20 PŁYT DETROIT TECHNO – Sławek Pękała „Plastik”

 Subiektywny wybór 20. najważniejszych płyt detroit techno (w kolejności alfabetycznej):

 

DETROIT TECHNO. Elektroniczna muzyka taneczna, charakte­ryzująca się oszczędnością brzmień perkusyjnych i linii basu. Produkowana w całości przy użyciu sztucznych dźwięków, pochodzących z różnych elektrycznych urzą­dzeń. W 1988 r. dziennikarz magazynu „The Face” po raz pierwszy określił terminem techno nagranie „Big Fun” INNER CITY, jednego z wielu projektów KEVINA SAUNDERSONA. Obok DERRICKA MAY’A i JUANA ATKINSA to właśnie SAUNDERSON zaliczany jest do twórców i pionierów techno. Naj­ważniejsze wytwórnie „motor city” to m.in. Submerge, Underground Resistance, Metroplex, Transmat i KMS. Techno doczekało się szeregu odmian, jednak to właściwe wywo­dzi się z Detroit. Mówi się, że tylko czarni muzycy tego miasta, posiadają tajniki wiedzy kreowania w odpowiedni sposób dźwięków. Jest w tym trochę przesady, jednak to prawda, że płyty producentów zza oceanu różnią się zasadniczo od tych wyprodukowanych w Europie. Tylko nie­licznym udało się zbliżyć do ideału, a podjęły się tego tak ważne wytwórnie jak choćby Warp, R&S, Peacefrog, Tresor, Infonet czy Prime. To dzisiaj elita rynku wydawniczego starego kontynentu.

Carl-Craig-More-Songs-About-Food-And-Revolutionary-Art.jpg

  1. CRAIG CARL

More Songs About Food And Revolutionary Art”

PLANET E, 1997

CARL CRAIG to obok JUANA ATKINSA najinteligentniejszy twórca z Detroit, od po­czątku swego artystycznego życia w znacznym stopniu kształtujący styl detroit techno. Zaczynał jako współpracownik DERRICKA MAY’A (skomponowali wspólnie m.in. „Kaotic Harmony”), potem nagrywał właściwie wyłącznie w pojedynkę i wy­łącznie perły. W jego karierze nie ma potknięć, każdy kolejny singel, kolejny album to wydarzenie. Używa bardzo wielu pseudonimów, ale wydaje płyty także pod swo­im nazwiskiem. Genialna płyta z 1997 r. (najważniejsze jej fragmenty to „At Les”, „Butterfly”, „Dominos” i „Goodbye World”) to tylko jedno z wielu jego ważnych osiągnięć, z których kolejne na pewno jeszcze przed nami.

E-Dancer-Heavenly.jpg

2. E-DANCER

Heavenly”

KMS, 1998       

Jeden z wielu pseudonimów KEVINA SAUNDERSONA, nie tak popularny jak prze­bojowy INNER CITY, jednak równie ważny w jego karierze. W projekcie E-DANCER, twórca odwołuje się do źródeł detroit techno, sięga do korzeni, a kilka kompozycji to dzisiaj archiwalna pierwsza strona tego nurtu. Ten kompilacyjny album zbiera większość archiwalnych nagrań, które w ostatnich latach zrealizował SAUNDERSON pod szyldem E-DANCER. Znalazły się wśród nich oczywiście „World Of Deep”, „Pump The Move”, „Heavenly” i „The Human Bond”. Do wykonania kilku miksów zaprosił całą elitę Detroit, CARLA CRAIGA, KENNY’EGO LARKINA, JUANA ATKINSA i D-WYNN. Zgrana paczka.

FUSE-Dimension-Intrusion.jpg

  1. FUSE

Dimension Intrusion”

PLUS 8, 1993

Pierwszy oficjalny album RICHIE’EGO HAWTINA, znanego większości jedynie z pseudonimu PLASTIKMAN, prekursora łagodniejszej odmiany acid i detroit techno. Pseudonimu FU­SE, używał w początkach swojej kariery, potem właściwie go zaniechał. Płyta zawiera nagrania z lat 1991 -1993, od inten­sywnego klubowego techno jak choćby legendarny „F.U.”, do kontemplacyjnych, nastrojowych dźwięków w „New Day”, tytułowym „Dimension Intrusion” czy „UVA”. W Europie pły­tę wydała oficyna Warp w ramach popularnej serii „Artificial Intelligence”. Album bez jednego słabego punktu, niestety dzisiaj właściwie już takie płyty nie powstają.

Robert-Hood-Nighttime-World-Volume-I.jpg

  1. HOOD ROBERT

“Night time World Vol.1″

CHEAP, 1995

Kooperant legendarnego klanu UNDERGROUND RESISTANCE, bliski współpracownik JEFFA MILLSA i „MAD” MIKE’A. Wspólnie, pod pseu­donimami X101, 102, 103 zrealizowali klasyczne już dzisiaj albumy. Eks­plorator i progresywny twórca undergroundowej odmiany detroit techno. Na swoim koncie ma kilka albumów, ten dla Cheap to najbardziej romantyczny zbiór nagrań w całej jego karierze. „Episode 19″ czy „The Color Of Skin” wprost tęt­nią klimatem nocnego życia. Moim zdaniem, to najlepszy, najbardziej eklektyczny solowy album HOODA.

