„Samotność krytyka” rozmowa z Marcelem Reich-Ranickim „POLITYKA” nr 22 / 2000

Marcel Reich-Ranicki.jpg

Rozmowa z Marcelem Reich-Ranickim liderem niemieckiej krytyki literackiej, autorem bestsellera „Moje życie”

Urodził się pan we Włocławku, w 1920 r., do Niemiec wyjechał pan w wieku dziewięciu lat i do 18 roku życia przeczytał pan praktycznie całą klasykę niemiecką. Dla­czego nie polską?

W życiu człowieka decydujące są lata doj­rzewania. Literatura, którą wówczas się czy­ta, pozostawia najgłębsze, najbardziej trwałe ślady. Przybyłem do Berlina mając 9 lat, zna­jąc oba języki, polski wówczas nawet lepiej niż niemiecki. Chodziłem do renomowa­nego gimnazjum, w którym zacząłem bar­dzo szybko i bardzo dużo czytać. Było to związane z sytuacją Żyda w hitlerowskich Niemczech. W szkole byłem traktowany przyzwoicie, sprawiedliwie, ale wraz z in­nymi żydowskimi kolegami nie braliśmy udziału w szkolnych wycieczkach, zaba­wach, uroczystościach. Miałem więc dużo czasu, który poświęciłem lekturze. Czyta­nie sprawiało mi przyjemność.

Czyli lektura jako środek przeciw izolacji?

 

Dla mnie była to niezwykle trudna sytua­cja. Cała klasa przecież, poza nami, żydow­skiego pochodzenia, brała udział w poli­tycznych zdarzeniach, wszyscy niemieccy koledzy szkolni byli w Hitlerjugend. Mię­dzy nami była wielka przepaść. Cały swój wolny czas poświęcałem lekturze, z niemieckiego byłem najlepszy w klasie. Z mo­jego hobby wyrósł potem mój zawód.

W 1938 r. został pan deportowany przez nazistów do Polski. Powrócił pan do kraju, którego pan nie znał, który był panu obcy, na który patrzył pan niechętnie.

To prawda, do Polski nie przyjechałem do­browolnie. Polska była mi bardzo obcym krajem, polskim władałem źle. Nie znałem pol­skiej literatury. Mój brat miał przyjaciela, któ­ry chciał ze mną po niemiecku konwerso­wać. W zamian uczył mnie historii polskiej literatury. Czytałem dużo i szybko spostrze­głem coś, w co wierzę i dzisiaj: najlepsze co polska literatura stworzyła to liryka. Liryka, liryka i jeszcze raz liryka.

W książce „Moje życie”, która wychodzi wła­śnie po polsku, pisze pan, że krytyka literacka jest zawsze polemiką, że krytyk walczy o jakąś literaturę albo jest przeciw niej. O ja­ką literaturę pan walczył i nadal zabiega?

Krytyk literacki nie jest sędzią. Ja jestem prokuratorem, który w imieniu literatury oskarża książkę i autora. Ale jestem i obrońcą, który broni autora, jeśli jest zda­nia, że jego książka jest dobra. Walczę o li­teraturę, która mnie nie nudzi. To jest w ogóle najważniejsze, by książka mnie nie nudziła. Jeśli zapyta mnie pan, kto według mnie jest największym pisarzem niemiec­kim XX wieku – to nie ma wątpliwości: To­masz Mann. To jest mój autor, pisałem o nim już w Polsce przed 50 laty, w „Nowej Kulturze”, „Twórczości”.

Pisze pan dość sceptycznie o relacji krytyk-pisarz.

Bo to wygląda tak: jeżeli krytyk chwali książkę, to pisarz jest zadowolony i uważa, że krytyk jest mistrzem swojego fachu. Ale dziwna rzecz: autorzy są zdania, że jak pochwaliłem jedną książkę, to mają już abona­ment, że pochwalę też każdą następną. Kie­dy sobie pozwolę napisać krytycznie – ko­niec z przyjaźnią. Jestem zaprzyjaźniony od lat z Siegfriedem Lenzem, tylko że ja nie pi­szę o jego książkach. Pisałem o nim oczywiście wielokrotnie, jak miał urodziny, ale nigdy o jego książkach. I to uchroniło na­szą przyjaźń. Krytyk jest figurą samotną, ta­kie jest moje doświadczenie. To ma związek także z moją mentalnością i temperamen­tem. Rok po powtórnym przyjeździe do Nie­miec powiedziałem do żony, że będę pisał krytyki tak jak nikt przede mną: jasno i pros­to. Dobra książka, ponieważ…, zła książka – bo… Albo odniosę sukces, albo spadnę na samo dno. Naturalnie, wielu autorów przy tym zraniłem. W moim przekonaniu było to konieczne. Chociaż wszystko to jest bardzo niebezpieczne. Człowiek zgani jakiegoś pisarza, to ma w nim wroga – aż do pozytyw­nej recenzji za ileś tam lat. Ale jak pochwali jakiegoś – to ma setki wrogów, jego kolegów.

Czy książka w tak medialnym społeczeństwie, jakim są Niemcy, jeszcze się liczy?

 

Na książkach się nie znam. Często mówię to moim kolegom wydawcom, że nas dzieli jedno, oni kochają książki, a ja lite­raturę. To jest zupełnie coś innego. Litera­tura piękna o poważnych walorach arty­stycznych nie odgrywa wielkiej roli w kształtowaniu opinii publicznej. Jeśli pi­sarz chce wywrzeć wielki wpływ, to powi­nien pisać złe, atrakcyjne książki z jaki­miś tezami, które uważa za istotne. Ale dobra literatura, która posługuje się nowymi środkami wyrazu, zawsze jest dostępna tyl­ko dla mniejszości.

Günter Grass twierdzi jednak, że pisarz ma obywatelskie powinności.

Ja mam na to inny pogląd niż większość. Tak jak adwokat czy lekarz, również i pi­sarz ma prawo wypowiadać się w spra­wach politycznych, publicznych. Ale po­winności takiej nie ma. W latach 1967-68 bardzo wielu pisarzy niemieckich zwróci­ło się w stronę polityki. Efekt był taki, że nie przybyło nam wcale dobrych polity­ków, z całą pewnością natomiast stracili­śmy kilku pisarzy.

Pisze pan w swojej książce, że Niemcy XX wieku mają dwie twarze: Hitler i Tomasz Mann, a zlekceważenie którejkolwiek z nich będzie miało straszne skutki.

Tak. Dwa największe dzieła w historii li­teratury niemieckiej: „Buddenbrokowie” i „Czarodziejska góra” powstały przed nazi­zmem. To są szczyty powieści niemieckiej, na które doświadczenia hitleryzmu nie mia­ły żadnego wpływu. Hitleryzm i jego zbrodnie, to co przeżyłem, czego doświadczyłem, nie pomniejszyły w moich oczach wartości i jakości dzieł Goethego, Schillera, Heine­go czy Tomasza Manna. Więcej – czy dlate­go, że Niemcy mordowali Żydów, że Hitler odegrał tak straszną rolę, miałem przestać wierzyć w Beethovena albo Bacha, albo Brahmsa?

Ale musiał pan przecież wytłumaczyć so­bie jakoś tę straszliwą dwoistość: z jednej strony Goethe i Tomasz Mann, z drugiej, wkraczający z gramofonem do getta Niemcy i akt rzezi na narodzie żydowskim.

 

Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie, ale to jest bardzo trudne dla mnie pytanie. Przecież w okresie berlińskim, w latach 1936-1938, w latach tego strasznego antysemityzmu, moi koledzy z gimnazjum za­chowywali się nienagannie. Pytałem się siebie – dlaczego? Dla nich „żydostwo” było po­jęciem abstrakcyjnym. Słyszeli od nauczycieli, że największym nieszczęściem ludzko­ści i przede wszystkim narodu niemieckie­go jest Weltjudentum, i pewnie się z tym zgadzali. Ale oni tego nie przenosili na swoich kolegów, którzy siedzieli obok w ławkach, od których nierzadko ściągali na klasówkach, na Rosenbauma czy Rosenberga. Tak ja to sobie tłumaczę. A przy tym cała ta kwestia antysemityzmu i niemieckiego rasizmu jest niezwykle skomplikowana. Mogę posłużyć się tylko przykładem. Otóż nie można sobie wyobrazić niemieckiej literatury bez Kafki, niemieckiej muzyki bez Gustava Mahlera czy Arnolda Schönberga, psychologii bez Zyg­munta Freuda, fizyki bez Alberta Einsteina – no może dosyć. To przecież wszyscy Żydzi i to Żydzi z obszaru języka niemieckiego. To jest ta ogromna rola Żydów w kulturze nie­mieckiej XIX i XX wieku – tu do lat 30. Rola ogromna, podobnej Żydzi nie odegrali nigdzie, ani we Francji, ani w Anglii. Także kry­tyka literacka od 1900 do 1930 r. to w dwóch trzecich Żydzi. I konstytucja pruska napisa­na w większości przez prawników żydow­skiego pochodzenia.

Na ile poprzez język, narzędzie literatury, poznać można duszę jakiegoś narodu?

 

Jeśli już cokolwiek służyć może do po­znania duszy narodu, to oczywiście litera­tura. Czego ja się dowiedziałem o Polakach czytając ich literaturę? No bardzo prędko zrozumiałem, bo to nietrudno, jaką rolę w psychice narodu polskiego odgrywa romantyzm. Ale Polska to kraj katolicki, to świat katolicki, ten świat był mi zupełnie obcy, zatem to nie jest tylko sprawa języka.

Co zatem przeszkadza w odbiorze polskiej literatury na Zachodzie?

Wspaniała liryka i dramaty poetyckie są niezwykle trudne do przetłumaczenia. Ale to nie jest tylko przypadek polskiej literatu­ry. Niech się pan zapyta niemieckiego zna­wcy, kto dla niego uosabia literaturę rosyj­ską, odpowie Tołstoj i Dostojewski, Rosja­nin powie – Puszkin. Tymczasem Puszkina nikt tu nie zna.

 

Sądzi pan, że polska literatura pozostanie niedostępna dla zachodniego czytelnika?

No nie, tak nie można powiedzieć, niech pan nie przesądza o przyszłości polskiej powieści, może nastąpi jej rozkwit i wte­dy znajdzie ona wielu niemieckich czytel­ników. Dotychczas ich nie ma. Wiem, wiem, Gombrowicz, Schulz – no tak, ale nakłady ich książek, dwa, trzy tysiące egzemplarzy. Tylko dla wąskiego grona. Sam przyczyniłem się do sukcesu powieści An­drzeja Szczypiorskiego „Piękna pani Seidemann”. No dobrze, ale sam pan Szczy­piorski, który jest zdolnym pisarzem, nie wmawia sobie, że jest to wielka literatura. Powodzenie tej książki w Niemczech łą­czy się z tym, że Szczypiorski potrafił dać coś, czego w Niemczech nie ma, a mia­nowicie rozrywkową powieść na poważ­nym poziomie intelektualnym, z silną, do­brą krytyką społeczną, także krytyką epo­ki, także krytyką Niemców, która jest dla nich pełna zrozumienia. To jest ten suk­ces. Ale jeśli chce się wiedzieć, do czego jest on zdolny, co on potrafi, to trzeba się­gnąć do książki „Msza za miasto Arras”, być może najlepszej książki, jaką napisał. Gdy umarł Andrzejewski, no niby też tu tłumaczony, to żeby przypomnieć, kim był, trzeba było pisać o filmie „Popiół i dia­ment” Wajdy, który tu był jakoś w kręgach intelektualnych znany. W ciągu tych 40 lat nie spotkałem tu ani jednego człowieka, nikogo tu nie poznałem, a obracam się przecież w kręgach wykształconych, lite­rackich, kto słyszałby nazwisko Juliusz Sło­wacki. Trochę słyszano o Mickiewiczu, bo był na obiedzie u Goethego, raptem dwie godziny, ale był. A Norwid?

No ale przecież w ostatnich 20 latach ma­my dwoje noblistów – Czesława Miłosza i Wisławę Szymborską.

 

Pozwoli pan, że powiem szczerze. Szcze­rze, naprawdę. Obrażą się na mnie pewni ludzie w Polsce, ale muszę powiedzieć prawdę. Czesław Miłosz: Nobel i żadnego znaczenia. Wznowiono wprawdzie tę jego książkę „Dolina Issy”, ale bez Nobla by te­go nie zrobili. Szymborska – Nobel i wpływ – zero. W obu przypadkach żadnego znaczenia. Bo czytelnicy, publiczność to wy­magające towarzystwo – nie można ich zmusić do czytania tego, co chcieliby redak­torzy, krytycy i politycy. Czy­tają to, co im się podoba. Szczypiorski im się podoba, to go czytają. A przy tym Szymborską to była w Niem­czech wielka niespodzianka, że dostała Nobla. Raczej mówiono, że jeśli poeta z Polski, to Zbigniew Herbert. Powiedziano mi dlaczego akurat ona, a nie Herbert, ale to nie jest temat naszej roz­mowy. Tu nie tylko jakość poezji odegrała rolę. Sprawa z Noblem to w ogóle trudna sprawa. Przecież to idzie według krajów. W 1999 r. było jasne, że Nobla musi do­stać Niemiec.

I dostał go Günter Grass.

 

To wielki stylista, jego język jest oryginal­ny, jędrny, szczególny. Najważniejsza w je­go twórczości jest tzw. Gdańska trylogia, druga część „Kot i mysz” – wręcz znakomi­ta. Późniejsze pisarstwo Grassa – straszne, zwłaszcza ostatnie książki, chociaż i w nich można spotkać jeszcze dobre rozdziały.

W pańskich wspomnieniach, które opisują doświadczenia trudnego, niebezpiecznego wieku XX, delikatną kreską podejmuje pan także sprawę antysemityzmu. Doświadczył pan go wszędzie, także w Polsce.

 

Gdybym podjął pańskie wyzwanie, nie był­bym, obawiam się, dostatecznie obiektyw­ny, ponieważ przez antysemityzm Polaków wiele wycierpiałem. W czasie okupacji było w Polsce aż nadto wiele okazji, by go do­świadczyć. O niektórych napisałem w swo­jej książce. Nie zapominam jednak i nigdy nie zapomnę, że wojnę przeżyliśmy z żoną na Gocławku dzięki pomocy, schronieniu, jakie znaleźliśmy w rodzinie polskiego robotnika. Wybaczy pan, ale generalnie, nie nadaję się do odpowiedzi na pytanie o charakter polskiego antysemityzmu.

 

Rozmawiał MAREK ORZECHOWSKI, Bonn

 

Marcel Reich-Ranicki. ur. w 1920 r. we Włocławku; pisarz i najbardziej wpły­wowy niemiecki krytyk literacki, słynący ze zjadliwe­go pióra i kontrowersyjnych wystąpień telewizyjnych. Dzieciństwo spędził w Polsce, potem wyjechał z ro­dzicami do Niemiec, skąd go deportowano z powro­tem do Polski w 1938 r. Kilka lat spędził w getcie warszawskim, skąd udało mu się uciec. Był przez chwilę w wojsku polskim, pracował w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego i Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W 1958 r. wyjechał z Polski i osiedlił się we Frankfurcie n. Menem. Pracował jako krytyk w tygodniku „Die Zeit”, w 1974 r. został kierowni­kiem działu literackiego „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Autor krytycznoliterackich esejów, redaktor wielu literackich antologii, współpracownik „Encyclopaedia Britannica”.

