w Siemiatyczach.

21 grudnia, niedziela – „Bank Miast” Siemiatycze – Człuchów. Druga runda. Zwycięstwo dla Siemiatycz.

(opr. jn) fot. Antoni Nowicki i Jerzy Jarocki (Pomnik Braterstwa Broni)

zapiski z prl-u0002 - Kopia.jpg

„Zapiski z PRL” cz. I (Notatnik Historyczny) „Głos Siemiatycz” nr 45 / 2018

Fragmenty notatek robionych w tamtym czasie przez Antoniego Nowickiego, o tym co dzialo się na bieżąco w Siemiatyczach ponad 40 lat temu.

1970

Wiosną rozpoczęto budowę budynku poczty przy zbiegu ulic Armii Czerwonej i Małopolskiej oraz Spółdzielni Oszczędnościowo – Pożyczkowej przy ulicy Drohiczyńskiej. W tym samym okresie zaasfaltowano niektóre odcinki ulic: przy Narodowym Banku Polskim i Ośrodku Zdrowia przy ulicy ks. Ściegiennego i Powiatowym Domu Kultury w dawnej synagodze (dzisiaj: SOK) na ulicy Zaszkolnej; położono tam też płyty betonowe. Oddano do użytku ciastkarnię PSS przy ulicy Armii Czerwonej. W lipcu został oddany do użytku, rozpoczęty jesienią 1969 roku, pawilon handlowy na rogu ulicy Armii Czerwonej i Świętojańskiej. Mieści się tam przeniesiony z placu Wyzwolenia ZURiT (Zakład Urządzeń Radiowych i Telewizyjnych) i sklep Motozbytu.

9 maja – wmurowano akt erekcyjny pod pomnik XXV-lecia przy Placu Wyzwolenia; na 1 września jeszcze go nie ukończono.

1971

13 sierpnia – zakończono układanie kanalizacji burzowej na ulicy Grodzieńskiej. W dalszym ciągu prace posuwają się na pl. Wyzwolenia.

1972

14 października – z okazji jutrzejszego święta Ludowego Wojska Polskiego o godz. 15.00 odbyła się uroczystość złożenia wieńców przed pomnikiem Braterstwa Broni oraz przekazanie sztandaru dla ZBOWiD-u i Związku Inwalidów Wojennych. W uroczystości wystąpiła orkiestra dęta miejscowego Liceum.

40003.jpg

1973

8 stycznia, poniedziałek – w PDK o godz. 16 otwarcie wystawy „Wykopaliska z Cecel”.

10 stycznia, środa – pożar w fabryce obuwia „Żubrobut”. Zapalił się olej w kuźni.

26 stycznia, piątek – rozpoczęto rozbiórkę domu przy placu Wyzwolenia, północna pierzeja. Jest to dom, w którym dotychczas mieściły się na parterze: sklep masarski PSS i zakład fryzjerski GS, a na piętrze biuro Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”.

3 lutego, sobota – włoski Fiat 126, pierwowzór polskiego Fiata 126p, był prezentowany w Siemiatyczach o godz. 12 (na rynku).

27 marca, wtorek – rozpoczęto zrywanie bruku na placu Wyzwolenia przy wschodniej pierzei.

29 marca, czwartek – pracownicy PSS i Terenowych Zakładów Ceramiki Budowlanej oraz starsza młodzież miejscowych szkół zatrudnieni byli na placu Wyzwolenia przy wybieraniu kamieni i ładowaniu na samochody ciężarowe.

3 kwietnia, wtorek – w związku z dalszym etapem przebudowy placu Wyzwolenia stacja autobusowa PKS została przeniesiona z placu Wyzwolenia do nowo wybudowanej stacji autobusowej przy ul. Fabrycznej i Koszarowej (Kościuszki). Przed wojną na placu tym mieściła się fabryka sklejki Braci Maliniak.

30001.jpg

26 maja, sobota – przy placu Wyzwolenia, strona południowa, rozebrano drewniany otynkowany budynek, w którym mieścił się dotychczas warsztat szklarski Jana Zarzeckiego, a później jego syna Józefa.

17 czerwca, niedziela – uroczystość w Liceum Ogólnokształcącym w Siemiatyczach – nadanie imienia Komisji Edukacji Narodowej. Przekazanie Liceum sztandaru ufundowanego przez komitet rodzicielski i oddanie do użytku stadionu sportowego, przy Liceum.

23 czerwca, sobota – w Drohiczynie uroczystość X-lecia sakry biskupiej ks. bpa Władysława Jędruszuka i 250-lecie kościoła katedralnego w Drohiczynie.

28 czerwca, czwartek – 10-lecie święceń kapłańskich ks. Mariana Świerczyńskiego, wikarego tutejszej parafii katolickiej i z tej okazji uroczysta msza Św.; odprawił ksiądz biskup z koncelebrą.

9 lipca, poniedziałek – na ulicy Drohiczyńskiej rozpoczęto prace przy budowie kanalizacji burzowej i wodociągu. Prace rozpoczęto od końca ulicy w kierunku rynku.

12 lipca, czwartek – otwarcie nowego sklepu masarskiego przy targowicy, tj. przy ulicy ks. Ściegiennego. Nowy sklep masarski otwarto w lokalu po sklepie żelaznym, który przeniesiono do innego pomieszczenia. Tego dnia w cerkwi odpust św. Piotra i Pawła, wielki zjazd ludzi.

29 sierpnia, środa – o godz. 15.00 rozpoczęto asfaltowanie jezdni na placu Wyzwolenia przy wschodniej pierzei rynku.

30002.jpg

9 września, niedziela – w kościele katolickim uroczystość „dożynki parafialne”.

11 września, wtorek – pierwszy przygruntowy przymrozek.

30 września, niedziela – dzień tzw. czynu partyjnego; w wielu punktach miasta społecznie pracowali członkowie PZPR.

11 października, czwartek – o 16.00 przed pomnikiem Braterstwa Broni uroczystość złożenia wieńców – harcerze, wojsko, ZBOWiD i młodzież szkolna.

12 października, piątek – cały dzień pada deszcz ze śniegiem; o godz. 16 akademia w PDK z okazji Dnia Wojska Polskiego.

14 października, niedziela – o godz. 11 w Liceum przyrzeczenie klas I. Dzień Nauczyciela.

15 października, poniedziałek – na placu Wyzwolenia pierzeja zachodnia rozpoczęto rozbiórkę domu, w którym do wiosny tego roku mieścił się bar tzw. „na schodkach”. Przed 1939 r. dom należał do Kramera, który prowadził tu wytwórnię wód gazowanych i rozlewnię piwa. Dom usytuowany jako rogowy przy ul. Wesołej i pl. Wyzwolenia.

