Lacrimosa – Teraz Rock (maj 2009)

W majowym numerze magazynu „Teraz Rock” z 2009 roku, dawniej „Tylko Rock”, ukazała się bardzo dobrze i ciekawie zredagowana tzw. wkładka dotycząca Lacrimosy (w tym wypadku dziewięć stron magazynu poświęconych historii grupy oraz kompleksowe omówienie całej dyskografii tego wybitnego zespołu).

 

Ten rockowo-symfoniczny-gotycki zespół był jedną z najbardziej poważanych przez śp. Tomka Beksińskiego grup współczesnych. Mnie on również urzekł, a do jego pięknych albumów, szczególnie do „Fassade” z 2001 roku, wracam z wielkim sentymentem. Jest to bowiem muzyka która nigdy nie przestaje fascynować. Również „Stille” z 1997 roku, była dla mnie niesamowitą płytą, od której to właściwie rozpoczęła się moja przygoda z muzyką tego zespołu.

 

We wzmiankowanym wyżej dodatku kilka razy przewija się nazwisko Beksińskiego. I tak na przykład jest mowa o fascynacji Tomka albumem „Elodia”, oraz całym wcześniejszym dorobkiem płytowym grupy, którego teksty przełożył, i dodatkowo zaprezentował to w radiu, w ramach swoich nocnych audycji. Autor artykułu pisze mianowicie:
„Tragiczny wydźwięk zamkniętego w trzech aktach libretta „Elodii”, a także melancholijna i ponura muzyka zainspirowały w październiku 1999 roku Tomasza Beksińskiego (niezapomnianego radiowca i współpracownika naszego pisma, z którym członkowie Lacrimosy utrzymywali listowny kontakt) do stworzenia trzygodzinnego słuchowiska w radiowej Trójce, w którym repertuar tego i innych albumów Lacrimosy został opatrzony tłumaczonymi na polski fragmentami tekstów, czytanych przez samego Tomasza i Monikę Makowską (…)”.

I dalej następuje dalszy ciąg omówienia tego albumu. A co się tyczy wspomnianych wyżej korespondencyjnych kontaktów między Beksińskim a muzykami Lacrimosy, to w wywiadzie którego udziela kilka stron dalej Tilo Wolff – lider grupy, ustosunkowując się do tego, mówi w ten sposób:
– Podobno przyjaźniłeś się z Tomaszem Beksińskim.
– Ja – nie, ale Anne tak, dużo z nim korespondowała. I ponieważ oboje jesteśmy głęboko wierzącymi chrześcijanami, bardzo często się za Tomasza modlimy. Był nie tylko przyjacielem, ale także bardzo nam pomógł: pierwszy zdecydował się puszczać naszą muzykę w radiu, przetłumaczył nasze testy – jesteśmy mu wiele dłużni. (…)

Oprócz tego, w dodatku „Teraz Rocka” jest autonomiczna wypowiedź przyjaciółki śp. Tomka, wokalistki grupy Closterkeller – Anji Orthodox, która również bardzo miło się o nim wypowiada.


„Angst” (1991)

Lacrimosa-Angst.jpg

Lider i główny kompozytor Lacrimosy, Tilo Wolff, mawia: Działam poza nurtami. Przyznaje się do inspiracji dorobkiem klasyków rocka gotyckiego i progresywnego, a także heavy metalu. Uwielbia muzykę klasyczną – na przestrzeni lat coraz bardziej było to słychać w jego kompozycjach. Dodajmy do tego język niemiecki, w którym śpiewana jest znakomita większość utworów Lacrimosy, i osobliwą manierę wokalną Wolffa. Dodajmy wreszcie długość kompozycji (trwających po 10 minut, bądź dłuższych, znajdziemy w dorobku grupy wiele), wreszcie teksty, do odbioru których wymagana jest od słuchacza odpowiednia dawka wrażliwości. Wszystko to sprawia, że muzyka zespołu raczej nie nadaje się do beztroskiej zabawy i przez swą oryginalność – paradoksalnie – dla wielu miłośników rocka może być trudno przyswajalna. Warto jednak się z nią zaznajomić. A pojęcie o wyjątkowości formacji daje już Angst. Debiutancki longplay, który Wolff wydał pod szyldem Lacrimosa, choć wówczas działał solo, wspomagany przez muzyków sesyjnych.

 

Utwory wykonane są tu jeszcze bardzo ascetycznie, warstwę instrumentalną tworzą głównie organy i automat perkusyjny. A jednak nawet w tak „szkieletowej” formie kompozycje Wolffa (może oprócz zbyt chaotycznego Der Ketzer) bronią się, dotyczy to też numeru instrumentalnego (Lacrima Mosa). Słychać interesujące efekty brzmieniowe: w Seele in Not majstersztykiem jest skrzypienie otwieranej trumny czy może drzwi krypty, brzmiące trochę jak niesamowity, odrealniony krzyk. W Der letzte Hilfeschrei słyszymy bicie serca i charakterystyczny odgłos szpitalnego urządzenia podtrzymującego życie. W zakończeniu utworu serce przestaje bić, słychać przeciągły dźwięk medycznej aparatury…

 

Wspomniałem już o niecodziennych partiach wokalnych Wolffa – jego interpretacje są zbliżone do melorecytacji, bardzo plastyczne, „zaangażowane”. Oznacza to szept, krzyk lub osobliwy charkot. Pamiętam, jak mój znajomy zdziwił się, że słucham „marudzenia po niemiecku” – nawet w tym jest trochę racji, bo przecież szef Lacrimosy zazwyczaj skarży się, wyrzuca z siebie żal. Ale ja takie marudzenie lubię… I w ten sposób przeszliśmy do tekstów. Tytuł albumuAngst – znaczy tyle, co Strach. A już w pierwszym utworze, Seele in Not, podmiot liryczny jawi się jako wrażliwy romantyk: Keine Kerze hat mehr Feuer/ Doch mein Herz verbrennt (Nie pali się już żadna świeca/Ale me serce płonie). Jest on nie pogodzony z rzeczywistością, gnębiony przez własne demony. Ich verfluche die Erinnerung/ Und schicke sie weit fort/ Sie legt sich in mein Grab/ Und wärmt für mich den Sarg (Przeklinam moje wspomnienie, odsyłam je daleko precz/ Ono kładzie się w mym grobie/I ogrzewa dla mnie trumnę). W Der letzte Hilfeschrei pojawia się przejmująca skarga na samotność, Wolff zresztą interpretuje tekst coraz bardziej upiornie, chwilami krzyczy. Niestety, młodemu Tilowi (w chwili wydania płyty nie miał jeszcze ukończonych 20 lat) zdarzyło się również przegięcie. W Der Ketzer atakuje papieża Jana Pawła II. Zamiast popartej argumentami krytyki, jest tam niestety rzucanie obelg. Jako że w zupełnie inny, rzeczowy sposób Wolff wypowiadał się o papieżu w wywiadzie, którego udzielił nam w 2005 roku, potraktujmy Der Ketzer jako jego młodzieńczy błąd.

Einsamkeit (1992)

Podobnie jak na Angst za­czynamy od rozbudowanej kompozycji. Fortepian wprowa­dza w klimat, przede wszystkim jednak Tränen der Sehnsucht zwraca uwagę wykorzystaniem gitary elektrycznej. Jest riff, jest solówka. Od razu słychać, że Wolff wzbogacił swą muzykę. W numerze tytułowym pojawia się przeplatanie zbolałego śpiewu i podniosłych fragmen­tów z… przywodzącą na myśl cyrk, groteskową melodyjką wygrywaną na klawiszach. Najwyraźniej aluzja do widniejącego na okładkach płyt klauna. Diener eines Geistes to z kolei jazda typowo rockowa – początek jest w szybkim tempie, gitara elektryczna grze­je na nowofalową modłę. Są wszakże fragmenty oniryczne, uspokajające, a potem znów przyspieszenia, w których Wolff charkoce niemalże… deathowo. Utwór wieńczy zgrabna solówka na gitarze elektrycznej. Nieco do życzenia pozostawia tylko brzmienie – jeszcze trochę płaskie, zbyt sterylne.

 

Wolff przyznaje, że każda płyta Lacrimosy wynika logicznie z poprzedniej. Mamy tu więc rozwinięcie tematu Der Letzte Hilfeschrei z Angst. Teksty z tej płyty dotyczą – zgodnie z tytułem – samotności. Przedstawiają osobę, która doświadcza jej na wielu poziomach. Z czego się to bierze? Głównie z tego, że – jak mawiał Edward Stachuraza dużo wrażliwości jest przekleństwem. Jak już ustaliliśmy przy Seele in Not, udręka wynika też ze zbyt dobrej pamięci, która nie pozwala pozbyć się złych wspomnień. Reissende Blicke zaczyna się od słów Ich sitze im Kino meines Lebens – podmiot liryczny siedzi w „kinie swego życia”, obserwując, jak ludzie oglądają jego historię i dobrze się przy tym bawią. Przerażenie wywołuje tylko scena śmierci, przy której z kolei uśmiecha się główny bohater. Strach przed upokorzeniem, doznaniem wstydu – oto kolejne przyczyny alienacji. To tekst „wymusza” zmiany muzycznej akcji w Loblied auf die Zweisamkeit – ta powolna kompozycja, z rozmytym głosem i majestatycznym brzmieniem organów, momentami zdaje się zamierać. Mamy tu przyznanie się do zmęczenia – samym sobą, utratą kolejnych złudzeń. Sen o miłości się nie spełnia. Błaganie o miłość pozostaje bez odpowiedzi. A jeśli już w końcu spotkasz ukochaną – ona niebawem odejdzie, prowokując prośby o powrót. To właśnie słyszymy w Bresso – pod względem muzycznym numerze prostym, ale i bardzo ładnym, ze smyczkami, znakomicie wieńczącym tę udaną płytę.

 

1.jpg

2.jpg

3.jpg

4.jpg

5.jpg

6.jpg

7.jpg

8.jpg

9.jpg

10.jpg

Całość w PDF-ie:

Lacrimosa – Teraz Rock (maj 2009)

 

Reklamy

„Pocałunek kobiety węża” (The Repitle) Magda Łobodzińska „Machina” nr 3 czerwiec 1996

The Reptile.jpg
Wywiad z wampirem to film o mnie – wyznał „Machinie” Tomasz Beksiński w 30. rocznicę premiery swojego ulubionego horroru Kobieta wąż. Sześć filmów
grozy brytyjskiej wytwórni Hammer zakupiła Telewizja Polska. Od wakacji będą się pojawiać w każdą ostatnią sobotę miesiąca.

