„Kręcimy pornola” ŁUKASZ PIOTROWICZ, tygodnik „NIE” numer 28 / 2019

Niech czyta ten, kogo kręci, że ktoś go kręci.

PIO2-tygodnik_nie-3-polska-branża-porno-rys-marcin-bondarowicz.jpg

Od kiedy posiadamy utrwalacze wideo, dziecko nie jest jedynym sposobem na upamiętnianie bzykania. Coraz więcej par nagrywa swoje zabawy, chciałoby się rzec, dla potomnych – ale chyba niekoniecznie dla nich. Nagrywają dla siebie: bo lubią, chcą powspominać, doskonalić się, zarobić lub w najgorszym wypadku szantażować. Niezależnie od motywu wypada znać podstawowe reguły kinematografii, zanim wejdzie się na plan. Choć nagrywanie jebania może się wydawać proste jak jebanie, warto mieć jakiś warsztat. Rady dla początkujących zebrała Erika Lust w książce „Jak nakręcić porno. Porady dla początkujących”, w polskiej wersji rozpowszechnianej bezpłatnie przez sex shop Kinky Winky. Grzech nie przekartkować, z czystej ciekawości rzecz jasna. Na szczęście to e-book, zatem ryzyko posklejania kartek odpada.

Dostawca pizzy puka do drzwi

Najpierw kilka słów o autorce. Tak naprawdę nazywa się Erika Hallqvist i jest Szwedką, urodziła się w 1977 r. Skończyła politologię; studia dały jej pojęcie o feminizmie i różnych innych prądach i zbrodniczych prąciach. Wiedzę tę wykorzystała w branży porno, którą postanowiła uczłowieczyć. Erika Lust kręci pornosy, które nazywa etycznymi. W uproszczeniu sprowadza się to do tego, że kobieta nie jest tylko obiektem seksualnym. Zastępuje ją w tej roli facet. Swój reżyserski debiut, „The Good Girl”, Lust opisuje następująco: „Opowiadał historię seksualnego spotkania pomiędzy zwyczajną kobietą – mogłaby być jedną z twoich przyjaciółek czy wręcz tobą – a nieziemskim dostawcą pizzy, który spełnił jej wszystkie marzenia, a nawet więcej”. Mamy tu więc do czynienia z kopernikańskim przewrotem w pornografii. Rzeczywiście, w większości produkcji to kobiety są pierwszoplanowymi seksbombami, przykuwającymi uwagę widza, faceci zaś odgrywają rolę mobilnego fallusa. Wynika to przede wszystkim z zapotrzebowania widowni. Czy jednak odwracanie tej proporcji można nazwać od razu rewolucją moralną? Większą rewoltą byłaby walka o równe płace. Branża porno jest jedną z niewielu, w których samice zarabiają nieporównywalnie więcej od samców.

Nagranie zabezpiecz kondomem

Autorka poradnika, zanim przejdzie do szczegółów technicznych, zwraca przede wszystkim uwagę na bezpieczeństwo. Nie chodzi o antykoncepcję. Przy nagrywaniu własnych uniesień kluczowe jest, aby nie dostały się one w niepowołane łapy.
„Jeśli chcesz zrobić prosty film o seksie, bez efektów specjalnych i wodotrysków, czy będzie to zapis masturbacji, czy aktu seksualnego, pamiętaj, że zarejestrowanie go na nośniku cyfrowym wiąże się z ryzykiem, że – przez błąd, przeoczenie lub czyjąś złą wolę – obraz zacznie krążyć w internecie” – przestrzega. Dlatego warto trzymać nagranie tam, gdzie niepożądane oczy nie zajrzą, a plik zabezpieczyć hasłem.

Zawodowa znawczyni pornografii podkreśla też, że nie jest dobrym pomysłem nagrywać pornosa po pijaku, z nowo poznanym partnerem. Amatorska produkcja wymaga zaufania obu stron i dość dobrej znajomości partnera, inaczej zabawa może zamienić się we wstydliwą gehennę. Rzadko kto chciałby oglądać swoje osiągnięcia koitalne na rodzinnym festiwalu filmowym. Nadal lepiej sprawdzają się na takich posiadówach kiczowate zapisy wesel, chrzcin czy wakacji.

Nawet jednak gdy dymamy w kondomie, a nagranie szczelnie opakujemy, bezpieczeństwo nie jest stuprocentowe. Najpewniejsze środki ostrożności również zawodzą. Przekonał się o tym choćby Paweł Lembas, radny SLD z Nowogardu, którego sekstaśma wyciekła do sieci. Preferencje rajcy poznało całe miasto i pół Polski, w tym ojciec głównego aktora, dyrektor miejscowego szpitala.

Jeszcze większą nieroztropnością wykazał się policjant z powiatu pruszkowskiego, który masturbował się podczas służby w komendzie, uchylając munduru. Proceder transmitował w internecie na przeznaczonym do tego typu aktywności portalu. Przyłapała go tam i rozpoznała koleżanka z pracy. Doniosła, gdzie trzeba i teraz biedak ma kłopoty. Wynika z tego, że oboje zaglądają na ten portal, tylko nie każde w czasie pracy. Wymachiwania pałą nie należy traktować zbyt dosłownie.

Skrajnym przypadkiem są nagrane podstępem stosunki seksualne.

Przygody matki twojej przyjaciółki

Dalej autorka „Jak nakręcić porno” przechodzi do kwestii merytorycznych. Przede wszystkim radzi twórcom domowego pornostudia wyjść poza sztampę. Jako praktyczka w tej kwestii podpowiada, że trzeba się bawić scenografią, kolorami oraz unikać przekombinowania z post-produkcją (przejścia między scenami itp., bo wygląda to kiczowato). Warto również zadbać o oryginalną muzykę, która wyróżni nasz film. Najważniejsza jednak jest niebanalna fabuła. W tym miejscu znowu wychodzi różnica między żeńskim i męskim postrzeganiem porno.

„Jako reżyserka osiągnęłam sukces za sprawą współczesnych historii o kobiecej przyjemności, służących przyjemności kobiet, dlatego w oczywisty sposób będę cię namawiać, żebyś nakręciła film w podobnym stylu. Przy tworzeniu narracji i postaci zainspiruj się życiem swoim i swoich znajomych. Zbyt często w tradycyjnej pornografii pojawiają się archetypy: prostytutki, mafiozi, milionerzy, przemytnicy broni… Proponuję ci skupić się raczej na historiach, które naprawdę dzieją się wokół ciebie, na prawdziwych ludziach z prawdziwymi pragnieniami, emocjami i motywacjami. Każdy ma historię: twoja sąsiadka, przyjaciele, facet ze spożywczego na rogu, taksówkarz, niewiarygodnie atrakcyjna matka twojej przyjaciółki. Wykorzystaj te współczesne, aktualne historie w scenariuszu, który będzie przedstawiał realistycznych bohaterów i powody, dla których uprawiają seks” – pisze Erika Lust. To są dokładnie te momenty, które facet przewija…

Kręcąc porno, płyń za rybą

Im dalej w las, tym więcej drzew. Jeśli ktoś nie zniechęcił się do tej pory, niech posłucha kolejnych rad. Skąd czerpać natchnienie? Podpowiada Lust:
David Lynch znajduje inspiracje dla swoich wspaniałych filmów w medytacji transcendentalnej. We »W pogoni za wielką rybą« – książce o filmie i medytacji – sugeruje, że pomysły są jak ryby. Jeśli chcesz złapać płotkę, możesz zostać na powierzchni, ale jeśli marzy ci się większa i bardziej interesująca zdobycz, musisz sięgnąć do głębi. Reżyser »Mulholland Drive« odłącza się od rzeczywistości, powtarzając mantrę tak długo, aż uda mu się zejść w najgłębsze sfery świadomości, by tam badać nowe pomysły”. Straciłem orientację, czy aby na pewno czytam poradnik tworzenia pornola, a nie wypociny Chodakowskiej czy innego trenera personalnego.

Potem już z górki: odpowiednie światło, ujęcia, kamery, ustawienie aktorów, wyzwolenie ich entuzjazmu, kilkadziesiąt powtórzeń – i zrobione! Mamy własnego profesjonalnego amatorskiego pornola. Ile się trzeba nakombinować, zanim dojdzie do pierwszego klapsa… Powiedzenie, że coś jest proste jak jebanie, traci aktualność po przeczytaniu poradnika Eriki Lust. Do wszystkiego można dorobić wzniosłą filozofię. Teoria porno jest równie nudna, jak każda inna, z teorią względności Einsteina na czele.

ŁUKASZ PIOTROWICZ


Jak nakręcić porno. Praktyczny poradnik filmowania seksu, Erika Lust. Tłum. Natalia Grubizna. Wydawca Kinky Winky

Filmy Eriki Lust to odpowiedź na produkcje porno spod ręki mężczyzn dla mężczyzn. Szwedzka reżyserka pracująca i mieszkająca w Barcelonie stara się unikać klisz, pokazywać historie jak najbliższe życia, dba o dobre samopoczucie swoich aktorów na planie i ich autentyczną przyjemność. Jej porno, nazywane kobiecym, może być inspirujące zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn. Świetne do oglądania w parze. A skoro już oglądamy razem, to czemu by nie nakręcić własnego?

 

Pewnie sporo osób już się nad tym zastanawiało lub podejmowało próby. Dlatego Lust napisała książkę, w której zdradza sekrety, jak powstaje porno, co już jest bardzo ciekawe. Jej praktyczne wskazówki można wykorzystać zarówno do nakręcenia amatorskiego wideo, jak i zorganizowania bardziej profesjonalnej produkcji i spróbowania swoich sił w przemyśle pornograficznym, w którym wciąż za mało jest świeżości i alternatywnego spojrzenia na seksualność. A przecież najbardziej podnieca nas to, co nowe i niesztampowe. Dlaczego jeszcze warto zrealizować i uwiecznić swoje seksualne fantazje? Bo to świetna pamiątka, którą można obejrzeć po latach i mieć z tego większą frajdę niż z oglądania wideo ze swojego wesela. Lust krok po kroku wyjaśnia, jak się przygotować do filmowania seksu, kładąc nacisk na uzyskanie zgody na to wszystkich zainteresowanych stron i zabezpieczenie materiału przed niekontrolowanym wyciekiem do sieci, wykorzystaniem jako revenge porn.

Darmowy ebook w polskiej wersji językowej można pobrać ze strony kinkywinky.pl.

Paulina Klepacz (http://www.girlsroom.pl/zycie/5882-to-czytamy-75)


„Erika Lust równa się feministyczne porno. Upowszechniła gatunek, który wielu wydawał się niemożliwy do stworzenia. Porno, które podnieca, ale nie zniesmacza, w którym kobieta jest równoprawnym partnerem w erotycznej zabawie, a nie jej przedmiotem. Ta książka to możliwość wejścia w jej świat i sprawdzenia samemu, jak to jest gdy seks przestaje być tabu”.

Marta Niedźwiecka – certyfikowana sex coach

 


Erika Lust, jedna z najbardziej rozpoznawalnych artystek niezależnej pornografii, swoim poradnikiem inspiruje początkujących twórców filmów dla dorosłych do tego, aby podchodzili do pornografii „poza schematami”.

Nat – proseksualna.pl


 

E-book dla osób mających 18 lat.

Link do ebooka: Eriki Lust „Jak nakręcić porno. Praktyczny poradnik filmowania seksu”.

erika-lust-jak-nakrecic-porno

 

 

Reklamy

„Ciapaciątka na koloniach” (amerykańskie obozy koncentracyjne) – Agnieszka Wołk-Łaniewska, „NIE” nr 28 / 2019

usa.jpg

Przyzwyczailiśmy się już do myśli, że Stany Zjednoczone Ameryki Północnej są demokracją szczególnej troski – pod względem przestrzegania prawa międzynarodowego, wszczynania wojen napastniczych, oficjalnej roli korupcji w polityce czy choćby elastycznego stosunku do zakazu tortur. Ale wiadomość, że w ojczyźnie wolności są obozy koncentracyjne dla dzieci, powinna jednak zrobić na nas pewne wrażenie. Tymczasem nie wygląda na to, żeby ktokolwiek się tym specjalnie przejął.

Jak podała „Wyborcza” Michelle Bachelet, Wysoka Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka, oświadczyła, że jest „przerażona” warunkami, w jakich najpotężniejsza demokracja świata przetrzymuje ludzi, którzy nielegalnie przekraczają jej południową granicę. Zwłaszcza zamykanie dzieci w amerykańskim ośrodkach zatrzymań stanowi „okrutne, nieludzkie i poniżające traktowanie, które jest zabronione prawem międzynarodowym”.

„Jako pediatra, matka i były prezydent państwa jestem głęboko zszokowana, że dzieci są zmuszone spać na podłodze w przepełnionych placówkach, bez dostępu do odpowiedniej opieki zdrowotnej i żywności oraz w złych warunkach sanitarnych” – napisała komisarz Bachelet w oświadczeniu umieszczonym na stronie ONZ. „Migranci i uchodźcy wyruszają ze swoimi dziećmi w niebezpieczną podróż, w poszukiwaniu ochrony i godności z dala od przemocy i głodu. A kiedy w końcu uwierzą, że odnaleźli bezpieczeństwo, znajdują się w separacji, oddzieleni od swoich bliskich, zamknięci w niegodnych warunkach. To nigdy nie powinno mieć miejsca”.

Pieluch w więzieniach nie ma

Oświadczenie komisarz Bachelet jest bardzo delikatne i powściągliwe – w porównaniu z tym, co o amerykańskich więzieniach dla uchodźców piszą eksperci, którzy nie są wysokimi funkcjonariuszami ONZ.

Dolly Lucio Sevier, pediatra, która wizytowała ośrodek zatrzymań Ursula w McAllen w Teksasie – największe z takich centrów w USA – określiła tę placówkę mianem „ośrodka tortur”: uchodźcy przetrzymywani są tygodniami w zimnie, w klatkach, przy świetle zapalonym 24 godziny na dobę, uniemożliwia się im zachowanie czystości. Matki myją butelki do karmienia dzieci w wodzie zebranej w zlewach, bo w kranach brak czystej wody. Dzieci są nienormalnie spokojne, wszystkie wykazują oznaki traumy – zeznaje dr Sevier.

Ponieważ amerykańska polityka migracyjna oddziela dzieci od rodziców – dzieje się tak wciąż, mimo iż rok temu Trump oficjalnie wydał rozporządzenie znoszące tę zasadę – nieletni wrzucani są do wielkich klatek bez nadzoru dorosłych. Niemowlętami i dziećmi, które powinny nosić pieluchy, opiekują się inni więźniowie, czasem 7-8-letni.

Pieluch nie ma, najmłodsi więc robią pod siebie. Większość dzieci i nieletnich matek nie miała okazji umyć się czy wyprać ubrań od momentu przybycia do ośrodka. Nie ma mydła, szczoteczek ani pasty do zębów. Śmierdzi – opowiada Elora Mukherjee, dyrektor Kliniki Praw Imigrantów w prestiżowej Columbia Law School, która w ramach grupy prawników badających warunki, w jakich USA trzyma emigrantów, wizytowała ośrodki Clint w Texasie i Homestead na Florydzie. W czerwcu Sarah Fabian, reprezentująca Departament Sprawiedliwości w gabinecie Trumpa, na rozprawie związanej z warunkami, w jakich przebywają uchodźcy, oświadczyła w sądzie, iż dostarczanie mydła i pasty do zębów dzieciom imigrantów przetrzymywanych w ośrodkach granicznych nie należy do obowiązków instytucji federalnych.

Przeludnienie – zdarzały się przypadki, iż w celach przeznaczonych dla 35 osób zamyka się ich 155 – powoduje, że niektórzy migranci są całymi dniami przetrzymywani na stojąco – czytamy w raporcie inspektora generalnego Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego USA. „Niektórzy stawali na klozetach, żeby znaleźć się nad tłumem i zyskać dostęp do powietrza, likwidując tym samym dostęp do toalet”.

Co najmniej siedmioro dzieci zmarło w amerykańskich ośrodkach dla uchodźców w 2018 r.

Są pieniądze do zrobienia

To wszystko ma jednak drugie dno. Nieludzkie traktowanie uchodźców – zwłaszcza dzieci – to nie tylko efekt skąpstwa i braku wyobraźni amerykańskiej administracji. To także – a może przede wszystkim – element polityki migracyjnej oraz gospodarczej Republikanów.

Jak wyjaśnia Paul Krugman, amerykański ekonomista i laureat Nagrody Nobla z 2008 r., „jednym z powodów tych potworności jest to, że administracja Trumpa widzi okrucieństwo zarówno jako polityczne narzędzie, jak i polityczną strategię: okrutne traktowanie uchodźców może zniechęcić przyszłych chętnych do ubiegania się o azyl w USA, a dodatkowo wzmacnia poparcie prezydenta w jego rasistowskiej bazie. Ale są w tym też pieniądze do zarobienia: większość zatrzymanych migrantów przetrzymywana jest w obozach prowadzonych przez korporacje powiązane z Partią Republikańską”.

Zgodnie z danymi National Immigrant Justice Center, organizacji pozarządowej zajmującej się prawami imigrantów, 71 procent uchodźców aresztowanych na południowej granicy USA siedzi w prywatnych więzieniach, dla niepoznaki nazywanych „ośrodkami zatrzymań”. To zyskowny biznes, który obficie rewanżuje się władzy.

Dwie największe korporacje zajmujące się wsadzaniem ludzi za pieniądze – CoreCivic i GEO Group – do kupy zarobiły w zeszłym roku 4,1 mld dolarów. Co czwarty dolar pochodził właśnie z obozów koncentracyjnych dla uchodźców. W tym samym roku CoreCivic wpłaciła 1,6 mln dołków, a GEO 2,8 mln na fundusze wyborcze różnych, głównie republikańskich kandydatów.

Z kolei Caliburn International zatrudniła w radzie nadzorczej byłego szefa personelu Trumpa – Johna Kelly’ego. Caliburn to firma odpowiedzialna za Homestead – ośrodek, w który dzieci powinny przebywać przez kilka, góra kilkanaście dni, a siedzą miesiącami (połowa co najmniej 3 tygodnie, rekordzista ponad 120 dni) i traktowani są jak więźniowie: nigdy nie opuszczają nieprzytomnie głośnych baraków, nie wolno im słuchać muzyki ani nawet pisać dziennika. Za prowadzenie ośrodka Homestead państwo amerykańskie płaci Caliburnowi milion dolarów dziennie.

Okrutni kolesie

„Jaką rolę zyski przemysłu więziennego odgrywają w polityce Trumpa?” – pyta Krugman. I odpowiada: „Nie posunę się tak daleko, by twierdzić, że przemysł więzienny był siłą napędową obecnej agresywnej polityki granicznej. Ale fakt, że kapitalistyczni kolesie prezydenta czerpią korzyści z okrucieństwa, z pewnością ją wzmacnia. Okrucieństwo i korupcja są powiązane w polityce obecnej administracji. Każda zdrada amerykańskich zasad przynosi korzyści finansowe Trumpowi i jego przyjaciołom”.

Hip, hip, hurra dla przyjaciół prezydenta Dudy.

AWŁ

„Mordy sędziów” (felieton) Jerzy Urban – tygodnik „NIE” nr 28 / 2019

URB-temida-za-kratami.jpg

Ktokolwiek zobaczył w TVN zakazaną mordę Rzeplińskiego, Tuleyi, Stępnia lub Zolla, przestanie wieczorem wyprowadzać psa na kupę w strachu, że w ciemnej uliczce spotka jakiegoś sędziego. Jeżeli w jego okolicy mieszka któryś członek tego zamkniętego klanu morderców, trzeba mieć baczenie na dziecko, gdyż sędzia może je zabić. Ktokolwiek myśli, że przesadzam, niech przeczyta artykuł Piotra Lisiewicza, zastępcy naczelnego redaktora „Gazety Polskiej” pt. „Przerażająca zbrodnia w Olecku i bezkarność sędziów”. Cytuję: „Śmierć 9-miesięcznej Blanki z Olecka, która była katowana i gwałcona tak, że miała serce przebite żebrem, wstrząsnęła całą Polską (…), ale w tej sprawie najgorszy problem nie polega na przepisach, tylko na ludziach – urzędnikach zwanych sędziami…”. Cytowany Lisiewicz cytuje mecenasa Jacka Bąbkę z miniaturowej Fundacji Badań nad Prawem zajmującej się zwalczaniem sędziów. Bąbka diagnozuje „totalny brak odpowiedzialności sędziów za cokolwiek”. Lisiewicz zaś wspiera ten pogląd przykładem Blanki zabitej przez sędziego, chociaż nie była stara.

9-miesięczną dziewczynkę matka podobno torturowała, jebała i zabiła. Wcześniej ta matka jako ćpunka poszła na odwyk, a dziecko zabrano do rodziny zastępczej. Gdy mamusia skończyła kurację, kurator uznał, że dziecko może do niej wrócić, a pani sędzia z Olecka to przyklepała. Teraz zajmuje się tą jej zbrodnią jeden z niezliczonych zastępców Ziobry nazwiskiem Sierak.

Dla mnie jako Polaka jest oczywistą oczywistością, że pani sędzia rejonowa, niezależnie od tego, czy ma mordę wredną czy anielską, przed podjęciem decyzji powinna była zamieszkać z bleble Blanką u jej matki, żeby wyrobić sobie pogląd na to, czy mama dalej ćpa, czy już się modli, czy wraz z kochankiem jebią dziecko, czy bynajmniej, czy zamierzają je zabić, czy też zdarzenia nie idą w tym kierunku. Spuszczając się z lenistwa na ocenę kuratora, pani sędzia bez wątpienia stała się współwinną pedofilii, bestialstwa i współmorderczynią.

Gdybym był obrońcą sędzi winnej zabójstwa, wskazałbym jednak na okoliczności łagodzące w postaci panującej ideologii PiS.

Partia wskazuje, że korzeniem państwa i narodu jest heteroseksualna i dzieciata rodzina. Państwo i naród zapewniają jej suwerenność w sposobie hodowania dzieci i nikt nie powinien się wtrącać w wewnątrzrodzinne współżycie i w idee mu przyświecające.

Co prawda gwałcenie i bicie na śmierć wykracza poza prawo rodziców czy matek do samostanowienia o dzieciątkach, ale nie podważa to ogólnej idei autonomii rodzin w ich postępowaniu z nieletnimi.

Sędzia z Olecka decydowała zaś o Blance, właśnie kierując się zasadami ogólnie panującymi, słusznie przejęta ideą niepodległości każdej rodziny.

Dyplomacja RP wraz ze szturmowymi organami rządowej propagandy od lat gani niemieckie Jugendamty, czy jak to się tam nazywa. Polska, nasza ojczyzna, trzęsie się z oburzenia na niemieckie urzędy obrony dzieci. Polakom i Polkom mieszkającym w Niemczech pod byle pretekstem zabierają one potomstwo, aby je zniemczać w rodzinach zastępczych. Przy każdym takim zdarzeniu polska polskość wścieka się na teutońskich sędziów rodzinnych wywłaszczających naszych obywateli z ich przychówku. Sędziowie RFN mają nie mniej zbójeckie mordy niż Rzepliński itp. Ich celem jest wyzuwanie z polskości bachorów naszych obywateli, żeby dzieci nam germanić. Niemieckie państwo wysysa nam substancję narodową, a przy tym łamie niezawisłość rodziny w sposobie traktowania dzieci. Te postępki wywołują w Polsce słuszny gniew nie tylko narodowy. Wnuki hitlerowców, którzy wymordowali miliony polskich obywateli, w tym żydowskich obywatelątek, teraz kontynuują agresję antyrodzinną.

Jako obrońca sędzi z Olecka wskazałbym więc na to, że szwabskie praktyki tak nią wstrząsnęły, iż wolała oddać Blankę matce kochającej ją po swojemu, m.in. przez jebanie niemowlęcia, niż małpować na naszej ziemi zbrodnie niemieckie Amtów. Prosiłbym więc sąd o łagodny wyrok dla jego koleżanki z Olecka, np. Ziobrowych trzydziestu lat więzienia.

