„Świadek wieku” Stanisław Lem: „Okamgnienie” Wydawnictwo Literackie 2000 (recenzja: Maciej Parowski „Nowa Fantastyka”)

Okamgnienie - Stanisław Lem.jpg

Do Lemowych praw o nieczytaniu, nierozumieniu, zapominaniu dopi­suję czwarte: Wszyscy czytają jedną książkę, nikt nie czyta wszystkich książek… Na ostatnie dzieło mistrza rzuciła się cała nasza prasa. W książeczce cienkiej, poręcznej pomieścił Lem bogactwo problemów cywilizacyjnych, technologicznych, kulturowych.

„Okamgnienie” uchodzi za podsumowanie Lemowego dorobku ja­ko futurologa. Fakt, znajdziemy tu rozliczenie prognoz z „Summy technologiae” czy „Dialogów”. Bilans technologiczny tych prognoz wypada imponująco; humanistyczny natomiast – minorowo. Po praw­dzie, nie co innego niż obecnie głosił już Lem w „Lubych czasach” (’96) i „Bombie megabitowej” (’99). Odkrywał granice ludzkich możliwości i kompetencji w kopiowaniu natury (złe prognozy dla Al, dla klonowań oraz genetycz­nych przekształceń człowieka; dla podboju kosmosu i możliwości odkrycia braci w rozu­mie); głosił niską ocenę ludzkiego morale pozwalającego nam używać high-techu do zabi­jania bądź pornograficznych rozrywek. Poprzednie tomiki zawierały felietony prasowe; „Okamgnienie” jest książką podyktowaną, stąd częstsze powtórzenia. Na przykład wraca Lem parokrotnie do figury uczonego, który dokonał daremnego przeszczepu głowy jednej małpy na tors innej, i do odkrycia, iż nasi przodkowie byli kanibalami. Oto syntetycz­ne podsumowanie człowieczej genesis (czyż Kubrick w „2001 Odysei…” nie krążył wokół tego samego?), a także szaleństw kończącego się wieku.

Sporo miejsca poświęca Lem ewolucji, której nie utożsamia już z postępem. Parokrotnie trąca strunę autobiograficzną, wywodząc o sobie jako filozofie i przyrodoznawcy-chałupniku zmuszonym zakładać maski burleski SF. Opowiada, jak za komuny żeglował między Charybdą cenzury a Scyllą kapitalizmu; przyznaje się do błędnych entuzjazmów i… do me­tody twórczej polegającej na zaczynaniu powieści bez koncepcji zakończenia (!?). Tak w twórczy proces wprzągł Lem przypadek, którego zawsze był piewcą. l który to przypa­dek postrzega dzisiaj (za Monodem) jako główny czynnik sprawczy powstania życia, bo­gactwa jego form, wyrafinowania, skuteczności (na przykład wielokrotnego zdublowania struktur czynnościowych naszego mózgu). Będąc przeciwnikiem teleologicznych tez o celowości (choćby rozumianej antropicznie) kosmicznych procesów, nie wyrzeka się Lem ostentacyjnego zachwytu dla tego, co natura wykreowała z niewielkiej liczby białek i aminokwasów.

Sumując – podziwia dziś Lem to, co naturalne, przypadkowe, organiczne, a pozostają­ce poza kontrolą cynicznego rozumu, ułomnego sumienia, ambicjonalnych pożądań. W przerażenie natomiast wprawia go zanik u człowieka intelektualnych i aksjologicznych zabezpieczeń przed eksploratorskim traktowaniem przyrody i zbrodniczym bądź idiotycz­nym wykorzystaniem techniki. Ta staje się w oglądzie Lema wyalienowanym potworem ożywianym koktajlem pożądliwości, rywalizacji i głupoty, podług reguł reklamy, podaży i popytu. W „Wyborczej” Wojciech Orliński udzielił Lemowi w związku z tym reprymendy z powodu niedostatku optymizmu w naszych pięknych nareszcie czasach. Cóż, nie będzie Lem pierwszą ani ostatnią w dziejach nie wysłuchaną Kasandrą.

 

 

 

Reklamy

„Basquiat. Taniec ze śmiercią. Nowojorska opowieść filmowa” LECH MAJEWSKI, wyd. Rebis (recenzja) Rafał Księżyk „Brum” nr 49 listopad 1997

Chrys - Mickey Street Art.jpg

 

JEAN MICHAEL BASQUIAT był sprawcą jednego z większych zamieszań w zblazowanym świecie nowojorskiej sztuki lat 80… Wniósł do snobistycznych galerii ekspresje malowideł z murów zaułków i metra, dosadne narracje graffiti, świeżość spojrzenia rozglądającego się po magicznym świecie dziecka. Genialny naturszczyk wśród wyrafinowanych hochsztaplerów, załogant z ulicy z jointem w zębach wśród grubasów w drogich garniturach, wreszcie sławny Czarny na parnasie rasistowskiej społeczności. To nie mogło skończyć się dobrze.

W wieku lat 20. BASQUIAT zdobywa sławę i pieniądze, w 7 lat później umiera, samotny, nie do końca zrozumiany, przedawkowując alkohol i narkotyki. Miał w sobie coś z losu i poety przeklętego i straceńczego rockmana. Nie mógł go ominąć status legendy, mitu kultury masowej. BASQUIAT trafia do nas teraz jako bohater książki i filmu. Mimo, iż ta pierwsza była pod­stawą drugiego, oba dzieła różnią się od siebie. Ponoć obiekcje dystrybutorów sprawiły, że scenariusz został złagodzony. Stąd w książce więcej jest narkotyków, konfliktów rasowych, awantur bohatera z ojcem, film zastępuje je bardziej chwytliwymi, atrakcyjnymi scenami. Narracja jest podobna, opowieść filmowa – bo taki podtytuł nosi książka MAJEWSKIEGO – rozwija się w migawkowych epizodach o zwartości i dynamice graffiti. Taka forma dotrzymuje kroku tempu życia BASQUlATA, ale też niekorzystnie odbija się na rysunku psychologicznym głównej postaci. Nie daje wniknąć w mroczne tajemnice narkotycznego nałogu i autodestrukcji artysty.

Wśród owych chwytliwych scen filmu jest jedna, utrzymana w estetyce bajki OSCABA WILDE’A, gdzie mały czarnoskóry chłopiec przywdziewa złotą koronę, a jednocześnie zostaje zamknięty w ponu­rej zamkowej wieży. Uderza koroną w kraty jedynego okna chcąc wydostać się na zewnątrz. Odgłos jaki przy tym powstaje jest odbierany przez ludzi jako piękna muzyka, ale nikt nie wie, że wynika ona z samotności i cierpienia. Tak jak ludzie u stóp zamku spostrzegają tylko piękno, tak twórcy książki i filmu koncentrują się na pokazywaniu rąbania głową o kraty. Kolejna odsłona, kolejne uderzenie. Widzowie i czytelnicy są świadkami tego jak BASQUIAT walczy o uwagę dla siebie, sonduje granice wolności, opisuje swoje otoczenie i balansuje pomiędzy pełną obecnością w uciekającej chwili a ab­solutną z niej ucieczką w heroinowym ciągu.

 

„Basquiat. Taniec ze śmiercią”, reż. JULIAN SCHNABEL

 

 

„Rock-Encyklopedia” Wiesław Weiss, wyd. Iskry 1991 r. (recenzja: Jacek Grun)

„Encyklopedia rocka”

weiss-rock-encyklopedia-tom-1-2.jpg

Dziwię się, że do tej pory nie podniosła się w naszych publi­katorach wrzawa ogromna, bowiem jest to pierwsze te­go typu wydarzenie w kra­jach Europy Wschodniej dokonane w dodatku przez jednego niemalże człowieka. Myślę o napisanej przez Wiesława Weissa, a wyda­nej przez „Iskry” i wy­drukowanej w Austrii „ROCK — ENCYKLOPE­DII”.  Zawierająca ponad 1000 haseł i kilkadziesiąt świetnie odbitych fotogra­fii, doprowadzona została do ostatnich wręcz dni, skoro znajdujemy tu omó­wienie płyty zespołu ,,Dire Straits” wydanej w sier­pniu lub wrześniu tego ro­ku.