 

 

POLITYKA nr 22 (2247), 27 maja 2000

Reklamy

„Inny świat jest możliwy” – z prof. Zygmuntem Baumanem rozmawia Andrzej Zybała „OBYWATEL” Nr 2 (22) /2005

Zygmunt Bauman.jpg

Polska pochłonięta jest przez katastrofę bezrobocia, zapaść sfery publicznej, słabej edukacji, do tego nie udało się stworzyć nowoczesnych sektorów gospodarczych. Niektórzy mówią, że staliśmy się zbędni w sensie gospodarczym. Wielu z nas czuje się bezsilny­mi wobec tego. Czy tego typu problemy można jeszcze usiłować rozwiązywać z pozycji państwa narodowego, którego władza przecież znacznie się kurczy?

Z.B.: Rozpocząłbym od zacytowania wnikliwego stu­dium prof. Tadeusza Kowalika, opublikowanego przed rokiem w czasopiśmie „Kontrpropozycje”: od 1989 r. PKB wzrósł w Polsce o jedną trzecią, ale w tym samym czasie liczba rodzin żyjących poniżej minimum socjalnego wzro­sła niemal trzykrotnie i zbliża się do 60%, cztery miliony ludzi żyją poniżej biologicznego minimum, a 84% zare­jestrowanych bezrobotnych (którzy stanowią prawie 1/5 ludności w wieku produkcyjnym) nie otrzymuje zasiłku. W takiej to sytuacji rząd Rzeczpospolitej, w trzytomowym programie „Strategia gospodarcza rządu SDL-UP-PSL”, opublikowanym dwa lata temu, przewidział na 2005 rok 200 tys. dodatkowych miejsc pracy dla 900 tys. młodych ludzi wchodzących na rynek pracy, czyli blisko miliona do­datkowych ludzi bez przydziału…

 

Myślę sobie, że w tym krótkim opisie zawarte są wszyst­kie elementy naszej narodowej biedy. A więc mamy kapi­talizm przeniesiony w polską XXI-wieczną rzeczywistość wprost z gabinetu XIX-wiecznych osobliwości. Nastąpiło brutalne, dokonywane w blasku dnia i bez przeprosin, gwał­cenie konstytucyjnego prawa Polaków do godnego życia. Wspólnota odrzuciła odpowiedzialność za byt swych człon­ków, co oznacza rozbiórkę fundamentów wspólnotowej solidarności. Skutkiem jest niewiarygodne marnotrawstwo kapitału ludzkiego. Wreszcie: przeraźliwa obojętność elit politycznych – kolejno sprawujących w Polsce władzę – wo­bec rosnącej z dnia na dzień ludzkiej niedoli i ich niechęć czy nieumiejętność okiełznania żywiołu i przyhamowania polaryzacji społeczeństwa i rozpadu społecznych więzi.

 

Historia ostatniego piętnastolecia to m.in. dzieje kom­promitacji i etycznego bankructwa polskich elit politycz­nych, frustracji społecznych w efekcie oczekiwań rozbudzonych przez ich obietnice i wyczerpania się kapitału zaufania, jakimi elity te na wyrost obdarzono. W tym też trzeba upatrywać głównych przyczyn „poczucia bezsilno­ści”, jakie Pan słusznie w Polsce odnotowuje, a nie w tym, że zakres swobody rządów państwowych kurczy się za sprawą globalizacji. Wprawdzie globalne wędrówki kapitałów są zaiste globalne i drwią sobie ze wszystkich suwerenności państwowych jednako, ale ze świeczką wypadałoby w Euro­pie szukać takiej polaryzacji szans i perspektyw życiowych, jaka się u nas dokonuje. Na przykład rządy Danii, Norwegii czy Szwecji trzymają się wytrwale zasady gwarancji jed­nostkowego prawa do godziwego życia, co jest żyrowane przez wspólnotę, zaś w Hiszpanii czy Anglii przywraca się dziś wiele z nieopatrznie skasowanych wcześniej świad­czeń społecznych i siatek ochronnych – i jakoś nikt im z tego powodu głowy nie urwał, a na finansowe bankructwo także się u nich nie zanosi.

 

Poczucie bezsiły i niemożności, o jakim Pan powiada, wynika z powszechnej niemal utraty wiary, że jakakolwiek ekipa polityczna zechce się zająć dobrem społecznym raczej niż partyjnym i że ktoś zatroszczy się o coś więcej niż o to, co się w Anglii pogardliwie nazywa jobs for the boys (czyli, w luźnym tłumaczeniu, „ciepłe posadki dla kumpli”), a także, iż partie zajmą się czymś więcej niż odwracaniem uwagi spo­łeczeństwa od własnego nieróbstwa, przy pomocy spektaku­larnych skądinąd wzajemnych pomówień i dyskredytacji.

A czy w ogóle kraje słabe ekonomicznie, takie jak Pol­ska, mają jeszcze szansę usiąść za sterem swojego po­jazdu, czy tylko pozostaje im bez protestów przesiąść się na siedzenie pasażera i czekać na to, czy dojdzie do katastrofy, czy nie?

Z.B.: Znów powołam się na Anglików. Powiadają oni, że proof of the pudding is eating… Bo jakoś nie widać było dotąd, by polskie rządy próbowały na serio chwytać za ster. Raczej czekały, aż automatyczny pilot wyprowadzi pojazd na prostą. Starały się jak mogły, by go dotykaniem kierow­nicy – już nie mówiąc o kręceniu nią – przypadkiem nie zniechęcić, i rozkładały ręce, jeśli pilot mimo to zawodził i nie potrafił sprostać nadziejom.

 

Wśród elit rządzących, od czasu prawie jednomyślnego uchwalenia „planu Balcerowicza” przez „sejm kontrakto­wy”, panowała opinia – dawno skompromitowana i niemal powszechnie na Zachodzie odrzucona – że jeśli tylko dać posiadaczom kapitału nieskrępowane pole do popisu i po­zwolić im szukać bez przeszkód soczystszych pastwisk i porzucać je bez skrupułów, to bogactwo będzie samo z siebie pęczniało. Wtedy też wszystkim kapnie coś na rów­ni z obficie zastawionego stołu. A więc panowała zasada, że im więcej dla bogatych swawoli, tym ubogim będzie się żyć dostatniej. Jest to magiczne myślenie, któremu przeczy wszystko, co miało miejsce w dziejach rozwoju gospodarczego. Mylące są także działania (a raczej powstrzymanie się przed działaniem) wynikłe z tego myślenia, nie mówiąc już o dewastacji społecznej i spustoszeniu moralnym, do jakich niechybnie muszą prowadzić.

 

Więc może jednak trzeba budyniu wpierw pokosztować, zanim się o jego smaku orzeknie? Prof. T. Kowalik proponuje szeroki program robót publicznych, bo tyle jest w Polsce do zrobienia: dróg do naprawy, wysypisk i ugorów do zalesie­nia, tylu bezdomnych i tak mało tanich mieszkań. Proponuje też coś w rodzaju „młodzieżowych hufców pracy (tak wiel­ka część najlepiej w dziejach Polski wykształconego pokole­nia daremnie szuka zatrudnienia…). Spróbujmy wpierw coś zrobić, a wstrzymajmy się z wydawaniem wyroków.

Czasami można odnieść wrażenie, że w globalizacji, ja­kiej jesteśmy świadkami dostrzega Pan działanie praw historii, co oznacza, że niewiele z tym procesem da się zrobić, poza poddaniem mu się. A z drugiej strony w książce „Globalizacja” pisze Pan: „Nie jest jednak tak, że siła napędowa nowego porządku złożona jest z mgieł tajemnicy. Reguły dzisiejszego tworzenia porządku posiadają główni gracze biznesowi”. Czy mamy zatem do czynienia z pewnym determinizmem histo­rycznym, czy ze splotem wielkich interesów?

Z.B.: Globalizacja jak dotąd była czysto negatywna. „Zglobalizowały się” finanse i kapitały inwestycyjne, obrót towarowy, obieg informacji, szmugiel narkotyków, mafie, terroryzm… Nie zaczęła się jeszcze na dobre globalizacja pozytywna, czyli globalizacja kontroli społecznej, prawodaw­stwa, sądownictwa i zasad etycznych, jakie powinny wziąć to wszystko w ryzy. Ekonomika i przemoc są już globalne, a polityka, jak dawniej, zamyka się w miejscowych podwór­kach i gdzie jej tam do okiełznania i poskromienia biznesu i sołdateski… Innymi słowy: moc wzięła rozwód z polityką i osiedliła się na obszarach dla byłego partnera niedostęp­nych. Rezultat? Clausewitz postawiony na głowie: polityka jest kontynuacją wojny z wykorzystaniem innych środków…

 

„Polityka” to nazwa gatunkowa dla zjawisk inicjowa­nych świadomie przez ludzi, wynikających z ich intencji i deliberacji. Nie mamy jak dotąd polityki na miarę zglobalizowanych już mocy, i dlatego ciśnie się na język nieznośne i niebezpieczne, bo paraliżujące wolę i myśl, pojęcie „determinizmu” – puste wszak pojęcie, skoro wszystko w historii jest wynikiem ludzkich intencjonalnych działań (choć daleko nie zawsze zgodnym z intencjami). Biznesmeni i generało­wie wybuchliby chyba śmiechem, gdyby im o „determinacji” prawić – nigdy wszak nie czuli się tak wolni jak dziś i nigdy nie mogli tak beztrosko hasać po świecie, niby po tanecznym parkiecie czy boisku zabaw… To politycy sięgają po wymów­kę „determinacji” czy TINA, T(here) I(s) N(o) A(lternative), by się ze swej bezradności czy bezczynności usprawiedliwić – bo procesy, które wymykają się ich dłoniom jawią się im jak zrządzenia losu („los” jest nazwą szpary między tym, co się nam staje, a tym, czym potrafimy pokierować). Rzecz w tym, by narzędzia działania politycznego, jak dotąd ukute z my­ślą o nadzorze i regulacji gospodarki i stosowania przemocy w ramach państwa-narodu, przekuć tak, by się nadawały do nadzoru i regulacji mocy już zglobalizowanej. Wtedy nie trzeba będzie węszyć konieczności historycznych i szukać rozgrzeszenia w dziejowej determinacji.

 

Kiedy befsztyk nie daje się zjeść, można albo powie­dzieć, że mięso twarde, albo że nóż tępy…

Z niektórych Pańskich książek można jednak odnieść wrażenie, że dawne prawa historii zastępuje Pan do­głębnym pesymizmem, który każe sądzić, że człowieka nie stać – ze względu na jego okropną naturę – na nic przyzwoitego w historii. Jesteśmy jakby skazani na pewien fatalizm czynienia tylko coraz gorzej.

Z.B.: Pewnie można odnieść takie wrażenie, skoro Pan tak powiada, ale smutno mi i przykro, jeśli Pan je odniósł. Sprawienie takiego wrażenia nie leżało w moich intencjach. Gdybym był rzeczywiście, jak Pan powiada, „dogłębnym pe­symistą”, nie pisałbym i nie publikował (a pewnie i nie mówił). Gdyby „dogłębni pesymiści” byli konsekwentni, nigdy byśmy o ich istnieniu nie słyszeli i nigdy by nam ukucie pojęcia „pesymista dogłębny” do głowy nie przyszło. W moim słowniku „optymistą” jest człek, który sądzi, że ten nasz świat tu oto i w tej chwili jest najlepszym z możliwych światów, zaś pesy­mistą jest ten, kto się boi, że optymista ma rację. Wedle tej de­finicji nie należę do żadnego z obu obozów. Uważam, że inny świat jest możliwy – a nadto, że powyższy dwudzielny podział nie jest wyczerpujący jako że ignoruje on trzeci typ postawy wobec świata i to ten właśnie, dzięki któremu możliwości bywają realizowane: nadzieję, a co gorsza, najistotniejszą z jej odmian – nadzieję zespoloną z ufnością w ludzki rozum i ludzki potencjał daleki od wyczerpania. „Fatalizm” to tyle, co brak nadziei, a znów brak nadziei to najjaskrawszy przykład „samospełniającej się przepowiedni”. Gdy brak nadziei, można milczeć, a po milczącym świecie „fatum” hula swobodnie.

W ostatnich latach, wraz z rosnącymi zaburzeniami, coraz częściej mówi się o konieczności ustanowienia zasad globalnego zarządzania (global governance). Na ile wydaje się Panu możliwe ustanowienie global­nych reguł w sytuacji, gdy większość państw ma pro­blem z ustanowieniem reguł konsensusu na własnych podwórkach? Ponadto widzimy raczej zmierzch glo­balnych instytucji, jak ONZ, a Bank Światowy i MFW odsądzane są od czci i wiary, zresztą słusznie.

 

Z.B.: Na podobne pytanie przyszło mi niedawno odpo­wiadać w wywiadzie udzielonym „Europie” [cotygodniowy dodatek do dziennika „Fakt” – przyp. redakcji]. Powołałem się wtedy na trafną przenośnię „przełęczy górskiej”, za­proponowaną (w nieco innym kontekście) przez Reinharda Kosselecka. Pozwoli Pan, że sam siebie zacytuję: „Gdy się wspinasz na stromą przełęcz, nie możesz zaprzestać wspi­naczki, rozbić namiotu na stromym zboczu, bo ci go zwieje najbliższy halniak – mimo że nie wiesz, co znajdziesz po drugiej stronie góry. Wzniesienie, po którym dziś się wspi­namy, wiedzie zapewne ku kolejnej reintegracji polityki i mocy, tyle że tym razem na szczeblu globalnym. Nie jest już możliwa reintegracja na szczeblu państwa-narodu… Zada­niem, które będzie wymagało olbrzymiego wysiłku i chyba wypełni rozpoczynające się stulecie, jest reintegracja polity­ki i mocy na kantowskim szczeblu allgemeine Vereinigung der Menschheit, zjednoczonej ludzkości”.

 

Tyle powiedziałem wtedy, a teraz mogę dodać, że nie mamy w plecaku narzędzi, które nadawałyby się do użytku, gdy (jeśli) się w końcu na grzbiet góry wdrapiemy. Wszystkie narzędzia politycznego działania jakie mamy przystosowa­ne są do rozmiarów i właściwości państwa-narodu (także i ONZ powołano do życia, by strzegła integralności i suwe­renności państw-narodów, na które, jak zakładano, planeta nasza jest na wieki wieków podzielona!). Nie wydaje się też, by zadanie polegało na powiększeniu istniejących narzędzi do rozmiarów planety, i by nadawały się one do takiego powiększenia… Reprezentacyjna demokracja parlamentar­na nie powstała z „powiększenia” demokracji ateńskiego „polis” – jest zgoła odmiennym „sposobem na demokrację” i oryginalnym wynalazkiem ery nowoczesnej. A o tym, by państwa-narody stały się nową siedzibą dla stadła mocy i polityki nie decydowano przy okrągłym stole sołectw, pa­rafii, dworów i municypalitetów. Trzeba było więcej niż stu­lecia naszpikowanego udanymi i poronionymi pomysłami i próbami, krucjatami i przewrotami, zaciekłymi konfliktami i mozolnymi negocjacjami, by państwa-narody stały się taką siedzibą, domagającą się w dodatku, ze sporym powodze­niem, prawa do wyłączności i niepodzielnej suwerenności.

 

Stanowczo zbyt wcześnie dziś na orzekanie, jaką for­mę przybierze przeskok od małżeństwa mocy i polityki na szczeblu państwa-narodu do małżeństwa zawartego na szczeblu planety, od państwa-narodu do allgemeine Vereinigung der Menschheit, a w końcu od demokracji państwowej do demokracji planetarnej. Wiadomo tylko, że akurat dla owego przeskoku istotnie nie ma alternatywy. Albo i jest alternatywa, tyle że strach o niej pomyśleć…

A może świat rzeczywiście potrzebuje hegemona, bo inaczej wszyscy weźmiemy się za twarz?

