„Gra na zwłokę” Janusz Anderman [recenzja] „Gazeta Wyborcza” Tadeusz Nyczek 17 kwietnia 2003 

Gra na zwłokę - Janusz Anderman.jpg

 

Syf należy do tych słownych wynalazków, które, o ile bez trudu się tłumaczą, są trudno wytłumaczalne

Skrót nazwy pewnej mało wytwornej choroby z grubsza oznacza stan beznadziejności połączony z frustracją i nutą odrazy. Lud polski obdarowany komunizmem w lot wyczuwał możliwości stosowania tego poręcznego zaklęcia. Syf to były kolejki po pasztetówkę, urzędnicze chamstwo, nowomowne gazety, propaganda telewizyjna, stołówka zakładowa, a nawet pogoda – zawsze syfiasta. Stan permanentnego syfu stał się, zwłaszcza w latach 70., ulubionym pożywieniem wielu pisarzy, bo syf miał dodatkową zaletę: cenzura bywała wobec niego bezradna, jako że pojęciowo był zbyt szeroki. Z jednej strony tworzył idealną metaforę Peerelu, z drugiej – dawał nieograniczone pole do aluzyjnych zabaw. W starszym pokoleniu specem od syfu był Marek Nowakowski. W moim – Janusz Anderman. Pierwsza jego powieść „Zabawa w głuchy telefon” (1976) była cudnie ohydna i dawała szanse utaplania się w paskudzie po uszy. Ale nic to przy drugiej, „Grze na zwłokę” (1979), której wznowienie właśnie się ukazało. Jej bohater nie ma imienia, co już symptomatyczne. Aktualnie pracuje w redakcji dosyć dziwnej gazety, z innych prac i mieszkań go wyrzucano. Jego egzystencja polega głównie na włóczeniu się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu traconego czasu. Rzecz dzieje się w ciągu kilku dni i nocy, nieustannie pada deszcz, bohater jest przemoknięty, niedospany i na okrągło na bani, bo koszmar życia najprościej zagłuszyć flaszką, co czyni zresztą większość pozostałych postaci książki pędzących równie beznadziejny żywot. Gdzie nie tknąć, wszędzie nietrzeźwi dewianci, kurwy i abnegaci. „Gra na zwłokę” jest gorzką parodią i „Kandyda”, i „Ulissesa”, i „Pod wulkanem”, i wszystkich wspaniałych powieści o wędrówce przez parszywy świat; wszystko, łącznie z bohaterem, skarlało znijaczone przez socjalrealizm. Znakomity jest, jak zawsze u Andermana, język. I ten rewelacyjny chwyt narracyjny – opowieść bohatera w pierwszej osobie przeplatana jest relacją w typowej dla sprawozdań śledczych formie bezosobowej: „Widziano go, jak wchodził…”. Wszak to czasy, w których węszenie, śledzenie i podsłuchiwanie było syndromem epoki równie oczywistym jak oddawanie paszportu na milicję czy talon na „malucha”. Zalecałbym tę lekturę jako obowiązkową dla wszystkich malkontentów III Rzeczypospolitej. A na marginesie: Andermanowi do dziś zostało widzenie świata w kategoriach syfu.

*Janusz Anderman „Gra na zwłokę”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003, s. 128

Reklamy

Adam Michnik „Wściekłość i wstyd”, Zeszyty Literackie 2005

DSC_0467.jpg

Poczuwam się do związków genetycznych z Chamami: na widok sprytnych karier jaśnie urodzonych odczuwam snobizm i zazdrość; na widok Chama, który rozpycha się łokciem, czuję gniew i wstyd. Ale to z Chamem czuję się wewnętrznie solidarny: mamy tę samą brutalność, te same ambicje, te same kompleksy.

Dlatego odporny jestem na antychamską retorykę: pamiętam, że z Chamów wywodził się Wincenty Witos, a także Roman Dmowski. Pamiętam wreszcie, że Józef Piłsudski, wielki architekt walki o niepodległą Polskę, sięgał nierzadko po język mało parlamentarny, gdy pisał o „wychodku” czy obrażał parlamentarzystów; ten szlachcic zbuntowany przeciw służalstwu swojej klasy społecznej też bywał „Chamem podszyty”.

Adam Michnik „Wściekłość i wstyd”, Zeszyty Literackie 2005, str. 162.

„Chamy i anioły” [Polemika z tekstem Andrzeja Szczypiorskiego „Rewolucja ludowa trwa” „Gazeta Wyborcza” 26-27 VI 1999].

Bida musi pofolgować, czyli na Szlaku Hańby [wywiad z Januszem Głowackim] „Gazeta Wyborcza” Paweł Smoleński 21 maja 2009

Kazimierz--listopad-1958-r-.jpg

Narzeczona zdradza – seta, nie ma na buty – sto pięćdziesiąt, cenzura zdejmuje książkę – pół litra, przyjaciel zakapuje – półtora, nasi przegrywają z Ruskimi w nogę – trzydniówka – o tym, jak się piło w PRL, opowiada Janusz Głowacki

 

Paweł Smoleński: Piło się w PRL, oj, piło.

Janusz Głowacki, pisarz: A co panu złego wódka zrobiła?

Modne były dwa hasła, takie trochę z epoki saskiej: „Pić, pierdolić, nie żałować, bida musi pofolgować” albo „Trzeba dużo pić i jebać, żeby się z nędzy wygrzebać”.

Z tym „wygrzebaniem” to niekoniecznie logiczne.

– Tu bym polemizował. Może na trzeźwo – owszem, ale jak się człowiek napije – to już ma głęboki sens. Więc się piło. Romantycznie albo tragicznie, albo antykomunistycznie, albo przez rozum. A także dla przyjemności. Dookoła bieda codzienna, chamstwo, kłamstwo, brak perspektyw. „Tylko wódka zapomnienie da” – jak śpiewał harmonista w filmie Hasa „Pętla” według opowiadania Marka Hłaski. Narzeczona zdradza – seta, nie ma na buty – sto pięćdziesiąt, cenzura zdejmuje książkę – pół litra, przyjaciel zakapuje – półtora, nasi przegrywają z Ruskimi w nogę – trzydniówka.

Krążył taki poemat pod tytułem „W dupę nam dali”, zaczynał się tak: „W dupę nam dali, my krzyczeli, my płakali. Ale na to, żeby oddać, my za mali „. Myślę, że ten lament pięknie oddaje poczucie krzywdy i niezasłużonego cierpienia, które i dzisiaj uzupełnione megalomanią jest naszą narodową wizytówką.

Bardzo wzruszające.

– Cieszy mnie pana wrażliwość. Wie pan, z pijaństwem jest jak z życiem seksualnym. To taka sfera, której państwo nie mogło do końca kontrolować. Napił się człowiek i był wolny, a przynajmniej przez chwilę tak się czuł. Mógł z tej chwilowej wolności korzystać – powywracać wszystkie śmietniki, dopaść jakąś panienkę, powiedzieć do szefa: – Ja cię chromolę! Następnego dnia był kac, przerażenie, ale było też wytłumaczenie: byłem napity! A, jak tak, to wszystko w porządku. Pijanemu się wszystko wybacza, pijanego nie wypada skrzywdzić. Człowiek jest wrażliwy – to pije.

A wstyd?

– Za co?

Za ten zapity naród.

– Wódka była naszą polską narodową dumą. Pamiętam film z Garym Cooperem, co to się nazywał „Miłość po południu”. Zaprasza Gary Audrey Hepburn do pokoju hotelowego, otwiera bar, a tam bateria wszelkiego dobra. Wyławia wyborową! Przez salę przechodził wtedy radosny jęk: naszą wódkę bierze milioner, naszą, polską, wie, co dobre, chociaż Amerykaniec. Wychodziliśmy podniesieni na duchu, lepsi… i do baru. Pod Orłem albo Pod Cyckami. A dookoła reklamy „Polska wódka – żubrówka” „Bizon – Brandy Wodka”. Albo reklama miodu Staropolskiego, a na niej dwa pijane miśki leżą pod drzewem z kieliszkami w łapach. A w gazetach – proszę bardzo – „Druga wojna światowa była dla naszego gorzelnictwa ciężkim ciosem. Ale przemysł spirytusowy ufnie patrzy w przyszłość. Rośnie zaplecze naukowe i kadra wysokokwalifikowanych pracowników”. Niemiec wojnę przegrał, bo miał słabą głowę. Francuz też frajer, bo jakieś tam wino pił. Z Ruskami było trochę kłopotu, bo szukali Boga na dnie szklanki i ogólnie nieźle ciągnęli.

Kto pił?

– A kto nie pił? Piła klasa robotnicza, inteligencja pracująca, młodzież, rządzący i rządzeni, wsadzający do więzienia i wsadzani. Każdy chciał złapać trochę szczęścia. Pamięta pan ten dowcip na budowie. – Panie majster, która godzina? – A wiesz, że ja bym też się napił.

Pili chłopourzędnicy i chłoporobotnicy, pogubieni, powyrywani ze swoich środowisk. Jeden chłoporobotnik zgubił miesięczny na autobus, nie miał na flaszkę, żeby się zastanowić, jak się uratować, i się na kacu powiesił. Piła żulia, ta, którą Leopold Tyrmand zmitologizował w „Złym”. Niby przesadził, ale spróbowałby pan wybrać się do kina Praha przy Jagiellońskiej na Pradze na ostatni seans: zaczepki, mordobicie, gra w kreskę: rysowali kreskę na chodniku, a kto na nią stanął, dostawał w mordę. Zresztą – żulia biła nawet na Nowym Świecie. Każdego, kto inaczej wyglądał, a jak się taki nie znalazł, to między sobą. Wola na Ochotę, a Praga na Bródno. Było niebezpiecznie. Wtedy z Tomkiem Łubieńskim zaczęliśmy trenować boks w Gwardii.

A w dworcowych knajpach kusiły zakąseczki: siny tatar, zielone jajko w majonezie i ponury śledzik po japońsku. I hasła nad bufetem: „Wspólną pracą zbudujemy socjalizm”, „Alkohol podajemy tylko z zakąską. Uwaga! Wino i piwo zakąskami nie są”, „Żeby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatnio”.

Piło KC, piło KW. Mieli swoje zamknięte ośrodki. Przecieki z tych kurso-konferencji robiły wrażenie. Pił Sejm. Posłowie z Warszawy wnosili na obrady wódkę w butelkach po wodzie sodowej, a pod koniec dnia spadali ze stołków poselskich. Kiedyś oburzeni posłowie z Katowic zgłosili interpelację do laski marszałkowskiej, że „im się nie podaje alkoholu, a towarzyszom z Warszawy tak”.

Opowiadał mi znajomy poeta, że kiedyś w pewnym domu twórczym postanowili zażartować z kolegi. Na noc przed drzwi pokojów wystawiali puste butelki po wódce, a jemu powiedzieli, że tu z gorzałą jak z mlekiem; rano postawią pełną flaszkę. Rano flaszki nie było, więc zrobił piekło personelowi, że go źle traktują.

– Dlaczego artyści mieli nie pić? W ogólnej frustracji w modzie było marnowanie zdrowia i talentu. Większości się to udało. Ale tak się składa, że więcej świetnych książek albo filmów powstawało wtedy po pijanemu czy na kacu niż teraz na trzeźwo.

A skąd brało się pieniądze na wódkę?

– Nie pamiętam, za dużo piłem. Niedawno, jakoś w nocy, jechałem taksówką. Taksówkarz rozmarzył się, wspominając dawne czasy. Opowiadał, że kiedyś robotnik to był pan. W dzień wypłaty brał taryfę, kazał się wozić od knajpy do knajpy i przepijał wszystko. Dzień wypłaty to był święty dzień. „A teraz” – taksówkarz machnął ręką – „ostrzegałem kolegów, że nadejdą takie czasy, że będziemy kłaniać się klientowi. Nikt mi nie wierzył”. Wtedy złapanie taksówki to był cud. Ludzie czekali na postojach w długich kolejkach. „Łebki” ratowały sytuację. Podjeżdżali i mówili, dokąd jadą. Jeżeli kierunek pasował, to brali za dwie dychy albo trzy Kiedyś Himilsbach, zresztą napity, podszedł do kolejki i się zapytał: „Kto do Śródmieścia?”. Parę osób się zgłosiło. Idą, idą i nic. W końcu jeden pyta: „To gdzie pan ma ten samochód. – Nie mam – odpowiedział Janek – ale nie chce mi się iść samemu”.

Pili głównie mężczyźni?

– Niech pan nie krzywdzi polskich kobiet.

Kto nie pił?

– Czarne dusze, wrogowie, malkontenci. Nie ufano im.

„Kto nie pije, ten kapuje”.

– Coś takiego. Najpierw szukano logicznego wytłumaczenia. Uprzejmie pytano, czy pan ma wszywkę, czy okres testowy.

Esperal? Dla mnie to było jakieś magiczne słowo, ale też obiekt żartów. Nigdy nie widziałem esperalu 

– Pan żartuje?

Ale wiedziałem, że to coś, co zaszywa się w tyłek.

– Trochę wyżej i bardziej pośrodku, żeby nie można było dosięgnąć i wydłubać

I że jak się po tym napije, to można umrzeć.

– Można, ale nie zawsze. Widziałem, jak bardzo znany aktor w czasie prób do mojej sztuki „Obciach” esperal przełamywał. To była piękna ceremonia. Kładł na stole zegarek, lusterko, łyżkę stołową i pół litra. Napełniał łyżkę, wypijał, czekał 15 minut i zaglądał w lusterko, czy na twarzy czerwienieje. Jeżeli czerwieniał, to robił przerwę, przeczekiwał i napełniał kolejną łyżkę.

I udało mu się przełamać, więc do premiery nie doszło. Odwiedzaliśmy go potem całym zespołem w domu wariatów.

A jak ktoś po prostu nie mógł pić?

– Co znaczy: nie mógł pić?

Chory był na przykład.

– Raz w nocy na bazarze chciałem kupić wódkę, a facet się spytał, ile butelek, a ja, że jedną: „A co, pan jest chory?”, potem się spytał, czy chciałbym zakolegować się za stówę z jedną panienką. Nie była za bardzo w moim typie, więc powiedziałem, że nie, wtedy zapytał: „A co, pan jest pedał?”. Specjalnie dla chorych powstał dobrze płatny zawód „chlacza”. Ktoś, kto sam nie mógł pić albo akurat nie chciał, a miał interes do zrobienia, wynajmował „chlacza”. Ten pił za niego i to było akceptowane. Miałem kolegę „chlacza”, był doktorem filozofii, tłumaczył Husserla.

Jak pito?

– Zależało od tego, kto, gdzie i kiedy. Picie było wielowarstwowe, klasowe, choć niekiedy zacierały się granice. Modne było picie z teczki. W PRL wszyscy nosili teczki, i urzędnik, i robotnik, i literat. Wchodziło się do lokalu, zamawiało oranżadę i dolewało do szklanek z teczki, bo alkohol na miejscu był drogi.

Rano widziało się ludzi ustawionych w szeregu. Czekali na otwarcie pierwszego sklepu monopolowego. Wszyscy pod krawatem. Bo krawat służył jako dźwignia, żeby ten pierwszy kieliszek, przy którym trzęsą się ręce, trafił do ust.

Piło się z literatek – setka. Z musztardówek – prawie ćwiartka. Z gwinta – itd., żeby nie zanudzić.

Moi znajomi pili rumuńskie wino musujące „z ryjka”. Trzeba było ułożyć usta w trąbkę jak do cmoka i wtedy bąbelki nie wciskały się do nosa.

– Dosyć smaczna i lubiana była woda fryzjerska na łupież. Piło się ją z tak zwanych „pykówek”, buteleczek, które miały wąziutkie szyjki. Podnosiło się ją, odchylało głowę do tyłu, potrząsało, a ona robiła „pyk-pyk-pyk”.

Pamiętam scenę z drogerii na Krakowskim Przedmieściu naprzeciwko kościoła Świętej Anny: weszło dwóch kleryków i poprosiło o dwadzieścia wód brzozowych. A sprzedawczyni życzliwie: „O, widzę, że jakieś większe przyjęcie się szykuje”. Pito wszystko, denaturat, czyli oślepek

Próbował pan denaturatu?