30003.jpg

11 listopada, niedziela – zmarła Jadwiga Kosińska, nauczycielka, wychowawca kilku pokoleń mieszkańców Siemiatycz, ur. w 1890 r., w Siemiatyczach od 1923 r.

12 listopada, poniedziałek – przy udziale tłumów mieszkańców Siemiatycz pogrzeb śp. Jadwigi Kosińskiej; o godz. 14 wyprowadzenie zwłok z domu do kościoła, koncelebrowana msza św. przez 5 księży. Mowę pogrzebową wygłosił ks. Marczuk, proboszcz ciechanowiecki. Około 16 kondukt pogrzebowy wyruszył z kościoła na cmentarz parafialny.

„Słychać było tylko potworny hałas czołgu”. Wakacje przed laty – wywiad z Panią Czesławą Dec („Głos Siemiatycz – Kurier Podlaski” nr 23/1189, 14 czerwca 2018 r.)

czeslawa dec.jpg

Czesława Dec jest 88-letnią mieszkanką Siemiatycz. Więk­szość swojego długiego życia spę­dziła w Anusinie. Przeżyła sied­miu papieży i II wojnę światową. Dobra pamięć pani Czesławy po­zwala opowiadać o swoich doś­wiadczeniach, a zdolności manu­alne – szydełkować i nieodpłatnie wykonywać drobne usługi kra­wieckie dla sąsiadów.

 

Pani Czesława jest również córką żołnierza, który brał udział w tzw. „Cudzie nad Wisłą” w sier­pniu 1920 r.

 

– Po przeprawie przez Bug wę­drowali 2 tygodnie do linii Wisły. Tam rozbili obóz. 15 sierpnia w sa­mo południe przeleciały dwa sa­moloty. Nikt nie wiedział, co to są za ptaki. Zrobił się ogromny pop­łoch, kiedy z samolotów spusz­czono bomby. Ojciec mówił, że był tylko dym i smród. Zaczął się od­wrót bolszewików. Zakopywano zmarłych, ale i nie tylko. Nawet ta­kich, co jeszcze ruszali ustami i oczami, ale nic nie mówili. So­wieci mówili, że widzieli Matkę Boską, kiedy uciekali, ale mój oj­ciec nic nie widział. Przed bitwą ludzie się bardzo modlili do Matki Boskiej, błagali o zwycięstwo. Chcieli nacieszyć się jeszcze tą odzyskaną po 123 latach wolnością – wspomina pani Czesława, którą postanowiliśmy zapytać o wakacje sprzed paru dziesięcioleci.

 

– Jak wyglądały wakacje przed wojną?

 

– Wszystkie dzieci na wsi, w wakacje pasły krowy, pilnowa­ły kurczaków, żeby wrony ich nie ukradły, czy zajmowały się gęsia­mi. Trzy, dwa razy dziennie rwa­no też ziele dla świń, chodzili po nie i starsi, i młodsi. Dzieci nie miały żadnego odpoczynku. Nie jeździło się do babci. Często i bab­cia nie chciała brać. Babcia też chciała mieć osobę, która się przy­da do czegoś. Musieliśmy gnać krowę około 2 kilometry, dobrze jak była ładna pogoda, bo kiedy nadeszła burza, to nie tak łatwo było uciekać z tą krową. Nawet w żniwa dzieci miały jakąś pracę, na przykład w czasie zbiorów dzieci brały grabie i zagrabiały skoszone zboże. I robili to nie ma­jąc butów. Czasami jeszcze starsi chłopcy dorabiali sobie wypasając krowy sąsiadów. Jeden raz chło­pak poszedł do Zajęcznik, było gorąco i chciał się w stawie ochło­dzić. Utopił się.

 

Pamiętam z czasów szkolnych jak miałam iść do szkoły na 11, bo rano uczyli się starsi, i poszłam wypasać krowy. Nie było wtedy zegarków i ojciec powiedział mi „jeśli będzie raz gwizdał tartak i raz browar w Sarnakach to wra­caj.” No to ja stałam koło tej krowy i słucham, co gwiżdże, raz zagwi­zdał pociąg, a później tartak, więc pociągnęłam krowę i pobiegłam do domu. Może pobyłam tam pół godziny. Wracając jakaś kobieta się zapytała „co się stało, że ty już wracasz?”, a ja mówiłam do niej, że muszę już iść do szkoły.

 

– Czy w tamtych czasach, tak jak dziś, przed końcem roku dzieci z niecierpliwością czekały wakacji?

 

– Każdy chciał mieć już odpo­czynek, ale czy faktycznie wakac­je były, kiedy rano budzili cię, abyś pognał krowę na pastwisko? A krowę każdy miał, paśli je nie starsi, a dzieci właśnie.

 

– Czy z początkiem września 1939 wracano do szkoły?

 

– 1 września zaczęła się wojna. Miałam wtedy skończone dwie klasy szkoły podstawowej. Mia­łam iść do klasy trzeciej, ale gdy wybuchła wojna uczyliśmy się ty­lko kilka dni, naszego nauczyciela zabrano do wojska, co prawda przysłano nam jeszcze innego nauczyciela, ale gdy sytuacja się roz­winęła, nikt nie myślał o pójściu do szkoły. Kiedy te tereny okupo­wały Niemcy, szkoły nie było. Nie mogliśmy się schodzić w grupy. Z kolei za czasów okupacji sowie­ckiej istniała szkoła, w której uczo­no po rosyjsku.

 

– Czy ktoś chodził do takiej szkoły?

 

– Tak, lecz mnie rodzicie nie puścili. Mój ojciec mówił „Ja uczy­łem się dwie zimy i wszystko umiem, ty chodziłaś dwa lata i to­bie wystarczy.” I więcej nie posz­łam, ale pisać, czytać i liczyć umiem. Byli i tacy co się nie umieli podpisać się i stawiali tylko krzy­żyki.

 

– Jaka była wojna?

 

– Wojna była straszna. Nikt by nie chciał widzieć i przeżyć tego, co ja przeżyłam. Kiedy ogłoszono wojnę, słychać było dużo pocią­gów. Wydawały one potworne dźwięki, aż ja z siostrą chowałyś­my się i płakałyśmy.

 

Mój ojciec miał sklep, pod któ­rym zbierali się chłopi. Pewnego dnia przyjechał po nich goniec konno i wręczył im powołanie do wojska, następnego dnia ci ludzie musieli się stawić gotowi do wal­ki. Ulicą uciekało polskie wojsko, szli cały dzień i noc. Słychać było tylko stukot bryczek i odgłosy ma­szerowania. Kiedy szli Niemcy, ludzie wymyślali plotki, że Niem­cy są straszni, wydłubują oczy i obcinają uszy. Niemcy część ro­dzin, w szczególności tych bied­niejszych, wywozili w głąb Nie­miec na roboty. Pamiętam jedne­go kulawego chłopca, którego też wywieziono i w Niemczech zaj­mował się psami.