Z.B.: Nadzieja w nieskuteczności „hegemonii” – nieadekwatności jej środków (mimo że jak nigdy śmierciono­śne i w śmiercionośności swej nie mające konkurentów) zarówno do odparcia zagrożeń dzisiejszego świata, jak i do wykorzystania jego szans – i w tym, że prędzej czy później hegemon się o tym sam przekona. W tym tylko (?!) sęk, ile osób padnie ofiarą i ilu ludzi zostanie wtrąconych w niedolę i upokorzenie zanim to nastąpi…

 

Nierealność „hegemonii” musi prędzej czy później wyjść na jaw, bo na zatłoczonej planecie wszyscy jesteśmy od siebie nawzajem zależni, i nie ma już mowy o tym, by jakiekolwiek – najpotężniejsze nawet i najmożniejsze – państwo mogło rozsądnie marzyć o tym, że zapewni swym poddanym dobrobyt, bezpieczeństwo i godne człowieka życie na planecie, na której panoszy się nędza, gwałt i upo­korzenie. Albo uda się nam zapewnić poszanowanie pra­wa do życia bezpiecznego i godziwego w skali planetarnej, albo nie uda się go zapewnić w żadnym zakątku planety.

 

Celu tak wzniosłego, jak ludzka wolność i demokracja, nie można przybliżyć zwiększeniem kalibru bomb i obszaru spustoszenia. Te środki do tego celu nie prowadzą. Nie moż­na walczyć o szacunek dla praw ludzkich i ludzkiej godno­ści przy pomocy Guantanamo, Abu-Ghraib czy Baghramu. Świętości ludzkiego życia nie służy zmiatanie ludzkich osiedli z powierzchni ziemi. Siejąc taki wiatr, można zebrać tylko burzę. Prezydent Bush obiecał, że będzie niezłomnie walczyć o interesy i bezpieczeństwo Ameryki i na mocy tej obietnicy obdarzyli go Amerykanie kolejnym mandatem. O liczeniu się z „interesami” i dobrem reszty świata nie było mowy w deklaracjach programowych. Na naszej wypełnio­nej po brzegi planecie taka jednostronność wizji brzemien­na jest w społeczną i humanitarną katastrofę.

 

Powtarzam: żaden kraj czy naród nie może być pewien swej wolności i bezpieczeństwa odwracając się plecami od reszty świata i zamykając oczy na cierpienia zadawane ludziom w złudnym przekonaniu, że służą one obronie własnej wolności i własnego bezpieczeństwa. „Nie może” nie znaczy jednak, że nie będzie próbował. Zwłaszcza, gdy ktoś, tak jak Stany Zjednoczone, przeznacza na uzbrojenie tyle, ile przeznaczają w sumie 24 kraje świata następne w kolejności na liście najlepiej uzbrojonych, a dwadzieścia pięć razy więcej niż wszystkie publicznie napiętnowane przez nie „państwa łotrowskie” razem wzięte.

 

Wbrew popularnym opiniom, Ameryka nie ma impe­rium, nie potrzebuje go, nie domaga się i nie zamierza dać się nim obarczyć. Przeciwnie, traktuje pola wczorajszych bitew na wzór gorącego kartofla – o którym powszechnie wiadomo, że zawsze lepiej, aby znalazł się w cudzych dło­niach. Posprzątanie pobitewnych ruin – i tych dosłownych, i tych w przenośni – nie jest zajęciem dla zwycięzców, lecz dla tubylców i podrzędniejszych koalicjantów.

 

Rzeczywisty dylemat – to wybór między światem nad­zorowanym przez niepodzielną władzę wszechwładnego szeryfa, a światem rządzonym przez stanowione pospołu i wspólnie egzekwowane prawo, nadrzędne wobec organów przymusu. Wyborem tej drugiej ewentualności szeryfowie nie zawsze są jednak zainteresowani. Mogą być nawet w jej wyborze przeszkodą. I są – gdy przypadła im w udziale rola jedynej planetarnej instancji. Rola ta mogła być z początku wynikiem historycznego zbiegu okoliczności, ale wyłączność szeryfowych możliwości można wykorzystać do duszenia w zarodku wszelkich prób wyłonienia jej równie globalnego konkurenta lub równoważnika. Istotnie – Ameryka wiedzie od szeregu lat prym wśród państw odmawiających sygnowania ogólno-planetarnych porozumień oraz politycznych lub prawnych organów nadzorujących ich przestrzeganie.

           

W książce „In Search of Politics” kreśli Pan niezwykle pesymistyczną wizję upadku sfery publicznej, czyli w za­sadzie upadku społeczeństwa rozumianego jako coś więcej niż zbiorowość. Ludzi niewiele już ze sobą łączy poza strachem, ale ten ma akurat taką naturę, że raczej dzieli nas od siebie nawzajem niż zbliża. Te procesy stawiają pod znakiem zapytania możliwość formułowania jakiej­kolwiek polityki, czy to w skali globalnej, czy narodowej.

Z.B.: W tej książce piszę głównie o drugiej niefortun­nej przygodzie, związanej z „negatywną globalizacją”, jaka przytrafiła się stadłu mocy i polityki osiadłemu w państwie-narodzie. Mówiłem wcześniej, że moc „wyparowuje” z państwa-narodu na niezagospodarowane obszary przestrzeni planetarnej. Polityka pozostaje więc bez mocy, a taka po­lityka, prócz tego, że jest bezsilna (i właśnie dlatego) traci atrakcyjność (vide rosnąca nieubłaganie apatia wyborców). Nadto wyzbywa się ona chętnie, lub po prostu wypuszcza ze słabnących rąk, funkcje jakichdawniej się podejmowa­ła, a teraz nie ma ani siły, ani chęci ich sprawować – prze­kazując je „siłom rynkowym” lub domorosłej „polityce ży­ciowej” indywidualnie uprawianej, czyli prościej mówiąc: przemysłowi chałupniczemu. Krótko mówiąc, „państwo się odchudza” z pomocą dwóch, ściśle zresztą powiązanych reżymów dietetycznych: prywatyzacji i indywidualizacji.

 

Mowa w tej książce o współczesnych losach trójdziel­nego arystotelesowego schematu „oikos (sfera prywatna) – agora (sfera prywatno-publiczna) – eklezja (sfera publicz­na)”. Kluczową rolę w nim odgrywała agora, czyli miejsce spotkania, dialogu i obustronnego przekładu interesów prywatnych i publicznych. Ona również decydowała o demokratyczności całego systemu.

 

O przyszłość agory pełne obaw były ostatnie stulecia, bardziej ubiegłe stulecie jeszcze niż to, które je poprzedzało, a nie mniej niż stulecie, które się właśnie zaczyna. Ale miało powody, aby z innej strony niż nasze pokolenie wypatrywać najazdu, podboju i zagłady. Od Herberta Spencera do Hanny Arendt, myśliciele zatroskani przyszłością agory spodzie­wali się agresji ze strony eklezji. I nie bez kozery. Państwo nowoczesne z jego dążeniem do kontroli nad historią (kon­troli zwanej przez nie ładem i mierzonej przewidywalnością i manipulowalnością zdarzeń) było potencjalnie napastni­kiem potężnym, trudnym do odparcia, a i często pozbawio­nym skrupułów w parciu do celu. Już nader często ulegało ono pokusie pójścia na skróty. Po co grzęznąć w niekończą­cych się pertraktacjach, o których nie wiadomo, jak się poto­czą oraz dokąd i kiedy doprowadzą, gdy można, napiąwszy muskuły, bez nich się obejść i wynik narzucić tu i teraz? Po co wystawiać się na wybryki losu, gdy można, skrzydeł mu przydawszy przemienić go w konieczność? Po co czekać, aż ludzie postanowią co dla nich dobre, jeśli można określić dobro bez ich udziału, a za to wedle własnego, rozsądniejszego wszak mniemania, dokładnie, punkt po punkcie?

 

Już poniewczasie, gdy zapał możnych do kolonizowania cudzych ziem wychłódł dokumentnie, koszta kolonizacji raptownie wzrosły, a dla panowania znaleziono poręczniejsze podpory niż zabór i administrowanie obcych lądów, Jurgen Habermas oskarżył państwo o zapędy kolonizacyjne wobec agory. Spóźnił się wprawdzie z diagnozą, ale jeszcze 20 lat temu, gdy – jak to widać po fakcie – era totalitaryzmów chyliła już się ku końcowi, nie brakowałoby dowodów na poparcie Habermasowego zarzutu. Kolonizacja agory była, by tak rzec, aktem założycielskim wszelkiego totalitaryzmu, a wścibski i niepodzielny zarząd nad skolonizowanym tere­nem był najmocniejszym z jego filarów. I nie dziw: podobnie jak niebo, wedle Kafki, to tyle, co niemożliwość wron, które starają się je zadziobać, tak agora znaczy tyle, co niemożli­wość totalitaryzmu, który pragnie ją wchłonąć…

 

To ciekawy i chyba szczególnie ważny problem. Od kiedy można mówić o zmierzchu agory i jakie są skut­ki tego procesu?

Z.B.: Dokładnej daty zwrotu w losach agory nie sposób ustalić, a jakąkolwiek datę by się nie zaproponowało, musia­łaby być arbitralna, a więc i sporna – zważywszy stopniowość i powikłanie przemian. Faktem jest, że działania wojenne i ruchy wojsk na granicy z eklezją niemal ustały, a za to gro­żąca zagładą inwazja ruszyła na agorę od granicy z krainą oikosów, grożąc zalewem spraw zbyt już prywatnych, by się mogły przyczynić do kształtowania zadań publicznych.

 

Gdy państwu ubywa mocy, wówczas funkcje, na które zwykło się ono powoływać, aby uzasadnić wymóg obywa­telskiego posłuszeństwa, przeobrażają się, jak już sugerowałem, z atutów w balast. Stają się one ciężarem, jakiego państwo nie potrafi już własnymi siłami udźwignąć. Ale jak się ich pozbyć? Ano nie inaczej, niż przerzucając je na barki innych agencji i innych aktorów, i rezygnując z am­bicji zwierzchnictwa nad ich poczynaniami, nie mówiąc już o zapędach do drobiazgowego ich regulowania. Po pierwsze, przerzuca się te ciężary na moce kryjące się pod enigmatyczną nazwą „sił rynkowych”. Po drugie, na każde­go z mieszkańców, którym zaleca się teraz poszukiwanie indywidualnych rozwiązań dla problemów społecznie wy­twarzanych, i społecznie niegdyś rozwiązywanych.

 

Wspólnym mianownikiem obu reżymów jest odpolitycznianie spraw, jakie niegdyś uznawano za naturalną do­menę interesów i zainteresowań obywateli i stanowionych pospołu praw i obowiązków obywatelskich. A zatem zwal­nia się „siły rynkowe” od politycznej kontroli obywateli, czy­niąc to pod hasłem likwidowania zbędnych i „gospodarczo bezsensownych” skrępowań, zaś pod hasłem promowania wolności osobistej uwalnia się obywateli od politycznie inicjowanej opieki przed skutkami rynkowej swawoli. „Nie­widzialna ręka” rynku przechwytuje teraz zagospodarowane niegdyś przez państwo rewiry ludzkiego współżycia wraz z wszystkim, czego ludzie potrzebują do przetrwania i pomyślnej egzystencji. „Ręka” ta jest z definicji poza zasię­giem politycznego działania – no bo „niewidzialna”. Może się nie obawiać „deliberatywnej wspólnoty – bo i jak deli­berować nad czymś, co niewidoczne?

 

Skutkiem ubocznym, lecz nieuniknionym obu reżymów jest pustoszenie agory, ogołoconej teraz z treści, jakie przy­ciągały niegdysiejsze tłumy. Obywatele ściągali tłumnie po to, aby się wspólnie zastanawiać nad dobrem publicznym i wykłócać o pożądany jego kształt. Ale skoro państwo ge­stem Poncjusza Piłata umywa ręce od odpowiedzialności i powierza kształt społeczeństwa „naturalnemu biegowi rzeczy”, któż miałby owe dobro publiczne realizować, na­wet gdyby się wiedziało, jaki kształt warto by mu nadać? Rozsądny, kierujący się „racjonalnym wyborem” człowiek nie będzie marnował czasu na snucie projektów, które i tak na snuciu się zakończą i na spory, z jakich i tak nic nie wyniknie. Z dwóch języków, którym agora miała służyć za tłumacza, ostał się tylko język spraw prywatnych. Na pla­cach publicznych jednym tylko językiem się przemawia. Nie praktykuje się tu tłumaczenia – a brak praktyki nieuchronnie prowadzi do uwiądu translacyjnego kunsztu.

 

Agora opustoszała – ale nie ów plac publiczny, na jakim się mieściła. Tyle że nie jest dziś placem zgromadzeń, lecz rynkiem miejskim, przeobrażonym w targowisko. Wypełniły go po brzegi stragany, kioski, sklepiki, dla dodania glorii zwa­ne butikami. Tłumnie na placu jak dawniej, lecz tłoczą się te­raz konsumenci, nie obywatele – a konsument, jak powiadają co bardziej kąśliwi obserwatorzy, jest wrogiem obywatela… Konsument to klient, a klient to pan. Właściciele butików z taką wywieszką być może sami w jej treść nie wierzą – ale konsument zachowuje się tak, jakby wierzył. Reszta świata istnieje dlań po to, by zaspokoić jego pragnienia, i wartość tej reszty mierzy się radością, jaką on z jej użycia wyciągnie. Klient – jeśli wyposażony w gotówkę lub karty kredytowe, rzecz jasna – nie jest, wzorem Boga u Leszka Kołakowskiego, nikomu niczego winien. Konsumentowi wszystko od wszyst­kich się należy. No a dobro publiczne, czy dobre społeczeń­stwo? „Dobre społeczeństwo” to w konsumenckim języku zbiorowisko takich jak on, a „dobro publiczne” to rynek gęsty od klientów. Mowa tu rzecz jasna o konsumencie idealnym – a nam do ideału, na nieszczęście dla „sił rynkowych”, ale na szczęście dla nas oraz miłych i drogich nam ludzi, wciąż jeszcze daleko – choć wyzwolony z pęt rynek wyzyskuje swą swobodę jak może, by nas do ideału zbliżyć.

Czy jednak tylko agora uległa zmianie wraz z biegiem wypadków? Człowiek współczesny przybywa na agorę z innym bagażem doświadczeń i oczekiwań niż czynił to jego poprzednik.

Z.B.: Dogłębnym przeobrażeniom podległ też „oikos”, z którego ludzie na „agorę” przybywają… Długa to historia, więc ograniczę się do stwierdzenia, że osią wspólną przewrotów, jakie się w łonie oikosu dokonały było jak dotąd wątlenie i kruszenie więzi międzyludzkich. Wszystko: oto­czenie ludzkie, w jakim się zdobywa środki do życia, i to otoczenie, w którym się owe środki spożywa, i umiejętności jakie uczynią i jedno i drugie osiągalnym, są w naszych cza­sach do wypowiedzenia – i doświadczenie poucza nas, że najprawdopodobniej, i chyba prędzej niż później, będą wy­powiedziane. Żyje się teraz z dnia na dzień, nie nabywa się i nie utwierdza z biegiem dni pewności, każdy dzień przychodzi zaczynać od nowa – a jako, że z faktu, iż coś było lub jest, nie wynika, że coś będzie, każdy dzień to epizod ze swym początkiem i zakończeniem, i nie wiadomo jakie, i czy w ogóle, pozostawi ślady na następnych dniach.