– Raz, żeby pokazać, że nie jestem maminsynkiem, nie smakował mi. Podobno dlatego, że nie popiłem mlekiem. Pito dobrze oczyszczoną benzynę lotniczą, czeską politurę. Najbardziej konwencjonalny zestaw: koniak, winiak, jarzębiak, soplica, żytnia i wyborowa z niebieską albo czerwoną kartką. Z win – Alpaga. W lepszym towarzystwie Egri Bikavér, Mistella i Advocat. Whisky zaczęło się później.

Moi znajomi pili na „zdrowaś Maria”. Po to, żeby każdy wypił tyle samo. Powtarzali „zdrowaś Maria”, a w tym czasie delikwent lał w siebie tak długo, ile trwało wypowiedzenie tych dwóch słów.

– Sprawiedliwie i po równo.

Gdzie pito?

– Gdzie Bóg da, czyli wszędzie. Popularny był tzw. Szlak Hańby: między Fukierem na Starówce, a SPATiF-em w Alejach Ujazdowskich. Aktualna nazwa to Trakt Królewski. Znany pisarz Irek Iredyński zaczynał pośrodku, koło południa, elegancko w Europejskim. Tam zbierali się jego wielbiciele, głównie malarze. Pił i nic nie jadł. Namawiałem go, żeby uczynił z tego głodowy protest przeciwko komunie. Potem przenosił się do SPATiF-u, zahaczał o Kameralną i kończył w Ścieku. Ściek był na Trębackiej. Tam ściekała większość artystów, bo był w piwnicy i najdłużej otwarty.

Pisał pan sporo o SPATIF-ie, że morze alkoholu i pomieszanie kombinatorów, wielkich sportowców, artystów, pisarzy-dysydentów, podsłuchujących ich tajniaków i prostytutek.

– Nigdzie na świecie nie widziałem takiego drugiego miejsca. Pewnie w Moskwie takie były. William Faulkner, zanurzony w Biblii jak mało kto, napisał, że idealny zawód dla pisarza to właściciel domu publicznego. SPATiF i Ściek – to było oczywiście nie aż tak piękne, ale lepsze to niż nic. Dobrze się tam czułem.

Bramkarze – to była wyższa kategoria ludzi. Nieprawda, że na Zachodzie wymyślono zawód selekcjonera, który wpuszcza do klubów, oceniając po wyglądzie. W Polsce taki fach funkcjonował już za komunizmu. Stał taki i mówił: „Pan tu nie wejdzie, w życiu i jeszcze długo nie. A tamten pan – proszę uprzejmie”. Jakimi kierowali się kryteriami, nie mam pojęcia. Bo nie chodziło o pieniądze, raczej o władzę absolutną.

Pod koniec lat 70. Janka Himilsbacha bramkarze nie wpuszczali już nigdzie. Nieszczęsny Janek. Niby zawsze pijany, a znał na pamięć cała rozmowę Iwana Karamazowa z diabłem i napisał kilka znakomitych opowiadań.

Jeden utalentowany architekt przepił wszystko, włącznie z płaszczem. Nawet w zimie wychodził z domu w samej koszuli, zawsze z syfonem, że niby wyskoczył na moment po wodę sodową. I rozpaczliwie próbował załapać się na picie.

Okropne.

– Bo peerelowskie picie było często do dna, do zatracenia. Tak się piło u Zdzisia Maklakiewicza, w tym mieszkaniu, które pokazuje palcem Chrystus, dźwigający krzyż w kościele na Krakowskim Przedmieściu. Tam lądowało nad ranem kilkanaście osób. Prawie nikt nikogo nie znał, a już za chwilę zawierało się przyjaźnie do grobu i spotykało kobietę swojego życia. A rano – straszne przebudzenie. Pierwszy odruch – to sprawdzenie, czy ma się zegarek i portfel. Dwa ruchy, pach, pach. Chwila ulgi, i znów straszne pytanie – kim jest ta kobieta, która chrapie obok?

O kelnerach też warto wspomnieć. Gardzili klientami, bo zarabiali więcej od nich, a trzeba było takiemu nędzarzowi podawać. Z upokorzenia upijali się i bili swoich gości.

Czyli w knajpach też mogło być niebezpiecznie. Napisałem kiedyś felieton o procesie kelnerów, którzy w restauracji Balaton pobili gości.

Były przecież książki wniosków i zażaleń. Można było próbować się poskarżyć. Co prawda raz mój znajomy poprosił o taką książkę w restauracji z salą bezalkoholową; były takie sale, w nich dopiero pito. Kelner, zresztą dobrze wstawiony, zniknął na kwadrans, a potem przyszedł z anielską miną i mówi: „Książka zażaleń jest, ale w reperacji”.

– Najczęściej kelnerzy znajdowali innych zaufanych klientów, którzy pod skarżącą się notatką pisali: „Nieprawda, to gość był kompletnie pijany i agresywny. Zapaskudził ubikację, a obsługa w lokalu jest kulturalna i na najwyższym poziomie”. Z kelnerami lepiej było dobrze żyć.

Jak już wszystko było zamknięte, a alkohol się skończył, szło się na metę.

– Na Brzeską albo na Ząbkowską na Pradze. Wszystko o tym wie Marek Nowakowski. Na placu Zbawiciela całą noc siedziały kwiaciarki i w kubłach z tulipanami trzymały flaszki. Taka wódka była zawsze w dobrej temperaturze. Wszyscy o tym wiedzieli, każdy stójkowy. Ale milicja polowała na większą kasę, od pijanych kierowców. Wtedy były ich tłumy. Kiedyś dwa radiowozy się pobiły pod Bristolem, bo do mercedesa wsiadał pijany Niemiec.

Mówi się, że wódka uczłowiecza.

– To to z całą pewnością, ale też odmózgawia.

Pamięta pan toasty?

– Kilka. „Po łyku dla odwyku”, „Po szklanie i na rusztowanie”, „Dajmy sobie po nerach”, „Jeszcze po szkopku i spotkamy się w żłobku”. Oczywiście – „No to chlup w ten głupi dziób”. Eleganckie – „Żegnaj rozumie, spotkamy się jutro” i chamskie – „Zdrowie naszych pań, bo jak nasze panie będą zdrowe, to i my będziemy zdrowi”.

Wódka może rozbudzić wyższe uczucia, ale raczej na krótko. W tym PRL-owskim piciu była jakaś gigantyczna odgórna hipokryzja. Bo z jednej strony władza prowadziła niby te wszystkie akcje antyalkoholowe, niby uświadamiała, wieszano afisze i plakaty, były pogadanki i poradnie antyalkoholowe. A z drugiej strony doskonale wiedziała, jak wielki procent dochodu narodowego pochodzi z wódki. I że człowiek pijany słaby jest, zmęczony i łatwy do rządzenia. Więc władza kombinowała, że dopóki nie zabraknie wódki, to komunizm nie jest zagrożony. Wie pan, to wszystko jest niby zabawne, lecz w gruncie rzeczy należał by się rozpłakać.

Był taki film dokumentalny Marka Piwowskiego…

– …nazywał się „Korkociąg”; wstrząsający, pokazujący, czym w istocie jest pijaństwo. Jeździłem wtedy z Piwowskim do Tworek, do pacjentów alkoholików. W tym filmie jest delirium tremens i agonia poalkoholowa. Albo taka przejmująca scena: pacjenci chodzą wkoło pokoju, jeden zgubił kapeć, więc następny podnosi go i wpatruje się z tak niesamowitą uwagą, jakby ten kapeć coś mu przypominał, coś otwierał. Oni mieli mózgi kompletnie zniszczone przez alkohol, nie wiedzieli, że kapeć to kapeć.

I zbyt długo ten film nie gościł w kinach.

– Tego akurat nie pamiętam. Ale bardzo możliwe. Po co władzy był taki film?

W czasie sławnego strajku w Stoczni Gdańskiej, przy okazji obchodów którego PiS-owcy polowali na Wałęsę, Komitet Strajkowy wydał zakaz picia w Stoczni. Zupełny i całkowity. Flaszki w celach prowokacyjnych ubecja próbowała podrzucić. Próbowali też najbliżsi – z miłości. Widziałem, jak kobieta podawała mężowi przez zakratowaną bramę do Stoczni schowaną w koszyku z jedzeniem flaszkę. A on tę flaszkę wyciągnął, długo oglądał i zaczął powolutku wylewać. A dookoła straszna cisza. Wszystkie rozmowy się urwały, wszyscy patrzą. Tylko kobieta zza bramy krzyczy: „Ludzie! Nie pozwólcie mu tego wylać! On musi pić! On jest alkoholik!”. Myślę, że ta scena przydałaby się w filmie „Człowiek z żelaza”.

 

Janusz Głowacki: „Szczerze to ja nic nie mówię” [PORTRET] – „Gazeta Wyborcza” Donata Subbotko 26 sierpnia 2017

z22279692V,35-letni-Janusz-Glowacki--kwiecien--1973-.jpg

Skundlona tragedia, uwznioślona farsa – tak widział świat, lubił przywoływać tę frazę.

 

Śmierć nie pasowała do niego. – Że umarł, wszyscy się dziwili – mówi Tomasz Łubieński, przyjaciel od dzieciństwa. – Wydawało się, że będzie wiecznie młody. Zawsze żartował. Ze wszystkiego. Nigdy nie narzekał na zdrowie. Każdy mówił, co mu jest, a Janek nigdy. Doszliśmy z kolegą do wniosku, że jeżeli umarł, to znaczy, że teraz już my wszyscy umrzemy.

Mało kto wiedział, że od jakiegoś czasu chorował. Świetnie to ukrywał. Trzymał fason. Tradycyjnie nie odbierał też telefonów, oddzwaniał wtedy, kiedy miał siłę pożartować. Do kawiarni Czytelnika od paru tygodni nie przychodził. Wcześniej, jeśli wpadł na obiad, to najchętniej siadał sam. Czasem z przyjaciółmi, ale coraz rzadziej. Krystyna Kofta martwiła się, że nic nie je, najwyżej trochę zupy. Mówił tylko: – Już jest lepiej. Albo: – Nie będę opowiadał, wiesz, jak to jest.

– Siadał po prawej stronie, zaraz jak się wchodzi – mówi Janusz Rudnicki. – Ostatnio był podejrzanie szybko chudszy o dobrych parę kilo. I te tak charakterystycznie świecące oczy. Unikał nas i trochę się męczył, jeśli ktoś podchodził i zarzucał wędkę z haczykiem jakiegoś tematu. Nie łapał się, nie chciał, zdawkowy był. Potakiwał grzecznie z błąkającym się po ścianach uśmiechem, czekając, aż ten ktoś odejdzie. I jeszcze ten słuch, słabł mu. Coś tam brzęczałem jak mucha. Irytował się, zły był trochę. Na siebie, bo go to poniżało, i na mnie, bo to przeze mnie. Podobnie było wcześniej z Henrykiem Berezą, tylko że on, jeśli nie zrozumiał, to opierdalał mnie za złą dykcję. Janusz nie miał tyle tupetu.

Był zmęczony. I fizycznie, z powodu ukrywanej choroby. I tą całą Polską, w której trudno wytrzymać. – Przez całe moje powojenne życie wolność i w ogóle wszystko, co najlepsze, miało przychodzić z Zachodu. A teraz okazuje się, że stamtąd maszeruje najgorsze zło – mówił zniechęcony kilka miesięcy temu. Zniechęcenie zawsze miało w jego przypadku pewien wdzięk, ale ostatnio przybrało postać poczucia beznadziei. Nawet nie chciało mu się gadać. Wszystko wydawało się ewidentne, słowa za słabe, przemiędlone, a sytuacja absurdalnie niepoważna i bardzo poważna zarazem. – Konstytucja nie nakarmi naszych dzieci i jest nudna – prowokował. – To już Mrożek kiedyś zauważył, że gdyby do konstytucji wpisać słowo „kurwa”, to może by ona kogoś zainteresowała. Rządy PiS tak podsumowywał: – Polska jest demokratycznym państwem prawa i chuj.

Ponad tydzień temu wyjechał z żoną Oleną do Afryki – polscy znajomi zaprosili ich do Egiptu. Umarł nagle. Pewnie tak umierać – akurat tam – nie chciał. Może by zachichotał i uznał, że to śmierć lekko surrealistyczna. Uważał przecież, że w jego życiu – i pisaniu – realizm i surrealizm pracowały razem i w porozumieniu. W dodatku nabijał się ze swojego ojca Jerzego Głowackiego, który w późnym wieku, marząc o podróżach, zaczął pisać m.in. kryminały rozgrywające się właśnie w Egipcie. Był to taki Egipt, w którym tańczyły ponętne hurysy, w tle stały pocztówkowe piramidy, a po pustyni wiły się węże. Śmiał się, że w jednej książce nawet napisał ojcu patetyczną scenę: zmierzch, bohater podchodzi do okna; pada zdanie: „Nie wiedział, że patrzy na ogród po raz ostatni”.

Nie trawił literatury pisanej „słowem dostojnym”. Uwielbiał krwawego Babla, jego poezję, cynizm i bezczelność. Cudo wyobraźni, humoru i języka. – Opowiadania o Armii Konnej Budionnego to poemat o rzezi, mordzie, pogromach, okrucieństwie napisany z czułością i zrozumieniem dla oprawców. Wszystko jest naturalne, takie ludzkie, tylko język szaleje – mówił. Kiedyś na pytanie ks. Andrzeja Lutra o Boga odpowiedział też Bablem: „Niech w Boga wierzy ten, kto wygrał dwieście tysięcy na loterii”. Ale córkę Zuzię ochrzcił. U ks. Twardowskiego, który – gdy Głowacki do niego przyszedł – powiedział: „O, wiem, to jest ten trudny przypadek”. Podczas ceremonii na pytanie, czy wyrzeka się szatana, nie wiedział, jak się zachować, więc ksiądz popatrzył na niego z pogardą i powiedział: „Wyrzekam się”.

W powojennej szkole na religię chodził. Żartował, że przeszedł kryzys wiary, po tym jak ksiądz wziął go za ucho i wyrzucił z kościoła za to, że wepchnął się do spowiedzi bez kolejki: „O kurwa, pomyślałem, to koniec”.

Pasowałoby do niego zdanie pewnego rabina – może jak na gust Głowackiego zanadto patetyczne, ale niech tam, bo też z Babla – że „każdemu głupcowi wystarcza głupoty, żeby się frasować, a tylko mędrzec rozdziera śmiechem zasłony bytu”. Mawiał, że żyje ironicznie, a przynajmniej udaje.

Nie mówił niczego wprost. O sobie właściwie wcale. I w prozie, i w rozmowie uciekał na piętra wyższe, gdzie mieszka absurd. W finezyjny żart, pikantną anegdotę, ożywcze porównania. Lubił skrót, metaforę i językowy ping-pong. Jeśli piłeczka zgrabnie mu się odbijała, było trochę chichotu. Ale takiego czechowowskiego, najmądrzejszego na świecie. Czechowa zresztą kochał, chętnie się do niego odwoływał i zapowiadał, że z przyjemnością by się z nim spotkał – w nocy, na cmentarzu Nowodziewiczym. Pogadaliby o tym, jak sobie radzić z bezsennością. Trzeba przy tym brać pod uwagę, że i w prozie, i w życiu Głowacki tworzył świetne dialogi, najchętniej mijane i z kluczem, więc rozmowa byłaby pewnie interesująca, choć nie dla wszystkich zrozumiała.

Józefowi Henowi, dla którego Głowacki był w Czytelniku już ostatnim kolegą z kręgu literackiego, tłumaczył, że przychodzi na obiady rzadziej, bo jest pochłonięty pisaniem nowej książki. Faktycznie szykował „Z głowy 2”, dziennik trochę nieprawdziwy. Miała wyjść jesienią. Wydawnictwu jeszcze jej nie oddał.

„Siedzę przy oknie i razem z całą cywilizowaną Europą popijam espresso. Czasem się troszkę wstydzę, ale nie bardzo” – brzmi jej pierwsze zdanie. Często mówił, że się czegoś wstydzi. Wstydził się udawać w szkole teatralnej i dlatego go wylali. Wstydził się swojego prowincjonalizmu, kiedy wyjechał z Polski. Wstydził się, że jest człowiekiem, podczas odsłonięcia pomnika w Jedwabnem. A ostatnio się wstydził, żeśmy spieprzyli ten świat. I że będziemy pieprzyć go dalej. Bo ludzie są ludzcy. Bóg – często to powtarzał – nie miał złudzeń co do ludzkiego charakteru, dlatego nie dał nam ostrych kłów i długich pazurów. Ale człowiek dał sobie z tym radę i wymyślił kałasznikowa.