Infiniti-The-Infiniti-Collection.jpg

  1. INFINITI

The Infiniti Collection”

TRESOR, 1996

Jeden z najważniejszych projektów JUANA ATKINSA, pośród wielu innych zasług twórcy kosmicznej, międzygalaktycznej odmiany detroit techno. Zanim w 1998 r. wyprodukował jednolity, studyjny album „Skynet”, dwa lata wcześniej starsze kom­pozycje INFINITI, zebrał na wspólnej kolekcji. Produkowane kolejno, przy różnych okazjach nagrania dla tłoczni Radikal, Peacefrog, New Electronica, Tresor i własnej Metroplex, są mimo wszystko bardzo spójne, łączy je ponadczasowa klamra. Te nagrania się nie starzeją, a inni twórcy – mimo usilnych starań – są nadal daleko z tyłu.

K-Hand-On-A-Journey.jpg

  1. K.HAND

On A Journey”

K7, 1996

Pierwsza dama detroit techno, wychowanka DER­RICKA MAY’A, JEFFA MILLSA i MIKE’A BANKSA, którzy pomogli jej zrealizować pierwszą EP-kę „Think About It” w 1990 r. Od tamtej pory wszystkie swe nagrania realizuje dla własnej tłoczni Acacia, sprze­dając licencje różnym innym oficynom, szczególnie w Europie. Dlatego jej kolejne płyty firmują także wy­twórnie K7, Distance czy Ausfahrt. „On A Journey” to debiutancki album puszystej, pełnej wigoru czar­nulki. Nie stosuje żadnej taryfy ulgowej, generuje ty­powo męskie, zadziorne, ekstremalne dźwięki. Jest bardzo dynamiczna, koncentruje się głównie na klu­bowej odmianie detroit techno.

Kenny-Larkin-Metaphor.jpg

  1. LARKIN KENNY

„Metaphor”

R&S, 1995

Chyba najbardziej dojrzały album tego cenionego producenta z Detroit. Swego cza­su było o nim głośno, gdyż strzelano do niego w progu własnego domu, ale tak na­prawdę nie to jest najważniejsze w jego życiorysie. Ten inteligentny artysta nagry­wa płyty od końca lat 80. Pierwszą EP-kę wydała prestiżowa tłocznia +8, potem romansował m.in. z Buzz, Warp, R&S i Elipsią. Na albumie „Metaphor” znajdziemy m.in. „Catatohic” i „Loop 2″ – wspaniałe, przebojowe nagrania wydane oddzielnie także na singlach. LARKIN to niesamowicie pogodny człowiek, tworzy spirale abs­trakcyjnych beatów, jego muzyka ma duszę, jest bardzo emocjonalna, tętni życiem.

Maurizio-Maurizio.jpg

  1. MAURIZIO

M4-7″

maurizio, 1997

Berlińczyk MORITZ VON OSWALD przez kilka lat mieszkał w Detroit, blisko przyjaź­nił się z JUANEM ATKINSEM, CARLEM CRAIGIEM i „MAD” MIKIEM, którzy odkryli przed nim kilka tajemnic. Pierwsze wydawnictwa Basic Channel były tłoczone w Detroit i długo uważano, że to kolejne odkrycie z tego miasta. Po powrocie do Berlina, MAURIZIO intensywnie współpracował z FEHLMANNEM, a także był pod­porą kolejno Basic Channel właśnie i Chain Reaction. Oddział Maurizio, to miejsce, w którym produkował się osobiście. „M4-7″ jest kompilacją singli ukazującą pełnię życia artysty i kwintesencję jego stylu. Chłodne, bardzo głębokie, mroczne detroit techno, monotonne, w nieskończoność zapętlane, przytłaczające intensywnością.

Derrick-May-Rythim-Is-Rythim-Mayday-Innovator.jpg

  1. MAY DERRICK

Innovator”

TRANSMAT, 1997

Wydany najpierw tylko w Japonii nakładem tamtejszego oddziału Sony, potem przez macierzystą wytwórnię MAYA Transmat, podwójny album będący przekrojem przez całą twórczą działalność artysty. Wiele z tych kompozycji uważanych jest dzi­siaj za pierwsze produkcje techno, a „Strings Of Life”, „Nude Photo”, „The Beginning”, „Kaotic Harmony” czy „Icon” za najtrafniejszą definicję detroit techno. Ency­klopedia, muzyczny elementarz, lektura obowiązkowa każdego (!), kto używa sło­wa techno i chce być wiarygodny. Bardzo trafny, trochę zarozumiały tytuł, najlepiej oddaje to, kim jest dla stylu detroit techno DERRICK MAY.

Jeff-Mills-Waveform-Transmission-Vol-1.jpg

  1. MILLS JEFF

Waveform Transmission Vol.1″

TRESOR 1992

Prekursor, progresywny twórca najbardziej ortodok­syjnej odmiany detroit techno, zwanej w dużym uproszczeniu minimal techno. Jego kompozycje z jednej strony, owszem, są bardzo surowe i oszczędne w środkach wyrazu, jednak z drugiej, mają nieprawdopodobną głębię. Proces produkcji jest tak trudny, nawet dla samego twórcy, że z tego powo­du, jak przyznał w jednym z wywiadów, nie występu­je z live actem. Obawia się, że niektórych nagrań nie potrafiłby na żywo odtworzyć. „Waveform Transmissions 1″ to solowy debiut po okresie pracy z BANKSEM i później HOODEM. Ten album mógłby się wła­ściwie kończyć już na pierwszym nagraniu „Phase IV”, a i tak w swojej klasie nie miałby sobie równych.