 

Z takiego „oikosu” wychodzi się na „agorę” z ładunkiem obaw i mrocznych przeczuć – a bez zaufania do własnych sił. Wychodzi się po to, by owe zaufanie zdobyć. Ale jeśli liczy się na to, że da się tam, na agorze przekształconej w targowisko, ulokować ufność pod dobrą opieką, na stałe czy choćby na dłuższą metę, że można liczyć na innych, podobnie wszak czyniących i równie zainteresowanych w so­lidności wspólnie używanej przechowalni, że tych samych ludzi o tych samych intencjach spotka się przy następnej wyprawie, i że w rezultacie uda się nabrać pewności siebie wspartej na zaufaniu do innych i do kształtu wspólnie z nimi zamieszkałego świata – przybyszy czeka rozczarowanie. Na agorę bowiem nie wychodzą jako na owe miejsce zgroma­dzeń dla gospodarzy ustatkowanych oikosów, lecz na miej­skie targowisko, na wybieg wiecznie zaniepokojonych kon­sumentów, podejrzliwych i niepewnych swych kroków.

 

Krótko mówiąc: najgorliwiej dziś uczęszczane zgro­madzenia publiczne zamiast być – wzorem agory – warsz­tatami jedności i wylęgarnią wspólnot, są kooperantami w społecznych procesach indywidualizacji i atomizacji. Powołują co najwyżej do życia, na czas ich trwania, namiastki wspólnot, które zwykłem nazywać „wspólnotami szatniowymi”, jako że na wzór widowni teatralnych scho­dzą się one tuż przed rozpoczęciem przedstawienia, by zaraz po zapadnięciu kurtyny znów się rozproszyć, nie będąc ani przez chwilę „całościami większymi od sumy ich części”, jakimi wedle klasycznej formuły Durkheima miały być wspólnoty klasyczne.

 

Agora dogorywa. Gdzie szukać szans jej regeneracji? A szukać trzeba, bo stawką jest tu zarówno wolność wspól­noty, jak i ludzi, którzy się na nią składają, los ludowładztwa i przyszłość samostanowienia ludzkiej osoby. Odpowiedź na to pytanie da, jak zawsze, historia, której najbystrzejsza myśl ludzka nie zdoła opowiedzieć zanim się dokona.

 

Dużo mówimy tu o ekonomicznym „tle” tych wszyst­kich przeobrażeń. Czy wierzy Pan w możliwość po­wrotu do powojennego typu zarządzania gospodarką, czyli inaczej niż poprzez neoliberalne zasady nieskrę­powanego rynku? Czy ludzkość nie zostanie zmuszona jednak do zarządzania procesami ekonomicznymi, choćby z powodu wyczerpywalności pewnych zaso­bów? Dzisiejsza ekonomia jest bowiem tak formuło­wana, jakby pewne zasoby były nieograniczone.

Z.B.: Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć lepiej, niż to uczynił Franz Kafka w jakże mądrym aforyzmie z przy­powieści o adwokatach. Poucza w nim, że jeśli niczego nie znajdziesz w korytarzach, pootwieraj drzwi; jeśli nie znaj­dziesz za nimi niczego – są inne jeszcze piętra; a jeśli i na nich niczego nie znajdziesz, nie martw się, wejdź na scho­dy. Póki nie zaprzestaniesz wspinaczki, nie będzie scho­dom końca, będą rosły w górę pod twymi stopami…

Dziękuję za rozmowę.

Styczeń 2005.

Zygmunt Bauman (ur. 1925) – światowej sławy socjolog. W czasie II wojny światowej był żoł­nierzem l Armii Wojska Polskiego, brał udział m.in. w walkach o Berlin. Pracował na Uniwer­sytecie Warszawskim. W następstwie wydarzeń marcowych w 1968 r. został usunięty z pracy na uniwersytecie, a w 1969 r. wyjechał z Polski do Izraela. Wykładał na uniwersytetach w Tel Avivie i Hajfie. Następnie wyjechał do Wiel­kiej Brytanii, gdzie objął funkcję kierownika Wydziału Socjologii na Uniwersytecie w Leeds. Gościnnie wykładał w wielu krajach. Początkowo oprócz zagadnień socjologii ogólnej zajmował się problematyką brytyjskiego ruchu robotniczego i socjalistycznego – na te tematy napisał pracę doktorską i rozprawę habilitacyjną. Sławę międzynarodową przyniosły mu jednak analizy przeobrażeń współczesnego społeczeństwa, które określił zbiorczym mianem „ponowoczesności”. Jest autorem wielu znanych rozpraw. Wśród napisanych w Polsce najważniejsze to „Wizje ludzkie­go świata” i „Kultura a społeczeństwo. Preliminaria”; był także redaktorem naczelnym pisma „Studia Socjologiczne”. Wśród najważniejszych jego prac napisanych na emigracji należy wymie­nić: „Legislators and Interpreters” (wyd. polskie: „Prawodawcy i tłumacze”), „Freedom” („Wolność”), „Postmodern Ethics” („Etyka ponowoczesna”), „Modernity and Holocaust” („Nowoczesność i Zagłada”), „Modernity and Ambivalence” („Wieloznaczność nowoczesna – nowoczesność wieloznaczna”), „Globalization: The Human Consequences” („Globalizacja i co z tego dla ludzi wynika”), „Ponowoczesność jako źródło cierpień”, „Together, apart” („Razem osobno”), „Wasted Lives” („Życie na przemiał”), „In Search of Politics”, „Europe An Unfinished Adventure” („Europa – niedokończona przygoda”).

www.obywatel.org.pl

 

„Przez tę babę z Perlejewa” (archiwalny reportaż) – IWONA TRUSEWICZ „Rzeczpospolita”

Ćwierć wieku temu mieszkanka podlaskiej wsi wyjechała na saksy do Brukseli. Dzisiaj pracuje tam kilkanaście tysięcy ludzi z Siemiatycz i okolic.

Siemiatycze. Reakcje na zamach w Brukseli.jpg

 

 

 

Gdy nastają wakacje, nauczycielka informatyki Edyta Brzozowska wsiada do autokaru relacji Siemiatycze – Bruksela. Odwiedza matkę, która od trzynastu lat sprząta domy zamożnym Walonom. Pracuje na czarno, podobnie jak kilka tysięcy mieszkańców Siemiatycz.

 

W szarym betonowym bloku na siemiatyckim osiedlu, w którym z mężem i czwórką dzieci mieszka Edyta Brzozowska, są dwadzieścia cztery mieszkania. Brzozowska liczy głośno, gdzie pracują jej sąsiedzi: Bruksela, Bruksela, Włochy, Bruksela, Australia, Bruksela… Wypada, że w trzynastu rodzinach choć jedna osoba dorabia w Brukseli, w dwóch – we Włoszech, w jednej na antypodach. Z pracy w Siemiatyczach utrzymuje się jedna trzecia mieszkańców bloku. Proporcje te można przenieść na całe miasto i wiele okolicznych wsi.

 

Ile macie teatrów i kin?

 

– W Brukseli Polka sprząta mieszkania i biura, opiekuje się dziećmi, gotuje. Polak robi remonty, buduje, zajmuje się ogrodem. A że połowa tych wszystkich Polaków jest z Siemiatycz i okolic, więc Belgom się wydaje, że to musi być duże miasto. Pewna Belgijka pytała mnie, ile w Siemiatyczach mamy teatrów, ile kin, hoteli, muzeów i galerii sztuki – śmieje się Brzozowska.

 

W osiemnastotysięcznych Siemiatyczach nie ma ani teatrów, ani hoteli, ani galerii sztuki, kin i muzeów z prawdziwego zdarzenia. Są okazałe kościoły i cerkwie, odnowiona żydowska synagoga, dwie wypożyczalnie kaset wideo, dwie lokalne gazety, jeden pensjonat, dwie restauracje, ładny park pośrodku rynku i zalew rekreacyjny na obrzeżach. Zakłady Hortex kupił Holender, w mleczarni Francuzi produkują sery. Według oficjalnych statystyk bez pracy pozostaje dziewięć procent dorosłych siemiatyczan. To niedużo jak na średnią krajową (17,6 procent).

 

We wszystkich szkołach dzieci uczą się francuskiego, język ten zna wielu dorosłych mieszkańców. Firmy budowlane i remontowe oferują najnowsze technologie i poziom usług prosto ze stolicy Belgii.

 

Trzynaście lat temu miejscowa PKS połączyła Siemiatycze stałą linią autobusową ze stolicą Unii Europejskiej. Dzisiaj w rozkładzie jazdy PKS ma dwie linie międzynarodowe relacji Siemiatycze – Bruksela i Siemiatycze – Londyn. Wyjazd w piątek i sobotę. W pozostałe dni tygodnia do stolicy Belgii kursują prywatne busy i linia z Białej Podlaskiej. Z Siemiatycz do Brukseli ludzie jeżdżą częściej niż do Warszawy czy Białegostoku.

 

– Przed Bożym Narodzeniem PKS wysyła do Brukseli wszystkie autokary – dwanaście – i jeszcze wypożycza od innych firm, bo do przywiezienia jest ponad półtora tysiąca ludzi. Wielu wraca także swoimi autami i korzysta z usług prywatnych przewoźników – opowiada burmistrz Zbigniew Radomski, wcześniej dyrektor PKS.

 

Ładniejszy krajobraz

 

Wszystko zaczęło się ćwierć wieku temu. Górale i Kurpie wyjeżdżali na saksy do Stanów, Mazurzy i Ślązacy do Niemiec, a mieszkańcy Siemiatycz do stolicy Belgii.

 

– Wszystko przez tę babę z Perlejewa – śmieje się burmistrz, powtarzając obiegową odpowiedź na pytanie, od kogo ta wędrówka ludu się zaczęła.

 

Wyjazdy do Brukseli tworzą łańcuch, w którym na początku jest owa „baba”, potem jej rodzina, dalsi krewni, sąsiedzi, znajomi sąsiadów… z tej samej wsi, potem z sąsiedniej i kolejnej. Perlejewo to wieś malowniczo położona w dolinie rzeki Pełchówka, ponad dwadzieścia kilometrów od Siemiatycz. Wygląda dziwnie. Przy głównej ulicy stoją ciągiem stare drewniane chałupy, a za nimi rozsiadły się okazałe betonowe wille.

 

– Nasi mieszkańcy są pracowici i oszczędni. Co zarobią w Belgii, to zainwestują w Polsce – mówi o widocznej zasobności gminy wójt Krzysztof Radziszewski, jedyny chyba obywatel Perlejewa, który w Brukseli nie był. – Dzięki temu ładniejszy u nas krajobraz. Ludzie kupują dobry sprzęt, stawiają porządne obejścia, posyłają dzieci do dobrych szkół. A i gmina z tej prosperity korzysta, rozwija się – argumentuje wójt i odsyła do rodziny Jankiewskich z Twarogów Lackich, bo to „chyba oni pierwsi pojechali”.

 

Na czarno u Jego Ekscelencji

 

Joanna Jankiewska potwierdza, że jej szwagier pojechał do Brukseli na początku lat osiemdziesiątych, ale nie był pierwszy. – Wcześniej znalazł się tam nasz sąsiad Tadeusz Usiński. To on załatwił zaproszenie dla szwagra. Potem żeśmy po wizę do Warszawy pojechali. A do Brukseli samolotem trzeba było lecieć, bo nikt nie słyszał, by z Polski pekaes do Brukseli jeździł – opowiada.

 

Za bratem do Brukseli trafił mąż Jankiewskiej, a w 1988 roku pojechała ona. Mąż pracował na budowie, ona sprzątała domy. Były to dobre czasy dla polskich gastarbeiterów. Przez belgijskich gospodarzy byli cenieni, konkurencji dużej nie mieli. A przede wszystkim obca waluta miała w kraju dużo wyższą niż dziś wartość.

 

– Belgowie to ludzie, którzy cenią sobie czas wolny. Dlatego biorą Polaków, byśmy za nich sprzątali, zajmowali się dziećmi, ogrodem. A oni wypoczywają tak, jak lubią. Sprzątałam u pani, której hobby było szycie zasłon. Całymi dniami siedziała w pracowni, projektowała i szyła zasłony – opowiada Jankiewska.

 

Najgorzej wspomina pracę u ambasadora Austrii. – W domu obowiązywała etykieta. To był horror. Witając się rano, nie mogłam powiedzieć po prostu „dzień dobry”. Musiałam mówić „dzień dobry, panie ambasadorze”, „jak się pani miewa, pani ambasadorowo”. Na każdym kroku byłam strofowana, pouczana. Nawet łóżka nie mogłam pościelić, bo to już robiła wykwalifikowana pokojówka. Czułam się tam źle, sama odeszłam – opowiada.

 

W 1993 roku wróciła do Polski. Czasy się zmieniły, frank stracił na wartości. Urodziła trójkę dzieci, dopilnowała budowy nowego domu, zajęła się gospodarstwem. O Belgach ma dobre zdanie: – Nie zadają pytań, nie spisują danych z paszportów. Cenią nas, bo w przeciwieństwie do Portugalczyków czy Marokanów Polak to dobry pracownik.

 

Jej mąż wciąż jeździ do Brukseli na zarobek. Niedawno zadzwonił z drogi. – Mówi mi: Aśka, co się dzieje? Na autostradzie sami Polacy.

 

To dla mnie pestka, „ma cherie”

 

Szukam dalej. Joanna Jankiewska podpowiada, że w Moczydłach-Pszczółkach mieszka Janina Smolikowska, która do Brukseli wyjechała jeszcze przed Tadeuszem Usińskim.

 

Dzisiaj siedemdziesięciosiedmioletnia staruszka mieszka w domu przy przystanku autobusowym. Pod koniec 1979 roku jako pięćdziesięciodwuletnia kobieta opuszczała drewnianą, biedną wieś z jedną walizką. – Początkowo było ciężko. Nie znałam języka, ale miałam dobrą pamięć, więc szybko się uczyłam. Sprzątałam, prasowałam i gotowałam u jednych profesorów i patronka sama zaoferowała się z pomocą przy nauce francuskiego. Potem zaczął się u nas stan wojenny i przez pięć lat nie byłam w Polsce, bo się obawiałam, że mnie już nie wypuszczą. Pomagałam rodzinie. Słałam pieniądze, paczki, załatwiałam zaproszenia – opowiada.

 

– Zajmowałam się domem dyplomaty. Żona dyplomaty była doktorem, bardzo mnie lubili. Gotowałam im obiady polskie, piekłam pączki, robiłam pierogi, gołąbki, za którymi przepadali. Oni tam jedzą szybko, najczęściej z tych puszków, więc mnie cenili. Dyplomata dostał placówkę w Stanach Zjednoczonych. Koniecznie chcieli mnie ze sobą zabrać. Tłumaczę mu, że potrzebna wiza, pozwolenie na pracę. A on mi na to: „ma cherie, dla mnie to pestka, tylko się zgódź”.

 

Nie zgodziła się, uznała, że jest za stara na nowe życie za oceanem. W roku upadku komunistycznej Polski Janina Smolikowska wróciła do Moczydeł. Przepracowała w Brukseli dziesięć lat. W tym czasie w Moczydłach stanął nowy dom.

 

Kto ją do Brukseli zaprosił? – No, jak to kto? Ta, która pojechała pierwsza – Katarzyna Nowecka z Perlejewa.

 

Obszerny dom rodziny Noweckich góruje nad drewnianą chatą z międzywojnia. W rozległym obejściu stoją murowane obory i stodoła, maszyny, ciągniki. Nowecka nie lubi wspominać przeszłości. Do Brukseli pojechała pod koniec 1978 roku. Była niecałe dwa lata. Wróciła odchować dzieci. Potem pracowała między innymi we Francji. Jej rodzina do dziś jeździ do Brukseli. Katarzyna dobrze wspomina czasy socjalistycznej reglamentacji, a źle wyraża się o Polsce współczesnej.

 

Czy była w Brukseli pierwsza z tych terenów?