Skundlona tragedia, uwznioślona farsa – tak widział świat, lubił przywoływać tę frazę.

Ostatnio wracał do powieści Josepha Conrada. Mówił: – Conrad zrobił wielkie halo, że Lord Jim uciekł z tonącego statku, powierzając kilkuset pielgrzymów bożej łasce. A teraz z uchodźcami to norma. Ironizował: – Bóg zesłał uchodźców jakby specjalnie dla nas. Żeby nam poprawić samopoczucie. Islamista, brudna kurwa, nam, Polakom, nie dorówna. Zawsze myśmy się gdzieś wpychali, emigrowali, błagali, żeby nas wpuścili. A teraz, nareszcie, my możemy nie wpuszczać. Jezu, jakie to jest przyjemne.

Bardziej od Ameryki, Francji czy Anglii interesował go Wschód. To, co się dzieje w Syrii, Turcji, Rosji i na Ukrainie. – Trwa rzeź, a my się zajmujemy ruchadłami leśnymi i innymi żołnierzami wyklętymi – grzmiał. Nad „kopaczami grobów” chciał się pastwić w szykowanej książce. Mówił: – Mam nadzieję, że uchodźcy będą w stanie wybaczyć to, co się z nimi wyprawia. Nawet te dzieci, które przechodzą przez takie piekło, przez jakie może ja przechodziłem, uciekając z matką z powstania warszawskiego. Mnie psychoanalityk w Ameryce powiedział, że to jest niemożliwe, żebym nie był ukształtowany przez wojnę.

– Mieszkaliśmy razem na Żoliborzu, chodziliśmy do jednej klasy, skakaliśmy wzwyż przez sznurek nad Wisłą i bawiliśmy się żołnierzykami. Był dosyć tajemniczy, jak teraz myślę – wspomina Tomasz Łubieński. – Niewiele było wiadomo o jego życiu. W szkole raczej nieśmiały, nie brylował. Czytał powieści indiańskie, ja historyczne. Stosunkowo późno, niedawno, dowiedziałem się, że przeżył powstanie. Wspomniał o tym kiedyś na jakimś pogrzebie, ale mówił, że nie miał traumatycznych przeżyć.

Miał. Coś tam wspominał w książce „Z głowy”, ale w swoim stylu, trochę frywolnie i jakby mimochodem. Dopiero niedawno przyznał, że jego pierwsze wspomnienia to trupy, trupy, trupy: – Z bliska widziałem, jak rozstrzeliwali. Trupy leżały na ulicach. Widziałem ludzi, co uciekali, i innych, co do nich strzelali. Jakąś kobietę gwałcono. Ktoś zraniony wpadł do ogromnej brytfanny ze smołą i się cały spalił.

Żartował, że nie ma pretensji do Niemców, mimo że zabili jego dziadka i babcię. Dziadka, Bronisława Rudzkiego – przedwojennego kompozytora i przedstawiciela firmy płytowej Columbia na Polskę – zgarnęli w łapance w 1939 r., zawieźli na Pawiak, w styczniu 1940 r. rozstrzelali w Palmirach. Babcię wzięli „do jakiegoś obozu koncentracyjnego”. Nie chciał o tym mówić: – Kochanie, nie pamiętam, to było dawno temu, co ja, kurwa, mogę pamiętać? Nie pielęgnuję takich wspomnień. Staram się zapomnieć.

Wojnę postanowił zamazać, ale z wiekiem temat chyba wracał. Nie bez powodu całe życie cierpiał na bezsenność i chodził w Ameryce do psychoanalityka. I nie bez powodu napisał „Good night, Dżerzi”. Pisząc o Jerzym Kosińskim, dziecku Holocaustu, pisał trochę o sobie.

Kosiński wcale nie był jego ulubionym pisarzem, ale Głowacki tak jak on miał swoje demony: – Sam się w życiu całkiem sporo naudawałem i ciekawiło mnie, jak on te coraz bardziej przylegające maski przymierza. I w którym momencie się zmienił w konika, na którym jedzie kreacja, pogania batem i galopuje, uciekając przed czasem przeszłym i teraźniejszym. I czy ma rację Auden, że jak się raz zacznie uciekać, to potem nie ma już ucieczki od ucieczki.

– Głowa nie lubił, nie potrafił się zwierzać. Ani właściwie przyjaźnić – opowiada Kazimierz Kutz. – Był skryty. To się wiąże z tym, co przeżył jako dziecko podczas okupacji. Trzymał ludzi na dystans. To nie był facet, do którego można było zadzwonić i poplotkować. Jeśli już się z czegoś zwierzył, było to zawsze niezwykłe. Normalny człowiek by powiedział 30 zdań, a jemu starczały dwa. Jak mówił trzecie, to uważał, że już przesadza, jakby grzeszył. Ze wstydliwości był taki skrótowy.

Najbliższa była mu „Mateczka”. Poświęcił jej piękny, całkiem poważny jak na niego rozdział w książce „Z głowy”. Helena Głowacka, z domu Rudzka (siostra aktora Kazimierza Rudzkiego), była absolwentką polonistyki i filozofii. Urodziła go w 1938 r., będąc po trzydziestce. Poród odbył się w Poznaniu, podobno przypadkiem, rodzice skądś dokądś jechali.

– Wyszła ze środowiska przedwojennej elity – mówi Kutz. – Głowa był w sensie duchowym skamandrytą, dzieckiem najlepszej polskiej kultury literackiej i kabaretowej. Trochę z Gombrowicza, trochę ze Słonimskiego. Matka, która po wojnie pracowała jako redaktorka w Iskrach i Czytelniku, szykowała go na kogoś takiego. Jego mentalność, poczucie humoru były usadowione w przedwojennej Warszawie. On właściwie nie miał innego wyjścia, jak zostać pisarzem.

Matka wielbiła Francuzów: Balzaka, Prousta, Stendhala, Flauberta. Gdy miał dziesięć lat i chorował, czytywała mu „W poszukiwaniu straconego czasu”. Wolał „Księgę dżungli”, przy Francuzach zasypiał. Ale to ona zaraziła go ambicją literacką i była wspólniczką jego młodości. Przepisywała mu pierwsze teksty na maszynie, lansowała go, chroniła i zawsze w niego wierzyła.

– Kiedyś ojciec Janka wziął nas obu na film „Fanfan Tulipan” dozwolony od lat 16, a my mieliśmy po 14. Janusza wpuścili, był wysoki, a mnie bileter zatrzymał – opowiada Łubieński. – Wtedy wkroczył pan Jerzy Głowacki: „Co pan będzie mi mówił, ja wiem, ile on ma lat!”. Obejrzeliśmy ten film z wypiekami, była tam scena erotyczna, w której Gérard Philipe patrzy z okna strychu w dół na biust Giny Lollobrigidy i mówi: „Widzę dolinę między dwoma uroczymi wzgórkami”. To była nasza inicjacja.

Głowacki nie miał z ojcem tak dobrego kontaktu jak z matką. Wprawdzie mieszkał z nimi, ale tak osobno trochę. Łubieński: – Pani Głowacka chodziła razem z moją mamą na wywiadówki do naszej nauczycielki, pani Liberowej, matki Antoniego Libery. Gdy tylko była mowa o Janku, na twarzy pani Głowackiej pojawiał się uśmiech. Zachwycała się nim. A on wyznawał wręcz kult matki. Stosunek do niej mówi o Janku najwięcej, tu widzę powagę jego życia i pewną tajemnicę. Bo on tak naprawdę był poważny, chociaż maskę ironisty nosił z wdziękiem.

Lwem towarzyskim został dopiero na przełomie lat 60. i 70., kiedy zaczął pisać opowiadania, felietony i scenariusze filmowe: „Polowanie na muchy”, „Rejs” (razem z Markiem Piwowskim) i „Trzeba zabić tę miłość” (jeden z ulubionych polskich filmów Martina Scorsese). O debiutanckim tomie opowiadań „Wirówka nonsensu” (1968) napisała paryska „Kultura”. Zaliczono go do listy młodych gwiazd, obok Hłaski, Stawińskiego i Nowakowskiego. Nazwano prozaikiem „czułym na problematykę moralną i język rówieśników”. Tytułową „wirówkę nonsensu” pożyczył Głowacki od Szpotańskiego, który zresztą w tym opowiadaniu występuje (jako Jan B.) i mówi, że to „taniec małp w społecznej próżni, w klatce, która nie wydaje żadnego rezonansu”. To ważne dla twórczości Janusza Głowackiego w ogóle. Cokolwiek by pisał, z tej wirówki nie wypadał.

Uważał, że głupota ludzka – podobnie jak miłosierdzie Boże – nie zna granic. Felietony, które publikował w tygodniku „Kultura” Janusza Wilhelmiego, to były metaforyczne szkice. Z braku wolności zrobił użytek: czego nie mógł krytykować, wychwalał do obłędu. Lubił zagłaskać kotka na śmierć.

Wydawałoby się, że życie felietonu jest krótkie, ale te Głowackiego jakoś się nie przeterminowały. Ich narratorem był człowiek ograniczony, za to pełen żarliwości i oddania partii. Propagandową powieść „Głupia sprawa” Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego o Marcu ’68 porównywał z wydanym po raz pierwszy w Polsce „Ulissesem”. Film „Prawdzie w oczy” Poręby – z „Czerwoną pustynią” Antonioniego. Kiedy wybuchła nagonka, żeby nie powierzać roli Kmicica Danielowi Olbrychskiemu, przekonywał, że aktorów powinien wybierać nie reżyser (to kapitalistyczny nawyk), ale naród – więc Kmicica mógłby zagrać Kloss. A pisząc o demonstracji sił fryzjerskich bloku socjalistycznego, martwił się, czy nie zagubiony zostanie „narodowy charakter naszych fryzur”.

Jedna z definicji wolności głosi, że to możliwość picia nieograniczonej ilości wódki. Głowacki przekonywał więc nie tylko, jak żyć, ale i jak pić: „Nie mieszać, nie bełtać, nie zakąszać trawą, po każdym litrze robić 15 minut przerwy, pamiętając, że mamy tylko jeden organizm”. Ogłaszał konkursy na odnalezienie w tekście haseł szkodliwych i głęboko szkodliwych oraz słusznych i jedynie słusznych, a były to hasła w stylu: „Wróg śpi, bo ma mieszkanie” albo: „Donieś dzisiaj, co miałeś donieść jutro”. Pisał o królu Pergamonu (to o Gierku było), który bardzo liczył się ze swoim zdaniem, spotykał się sam ze sobą, zadawał sobie pytania i udzielał na nie odpowiedzi. W ten sposób wilk despotyzmu był syty i owca demokracji cała. Albo o tym, że każdy Hun już w piątym roku życia musiał znać wymowę imienia swojego wodza Attyli i skandować je w biegu. I przytaczał słowa umierającego wodza, który mówił: „Chłopaki, pokażcie tym pedałom”, wskazując ręką na południowy zachód.

Wchodząc na coraz to wyższe piętra absurdu, bywał opacznie rozumiany, co komentował: – Zrobienie kariery w oparciu o czytelników, którzy cenią mnie, gdyż wszystko, co piszę, zrozumieli odwrotnie, wydaje mi się propozycją świeżą i zbyt kuszącą, abym z niej łatwo zrezygnował.

Henryk Bereza mówił, że kiedy Głowacki uzyskał prawo siadania przy jego stoliku w SPATiF-ie, „więcej niż z innymi gadaliśmy o jego twórczości, zwłaszcza felietonowej”, bo one miały „bardziej artystyczny charakter niż niektóre jego teksty jak gdyby z założenia artystyczne”.

Z Berezą przyjaźnili się i mieli komitywę literacką. – Heniowi dawałem do czytania wszystko, co napisałem. Był może nawet dla mnie za wielkim autorytetem – mówił Głowacki. Bereza miał pretensje, że w jego opowiadaniach jest za mało metafizyki. Za utwór wielkiej wagi uważał transowy „Raport Piłata”. Łubieński: – To jego najmniej ironiczne opowiadanie. Apokryf. Opowieść zbudowana na Biblii, dziejąca się w komisariacie milicji. Wspaniała, uniwersalna, z żargonem, kolejny dowód na doskonały słuch językowy Głowackiego.

W latach 70. wypracował sobie wizerunek playboya, który chodzi po Nowym Świecie w rozpiętej koszuli, z gołą klatą i trochę niepoważnie pisze.

– Czasami robiłam z Januszem zakupy ubraniowe – opowiada Krystyna Kofta. – Lubił białe koszule. Wszystko, co kupował, musiało być za duże, luźne. Dbał o formę, dużo pływał. Kiedyś mu mówię: „Plotkują, że wspinasz się po plecach kobiet”, a on: „Wiesz, Krysiu, strome i śliskie są plecy kobiet”. Mówi się tylko, że Głowacki to był playboy. A on myślał np. o tym, że „jest taki poeta, biedny, chory i wiesz, Krysiu, on spodni nie ma, może byśmy mu kupili”. Kiedyś jedliśmy obiad, przyszła dawna redaktorka z czasów komuny, niezbyt lubiana za dawne grzechy, i do mnie: „Pani tak ładnie je”. Janusz z miejsca kupił jej obiad. Okazało się, że często głodowała. Taki był. Kiedy udało mu się wynająć mieszkanie w Londynie, dzwonił i namawiał: „Uciekaj, przyjeżdżaj z całą rodziną, zmieścimy się”. Ludzie go nie znają. Miał swoją mroczną stronę. Żartował, że „Z głowy” to same kłamstwa są.

Kutz: – Lubił być podziwiany i miał status amanta, ale to był jego pancerz ochronny. Dziewczyny strasznie na niego leciały. Korzystał z tego, ale bez przesady. Sam wcale tak bardzo nie uwodził, nie prowadził sklepu erotycznego. Miał taką ujmującą nieporadność, która stała w sprzeczności z jego wspaniałą męską urodą. Uczuciowo był skomplikowany. Nieprzystępny. Miał tylko dwie żony. Ta życiowa łapczywość – charakterystyczna dla wybitnych ludzi, którzy cudem przeżyli wojnę – polegała także na tym, że on w pewnej chwili postanowił zostać pisarzem światowym. Chciał być sławny. Całe jego życie było wielkim wysiłkiem, żeby wyjść z polskiego prowincjonalizmu. Los sprawił, że znalazł się w Ameryce, gdzie harował nieludzko, żeby wypłynąć. Także w tym Kosiński był mu bliski. Nauczył się tam metod chodzenia za własnym interesem artystycznym. Swoim talentem – nie tylko pisarskim, ale i dbałością o autoreklamę – przekroczył granicę sukcesu.

O jego życiu zdecydował „Kopciuch”, sztuka, która w Polsce mało komu się podobała (chociaż Kisiel napisał, że to polski „Lot nad kukułczym gniazdem”), a w 1981 r. miała premierę w Royal Court Theatre w Londynie i do dzisiaj jest na świecie wystawiana. Gdy Głowacki pojechał do Anglii zobaczyć próby, wprowadzono stan wojenny. Przez następne lata miał okazję zrozumieć, co znaczy być uchodźcą. W Warszawie zostawił matkę, dwuipółletnią córkę Zuzię i późniejszą żonę Ewę Zadrzyńską. Miał dżinsy, dwie koszule i 20 funtów. Do Stanów, skąd przyszła propozycja prowadzenia kursów o Kafce, Czechowie i Dostojewskim w Bennington College, pojechał z kompleksem prowincji maskowanym pychą. Bał się i pocieszał: „Janek, co się przejmujesz. Jedziesz do dzikiego kraju, w którym nikt nawet nie wie, kto to jest Himilsbach”.