Winowajczyni zbrodni na Blance po prostu odniosła przecież do rodziny znane sądom słowa patriotycznej pieśni: „…twierdzą nam będzie każdy próg. Tak nam dopomóż Bóg”. Ich autorka nazywała się Konopnicka i zrymowała także dzieje królewny i krasnoludków, którzy jej nie gwałcili jak Bóg przykazał. Sąd nad sędzią powinien też zbadać, czy w oleckim rejonie sądowym nie pojawił się Adam Bodnar, nałogowo namawiający do wszystkich w Polsce zbrodni, i w tym antydziecięcych, z wyjątkiem pożarów. Prasa PiS nie udowodniła mu jeszcze tylko podżegania do palenia niewiniątek.

Podano do prasy, że prokurator ma oskarżać panią sędzię z Olecka o to, że swym postanowieniem o powrocie Blanki do matki przyczyniła się do zabicia niewiniątka. Powinna zaś być wróżbitką i z fusów lub czarnej kuli wywróżyć, że dzieciątko poddane zostanie gwałtom seksualnym i bite będzie tak, żeby jego serce nadziało się na złamane żebro.

W procesach obowiązuje równoważność stron. Jeżeli będąc niezadowolonym z orzeczenia sądu, prokurator będzie mógł oskarżać o przestępstwo sędziów, którzy mu nie dogodzili, to wszelka suwerenność sądu zabita będzie jak ta Blanka, niebożątko. I właśnie wszystkie 10 tysięcy sędziów można będzie spod białego orła popędzić do przekopywania Mierzei Wiślanej, adwokatów zaś do wywożenia śmieci z polskich miast. Procedurę sądową uprości się i przyspieszy. Reprezentujący Ziobrę prokurator będzie oskarżał, a potem przesiadał się do centrum sali sądowej, zmieniał troszeczkę kolor żabotu dyndającego na todze z czerwonego na fioletowy i wydawał wyrok. Sprawiedliwość stanie się ludowa, czyli zgodna z emocjami elektoratu. Już nikt na żadne dziecko nie podniesie ręki, choćby to była córeczka komara.

Prof. Jan Grabowski: Bronię Jana Tomasza Grossa – „Wyborcza” 7 listopada 2015

Gdyby debata o postawie Polaków wobec Żydów w czasie wojny miała się toczyć nie w pismach naukowych i salach konferencyjnych, lecz na sali sądowej, dojdzie do międzynarodowej kompromitacji Polski.

Jan-Tomasz-Gross.jpg

Niedługo mija 35 lat od chwili ukazania się ważnego eseju Jana Józefa Lipskiego „Dwie ojczyzny – dwa patriotyzmy„. Pomimo ogromnego przyrostu naszej wiedzy historycznej, a przede wszystkim otwartości, z jaką można dziś (lub przynajmniej można było do niedawna) dyskutować nad bolesnymi tematami polskiej historii, podstawowe tezy eseju brzmią dziś równie słusznie jak wtedy, kiedy zostały napisane. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że z każdym tygodniem, z którym w przeszłość odchodzi pluralistyczny projekt III RP, wnioski Lipskiego stają się coraz to bardziej aktualne, coraz bardziej na czasie.

Zacznę od cytatu: „Strzeżmy się i podejrzliwie patrzmy na każdą nową ofensywę patriotyzmu – jeśli jest bezkrytycznym powieleniem ulubionych sloganów megalomanii narodowej. Za frazeologią i rekwizytornią – miłą przeważnie każdemu Polakowi – czają się przeważnie cyniczni socjotechnicy, którzy patrzą, czy ryba bierze na ułańskie czako, na husarskie skrzydło, na powstańczą panterkę. I jest to coś na kształt bagniska:/ Traf tam, a coraz głębiej wciska – pisze Miłosz w Traktacie moralnym„.

Ryba brała na powstańczą panterkę w 1981 r. i ryba bierze na nią w roku 2015. Narodowy triumfalizm przetrwał zmiany ustrojowe i nadal ma się w najlepsze – a to, że polską politykę historyczną napędzają dziś nie aktywiści z PZPR-u, lecz politycy z praktycznie wszystkich ugrupowań – od lewicy po skrajną prawicę – jest świadectwem tego, jak wiele racji miał Lipski.

Na temat polityki historycznej pisałem obszernie jakiś czas temu na łamach „Gazety Wyborczej” i nie widzę powodu, żeby wypowiadać się w tej sprawie po raz drugi. Natomiast tym, co skłania mnie do zabrania głosu w „pokrewnej” sprawie, jest trwająca i przybierająca na sile nagonka na Jana Tomasza Grossa – człowieka, który zrobił więcej niż ktokolwiek inny dla „odczarowania” polsko-polskiego dialogu o niewygodnych, przemilczanych i zakłamanych fragmentach naszej własnej przeszłości.

Przyczyną tej nagonki stał się artykuł Grossa, który ukazał się nieco ponad miesiąc temu we wpływowym, opiniotwórczym tygodniku niemieckim „Die Welt” pod tytułem „Die Ost-Europäer haben kien Schamgefühl” („Wschodni Europejczycy nie mają wstydu”). W ujęciu Grossa wrogie nastawienie narodów wschodniej Europy do nadciągających z południa uchodźców jest jakoś powiązane z tym, że społeczeństwa te nie przemyślały swojego własnego nastawienia do Zagłady, nie umiały się zdobyć na krytyczną refleksję dotyczącą własnego udziału w hitlerowskiej polityce eksterminacji Żydów.

Można się tu z Janem Tomaszem Grossem zgadzać lub nie, ale to nie ta część jego wypowiedzi wywołała największe oburzenie tak licznych polskich czytelników „Die Welt”. Kamieniem obrazy narodowej stało się stwierdzenie Grossa, że „podczas wojny Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców”. Oburzenie czytelników było tak wielkie, że stu kilkudziesięciu spośród nich uznało za stosowne złożyć na autora donos do prokuratury, a prokuratura właśnie wszczęła dochodzenie o możliwe „znieważenie narodu polskiego”. A za znieważenie narodu polskiego, jak głosi artykuł 133 kodeksu karnego, można trafić na kratki na trzy lata.

Pomijając niejasność określenia „znieważenie narodu” (rozstrząsanie zasadności tego sformułowania zostawmy prawnikom), warto w tym miejscu zastanowić się nad historyczną wagą i nośnością inkryminowanej tezy. Otóż stwierdzenie, że Polacy za okupacji zabili (bądź też wydali na śmierć) więcej Żydów, niż zabili Niemców, wydaje się całkowicie uzasadnionym podsumowaniem stanu badań historycznych. Ze swej strony mogę jedynie dodać, że sam gotów jestem tej tezy bronić – na podstawie lat pracy w dziesiątkach polskich i zagranicznych archiwów.

Można toczyć spór, czy lista niemieckich ofiar kampanii wrześniowej, zamachów podziemia, akcji partyzanckich oraz powstania warszawskiego jest rzeczywiście dłuższa od listy żydowskich ofiar szmalcowników, granatowych policjantów, polskich strażaków, junaków z Baudienstu oraz tysięcy tzw. gapiów, którzy ochoczo włączyli się w mordowanie i w wyszukiwanie Żydów w likwidowanych gettach, ale w żaden sposób nie można wyniku takiej dyskusji uznać za przesądzony. A już z całą pewnością nie można oskarżać wybitnego uczonego o „znieważanie narodu polskiego” tylko dlatego, że postawił tezę (nie jako pierwszy zresztą), która jest celna i która domaga się wnikliwej debaty.

Gdyby taka debata miała się jednak toczyć nie na łamach pism naukowych i w salach konferencyjnych, lecz na sali sądowej, to z całą pewnością dojdzie do międzynarodowej kompromitacji Polski na skalę nieznaną od dawna. Oskarżenia o znieważenie godności narodu budzą natychmiastowe skojarzenia z dzisiejszą Turcją, Pakistanem czy też z Rosją – krajami, w których towarzystwie większość Polaków czułaby się – jak należy mieć nadzieję – nieswojo.

*Jan Grabowski – profesor historii, University of Ottawa / Université d’Ottawa

Biedni Polacy na żniwach (recenzja „Złotych Żniw” Jana T. Grossa) – Marcin Zaremba „Gazeta Wyborcza” 17 stycznia 2011

To-nie-jest-zdjecie-ze-zniw--Kopacze-z-Wolki-Okrag.jpg

To nie jest zdjęcie ze żniw. Kopacze z Wólki Okrąglik i sąsiednich wsi pozują do wspólnej fotografii z milicjantami, którzy zatrzymali ich na gorącym uczynku. W chłopskich kieszeniach były złote pierścionki i żydowskie zęby. U stóp siedzących ułożone czaszki i piszczele… (Fot. Archiwum prywatne)

 


Straty niemieckie na terenie okupowanej Polski do lata 1944 r. nie przekroczyły 3 tys. Jakie są zatem implikacje liczb przytoczonych przez Grossów? Ni mniej, ni więcej takie, że byliśmy, a przynajmniej chłopska część naszego społeczeństwa, nie po tej stronie, po której nam się wydawało, że byliśmy, skoro zabiliśmy więcej Żydów niż Niemców.
Najnowszy esej Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej-Gross liczy zaledwie sto kilkanaście stron, jednak ma siłę rażenia porównywalną do jego poprzedniej książki „Strach”, która wywołała ogólnopolską debatę.

Gross przyzwyczaił nas, że w swoich rozważaniach idzie pod prąd. Przełamuje kolejne tabu. W „Sąsiadach” zarzucił Polakom współuczestnictwo w Holocauście, przywołując wstrząsający obraz stodoły w Jedwabnem, do której zapędzili swoich żydowskich sąsiadów, żeby ich spalić żywcem. „Złote żniwa” idą dalej ; traktują o tym, jak Polacy (głównie chłopi) skorzystali materialnie na zagładzie ludności żydowskiej, grabiąc jej domy, warsztaty, mienie. Zwłaszcza po 1942 r., gdy rozpoczęła się tzw. trzecia faza Holocaustu, czyli wyłapywanie ukrywających się Żydów, którym cudem udało się uniknąć śmierci w gettach i obozach zagłady. W setkach miejscowości, zwłaszcza mniejszych, sąsiedzi Polacy plądrowali opuszczony majątek. Zdarzało się, że czyhali na ubranie zmuszonych do rozebrania się przed egzekucją Żydów. Wstrząsający fragment książki mówi o bezdusznym sprzedawaniu wody ludziom wiezionym na śmierć w bydlęcych wagonach.

Gorączka złota

Dla Polaków ten okres to „gorączka złota”, czas łowów na bezbronnych i zagarniania resztek, które spadły z „pańskiego” stołu Niemców. Grossowie nie pomijają tego, że to głównie naziści skorzystali materialnie na Zagładzie. Że do Niemiec szły wagony, m.in. z Umschlagplatzu, wyładowane dziełami sztuki, meblami, kosztownościami. Naziści nie musieli przekopywać dołów z trupami w poszukiwaniu złotych zębów. Oni je zabierali wcześniej, chyba że przeoczyli. Doły przekopywał ktoś inny: Polacy. Dokładniej: niektórzy Polacy.

Gdyby rzecz dotyczyła tylko grabieży, na jednej szali mielibyśmy Niemców elegancko pakujących tony łupów w ostemplowane skrzynie, wywożone do Reichu setkami transportów, z drugiej niektórych Polaków grzebiących w dołach z szambem pozostałym w obozach zagłady w poszukiwaniu pierścionków i obrączek. Cmentarna hiena nie jest wizerunkiem, w którym chcielibyśmy się rozpoznać. Ale jest wizerunkiem prawdziwym. Jednak na grabieży rozrachunek z przeszłością się nie kończy: równie prawdziwy, a bardziej odrażający jest obraz morderców zabijających Żydów dla pary butów, kapoty, kosztowności. I ten portret historycy znają od dawna. Podobnie jak nowością nie jest obraz szmalcowników szantażujących zbiegów z getta.

Impulsem do napisania „Złotych żniw” stała się fotografia opublikowana trzy lata temu w „Gazecie Wyborczej”. Na zdjęciu widzimy kilkudziesięciu chłopów (mężczyzn i kobiety) uzbrojonych w szpadle, przed nimi leżą czaszki i kości pomordowanych w Treblince Żydów. Obok stoi grupa milicjantów. Zdjęcie zrobiono prawdopodobnie latem 1945 bądź w 1946 roku. Grossowie nie mają pewności, czy uwiecznieni na zdjęciu ludzie zostali złapani na gorącym uczynku podczas poszukiwań, czy przygonieni do wyrównywania gruntu po uprzednich „wykopkach”. Ta druga interpretacja moim zdaniem bardziej przekonuje. Prawdopodobnie chciano w ten sposób udokumentować prace nad porządkowaniem poobozowego terenu. Zdjęcia z milicyjnych interwencji, np. złapania bimbrowników, miały inną poetykę. Na twarzach chłopów nie widać cienia przerażenia związanego z ewentualnym aresztowaniem. Sugestia, że było to zdjęcie amatorskie z „życia wsi”, jest trudna do obrony. Klisz, odczynników, wreszcie samych aparatów fotograficznych było wówczas jak na lekarstwo.

Autorzy „Złotych żniw” uczciwie przyznają, że czytelnik zainteresowany problematyką zagłady Żydów nie znajdzie w książce nowych faktów. Większość została już opisana przez polskich historyków. Na przykład wiedzę o tym, co się działo na terenach poobozowych, zawdzięczamy Martynie Rusiniak („Obóz zagłady Treblinka II w pamięci społecznej, 1943-1989 „). Magistrantka profesora Jerzego Tomaszewskiego opisała, jak po wojnie okoliczna ludność wyspecjalizowała się w przeczesywaniu grobów zamordowanych Żydów w poszukiwaniu złota i kosztowności. Całe pole poobozowe wyglądało jak kopalnia odkrywkowa – zryte, wszędzie doły, w których poniewierały się ludzkie kości. W powietrzu unosił się odór gnijących ciał. Niektórzy „poszukiwacze złota” posługiwali się bombami w celu wydobycia zwłok na powierzchnię. Dzięki zdobytemu tą drogą złotu okoliczne wsie odżyły materialnie.

Moralna poprzeczka

Pierwsze strony „Złotych żniw” opisujące zdjęcie chłopów przypominają esej historyka sztuki, który za przedmiot rozważań bierze jeden konkretny obraz, np. Pietera Bruegla Starszego „Chłopskie wesele”. Gdyby omówił tylko kompozycję i przedstawione postaci, odczuwalibyśmy niedosyt. Znawcy malarstwa oczekiwaliby czegoś więcej: próby rozwikłania kryjącej się w obrazie zagadki: gdzie jest pan młody? Nie tylko datowania płótna, ale i przedstawienia historii jego powstania, naszkicowania kulturowego kontekstu sceny, obyczajowości niderlandzkich chłopów, zwrócenia uwagi na detale, np. ssące palec dziecko – symbol głodu.

Oczywiście esej rządzi się swoimi prawami. Prezentuje punkt widzenia autora, który nie musi pisać o wszystkim. Jednak niedosyt pozostaje. A z nim pytania: czy Grossowie wystarczająco przedstawili głównych bohaterów – chłopów – i ich motywy? Czy ukazali kontekst kulturowy i społeczny sceny na zdjęciu? Autorzy budują swój esej „gęstymi” przykładami, przytaczają jedna po drugiej relacje z wstrząsających grabieży i morderstw. Wszystkie są udokumentowane. Ich genezę upatrują w chciwości, ale głównie w polskim antysemityzmie, który nie pozwalał dostrzec w prześladowanych Żydach ludzi, czynił ich tymczasowymi właścicielami tak pożądanych dóbr: ubrań, butów, sprzętów, nieruchomości. Najważniejsza teza książki brzmi: „Mordowanie Żydów było zjawiskiem na tyle powszechnym, że traktowano te czyny jako swoistą, szokującą co prawda, ale normalność”. Rzeczywiście, bez trudu można dowieść rozpowszechnienia w polskim społeczeństwie antysemityzmu w czasie wojny. Mówią o tym m.in. raporty AK. Istnienie jednak normatywnej, podzielanej przez ogół zgody na zabijanie Żydów już takie łatwe do udowodnienia nie jest.

Grossowie przytaczają rozpowszechnioną pod koniec wojny wśród Polaków opinię, że Hitler zrobił porządek z Żydami. Zacznijmy od liczb. Autorzy szacują, że po 1942 r. kilkadziesiąt tysięcy Żydów zostało zamordowanych przez Polaków. Wiemy na pewno i jest to udokumentowane, że zabili oni co najmniej tysiąc Żydów, kilka tysięcy wydali Niemcom. Środowisko polskich historyków Holocaustu podziela przekonanie, że te liczby to jedynie wierzchołek góry lodowej. Badania trwają. Wiemy, że około 200-250 tysiącom Żydów udało się zbiec z gett i wagonów jadących do obozów zagłady. Przeżyło około 40-60 tysięcy. Co zatem stało się z resztą? Czy wszyscy zginęli z rąk Polaków?

Jakiś procent trzeba złożyć na karb naturalnej przyczyny zgonów. W efekcie grypy hiszpanki po I wojnie światowej zmarło więcej osób niż zginęło na polach bitew. W czasie okupacji w wielu miejscach kraju panował tyfus, w wyniku głodu i biedy wzrosła zapadalność na gruźlicę. W Bydgoszczy, tylko między 5 lutego a 25 lipca 1945 r., czyli już po wyzwoleniu, zmarło 554 dzieci w wieku do dwóch lat. Śmiertelność skokowo wzrosła również w innych grupach wiekowych społeczeństwa polskiego. Ukrywający się Żydzi byli głodni, wyczerpani fizycznie i psychicznie. Jakaś część zmarła jeszcze w czasie okupacji bądź wkrótce po jej zakończeniu. Wspominam o tym z obowiązku historyka, który musi zachować ostrożność wobec szacunkowych liczb, a nie po to, żeby umniejszyć winę morderców. Nawet gdyby aż połowa (co jest nieprawdopodobne) ukrywających się Żydów zmarła na skutek wycieńczenia, chorób, braku leków, nie zmieni to wymowy zbrodni.

Przyjmijmy jednak, że Grossowie mają rację i rzeczywiście kilkadziesiąt tysięcy Żydów Polacy uśmiercili widłami, siekierami bądź wydali Niemcom. Liczba ta przewyższa niemieckie straty osobowe w kampanii wrześniowej (17 tys. zabitych) i znacznie liczbę poległych żołnierzy Wehrmachtu w Powstaniu Warszawskim (ponad 2 tys.). Nie znam szacunków mówiących o stratach poniesionych przez Niemców na terenie okupowanej Polski od października 1939 r. do lata 1944 r., czyli do rozpoczęcia akcji „Burza”. Niemożliwe jednak, by przekroczyły one 3 tys. Jakie są zatem implikacje liczb przytoczonych przez Grossów? Ni mniej, ni więcej takie, że byliśmy, a przynajmniej chłopska część naszego społeczeństwa, nie po tej stronie, po której nam się wydawało, że byliśmy, skoro zabiliśmy więcej Żydów niż Niemców. Casus Jedwabnego opisany w „Sąsiadach” został w społecznej opinii jakoś oswojony na zasadzie: wydarzyło się to gdzieś daleko w Łomżyńskiem, nie u nas. Grossowie zmuszają nas tym razem do przyznania, że Polacy mieli w czasie wojny krew na rękach. I to w imię czego? Złotych zębów. Dyskredytuje naszą heroiczną opowieść o ofierze.

Piszą: „Pobieranie pieniędzy od ukrywających się Żydów stawia pod znakiem zapytania przyjęty w powojennej polskiej historiografii pewnik, że za przechowywanie Żydów w czasie okupacji bezwarunkowo karano śmiercią, i to w dodatku zabijając wszystkich członków rodziny”. Nie widzę związku.

Pobieranie pieniędzy stawia pod znakiem zapytanie bezinteresowność, szlachetność gestu pomocy, odruch serca. Kara śmierci była po prostu niemieckim prawem. Co do oburzenia na pobieranie pieniędzy – rzeczywiście nie ma się czym chwalić. Wolelibyśmy heroiczny obraz rodzin ukrywających swoich bliźnich i niebiorących od nich grosza. Tyle że zapomina się przy tym o ekonomicznych realiach dnia codziennego, zwłaszcza w miastach. Za coś trzeba było kupić mąkę, słoninę, ziemniaki. Kilkusetprocentowy wzrost cen przy zatrzymaniu płac na poziomie przedwojennym oznaczał skokową pauperyzację społeczeństwa. Wojna pozbawiła źródeł utrzymania miliony ludzi. Dla żon oficerów, ludzi starszych pozbawionych ubezpieczeń często jedynym źródłem utrzymania było wynajęcie pokoju albo zagrożone śmiercią przechowanie Żyda.

Jan Tomasz Gross i Irena Grudzińskiej-Gross bardzo wysoko ustawiają moralną poprzeczkę. Nie przeskoczyły jej syte, zachodnie społeczeństwa, a mieli Polacy, pozbawieni oficjalnych instytucji życia społecznego, które – jak twierdzą socjolodzy – przez sam fakt swego istnienia tworzą system kontroli społecznej.

Kości leżały wszędzie

Swój sposób patrzenia na historyczną rzeczywistość autorzy porównują do pracy antropologa, który badając egzotyczne obyczaje odległych plemion, by zdobyć potrzebne dane, wykorzystuje przypadkiem napotkanego informatora, z którym można się porozumieć. Problem w tym, że w ten sposób badało się „dzikich” jakieś sto lat temu, nim na Triobriandach Bronisław Malinowski dokonał rewolucji w antropologii. Przypomnijmy, jej istota polegała na położeniu nacisku na bezpośredni kontakt z członkami badanej kultury oraz dążeniu do zrozumienia i opisania jej wytworów, instytucji oraz zwyczajów.

Autorzy „Złotych żniw” przyjmują punkt widzenia ofiary, stają po stronie prześladowanych. Ich opis powoduje, że odczuwamy ich ból, samotność i strach. To wielka zasługa, że przybliżają nam tę perspektywę. Namawiają nas, żebyśmy wczuli się w sytuację prześladowanych i mordowanych Żydów. Tak, to powinna być nasza europejska pokuta, codzienny trening. Ale to nie wystarczy. Dla historyka to za mało. Warto pójść dalej, poznać i zrozumieć mechanizmy, które doprowadziły do takich zachowań, zastanowić się, jaka była polska banalność zła. Dla ukrywających się chłopi „byli gorsi od Niemców”. Aż chce się ich znienawidzić. Przydałaby się jednak próba bardziej pogłębionego wyjaśnienia motywów ich zachowania, pokazania ich na szerszym tle. Analiza motywów nie służy usprawiedliwieniu tych, którzy popełnili zbrodnie na Żydach. Nie jest równoznaczna z mową obrońcy powołującego się na okoliczności łagodzące. Zrozumienie nie jest synonimem usprawiedliwienia.

Niestety w „Złotych żniwach” podobnej próby zrozumienia nie ma. Przedstawieni w nich chłopi to tłuszcza, amorficzny tłum, o którym autor nie mówi nic więcej poza tym, że tworzą go katolicy nienawidzący Żydów. Zacytuję: „Gdy miejscowi, ojcowie rodzin i pobożni katolicy, nasycili się gwałceniem kobiet…”. Autor tych słów nie podaje jednak, skąd czerpie wiedzę o religijności polskiej wsi. A przecież w „Antropologii kultury wsi” polskiej Ludwika Stommy można znaleźć opinię, że katolicyzm przedwojennej społeczności wiejskiej był zrytualizowany, płytki, na pograniczu pogaństwa. Zaczynał się i kończył na progu kościoła.