 

– Z gminy pewnie tak. Zaproszenie przysłała koleżanka z Warszawy – mówi. I tak to się zaczęło.

 

Ludzie stali się kulturalni

 

Edyta Brzozowska kończy lekcję informatyki w Zespole Szkół Rolniczych w Ostrożanach i wraca piętnaście kilometrów do Siemiatycz. W tygodniu uczy także w ogólniaku w Drohiczynie, pisze artykuły do „Głosu Siematycz”. O sobie mówi „kobieta pracująca”. W ciągu trzydziestu dwóch lat życia ta szczupła blondynka zdążyła nie tylko urodzić czwórkę dzieci, ale też skończyć studia na dwóch uczelniach – nauczanie początkowe w Białymstoku i matematykę z informatyką na Uniwersytecie Warszawskim. Jest też absolwentką siematyckiej szkoły muzycznej, gra na flecie i pianinie. Gdyby urodziła się w Brukseli, jej rodzina nie miałaby trosk materialnych. – Ale mieszkam w Polsce, od dziesięciu lat w wakacje zastępuję więc mamę w pracy w Brukseli, a mama wraca do Siemiatycz odpocząć – opowiada.

 

Matka Edyty była w Siemiatyczach sprzedawczynią. Gdy w 1991 roku straciła pracę, koleżanka z Perlejewa przysłała jej zaproszenie do… Holandii. – Koleżanka pomogła jej znaleźć sprzątanie na godziny – opowiada Brzozowska.

 

Sama pierwszy raz do stolicy Belgii pojechała w 1994 roku busikiem. – Podróż trwa ponad dwadzieścia godzin, ludzie pili, palili, głośno się zachowywali – wspomina. Teraz jeździ tylko klimatyzowanymi autokarami z ubikacją i barkiem.

 

Zmieniły się także obyczaje podróżnych. – Ludzie wiele się w Brukseli nauczyli. Stali się kulturalniejsi, w podróży nie ma picia ani palenia – opowiada.

 

Belgijski wspólnik

 

Nie wszyscy pracują w Brukseli na czarno. Marcin Cichocki jest współwłaścicielem belgijsko-polskiej firmy remontowo-budowlanej. – Miałem w Siemiatyczach działalność gospodarczą, ale zbankrutowałem. Siedziałem na kuroniówce, kiedy zadzwoniła z Brukseli mama. Przeczytała ogłoszenie, że Belg poszukuje Polaka na legalnego wspólnika. Mama wyjechała do Belgii dwanaście lat temu, poślubiła Belga i dużo o tamtym rynku wie. Poradziła mi spróbować. I tak zostałem mniejszościowym udziałowcem spółki – opowiada.

 

Firma remontowa zatrudnia prawie samych Polaków – dwunastu, siedemnastu robotników. – Jeżeli ktoś się nie sprawdza, pije lub nie zna się na robocie, to robimy zebranie i go usuwamy – tłumaczy Cichocki.

 

W Brukseli wynajmuje sześćdziesięciometrowe mieszkanie. Czynsz pochłania jedną trzecią dochodów. Rodzina przyjeżdża na dłuższe pobyty, dzieci uczą się francuskiego, ale święta zawsze spędzają w Polsce. – W Brukseli na każdym kroku spotyka się Polaków. Przykro patrzeć, jak młodzi, wykształceni ludzie sprzątają mieszkania czy kładą kafle. Sam nie lubię tam pracować, nie odpowiada mi tamtejszy styl życia. Chciałbym żyć i pracować w Polsce, ale nie mam wyjścia, bo w Siemiatyczach pracy nie ma – mówi z goryczą.

 

Jest za to, postawione za brukselskie pieniądze, osiedle kilkuset willi zwane ironicznie przez miejscowych osiedlem biednych. Siemiatyczanie zainwestowali franki i euro w firmy budowlane, sklepy i gastronomię. Ale coraz częściej wiążą przyszłość z Brukselą, nie z Polską.

 

Kto zostanie w Siemiatyczach

 

Jan Masiel, którego ojciec wciąż mieszka w Siemiatyczach, po skończeniu dziesięć lat temu Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego otworzył w Brukseli szkołę języka francuskiego dla Polaków. Robi tłumaczenia, doradza w zakładaniu firm.

 

W dzielnicy St. Gilles („na Sanżulu”, jak mówią siemiatyczanie), w której mieszka najwięcej polskich pracowników, działają polskie delikatesy, krawcy, zakłady fryzjerskie, kosmetyczne, warsztaty samochodowe, pracownie komputerowe, kancelarie prawnicze. Wychodzi też bezpłatny polski miesięcznik „Gazetka”, w którym obok ogłoszeń, reklam polskich sklepów i najróżniejszych usług (w tym zakładu pogrzebowego z Siemiatycz specjalizującego się w „międzynarodowym przewozie zwłok”) są drobne ogłoszenia.

 

Ludzie szukają pracy stałej, czyli „stałki”, sprzedają polskie mieszkania. – Mama nie myśli o powrocie. Czuje się w Brukseli bezpiecznie, ma dość pieniędzy na zachcianki, odpowiada jej tamtejszy, luźny styl życia – opowiada Edyta Brzozowska.

 

W Siemiatyczach przy ulicy Grodzieńskiej w małym drewnianym domku Adam Boratyński prowadzi wypożyczalnię kaset wideo. Przed czterema laty bliźniaczą, ale większą wypożyczalnię filmów polskojęzycznych otworzyła w Brukseli jego siostra. Wcześniej do stolicy Belgii pojechała matka Adama.

 

– Każdy, kto do Brukseli wyjedzie i dwa, trzy lata popracuje, to już tu nie wróci. Pieniądze tak mu świat zawiążą, że ciągle ich będzie mało – uważa Boratyński.

 

Sam woli żyć w Siemiatyczach. – Mniejsze pieniądze, ale zawsze u siebie. A jak wszyscy do tej Brukseli wyjadą, to kto tutaj zostanie?

 

Imiona i nazwiska kilku rozmówców zostały zmienione na ich prośbę.

 

NIEMOWLĘCTWO FILMOWEJ FANTASTYKI (esej o kinie) – Stanisław Lem (Kraków, 1965 r.)

Doktor Strangelove.jpg

NIEZNANY TEKST LEMA O KINIE

PO RAZ PIERWSZY W POLSCE! PO 44 LATACH!

Ciekawostka. Niepublikowany w języku polskim esej Stanisła­wa Lema na temat kina został zaproponowany przez doktora Wiktora Jaźniewicza. Kilka lat temu, ten mieszkający w Mińsku badacz i tłumacz prozy Stanisława Lema na języki rosyjski i białoruski, oraz autor licznych artykułów o Lemie publikowanych w Bułgarii, Polsce, Rosji, na Ukrainie i Białorusi, za­prosił mnie do współpracy w przygotowaniu na rynek rosyjski kompendium prozatorskiej, filozoficznej i publicystycznej twórczości Lema. Monumentalna książka, zawierająca m.in. moje wywiady z pisarzem, zatytułowana Tako rzecze… Lem” ukazała sięw 2006 roku, nakładem prestiżowego moskiewskiego wydawnictwa „AST” w seriach „Philiosophy” i „LEM (Zbiór dzieł Lema)”.

„Niemowlęctwo filmowej fantastyki” – esej Lema, który spe­cjalnie dla „Filmu” przetłumaczyli: Wiktor Jaźniewicz i doktor Maciej Płaza, autor m.in. monografii O poznaniu w twórczo­ści Stanisława Lema” (Wrocław 2006), został napisany przez Lema na prośbę redakcji „Iskusstwo kino” z okazji IV Między­narodowego Festiwalu Filmowego, który odbył się w Moskwie w lipcu 1965 r.

W Polsce esej Lema ukazuje się po raz pierwszy!

  

Do kina mam stosunek dwojaki: „prywatny”, czyli stosunek zwykłego widza, który chodzi do kina, oraz „fachowy”, czyli stosunek pisarza, którego utwory mogą być zekranizowane

Myślę, że jestem „normalnym” widzem i lubię po prostu dobre filmy chociaż nie nazwałbym siebie kinomanem. Chętnie oglądam zarówno wielkie filmowe widowiska (wydaje się, że ta­kim filmem będzie nasz „Faraon”, który wła­śnie realizuje Jerzy Kawalerowicz i po którym wiele się spodziewam), jak i kameralne filmy psychologiczne, a nawet westerny.

Jak przystało na pisarza zajmującego się głów­nie tematyką fantastyczno-naukową, mam pod adresem tego typu kina nieco zastrzeżeń. Przede wszystkim muszę przyznać, że nie znam ani jednego filmu fantastyczno-naukowego, który byłby pełnowartościowym dziełem artystycznym: jeżeli takowe istnieją, nie widziałem ich. Ponieważ film „Milcząca gwiaz­da”, zrealizowany na podstawie mojej książki »Astronauci« (ale nie według mojego scenariu­sza!), także uważam za słaby, do kolejnych pro­pozycji ekranizowania moich dzieł odnoszę się ostrożnie. Choć odrzuciłem już wiele takich propozycji, nie twierdzę, że nie jestem chętny do współpracy z kinem – po prostu uważałem, że nie miały one szans na sukces.

Sytuacja wygląda mniej więcej następująco: reżyserzy o „wielkich nazwiskach” z ustaloną reputacją, zazwyczaj nie chcą kręcić filmów fantastycznych. Są specjalistami w innej dzie­dzinie i prawdopodobnie wolą nie zajmować się ryzykownymi eksperymentami w dziedzi­nie fantastyki, gdzie czekałyby ich liczne trud­ności (za dowód może służyć właśnie brak do­brych filmów fantastyczno-naukowych).

Z kolei początkujący reżyserzy chętnie podjęli­by się realizacji takiego filmu, ale ja nie mam do nich zaufania i waham się, nie będąc pe­wien, czy wolno im realizację takiego filmu powierzyć. W ten sposób powstaje niejako błędne koło.

Filmy fantastyczne zazwyczaj są droższe od „zwykłych”, dlatego ryzyko związane z ich re­alizacją jest wyjątkowo duże. Na Zachodzie film fantastyczny to po prostu (z bardzo rzad­kimi wyjątkami) bliski sąsiad lub nawet krew­ny różnego rodzaju przygodowej taniochy. Owe wyjątki właściwie nie są już filmami fantastyczno-naukowymi – przykładem choćby film Kubricka „Doktor Strangelove”.

W ten sposób opinia (potwierdzona w prakty­ce), jakoby film fantastyczny był artystyczną chałturą, szybko się upowszechnia i ewident­nie zaczyna kształtować powszechne mnie­manie, przynajmniej w kręgach polskich fil­mowców. Sytuację tę można byłoby zmienić tylko w jeden sposób: przeciwstawiając takie­mu poglądowi fakty, czyli wypuszczając trzy-cztery filmy fantastyczno-naukowe o wyso­kiej wartości artystycznej. Prób takich jednak, o ile mi wiadomo, nie podejmowano.

Jeśli zaś mowa o światowej kinematografii w ogóle, to pomijając filmy fantastyczne, o których pisałem wyżej, jej sytuacja wydaje mi się następująca – oczywiście w ogólnym zarysie. W ciągu ostatnich piętnastu lat byli­śmy świadkami dynamicznych i często zmieniających „strategiczny kierunek uderzenia” poszukiwań, co samo w sobie, jak każdy eks­peryment w sztuce, jest cenne. Nieraz jednak można było wyczuć ukrytą za takimi poszukiwaniami skłonność do wynajdywania „recep­ty nowoczesności”. Jak gdyby taka recepta istniała!

Jedni widzieli ją w „Kino-Prawdzie” i ukry­wali kamerę filmową przed oczyma przechodniów, pragnąc „uchwycić życie ulicy ta­kim, jakie ono jest”; twierdzili, że film „Cleo od piątej do siódmej” jest takim właśnie „do­kumentem”, wyrwanym wprost z życia (ma się rozumieć, że wcale tak nie jest). Inni go­towi byli całkowicie zaufać doskonałości jed­nej tylko techniki operatorskiej, w przekona­niu, że jeśli film kręci się metodą doskonałą z technicznego punktu widzenia, to każdy szczegół, który trafi w pole widzenia obiekty­wu, staje się dziełem sztuki. Szczególnie nie­bezpieczne pod tym względem wydają się mi niektóre utwory Michelangela Antonioniego i jego naśladowców.

Główny powód do dumy tych twórców stano­wi czasem to, że w ich filmach prawie nic lub zgoła nic się nie dzieje, a to, co się dzieje, przedstawia się widzowi w sposób drobiazgo­wy, rozwlekły i z taką skwapliwością, jakby podawano mu na srebrnej tacy – okrążywszy to wszystko z największą powagą i nabożeń­stwem – kilka łodyżek trawy, cynową łyżecz­kę i tenisową piłeczkę, milcząco dając do zrozumienia, że w tym wszystkim kryje się Bóg wie jak głęboka filozoficzno-artystyczna treść. Nie twierdzę bynajmniej, że wątpię w szczerość zamiarów Antonioniego czy jego naśladowców, ale w sztuce nie liczą się za­miary, tylko ich realizacja. Te filmy są niemal puste, jeśli zaś nie są puste, to łatwo prze­kształcają się w jałową demonstrację sentymentalnych działań i scen (okropnie długie kadry, twarze w zbliżeniach).

Nie uważam, że w taki sposób nie da się zro­bić ciekawego filmu; owszem, lecz tylko jeden raz. Nieprzerwane ich powtarzanie zrodziło natomiast straszną manierę – napuszoną, sztuczną i pustą.

Natomiast filmy zrealizowane w sposób „staroświecki”, po których jednak widać, że reżyser czegoś poszukuje i chce coś przeka­zać – jak „Fanfaron” ze świetnym Gassmanem – są wspaniałe i wierzę, że takie filmy, rzekomo „staromodne”, zawsze będą wzorem.

Krótko mówiąc, w kinematografii panuje niejaka nerwowość, polegająca na tym, że szybko – szybciej niż w literaturze al­bo malarstwie – powstają i gasną w niej przelotne „mody”. Powstają „szkoły” (polska, francuska), które owocują dwoma-trzema ciekawymi filmami oraz dłu­gim ogonem naśladownictw – aż w koń­cu wszyscy zaczynają się dziwić: „gdzież podziała się ta szkoła?”

Stosunki między sztuką filmową a literaturą układają się, jak mi się wydaje, nieźle, chociaż mogłyby być lepsze. Uważam, że dobry sce­nariusz oryginalny zawsze jest lepszy niż sce­nariusz napisany na podstawie gotowego utworu literackiego, lecz przy tym wcale nie jest tak, że jeśli autor scenariusza staje się również reżyserem filmu, to automatycznie gwarantuje to jakąś szczególną „jednolitość” utworu i wysoki poziom artystyczny.

Jeśli mówimy o specyfice kinematografii kra­jów socjalistycznych, to wydaje się mi, że szczęśliwie minął (i to już dawno) jego nie­mowlęcy wiek. Chyba jednak z wyjątkiem… dziedziny fantastyki. A to dlatego, jak już mó­wiłem, że zdarza się jeszcze, iż reżyser biorą­cy się za realizację filmu fantastycznego próbuje ukazać w takim dwugodzinnym utworze całą przyszłość (cały komunizm, całą jego społeczną i psychologiczną problematykę, plus loty kosmiczne, plus niesłychanie rozwi­niętą technikę naziemną itd. itp.). Tego nato­miast, ma się rozumieć, doskonale zrobić się nie da – wcześniej należałoby stworzyć od A do Z „fantastyczną encyklopedię filmową XXX wieku”.

Film nie może pomieścić „wszystkiego”; stąd na przykład wynika schematyzm zekranizowanych »Astronautów«, ponieważ to, czego w tym filmie nie pokazano, czyli nie ziszczo­no artystycznie, zwyczajnie się nam opowia­da – jakby bohaterowie czytali z ekranu ga­zetowe wstępniaki.