Ameryka go zweryfikowała. Na początku był na dnie, potem blisko szczytu. Pisał o sobie: „W Nowym Jorku w jednej chwili przestał istnieć Głowacki playboy, środowiskowy pisarz, przewrotny felietonista i ozdoba przyjęć. Narodził się przestraszony, źle mówiący po angielsku nieznany pisarz bez pieniędzy”. O przysługę prosił ludzi, których prosić nie powinien. Oczywiście odmawiali. Z Josifem Brodskim miał śmieszne spotkanie. Umówili się w kawiarni w Greenwich Village i Brodski mu powiedział: „Janusz, czuję, że odniesiesz wielki sukces, w tobie jest coś wspaniałego, nie potrzebujesz pomocy, wierzę w ciebie. Zobaczysz, będzie fantastycznie”. Głowacki wyszedł szczęśliwy z tego spotkania; dopiero po chwili zrozumiał, że wielki poeta właśnie go spławił.

Uczył na Uniwersytecie Columbia, chodził po przyjęciach i stosował się do zasady „noś przy sobie jeden egzemplarz swojej sztuki albo scenariusza i pamiętaj, nie jesteś tu dla przyjemności, bądź kurewsko atrakcyjny, nie upijaj się ponuro, śmiej się głośno i opowiadaj dowcipy”. Oszczędzał na metrze i brał meble wystawiane na ulice. Chodził po parku i patrzył na bezdomnych, co zaprocentowało dramatem „Antygona w Nowym Jorku”, który Jan Kott uzna za jedną z najważniejszych polskich sztuk i o którym napisze: „Zobaczyłem niespodziewanie serce Janusza”.

O tym, jaką cenę zapłacił za Amerykę, najwięcej jednak mówi autobiograficzne „Polowanie na karaluchy” – o parze emigrantów, którzy stracili wszystko poza akcentem. Byli sławni, są pogubieni. O biedzie, strachu, okłamywaniu siebie i bezsenności. – To był temat na ponury dramat, więc napisałem komedię – mówił. Za Beckettem powtarzał, że nic nie jest tak śmieszne jak nieszczęście.

Po dwóch latach przyjechały żona i córka. Joseph Papp, największy producent na Broadwayu, zdecydował się wystawić „Kopciucha”, reżyserował John Madden („Zakochany Szekspir”), a grał Christopher Walken („Łowca jeleni”). Pieniądze zaczął Głowacki zarabiać w drugiej połowie lat 80., po wystawieniu „Polowania na karaluchy” w reżyserii Arthura Penna („Bonnie and Clyde”) z Malcolmem McDowellem („Mechaniczna pomarańcza”).

– Głowa przeniósł swoją doniczkę z kwiatem z Warszawy do Nowego Jorku – mówi Kutz. – I umiał wejść w tamto środowisko. Wszystko temu podporządkował. Był bardzo pracowity, chociaż wyglądał na lowelasa. Odnalazł tam jakiś rodzaj wolności, ale w pewnej chwili to się skończyło. Wrócił. Opowiadał mi dlaczego – że to ze strachu. Jak te dwa samoloty pierdolnęły w WTC, to jemu runęła ta wolna Ameryka. Uciekł z powrotem do Warszawy, na Bednarską, do mieszkania na Mariensztacie po rodzicach.

I znowu zaglądał do Czytelnika i Bristolu, gdzie znajomy pianista grał mu „As Time Goes By” z jego ulubionego filmu „Casablanca”. Żegnał po kolei Holoubka, Łapickiego, Berezę, Konwickiego. Mówił, że wszyscy wokół niego już powymierali i przy stolikach siedzą duchy: – Ci, co ich nie ma, są obecni. Jakby idą ze mną. Szalenie realni. Żeby jednak nie wypaść zbyt sentymentalnie, dawał receptę, jak żyć – wziętą od Himilsbacha: trzeba dużo pić i jebać, żeby się z nędzy wygrzebać. Ostatnio między jednym żartem a drugim rzucił, żeby – jak umrze – napisać o nim jakieś ciepłe słowo.

– Ludzie lubili go za jego wolność, niezależność, brak chamstwa – mówi Kutz, jeden z ostatnich z ekipy Czytelnika. – On zgorzkniał trochę po „Wałęsie”. Mnie się wydawało irracjonalne, że pracował z Wajdą. Nie przystawali do siebie.

No, ale Wajdzie się nie odmawia. Głowacki był zresztą w stoczni w 1981 r. podczas strajku, pojechał tam z Łubieńskim – z ciekawości. Napisał potem powieść „Moc truchleje” – o Ufnalu, który tak wszystkim ufał, że został agentem SB; tragifarsę w swoim stylu, lubił bohaterów żałosnych raczej. Dlatego, jak mówi Kutz, przy „Wałęsie” Głowacki był umordowany: – Biadolił, że co napisze, Wajda mu wyrzuca i zamawia coś nowego. Chciał nakręcić człowieka z mitu, a Głowa wolałby zrobić z Wałęsy człowieka prawdziwego, również śmiesznego. Miał narastające poczucie poniżenia.

Kutz od dawna miał teorię, że Głowa jest wrażliwą dziewczynką. Dzisiaj precyzuje: – Taką, co to jest gotowa do utraty dziewictwa, ale strasznie się boi. Nie wie, dać czy nie dać. Powiedzieć czy nie. Stąd ta jego nieśmiałość i mówienie skrótami.

Sam Głowacki chętnie się widział w takiej roli, a nawet to pole poszerzał: – Mógłbym być kombinacją Królewny Śnieżki, Ryszarda III, Otella, Aloszy Karamazowa i Skąpca. I przyznawał: – Szczerze to ja nic nie mówię.

Ojciec dał mu przed śmiercią kilka kiepskich rad, ale jedna była dobra: „Nigdy się, Janku, nad sobą publicznie nie roztkliwiaj”. Tego się do końca trzymał. Jest takie zdanie z Babla, które bardzo lubił: „Benia mówi mało, ale on mówi smacznie. On mówi mało, ale człowiek ma chęć, żeby on jeszcze coś powiedział”.

Janusz Głowacki zostanie pochowany na Powązkach Wojskowych (prawdopodobnie 11 września)

Korzystałam z moich rozmów z Januszem Głowackim z 2016 i 2017 r. i książek „Dżanus. Dramatyczne przypadki Janusza Głowackiego” Elżbiety Baniewicz i „Końcówki. Henryk Bereza mówi” Adama Wiedemanna i Piotra Czerniawskiego

Krzysztof Varga – Tańczymy la-ba-da, czyli kazanie Janusza Głowackiego przeciw Francji „Gazeta Wyborcza” 11 września 2017

z22251529V,Janusz-Glowacki.jpg

Ludzie starzeją się, chorują i umierają, umieranie to jest całkiem popularna przypadłość, ale to przecież nie dotyczy Janusza Głowackiego.

Kiedy zmarł nieoczekiwanie Janusz Głowacki, podniosły się głosy, że co jak co, ale śmierć Głowackiego nie jest możliwa, ponieważ akurat Głowacki nie był nigdy brany pod uwagę jako potencjalny zmarły. I w głosach tych, na pozór jedynie rytualnych, ujawniła się cała prawda – owszem, ludzie starzeją się, chorują i umierają, umieranie to jest całkiem popularna przypadłość, ale to przecież nie dotyczy Głowackiego.

Przy okazji każdej śmierci znanego artysty wykrzykujemy, iż to niemożliwe, ale w przypadku Głowackiego szok był jak najbardziej autentyczny: człowiek jest żywą legendą w Polsce, jest nieśmiertelną sławą w Ameryce, a nagle umiera w Egipcie – niedorzeczność.

Przyjaciele po śmierci sznurem

Naturalnie po pierwszym szoku świat zalały wspomnienia o Głowackim, gdzie częściej o jego legendzie, ironii, przystojności oraz amerykańskim sukcesie pisano niż o jego książkach, osobliwie zaś poczęły się namnażać osobiste wyznania, z których jasno wynikało, że Głowacki autora tekstu o Głowackim niezwykle cenił, zasmuconego autora wspomnień wybitnie szanował, tudzież w autorze pośmiertnych opowieści widział największy talent polskiej kultury. Jako że osobistych relacji z Głowackim nie miałem, prócz dwóch, trzech przelotnych spotkań, nie podaję tu barwnych anegdot, ale sięgam po książki Głowackiego.

Janusz Głowacki umiał grozę połączyć z groteską

Zabrałem się do zajadłej lektury wyboru opowiadań „Sonia, która za dużo chciała”, bodaj ostatniego wydawnictwa z krótkimi prozami Głowackiego, zawierającego zarówno rzeczy nowsze, amerykańskie, jak i najmocniejsze klasyki, w złotej epoce schyłkowego Gomułki i szczytowego Gierka pisane. Śmierć Głowackiego tym bardziej zdaje się absurdalna, im bardziej czytam te zabójczo zabawne groteski o Peerelu i widzę, że teraz to by mógł dopiero pisać; jakby napisał w ostatnich latach nowe opowiadania Głowacki, to by były może jeszcze lepsze niż te stare. Czytając ostatnią jego książkę, opowieść o tym, jak tworzył dla Wajdy scenariusz filmu o Wałęsie, najpierw spadłem z łóżka, a następnie tarzałem się po podłodze w konwulsyjnym śmiechu, ale i teraz dostałem skrętu kiszek, rżąc przy „My sweet Raskolnikow” – to jest mocniejsze, niż było jeszcze 30 lat temu, to jest przerażająco zabawne i rozpaczliwie śmieszne. Umieć grozę połączyć z groteską jest zadaniem na Ligę Mistrzów, trzeba mieć do tego – uwaga, mówię coś szokującego! – talent. A talent Głowackiego jest niebosiężny i zadziwiająco trafia w obecny nastrój, choćby naszej heroicznej walki z Francją. Przywołuję zatem „My sweet Raskolnikow”, gdzie genialny młody polski reżyser Rysiek, będąc w Paryżu na przyjęciu i zjadłszy pierwej wszystko, co było do zjedzenia, oraz wypiwszy wszystko, co było do wypicia, z taką oto płomienną i patriotyczną, a wycelowaną we Francuzów tyradą występuje: „Kto się tu za was narażał i ginął? A osłaniał odwrót Napoleona? A powstaniami odciągał od was Rosję i Prusy? A czyje ryngrafy, Sobieski za kogo, za czyje sprawy błonia zakwitały konnicą? Za kogo poszły szwoleżery, a najgęściej ginęły chłopy? A szumiały orły chorągwiane? A Niemcy z góry, a my cały ogień na siebie. I nigdy, jak tu stoimy, ja i mój kolega Janek, wielki pisarz o jakim nawet wam się nie śniło… Otóż chciałem wam powiedzieć, że jest taki drobiazg, że nigdy nam się nie wypłacicie, ani jako narodowi, ani osobiście, wszystkimi waszymi małżami, ostrygami, sałatami, szampanami. Co wy wiecie? O życiu? O naszym pokoleniu?”.

Gdyby dzisiaj ktoś tak wzniosłą i przejmującą tyradę przeciw Francji i o wielkości naszych bohaterskich krzywd wygłosił, to by od razu mógł zostać przynajmniej wiceministrem, obojętnie jakiego resortu. Zaraz po przeczytaniu tego fragmentu, wzmożony dodatkowo nawoływaniem przez moją koleżankę ze studiów Joasię Lichocką do bojkotu francuskich serów, natychmiast wyrzuciłem ze swej lodówki francuski kozi, a przecież tani nie był.

Janusz Głowacki, spec od peerelowskich miłości

Nie tylko jednak słuszna złość, ale i malowana w opowiadaniach miłość miała swój smak. Zazwyczaj była to żarliwa miłość prostego robotnika do żony inżyniera bądź do działaczki organizacji partyjnej, jak w przejmujących prozach „Kuszenie Czesława Pałka” oraz „Coraz trudniej kochać”, gdzie zresztą kobiety były zaborcze i namiętne, a mężczyźni nieco spłoszeni i niezbyt nowocześni, jeśli idzie o te sprawy. Młodszym czytelnikom trudno pewnie będzie plastycznie wyłożyć wyjątkowość tamtych miłości peerelowskich, ale spróbuję: proszę sobie wyobrazić współczesną opowieść o wzniosłym uczuciu działacza powiatowego do niedostępnej, ale kuszącej, powiedzmy, rzeczniczki partii rządzącej, i namiętność do jej słów, twardych jak stal, lecz wypowiadanych zmysłowym głosem.

U Głowackiego nawet, że tak to ujmę, tradycja taneczna zdaje mi się aktualna. Daje nam wszak pisarz w „Nowym tańcu la-ba-da”, obłędnym opisie sylwestrowej zabawy, uwspółcześnioną odmianę tańca chocholego z „Wesela”. Głowacki po Wyspiańskim i Konwickim po wątek taneczny sięgnął, wszak pamiętamy, jak Konwicki w filmie „Salto” pokazał nowy polski taniec, ten lunatyczny ruch, tę oniryczną maniackość, to szaleństwo w zwolnionym tempie, ten zbiorowy obłęd śpiących ludzi. „La-ba-da” zaś, żeby dobrze tańczyć, trzeba „bardziej kołysać się w biodrach, ograniczyć ruchy nóg, ręce wyrzucać na boki” – zdaje mi się, że w Polsce coraz więcej osób la-ba-da tańczy w amoku. Nie bowiem polonez, oberek czy mazur są naszymi tańcami narodowymi, ale właśnie taniec chocholi, salto oraz la-ba-da.

Stephen Hawking (8.01.1942 – 14.03.2018) Piotr Cieśliński – „Gazeta Wyborcza” 29 października 2018

Stephen-Hawking.jpg

Najsłynniejszy fizyk na świecie, badacz Wielkiego Wybuchu i czarnych dziur. Ostatnim naukowcem, któremu media poświęcały tyle uwagi, był Albert Einstein.

Był najdłużej żyjącym pacjentem ze stwardnieniem zanikowym bocznym (ALS). Choroba trwale uszkadza neurony w mózgu i rdzeniu kręgowym, które kontrolują ruch kończyn, przełykanie, a nawet oddychanie, co stopniowo prowadzi do całkowitego paraliżu. Ale nie sprawia bólu, oszczędza świadomość, emocje i zdolności umysłowe. ALS jest chorobą nieuleczalną i w dużym stopniu zagadkową. Zdecydowana większość chorych umiera najpóźniej po pięciu latach od diagnozy. Hawking został zdiagnozowany, gdy kończył studia w wieku 22 lat, ale choć choroba stopniowo go unieruchamiała, zdążył zrobić doktorat, dwa razy się ożenić i rozwieść, miał troje dzieci, doczekał starości.

Powszechnie uchodził za geniusza, zresztą gwiazdy zdawały się od początku wróżyć mu wielkość. Urodził się dokładnie 300 lat po śmierci Galileusza (godne zauważenia jest też to, że zmarł dokładnie w rocznicę urodzin Alberta Einsteina!). Został profesorem matematyki słynnej Katedry Lucasa w Cambridge, którą wcześniej objął sam Isaac Newton.

Chyba jedynym z zaszczytów, jaki go ominął, była tylko Nagroda Nobla. Hawking nigdy nie dostał tego wyróżnienia, ale Komitet Noblowski jest znany z tego, że rzadko nagradza wyłącznie teoretyczne dokonania, które nie zostały sprawdzone eksperymentalnie. A do takich należą przełomowe prace Hawkinga.

Jeszcze na przełomie lat 60. i 70. XX w. wraz z Rogerem Penrose’em pokazał, że z teorii Einsteina wynika, iż Wszechświat musiał mieć początek. Zaraz potem Hawking wykazał, że czarne dziury nie są wieczne – parują i z czasem, choć niezwykle powoli, znikają. Parowanie czarnych dziur to promieniowanie cieplne, które już na zawsze nazywane będzie „promieniowaniem Hawkinga”.

Ten wynik przyniósł mu wielką sławę, ale tylko w gronie fizyków. Sławę celebryty uzyskał dopiero po napisaniu naukowego bestselleru wszech czasów, czyli ‚”Krótkiej historii czasu’” (1988), która do dziś została sprzedana w blisko 10 mln egzemplarzy.
W pracy naukowej Hawking polegał przede wszystkim na intuicji. Najpierw zgadywał, jaki powinien być wynik, a dopiero potem starał się to udowodnić na papierze. Nie był nieomylny. Przeciwnie – błądził, wielokrotnie zmieniał zdanie, i to w swoich najgłośniejszych teoriach. Swego czasu na gruncie teorii Einsteina udowodnił konieczność istnienia osobliwości, a więc tego, że Wszechświat miał swój początek w czasie i przestrzeni, ale wiele lat później wykazał, że w świetle teorii kwantowej to nie jest prawdą. Teraz uważa, że Wielki Wybuch nie stanowi żadnej szczególnej i nieprzekraczalnej granicy, Wszechświat przypomina węża zjadającego własny ogon i nie musiał mieć żadnego początku. Podobnie o 180 stopni zmienił przekonanie, że wszystko, co wpadnie do czarnej dziury, zniknie i wyparuje bez śladu. Po latach uznał, że informacja zostaje zapisana w postaci holograficznego wzoru na powierzchni horyzontu czarnych dziur i stopniowo ucieka na zewnątrz.