 

Raz usłyszeliśmy jadący czołg. Wszyscy schowaliśmy się do piwnicy, gdzie trzymaliśmy ziemniaki. Słychać było tylko pot­worny hałas czołgu, który strzelił w stodołę. Później przyjechał dru­gi czołg, który strzelał w pole. Kie­dy oba czołgi pojechały, przyje­chało mnóstwo żołnierzy na trój­kołowych motocyklach. Było mnóstwo krwi, a na naszym polu leżała martwa kobieta.

 

Kiedy Niemcy odstąpili Ros­janom te tereny, zaczęli przyjeż­dżać tu Rosjanie, przyjeżdżali przedziwnymi ciężarówkami, do których kotłów wrzucano skałki drewna. Kiedy Rosjanie przeszli do kontrataku w wojnie z Niem­cami, posiadali już samochody, czołgi i lepsze uzbrojenie.

 

– Jacy byli okupanci?

 

– Rosjanie byli nie do opisania, byli brudni, zawszeni i głodni. Raz, kiedy moja matka gotowała ziemniaki, Rosjanie wpadli do do­mu i jak zobaczyli jedzenie, od razu się na nie rzucili. Kiedy zoba­czyli u kogoś jedzenie, natych­miast rzucali się na nie. Kiedy Nie­mcy uciekali i myli się przy stud­ni, to po sobie zostawiali puszki po konserwach, pudełka po cze­koladach, a biedni Sowieci prag­nęli ziemniaków. Nie wiem jak można nazwać państwo, które głodzi swoich żołnierzy. Rosjanie, kiedy jechali, to ścinali jabłonkę i wrzucali ją na ciężarówkę, aby z drzewa wziąć owoce, natomiast Niemcy nigdy takich rzeczy nie robili.

 

– Czy po wojnie można było wrócić do szkoły?

 

– Tak można było, ale rodzice mnie nie chcieli puścić. Po wojnie mój ojciec został sołtysem i wójt chciał wziąć moją siostrę na swego rodzaju księgową, ponieważ moja siostra pięknie pisała. Mój ojciec nie zgodził się.

 

– Dlaczego?

 

– Nie wiem, dlaczego, może mało by zarobiła, a poza tym trze­ba by było chodzić pieszo do Sie­miatycz.

 

– Jak wyglądały wakacje w PRL-u na wsi?

 

– Na wsi zawsze była robota, czy to przy zwierzętach, czy przy żniwach. Zboże i chleb były bar­dzo cenne. Nie wyrzucano go tak jak teraz. Rozrywki nie było wiele. Dzieci ze wsi na wakacje nie wy­jeżdżały. Ciężko było znaleźć dziecko w domu, wszystkie były na podwórku, w przeciwieństwie do czasów dzisiejszych. Kiedy wyprowadzałam krowy, to nosi­łam ze sobą szmatki i szyłam z nich lalki. Moja mama pomogła mi uszyć lalkę, którą nazwałam Wicek, dlatego że tak nazywał się nasz sąsiad. Po dłuższym czasie Wicek się znudził i z Wicka zro­biliśmy Basię. Graliśmy w klasy, w piłkę. Braliśmy fajerki z pieca, wiązaliśmy drut i biegaliśmy z tą fajerką robiąc kilometry. Nie było podziału na wiek czy zamożność. Każdy z każdym spędzał ten we­soły czas dzieciństwa – mówi Kazi­miera Kubicka, córka pani Czesławy.

 

– Czy da się porównać współ­czesność z czasami sprzed 70 lat?

 

– Nie ma żadnego porówna­nia. Dzisiaj nosimy o wiele lepsze ubrania czy obuwie. Jak jako dzie­cko szłam do kościoła, to brałam buty w rękę i niosłam je przez całą drogę, a zakładałam je dopiero przed kościołem. Kiedy wycho­dziłam, brałam buty w ręce i boso wracałam do domu. Nie było tak wygodnych łóżek. W łóżku była tylko słoma, nakryta płachtą i na tym się spało. Dzisiaj mamy o wie­le lepsze czasy, są telewizory, ko­mputery, telefony. Wszystko jest zautomatyzowane.

 

– Dziękuję za rozmowę i ży­czę zdrowia.

 

Łukasz Kubicki, fot. ŁK

 

Wejście Sowietów. Wrzesień 1939 w Siemiatyczach – Marek Antoni Nowicki (“Głos Siemiatycz” nr 1202, 13 września 2018 – Notatnik Historyczny)

IX 39 fot.jpg

Wojska bolszewickie wkro­czyły do Siemiatycz 29 września 1939 r., po opuszczeniu miasta przez Niemców, którzy zajmowa­li je przez ponad dwa tygodnie od 11 września. Bolszewicy weszli po raz drugi na przestrzeni niewielu lat – za pierwszym razem byli tu w marszu na Warszawę w 1920 r.

 

Tym razem zajęcie Siemiatycz przez Armię Czerwoną było reali­zacją paktu Ribbentrop – Mołotow i podpisanego w ślad za nim 28 września traktatu sowiecko – nie­mieckiego o granicach i przyjaźni, wyznaczającego w rejonie Siemia­tycz linię podziału terenów okupowanych przez Hitlera i Stalina na Bugu (na mocy układu zawar­tego kilka dni wcześniej, 22 wrześ­nia, linia graniczna miała biec wzdłuż. środkowego biegu Wiały, potem jednak została przesunięta na wschód).

 

Po przekroczeniu granicy Rze­czpospolitej 17 września, postę­pująca na zachód Armia Czerwo­na nawoływała w zrzucanych z samolotów napisanych fatalną polszczyzną ulotkach:

„(…) W te ciężkie dni dla Was potężny Zwią­zek Radziecki wyciąga Wam ręce braterskiej pomocy. Nie przeciwcie się Robotniczo – Chłopskiej Ar­mii Czerwonej. (…) My idziemy do was nie jako zdobywcy, a jako wasi braci po klasu, jako wasi wyzwoleńcy od ucisku obszarników i kapitalistów. Wielka i niezwalczona Armia Czerwona niesie na swoich sztandarach pracującym, braterstwo i szczęśliwe życie. (…) Przechodźcie na stronę Armii Czerwonej. Wam zabezpieczona swoboda i szczęśliwe życie. 17 września 1939r. Naczelny Do­wódca Białoruskiego Frontu Komandarm Drugiej Rangi Michał Kowalow” (pisownia autentyczna – za: J. Siedlecki, Losy Polaków w ZSRR w latach 1939-1986, Lon­dyn 1987).