Tak oto, choć wydaje mi się, że ogólny po­ziom filmów rzeczywiście jest już wysoki – chyba znacznie wyższy niż 10-15 lat temu – wciąż nie można tego powiedzieć o dziedzinie kina, która mnie najbardziej interesuje. Ale może i w niej nastąpią zmiany na lepsze – gorąco tego pragnę i życzę samemu sobie oraz wszystkim miłośnikom filmowej fantastyki.

Kraków, 1965.

Z rosyjskiego przetłumaczyli: Wiktor Jaźniewicz i Maciej Płaza

Pierwodruk: Czasopismo Iskusstwo kino” (Moskwa), 1965, 6, s. 10-11.

Artykuł napisany na prośbę redakcji z okazji IV Międzynarodowego Festiwalu Filmowego, który odbył się w Moskwie 5-20 lipca 1965 r. W programie konkursu wśród 34 filmów z 31 krajów był polski Trzy kroki po ziemi” (reż. Jerzy Hoffman i Edward Skórzewski), który otrzymał Srebrny Medal.

Wiktor Jaźniewicz – doktor nauk technicznych (specjal­ność: komputery i informatyka), tłumacz dyskursywnej prozy Stanisława Lema na język rosyjski i białoru­ski, autor artykułów o jego twórczości, opublikowa­nych na Białorusi, w Bułgarii, Polsce, Rosji i na Ukrainie. Mieszka w Mińsku (Białoruś).

Maciej Płaza – doktor nauk humanistycznych (specjal­ność: teoria literatury), autor książkowej monografii „O poznaniu w twórczości Stanisława Lema” (Wrocław 2006) oraz licznych artykułów poświęco­nych twórczości Lema; tłumaczy z angielskiego i rosyjskiego. Mieszka w Poznaniu.

„BEZZĘBNA MEDIOKRACJA” Rozmowa ze STANISŁAWEM LEMEM „Wprost” 18 lutego 1996 r., nr 7, s. 68.

Stanisław Lem.jpg

Ludzkość nie interesuje się polityką – woli harlequiny” lub wiadomości telewizyjne, z których prawie nic nie rozumie

 

 W felietonach ze swego najnow­szego zbioru „Lube czasy” przestrzega pan przed globalną telewizją, która chcąc przyciągnąć odbiorców, epatuje przemocą, przekazując w ten sposób instrukcję zabijania w skali masowej.

– Panuje teraz bardzo niebezpieczna moda przyzwyczajania mas do tego, iż można zamordować 100 albo 500 tys. ludzi i nic specjalnego się nie dzieje. Nikogo się nie aresztuje, nie sądzi. Wielomilionowa publi­czność mediów nie chce tego widzieć albo przyzwyczaja się do faktu, że człowieka można np. bezkarnie ugotować i zjeść. Żeby powstał telewizyj­ny lub prasowy news, jedna ze stron konfliktu zbrojnego musi wymordować 20 tys. swoich przeciwników i pochować ich w masowych grobach. Ten „nastrój do zbrodni” podkrę­ca i upowszechnia wiele lokal­nych konfliktów, które na całym świecie pokazuje co­dziennie telewizja satelitarna. Pamiętam, że kiedy przed wojną porwano dziecko Lindberga, pierwszego człowieka, który przeleciał Atlantyk, kidnaping ten spowodował trzę­sienie umysłów. Natomiast to, co teraz oglądamy w telewizji, można nazwać masowym tre­ningiem społecznym, przygotowaniem do uzwyczajnienia zbrodni.

 

 Coraz częściej przestrzega pan także przed fatalnymi skutkami mediokracji w polityce.

– Media stają się w naszych czasach szczególnie drapieżne, tyle że stopień uwrażliwienia na kry­tykę z ich strony jest bardzo różny. Na przykład w Rosji, po zniesieniu instytucjonalnej cenzury, głosy krytyki, rozpaczy i przerażenia, upowszechnia­ne przez tamtejsze media ze szczegól­ną siłą, nie przynoszą żadnych efektów. Tam mediokracja okazała się bezzęb­na. U nas duża część prasy rozpisuje się, jak to niezdrowo i nieprzyjemnie, że urząd prezydenta, legislatywa i egzekutywa w Polsce pozostają w rękach jednej partii, ale to wszystko spływa po elicie politycznej jak woda po gęsi.

 

 Daleko posunięta mechanizacja produkcji prowadzi do tego, iż milio­ny ludzi nie tylko tracą pracę, ale stają się też społecznie bezużyteczne.

– Oglądałem niedawno w jakimś czasopiśmie japońskim schemat kon­strukcyjny domu, który wznosi zespół robotów, kierowany przez centralny komputer. Na budowie nie zatrudnio­no ani jednego człowieka. Pojawia się więc pytanie: co mają w tej sytuacji czynić ludzie? Liczba bezrobotnych w Niemczech czy w Stanach Zjednoczo­nych sięga kilku milionów. Bardzo łatwo mogą oni zrobić coś nieobliczal­nego. Może dojść do eskalacji działań populistycznych, a nawet rewolucyj­nych, nad czym trudno będzie zapanować w skali globalnej, zwłaszcza w sytuacji, gdy granice państwowe zaczynają być fikcją. Niestety, ich likwi­dacja bardziej sprzyja przepływowi narkotyków i terrorystów niż upowszechnieniu interesujących rozwiązań socjologicznych. Granice przestają mieć znaczenie w dobie telewizji, która w jednym dzienniku informuje o wszystkich ważniejszych wydarze­niach na świecie. Inna sprawa, że ta dawka horroru jest coraz trud­niejsza do zniesienia.

 

 Jakie zmiany w ludzkich zachowaniach wywołuje przepływ informacji w skali całej planety?

– Zmniejszenie informacyjne globu oznacza w praktyce, iż np. katastrofa w Tajlandii będzie miała wyraźny wpływ na kursy giełdowe w Ameryce, co uważam za zjawisko niezdrowe. Kiedy czytam do snu „Ogniem i mieczem”, spostrzegam, że pan Zagłoba nie wie, co się dzieje poza granicami Pomorza czy Prus, a o stanie spraw w Afryce czy Chinach nie ma pojęcia nikt w całej powieści. Z  tego powodu bohaterowie koncentrują się na sprawach lokalnych. Sam nie zachwycam się faktem, iż ostatnio cały glob stał się teatrum do oglądania. Przecież dzisiejszy człowiek ma taką samą „przepustowość informacyjną”, jak 80 tys. lat temu, a musi „przetrawić” bez porównania większą liczbę informacji. W tej sytuacji większość ludzkości stara się nie interesować tym, co się dzieje na świecie, więc albo czyta „harlequiny”, albo nie czyta niczego, ogląda tylko wiadomości tele­wizyjne, z których – jak wykazały ostatnie badania – prawie nic nie rozumie. Tymczasem upadek kultury druku i dominacja kultury wizualnej świadczy o tym, że technika wygrywa z intelektem. Coraz doskonalsze techno­logie są zaprzęgane do najprymitywniej­szych ludzkich popędów.

Rozmawiał: Mateusz Nowak

 

„Wprost” 18 lutego 1996 r., nr 7, s. 68.

„Zagłada getta żydowskiego” i „Klątwa Żydowska” – Mirosław Leszczak „Głos Siemiatycz” rok 1990

Synagoga w Siemiatyczach.jpg

Za dwa lata, w listopadzie 1942 roku minie 50 rocznica eksterminacji ludności żydowskiej w Siemiatyczach. Trzeba będzie upamiętnić naszych wymordowanych współmieszkańców jakąś tablicą czy obeliskiem. Wpierw należy jednak przybliżyć te tragiczne wydarzenia współczesnym siemiatyczanom. W końcu niewielu dzisiaj wie, że w 1939 roku w Siemiatyczach mieszkało 4303 Żydów (52,9% ogółu mieszkańców) co oznacza, że co drugi siemiatyczanin był wyznania mojżeszowego.

Siemiatycze znalazły się pod okupacją niemiecką 11.IX1939 r.

Już wtedy  Niemcy  powołali  przedstawicielstwo   żydowskie   w   osobach: rabina  miasta Chaima Barucha Gersteina, Zundla Monczera i Jankiela Rubinsa, którym podyktowali swoje warunki.  Nie lepiej postępowali kolejni okupanci – Sowieci, którzy wywieźli na Syberię wielu żydowskich kupców i przedsiębiorców. Jednak wielu Żydów zaczęło wysługiwać się wtedy komunistycznej władzy, choćby w samozwańczym Komitecie Robotniczo-Chłopskim.

Druga okupacja niemiecka zaczęła się 23 czerwca 1941 r. Wkrótce zaczęły się prześladowania Żydów. Kazano im 10 lipca rozbić pomnik Lenina, obarczając ich całą winą za wszystkie  zbrodnie komunizmu. Około 10 sierpnia powołano Judenrat pod kierownictwem Izraela Rozencweiga, w składzie: Szymon Ciepielewicz, Pejsach Steinberg, Lejzor Szuster, Dawid Gruskin, Mordechaj Gruskini, Lewin Rozencweig, Jankiel Kogut, Rafał Kidszblum, Dawid Winner i Kałmen Szefic. Do lipca 1942 roku Żydzi mieszkali w swoich domach, lecz musieli je oznakować, podobnie jak codzienną odzież. Od sierpnia zaczęto ogradzać getto na Zamościu w rejonie ulic: Koszarowej, Wysokiej, Górnej, Słowiczyńskiej. Stłoczono tam też Żydów z Drohiczyna, Mielnika, Nurca, Grodziska. Na początku listopada 1942 roku zaczęła się likwidacja getta. Jeszcze 3 listopada doszło do buntu, gdy Żydzi próbowali sforsować druty. Wymknęło się ich wtedy ok.  300 i rozproszyli się po okolicy. Tymczasem codziennie odchodziły transporty z getta na st. kolejową Siemiatycze i dalej do Treblinki. Wielu zostało zastrzelonych na miejscu, wielu zmarło z głodu, wielu też zdołało uciec z transportu np.: Irwing Morer, Ryfka Gruskin, Lejzor Resznik i in.

Z getta siemiatyckiego wywieziono ogółem ok. 7 tys. osób i prawie wszyscy zginęli w Treblince. Tych kilkudziesięciu cudem uratowanych przetrwało okupację m.in. dzięki Polakom takim jak np. Bronisława Kryńska ze wsi Morze (ukrywała 18 Żydów), czy rodzinie Dawidziuków z Dołubowa, rozstrzelanej za ukrywanie Żydów. Byli, oczywiście też i Polacy, którzy sami prześladowali Żydów, jak np. policjanci: Szczygieł, Fleks, Owerczuk i inni, którzy po wyciągnięciu od nich złota, wydawali ich Niemcom. Z drugiej strony znamy tragiczną historię rodziny Wilińskich i Siemieniuków z Czartajewa, wymordowanych przez zbrojną grupę żydowską Herszla Szebesa z zemsty za wydanie Żydów Niemcom (marzec 1944 r.).

Tak było. Nasza wspólna historia jest skomplikowana, a jednak musimy o tym mówić i pisać. Powiedzmy jeszcze raz banalną prawdę: byli Polacy dobrzy i źli, i byli dobrzy i źli Żydzi. Tylko w komunistycznej propagandzie i historii są barwy albo czarne albo białe.

 

Przy pisaniu tego szkicu korzystałem głównie z albumu pt. „Kehillat Siemiatych” wydanego w Izraelu i w USA. Pozyskałem go dzięki Stowarzyszeniu Żydowskich Wychodźców z Siemiatycz w Izraelu. Przy okazji składam podziękowanie p. Barbarze Goodwin (primo voto Hajdukiewicz), mieszkającej w Wlk. Brytanii, za przetłumaczenie angielskojęzycznej części albumu.                                                                            

 

Mirosław Leszczak

Źródło:

„Głos Siemiatycz”, 18 XI 1990 r.


 

ZE STARYCH KRONIK

KLĄTWA ŻYDOWSKA

Powstały w 1723 r. Sejm Żydów Korony ustalił podatki i sposób ich ściągania. Na tym tle właśnie zaistniał spór pomiędzy gminą tykocińską, a podległą tejże – gminą siemiatycką.

Żydzi siemiatyccy odmówili płacenia podatków do Tykocina, uważając, że na­rzucono im zbyt wysokie sumy. Opór potężniał, choć prowadzony był ze zmien­nym   szczęściem. Z tego powodu Sejm Żydów Korony wyklął w Jarosławiu gminę siemiatycką. Klątwa brzmiała następująco:

„Niechaj oni będą wyklęci i odo­sobnieni i oddzieleni od wszystkich gmin żydowskich w Polsce. Niech ich chleb będzie chlebem poganina a ich wino nie ich winem. Dalej  niż cztery łokcie nie ma nikt z nimi prowadzić handlu. Wszystkie długi, które są im przynależne, niechaj będą wstrzymane, a  wszystkie ich  weksle niechaj będą unieważnione. Ta klątwa będzie tak długo ważna, aż nie przyjdą do nas i nie zapłacą. I oby oni zawsze żyli pod groźbą tej klątwy.”

Wyrok w sprawie Żydów z Siemiatycz wydali sędziowie z Poznania, Ostrowia i Łucka. A jednak krnąbrni seniorzy gminy siemiatyckiej trwali przy swoim. Nie pomogło nawet powtórzenie klątwy w 1728 r. I tym to sposobem osiągnęli w 1730 r. uwolnienie się od zwierzchności Tykocina. Siemiatycze stały się z czasem jedną z najważniejszych gmin w Polsce, podległą bezpośrednio Sejmowi.

 

Mirosław Leszczak, Klątwa Żydowska, „Głos Siemiatycz”, nr 10, 18.XI. 1990, s. 7.


 

Żydzi Siemiatyccy w Powstaniu

Żydzi z Siemiatycz w momencie zry­wu niepodległościowego w 1863 r. nie pozostawali obojętni. Nie znamy wpraw­dzie dotychczas konkretnych nazwisk, ale wiemy o pomocy udzielanej przez kupców żydowskich spiskowcom. To właśnie siemiatyccy Żydzi byli dostarczy­cielami prochu dla magazynów pow­stańczych np. do domu Władysława Czarkowskiego do Łosic. Musiała być to pomoc wyraźna i niestety widoczna, sko­ro po rozbiciu wojsk powstańczych 7.II. w Siemiatyczach, ludność żydowska poddana została okrutnym represjom. „Wiadomości z pola bitwy” z 6.03.1863 r. donosiły o wyczynach kozaków w Sie­miatyczach: „Miasto całe najzupełniej zrabowali, dom po domu obdarłszy pod­palali, Żydów po kieszeniach, a Żydówki do bezwstydu rewidowali, wszystkie znalezione przez nich pieniądze i kosztow­ności zabierali, palce z pierścionkami, uszy z kolczykami Żydówkom obrzyna­li”. Plon masakry ludności żydowskiej widoczny był nazajutrz gdy „po bitwie na pięciu wozach wywieziono do Ciechanowca dzieci żydowskie, sieroty po pomordowanych rodzicach” Raport gen. Langiewicza w tymże n-rze „Wiadomości” donosi też że „w jednej z wsi koło Siemiatycz napadli Kozacy na właściciela stada wołów Berka Widemana z Brześcia i mimo, że ten schronił się we dworze, zamordowano go razem z dziedzicem”.