Wszystko, co dotyczyło Stephena Hawkinga, natychmiast stawało się wiadomością dnia. Tak było, kiedy trafił do szpitala z zapaleniem płuc, rozwodził się z drugą żoną czy potrącił go samochód, wyrzucając z inwalidzkiego wózka na środek drogi (skończyło się na paru siniakach). Kiedy kilka miesięcy temu Uniwersytet Cambridge udostępnił w sieci pracę doktorską Hawkinga, strona uczelni została sparaliżowana przez tłumy zainteresowanych.

Powstawały fankluby Hawkinga, nie mówiąc już o takich znakach popularności jak T-shirty czy kubki z fizykiem na wózku. Uczonym zainteresowało się także Hollywood – w 2014 r. powstał film „Teoria wszystkiego”, poruszająca historia o jego życiu.
Ostatnio nie był już w stanie poruszyć nawet palcem. Porozumiewał się za pomocą grymasu policzka, który wychwytywał czujnik zamocowany na oprawce okularów. W ten sposób wybierał słowa z listy przesuwającej się po ekranie komputera i mozolnie komponował zdania, a potem jednym skrzywieniem policzka wysyłał je do syntezatora, który mówił za niego charakterystycznym komputerowym głosem.

Wciąż także próbował przełamywać kolejne bariery. Niedawno zaakceptował zaproszenie do lotu w kosmos. Czekał na to od 2007 r., kiedy to przez kilkadziesiąt sekund doświadczył stanu nieważkości w locie parabolicznym na pokładzie samolotu.
Nie wierzył w Boga, był ateistą przekonanym, że nie ma nieba ani życia po śmierci, że to „bajeczka dla ludzi, którzy boją się ciemności”.

Janusz Głowacki (13.09.1938 – 19.08.2017) Michał Wilgocki, Maciej Bednarek, Donata Subbotko – „Gazeta Wyborcza” 1 listopada 2017

Janusz-Glowacki.jpg

Pisarz i dramaturg, współautor scenariusza „Rejsu”, scenarzysta „Polowania na muchy” i „Wałęsy. Człowieka z nadziei”. Wielokrotnie nagradzany w Polsce i za granicą, gdzie wystawiano jego sztuki, w tym najsłynniejszą – „Antygonę w Nowym Jorku„.

Nie mówił niczego wprost. O sobie właściwie wcale. I w prozie, i w rozmowie uciekał na piętra wyższe, gdzie mieszka absurd. W finezyjny żart, pikantną anegdotę, ożywcze porównania. Lubił skrót, metaforę i językowy ping-pong. Jeśli piłeczka zgrabnie mu się odbijała, było trochę chichotu. Ale takiego czechowowskiego, najmądrzejszego na świecie.

Janusz Głowacki urodził się w Poznaniu. Studiował aktorstwo na PWST w Warszawie, a także historię i filologię polską na UW. Debiutował w 1960 r. opowiadaniem „Na plaży”. Na przełomie lat 60. i 70. rozpoczął działalność jako scenarzysta.

Był współautorem scenariusza kultowego filmu „Rejs” (1970), autorem scenariuszy „Polowania na muchy” (1969, reż. Andrzej Wajda), „Trzeba zabić tę miłość” (1972, reż. Janusz Morgenstern). Po latach napisał scenariusz „Wałęsy. Człowieka z nadziei” (2013), a przy okazji książkę „Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”.

Stan wojenny zastał go w Londynie, gdzie pojechał na premierę swojej sztuki „Kopciuch”. Zdecydował się pozostać za granicą, wyjechał później do Stanów Zjednoczonych. Uwagę zagranicznych krytyków przykuła jego sztuka „Polowanie na karaluchy”, a największym sukcesem okazała się „Antygona w Nowym Jorku”. Te sztuki, także „Fortynbras się upił” i „Czwartą siostrę”, wystawiano na całym świecie.

Opublikował zbiory opowiadań: „Wirówka nonsensu”, „Raport Piłata”, „My sweet Raskolnikow”, felietonów – „W nocy gorzej widać”, „Powrót Hrabiego Monte Christo”, „Jak być kochanym” – oraz powieści: „Moc truchleje”, „Good night, Dżerzi”.

W grudniu 2016 r. zapytany, dlaczego pisze, odpowiedział: – Bo to umiem robić najlepiej. Niedawno w Rawie Mazowieckiej widziałem psa myśliwskiego krótkim drutem przywiązanego do budy. On się na pewno minął z powołaniem.

Z kolei zapytany, czego szuka w literaturze, mówił: – Żeby ktoś zupełnie inaczej opowiedział o tym, co wszyscy wiedzą. Andriej Płatonow jest takim pisarzem nieprzewidywalnym. Zdanie zaczyna się spacerowo, a kończy saltem. Powieść „Szczęśliwa Moskwa” gorąco polecam.

Mało kto wiedział, że od jakiegoś czasu chorował. Świetnie to ukrywał. Trzymał fason. Tradycyjnie nie odbierał też telefonów, oddzwaniał wtedy, kiedy miał siłę pożartować. Do kawiarni Czytelnika już nie przychodził. Wcześniej, jeśli wpadł na obiad, to najchętniej siadał sam. Czasem z przyjaciółmi, ale coraz rzadziej.

„Janusz Głowacki był ważną i całkowicie odrębną osobowością w polskiej kulturze i w polskim życiu publicznym. Pisał znakomicie. Jego sarkazm, ironia oraz uroda języka powodowały, że głos miał zawsze wolny i wolność ubezpieczający. W swoim pisarstwie był nonkonformistą, a jednocześnie obrońcą godności polskiego pisarza. Nigdy nie zamieszkał w żadnej grupie i w żadnej koterii. Przyznawali się do niego rozmaici ludzie i rozmaici będą chcieli go sobie przywłaszczyć. Ale Janusz na zawsze pozostanie odrębnym, suwerennym głosem Polski rogatych dusz i błyskotliwej inteligencji. Polska wolność poniosła wielką stratę” – napisał po śmierci Głowackiego Adam Michnik.

Ostatnia książka Janusza Głowackiego „Bezsenność w czasie karnawału”. Notatki z ostatniej chwili – „Gazeta Wyborcza” Dariusz Nowacki 23 października 2018

Mural-Andrzeja-Pagowskiego-w-Lodzi--I-jak-tu-zyc-b.jpg

Mural Andrzeja Pągowskiego w Łodzi ‚I jak tu żyć bez głowy? ‚ w hołdzie Januszowi Głowackiemu


Chęć nawiązania do słynnego tomu „Z głowy” jest zrozumiała, szkic warszawskiej powieści intryguje, a oniryczne wstawki są świetne. „Bezsenność w czasie karnawału” nigdy jednak nie zaspokaja czytelniczego apetytu.

Na lekturę tych skromnych zapisków wystarczą trzy kwadranse. Zostały wydobyte z papierów pośmiertnych (Janusz Głowacki zmarł nagle w sierpniu ubiegłego roku), opracowane przez wdowę po pisarzu, opatrzone wzruszającym epilogiem napisanym przez córkę Zuzę Głowacką. Wprawdzie ów memorialny kontekst usztywnia język, ale nie godzi się kłamać, mówiąc, że „Bezsenność w czasie karnawału” to publikacja ważna czy wartościowa.

W zapiskach Głowackiego wyśledzić można ledwie naszkicowany projekt powieściowy. Oparty na sprawdzonym i podejmowanym dziesiątki razy koncepcie (od „Małej apokalipsy” Konwickiego po „Masakrę” Vargi). Chodzi o dość chaotyczną wędrówkę głównego bohatera po śródmieściu Warszawy. Ma się z niej wyłonić obraz współczesności, a przy okazji utrwalone ma zostać samopoczuciewędrowca. Nie muszę chyba dodawać, że niezbyt zadowolonego z siebie i świata, który go otacza.

Mistrz anegdoty się powtarza

Jednocześnie „Bezsenność…” została pomyślana jako kontynuacja „Z głowy”, tomu prozy wspomnieniowej wydanego 14 lat temu. To bez wątpienia najchętniej czytana w nowej Polsce książka Głowackiego, rzecz po prostu przebojowa. A więc znów anegdotki i żarciki, nawet te wielokrotnie podawane wcześniej (greps o skąpstwie JulianaStryjkowskiego i parapecie, na którym z głodu umierają gołębie, słyszałem bodaj pięć razy). Ponownie Himilsbach z Maklakiewiczem – znacie, to poczytajcie.

Chęci nawiązania do żartobliwego „Z głowy” nie należy się dziwić. Co tu wiele gadać – w XXI wieku Janusz Głowacki doświadczył kryzysu uznania. Dramatopisarstwo po „Czwartej siostrze” (1999), a zwłaszcza po źle przyjętych polskich premierach tej sztuki, całkowicie zarzucił. Jego niewielka powieść „Ostatni cieć” (2001) została przyjęta z rezerwą, nieco ambitniejsza wypowiedź prozatorska („Good night, Dżerzi”, 2010) też nie była, delikatnie mówiąc, rozpieszczana.

Natomiast barwne anegdoty z przeszłości – tematycznie związane z życiem PRL-owskiej bohemy oraz trudnymi początkami pisarza w Nowym Jorku – zawsze się sprawdzały. Nie tylko w głośnym tomie „Z głowy”, lecz przede wszystkim w setkach wywiadów prasowych i telewizyjnych. W przestrzeni medialnej Głowacki czuł się jak ryba w wodzie, a my zawsze – nie bądźmy niewdzięcznikami – mogliśmy pochichotać.

Co jeszcze mógł nam dać

Są w „Bezsenności w czasie karnawału” rewelacyjne zawiązki fabuł. Nawet kilka akapitów, bo o takiej objętości trzeba tu mówić, wyostrza czytelniczy apetyt, który niestety nigdy nie zostanie zaspokojony. Mam na myśli wstawki oniryczne i wizyjne będące poniekąd konsekwencją tytułowej bezsenności. Te miejsca, w których Głowacki zrywa z dyskursem realistycznym, są świetne i naprawdę wielce obiecujące.

Ale też poniekąd odwrotnie: realistyczna, oparta na przenikliwych obserwacjach powieść obyczajowa również – by tak rzec – mogła się Głowackiemu napisać. Zwłaszcza o Nowym Jorku oglądanym z poziomu trotuaru przez bohatera z kilkoma dolarami w kieszeni (rewelacyjna miniaturowa notacja „Spacerek po 42. Ulicy”).

Tak więc lektura tych zapisków wpędza nas w melancholię, nie pozwala zapomnieć o stracie i pustce. Rzecz jasna, nie ma pewności, że Janusz Głowacki raz jeszcze by nas uwiódł czy zachwycił, ale przecież szansa na to była. Świadczy o niej „Bezsenność w czasie karnawału”.

Janusz Głowacki „Bezsenność w czasie karnawału”, wyd. W.A.B., Warszawa

Ocena: 3/5

Janusz Anderman: Polacy to nie jest naród zły, ale rozlazły [ROZMOWA] Donata Subbotko „Gazeta Wyborcza” 17 października 2015

Janusz-Anderman photo.jpg

– Nam się zdaje, że myślimy sercem, co jest niemożliwe, bo do tej czynności używa się mózgu – mówi Janusz Anderman. Właśnie ukazała się jego nowa powieść „Czarne serce” o Polsce smoleńskiej – i nie tylko.

Donata Subbotko: Kto zwariował: ci czy tamci?

Janusz Anderman: Jedni drugich próbują wepchnąć w szaleństwo.

A może normalność jest względna?

– Nie sądzę. Ale jeśli są dwie grupy, które nawzajem uważają się za wariatów, trudno udowodnić, która jest która.

Jesteśmy krajem wariatów?

– Co nieco. To, co się u nas dzieje, jest jak kłótnia wariatów w zakładzie zamkniętym, gdzie Napoleon krzyczy do drugiego Napoleona, że jest wariatem – i kto ma rację? Pewnie psychiatra, choć i to nie jest pewne.

Ci, u których zdiagnozuje szaleństwo, zawsze mogą go wyzwać od wariatów.

– Znałem taki szpital, największy oddział dla alkoholików w PRL-u, było w nim dwa tysiące pacjentów alkoholików i dwóch lekarzy, ale oni też byli alkoholikami.

Pan tam leżał?

– Nie, skąd, dlaczego? Lekarz postanowił, że założy tam kabaret, który będzie dla pacjentów formą terapii, i przez znajomych zamówił u mnie scenariusz, proponując mi za to jakąś olbrzymią sumę. A potem się okazało, że oni tam wcale nie są takimi wariatami, bo powiedzieli, że nic nie zapłacą.

Czyli to pan okazał się wariatem?

– Trudno ocenić, bo w końcu zapłacili połowę. Wygląda jednak na to, że normalność jest względna.

Żeby napisać swoją najnowszą powieść „Czarne serce” – o Polsce nie tylko smoleńskiej – chodził pan po Krakowskim Przedmieściu?

– Tak, krążyłem tam właśnie z myślą o książce.

A nie z serca?

– Sercem to można było być tysiące kilometrów od Krakowskiego Przedmieścia i przeżywać to, co się wydarzyło. Nie na manifestowaniu to polega.

To może chociaż usłyszał pan tam bicie serca swojego narodu?

– Serca dotkniętego arytmią. I bełkot, z miesiąca na miesiąc coraz bardziej zadziwiający. Na początku wszyscy byli w szoku i rozpaczali nad tym, co się stało, potem smutek i zaduma obrosły nienawiścią. Stali bywalcy Krakowskiego poczuli się pewnego rodzaju kombatantami. Byli hołubieni, codziennie mieli po kilka stron w „Gazecie Polskiej” czy „Naszym Dzienniku”, udzielali wywiadów, można ich było filmować i fotografować. A kiedy po latach zauważyli, że już nikt nie zwraca na nich uwagi, machnęli ręką, wyszli z tego namiociku pod Ministerstwem Kultury i się rozpłynęli.

Zdążył się pan od nich dowiedzieć, dlaczego Komorowski, Tusk i Ruscy zabili nam prezydenta?

– Dlatego że był największym prezydentem tysiąclecia. I z zemsty za Gruzję, którą zasłonił własną piersią i zatrzymał wraże czołgi, którym lufy zawiązał na węzeł. Mało?

„Przecież to nienormalne, samoloty z prezydentami nie spadają” – mówi jedna z postaci w pana książce. Nie ma racji?

– Samoloty z prezydentami nie lądują we mgle na jakimś kartoflisku czy podziurawionym pasie lotniska bez infrastruktury – i może dlatego nie spadają.

Tak pan mógł wnioskować potem, ale co pan pomyślał najpierw?

– Że mi się to śni. Żona mnie obudziła i mówi, że rozbił się samolot z prezydentem, wszyscy zginęli. Zbyt nieprawdopodobne, żeby było prawdziwe. Ale nasz prezydent musiał tam wylądować, bo to był początek kampanii wyborczej. Przy czym wiemy, co było w Gruzji, kiedy pilot odmówił lądowania i doniesiono na niego do prokuratury, potraktowano jak zdrajcę i tchórza. Piloci tupolewa dobrze o tym pamiętali.

Nikt nie zakładał, że będzie katastrofa. On po prostu musiał wylądować, inaczej przez Polskę przetoczyłby się śmiech, że znowu mu się coś nie udało, nie zdążył, gdzie musiał zdążyć – bo tam ta kampania prezydencka miała się zacząć, nad grobami, jak to u nas. Dlatego zaimponowali mi scenarzyści filmu Antoniego Krauzego o katastrofie: w ostatniej scenie pomordowani oficerowie wstaną z martwych, otoczą prezydenta Kaczyńskiego wianuszkiem i będą mu ściskać prawicę. Jak tu się nie rozszlochać?