 

Refleksji Tomasza Beksińskiego wysłuchała Magda Łobodzińska

 

Horror, czyli film grozy musi dotyczyć wydarzeń nadprzyrodzonych, niesamowitych, z udziałem wampirów, wilkołaków, diabłów i duchów, złych mocy, istot z kosmosu (pod warunkiem, że nie jest ich za dużo, wtedy to już science fiction). Tym różni się horror od dreszczowca, w którym oczywiście mogą występować duchy, ale najczęściej pojawia się psychopata, zagrażający jakiejś samotnej, mieszkającej w opuszczonym domu nauczycielce. Najbliższy jest mi horror gotycki, którego akcja musi się rozgrywać w XVIII lub XIX wieku, bez samochodów, telefonów, laserów, w klimacie krypt, zamczysk, peleryn, trumien, w świecie nie do końca cywilizowanym, niesamowitym (zabobonni chłopi z jednej strony, duchy, wilkołaki z drugiej, do tego arystokrata wampir, itd.). Łatwiej mi się wtedy utożsamić z głównym bohaterem.

 

Byłem dzieckiem o dużej wyobraźni, działały na mnie wszelkie monstra. W jednej z książek był skrzydlaty potwór, którego strasznie się bałem, a że byłem przewrotny, kazałem ciągle tę książkę wypożyczać, żeby bać się dalej. W końcu zrobiłem dramat, ryczałem, kopałem, zmusiłem ojca, żeby namalował mi tego potwora w kolorach. To była jedyna cudza rzecz, którą ojciec w życiu popełnił. Tego potwora bałem się tak, że kazałem go chować.. Potem, już jako stary koń z liceum, znalazłem go na strychu, powiesiłem na ścianie w pokoju i czułem, że jestem hipnotyzowany. W końcu odwróciłem go do ściany i tak stał odwrócony jako moje złe alter ego. Bałem się go zniszczyć, ale wyjeżdżając do Warszawy zostawiłem go w Sanoku… na wszelki wypadek.

 

W dzieciństwie lubiłem się bać. Musiałem odziedziczyć po ojcu skłonność do niesamowitych wizji, które z resztą widać w jego twórczości. Początkowo jednak nie szukałem mocniejszych wrażeń. Kiedy miałem 9 czy 10 lat, ojciec zabrał mnie do kina na Ringo Kida, nową wersję Dyliżansu. Byłem wtedy na etapie Winetou, a to był prawdziwy western – wyszedłem wstrząśnięty. W Winetou jak strzelali, to pach-pach, ktoś się przewracał i umierał, a tu już na początku jeden gość dostawał toporkiem w czoło, krew mu twarz zalewała. Dla mnie ta krew była zbyt makabryczna.Potem rodzice wrócili z filmu Grobowiec Ligei według Poego. Opowiadali, że to był film grozy. Nie wiedziałem, co to znaczy. Ale, że byłem już wtedy po tym potworze skrzydlatym, trochę mnie to pociągało. Ojciec powiedział, że to film o duchach, że kobieta zmarła, wcieliła się w drugą, a także w kota. Słuchałem z rosnącym zainteresowaniem, obraz Winetou i Old Shatterhanda się odsunął, a na pierwszym planie pojawiła się trumna z woskową nieboszczką.

 

Nazajutrz wziąłem się za czytanie Edgara Poe. Przeczytałem Czarnego kota, coś tam jeszcze, i strasznie chciałem zobaczyć ten Grobowiec. Mieszkaliśmy wtedy w Sanoku. Były tam dwa kina – jedno „oficjalne”, gdzie nie wolno było młodym widzom wchodzić na filmy dla dorosłych – tam nie miałem szans – i drugie kino, przy fabryce autobusów, do którego filmy trafiały 3-4 miesiące później. Dzięki niepisanej umowie między bileterem a moimi rodzicami, pod opieką babci mogłem sobie wejść na wszystko. Grobowiec dozwolony był od 16 lat, ale babcia nie chciała ze mną pójść, bo uważała, że to są rzeczy nie dla mnie. No i film mi przepadł. Zobaczyłem go dopiero w 1992 r., po 25 latach czekania!

 

Parę miesięcy później przeczytałem, że kupiono Kobietę węża. Kiedy film dotarł do Sanoka, zrobiłem wszystko, żeby moi starzy nie poszli do tego kina, do którego by mnie nie wpuszczono. Bałem się, że pójdą, powiedzą, że film do dupy potem mnie nie wezmą, bo im się nie będzie chciało i znów szlag trafi sprawę. Rodziców udało mi się powstrzymać, ale okazało się że wszyscy ich znajomi film zobaczyli.

 

Idąc do drugiego kina 4 miesiące później, wiedziałem wszystko o Kobiecie wężu. Potem w domu spędziłem jedną z najgorszych nocy w moim życiu, z pełnym pęcherzem bałem się wyjść z łóżka. Nazajutrz zrobiłem sobie papierową maskę, którą wkładałem na twarz i siedziałem w ciemnym przedpokoju (wtedy się jakoś mniej bałem, bo czułem, że to ja jestem ten zły). W szkole rzuciłem się na jakąś koleżankę i ugryzłem ją w szyję, ale kąsałem wtedy niestety na serio. Dopiero potem nauczyłem się gryźć tak, żeby to było przyjemne dla osoby gryzionej. W domu atakowałem znajomych rodziców. Rzucałem się na nich w ciemnym przedpokoju i gryzłem.

 

Kiedyś zaczaiłem się w szafie w kuchni i czekałem dwie godziny, aż wujek z rodzicami zasiądą przy stole. W momencie, gdy wujek pił akurat gorącą herbatę, rzuciłem się na niego od tyłu. Ten zalał się wrzątkiem, była afera, a ojciec zapowiedział, że przez rok zakaże mi chodzić do kina, jeśli zrobię to jeszcze raz. Zmieniłem front – zacząłem udawać ofiarę. Do pokoju, w którym siedzieli goście, wślizgiwałem się trzymając za szyję, z twarzą umazaną węglem, z ustami pełnymi pasty do zębów, którą wypluwałem jako pianę. Rzężąc wywalałem się na środek pokoju, co sprowadzało rozmowę na temat filmu Kobieta wąż. Ktoś z reguły go widział i można było zacząć od początku, zastanawiać się, dlaczego, po co, co by było, gdyby… Sądzę, że gdybym dopadł scenarzystę tego filmu, facet chyba popełniłby samobójstwo w trakcie rozmowy. Nie dałbym mu spokoju.

 

Przez Kobietę węża stałem się fanem Hammerów. Ta firma w 1957 r. nabyła prawa do zrobienia kolorowej wersji Frankensteina – ale Uniwersal w kontrakcie zastrzegł, że monstrum nie może przypominać Borisa Karloffa. Twórcy Hammera postanowili nie kręcić remake’u tej samej historii, tylko postąpić inaczej, trzymając się oryginału Mary Shelley. Zrobili wersję kolorową z Peterem Cushingiem. Był straszny boom, ludzie mdleli z wrażenia w kinie – to był pierwszy kolorowy horror, krew czerwona! Zresztą Christopher Lee zaczął tu swoją karierę. W pierwszych dwóch, trzech filmach dla wytwórni Hammer specjalizował się w potworach. Najczęściej nie było go widać, bo albo był zabandażowany jako mumia (zaraz zrobili kolejną wersję Mumii), albo grał w potwornej masce jak monstrum Frankensteina, albo był to Dracula, który też się w filmie nie eksponował, tylko czasem się pojawiał i kąsał.

 

Po sukcesie Klątwy Frankensteina zrobili Draculę, Mumię i przestawili się na horrory bo to chwyciło. Amerykański Uniwersal sprzedał im prawa do tych wszystkich filmów, więc zaczęli robić remake’i, dalsze ciągi… Kolejne scenariusze Draculi z książką Stokera nie miały już nic wspólnego. To samo z Frankensteinem. Było siedem Frankensteinów, siedem Dracul. Do nas z horrorów trafiła tylko Kobieta wąż, poza tym dreszczowiec Krzyk strachu, film przygodowy dla młodzieży Wyzwanie dla Robin Hooda, Milion lat przed naszą erą (nakręcili pięć czy sześć filmów o praludziach)… Dotąd nie widziałem kilku klasycznych Hammerów – Gorgony, Pocałunku wampira, Mumii.

 

W iluzjonie obejrzałem film Scars of Dracula, który jakiś debil przetłumaczył jako Blizny Drakuli – tak jakby Dracula miał jakieś blizny, a tu chodziło oczywiście o ślady, jakie zostawiał po ukąszeniu. Film bardzo fajny, według scenariusza Johna Eldera (tego od Kobiety węża). Dla mnie to najlepszy z Dracul Hammerowskich, chociaż prawdziwi fani angielscy uważają, że najlepszy jest Dracula, Książę Ciemności, druga część z cyklu.

 

Hammer miał swój niepowtarzalny styl, zapoczątkował horror angielski: nietoperze na sznurkach, peleryny, suchy lód snujący się gdzieś po podłodze… Potwornie teatralna gra przeciętnych często aktorów. Ten styl starych powozów, wiosek z zabobonnymi kmieciami – tego się nie da przeskoczyć. Hammer stał się obecnie gatunkiem filmowym, częścią historii kina, ma swoich fanów zrzeszających się w klubach, podobnie jak ja zbierających filmy. Ci ludzie są dociekliwi, chcą wiedzieć, co się działo na planie, jak wyglądał oryginalny scenariusz. Jeden z nich, Mike Murphy, wydaje nawet własny magazyn „Dark Terrors”. Pisze tam np. o tym, jak na planie Draculi, Księcia Ciemności, Barbara Shelley połknęła jeden z zębów, podczas kręcenia sceny, w której przebijali ją kołkiem. Reżyser pocieszał ją: „Nie przejmuj się, jutro rano odzyskamy ten ząb”. Ona nie bardzo chciała, żeby ząb wrócił tą drogą, więc wypiła szklankę słonej wody i miała go nieco wcześniej.