Octave-One-The-Living-Key-To-Images-From-Above.jpg

  1. OCTAVE ONE

The Living Key (To Images From Above)”

430 WEST, 1997

Wytwórnie 430 West i Direct Beat to królestwo braci BURDEN: LENNY’EGO, LAWRENCE’A i LYNELLA. Ta druga kreuje głównie rytmy electro, natomiast 430 West od samego początku jest jedną z najważniejszych tłoczni produkujących Detroit techno. Projekt OCTAVE ONE nawiązuje do najlepszych tradycji korzeni techno dźwięków w podstawowej, najczystszej formie. Debiutancki album jest bardzo ryt­miczny, silnie wibracyjny, chwilami ożywają wspomnienia starych czasów, najlep­szego okresu UNDERGROUND RESISTANCE.

The-Martian-LBH-6251876-A-Red-Planet-Compilation.jpg

  1. RED PLANET

BH – 6251876″

RED PLANET, 1999

Chyba najdłużej oczekiwany album jednego z najbardziej tajemniczych projektów z Detroit. Kolejne dotychczasowe EP-ki ukazywały się w równych odstępach czasu w ostatnich ośmiu latach. Były wyjątkowe i bardzo mroczne. Międzyplanetarne dźwięki inspirowały wielu innych twórców do własnego komponowania. „BH – 6251876″ to obok „Soulshine” jedyne nowe kompozycje WILLA THOMASA, pozo­stałe utwory na albumie, to kolekcja nagrań ze wspomnianych, bardzo cenionych wśród detroit techno DJ-ów, małych płyt. Żelazna perfekcja.

Silent-Phase-The-Theory-Of.jpg

  1. SILENT PHASE

The Theory Of Silent Phase”

TRANSMAT, 1995

Protegowany DERRICKA MAYA, który przed laty zezwolił mu zremiksować nagranie „Wigging” na potrzeby kompilacji „Relics” tłoczni MAYA – Transmat. Karierę rozwinął dwutorowo, realizując  kolejne nagrania głównie pod pseudonimami SILENT PHASE i KOSMIC MESSENGER. „The Theory Of Silent Phase” to jedyny album  pierwszego z nich, bardzo nastrojowy, stworzony z niezwykle skomplikowanych dźwięków. Właściwie brak tu jakiegoś konkret­nego przeboju, to jedna długa inteligentna suita.

Subterfuge-Synthetic-Dream.jpg

  1. SUBTERFUGE

Synthetic Dream”

PRIME, 1993

To najważniejszy pseudonim THOMASA BARNETTA, kolejnego znaczącego produ­centa z Detroit. Na rynku zaistniał dzięki nagraniu „Nude Photo” DERRICKA MAYA, przy którym znacząco mu pomagał. Potem stosunki między nimi nie układały się najlepiej, gdyż autorstwo „Nude Photo” MAY przypisał wyłącznie sobie. „Synthetic Dream” doskonale mieści się w konwencji detroit techno, a przypieczętowaniem te­go jest monumentalne nagranie „Death Of Love” kończące płytę. Tak naprawdę to własna wersja innej wspólnej kompozycji z MAYEM – „Kaotic Harmony”, które ofi­cjalnie jest również nagraniem własnym MAYA. Trzeba to sprawdzić samemu.

Underground-Resistance-Revolution-For-Change.jpg

  1. UNDERGROUND RESISTANCE

Revolution For Change”

GO BANG!, 1992

Bezsprzecznie kultowy album, jedyna oficjalna długa płyta UN­DERGROUND RESISTANCE wytłoczona na srebrnym krążku. Wy­dana na potrzeby europejskiego rynku, zawiera wszystkie naj­ważniejsze przeboje legendarnego projektu JEFFA MILLSA i „MAD” MIKE’A BANKSA. Kolejno „Riot”, „Punisher”, „Elimination”, „Predator”, „Sonic Destroyer”, „Eye Of The Storm”, „Killer Whale”, itd. Szczytowe osiągnięcie detroit techno w najbardziej undergroundowym wydaniu.

Various-Nightvision.jpg

  1. VOORN ORLANDO

Nightvision”

1996

Jeden z nielicznych producentów spoza Detroit, któremu udało zbliżyć się do pozio­mu produkowanej w tym mieście technicznej muzyki. Urodził się co prawda w Amsterdamie, ale muzyczną karierę związał właściwie od początku z Detroit. Bardzo szybko objawił swój talent, swe pierwsze płytki zre­alizował dla znaczących wytwórni zza oceanu: KMS, Fragile (oddział Transmat) i Lower East Side. Udało mu się spotkać z JUANEM ATKINSEM i wyproduko­wać wspólne nagrania, „Industrial Metal” i słynne „Game One” (jako INFINITI). Oba tytuły i wiele innych znajduje się na tej podwójnej kompilacji własnej tłoczni VOORNA Nightvision. Mimo wielu pseudoni­mów wszystkie kompozycje są jego autorstwa. Ty­powe, motoryczne, inteligentne techno.