Niemożliwe stało się mo­żliwe, bowiem niżej podpisany przed laty też zabie­rał się do tego samego — z grupą innych osób — ale zwalające się kłopoty z papierem, drukiem, prawami autorskimi, podatkami i innymi debilizmami komu­ny bardzo szybko go zniechęciły. Wiesław Weiss wierzył i ta wiara została nagrodzona.

Żeby dokonać oceny — najlepiej porównać. Na moich pólkach stoją szeregiem encyklopedie, wszyst­kich niemalże gatunków muzyki rozrywkowej i jaz­zowej, kupione w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Z kilku podob­nych korzystał autor pisząc swoją „Rock-Encyklopedię”. Inaczej zresztą się nie da. I oto wydana w Polsce księga nie tylko nie odbiega fachowością, skrupulatnością, dbałością o szczegóły i znawstwem merytorycznym od wyżej wy­mienionych amerykańskich, ale kilka z nich przewyż­sza kompetencją. Z dostęp­nych mi pozycji najbliższą jest „The Rolling Stone En­cyklopedia of Rock and Roll” Jona Parelesa i Patrycji Romanowski. Tyle że tamta nosi datą wyda­nia — 1983.

W encyklopedii Weissa nie ma muzyki polskiej, co być może spowodowane jest pracą nad osobnym tomem. A to już zupełnie inna działka. Pojęcie „rock” jest tu potraktowane — i dzięki Bogu — bardzo pojemnie, skoro znalazły się nazwiska z obszarów blue­sa, rock’n’rolla i kilku po­krewnych gatunków. Naj­większą frajdę ta książka powinna sprawić 30—40-latkom, bowiem muzyce ich młodości poświęcono tu najwięcej miejsca. Narodowcy mogą poszukać wśród wykonawców Żydów (Dylan, Neil Diamond), a homoseksualiści zdjęć ślicz­nych twarzyczek. Nieko­niecznie więc trzeba inte­resować się muzyką, by książkę tę postawić na domowej półce. A ile zakła­dów można dzięki niej wygrać. Niżej podpisany już ma dosyć odpowiadania na telefony z prywatek, w trakcie których towarzystwo zakłada się o płeć Alice Cooper czy wiek Mi­chaela Jacksona. Książka jest już w księgarniach, a nakładu powinno wystar­czyć dla wszystkich. To też pozytywny znak czasu.

 

 

 

„Lost Highway” (soundtrack: recenzja) Interscope/Warner Music Poland – Bartek Koziczyński, „Tylko Rock” nr 5 maj 1997

Lost Highway - soundtrack vinyl.jpg

Produkcja muzyczna: Trent Reznor

 

Panowie filmowcy lubią zaprzęgać do swoich dzieł muzykę młodzieżową. Chodzi o przyciągnięcie do kin nastoletnich panienek, czy też na­stoletnich afroamerykańskich analfabetów. Pręży więc muskuły Bryan Adams, bluzga jak najęty gangsta raper, po to tylko by swoją twór­czość usłyszeć jako podkład do listy płac.

 

Od tej zasady są jednak wyjątki. Faceci tacy, jak Quentin Tarantino, Olivier Stone, czy David Lynch sprawiają, że czerpana z różnych źródeł muzyka popularna staje się integralną częścią obrazu, jest jego prawdziwym dopełnieniem. Słuchanie soundtracków zaś to przygoda, a nie konsumpcja kolejnego zestawu przebojów czy pseudoklasycznego smędzenia, nadającego się co najwyżej jako tło spotkań z panienkami.

 

Lost Highway to film niezwykły, niezwykła jest więc jego dźwiękowa oprawa. Płytę można podzielić na dwie części: tematy ilustracyjne oraz utwory rockowo-industrialne, może z odro­biną szeroko rozumianego techno. W tej pierw­szej dominują melodie nadwornego kompozyto­ra Mistrza, Angelo Badalamentiego. Utrzymane bardzo w jego klimacie, najlepiej znanym z Twin Peaks (jak Fred’s World), choć zwraca­jące uwagę częstym użyciem saksofonu. Szalona solówka w Red Bats With Teeth przypomina, że na instrumencie tym gra główny bohater fil­mu. Kilka podobnych utworów skomponował tu też Barry Adamson, ale znalazło się i miejsce dla brazylijskiego tematu Insensatez.

 

W części drugiej największą niespodzianką jest wykorzystanie dwóch kawałków pochodzą­cego zza Odry Rammsteina – ciężko, rytmicznie, po niemiecku. Chyba pójdę i kupię sobie całą ich płytę. Poza tym słychać Smashing Pump­kins z automatem perkusyjnym (Eye), jest trzy­mający rękę na ambientowym pulsie David Bo­wie, horrorowo-groteskowy Marylin Manson i Nine Inch Nails w całkiem melodyjnym The Perfect Drug (swoją drogą spory przebój w Sta­nach). Są dwa numery Trenta Reznora solo, który to przyjemniaczek jest również muzycz­nym producentem całości. Wyjątek od hałaśli­wej reguły, to utrzymana trochę w „południowym” klimacie piosenka Lou Reeda.

 

Rzecz do umieszczenia na półce pomiędzy Natural Born Killers i Strange Days.

 

BARTER KOZICZYŃSKI

 

„Autostradą do piekła” (recenzja filmu „Lost Highway” w reż. Davida Lyncha), Bartek Koziczyński, „Tylko Rock” nr 5 maj 1997

Recenzja jednego z ukochanych filmów Tomka Beksińskiego. W ostatnim, pożegnalnym felietonie „Fin de siècle” czyli „Koniec wieku” na łamach „Tylko Rocka”, który ukazał się już w numerze styczniowym z 2000 roku, czyli po jego samobójczej śmierci – stwierdził, że m.in. dla tego filmu, podobnie jak dla serialu „Twin Peaks”, warto było żyć. 

Lost Highway - Vintage Movie Posters.jpg

Przyzwyczailiśmy się do tego, że w swoich filmach David Lynch lubi prowadzić nas wąską ścieżką na krawędzi realności: nigdy nie wiadomo, w którym miejscu ześlizgniemy się w przepaść sennych majaków, koszmaru, urojeń… W Zagubionej autostradzie, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, zachwiane zostały proporcje. Na korzyść tych niesamowitych spraw, oczywiście. Ktoś nazwał to psychogeniczną fugą – miał rację, cokolwiek by to miało znaczyć.

 

Kaseta wideo. Zostawiona pod drzwia­mi. Kaseta, na której saksofonista jazzowy Fred Madison i jego żona, Renee, widzą ob­raz swojego domu. I kolejna. Kamera intru­za błądzi wewnątrz mieszkania, pokazuje tę parę śpiącą w łóżku. Konsternacja, bohaterowie wzywają policję… Następną kasetę Fred ogląda sam, by ujrzeć siebie nad zwło­kami żony. Potem widzimy go skazanego i umieszczonego w celi śmierci, ale pewnej nocy – ku zaskoczeniu strażników – okazuje się, że na jego miejscu jest zupełnie niezna­ny facet. I tu zaczyna się całkiem inny film, opowieść o mechaniku samochodowym Pete Daytonie.

 

Streszczanie Zagubionej autostrady jest właściwie niemożliwe. Pewne jest tylko jedno – Lynch jak zwykle stara się nas zasko­czyć czymś dziwnym. Zauważyłem, że tuż pod powierzchnią istnieje inny świat, a jesz­cze inne światy gdy zanurzasz się coraz głębiejmówi. Wiedziałem o tym, gdy byłem dzieckiem, ale nie mogłem na to zdobyć dowodów. To było tylko przeczucie. W błękit­nym niebie i w kwiatkach jest dobro, lecz z drugiej strony inna siła – dziki ból i rozkład – towarzyszy wszystkiemu dookoła.

