„Kiedy zwierzęta miały większe prawa niż ludzie” – Zofia Brzezińska „Uważam Rze. Historia” nr 12 / 2018

Myśląc o systemie prawnym III Rzeszy, mamy przed oczami obrazy pełne przemocy i cierpienia milionów ludzi. Jednak nawet w tym nieludzkim systemie znalazło się miejsce na pewne przejawy humanitaryzmu, ale jedynie wobec… zwierząt.

 

Niezwykłym jest, iż to właśnie na takim gruncie powstały pierwsze poważne akty prawne stojące na straży ochrony fauny i będące najbardziej kompleksowym zbiorem praw zwierząt w ówczesnej Europie. Przyczyną tego mogło być to, iż zgodnie z nazistowską ideologią zaprzestano postrzegania ogółu ludzi jako nadrzędnego gatunku. Przywilej ten przypadł w udziale tylko tzw. Aryjczykom. Za nimi w hierarchii stanęły różne gatunki zwierząt, a na samym dole tej drabiny ważności umieszczono ex aequo (!) Żydów i szczury.

24 listopada 1933 roku wprowadzono w Trzeciej Rzeszy ustawę o ochronie zwierząt – Tierschutzgesetz. Była ona jednak dopiero pierwszym z szeregu aktów prawnych, regulujących sprawy z zakresu tej materii oraz realizujących zapowiedzianą przez Adolfa Hitlera zmianę: „W nowej Rzeszy nie będzie więcej dopuszczalne okrucieństwo

wobec zwierząt”. Sam Hitler był wegetarianinem, choć historycy nadal spierają się w kwestii, czy podyktowane to było jego światopoglądem, czy też wymuszone kwestiami zdrowotnymi. Wódz III Rzeszy nie stanowił jednak wyjątku wśród czołowych nazistowskich polityków. Rudolf Heß, Joseph Goebbels oraz Heinrich Himmler również okresowo, najprawdopodobniej w celach propagandowych, powstrzymywali się od spożywania mięsa. W miarę jak skuteczna propaganda nazistowska umacniała w niemieckim społeczeństwie przekonanie o słuszności postulatów ochrony zwierząt, wzrastała także liczba poświęconych temu zagadnieniu aktów prawnych. 3 czerwca 1934 roku uchwalono ustawę ograniczającą polowania, a zwłaszcza zakazującą okrutnych polowań z udziałem psów. Nie udało się wprowadzić całkowitego zakazu polowań, ponieważ sprzeciwili się temu niektórzy wysoko postawieni funkcjonariusze Rzeszy, tacy jak Hermann Göring, któremu przysługiwał niechlubny w oczach niektórych nazistów tytuł „Wielkiego Łowczego Rzeszy”.

Rok później, w czerwcu 1935 roku, wprowadzono Naturschutzgesetz, ustawę regulującą kompleksowo sprawy środowiska naturalnego. Kolejne ustawy – z 1937 oraz 1938 roku – zabezpieczyły nawet prawa zwierząt do humanitarnego transportu samochodowego oraz kolejowego. Konie należało podkuwać w najmniej bolesny sposób, a ponadto specjalny dekret Hitlera zabronił przyrządzania homarów poprzez gotowanie ich żywcem oraz nakazał bardziej humanitarne metody uśmiercania skorupiaków.

„Ludzkie zwierzęta”

Heinrich Himmler, jeden z największych zbrodniarzy w dziejach ludzkości, morderca milionów ludzi oraz główny współtwórca Holocaustu, w trosce o zwierzęta wyprzedził nawet swojego wodza. Zamartwiał się, że jego oddziały SS mogą zadeptać drobne stworzenia i poważnie rozważał nakazanie żołnierzom noszenia nocą specjalnych dzwonków, które ostrzegałyby zwierzęta przed maszerującym wojskiem. Himmler mawiał: „Strzelanie do ptaków i zwierząt nie jest sportem. To czysta zbrodnia. My, Niemcy, musimy szanować zwierzęta”. Słowa te, wyrwane z kontekstu, wydają się niewątpliwie przekonujące i wysoce etyczne. Biorąc jednak pod uwagę, że ich autor bez żadnych skrupułów skazywał na śmierć miliony mężczyzn, kobiet i dzieci, mogą brzmieć w sposób szokujący i okrutnie groteskowy.

Himmler nie stronił w młodości od polowań. „Często polowałem na jelenie, ale za każdym razem miałem nieczyste sumienie patrząc na ich zamknięte oczy” – przyznał się po latach. Te kuriozalne słowa dowodzą, iż najwyraźniej nie zdawał on sobie sprawy z gigantycznej rozbieżności pomiędzy humanitarnym podejściem do zwierząt a bestialskim traktowaniem ludzi uznanych przez nazistów za niegodnych tego miana: „My Niemcy jesteśmy jedynym narodem, który przyzwoicie traktuje zwierzęta, i tak będziemy się również odnosić do tych zwierząt ludzkich”.

Himmlerowi podobał się średniowieczny, niemiecki zwyczaj poddawania szczurów różnym eksperymentom i pozostawiania im przez to szansy na przeżycie. Po wojnie planował znaczne obostrzenie kar za łamanie praw zwierząt, wprowadzenie w szkołach osobnych zajęć poświęconych trosce o środowisko naturalne oraz przydzielenie towarzystwom opieki nad zwierzętami specjalnego nadzoru policyjnego.

Nagroda im. Adolfa Hitlera

Dopiero kwestia wiwisekcji zwierząt okazała się dużo bardziej problematyczna. Jeszcze przed powstaniem ustawy o ochronie zwierząt z 1933 roku Hitler nakazał wprowadzenie zakazu wiwisekcji. Stosowny dekret został wydany przez Hermanna Goringa 16 sierpnia 1933 roku, jednak na skutek interwencji osobistego lekarza Hitlera przekonanego o szkodliwości takiego zakazu dla rozwoju niemieckich badań naukowych, został on wkrótce skorygowany. Odtąd przeprowadzanie wiwisekcji na zwierzętach stało się dopuszczalne tylko w ściśle określonych przypadkach. Priorytetem miało być zawsze maksymalne ograniczenie cierpień zwierząt oraz wyeliminowanie zbędnych eksperymentów. Ponadto prawo do przeprowadzenia zabiegu mogła uzyskać tylko instytucja, a nie osoba fizyczna. W efekcie uzyskanie zgody na wiwisekcję stało się prawie niemożliwe; praktykę tę postrzegano jako absolutne zło konieczne, wywodzące się z „żydowskiej nauki” dążącej do podporządkowania sobie przyrody zamiast okazania jej należnego szacunku.

Nowe prawo dopuszczające warunkowo wiwisekcję zwierząt w celach eksperymentalnych uzasadniano jednym z najbardziej popularnych haseł narodowego socjalizmu: „Jest prawem każdej społeczności, by w razie konieczności poświęcać jednostki dla dobra ogółu”.

Niestety, taka sama ochrona przewidziana w dekrecie z 16 sierpnia 1933 roku nie przysługiwała ludziom wobec których naziści nie cofali się przed żadną formą okrucieństwa. Pseudomedyczne eksperymenty na więźniach obozów koncentracyjnych były przeprowadzane w niemal każdym obozie koncentracyjnym. Wykonywano je bez cienia sprzeciwu ze strony niemieckiego środowiska naukowego. Normą stało się wykorzystywanie ludzi zanim przystępowano do przeprowadzania doświadczeń na zwierzętach. Eksperymentowano jeszcze na zwierzętach tylko dlatego, że stan fizyczny ludzkich ofiar poddawanych pseudomedycznym doświadczeniom był w większości przypadków tak dramatycznie zły, że mógł zaważyć na miarodajności wyników badań. W celu zapobiegania takim sytuacjom powtarzano je więc – w sposób niechętny i pełen skrupułów – na zwierzętach.

Ten historyczny precedens, kiedy pozycja zwierzęcia jako podmiotu prawa była silniejsza od pozycji człowieka, kilka lat temu zainspirował włoski związek zawodowy Feder Fauna zrzeszający osoby pracujące ze zwierzętami do ustanowienia kontrowersyjnej nagrody im. Adolfa Hitlera. Miała ona oczywiście wymowę sarkastyczną i była nadawana osobom postrzeganym jako aktywnie walczące o prawa zwierząt, a które jednocześnie pomijały lub wręcz naruszały prawa ludzi. Do otrzymania tej nagrody został wytypowany m. in. australijski filozof Peter Singer, aktywista walczący o ochronę zwierząt, zadeklarowany wegetarianin, a równocześnie zwolennik aborcji i eutanazji. Nagrodą miało być zmontowane zdjęcie, w sposób ironiczny przedstawiające Fuhrera karmiącego sarny przed bramą obozu Auschwitz. Na dzień jej wręczenia wyznaczono 24 listopada, rocznicę ustanowienia Tierschutzgesetz. Chociaż oczywistą intencją pomysłodawców nagrody było wyszydzenie ludzi prezentujących taką postawę, niektóre środowiska antyfaszystowskie i żydowskie potępiły tę formę gratyfikacji jako stawiającą Hitlera w pozytywnym świetle i godzącą w pamięć ofiar nazizmu. Obawy te okazały się jednak nieuzasadnione; twórcy nagrody sami przyznali, że chodziło im wyłącznie o „potępienie tych, którzy depczą prawa człowieka w imię ideologii praw zwierząt”.

Zakaz uboju rytualnego

Niezwłocznie po objęciu stanowiska kanclerza w 1933 roku Hitler zabronił też innej okrutnej praktyki, jaką była szechita – żydowski ubój rytualny. Możemy się tylko domyślać, że oprócz szczerej troski o uchronienie zwierząt przed niepotrzebnym cierpieniem, wodzem III Rzeszy kierowała także inna podła pobudka, jaką była chęć dodatkowego upokorzenia społeczności żydowskiej. Całkowity zakaz uboju rytualnego wprowadził drogą rozporządzenia także gubernator Hans Frank na okupowanych terenach Polski w październiku 1939 roku.