Various ‎– 313 Detroit.jpg

  1. V.A.

313 Detroit”

INFONET, 1992

Jedna z najwcześniejszych pozycji detroit techno na rynku europejskim, jeszcze wtedy informująca fanów o zaistniałej nowej muzyce. Właściciel Infonet, Chris Ab­bott, miał duży udział w popularyzacji rytmów techno w Anglii na początku lat 90. To jego pomysłem było założenie tanecznego oddziału tłoczni Creation i wydawa­nie takiej muzyki. Zanim pozyskał BANDULU, wybrał 8 nagrań na debiutancką skła­dankę. Wykorzystał m.in. „War Of The Worlds” DARK COMEDY, „Free Your Mind” PIECE, „Unconscious World” SUBTERFUGE, „Warwick” EDDIE FOWLKESA i „Desire” 69.

Various-Intergalactic-Beats.jpg

  1. V.A.

Intergalactic Beats”

PLANET E, 1992

Historyczna, kultowa kompilacja, dzisiaj niestety wła­ściwie już nieosiągalna. Zademonstrowała światu ta­lent nie tylko CARLA CRAIGA, ale nieograniczone moż­liwości jego funkcjonującej z powodzeniem do dziś tłoczni Planet E (Earth). Praktycznie wszystkie kompo­zycje to niezbędniki każdego Robinsona, uważającego się za fana detroit techno. „Ladies & Gentlemen”, „My Machines”, „Free Your Mind”, „Intro” i „Outro” CRAIGA, „Nort Route” BALIL, „Clinically Inclined” DE-GIORGIO, „War Of The Worlds” LARKINA – szczyt techno progresji.

Various-From-Our-Minds-To-Yours-Vol-1.jpg

  1. V.A.

From Our Minds To Yours 1″

PLUS 8, 1991

Pierwsza kompilacja wytwórni Plus 8, prowadzonej nie­zmiennie przez RICHIE’EGO HAWTINA i JOHNA ACQUAVIVĘ. Te stare czasy „sprzed PLASTIKMANA” były dla HAWTINA nie mniej znaczące. Na tej legendarnej składance swo­je pomysły objawili także KENNY LARKIN, DANIEL BELL, SPEEDY J i RICHARD MIACHAELS. Ogromnie inteligentna, twórcza płyta, ukazująca rozkwitający talent tych bardzo znanych dzisiaj producentów. Płyta tak samo ważna dzisiaj, jak i w roku wydania. I brzmi nadal bardzo świeżo.

Various-Depth-Charge-1.jpg

 

  1. V.A.

Depth Charge Vol.1″

SUBMERGE, 1992 

Debiutancka kompi­lacja wytwórni i naj­lepszej firmy dys­trybucyjnej z De­troit. W większości wypełniają ją solo­we kompozycje MI­KE’A BANKSA i THE MARTIAN aka RED PLANET. Klimat nie­co lżejszy niż we wcześniejszych ekstremalnych na­graniach UNDERGROUND RESI­STANCE, detroit techno z elementa­mi elektronicznego techno jazzu. Nowy, kontynuowany do dzisiaj rozdział w karierze BANKSA.

 

  1. Spora część opisanych tu płyt w Polsce dostępna jest w wysyłkowej dystrybucji firm Outisde i Vision.

 

Reklamy

Neil Stephenson – „Zamieć” wyd. Zysk i S – ka, seria „Kameleon”, Poznań 1999 (recenzja) Rafał Księżyk

Neal-Stephenson_1992_Snow-Crash-621x1024.jpg

Stephenson jako stylista jest jego przeciwień­stwem, pisze pro­zę barokowo wybujałą, barwnie drążącą awantur­nicze wątki i lu­bującą się w opi­sach technologii jutra. Cyberprzestrzeń, która w „Zamieci” na­zywa się Metawers, jest tu ra­jem i nagle do ra­ju ktoś wnosi zło…

 

Potentat światłowodów (czyżby postać inspiro­wana Gatesem?) wydaje wojnę niepokornym progra­mistom i wprowadza tam eliminującego ich wirusa. Dzieje owego wirusa sięgają starożytnego Sumeru, tak że mamy tu modne dziś i owocne wcielenie teorii spiskowej, która ze strony na stronę rozrasta się do potężnych wymiarów. Jej osią czyni Stephenson ideę, którą najprościej wyraził W. S. Burroughs: „Język to wirus”.

 

Śmiałe wizje wyrażane niegdyś przez kontestatorską awangardę, prastary, mityczny wątek walki dobra ze złem oddany w ponowoczesnej for­mule walki o informacje, a wszystko to w wartkiej konwencji futurystycznego komiksu. Dwie tyleż przy­stępne, co inteligentne książki, które przestawią Wa­szą percepcję na łatwiejsze przyswojenie realiów nadchodzącej Epoki Informacji.