Grossowie pytają o reakcję duchownych na wiejskie polowania na Żydów: „Co na to Kościół?”. Częściową odpowiedź (badania ciągle trwają) znamy dzięki pracom Dariusza Libionki. Brzmi ona – nie zrobił nic, by pomóc „naszym starszym braciom” (wyjątek stanowił metropolita Kościoła greckokatolickiego Andrzej Szeptycki). Ja postawię jeszcze jedno pytanie: Co na to dwór? Jeśli rzeczywiście mieliśmy do czynienia z masowym chłopskim mordem, to powinny zachować się na jego temat liczne wzmianki w materiale źródłowym pozostawionym przez warstwę ziemiańską. A może było tak, że tam, gdzie dwór trwał, gdzie nie nastąpiło zachwianie i rozluźnienie tradycyjnego systemu władzy i kontroli społecznej na wsi, tam rzadziej dochodziło do chłopskich polowań na Żydów?

Od historycznej monografii, która – mam nadzieję – kiedyś na ten temat powstanie, chciałbym się dowiedzieć, czy ci wieśniacy na co dzień chodzili w butach czy boso (to ostatnie stanowiło regułę na polskiej wsi), czy w chałupie mieli podłogę czy klepisko, czy byli analfabetami czy może ukończyli cztery klasy, czy cieszyli się z posiadania pięciu hektarów, czy też byli „dziadami”, wiejskimi biedakami, w sezonie „robiącymi u dziedzica”. Oczekiwałbym próby stworzenia geograficznej mapy przemocy wobec Żydów, bowiem wieś była zróżnicowana nie tylko pionowo, ale również przestrzennie. W bibliografii pracy, na którą czekam, chciałbym znaleźć choćby przypis do wspomnianej wyżej „Antropologii kultury wsi polskiej” Ludwika Stommy, który pisał, że dla polskiego chłopa „obcy zawsze miał pozostać obcym. Taki był po prostu porządek ludowego świata”. Nie wyobrażam sobie, żeby przyszły badacz nie sięgnął również po pracę Ludwika Landaua, Jerzego Pańskiego i Edwarda Strzeleckiego „Bezrobocie wśród chłopów” opublikowaną w 1939 roku. Dowiedziałby się z niej, że autorzy szacowali liczbę ludności zbędnej na wsi w całym kraju na 2 mln 400 tys ., a w województwach centralnych na 900 tys. ludzi. Czy przypadkiem nie z „niebezpiecznej klasy”, jak nazywa „zbędnych” Robert Castel, w dużej mierze rekrutowali się mordujący Żydów chłopi?

Wyobrażenie o poziomie życia na wsi dają opracowania przedwojennych socjologów. Dowiadujemy się z nich, czym dla chłopów był Wielki Kryzys, jakie straszliwe ubóstwo (materialne i mentalne) panowało na polskiej wsi. To nie legendy: naprawdę dzielono zapałkę na czworo, nie posyłano dzieci do szkoły, bo brakowało butów. Grypa szalała – by użyć tytułu powieści Jalu Kurka – nie tylko w Naprawie. Gdy podczas obrony Warszawy we wrześniu 1939 r. trafili do niej zmobilizowani chłopi, niektórzy zachowywali się jak dzicy. Nie umieli skorzystać z toalety, nie wiedzieli, do czego służy papier toaletowy. Warto to przypominać dzisiejszym apologetom II Rzeczypospolitej. Ale gdy o tym wszystkim się pamięta, łatwiej przychodzi wytłumaczyć, dlaczego mieszkańcom wsi tak bardzo świeciły się oczy do tego legendarnego „żydowskiego złota”.

Do tego, co się działo w sferze normatywnej na polskiej wsi w czasie wojny pasuje doskonale koncepcja „rozkładu aktywnej kontroli moralnej” Floriana Znanieckiego (razem z Williamem I. Thomasem napisali „Chłopa polskiego w Europie i Ameryce”).

Grossów dziwi spokój osób na zdjęciu stojących i siedzących wokół ludzkich szczątków. Mnie nie dziwi. Śmierć była immanentną częścią chłopskiego losu. Rodziło się i umierało w domu. Elementem pogrzebowej oprawy było zdjęcie rodziny nad otwartą trumną. W 1945 r. zwłoki i kości leżały wszędzie. Doły śmierci były w całej Polsce. Wiosną w Warszawie cuchnęło tak, że ludzie obawiali się wybuchu cholery. „Zdawało mi się, że idę po trupach, że za chwilę spod nóg wytryśnie krew” – wspominał ktoś swój spacer po stolicy.

Chłopska wojna

W „Złotych żniwach” czytelnik znajdzie tylko jedno zdanie, w którym autor przyznaje, że Niemcy grabili też inne narody. Przypomnijmy więc krótko. W Polsce Niemcy przećwiczyli grabież najpierw na ludności polskiej w Wielkopolsce i na Pomorzu już w 1939 roku. Chodzenie w futrze zimą 1942 r. groziło utratą odzienia bez względu na to, czy się było Żydem, czy Polakiem. W 1945 r. dochód narodowy osiągnął zaledwie 38,2 proc. poziomu z 1938 roku. Wojenna i powojenna Polska to kraj nędzarzy.

Ubóstwo i jego korelaty: zawężenie perspektyw społecznej i analfabetyzm mogą być jednym z ważnych źródeł zachowań aspołecznych, niechęci do obcych. Wystarczy odwiedzić fawele w Ameryce Południowej, Afryce czy nasze wsie po byłych PGR-ach. Historia też dostarcza wielu przykładów, a jednym z ważniejszych może być wygnanie Żydów z Hiszpanii, które nastąpiło – przypomnijmy – w okresie przedłużającej się recesji pod koniec XV wieku. Już dawno Fernand Braudel wskazał na korelację między ruchami koniunktury ekonomicznej i demograficznej a pogromami, wypędzaniem i przymusowymi konwersjami, które składają się na dzieje martyrologii Żydów.

Rzecz jasna autorzy „Złotych żniw” mają rację, że wśród polskich prześladowców byli również zamożni chłopi, a także granatowi policjanci. Twierdzą, że za agresją wobec Żydów i ich popiołów stała ludzka chciwość i antysemityzm. Ich zdaniem źródeł przemocy wobec ukrywających się Żydów powinniśmy szukać albo w specyfice wojny, wzroście agresji, bandytyzmie, marginesie społecznym, pozrywaniu moralnych więzi, albo mieliśmy do czynienia z unormowaną praktyką zbiorową, antysemityzmem. Grossowie budują konstrukcję logiczną na zasadzie Tertium non datur , nie tylko wykluczają pierwszą możliwość, słowem, nie było w Polsce np. zjawiska bandytyzmu, ale również nie przyjmują istnienia trzeciej możliwość, to znaczy, że mogło być i tak, i tak. Częściowo go rozumiem. Jest to – jak się zdaje – reakcja na zrzucanie przez „obrońców polskości” odpowiedzialności na margines społeczny. Usprawiedliwianie wszystkiego wojną.

Ale z drugiej strony negowanie, że wojna prowadziła do patologii wielu sfer życia społecznego, że nastąpił wzrost bandytyzmu, że miała miejsce głęboka dezorganizacja w sferze kultury, moralności do tego stopnia, że możemy mówić wręcz o atrofii więzi moralnej, oznacza zakwestionowanie wniosków pokoleń psychologów i socjologów zajmujących się wpływem klęsk elementarnych na zachowanie się ludzi.

Na wsi bandytyzm przybrał rozmiary epidemii. Ofiarami napadów padali zarówno Polacy, jak i Żydzi, choć na pewno na sto napadów Żydzi częściej niż Polacy ponosili śmierć z ręki bandytów. Wedle danych milicyjnych, które powinniśmy pomnożyć co najmniej przez pięć, w 1945 r. miały zostać popełnione 265 962 przestępstwa, w tym m.in.: 26 471 rozbojów, 10 073 uszkodzeń ciała, 121 729 kradzieży. Nawet jeśli część tych przestępstw przypiszemy radzieckim maruderom, to i tak mieliśmy prawdopodobnie do czynienia z największym wzrostem przestępczości w XX wieku.

Na Lubelszczyźnie istniały całe wsie „bandyckie” – jak określała je okoliczna ludność – w których wielu mężczyzn trudniło się rozbojem. Chłopski bandytyzm najczęściej był „interesem” rodzinnym; na żer wyruszali ojciec z synem, bracia, szwagier. Z okolic Kalisza ktoś donosił we wrześniu 1945 r.: „I jeszcze jeden zbrodniczy wypadek, który już jest wykryty. Znalazła kobieta zabitego w boru, a był on z Grodźca, nazywał się Michał Zbanuszek, a zabili go z pieniędzy, miał przy sobie 20 tys., szedł kupić krowę. Został zabity przez Wieczorków, zabili go ojciec z synem”.

Z upływem lat wojny następowała brutalizacja zachowań i eskalacja agresji. Na pobicie odpowiadano pobiciem, na gwałt gwałtem. Gdy obwiniony się ukrywał, chłostą karano pozostałych członków rodziny, zabierano dobytek, podpalano zabudowania. Nierzadko zdarzały się zabójstwa dokonywane przez rozwścieczonych napastników. Sytuacja zaczynała przypominać tę, którą znamy z chłopskich krajów południa Europy, gdzie obowiązek vendetty spada na wszystkich mężczyzn rodziny. Jak zwrócił uwagę jeden z pamiętnikarzy, w jego wsi w ramach tej wojny zginęło więcej ludzi niż na froncie.

Także na zjawisko plądrowania opuszczonej własności trzeba popatrzeć szerzej. Nie zaczęło się wraz z likwidacją gett, lecz dużo wcześniej, i wcale niekoniecznie było związane z żydowskim pochodzeniem właścicieli dóbr. Szaber zaczął się już we wrześniu 1939 r. „Chłopaki” z Czerniakowa, koledzy Stanisława Grzesiuka, przyznawali.: „Żyje się z tego, co nałapaliśmy z płonących magazynów i fabryk w czasie oblężenia. Sprzedaje się jedne rzeczy, a za to kupuje się to, co jest potrzebne”. Na Kresach silnym impulsem do szabrowania okazało się przejście frontu w czerwcu 1941 r. Jeden z chłopskich pamiętnikarzy zapamiętał jak grabiono trupy żołnierzy Armii Czerwonej: „Zaczęli cuchnąć, trzeba zakopać. Znów przyszedł Franek Nikłas i zaczął ściągać buty co lepsze. Zaczął ciągnąć – nie idą, nogi już zesztywniały. Ciąga jednak uparcie, a trup otwartymi oczyma patrzy na niego. Ręce szeroko rozkrzyżowane, głowa uderza o bruk. A ten go ciąga po ulicy. No, ma już trzy pary. Chyba starczą na dwie zimy. A to ciało zakopać musi. Taki ma rozkaz pana wójta. Zdjął dwóm paski, związał końcami, zarzucał na szyję i powoli, niby bronę po swym ogrodzie, ciągnął trupy na łąkę. Ułożył na kupę równo i obrzucił ziemią – gotowe. Uśmiechając się, z butami w ręku poszedł do domu. Zrzucił swoje chodaki. Przymierzył jedne, najlepsze – jakby na niego robione. Obmył z krwi. Wysmarował okrasą. Ha, ha, świecą się, kiej u pana”.

Na obrazie Breugla

Obcość etniczna Żydów stanowiła tylko rodzaj markera typującego przedmiot podlegający grabieży – ułatwiała pokonanie wewnętrznych barier, bo „zabrać niemieckie łóżko czy żydowską kołdrę to nie grzech”. Jednak obcość ta nie była najważniejszym i nawet koniecznym czynnikiem wprawiającym w ruch szabrujące tłumy. W „Newsweeku” Anna Machcewicz opisała („Tajemnica liberatora”, „Newsweek”, 8 X 2006), jak w sierpniu 1944 r. chłopi ze wsi Nieszkowice Wielkie (okolice Bochni) splądrowali rozbitego liberatora oraz nieżywą polską załogę, z której zdarli mundury. Od stycznia do marca 1945 r. Warszawa padła ofiarą szabrowników, mieszkańców Pragi i okolicznych chłopów. I to plądrowanie łączyło się z nieporównanie większym ryzykiem niż na terenach Treblinki. Zburzona Warszawa stanowiła jedno wielkie pole minowe, wszędzie leżały dziesiątki tysięcy min i pocisków.

Złote koronki wyrywano po wojnie nie tylko z żydowskich czaszek. Mieszkanka Krakowa mająca groby rodzinne prawdopodobnie na jednym z tamtejszych cmentarzy pisała w prywatnym liście (21 maja 1945 r.): „Od tygodnia rabują złodzieje na cmentarzu grobowce, szukają złotych zębów – grobowiec, w którym Kazio leży, był też otwierany i 3 trumny ruszane – Kazia, Matki Wandy i siostry. Trumnę Kazia widzieliśmy, leżała na bok obrócona. […] Z soboty na niedzielę było 24 grobowce otwierane i zrabowane, pewnie, że to wina zarządu, bo pilnują we dnie, zamykają zawczasu, ale i zarząd niewiele może w dzisiejszych czasach”. Hieny cmentarne w poszukiwaniu złotych zębów i obrączek niszczyły również niemieckie miejsca pochówków. „Nieraz […] widziałem – wspominał mieszkający po wojnie we Wrocławiu Wojciech Żukrowski – stare mieszczańskie groby z odsuniętymi płytami, blaszane trumny z wyciętym otworem, gdzie powinny znajdować się splecione dłonie zmarłego ze złotą obrączką. Również u góry blachę podwijali jak wieczko pudełka sardynek – wyłamywali zęby i mostki”. Rozkopane groby i zdemolowane krypty należy dopisać do obrazów powojnia.

28 września 1946 r., czyli w tym samym czasie, gdy chłopscy „kopacze” ryli na polach Treblinki, doszło do katastrofy kolejowej na stacji Łódź-Kaliska. Zginęło 21 osób, a ponad 40 zostało rannych. Zgromadzeni na peronie podróżni gremialnie ruszyli w kierunku poszkodowanych. Nie po to, żeby im pomagać. Rzucili się ich okradać. Źródła nie mówią nic o pochodzeniu etnicznym ofiar katastrofy.

W historii plądrowanie, w tym także grobów, najczęściej przypadało na moment zawieszenia, chaosu, czasowego zaniku struktur władzy. Wszystkie te wydarzenia łączył także udział jako sprawców ludzi odczuwających głęboką deprywację materialną, a więc służbę, biedniejszych chłopów, plebs miejski. Możemy się domyślać, że większość z nich podzielała chłopską „wizję świata ograniczonych dóbr”; świata, w którym zawsze czegoś brakuje, przede wszystkim jedzenia. Na obrazie Breugla symbolicznie czai się głód. Jan Tomasz Gross i Irena Grudzińska-Gross go nie dostrzegają. Widzą chciwość i antysemityzm. Przyznaje, że łupienie Żydów nie było tylko naszym udziałem, ale że na sumieniu współudział w Zagładzie mają również inne narody np. Francuzi, Litwini, Węgrzy, Grecy. Na stronach „Złotych żniw” znajdziemy krótką wzmiankę o splądrowaniu dzielnicy żydowskiej w Salonikach zaraz po tym, gdy jej mieszkańców zapędzono do wagonów. Brak jest jednak choćby słowa o tym, że w Grecji panował wówczas głód zbliżony do tego w Leningradzie i że z jego powodu w latach 1941-1942 zmarło 300 tys. osób.

Szaber był rodzajem ludowej reakcji na kryzys, niekiedy permanentnego stanu niedoboru i biedy. W jego genezie dostrzec można również inne charakterystyczne dla kultury chłopskiej pierwiastki: pragmatyzm i utylitaryzm. „Nie wiadomo, co życie przyniesie, lepiej się zabezpieczyć”; „A nuż, się przyda”.

Grossowie tego wszystkiego nie dostrzegają. Mają prawo. Ale czy ogólne przesłanie książki na tym nie traci? Czy nie uprawomocniają się w ten sposób zarzuty obrońców narodowej niewinności o tendencyjności autora?

Potrzebujemy Jana Tomasza Grossa. Bez niego nasze samopoczucie byłoby lepsze, ale nasze życie intelektualne uboższe. Tylko on w tym najlepszym dla Polski okresie entuzjazmu, „zielonej wyspy” i dumy z ostatniego dwudziestolecia potrafił zmusić nas do zatrzymania się, popatrzenia wstecz i przepracowania – jak to świetnie określiła Joanna Tokarska-Bakir – naszej „obsesji niewinności”. Jego zasługą jest także to, że po latach wyparcia coraz mocniej do naszej świadomości dociera współwina za Holocaust.

* Marcin Zaremba (ur. 1966 r.) pracuje w Instytucie Historii UW i Instytucie Studiów Politycznych PAN. Opublikował m.in.: „Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm. Nacjonalistyczna legitymizacja władzy komunistycznej w Polsce”.

***

Recenzja na podstawie rękopisu nie uzgodnionego z wydawnictwem ZNAK. Książka ma się ukazać niebawem

Holocaust. „I tak nas Polacy złapią, przekażą Niemcom”. Większość Żydów nie miała siły uciekać – Anna Bikont, „Gazeta Wyborcza” 21 kwietnia 2018

Szanse przeżycia ukrywających się Żydów ograniczały głód, zimno, wyczerpanie, choroby, strach, utrata nadziei i woli przeżycia. Ale największym zagrożeniem byli ludzie

Dalej-jest-noc--Losy-Zydow-w-wybranych-powiatach-.jpg

Ilu Polacy zabili Żydów w czasie II wojny? – oto jest pytanie. Zdominowało dyskusję nad książką, zanim jeszcze ktokolwiek ją przeczytał, chociaż nie jest głównym tematem publikacji zbiorowej Centrum Badań nad Zagładą Żydów „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego

Wiemy o gettach w Warszawie czy Łodzi. Ale większość polskich Żydów żyła w miasteczkach rozsianych po całej Polsce. W czasie wojny byli tam na dotknięcie ręki sąsiadów – tereny gett stanowiło zwykle kilka wyznaczonych dla Żydów ulic, które ogradzano (chociaż niekoniecznie) drewnianym płotem lub drutem kolczastym. Ta część historii Zagłady jest o wiele słabiej znana. Do jej opowiedzenia autorzy książki wybrali dziewięć powiatów: Bielsk Podlaski, Biłgoraj, Bochnię, Dębicę, Łuków, Miechów, Nowy Targ, Węgrów i Złoczów.

Opowiedziana w niej mikrohistoria jest rozpisana na setki pojedynczych losów i zdarzeń. Podsumowana jest zbiorczo i na poziomie każdego powiatu tabelkami z mnóstwem szczegółowych danych. Tabelki rzadko poruszają. Te są przejmujące. Odsetek ocalałych w stosunku do liczby Żydów w przeddzień wywózek do obozów zagłady: w Miechowie – 0,6 proc., średnio w badanych powiatach: 1,8 proc. Albo: Żydzi, którzy zginęli na terenie powiatu bielskiego po wywózkach: wydani lub złapani przez sąsiadów, a potem zabici przez Niemców – 241, zabici przez sąsiadów – 32.

Szacuje się, że na terenie Polski próbowało się ukryć 200-300 tys. Żydów. Przeżyło 40-50 tys. Wydaje się, że w badanych powiatach ta proporcja jest nieco lepsza: na trzy osoby, które próbowały się ratować, zginęły dwie. W siedmiu z dziewięciu powiatów zdecydowana większość zginęła z rąk polskich bądź też została zabita przy współudziale Polaków. „Należy podkreślić – piszą autorzy – powszechność zachowań antysemickich, masowość skierowanej przeciwko Żydom agresji”; „pod sam koniec wojny, gdy nasiliły się działania partyzanckie, rosła liczba mordów dokonywanych na Żydach”.

W dwutomowej publikacji (1700 stron) niezwykły jest warsztat historyczny. Imponuje mnogość źródeł. Archiwa polskie, niemieckie, izraelskie, ukraińskie, białoruskie. Dokumentacja Polskiego Państwa Podziemnego i władz emigracyjnych, prasa konspiracyjna, dzienniki i relacje żydowskie, procesy powojenne polskie i niemieckie, teczki polskich sądów grodzkich z okresu okupacji, wywiady dawno spisane i przeprowadzane na użytek tych badań… Imponuje ostrożność w wykorzystywaniu źródeł. Gdy badacze nie znają dokładnych liczb, bo w dokumencie jest mowa o kilku Żydach, przyjmują liczbę trzy, o kilkunastu – 11, o kilkuset – 200.

Holocaust zajmuje dziś dużo miejsca w debacie publicznej, ale los Żydów jest z reguły tylko pendant do rozważań o postawach Polaków. Tymczasem autorów „Dalej jest noc…” łączy rzadki dzisiaj (i wtedy) dar empatii dla żydowskich ofiar. Wydobywają z zapomnienia okruchy ich życia i śmierci. Jak ten o pani Mendlowej wykrytej w kryjówce w kolonii Sieniewicze w gminie Drohiczyn z siostrą i piątką małych dzieci. Żandarmi niemieccy wyprowadzili ich za stodołę i rozstrzelali. „Mendlowa przed egzekucją okryła dzieci kocem”.

Dzieci z reguły giną bezimiennie. To cud, że możemy przechować w pamięci czteroletnią Etinkę Marsend z Bochni.

Długo uczona wielogodzinnego cichego zachowania, w listopadzie 1942 r., w czasie akcji likwidacyjnej, schowana na strychu z rodziną i sąsiadami nie zapłakała ani razu. Została wraz z nimi wykryta, ale dzięki sutej łapówce ominęła ich wywózka. W czasie ostatniej takiej akcji, we wrześniu 1943 r., jej ojciec, wyznaczony do obozu pracy w Szebniach, przemycił ją ze sobą w plecaku. Etinka nie zapłakała, kiedy esesman okładał plecak kijem, co było metodą wyszukiwania ukrytych dzieci. Została zabita już w obozie, gdy jej obecność wyszła na jaw. Ojciec rzucił się wtedy na strażnika i został na miejscu zastrzelony.

Holocaust jest tu opowieścią o ciągu niewyobrażalnych prześladowań zakończonych najczęściej śmiercią, z rzadkimi przebłyskami pomocy i dobroci. I o determinacji, odwadze, sile woli, odporności, wyobraźni, z jaką Żydzi podejmowali walkę o życie własne i najbliższych. „Nasze obserwacje zadają kłam stwierdzeniom o (…) Żydach prowadzonych na śmierć jak owce na rzeź ” – piszą we wstępie Engelking i Grabowski. Jak wyglądała ich walka o życie, najczęściej przegrana, jakie wybierano „strategie przetrwania” – to jest tematem książki.

 

Krzyki Żydów mieszały się ze śmiechem Polaków

„Na ulicach krew lała się jak woda”, „Całe miasto wyglądało jak rzeźnia, wszędzie trupy” – taki był Biłgoraj 2 listopada 1942 r., w czasie likwidacji getta.

Zagłada dokonywała się na oczach sąsiadów.

W naszych potocznych wyobrażeniach Zagłada dzieje się gdzieś daleko, w niemieckich obozach śmierci. Ale miała też miejsce w setkach małych miejscowości, gdzie Niemcy z udziałem miejscowych pomocników wyciągali Żydów z domów, znęcali się nad nimi, mordowali czy przewozili za miasto i tam dokonywali egzekucji. Tak w powiecie biłgorajskim zginęła połowa Żydów. Gdy mieszkali w rozproszeniu, w teren wyruszał niemiecki pluton egzekucyjny, jeździł od wsi do wsi, wyłapując ich i zabijając na miejscu.

Likwidacje gett były przeprowadzane z niesłychaną brutalnością. „Terror miał na celu zduszenie jakiejkolwiek woli oporu deportowanych Żydów. Dokonywane publicznie mordy stanowiły także ostrzeżenie dla nieżydowskiej ludności, a jednocześnie były sygnałem, że życie żydowskie przestało mieć jakąkolwiek wartość” – piszą autorzy.