 

Miłośnicy twórczości ekscentrycznego reżysera odnajdą tu wszystkie charakterystyczne dla stylu elementy. Jest tu, będą­ca motorem działań bohatera, kobieta (jak­by w dwóch osobach), kobieta, uwikłana w perwersyjny związek z lokalnym gangste­rem. Jest tajemnicza postać (pamiętacie karła z Twin Peaks?) – wcielenie schizofre­nicznej osobowości Freda/Pete’a. Jest ta­jemnicze miejsce, w którym rozgrywają się kluczowe sceny (obskurny motel w Death Valley). Pozostała też niepowtarzalna iko­nografia: umykająca szosa, ogień, czerwo­na kotara, klaustrofobiczne wnętrza… Oraz sposób narracji: superzbliżenia, roz­mycia ostrości, długie przejścia przez czerń.

 

Jest wreszcie świetnie dobrana muzyka, czyli to, co nas interesuje najbardziej. Reżyser oparł się na kompozycjach swojego stałego współpracownika, Angelo Badalamentiego, ale umieścił tu też – kilka numerów z rejonów, które moglibyśmy określić mianem industrial/techno. Nowe oblicze Bowiego, Nine Inch Nails, odhumanizowane Smashing Pumpkins. Największym jednak zaskoczeniem będą chyba genialnie dobra­ne (zgadnijcie do jakich scen?) utwory – achtung! achtung! – Rammsteina, post-laibachowskich mistrzów muzyki marszowej, których mieliśmy swego czasu okazję go­ścić na koncercie u boku Clawfinger. Swo­ją drogą ciekawe, jak kolega Lynch dotarł do nagrań enerdowskich Schwarzeneggerów… Generalnie widać, że – podobnie jak Quentin Tarantino – ma on rękę do odpo­wiednich kompozycji, doskonale uzupełniają­cych klimat obrazu. Zresztą, co tu ga­dać… Chyba nikt z nas nie zapomniał me­talowego tematu Power Made z Dzikości serca.

 

Lynch nie jest, jak Tarantino, kimś, kto buduje film z przypadkowych fragmentów współczesnej popkultury. Pięćdziesięciojednoletni reżyser ma za sobą studia na akademiach plastycznych w Waszyngtonie, Bostonie i Filadelfii (swoje prace malarskie wystawiał również w Polsce). Dopiero póź­niej ukończył wydział reżyserii filmowej American Film Institute w Los Angeles. Debiu­tował w 1976 roku psychologiczną makabreską Głowa do wycierania (Eraserhead), a dla tych, którzy dopiero co wylądowali na planecie Ziemia, na wszelki wypadek małe przypomnienie: ma on na swoim koncie ta­kie arcydzieła, jak Blue Velvet, Dzikość ser­ca, czy pyszne zdeformowanie formuły serialu telewizyjnego w Twin Peaks. Ma też kilka krótkometrażówek oraz Diunę, na której temat wolałbym się nie wypowiadać. Cóż, widocznie nie każdemu wychodzą superprodukcje.

 

Malarskie doświadczenia Lynch wykorzy­stuje niewątpliwie w swojej pracy z celuloidem. Każdy z jego obrazów utrzymany jest na przykład w odmiennej tonacji kolory­stycznej. Blue Velvetwiadomo, w Dziko­ści serca była to czerwień i żółć, tu domi­nują barwy brunatna i różowa. Reżyser za­stosował brązowo-czekoladowy filtr, ogromną rolę przywiązuje do montażu, podczas którego uzupełnił obraz dodatkowymi efektami. I nie są to, rzecz jasna, efekty zbliżone do Terminatora II. Malar­skie przygotowanie Mistrza powoduje też chyba oszczędność dialogu. W filmach ludzie rozmawiają, ale w kinie można zrobić tak wiele rzeczy, które nie mają nic wspólnego ze słowami… I to jest według mnie największy urok kina wyjaśnia.

 

Lynch milczał przez ostatnie cztery lata. Jak twierdzi, nie miał dobrych pomysłów. Inspiracją stały się dopiero słowa lost highway, które znalazł w książce Night People Barry’ego Gifforda. Spodobało mu się ich brzmienie (później dowiedział się, że jest to również tytuł piosenki Hanka Williamsa) i wspólnie z autorem powieści przystąpił do pisania scenariusza. Ale to, co ostatecznie widzimy na ekranie, jest w dużym stopniu efektem improwizacji, do której prowokuje on swoich aktorów. Pracuję z aktorami tak, jak pracuję z Badalamentim. Mniej ważne jest to, co zostało lub nie zostało powiedziane, bardziej – wzajemne reakcje jakie następują podczas prób. Aktorzy powoli dochodzą do idei – kiedy już ją zrozumieją, wszystko co można z nich wydobyć, idzie we właściwym kierunku: sposób wypowiadania słów, pauzy między słowami, spojrzenia.

 

W podwójnej roli Renee i uwodzącej Pete’a  Alice, wystąpiła intrygująca nietypową urodą – choć nie mająca zadatków na sex bombę – Patricia  Arquette (najbardziej chyba znana z Prawdziwego romansu Tony’ego Scotta). W niełatwej roli Freda sprawdził się dzielny Prezydent Wszystkich Ziemian z Independence Day (Bill Pullman). I jeszcze ciekawostka z rockowego podwórka. „Karierę” aktorską kontynuuje tu niejaki Henry Rollins. Specjalista od ról przygłupich policjantów, tym razem wcielił się w podobną rolę strażnika więziennego. Jak zwykle – z przekonującym rezultatem.

 

Być może znajdą się narzekacze, którzy stwierdzą że w Zagubionej Autostradzie Lynch „przegiął pałę, bo zrozumieć nie idzie, a i się nie strzelają”. Dla reszty pozostanie on postacią kultową – z radością rzucą się w ot­chłań jego coraz bardziej szalonych wizji.

 

BARTEK KOZICZYŃSKI

 

 

„Lata powyżej zera” Anny Cieplak [Recenzja] „Jaka patologia? Tak po prostu żyją ludzie w Polsce” Natalia Szostak, Justyna Suchecka „Gazeta Wyborcza” 5 października 2017

lata-1024x722.jpeg

W debiucie przyglądała się twarzom nastolatków odbijającym się w ekranach smartfonów. Teraz Anna Cieplak idzie wstecz i zajmuje się „pierwszym pokoleniem, które nie pamięta PRL-u, i ostatnim nieurodzonym ze smartfonem w ręku”.

Statuetkę w kształcie lornetki oddała redaktorowi Jasiowi Kapeli, który zamierza przekazać ją obrońcom Puszczy, wielki (na oko z metr) czek został w hotelu, kwiaty zdążyły zwiędnąć. Po wręczonej 10 września Nagrodzie im. Gombrowicza Annie Cieplak została duma i 40 tys. zł – przyznane jej za debiutancką książkę „Ma być czysto”.

– Z tymi wszystkimi rzeczami na scenie czułam się jak hostessa w teleturnieju „Idź na całość” – żartuje Cieplak. Jury nagrody – przyznawanej za pierwszą lub drugą książkę – doceniło ją „za doskonałą znajomość opisywanego świata, wieloaspektowość obrazu, ale też za empatię i zrozumienie problemów, z którymi borykać się muszą kolejne pokolenia mieszkańców gimbazy, które na pewno nie znikną wraz z likwidacją gimnazjów”.

W swoim debiucie Cieplak, rocznik 1988, opisała historię przyjaciółek – Oliwki i Julki. Ta pierwsza ma w życiu pod górkę – mama pracuje w Niemczech, ojczym nie do końca panuje nad sytuacją, w tle majaczy kurator. Tą drugą troskliwie zajmują się rozwiedzeni rodzice i młoda macocha. Kiedy dziewczyny popełniają błąd, każdą czekają zupełnie inne konsekwencje.