 

Sowieci robili wszystko, aby zjednać sobie ludność zamieszku­jącą tereny zajmowane przez Ar­mię Czerwoną. Chodziło przede wszystkim o ludność białoruską i ukraińską, którą Sowieci „brali w opiekę”. Z kolei miejscowi Żydzi mieli pomagać tworzyć doraźne struktury władzy, zdolne utrzy­mać porządek do czasu powsta­nia silnej administracji opartej na „specjalistach” ściągniętych z ZSRR.

 

„Prócz ziejących nienawiścią ulotek Sowieci masowo kolporto­wali karykatury i plakaty, na któ­rych w mało wyszukany sposób zohydzali państwo polskie i wszystko, co z nim związane. Ty­powym ich motywem był czerwo­noarmista przebijający szablą-szpilką polskiego generała – insek­ta lub dźgający bagnetem polskiego orła, któremu spada z głowy generalska czapka. Z pomocą tak agresywnej i mało wyszukanej propagandy Sowietom udało się skutecznie zmobilizować miejsco­wych Białorusinów i Ukraińców do rozprawy z Polakami. Współ­działała z nimi z reguły skomunizowana biedota żydowska”, (za: Sowiecka okupacja ziem polskich w latach 1939 -1941, w Polska Wal­cząca, t.10, Warszawa 2015).

 

Wg wspomnień siemiatyckiego fotografa i kronikarza, wów­czas 18-letniego Antoniego Nowi­ckiego Sowieci byli witani bramą powitalną zbudowaną przez miejscowych komunistów i sowiecką agenturę. Hasło było prawdopo­dobnie takie, jak we wszystkich miasteczkach i wsiach na drodze Armii Czerwonej, albo podobne: „Da zdrastvujet niruszimyj bratskij sojuz Sovietskovo Sojuza i Zapadnoj Bełarusii”  (Niech żyje nienaruszalny braterski sojusz Zwią­zku Sowieckiego i Zachodniej Bia­łorusi”). Na ulicach wywieszono również transparenty z napisami: „Witajcie bracia, czekaliśmy na Was 20 lat”.

 

Powitanie zorganizował, działający wcześniej w konspira­cji i ujawniony po odejściu Niem­ców a jeszcze przed wejściem So­wietów, komunistyczny tymcza­sowy komitet robotniczo – chłop­ski, który następnie zaczął funkc­jonować obok władz wojskowych jako niby samorządowy, ludowy organ władzy. Pod okiem NKWD (Ludowy Komisariat Spraw We­wnętrznych ZSRR) przekształcił się w Tymczasowy Komitet Rewo­lucyjny. Ta działająca dotąd w uk­ryciu grupa była doskonale zorganizowana. Mieli przydzielone zadania, byli podzieleni na oddziały, a niektórzy nawet posiadali broń. Działał przez kilka tygodni, do czasu utworzenia pierwszych struktur regularnej władzy sowie­ckiej. W jego składzie były osoby wywodzące się z miejscowej bie­doty żydowskiej, chłopi – Rusini z okolicznych wsi, a także kilku Polaków spośród tutejszych ko­munistów. Została sformowana milicja włościańsko – robotnicza, również tajna.

 

Dr Adam Wołk, wówczas ma­ły chłopiec z majątku w Czartaje­wie zapamiętał, że „Najpierw po­djechał niebieski osobowy samo­chód pod ganek dworu. Oficero­wie z NKWD weszli do środka, kazali wynosić się ze dworu. W naszej szczególnej sytuacji, Czartajew bowiem był dzierża­wiony, eksmisja ta dotyczyła pp. Ejsymontów. Kazali oddać wszys­tkie klucze od gospodarstwa. Po­wołali komitet ze służby dwors­kiej i jemu oddali władzę oraz klu­cze. Myśmy zajmowali domek w ogrodzie, niepozorny, o trzech pokojach i kuchni. Stale mieszkała w nim babcia z córką, a latem zjeż­dżała się nasza rodzina. W tym ro­ku wojny zostaliśmy, z trzyletnim braciszkiem, na wsi. Ojciec rów­nież tu przebywał.

 

Wojsko sowieckie zobaczyliś­my przez sztachety ogrodowego płotu, jak jechali gościńcem gro­dziskim. Był to spory oddział kon­nicy, posuwający się w szyku, truchtem, a pomiędzy jego częściami szły wozy taborowe, a także auto­bus zaprzężony w czwórkę koni w poręcz (obok siebie). Na jednym z nich jechał konno „krasnoarmie­jec”, jak w zaprzęgu działowym. W środku siedzieli oficerowie, widocznie sztab jakiś. Konie mieli je­szcze częściowo swoje, małe, kud­łate, przeważnie karej lub szarogniadej maści, ale już sporo odbija­ło wyglądem – rosłych, ładnych. Wymieniali po dworach, o czym prędko przekonaliśmy się na mie­jscu.

 

Przewodniczącym komitetu został stelmach dworski, Wacław Gawrysiak. Nastąpiły podziały inwentarza, zboża, paszy, wozów, opału – wszystkiego. Dwór został otwarty i służba brała co tylko się dało (…)”.

 

Zdzisław Rycerz, syn Ludwi­ka, przedwojennego siemiatyckiego księgarza, zapisał: „Zamiast normalnego życia rozpoczęły się wiece zakonspirowanych dotąd miejscowych komunistów. Już wiedzieli, że sowieci wkroczyli, chociaż jeszcze nie było ich widać Pojawiły się czerwone sztandary. W wiecach – poza nielicznymi „re­negatami” i miejscowymi prawos­ławnymi prorosyjsko nastawionymi, brała, chociaż niezbyt licz­nie, udział biedota żydowska. Za­możniejsi Żydzi i kupcy żydows­cy byli ostrożniejsi. (…) Sowieci w porównaniu z Polakami czy Niemcami prezentowali się raczej dość nędznie. Rzucał się kontrast, jakaś – jak się wówczas wydawało – nieuporządkowana różnorod­ność odzieży. Tandeta. Zielone drelichowe bluzy („gimnaściorki”) wciągane przez głowę, spięte często brezentowymi pasami, zie­lone lub granatowe spodnie, nie­rzadko staroświeckie owijacze na nogach lub gęsto marszczone bu­ty z cholewami, spodnie o różnym kroju, który nas bardzo raził. Dość często widać było karabiny na sznurku zamiast pasów. Obsiepane od dołu buro-brązowe płasz­cze. Różne czapki – okrągłe i furażerki, szaro – popielate, w niebies­kim odcieniu flanelowe czapki z charakterystycznym czubkiem i dużymi czerwonymi gwiazdami oraz karykaturalnymi, malutkimi flanelowymi daszkami. Czasami wpięte były w nie blaszane, ema­liowane gwiazdy z sierpem i mło­tem. Za sowietami ciągnął się cha­rakterystyczny rosyjski zapach dziegciu. Kolumny tak umundurowanych żołnierzy posuwały się nieprzerwanie na zachód. Mało samochodów. Ciężarówki o wyg­lądzie znanych mi z historycz­nych zdjęć z pierwszej wojny światowej. Przeważnie wozy kon­ne. Z bojowych wozów spotykało się tzw. „taczanki” – to jest bryczki parokonne, na których z tyłu usta­wione były ciężkie karabiny ma­szynowe („maksym”). Czasami widziało się czterolufowe karabiny maszynowe z przeciwlotniczy­mi celownikami, zamontowane na ciężarówkach. Artylerii nie wi­działem, co nie oznacza, że jej nie było. Przez trasę przemarszu, obok nas, widocznie przeciągały tylko jednostki piechoty. Czołgów też nie widziałem. (…)