Ilu mieszkańców opisywanych powiatów, Polaków (czasem Ukraińców i Białorusinów), współczuło Żydom, ilu było obojętnych bądź przerażonych, ilu ucieszonych – nie sposób policzyć.

A ilu było pomocników zbrodni? Z badań Centrum wynika, że naziści masowo wykorzystywali miejscowych, by likwidację gett przeprowadzić stosunkowo małymi siłami własnymi.

„Istotnym elementem niemieckiej strategii wyniszczenia Żydów” była policja granatowa, złożona głównie z przedwojennych policjantów – „wkraczali wraz z niemieckimi żandarmami do dzielnic żydowskich, brali udział w poszukiwaniach ukrywających się Żydów, złapanych eskortowali do pociągów śmierci oraz często dokonywali egzekucji”.

W kilku powiatach gorliwymi pomocnikami byli członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej. Zdarzało się, że zgłaszali się na ochotnika (co napiętnowała prasa konspiracyjna). Kolejną polską formacją, która się niechlubnie zasłużyła, była Służba Budowlana (Baudienst). Wcielano do niej mężczyzn, często chłopców, których w czasie likwidacji gett Niemcy poili wódką, uzbrajali w łopaty i siekiery i używali do pilnowania i zwożenia Żydów do miejsc kaźni, rozbierania ich do naga przed rozstrzelaniem, przytrzymywania w czasie egzekucji, wrzucania – martwych czy rannych – do wcześniej wykopanych dołów. „Za 6 zł tygodniowo i 2 brudne zupy dziennie pracuje baudienst – pisał krakowski organ Biura Informacji i Propagandy AK. – Patrzą na krew, na niesłychane w dziejach mordy i obojętnieją na znaczenie tych spraw”.

A co ze „zwykłymi ludźmi”?

Autorzy piszą: „Sąsiedzi i znajomi przyglądający się zza pleców policji masowym mordom dokonywanym na ulicach gett to jeden z obrazów, jakie pojawiają się w naszych studiach z niepokojącą częstotliwością”. Podobne opisy są zawarte w dzienniku Zygmunta Klukowskiego, szanowanego szczebrzeszyńskiego lekarza.

W czasie likwidacji getta w Biłgoraju komendant policji granatowej Michał Wiesiołowski wziął sobie do pomocy kilkudziesięcioro dzieciaków od sześciu do 12 lat. Przeszukiwali podwórka, strychy, piwnice. Za każde przyprowadzone na śmierć dziecko żydowskie rozdawał im landrynki. W Węgrowie Szraga Fajwel Bielawski z ukrycia słyszał, jak „krzyki Żydów mieszały się z wrzaskami Niemców i śmiechem Polaków. Dzieci wołały do matek: Mamo, ja nie chcę umrzeć! (…) W akcji tropienia Żydów szczególnie niebezpieczni byli młodzi, kilkunastoletni chłopcy, którzy uganiali się po mieście, szukając kolejnych ofiar i wydając je w ręce Niemców”.

Śmiech, uciecha, powtarza się w wielu relacjach. I zdrada. W Brzesku Nowym w powiecie miechowskim w przededniu akcji wysiedleńczej Boruch Elbinger przekazał córkę Leę Polakom, by opiekowali się nią w zamian za duże wynagrodzenie.

Dziewczynka została jednak odprowadzona na rynek i zginęła.

Miejscowych zaganiano do zwożenia i grzebania ciał. „Czasem wykonywali swą makabryczną przymusową pracę, dogłębnie wstrząśnięci”. Inni korzystali z okazji. W Szczebrzeszynie „Niemcy zauważyli, że po odstrzale Żydów ich pomocnicy wskakują do dołów, rewidują trupy, odnajdując różną biżuterię. Takim, który Żydówkom, zawinąwszy rękawy, grzebał palcami w łonie, szukając złota, był Franuszek, szewc”. Kara śmierci groziła nie tylko za pomaganie Żydom, ale też za zabieranie ich własności bez niemieckiego zezwolenia. Autorzy podają przykłady wykonanych przez Niemców wyroków.

W Wolbromiu (i dziesiątkach innych miejsc) akcje likwidacyjne były sygnałem do rabunku: „Sznury ludzi z różnych okolicznych wsi ciągnęły do siebie jakieś przedmioty z żydowskich domów. Ten niesie łóżko, drugi szafę, trzeci jakąś walizkę z garderobą, a czwarty mozoli się z dużym stojącym zegarem” – pisał policjant granatowy (nie widząc zresztą w tym nic złego). „Ludność polska, ogólnie biorąc, chętnie widzi tępienie Żydów” – raportowało miechowskie AK.

Gdzie znaleźć dobrych gospodarzy?

Wspominając zagładę Żydów w swoim miasteczku Józefowie Biłgorajskim, Tadeusz Butrym opisał akcję likwidacyjną, gdy ostatnia, nieliczna garstka Żydów zostaje przepędzona na stację kolejową: „Ludzie szli całą szerokością drogi, ale każdy w pojedynkę wlókł swoje skupienie w śmierci. To wlokły się już ludzkie trupy. I żadna siła nie była w stanie narzucić im niemieckiego ładu. Szli rozciągnięci na całej przestrzeni drogi (…). Do ostatnich strzelano. Tak zginął Tajer, kiedyś bogaty kupiec, właściciel sklepu żelaznego, i wielu innych. Cała droga usiana była trupami”.

Decyzję o ucieczce podejmowali – z reguły jesienią 1942 r., gdy likwidowano getta – ludzie wycieńczeni trwającymi od trzech lat prześladowaniami.

Większość nie była na to gotowa – z powodu wieku, chorób, braku pieniędzy na opłacanie się, niechęci do rozłąki z rodziną. Kałmen Krawiec z Siemiatycz w powiecie bielskim chciał wyskoczyć z pociągu do Treblinki, ale przeszkodziła mu siedmioletnia siostra Surełe. „Objęła mnie, zaczęła mnie całować i prosić, żebym nie uciekał, żebym nie zostawił jej samej” (dojechał z rodziną do obozu, gdzie rodzice, trzej bracia i Surełe zginęli, on uciekł podczas treblińskiego powstania). Wielu było przekonanych o daremności trudów: „chłopi i tak nas złapią i przekażą Niemcom”.

Szacunki historyków Holocaustu mówiły, że 10 proc. mieszkańców gett próbowało uciekać. Badania nad dziewięcioma powiatami potwierdzają tę liczbę.

Wielu próbowało się przedostać do gett, które jeszcze funkcjonowały, czy do obozów pracy, które wydawały się stosunkowo bezpiecznym miejscem, jeżeli ktoś był tylko w stanie podołać katorżniczej harówce.

Część uciekinierów próbowała się ukryć w lesie, czasem kilkadziesiąt osób razem budowało bunkry, pojedyncze rodziny chroniły się bliżej wsi, gdzie chodziły pod osłoną zmroku kupować jedzenie od znajomych gospodarzy. Zdarzało się, bardzo rzadko, samotne ukrywanie się w lesie. I tak Szymon Hofman, damski krawiec z Józefowa w powiecie biłgorajskim, zbudował tam sobie kryjówkę; pomagał mu gajowy Władysław Czekirda. Jadł surowe ziemniaki, pewnie kradzione z pola – wydzielał sobie po dwa dziennie; skórę zabitego bydła, którą wyprosił od kucharza z oddziału AK, pociął, przypiekł na ognisku i zrobił zapas na zimę. (Przeżył. Po wojnie wyjechał do Izraela i tam popełnił samobójstwo).

W pierwszych tygodniach po akcjach likwidacyjnych Niemcy urządzali obławy w opuszczonych gettach i w ich okolicy. Nie mieli orientacji w terenie, więc później wyszukiwaniem Żydów zajmowała się z reguły granatowa policja i inni miejscowi. Niemcy rozstrzeliwali ukrywających się, gdy byli już podani im na tacy, w kryjówkach czy doprowadzeni do posterunku.

W sprawozdaniu pińczowskiego AK czytamy: „Chłopi wyłapują Żydów, egzekucji dokonują przeważnie policjanci granatowi”. I że wzrasta antysemityzm w „masach chłopskich”, które „zdają sobie sprawę, że powrót Żydów zamknie im drogę do miast i handlu”. W powiecie nowotarskim badaczka szukała jakiegokolwiek śladu przeczesywania lasów przez niemieckie służby mundurowe szukające Żydów; nie znalazła. Kluczową rolę odegrały zorganizowane 12-osobowe straże chłopskie tworzone przez wyrostków.

Najmniej bezpieczną strategią było ukrywanie się w ziemiankach w lesie na terenach, gdzie była silna partyzantka. Wielu Żydów chciało do niej dołączyć, z reguły bezskutecznie. „W zasadzie przyjmowały ich jedynie partyzantki sowiecka i komunistyczna (również niewolna od antysemickich uprzedzeń), inne ugrupowania stanowiły dla Żydów śmiertelne zagrożenie. Zdarzało się jednak, że i do nich przyłączali się Żydzi – ukrywając swoje pochodzenie”.

Najwięcej zabójstw Żydów dokonanych przez polskie podziemie odnotowanych jest w rejonie Miechowa (zapewne dlatego, że zachowały się tam archiwa AK dokumentujące te zbrodnie). Dariusz Libionka znalazł konkretne 72 przypadki zamordowania Żydów przez AK, BCh, NSZ, a także PPS – 14 proc. spośród ukrywających się, którzy zginęli.

Najbezpieczniejszą strategią przetrwania było przebywanie przez długi czas w jednym miejscu, pod opieką jednej rodziny.

Ale jak takich gospodarzy znaleźć? Społeczności polska i żydowska żyły odrębnym życiem, więzy przyjacielskie były rzadkością. W powiecie bielskim, jak ustaliła Engelking, najlepiej było szukać pomocy u mieszkańców dawnych szlacheckich zaścianków, to oni uratowali ponad 70 proc. ukrywających się. Więcej by ich przeżyło, gdyby tam szukali schronienia, tyle że Żydzi nie mieli pojęcia, że w ich okolicach są dwa rodzaje wsi.

Czasem gospodarze sami pozbywali się swoich lokatorów. Porażają opisy mordów domowymi sposobami, poprzedzonych często biciem i torturami, żeby wymusić zeznania, gdzie jest pochowane mityczne złoto czy gdzie się ukrywają inni Żydzi. Złowieszczą rolę odgrywała presja otoczenia. W Rogowie w powiecie miechowskim dawnego właściciela sklepu Libermana ukrywał u siebie ubogi rolnik, ojciec dziewięciorga dzieci Aleksander Kuraj. Sołtys wraz z kilkoma gospodarzami podejrzewali go, przeszukiwali zabudowania, sołtys straszył Kuraja pójściem na policję. Aż Kuraj zabił swego podopiecznego kluczem kolejowym i zakopał za stodołą.

Sołtys z Bodaczowa z powiatu biłgorajskiego Walenty Kowalczyk, oskarżony o wydanie żandarmerii Icka Lichtfelda, jego syna Arona i ośmioletniej Szajnerówny, bronił się przed powojennym sądem: mieszkańcy żądali od niego, by wreszcie zrobił porządek, bo mają dosyć: „wy śpicie, a Żyd się pcha do mieszkania”. „O ile walka zbrojna z okupantem cieszyła się społeczną aprobatą, o tyle na ukrywanie Żydów takiej zgody nie było” – pisze Grabowski, który badał powiat węgrowski.

Zdarzało się, że znani Żydom jeszcze długo przed wojną gospodarze po pół roku czy roku ukrywania uciekinierów mordowali ich – ze strachu albo dlatego że pieniądze się skończyły – pewnie po pijanemu, zresztą wódka zakrapiała większość mordów.

Czasami z pomocą potrzebującym przychodzili zupełnie obcy ludzie. We wsi Brzyska Wola w powiecie biłgorajskim Walek Kaczyński, „człowiek bardzo biedny”, zaproponował Henrykowi Fladellowi z Leżajska i jego koledze Abrahamowi Hamfingowi – nie znał ich wcześniej – schronienie u siebie i tam przebywali 18 miesięcy na słomie na strychu, jedząc tylko kartofle, nie myjąc się ani razu, nie zmieniając ubrania. „Fladell opowiedział w wywiadzie, że nie wie, czemu zupełnie obcy człowiek ich uratował i dzielił się z nimi wszystkim, co miał, choć miał tak niewiele. Walek przynosił podziemne gazetki, które mu czytali, gdyż był analfabetą”.

Obrana strategia przetrwania niczego nie gwarantowała. Jeszcze po drodze musiały się zdarzyć liczne cuda, niemożliwe zbiegi okoliczności.

Plagą były donosy. Autorzy przytaczają nazwiska polskich rodzin, które Niemcy, kierowani z reguły sąsiedzkimi donosami, zabili za ukrywanie Żydów. Różne represje spotkały od kilku do kilkudziesięciu Polaków w każdym powiecie. Nie zawsze tak ostateczne, jak rozstrzelanie na miejscu czasem jednej osoby, czasem całej rodziny. Mogło to też być spalenie zabudowań gospodarczych, pobicie, areszt, grzywna.

I tak na trzy miesiące obozu karnego skazany został w Bielsku Podlaskim Stanisław Popławski, a czteroosobową rodzinę, którą ukrywał, Niemcy rozstrzelali. Gdy wrócił do siebie, wziął na przechowanie kolejne osoby, bo „nie potrafił ludziom odmówić pomocy”. Fajwel i Lejbko Szapirowie, Mina Waserówna i Sonia Weinstein przeżyli u niego do końca wojny.

Szanse przeżycia były ograniczone przez permanentny głód, zimno, wyczerpanie, choroby, strach, utratę nadziei, siły i woli przeżycia – piszą autorzy – ale największym zagrożeniem byli ludzie. Z powiatu biłgorajskiego „dwie Żydówki z małymi dziećmi same zgłosiły się do aresztu miejskiego, bo już nie mogły dłużej wytrzymać bez jedzenia i bez ubrania, które im w lesie zrabowano”.

Kościół, wielki nieobecny

Wielkim nieobecnym w tej historii jest Kościół katolicki. A przecież wiedział, że jego wierni są wodzeni na pokuszenie i w części tej pokusie ulegają, mordują, rabują, gwałcą. Czy trzeba było się spowiadać z mordowania Żydów, czy też zostali wyjęci z jurysdykcji sumienia?

W książce nagromadzono ogromną ilość materiałów źródłowych, ale sporadycznie występują w niej księża, dobrzy czy źli. Opowiada Krystyna Mazurkiewicz: ona i jej ojciec Stanisław Kleiner byli ochrzczonymi Żydami ze Lwowa. Schronili się w Topólczy w powiecie biłgorajskim. Proboszczem był tam brat narzeczonego, a później męża Krystyny. Jej przyszły szwagier zawiadomił o ich pochodzeniu gospodarzy i szantażem zmusił do wypowiedzenia im mieszkania.

Z kolei ksiądz Albin Małysiak przywiózł ze sobą do Szczawnicy pięciu Żydów ukrywających się na aryjskich papierach. „Jego zdaniem o ich istnieniu i pochodzeniu wiedziała cała miejscowość. Zostało to przyjęte zbiorowym milczeniem. Poza podopiecznymi Małysiaka w Szczawnicy nie uratował się żaden inny Żyd. Historia ta pokazuje, jakie znaczenie mogła mieć postawa osób uznanych za autorytet względem niesienia pomocy ludności żydowskiej i jak bardzo nie wykorzystano tego potencjału” – pisze Karolina Panz.

W całym powiecie nowotarskim, do którego należy Szczawnica, na 600 Żydów szukających ratunku do końca wojny doczekało 1,5 proc. Dziewięć osób.

Z przedstawionych badań wynika, że większość Żydów, która zginęła już po likwidacji gett, ginęła z jakimś współudziałem Polaków. A ilu Polaków pomagało? Z pewnością drzewka w Yad Vashem – uhonorowanych zostało nimi dotąd ok. 6,6 tys. polskich Sprawiedliwych – nie obejmują wszystkich ratujących.

Morderstwa nie skończyły się z końcem wojny. „Wychodzący z kryjówek, bunkrów i leśnych ostępów Żydzi byli bezdomnymi, chorymi, okradzionymi ze wszystkiego ludźmi; ich domy albo ziały pustką, albo zajął je już ktoś inny” – pisze Alina Skibińska, która badała powiat biłgorajski. Wyjście z miejsc ukrycia, „gdzie miało się nie istnieć i być niewidocznym , okazało się zadaniem równie trudnym i niebezpiecznym, jak wejście do nich. Powojenna atmosfera pogromowa i mordy popełniane na ocalałych Żydach stają się zrozumiałe dopiero wtedy, gdy pojmiemy, że nie były żadnym powojennym wybuchem i fenomenem, lecz kontynuacją tego, co dokonywało się przedtem”.

– Miał pan poczucie, że jest pan w Radziłowie jedynym sprawiedliwym? – zapytałam Stanisława Ramotowskiego, który w lipcu 1941 r., kiedy inni zajmowali się paleniem w stodole swoich żydowskich sąsiadów, próbował ratować rodzinę żydowskich młynarzy. – Skąd, porządnych ludzi w Radziłowie było dużo! – zaprzeczył. – Problem w tym, że tych nieporządnych było więcej.

„Nie istniał żaden podmiot zbiorowy – pisze Panz. – Zbiorowość oznaczała zagrożenie i śmierć, a ludzie, którzy w tropionych, denuncjowanych i mordowanych Żydach dostrzegli osoby potrzebujące ratunku, byli absolutnymi wyjątkami”.

To jasno, niestety, wynika z lektury tej fundamentalnej pracy: znacznie liczniejsi byli ci, którzy pomagali w niemieckim dziele zagłady Żydów, niż ci, którzy mieli potrzebę i odwagę, by się temu przeciwstawić.

„Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”, red. Barbara Engelking, Jan Grabowski, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, 2018

Jan Tomasz Gross: niewygodny arcy-Polak (Adam Michnik poleca) „Gazeta Wyborcza” – Grzegorz Wysocki, 15-16 czerwca 2019

W toczącej się od lat dyskusji na temat tego, jakim Polakiem jest autor „Sąsiadów”, chciałbym postawić ostatnią kropkę. A raczej wymienić przedrostki – „anty” na „arcy”.

gross - wywiad-rzeka ksiazka.jpg

‚…bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek…’, Jan Tomasz Gross w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką, wyd. W.A.B., Warszawa 2018

Z Wikipedii wynika, że jest trzeciorzędnym historykiem czasem budzącym kontrowersje


Michał Łuczewski, socjolog, dyrektor programowy Centrum Myśli im. Jana Pawła II i autor niedawno opublikowanej książki „Kapitał moralny. Polityki historyczne w późnej nowoczesności”, od jakiegoś czasu kolportuje na łamach różnych, głównie konserwatywnych mediów dość osobliwą tezę. Nie tylko uważa, że Jana Tomasza Grossa nie powinno się krytykować, mówiąc, że nie jest patriotą, ale też zestawia go z… Krzysztofem Bosakiem, który również „pragnie czystej polskości”.

Zestawienie Grossa z byłym prezesem Młodzieży Wszechpolskiej jest, owszem, czystą, ale złośliwością i prowokacją, natomiast twierdzenie, że Gross jest patriotą wręcz opętanym polskością, bo domagającym się od Polaków „absolutnej czystości” („Żeby Polska szła do przodu, [Gross] domaga się najpierw tego, byśmy wyspowiadali się z popełnionych grzechów”), wydaje się ze wszech miar uzasadnione i trafne.

Kto nie wierzy, powinien sięgnąć po „…bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek…” – przeprowadzony przez Aleksandrę Pawlicką wywiad rzekę z Grossem. Wywiad rzekę, a raczej mówioną autobiografię i próbę biografii intelektualnej, którą domykają zamieszczone w trzeciej części książki kapitalne, uzupełniające się, a niekiedy sprzeczne ze sobą głosy przyjaciół (od Adama Michnika przez Barbarę Toruńczyk i Aleksandra Smolara po Irenę Grudzińską-Gross).

Całość dowodzi, że – bez względu na liczne obelgi prawicowców i kolejne oskarżenia o antypolonizm – Gross jest arcy-Polakiem właśnie. Niewygodnym, niedającym się sformatować, niełatwym, ale też nieistniejącym bez Polski, Polaków i „przeklętych polskich problemów”.

W związku Grossa z Polską i Polakami mamy do czynienia z wzorcową wręcz realizacją modelu love-hate relationship. Jest więc miłość i nienawiść, jest czułość i wściekłość, jest przyzwolenie na fatalizm losu i przerażenie konkretnymi wyborami jednostki, bywa empatia i zdarzają się jej deficyty, ale zawsze jest to uczucie intensywne, żarliwe, autentyczne. Krótko mówiąc: gdyby Gross nie istniał, Polacy musieliby go wymyślić.

Jak słusznie zauważa historyk Omer Bartov, niewielu uczonych tej specjalności może poszczycić się tak ogromnym wpływem na swoje społeczeństwo. Gdybyśmy jednak znaczenie Grossa próbowali ocenić na podstawie tego, co na jego temat znajdziemy w polskojęzycznej Wikipedii, można by dojść do wniosku, że mowa o jakimś trzeciorzędnym historyku, którego wyróżnia – choć też nie szczególnie – budzenie od czasu do czasu jakichś tam kontrowersji.

Hasło dzieli się na trzy główne części: „Życiorys”, „Praca naukowa”, „Kontrowersje”. Podkradam te kategorie tym chętniej, że książkę Pawlickiej można uznać za ich frapujące, bo pełne konkretów, anegdot, barw i emocji rozwinięcie (oprócz wielu ważnych kwestii, o których niżej, dowiemy się np. o proteście drukarzy Grossa, pobycie w więzieniu w ciemnych okularach na nosie, „wielkich jagodach” z USA, szalonej wizji Skrzyneckiego, liczbie książek zabieranych ze sobą w podróż przez Michnika czy powodach, dla których Gross wykupił sobie już miejsce na cmentarzu). Według tej analogii na każde dwa encyklopedyczne akapity w wywiadzie rzece przypada ok. 100 stron opowieści Grossa i o Grossie.

I. Życiorys Jana Tomasza Grossa

Pierwsze zdanie życiorysu w Wikipedii oczywiście najważniejsze: „Urodził się w rodzinie polsko-żydowskiej”. Następnie krótko o rodzicach – że mama Hanna Szumańska, córka przedwojennego adwokata, była łączniczką AK; że tata Zygmunt Gross był adwokatem, kompozytorem i członkiem PPS-u. Puenta? „Po wojnie się pobrali”.

Drugi akapit życiorysu poświęcony jest już autorowi „Strachu”. Że studiował fizykę na UW. Że z powodu studenckich protestów w marcu 1968 r. został aresztowany na pięć miesięcy, a rok później z rodzicami wyemigrował do USA. Że w 1975 r. obronił doktorat z socjologii na Yale, gdzie przez wiele lat wykładał. I że jego żoną była Irena Grudzińska-Gross.

I to by było właściwie na tyle, jeśli chodzi o oficjalny życiorys Grossa.

Czego nie powie wam Wikipedia, a o czym sam Gross opowiedział Pawlickiej?

Przykładem poruszająca – dominująca na początku, ale powracająca właściwie do samego końca książki – opowieść o ukochanych rodzicach i prowadzonym przez nich otwartym i pełnym ludzi domu.

Wikipedia milczy również o tym, że Gross szybko porzuca studiowanie fizyki i – ku niezadowoleniu ojca, który „był przekonany, że ma genialnego syna” – przenosi się na socjologię. Milczy, bo studiowanie fizyki ma, jak mniemam, dyskredytować badacza (na zasadzie: fizykę studiował i śmie teraz szkalować Naród Polski jako „historyk”?!), a pominięta w tym miejscu socjologia byłaby już dużo bliższa jego późniejszym naukowym zainteresowaniom.