– Wydawało mi się, że problemy młodych ludzi są w Polsce tak ignorowane, że nikogo to nie zainteresuje. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że dla kogoś ta historia jest ważna. Nie spodziewałam się, że tak wiele osób się nad tą książką pochyli – przyznaje Cieplak. I dodaje: – Prof. Jerzy Jarzębski w laudacji po przyznaniu nagrody dużo mówił o młodzieży. Punktem wyjścia była moja powieść, ale jurorzy odnosili się do kondycji młodych ludzi i zmian, które zaszły w ostatnich latach. Z tego najbardziej się cieszę, że przy okazji nagrody możemy o tym podyskutować.

Najtrudniejszy etap w życiu

Wydaną w ubiegłym roku książkę zauważyło też jury literackiej Gdyni (w kategorii proza „Ma być czysto” znalazło się w finale obok m.in. popularnego „Króla” Szczepana Twardocha, ostatecznie zwyciężyła Salcia Hałas), wybrano ją na Książkę Roku Radiowego Domu Kultury„Trójki”, a w poniedziałek okazało się, że Cieplak jest też w finałowej piątce Nagrody Conrada za najlepszy debiut.

Krytycy chwalili pisarkę m.in. za nawiązywanie do najlepszych tradycji powieści dla dziewcząt, spod znaku Siesickiej czy wczesnej Musierowicz. Tyle tylko że Cieplak do tamtych historii dołożyła seks na klatce schodowej, pośpiesznie wypijane pierwsze piwo czy brak akceptacji rówieśników. A także dużo elementów rzeczywistości internetowej.

– Nie mają koleżanki, w kimś się zakochają, nigdy się nie całowali, kolega skomentował biust, koleżanka przestała klikać serduszka na Instagramie? To dla nich cały świat. Te parę lat to najtrudniejszy etap życia. Wtedy lepi się człowiek – mówiła przy okazji premiery książki Cieplak.

Mimo nagród „Ma być czysto” niekoniecznie jest odczytywane tak, jak chciałaby autorka.

– Bardzo mnie denerwuje słowo „patologia” w niektórych recenzjach. Brakuje nam języka do opowiadania o problemach, ludzi od razu wrzuca się do szuflady. Zachowania, które opisałam, są oczywiście trudne, ale nie są przejawem zepsucia – tak po prostu żyją ludzie w Polsce. Mowa o powszechnych problemach czy postawach. Niepowszechne są te, które opisuje się w gazetach lajfstajlowych – tłumaczy Cieplak.

Nie każdy musi studiować

O „najtrudniejszym etapie życia” opowiada też jej druga książka – „Lata powyżej zera”. Tym razem Cieplak pisze o dorastaniu swoich rówieśników, urodzonych pod koniec lat 80. Dlaczego? Bo to „pierwsze pokolenie, które nie pamięta PRL-u, i ostatnie urodzone bez smartfona w ręku”. Mamy tu więc dźwięk powiadomienia Gadu-Gadu, doładowywanie komórki na kartę, pierwsze reality-show w telewizji. Wyłapywanie takich smaczków wychodzi Cieplak bardzo dobrze.

Bohaterkę „Lat…” Anitę poznajemy, gdy porwane przez terrorystów samoloty uderzają w World Trade Center. Dziewczyna postanawia zmienić swoje życie – wyrzuca kasety Ich Troje i przerzuca się na hiphopowców z Paktofoniki. Śledzimy dojrzewanie Anity, jej konflikty z rodzicami, pierwsze miłości i przyjaźń z Natalią, której życie toczy się jakby w opozycji do życia Anity, w końcu wyjazd na emigrację do Szkocji.

– Cieszę się, że nominacje i nagrody dla „Ma być czysto” nie przyszły od razu. Dzięki temu „Lata…” napisałam bez stresu, nie zastanawiałam się, jak zostaną odebrane. Gdyby „Ma być czysto” zostało szybko docenione, pewnie bym tej drugiej książki nigdy nie skończyła – opowiada autorka.

Czy po opisaniu świata gimnazjalistów Cieplak postawiła na manifest pokoleniowy? Nie. – „Lata powyżej zera” to przede wszystkim książka o aspiracjach i dążeniach – podkreśla pisarka. – Dziewczynie, która w społecznym odbiorze nie rokuje za dobrze, chciałam dać poczucie wartości i własnej godności. Chciałam, żeby wiedziała, że się liczy, niezależnie od tego, co będzie robić. Nie każdy musi mieć wyższe wykształcenie, nie każdy musi w ogóle mieć takie marzenia. Anita nie wstydzi się siebie, choć ma różne problemy – mówi Cieplak.

Anita buntuje się, kłóci z rodzicami, bez butów ucieka przez okno na wymarzony koncert Paktofoniki. Czy opis buntu Cieplak wzięła z własnych doświadczeń? – Nie, ja nie byłam z tych buntujących się, grzecznie się uczyłam. Nudna dziewczyna z małego miasta – śmieje się pisarka. – Teraz sobie odbijam książkami.

11 września vs. zmiana szkoły

Dwie walące się nowojorskie wieże symbolizują przełom w życiu Anity. A jak ten dzień wspomina Anna Cieplak?

– Chodziłam wtedy do gimnazjum. W klasie bardziej niż sytuację w USAwszyscy przeżywali pierwszą edycję „Big Brothera” – mówi. – Mój dwa lata starszy brat Łukasz usłyszał tego dnia, że musi iść do innej szkoły, bo z powodu reformy edukacji jego klasa nie zmieści się w budynku. Byliśmy w sklepie ze śrubkami koło szkoły Łukasza, w radiu mówili o World Trade Center, a mój ojciec powiedział, że właśnie zadzwoniła mama, że Łukasz musi zmienić szkołę i że co to w ogóle za pomysł. W tle działa się tragedia, a my byliśmy wkurzeni czymś takim – opowiada.

 

Także w książkach Cieplak dominuje to, co małe i codzienne, a nie wielkie. Polska wchodzi do Unii Europejskiej? To nie czas wzruszeń, lecz moment, w którym Anita może wyjechać do pracy w knajpie w Szkocji. Po maturze nie idzie na studia.

– Jestem poirytowana, gdy ktoś uznaje, że miarą sukcesu dziecka jest wyższa średnia czy odpowiedni kierunek studiów, najlepiej wybrany przez rodziców – tłumaczy Cieplak. – Czasem miarą sukcesu jest coś zupełnie innego, np. jakiś rodzaj wrażliwości, którym dziecko będzie w stanie się podzielić z innymi. Anita, zamiast uczyć się do matury, pomaga w hospicjum. Dzięki pracy w świetlicy widzę to inaczej, pewne postawy wydają mi się ciekawe, warte opowiedzenia.

Debiut

Świetlica, o której wspomina Cieplak, to placówka Krytyki Politycznej Na Granicy w Cieszynie. Pierwszą książkę pisarka wydała właśnie w Krytyce. Choć plan był inny.

– Wcześniej napisałam inną książkę i wysłałam ją wszędzie, tylko nie do Krytyki – wspomina pisarka. – Nie chciałam wydawać jej „u siebie”, czułam się z tym dziwnie, bo przecież w Krytyce na co dzień pracuję. Z „Ma być czysto” było inaczej. Poczułam, że tak mi zależy na tym temacie, że spróbuję.

Nie żałuje, że nikt nie wydał jej poprzednich prób. – To była taka książka, z którą się pomęczyłam, powalczyłam z językiem, zobaczyłam, na czym to polega. I chyba nabrałam pokory w pisaniu – przyznaje.