Ubój rytualny miał przeciwników także w przedwojennej Polsce. Zdecydowanym jego tępicielem był m.in. ks. Stanisław Trzeciak, słynny przedwojenny działacz społeczny. Jego postulat wprowadzenia zakazu szechity znalazł poparcie wśród środowisk katolickich i narodowych, czego rezultatem było wniesienie w 1936 roku do Sejmu projektu ustawy o zakazie uboju rytualnego jako „okrutnej metody uboju zwierząt”. Dokonała tego grupa posłów sanacyjnych z Janiną Prystorową na czele jako wnioskodawczynią. 1 stycznia 1937 roku weszła w życie ustawa wprowadzająca zakaz uboju rytualnego z wyjątkiem dokonywanego na potrzeby religijne, W 1939 roku znowelizowano ją i całkowicie zakazano szechity. Ze względu na wybuch wojny nowelizacja nie doczekała się jednak ratyfikacji przez Senat. Ustawa z 1937 roku została uchylona dopiero w latach 90. poprzez wprowadzenie ustawy o ochronie zwierząt z 21 sierpnia 1997 roku. Ustawa ta ponownie zezwalała na stosowanie uboju rytualnego w celach wyłącznie religijnych, tym samym czyniąc poważny krok wstecz wobec humanitarnych postanowień przedwojennej ustawy. Do idei tej ostatniej powrócono w 2002 roku poprzez dokonanie nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt polegającej na ponownym, całkowitym – bez żadnych wyjątków – zakazie tej praktyki. W 2014 roku Trybunał Konstytucyjny uchylił wyrokiem zakaz dokonywania uboju rytualnego, uznając go za godzący w wolność religii i sumienia.

1.jpg

2.jpg

3.jpg

 

Cały artykuł w pdf-ie:

kiedy zwierzeta mialy wieksze prawa niz ludzie – uwazam rze historia nr 12-2018

Reklamy

„Opowiem Ci moją historię” (Sztachnąć się IPN-em) – rozdział z książki „Zawód – dziennikarz śledczy” Cezary Gmyz

the nazi ss division.jpg

Nieszczęsne ofiary propagandy Adama Michnika, który nazwał kiedyś archiwum IPN „szambem”, przekonane są, że Instytut gromadzi wyłącznie dokumenty wytworzone przez peerelowską bezpiekę.
– Nic bardziej mylnego. Dokumenty wytworzone przez system komunistycznej represji to, owszem, duża część archiwum IPN, ale przecież nie jedyna. IPN jest następcą prawnym Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich i ma w swoim zasobie również dokumenty, które wytworzyli Niemcy w latach 1933-1945. Idźmy dalej: w Instytucie przechowywane są też dokumenty instytucji, które z komunistycznym czy nazistowskim aparatem represji nie miały nic wspólnego – np. archiwum polskiej sekcji Radia Watykańskiego.

Niewiele się o tym mówi i pisze. Czy to wartościowe zbiory?

– Ogromnie wartościowe. To właśnie w IPN jest przechowywany na przykład jeden z najcenniejszych dokumentów w światowej archiwistyce – jeden z dwóch oryginałów dziennika Jurgena Stroopa dotyczących zagłady getta warszawskiego. Drugi jest w Holocaust Memoriał Museum w Waszyngtonie. IPN wydał zresztą ten dziennik w formie reprintu.

 

Zaraz, zaraz, jak to możliwe, że istnieją dwa oryginały?

– Stroop chciał się pochwalić w Berlinie likwidacją getta i dlatego przygotował dwa egzemplarze. Jeden z myślą o Hitlerze, drugi dla Himmlera.

Dokumenty te znane są od lat, więc chyba nie ma w nich żadnej sensacji.

– Mylisz się. Uważna lektura dziennika w połączeniu z analizą zdjęć pozwoliła mi dokonać bardzo ciekawego odkrycia, a mianowicie, że przywódca Żydowskiej Organizacji Bojowej Mordechaj Anielewicz i jego towarzysze zginęli na skutek denuncjacji dokonanej przez samych Żydów, zaś kilka zdjęć wykorzystanych przez Stroopa przedstawia właśnie likwidację bunkra przy Miłej 18. Mało tego, z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że na jednym ze zdjęć uwieczniono zdrajców, którzy wydali Anielewicza i jego towarzyszy. Co ciekawe, to zdjęcie trafiło na okładkę książki Israela Gutmana Resistance: The Warsaw Ghetto Uprising.
Do czasu mojego tekstu na ten temat zakładano, że zdjęcie przedstawia powstańców, a nie tych, którzy ich zdradzili.

Jak do tego doszedłeś?

– Znam dość dobrze niemiecki, więc czytałem dziennik w oryginale. Zwróciłem uwagę na fragment, w którym Stroop opisywał, że sami Żydzi wydają zamaskowane bunkry Niemcom. Używał w stosunku do nich określenia judische verrater — żydowscy zdrajcy. W stosunku do powstańców operował zaś pojęciem „bandyci”, a w stosunku do ŻOB używał określania „partia”. Moje podejrzenia potwierdziły dwie żyjące w Izraelu członkinie ŻOB – Masza Glajtman-Putermilch i Helena Rufeisen-Schupper. Ich zdaniem, bunkier przy Miłej wydali sami Żydzi. Jedna złożyła relację, że w przeddzień odkrycia bunkra słyszano w pobliżu głosy dwóch mężczyzn mówiących w jidysz. To prawdopodobnie ich przedstawia zdjęcie z dziennika Stroopa podpisane właśnie judische verrater. Z całą pewnością Stroop nie użyłby tego określenia w stosunku do powstańców.

Czyli nawet po tylu latach można jeszcze dokonywać nowych odkryć, badając historię powstania w getcie?

— Z całą pewnością tak. Pamiętaj, że wciąż nie odkryto miejsca ukrycia trzeciej części Archiwum Ringelbluma. Dwie pierwsze odkopano. Trzeciej, kto wie czy nie najcenniejszej, jeszcze nie – choć miejsce jej ukrycia jest z grubsza rzecz biorąc znane. Wiemy, że trzecia część archiwum zawiera m.in. zapiski o ruchu oporu w getcie, w tym o Żydowskim Związku Wojskowym, który jest organizacją mało znaną, a kto wie czy nie ważniejszą niż Żydowska Organizacja Bojowa.

Dlaczego ważniejszą?

— Bo to nie słabo uzbrojony ŻOB, lecz znacznie lepiej wyposażony ŻZW rozpoczął powstanie w getcie, w dodatku odnosząc sukces w walce z Niemcami w bitwie na placu Muranowskim i doprowadzając do wycofania się Niemców z getta.

To właśnie powstańcy z ŻZW zawiesili w tym rejonie dwie flagi, które do szewskiej pasji doprowadziły Stroopa: polską oraz żydowską z gwiazdą Dawida.

Dlaczego ta historia jest tak mało znana?
— Bo opowieść o powstaniu w getcie to narracja przede wszystkim członków ŻOB, którzy przeżyli. Natomiast większość powstańców z ŻZW oddała życie „za wolność naszą i waszą” – Żydów i Polaków. Problem polega na tym, że opowieść o getcie warszawskim w Polsce została zdominowana przez narrację Marka Edelmana. Człowieka bez wątpienia odważnego, który jednak szczerze nienawidził ŻZW.
Dlaczego?

— Edelman do końca życia nie pozbył się pewnego rodzaju sentymentu do komunizmu. Owszem, w PRL działał w opozycji, jednak pozostał lewicowcem. ŻZW miała zaś charakter prawicowy. Edelman posuwał się nawet do rzeczy hańbiącej i nazywał ich wręcz faszystami. ŻZW w dużej mierze stanowili przedwojenni oficerowie Wojska Polskiego pochodzenia żydowskiego – polscy patrioci. ŻOB był lewicowy, wręcz komunizujący z tzw. nastawieniem internacjonalistycznym. Uważam, że wiele jest jeszcze do zrobienia w kwestii odkłamywania historii powstania w getcie. Powinno się z pewnością zbadać bunkier przy Miłej 18. Tam wciąż spoczywają szczątki Anielewicza i członków komendy ŻOB. Edelman z niezrozumiałych dla mnie względów sprzeciwiał się robieniu w tym miejscu jakichkolwiek badań. A przecież tacy bohaterowie jak Anielewicz i jego towarzysze zasługują w końcu na godny pogrzeb. Jeśli IPN robi ekshumacje na tzw. łączce na Powązkach, by godnie pogrzebać w końcu rotmistrza Witolda Pileckiego, to oczywistym dla mnie jest, że również Anielewicz i jego towarzysze powinni mieć godne miejsce pochówku. Może i w tym samym miejscu, gdzie spoczywają
teraz, ale w oznaczonym grobie. To wstyd dla Polski, by ich szczątki walały się przemieszane z gruzem. IPN powinien się zająć tym czym prędzej.
Mówiłeś mi kiedyś, że w Instytucie znajduje się także bardzo wiele ciekawych dokumentów na temat życia codziennego pod okupacją niemiecką.

– Bardzo dużo fascynujących materiałów, po które rzadko kto sięga. Na przykład mało kto wie, że w IPN przechowywane są akta niemieckiej policji obyczajowej wraz z kompletną kartoteką warszawskich prostytutek. W PRL usiłował ten zasób zbadać profesor Tomasz Szarota, kiedy pisał fundamentalną książkę Okupowanej Warszawy dzień powszedni. Wtedy te archiwalia były tzw. prohibitem. Nie udostępniano ich badaczom. Dopiero niedawno ustaliłem, że IPN przejął ten zasób po Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu i są one jawne.
Dlaczego tego zasobu nie udostępniano za czasów PRL?
– Można się jedynie domyślać. Pewnie chodziło o to, żeby w świat nie poszedł przekaz o Polkach, które chętnie sprzedawały się Niemcom. Zasób IPN to wciąż gigantyczna terra incognita. Dysponujemy inwentarzem, ale wciąż miliony stron nie zostały przez nikogo przeczytane. Tak jest na przykład z tzw. mikrofiszami wywiadu od roku 1944 do lat siedemdziesiątych. To bezcenny zbiór wciąż bardzo mało rozpoznany.

Są też akta z tzw. sierpniówek, czyli powojennych procesów przeciw zbrodniarzom nazistowskim, rozpraw przeciw niemieckim konfidentom i tak dalej. Zostały one ledwo liźnięte przy okazji badania sprawy Jedwabnego.
Kiedy odkryłeś, że w IPN kryją się wszystkie te bogactwa? Z „listy Wildsteina” przecież tego nie wyczytałeś?

– To ciekawa i zaskakująca historia – na te zasoby IPN zwrócił mi uwagę mój niemiecki stypendysta, dr Andreas Mix, który zajmował się badaniem dziejów KL Warschau. To Andreas, który równocześnie jest dziennikarzem, uzmysłowił mi, jak bogaty jest zasób IPN, jeśli chodzi o II wojnę światową. Okazało się, że historycy z innych krajów lepiej wiedzą od naszych, jak wartościowe rzeczy można znaleźć w Instytucie. I nie wahają się z nich korzystać.
Teksty historyczne o II wojnie światowej pisane w oparciu zarówno o materiały IPN, jak i o wyniki własnych dziennikarskich śledztw to osobny rozdział w Twojej dziennikarskiej karierze. Ten o odnalezieniu członków brygady Oskara Dirlewangera, zbrodniarzy mordujących cywilów podczas Powstania Warszawskiego, był chyba z nich najgłośniejszy.
– Tak. Ale to na początku nie miało nic wspólnego z IPN. Pewnego razu szef Muzeum Powstania Warszawskiego, Jan Ołdakowski, powiedział mi, że muzeum otrzymało kopie kartotek członków brygady. Rzut oka na te kartoteki wystarczył, by stwierdzić, że to archiwalny skarb.