 

W międzyczasie zapadły usta­lenia niemiecko – sowieckich przyjaciół, że (…) granica pomię­dzy okupacjami miała przebiegać po linii Bugu. Siemiatycze pozos­tały w rękach Sowietów. Rozpo­czął się odwrót wojsk sowieckich na prawy brzeg Bugu i ich usadawianie się u nas. Rozpoczęła się pierwsza okupacja sowiecka. Niepostrzeżenie dla mnie pojawiły się władze sowieckie. Milicja, NKWD, „Gorsowiet” (rada miejs­ka). Początkowo obowiązki milicji zaczęli pełnić miejscowi cywile z czerwonymi opaskami. Przewa­żali wśród nich Żydzi. Polaków nie było. Poza nimi – miejscowi prawosławni, komunizujący, z okolicznych wsi (jak mówiono: z Rogawki, Słoch i Bacik). Ze zna­jomych nikogo nie zapamiętałem.

 

Żydzi poczuli się pewnie. Nie­którzy, szczególnie żydowskie doły, zaczęli zachowywać się ag­resywnie i butnie. Często pojawia­ły się wśród nich powiedzenia: „Już twoja Polska poszła srać!” i in­ne pogardliwe, i szydercze okrzy­ki. Robiło to na mnie okropne wra­żenie, denerwowałem się, zacis­kając zęby w bezsilnej złości. Trze­ba przyznać, że nasi żydowscy są­siedzi, zachowywali się raczej po­prawnie, ale nie potrafili ukryć zadowolenia z powstałej sytuacji. Klęska Polski to nie była ich sprawa. Nie martwili się. Raczej byli zadowoleni z obrotu sprawy. Nie przeczuwali jeszcze, co stracili. Nie uświadamiali sobie jeszcze ironii swego losu. (…)”.

 

Po latach Edward Bujno z Dro­hiczyna tak wspominał swoje pie­rwsze spotkanie z żołnierzami so­wieckimi: „Niewielka kolumna czołgów jechała do Drohiczyna od strony Siemiatycz, zatrzymując się obok gimnazjum. Pobiegliśmy w ich kierunku, żeby zobaczyć so­wieckich żołnierzy. Oficer wszedł na czołg i przemówił: „Poljaczki, wy nie bojties’, my pryszli was oswobodit’. Budietie żyt’ w Sowietskom Sojuzie szczastliwo i spokojno. Polsz­czy niet i niebudiet”.

 

(http://www.traditia.fora.pl/historia,41/rocznica-podstepnej-napasci-na-polske-17-Wrzesnia-1939-r,2780.html).

 

Dymitr Szatyłowicz z Czerem­chy: „Pewnego razu żołnierz, gdy był sam z moim ojcem, opowie­dział mu o trudnym życiu na Bia­łorusi, szczególnie w kołchozach. Był zdziwiony, że ludzie w Polsce żyli tak bogato. A przecież żyli biednie. Ojciec był bardzo zdzi­wiony, słysząc że w sklepach nic oprócz wódki nie można ku­pić, że ludzie głodują. Opowie­dział, jak siłą zaganiano chłopów do kołchozów, nakładając na nich duże podatki, zmuszając do szarwarków i innej bezpłatnej pracy, a bardzo upartych wysyłano na Syberię lub na północ Rosji, na „białe niedźwiedzie”. „I was też to czeka!” – powiedział ojcu” (http://czasopis.pl/dymitr-szatylowicz- wspomnienia-z-wrzesnia-1939-r).

 

Kolejne tygodnie miały poka­zać, jak bardzo ten żołnierz miał rację.

 

W kilka dni po przybyciu So­wietów została przeprowadzona rejestracja ludności zamieszkałej w Siemiatyczach. Potem, w ciągu kolejnych tygodni każdej nocy dochodziło do aresztowań męż­czyzn, których wywożono do Brześcia i Mińska. Siemiatyckich policjantów w Mińsku rozstrzela­no. Aresztowania dotknęły rów­nież urzędników urzędu skarbo­wego, poczty, magistratu i gminy.

 

Cdn. Marek Antoni Nowicki

fot. arch. redakcji

 

Pierwsze dni września 1939 r. w Siemiatyczach – Marek Antoni Nowicki (“Głos Siemiatycz” nr 1200, 30 sierpnia 2018 – Notatnik Historyczny)

gs.jpg

Koniec lata 1939 r. Siemiatycze, drugie co do wielkości miasteczko w powiecie bielskim. Mieszkają tu 8.183 osoby. Co drugi mieszkaniec jest wyznania mojżeszowego. Kilkanaście procent mieszkańców stanowią prawosławni. Żydzi zajmują się w większości przemysłem, handlem.

 

Podział ten jednak nie zakłóca w miarę zgodnego współżycia wszystkich mieszkańców. Docierają do nich coraz bardziej niepokojące wieści polityczne, bowiem sytuacja międzynarodowa, za sprawą hitlerowskich Niemiec i stalinowskiego Związku Sowieckiego, prowadzi nieuchronnie do wielkiej wojny w Europie. Nikt w Siemiatyczach oczywiście nie wie wtedy o zawartym w sierpniu pakcie Ribbentrop – Mołotow, wedle którego wschodnia Polska wraz nadbużańskim Podlasiem mają wkrótce stać się częścią Związku Sowieckiego.

 

Po latach, Antoni Nowicki, późniejszy fotograf siemiatycki, wówczas mając 18 lat, pracujący jako stażysta w Kasie Stefczyka, tak wspominał panującą wtedy atmosferę: „Już kilka dni przed 1 wrzenia 1939 r. okna we wszystkich domach były poklejone papierami, aby nie wypadły szyby po wybuchu pierwszych bomb. Trochę to jednak zabezpieczało. Była wielka panika. Nikt tu sobie nie wyobrażał, jak ta wojna może wyglądać. Starsi pamiętali poprzednią woj­nę – światową, ale nie można było tego porównywać”.