Przeczytaj fragment powieści „Czarne serce”

Dlaczego postanowił pan o tym wszystkim napisać?

– Bo to ważne wydarzenie w wielu sferach. Jako tragedia i jako przyczyna tego, co się potem w Polsce stało. Powstała przepaść i już nie zasypie się tego rowu. A w sferze politycznej postanowiono uczynić z tego mit założycielski dla prawicy. Wcześniej próbowano wykorzystać do tego różne rzeczy, a to działalność pułkownika Kuklińskiego, a to wyczyny Kurasia „Ognia”, którego pomnik odsłaniał prezydent Kaczyński, mimo że to niejednoznaczna postać. I nagle zdarzył się Smoleńsk. Nie na darmo już pięć lat to wałkują i nic ich nie jest w stanie zatrzymać. A teraz to się dopiero zacznie na poważnie.

W powieści łączy pan kilka wątków. Bohater, który obserwuje lud smoleński, w 1982 roku siedział w Białołęce. To znaczy, że kiedy tak chodził pan po Krakowskim, przypominały się stare niedobre czasy?

– Tak, dlatego umieściłem w książce napisany przed laty scenariusz „Choroba więzienna”, to rodzaj autocytatu. Ten opis stanu wojennego pokazuje, jak tamte czasy zrymowały się z obecnymi. Przecież internowani byli przeróżnej proweniencji – z jednej strony skrajna prawica pod postacią KPN-u, czyli partii, która wzywała do zbrojnego powstania, chociaż nikt nie miał broni, z drugiej KOR-owcy, a w środku mniej zdecydowani. Wystarczyło, że w celi znalazło się po jednym przedstawicielu tych orientacji politycznych i tworzyło się piekło. Bogoojczyźniana i szalona atmosfera z Krakowskiego Przedmieścia to nie był jednorazowy pokaz polskiej mentalności, tylko element całości, która trwała, trwa i pewnie będzie trwać. Mój bohater w końcu zaczyna wariować od tego wszystkiego, co widzi, słyszy i przeżywa.

Pan siedział w Białołęce – „Czarnołęce”, jak pan pisał. I co, msze za ojczyznę tak tam panu przeszkadzały? Przecież był pan u pierwszej komunii.

– W tamtych czasach towarzyszyła nam nieustanna obecność Boga w rozmowach czy kłótniach, ale obecność Boga jako narzędzia, które miało umocnić czyjeś racje. W tym sensie mówię o atmosferze bogoojczyźnianej. Zdarzało się np. wydzieranie sobie przez różnych chętnych krzyża, żeby móc odprawić w celi modły. Ale oczywiście były one jakimś przeżyciem duchowym dla uczestników. Byli też tacy, którzy traktowali je jako element rozrywkowy w więziennej monotonii. Nie mówiąc o normalnych mszach w świetlicy, kiedy można było przekazać księżom jakieś grypsy do wyniesienia.

A pan jakie miał elementy rozrywkowe? Z kim pan siedział?

– To był cały polski przekrój – KPN-owca mieliśmy, a nawet dwóch przyszłych ministrów, w sumie 12 osób w 18-metrowej celi z pryczami, stołem, taboretami i szafką. Duszne miejsce. Potem Jaruzelski już musiał wpuścić komisję Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, więc siedzieliśmy po sześciu, zrobiło się luźniej. Jeśli się zgromadzi na tak małej przestrzeni zupełnie różnych ludzi i każdy przekonuje do swojej racji, to dzień, dwa można wytrzymać, potem robi się ciężko. Zdarzały się bójki, nie powiem.

Jak panu minęło to pół roku?

– Z czasem jakoś się człowiek urządza. Byli tacy, którzy mieli doświadczenie, po parę lat odsiadki za sobą, jak Andrzej Czuma czy Emil Morgiewicz – oni wiedzieli, jak ten rytm nocy i dnia ma przebiegać, to dawało ukojenie. Byłem spokojnym więźniem, nie oskarżałem głośno klawiszy o wprowadzenie stanu wojennego i nie wykrzykiwałem przez kraty: „Wiosna nasza!”, zajmowałem się czytaniem i zacząłem pisać opowiadania, które weszły do książki „Brak tchu”. Spore przedsięwzięcie logistyczne, trzeba było to ukryć przed rewizjami, potem przekazać na zewnątrz. Taka zabawa pochłania dużo energii i daje satysfakcję, bo coś dotarło do „Kultury” paryskiej i do londyńskiego „Pulsu”. Ale po co my się jakąś martyrologią zajmujemy?

Wiem, że pan tego nie lubi, ale sam pan połączył w „Czarnym sercu” tamte czasy z dzisiejszymi. Więc co ta ciągłość o nas mówi?

– Że nie chcemy się zmienić, że dalej jesteśmy poważnie ubogaceni zdziecinnieniem. Żyjemy w duchu Sienkiewicza, nie Gombrowicza. Nam się zdaje, że myślimy sercem, co jest niemożliwe, bo do tej czynności używa się mózgu.

Ktoś powie, że jesteśmy wierni tradycji.

– Trzymamy się zgubnej tradycji. Wytłukli nam, panie, jedynki za wolność, to niech teraz Zachód wstawi nam złote zęby, za swoje.

To źle, że nie będzie Niemiec pluł nam w twarz – ani Ruski?

– Ani muzułmanin. Zwłaszcza że muzułmanin chętnie by zrobił z naszych kościołów toalety, jak bystro wykrył prezes Kaczyński, i chciałby nam pluć w twarz zarazkami śmiertelnych chorób.

Jak pan zauważył, Kaczyński i jego otoczenie budują tylko swój mit, przy okazji niszcząc mit starej „Solidarności”. Co panu do tego, skoro pan sam ten mit podkopywał? Opozycjoniści z pana książek są jacyś szemrani, koniunkturalni, ewentualnie w depresji.

– Ja nie podkopywałem mitu „Solidarności”, tylko go nie budowałem. Starałem się pisać trzeźwo o tym świecie.

Trzeźwo, ale wódka się lała.

– Nie pili chyba tylko ci, którzy już nie mogli pić. Nie fryzowałem loków rzeczywistości, a to wystarczało, żeby wzbudzać wściekłość. Przecież za tom opowiadań „Kraj świata” niektórzy koledzy by mnie rozszarpali, gdyby nie fakt, że wydałem to u Giedroycia.

To był taki okres, że wszystko, co dotyczyło „Solidarności”, było święte. Miał to być monolit bez rysy, a przykładanie ręki do budowania monolitu jest zabójcze dla umysłu i dla literatury. Z tego powodu twórczość stanu wojennego nie przetrwała, może z poezji nieco wierszy Herberta, Barańczaka, Zagajewskiego i Krynickiego, a z prozy – „Kadencja” Jana Józefa Szczepańskiego, „Historia Cudownej meliny” Kazimierza Orłosia i „Rozmowy polskie” Jarosława Marka Rymkiewicza. Więcej ciekawych rzeczy było wcześniej, po 1976 r. do stanu wojennego, ale później pisarze dostosowywali się do potrzeb chwili i zaczęli rodzić treny.

Czyli atakowano pana za to wyciąganie brudów?

– Tak wyraźnie to nie, miałem alibi: wydawałem w „Pulsie”, u Giedroycia, a w Wolnej Europie czytano moją prozę, realizowano słuchowiska. Więc niby byłem swój, tylko jakiś ułomny, lekko szpotawy.

Wtedy wyśmiewał pan heroizowanie opozycji, a zaraz będziemy świadkami pisania historii na nowo.

– Oczywiście, że prawica atakuje en bloc wszystkich dawnych opozycjonistów, poza swoimi, ale tak rewolucja zjada własne dzieci. Czyli to zdrajcy, w najlepszym razie agenci, którzy się dogadali i sprzedali naszą Świętą Polskę w Magdalence. A jeśli personalnie kogoś atakują, to tych najważniejszych, jak Wałęsa czy Michnik. Ohydne ataki spotykały Bartoszewskiego, łącznie z pomówieniem, że musiał się zasłużyć Niemcom w obozie i dlatego go wypuścili. Uniknęli tego w aż takim natężeniu Kuroń i Geremek, bo sprytnie wcześniej umarli.

Jednak stan kombatanctwa jest rujnujący, człowiek zastyga w samozadowoleniu i wyolbrzymia swoje męczeństwo. Cierpi, a im bardziej cierpi, tym bardziej jest zadowolony. To nam towarzyszy od lat, a kończy się tylko stawianiem pomników, czy się należą, czy się nie należą.

Pan swój już ma, to panu nie zależy, ale może inni też by chcieli.

– Wcieliłem się w postać Bolesława Prusa, tego, co stoi w Hrubieszowie. Ale tam jest tylko moja sylwetka. Po maturze pracowałem w Biurze Wystaw Artystycznych jako robotnik i akurat trafił się rzeźbiarz, Zygmunt Kaczor, który miał zamówienie na pomnik Prusa. A że ktoś musiał mu pozować do szkiców, padło na mnie.

Brat mojego ojca ma lepiej, postawili jemu i załodze głaz pamiątkowy nad Wisłą koło Góry Kalwarii za to, że w czasie wojny latał w RAF-ie ze zrzutami do Polski. Ja nie zasłużyłem, ale każdy kombatant uważa, że mu się należy za potworne cierpienia.

Nie należy się?

– Nie.

Dlaczego? Niektórzy oddali kawałek życia.

– Ale mieli szczytne cele, branie za to potem np. pieniędzy nieco się z tym kłóci. Chociaż nikogo nie potępiam, są ludzie, którzy znaleźli się w biedzie, mówię to wyłącznie w swoim imieniu.

Co panu zostało po tej odsiadce oprócz alergii na patos?

– Te doświadczenia okazały się cenne, choćby do wykorzystania w prozie. A dały mi to, że byłem czynnym uczestnikiem wspólnego losu w przełomowym momencie, to był początek końca PRL-u. Najbardziej dotkliwa była niewiedza, jak długo będzie się siedzieć, to rozwalało psychikę. Nam nie mówiono, czy to będzie pół roku czy pięć lat.

Podobno wyciągnęła pana stamtąd Osiecka?

– Na zewnątrz skomplikowała mi się sytuacja osobista i Agnieszka poszła do Kiszczaka, żeby mnie wypuścił. Nie czuła respektu. Była oswojona z mundurami, uprawiała pływanie w Legii, której działacze to byli wojskowi. Ale, jak mi później opowiadała, sytuacja ją zaskoczyła. Gdy weszła do sekretariatu o 9 rano, zobaczyła sekretarkę w czarnej sukni do ziemi i z karminową różą wpiętą we włosy. Już to mogło speszyć. W dodatku Kiszczak był w garniturze, a nie w mundurze, klęska. Drżącym głosem wytłumaczyła, po co przyszła. Kiszczak na to: „Dobrze, ale coś za coś”. Przeraziła się, że usłyszy jakieś propozycje nie do odrzucenia lub do odrzucenia, a on powiedział, że chce kasetę z jej piosenkami.

Wie pan, które piosenki przyniosły panu wolność?

– Chyba kaseta Maryli Rodowicz, najpopularniejsze piosenki Agnieszki.

Wyszedł pan i co?

– Beznadzieja. Na wolności to się pogłębiało. Lata 80. były najstraszniejsze przecież, wydawało się, że nie ma szans na zmiany, dopiero potem to przyspieszyło.

No, ale pan pisał wtedy. Rejestrował ten stan entropii. Pana proza to zresztą zawsze próba uchwycenia rzeczywistości w rozpadzie.

– Pewnie tak, ale to dziwny rozpad. Łatwiej go pokazać w losie jednostkowym, i tak czasem robiłem, ale teraz w „Czarnym sercu” chodziło mi o grupę ludzi przeżywających stan rozpadu, jednocześnie tym rozpadem cementowanych. Im bardziej go odczuwają, tym mocniej są nim połączeni i przekonujący siebie nawzajem, że racja jest po ich stronie, że tylko oni znają prawdę, że ta prawda jest straszna, ale oni ją odkryli i nikt tej prawdy im już nie odbierze.

„Prawda nas wyzwoli, taka jest prawda” – jak mówi jedna z postaci w książce.

– Taka jest prawda, towarzysze, innej prawdy nie ma – już Gomułka tak mawiał.

To pan nie chce, żeby prawda nas wyzwoliła?

– W taki sposób, w jaki oni chcą, żeby nas wyzwoliła, to pewnie bym nie chciał.

I pomyśleć, że urodził się pan we Włoszczowej. Zero wdzięczności za przystanek kolejowy, który połączył ją z Warszawą.

– Tak, ale tylko parę miesięcy tam mieszkałem, więc peronu nie wypróbowałem. Wtedy jeszcze nikt nawet nie myślał o przystanku, chociaż to były czasy, kiedy ludzi przerzucano z miejsca na miejsce albo sami krążyli po kraju.

Pana rodzinę przerzucano?

– Po zdobyciu przez Polskę niepodległości rodzina ojca zwiała z Rosji do Polski. Dziadek, który z bliska widział rewolucję 1917 r., był przewidujący i wyrobił dzieciom fałszywe metryki świadczące, że są urodzone na Śląsku. To potem uratowało mojemu ojcu życie, ponieważ 17 września 1939 był podoficerem w Korpusie Ochrony Pogranicza i trafił do niewoli sowieckiej, a jeńców urodzonych m.in. na Śląsku Rosjanie przekazywali Niemcom. Dzięki temu ojciec spędził wojnę w niemieckim obozie jenieckim. A po wojnie najpierw była ta Włoszczowa, potem Kielce, Radom i – za niesubordynację ojca – Przemków na Dolnym Śląsku. I tak dalej.

Pan które z tych miejsc pamięta jako pierwsze?

– Radom. Przedszkole. Kiedyś po kolegę przyszedł ojciec z rowerkiem. Dali mi się przejechać i gdzieś się oddalili. Jeździłem dookoła pomnika Wdzięczności Żołnierzom Armii Czerwonej. Zdawało mi się, że jeżdżę godzinami, a nie mogłem się zatrzymać, bo rowerek wymagał ciągłego pedałowania. Niestety, po latach taką samą scenę przeczytałem u Gombrowicza, więc wyszło, jakbym go plagiatował.

Za to ma pan szczęście do pomników.

– Wtedy byłem za mały, żeby to rozumieć. Na Dolny Śląsk zesłano nas za karę. Po śmierci Stalina, w czasie drugiej fali terroru, brat mojej matki dostał wyrok śmierci, zamieniony na więzienie, za to, że w czasie wojny był w Narodowych Siłach Zbrojnych, choć tak naprawdę skierował go tam kontrwywiad AK. Z tego powodu zażądano, żeby mój ojciec rozwiódł się z matką. Czyli zastosowano taką praktykę jak w Związku Radzieckim, gdzie małżonkowie wrogów ludu rozchodzili się pod przymusem lub ze strachu z własnej woli. Ojciec nie zgodził się na rozwód, więc zesłano nas na „dziki zachód”, pod Szprotawę, gdzie atmosfera była taka, że za chwilę wkroczą Niemcy i wróci wojna, w związku z tym ludzie co chwila się rzucali, żeby wykupywać w sklepach cukier i mąkę.

Ojca dlatego przymuszali, że należał do partii?

– Tak, był typem menedżera, pracował na stanowiskach kierowniczych, organizował różne przedsiębiorstwa i to go pochłaniało, bez partii nie miałby możliwości takiego działania. Wysłany na Dolny Śląsk pracował jako robotnik w wielkiej odlewni żeliwa, dopiero po 1956 zrobili go jednym z dyrektorów. Ale nie było w rodzinie niechęci w związku z partią, mimo że ten jeden brat matki siedział w więzieniu, drugiego – jako brata wroga ludu i akowca – wyrzucono z sądownictwa, a inny mój wujek służył w wileńskiej AK, zesłano go na Syberię i wrócił dopiero po 1956.