 

Wydaje mi się, że ludzie najbardziej boją się, czego nie rozumieją i czego nie potrafią zobaczyć. Dlatego tyle współczesnych filmów grozy psuje widzowi przyjemność, pokazując widzowi w pierwszych 10 minutach jakieś wymyślne monstrum, które wyskakuje zza węgła i kogoś rozszarpuje. Widz przez resztę filmu nie zadaje sobie pytań, co jak i dlaczego, raczej czeka cierpliwie, aż dzielny bohater rozpieprzy to monstrum w ostatnim momencie.

 

W dobrych horrorach, których tak naprawdę mógłbym wymienić kilka (Carrie i Lśnienie według Stephena Kinga, Obcego), musi być element zagadki. Z Hammerów, które kocham, według tej recepty zrobiono tylko dwa: Kobietę węża i Plagę żywych trupów. To nie są idealne horrory, ale w nich jest ta zagadka, niesamowitość, nie wiemy, co się dzieje. Natomiast większość filmów epatuje od razu flakami, krwią, albo wyskakującym z trumny wampirem i już wiemy, z czym mamy do czynienia. Dracula nie jest straszny i nigdy nie był, nawet w wydaniu Christophera Lee, który najwyżej mógł wzbudzać u widzów przyjemny dreszczyk. Dla mnie niesamowite jest to, co może się stać, co może się pojawić, a czego nie wiem od początku.

 

Rewelacyjnie zrobiony był Obcy. Kosmiczny potwór atakował znienacka zmieniając się za każdym razem. Raz widzieliśmy larwę, która wyszła z brzucha jakiegoś faceta, a już w następnej scenie coś innego atakowało zza kadru rozszarpując ludzi po kolei. Poza tym film nie był zrobiony według żadnej znanej recepty. W większości horrorów mamy jakąś gruchającą parę, która musi wyjść cało z opresji i paść sobie w ramiona.

 

W Obcym nic z tych rzeczy. Bohater, który wygląda na głównego, czyli kapitan statku, zostaje załatwiony w trzeciej kolejności i już nie wiadomo, kto przeżyje i co się stanie. Tak samo w Kobiecie wężu, w którym polski tytuł spieprzył i wyjaśnił zagadkę już na początku (angielski tytuł Reptile, czyli Gad, nic nie mówi). Tymczasem film utrzymany jest trochę w klimacie przygód Sherlocka Holmesa.

 

Podobnie Plaga żywych trupów, ten sam reżyser, ten sam czas, aktorzy. W jakiejś wiosce umierają ludzie, którzy nagle znów się pojawiają, żywi biegają po mokradłach, nie wiemy dlaczego. Dopiero pod koniec wszystko się wyjaśnia. Czyli zagadka musi być – to jest chyba najistotniejsze.

 

Stare horrory dziś już śmieszą. Zresztą powiedzmy sobie szczerze, obejrzałem w życiu tylko jeden horror, na którym się bałem. To była Kobieta wąż, a ja miałem 11 lat. Od tego czasu jestem jak człowiek, który raz w życiu przeżył orgazm i chciałby po raz drugi ale mu nie wychodzi. Oglądam te horrory maniakalnie w nadziei, że coś mnie wreszcie przestraszy. Ale nic takiego się nie dzieje. Mogę najwyżej siedzieć w napięciu. Na
Lśnieniu, czy Obcym tak siedziałem, ale nie bałem się wrócić w nocy do domu. Po Kobiecie wężu się bałem.

 

Do dziś, jak mi się śni w nocy, muszę zapalić światło. Zresztą gdyby to ode mnie zależało, komuś, kto byłby na tyle wrażliwy i na tyle młody co ja wtedy, raczej bym tego filmu nie pokazał. Oglądając go teraz, zdobyłem się na dystans i wyłowiłem masę błędów inscenizacyjnych – w jednej scenie na ścianie wisi plakat, za chwilę ten plakat tajemniczo znika, później znowu się pojawia, na zegarze są pomylone godziny: bohaterka wychodzi napompować wodę o 9.00, wraca o 8.15, czy chociażby robota charakteryzatora: widać, że tam jest trochę akwarelek, gumy, plasteliny.

 

Rola kobiety w horrorze może być różna. Mnie najbardziej fascynuje femme fatale. Zresztą z Kobiety węża wziął się mój ideał damskiej urody. Podejrzewam, że stąd się także biorą moje nieszczęścia życiowe, ponieważ większość kobiet, na trafiałem angażując się romantycznie, to były femmes fatales. Nie do tego stopnia, żeby mnie kąsać w szyję, chociaż byłoby to może miłosiernym aktem z ich strony. Wolę demoniczną, niesamowitą kobietę, która jest zagrożeniem, niż bohaterkę pozytywną – i to z dwóch powodów.

 

Po pierwsze te femmes fatales są wściekle atrakcyjne, jest na co popatrzeć. Główna bohaterka pozytywna, to najczęściej jakaś blondyneczka jak z reklamy mydła, coś zupełnie nieciekawego, taka smętna cipa, chodząca pozytywność, od której chce się rzygać. Taka, co zrobi mężowi zupkę, pogłaszcze, da buziaka na dobranoc. Ale żeby włożyła czarne pończoch i wzięła pejcz – to już nie ten klimat.

Shelley-Fabares-In-The-Film-girl-Happy.jpg

Wolę niesamowite kobiety w horrorach (zresztą najczęściej są to wampirzyce), choć niestety muszą zostać wyeliminowane. Z drugiej strony kobieta jako oficjalnie słabsza i bardziej podatna na zagrożenie, najczęściej bywa przedmiotem zakusów Złego – Dracula chce ją zwampiryzować, wilkołaki rozszarpać, zombie pożreć, psychopata zaszlachtować i zgwałcić. Ona jest tą, w którą się wczuwa większość damskiej widowni. A mnie z reguły nie jest jej żal, bo rzadko się zdarza, żeby była w moim typie. Zawsze sobie życzę: „Jezu, żeby już ją załatwili, niech już nie biega po ekranie”.Niektóre wątki stale powracają na ekrany, na przykład Dracula, czy Frankenstein. To jest kasowy motyw.

 

Pierwsza ekranizacja Draculi to był Nosferatu Murnaua z lat 20. Został zrobiony niejako nielegalnie – wdowa po Bramie Stokerze, autorze powieści, wytoczyła proces twórcom filmu, że ukradli pomysł z książki. Zmienili tylko nazwiska i zakończenie, schemat fabularny został dokładnie ten sam. Pani Stoker nawet wygrała proces i tylko cudem udało się ocalić kopię.

 

Film miał być wyeliminowany totalnie, ale na szczęście zamiast tego umieszczono w czołówce, że scenariusz jest na motywach powieści Brama Stokera. Później była wersja z Belą Lugosim z lat 30., amerykańska, która mimo całej legendarności, moim zdaniem, jest najsłabsza. Bela Lugosi w ogóle nie powinien grać Draculi – jest za dobrze odżywiony.

Dracula powinien być bardziej wysuszony, strupieszały, a ten jest okrąglusieńki, ma głupkowaty uśmieszek – nie pasuje kompletnie. Natomiast film jest rzeczywiście dobry pod względem scenograficznym. Gdybym go widział w latach 30., gdybym miał wtedy 11 lat, może bym też kupę zrobił z wrażenia – ale w tej chwili oglądam ten film jako pewien relikt. Najbardziej podoba mi się wersja z Christopherem Lee, który był jedynym naprawdę niesamowitym w historii wszystkich Dracul. Miał w sobie coś drapieżnego, pociągającego, może i tragicznego – ale to w najmniejszym stopniu. On nie był romantyczny, był po prostu dobrym wampirem. Gdy go oglądam, klękam przed telewizorem, szepcząc: „Mistrzu….”.

 

Klaus Kinski był tragiczny – to była jedna z prób uczłowieczenia Draculi i zmuszenia widza do współczucia. To chodzące cierpienie. Zamiast przyjść i ugryźć – jak zrobiłby prawdziwy wampir – przychodzi do Isabelle Adjani i mówi, że pragnie miłości, co nadaje zupełnie inny wymiar całej postaci.

 

Wywiad z wampirem to film o mnie. Odebrałem go jako obraz tragizmu – także mojego. Nie jest to film, w którym wampiry pokazane są jako papierowe postacie do straszenia, nie nazwałbym tego w ogóle horrorem. Ludzie pojawiają się w nich na takiej zasadzie, jak kurczak gong-bao albo pieczyste w filmach o ludziach. Trzeba coś zjeść, to się bierze człowieka. W tym filmie bohater jest inny, tragiczny: miał życie, które się skończyło, bo umarła mu żona, a on, zamiast popełnić samobójstwo, został wampirem. Zadaje sobie pytanie, skąd się to wszystko wzięło? Nie chce się pogodzić z życiem wampira, ale jako taki nie może umrzeć. Jego tragizm i uczuciowość są mi szalenie bliskie. Ja też się tak trochę czuję – coś tam było, co zostało stracone i w tej chwili wegetuję jak hrabia w samotnym zamku na odludziu – za słaby, żeby się zabić.

 

Złośliwi zarzucają mi, że tłumaczę horrory, bo nie ma tam dużo dialogów – a ja po prostu je lubię. Wolę film o wampirze od filmu o trudnym życiu działacza związkowego. Najlepiej się czuję w tym środowisku. Są dla mnie taką przyjemnością, jak dobra chińska kolacja.

 

 

„Żadnych świętości” (Monty Python) – TOMASZ BEKSIŃSKI, „Machina” nr 9 grudzień 1996

jabberwocky.jpg

W Polsce boom na Monty Pythona zaczął się po Jabberwocky, który nie był filmem Pythonów, a samego Gilliama, chociaż w podobnym stylu – absurdalny i idiotyczny.
To był 1979 rok. Dopiero w latach 90. telewizja wyemitowała cały cykl Latających Cyrków, a wielu ludzi po raz pierwszy miało szansę to zobaczyć.