 

 

Philip K. Dick „Poprzez ciemne zwierciadło” Rebis (recenzja) Rafał Księżyk

philip-k-dick-a-scanner-darkly-cover-1.jpg

Trwa wydawni­czy festiwal ksią­żek Dicka i o Dicku. I dobrze, bo trudno o bardziej dziś aktualną lek­turę, „Poprzez ciemne zwiercia­dło” doczekało się drugiego wydania w ciągu dwóch lat. To jedna z naj­lepszych powieści Dicka, napisana przez zdruzgota­nego psychicznie autora tuż po jego wyjściu z piekła amfetaminowego nałogu. Futurystyczny kostium służy tylko wyostrze­niu siły wyrazu, rzecz bazuje na osobistych doświadczeniach, które przebijają papierowe wizje SF.

 

Oczami policyjnego agenta o rozdwajającej się świadomości oglądamy narkomańską subkulturę żyjącą w żerującym na niej złowrogim świecie. Po­słowie zawiera ponurą listę ofiar spośród ówcze­snych przyjaciół pisarza, którym dedykuje powieść i znamienną uwagę: „Nazwijmy to może nie tyle chorobą, ile błędem w ocenie sytuacji. Kiedy w ten sposób zaczyna się zachowywać większa grupa ludzi, to możemy mówić o błędzie w skali społeczeń­stwa, o pewnym stylu życia. Jego motto brzmi: »Bądź szczęśliwy dzisiaj, bo jutro umrzesz, z tym że umieranie zaczyna się prawie natychmiast, a szczę­ście jest tylko wspomnieniem«”.

 

„Idoru” William Gibson wyd. Zysk i S-ka, seria „Kameleon”, Poznań 1999 (recenzja) Rafał Księżyk

idoru.jpeg

 

 

Za sprawą nurtu cyberpunk spełniło się skry­te marzenie Philipa K. Dicka: jedna z odnóg s-f weszła na równych prawach w krąg literatu­ry współczesnej. Ba, nawet niektórzy jajogłowi twierdzą, iż cyberpunkowi więcej mówią o jutrze niż spekulacje takiego np. Baudrillarda. W sam raz na wakacje otrzymaliśmy dwa tłumaczenia cyberpunkowych klasyków…

 

Po średnim „Wirtualnym świetle”, w „Idoru” Gibson odzyskał najwyższą formę. Co więcej, opuścił krąg opowieści o korporacjach i cyberprzestrzeni. Dotrzymująca kroku ich wizjonerstwu, „Idoru” jest powieścią nieomal współcze­sną. Tym razem uwaga autora koncentruje się na świecie pop-kultury. Jej idoli, mediów i mło­docianych fanach. Media w „trosce” o sprosta­nie apetytom konsumentów posuwają się do me­tod inwigilacji. Portretując fanów Gibson korzy­sta z już istniejącej w Japonii generacji otaku, opisanej przez socjologów (por. „Magazyn Sztu­ki” 1 / 98) jako: stworzonych przez media i zamieszkujących je „fetyszystów informacji”. Fano­wanie otaku polega na gromadzeniu i rozpo­wszechnianiu informacji o idolach, co przybiera rozmiary paranoi. (Gibson: „liczba danych zebra­nych przez wielbicieli znacznie przekraczała su­mę informacji, jakie kiedykolwiek wygenerował zespół”). Fragmentaryczne, obłędnie szczegóło­we informacje są właściwie bezużyteczne.

 

Gwiazdy pop stają się natomiast centrami niezależnych imperiów, które prowadzą interesy z głowami rządów i mafii. Sami artyści są jednak niewolnikami na własnym dworze, który strzegąc ich, dba o swe utrzymanie. Kapryśne indywidua są dość kłopotliwe, w świat masowej wyobraźni wkraczają zatem gwiazdy wirtualne. Doskonałe, bo powstałe w wyniku optymalnie wyważonej krzyżówki bieżących trendów. Taka software’owa gwiazda to właśnie idoru. Jej zniewalają­cy, symulowany wizerunek generuje potężne ilości informacji. Jest jak psychodelik do oglądania. Sam jej widok wyzwala u bohatera rodzaj mental­nego orgazmu. Bo w Epoce Informacji nawet or­gazm jest przesłaniem intensywnej wiązki fascy­nujących informacji.

 

Ów bohater to Laney, jego profesja jest nieja­ko następną fazą ewolucji cyberkowboja. Jest tzw. researcherem, rodzajem „cybernetycznego różdżkarza”, który intuicyjnie wyławia ciągi in­formacji, ślady pozostawiane w Sieci przez każ­dego z członków społeczeństwa informacyjnego (w tych warunkach, gdy człowiek przestaje genero­wać dane oznacza to jego śmierć). Swe zdolności zawdzięcza wrodzonej niezdolności skupienia uwagi, którą wykorzystuje jako „rodzaj patologicznej hiper-percepcji”. To najlepszy sposób na segregację da­nych w realiach nadmiaru informacji. Wątek hackerski pojawia się tu z kolei w wizji Warownego Miasta, stworzonej w sieci enklawy (przypominającej o repu­blice piratów kpt. Mission, o której pisał choćby Burroughs) wolnej od kontroli firm i rządów dzięki zasto­sowaniu zmyślnego programu. Wszystkie te wątki, jak na Gibsona przystało, zebrane są w wartkiej sen­sacyjnej narracji i oddane precyzyjnym stylem na miarę owych realiów. W sumie najlepsza jego rzecz od czasów trylogii „cyberprzestrzeni”. Minie kilka lat, a Gibson nie spuszczając z tonu będzie mógł stać się pisarzem współczesnym.