W lapidarnym haśle w Wikipedii również ani słowa (!) o licealnym Klubie Poszukiwaczy Sprzeczności, któremu w książce – zasłużenie – poświęcono osobny rozdział, a którego znaczenie, podobnie jak w przypadku powracających w całym tomie rodziców, rozciąga się na całą biografię Grossa.

W tym miejscu na scenę wkracza Adam Michnik, założyciel Klubu i przyjaciel Jana od czasów szkoły średniej do dzisiaj, kolejny z głównych bohaterów/tematów książki. Omawiana obszernie pełna turbulencji przyjaźń czy – jak to określa sam Gross – „kłótnia miłosna” z Michnikiem są interesujące nie tylko ze względów, nazwijmy to, plotkarsko-towarzyskich, ale przede wszystkim dlatego, że w wielu punktach kryje się za nią fundamentalny spór o Polskę. O bardziej właściwe i skuteczniejsze formy zaangażowania politycznego, o sens emigracji marcowej czy wreszcie o sposób, w jaki powinno się pisać na temat stosunków polsko-żydowskich.

SPÓR PIERWSZY. Barbara Toruńczyk obszernie opisuje „przełomową dyskusję” z 1967 r. na urodzinach Michnika, podczas których doszło do podziału środowiska: „Z tego spotkania wszyscy wyszli poranieni. Nasz świat się rozpołowił”.

O co poszło? O przygotowanie ulotki protestacyjnej przeciwko wojnie w Wietnamie. Gross i Andrzej Mencwel nie chcieli wziąć udziału w „akcji ulotkowej”, zamiast tego szukali innych form opozycyjnego zaangażowania.

Dzisiaj rzecz wydaje się błaha i raczej śmieszna, być może stąd w opowieści Aleksandra Smolara ta sama przełomowa dyskusja i „rozpołowienie świata” staje się już „drobną anegdotą”, która jest „właściwie bez znaczenia, zwłaszcza że znaleźliśmy się wkrótce w więzieniu, ale mówi coś o ludziach, którzy stali się później znani”.

Samemu Grossowi bliżej tu do wersji Smolara niż Toruńczyk – wspomina o „towarzyskich dąsach” i „niesnaskach”, podkreśla, że nie pamięta szczegółów, i przechodzi do zdejmowania „Dziadów” z afisza oraz późniejszego więzienia.

SPÓR DRUGI. Marzec ’68 i dylemat, czy wyjechać z Polski. Gross twierdzi, że w jego wypadku żadnego wewnętrznego konfliktu dotyczącego tego, czy ma obowiązek zostać w kraju, nie było.

Na uwagę Pawlickiej, że Michnik stał wówczas na stanowisku, że „ci, którzy wyjeżdżają, dają przyzwolenie działaniom władzy, zgodę na wypychanie Polaków z ich własnego kraju”, Gross odpowiada, że – inaczej niż jego przyjaciel – nie miał tak skrystalizowanego temperamentu politycznego, a do tego odnajduje w swej naturze pewną dozę nonszalancji: „I myśl, że jacyś ubecy mogliby mnie z Polski wygonić, w ogóle mi do głowy nie przychodziła – Polska jest tam, gdzie ja jestem! I odwrotnie – pozostanie w kraju w sytuacji, gdy urzędas z UB może mi mówić, co mam robić, to znaczy, wzywać na przesłuchanie, na które muszę się stawić – to dla mnie właśnie była zgoda na to, żeby UB urządzało mi życie!”.

Tak właśnie, oto słowa „zdrajcy”. Lub jeśli kto woli obszerniejsze wiązanki, „wroga, zdrajcy, donosiciela, oszczercy, anty-Polaka, polakożercy, wampira”. Bliżej niezidentyfikowani, ale zawsze prawi i sprawiedliwi autorzy obelg oczywiście po książkę nie sięgną, a szkoda, bo tego rodzaju zaskoczeń przeżyliby dużo więcej. Prawdopodobnie już sam fakt istnienia jakichkolwiek – a co dopiero tak znaczących – różnic zdań pomiędzy Grossem a Michnikiem wielu z nich wpędziłby w chorobę zwaną Szokiem i Niedowierzaniem.

A będzie jeszcze SPÓR TRZECI, powiązany już z książkami Grossa, o czym dalej (patrz pod: „Praca naukowa”).

Tymczasem przyspieszamy – Gross z rodzicami opuszcza Polskę w marcu 1969 r. Najpierw jest Wiedeń, potem Rzym, a od sierpnia 1969 r. Stany Zjednoczone. W 1973 r. dociera do niego Irena; w tym samym roku umiera jego ukochana mama. W 1976 bierze ślub z Ireną, wtedy też dostaje swój pierwszy amerykański paszport. Stypendium i studia na Yale, gdzie broni tytułu doktora socjologii, a następnie – określenie Pawlickiej – „przeflancowuje się na historyka”.

II. Praca naukowa Jana Tomasza Grossa

„Praca naukowa” to w przypadku poświęconemu Grossowi hasła w Wikipedii – znowu – akapit skromny i ubogi. Dowiadujemy się z niego, że Gross zajmuje się przede wszystkim problematyką II wojny światowej i Holocaustu oraz że jest autorem właściwie dwóch tylko książek, „Sąsiadów” i „Strachu”.

U Pawlickiej odpowiednikiem tego wybiórczego akapitu jest bite 100 stron tekstu.

Na długo przed „Sąsiadami” Gross publikuje m.in. prace o wojnie i polskim społeczeństwie pod niemiecką („Polish society under German occupation”), a następnie pod sowiecką okupacją („Revolution from abroad”). Twierdzi, że świadomie unikał wtedy problematyki żydowskiej: „Częściowo dlatego, że nie znam hebrajskiego ani jidysz, więc uważałem, że nie mam do tego niezbędnych kwalifikacji. Ale tak naprawdę chodziło o co innego – pisząc wówczas o polskim społeczeństwie w czasie okupacji, uważałem, że Zagłada to coś odrębnego, stojącego na zewnątrz okupacyjnego doświadczenia Polaków. Myśląc w ten sposób, powielałem po prostu stereotyp obowiązujący wówczas w całej historiografii europejskiej”.

W 1984 r. w londyńskim Aneksie wraz z Ireną wydaje głośne „W czterdziestym nas matko na Sybir zesłali” – opatrzony jego wstępem wybór osobistych relacji polskich obywateli uwalnianych z obozów i ze zsyłki w głąb ZSRR, w tym również szkolnych wypracowań pisanych przez dzieci. Dzięki archiwom Hoovera, z których wtedy korzystali, Gross zrozumiał, jak wielką wagę w studiach na temat wojny mają osobiste świadectwa, co było przełomowym momentem w jego karierze naukowej: „Po prostu nurt zdarzeń wylewa się wówczas poza ramy instytucjonalne, nie da się zaplanować ani ująć w biurokratyczne rubryki i żeby zrozumieć, a często choćby tylko dowiedzieć się, co się stało, trzeba sięgać po osobiste relacje świadków wydarzeń”.

Gdy Gross po raz pierwszy czyta relację Szmula Wasersztajna, przeżywa wstrząs i potrzebuje kolejnych czterech lat, by zrozumieć, co naprawdę wydarzyło się w Jedwabnem: „Bo przecież ja byłem na to zupełnie nieprzygotowany. (…) Przez parę lat byłem przekonany, że Wasersztajnowi coś się musiało pokręcić. Owszem, była jakaś stodoła, kogoś w niej spalono, na pewno, ale żeby tyle osób? (…) Trudno przecież uwierzyć, że zwykłe miasteczko wymordowało wszystkich swoich żydowskich sąsiadów, większość z nich paląc w stodole!!! Półtora tysiąca osób?”. Nieco dalej historyk przyznaje, że wydawało mu się wręcz, iż „opowieść Wasersztajna to relacja chorego psychicznie człowieka, który widział coś strasznego i fantazjuje”.

Gross zaczyna weryfikować fakty, jedzie do Jedwabnego z dokumentalistką Agnieszką Arnold, dociera do akt procesowych i indywidualnych świadectw z ŻIH-u, szuka świadków zdarzeń, zbiera materiały i powoli zaczyna składać książkę w głowie.

Pisać zaczyna po powrocie do Ameryki: „To jest malutka książeczka. Niespełna sto stron, ale szalenie trudna do pisania. Przez cały czas trzymało mnie to za gardło. (…) Mogłem pisać tylko fragmencikami. Dwie, trzy godziny zanurzenia w opisywanej rzeczywistości i wychodzi z tego stroniczka, pół, i dalej już nie można”.

Badacz twierdzi, że jego własne długotrwałe niedowierzanie pomogło mu później „z cierpliwością i ze zrozumieniem obserwować, już po ukazaniu się »Sąsiadów«, jak trudno było ludziom przyswoić sobie wiedzę na temat Jedwabnego”. Trudno przyswoić ją także Adamowi Michnikowi, co prowadzi nas prosto do zapowiadanej trzeciej różnicy zdań między przyjaciółmi.

SPÓR TRZECI. Gross twierdzi, że od początku miał intuicję, iż „Sąsiedzi” będą dla Michnika „trudną książką”: „Adam w jakimś sensie tej książki nie był w stanie przeczytać. I to jest sprawa, jeśli o niego chodzi, bardziej ogólna – Adam nie jest gotów na przyjęcie wiedzy historycznej, którą posiadamy na temat przemocy doświadczanej przez Żydów w czasie okupacji ze strony nieżydowskich Polaków”.

Czy rozmawiał o tym z Michnikiem? „Rozmawialiśmy wiele razy i zawsze dochodzimy do ściany, jest nam obu przykro i zostawiamy ten temat”. Co na to Michnik? „Rozmawiałem z nim na ten temat dziesiątki razy, ale jest uparty jak osioł”.

Wspomina o tym, że czasami potrafią się pokłócić i „mieć ciche tygodnie, bez telefonów i rozmów”.

Aleksander Smolar opowiada z kolei, że pierwszą reakcją Michnika na pomysł publikacji „Sąsiadów” było przerażenie: „Jego stanowisko w tej sprawie było podobne jak w przypadku lustracji: trzeba zamknąć ten rozdział historii i patrzeć w przyszłość”. A Eugeniusz Smolar mówi wręcz o długo obowiązującej, a wyrażonej kiedyś w BBC „zasadzie Michnika”: „Powiedział wtedy, że jeśli ktoś chce krytykować własny naród w sprawach zasadniczych, to musi to robić niezwykle delikatnie, dozować ból, żeby ludzie mogli go przyjąć jako własny. Tymczasem Gross, jego przyjaciel, przyszedł i walnął obuchem, tą prawdą, która jego samego poraziła ogromem krzywdy ofiar”.

Michnik wspomina o całej formacji tych, którzy „za punkt honoru przyjęli powiedzenie okrutnej prawdy o mechanizmie postaw antysemickich w społeczności polskiej, nie zważając na koszty: Janek Grabowski, Basia Engelking, Darek Libionka”. I dodaje: „Ja nie należę do tej szkoły”. Za prowodyra grupy naczelny „Wyborczej” uważa właśnie Grossa, ale zarazem uczciwie przyznaje, że to właśnie książki jego przyjaciela zmieniły nasz sposób myślenia o Zagładzie i potrząsnęły wieloma osobami, które wcześniej zupełnie nie interesowały się tematem i nie miały najmniejszego pojęcia o opisywanych „brudnych czynach” współrodaków.

Po „Sąsiadach” Gross publikuje kolejne książki, które może nie są już tak ogromnym zaskoczeniem, bo od 2001 r. pozostaje niejako dyżurnym prowokatorem i skandalistą pośród rodzimych historyków, ale zarówno „Strach”, jak i „Złote żniwa” rozpętują (nie tylko) w Polsce ogromną burzę, wywołują setki polemik i dyskusji. Warto też pamiętać, że obie książki ponownie uruchamiają i wyciągają z nor zwierzęcych antysemitów, ale krytycznych słów i zarzutów nie szczędzą Grossowi również osoby wcześniej mu przychylne i bardzo bliskie.

Najlepszym przykładem jest cytowany już Aleksander Smolar i jego bardzo ambiwalentny dzisiaj stosunek do twórczości Grossa. Smolar nie lubi radykalizmu jego ocen, moralizatorstwa, niezważania na konsekwencje. W obszernej wypowiedzi opublikowanej w końcowej części książki nie zostawia na swoim wieloletnim przyjacielu suchej nitki: „Pouczanie i wystawianie rachunków jest sprzeczne z moim temperamentem i wyobrażeniem o tym, czym powinien zajmować się człowiek nauki. Poza tym uważam, że traktowanie Janka jako znawcy stosunków polsko-żydowskich jest, najdelikatniej mówiąc, nadużyciem, bo on o Żydach wie niewiele; jego nie interesuje historia Żydów, on zajmuje się historią Polaków i ich stosunku do problemu żydowskiego”.

Z „żydowskich” książek Grossa Smolar najwyżej ceni „Sąsiadów”, których przyjął z entuzjazmem, choć nie bezkrytycznie. W ocenie „Strachu” i „Złotych żniw” jest dużo ostrzejszy. Oto fragment jego opinii na temat drugiej z tych książek: „Jeszcze bardziej widoczne są wady obecne również w poprzednich książkach Grossa: brak istotnego dla człowieka nauki wymiaru porównawczego. Nie ma w nich ani głębi historycznej, ani też uwzględnienia sytuacji w krajach sąsiednich w tym samym okresie”. I nieco dalej: „Nie można pisać o tym, co się działo w Polsce, zapominając o tym, co w tym samym czasie miało miejsce w Europie – w całym pasie krajów okupowanych przez Związek Radziecki i Niemcy. Do pogromów doszło także w Rumunii, na Węgrzech, w państwach nadbałtyckich… U Janka brakuje pytania o wspólny mianownik, pytania: dlaczego? W takiej sytuacji oczywiste jest absolutyzowanie polskiego doświadczenia, wyjątkowości stosunku Polaków do Żydów”.

III. Kontrowersje

W sekcji „Kontrowersje” Wikipedia zawodzi raz jeszcze. Już z powyższych wypisów bowiem widać wyraźnie, że jest o czym pisać i na czym się skupić, a autorów internetowej encyklopedii zajmuje właściwie jedna konkretna kontrowersja. Owszem, rzeczywiście dość sroga, bo mowa o „Wschodnioeuropejskim kryzysie wstydu”, czyli głośnym artykule Grossa napisanym dla Project Syndicate, a przedrukowanym przez różne gazety na świecie. Jedną z nich był niemiecki „Die Welt” i wiele osób – nie wyłączając Aleksandry Pawlickiej – do dzisiaj mylnie uważa, że Gross napisał swój tekst dla niemieckiego dziennika (Gross do Pawlickiej: „No właśnie, ty też mi dowalasz tym niemieckim obuchem”).

Badacz twierdzi, że cała dyskusja przypominała tę wokół Listu 34 na łamach „Trybuny Ludu”, gdy czytelnicy nie znali treści samego listu, ale mogli się dowiedzieć, że jego autorzy to zdrajcy. Tutaj miało być podobnie: „Gross po niemiecku pisze w Niemczech straszne świństwa na naszą Ojczyznę. (…) Po raz pierwszy od 1968 roku miałem poczucie, że znowu wyrzucają mnie z Polski”.

Co takiego napisał Gross? Artykuł powstał w samym środku kryzysu uchodźczego i uderzał w kraje Europy Wschodniej, w tym Polskę, które to kraje „oblały test na solidarność i sprzeniewierzyły się pamięci o swoim własnym losie”. Wojna wybuchła jednak z powodu jednego, a nawet połowy zdania, które również pada w tym tekście: „Polacy, którzy zasłużenie są dumni z oporu ich społeczeństwa wobec nazistów, FAKTYCZNIE ZABILI W CZASIE WOJNY WIĘCEJ ŻYDÓW NIŻ NIEMCÓW”.

Raz jeszcze oddaję głos przyjaciołom historyka, wybieram trzy znaczące fragmenty.

Aleksander Smolar: „Po przeczytaniu [tekstu] rozemocjonowany użyłem paru ostrych przymiotników, które pozwoliły prawicowym publicystom z lubością powtarzać, że nawet Smolar, w domyśle – nawet ten Żyd Smolar – mówi, że to jest kompletnie nieodpowiedzialne i antypolskie. Fakt, uważałem artykuł za nieodpowiedzialny, bo trudno poważnie traktować tezę, że obecny stosunek Polaków i innych narodów regionu do migrantów jest wynikiem nieprzetrawionego dziedzictwa polskiego antysemityzmu i zachowania w czasie Holocaustu”.

Adam Michnik: „[Uogólnienie to] najłagodniej mówiąc (bo to mój przyjaciel), uważam za kompletne nieporozumienie, choćby dlatego, że sugeruje, iż prowadziliśmy wojnę nie z Niemcami, tylko z Żydami. To tak, jakby powiedzieć, że Żydów z getta ładowali do wagonów śmierci inni Żydzi, bo na Umschlagplatz prowadziła ich policja żydowska. Owszem, prowadziła, ale to przecież nie oznacza, że Żydzi Żydom zgotowali ten los”.

Eugeniusz Smolar: „Jednak po tym, co się stało w związku z ustawą o IPN-ie, muszę przyznać mu rację. (…) Polska niewinność, którą PiS wyniósł na ołtarze, polega właśnie na ociosaniu części naszej świadomości historycznej z tego, co nieprzyjemne. W tym sensie Janek ma rację – Polacy nie przeszli przez stopniowy, normalny proces przemyślenia przeszłości i oczyszczenia, przez uznanie faktów i ich konsekwencji, jak miało to miejsce w innych krajach”.

Jan Tomasz Gross: „Moi Polacy wymordowali moich Żydów”

Hasło „Jan Tomasz Gross” – jak już wiemy – napisane jest w Wikipedii dość chaotycznie, sporo w nim istotnych braków, a to, co jest, sprawia wrażenie przypadkowości oraz „zgniłego kompromisu” po setkach stoczonych bojów pomiędzy tworzącymi Wikipedię internautami. Gross budzi skrajne emocje, więc dlaczego tutaj miałoby być inaczej, prawda?

Zgaduję, że to właśnie z racji owej przypadkowości sekcja „Życiorys” kończy się niespodziewanie zdaniem informującym o tym, że niedawno na rynku ukazał się wywiad rzeka z Grossem, ale po lekturze książki wiem, że to zasłużone „wyróżnienie”. Pawlicka odpytuje badacza z wielką kulturą i szacunkiem, ale – całe szczęście – nie na kolanach. Autor „Złotych żniw” nie jest łatwym rozmówcą, wbrew własnym deklaracjom nie reaguje najlepiej na krytyczne uwagi i zdarza się mu zbywać nawet najbardziej rzeczowe i uzasadnione kontrargumenty czy zarzuty dotyczące np. błędów warsztatowych.

Natomiast z zupełnie innych powodów Gross raczej unika odpowiedzi na pytanie o to, kim jest i kim bardziej się czuje – Polakiem? Żydem? Amerykaninem? Słusznie zauważa, że przez pół wieku mieszkał w społeczeństwie, w którym te atrybuty tożsamości nie są postrzegane jako wzajemnie się wykluczające, ale od razu dodaje, że całe jego „życie intymne” odbywa się po polsku. Po polsku mówi do siebie, po polsku rozmawia z dziećmi, po polsku mówi z większością bliskich znajomych i z ukochaną kobietą. „Więc chyba przede wszystkim jestem Polakiem. Ale też i po trochu po prostu człowiekiem” – podsumowuje.

Jan Tomasz Gross, arcy-Polak piszący do innych Polaków, obsesyjnie marzący o tym, by – jak mówi Nina Smolar – „wyprostować historię narodu, którego czuje się cząstką”, a który „chce naprawdę podnieść z kolan”. Arcy-Polak, który wziął na siebie niewdzięczną rolę tego, który – nie zważając na cenę – powie Polakom „co trzeba”, a o czym łatwiej, milej i przyjemniej byłoby nie wiedzieć. Arcy-Polak, który – wedle słów Aleksandra Perskiego – zawsze zabiera głos „z pozycji Polaka, nieodrodnego syna swojej matki, który przyjął na siebie misję wychowania własnego narodu, opowiedzenia mu jego prawdziwej historii”. Arcy-Polak, który swoimi pisaniem budzi nasz gniew, smutek, niedowierzanie i poczucie winy, a w niektórych – tych mniej wartych wspomnienia, ale równie licznych – także wściekłość, nienawiść i wstręt. Arcy-Polak, którego niewygodna i zawsze budząca opór twórczość jest nam do ewentualnego zbawienia koniecznie potrzebna.

Jeden z ulubionych bon motów Grossa, który często lubi powtarzać, brzmi: „Moi Polacy wymordowali moich Żydów”.

„…bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek…”
Jan Tomasz Gross w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką
wyd. W.A.B., Warszawa 2018


Komentarze:

apacz15.06.2019, 09:36
Po pierwsze – profesor Gross ma rację, że tak długo, jak polskie społeczeństwo uczciwie nie przepracuje swojej przeszłości, nie ma szans na to, by szanowało godność innych czy godność swoich członków. Po drugie – profesor Gross na pewno kocha Polskę, ale jako historyk wcale nie ma takiego obowiązku i nawet gdyby Polski nie kochał, to miałby prawo o niej pisać.
mopus1115.06.2019, 09:08
„Do pogromów doszło także w Rumunii, na Węgrzech, w państwach nadbałtyckich… ”
Owszem doszło, ale co to ma do rzeczy? Czy usprawiedliwiamy mordercę, bo inni też mordują?
majkdzeger15.06.2019, 16:46
– What is a difference between a cow and the holocaust ?
– One can not milk a cow for 70 years.
inenarrabilis15.06.2019, 07:54
Co to w ogóle za pomysł, by brać hasła z Wikipedii na serio? To amatorszczyzna, robiona często przez ludzi niedouczonych. Którzy zwykle nie mają pojęcia, jak skonstruować dobre hasło encyklopedyczne (niełatwa, wbrew pozorom, sztuka).
Cobalt_16.06.2019, 13:32
Moze ktos wreszcie wejdzie do Jedwabnego i zrobi ekshumacje? Bo na razie to doly sa, ale ile ofiar nie wiadamo do dzisiaj.
pawelbest15.06.2019, 17:26
Czytałem ,byłem wstrząśnięty ,ale nie zmieszany.
Ludzie to nie są łagodne zwierzęta, w każdym z nas „drzemie komendant z Treblinki”.
tebos16.06.2019, 19:08
Endogenny antysemityzm jest przerabiany na okraglo i do znudzenia. Ale dobrze, bo to paskudna cecha. Nie widze w tej debacie jednak najmniejszej checi (spolecznosci zydowskie, GW) zeby przeduskotowac zródla tego problemu a w szczególnosci co spolecznosci zydowskie powinny robic zeby byc lepiej postrzeganymi w innych spoleczenstwach.
23715.06.2019, 10:53
Ksiazka wyszla rok temu. Ciekawe, ile czasu ten tekst lezal w redakcji w oczekiwaniu na publikacje. Tzn. Ile czasu red. Michnik dojrzewal do tego, by go puścić w GW.
medor16.06.2019, 21:21
Profesor Norman Finkelstein :
„Tak, wiem. Polska i jej słynna samokrytyczna inteligencja. Ludzie, którzy uważają, ze każda krytyka Żydów to antysemityzm, a jednocześnie cały czas ostro krytykują swój własny naród. Mówią, że robią to ze szlachetnych pobudek, ale w rzeczywistości robią to dla kasy. Wyleją kubeł pomyj na Polskę, a potem pędzą do USA, aby przeczytać pochwalne recenzje w tutejszych gazetach, zostać poklepanym przez tutejsze autorytety”.