 

Popularność Pythonów w Polsce jest spóźniona, dlatego że w czasie, kiedy działali, do nas nic nie docierało. Pamiętam, że jak Jabberwocky wchodził na ekrany, kina świeciły
pustkami. Film nabrał kultowego wydźwięku zaraz po stanie wojennym, kiedy znów go wyświetlano. Tłumy waliły do kina. Potem zaś, ilekroć Iluzjon Filmoteki
Narodowej miał kłopoty finansowe, puszczali parę razy Jabberwocky i sala zawsze była pełna.

 

Choć Monty Python to klasyczny humor angielski, opiera się na stylu
braci Marx, którzy wprowadzili do kina totalny nonsens, szczególnie w dialogach. Pythoni z nich czerpali pełnymi garściami, do czego, podobnie jak Woody Allen,
chętnie się przyznają.Widzę sporo podobieństw między Latającym Cyrkiem i wczesnym Woodym Allenem.

Take the Money and Run.jpg

„Bierz forsę i w nogi” (koniec lat 60.), to dla mnie klasyczny Monthy Python. Lubię ich za to, że żartują właściwie ze wszystkiego. Zawsze mnie bawiły wszelkie dowcipy wymierzone w uświęcone konwencje. Od dziecka nie mogłem zrozumieć ceremonii religijnych, państwowych, wszystko jedno jakich. Zawieranie małżeństw, uroczystości rodzinne: „To teraz wszyscy pijemy zdrowie wujka” – dlaczego teraz?! Chcesz pić zdrowie wujka, to pij, a ja się będę w tym czasie drapał po dupie. Nie rozumiałem tej zbiorowej potrzeby odprawiania ceremonii i dlatego bawią mnie wszelkie z tego kpiny. A Pythoni są bezwzględni. Jestem absolutnie pewien, że nie istnieje dla nich żadne tabu.

 

Cleese powiedział kiedyś, że nie ma tematu na świecie, z którego nie chciałby sobie natychmiast zażartować. Na przykład skecz z zakładem pogrzebowym, gdzie pracownik proponuje klientowi zamiast pogrzebu zjedzenie mamusi. Ten skecz powstał krótko po śmierci matki Terry’ego Jonesa, który nie był pewien, czy to stosowne, szybko jednak uznał, że właściwie dlaczego nie? Skecz o zjadaniu matki wywołał spore protesty i zawirowania nawet na najwyższych szczeblach w telewizji. Podobno nawet wycięto go, powtarzając program. Nie rozumiem czemu – choć, gdyby moja matka, nie daj Boże, zmarła, pewnie nie miałbym ochoty się śmiać.

 

Pythonów zawsze bawiły paniusie, na które Cleese z Chapmanem wymyślili określenie „solniczki”. Miały taki kształt, jakby rozszerzały się ku dołowi. U nas też są takie. Wystarczy wejść do sklepu i od razu widać. Ogólnie „muzyka” jest na jedną nutę: tu boli, tam śmierdzi, wszystko jest zawsze źle. Babcie, które łażą po sklepach i marudzą, stały się przedmiotem satyrycznego ataku. Ponieważ nie mogli znaleźć nikogo do odtwarzania tych ról, sami się za te babcie przebierali. Podobno zresztą nie potrafili napisać dobrego skeczu dla aktorki. Jeżeli pojawiała się kobieta, to na zasadzie przyprawy do zupy. Nigdy nie była główną bohaterką. Zaś Cleese i Chapman, przebrani za stare cioty, są
bezkonkurencyjni.

 

Zresztą pisali genialne skecze o „solniczkach”. Na przykład: dwie skrzeczące kwoki rozmawiają o Sartrze. W pewnym momencie jedna mówi: „Spędziłam cztery godziny na zakopywaniu kota” „Aż cztery godziny?” – pyta druga. „Tak. Nie chciał leżeć spokojnie, wyrywał się i miauczał”. „Więc nie był martwy?”. „Nie, ale miał kłopoty ze zdrowiem. Ponieważ wyjeżdżamy na urlop, postanowiłam go pogrzebać, tak na wszelki wypadek”.

 

Żeby złapać humor Pythonów, trzeba mieć dystans do wielu rzeczy, a przede wszystkim do samego siebie. Znam ludzi, którzy Monty Pythona kompletnie nie rozumieją. To jest humor dla intelektualistów. Oczywiście, są i tacy, co się tak zagrzebali w pracy naukowej, że żaden humor do nich nie dociera. Podejrzewam, że geniusz, który potrafi w głowie
dzielić i mnożyć liczby jedenastocyfrowe, ale żyje w zupełnie obcym świecie i nie wie, co się dookoła dzieje – pewnie by się z tego nie śmiał.

„Alicja w krainie koszmarów” (Alice Cooper) – Tomasz Beksiński „Tylko Rock”, Nr 10 październik 1997

Alice Cooper.jpg

Witajcie w moim koszmarze! Chyba wam się spodoba. I chyba poczujecie się jak w domu!

 

Tymi słowami rozpoczyna się wydana 22 lata temu płyta Welcome To My Nightmare – kto wie, czy nie najważniejsza w obszernym dorobku twórcy, który za artystyczny pseudonim obrał sobie na­zwisko „czarownicy” spalonej w XVII wieku przez ówczesnych dobrotliwych zwolenników konkorda­tu. Alice Cooper. Mistrz horror rocka, odkryty w końcu lat sześćdziesiątych przez innego oryginała wszechczasów, Franka Zappę. Na ówczesnej rockowej scenie prezentował się nad wyraz okazale: rąbał siekierą niemowlęta, wywijał olbrzymim wężem, tańczył z pająkami i ginął na gilotynie. Wszystko, rzecz jasna, z przymrużeniem oka – gdyż Alice nigdy nie traktował poważnie swojego zwariowa­nego świata. Odwoływał się zawsze do naszej fantazji, adresując tworzoną przez siebie muzykę do zwolenników czarnego humoru. Zaś ciepłe miejsce w sercach młodzieży całego świata zaskarbił so­bie w 1972 roku przebojem School’s Out, opowiadającym o wakacjach i wysadzeniu w powietrze wszystkich szkół. School’s been blown to pieces! School’s out completely!

Od tego utworu rozpoczęła się moja przygoda z „dziadkiem” Cooperem. I wprawdzie album School’s Out nie przekonał mnie w całości, ale następna płyta, Billion Dollar Babies, okazała się arcy­dziełem, wspaniale sumującym pierwszy rozdział w karierze Vincenta Furniera (bo tak się naprawdę nazywa). Na niej znalazły się przeboje Hello Hurray, No More Mr Nice Guy, Elected i Billion Dollar Ba­bies. Na niej szukać należy jakże perwersyjnego pastiszu Je t’aime – I Love The Dead.

Kocham nie­boszczkę, zanim ostygnie. Jej zsiniałe ciało w moich ramionach, a trupie oczy wpatrzone we mnie nie widzą nic. Przyjaciele i kochankowie zraszają łzami durną twą mogiłę, zaś dla mnie wciąż jesteś użyteczna, kochanie…

To wszystko odbywa się przy akompaniamencie charakterystycznych sapnięć i westchnień. Po płytę Billion Dollar Babies powinni sięgnąć również amatorzy rozkoszy dostępnych jedynie na fotelu dentysty-sadysty – ze względu na utwór Unfinished Sweet (słychać nawet wiertar­kę!). Zaś kompozycja tytułowa adresowana jest do zwolenników seksu z nadmuchiwaną lalą (na stryszku, potajemnie, w blasku księżyca – gdy tato lub żona nie widzą, ha ha ha). Usłyszałem ten album wiosną 1973 roku w Trójce. Alice Cooper stał się niemalże moim bogiem.

Po nieudanej płycie Muscle Of Love oryginalny zespół towarzyszący artyście rozwiązał się. Od tam­tej chwili Cooper grywał z różnymi muzykami: czasem wychodziło to kolejnym płytom na dobre, a czasem nie.

W 1975 roku powstał wspomniany album Welcome To My Nightmare. Czemu napisałem, że naj­ważniejszy? Bo sumujący horrorystyczne tendencje w twórczości Mistrza. Jest to zaproszenie do udziału w seansie grozy. Dziadek jawi się niemalże jako właściciel Izby Duchów w lunaparku – Chce­cie wejść? Ależ proszę!

I straszy skutecznie. Najpierw Vincent Price (odpowiednik Coopera w świecie filmu) opowiada historię pająka czarnej wdowy, zaś Alice kreśli barwną wizję świata rządzonego przez czarne włochate stwory…

Potem jest kolejna dawka nekrofilii (Cold Ethyl) i wreszcie dramatycz­na (serio!) opowieść o chłopcu imieniem Steven – estradowym alter ego Coopera. Steven powracał na następnych płytach (Alice Cooper Goes To Hell i Hey Stoopidw utworze Wind Up Toy). Steven powraca też na każdym koncercie… tuż przed zapakowaniem bohatera wieczoru w kaftan bezpie­czeństwa.

W 1991 roku krążyły plotki o przyjeździe artysty do Polski, nic jednak z tego nie wyszło. A szkoda, gdyż był to bardzo dobry okres dla Coopera. Odzyskał dawną pozycję znakomitym albumem Hey Stoopid, powrócił w glorii i chwale po co najmniej dziesięciu latach alkoholowych (twierdzi, że nie pamięta nagranych wówczas płyt) i objeżdżał świat ze swoim horror-spektaklem. Bardzo liczyłem, że wcisnę się pod scenę i dam obryzgać krwią. Niestety. Trzeba było jeszcze trochę poczekać Ale… mo­że to i lepiej?

24 czerwca 1997 roku w warszawskim Colosseum nie było tłumów. Jednak ci, którzy przyszli na pierwszą konfrontację z legendarnym „dziadkiem”, przyjęli go z otwartymi ramionami. Zaś Alice dał nam to, na co czekaliśmy – prawie wszystkie wielkie przeboje, od Under My Wheels przez Biliion Dol­lar Babies, No More Mr Nice Guy, I’m Eighteen, Only Women Bleed, Poison do School’s Out i Elected. A po drodze były niezwykłe niespodzianki: Halo Of Flies, epicka kompozycja z doskonałej płyty Killer z 1971 roku. Ballad Of Dwight Frye – historia aktora, odtwórcy roli Renfielda w oryginalnej wer­sji Draculi z 1931 roku, który, podobnie jak Bela Lugosi, za bardzo dał się ponieść ekranowemu szaleństwu i dokonał żywota w wariatkowie. A także Desperado – historia płatnego zabójcy, orygi­nalnie opowiedziana na LP Killer. Były też atrakcje wizualne: obowiązkowe wiązanie Coopera w ka­ftan bezpieczeństwa, duszenie sadystycznego pielęgniarza, a także inscenizacja walki ulicznych gan­gów w utworze Gutter Cats Vs The Jets. W finale artysta wymachiwał flagą polsko-amerykańską, śpiewając Electedprzebój o swojej kampanii prezydenckiej. Alice, you can count on my vote!