Tego wszystkiego nie dało się ukryć przed dzieckiem, byłem tym przesiąknięty. Dzięki temu w dorosłym życiu nie przeżywałem rozczarowań, w przeciwieństwie do moich niektórych kolegów, którzy nie mieli takiej edukacji rodzinnej i zapisywali się do partii np. po 1968, bo im wmówiono, że potrzebni są młodzi zdolni, co zmienią partię od środka. Mnóstwo mądrych ludzi się zapisywało, żeby za chwilę zwątpić. Mówię o postaciach typu Staszek Barańczak, który w całej swojej dobroci i naiwności myślał, że zmieni coś na lepsze, a zmieniać mógł dopiero w KOR-ze. Taką drogę przeszło wiele wspaniałych osób. Ja wiedziałem z domu, czym to pachnie, miałem łatwiej w tym sensie. Już od czasów studiów w Krakowie obracałem się wśród poetów z grupy Teraz – Kornhausera, Zagajewskiego, i ludzi z redakcji „Studenta” – Barańczaka, Krynickiego, Nyczka. Te kontakty mocno mnie kształtowały.

W 1973, kiedy jeszcze nie było drugiego obiegu, wydał pan poza cenzurą wiersze Julianowi Kornhauserowi, czyli teściowi prezydenta Dudy.

– Człowiek strzela, Pan Bóg zięciów nosi. Pamiętam Agatkę malutką jak haiku…

Ona przynajmniej nie boi się prezesa.

– Nie zapomni jej prezes tego zdania.

Pokażę pani te wiersze. Chciałem, żeby to było pięknie wydane, oprawione w płótno, z ilustracjami. Każdy egzemplarz miał osobne oryginalne kolaże. To dzięki kontaktom kolegi było odbijane na pierwszym chyba w Krakowie kserografie, na AGH. Utwory odrzucone przez cenzurę z jego dwóch pierwszych tomów. Trzeba było coś z tym zrobić.

I wtedy wzięli pana na pierwsze w życiu przesłuchanie?

– Tak, to było raptem 17 lat po czasach stalinowskich, nie wiedziałem, czego się spodziewać, ale to byli dość prymitywni ludzie, wyrobnicy jeszcze z UB, dopiero w latach 70. wymagali od młodych chętnych studiów wyższych. Potem, kiedy zaraz po studiach pracowałem w telewizji w Krakowie, w redakcji rozrywki, co mogło się wydawać szczytem kariery, namawiali mnie na współpracę, szantażowali, że stracę tę niezwykłą robotę – no to straciłem.

A potem?

– Były jakieś przesłuchania, jasne, ale potwornie monotonne. Jeśli się nie odpowiadało na pytania, a oni wiedzieli, że muszą przesiedzieć konkretną liczbę godzin, to z nudów sami o sobie opowiadali. Żadnej dyscypliny. Mirek Chojecki mówił, że jak po stanie wojennym powstał w Paryżu klub Wiosna Nasza – opozycjonistów i solidarnościowców, którzy znaleźli się na emigracji – to przychodzili tam esbecy, żeby rozeznać sytuację, ale z czasem zaczęli przysiadać się do stolików, upijać się i wpadali w płaczliwe tony: „Ja wiem, że chujem jestem, ale co, nie napijesz się ze mną?”. Takie sytuacje jak to między Polakami.

To może ten naród nie jest taki zły?

– Zły nie, tylko rozlazły.

Gdy w 1976 r. zamieszkałem w Warszawie, w naturalny sposób wszedłem w kręgi opozycyjne. Naturalny przez to, że moje dwie pierwsze książki były z punktu widzenia władzy dość wątpliwe. Zwłaszcza druga, zupełnie niecenzuralna. Miałem jednak szczęście, że wydrukowałem je w „Twórczości”. Dzisiaj mało komu to coś mówi, ale w latach 70. drukować u Iwaszkiewicza to było prawdziwe wywyższenie. Przecież za tę drugą książkę, wydaną w Wydawnictwie Literackim tylko dzięki wcześniejszej publikacji w „Twórczości” – i przez to ocenzurowanej w centrali przy ulicy Mysiej – dostałem nagrodę „Zapisu”, czyli pierwszego czasopisma wydawanego poza cenzurą.

Mówi pan o powieści „Gra na zwłokę”, gdzie za bohaterem chodzą esbecy i piszą raporty. Namaścił wtedy pana Tadeusz Konwicki, wręczał panu tę nagrodę.

– Konwicki zawsze był dla mnie ważny. „Sennik współczesny” mnie poraził, gdy miałem kilkanaście lat, ale też „Rojsty” opisujące realia partyzantki, tworzące antykombatancki nurt w prozie polskiej, podobnie jak „Do piachu” Różewicza i „Buty” Szczepańskiego. Nie mitologizowanie, tylko pisanie prawdy – w wielkiej formie artystycznej.

Jak napisałem tę „Chorobę więzienną”, która weszła teraz do „Czarnego serca”, to on mnie namawiał, żebym to wydał. Myślałem, że żartuje, był przewrotnym człowiekiem, a on zaproponował, że napisze wstęp. W tym wstępie nawiązał do grypsu, który myśmy z Michnikiem napisali do niego z Białołęki, ja na jednej stronie kartki, Adam na drugiej. Więc Konwicki pisał, że dostał taki gryps i że bliższy był mu mój sceptycyzm i znużenie bogoojczyźnianym nastrojem niż bojowy entuzjazm Adasia. Może więc odpowiadał mu mój stosunek do rzeczywistości.

Po latach zgodził się na film dokumentalny o sobie, co było zupełnym ewenementem, bo całkowicie się odizolował od świata.

Pod tytułem „Co ja tu robię?”. A jak pan sobie odpowiada na takie pytanie?

– Trzeba pamiętać, że Konwicki stawiał je sobie już w starszym wieku. Mówił, że chce umrzeć, i nie wie, co jeszcze robi na tym świecie, komu jest potrzebny. Nie pisał już od lat, chociaż absurd bytowania to też był motyw jego książek. Smutne miał na koniec spostrzeżenie, że przetrwają wszystkie rodzaje sztuki z wyjątkiem literatury. Ja nie jestem takim pesymistą i myślę, że na takie pytanie lepiej nie odpowiadać sobie do końca, nie ma się co silić.

(dźwięk SMS-a)

O, jakiego SMS-a dostałem: „Wiem, że boisz się o swoją przyszłość, niszczą cię długi, problemy finansowe i samotność, błagam tylko jeden sms za 2,46 uratuje ciebie i twoich bliskich”.

Chyba niewygórowana cena.

– Bardzo przystępna. Zastanawiam się tylko, skąd ta wróżka wie o moich długach.

Mam przy sobie 10 zł. Te 2,46 to mogę panu pożyczyć.

– Lepiej od razu wysłać cztery SMS-y. Jeśli to ma mnie uratować…

Pisarz z pana powieści „To wszystko” chce popełnić samobójstwo. Myślał pan kiedyś, żeby strzelić sobie w łeb?

– Za trudne pytanie albo za trudna odpowiedź.

Spytałam, bo dwie powieści – także wcześniejszy „Cały czas” – poświęcił pan sytuacji granicznej.

– Ale w „Całym czasie” śmierć nie jest zaplanowana przez bohatera. Nie można mnie też utożsamiać z bohaterem książki „To wszystko”. On chce się spektakularnie zabić, żeby jego proza zyskała mołojecką sławę i znowu była czytana. To kabotyn przecież. Jako pisarz przepadł po 1989 i wymyśla sposób, żeby zwrócić uwagę na swoje książki, bo kocha je bardziej niż życie. Co to ma ze mną wspólnego? No nic. Ale taki bywa odbiór.

Oczywiście, jednak w latach 90. miał pan przerwę, pewnie ciężki czas. W końcu wrócił pan do pisania kapitalną serią wspomnieniowych „Fotografii”, ale nie czuje się pan zawieszony między epokami?

– Wielu z nas miało wtedy przerwę albo odchodziło od swojej tematyki, mówię o prozaikach realistach typu Marek Nowakowski czy Kazimierz Orłoś. Wszystko się gwałtownie odmieniało, rzeczywistość była dynamiczna, nie do uchwycenia.

Pana proza zawsze była zanurzona w polityce, a w felietonach od lat szydzi pan z tego, co wypisuje prawicowa prasa. Nie szkoda na to miejsca w głowie?

– Polityka siłą rzeczy wkracza w nasze życie. Szczególnie w PRL-u czuło się na plecach jej cieplutki oddech. W moich książkach stanowi ona jednak tylko tło, ludzie są dla mnie istotni. A w felietonach nie zajmuję się polityką, ale głupotą.

Po co?

– Żeby został po niej zawstydzający ślad. Prawdę mówiąc, nie kojarzę, czy jeszcze ktoś oprócz mnie tak zgłębia temat głupoty, którą jesteśmy oblepiani przez ostatnie lata.

Takie „dzieje głupoty w Polsce”?

– Nie obraziłbym się na takie określenie.

Ale w sumie co pana obchodzi cudza głupota? Takimi nas Pan Bóg stworzył.

– Przeszkadza mi głęboki podział społeczny w kraju, pogłębiony jeszcze po Smoleńsku. Oni wypisują tak niestworzone rzeczy, że można się zastanawiać, czy to aby nie dla jaj. Kiedy czytam, że żyjemy w zniewolonym kraju, jesteśmy kondominium niemieckim, a Polska jest w ruinie, to mam wrażenie, że widzę nastolatka, który pisze brzydki wyraz na płocie, i to przez samo „h”.

Większość im wierzy, jak pokazują sondaże.

– Zasady demokracji są takie, że większość wygrywa, ale to nie znaczy, że większość ma rację. Zresztą zobaczymy, jak będzie, prezydent Komorowski miał wysokie sondaże i przegrał.

Mazowiecki też przegrał kiedyś z Tymińskim. Polska specyfika?

– Mazowiecki przegrał dlatego, że puszczono zgrabną plotkę, że jest Żydem. W tym kraju z taką etykietą się przegrywa. Do tego Tymiński obiecywał wszystkim po woreczku dolarów.

A pan wie, że trafił na listę „polonofobów żydowskich i innych kurew”?

– Takich list jest wiele i ja jestem na wielu. Widziałem nawet listę, na której był Jan Paweł II, jeszcze za życia. Była też w jednym z oszalałych pism lista Żydów, na której wymieniono tylko jednego z braci Kaczyńskich. Czyli wszyscy mogą się załapać poza autorem listy. Łącznie z Jezusem, też Żydem.

Marek Beylin o „Czarnym sercu”: tak rodzi się wyboraźnia spiskowa

Ale jak to ludziom wytłumaczyć?

– Nie da się, bo zabiją, przecież Matka Boska urodziła się w Częstochowie.

No i Polska jest Chrystusem narodów. A niektórzy wzywają, aby Chrystus został naszym królem.

– Dopiero by się zdziwił. Pogoniłby wielu, ale gdyby się pojawił w Polsce, to najpierw jego by pogoniono. Nasz katolicyzm to temat skomplikowany, a tam, gdzie dzisiaj jest, kierował go kardynał Wyszyński. Utwardzenie tego ludowego, tradycyjnego katolicyzmu dawało szansę, że Kościół polski przetrwa w komunie i przetrwa wiara. Była w tym mądrość, ale kardynał nie przewidział, że takie wyspy jak „Tygodnik Powszechny”, które miały promieniować na wiernych, w wolnej Polsce zostaną uznane za narzędzie dyjabła.

Bo tam są niewierzący katolicy, jak to mówią na prawicy.

– Niestety. Więc ten Kościół tischnerowski jest w bardzo skromnej mniejszości, sam „Tygodnik” i kilka innych czasopism to za mało, żeby oddziaływać na społeczeństwo. Dominuje katolicyzm powierzchowny i kapliczkowy, z pewnością to element obyczaju, ale niemający nic wspólnego z przeżyciem i myśleniem religijnym. Atmosfera w Polsce wywoływana przez PiS – co widać choćby w związku z uchodźcami – to zaprzeczenie Ewangelii. W momentach prawdy okazuje się, że nie mamy w sobie żadnych odruchów miłosierdzia, że zasady wiary nie wchodzą tutaj w proces myślenia i czucia.

A może to panu brakuje empatii, skoro pan nie rozumie, że Polacy boją się terrorystów i pasożytów?

– Nie tyle terrorystów, ile obcych. Nie chcą bliźnich dlatego, że są inni, a te wszystkie opowieści o terrorystach są umiejętnie podsycane przez, jak to powiedziała premier Kopacz, naszego naczelnego katolika, żeby ludzi przerazić. To pobudzanie nienawiści.

Niech pani zauważy, że zwolennicy PiS-u i skrajna prawica to głównie ludzie żyjący na terenach dawnego zaboru rosyjskiego. Najbardziej roszczeniowa, dziecinna część naszego społeczeństwa – niewinni ludzie, którzy uważają, że skoro się nacierpieli przez historię, to za doznane krzywdy świat musi im się odpłacić. Około 20 milionów Polaków i ludzi pochodzenia polskiego jest na Zachodzie, nam pomoc zawsze się należała, a paru tysiącom ludzi, którzy uciekają przed wojną, się nie należy. To polityka prawicy. Jesteśmy ukrzywdzeni najbardziej na świecie i to nam należy się zapłata. Uchodźcy? Buchną nam tożsamość i zniszczą wiarę. Trzeba mieć bardzo niską ocenę siły tej tożsamości i wiary, kiedy się używa takich argumentów. Ważne są te wybite za wolność zęby…

No przecież są wybite. A do dentysty kolejki. Nie chcą dobrze dla Polski?

– Oni chcą, tylko jakoś inaczej, na odwrót. Wiem na pewno, że Jarosław Kaczyński – jak Horodniczy u Gogola – bardzo by chciał być generałem.

Po co mu władza? Czego on chce dla Polski – bo chyba niekoniecznie ciepłej wody w kranie?

– Do narkotyku władzy miał już dostęp, więc się zdążył uzależnić. Przecież wcześniej, kiedy rządził PiS, wchodził w najbardziej dzikie koalicje, żeby tę władzę utrzymać.

Ale teraz – po co?

– Przyjdzie czas zemsty.

Zemsta na wroga? Z Bogiem i choćby mimo Boga?

– Z Bogiem, z Bogiem. Będą się mścić za te lata upokorzeń, że byli wyśmiewani, że na hasło „PiS” miliony ludzi stukały się w czoło.

A może po prostu jesteśmy świadkami zaciekłej walki o miejsce dla brata w historii i podręcznikach szkolnych? Dlatego trzeba pisać historię na nowo. Nie jakiś Wałęsa, ale Kaczyński zostanie.

– Nie sądzę, żeby za 50 lat ktoś uczył się na lekcji historii o PiS-ie i jego przywódcach. Odejdą w cień, to historycznie nieistotne epizody.

Przecież nawet jedna z postaci w „Czarnym sercu” mówi: „Lech Kaczyński, prezydent tysiącleci”.

– Jeśli ktoś przetrwa w historii z końca XX w., to pewnie tylko Lech Wałęsa. Nie wiem, co będzie w przyszłości z naszą polityką historyczną, mam tylko nadzieję, że nie będzie już tendencji, żeby pokrzepiać serca, a zacznie się krzepić umysły.

Wolałbym, żeby, kiedy się czci np. powstanie styczniowe, przywoływać niezwykłe opowiadanie Żeromskiego „Rozdziobią nas kruki, wrony…” i uczyć, że w Królestwie Polskim było niecałe 5 milionów obywateli, z czego do powstania poszło 7 tysięcy, a w porywach liczba ochotników dochodziła do 30 tysięcy, tymczasem 1 milion ludzi w takiej czy innej formie współpracował z zaborcą, próbowali normalnie żyć. Więc chciałbym, żeby dzieci w szkołach zaczęły się uczyć prawdziwej historii, a nie tylko tego, jak cierpieliśmy wszyscy, bo nie wszyscy cierpieli. Miło się czyta, jak obroniliśmy Jasną Górę przed Szwedami, ale to, niestety, mit.

Pisał pan, że oprawił sobie w ramki te słynne już słowa Hłaski „Nie dajmy się zwariować” i że taki obrazek gdzieś tu u pana wisi.

– Kiedyś Hłasko przekazał z Izraela list dla Osieckiej, fundamentalny, jak zapowiadał, dla ich przyszłości. Młody Henryk Grynberg wiózł go dla niej przez pół Europy jak relikwię. Kiedy wreszcie Agnieszka otworzyła kopertę, była w niej tylko ta kartka z tym jednym zdaniem. Dała mi ją. Proszę zobaczyć, w kuchni nad stołem wisi.

Napisałby „Dajmy się zwariować”, gdyby mu zależało.