 

Atmosferę narastającego na­pięcia zapamiętał również w swo­ich wspomnieniach Ludwik Ry­cerz, syn siemiatyckiego księga­rza, wówczas dziesięciolatek: „Rozmowy starszych. Długie, nie­kończące się dyskusje na temat zbliżającej się wojny. Radiowe przemówienie ministra Becka. Mieliśmy głośnikowe radio, niez­byt jeszcze powszechny sprzęt w Siemiatyczach. Ojciec otwierał okno, wystawiał na parapecie ok­na radio i nastawiał głośność na maksimum. Pod oknem groma­dziło się zbiegowisko ludzi. Przeważali okoliczni Żydzi. Słuchano w napięciu i ponurym nastroju. Szczególnie przemówienia minis­tra spraw zagranicznych – Becka. Nie pamiętam, czy przed tym przemówieniem, czy po, była mo­bilizacja. Rejwach w mieście, goń­cy rozwożący na rowerach karty mobilizacyjne. Niezbyt dobrze to rejestrowałem. Udzieliła mi się ty­lko ogólna atmosfera podniece­nia. Być może także strach w oczach dorosłych… Na rynku poja­wiły się patrole żandarmerii woj­skowej. Polowe mundury, karabi­ny z bagnetami, jakimś bardzo długimi, czworokątnymi, wido­cznie z poprzedniej wojny – fran­cuskimi. Maszerowali, wygląda­jąc groźnie, jak mi się wówczas wydawało. Szli długim, wolnym, marszowym krokiem, chrzęszcząc okutymi i gwoździowanymi butami. Patrolowali rynek”.

Początek wojny

1 września, pierwsze niemiec­kie naloty nad Polskę odbyły się o godz. 4.40, na godzinę przed wschodem słońca. Powoli wsta­wał świt. Było prawie bezchmur­nie. W tych dniach była przyjem­na temperatura końca lata, 20 – 22 stopnie, w słońcu gorąco, sucho i ciepło. O godz. 5.15 pierwsze sa­moloty niemieckie zrzuciły bom­by na most kolejowy na Bugu w Maćkowiczach.

 

Most obsadziła w sierpniu 1939 r. II i V bateria 9 dywizjonu artylerii przeciwlotniczej DOK IX w Trauguttowie k. Brześcia Litew­skiego, która rozlokowała się przy moście od strony wsi Maćkowicze i z drugiej strony mostu koło wsi Fronołów. W pierwszych nalotach i bombardowaniach brały udział trzy klucze, a więc dziewięć samo­lotów Heinkel 111P. Bomby zrzu­cane z dużej wysokości spadały je­dnak do wody lub daleko od celu. Pojawił się również Junkers, ostrzeliwując most z broni pokłado­wej. Pomimo częstych (kilka razy dziennie) nalotów, obrona mostu była na tyle skuteczna, że nie zos­tał on trafiony. Nie było też poważniejszych strat w ludziach. Pew­ną rolę w obronie odegrał podciągnięty bliżej mostu, ze stacji Siemiatycze, pociąg z amunicją. Obrońcy mostu trafili sześć, a strącili co najmniej trzy, samoloty wroga (spadły w okolicy Bociek, Wysokiego Litewskiego i Janowa Podlaskiego). Baterie broniły się do 12 września, kiedy wojska niemieckie, piechota i czołgi, zmusiły żo­łnierzy polskich do wycofania się na drugą stronę Bugu i dalej na wschód w kierunku Brześcia. W obronie mostu brali udział jako żołnierze m.in. Adam Krasowski i Konstanty Skierczyński z Siemia­tycz.

 

8 września, w piątek, ok. godz. 6 rano samoloty wchodzące w skład Grupy Lotniczej „Prusy Wschodnie”, dowodzonej przez gen. lot. W. Wimmera, wracające znad mostu na Bugu, zrzuciły na miasto całą masę bomb burzących i zapalających. W ten sposób dla Siemiatycz rozpoczął się trudny i dramatyczny czas wojny. Nastę­pnego dnia około godz. 18 samo­loty zrzuciły bomby w rejonie koś­cioła. Zapaliły się domy przy ul. Czartajewskiej, drewniane, kryte słomą. Spaliły się prawie wszyst­kie. Tam były pierwsze ofiary. Jak podaje W. Monkiewicz (Zbrodnie hitlerowskie w Siemiatyczach w okresie II wojny światowej, Stu­dia i materiały z dziejów Siemia­tycz, Warszawa 1989): „w jednym z domów ogarniętych pożarem spłonęła żywcem obłożnie chora Paulina Gryniewicz, licząca 60 lat. Jej siostra, 40-letnia Anna Gryniewicz w panice wybiegła na ulicę i udała się nad Kamionkę, gdzie została zastrzelona przez jednego z lotników niemieckich, który po zrzuceniu bomb specjalnie zszedł na niższą wysokość, aby celniej (w locie nurkowym) trafić z karabi­nów pokładowych w uciekają­cych ludzi”. Omal nie doszło do tragedii również, gdy na podwó­rzu Hamerszlaka (prowadził ma­gazyn i sklep z naftą w budynku po północnej stronie Rynku, w którym po wojnie mieściła się popularna knajpa), wybuchła bo­mba. Na szczęście mieszkańcy by­li już na to przygotowani, że niko­mu nic się nie stało.

 

Wg danych W. Monkiewicza, przy ul Czartajewskiej oraz in­nych ulicach i placach na skutek nalotów spaleniu lub zniszczeniu uległy 134 budynki, w tym 27 mieszkalnych.

 

Wspomina dr Adam Wołk, wówczas mały chłopiec obserwu­jący wydarzenia z majątku w Cza­rtajewie: „Niemcy nadlatywali co­raz częściej, coraz niżej. Pamiętam pierwsze bombardowanie Sie­miatycz. Nadleciał nad ul. Czartajewską samolot i bombami zapa­lającymi, sześcioma chyba, wznie­cił pierwszy wojenny pożar. Było to koło 4.00 po południu. Łuna długo gorzała nad miastem, wido­czna z naszego Czartajewa. Bom­by burzące celowane były w koś­ciół – upadły na mokradła nad Kamionką, tu gdzie dziś powstał za­lew. Obwód wyrwy w ziemi ob­mierzył wójt, wynosił 60 kroków. Zaczęły się teraz te niskie, bezczel­ne latania niemieckich samolo­tów. Czarne krzyże na skrzydłach tak nieprzyjazne były, wrogie”.