Ostatnia trasa koncertowa „dziadka” nie jest pro­mocją nowej płyty studyjnej. Cooper zdaje sobie chyba sprawę z tego, że współczesnemu słucha­czowi ogłupionemu rapem i ogłuszonemu techno nie kojarzy się nawet z agentem Cooperem. Posta­nowił więc odwołać się do starej gwardii swoich fanów i zrealizował koncertowy album A Fistful Of Alice, zawierający stare dobre przeboje w nowych, bardzo żywiołowych wersjach. Płyta prezentuje go w doskonałej formie, co warszawski koncert jedy­nie potwierdził. „Dziadek” okazał się wiecznie młody. I oby długo taki pozostał.

Na koniec wypada mi jeszcze podziękować wszystkim głuchym raperom i pozbawionym sma­ku amatorom muzycznych zgrzytów i jazgotów, że nie przyszli na koncert do Colosseum. Dzięki czemu mogłem stanąć trzy metry od sceny i delek­tować się Muzyką. Nikt nie wtykał mi łokcia w bok, nikt nie właził na plecy, nikt nie popychał. Było kulturalnie i rockowo zarazem. Steven! Come home…

 

 

 

„Przystawki do dań rybnych” FISH (Marillion) – Tomasz Beksiński „Tylko Rock”, Nr 1 (41) styczeń 1995

Sushi – Fish.jpg

Gdy wiosną kończącego się właśnie roku wpadł mi w ręce dwukompaktowy album koncertowy Sushi, ze zdziwieniem prze­czytałem w dołączonej książeczce, że jest to najnowsza pozycja w serii oficjalnych bootlegów koncertowych Fisha. Natychmiast rozpocząłem gorączkowe poszukiwania po­przednich takowych płyt, co z pomocą przyjaciół prawie mi się udało. Do chwili obecnej wzbogaciłem swoją kolekcję kompaktów Wielkiego Szkota o cztery niezwykle atrakcyjne pozycje. Oprócz Sushi jest ich jesz­cze pięć. O piątej na razie tylko czytałem… ale może ją też uda się złowić. Sieci już zarzuci­łem. A póki co pragnę zapewnić każdego zwo­lennika dań rybnych, że przystawki – o których za chwilę – stanowią bardzo ważne uzupeł­nienie posiłków każdego szanującego się fishomana.

Koncerty Fisha są jak wiemy, niezwykle ży­wiołowe i pełne emocji, a szczególną rolę pełnią w nich zapowiedzi artysty. Oficjalnie wy­dawane albumy koncertowe najczęściej po­mijają wszelkie odzywki ze sceny (vide ostat­nie płyty Genesis z serii The Way We Walk), a także zawierają muzykę studyjnie podretuszowaną, spreparowaną, wręcz sztuczną. Przepada gdzieś atmosfera występu na żywo. Nie można tego powiedzieć o żadnej z koncer­towych propozycji Fisha.

Artysta postawił przede wszystkim na au­tentyzm. Dlatego bootlegi wydawane przez Mr Dicka są prawdziwą oazą szczęścia dla smakoszy; muzycy nie zawsze są w najlepszej formie, Fish myli się w tekście, nie wszystkie in­strumenty są odpowiednio nagłośnione… ale jest ATMOSFERA! Na przykład płyta Derek Dick And His Amazing Electric Bear. Notka we wkładce informuje nas, że wszyscy byli w fa­talnej formie i nastrojach – dlaczego, przeczy­tajcie sami (niech to skłoni kogoś do rozejrzenia się za płytą!). Sam koncert wypadł jednak świetnie, gdyż reakcja publiczności spowodo­wała u Fisha i jego grupy katharsis. Idealne podsumowanie fatalnego dnia. I wspaniały prezent dla fanów – zarówno tych, którzy 3 li­stopada 1991 roku byli na koncercie w Haddington Corn Exchange, jak i tych, którzy nie­prędko (lub nigdy) usłyszą na występie Fisha takie utwory jak Shadowplay, Incubus, Tongues lub Forgotten Sons.

Jeśli ktoś chce potraktować propozycję wybiórczo, polecam przede wszystkim dwie płyty: Pigpen’s Birthday i Uncle Fish And The Crypt Creepers. Pierwsza to swoisty unikat z racji repertuaru – zespół gra Punch and Ju­dy i Script For A Jester’s Tear, a także Assassing z repertuaru Marillion. Wątpię, czy Fish kiedykolwiek wróci do tych utworów. Poza tym przeważają tu utwory z pierwszego – kla­sycznego już dziś – solowego dzieła Ryby, Vigil In A Wilderness Of Mirrors. Utwory z tej płyty, a także propozycje z albumu drugiego, Internal Exile, plus FENOMENALNIE ZAGRA­NY Incubus to zalety drugiej wyróżnionej prze­ze mnie płyty. Tutaj z kolei rodzynkami są takie utwory jak Fugazi, Market Square Heroes i Forgotten Sons oraz porywająco zaśpiewane Vigil i Shadowplay. Podobny repertuar znalazł się na dwóch pozostałych kompaktach. Malkontent może więc wybierać, ale kolekcjoner oceni wytrawnym uchem, że każdy z tych kon­certów ma swój niepowtarzalny urok, mimo zbliżonego repertuaru. Przede wszystkim za­powiedzi Fisha, jego dialogi z publicznością… Atmosfera niczym z Absolutely Live The Doors, choć to porównanie może kogoś tam oburzyć.

O płycie piątej, Toiling In The Reeperbahn, piszę w oparciu o jej recenzję w fanzinie The Company Poland oraz o słowa samego Fisha. Jakość techniczna materiału jest ponoć nienajlepsza, ale tu właśnie znaleźć można pier­wotne wersje utworów z ostatniego albumu, Suits. Raw Meat i Pipeline. Zespół sięgnął także po słynny Roadhouse Blues Doorsów, wplatając go między Internal Exile i Market Square Heroes niczym Let’s Twist Again za czasów Marillion.

Wszystkie (poza Toiling…) opisywane tu bo­otlegi charakteryzują się znakomitym dźwiękiem zapisanym na Dacie wprost z konsolety. Podobno Fish rejestruje wszystkie swoje kon­certy. Ciekawe, czy nagrał także występy w Polsce? Bo chyba występ w Stodole należał do najlepszych… Mam takie wrażenie. Powi­nien się znaleźć na płycie. Muszę zapropono­wać to Rybie, gdy znów się spotkamy.

 

TOMASZ BEKSIŃSKI

 

FOR WHOM THE BELLS TOLL! (Edinburgh Playhouse, Sylwester 1991)

Uwaga! Choć wymieniono na okładce i w ksią­żeczce utwór Fugazi, nie ma go na płycie (?). CD 1 koń­czy się piosenką Shadowplay, ale z bliżej niewyja­śnionych przyczyn CD 2 od niej się zaczyna (?). Są na tym świecie rzeczy, o których nie śniło się filozofom.

 

 

„Raj utracony” (Jon Anderson & Yes) Tomasz Beksiński „Tylko Rock” nr 5 (57) maj 1996

Jon-Anderson-Toltec.jpg

Obrodziły nam ostatnio płyty Jona Andersona, zwanego w pewnych krę­gach wokalistą o anielskim głosie. Je­go charakterystyczny śpiew zniewolił tak wielu fanów i krytyków, że właści­wie każdy produkt podpisany jego na­zwiskiem automatycznie ląduje na pie­destale wzniesionym do wysokości niebios.

 

Z jednej strony nie dziwi mnie to, gdyż sam mam sporą słabość do tego jedynego w swoim rodzaju głosu, od ponad dwóch dziesię­cioleci kreującego „niepowtarzalny klimat” muzyki legendarnej formacji Yes. Z drugiej strony jednak czuję ogarniające mnie znużenie: od ponad dwóch lat Jon Anderson wyda­je płyty w tempie godnym Dietera Bohlena za najlepszych lat Modern Talking. Najwyraź­niej konkuruje z kolegą Yes-manem – Rickiem Wakemanem, którego spuścizna płyto­wa zaczyna przekraczać pięć tytułów rocz­nie! O ile jednak Wakeman już od drugiej po­łowy lat siedemdziesiątych wydaje produkty dość mierne, Anderson – przynajmniej do niedawna – tworzył płyty wyróżniające się, pełne uroku (że wymienię chociażby cztery bardzo udane albumy z Vangelisem). Ostat­nio jednak najwyraźniej popadł w rutynę tworzenia muzyki służącej obsesyjnemu ce­lebrowaniu swojej duchowej więzi z Matką Ziemią, Kosmosem szeroko pojętym, ducha­mi przodków i licho wie czym jeszcze. Mógł­by jednak zadbać o większą finezję.

 

Album Deseo wynudził mnie przeraźliwie; wypełniająca go brazylijska muzyczna papka irytująco trąci poczynaniami Patricka Moraza sprzed prawie dwudziestu lat i w identycznym stopniu działa konwulsyjnie na jelita. Oprawna w złotą okładkę płyta Angels Embrace zawiera muzykę, której nie po­wstydziłby się Vangelis w chwili niemocy twórczej: „Boskość” przez duże B, anielskie chóry, elektroniczne(!) wizje Raju… wśród tego pełen ekstazy głos Mistrza, ale jakby z innej parafii. Próbowałem słuchać tego smędzenia kilka razy i zawsze zasypiałem. Album Change We Must wypadł na tym tle porywająco dobrze, choć nie do końca za­wierał nowy materiał. Ale przynajmniej były to kompozycje z prawdziwego zdarzenia, za­śpiewane przez Andersena w jego najlep­szym stylu – niekiedy nad wyraz piękne (utwór tytułowy). Ta płyta powędrowała na półkę i czasami umila mi samotne wieczory.