Były to dokumenty wytworzone zaraz po wojnie. Kompletne spisy ocalałych członków brygady z danymi osobowymi zawierającymi nie tylko ich daty urodzin, ale również adresy, pod którymi zamieszkiwali już po 1945 roku. Wytypowałem z tej listy osoby, które mogły jeszcze wówczas, czyli w 2008 roku, pozostawać wśród żywych, i zacząłem je po kolei sprawdzać.

 

W jaki sposób?
– Niemcy na szczęście nie mają aż takiego hopla na punkcie ochrony danych osobowych jak Polacy. Ogólnoniemiecka, aktualizowana raz do roku książka telefoniczna jest dostępna w Internecie pod adresem www.telefonbuch.de.
Wpisywałem w nią kolejne nazwiska z adresami z kartoteki i okazywało się, że część z członków brygady Dirlewangera wciąż żyje pod adresami wskazanymi w kartotece. Natychmiast powiadomiłem IPN, który wciąż prowadzi śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych przez Niemców i ich pomocników podczas Powstania Warszawskiego. Natomiast muzeum przekazało kopię kartoteki do pionu śledczego IPN. Napisałem też o odnalezieniu kartoteki i sprawa stała się głośna. Niestety zbyt głośna.

Dlaczego?

– Mój tekst zauważyli niemieccy koledzy i nagłośnili sprawę w Niemczech. Ale moim śladem ruszyli nie tylko niemieccy dziennikarze.

Kto jeszcze?

– Neonaziści. Gnojki, które wciąż hołdują III Rzeszy. Ludzie, którzy za wszelką cenę usiłowali zdobyć kartotekę.

Skąd o tym wiesz?

– Powiadomili mnie niemieccy koledzy, że neonaziści usiłowali się dobrać do tej kartoteki w archiwum Czerwonego Krzyża w Monachium. Przypuszczalnie również usiłowali zdobyć jej kopię ode mnie.
Przypuszczalnie?

– Na moją komórkę zadzwonił jakiś facet, który przedstawił się jako niemiecki dziennikarz z prośbą o przesłanie kopii kartoteki. Podał adres. Jednak po tzw. małpie nie było nazwy redakcji tylko gmail. W Niemczech to nic niezwykłego. Wielu dziennikarzy pracuje jako wolni strzelcy. Coś mnie jednak tknęło i postanowiłem sprawdzić, czy facet istnieje. Okazało się, że żaden z moich znajomych dziennikarzy w Niemczech o nim nie słyszał. Sprawdzili też archiwa prasowe i nic – ani śladu gościa. Napisałem na ten adres mailowy, że kartotekę mogę przekazać jedynie osobiście i facet już się nie odezwał.

Neonaziści dorwali się w końcu do tej kartoteki?

– Chyba nie. Z tego co wiem zablokowano po tym dostęp do tego zasobu. Ja jednak przekazałem jej kopię zaufanym niemieckim dziennikarzom. Trafiła do ZDF, której z ukrytą kamerą udało się dotrzeć do dwóch jeszcze żyjących esesmanów. To jeden z takich przypadków, kiedy niemieccy dziennikarze mogą nagrywać z ukrycia.

Co mówili?
– Okazało się, że wcześniej dotarła do nich już niemiecka policja, która ich przesłuchała na okoliczność zbrodni w czasie powstania. Policjanci w tym wypadku zadziałali wyjątkowo sprawnie i po mojej publikacji dostali kartotekę. Esesmani byli więc przerażeni i nie chcieli gadać o tym, co w 1944 roku robili w Warszawie.

Czym była brygada Dirlewangera?

– Jedną z najbardziej zbrodniczych formacji II wojny światowej. Sam Oskar Dirlewanger, choć miał stopień naukowy doktora, był wyjątkowym sadystą i zwyrodnialcem.

Jeszcze przed wojną był karany za pedofilię. Utworzył formację, która początkowo składała się z ludzi skazanych za kłusownictwo, świetnych strzelców. Potem dokooptowywano do niej najgorszy element spośród skazanych za przestępstwa kryminalne m.in. morderców i gwałcicieli. Pod koniec wojny jej stan osobowy uzupełniali już nawet tzw. polityczni, w tym komuniści przetrzymywani w obozach koncentracyjnych. Wsławili się wyjątkowym bestialstwem, najbardziej na Lubelszczyźnie, potem na Białorusi i Ukrainie. Dość powiedzieć, że palenie stodół z ludnością cywilną było dla nich codziennością, niemal znakiem firmowym.
W Warszawie odpowiadają m.in. za rzeź Woli, w tym wymordowanie prawosławnego sierocińca, w którym żadne z dzieci nie zginęło od kuli. Dirlewanger kazał je zatłuc kolbami, by oszczędzać amunicję.

Z tego co pamiętam. Tobie również udało się dotrzeć do jednego z członków brygady.

– Pojechaliśmy z Krzysztofem Wójcikiem i Aleksandrą Rybińską do Niemiec, by odszukać trzech jeszcze żyjących członków brygady. Niestety, już na miejscu okazało się, że dwóch zmarło – jeden kilka miesięcy wcześniej, drugi zaledwie dwa tygodnie przed naszym przyjazdem. Był pochowany na terenie swojej posesji. Udało nam się natomiast nagrać trzeciego.
Zgodził się na rozmowę?

– Ola weszła do jego domu z zaskoczenia. Mówi po niemiecku zupełnie bez akcentu, więc gadała z nim około godziny. Oczywiście skrzętnie pomijał temat tego, co naprawdę robił w 1944 roku w Warszawie. Twierdził, że pojawił się pod koniec powstania, kiedy mordy już nie miały takiego nasilenia jak w pierwszych dniach sierpnia.
Czy któregoś z dirlewangerowców skazano po latach dzięki tej kartotece?

– Żadnego. Problem polega na tym, że nie można kogoś skazać jedynie za przynależność do najbardziej nawet zbrodniczej formacji. Trzeba mu udowodnić, że dopuścił się konkretnej zbrodni na konkretnych ludziach w konkretnym dniu. Po tylu latach jest to w praktyce niemożliwe.
Dlaczego nie skazano ich wcześniej, zaraz po wojnie?

– Z powodu zimnej wojny. Heniz Reinefarth, który odpowiadał za zbrodnie na Woli, Powiślu i Czerniakowie, zrobił nawet karierę polityczną – został burmistrzem na wyspie Sylt i  był działaczem jednej z organizacji wchodzących w skład Związku Wypędzonych. Pochodził bowiem z Wielkopolski, a konkretnie z Gniezna.
Nikt ich w Niemczech nie ścigał?

– W praktyce nie. Trafiłem do Ludwigsburga, gdzie mieści się Zentrale Stelle der Landesjustizverwaltungen zur Aufklarung nationalsozialistischer Verbrechen, czyli coś w rodzaju naszego pionu śledczego IPN. Rozmawiałem z jednym z tamtejszych prokuratorów, który badał akta śledztw z lat poprzednich. Był kompletnie załamany sposobem ich prowadzenia. Wstrząśnięty mówił mi: „Ale to wszystko jest niezgodne z niemiecką sztuką prawniczą!”. Śledztwa były tak prowadzone, by nikogo nie dopaść. Niestety, większość zbrodni na polskich obywatelach pozostała bezkarna. Getto i Powstanie Warszawskie nie zostały pomszczone.

Stroop i Dirlewanger to niejedyni zbrodniarze niemieccy, o których pisałeś.
– Tak. Dużo uwagi poświęciłem też Erichowi Kochowi – gauleiterowi Prus Wschodnich i Komisarzowi Rzeszy na Ukrainie. W IPN znajdują się akta jego procesu. Naprawdę byłem wstrząśnięty opisem zbrodni, jakich dopuszczano się pod jego rządami. Była wśród nich relacja z kaźni w obozie koncentracyjnym w Działdowie. Miano tam powiesić wiekowego Żyda.
Rolę kata powierzono jego synowi – w zamian za darowanie życia. Ojciec błagał syna, by ten go powiesił i sam się uratował.

Syn dokonał egzekucji, ale życia nie ocalił. Powieszono go na tej samej pętli co ojca. Jeszcze gorszych rzeczy ludzie Kocha dopuszczali się na Ukrainie. Nazywano go tam zresztą małym Stalinem, nie tylko z tego powodu, że z wyglądu przypominał sowieckiego dyktatora. Jednak akurat Koch został skazany tylko za to, czego dopuścił się na Polakach.

Kiedy go skazano?

– To był chyba ostatni nazista skazany w Polsce. Wyrok zapadł w symbolicznym dniu 9 maja 1959 roku.

Dlaczego tak późno?
– Koch po ucieczce z Królewca ukrywał się aż do 1949 roku. Schwytali go Brytyjczycy. Następnie przez dziewięć lat trwały przepychanki, kto go ma osądzić: Polacy czy Sowieci. Ostatecznie Brytyjczycy wydali go Polakom, którzy Kocha skazali na śmierć.

Ale wyrok nigdy nie został wykonany. Dlaczego?

— Do końca życia usiłowano z niego wydobyć tajemnicę Bursztynowej Komnaty. Z tego powodu Koch był otoczony szczególną opieką. Do tego stopnia, że kiedy w latach siedemdziesiątych zachorował na raka, zawieziono go specjalną karetką do Łodzi do najlepszego wówczas chirurga. Uratowało mu to życie.
Czy Koch rzeczywiście znał miejsce ukrycia Bursztynowej Komnaty, czy tylko grał, żeby ocalić życie?

— Nie wiem. Na pewno zrobił wiele, by sprawiać wrażenie, że wie coś o tym skarbie. W IPN są przechowywane akta Kocha. Wynika z nich, że SB prowadziła dwie operacje: „Jantar” i „Komnata”, których celem było odnalezienie skarbu. Byli nim żywo zainteresowani również Sowieci. Planowano nawet urządzić wycieczkę Kochowi po Obwodzie Kaliningradzkim, żeby wskazał miejsca, w których mogła być ukryta komnata.
SB sprawdzała każdy nawet najmniejszy ślad. Bezskutecznie.

Udało Ci się dotrzeć do dzienników Kocha.