Finkelstein nie ukrywał, że przykładem tego typu zachowania jest Jan Tomasz Gross. O jego „Sąsiadach” powiedział, że to książka „wielkości komiksu i o takiej mniej więcej wartości intelektualnej”. Według uczonego Gross wiedział jednak znakomicie, co się opłaca na Zachodzie. „W Ameryce zajmowanie się Holocaustem przynosi świetne pieniądze. A jeśli jeszcze dostarczysz dowody potwierdzające, że Polacy to obrzydliwi antysemici, to wtedy masz gwarancję, że ogłoszę Cię tu bohaterem. (…) Gross napisał tą książkę by dostać posadę w Princeton”
Profesor Norman Finkelstein to mieszkający w USA żyd polskiego pochodzenia, syn ocalałych z Holocaustu. Jako politolog specjalizuje się w dziedzinie konfliktu palestyńsko-izraelskiego oraz Holocaustu.

pawelbest15.06.2019, 17:22
Tacy jak ty byli na Złotych żniwach.
ablewski1961nz16.06.2019, 21:25
Co tu mielić, przecież facet ma rację. Tak było. Wglądam przez okno, a na skraju lasu zbiorowy grób kilkunastoosobowej rodziny żydowskiej, którą zamordowali chłopi z najbliższej wsi.
janzdechlak16.06.2019, 20:17
Nie należy traktować polskiej Wikipedii zbyt poważnie. W ostatnich latach została opanowana przez pisiorskich zakłamywaczy. Artykuły, ktore mogłvby się nie podobać Prezesowi, są zakłamywane lub znikają bez śladu jako „nieencyklopedyczne”.
blau32516.06.2019, 20:53
znowu giewu wyciąga jakiegoś śmierdzącego sztokfisza. Weźcie wy sobie no nędzne indywiduum wsadźcie ….za kapelusz. I niech on się w Polsce nie pojawia. Lepiej. „historyk”. Kłamliwy parazyt.
medor16.06.2019, 21:36
Nie wiemy dokładnie co się stało w Jedwabnem. Zbrodnia była, śledztwo przerwano a winni się od razu znaleźli bo obowiązującą wersję wg opowieści Szmula Wasersztajna – byłego pracownika UB i mieszkańca Jedwabnego – na kanwie którego niepokalanej opowieści o zdarzeniach, których osobiście wprawdzie nie był świadkiem ( ale jaki problem? ) powstała znana i wepchana całemu światu książka Grossa, jak to się wyraził badacz tematu Norman Finkelstein – o charakterze i poziomie komiksu, którą jednogłośnie (wiadomo kto głosy liczył) wzięto za badanie naukowe.
Na szczęście nie wszyscy dali się nabrać choć wielu tak.
Anatomię nie tylko tego kłamstwa ale i całej hucpy jaką rozpętano na analizuje się i opisuje w książkach, wywiadach i reportażach dostępnych na Youtube.
Oczywiście robią to wiadomo kto… antysemici… ha ha ha ha!!!
propolski2316.06.2019, 21:09
Wymordowanie polskich policjantów w Sarnach

Profesor Ryszard Szawłowski zamieścił w swej dwutomowej monografii wojny polsko-sowieckiej 1939 roku relację pani J.R. z Wołynia o mordzie na polskich policjantach w Sarnach, wkrótce po wkroczeniu Sowietów do tego miasta. Pani J.R. pisała: „Żydzi z bronią krótką w ręku wraz z kilkoma żołnierzami radzieckimi prowadzili polską policję granatową, plując na nich, krzycząc „przepuścić tych psów”. Policja szła bez pasów, z rękami w górze, szli na śmierć. Szli w pięciu grupach, około 300 osób. Szli w stronę mostu na rzece Słucz w las.
Przez te ciężkie lata nigdy żadna wzmianka o ich losie, grobach, nie przywróciła ich pamięci. Więcej w tej sprawie nie mogę powiedzieć, ponieważ musieliśmy uciekać w stronę Lwowa na Przemyśl (…) Cześć ich pamięci! Chyba w tej sprawie znajdą się inni Polacy, co widzieli”. (Cyt. za : R. Szawłowski : op.cit.,t.1,s.390)

Gen. Stanisław Sosabowski (wspomnienia „Droga wiodła ugorem”):

„Gdy się zjawiłem na ul. Halickiej, starsza siostra żony i ciotka – rodzice bowiem już nie żyli – zachowały się tak, jakbym był duchem.
– Na miły Bóg – mówiły – uciekaj stąd, tu się dzieją straszne rzeczy – zaczęły wyliczać, kto został aresztowany, kto już rozstrzelany. – Miejscowi nacjonaliści ukraińscy, Żydzi denuncjują wszystkie byłe wybitniejsze osobistości.”

62robert16.06.2019, 21:03
Trzeba przyznać się do własnych, narodowych grzechów – a są straszne (patrz np. Miasta Śmierci) – nie czekając na spowiedź innych.
mr.off17.06.2019, 16:27
Poniewaz cenzor GW usunal moj komentarz wklejam go powownie proszac GW o szanowanie Konstytucji RP (wolnosc slowa), Prenumeratorow, regulaminu forum i netykiety.
*
mr.off 16.06.2019, 23:58
Nie mam czasu na dluzszy komentarz wiec wkleje tu tylko fragment przypisow do hasla ‚Jan Tomasz Gross’z Wikipedii:

↑ Skocz do: a b c d e f g h Grzegorz Wysocki, Jan Tomasz Gross: niewygodny arcy-Polak. Z Wikipedii wynika, że jest trzeciorzędnym historykiem czasem budzącym kontrowersje, wyborcza.pl, 15 czerwca 2019 [dostęp 2019-06-16] (pol.).

pokazujacy jak niebywale szybki i zapobiegliwy jest Gross (?), Wysocki (?), biograf (?), agent(?) Grossa, ktory 15.06.2019 umiescil w Wikipedii przypis do tekstu, ktory ukazal sie 15.06.2019 w GW.

Dodajac sprostowanie do tytulu tekstu powyzej: J.T.Gross nie jest trzeciorzednym historykiem, a trzeciorzednym socjologiem i fizykiem.

Czy budzi kontrowersje, czy nie, czy jest arcy- czy anty- Polakiem jest bez znaczenia, gdyz, jak powiada prof. A.Smolar ‚traktowanie Janka [J.T.Grossa – przyp. mr.off] jako znawcy stosunków polsko-żydowskich jest, najdelikatniej mówiąc, nadużyciem, bo on o Żydach wie niewiele; jego nie interesuje historia Żydów, on zajmuje się historią Polaków i ich stosunku do problemu żydowskiego”.

Oznacza to tyle, ze to co pisze Gross to co najwyzej publicystyka, ale na pewno nie nauka.

Wiec Gross moze sobie pisac co chce, tym bardziej, ze pisze przede wszystkim dla srodowisk zydowskich i przede wszystkim w Stanach. Wiedzac, co napisac, jak powiada prof. Norman Filkenstein, amerykanski politolog zajmujacy sie m.in. Holocaustem powiadajacy – co przytacza w swoim komentarzu @medor – że ‚Sasiedzi’ to książka „wielkości komiksu i o takiej mniej więcej wartości intelektualnej”. Jak pisze dalej @medor ‚według Filkensteina Gross wiedział znakomicie, co i jak się opłaca pisac na Zachodzie: „W Ameryce zajmowanie się Holocaustem przynosi świetne pieniądze. A jeśli jeszcze dostarczysz dowody potwierdzające, że Polacy to obrzydliwi antysemici, to wtedy masz gwarancję, że ogłoszę Cię tu bohaterem. (…) Gross napisał tą książkę by dostać posadę w Princeton”’.

biskup 217.06.2019, 16:43
Znowu Gross i polskie zbrodnie, na pierwszej stronie i polski współudział w Holocauście… Kiedy wreszcie z łamów GW dowiemy o się dużo większych zbrodniach na Żydach, o ludobójstwie, które przeprowadzili Litwini, Łotysze – ze swymi komandami Arajsa itp., Ukraińcy? Ponary koło Wilna – mord na 20 000 Polakach i kilkudziesięciu tyś. Żydach dokonany przez Litwinów+Niemców, potężne pogromy w Kownie – nakręcone kamerami, Babie Doły na Ukrainie, Słowacja, Francja – prawdziwa kolaboracja z Niemcami i współudział realny tych nacji w Holocauście, Chorwacja, Rumunia. Teraz pytanie – jak to jest, że zachodnia tel. Kręci 13 odcinków cyklu „Kolaboranci III Rzeszy” (do obejrzenia w kablówkach) i nie ma Polski?? Toż to niepoprawne politycznie…zapomnieli o Polsce…szok…a może to prawda, po prostu nie kolaborowaliśmy. Jak to, że Rumkowski – Żyd i kolaborant nazistowski, szef getta w Łodzi w Angielskiej Wikipedi stał się….Polakiem…wkrótce Hitler będzie Polakiem, „polskie obozy” już od dawna są……
biskup 217.06.2019, 16:33
„Możesz komentować, dołącz do dyskusji, bo jesteś naszym prenumeratorem….” Dlaczego KŁAMIECIE, że można komentować??. Jeśli ktoś nie przeklina, nikogo nie wyzywa, nie wzywa do przestępstw – macie obowiązek zamieścić komentarz, a jak nie – zwrot kasy i by-by…
Hurgot20.06.2019, 23:36
Jak długo będziemy myśleć – jestem Polakiem, zamiast – jestem człowiekiem, do niczego nie dojdziemy.

Bez zbędnego bagażu – Maria Hawranek (SZANUJĘ, NIE MARNUJĘ), „Wysokie Obcasy” nr 24 / 2019

Maria-Hawranek.jpg

Co zabrać ze sobą w podróż? Jak ograniczyć ilość bagażu i wagę walizki? Jak wyzwolić się z nadmiaru.


Czwarta klasa podstawówki, pierwsza zielona szkoła w ośrodku harcerskim w Borach Tucholskich. Pakujemy się do autokaru. Moja torba jest największa ze wszystkich porzuconych przed lukiem. Podobno zabrałam nawet żelazko.

Pakowanie to czynność, która potrafi wytrącić z równowagi, pozbawić snu, a nawet zdrowego rozsądku – kto twierdzi, że nie wyciągnął ze zdumieniem z bagażu czegoś niezbędnego, co miało się przydać, a pozostało nietknięte, ten oszust (ja na przykład – prysznic solarny). Jak wszystkie nasze lęki, także ten odzwierciedla wyszukiwarka Google’a – pytanie „Jak się spakować?” ma 1,7 mln wyników. Frapuje nas, jak upchnąć rzeczy, „żeby mniej zajmowały” lub zmieściły się „do podręcznego w Ryanairze”. W apogeum reisefieber pytamy też wyszukiwarki: „Czy wszystko spakowałam?” (również 1,7 mln wyników).

A co, gdyby zamiast nakręcać przedwyjazdową gorączkę, spojrzeć na pakowanie jak na szansę na – mówiąc górnolotnie – wyzwolenie?

Pierwsza z wielkiej trójki zasad zero waste to reduce – ogranicz liczbę odpadów, zakupów i wszelkich rzeczy, które masz, bo każda z nich zostawia jakiś ślad. Każda została gdzieś wyprodukowana przy użyciu różnych zasobów, opakowana, skądś przewieziona i prawdopodobnie niebawem wyląduje na śmietniku. Ograniczanie nie tylko jest ekologiczne, ale też zwyczajnie nas cieszy. Już ponad dekadę temu badaczom z Uniwersytetu Stanowego w San Francisco udało się wychwycić w badaniach to, co czujemy – że doświadczenia uszczęśliwiają nas bardziej niż przedmioty, a radość z wyjazdu na weekend przeżywamy mocniej i dłużej niż z nowej kurtki; m.in. dlatego tak bardzo lubimy podróżować. Mieć mniej kilogramów w drodze oznacza mniejszy ślad węglowy niezależnie od środka transportu, jaki wybierzemy, oraz więcej przyjemności i wolności – również od wybierania tego, w co dziś się ubrać i co kupić na pamiątkę, bo i tak żadna się nie zmieści.

No dobrze, więc jak to zrobić? Najlepszą szkołą były dla mnie wyjazdy w góry, gdzie każdy kilogram musiałam nieść na plecach. Sporo nauczyłam się też przez rok włóczenia się po Ameryce Łacińskiej, a ostatnio – gdy na świecie pojawił się Gutek.

Mam średniej wielkości plecak, tak bym po załadunku była w stanie go unieść – duże plecaki nadmiernie kuszą i wyzwalają lekkomyślność. Stosuję się do prostych zasad: biorę tyle ubrań, ile starczy mi na tydzień, takich, które się ze sobą komponują oraz dają włożyć na cebulkę (i oczywiście nie wymagają prasowania, którego unikam nawet w domu). Układam je na jakiejś płaskiej powierzchni – szafce, podłodze, łóżku. Obowiązkowo: czarne legginsy, krótka, dopasowana spódnica, koszulki na ramiączkach, ze dwie koszule, cienka puchówka, która po złożeniu jest wielkości pięści, kurtka softshell na deszcz i wiatr. Stawiam na jednokolorowe ubrania, bo łatwo je ze sobą łączyć, plus dodatki na dni ciepłe – strój kąpielowy, chusta (i na plażę, i na ramiona) – oraz zimne: cienka czapka, koszulki termiczne, a także naszyjnik na wyjścia. Dorzucam: ręcznik z mikrofibry, nożyk Opinel, bawełniany worek na bieliznę, dwa woreczki strunowe na ładowarki i rzeczy, które mogą się rozlać. Biorę i czytnik, i papierową książkę (chyba że idę w góry, wtedy tylko czytnik). W kosmetyczce mam szampon (można nim umyć wszystko), podstawowy zestaw do pielęgnacji twarzy i zębów, mieszczę też tusz, pilniczek i mały róż. Na koniec zadaję sobie zestaw pytań pomocniczych.

Kiedy ostatnio się w to ubrałam? Co się może stać, jeśli nie będę tego czegoś przy sobie mieć? Odrzucam. A pamiętasz, że tam, dokąd jedziesz, są sklepy? I pralnie? Znów kilka rzeczy odkładam na bok.

Gutek na pokładzie sprawę nieco komplikuje, a minimalistyczne pakowanie zależne jest od charakteru wyjazdu. Na tydzień na rowery naszej trójce udaje się zmieścić w cztery sakwy, na kilkumiesięczną podróż samochodową po Hiszpanii mamy bagażnik wypchany aż po sufit, a w nim m.in. sylikonową miskę, bo Gutek aktualnie boi się słuchawki prysznicowej. Za to wszędzie sprawdzają nam się ubranka z wełny merino, które nie tylko nie gryzą, ale także, gdy jest zimno, grzeją, a gdy gorąco, chłodzą, mniej się brudzą oraz szybciej schną, a do tego mają właściwości antybakteryjne (nowe są bardzo drogie, ale używane można upolować).

Nieocenione okazują się organizery do pakowania – nie wiem, jak wcześniej mogliśmy bez nich żyć – zapinane na zamek, w różnych kolorach pozwalają zgrabniej upchnąć i łatwiej znaleźć to, czego szukamy. Uczymy się, że w drodze nie trzeba wielu zabawek, bo najfajniejsze i tak są kamyki, oraz że coś do jedzenia zawsze musi być pod ręką. Częściej zatrzymujemy się w miejscach z dostępem do pralki, więc okazuje się, że ostatecznie ubrań mogliśmy wziąć jeszcze znacznie mniej.

Muszę jednak ostrzec, że podróżowanie z ograniczonym bagażem ma skutki uboczne. Jest spora szansa na to, że podczas wędrówki bez niepotrzebnych rzeczy poczujecie się tak lekko, że gdy przekroczycie próg domu opanują was duszności i poczujecie nagłą chęć pozbycia się wszystkiego. Może nawet zechcecie żyć jak minimalista totalny, mój osobisty bohater, były prezydent Urugwaju José Mujica, który do znudzenia powtarza:

„Albo osiągniesz szczęście bez zbędnego bagażu, bo szczęście jest w twoim wnętrzu, albo nie osiągniesz nic”.

Maria Hawranek – reporterka, współautorka dwóch książek non-fiction z Ameryki Łacińskiej i bloga Intoamericas.com, prowadzi proekologiczny kanał na YouTubie „niedalEKO”

„Pośmiertne zwycięstwo Dmowskiego” (Dlaczego wygrywa PiS) – Jan Tomasz Gross, „Newsweek” nr 25 / 2019

grafika.jpg

Aby wygrać z PiS, trzeba w Polsce przewalczyć antysemityzm w głowach większości wyborców

 

Deweloperskie machlojki Kaczyńskiego, afera KNF, horror pedofilii w Kościele, kłamstewka i krociowe interesy premiera Morawieckiego, nieludzki bałagan w szkolnictwie, pacjenci umierający w poczekalniach SOR-ów… Dlaczego, pomimo wyjątkowo kompromitującego zdawałoby się splotu zdarzeń, które powinny były PiS w oczach wyborców pogrążyć albo przynajmniej osłabić, partia rządząca osiągnęła spektakularny sukces w wyborach europejskich? Wygrali dlatego, że potrafili przekupić Polaków kiełbasą wyborczą sfinansowaną z budżetu państwa i ciężko pracowali, objeżdżając miasteczka i wsie, mobilizując swoich wyborców do głosowania?

Pozwolę sobie zasugerować, że wyniki PiS przy urnie wyborczej zależą w równej mierze (a może nawet i bardziej) nie od tego, co partia robi, tylko od tego, czym PiS jest. I zamiast mówić o fali populizmu, który zalewa Europę, zauważmy, że PiS jest – odwołując się do kategorii politycznych umocowanych w polskiej tradycji – współczesną emanacją Narodowej Demokracji, nawet z wyraźnym przechyłem w stronę ONR.

I

Sto lat po odzyskaniu niepodległości i wielkiej frustracji obozu narodowego, który nie doszedł wówczas do władzy, chociaż starał się o to, jak umiał najlepiej (łącznie z zamordowaniem prezydenta Gabriela Narutowicza), naśladowcy Romana Dmowskiego rządzą. Zwycięstwo PiS w 2019 roku – mam również na myśli nadchodzące wybory jesienią – to pośmiertne zwycięstwo Dmowskiego.

Polacy wybrali PiS nie (tylko?, przede wszystkim?) dlatego, że dostali 500+ czy dodatkową emeryturę, ale dlatego, że w swojej większości są endekami. Jeśli tak jest, to oznaczałoby, że wyborcy PiS i opozycji demokratyczno-liberalnej różnią się od siebie światopoglądem, a nie, jak pokazują dane demograficzne, wykształceniem, poziomem frustracji, zamożności czy religijności, chociaż zapewne i tym lub owym również. Co to znaczy i jak sobie można z tym poradzić?

Po pierwsze, trzeba właściwie nazwać istotę endecko-oenerowskiego światopoglądu, z którym mamy do czynienia. Moim zdaniem jego kamieniem węgielnym – tak jak i w przedwojennym wydaniu – jest antysemityzm. A to prowadzi do konkluzji, że aby z PiS wygrać wybory, trzeba będzie w Polsce przewalczyć antysemityzm przynajmniej w takiej mierze, by chociaż część endeckiej publiczności zmieniła poglądy.

II

Należy oczywiście spierać się o zasady redystrybucji pieniędzy publicznych. Ale radykalna polaryzacja elektoratu; nienawiść (hejt), którą obrzuca się przeciwników politycznych; wojna polsko-polska, odbierająca rodzinom możliwość wspólnego zasiadania przy świątecznym stole, nie stąd się biorą przecież, że ktoś komuś obiecał kilkaset złotych więcej na dziecko albo emeryturę ekstra. Takie postawy zakorzenione są w poczuciu pogardy dla innego. W ten sposób endecy i oenerowcy myślą o Żydach.

Kaczyński powoli pracował nad uruchomieniem tego archetypicznego uczucia obrzydliwości w wyobraźni polskiego wyborcy. Już opowieść o uchodźcach, która wyniosła PiS do władzy w 2015 roku, osadzona była w imaginarium propagandy antysemickiej i to w jej najgorszym, bo nazistowskim wydaniu. Asocjacja Żydzi – wszy – tyfus z nazistowskich plakatów rozwieszanych w Polsce podczas okupacji w ustach prezesa PiS przybrała formę opowieści o zarazkach i pierwotniakach roznoszonych przez uchodźców i zagrażających zdrowiu polskiej rodziny.

Absurdalna wojna z postkomuną o dekomunizację, którą prowadzi PiS ćwierć wieku po tym, jak komunizm się w Polsce skończył, ma sens tylko przez odniesienie do żydokomuny – bo w wyobraźni endeka-antysemity komunizm to nie tylko żydowski interes, ale i zjawisko przekazywane genetycznie, co zręcznie zostało ujęte przez hasło „resortowe dzieci”.

O antysemickim impecie nowelizacji ustawy o IPN zrobiło się głośno na całym świecie. Protesty w Izraelu i w USA wywołały – w reakcji na żydowską hucpę i wtrącanie się w suwerenne prawo do stanowienia sobie ustaw – falę antysemickich głosów również w mediach publicznych. Znany proreżimowy dziennikarz napisał z widoczną ulgą, co myśli o „parchach”. Na anonimowy hejt antysemicki, który od dawna buszuje w internecie otwartym tekstem, już dawno przestaliśmy zwracać uwagę.

III

Kolejna fiksacja propagandowa PiS i jego prezesa – o zagrożeniu polskiej rodziny i cnoty narodowej przez LGBT – też jest zakorzeniona w antysemickim kanonie wyobrażenia o Żydach jako rozsadnikach demoralizacji i właścicielach burdeli prostytuujących chrześcijańskie kobiety….

Albo ostatni argument o planowanym rozbiciu Polski na dzielnice przez samorządowców (21 tez podpisanych w Gdańsku 4 czerwca), za którym to antypolskim knowaniem stoją pieniądze Sorosa. „Patrząc na chłodno” – zdaniem Michała Karnowskiego – „można dojść do wniosku, że Ktoś [tak w oryginale] (znacznie ważniejszy niż nasze krajowe kukiełki) postanowił rozwiązać wreszcie »problem polski«, postanowił zrobić porządek z Polską i Polakami. Taki porządek, który rozwiąże problem tego niepokornego narodu na długo, może na zawsze” (cytat za „Gazetą Wyborczą” z 12 czerwca). I w ten sposób, już bez żadnych uników, całkiem wprost „Protokoły mędrców Syjonu” kłaniają się w pas pisowskiej propagandzie. Nazistowska propaganda zresztą też, bo Endlosung den Judenfrage (rozwiązanie problemu żydowskiego) to standardowy eufemizm oznaczający eksterminację Żydów, który Karnowski, świadomie albo nie, przenicował na program wiadomo jakich „Ktosiów” skierowany przeciwko Polakom.

To, że w Polsce nie ma Żydów, nie ma nic do rzeczy. Wystarczy systematycznie stosować zasadę Romana Dmowskiego, że „wszystko w kraju jest żydowskie, za wyjątkiem Narodowej Demokracji” i znaleźć nośne słowo, które to „wszystko” (co PiS-em nie jest) odpowiednio nazwie: gorszy sort, łże-elity, postkomuna, resortowe dzieci, element animalny, zdradzieckie mordy czy pieniądze Sorosa….

IV

Polska jest dziwnym krajem, który na zdrowy rozum powinien był się po katastrofie Zagłady wyleczyć z antysemityzmu raz na zawsze. W żadnym kraju nie wymordowano w czasie II wojny światowej 3 milionów obywateli tylko dlatego, że byli wedle nazistowskich kryteriów Żydami. Tak pisał o tym nie Tuwim, ani Słonimski, tylko echt Polak, chłop z chłopów Julian Przyboś: „Nie mam siły potrzebnej do podniesienia głosu, by brzmiał tak donośnie i wstrząsnął tak głęboko, jak bardzo bolesną i jak okropnie, a sprawiedliwie oskarżającą jest sprawa antysemityzmu w Polsce. Tyle już razy myślałem o tym, jak straszną treść zawiera ten termin zużyty w publicystyce, brzmiący tak naukowo i obojętnie – tyle razy czułem wewnętrzny nakaz, że nie powinienem milczeć, że najpierwszym obowiązkiem Polaka umiejącego pisać – jest krzyczeć o tym, zaklinać, kruszyć sumienia – i tyle razy czułem swoją niemoc; czułem bezsiłę wobec ogromu hańby i wstydu, jakie ciążą na każdym z nas, na każdym Polaku….