 

„Film, wideo, multimedia – sztuka ruchomego obrazu w erze elektro­nicznej” Ryszard W. Kluszczyński wyd. Instytut Kultury 1999 (recenzja) Rafał Księżyk

Film wideo multimedia.jpg

Pozycja wymarzona dla sympatyków Plastikowej rubryki „Nature vs. technology?”. Pierwszy w Polsce tak aktualny komentarz współczesnej sztuki audiowi­zualnej. Kluszczyński, kurator wystaw warszawskie­go Centrum Sztuki Współczesnej i teoretyk sztuki me­dialnej, układa swój wykład w myśl tezy głoszącej, iż: „To nie sam rozwój technologii cyfrowych stworzył sztukę multimedialną, lecz rodziła się ona – oraz jej świadomość – w obrębie różnych procesów i w róż­nych formach artystycznych poprzedzających, a w najlepszym razie towarzyszących rozwojowi technicznemu”.

 

Autor śledzi zatem procesy „deper­sonalizacji dzieła filmowego” oraz „dążenie do pozbawienia filmu wyrazistości i trwałości przedmioto­wej” podkreślając na każdym kroku, iż „sztuka multi­medialna jest wytworem dialogu pomiędzy ideami i koncepcjami artystycznymi a technologią”.

 

Otrzy­mujemy tu zarys lekceważonych u nas dziejów eks­perymentalnego kina powojennego, sztuki wideo, in­stalacji medialnych, kina elektronicznego widziany ze współczesnej perspektywy sztuki interaktywnej.

 

Obok znanych postaci, jak Warhol, Rybczyński, Godard, Greeneway objawiają się nieobecni w Polsce współtwórcy współczesnej kultury. Wypowiedzi teo­retyczne zostają zestawione z przykładami konkretnych dzieł. Po raz kolejny okazuje się, iż za twórczością, którą ubodzy wyobraźnią uznają za artystowski eksperyment, kryje się w istocie potrzeba pogłębie­nia kontaktu z odbiorcą, usiłowanie odnalezienia eks­presji dla wyrażenia przeżyć prowokowanych przez błyskawicznie zmieniającą się współczesność i pró­ba wykorzystania jej innowacji technicznych dla spenetrowania odwiecznych doświadczeń człowieka.

 

Lektura tej książki to, poza olbrzymim walorem po­znawczym, inspirujące wyzwanie bezkresnej arty­stycznej przygody, spotkanie z szeregiem autentycznych wizjonerów, choćby Stanem Brakhage, który biorąc się za realizacje filmu zapytuje: „Ile kolorów odnajduje raczkujące po łące niemowlę, któ­re nie wie, co znaczy zieleń?”.

 

Stanisław Lem „Bomba megabitowa” Wydawnictwo Literackie 1999 (recenzja) Rafał Ksieżyk

Bomba megabitowa - St. Lem.jpg

Najnowszy zbiór esejów Lema będący ak­tualnym komentarzem do bieżących kwestii rozwoju Internetu, klonowania, sztucznych in­teligencji, rzeczywistości wirtualnej, ekspery­mentów z mózgiem – to brzmi elektryzująco. „Bomba” jest swoistą kontynuacją „Summa technologiae” i „Tajemnicy chińskiego poko­ju”.

 

Mimo iż rzecz należy do kręgu filozoficz­nych dzieł Lema, mistrz pisze z gawędziarską swobodą, jakby dowcip i serie błyskotliwych skojarzeń miały uprzyjemnić w gruncie rzeczy niewesołą lekturę. „Bomba” w swym rdzeniu jest bowiem demitologizacją etosu i chwały osiągnięć nauki i techniki progu nowego wieku. Nie będzie zatem można klonować Einsteinów ani rychło zbudować sztucznej inteligencji, któ­ra mogłaby w istocie być inteligencją, globalna sieć Internetu, która miała stać się pomnikiem współczesnej cywilizacji, okazuje się być – jako koryto potopu informacyjnego śmiecia – raczej jej krzywym zwierciadłem, trzeba pamiętać, iż rozwój technologii, jak wszystko obecnie, roz­wija się wedle zysku, jaki może przynieść.

 

Ludz­kie zło, głupota i chciwość oddziałujące na spożytkowywanie technologii wydają się być głów­ną podstawą sceptycyzmu Lema. Z futurysty staje się on moralistą. Postuluje np. „internetowe wstawki”, które pozwalałyby na przepływy informacji wolnych od „zła i głupoty”, co jest jednym z wielu obecnych tu odniesień do roz­ważanej w „Wizji lokalnej” „etykosfery” po­wstałej w wyniku technologicznego „uszla­chetnienia środowiska”. Nie bardzo to, jak dla mnie, obiecujące, bo przecież owo zło, głupota i chciwość ludzkiej natury, jak uczy historia, do­tyczą również kontrolerów i stróżów moralno­ści. Szok informatycznej rewolucji dnia dzisiej­szego sprawia, iż Lem z futurologa staje się moralistą. I to chyba najbardziej godna uwagi re­fleksja, jaką budzi „Bomba”.