 

Oddajmy również głos Oldze Olschewski, nauczycielce z Bawa­rii, która była boną do dzieci w ro­dzinie Wołków, a która w swoim pamiętniku pod datą 8 września zapisała: „Wieczorem widzieliś­my trzy blisko siebie lecące nie­mieckie oraz cztery trochę mniej­sze, wyżej lecące, lśniące samolo­ty. Nagle nastąpiły dwie detonac­je, tak silne, że nasze drzwi i okna zatrzęsły się, potem kilka słab­szych. Po kilku minutach zaczer­wieniło się niebo ze strony Siemia­tycz, dym w ciemnych chmurach wzniósł się ku niebu i wąska czerwona smuga zabarwiła wieczorne niebo. Dokładnie po przeciwnej stronie zachodziło słońce. Pięknie, na czerwono, majestatycznie, wy­cofywało się powoli za ciemną chmurę, jakby zasłaniało pro­mienne oblicze przed okrucieńst­wem wojny”.

 

Ze wspomnień Ludwika Ry­cerza: „Jakiś oddział sanitarny z rannymi zatrzymał się w Siemia­tyczach. Zakwaterował się w sta­rej szkole przy ulicy Czartajewskiej, na zakręcie ulicy w pobliżu cerkwi. Potrzebowali pomocy medycznej. Zgłosiła się między innymi moja mama (akuszerka – jako pielęgniarka) i jej wujek dr Kazimierz Arcichowski. Opieko­wali się rannymi wspólnie z pielęgniarką wojskową, sanitariuszem i lekarzem wojskowym. (…) Po uzgodnieniu z lekarzem wojs­kowym, niektórzy z mieszkań­ców zabierali lżej rannych do swo­ich domów. Lekarz wystawiał im dokumenty zwolnienia ze szpita­la, aby nie uważano ich za dezerterów. Ponadto chodziło o to, żeby w przypadku wkroczenia do Sie­miatycz wojsk niemieckich, nie zostali zabrani do obozów jeniec­kich. Ukryci w prywatnych do­mach lżej ranni żołnierze urato­wali się. W cywilnych ubraniach, chyba większość z nich zdołała powrócić do swoich domów. (…) Nie słyszałem wówczas, żeby którykolwiek z tych żołnierzy wpadł w ręce Niemców czy później so­wietów (…). Zmarło wówczas w ciągu kilku dni kilkunastu ran­nych żołnierzy (…). Zmarłych żołnierzy miejscowi ludzie pocho­wali na siemiatyckim cmentarzu, w pustej wówczas kwaterze „no­wego” cmentarza, – w północno- zachodnim narożniku”.

 

W tych dniach toczy się wielka bitwa nad Bzurą w centralnej Pol­sce. 10 września, po dwóch dniach obrony, pada odcinek umocniony Wizna – „Polskie Termopile”. Następnego dnia, 11 września, w po­niedziałek, przed nocą do miasta wjeżdżają pierwsze oddziały głó­wnych sił niemieckich. Przez trzy doby na ulicy Ciechanowieckiej słychać huk motorów. Jest to XX Dywizja Zmotoryzowana XIX Korpusu Pancernego gen. Heinza Guderiana, która wcześniej od strony Prus przekroczyła granicę Polski. Wielu ludzi wychodzi na ulice oglądać Niemców. W zamie­szaniu, pod kołami pojazdu nie­mieckiego ginie Eudokia Kobus.

 

W walce z nimi ginie w Sie­miatyczach sześciu żołnierzy pol­skich z rozbitego baonu zapaso­wego lotnictwa. Wyskoczyli z sa­mochodu. Był on chyba uszko­dzony. Kryli się między domami, ale zostali postrzeleni przez Nie­mców z karabinu maszynowego. Leżą na cmentarzu w grobie wojs­kowym. Antoni Nowicki zapa­miętał, że ktoś w samochodzie znalazł ich dokumenty i przyniósł do magistratu, polskiego, miejs­cowego, który w dalszym ciągu działał.

 

Tego samego dnia, 11 wrześ­nia, Niemcy zbombardowali pol­ski pociąg pancerny na wiadukcie k. Grabarki. Zginęli wtedy m.in. maszynista tego pociągu Jan Pypno (pochodził z Wołkowyska, miał wtedy 44 lata, pochowany jest na cmentarzu w Siemiaty­czach) oraz kpt. Bandura, pocho­wany w żołnierskiej mogile koło wiaduktu.

 

I znów Ludwik Rycerz: „Ulicą 11 Listopada przez kilka dni prze­walały się kolumny samochodów ciężarowych załadowane piecho­tą (niemiecką – przyp. MAN). Żad­nych pieszych kolumn, samocho­dy duże i małe, transportery gą­sienicowe, żadnych koni ani tabo­rów konnych. Przeciwnie niż pol­skie oddziały, z nielicznymi samo­chodami, z konnymi zaprzęgami, z nieliczną bronią maszynową no­szoną na plecach, usiłujące oder­wać się od nieprzyjaciela (…). Do­piero 4-5 kilometrów dalej, na Bugu, Polacy usiłowali zorganizo­wać jakiś opór. Chyba stamtąd strzelała polska artyleria. Odpowiadali im Niemcy gdzieś spoza Siemiatycz. Słyszeliśmy lecące nad nami z charakterystycznym dźwiękiem pociski. Baliśmy się, zresztą niepotrzebnie, jak się po­tem okazało. Była to wymiana og­nia między polskimi i niemiecki­mi bateriami. My byliśmy w „martwym polu” (…). Widziałem z od­dali, na tle płotu fabryki kafli, po drugiej stronie ulicy, jednego pol­skiego żołnierza z rękami podnie­sionymi w górę, prowadzonego przez dwóch Niemców w kierun­ku rynku. Był to dla mnie strasz­nie przygnębiający widok. W mię­dzyczasie przybłąkał się do nas przestraszony żołnierz, przekradający się opłotkami. Chował się na podwórka, prosił o cywilne ubranie (…). W tyle, z boku szosy po­suwali się szperacze niemieccy. Dalej po opłotkach posuwała się niemiecka tyraliera. Udało mu się schować wśród zabudowań. Szo­są (ulicą 11 Listopada) jechała z chrzęstem gąsienic niemiecka kolumna pancerna. Z odległości stu kilkudziesięciu metrów Niem­cy, zamknięci w czołgach i jadący w odkrytych transporterach gą­sienicowych lub na motocyklach w gęstej kolumnie, nie mogli go widzieć. Musieli uważać na ruch na jezdni (…)”.