Rzeź milionów Żydów w okresie niemieckiej okupacji nie wstrząsnęła sumieniami, niewinna krew nie oczyściła serc. Przeciwnie: hitleryzm zakaził wielu przeciwludzką nienawiścią i na tej nienawiści żerują hieny. Przed wojną – na człowieka, który dowodził, że Żyd jest szkodnikiem dlatego, że jest Żydem – patrzyłem z politowaniem, jak patrzy się na człowieka niespełna rozumu, z odrazą, jak na barbarzyńcę. Dzisiaj, po straszliwym doświadczeniu, które zdradziło, do czego wiedzie ta przeciwludzka bezmyśl i ta nieświadoma siebie żądza mordu – antysemitę uważam za potencjalnego mordercę. Patrzę w twarze znajomych i obcych, krążę wśród ludzi w Polsce, słucham rozmów – i ileż razy ogarnia mnie przerażenie, że żyję wśród obłąkanych i wśród możliwych zbrodniarzy” („Hańba antysemityzmu” w „Martwa fala”, str. 225).

Poeta pisał te słowa w rozpaczy, tuż po pogromie kieleckim, nie mogąc pojąć, jak po koszmarze Zagłady, która się rozegrała na polskiej ziemi bardziej niż gdziekolwiek indziej, zwykli ludzie mogli znowu zabijać Żydów. Dzisiaj, po upływie 75 lat od zakończenia wojny, antysemita jawiłby mu się zapewne bardziej jako ignorant niż potencjalny morderca. Ktoś, kto po prostu nie zna historii własnego kraju i powtarza antysemickie majaki, nie wiedząc, do jakich konsekwencji antysemityzm prowadzi, bo przecież większość ludzi we współczesnej Polsce uważa, że w czasie wojny Polacy ucierpieli tyle samo albo nawet bardziej niż Żydzi.

V

Za wstyd nieznajomości historii nie można winić jedynie resortu minister Zalewskiej, ale z systemem edukacji w pisowskich rękach na pewno nic się w tej sprawie nie poprawi. Na szczęście, współczesny wielki pisarz Szczepan Twardoch – a pisarze to „inżynierowie dusz” i trzeba uważnie słuchać, kiedy mówią, jak działa świadomość zbiorowa – też postawił diagnozę polskiego antysemityzmu i zasugerował sposób na jego przezwyciężenie: „Jestem przekonany, że jednym z fundamentów czegoś, co roboczo możemy określić jako polską współdzieloną tożsamość czy też świadomość etniczną, jest głęboko wyparta wiedza o całym złu wyrządzonym Żydom przez Polaków w czasie wojny. (…) Fałszywa świadomość jest źródłem cierpień. To, co wyparte, i tak prędzej czy później wychodzi na jaw i obnaża mizerię urojonego bohaterstwa i świętości. Polska jest chora na fałszywą świadomość i z tego powodu gnije od środka.

Zaprzeczanie prawdzie jest moralnym gniciem. A wystarczyłoby poczytać żydowskie wspomnienia z okupowanej Polski. Nikt rozsądny nie może ich nazwać antypolską propagandą, bo nikt nie pisze o śmierci swoich dzieci, sióstr, rodziców, o upokorzeniu, upodleniu i odczłowieczeniu po to, aby uprawiać propagandę. To są świadectwa głęboko emocjonalne i bardzo osobiste. Opowiadające o losie żydowskich współobywateli, ale i o nas. I nie jest to obraz zgodny z tym, że Żydów mordowali wyłącznie Niemcy, a Polacy byli tymi, którzy wyłącznie pomagali. Nie. Po prostu nie jest. W każdej bibliotece i księgarni są dziesiątki takich książek. Po polsku. Wystarczy czytać świadków: Perechodnika, Edelmana, Auerbach, Pachter, Simchę Rotema, Simchę Binema Motyla i innych” („Newsweek” 31.12.2018).

Rozumiem, że namawianie wyborców do czytania książek nie jest wypróbowanym chwytem w kampanii wyborczej. Ale gdyby tak na przykład namówić 30 albo 40 najbardziej znanych aktorów i aktorek do odczytania przed kamerą fragmentów – niedługich, najwyżej 5-minutowych – świadectw Żydów, którzy przeżyli okupację w Polsce, i zawiesić je w internecie, aby były powszechnie dostępne? Niechby choć połowa publiczności, która oglądała film Sekielskich, zainteresowała się tymi nagraniami… Może byłaby to skuteczna lekcja grozy antysemityzmu, przemawiająca do wyobraźni Polaków?

Tak czy owak, liberalno-demokratyczna opcja w polskiej polityce nie wygra z endekami, dopóki nie wyperswaduje antysemityzmu z głowy większości wyborców.

Jan Tomasz Gross

„ROBIĘ TO, NA CO MAM OCHOTĘ” – ROZMOWA ZE ZDZISŁAWEM BEKSIŃSKIM

z20465502V,Zdzislaw-Beksinski-w-swoim-domu-na-Sluzewiu--1996-.jpg

ZDZISŁAW BEKSIŃSKI – wybitny malarz, rzeźbiarz, fotografik, rysownik. Prawdziwą sławę zyskał jednak jako malarz. Zajmował się malarstwem fantastycznym, wizjonerskim, figuratywnym. Nigdy nie nadawał swoim obrazom tytułów. Jego malarstwo stało się popularne w latach 80. nie tylko w kraju, ale i zagranicą, promotorem jego twórczości był paryski marszand Piotr Dmochowski, który zorganizował wiele wystaw we Francji, Belgii, Niemczech i Japonii. Od 1989 do 1996 istniała w Paryżu autorska galeria Beksińskiego o nazwie „Galerie Dmochowski – Musée galerie de Beksinski”. Na początku lat 90. miał stałą wystawę w prywatnym muzeum sztuki europejskich krajów wschodnich, w Osace, w Japonii.

 

Zdzisław Beksiński został zamordowany w swoim warszawskim mieszkaniu w nocy z 21 na 22 lutego 2005 roku. Cały dorobek artystyczny przekazał testamentem Muzeum Historycznemu w Sanoku, mieście, w którym się urodził.

 

Był ojcem znakomitego tłumacza i dziennikarza Tomasza Beksińskiego, który popełnił samobójstwo w 1999 roku.

 

Pana fotografie, uważane za największe osiągnięcie fotografii w po wojennej Polsce, łączono z awangardą. Pana malarstwo jest postmodernistyczne. Ktoś powiedział nawet, że jest wizytówką postmodernizmu. Skąd takie przejście?

 

– Nie tylko ze względu na fotografię należałem niegdyś do awangardy. Robiłem abstrakcyjne kompozycje z metalu, rzeźbiłem, trochę rysowałem. Próbowałem także pisać – i to także było w tym okresie trochę awangardowe. Były to rozmaite dziwne historie, które najczęściej nie miały początku ani końca. Patronowała im francuska antypowieść, głównie Robbe-Grillet, którego wtedy czytałem. Oszołomiły mnie jego manipulacje czasem. Większość moich ówczesnych opowiadań była krzyżówką Robbe-Grilleta z Kafką i Borgesem. Ludzie podsuwają mi Tolkiena czy Ursulę K. Le Guin, mówiąc, że to w moim stylu, ale byłem w swych próbach literackich niesłychanie daleko od gotyckiej fantastyki. A postmodernizm? O nazwy nie należy mnie pytać. Ja się tym nie interesuję.

 

Powiedział pan kiedyś, że malarstwo jest kłamstwem…   

 

– Nawet nie pamiętam, przy jakiej okazji to powiedziałem. Teraz właściwie tego nie rozumiem.

Interesował się pan pisarstwem, filmem, rzeźbą, fotografią. Jaki wpływ wywarły te zainteresowania na charakter pana obecnej twórczości?   

 

– Wszystko ma wpływ na wszystko. Przepraszam za komunał. Niewątpliwie to, co robię od dobrych dwudziestu lat, jest w jakiś sposób zakorzenione w tym, co robiłem w młodości. Ale oczywiście tymczasem wiele się zmieniło i we mnie, i w moim spojrzeniu na sztukę. Prześledzić ścieżkę wpływu? Ja się po prostu nad tymi rzeczami nie zastanawiam. Robię to, na co mam ochotę, i innym zostawiam klasyfikowanie tego, co robię.

 

Zajmował się pan również dźwiękiem…   

 

– Miałem i mam kompletnego bzika na punkcie nagrywania wszystkiego bez wyboru, zarówno na magnetofonie, jak i kamerą wideo. Dla mnie, człowieka starej daty, wychowanego w świecie, w którym dominowały żarna i żelazko na węgiel, nagrywanie jest kreowaniem jakiegoś cudu. Ruch i słowo ulegają pozornemu zatrzymaniu w czasie! Zaczęło się to gdzieś na początku lat pięćdziesiątych, kiedy zetknąłem się z pierwszą przystawką magnetofonową. Potem, w latach siedemdziesiątych, zbudowałem studio dźwiękowe w Sanoku – ze starych magnetofonów. Musiałem samodzielnie przestudiować elektronikę w zakresie wzmacniacza małej częstotliwości, bo wtedy niczego nie było w handlu, więc sam musiałem skonstruować miksery, pulpity pogłosowe i inne takie. Robiłem rozmaite montaże dźwiękowe, co było, jak dziś widzę, w pewnym stopniu podobne do niektórych nagrań Reicha, Bryarsa, Glassa czy Eno, zaliczanych do minimal art. W rozmaitych zresztą amerykańskich kompozycjach z tego okresu widzę coś podobnego do tego, co ja robiłem. Multiplikacje dźwięku, przepuszczanie taśmy przez kilka magnetofonów kolejno, z mieszaniem tego dźwięku w ten sposób, że narastał, dodawanie słów. Tym się bawiłem. Tyle że było to na bardzo niskim poziomie technicznym, bo sprzęt, który mogłem wtedy zmontować z amatorskich magnetofonów, nie mógł osiągnąć poziomu, jaki dzisiaj możliwy jest przy użyciu komputera. Dla mnie zasadniczym problemem nie do przeskoczenia było narastanie z kopii na kopię szumów i zniekształceń. Dziś technika cyfrowa usunęła ten problem radykalnie.

 

Pana pracownia w ogóle przypomina studio nagrań.   

 

– Jest tu sporo urządzeń do słuchania, ale do nagrywania tylko mikrofon i magnetofon. Przez długi czas musiałem nagrywać na żądanie swojego byłego wspólnika [Piotr Dmochowski – R.G.], który chciał, żeby nasze rozmowy były rejestrowane. Ale gdy potem zaczął pisać jakiś dziennik na temat naszych spotkań i rozmów, zacząłem z własnej inicjatywy nagrywać dla siebie. Zademonstrował mi bowiem pod koniec tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku kilka stron z dziennika, które w moim odczuciu były manipulacją.

W obawie, że po mojej śmierci jego zapiski staną się jedyną informacją na mój temat, zacząłem na taśmie rejestrować każdy jego pobyt. Powiedział mi, że od tego momentu przestał prowadzić ten dziennik i nie musiałem już żywić obaw, ale na wszelki wypadek nagrywałem nadal.

 

Pana obrazy przedstawiają umierający, apokaliptyczny świat, świat bez Boga. Czym wobec tego jest dla pana Bóg?   

 

– Nie jestem człowiekiem wierzącym, a przynajmniej nie w powszechnym rozumieniu tego słowa. Po prostu nie używam terminu Bóg, ale nie znaczy to, że nie zastanawiam się nad istotą rzeczy. Z całą pewnością nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

 

Podchodzi pan do świata krytycznie…

 

– Ja?

 

A w pana obrazach nie ma krytycyzmu?   

 

– W moich obrazach w ogóle znajduje się niewiele treści. Ludzie sami dopisują sobie rozmaite rzeczy. Jest tak jak z testem Taylora. Każdy interpretuje je zgodnie z własną psychiką. Nie chcę się tu wypierać tego, że mam nieokreślone potrzeby namalowania czegoś własnego, jeśli idzie o atmosferę i wyraz. Ale to nie jest ściśle zwerbalizowane i w żadnym wypadku nie ma charakteru moralistycznego. Nie usiłuję nikogo krytykować ani nawet specjalnie przyglądać się światu. Świat oczywiście interesuje mnie. Jestem szalenie do życia przywiązany.

Bez sensu jednak byłoby mówić, że kogoś pragnę pouczyć. Musiałbym popaść w komunały, takie sobie cierpienia starego Wertera: że życie jest bezsensowne, że śmierć jest nieodłącznym losem człowieka – przecież wszyscy przeżywamy to tak samo jak popęd płciowy, głód, potrzebę snu. Maluję to, co maluję, bo po prostu pewne krajobrazy, pewne sceny interesują mnie bardziej, a przyczyna tego nie jest dla mnie samego oczywista. To, że malowanie destruktów bardziej mnie pociąga – lub raczej pociągało – od wyrażania harmonii, wynika chyba w znacznie większym stopniu z malarskości niż z ideologii. Mówię cały czas o moim malarstwie sprzed dziesięciu lat. Dzisiaj maluję już właściwie co innego.

 

Czy to tylko sprawa techniki?

 

– Nie. Dotyczy to raczej wyobraźni. Swego czasu, w bogatszych rodzinach był zwyczaj stawiania sobie w ogrodzie ruiny. Projektował ją architekt, po czym przychodzili murarze i stawiali takie pęknięte portale i strzaskane kolumny. No i ja mam taką potrzebę romantycznych ruin. Tylko trochę inaczej je buduję. Stwarzam pewien dystans, otwieram – jak mi się wydaje – pewien cudzysłów, ale niestety moi odbiorcy tego nie zauważają.

 

W centrum pana twórczości jest człowiek, a właściwie coś do niego podobnego obdartego ze skóry. Czy nudzi pana ludzkie ciało?   

 

– Co jest u licha z tą skórą? Stale mi wypominacie obłażącą skórę. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych namalowałem nie więcej niż osiem obrazów przedstawiających postacie lub twarze o łuszczącej się i pozszywanej skórze. Powód był ściśle formalistyczny, ale przypisano mi zamiar jakiegoś protestu przeciw wojnie i napalmowi, bo w modzie był protest. Ludzie mają wprost nieskończone zapotrzebowanie na komunał! Chyba szkoła z tymi wszystkimi interpretacjami „co poeta miał na myśli” wpaja im ślepotę, bo jest to rodzaj ślepoty. Tak jakby mieli hełmy wirtualne na głowach i nie widzieli tego, co im się daje do obejrzenia, a widzieli tylko to, co mają zaprogramowane. Oczywiście mój rzekomy protest wydał się tym amatorom komunału niezbyt przekonujący, bo wprawdzie skóra obłazi, ale postacie są we wdzięcznych pozach i rozmaitych „przegibach i szarmantach”, z kokardami i na wysokich obcasach. Coś im się nie zgadzało, ale uznali to za efekt mej nieudolności. Wtedy jeszcze czytałem recenzje i usiłowałem wyjaśniać. Potem dałem spokój. Dziś wróciłem do postaci ludzkiej i twarzy. Traktuję je jednak jako temat do wariacji. Temat doskonale znany każdemu, więc ułatwić powinien śledzenie samych wariacji. Może ktoś to zauważył. Ci jednak, którzy ze mną rozmawiają, bo recenzji już od dawna nie czytam, nieustannie majaczą o trupach, czaszkach, kościach, obdartej skórze. Najprawdopodobniej jeśli raz coś zostało napisane, to już tak musi zostać! Za panią matką idzie pacierz gładko. Oczywiście niechże pan nie sądzi, że moim zdaniem w malowaniu kości, czaszek lub obdartej skóry jest coś złego, ale ja tego nie robię! Chciałbym natomiast, by moje liczne malarskie wariacje na znane powszechnie tematy miały pewną cechę wspólną, którą jest styl, sposób widzenia, konstrukcja formy i sposób położenia farby, tak aby za pierwszym spojrzeniem można było powiedzieć, że to zrobił Beksiński.

 

No i to się panu udało.   

 

– Bóg zapłać za dobre słowo.

 

W pana obrazach jest śmierć. Niektórzy mówią, że pan ma obsesję na punkcie śmierci. Czy to prawda?   

 

– A pan nie boi się śmierci?

 

Jeszcze nie…   

 

Co to znaczy jeszcze?! W każdej chwili może przyjść. Kiedy byłem młody, nie bałem się śmierci w taki sposób, w jaki boję się dzisiaj: w sensie bólu, braku oddechu, wydalania pod siebie i duszenia się. Natomiast bałem się nieistnienia i odczuwałem samotność śmierci. I to był problem zasadniczy, z którym nigdy nie dałem sobie rady. To jest tak jak z pornografią: w ukryciu chętnie oglądamy, ale publicznie wypada wybrzydzać i mówić, że to dla prostaczków, a na nas nie robi to wrażenia. W Europie niechętnie się na temat śmierci mówi publicznie, ale chyba każdy odczuwa lęk. Świadomie nie mam zamiaru malować śmierci. Gadanie o tańcach śmierci, szukanie na moich obecnych obrazach czaszek i kości jest zawracaniem głowy. Niektóre moje dawniejsze obrazy miały być persyflażem malarstwa manierystycznego i dziewiętnastowiecznego. Stąd czaszki, węże i inne takie. Zadaję sobie pytanie: z czego bierze się to, że ludzie w moich obrazach widzą czaszki i kości? Może stąd, że maluję głowy bez włosów – ale robię to dlatego, że występują tu pewne problemy techniczne. Włosy maluje się bardzo łatwo, ale przy zastosowaniu innej formy kładzenia farby niż ja stosuję. Dlatego najczęściej maluję głowy rzeźbiarskie. Teraz widzę, że wszyscy ogolili głowy na zero: Bruce Willis i mój syn, a nawet niektóre żeńskie prezenterki MTV, więc może w końcu czaszki będą na tyle powszechnie widoczne, że głowy namalowane na moich obrazach przestaną być postrzegane jako kuriozum.

 

Mówiliśmy o lęku. Mnie się wydaje, że pana twórczość wyrasta z lęku. Czego boi się Beksiński?

 

– Chyba potrzeba twórczości w ogóle wyrasta z lęku, bo przecież nie jest sposobem na życie. Byłby to najgłupszy sposób zarabiania na życie. Inwestowanie na giełdzie jest dużo lepszym sposobem. Jeżeli ktoś zajmuje się przez całe życie takim szaleństwem jak smarowanie obrazów, to prawdopodobnie z czegoś to wynika. Może chce walczyć z czasem w jedyny dostępny sobie sposób i coś po sobie zostawić.

 

Częstym motywem pana twórczości jest morze, kadłub statku, krzyż. Dlaczego właśnie do tych symboli pan wraca?

 

– Nie wiem.

 

A czym one są dla pana?

 

– Nie znoszę symboliki! Morze jest morzem, kadłub statku jest kadłubem statku, a krzyż jest krzyżem. Nic więcej. Freud zrobił doktorat na interpretacji symboli, ale ja nie maluję symboli. Ja obraz najczęściej widzę. Pomysł przychodzi mi do głowy w formie wizualnej. Używałem dawniej słowa wizja, ale wszyscy myśleli, że mam jakieś wizje quasi-narkotyczne. Po prostu widzę kształt i chcę ten kształt namalować. Ze względu na to, że to, co widzę, formuję w trakcie pracy po swojemu, chodzi mi o proste stereotypowe tematy, które zna każdy. Morze, słońce, chmury, drzewo, postać ludzka, pies, krzyż to są w naszym kręgu kulturowym rzeczy pierwsze, proste i podstawowe. Wizualne standardy. Można je znacznie odrealnić, można na ich podstawie budować ciąg formalnych wariacji, bo temat jest dla każdego jasny. Jeżeli chciałbym namalować procesor analogowo-cyfrowy pływający w śmietanie, nie byłbym w stanie odejść od najdokładniejszego, fotograficznego odwzorowania, nie mógłbym zająć się przekształceniem, deformowaniem i wariacjami, które mnie pociągają, gdyż natychmiast wszystkim umknąłby ich temat. Mechanizm ten doskonale opisał Lem: im bardziej skomplikowany temat, tym prostsza musi być forma, i przeciwnie, bo inaczej pogrążymy się albo w banale, albo w nieczytelności.

 

Powiedział pan kiedyś, że chciałby malować ładne obrazy. Co to jest „ładne malarstwo”?   

 

– To nie do końca dopracowana myśl. Chyba brakuje mi umiejętności jej wyrażenia. To jak z malarstwem Vermeera. Obszar informacji w nim jest żaden, jest komunałem – zamiast kobiety w kapeluszu czy też czytającej list, czy też nalewającej mleko, mógłby być mężczyzna pijący kawę czy łowiący ryby. Format też nie odgrywa roli. Dokładność namalowania także. Wielu trzeciorzędnych malarzy maluje dokładniej, a nawet potrafi zapewnić większe prawdopodobieństwo gestu. Więc gdzie mieści się tajemnica tego, że są to jedne z najwspanialszych obrazów w historii? Właśnie tego nie da się ująć w słowach! Wartość obrazu, czyli jego piękno, nie da się ująć w kategoriach racjonalnych. To trzeba odczuć w kontakcie z obrazem. Jedni są sensytywni i odczuwają, inni zaś nie. Mogą mieć olbrzymią wiedzę i doktoraty z historii sztuki, ale jeśli nie mają wrażliwości, to i tak zobaczą tylko, że kobieta nalewa mleko. Podobnie jest z muzyką. Użyłem kiedyś określenia „ładne malarstwo” i teraz za to muszę odpowiadać, ale miałem na myśli to coś, co powoduje, że muzykę lub malarstwo odbieramy jako wstrząs, jako poruszenie.

 

Zapytałem o to, bo takie określenia jak „ładny obraz” czy „ładne malarstwo” brzmią jak uproszczenie.   

 

Jak już mówiłem, chodziło mi o ukryte piękno. Chciałbym malować obrazy, które by tym pięknem emanowały. Ktoś powiedział, że poetą się nie jest, lecz się bywa. Dotyczy to też malarstwa. Człowiek maluje jeden obraz, drugi, dziesiąty i to jest jego przeciętny standard. I nagle dwudziesty czy dwudziesty pierwszy okazuje się czymś szczególnym, tak jakby ktoś poprowadził mi rękę i namalował go za mnie. Nie umiem potem tego powtórzyć. Ale tak na pierwszy ogląd to te szczególne obrazy w niczym się nie różnią od tamtych standardowych. Ten sam format, ta sama farba, ten sam facet malował, w ten sam sposób. Jeśli ktoś niewrażliwy patrzy na taki obraz, to żadnej różnicy nie zobaczy.

 

Zarzeka się pan, że pana malarstwo nie ma żadnego przesłania. Po co pan w takim razie maluje? Jeżeli twórca nic nie chce powiedzieć…   

 

– Cóż, do diabła, twórca miałby do powiedzenia? Następny komunał w stylu skąd wyszliśmy i dokąd idziemy? Pochylić się z troską nad losem prostego człowieka lub głodującymi w Zairze? Zapłakać nad dewastacją przyrody? Zaprotestować przeciwko totalitaryzmowi lub zanikowi indywidualności w postindustrialnym społeczeństwie? Toż to są popularne komunały! Od tego są dziennikarze. Nie o to w ogóle chodzi! Jeżeli o czymś marzę, to jedynie żeby osoba, która podchodzi do obrazu, doznała estetycznego wstrząsu, ale wstrząs ten jest niezależny od tego, co zostało namalowane, i od tego, czy obraz przedstawia bukiet kwiatów czy rozstrzelanie. Każdy coś maluje, bo malarstwo było dawniej rzemiosłem służebnym i część jego obecnej formy z tej dawnej funkcji wyrasta, ale to, co zostało przedstawione, jest bez większego znaczenia. Szukać właśnie tego w obrazie i w tym postrzegać jego wartość, to jak wymagać od linoskoczka, by przy okazji chodzenia po linie transportował węgiel z jednej strony liny na drugą.