Władze carskie mszcząc się za po­moc udzielaną powstańcom przez Ży­dów siemiatyckich, nakazały zebrać wśród nich kontrybucję i za te pieniądze wybudowano w 1865 r. pomnik kaplicę z obrazem św. Aleksandra Newskiego. Stanął naprzeciw ul. Pałacowej, przed ratuszem. Miała to być pamiątka zgniecenia powstania 1863 r., ale z powodu za­niedbania w 1923 r. władze polskie naka­zały rozbiórkę obiektu.

Mirosław Leszczak

 

„Głos Siemiatycz”, 12 III 1991 r.

„Nawet umarłym nie dali spokoju” – PAWEŁ FIJAŁKOWSKI (Wędrówki z przeszłością) „Foks-Sztyme”, 1985-11-30, str. 10.

Nawet umarłym nie dali spokoju - Wyszogród.JPG

Zawsze wydawało mi się, że Wyszogród znam jak włas­ną kieszeń. Miasteczko ma­łe — z jednego końca w drugi można dotrzeć spacerem w ciągu kilku zaledwie minut. A po­za tym przyjeżdżam tu często, od wielu lat. Ale dopiero w sierpniu 1984 r. narodziła się moja znajo­mość z panem Leibem Fraizyngerem — rodowitym wyszogrodzianinem, rówieśnikiem naszego stulecia. Wówczas przekonałem się jak wielu rzeczy jeszcze nie wiedziałem. Spacerując z Fraizyngerem po miasteczku zaczą­łem poznawać Wyszogród od no­wa. To on pokazał mi dom z gwiazdami Dawida — jedyny oca­lały z pożogi ślad po wyszogrodzkim żydostwie. Dom ten stoi przy głównej ulicy miasteczka (ul. Rębowska 33). Na ogół nikt nie zauważa sześcioramiennych gwiazd na jego fasadzie. Może dlatego przetrwały.

Pierwsze wzmianki o Żydach wyszogrodzkich pochodzą z po­czątków XV w. Wyszogrodzka gmina była początkowo nieliczna. Jednakże w następnych stule­ciach stała się jednym z najwięk­szych skupisk żydowskich na Mazowszu. Pierwszy kirkut, zwany starym, znajdował się nie opodal centrum miasta, na wschód od Rynku, przy stromej, nadrzecznej skarpie. Funkcjono­wał on przez ponad cztery stule­cia, niestety nie pozostało po nim ani śladu. W okresie międzywo­jennym teren cmentarza porasta­ła gęstwina krzewów. Dziś w miejscu tym znajduje się wznie­siona po wojnie przetwórnia owoców i warzyw. Tylko krajobraz pozostał niezmieniony. Jak nie­gdyś rozciągają się stąd wspaniałe widoki na szeroko w dole roz­laną Wisłę i masywy leśne na przeciwległym brzegu.

W czasie jednej z epidemii, która nawiedziła Wyszogród w I poł. XIX w., na starym cmenta­rzu zaczęło brakować miejsca na grzebanie zmarłych. Założono wówczas nowy kirkut, znajdują­cy się na wschód od miasteczka, tuż za cmentarzem parafialnym.  W tym czasie Żydzi stanowili w Wyszogrodzie większość. Było tak już od II poł. XVIII w. W 1793 r.

W mieście zamieszkiwało 1017 Ży­dów i 571 chrześcijan. W 1808 r. liczba Żydów wyszogrodzkich wy­nosiła 2883 osób, czyli nieco ponad 90 proc. mieszkańców. Przez całe XIX stulecie odsetek żydowskich obywateli Wyszogrodu malał, nie­mniej aż do wybuchu II wojny światowej stanowili oni większość (58 proc. w 1921 r.).

Niemieccy okupanci nie poprze­stali na wymordowaniu wyszogrodzkich Żydów. Postanowili znieść z powierzchni ziemi także wszelkie ślady ponad pięćsetletniej ich historii. Synagoga zosta­ła rozebrana, cmentarz zaś zupeł­nie zniszczony. Nagrobki posłuży­ły do brukowania wyszogrodzkich ulic i wyrobu krawężników. „Błą­dząc wśród zabudowań miastecz­ka należy zwracać uwagę na wszystkie znaki — pisze Zdzisław Skrok w książce „Na tropie ar­cheologicznych tajemnic Mazow­sza”. — Wędrując wąskimi ulicz­kami, które często wybiegają wprost na otwarte pola, ogłasza­jąc kres miasta, należy także uważnie patrzeć pod nogi. Wśród kamiennego bruku natrafić możemy czasami na regularną płytę pokrytą dziwnymi, niezrozumiałymi mi znakami”.

Nie pamiętam, bym na którejś z wyszogrodzkich ulic spotkał kiedyś fragment kamienia z hebrajskimi napisami. Zapewne dla­tego, że większość z nich jest od lat wyasfaltowana, a krawężniki zostały z czasem wymienione.

Teren zniszczonego przez Niem­ców kirkutu jest dziś na pozór nic nie mówiącą kępą drzew i gę­stych krzewów, przeciętą przez wydeptaną skosem ścieżkę. Bieg­nie ona tuż przy kryjącym się w gęstwinie niewielkim pomniku z betonu. Pierwotnie otaczała go wsparta na słupkach barierka, ale została ona zniszczona, słupki po-przetrącane. Sam pomnik składa się z dużej poziomej płyty i sto­jącej na niej mniejszej pionowej z napisem: „NAWET UMARŁYM NIE DALI SPOKOJU”. Na­pis na poziomej części pomnika głosi:

TEN CMENTARZ ZOSTAŁ ZBESZCZESZCZONY PRZEZ BARBARZYŃCÓW HITLEROW­SKICH W LATACH 1939—1945. UFUNDOWANO PRZEZ KOMI­TET ŻYDOWSKI WYSZOGRÓD 8.7.47 R.

Spośród niemal trzech tysięcy wyszogrodzkich Żydów, wojnę przeżyło około 120. Wspomniany na Pomniku Komitet Żydowski to siedmiu Żydów, którzy po za­kończeniu wojny powrócili do ro­dzinnego Wyszogrodu. Jednym z nich był Leib Fraizynger. To on ułożył słowa „Nawet umarłym nie dali spokoju.”, o czym kilkakrotnie i z dumą wspominał. Istotnie, nie ma chyba sformułowania, które lepiej wyrażałoby tragedię ostatnich lat wyszogrodzkiego żydostwa.

Fraizyngerowi  udało się – nieprawdopodobnym wprost zbiegiem okoliczności – odnaleźć na jednej z ulic kamień nagrobny swego dziadka. Przetransportował go na teren kirkutu, lecz niedawno kamień zniknął. Został zabrany po raz drugi i prawdopodobnie już się nie odnajdzie. Pewnie „poszedł” pod fundamenty jakiegoś domu. Niepewna jest też przyszłość samego pomnika. Niszczejący i niszczony przez chuliganów wymaga odnowienia. W przeciwnym bowiem razie za kilka lat będziemy oglądać tylko jego resztki.

Osiem kilometrów na wschód od Wyszogrodu, rozciąga się nad brzegiem Wisły niegdysiejsze miasto Czerwińsk. W historii tej osady Żydzi nie odegrali znaczącej roli, a tutejsza gmina była stosunkowo niewielka. W 1820 r. zamieszkiwało tu 70 Żydów, którzy stanowili 14 proc. obywateli miasteczka.

Czerwińska synagoga przetrwa­ła w zasadzie lata wojny, została jednak później tak dokładnie przebudowana na kino, że nie spo­sób dziś domyśleć się pierwotnej funkcji budynku.

Podobnie jak w Wyszogrodzie były w Czerwińsku dwa kirkuty. Stary znajdował się we wschod­niej części osady, na wzgórku przy obecnej ulicy Królowej Jad­wigi. Nowy założono na wschód od miasteczka, wśród pól. Oba cmentarze zostały przez Niemców zupełnie zniszczone. Nagrobki wywieziono do Bodzanowa i uży­to jako kamień budowlany. Teren starego cmentarza został po wojnie podzielony na prywatne po­sesje. Ich właściciele wykopują czasem z ziemi fragmenty piaskowcowych płyt. Nowy cmentarz ocalał jako teren. Otacza go nis­ki, usypany z ziemi wał, jedyny znak, że nie jest to zwykła łąka, lecz jedno z wielu w naszym kra­ju miejsc, przywodzących na myśl ułożone przez Fraizyngera słowa: „Nawet umarłym nie dali spoko­ju”.

Tekst:

PAWEŁ FIJAŁKOWSKI

 

„Foks-Sztyme”, 1985-11-30, str. 10.

„Tysiąc plus minusy” (strajk nauczycieli – felieton) – Jerzy Urban, tygodnik „NIE” nr 14 / 2019

Nauczyciele trafnie mówią, że niskie płace powodują to, że do zawodu trafiają głównie nieudacznicy, co pociąga za sobą niski po­ziom nauczania. Wobec tego należy uznać, że tysiąca plus domagają się nieudacznicy. Słyszymy, że podwyżka płac spowoduje, iż do szkół będą trafiać zdolniejsi magistrowie. Na poziom nauczania wpłynie to może za 10 albo więcej lat. Natomiast tysiąc plus ma być natychmiast, a nawet wstecz.

strajkowacniestrajkowac.jpg

W sytuacji okołostrajkowej znamienne jest także to, że w imieniu belfrów publicz­nie występuje wąska elita tego zawodu, bo reszta potrafi tylko jęczeć z biedy.

 

Wybitniejszym od resz­ty nauczycielom warto dołożyć nawet po 2 tysiące. Na jakiej to jednak rampie można by wyodrębnić elitę, mówiąc: zdolniachy na lewo, przeciętniacy na prawo? I czy se­lekcjonerem powinna być minister Zalewska, symbolizująca i reprezentująca podprzeciętność?

 

Zacząłem naukę od wiejskiej szkoły w czasie okupacji. Zajęcia prowadził tylko jeden pedagog i jego kij. Nasz pan był więc dobry, bo bezkonkurencyjny. Po wojnie ze świadectwem z klasy czwartej trafiłem wprost do gimnazjum. Wykładała tam wyłącznie elita. Matematyk był tak porywają­cy, że ponad połowa mojej klasy po maturze poszła na ten kierunek studiów, co nigdzie i nigdy później nie zdarzyło się w przyro­dzie. Historyk nie uczył o przewagach pol­skiego oręża, tylko o dziejach zakładania i rozwoju miast, jako klucza do cywilizacji. Polonistka ocenzurowała mi referat o Pił­sudskim, który miałem przeczytać, ponie­waż uznała go za nazbyt krytyczny. A prze­cież działo się to za socjalizmu.

 

Powód zgromadzenia się w mojej szkole wybitnych, samodzielnie myślących nauczycieli był tylko jeden. W Łodzi, gdzie to się działo, wtedy jeszcze nie było uniwersy­tetu. Gdy powstał, pedagodzy z gimnazjum i liceum im. Kościuszki (dawniej Piłsud­skiego) odpłynęli na katedry i potem już dupa blada. Wniosek z tego taki, że likwi­dacja setek uczelni, zatem i masy profeso­rów, bardziej poprawiłyby jakość szkolnego nauczania niż radykalna podwyżka płac.

 

Jako były uczeń nie lubię belfrów, gdyż żadna inna grupa ludzi nie udręczyła mnie tak bardzo. Godzinami musiałem siadywać w bardzo niewygodnych wtedy ławkach i – jak pies Pawłowa – reagować na dzwon­ki. Wszystkie obywatelki i obywatele RP przymusowo uczęszczali kiedyś do szkoły. Mimo to na ogół popierają teraz roszcze­nia płacowe belfrów. Czyli nie żywią urazy. Krótka pamięć krzywd wynika chyba stąd, że większość byłych uczniów ma teraz dzieci w wieku szkolnym i potrzebuje jakiejkolwiek przechowalni dla bachorów. Tkwiąc w domu, dziatwa byłaby opresją nie do wytrzymania dla rodziców. Mniejsza więc o to, czy strażnikami potomków są Einsteiny, czy bezmózgowce pokroju minister Zalew­skiej. Straszną byłaby bowiem dla rodziców wizja odpływu belfrów ze szkół do kas w „Biedronce”. Bo gdzieżby indziej.

 

Trwa teraz walka dwóch rzeczników o program nauczania. Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, opierając się na orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego z 2003 r., wskazuje, że wiedza wciskana w szkole nie musi, a często nie może być zgodna z przekonaniami rodziców. Podzie­lam ten pogląd. Rodziców uczyli nauczy­ciele i dlatego są wśród nich antyszczepionkowcy, negacjoniści prawdy, że człowiek wyewoluował z małpy, wyznawcy płaskości Ziemi i osoby przekonane o tym, że źró­dłem onanizmu dzieci jest powiedzenie im o tym, że taka przyjemność istnieje. Bodnara okłada Rzecznik Praw Dziecka Pawlak. Jego zdaniem RPO pragnie, by w szkołach uczyć, że gdy żyje ze sobą para gejów, jeden z nich może zajść w ciążę. Pawlak jest nominantem PiS, ma więc chorą wyobraźnię.

 

Jeżeli nauczyciele dostaną 1000 zł pod­wyżki, jej dawcą będzie rząd PiS. Nikt z czasem nie będzie pamiętał, że zosta­ła ona wymuszona strajkiem. Belferstwo z wdzięczności za 1000 zł poprze więc pisowatego Pawlaka. A ten twierdzi, że liberało­wie już w żłobkach chcą pensjonariuszy za­chęcać do seksu. (Źródło: „Gazeta Polska” z 27 marca. Artykuł Katarzyny Gójskiej, żony Rachonia z TVP). W realu masturbują się raczej ci, co u żłobu, niż w żłobku.

 

Radykalne zwiększenie płac nauczycie­li może też spowodować rządowy zaciąg do szkół zwolenników partii rządzącej wywo­dzących się z nizin umysłowych. Posady nauczycielskie staną się więc atrakcyjne dla osób żyjących z aktywizmu w Klubach „Gazety Polskiej”, z uczestnictwa w po­chodach szowinistów, z wycieczek na Węgry w potrzebie zbiorowego lizania dupy Orbana, z piechurów z Marszy Niepodległości i innej mierzwy.

 

Tysiąc plus jeszcze bar­dziej rozmnoży też w szkołach księży kate­chetów. Po podwyżce każdy już członek kleru pchać się bowiem będzie na państwowy etat.

 

Przed maturą, w 1951 r. moja matka objeżdżała członków komisji egzaminacyjnej po domach. Samicom rozwoziła jedwabne chustki i pończochy, samcom da­wała krawaty i wodę kolońską. Wszystkie te wspaniałości jej kuzyn z Mediolanu hurtem przysyłał w paczkach na handel. Starczyło wówczas takie gówno i oto maturę mam po dziś dzień. Gdybym zdawał ją w roku 2019, czyli 70 lat później, to po podwyżce płac belfrów koszt świadectwa wzrósłby odpowiednio. Matki nie byłoby więc stać na wyzwolenie mnie ze szkoły. Zamożni na­uczyciele oczekiwaliby od niej kluczyków do samochodów, a nie galanterii.

 

Po podwyżce belferstwo nabierze też pewności siebie. W moich czasach szkolnych było ono bezradne, gdy np. na lekcji smażyłem sobie jajecznicę albo z opilstwa rzygałem z okna mojej klasy na ulicę. Te­raz, będąc paniskami, złapałoby ono mnie za mordę. Tysiąc plus spowoduje więc ha­niebne ujarzmianie uczniów, uwiąd ich swobody bycia.

 

Oto racje, dla których nie popieram ra­dykalnego dokarmienia belfrów. Gdyby jednak nie wygrali oni z rządem, gotów będę poprzeć ich następne żądania wiązką odwrotnych argumentów.

Brzydka, święta i ruda (recenzja filmu na temat św. Faustyny Kowalskiej pt. „Miłość i miłosierdzie”) – ŁUKASZ PIOTROWICZ, TYGODNIK „NIE” numer 14/2019

PIO-sekretarka.jpg

Niedoszły poseł PiS z kamerą wśród świętych i demonów.