— To nie były typowe dzienniki, lecz raczej luźne zapiski, jakie sporządzał, siedząc w więzieniu w Barczewie. Dzięki świetnej reportażystce Radia Olsztyn Alicji Kulik dotarłem do człowieka, który nimi dysponował. Niestety, nie udało mi się wejść w ich posiadanie, bo ów człowiek żądał za nie sporych pieniędzy. Z kolei Alicja nie mogła zrobić z wyjazdu żadnego materiału, ponieważ ten człowiek nie zgadzał się na nagrywanie. Przeczytałem na miejscu jedynie część tych notatek. Była tam bardzo ciekawa relacja z tzw. nocy długich noży z Berlina, kiedy Hitler rozprawił się Ernstem Rohmem i jego SA. Koch też miał być zgładzony, bo przyjaźnił się z Otto Strasserem, jednym z liderów nazistowskiej lewicy.

Zdołał się ukryć i przeczekać. Być może to, że darowano mu życie, sprawiło, że stał się tak gorliwym wykonawcą woli Hitlera. Dość powiedzieć, że jako pierwszy zameldował Hitlerowi, że jego Gau, czyli Prusy Wschodnie, są Judenrein – wolne od Żydów.

Były w tych zapiskach jakieś informacje o komnacie?

– Owszem. Na jednej kartce było napisane „Krasne/Bersteinzimmer”. Niestety nie było mi dane jej doczytać.

Jakie wnioski wyciągnąłeś z tej notatki?

– Wtedy nie miałem pojęcia, co to było Krasne. Dopiero potem ustaliłem, że Koch miał tam swoją rezydencję. Sformułowałem hipotezę, że może być tam ukryta komnata. Część badaczy jednak to kwestionuje, twierdząc, że daty się nie zgadzają.

Sprawdzałeś to jeszcze w inny sposób?

– Dotarłem, dosłownie w ostatniej chwili, do spowiednika Kocha. Luterańskiego duchownego księdza-seniora Józefa Pośpiecha. Oczywiście nie ujawnił żadnej z rozmów duszpasterskich. Ale powiedział mi, że nie rozmawiali o komnacie, choć Koch wspominał często swoją rezydencję. Gdyby powiedział coś istotnego, to SB wiedziałaby o tym i sprawdziła trop – podsłuchiwała Kocha w jego celi. Ksiądz Pośpiech niedługo po tej rozmowie zmarł. Kiedy z nim rozmawiałem, był już bardzo słaby.

Kto ostatecznie wszedł w posiadanie notatek Kocha, o któ­rych wspomniałeś?
– Kupiło je jedno z czasopism. Moim zdaniem nie opublikowało jednak całości, bo w ujawnionym materiale nie znalazła się notatka o Krasnem, którą widziałem. Być może jej nie dostali od sprzedającego, który postanowił podzielić swój skarb i sprzedać różnym kupcom. A może zachował ją dla siebie. Po mojej publikacji sprawą zainteresowała się też rosyjska ambasada. Jej przedstawiciele pojawili się znienacka, przez nikogo niezapraszani, na jednej z wewnętrznych imprez we „Wprost”. Oczywiście nie ujawniłem im, kim był mój informator. Odniosłem wrażenie, że są nie tylko dyplomatami.

Jak zakończyło się Twoje śledztwo w sprawie tajemnic Kocha?

– Ustaliłem, że ostatnie dwa lata życia przesiedział w peerelowskim więzieniu bez podstawy prawnej. Ujawnił to jego adwokat – Ludwik Cendrzak – który usiłował wtedy wycią­gnąć Kocha z więzienia.

Zbrodniarz nazistowski skazany na śmierć był przetrzymywany bezprawnie? Jak to możliwe?

– Prawo w PRL stanowiło, że jeśli wyrok śmierci nie zostanie wykonany w określonym terminie, to zamienia się go automatycznie na drugą w kolejności najsurowszą karę. Kodeks karny w PRL nie znał dożywocia. Najsurowszą po karze śmierci karą było dwadzieścia pięć lat więzienia. To oznacza, że Koch powinien wyjść z więzienia w 1984 roku. Ale zanim zmarł, przesiedział jeszcze ponad dwa lata. Komuniści straszliwie zemścili się na adwokacie Kocha. Cendrzak pod sfingowanym zarzutem został skazany za rzekome szpiegostwo na rzecz Niemiec. Osadzono go zresztą właśnie w Barczewie, w celi obok Kocha. Adwokata zrehabilitowano dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Już pośmiertnie.

A Koch?

– Został potajemnie pochowany w bezimiennej mogile na cmentarzu w Barczewie. Pewna osoba wskazała mi jego grób.

„Żydowska policja. Ofiary czy sprawcy?” „Do Rzeczy. Historia” nr 12 / 2018

01 cover.jpg

Ofiary czy sprawcy?

 

Działalność żydowskiej policji w gettach okupowanej Polski jest przedmiotem ożywionej – często niezwykle ostrej – dyskusji.  Z jednej strony możemy usłyszeć, ze Żydowska Służba Porządkowa była bandą zdemoralizowanych kolaborantów, która z zimną krwią wysłała tysiące swoich rodaków do komór gazowych; że policjanci z getta byli współsprawcami Holokaustu.

 

Z drugiej strony możemy usłyszeć, że żydowscy porządkowi byli ofiarami Holokaustu, a co za tym idzie – nikomu nie wolno ich krytykować. Samo pisanie o niecnych czynach tych ludzi ma być przejawem antysemityzmu. Działalność żydowskich policjantów była bowiem rzekomo ich „strategią przetrwania”.

 

Oba te skrajne poglądy wydają się mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością.

 

W samej Warszawie służyło ok. 2 tys. policjantów. W tak dużej grupie ludzi znalazły się oczywiście jednostki zdemoralizowane. Łapówkarze, ludzie skorzy do przemocy, którzy dla zarobku bądź ocalenia życia traktowali innych Żydów w sposób przerażający. W szeregach służby porządkowej byli jednak ludzie przyzwoici. Policjanci, którzy woleli „rzucić czapką” i wsiąść do pociągu jadącego do Treblinki, niż splamić swój honor.

 

Historia, jak to zwykle bywa, nie była wcale czarno-biała.

 

Trudno też zgodzić się z poglądem, że wszyscy żydowscy policjanci byli niewinnymi ofiarami i nie wolno ich krytykować. Ludzi wszystkich narodowości i wyznań należy przecież oceniać według takich samych, uniwersalnych kryteriów. Nie ma powodu, żeby w imię politycznej poprawności tuszować to, że część policjantów z getta robiła złe rzeczy. Trudno uznać łapówkarstwo, pastwienie się nad innymi Żydami czy przepuszczanie grubych sum w knajpach i szulerniach za „strategię przetrwania” Holokaustu. To, że wielu żydowskich policjantów straciło życie w komorach gazowych, nie zmywa ich wcześniejszych win. Ofiarą masowych zbrodni nie padają tylko dobrzy ludzie.

 

Kluczowe jest jednak to, żeby nawet o najtrudniejszych kartach przeszłości dyskutować spokojnie i rzeczowo, z poszanowaniem wrażliwości drugiej strony, Debata historyczna nie powinna zamieniać się w pyskówkę, podczas której narody wyciągają sobie największe brudy. Chodzi o to, by przedstawić prawdę o człowieku. Przedstawić wszystkie tragiczne dylematy, przed którym stawał, jego moralne upadki i wzloty. Cały wachlarz ludzkich postaw i zachowań. W przeciwnym razie zamiast historii będziemy bowiem uprawiać propagandę.

02 ofiary czy sprawcy.jpg

6.jpg

7.jpg

8.jpg

9.jpg

10.jpg

11.jpg

12.jpg

13.jpg

14.jpg

15.jpg

16.jpg

17.jpg

18.jpg

Cały blok tekstów w pdf-ie:

Zydowska_policja_ofiary_czy_sprawcy_Do_rzeczy_nr_12_2018

„Mroczna religia Hitlera” (artykuł o okultyzmie w III Rzeszy) „Świat Wiedzy” nr 2 / 2018

 

06.jpg

– Widzę twoje zwycięstwo. Nie można go zatrzymać – te słowa, wypowiedziane na początku zimy 1932 roku, zmieniły losy świata.

Erik Jan Hanussen – jeden z najpopularniejszych astrologów tamtych czasów – skierował je do pewnego niewysokiego czterdziestotrzylatka o bladej twarzy i zaciśniętych ustach. Nazywał się Adolf Hitler.

 

Całość tekstu w PDF-ie:

Mroczna relgia Hitlera – ‚Swiat Wiedzy’ nr 2 – 2018

„Nieuchronność klęski klimatycznej” – Andrzej Szahaj, „Rzeczpospolita” 05.12.2018

rp - climat change.jpg

Tylko jeden amerykański serial „Dynastia” spowodował większe straty ekologiczne niż setki elektrowni węglowych, a to za sprawą modelu życia, jaki spopularyzował i uczynił pożądanym – przekonuje filozof i kulturoznawca.
W Katowicach ma miejsce kolejny szczyt klimatyczny. Poprzedni odbył się w 2015 r. w Paryżu. Ustalono istotną redukcję emisji gazów cieplarnianych. Nic z tego nie wyszło. Emisja wzrosła. Po szczycie w Katowicach będzie podobnie. Cokolwiek zostałoby uchwalone, i tak nie zostanie dotrzymane. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: problem leży gdzie indziej, niż go się poszukuje. Następny szczyt klimatyczny powinien być szczytem na temat współczesnego kapitalizmu. To on bowiem jest problemem. Emisja gazów cieplarnianych i inne kwestie związane z ekologią to jedynie czubek góry lodowej. Jedynie przejaw głębszej choroby.

 

NIEKOŃCZĄCA SIĘ POGOŃ
Z kapitalizmem jest jak z jazdą na rowerze: trzeba wciąż pedałować, aby się nie przewrócić. Trzeba wciąż dążyć do wzrostu, aby system się nie zapadł pod własnym ciężarem (podobnie jest w gruncie rzeczy z innymi systemami, tych jednak na świecie już właściwie nie ma). A wraz z dążeniem do wzrostu pojawiają się koszty wzrostu. W ogromnej mierze są one związane ze stratami środowiskowymi. Wynika to z procesu, który ma miejsce w kapitalizmie od początku jego istnienia – z przerzucaniem na barki społeczeństw i planety tzw. kosztów zewnętrznych (zanieczyszczenia powietrza, ziemi i wody gazami cieplarnianymi, toksycznymi odpadami oraz zwykłymi śmieciami). A te są w ogromnym stopniu odpowiedzialne za sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. Za katastrofę ekologiczną.