 

PORTISHEAD „Roseland NYC Live” Go Beat/PolyGram (recenzja) Rafał Księżyk

Portishead-Roseland-NYC-Live.jpg

Kto by się spodziewał, że szermierze „no­wych brzmień” zaczną publikować albumy koncertowe? PORTISHEAD spróbowali, ale czyniąc jakby na przekór temu statusowi. Chociaż zachowany został zasadniczy kształt utworów, znany nam z wersji stu­dyjnych, grając na żywo z orkiestrą smyczkową, sekcją dętą i żywą sekcją ryt­miczną PORTISHEAD zbliża się tu ku trady­cyjnemu piosenkarstwu jak nigdy wcze­śniej.

 

Przestrzeń studia zostaje zastąpiona głębią smyczków, na tle której egzotycznie wypadają scratche. I o dziwo, jeśli któryś z tych kontrastujących elementów tu nie pasuje to… właśnie scratche. Bristol sound swoją drogą, ale jeśli ktoś pisze do­bre piosenki to, jak się okazuje, one wezmą górę. Są też momenty, gdy zespól da­jąc się porwać wymianie emocji z publiką rozkręca się ku rockowej ekspresji, choć­by w finale „Sour times”.

 

„Roseland” jest przypomnieniem obowiązkowych hitów, w wersjach nieco innych – choć nie zremiksowanych – sympatyczną ciekawostką nie tylko dla fanów, ale próżno tu szukać elementów decydujących o klasie, czy wręcz racji bytu, wybitnych nagrań koncertowych: szczególnej dramaturgii, im­prowizacji odmieniających znane tematy.

 

Ocena: 65%

 

 

JIMI TENOR „Year Of Apocalypse” Warp/Sonic (recenzja) Rafał Księżyk

Jimi Tenor ‎– Year Of The Apocalypse.jpg

Na ten rok, kończący wiek oraz tysiącle­cie, wesoły JIMI przygotował zabawnego singielka ze smutnym tekstem (takie za­biegi stosował kiedyś ekscentryczny FAD GADGET). Płytka stanowi, jak na razie, rarytas na rynku, bo wydano ją na winy­lu w niewielkiej ilości egzemplarzy i tylko jako DJ promo. Zawiera numer, który znajdzie się na nowej płycie TENORA „Organism”, a poszerzona jest o funkowo-garage’owy remiks MAURICE RULLONA… Jak to było? „Świat tonie, a TENOR gra dalej”

 

Ocena: 70%

POLE „LP 1″ Kiff SM2 (recenzja) Rafał Księżyk

Pole-LP-1.jpg

Pod pozornie swojsko brzmiącym kryp­tonimem POLE ukrywa się STEFAN BETKE, zajmujący się na co dzień masteringiem i produkcją dla Chain Reaction. Przypad­kowe odkrycia i genialne błędy tworzą czasami historię.

 

BETKE przez przypadek odkrył, że uszkodzony, niewielki filtr czterobiegunowy firmy Waldorf (od któ­rego powstała zresztą nazwa całego projektu; pole = biegun) zaczął wydawać z siebie skrzeczące i nieprzewidywalne, acz wielce ciekawe, dźwięki. Metoda po­dejścia do technicznych niedoskonałości tkwiących w samym sprzęcie przywodzi na myśl eksperymenty grupy OVAL, choć w przypadku BETKEGO strategia twórcza jest całkowicie odmienna.

 

Hipergłeboki, biologiczny dub nasuwa skojarzenia z niektórymi wytworami CHAIN REACTION, choć moim skromnym zdaniem jest propozycją bardziej dojrzałą i konsekwentną. Oleista i trzaskająca masa dźwiękowa POLE ma w sobie wystarcza­jąco dużo ciepła, by roztopić mizerny śnieg tej zimy. Jej kompleksowy charak­ter pobudza mózg do niespiesznych spacerów wśród esów-floresów myśli. Jeden z ciekawszych pseudo-debiutantów roku. Warto z uwagą śledzie jego poczynania, bo zapowiada się bardzo dobrze.

 

Ocena: 97%

20 PŁYT MINIMAL MUSIC – Rafał Księżyk

Subiektywny wybór 20. najważniejszych płyt minimal music (w kolejności chronologicznej):

 

Mainstreamowa muzyka ery techno ukształtowała się na fun­damencie – tak od strony estetycznej, jak i technologicznej – przygotowanym przez nurty, które w latach 50. i 60. uchodziły za kontrowersyjną awangardę współczesnej muzyki poważnej. Mo­wa o muzyce konkretnej i minimal music. Właśnie ukazał się al­bum z remiksami klasyków guru minimal music Steve’a Reicha au­torstwa muzyków z kręgu techno, hip hop, drum & bass. Jest oka­zja, by przypomnieć o minimal music, która, wnosząc do muzyki Zachodu medytacyjno-transowy nerw, jest prawdziwym proto­plastą techno i ambient. Ojcowie minimal music to już klasycy muzyki XX w., nowe karty stylu zapisują dziś twórcy z kręgu undergroundu. Do poniższego przeglądu wybrałem nie tyle same ar­cydzieła, ile płyty ukazujące pełną gamę poszukiwań, jakie wyra­stają z tego Źródła. Swą nazwę minimal music zaczerpnęła z plastycznych tendencji lat 60. zmierzających do ograniczania ozdobników dzieła na rzecz głębszych, abstrakcyj­nych treści. Inna nazwa – muzyka repetycyjna – oddaje jej strukturalny charakter opierający się na przyjęciu powtarzalności jako naczelnej zasady kształtującej utwór. Do tego eksponowa­nie rytmu, uproszczenie harmonii. Za prekursora uchodzi paryski ekscentryk z początku wieku – Eric Satie oraz inicjator muzycznej „podróży na Wschód” – John Cage. W szkicu o Satie, Cage pisał: „dominacja struktury harmonicznej w muzyce zaczyna się wraz z pojawieniem się zachodniego materializmu, a jej rozpad nastę­puje, gdy materializm poddawany jest krytyce. Podobnie odkrycie rozwiązania w postaci struktury rytmicznej, właściwej muzyce orientalnej, zbiega się w czasie z narastającym w nas uczuciem głębokiej potrzeby tego, co niesie tradycja Wschodu: spokoju umysłu i samowiedzy”. Trudno o lepszy wstęp do minimal music.