 

Najnowsze dzieło Mistrza nazywa się ta­jemniczo Toltec. Sama muzyka w najlepszych momentach przypomina nawet Olias Of Sunhillow. ale w najgorszych trąci nieste­ty bukoliczną nijakością rodem z Deseo. Naj­bardziej irytuje jakiś nad wyraz upierdliwy znachor, który truje prawie przez cały czas na tle muzyki, aż wreszcie wydobywa się na plan pierwszy i opowiada ludowe mądrości o grzebaniu zwłok bez trumien, żeby się lepiej jednoczyć z Matką Ziemią. Nie jest to zła płyta, tylko nudna. Monotonna, przesadnie „piękna na pokaz” – słowem, idealny mate­riał do recenzowania na klęczkach przy uży­ciu słów „niebiański”, „boski”, rajski”.

 

Ktoś może powiedzieć: czego się, facet, czepiasz? Czepiam się, bo od 25 lat jestem zaprzysiężonym fanem grupy Yes i miłośnikiem śpiewu Jona Andersena. Każde jego dzieło witałem z przyspieszonym biciem serca, a każdy utwór, do którego użyczył swojego głosu, wyróżniał się na płytach innych arty­stów: King Crimson Lizard (cudowny wstęp do suity Prince Rupert Awakes). Vangelis Heaven And Hell (słynny utwór So Long Ago, So Clear). Mike Oldfield Crises (In High Places)… Pierwszy solowy album Andersena, Olias Of Sunhillow, należy – jak dla mnie – do najpiękniejszych płyt lat siedemdziesiątych, zaś wspomniane już cztery longplaye nagra­ne z Vangelisem to istne perełki, wśród których Private Collection lśni jak wielokaratowy diament. Anderson zrealizował też intry­gujący album z kolędami (Three Ships). O płytach Yes nie wspominam, bo prawie wszystkie należałoby tu wypunktować (poza tymi koszmarkami z udziałem Trevora Rabi­na, na szczęście ostatnio usuniętego – teraz będzie profanować grupę Supertramp).

 

Mając tak sakralny stosunek do Andersona czuję się coraz bardziej oszukany i zawiedziony jego ostatnimi poczynaniami. A naj­bardziej drażni mnie sztuczna wzniosłość muzyki, jaką sygnuje swoim nazwiskiem – bohaterami Toltec są jakieś humanoidalne stwory z przeszłości, „twórcy kręgów mocy, barw, perfum i kopuł leczniczej muzyki”. Niestety, nadaje to płycie jedynie rangę sztu­ki przez duże G. Podobne „poszukiwanie akordu miłości, który zjednoczy mieszkań­ców galaktyki”, będące tematem albumu Olias Of Sunhillow, ilustrowała muzyka znacznie bardziej urozmaicona i pełna treści. Wolałbym już, żeby Anderson nagrywał roc­kowe piosenki średniej kategorii, jakie wy­pełniły niezbyt udany zbiór In The City Of Angels. Wówczas byli to tylko aniołowie o znu­dzonych twarzach. Ostatnie wizyty w Raju przekonały mnie, że chciałbym być jak naj­dalej od tego miejsca.

 

Raj utracony? Może jeszcze nie. Poczekaj­my na kolejną propozycję Yes, która powsta­je w sensacyjnym składzie: Anderson, Wa­keman, Squire, Howe, White. l miejmy na­dzieję, że Jon Anderson – któremu życzę wszystkiego najlepszego i sukcesów w rato­waniu naszej planety – zacznie ratować tak­że swoją solową karierę. Może warto od­wiedzić Vangelisa? Jak napisał pewien bry­tyjski krytyk, obaj panowie wspólnie, o dzi­wo, potrafią utrzymać swojego niekontrolo­wanego geniusza na wodzy.

Trzymam kciuki. Enter Ye The Mystery School!

 

TOMASZ BEKSIŃSKI

 

 

„Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię” (Nick Cave), Tomasz Beksiński, „Tylko Rock” nr 7 lipiec 1996

Nick-Cave-And-The-Bad-Seeds-Let-Love-In.jpg

Kiedy byłem małym chłopcem, muzyka działała na mnie przede wszystkim za sprawą melodii. Słów nie rozumiałem, a wokalistów ledwie odróżniałem po głosie. Potem przyszło zainteresowanie stroną wizualną: największe wrażenie robili ci wykonawcy, którzy wyglądali naj­bardziej makabrycz­nie, szokująco i nie­zgodnie ze schlud­nym modelem lanso­wanym w socjali­stycznej szkółce.

 

Na początku lat siedem­dziesiątych najbardziej podobał mi się zespól Black Sabbath (te krzyże na czarnych stro­jach; było w tym coś piekielnego i stano­wiło to cudowne antidotum na szkółkę niedzielną), oraz… Roy Wood (facet miał twarz pomalowaną na różne kolory, gwiazdę na czole, brodę długości pół ki­lometra i upiorną grzywę włosów roz­dmuchanych na boki i spryskanych ae­rozolem; wyglądał ZAJEBIŚCIE, więc ilekroć kazano mi w szkole skrócić wło­sy, przynosiłem jego zdjęcie wychowaw­czyni w nadziei, że kipnie na zawał). Po okresie fascynacji wyglądem, nieod­wracalnie przyszedł okres najważniej­szy: zainteresowanie treścią piosenek.

 

Mógłbym kilka stron o tym napisać, ale tematem niniejszego wypracowania nie jest Beksińskiego zgłębianie poezji rocka, tylko Nick Cave. A tego ponurego pana poznałem dopiero w 1984 roku. Miałem już wówczas kilku idoli absolut­nych, których każde zaśpiewane słowo idealnie współgrało z nastrojami mojej znękanej duszy – ich bezwarunkowym królem był, jest i będzie Peter Hammill. Gdy pierwszy raz usłyszałem Cave’a, przez myśl mi nawet nie przeszło, że za niespełna dziesięć lat będę gotów podpisać się pod większością jego ociekają­cych krwią ballad.

 

A wszystko zaczęto się od Avalanche Leonarda Cohena i… Światłości w sierpniu Williama Faulknera. Latem 1984 ro­ku musiałem bowiem zaliczyć wszystkie lektury z literatury amerykańskiej i zdać ostatni zaległy egzamin na studiach. Siedziałem całymi dniami w do­mu i pochłaniałem te wszystkie Szkar­łatne litery (jeszcze bez cycków Demi Moore), Grona gniewu (zanim Camel opracował bardziej jadalną wersję) i Moby Dicka (z rozrzewnieniem wspo­minając ekranizację Johna Hustona i przeklinając ciężkie pióro Melville’a). Wśród tej katorgi zajaśniał nagle promyczek światła: ówczesny kolega re­dakcyjny z „Magazynu Muzycznego”, Jurek Rzewuski, przywiózł z Londynu walizkę nowych płyt. Odwiedziłem go zatem, obaliłem obowiązkowe wino i wróciłem do domu z szumem w głowie i kilkoma płytami pod pachą. Pierwsza z nich nazywała się From Her To Eterni­ty.

 

Tytuł był obiecujący: Od Niej do wieczności. Tajemnicza „Ona” okazała się nazywać naprawdę Anita Lane. Jej zdjęcie z kotkiem umieszczono wśród fotek muzyków tworzących zespół Cave’a, The Bad Seeds. W życiu artysty odegrała najwyraźniej ważną rolę, sko­ro tę fascynującą, ale i przerażającą płytę wypełniły przede wszystkim utwo­ry opowiadające o straszliwym cierpie­niu, upadku, śmierci. Avalanche Cohe­na otwiera całość w iście „horrorystycznym” stylu. l trudno sobie wyobra­zić lepszy wstęp. Wszedłem w lawinę, przysypała moją duszę. Głos Cave’a brzmi jak rzężenie upiora. Instru­menty tworzą głuchy, klaustrofobiczny nastrój… grobowca? czyśćca? celi więziennej? Nieważne. Był to wstęp proroczy. Dla mnie – słuchacza (bo od tej chwili moja dusza została przysypa­na, choć jeszcze o tym nie wiedziałem). l dla Cave’a – bo z czasem zaczął się coraz bardziej zbliżać do Leonarda Cohe­na. Za kilka lat chyba nim zostanie.

 

Przesłuchałem tę płytę kil­kakrotnie, po czym siadłem do czytania Faulknera. Ciężka to była i duszna lektura. Mroczna, przy­tłaczająca. Upał, namiętność, zbrodnia. Czytałem i… słuchałem Nicka Cave’a. Potem przebrnąłem jeszcze przez Przy­gody Hucka, w których też jest coś z tej przedziwnej atmosfery amerykańskiego Południa. Dziś nie mogę wyjść z podzi­wu, jakim cudem Australijczyk potrafił tak genialnie wykreować klimat, emanu­jący z filmów typu Angel Heart i Mississippi Burning. Klimat bardzo amerykań­ski, ale jakże inny od tej komercjalnej ty­powo amerykańskiej tandety spod znaku MacDonalda i Kentucky Fucked Chicken. Wilgotny, przesiąknięty malarią, na­miętnością, zbrodnią i voodoo klimat do­rzecza Mississippi. Świat, w którym Cave’owski kochanek o złamanym sercu przeżywa zupełnie inne katusze niż eu­ropejski Werther. Świat, w którym spra­wy sercowe załatwia się za pomocą no­ża.

Od Niej do wieczności. Avalanche – mówisz, że odeszłaś ode mnie, lecz przecież czuję twój oddech…From Her to Eternity – to pragnienie, by ją po­siąść, pali jak rana… Wings Off Flies – kocha, nie kocha… Samotny bohater zadaje sobie to pytanie, obrywając mu­chom skrzydełka. Jest w tym coś z po­dwójnej perwersji: mucha ma dwa skrzydełka, więc odpowiedź zawsze mu­si brzmieć „nie kocha”… l wreszcie A box For Black Paul – kto zrobi trumnę dla Czarnego Paula?… Moja dusza nie spocznie, póki nie zrobisz trumny także dla mojej dziewczyny…

 

Czekałem na drugą płytę byłego lidera The Birthday Party z dużą niecierpliwością. Stałem się niewolnikiem jego oryginalnej i w sumie niełatwej muzyki, osadzonej gdzieś w nowoorleańskim bluesie, z domieszką nowofalowego roc­ka i tradycyjnej ballady. Nie, nie słucha­łem Cave’a na okrągło. Dzięki niemu le­piej zrozumiałem Światłość w sierpniu, potem zdałem egzamin i zająłem się Romantykami Muzyki Rockowej. Ale Cave niczym kornik toczył moją duszę. Był tam, odkąd postawiłem igłę na pierw­szej stronie From Her To Eternity. Stał się mroczną światłością… w sierpniu (tak, w sierpniu 1984 roku). Wytrzymał próbę czasu z innym moim Mistrzem, królem pozerów – Eldritchem. l gdy w 1992 roku wydał album Henry’s Dre­am, czekałem już na niego w Czarnej Chacie w nawiedzonych lasach wokół Twin Peaks, wraz z Lelandem Palmerem i mordercą Bobem.