 

W grę wchodzi także inna sprawa. Aby kapitalizm mógł istnieć, musi produkować wciąż nowe potrzeby. To z kolei wymaga przekonania ludzi do tego, aby nigdy nie zadowalali się tym co mają. Produkowania w nich poczucia permanentnej frustracji. Narzędziem jest reklama. Wytwarza ona w nas ciągły niepokój co do stanu naszego posiadania. Wciąż wyżej i wyżej stawia nam poprzeczkę. Za jej sprawą dokonuje się także coś, co określa się mianem instytucjonalizacji zawiści/zazdrości. Wciąż porównujemy się z innymi i zauważamy, że zawsze znajdzie się ktoś, kto ma więcej. A przekaz reklamowy podsyca w nas zawiść, mówiąc nam: ciebie też na to stać.
I tak wpadamy w pułapkę ciągłej pogoni za spełnianiem naszych pragnień konsumpcyjnych. Pogoni, która nigdy się nie kończy, ponieważ jest pogonią za mirażem, za granicą, która wciąż się przesuwa wraz z kimś, kto się do niej zbliża. Stan tej wiecznej pogoni nie przynosi nam szczęścia. Męczy i frustruje. Ale jest zbawienny dla systemu.

 

I tak oto nasze wieczne niezadowolenie jest warunkiem zadowolenia tych, którzy na owym niezadowoleniu zbijają fortunę. Niezadowolenia tego nie byłoby jednak, gdyby nasz system wartości był inny. Gdyby nasze poczucie sukcesu wiązało się z innymi kryteriami niż te dziś dominujące. Obecnie jest ono związane z sukcesem materialnym objawiającym się wielkością domów, w których mieszkamy, samochodów, którymi jeździmy, i ilością miejsc, które odwiedzamy. Generalnie – z ilością rzeczy i wrażeń, które konsumujemy.

 

WZORZEC SUKCESU
Można prześledzić proces historyczny, który doprowadził do narodzin wspomnianego systemu wartości oraz wzoru konsumpcji. Decydujący był wiek XX, w którym nastąpiła demokratyzacja pożądania rzeczy powiązana z nader ważnymi wynalazkami społecznymi, które ją na szeroką skalę umożliwiły. To przede wszystkim sprzedaż ratalna, karta kredytowa oraz dostępność kredytów. Ogromną rolę odegrały media, które z energią włączyły się w proces rozpowszechniania konsumpcyjnych wzorów sukcesu. Jeśli się pamięta o ich skutkach ekologicznych, można zaryzykować tezę, że znany kiedyś i lubiany serial „Dynastia” spowodował większe straty ekologiczne niż setki elektrowni węglowych. Rozpowszechnił on bowiem w całym świecie amerykański model sukcesu, który jest ogromnie nieekologiczny. Nie przypadkiem mieszkańcy USA, którzy stanowią ok. 5 proc. populacji Ziemi, zużywają ok. 25 proc. jej zasobów. Rozpowszechniające się wraz z globalizacją amerykańskie wyobrażenia sukcesu i konsumpcji okazały się kulturową bronią masowego rażenia. Spowodowały bowiem, że miliardy ludzi na Ziemi zapragnęły żyć tak, jak bohaterowie serialu „Dynastia”, a jeśli nie, to chociaż tak jak przeciętny Amerykanin. Mieć własny samochód, dom z ogródkiem i od czasu do czasu odwiedzać ciekawe miejsca na świecie (koniecznie Paryż, Wenecję, Barcelonę i Dubrownik, miasta, które już duszą się od nadmiaru turystów, ten sam los czeka Kraków).
Nie ma szans, aby nasza planeta wytrzymała na dłuższą metę próby realizacji tych amerykańskich, szerzej – zachodnich wzorów sukcesu (zachodnich, albowiem europejskie, z wyjątkiem skandynawskich, wcale się tak bardzo od amerykańskich nie różnią). Gdy każdy Polak, tak jak ma to obecnie miejsce, będzie marzył o tym, aby jeździć SUV-em i mieć własny dom, a do tego kilka razy w roku spędzać wakacje w ciepłych krajach (lub na nartach), nic takiego się nie stanie, poza tym, że ulegnie on zamerykanizowaniu, ale gdy zapragnie tego każdy mieszkaniec Chin i Indii, sytuacja stanie się dramatyczna. A tak się właśnie dzieje.

SZTUKA JAKO TOWAR

W tym sensie można powiedzieć, że Zachód tak bardzo obawiający się dziś ocieplenia klimatu padł ofiarą własnego sukcesu, a dokładniej sukcesu swego systemu wartości. Opartego na indywidualnej konsumpcji i przekonaniu, że to, co najważniejsze, dzieje się w relacji pomiędzy człowiekiem a rzeczami.

 

Nie zawsze tak było. Sytuacja ta jest z jednej strony skutkiem faktycznego zmierzchu wartości religii, która nakazywała uznawać relacje pomiędzy człowiekiem i Bogiem za najważniejsze, a wszystko inne za mało istotne, a z drugiej strony pokłosiem ekspansji indywidualizmu, która z kolei doprowadziła do rozpadu wielu małych wspólnot o charakterze lokalnym, dostarczających kiedyś poczucia szczęścia i sukcesu wynikającego ze społecznego uznania i szacunku, a nie ze stanu posiadania. (Poczucie szczęścia i zadowolenia z życia obserwowane w małych wspólnotach krajów biednych, jak kraje południowej Ameryki czy południe Włoch, jest świadectwem utrzymującej się wciąż gdzieniegdzie umiejętności czerpania satysfakcji przede wszystkim z relacji z innymi ludźmi, a nie relacji z rzeczami. Tłumaczenie go wpływem jakichś czynników o charakterze genetycznym, obecne w niektórych opracowaniach na temat szczęścia, także polskich, jest widomym znakiem tego, że wielu z nas już nie potrafi sobie wyobrazić innych kryteriów szczęścia niż posiadanie i prestiż z niego wynikający).
Towarzyszący temu wszystkiemu proces komercjalizacji sztuki i zamiany jej w jeszcze jeden towar pomiędzy innymi towarami spowodował, że i ona przestała się liczyć jako jedno ze schronień przed presją konsumpcyjną. Zmierzch społecznego prestiżu religii, sztuki i filozofii to widomy znak pogłębiającej się jednowymiarowości kultury zachodniej. Podobnie jak próby powiązania nauki z zyskiem i uniwersytetu z biznesem.

 

PIĘKNODUCHOSTWO
Alternatywne wobec rynkowych wzory sukcesu oraz szczęścia tracą coraz bardziej na znaczeniu. A wraz z tym szansa na to, aby odwrócić bieg wypadków, który nieuchronnie zmierza ku katastrofie. Z kryzysem ekologicznym poradzimy sobie bowiem dopiero wtedy, gdy relacje człowiek–człowiek staną się ponownie ważniejsze niż relacje człowiek–rzeczy. Gdy wspólnie oglądane zachody słońca, długie rozmowy przy kieliszku wina i wymiana uśmiechów na dzień dobry staną się ważniejsze niż pożądanie nowego SUV-a czy tęsknoty za zamianą mieszkania na większe. Gdy poczucie radości, jakie daje bycie członkiem wspólnoty, która obdarza nas szacunkiem i uznaniem, stanie się ponownie ważniejsze niż dążenie do indywidualnego sukcesu materialnego w szaleńczej rywalizacji z innymi. Gdy wreszcie zrozumiemy, że sprawy podziału są ważniejsze niż sprawy wzrostu, a jakość życia ważniejsza niż posiadanie.
Wytworzyliśmy już dosyć bogactwa, teraz pora, abyśmy jako ludzkość pomyśleli o jego sprawiedliwym podziale. Czy można sobie jednak wyobrazić świat bez reklamy, w którym poeci byliby ważniejsi od biznesmenów, a bezinteresowna rozmowa od biznesowego lunchu? Gdzie bardziej cieszylibyśmy się z miłego towarzystwa niż z nowego samochodu? Gdzie bezinteresowna kontemplacja przyrody byłaby ważniejsza niż obmyślanie nowych sposobów jej eksploatacji? Gdzie sprawiedliwość, solidarność i braterstwo byłyby ważniejsze niż konkurencja, walka o zasoby i dążenie do dominacji? Gdzie gospodarka zostałaby podporządkowana demokratycznie ustalonym ludzkim celom, a nie wyłącznie zyskowi? Gdzie wielkie korporacje wydobywcze przestałyby kupować sobie przychylność polityków, a ci ostatni poczuli się lojalni wobec interesów swych wyborców, a nie wobec wielkiego biznesu? Pięknoduchostwo, prawda? No właśnie, dlatego katastrofa jest nieunikniona.

 

Andrzej Szahaj jest filozofem, historykiem myśli społecznej i kulturoznawcą, pracuje w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu

ŁAPCIE „NINĘ”, ZANIM ZNIKNIE (recenzja) – Agnieszka Graff, „Wysokie Obcasy” 27 X 2018

nina.jpg

„Nina”, debiut reżyserki Olgi Chajdas, miała po­tężnego pecha. Pierwszy polski film lesbijski wszedł na ekrany jednocześnie z pierwszym polskim filmem antyklerykalnym. „Kler” Smarzowskiego przyciągnął do kin dzikie tłumy (gdy pi­szę ten felieton – 2,5 mln widzów). W mediach zawrzało i wrze do dzisiaj. Co na to Watykan? Co na to wierni? Ile jest w Polsce dzieci księży? I najważniejsze pytanie: czy Kościół się pod wpływem „Kleru” zmieni? Otóż nie, nie zmieni się. „Kler” to świetny i ważny film (choć byłby waż­niejszy dziesięć lat temu), ale Kościoła nie zmieni ani na jotę. Zamiotło się pod dywan sprawę biskupa Paetza, spra­wę proboszcza z Tylawy oraz tysiąc innych podobnie obrzydliwych spraw, zamiecie się i „Kler”.

 

Tymczasem „Niny” szkoda i szkoda widzów, którzy „Ni­nę” przegapią. Bo to film niezwykły: piękny, wzruszający i mądry. A jeśli polityczny, to zupełnie inaczej niż sądzicie. Ukazała się garstka recenzji: to ktoś pochwali obyczajową odwagę lub świetną rolę tytułową, to ktoś pokręci nosem na scenariuszowe niedociągnięcia, to komuś się nie spo­dobają kolory i światło. Ale nie ma dotąd tekstu, który by oddał „Ninie” sprawiedliwość, dostrzegł w niej kulturowy przełom. A ja uważam, że jest to film przełomowy.

 

Nina (Julia Kijowska) tkwi w martwym związku z Wojt­kiem (Andrzej Konopka). Są razem od liceum i może już starczy. A może źródłami kryzysu są niepłodność, jej le­czenie i presja rodziny? Tak czy owak, w ich życiu pojawia się młoda i śliczna Magda (Eliza Rycembel) i przez chwilę można pomyśleć, że będzie z tego romans (hetero, czyli z Wojtkiem) albo dzidziuś (para roi sobie, że Magda będzie ich surogatką).