 

Jeżeli premiera filmu objęta jest patronatem prezydenta, koproducentem jest TVP, a finansowego wsparcia udziela KGHM – jest to wydarzenie wagi państwowej. Z taką pompą do kin wkroczył film Michała Kondrata „Miłość i miłosierdzie”fabularyzowany dokument o życiu katolickiej świętej zakonnicy Faustyny Kowalskiej.

 

Łódzką premierę filmu patronatem objęli: prezydent miasta Hanna Zdanowska, wojewoda łódzki Zbigniew Rau oraz marszałek województwa Grzegorz Schreiber. Bohaterka filmu była z Łodzią biograficznie związana – jest nawet patronką miasta, co uchwalili radni w 2005 r. Porażony takimi historycznymi, samorządowymi i państwowymi okolicznościami pognałem do jednego z łódzkich kin, aby to wiekopomne dzieło zobaczyć.

 

Technicznie seans nie różnił się niczym od projekcji, dajmy na to, „Króla Lwa”. Liczyłem przynajmniej, że zamiast coli i popcornu obsługa zaproponuje wino mszalne i dietetyczne opłatki, ale się przeliczyłem.

 

Jezus i Rysiek

 

W zajawce filmu dystrybutor zapowiada: „Nieujawnione dotąd fakty i odkrycia grupy ekspertów pozwolą nam poznać prawdę o wpływie Bożego Miłosierdzia na losy świata oraz potęgę przesłania, które Jezus przekazał ludzkości za pośrednictwem prostej polskiej zakonnicy, a dziś świętej, siostry Faustyny Kowalskiej”. Nowością jest to, że twarz Jezusa z obrazu namalowanego na podstawie przywidzeń Faustyny Kowalskiej to ta sama twarz, co na Całunie Turyńskim. No, kurde, faktycznie podobny – jak każdy z miliona namalowanych na tę samą modłę Chrystusów. Dla mnie jednak większym szokiem było to, że Rysiek z „Klanu” żyje. Żyje i jest ojcem św. Faustyny. Występuje w pierwszej scenie części biograficznej. Stanowczo wali pięścią w stół i nie pozwala córce pójść do klasztoru, zrywając z wizerunkiem ciepłych kluch z „Klanu”.

 

Film jest kolejnym dewocyjnym gniotem. Zaczyna się abstrakcyjnie, bo od stworzenia świata. Poeta chyba miał na myśli to, że Pan Bóg, tworząc ten łez padół, już myślał o Polsce jako centrum Wszechświata, w którym objawi się moc boskiego miłosierdzia. Rozmach ten imponuje megalomanią. Niestety mimo wielkich nadziei produkcja nie odbiega poziomem od standardowych katolickich kiczów. Historia nie porywa: mimo zakazu Ryśka z „Klanu” Helena (to jej prawdziwe imię) wstępuje do klasztoru, uprzednio pracując ciężko na wiano, którego wniesienie było wówczas nieodzownym warunkiem dla panien chcących przywdziać habit. Zostać zakonnicą każe jej przecież sam Jezus. Początkowo Helena opiera się i rzuca w wir rozrywek, ale głosy w głowie są coraz głośniejsze. Wygrywają z rozsądkiem. W zgromadzeniu sióstr Matki Bożej Miłosierdzia otrzymuje imię Faustyna i kontynuuje przygodę z zaświatami. Nieufnie traktowana przez towarzyszki i władze kościelne, po latach zostaje wielką świętą, oczywiście dzięki J.P. 2. Chrystus podyktował jej koronkę do miłosierdzia bożego i kazał namalować obraz z podpisem: „Jezu, ufam Tobie”, dzięki czemu teraz można wymodlić cuda. The end.

 

Większe aspiracje artystyczne miał inny film o nawiedzonej zakonnicy, zatytułowany po prostu „Faustyna”. Wyreżyserował go w 1994 r. Jerzy Łukasiewicz, a mniszkę zagrała Dorota Segda. Zagrała tak, że za tę rolę otrzymała Złotą Kaczkę w 1996 r. W filmie Kondrata w rolę Faustyny wcieliła się atrakcyjna i wysoka Kamila Kamińska. Jest to kolejne przekłamanie w filmie. W prawdziwym życiu Helena Kowalska była pucołowatym rudzielcem. Propaganda kościelna uszlachetniła rysy jej twarzy, żeby nie było wstydu na świętych obrazkach. Taka zaleta czasów raczkującej fotografii. Podobnie uwznioślono urojenia Kowalskiej.

 

Faustyna stulecia

 

Przypomnijmy, że bohaterka fil­mu „Miłość i miłosierdzie” została wybrana Polką stulecia w plebiscycie Konfederacji Kobiet RP. Pokonała w tym wyścigu „Inkę”, kumpelę J.P.2 Wandę Półtawską, a nawet Annę Wa­lentynowicz. Na liście do głosowania nie znalazła się np. Maria Skłodowska-Curie, ale czego ona w sumie do­konała? Z wyższym wykształceniem to każdy może odkryć jakiś pierwiastek. Natomiast Kowalska, skończywszy za­ledwie 3 klasy, odkryła w sobie boski pierwiastek i do dzisiaj działa cuda, o jakich się filozofom nie śniło. Ani fizykom, ani chemikom. W konkursie Konfederacji Kobiet RP chodziło o to, aby uhonorować te niewiasty, które „nie dały porwać się nurtowi femini­zmu, pokazując, czym jest prawdziwa kobiecość”. Ten warunek Kowalska wypełnia stuprocentowo.

 

Nieco przykre, że Polki kato­liczki obrały sobie za idolkę kobietę będącą symbolem poddaństwa i uległości. Nawet w jej własnych wizjach Jezus nazywał ją lekceważąco swoją „sekretarką” i kazał być we wszystkim posłuszną spowiednikowi (też chłopu).

 

Podyktował jej przesłania i nabożeń­stwa, ale jednocześnie ostrzegał, że bez męskiej pomocy w postaci księdza sobie nie poradzi. Z uwagi na wiejskie pocho­dzenie i urojenia była traktowana z góry przez inne zakonnice, a z powodu bra­ku wykształcenia posyłano ją do naj­prostszych robót fizycznych. To właśnie ma stanowić o jej wielkości. Jak napisano w katolickim piśmie dla młodzieży „Miłujcie się”, „w tym właśnie duchu prosta zakonnica dochodziła do bram świętości, pełniąc zwykłe obowiąz­ki kucharki, ogrodniczki i furtianki w domach zgromadzenia w Krakowie-Łagiewnikach, Płocku i Wilnie. Ćwiczyła się przy tym w trzech cno­tach, które – jak przekazała jej Matka Boża – są Bogu najdroższe: w pokorze, czystości i miłości Bogu”.

 

Partia egzorcystów

 

Najbardziej fascynujące w „Miłości i miłosierdziu” jest to, jak taka słabizna zyskała rozgłos oraz przychylność polityczną i finansową. Odpowiedź brzmi: partia. Z partią związany jest bowiem reżyser Michał Kondrat. Na swojej stronie internetowej przedstawia się tak: „Z wykształcenia jestem eko­nomistą, z pasji reżyserem i producentem, a z serca chrześcijaninem”. Tę trzecią wadę uczynił swoim zawo­dem. Jego hobby – oprócz filmowania świętych – jest również przepędzanie demonów. Przez kilka lat był asysten­tem nieżyjącego już egzorcysty ks. Jana Szymborskiego. Tak to wspomina: „Wychowałem się w rodzinie katolic­kiej, jednak Boga odnalazłem w moim życiu dopiero w 2002 r., kiedy przeży­łem swoje intensywne nawrócenie. Niedługo potem ks. Jan Szymborski – warszawski egzorcysta, zaprosił mnie, by raz w tygodniu pomagać mu przy egzorcyzmach. Moja posługa trwa­ła 5 lat, do czasu przejścia ks. Jana na emeryturę. Czas poświęcony na modlitwę za osoby dręczone ducho­wo miał duży wpływ na rozwój mojej wiary. Doświadczenia z tamtego okre­su zapewniły mnie o istnieniu Boga i o tym, jak ważne jest, abym wszyst­ko, co robię w życiu, Jemu podporząd­kowywał”. Owocem współpracy z eg­zorcystą i demonami jest film z 2013 r. „Jak pokonać Szatana”.

 

Reżyser obdarzony jest również tem­peramentem politycznym. Dwukrotnie był pisowskim radnym Warszawy. 2 razy kandydował do Sejmu z list PiS. W 2011 r. jego kandydaturę poparł Marek Jurek: „Wierzę, że Michał Kondrat będzie konsekwentnie pracował na rzecz wartości cywilizacji chrześcijańskiej i reprezentował opinię chrześcijańską w Polsce. Potrzebujemy ludzi, którzy będą to robić odważnie, konsekwent­nie, mądrze”.

 

Kondrat miał również re­komendację swojego kolegi egzorcysty, ale mandatu nie dostał. Fucha asysten­ta egzorcysty to w partii Kaczyńskiego przepustka do kariery. Przypomnijmy, że swoimi paranormalnymi pasjami chwalił się Dominik Tarczyński. Ten absolwent prawa kanonicznego na KUL ma za sobą epizod asystowania przy ry­tuałach brytyjskiego egzorcysty ks. Jere­miego Daviesa. „Kilkaset osób zgłosiło się z prośbą o pomoc, bo psychiatrzy nie mieli dla nich wyjaśnienia. Po­ruszały się przedmioty, osoby pluły gwoździami, znały twoje grzechy, mó­wiły w kilku językach” – wspominał swoją przygodę.

 

Taśmy wiary

 

Tematyka twórczości Michała Kon­drata kręci się wokół tego, co może sprzedać się w parafiach i na co można wyciągnąć patriotyczno-kościelne gran­ty. Poprzedni jego film, „Dwie korony”, opowiadał o Maksymilianie Kolbem. Świętego antysemitę przedstawiono w tym obrazie jako geniusza i wizjone­ra, niemal na miarę Leonarda da Vin­ci. Ukazano jego zmysł konstruktorski (chciał budować maszynę lecącą w ko­smos), sprawność logistyczną, umiejętne zarządzanie zasobami ludzkimi i wiele innych cnót. W rolę Kolbego wcielił się Adam Woronowicz (mający na koncie rolę Popiełuszki), a jego kompana zagrał spobożniały ostatnio Cezary Pazura.

 

W 2017 r. prawicowe i katolickie media piały z zachwytu, że oto film o naszym świętym męczenniku pod­bija festiwal w Cannes. „Będzie to jedyny nowy polski film pełnometrażowy wyświetlany podczas festi­walu w Cannes, który rozpoczyna się dzisiaj (17 maja 2017 r.)” – donosił portal internetowy „TVP Kultura”.

 

O  sukcesie polskiej produkcji in­formowały Kurskie „Wiadomości”. Szybko okazało się jednak, że to tylko piarowa zagrywka pana reżysera. Wyperswadował to butnemu reżyserowi rzecznik Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Premiera filmu o św. Maksymilianie nie odbywała się bowiem na festiwalu, lecz na towarzyszących mu targach Marché du Film, gdzie każdy może sobie wyświetlić, co chce, żeby się pokazać światowym dystry­butorom i licencję na swój produkt opylić. „Oświadczam, że w żadnym z komunikatów, które przekazywali­śmy mediom przez agencję enterPR, nie podawaliśmy, że film startuje w konkursie, a jedynie, że jego świa­towa premiera odbędzie się podczas Festiwalu w Cannes. Film został za­prezentowany na Marché du Film, które są spójną częścią Festiwalu Filmowego w Cannes” – kręcił reżyser przyłapany na gorącym uczynku. Przypominamy, że Kościół naucza, iż ojcem kłamstwa jest Szatan.

 

Polska Miedź świętych

 

Początek seansu „Miłości i miłosierdzia” umila widzowi wiadomość, że powstanie filmu wsparł KGHM. Ta spółka skar­bu państwa wyjątkowo hojnie wspiera Kościół. Działająca przy niej fundacja szczególnie szczodra jest dla parafii i zbożnych inicjatyw.

 

W 2018 r. na cele związane z Kościo­łem KGHM wydał ponad 3 mln zł. Ile miedziaków rzucono na tacę Michała Kondrata? Nie wiadomo. „Zgodnie z zapisami umów warunki umowy są poufne, w związku z tym nie możemy przekazać takiej informacji” – odpowiedziała dziennikarzom Anna Osadczuk, dyrektorka departamentu komu­nikacji KGHM. „Miłość i miłosier­dzie” wsparła też nieco przykurzona już w pamięci Polska Fundacja Narodowa, której założycielem jest m.in. KGHM. Mimo tak możnych mecenasów reżyser Kondrat zmuszony był przeprowadzić publiczną zbiórkę na swój film. Ze­brano 750 310 zł. Żebranina trwała do 19 marca 2019 r. Tymczasem premiera „Miłości i miłosierdzia” przypadła na 29 marca. Cud? Oczywiście – cud zaradności. „Niebawem ogłosimy, jaki nowy film o ważnej i wyjątkowej tematyce będziemy realizować w tym roku. Wszystkie darowizny wpłacone na konto Fundacji po 18 marca 2019 zostaną przeznaczone na jego realizację” – wytłumaczył specjalista od świętych i diabłów. Błogosławieni, któ­rzy nie widzieli, a uwierzyli! Tematów nie zabraknie. W kolejce do ekranizacji czeka jeszcze kilkaset żywotów polskich świętych i błogosławionych. Oby tylko budżet KGHM to wytrzymał. W końcu jest z miedzi, a nie z gumy.

Wojciech Kassian z Jackiem Grunem („Kurier Podlaski”, wspomnienie pośmiertne, początek lat 90-tych)

w.kassian j.grun.jpeg

Wiadomość o tej tragedii dotarła do nas dopiero teraz. Na początku listopada w katastrofie samochodowej na terenie RFN zginął nasz były Kolega redakcyjny WOJTEK KASSIAN. Pozostawił żonę i dwoje dzieci w wieku szkolnym. Wojtek razem z nami organizował „Kurier Podlaski”, przechodząc — jak wielu z nas — z funkcji stałego współpracownika „Gazety Współczesnej”, niezadowolonego z panujących tam wówczas stosunków. Rwał się do ostrej, agresywnej reporterki, potrafił wyszukać sensacyjny temat, potrafił go sprzedać w nietuzinkowej formie. Kiedy wchodził do redakcji z nieodłączną fajką, z uśmieszkiem na ustach, wiedzieliśmy, ze w torbie niesie granat. Mimo pewnej minimalnej niezależności, jaką wówczas — mimo wszystko — posiadał „Kurier”, nie było łatwo te granaty publikować. Telefony z ośrodków władzy przyciskały kierownictwo. Wojtek szamotał się nie chcąc dopuścić do kastrowania tekstów — konflikt narastał. Drukować można było oczywiście tyle, na ile pozwalali towarzysze z KW. Był pierwszym, który nie wytrzymał. I czy sam odszedł, czy też jego zwolniono za krnąbrność — trudno po tylu latach ustalić. Publikował potem w pismach centralnych, przez pewien czas był rzecznikiem prasowym PSM w Bielsku-Białej i właśnie jego „maluch” nie wytrzymał czołowego zderzenia z zagranicznym wozem na autostradzie.

 

Dzisiaj w kraju szuka się takich piór jakim posługiwał się Wojtek: ostrych, zadziornych, nieprzekupnych i bezkompromisowych. Żal Wojtka jako człowieka, żal także dziennikarza, który dzisiaj mógłby oddychać pełną wolnością. Za późno, Wojtku. Niestety, za późno.