 

Po drodze na to spotkanie czekało klika przystanków. Najpierw Śmierć pierworodnego – The Firstborn Is Dead – w 1985 roku. Album genialny w każdym calu. Kto wie, czy nie lepszy od debiutanckiego: bardziej doj­rzały, bardziej stylistycznie jednorodny. Jeszcze silniej zakorzeniony w wilgotnej od rosy, potu i krwi ziemi Południa. l obok kilku fenomenalnych bluesów (Blind Lemon Jefferson, Knockin’ On Joe) zawierający niezwykle ekspresyjną interpretację ballady Boba Dylana Wanted Man.

 

Był to najwyraźniej zwiastun ścieżki, na którą Nick Cave wkroczył wówczas rozmyślnie: ścieżki zbrodni. Już za wczasu wcielił się w postać człowieka poszukiwanego, ściganego. Zbrodnia­rza, który ukradł zbrodnię. Żeby nabrać sił do pierwszego morderstwa (podobno pierwszy raz jest najtrudniejszy, potem już idzie „z górki”) dokonał przeglądu wielu tradycyjnych utworów, którymi wypełnił zbiór Kicking Against The Pricks. Jest tu m.in. pieśń Hey Joe, opo­wieść o mężczyźnie, który zastrzelił swoją kobietę za zdradę. A następny au­torski album Cave’a nazywał się Your Funeral… My Trial: Oto ja, mała owieczka. Niech dzwonią wszystkie dzwony w Kurwolandzie. Tej nocy wszystkie wredne suki, takie jak ona, zobaczyły jak księżyc zamienia się w sierp. Twój pogrzeb, mój proces.

 

Cave – zbrodniarz nie ocze­kuje bynajmniej, że zabój­stwo ujdzie mu na sucho. Al­bum Tender Prey otwiera jeden z jego najsłynniejszych utworów: Mercy Seat. Nie boję się śmierci – wygłasza na po­czątku. A potem drobiazgowo delektuje się własną smażalnią na elektrycznym krześle miłosierdzia: moja krew się gotu­je, moja głowa płonie, topi się i dymi… Oko za oko, ząb za ząb. A w utworze Mer­cy dodaje: moja śmierć stała się wręcz nudna, tyle razy o niej opowiadano. Iro­nia? Na pewno nie. Raczej cynizm.

 

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu? Wszystkie drogi prowadzą do Nashville? Raczej nie. Wszystkie drogi prowadzą do Twin Peaks.

 

Henry’s Dream to jedna z najdoskonalszych płyt per­wersyjnego Australijczyka. l obok Let Love In moja ukochana. Cave stał się zdecydowanie balladzistą w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Zaczął w swoich pieśniach opowiadać historie. Majstersztykiem jest tu makabryczna i cuchnąca świeżą posoką i wyuzdaniem opowieść o Żonie Johna Finna, prowo­kacyjnej piękności, która doprowadza męża do śmierci… z ręki Cave’a-narratora. Cohen znów się tutaj ukłonił: The Gypsy’s Wife. Balladą jest też utwór Pa­pa Won’t Leave You, Henry – jeden z wielu, opowiadających o tułaniu się z miejsca na miejsce, o ucieczce przed przeszłością i sobą samym. Wędrowiec – człowiek poszukiwany, a może zły duch? – w żadnym miejscu nie może za­trzymać się na dłużej (When l First Came To Town), a opowiadając mroczne historie swojego życia zarabia na kieli­szek chleba (Brother, My Cup Is Empty). Miłość otrzymuje wyłącznie wtedy, jeśli w kieszeni dzwonią mu monety (Do You Love Me?), aż w końcu szlag go trafia i urządza sobie w barze masakrę żyw­cem wyjętą z filmów Sama Peckinpaha (O’Malley’s Bar).

 

Cave potrafi być tajemni­czy, liryczny, wręcz roman­tyczny… oraz makabryczny i brutalny zarazem. Gdy pochła­niałem pieśni wypełniające Henry’s Dream, wciąż jeszcze żyłem niesa­mowitą atmosferą najlepszego telewi­zyjnego serialu wszechczasów, Twin Peaks, wykreowanego przez Davida Lyncha. Mam wrażenie, że Lynch i Cave mo­gliby razem zrobić coś bardziej fascynu­jącego od ukrytego za czerwonymi za­słonami prawdziwego siedliska zła, któ­re pochłonęło dobrą duszę agenta Coopera. Świat przedstawiony przez Cave’a niewiele się różni od wizji Lyncha, z tą tylko różnicą, że Lynch potrafi przy­nieść naiwne ukojenie pod postacią Anioła (kinowy „aneks” to Twin Peaks: Ogniu krocz za mną) czy Dobrej Wróżki (Dzikość serca). U Cave’a ukojeniem jest śmierć pachnąca wanilią (Do You Love Me 2), zaś akcja rozgrywa się w kinoteatrze z… czerwonymi zasłonami i sufitem pomazanym krwią.

 

Gorzej jest być kochankiem Miłości, niż kochankiem przez Miłość odtrąconym –śpiewa w utworze Let Love In. Nie spad­nie już deszcz, bo moja ukochana ode­szła (Ain’t Gonna Rain Anymore). Uczy­my się na błędach. Nic dziwnego, że spotykając miłość swojego życia, pro­wadzimy ją nad rzekę, pokazujemy jej czerwone róże i ze słowami Wszystko, co piękne, musi umrzećbierzemy do ręki kamień i… zabezpieczamy się przed smutkiem spełnionej baśni.

 

Co z tego, że posadzą nas na Krześle Miłosierdzia? Przecież Death Is Not The End – Śmierć to nie koniec… l to jest najstraszniejsze.

 

Nick Cave posiada niezwy­kłą zdolność do zaintrygowa­nia człowieka dwoistością jego własnej natury. W każdym z nas drzemie morderca. Każdego prze­śladują perwersyjne myśli i skłonności. Każdy musi czasem być zły, żeby być dobrym. l odwrotnie. Nick Cave wydobywa to wszystko na światło dzienne. Śpiewa o namiętności i zbrodni z równą lekko­ścią, jak inni o pierwszej randce w cocktail-barze. l czyni to czasem tak wdzięcz­nie i czarująco, że nie sposób mu się oprzeć. Niczym w Song Of Joy – gdzie zziębnięty wędrowiec opowiada o strasz­liwej śmierci swojej rodziny, jednocze­śnie wpraszając się do czyjegoś domu na… kolację z morderstwem. Bo wiado­mo, że on sam wszystkich zaszlachtował. Mogę wejść?

 

Panie Cave, u mnie zawsze znajdzie się dla pana wikt i dach nad głową. Wy­ciągnę do pana zbroczoną krwią prawi­cę (Red Right Hand) i nazwę przyjacie­lem.

 

TOMASZ BEKSIŃSKI

 

 

PETER HAMMILL – “The Peel Sessions” * * * 3/4 & “X My Heart” ****  (recenzje albumów) Tomasz Beksiński, „Tylko Rock” nr 59 lipiec 1996

Peter-Hammill-The-Peel-Sessions.jpg

Można by powiedzieć, że sezon pod znakiem Petera Hammilla trwa. Najpierw przyjechał do Polski i dał w Bydgoszczy koncert najbardziej nieprawdopodobnych marzeń. Potem ukazały się na płycie utwory, które na przestrzeni kilku­nastu lat wykonywał na żywo w BBC w programach najsłynniejszego brytyjskiego didżeja – Johna Peela. Wreszcie otrzymaliśmy najnowszy album sygnowany nazwiskiem Mistrza X My Heart. Mówił już o nim w Polsce, na konferencji prasowej. Wtedy jeszcze nie chciał zdradzić, ja­ka to będzie muzyka. Teraz już wiadomo, że po­wstała jedna z jego najlepszych płyt.

 

Konfrontacja nagrań starszych z najnowszy­mi wypada nad wyraz intrygująco. Przede wszystkim nie dzieli ich żadna przepaść, żaden mur zbudowany przez modę. Słyszymy ten sam glos, tę samą emocję, czujemy ten sam klimat. Świadczy to o ponadczasowości i rzetelności jednoosobowej firmy pod szyldem Pe­ter Hammill. Słuchając płyty The Peel Session nie zapominajmy też, że zawiera nagrania wy­konane „na żywo” – a więc Maestro zawsze potrafił wykreować magiczną atmosferę, jaką pamiętamy z Filharmonii Pomorskiej.