O tym, jak trudno jest w Polsce zadebiutować, rozmawiała ostatnio z innymi finalistami Nagrody im. Gombrowicza. – Wszyscy mieli podobne historie. Ola Zielińska napisała wcześniej książkę, której przez dwa lata nikt nie chciał wydać. Ukazała się trochę przypadkiem, bo ktoś zaniósł ją do innego wydawnictwa – opowiada Cieplak. Z jej drugą książką poszło łatwiej. „Lata…” wydał Znak.

O swoich bohaterkach: Oliwce i Julce z „Czysto”, Anicie i Natalii z „Lat…” Cieplak opowiada jak o koleżankach. – To zabrzmi trochę, jakbym była psychopatką, ale hoduję te postaci w sobie, chodzę z nimi – wyznaje.

Nowe „Księgi”

Nie porzuca pracy w świetlicy, bo nie mogłaby pisać cały czas. Choć pisze sporo: sprawozdania, projekty, aplikacje, konspekty zajęć dla dzieci – wszystko z ramienia świetlicy. – Na pewno napisałam więcej projektów niż książek – śmieje się. – „Pisarka projektów” lepiej do mnie pasuje. Gdyby je zebrać w jednym tomie, to powstałaby książka dłuższa niż „Księgi Jakubowe”.

 


Recenzje książki na blogach:

 

http://tylkoskonczerozdzial.blogspot.com/2017/09/lata-powyzej-zera-anna-cieplak.html

http://czytadelko.blox.pl/2017/12/Lata-powyzej-zera-Anna-Cieplak.html

http://czepiamsieksiazek.pl/?p=4373

Anna Cieplak i „Ma być czysto”. Dziewczyny bez zabezpieczenia [RECENZJA] „Gazeta Wyborcza” Eliza Szybowicz – 7 stycznia 2017

Anna-Cieplak---Ma-byc-czysto-.jpg

Anna Cieplak nawiązuje do najlepszych tradycji powieści dla dziewcząt (Siesicka), która trafiała i do matek, i do córek, bo uczciwie mówiła o codziennych problemach. Bez infantylizmu i zadęcia.

„Ma być czysto” Anny Cieplak opowiada o dwóch piętnastoletnich przyjaciółkach i bywa określane jako powieść „dla młodzieży”. Ale to po prostu dobra literatura obyczajowa.

Oliwka i Julka są przeciętnymi nastolatkami z Dąbrowy Górniczej. Odbębniają szkołę, stroją się, latają za chłopakami, imprezują, siedzą w necie. Mają pstro w głowach, ale to i owo już o życiu wiedzą. I nie jest to wiedza wesoła. Bo dziewczyny już na starcie mają nierówne szanse. Oliwka jest z osiedla „socjalnego” (byłego robotniczego), Julka z „lepszego” (klasa średnia z kredytami). Mogłyby się nigdy nie spotkać. Tymczasem się przyjaźnią. Ich przyjaźń to najważniejsza sprawa, za którą czytelnik trzyma kciuki. A sporo tej przyjaźni zagraża.

Oliwka zazdrości Julce niedostępnych dla niej rzeczy. Julka chciałaby mieć takie powodzenie u chłopaków jak Oliwka. Uważa, że Oliwka ma więcej swobody. Imponują sobie nawzajem, ale czują też obcość. Wystrój ich mieszkań znacząco się różni. Julka przychodzi do kina po reklamach i nie bierze popcornu, a dla Oliwki to ważne części wyprawy, na którą zresztą nie byłoby jej stać. Korzystanie z cudzej hojności cieszy ją i zawstydza. Julka ma w domu równouprawnienie – u Oliwki praca domowa to obowiązek kobiet.

Różnią się podstawowymi kompetencjami. Do najbardziej przejmujących momentów należy początek znajomości, kiedy Julce trudno zrozumieć Oliwkę, bo mówi szybko i niewyraźnie. Dzielą je nawet podobieństwa. Oliwka mieszka z przybranym rodzeństwem i Ryśkiem, który byłby jej ojczymem, gdyby wziął ślub z jej matką, obecnie pracującą w Niemczech jako opiekunka starszych osób. Julka pomieszkuje u matki, ale ostatnio bardziej u ojca i Magdy, nieformalnej macochy. Podziały klasowe sprawiają, że matka Oli jest nazywana patologizującym słowem „konkubina”, a Magda łagodnym „partnerka”. Obie pary mają kłopoty spowodowane nieformalnością związku. Muszą pokonywać opór instytucji i spotykają się z potępieniem otoczenia. Dorośli i dzieci negocjują między sobą nowe relacje bez systemowego wsparcia, ale gdy im się nie powiedzie, tylko biedni zostaną pociągnięci do odpowiedzialności.

Dlatego rodzina Oliwki ma kuratora, a ona sama trafia do ośrodka wychowawczego. „Przewinienia” są niewspółmierne do kary. Państwo działa chaotycznie. Nie ma go, kiedy jest potrzebne, a potem nagle reaguje przesadnie surowo. Z góry idzie przekaz: „Ma być czysto” – nie liczy się zróżnicowanie form życia, trzymamy się idealnych wzorców i w ich imieniu dyscyplinujemy.

Okres dorastania według Cieplak to męka. Trzeba ogarnąć nowe sfery życia, zmagać się z kompleksami i uzależnieniem od opinii innych, a presja oczekiwań otoczenia jest miażdżąca. Z konserwatywnej strony płynie panika moralna, zwłaszcza dotycząca dziewcząt i ich seksualności, ale też narkotyków, wpływu internetu, popkultury i konsumpcji. Z liberalnej – niepokój o podatność młodzieży na wstecznictwo i nacjonalizm. Jest jeszcze neoliberalny nacisk na produktywność, reprezentowany przez matkę Julki, która już od przedszkola szykuje córkę do spektakularnej kariery zawodowej („Projekt, plan, ewaluacja”).

Nic dziwnego, że dziewczyny starają się unikać kontroli dorosłych. Autorka lubi swoje bohaterki, wierzy w nie i respektuje ich autonomię. Traktuje z powagą młodzieżowe sprawy, nawet jeśli chodzi tylko o to, kto kogo otagował w poście i dlaczego nie od razu. Daje bohaterkom prawo do palenia „zioła”, picia alkoholu, oglądania „W-11” na wagarach. Wie, że nie ma sensu oburzać się na rzeczywistość. Bodaj czy nie ważniejsze jest prawo bohaterek do szwendania się bez sensu, tracenia czasu, fantazjowania, zagubienia, niekonsekwencji, zwykłej głupoty, niewiedzy, kim chcą być. No i jest prawo do agresji, piętnowanej szczególnie u dziewcząt.

To nie przyjaciółki stanowią zagrożenie dla siebie. Zagrożeniem jest to, że nikt się tak naprawdę nimi samymi nie interesuje – ani otwieraniem przed nimi jak największych możliwości, ani budowaniem ich siły. Wzmożone zainteresowanie dotyczy najwyżej ich „moralności” lub ściśle ukierunkowanej kariery i nie przekłada się na konkretne umiejętności radzenia sobie np. z przemocą. Dość przerażający jest obraz szkoły, w której edukacja seksualna jest odbębniana okazjonalną pogadanką, więc wiele uczennic przywykło do ryzyka ciąży. Oliwka reaguje na brak miesiączki lękiem, ale również rezygnacją. Wykorzystuje okazję do zrobienia wrażenia na koleżankach i zmyślania, że „ojcem” jest powszechnie podziwiany starszy chłopak.

Nastolatki uprawiają seks i koniec, zdaje się mówić Cieplak. Robią też różne inne rzeczy, które mogą, ale nie muszą skończyć się źle. Zakazy i kary są śmieszne, uspokajają tylko sumienie opiekuna. Najskuteczniejsza jest postawa rozumiejąco-wspierająca, łącząca czujność z respektem. Wychowawczy odpowiednik antykoncepcji. Bo trzeba się uczyć żyć bez zabezpieczenia, ale istnieją ryzyka, które łatwo wyeliminować. Cieplak proponuje program minimum. Który w Polsce wydaje się nieosiągalny.