– Pewnie był pijany. Ale „Nie dajmy się zwariować” to dobre motto życiowe, zwłaszcza w Polsce. Bo nas wyjątkowo nosi.

Janusz Anderman – ur. w 1949 r., pisarz, tłumacz literatury czeskiej, reżyser. Autor m.in. powieści „Gra na zwłokę” (Nagroda Kościelskich), „Cały czas” (nominacja do Nike), „To wszystko”, cyklu prozy „Fotografie” i zbioru felietonów „Grzybki halucynogenne, czyli między wierszami a brzegiem rozumu”. Na podstawie opowiadań „Kraj świata” powstał film Marii Zmarz–Koczanowicz, a według „Całego czasu” Janusz Morgenstern nakręcił „Mniejsze zło”. Niedawno wydał powieść „Czarne serce” (Wydawnictwo Literackie).

 

Anderman, poczciwiec jadowity – Adam Michnik „Gazeta Wyborcza” 6 grudnia 2013

Janusz-Anderman.jpg

Felietony Janusza Andermana to bezcenny dar dla badaczy antropologii polskiego bzika

 

Bardzo lubię felietony Janusza Andermana, ale wypada powiedzieć prawdę: ten jegomość nie ma dobrego charakteru. Ten pisarz niby-niezależny i niby-opozycyjny już w epoce PRL-u wykazywał cechy antypatycznego antypatriotyzmu. Siedział w komunistycznym więzieniu, a Prawdziwi Polacy drażnili go niepomiernie.

W opowiadaniu „Jakoś prosto”, napisanym w stanie wojennym, narrator powiada: „nigdy mnie tak cenzura nie obezwładniała jak teraz (); tamtą cenzurę można było kiwać (), ale z tą nie umiem walczyć; ona jest we mnie i jest coraz silniejsza; była silna już w tamtych czasach, w ’80, w ’81, ale wtedy się czekało, wtedy się jeszcze tłumiło wszelkie wątpliwości; ten cenzor pojawił się we mnie tak naprawdę, kiedy siedziałem; wszystko, co było do tej pory rozproszone i mniej uchwytne, skupiło się w jednym miejscu, kilkuset ludzi; to była małpiarnia”.

I dalej: „nie byłem sam, bo przywieźli jednego takiego trzeźwego z politechniki, i on już po paru dniach, gdy się zorientował, jak mnie to wszystko mierzi, ta atmosfera bogoojczyźniana, ten rytuał, te chóralne pienia religijne każdego dnia przez kraty (); przy tym symbole i symbole czegoś, czego już nie było, bo nie było tego przede wszystkim w ludziach, więc ten trzeźwy z politechniki zaczął mi mówić o tym, jak za murami, po tamtej stronie, rośnie legenda tego więzienia, jak się mówi, że zebrano w nim ekstremę ekstremy, że on, jako szeregowy działacz związkowy, cieszył się, gdy go już wzięli, że wiele się tu nauczy, w tej akademii opozycji” – teraz „przyglądał się i był zdumiony i pytał, co można w ten sposób wygrać”.

Wydaje się, że Janusz Anderman, czytając teraz gazety Prawdziwych Polaków, powtarza po cichu słowa „trzeźwego z politechniki”.

I

W jednym z felietonów z cyklu „A poza tym” (marzec 2004) Janusz przypomniał dialog Sławomira Mrożka z Kisielem:

„Sytuacja Prawdziwych Polaków stawała się nad wyraz poważna” – „zaczynało brakować wrogów. Teraz nawinął się Sławomir Mrożek. Do ubicia tego odpornego trutnia Prawdziwi, wykorzystując cierpliwy papier » Naszego Dziennika «(), sięgnęli do zasobów kadrowych po jednostki bez wątpienia specjalne. Mrożek wychynął przy okazji wystawy » Wielkie procesy pokazowe w Krakowie «. Dokumenty, obrazujące proces księży kurii krakowskiej w 1953 r., dopełnione są odbitką kuriozalnego felietonu Mrożka z » Dziennika Polskiego «, który » ND «reprodukuje i którym narkotyzuje się autor towarzyszącego artykułu określonego tytułem celnie podsumowującym cały dorobek pisarza: » Mrożek zawsze czujny «.

Mrożek był publicystą » Dziennika Polskiego «od 1950 do 1954 r. W 1950 miał 20 lat i do wznoszenia zrębów nowego przykładał się ze szczerym zapałem. Przełom nastąpił nadspodziewanie szybko i przyczynił się do niego Stefan Kisielewski. Gdy Mrożek na wieść, że w Nicei zorganizowano korso kwiatowe, dał odpór temu kapitalistycznemu zbydlęceniu, Kisiel zapytał go podchwytliwie : » Był pan w Nicei? «. » No skądże, ja w Nicei? «. » A ja byłem – odpowiedział Kisiel. – To co pan pierdoli?! «. Była to rozmowa krótka, ale ważna i po latach Mrożek dziękował Kisielowi”.

Anderman najwyraźniej lubi powracać do cudzych pytań – czy to „trzeźwego z politechniki”, czy Mrożka. Mam wrażenie, że wciąż powtarza te pytania Prawdziwym Polakom.

II

Czym jest felieton? Kisielewski, mistrz gatunku, pisał: „formą specjalną, ma swoje wyjątkowe prawa, oświetla poglądy autora pod odrębnym kątem, za pomocą specyficznej techniki, w której żart, przenośnia i paradoks odgrywają rolę pełnoprawnych elementów, felieton wreszcie () niejednokrotnie, dla wywarcia pożądanego wrażenia, posługuje się przesadą, wyjaskrawieniem, nawet absurdem (). Do tej samej zwierzyny można przecież strzelać i z dubeltówki, i z karabinu, ale zły to strzelec, który nie odróżnia śrutu od kuli dum-dum”.

Janusz, poczciwiec jadowity, odróżnia precyzyjnie śrut od kuli dum-dum. Uderza celnie, ale nigdy poniżej pasa. To go odróżnia od antagonistów z obozu „religii smoleńskiej”.

III

Anderman sporo pisze o polityce, choć nie polityka go interesuje, ale głupota. Triumfująca obecność głupoty w świecie polityki polskiej. Te felietony to kronika głupoty czasów III RP; przygoda świetnego pisarza z „pokolenia ’68” z osobliwościami, które objawiły się w epoce polskiej wolności.

„Pokolenie 68” – cóż to znaczy? Pokolenie hasła „Prasa kłamie” i płonących gazet partyjnych. Pisał Stanisław Barańczak, poeta i eseista tego pokolenia:

„Skandowany okrzyk » PRASA KŁAMIE «i podpalanie gazet – to były wówczas manifestacje jednomyślne i jednoznaczne”. W marcu „prawda została z pedantyczną skrupulatnością zastąpiona swoim dokładnym odwróceniem, a ponieważ dotyczyło to nas, naszych myśli, poglądów, naszych słów i zachowań – bolało to podwójnie. Po raz pierwszy w życiu mieliśmy okazję przekonać się, jak ważną rzeczą jest trywialne przekonanie, że istnieje coś takiego jak prawda obiektywna – i z jaką niepojętą łatwością ta prawda obiektywna, widzialna i namacalna, może zostać po prostu i bez odwołania usunięta sprzed ludzkich oczu, zastąpiona ponurą brednią » środków masowego przekazu «”. 20-letni chłopak dziś ujmował się za zdjętymi ze sceny „Dziadami”, „a nazajutrz czytał o sobie, że jest syjonistycznym agentem”. Gazetowa pochodnia „to był kaganek oświaty, który rozjaśnił w głowach temu pokoleniu. W blasku podpalanej gazety dostrzegła bowiem ta generacja () drążące społeczeństwo konflikty i kompleksy, rozładowujące się w obłędnych przejawach plemiennej ksenofobii. Dostrzegła niepojętą moc dogmatu, przy całej swojej absurdalności zawsze pociągającego za sobą tłumy, jeśli tylko mogą w nim oni odnaleźć zwolnienie od indywidualnej odpowiedzialności, zezwolenie na bezpieczną bezmyślność”.

Poeci tej generacji mieli w swych wierszach rys wspólny: Barańczak nazywał to „pojedynkiem z gazetą” – z językiem zbiorowego kłamstwa. Stąd brało się częste „operowanie cudzym słowem”. „Zauważmy – pisał – jak wiele w poezji » pokolenia ’68 «wierszy, które w gruncie rzeczy stanowią stylizację na notatkę prasową, tytuł artykułu, przemówienie, ulotkę, ankietę personalną, protokół zebrania” – na „wszelkie odmiany słowa oficjalnego, autorytatywnego i masowo upowszechnionego”. Obecna jest w tych stylizacjach tendencja do skompromitowania słowa oficjalnego niejako „od wewnątrz” przez wykazanie jego wewnętrznej absurdalności czy oderwania od realnego świata zjawisk społecznych. Niektóre wiersze Ryszarda Krynickiego sprowadzają się do „dosłownego przepisania notatki gazetowej”. Trudno – konkludował Barańczak – „o szyderstwo bardziej dotkliwe”.

IV

Barańczak zauważył trafnie, że język „masowy” napotkał odzew w milczącej i skrywanej glebie dawnych uprzedzeń nacjonalistycznych i dawnych pokus autorytarnych. Ten język odżył w wolnej Polsce. Barańczak opowiada o walce z językiem oficjalnym PRL–u z marca 1968 r.; Anderman zmaga się w swych felietonach z agresywnym językiem IV RP. To samo zresztą czyni Michał Głowiński – niegdyś ekspert od „marcowego gadania”, a dziś analityk współczesnej mass-mowy. Język marcowy był mową kłamstwa, fałszywego patosu i agresji, która miała odczłowieczać oponenta. Ten język z mową radiomaryjną, z retoryką Prawdziwych Polaków łączy wydzielanie złej energii. Język Andermana przeciwstawia temu widzenie ironiczne, sarkastyczne; drwina Andermana nie ma uśmiercać – ma ośmieszać.

W rozmowie z Tadeuszem Nyczkiem wyznał, że nie mógłby żyć bez obrazów, które wiszą na ścianach jego mieszkania: „każdy to odrębny świat, w którym sobie żyję. Dłużej, krócej, różnie. Za każdym razem w innym, w tym, w który mam akurat ochotę wejść”.

Felietony Andermana to uporczywa prezentacja obrazów współczesnego szaleństwa, tropienie tajemnic bałwaństwa ideologicznego, kiczu intelektualnego, infantylizmu politycznego, mitomanii bezmyślnej i bezwstydnej, którymi nacechowany jest obóz wyznawców „religii smoleńskiej”, obóz Prawdziwych Polaków. Ci zaś ścigają tych „nieprawdziwych”, ledwie „polskojęzycznych”. Spójrzmy tylko: tacy Nowak-Jeziorański, Gombrowicz i Mrożek – oto przykładowa trójka zaprzańców: kolaborant hitlerowski, propagator homoseksualizmu oraz nihilista moralny i stalinowiec.

Felietony Andermana to studium nad galerią portretów zaprzysięgłych wrogów polskości, sporządzoną przez Prawdziwych Polaków. W efekcie opowiada nam pisarz – kadr po kadrze – zbiorowy autoportret polskiego zoo; to bezcenny dar dla teraźniejszych i przyszłych badaczy antropologii polskiego bzika.

V

Powtórzmy: Anderman definiuje bzika polskiego fanatyzmu wedle wzorów zapamiętanych z kampanii propagandowej „moczarowców” (marzec ’68). Wszelako ten nurt ma w polskiej tradycji długą historię: jej składnikiem był etniczny szowinizm, katolicyzm zaprzężony w służbę ONR-owskiego antysemityzmu, kompleks antyinteligencki zespolony z krzykliwym, populistycznym wrzaskiem. A ponad tym unosi się wszechobecny duch zawiści. Powtórzmy tedy za filozofem, że „zawiść jest utajonym podziwem”. Należy o tym pamiętać, myśląc o bohaterach felietonów Andermana: tych rodem z PRL-u i tych rodem z IV RP.

Włodzimierz Czarzasty, który zapewnia, że zawsze był za wolnością i demokracją, Paweł Bożyk, który demaskuje i obraża Leszka Balcerowicza. Z drugiej strony zaś księża patrioci IV RP – Tadeusz Rydzyk, Stanisław Małkowski; lider IV RP Jarosław Kaczyński, intelektualiści IV RP: Krasnodębski, Ziemkiewicz, artyści IV RP: Grzegorz Braun, Jan Pietrzak, Jarosław M. Rymkiewicz; Ryszard Bender– uczony, polityk, senator czy poseł Górski z PiS-u, który uznał wybór Baracka Obamy za koniec naszej cywilizacji.

Czasem myślę, że Anderman to kolekcjoner wszelakiego dziwactwa umysłowego, trochę mizantrop (nie jest zakochany w gatunku Homo sapiens), trochę masochista (czyta całe zwały tej makulatury). Potem jednak dostrzegam w tych felietonach, dowcipnych i przenikliwych, pewien nurt utajony.

To jest ważny nurt polskiego piśmiennictwa, który nie godził się z syndromem Polski sarmackiej, pogrążonej w prowincjonalizmie i megalomanii; odrzucał ideę „katolickiego państwa narodu polskiego” i praktykę „Polski dla Polaków”, czyli getta ławkowego dla Żydów na wyższych uczelniach, pacyfikacji wsi ukraińskich i niszczenia cerkwi. Z tej linii rozwojowej wywodził się Mieczysław Moczar (komunista) i Bolesław Piasecki (przedwojenny faszysta), którzy w 1968 r. stworzyli historyczny kompromis dwóch tradycji totalitarnych. Dzisiejsze marzenia o IV RP to pokłosie tamtych idei. Umysłowy prymitywizm i skłonności autorytarne nieraz przyoblekały się w Polsce w kostium religijny. Anderman kpi więc z obskurantyzmu, bigoterii, hipokryzji w imię zdrowego rozsądku i tolerancji.

Pisze zwięźle i kąśliwie. Panuje nad emocjami, a jego pesymizm ironiczny okazuje się skuteczną bronią bezsilnych. Tym językiem barwnym, giętkim, pełnym zaskakujących paradoksów, żartobliwych sentencji i persyflażu bierze w cudzysłów najbardziej jadowite gady z polskiego zoo. On ich nie piętnuje – po prostu je pokazuje.

VI

Czasem tylko wpada w gniew. Podczas osobliwych harców wokół pogrzebu Miłosza zanotował:

„Śmierć Czesława Miłosza » ND «uczcił 22 wersami. Prawdę w tej informacji zawierały wersy, które mówiły o miejscu urodzenia, o Noblu i o zgonie. A dalej? » Oczerniał wydawane przez Świętego Maksymiliana pisma «Mały Dziennik » i «Rycerz Niepokalanej » , nazywając je antysemickimi «”. Na wieść o planowanym pochówku Miłosza na Skałce „ND” woła: „to hańba! Poeta nie jest godny, by spocząć obok » zasłużonych dla narodowej kultury Polaków «”. „Tu majaczy echo spienionych fal Radia Maryja: jakiś Litwin zawłaszczy miejsce należne w przyszłości tylko naszemu ojcu?

Jak oni to robią? Diabli wiedzą, ale to nie ich wina. Miłosz pisał w » Traktacie poetyckim «: » Niech tutaj będzie wreszcie powiedziane:/ Jest ONR-u spadkobiercą Partia «. () Czy oni, radykalni i narodowi, nie są, zwyczajną koleją rzeczy, spadkobiercami Partii i żelaznych reguł jej propagandy, które () dopuszczały wszelką nikczemność? Oni się na tej skutecznej propagandzie kiedyś wychowywali”.

Sprzeciw wobec obozu spajającego ONR z Partią jest istotą felietonów Andermana. Jego głos, jednoosobowego stronnictwa zdrowego rozsądku i rozsądnego humoru, opis skundlenia elit Prawdziwych Polaków i ofensywy agresywnej głupoty, to świadectwo, że nie zwariowaliśmy jeszcze wszyscy doszczętnie. Każdy z tych felietonów jest polemiczny, walczący, ale wolny od mowy nienawiści i błota oszczerstwa. Anderman posługuje się ironią, a nie wyzwiskiem; szpadą, a nie pałką. Jak Benia Krzyk z Babla: mówi mało, ale smacznie.