 

Olga Olschewski postanowiła wtedy udać się pieszo z Czartaje­wa do Siemiatycz:”(….) Od rzeźni wzdłuż ulicy po obu stronach sta­ły czołgi i odkryte samochody, wokół stali uzbrojeni żołnierze, rozstawiono straże. Podeszłam do nich pozdrawiając, a oni powie­dzieli, że droga do miasta jest wo­lna. W krzakach na poboczu zau­ważyłyśmy wiele samochodów. Na podwórzach w przedmieściu było wszędzie pełno żołnierzy i samochodów. Wskutek pożaru wywołanego przez bomby wszys­tkie domostwa przy całej ulicy Czartajewskiej były spalone, gdzie drewniane domy pokryte były tylko strzechą albo gontem. Około osiemdziesiąt domów zos­tało spopielonych, sterczą tylko czarne kominy i opalone drzewa owocowe. Dwie kobiety padły ofiarą tego ognia. Na łące przy uli­cy zostały zabite pasące się krowy księdza. Poza tym, oprócz bezdomności rodzin, żadnych inny szkód. W mieście wszystko było zamknięte,  Żydzi siedzieli na sto­pniach schodów przed ich skle­pami, kobiety i dzieci, prawie wy­łącznie Żydzi, przyglądali się samochodom i żołnierzom z lękiem i ciekawością jednocześnie. Niem­cy przeprowadzili grupę polskich żołnierzy i cywili z tobołkami na plecach przez miasto do kościoła. Kościół, który był kiedyś klaszto­rem (sic!), jest ogrodzony silnym murem. Zwykle zamknięta brama była otwarta, w niej stali uzbrojeni żołnierze, jeden był zajęty usuwa­niem przymocowanego na murze kościelnym białego orła. Nad mu­rem kościelnym stoi figura Anioła Michała z mieczem w ręku, na któ­rą przechodząc tak chętnie spog­lądałam, bo on przedstawia sym­bolicznie zwycięstwo dobrego nad złem, sprawiedliwości nad niesprawiedliwością, zwycięstwo mocy boskiej nad diabelską. (…).”

 

W nocy z 13 na 14 września bit­wę z pancernymi oddziałami nie­mieckimi toczą pod Olszewem żołnierze Suwalskiej Brygady Ka­walerii.

 

W tym czasie wiele rodzin ucieka z miasta przed wojną. Wy­jeżdżają do znajomych, kuzynów albo zupełnie przypadkowo, li­cząc na los.

 

Wojska niemieckie po zajęciu Siemiatycz kierują się na Wysokie Litewskie, a następnie Brześć. Już 11 września do marszałka Śmigłe­go – Rydza stacjonującego w Brze­ściu dociera wiadomość o zajęciu Siemiatycz. Postanawia wtedy ewakuować swój sztab, a w twierdzy zorganizować obronę. Toczą się walki o mosty na Muchawcu i Leśnej, na przedpolach Brześcia. W tym czasie w kierunku Brześcia wycofują się obrońcy mostu na Bugu.

 

Po zajęciu Siemiatycz Niemcy aresztują jako zakładników księ­dza Stanisława Paczkowskiego, burmistrza Mieczysława Lankaua oraz byłego burmistrza Józefa No­wickiego. Obwożą ich po ulicach grożąc, że zabicie jakiegokolwiek Niemca będzie oznaczać, że zosta­ną oni rozstrzelani. Wkrótce jed­nak zakładnicy zostają wypusz­czeni. Następnie wzywają rabina Chaima Gersteina, wiceburmist­rza Jankiela Rubinsa oraz Zundla Monczera i czynią ich odpowie­dzialnymi za miejscowych Żydów.

 

Dramatyczne pierwsze dni okupacji niemieckiej znalazły ró­wnież swoje miejsce w księdze pa­mięci społeczności żydowskiej Siemiatycz pt: „Kahał Siemiatycki” (Kehilat Semyatits) (wydanej w 1965 r. w Tel Avivie). Autorzy piszą, że pierwsza okupacja nie­miecka Siemiatycz przypadła na okres Wielkich Świąt – Jom Kipur i Sukot. Wielu Żydów bało się jed­nak iść do synagogi lub w ogóle pokazywać się na ulicach. Rabin Gerstein ogłosił, że główna pieśń święta Jom Kipur „Kal Nidre” (Wszystkie śluby) nie będzie śpie­wana jak zwykle w nocy, ale o godzinie drugiej po południu, w przeddzień tego święta. W trakcie śpiewania tej pieśni żołnierze niemieccy wtargnęli do synagogi i zaczęli śpiewać hymn nazistów – pieśń „Horst Wessel”. Następnego dnia, podczas obrzędów święta Jom Kipur, Niemcy weszli do siemiatyckich synagog. Modlący się w nich Żydzi wpadli w ogromną panikę. Wielu wyskakiwało przez okna. W synagodze „Khay Odom” przy ul. Drohiczyńskiej żołnierze niemieccy zastrzelili uciekającego Josela Turnera. Jego ciało zawisło na okiennym parapecie.

 

Kilka dni później, ok. 17 wrze­śnia, wojska niemieckie – ku zas­koczeniu miejscowych – wróciły, a następnie od 21 września zaczę­ły wycofywać się w kierunku pół­nocno – zachodnim, z którego wcześniej przybyły – drogą na Cie­chanowiec. Ostatni żołnierze nie­mieccy opuścili okolice Siemia­tycz 25 września. Nikt wtedy nie rozumiał, że wynikało to z tajnych porozumień z Paktu Ribbentrop – Mołotow, na podstawie którego 17 września granice Rzeczpospo­litej na wschodzie przekroczyła Armia Czerwona i posuwając się szybko na zachód dotarła 28 września do Siemiatycz, ustana­wiając w tej okolicy granicę mię­dzy III Rzeszą i Związkiem Sowie­ckim na Bugu. Potwierdził to za­warty 28 września niemiecko – sowiecki układ o przyjaźni i grani­cach.

 

Jeszcze raz Olga Olschewski. Pod datą 25 września w jej pamięt­niku znalazła się następująca no­tatka „(…) Po południu poszłam z naszą Irenką do Siemiatycz na zakupy, bo pani chce nieco zwięk­szyć zapasy. Nie wiadomo prze­cież, co przyniesie niedaleka przyszłość. Dopóki Niemcy tu stacjo­nowali, sklepy były otwarte. Jesz­cze przed miastem zobaczyłyśmy wiele samochodów stojących na poboczach drogi. Przy jednym stało dwóch rozmawiających ofi­cerów. Przechodząc usłyszałam słowa: – I wtedy przychodzą Rus­kie. Nie wiem, co te słowa znaczą. Ja w ogóle nie wiem, co to się teraz na świecie dzieje. Niezliczone sa­mochody i tanki zmierzają przez miasto ku szosie na Ciechano­wiec. Niemcy wycofują się, bol­szewicy nadchodzą. Wszystkie sklepy są zamknięte (…)”.

 

23 września Sowieci zajmują Bielsk Podlaski i kierują się do Sie­miatycz, do których wkraczają 29 września. Mieszkańcy Siemiatycz doświadczają ich okupacji po raz drugi. Po raz pierwszy dotarli tu podczas wojny polsko – bolszewi­ckiej w sierpniu 1920 r.

 

Marek Antoni Nowicki

fot. arch. redakcji