Ma być czysto, Anna Cieplak, Krytyka Polityczna, Warszawa

Ocena: 4/5

Anna-Cieplak-na-granicy-polsko-czeskiej-w-Cieszyni.jpg

Anna Cieplak na granicy polsko-czeskiej w Cieszynie. Pisarka pracowała w tamtejszej Świetlicy Krytyki Politycznej, 2011

„Fotografie” – Janusz Anderman (recenzja Jerzego Jarzębskiego) „Gazeta Wyborcza” 2 czerwca 2002

fotografie anderman janusz_6516672.jpg

W tych opowieściach z przeszłości pojawiają się wybitni działacze opozycji, wielkie postacie emigracji, ale także prominenci systemu, mali urzędnicy, obwiesie spod budki z piwem – pisze Jerzy Jarzębski *

Janusz Anderman ostatnio jako pisarz trochę – niesłusznie – odszedł w cień, od kilku lat bowiem para się bardziej felietonistyką niż prozą artystyczną; w latach 70. i w stanie wojennym należał jednak do twórców niezwykle cenionych i popularnych, był mentorem dzisiejszych sław i laureatów najwyższych literackich wyróżnień. Tym większe zainteresowanie budzi jego najnowszy tom „Fotografie”. Zwiastuje on powrót autora do prozy, choć proza ta zrodzona jest z właśnie z felietonu czy raczej „obrazka”. Inni – choćby Pilch czy Mentzel – też chętnie operują na granicy pomiędzy małą a wielką formą, budując swoje narracje z fragmentów i ułamków opowieści, jest więc w tym może jakiś znak czasu, potwierdzenie znanego dobrze kryzysu większych form fabularnych, gustu do kompozycji mozaikowych i nieciągłych.

Książka Andermana powstawała sukcesywnie, poszczególne jej odcinki znane są z publikacji na łamach „Gazety Wyborczej”, ale czytać należy ją jako książkę właśnie, czyli raz jeszcze od nowa, cechuje ją bowiem bardzo zdecydowana jednolitość – tonu, wymowy i tematyki – stanowi bez wątpienia przemyślaną całość, niezależnie od tego, że można ją nadal uzupełniać (co też autor na łamach „Gazety” robi). Jednolitość wynika oczywiście z konwencji opisu fotografii, ale jest to właśnie konwencja tylko. Czasem autor wręcz powiada, że zdjęcia nie zrobił, tylko jak gdyby zatrzymał pewien obrazek w kadrze pamięci, a sam opis bardzo szybko przerodził mu się w rozbudowaną, spuentowaną historię albo literacki portret osoby.

Historie biorą się z przeszłości, czasami odległej, czasami nieco bliższej w czasie, zasadniczo jednak umieszczone są w epoce komunizmu, bądź to w jego odmianie stalinowskiej, bądź gomułkowskiej czy gierkowskiej, bądź w końcu tej z czasów pierwszej „Solidarności” i stanu wojennego. Autor „Fotografii” żyje wciąż w tamtej aurze, wśród tamtych ludzi i ówczesnych wartościowań.

Będą może tacy, którzy wytkną mu niewrażliwość na powaby nowej literackiej estetyki, wydaje się jednak, że w „Fotografiach” uwiecznieniu ulega nie tylko obraz czasów, ale też ówczesne pryncypia i styl myślenia czy mówienia. Powrót do nich jest wartością godną uwagi.

Obrazy ludzi z epoki komunizmu zostały tu zrobione bardzo przemyślnie i są nad wyraz różnorodne: pojawiają się przed czytelnikiem przodkowie autora, wybitni działacze opozycji, wielkie postacie emigracji, ale obok także prominenci systemu, mali urzędnicy, obwiesie spod budki z piwem i wreszcie „lud”, który – jak chór antyczny – komentuje na swój dość obłędny sposób wydarzenia.

W ten sposób powstała panorama nadzwyczaj wielostronna i jednocześnie żywa. No bo jakże opisać komunizm? Raczej nie poprzez zdarzenia oficjalne, ale przez codzienność, poprzez informacje o tym, jak się jadło, jak jechało pociągiem, jak przechodziło przez doświadczenie studiów, pierwszej pracy, gry z politrukami, cenzorem czy esbecją, jak wyglądała rzeczywiście praca w redakcji, festiwal młodej literatury, święta państwowe, pogrzeby i demonstracje. A przy tym – jak z bliska, nieodświętnie, doznawało się zdarzeń, które weszły do historii Polski.

Jako portrecista, kronikarz i malarz epoki, Anderman zdaje się nieoceniony, wskrzesza z łatwością zdarzenia, nadaje im piętno bliskości i „naoczności”, potrafi jednak w opisie komunizmu uniknąć zarówno tonu martyrologicznego, jak i taniego sentymentalizmu, którym przesiąkły liczne literackie relacje z przeżywanych wówczas lat młodości.

Nieocenione jest także jego wyczucie języka – nawet jeśli czasami ma się wrażenie, że sportretowani przezeń, prości zwłaszcza, bohaterowie „mówią Andermanem” (tak jak dawniej mówiono „Wiechem” lub „Hłaską”). Autor po prostu stworzył pewien syntetyczny idiom tamtych czasów, w którym odbija się zarówno ich głupota i podłość, jak też urodzony na tej glebie cwaniacki spryt i niepodległość myślenia. Ten idiom ukształtował się już wcześniej w prozie Andermana, dlatego „Fotografie”, choć w swojej formule odrębne i nowe, niewątpliwie z jej doświadczeń wyrastają i są kolejnym, konsekwentnym krokiem na literackiej drodze autora.

Konsekwentna jest też jego postawa, wyznawane przezeń wartości; nazwać by je można przekornie „liberalnym pryncypializmem”: autor broni nieodmiennie ideałów wolności i tolerancji, broni też indywidualizmu, prawa do wyrazistej, odrębnej osobowości, a stworzone przezeń portrety Iredyńskiego, Stachury i innych przyjaciół – na równi ze świetnymi sylwetkami członków najbliższej rodziny – pozostaną, mam nadzieję, w literaturze.

Opowieści zamieszczone w tej książce są zatem żywe, atrakcyjne, pełne humoru, ale też czasami tragizmu czy historycznego patosu. Czytało mi się je doskonale – i to nie tylko dlatego, że sam rozpoznaję w nich wiele osób z kręgu znajomych i rodziny. Ta książka jest swoistym almanachem, w którym ujrzymy wielość zdarzeń, miejsc szczególnych i mrowie postaci – od prezydenta Raczyńskiego, do szeregowego łapsa czy meliniarki. Sięgać do tego tomu warto, bo odbija się w nim, lepiej niż gdzie indziej, ostatnie półwiecze, polskie społeczeństwo, jego dramaty i śmieszności. Wzburzy pewnie wielu – nie pożywią się przy nim ani namaszczeni rzecznicy „słusznych poglądów” i „narodowej sprawy”, ani ci, którzy chcieliby jak najszybciej zapomnieć o przeszłości i wybaczyć (sobie samym) podłości i sprzeniewierzenia. Anderman przywykł już jednak chyba, że piórem przysparza sobie wrogów – mam nadzieję, że „Fotografie” zdobędą mu też nowych przyjaciół.

Janusz Anderman, „Fotografie”, Wydawnictwo Literackie 2002

 

*Jerzy Jarzębski, krytyk i historyk literatury, pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim

„Czujny nostalgik Anderman” – Dariusz Nowacki (recenzja: „Nowe fotografie”) „Gazeta Wyborcza” 10 września 2007

nowe fotografie anderman.jpg

„Nowe fotografie” dowodzą, iż z roku na rok proza wspomnieniowa Janusza Andermana staje się coraz bardziej prywatna, kameralna, czuła. Co nie znaczy – bardziej sentymentalna.