 

Co jest dalej, wiecie, bo wiecie, że to film lesbijski. Waż­niejsza od fabuły jest jednak zawarta w tym filmie emocjo­nalna i obyczajowa prawda. Lęk, niepewność i zazdrość. Podejrzliwość, ucieczki, pogonie. Czułość, tkliwość, pożą­danie. Sceny łóżkowe – nie tylko odważne, owszem, ale też jakoś zwyczajne. Wszystko to jest w „Ninie” pokazane bez skuchy. Gdzie tu przełom? Otóż ten film nie powstał na przekór Kościołowi, wbrew polskiej hipokryzji czy ja­ko głos przeciw polskiej homofobii – on powstał obok nich, równolegle. Jedna ze scen rozgrywa się nawet w kościele. I co? I nic, tło jak tło, są też sceny w kuchni i w parku, i w szkole. Twórczynie zagrały konserwatywnej Polsce na nosie. „Kler” nie zmieni Kościoła, ale „Nina” pokazuje, jak bardzo zmieniły się w Polsce kobiety. Zaprawdę po­wiadam wam, łapcie „Ninę”, zanim zniknie z ekranów.

 

Agnieszka Graff – feministka, publicystka, wykładowczyni na UW, autorka wielu książek, m.in. „Matka feministka”

„Brukselczycy z Siemiatycz” – Jacek Brzuszkiewicz, „Wysokie Obcasy” 23 kwietnia 2004

brukselczycy z siemiatycz.jpg

Lokalny tygodnik „Głos Siemiatycz” na ostatniej stronie podaje prognozę pogody dla Siemiatycz i Brukseli. Na stronach ogłoszeniowych – reklamy ośmiu firm oferujących przewozy do Belgii

 

Burmistrz Siemiatycz Zbigniew Radomski szacuje, że w Belgii pracuje dwa, może trzy tysiące siemiatyczan.

Średnio raz w miesiącu Jerzego Nowickiego, redaktora naczelnego „Głosu…”, odwiedza dziennikarz z ogólnopolskiej prasy, któremu musi tłumaczyć przyczyny siemiatyckiego fenomenu. W przededniu wejścia Polski do Unii takie wizyty są coraz częstsze. – Jeszcze przed wojną zaczęła się emigracja z regionu za chlebem do Stanów. Potem jeżdżono już do rodzin. Po 1989 r. wyjazdy za ocean przestały się opłacać. Bliżej i taniej było do Brukseli, gdzie za czasów pierwszej „Solidarności” zostało paru naszych.

Balejaż zamiast trwałej 

Do Siemiatycz po raz pierwszy przyjechałem przed dziewięcioma laty. Pisałem reportaż o wyjazdach zarobkowych do Brukseli. Jego bohaterką była Danuta Kowalczyk.

W 1990 r. zostawiła w Siemiatyczach męża na bezrobociu, dwoje małych dzieci i pensję sprzedawczyni w spożywczym. Zaczynała od sprzątania mieszkań. Potem dostała pracę w pubie. Za zarobione franki mąż założył hurtownię i zaczął budować dom.

Opowiedziała mi, że w Brukseli miała chwilę słabości: zakochała się w kelnerze, Marokańczyku. Chciała rozpocząć życie jeszcze raz, ale Ahmed ją rzucił. Wróciła. – Gdy otworzyłam drzwi domu, mój sześcioletni syn zapytał: „Tatusiu, ta pani to do kogo?”. Wtedy przysięgłam sobie: z Belgią koniec! – opowiadając mi o tym, Kowalczykowa roztkliwiła się wtedy do łez.

Dziś przyjmuje mnie w willi nad siemiatyckim zalewem, gdzie swoje domy pobudowali „brukselczycy” (tak w Siemiatyczach mówi się o tych, którym w Belgii wyszło). Trwałą ondulację zamieniła na balejaż, drewniaki na szpilki z modnym czubem. Do Siemiatycz przyjechała na cztery dni, córka w lutym miała studniówkę.

– Wtedy bez Belgii wytrzymałam dwa lata i dwa miesiące. Kiedy na wschodniej granicy podnieśli cło, do hurtowni dokładaliśmy z tego, co zarobił sklep. Kiedy po sąsiedzku postawili supermarket, mąż sam zaczął przebąkiwać o Brukseli. Tym razem zawiozłam dzieciaki do teściowej i wzięłam go ze sobą – opowiada.

Kowalczyk, z zawodu frezer-tokarz, spotkał w Brukseli kumpli z zawodówki. Wzięli go na pomocnika do ekipy wykańczającej mieszkania. Kowalczykowa wróciła do pubu.

– Belg, jak mnie w drzwiach zobaczył, to aż podskoczył. „Klientów straciłem, odkąd przestałaś smażyć im te wasze schabowe”, cieszył się – wspomina Kowalczykowa.

W Brukseli pracowali od świtu do zmroku sześć dni w tygodniu, ale co miesiąc odkładali po 7 tys. zł. Na wykończenie willi (w łazience – podgrzewana podłoga), na ogrodzenie (kute), na samochód (ford). Do Polski przyjeżdżali trzy razy w roku – na święta i wakacje.

Ford za leczenie

Jesienią zeszłego roku Kowalczykom zawalił się świat. W wypadku drogowym zginął właściciel pubu, gdzie pracowała Kowalczykowa. – Jego konkubina nie miała głowy do biznesu. Pub szybko padł. Kiedy poprosiłam o zaległe pieniądze, zagroziła, że pójdzie na policję i powie, że w Brukseli jestem na czarno – denerwuje się.

Trzy tygodnie później mąż Kowalczykowej, malując elewację budynku, spadł z drabiny – złamana podstawa czaszki i przebite płuco. Operacja, intensywna terapia.

– Po pięciu tygodniach musiałam odebrać męża ze szpitala na własną prośbę, bo nie był ubezpieczony. Leczenie kosztowało nas ponad 50 tys. zł. Żeby zapłacić rachunek, sprzedałam forda. Do Siemiatycz wróciliśmy autobusem. Mąż leżał na tylnym siedzeniu, kroplówkę przywiązałam do oparcia.

W Siemiatyczach poszła na wywiadówkę do córki – kolejny cios.

– Patrycja zawsze uczyła się dobrze, w Brukseli byłam o nią spokojna. Tymczasem nauczycielka oświadczyła, że jest zagrożona z pięciu przedmiotów. Potem w jej plecaku znalazłam woreczek z jakąś trawą. Znajoma aptekarka powiedziała, że to konopie indyjskie.

Przed trzema laty dyrekcja Zespołu Szkół w Siemiatyczach, gdzie uczy się Patrycja, w obawie przed dilerami narkotyków musiała zatrudnić ochroniarzy. – Wobec braku rodziców odpowiedzialność za wychowanie dzieci spoczywa na barkach dziadków, cioć i wujków. W wielu przypadkach nie są oni w stanie zastąpić ojca i matki – tłumaczy Jan Choiński, dyrektor Zespołu Szkół w Siemiatyczach.

Uśmiechnięta buzia z urzędu

Zbigniew Radomski przed dziewięciu laty zasiadał w fotelu dyrektora siemiatyckiego PKS. Dzięki linii autobusowej do Brukseli firma wyszła na prostą. Dyrektor pokazywał mi wtedy 12 luksusowych autokarów i szczycił się pierwszym miejscem w kraju pod względem rentowności.

W listopadzie 2002 r. Radomski zamienił fotel dyrektora na gabinet burmistrza Siemiatycz. – Dobiegałem 65 lat, a w PKS kończył mi się kontrakt. Na emeryturę czułem się za młody.

Wybory na burmistrza wygrał w pierwszej turze, pozostawiając w polu kandydatów lewicy i prawicy. Otrzymał 62 proc. poparcia. Ludzie głosowali na menedżera, który postawił na nogi PKS.

W telefonicznej centralce siemiatyckiego magistratu słychać „Odę do radości” (hymn Unii Europejskiej). Na parterze budynku kończy się wielki remont. Brygada robotników burzy ściany. Druga ekipa bierze miarę na nowe meble. W maju powstanie tam biuro obsługi interesantów.

– W Brukseli tuż po otwarciu drzwi urzędu interesant widzi uśmiechniętą twarz urzędnika, który pyta, w czym może pomóc. Skoro będziemy w tej samej Unii, dlaczego w Siemiatyczach ma być inaczej? – argumentuje Zbigniew Radomski.

Jednak Siemiatycze tylko w ścisłym centrum i nad zalewem robią wrażenie miasta zamożnego: wyłożone czerwoną kostką chodniki, butiki z markowymi ciuchami, kolorowe fasady willi. Im dalej od rynku, tym bardziej szaro – jak na całej ścianie wschodniej.

Podobnie jest z miejskim budżetem. 20 mln zł, z czego połowa na inwestycje, robi wrażenie, ale tylko na Podlasiu. W Siemiatyczach co trzeci mieszkaniec nie ma kanalizacji, a co dziesiąty dostępu do wodociągów. W mieście nie ma ani krytej pływalni, ani hali sportowej. Nikt nie robi też tajemnicy z przyczyn najniższej w regionie stopy bezrobocia – „brukselczyk” nie może raz na miesiąc meldować się w pośredniaku.

Kaśki pierwsza praca

Kaśka, szczupła brunetka, pracuje w magistracie od początku stycznia. Przed dziewięciu laty, gdy rozmawiałem z siemiatycką młodzieżą, uczyła się do matury. Jej koledzy z liceum mieli gotowy pomysł na życie: studia (co drugi), Belgia (prawie każdy). Co potem? Życie tam albo powrót z kasą do Siemiatycz i rozkręcenie własnego biznesu (większość).

Kaśka, wyjeżdżając z Siemiatycz na studia do Szczecina (prawo), była w większości. Gdy pisała pracę magisterską, od znajomych usłyszała o zagranicznych praktykach w Belgii, w rządowej agendzie odpowiadającej za sprawy uchodźców i bezpaństwowców. Zdecydowała się na wyjazd, bo miała gdzie się tam zatrzymać: w Brukseli od początku lat 90. pracują jej rodzice.

– Prowadziłam rozmowy z imigrantami z Afryki i Azji, którzy ubiegali się o status uchodźcy. Pomagałam im poznać porządek świata, w którym się znaleźli, jego kulturę i panujące w nim zwyczaje. To było fascynujące!

Kaśka spodobała się przełożonym. Poszła na studia podyplomowe na elitarnym Uniwersytecie Katolickim w Louvain-la-Neuve. W zeszłym roku skończyła tam prawo europejskie i międzynarodowe. Wróciła do Siemiatycz.

– W siemiatyckim magistracie odpowiadam m.in. za pozyskiwanie funduszy z Unii Europejskiej. Chcę też nawiązać kontakt z radą dzielnicy Saint-Gilles w Brukseli, gdzie mieszkają i pracują Polacy z Siemiatycz. Marzy mi się wymiana dzieciaków. Dla nas byłaby to świetna lekcja języka i wychowania obywatelskiego. Dla nich wyprawa na granicę Unii – uśmiecha się Kaśka.