 

The Peel Sessions to zbiór interesujący szczególnie pod względem repertuarowym. Mamy tu unikatowe wręcz wykonanie The Em­peror In His War Room z repertuaru Van Der Graaf Generator, a także przecudowną wersję najpierwszej pieśni tej niezwykłej grupy Afterwards (tutaj przepięknie przyprawioną skrzyp­cami Grahama Smitha). Sesje radiowe zareje­strowano w latach 1974, 1977, 1979 i 1988. Jest więc to także przegląd kompozycji Ham­milla z prawie piętnastoletniego okresu kariery. Nie śmiem nazwać tej płyty trywialnym okre­śleniem „greatest hits”… ale trudno tak nie po­myśleć, skoro na jednej płycie mamy takie ro­dzynki jak Time To Burn, Time For A Change, (No More) The Sub Mariner i Afterwards

Peter-Hammill-X-My-Heart.jpg

X My Heartczyli Peter Hammill 96 – to z kolei album urzekający subtelną atmosferą… ale bynajmniej nie jest to płyta z gatunku kame­ralnych i poetyckich jak Fireships. Jednak postawić ją można śmiało obok dziel tak wybit­nych jak Out Of Water, Over, czy Sitting Targets. Skrzypcowa „poświata” Stuarta Gordona nadaje muzyce charakteru tęskno-lirycznego. Niejednokrotnie ekstatyczny śpiew Petera tworzy klimat dramatycznej niepewności. Sak­sofonowe „wtrącenia” Davida Jacksona przy­pominają Graafowskie smaczki. Całość jest jednak wyjątkowo spójna, jednorodna, zdecy­dowana. Niczym klamrą spina płytę kompozy­cja A Better Timena otwarcie wykonana à capella na tle… hammillowskiego chóru (choć nie tak majestatycznego jak w Mediaevil), na zakończenie przyprawiona fortepianem. Wy­różniają się pieśni Ram Origami, Earthbound i Material Possession. Największy niepokój bu­dzi utwór Narcissus (pozornie trochę chaotycz­ny, ale przez to najbliższy niektórym dokona­niom Van Der Graaf Generator z końcowego etapu działalności grupy).

 

X My Heart to zakamuflowana pisownia zwrotu „cross my heart and hope to die” – niech trupem padnę, jeśli kłamię. Fani Hammilla mogą mnie zabić, jeśli uznają, że wprowadziłem ich w błąd rekomendując tę płytę z całego serca.

 

 

 

„Wiosna mojego szaleństwa” (Procol Harum), Tomasz Beksiński „Tylko Rock”

PROCOL HARUM - Home.jpg

 Chyba nie przesadzę, jeśli napi­szę, że grupa Procol Harum ode­grała w moim życiu rolę niebagatel­ną. Może nie tak poważną jak The Reptile [Kobieta wąż], ale na pewno istotną. I nie tylko w sferze doznań stricte muzycznych, choć od tych wypada mi zacząć.

 

Przypuszczalnie nikt mi nie uwierzy, ale zanim zbolały głos Brookera i gotyc­kie brzmienie jego Hammonda zniewoliły moją dusze, szczerze nienawidziłem pio­senki A Whiter Shade Of Pale. Często sły­szałem ją w Programie III, skąd jako kilkunastoletni szczyl łowiłem skoczne pio­senki włoskie i francuskie (yeah yeah, od tego zaczynałem – przyznaję się! przy­znam się do wszystkiego, tylko nie katuj­cie mnie już rapem!!!). Najpierw mnie drażniła, potem nudziła, potem była mi obojętna. Pokochałem ją właśnie na koń­cu, znając już 3/4 repertuaru Procol Ha­rum na pamięć. Better late than never.

 

Gdy zaczynałem już słuchać The Be­atles, The Rolling Stones i Black Sabbath, trafiłem w Trójce na audycję poświęconą Procol Harum. Ojciec, dla którego nagrywałem z radia to i owo, zakreślił tę audy­cję w gazecie. Włączyłem radio. Oczywi­ście najpierw był Bielszy odcień bladości, a potem… Szczegółów nie pamiętam, bo każdy utwór był wyciszony i przed­stawiony fragmentarycznie, ale chyba wtedy po raz pierwszy otarłem się o Whaling Stories, The Dead Man’s Dream, Crucifiction Lane i Shine On Brightly. Wrażenie było niesamowite. Byłem poru­szony do głębi. Ojciec też, choć ze złości – opowiedział mi przy okazji, że pewien redaktor (nazwiska nie ujawnię, choć nigdy go nie zapomnę) zawsze przedsta­wiał utwory Procol Harum wyciszając je w połowie i bredząc, jaka to nuda i pre­tensjonalna muzyka w porównaniu z twórczością jakiejś pani Koterbskiej. Tak wiec muzyka zespołu Brookera stała się dla mnie niedostępną legendą zanim wszedłem w nią sercem i duszą.

 

Stało się to dopiero jesienią 1972 roku. Piotr Kaczkowski zaprezentował jeden z albumów wszechczasów – Procol Ha­rum Live With The Edmonton Symphony Orchestra. Znałem już wówczas suitę In Held Twas In 1 w wersji studyjnej… lecz koncertowa powaliła mnie na ziemię. Zo­stałem zdruzgotany, zahipnotyzowany, przepełniła mnie fascynacja, trwoga i ekstaza. Słuchałem Whaling Stories i A Salty Dog czując dreszcze. Z tej muzy­ki emanowało coś przejmująco mroczne­go. Nie rozumiałem ani słowa, ale mia­łem wrażenie, że stoję na pokładzie okrętu-widma, wśród trupów załogi, na czar­nym, szalejącym morzu… A moją wy­obraźnię pobudziła jeszcze opowieść oj­ca o utworze Wreck Of The Hesperusmówił, że słychać tam ryk morskich fal ciągnących rozpadający się statek w głę­binę. Nigdy nie umiałem pływać. Głębia jest dla mnie czymś najbardziej przeraża­jącym na świecie. A ponieważ już wtedy kochałem się bać… muzyka Procol Ha­rum zawładnęła mną bez reszty.

Grand Hotel był z kolei przeżyciem zdumiewająco radosnym. Środkowa par­tia utworu tytułowego wzruszała do łez, podobnie FiresNagrywałem kolejne płyty Procol Harum na bieżąco, bezsku­tecznie poszukując starszych. O albumie Home słyszałem jedynie legendy. Podob­nie o Shine On Brightly. Za Każde pienią­dze gotów byłem kupić reklamowaną pod koniec 1972 roku reedycję tych dwóch płyt w jednej okładce. Nigdy nie było mi to pisane, choć z czasem zdoby­łem je oddzielnie.

Ale przedtem, w lutym 1976 roku, w Nowej Hucie – ujrzałem Procol Harum na estradzie. Był to pierwszy rockowy koncert, w którym uczestniczyłem. I zara­zem koncert-marzenie. Marzenie, w któ­rego realizacje nie wierzyłem, a ziściło się tak nagle i tak szybko… Przemyciłem na sale aparat fotograficzny, narobiłem kilkadziesiąt zdjęć używając powiększającego obiektywu. A siedziałem w 5 rzędzie! Potem, już w pociągu do Sanoka, kupiłem od kumpla butelkę pepsi-coli za 100 zł (a w sklepie kosztowała 5 zł): po prostu okrutnie chciało mi się pić, a prze­życia muzyczne tak mnie wzruszyły, że… nie wiedziałem, co czynię. Do pełni szczę­ścia brakowało mi tylko charakterystycz­nych bąbelków w ustach.

 

Już na studiach, w Katowicach, znala­złem u przyjaciela strasznie zniszczony egzemplarz płyty-marzenia: Home. Wsłuchałem się w teksty. Wróciły dresz­cze, choć nieco inaczej. Poczułem cały bu­kiet zapachów grobowych. Powab otwartej trumny. Powiew wiatrów cmen­tarnych. Chyba wtedy ostatecznie się od­nalazłem.

Home to jedna z najbardziej ponurych, koszmarnych i fascynujących płyt w histo­rii rocka. Śmiem twierdzić: pierwsza GO­TYCKA płyta rockowa. I zawiera jeden z najstarszych utworów wszechczasów: The Dead Man’s Dream.

 

Weszliśmy na cmentarz, szukając nagrobka

groby by­ły zdewastowane, a trumny otwarte

tru­py nadgniłe, choć nie martwe

a ich oczy jak żywe od wijących się robaków.

Za­częło się lato mojego szaleństwa.

 

Tak, wiele zawdzięczam grupie Procol Harum.

 

A w jesień mojego szaleństwa

która nadjedzie już niebawem

bo noce są co­raz ciemniejsze

światło dnia już nie tak silne

zaś rzeczy, w które wierzyłem

nie wystarczają mi już

bo wiedza staje się ciężarem

a żyć dalej coraz trudniej…

 

Thank you, Mr Gary Brooker.

JETHRO TULL – “Roots To Branches” **** (recenzja albumu) Tomasz Beksiński, „Tylko Rock” nr 11 (51) listopad 1995

JETHRO TULL - Roots To Branches.jpg

Zawsze z niecierpliwością czekam na płyty dawnych mistrzów, którzy mimo zmieniających się mód w dalszym ciągu pozostają wierni swo­im ideałom. Ian Anderson – człowiek stary, ale jary – działa pod szyldem Jethro Tull tak długo, że teoretycznie rzecz biorąc powinien się wypa­lić kilkanaście lat temu. Niektórzy fani Tull po­stawili wtedy na nim krzyżyk – album Under Warps nie podoba się praktycznie nikomu, mo­że z wyjątkiem mnie (choć bynajmniej nie uwa­żani go za osiągnięcie firmy noszącej w tytule nazwisko wynalazcy siewnika). Tymczasem krótki romans z elektroniką był jedynie figlem, okresem przejściowym, eksperymentem… zapoczątkowanym zresztą rok wcześniej solową płytą Walk Into Light. Anderson odkurzył stare brzmienie Jethro Tull w 1987 roku – i od tamtej chwili szaleje, jak za dawnych dobrych lat. Za­iste, on JEST Lee Marvinem rock’n’rolta – cho­ciaż Lee Marvin już nie żyje.

 

Roots To Branches to kolejna rzetelnie spre­parowana płyta Andersena i spółki. Każdy fan Tull powinien ją mieć i jestem przekonany, że zachwy­ci się od początku do końca. Nowością są może elementy orientalne w kilku utworach (szczegól­nie porywająco wypadły w kompozycji Rare And Precious Chain), poza tym mamy sporo fletu, gitar i rockowo-folkowych klimatów, nawet z lekką do­mieszką jazzu (Dangerous Veils). Myślę zresztą, że pisanie o muzyce Jethro Tull to próżny wysiłek – jej nie da się opisać. Nie zamierzam też nama­wiać nikogo siłą do jej wysłuchania. Trzeba chcieć. Nagrodą za dobre chęci jest godzina wspaniałej, barwnej, porywającej i jak zwykle po­zostawiającej niezatarte wspomnienia muzyki.

 

A tytuł płyty rozumieć można symbolicznie; „roots” to mogą być korzenie rocka, „branches” – wszelkie rozgałęzienia, style, mody… Oto więc przesłanie od korzeni do gałęzi: szanuj tradycje, one są nieśmiertelne.