Wkrótce minie dziesięć lat od chwili, kiedy zapiski wspomnieniowe Janusza Andermana pod zbiorczą nazwą „Fotografie” zaczęły się pojawiać się w weekendowych wydaniach „Gazety Wyborczej”. Czym są i jak smakują – niezręcznie byłoby w tym miejscu tłumaczyć. Ale sobotnio-niedzielne edycje „Gazety” wraz z pomieszczonymi w nich tekstami, nawet tymi najcelniejszymi, żyją tylko dwa dni, do poniedziałkowego poranka. Nie ma na to rady.

A właściwie jest rada: to, co rozproszone, można, a niekiedy trzeba zebrać w jednym miejscu i włożyć między okładki książki. Pożytek z tej operacji podwójny: nie tylko ocalenie, ale i nowa jakość. Tak jest w przypadku „Fotografii” Andermana. Zapiski tego autora czytane w dużych blokach to nie są te same zapiski (choć formalnie przecież są), które premierowo poznajemy w małych porcjach. Zarówno lektura pierwszego tomu („Fotografie”, 2002), jak i zbioru najnowszego zatytułowanego „Nowe fotografie” odsłania znaczenia i porządki niedostępne dla przygodnego, weekendowego czytelnika.

Nie kryję, że przed pięcioma laty, gdy ukazał się pierwszy książkowy blok „Fotografii”, zareagowałem chłodno, z pretensjami. Zasadnicza pretensja była taka, że „Fotografie” pojawiają się zamiast dzieła literackiego z krwi i kości, że tak świetny pisarz zawiesił praktykę artystyczną i wziął się za wyprzedaż biograficznych pamiątek. Nie miałem racji. Choćby dlatego, że w ubiegłym roku pojawiła się doskonała powieść Andermana „Cały czas”, jedna z najlepszych pozycji w dotychczasowym dorobku tego autora. Pochopną tezę o formie zastępczej czy „przetrwalnikowej” trzeba mi dziś odszczekać.

Pierwsze pytania, które należałoby zadać w związku z „Nowymi fotografiami”, brzmią: co się w Andermanowym pisaniu zmieniło (jeśli w ogóle się zmieniło)? Czym różni się zbiór poprzedni od najnowszego? Na pierwszy rzut oka trudno dostrzec poważniejsze różnice. Epoka, ku której autor zwraca się najczęściej, to ciągle ta sama epoka: złote i zarazem parszywe lata 70. ubiegłego wieku, dekada bodaj najintensywniej przez Andermana przeżyta. Lecz jeśli dokładnie wniknąć w zapiski, które weszły w skład „Nowych fotografii”, widać, że równie ważną epoką stała się kolejna dekada, lata 80. Nie sposób tu o jednoznaczne rozstrzygnięcia, bo przecież w najnowszym zbiorze pisarz równie chętnie obejmuje wspomnieniami zdarzenia ze swego kieleckiego dzieciństwa i tamże spędzonej wczesnej młodości.

Ale miało być o różnicach. Dwie sprawy zwracają uwagę. Po pierwsze, nowsze zapiski dowodzą, iż z roku na rok proza wspomnieniowa Janusza Andermana staje się coraz bardziej prywatna, kameralna, czuła. Co nie znaczy – bardziej sentymentalna. Autor „Nowych fotografii” to nietypowy, a na pewno niezwykle czujny nostalgik. Jak tylko czuje pisarskim nosem, że obsuwa się w sentymentalność, natychmiast rzecz kontruje zdrową, ożywczą autoironią. Niezłą ilustracją tego zabiegu jest notacja „Cień” zaczynająca się słowami: „I ja miałem kilka takich lat, kiedy pławiłem się w popularności, byłem powszechnie znany”. Kilka zdań niżej zostajemy poinformowani o powodach sławy – pisarz był nagminnie mylony z Olafem Lubaszenką.

Po drugie, zapiski należące do nowszego cyklu „Fotografii” wydają się coraz bardziej literackie. Jak gdyby mniej chodziło o przedmiot wspomnień czy bohaterów anegdot, a ważniejsza stawała się estetyczna nadwyżka, czystko literacka uroda pojedynczego tekstu. Niektóre teksty, a jest ich niemało, to wręcz nowelistyczne perełki, utwory, którym nie wypada zadawać pytania o ich związek z pozaliteracką rzeczywistością. Jak w dobrej literaturze – znika opozycja między prawdą i zmyśleniem. Czy niezwykły, iście literacki finał opowiadania (sic!) „Szwajcaria” rzeczywiście miał miejsce? Nie jest to specjalnie ważne, istotne jest to, że nad wyraz efektowną, fajerwerkową puentę dał autor.

Za sprawą „Fotografii” przylgnęło do Andermana miano kronikarza minionych epok, eksperta wyspecjalizowanego w opisywaniu życia artystyczno-towarzyskiego lat 70. (choć nie tylko tej dekady), kolekcjonera wyśmienitych anegdot i plotek z tamtych czasów. Mam wrażenie, że to za mały honor. Owe anegdoty i plotki – tak jak wydobywane ze starej szuflady tytułowe fotografie – są raptem zaczynem opowieści, pretekstem do opowiedzenia historii po swojemu. Anderman tyleż rekonstruuje zdarzenia należące do tamtej rzeczywistości (np. gry i zabawy młodzieży literackiej w PRL), co je ustanawia. Odnoszę wrażenie, że ta druga czynność (kreacja) ma pierwszeństwo nad pierwszą (dawanie świadectwa).

W „Nowych fotografiach” znajduje się tyle literackiego i anegdotycznego dobra, że niepodobna cokolwiek wyróżnić. Gdybym jednak musiał coś wyróżnić, postawiłbym na zapiski mające za bohaterów postaci znane (np. Jonasz Kofta, Igor Newerly) lub kiedyś znane, a dziś niemal całkowicie zapomniane (np. Andrzej Pastuszek, Donat Kirsch). Portrety te – niebanalne, celne, dowcipne i zarazem refleksyjne – są ozdobą tomu. Jedną z wielu ozdób.

Janusz Anderman „Nowe fotografie”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007

„To wszystko” – Janusz Anderman (recenzja) „Gazeta Wyborcza” Krzysztof Varga, 3 lutego 2009

to-wszystko-w-iext47760657.jpg

Dziwna sprawa – literacka impotencja staje się w najnowszej polskiej prozie tematem eksploatowanym nadzwyczaj chętnie. Pisze o niej Janusz Anderman, piszą Wojciech Kuczok czy Daniel Odija. Skąd ta moda? Czyżby naprawdę popkultura do szczętu zniszczyła figurę pisarza?

Tak jak obwołano kiedyś śmierć wielkich narracji, tak autor ”To wszystko” mówi nam: Pisarz nie żyje. Zastąpił go błazen

Bohater najnowszej powieści Janusza Andermana, upadły pisarz Marek Torm przyjeżdża do Krakowa, aby popełnić samobójstwo. Wydaje się, że to decyzja rozsądna. Nie mam nic przeciw takiemu wyjściu z sytuacji, zwłaszcza że główna postać książki „To wszystko” to człowiek głęboko rozczarowany swoim życiem, otaczającym go światem, kulturą współczesną, człowiek, któremu od kilkunastu lat nie udało się napisać żadnej książki.

A kiedyś był to pisarz sławny, podziwiany i kochany. Nawet chyba przez swoją żonę. Kochała go, ponieważ był sławny. To, jak sądzę, może się zdarzać niektórym żonom. Niestety, sława mija – o czym warto pamiętać, będąc mężem. Obecnie pisarz Torm jest zapomniany przez czytelników, opuszczony przez przyjaciół i znienawidzony przez żonę – nieudaną śpiewaczkę operową. Jest wyobcowany ze świata, z którym właśnie postanowił się rozstać.