Szczęśliwe twarze

W Siemiatyczach żartują, że Zbigniew Radomski otworzył przed laty linię autobusową do Belgii, żeby szybciej dojechać do syna, który osiadł tam jako jeden z pierwszych na przełomie lat 80. i 90.

Darek w 1988 r. skończył weterynarię. Pracował w lecznicy dla zwierząt koło Bielska Podlaskiego. Do Brukseli miał wyjechać na miesiąc, potem na rok, na dwa. Został na stałe. W Belgii poznał swoją przyszłą żonę, dziewczynę spod Białegostoku.

– W Belgii nie czuję się jak w domu, ale tak samo jest w Siemiatyczach. Tato, nie wiem, co robić – burmistrz przypomina sobie dylematy syna sprzed lat.

Dziś Darek jest w Brukseli właścicielem firmy rozprowadzającej gazety i czasopisma. Myśli o ekspansji na inne belgijskie miasta. Żona nie musi pracować.

– Oboje mają takie szczęście na twarzach – cieszy się Radomski.

Darek mieszka w stumetrowym apartamencie w centrum Brukseli. Kupił działkę i chce stawiać pod miastem dom. Razem z dziećmi był w Siemiatyczach na Boże Narodzenie. Burmistrz wybiera się z rewizytą do wnuczki, która w maju przystąpi do komunii.

Brukselski „Głos Siemiatycz” 

Od pięciu lat „Głos Siemiatycz” ma swoją wersję elektroniczną (www.glossiemiatycz.ktd.pl).

– Na początku naszą stronę internetową otwierano za granicą jedynie w USA. Dziś najwięcej internautów zaczynamy mieć w Belgii, widać do Brukseli jeżdżą młodzi i lepiej wykształceni – ocenia Jerzy Nowicki, naczelny „Głosu Siemiatycz”.

Tomek, 30-latek, na Politechnice Lubelskiej skończył budownictwo. Wrócił do Siemiatycz, ale nie znalazł pracy. Wyjechał do Brukseli. Kilka miesięcy pracował w ekipie Kowalczyka, ale po wypadku brygada się rozsypała. Zenek się rozpił, Zbyszek, kiedy dowiedział się, że żona w Siemiatyczach ma innego, wrócił do domu.

– Przeczytałem ogłoszenie, że pewien Belg poszukiwał polskiego wspólnika do firmy budowlanej. Dawał sprzęt i zlecenia, potrzebował wykwalifikowanych robotników – opowiada 30-latek.

Tomek od dwóch lat jest wspólnikiem Erica. Ma 20 proc. udziałów w firmie, która zatrudnia sześć czteroosobowych ekip. Odpowiada za zaopatrzenie i odbiór robót. Zarabia na rękę 2 tys. euro. Zeszły rok mimo słabej koniunktury spółka zamknęła niewielkim zyskiem.

Firma Darka w zeszłym roku remontowała siedzibę szkoły języka francuskiego dla Polaków, którą otworzył w Brukseli Mariusz z Siemiatycz (w Belgii od czterech lat). Szkoła nie narzeka na brak uczniów – w Brukseli i otaczających ją satelitarnych miasteczkach pracuje co najmniej 30 tysięcy Polaków. Inna firma Mariusza doradza Polakom w zakładaniu działalności gospodarczej.

Do Brukseli nie na czarno

Kowalczyk po wypadku powoli dochodzi do siebie. Do Brukseli już nie pojedzie, bo ma zawroty głowy i co chwila musi się pokładać. Stara się o rentę.

Kowalczykowa wytrzymała bez Belgii trzy miesiące. Wyjechała, kiedy córka podciągnęła się w nauce i przysięgła, że żadnym świństwem się już nie zaciągnie. – Jak miałam utrzymać rodzinę za 700 zł pensji kasjerki w supermarkecie? – pyta Kowalczykowa. – Przecież za ogrzewanie 200-metrowej willi muszę w zimie zapłacić prawie 600 zł.

W Belgii jak przed dziewięciu laty sprząta cztery mieszkania. Pracuje sześć dni w tygodniu po dziesięć godzin. Po opłaceniu pokoju zostaje jej na rękę 4 tys. zł. W Siemiatyczach bywa co sześć tygodni.

W zimny lutowy wieczór Kowalczykową odwiedziły koleżanki, które przyjechały do Siemiatycz na ferie (w Belgii dzieci też mają wolne). Siadamy wokół kominka.

– Unii to się nie mogę doczekać. W Brukseli nikt by mnie z pieniędzmi nie oszukał, bo bym pobiegła na policję. A jeszcze emeryturę belgijską bym kiedyś dostała – kalkuluje Kowalczykowa.

– I za leczenie w szpitalu nie musiałbym płacić – wtrąca Kowalczyk.

– Ale wtedy Belg zamiast ciebie weźmie do sprzątania Ukrainkę, bo na czarno – zwraca uwagę Danka, żona Zenka z ekipy Kowalczyka (tego, co się rozpił i wrócił).

– W czerwcu do Brukseli przyjadą nasi posłowie do europarlamentu. Każdy przywiezie za sobą po kilku urzędników. Kto im będzie sprzątał, kto im będzie odnawiał mieszkania? Siemiatycze! – uspokaja szwagierka Kowalczykowej.

PS Imiona i nazwiska niektórych bohaterów zostały zmienione

 

Z Siemiatycz do Brukseli „Sami swoi” – ECHA POLSKIE: DO ZIEMI OBCEJ, DEBORAH STEINBORN – Die Zeit, 20.11.2003

Tysiące Polaków kursują tam i z powrotem z Siemiatycz do Brukseli. Pracują w charakterze ogrodników, malarzy i sprzątaczek. Po wejściu Polski do Unii nic się nie zmieni.

 

DIE ZEIT

echa polskie - forum.jpg

W latach 90. uruchomiono regularną linię autobusową Siemiatycze – Bruksela. Na zdjęciu dworzec PKS w Siemiatyczach w styczniu 2004 roku

Foto: Adam Kardasz


 

W każdy piątek rano Stanisław Borzym podjeżdża swoim autobusem na mały, zaniedba­ny parking w Siemiatyczach, niewielkim polskim mieście przy granicy z Białorusią. Właściciel przedsiębiorstwa Hermek-Podróże zostawia włączony silnik i czeka na swo­ich około 50 pasażerów. Na ręcznie poma­lowanej drewnianej tablicy na przedniej szy­bie widnieje napis: „Autobus turystyczny: Polska-Belgia”. W ciągu następnej godzi­ny parking się zapełnia. Obok starych fia­tów i opli parkuje też nowy mercedes albo ford. Do autobusu wsiadają ludzie w wieku od 5 do 65 lat, niektórzy ubrani zgodnie z najnowszą zachodnią modą. Borzym ukła­da walizki, po czym opada na swój fotel za kierownicą. Można ruszać w 22-godzinną podróż do Brukseli.

 

Światy równoległe

 

Wbrew temu, co głosi napis na drewnia­nej tablicy, podróżni nie są turystami, lecz zazwyczaj nielegalnymi najemnymi robot­nikami. Jeżdżą 1600 km do Brukseli do 12 razy w roku, żeby zarobić tam na chleb. To samo robią tysiące im podobnych z Siemia­tycz oraz z innych miejscowości zuboża­łej północno-wschodniej Polski. Przybyw­szy do Brukseli, znikają w swoim świecie z własnym systemem pocztowym, własnymi sklepami z żywnością, własnymi lekarzami i biurami pośrednictwa pracy, kościołami i dyskotekami.

 

W maju 2004 r. Polska oraz siedem innych krajów wschodnioeuropejskich przystąpią do Unii Europejskiej. Nie oznacza to jednak, że nowi obywatele Unii nabędą od razu wszystkie prawa. Z obawy przed tanią konkurencją dla miejscowej siły roboczej starzy członkowie UE zaryglowali wejście na unijne rynki pracy: przez siedem pierwszych lat mogą odmawiać prawa do swobod­nego zarobkowania obywatelom z nowych krajów Zjednoczonej Europy. Jednak już dziś wielu mieszkańców Europy Wschod­niej jest zatrudnionych w krajach Piętnast­ki, na ogół nielegalnie. Wielu z nich pracu­je w umownej stolicy UE, Brukseli. Sprząta­ją mieszkania, malują ściany, budują domy. Swoimi ciężko zarobionymi euro nie tylko nakręcają lokalną gospodarkę, lecz także wspierają rodziny w ojczyźnie.

 

Mamy do czynienia z dwoma równo­ległymi światami w obrębie jednego miasta – mówi Thierry Timmermans. Ten rodowi­ty Brukselczyk kieruje w Fundacji im. Króla Baudouina projektem dotyczącym imigra­cji. – Polska społeczność jest tutaj ogromna, ale ponieważ na ogół żyje w ukryciu, wielu obywateli w ogóle jej nie dostrzega. Oficjal­nie w Brukseli jest zameldowanych zaled­wie 2120 obywateli polskich. Prawdziwą ich liczbę Elżbieta Kuźma, prowadząca na Wolnym Uniwersytecie w Brukseli badania na temat nielegalnej imigracji, szacuje na 35 tysięcy.

 

Dlaczego Siemiatycze? Otóż tamtejsi działacze opozycyjnego wówczas związku zawodowego Solidarność uzyskali w Bel­gii azyl. Stali się punktem zaczepienia dla innych z tej samej okolicy, którzy potrzebo­wali pracy. W końcu rozwinęła się mocna sieć pracowników-migrantów kursujących między Polską a Belgią, którzy załatwia­li tam sobie nawzajem po kryjomu pracę i mieszkania.

 

Praca, praca, praca

 

Dlaczego Belgia? Jak to zwykle bywa z imigrantami w odległych stronach, pierw­si Polacy ze wschodnich regionów przyby­li do Brukseli przypadkiem i przyciągnęli innych. W mieście dyplomatów i urzędni­ków jest duży popyt na ich usługi. Podob­ne zjawisko występuje także w Niemczech i gdzie indziej, ale belgijska policja uchodzi za łagodniejszą niż w innych krajach. Pra­cujący na czarno mają dużą szansę na unik­nięcie wykrycia. Od 1991 r. polscy turyści mogą przebywać w tym państwie do trzech miesięcy bez wizy. – Przyjeżdżamy tu i tylko pracujemy, pracujemy, pracujemy – mówi wysoka 62-letnia Polka, która ma w ojczyźnie troje dzieci i od dziesięciu lat sprzą­ta brukselskie mieszkania. Jest niedziela i kobieta idzie właśnie na mszę. – Opuszcza­my Brukselę po trzech miesiącach, a po kilku dniach lub tygodniach przyjeżdżamy z powro­tem i wszystko się zaczyna od początku.