 

Naprawdę tylko dlatego pan maluje?   

 

– Nie „tylko dlatego”, lecz „właśnie dlatego”. No tak. Poza tym idzie o wyimaginowanego odbiorcę. Jestem już za stary, żeby uwierzyć, że znajdę bratnią duszę, która będzie odbierać tak jak ja.

 

Mówi pan, że pana obrazy są dla pana duchowym autoportretem. To jest jakby wewnętrzny ekshibicjonizm. Dlaczego chce pan mówić o tym, co jest w panu?

 

– Być może jest tam jakaś nieświadoma interpretacja lęku metafizycznego. Co jest w tym wstydliwego?

 

Czy pana malowanie jest w takim razie opowieścią o panu?   

 

– Picasso powiedział, że malarz maluje tak, jak ptak śpiewa. To bardzo dobrze powiedziane.

 

Krytycy oskarżają pana, że balansuje pan na granicy kiczu. Nie boi się pan, że przekroczy tę granicę?   

– Nie używałbym słowa kicz. To określenie bardziej nieostre niż pornografia. Na pewnym obszarze jest ono jasne, ale na peryferiach zaczyna się zacierać – przy persyflażu można czasami mówić o jakichś cytatach zaczerpniętych z malarstwa niedzielnego. Nigdy nie myślę tymi kategoriami, bo nigdy nie posługiwałem się estetyką kiczu.

 

W jaki sposób odbiera pan krytykę?   

 

– Dawniej czytałem, obecnie staram się nie czytać i to z premedytacją. Żona to kolekcjonuje, gdzieś wycina i nawet próbuje mi to na głos czytać. Mówię wtedy: Dosyć! Albo włączam zagłuszającą muzykę. Niezależnie od tego, co jest napisane, odbieram to jak głos podpowiadający mi z boku, co powinienem robić. Nie jestem Joanną d’Arc! Nie umiem współżyć z głosami. Głosy z boku najzwyczajniej psują mi moją zabawę! Zresztą to, co ktoś o obrazie powie, nie ma ani dla mnie, ani dla obrazu znaczenia. Obraz to kawałek płyty pilśniowej zasmarowanej farbami. Nie zmienia się w zależności od tego, czy ktoś powie, że jest genialny, czy powie: gówno. Dlaczego mam się interesować cudzą opinią? To ja go namalowałem. Doskonale widzę, co mi się udało, a co spartaczyłem. Robię to dla siebie! Tu tylko moja opinia się liczy!

 

Myślę, że pan maluje bardziej do szuflady. Z tego, co pan mówi, wynika, że ktoś przez przypadek wyciągnął pana pracę, a panu to się nie podoba. Czy to nie jest zabawa ze sztuką?   

 

– Nie wiemy, co to jest sztuka. Zmieniała swoją funkcję na przestrzeni historii. Nie można sprecyzować terminu „sztuka”. Natomiast to, co pan mówi o malowaniu do szuflady, to racja! W młodości przez całe lata nie pokazywałem publicznie tego, co robię, i chyba spetryfikowałem się w takim podejściu do twórczości. Wspominam to jako najszczęśliwszy okres w swoim życiu.

 

A czy fotografię traktował pan poważnie?   

 

– Równorzędnie. Porzuciłem ją, bo wydawało mi się, że mam raczej wyobraźnię zwróconą do wewnątrz, a nie na zewnątrz, więc fotografia stwarzała mi niejednokrotnie zbyt silne ograniczenia.

 

Powiedział pan w jednym z wywiadów: „Prawdę znamy, natomiast przeraźliwie szukamy kłamstw”. Co to znaczy?   

 

– O Boże! Już kilka osób mnie o to pytało, a ja nie pamiętam, co miałem na myśli, bo była to odpowiedź na jakieś konkretne pytanie. Autoryzowałem ten wywiad, ale człowiek, który go przeprowadził, zginął kilka dni później w wypadku samochodowym. Wywiad wydrukowano rok później z jego papierów pośmiertnych i tę moją kwestię przyklejono na końcu, nie łącząc jej z żadnym pytaniem. Najprawdopodobniej miałem na myśli naszą nędzną kondycję, to, że podobnie jak baron Munchausen, nieustannie wyciągamy się sami za własne włosy z bagna zwierzęcości w tym niepojętym dla nas świecie, w którym ani czas, ani przestrzeń nie są skrojone na naszą miarę, zagrzewając się w tej czynności historyjkami o Bogu, celu istnienia, duszy nieśmiertelnej, różnicy między człowiekiem a zwierzęciem, wieczystym pięknie i tak dalej. Naprawdę nie pamiętam, co miałem na myśli, ale chyba coś takiego.

 

Teraz chciałbym porozmawiać o technice pana malarstwa. Maluje pan olejem i akrylem. Co daje większe możliwości?   

 

– Maluję głównie olejem. Akrylem malowałem niewiele. Do akrylu wielokrotnie się zniechęcałem. Właściwie obraz akrylowy w sensie technicznym jest to substancja porowata. Wyschnięty akryl w powiększeniu wygląda jak gąbka. Jeżeli obraz przez czas dłuższy eksponować bez szkła, nasyca się brudem, który jest nie do usunięcia. Jeżeli jest to malarstwo agresywne, to zabrudzenie nie rzuca się w oczy. Natomiast jeżeli obraz jest malowany delikatnie, to brud się wetrze, nie da się już go usunąć. Ale oczywiście akryl ma wiele zalet. Wysycha natychmiast. Mogę szybko zmieniać to, co maluję, a taka jest właśnie specyfika mojej pracy. Podsuszam obraz suszarką do włosów i po kilku sekundach już jest suchy, i można przerabiać. Poza tym każdy obraz olejny zaczynam w akrylu. Rozkładam nim najważniejsze elementy, a później maluję olejem.

 

Od jakiegoś czasu upraszcza pan tło. Czy tło przestało być ważne?   

 

– To zaczęło się u mnie zmieniać w połowie lat osiemdziesiątych. Trudno powiedzieć: ważne, nieważne. Znudziła mnie ta przestrzeń z daleką perspektywą, z obłokami i tym wszystkim. Ale nie wiem, czy kiedyś do tego nie wrócę.

 

Maluje pan około trzydziestu obrazów rocznie…

 

– Obecnie już o wiele mniej, bo robię się coraz starszy, coraz wygodniejszy, coraz szybciej się męczę.

 

Nie bał się pan nigdy, że obrazy będą wychodzić jak spod matrycy, jak pocztówki?   

 

– Siłą rzeczy taka matryca istnieje u każdego. Zauważa pan, że to Rembrandt, to de Kooning, a to Picasso. Oni stworzyli własne matryce. Tak jak już mówiłem: malując stale, czeka się na ten jeden czy dwa obrazy do roku, które bez mojej wiedzy, ale mymi rękami, namaluje mój Anioł Stróż. Nadzieja na ich powstanie uzasadnia codzienną pracę. Choćby i w tym celu, aby nie wyjść z wprawy.

 

Szybko pan maluje?   

 

– Nie. Ja właściwie maluję wolno. Składa się na to wiele czynników, między innymi to, że wielokrotnie obraz przerabiam. Mam bardzo dużą łatwość szybkiego malowania i stąd lekkość i wirtuozeria nie budzą mego podziwu, a wręcz przeciwnie. Przez całe życie walczę z tą łatwością.

 

Powiedział pan: „Wbrew temu, co publiczność sądzi, te obrazy, takie z obłokami, dziwnymi postaciami, to się dość szybko odpieprza”. Czy nie sądzi pan, że po tych wszystkich wypowiedziach może pan stracić fascynację swojej publiczności?   

 

– Najprawdopodobniej u pewnego odłamu publiczności już ją straciłem. Zauważyłem, że publiczność, która lubiła obrazy, które się łatwo odpieprzało, nie lubi tych, które się trudniej odpieprza. Może sądzą, że już nie potrafię malować obłoków, i może dlatego obrazy mają mniejsze powodzenie? Z innej beczki: akceptowali mnie także ci, którzy wychowali się na okładkach płyt z metalem. Charakteryzowały się one pewną, nazwijmy ją „gotycką”, scenerią i wydaje mi się, że w okresie mego malarstwa persyflażowego byłem przez niektóre środowiska, subkultury traktowany jak kontynuator tego właśnie stylu.

 

Nie upraszcza pan w ten sposób swojej twórczości, choćby porównując ją do okładek?   

 

– Staram się wytłumaczyć, że w niektórych środowiskach młodzieżowych, które odnosiły się entuzjastycznie do pewnego okresu mojej twórczości, istniał pewien stereotyp piękna oparty na stylistyce okładki płyty z muzyką hardrockową lub na komiksie. Z mojej strony był to persyflaż, ale nikt go nie widział. I chyba na tej zasadzie zostałem kupiony.

 

Nie tak dawno powiedział pan: „Nie cierpię niczego prosto od krowy. Piję kawę instant, mleko instant, jadam zupy w proszku”. Kiedy przyszedłem tutaj i powiedziałem, że podoba mi się tyle zieleni na pana osiedlu, powiedział pan, że nie lubi zieleni. Na ile jest to fascynacja sztucznością, a na ile poza?   

 

– Nie jest to w żadnym wypadku poza. Naprawdę uwielbiam koncentraty i nawet wiem, skąd się to uwielbienie wzięło. Po okresie głodu wojennego pojawiła się pomoc żywnościowa z USA pod postacią paczek UNRRA. Zawierały wyłącznie koncentraty i konserwy. Po czterech latach zup z dyni było to dla mnie gastronomiczne olśnienie i zostało mi już na całe życie. Podziwiam Piotra Bikonta, który doskonale zna się na tym, o czym pisze, i czytam wszystkie jego artykuły, ciesząc się równocześnie, że osobiście nie muszę tego jeść. McDonald’s, Pizza Hut, wołowina w sosie własnym, sos syczuański ze słoika, keczup i pepsi max zakreślają ostateczne i nieprzekraczalne granice mych gastronomicznych uniesień. Jestem gastronomicznym prymitywem, ale co mam zrobić, jeżeli wytworne jedzenie po prostu mi nie smakuje?

Inne natomiast są przyczyny słuchania muzyki wyłącznie z płyt czy oglądania wyłącznie wideo. Jestem nerwicowcem, który w trakcie obcowania z żywym spektaklem nieustannie odczuwa jakby rezonans napięcia nerwowego solistów czy aktorów. A co będzie, jeśli skrzypkowi pęknie struna, a co będzie, jak striptizerce złamie się obcas? Taśma i płyta zawierają produkt gotowy, sprawdzony i co najwyżej mogą mieć usterkę techniczną. Korzystając z nich, nie odczuwam zdenerwowania.

 

A zieleń?   

 

– Od dzieciństwa nie lubiłem lasu. Zieleń jest mi obojętna, ale za nią nie tęsknię. Przyroda nie wzbudza we mnie takiego entuzjazmu jak u większości mieszkańców miast. Właściwie jej nie lubię. Jeśli wyjechałbym na urlop, to do innego miasta. Nie wiem, skąd to się bierze, ale myślę, że idylliczne wyobrażenia rozmaitych Zielonych są kolejnym echem naiwnego entuzjazmu Rousseau. Oczywiście nie postuluję dewastacji przyrody, ale należy sobie zdać sprawę z tego, że jeśli jesteśmy i żyjemy, to dzięki walce z przyrodą, a nie dzięki tworzeniu jej skansenów. Jesteśmy elementem przyrody, więc przyrodę zobaczyć można też w chaotycznej rozbudowie przemysłu, w dewastacji lasów, w zaśmiecaniu pól, w skażeniu gleby: jedno się rodzi, inne umiera, wszystko płynie, nie jesteśmy ani celem istnienia, ani koroną stworzenia i jako gatunek w jakimś momencie w ten czy inny sposób i tak przeminiemy…

 

1997

 

Ta rozmowa to był mój pierwszy poważny wywiad. Pamiętam, jak poszedłem do pracowni-mieszkania nr 314 w wieżowcu przy ulicy Sonaty 6 na warszawskim Ursynowie. Żyła jeszcze żona malarza, której śmierć była pierwszym z ciosów.

 

Artysta, skonfliktowany wówczas ze swoim byłym marszandem, postawił przede mną duży mikrofon. Mówił, że musi się zabezpieczać. To słowo często słyszało się od Beksińskiego. „Podjąłem decyzję, że już dosyć przekłamań” – wytłumaczył. Oczywiście byłem zaskoczony, bo od razu spotkałem się z ogromną nieufnością swojego rozmówcy. Z oporami wyjąłem z plecaka mały, pożyczony od kogoś dyktafon.

 

„Jak się panu nie nagra, co się często zdarza dziennikarzom, to dysponuję nagraniem, mogę panu zrobić kopię”. Istny koszmar, pomyślałem, uznając, że Beksiński z góry założył, że jestem totalną niemotą. Ale w sumie pewne przesłanki były. Bardzo długo próbowaliśmy się umówić na tę rozmowę, której artysta w ogóle nie był chętny, istniały przeszkody natury technicznej. Chodziło przede wszystkim o komputer, na którym przygotuję tekst do autoryzacji, bo miałem dostarczyć wywiad na dyskietce i to na jednym ze starszych macintoshów, a to nie było takie łatwe. Sam nie miałem jeszcze komputera. Moi koledzy ze studiów też raczej nie, w każdym razie nie maca, a Beksiński na inny sprzęt się nie godził. Był przyzwyczajony do tego, że w rozmowach, w trakcie autoryzacji, rzeźbi, do tego, że dziennikarze przeinaczają, a czasem piszą tak beznadziejne teksty, że trzeba je pisać na nowo. I tak wymienialiśmy się listami (tak, tradycyjną pocztą) na temat technicznych problemów, bo wciąż, niemota, szukałem odpowiedniego maca, ale jakoś oswajaliśmy się ze sobą. Nabrałem więc ochoty na to spotkanie, ale też się bałem. To, co Beksiński napisał o innych dziennikarzach, pokazało, że nie jest łatwy i że jest trochę dziwakiem.

 

No dobrze. Znalazłem się już w jego pracowni. To był właściwie mały pokój wyglądający jak studio nagrań. Płyty kompaktowe obudowywały wszystkie ściany (bo pracując, Beksiński słuchał muzyki). Izabella Bodnar napisała kiedyś, że jego pracownia jest rodzajem kabiny kosmicznej.

 

No dobrze. Więc Beksiński postawił przede mną mikrofon radiowy (takie odniosłem wrażenie) i nagrywał mnie dla swoich celów; ja postawiłem przed nim mały dyktafon i nagrywałem dla swoich. Podejrzewam, że kopia w jego archiwum, a pewnie gdzieś istnieje, jest o wiele lepszej jakości. W trakcie naszej rozmowy, zastanawiając się, czy to, co mówi, jest rodzajem autokreacji, próbowałem podejść artystę i skłonić do szczerości. Do dziś jednak nie rozgryzłem, jak było naprawdę. Siedziałem naprzeciwko. Starałem się patrzeć w oczy. Zastanawiałem się, kiedy prowokuje. A przecież prowokował. W naszym wywiadzie powiedział na przykład, że nie lubi lasu, że las jest do zaakceptowania wtedy, kiedy się wytnie te cholerne drzewa, wyleje asfalt i postawi dyskotekę i McDonalda. Tyle że podczas autoryzacji uznał, że to jednak za ostro. „Jeszcze mnie Zieloni obskoczą”. W autoryzowanej wersji (wyżej) wciąż nie lubi lasu, ale też nie postuluje dewastacji przyrody. To była chyba najbardziej widoczna różnica między wersją oryginalną a autoryzowaną. Przekleństwem polskiego prawa prasowego jest wymóg autoryzacji, bo pozwala on udzielającym wywiad kreować się na swój sposób. Trudno jest pokazać artystę tak, jak ja go widzę, i zrobić to tak, żeby był przekonany, że pokazał się tak, jak to kreował. To najtrudniejsza sztuka. Staram się iść w myśl tej zasady, ale nieczęsto to się udaje.

 

No dobrze. Cofam taśmę. Więc nagrywaliśmy siebie wzajemnie. Beksiński miał na tym punkcie fobię. Zresztą odniosłem wrażenie, że cały ulepiony jest z fobii. Jedzenie tylko w fast foodach (kilka razy spotkaliśmy się w jednym z nich na placu Konstytucji), zabezpieczanie swojego domu. Z roku na rok – a w pracowni artysty byłem przynajmniej kilka razy – mieszkanie zamieniało się w twierdzę.

 

Myślę, że ten strach (dzisiaj już wiemy, że absolutnie podświadomy i racjonalny) nasilał się po kolejnych ciosach, jakie uderzały w Beksińskiego, choć nie pokazywał po sobie słabości. Najpierw śmierć żony, która pozwalała mu żyć tak jak chce i była nieustannym wsparciem. Później samobójstwo syna, Tomasza, mieszkającego vis-à-vis. Samobójstwo, które syn zapowiedział swoim ostatnim felietonem. Wyjawił w nim, dlaczego uważa, że warto było żyć. Wstrząsający tekst na ten temat („Leży we mnie martwy anioł”) napisał Wojciech Tochman, w kilku miejscach cytując moją rozmowę z Beksińskim, w tym fragment dotyczący śmierci i strachu przed nią.

 

Nasza rozmowa miała kilkanaście stron i została dosyć emocjonalnie przyjęta przez czytelników. Mówiono, że to antywywiad, bo nie stawia Beksińskiego w dobrym świetle. Myślę jednak, że obaj dotknęliśmy prawdy.

 

Beksiński dał do zrozumienia, że w końcu publicznie powiedział, co myśli. Pozwolił też pozostać ze sobą w kontakcie, głównie mailowym. Zachowałem kilka e-maili, z czego jeden wyjątkowo dla mnie ważny.

 

Wysłano: 28 marca 2000 13:18   

Temat: wywiady   

Drogi Panie   

Cieszę się, bo ten przeprowadzony przez Pana wywiad ze mną uważam za jeden z istotniejszych. W powodzi banalnych wywiadów i artykułów na temat, które pojawiają się w rozmaitych miejscach, ale na szczęście giną potem w lawinie wydawnictw i periodyków, ten przeprowadzony przez Pana, dzięki pytaniom, jakie Pan postawił, pozwolił mi wypowiedzieć się w kilku istotnych dla mnie kwestiach. To, że się ludziom nie podobało, to obaj możemy mieć w nosie.   

 

Następnego dnia w odpowiedzi na mój list, w którym dzielę się problemami z dystrybucją mojej pierwszej poważnej książki „Rozum spokorniał” i się skarżę, że książka, choć o kulturze, z powodu słowa „rozum” w tytule leży w jednej z księgarń w dziale „podręczniki medyczne”, Beksiński napisał:

 

Temat: problemy ze zbytem   

Drogi Pani

Chyba pochopnie sądzi Pan, że tylko debiutanci mają problemy. Wszyscy mają. Jest po prostu NADMIAR. Podobno mamy ponad 2000 oficyn wydawniczych. Jesienią ukazał się mój album wydany przez wydawnictwo BoSz. Nie jest to oczywiście jakaś czołowa oficyna, ale drukuje w Słowenii i w Hongkongu, jakość więc jest więcej niż przyzwoita. Otóż dzwonią znajomi, że z trudem dostali ostatni egzemplarz lub że nie sposób tego dostać, lub pytając, gdzie to można dostać, a tymczasem w magazynie leży jeszcze połowa nakładu i w maju będę nawet podpisywać w Pałacu Kultury i Nauki, bo będzie rodzaj powtórnej promocji (pierwsza odbyła się na targach książki w Krakowie jesienią). Próbowałem rzecz reklamować w wywiadach radiowych, telewizyjnych i gazetowych, ale ten fragment tekstu z reguły wycinano. Poza tym: jeżeli w tytule jest „rozum”, a nie „seks i zbrodnia” lub „knowania rządzącej kliki”, lub „powiązania Kościoła z mafią”, to kogo rzecz może zainteresować? Występuję natomiast często w przedziwnych pismach, w których usiłują się zahaczyć i usprawiedliwić swoje istnienie historycy sztuki lub ludzie z wykształceniem humanistycznym. Ostatnio nawet w piśmie „Świat Mebli” ukazał się artykuł „Niekonwencjonalne widzenie krzesła w obrazach Beksińskiego”. Wypada tylko czekać, by miesięcznik „Rzeźnik” umieścił artykuł „Strugi krwi na obrazach Beksińskiego drogowskazem dla rzeźnika polskiego w drodze do Europy”. À propos „rozumu” i działu podręczników medycznych: gdy w latach 50. poszukiwałem wśród książek wycofanych „PROCESU” Kafki i prosiłem w bibliotece o przejrzenie piwnic, bibliotekarka cała szczęśliwa doniosła mojej matce, że znalazła dla mnie „Proces” i wcale nie jest wycofany. Pobiegłem do biblioteki, a tam czekało na mnie dzieło zatytułowane „Proces Doboszyńskiego”. Czyli nic nowego. Nie przestałem malować. Fotomontaż komputerowy robię równolegle z malowaniem. Od lat miałem na to ochotę. Tzn. na fotomontaż, a nie na komputery, ale tak jakoś się złożyło, że brak miejsca na ciemnię poszedł w parze z rozwojem komputerów i programów do grafiki rastrowej, no i od połowy 1997 roku wszedłem w to po uszy. Może najsilniej w 1998, bo nawet z pewną szkodą dla malarstwa, któremu poświęcałem o wiele mniej czasu. Teraz proporcje się już wyrównały.   

Pięknie pozdrawiam.   

Beksiński   

 

Tadeusz Nyczek napisał kilka lat temu: Obrazy Beksińskiego sprawiały wrażenie, jakby ważna w nich była właśnie tylko treść. Co paradoksalne, bo sam artysta uparcie powtarzał, że jest inaczej, że tak naprawdę także i jego najbardziej interesuje obraz, a nie anegdota. I bynajmniej nie rości sobie pretensji do przekazywania „urbi et orbi” żadnych specjalnych „treści”, „przesłań” i tak dalej.

 

Izabella Bodnar pisała w „Przekroju”: Wizje, jakie maluje, wymagają intymności. A maluje to, co najgłębiej ukryte, co nie ma żadnego związku z rzeczywistością. W całym malarstwie światowym nie ma bardziej poruszających obrazów na temat przemijania niż dzieła Zdzisława Beksińskiego. Jego sztuka hipnotyzuje.   

 

I może w tym tkwi cała tajemnica? Nie wiem.

 

Beksiński, wyrażając swoje opinie na temat sztuki, ale i na temat życia, godzi w tradycję i skanonizowane myślenie. Mnie po tej rozmowie jego twórczość fascynowała jeszcze bardziej. O jego biografii nie umiem już myśleć bez poruszenia.

 

Ciągle mam wrażenie, że wiedział więcej. Skąd jego fobia zabezpieczania mieszkania aż w takim stopniu? Skąd nieufność do ludzi?

 

Kiedy po śmierci Beksińskiego przeczytałem książkę Liliany Śnieg-Czaplewskiej „Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim” (PIW 2005), zrozumiałem, że wszystko wiedział, może nawet wcześniej niż jego zabójca. Pisze o swoim braku zaufania do rodziny, którą wpuścił do domu i która „pomaga” mu w różnych pracach. Pisze, że giną mu pieniądze. Chciałby się tych ludzi pozbyć, ale nie umie. Montuje sejf. Montuje kolejny zamek. Wymienia drzwi. Wstawia kraty. Staje się więźniem samego siebie. Tak wszyscy myślą. On jeden wie wcześniej. I nie będzie umiał się obronić.

 

Zdzisław Beksiński został zamordowany w swoim warszawskim mieszkaniu. Na ciele znaleziono kilkanaście ran kłutych.