Ciekawa rzecz – Anderman już w kolejnej książce sięga po figurę pisarza, i to pisarza przegranego, choć kiedyś święcił on triumfy. W poprzedniej powieści był to literacki hochsztapler, który osiągnął kiedyś wielki sukces, dokonując plagiatu. A. Z. z „Całego czasu” za wszelkie podłości, które popełnił, spotkała zasłużona kara – zginął w wypadku samochodowym. Jak widać Janusz Anderman ma lekką rękę do uśmiercania literatów. Można to w pełni zrozumieć.

Ale w „To wszystko” jest to nade wszystko zabójstwo symboliczne. Wydaje mi się, że ma ono oznaczać śmierć Pisarza. Tak, właśnie Pisarza przez duże P. Tak jak obwołano kiedyś śmierć wielkich narracji, tak autor „To wszystko” mówi nam: Pisarz nie żyje. Zastąpił go błazen.

Torm, jako się rzekło, przygotowuje się do samobójstwa. Los sprawił, że natknął się przypadkiem na redaktorkę znanego wydawnictwa, która wciąż go pamięta i proponuje mu pobyt w mieszkaniu gościnnym wydawnictwa w Krakowie, gdzie Torm może skończyć pisać (swoją nieistniejącą oczywiście) książkę. Bohater „To wszystko” propozycje przyjmuje, aby w owym mieszkaniu, zaopatrzony w zapasy wódki i papierosów, dokonać rachunku życia zakończonego strzałem w głowę. W tym celu naprzeciw siebie ustawia kamerę, która ma zarejestrować jego konfesję oraz finalny strzał. Ów sensacyjny materiał, wrzucony później do internetu przez tego, kto zwłoki znajdzie, ma spowodować zmartwychwstanie Torma – jego książki (tak nieszczęśnik uważa) zostaną na powrót wydane, publiczność wzruszona jego losem rzuci się do księgarń, Torm ponownie – choć tym razem zza grobu – będzie mógł się cieszyć uwielbieniem i poważaniem.

Torm debiutował jeszcze jako student, szybko zdobył sławę, wydał jedenaście książek chwalonych przez krytykę i kupowanych przez licznych wyznawców. Był obiektem zawiści innych pisarzy, obiektem atencji kobiet, na dodatek korzystał z przywilejów, jakie dawała pozycja oficjalnego pisarza w PRL-u: talon na samochód, przydział mieszkania dzięki Związkowi Literatów Polskich, korzystanie z dobrodziejstw domów pracy twórczej. Nie angażował się w opozycję, aby zachować swoją szybką ścieżkę druku w oficjalnym wydawnictwie. Raz co prawda wdał się w romans z podziemną oficyną, gdzie wydał jedną książkę, ale po rozmowie z ubekiem zrozumiał swój błąd. Ubek bowiem wytłumaczył mu, że damom (w oryginale mniej wzniośle) i tak imponuje, jak każdy twórca, więc po co mu ta cała awantura. Torm wrócił na ścieżkę dającą większe przywileje.

Tak, czasy PRL-u były dla Torma złotym wiekiem. Wszystko zawaliło się wraz ze zmianą systemu. Dawne hierarchie upadły, pojawili się nowi autorzy – młodsi i bardziej zdeterminowani, świat się skomercjalizował i na ambitną sztukę zabrakło miejsca, a sam Torm popadł w chroniczną niemoc twórczą. Okazało się, że tego nowego świata opisać nie umie. I tak tkwi w tej impotencji od kilkunastu lat. Nikt go już nie poznaje, a żona – zwana w powieści „biedażoną” – nazywa go nieudacznikiem i robi karczemne awantury. Przyszli barbarzyńcy – nowy świat reklamy, PR-u, tańców na lodzie, ludzi znikąd, którzy stawali się nowymi bohaterami masowej wyobraźni. Takich jak Torm zepchnięto w niebyt. Nie może dziwić więc, że Torm tęskni za dawnymi czasami, epoką jego sukcesów, w której, że pozwolę sobie na pewien kolokwializm, było niezłe chlanie i fajne bzykanie.

Ale nie w tym rzecz – Anderman mówi nam tu rzecz ważniejszą. Należy otóż ostatecznie pożegnać się z figurą pisarza jako bohatera zbiorowej wyobraźni. Literatura jako sztuka ostatecznie przegrywa walkę z miałką kulturą masową. Nigdy już nie spadną niegdysiejsze śniegi, nasza przyszłość to taplanie się w błocie popkultury, która jest w stanie nawet samą siebie zjeść, wydalić i sprzedać jeszcze raz. Dlatego Torm wie, że tylko jego samobójstwo pokazane w internecie – medium dziś najbardziej „opiniotwórczym” – może mu pomóc.

Dziwna sprawa – literacka impotencja staje się w najnowszej polskiej prozie tematem eksploatowanym nadzwyczaj chętnie. Wystarczy tu przypomnieć dwie ostatnie pozycje prozaików sporo młodszych od autora „Gry na zwłokę”, mianowicie pisarzy z roczników 70. Niepiszący pisarz, który kiedyś osiągnął sukces, a teraz męczy go niemoc, pojawia się w „Senności” Wojciecha Kuczoka i „Niech to nie będzie sen” Daniela Odii. Skąd ta moda?

 

Czyżby naprawdę czasy wszystkopożerającej popkultury do szczętu zniszczyły figurę pisarza?

Należy pożegnać się z figurą pisarza jako bohatera zbiorowej wyobraźni. Literatura przegrywa walkę z kulturą masową – zdaje się mówić Janusz Anderman (na zdjęciu powyżej). Jego rówieśnik Stefan Chwin (na zdjęciu poniżej) wie, że pisarz niczym jest w wyobraźni Narodu w zestawieniu z łyżwiarzem z telewizji. Jednak figura pisarza u Chwina to człowiek spełniony,gość konferencji, bohater debat,kosmopolita

Niekoniecznie. Warto książkę Andermana zestawić z niedawno opublikowanym „Dziennikiem dla dorosłych” Stefana Chwina. Otóż gdański autor w swoim drugim tomie memuarów (pierwszym były „Kartki z dziennika”) figurę pisarza widzi zupełnie inaczej. Jego bohater – w którym oczywiście znajdujemy samego autora „Hanemanna” – to pisarz-obywatel świata. Pisarz, który nie dał się pożreć popkulturze, choć oczywiście widzi jej diabelską moc i nie ma złudzeń, że choćby największe pióro niczym jest w wyobraźni Narodu w zestawieniu z pierwszym lepszym łyżwiarzem z popularnego programu telewizyjnego. Pisarz u Chwina jednak nie poddaje się, o twórczej niemocy i kapitulacji nie ma tu mowy. To gość ważnych międzynarodowych konferencji, bohater poważnych debat i wieczorów autorskich. Polak, choć kosmopolita swobodnie peregrynujący po całej Europie. Pije dobre wino, a notatki czyni eleganckim wiecznym piórem. Rzec można – figura pisarza u Chwina to człowiek spełniony w swym powołaniu.

Ciekawe, że obaj autorzy urodzili się w tym samym, 1949 roku. Nie ma więc tu mowy o różnicy pokoleniowej. Różnica, jak sądzę, polega na tym, że figura pisarza u Chwina pozbawiona jest wszelkich znamion bohemy. To nie jest literat, który chciałby imponować pannom ani oddawać się bachanaliom. Wręcz przeciwnie – to ktoś, kto ceni sobie swoją prywatność i ustabilizowane życie rodzinne. To człowiek świadom tego, że dziś pisarz może być kimś jedynie w pewnej ekskluzywnej, ale jednak wąskiej niszy. I zgadza się na ten układ. Podejście Torma jest zaś artystowskie. „Gdzie się podziały tamte prywatki? Gdzie te dziewczyny, gdzie tamten czas?” – zdaje się wzdychać Torm. Nie ma, niestety, już tamtych prywatek, nie ma dziewczyn, nie ma tamtego czasu. Dziś życie jest gdzie indziej.