 

         – To stałe podróżowanie daje się człowie­kowi we znaki; dochodzi też do tego strach, że mnie przyłapiąmówi Krystyna, blada kobieta w modnie wytartych dżinsach i niebieskiej podkoszulce. Ta 35-letnia matka dwojga dzieci kursuje od sześciu lat do Bel­gii ze wsi położonej pod Siemiatyczami. W Brukseli dzieli z trzema innymi kobietami skromnie umeblowane trzypokojowe miesz­kanie w Saint-Gilles, dzielnicy, gdzie miesz­ka wielu nielegalnie pracujących Polaków. Oszczędza możliwie jak najwięcej pienię­dzy dla rodziny, która została w kraju, na gospodarstwie. Gdy Krystyna pracuje w Belgii, jest siostra pilnuje dzieci w domu. Co trzy miesiące kobiety zamieniają się rola­mi. – W naszej okolicy nie ma pracy, może­my więc wspierać nasze rodziny tylko w ten sposób – mówi i nerwowo poprawia włosy.

 

Krystyna boi się nie tylko władz. Kra­dzieże są w Brukseli na porządku dziennym, a ponieważ przebywa w tym mieście niele­galnie, nie może otworzyć konta w banku. Po sprzątaniu w zamożnym Waterloo spie­szy do mieszkania z dziennym zarobkiem w torebce i chowa pieniądze. Trzy razy w tygo­dniu dzwoni o umówionej godzinie do swoich dwóch córek, które mają 9 i 13 lat. Tylko sporadycznie wychodzi gdzieś wieczorem.

 

Obecnie polska społeczność w Brukse­li jest niemal całkowicie samowystarczalna. Pewnego gorącego niedzielnego popołudnia latem 2003 r. na Rue de 1’Hótel des Monnaies w Saint-Gilles stało 20 minibusów. Inne można zobaczyć w pobliżu Notre Dame de la Chapelle, gotyckiego kościoła, do które­go Polacy uczęszczają na mszę w niedziele. Na tablicach rejestracyjnych pojazdów wid­nieją litery BSI (Siemiatycze), BIA (Biały­stok), BMN (Mońki).

 

Kierowcy nowoczesnych minivanów, w wieku pomiędzy 20 a 50 lat, sprofesjonalizowali przewozy z i do Brukseli. Wożą pasażerów za 70 do 80 euro. Ponadto trans­portują artykuły żywnościowe i paczki. Od połowy lat 90. robią konkurencję kierow­com dużych autobusów. Są szybsi i tańsi, a ponieważ zabierają także listy, przybysze nielegalnie pracujący w Brukseli nie muszą się bać wpadki, jaka mogłaby im grozić, gdyby wysyłali korespondencję za pośred­nictwem belgijskiej poczty.

 

Naturalnie polscy kierowcy mają nie­raz problemy na granicy niemieckiej. Jest to gra, w której trzeba umieć się dosto­sować. Czasami przerzucają pasażerów z Polski przez granicę taksówkami i zbiera­ją ich ponownie już w Niemczech. Czasem muszą zapłacić karę 250 euro lub więcej, albo są zawracani do Polski. Interes opłaca się mimo wszystko. – Popyt jest duży – mówi Jan, 33-letni Polak z Mazur. Od ośmiu lat wozi ludzi i towary pomiędzy Polską i Bel­gią, Holandią lub Niemcami. Jego rodzice, którzy pracują w Brukseli, zafundowali mu sześcioosobowy mikrobus.

 

Misja wsparcia

 

W tym czasie zdążyła się już wytworzyć regularna socjoekonomiczna sieć migracyjna. W Saint-Gilles polska piekarnia i pol­ski sklep spożywczy oferują swojskie pro­dukty. Wiele klubów nocnych jest otwar­tych tylko dla Polaków. Prowadzony przez Włocha bar Verre d’Eau (Szklanka wody) wśród brukselskich Polaków jest znany jako Chez Olga (U Olgi). Polscy fryzjerzy przy­jeżdżają na zamówienie do mieszkań i strzy­gą za połowę ceny, jaką biorą salony belgij­skie. W niedzielę wielu Polaków chodzi na czynny podczas weekendu bazar Les Abat-toirs (Jatki), aby zrobić zakupy i spotkać przyjaciół. Mogą tam dostać chleb, świe­żą śmietanę, wędliny, lemoniady, piwo, sło­dycze, gazety, krzyżówki – wszystko prosto z ojczyzny.

 

Osią miejscowej społeczności jest jed­nak Polska Misja Katolicka. Jej biuro, pra­wie niezauważalne dla zwykłych przechod­niów, znajduje się w niepozornym budyn­ku przy Rue Jordan. Dla nowo przybyłych z Polski jest to pierwszy punkt kontaktowy. Wielu z nich korzysta z pomocy tej placówki także później. Ponad tysiąc osób uczęsz­cza w niedziele na msze, odprawiane po pol­sku w Notre Dame de la Chapelle. W Misji mówią, że nie udzielają pomocy w znale­zieniu pracy. – Ale ludzie dzwonią do nas czasami w środku nocy, gdy ktoś z rodziny zachorował lub zaginąłmówi ksiądz Tade­usz Czają, który mieszka i pracuje w Misji od 1995 roku. – A gdy ktoś zapuka do moich drzwi z jakimś problemem, to naturalnie nie pytam, czy jest tutaj legalnie, czy nie.

 

Odkąd zaczęła funkcjonować komu­nikacja wahadłowa Siemiatycze zmieni­ło swoje oblicze. W centrum, w pobliżu placu Jana Pawła II, konsumentów kuszą sklepy komputerowe i salon Levi’sa. Przed sklepem z modną konfekcją wiszą sukien­ki i spódnice we wszystkich kolorach. Za miastem, na wzgórzu nad Bugiem, stoją nowoczesne domy jednorodzinne. Ze swo­imi dużymi garażami i tarasami, ozdobny­mi ogrodami i stawami wyglądają jak wille z dzielnicy wyższej klasy średniej w Euro­pie Zachodniej. Tutaj mieszkają przede wszystkim Polacy, którzy zarabiają lub zarobili swoje pieniądze w Brukseli.

 

W domu też ruch

 

Burmistrz Siemiatycz Zbigniew Radom­ski jest dumny z rozwoju swojej społecz­ności. Przez wiele lat kierował tutejszym oddziałem PKS. W 1990 r. przyszedł mu do głowy pomysł, żeby zorganizować usłu­gi przewozowe do Brukseli. – Tak jak wszy­scy szukaliśmy tylko jakiegoś sposobu, aby przeżyćmówi dzisiaj. Od tamtej pory sytu­acja niesłychanie się poprawiła. Siemiaty­cze mają niecałe 8 proc. bezrobotnych, to mniej niż połowa krajowej stopy bezrobo­cia. Do pracy w Belgii jeździ ponad cztery tyś. osób, co stanowi około jednej czwartej mieszkańców.

 

Podczas gdy miejscowi spoglądają z pożądaniem na Zachód, do Siemiatycz przybywają Białorusini, aby na poboczach jezdni sprzedawać tanie aparaty fotogra­ficzne albo części zamienne do samocho­dów. Dalej na północ na polskich budowach pracują nielegalnie Ukraińcy. – Widzimy, że strumień ludzi ze Wschodu będzie trudny do zahamowania – mówi Jan Węgrzyn, dyrek­tor generalny w Urzędzie ds. Repatria­cji i Cudzoziemców Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji w Warsza­wie. – Niezależnie od tego, jakie wprowadzi­my przepisy wizowe i jakie zastosujemy techni­ki kontroli, nielegalni przybysze zawsze znaj­dą drogę.

 

DEBORAH STEINBORN © Die Zeit, 20.11.2003

„Czy PAJAC ma rację?” – Jacek Grun „Kurier Podlaski” Nr 205 (2127) Białystok, poniedziałek, 28.10.1991 r.

grun jacek.jpg

Prywatna Agencja Jako­ści Analiz Całościowych — czyli PAJAC — miała co robić wczorajszego dnia. Jej właściciel czyli niżej podpisany przeczytał był bowiem w tygodniku „Wprost” opinię byłego premiera Tadeusza Mazo­wieckiego o społeczeństwie, cytowaną przez byłego marszałka byłego sejmu Mikołaja Kozakiewicza. A opinia ta brzmi następują­co: „Ludzie są u nas nie­wiarygodnie ciemni”. Ko­niec cytatu.

PAJAC zatem zatrzymy­wał na ulicach osobników wyglądających na bardzo ciemnych, w dodatku spod ciemnej gwiazdy, żeby za­pytać ich, co sądzą o wy­borach i wybieralnych. 18,4 proc. wypowiedziało słowa nie nadające się do publi­kacji ze względu na poczytność naszego dziennika w kręgach klerykalnych. Mo­żna tylko zaznaczyć wście­kłość z powodu zakazu sprzedaży alkoholu w tych dniach. Znakomita więk­szość indagowanych (bez wykształcenia, co czasem widać) czyli 52,9 procenta twierdziła, że głupi ten, kto wierzy, iż ci nowi coś u nas zmienią. Spośród tych, jakieś 60 proc. dawa­ło przykład pani wiceprezydent Białegostoku, która chce być senatorem a za­częła od prywatyzowania spółki miasta „Lech”, czy­li podzielenia zagrabionego majątku społecznego mię­dzy urzędników spółką zawiadujących. Nie wyprze­dzając wyników oficjalnych, PAJAC dawał marne szanse wyborcze pani Bończak-Kucharczyk Ewie. Mimo, że pisano o niej na plakatach per „number one”.

17 proc. badanych szło do wyborów, żeby głoso­wać na Włodzimierza Cimoszewicza, z czego 97,8 proc. nie obwiniało jedne­go z najbardziej seksow­nych polityków o konsza­chty z Breżniewem i Gorbaczowem chociażby z te­go powodu, że poseł nowej kadencji (PAJAC już o tym wie ze snów, które też od­grywają ważną rolę w jego badaniach) w tamtych czasach przebywał na Manhat­tanie, gdzie na Columbia Uniwersity robił doktorat z prawa międzynarodowe­go. Właściciel PAJAC-a raz przechodził osobiście obok Columbia i słyszał, że tam nie dają doktoratów za samą przynależność do PZPR.

Z indagowanych tylko owe 17 proc. zmierzało bez­pośrednio do urn wybor­czych, znakomita reszta pozostałości jakby tak coś skręcała za najbliższym rogiem, z czego należy wnioskować o bardzo niskiej frekwencji.

Pozostałe 11,7 proc. w dniu wyborów rano nie było w stanie wydobyć z siebie głosu w ogóle i to z różnych powodów. Teraz proszę sobie samemu przy­łożyć wyniki badań do opinii Mazowieckiego o spo­łeczeństwie.