La-Monte-Young-The-Second-Dream-Of-The-High-Tension-Line-Stepdown-Transformer-From-The-Four-Dreams-O.jpg

  1. LA MONTE YOUNG

„The Second Dream Of The High – Tension Li­ne Stepdown Transformer From The Four Dreams Of China”

Gramavision, 1991

La Monte Young to ojciec minimal music. Wyrasta on z kontestacyjno-anarchizujących wystąpień ru­chu Fluxus, ale już od początku lat 60. tworzy w Nowym Jorku utwory kreślące nową estetykę. Muzykę osnutą wokół hipnotycznie powtarzanych motywów, długich, niekończących się, nieznacz­nie modulowanych dźwięków, opartych na dronie, nisko dudniącym tonie podstawowym, o wyrafino­wanych właściwościach transowych. Koncerty jego grup, Theater Of Eternal Music i Dream Syndicate, miały formę medytacyjnych rytuałów. Wspomagając się elektro­niką i grą świateł, Young dążył do wytworzenia dla swej muzyki swoistej przestrzeni wirtualnej. „Nieskończony” charakter jego muzyki sprawił, że ów klasyk niemal nie istnieje na płytach. Kanoniczną pozycją jest „The Well – Tuned Piano” – box 5 CD! „Second Dream” to jedyna tak esencjonalna i tak przystępna płyta mistrza. Zaledwie 70 min. dronowej medytacji na cztery wchodzące w transową koniunkcję tony i 8 mutowanych trąbek.

Tony-Conrad-With-Faust-Outside-The-Dream-Syndicate.jpg

  1. Tony Conrad & Faust

„Outside The Dream Syndicate”

Caroline, 1974/ Table Of The Elements, 1993

Jeśli szukać dziś klimatu legendarnych grup Younga to w boxie 4 CD Conrada „Early Minimalism”, wydanym do­piero w 1997 roku. Conrad, skrzypek i awangardowy filmowiec, to najbardziej radykalny twórca wyrastający z kręgu Younga. Box polecam tylko twardzielom. Najlep­sza wizytówka Conrada to ta płyta nagrana w studiu Faust, czołowego niemieckiego awangardzisty, i z udziałem sek­cji rytmicznej grupy. Motoryczny minimal przenika się z psychodelią w ultratransowym rytuale. Kolejną studyjną płytą Conrada jest nagrana, w asyście Steve’a Albiniego i Jima O’Rourke, po 23. latach przerwy (!), płyta „Slapping Pytagoras”, gdzie penetruje on świat mikrofonów, dedykując album ideom Pita­gorasa, od którego zaczęło się wystąpienie przeciwko tonalności w muzyce Zachodu.

Terry-Riley-Poppy-Nogood-And-The-Phantom-Band-All-Night-Flight.jpg

  1. Terry Riley

„Poppy Nogood And The Phantom Band – All Night Fly”

Organ Colti, 1996

Kolejny artysta wywodzący się z zespołów Younga i najważniejszy obok niego twórca pierwotnego minimal music. Specjalnością Rileya było to, iż swe utwory wykonywał sam – improwizował na organach i saksofonie korzystając z zapętlonych taśm, aparatury opóźniającej i powtarzającej dźwięk. Uczeń hinduskiego mistrza rag Panmdit Pran Natha przeniósł medytacje Younga w stan czystego transu. „All Ni­ght” to koncert z 1968 r., esencjonalny zapis transowej ekstatyczności. Najważniejszą płytą Rileya był jednak, dziś już niedostępny, pierwszy album minimalu: „Rainbow In Curved Air” (MCA, 1968), który wywarł olbrzymi wpływ na awangardę psychodelii. Riley do dziś wywiera silny wpływ na generację techno.

Alvin-Lucier-I-Am-Sitting-In-A-Room.jpg

  1. Alvin Lucier

„l Am Pitting In A Room”

Lovely Music, 1970/1990

Muzyka na taśmę była wstępem do kilku pięknych karier minimalistów, choćby Reicha. Lucier do nich nie należy, ale jest za to autorem minimalnego arcydziełka na zapętloną taśmę. Artysta sam w pokoju, słychać tylko jego głos opowiadający o pro­cesie powstania dzieła… Reszta to kwestia pracy z taśmą z tym nagraniem. Arcydzie­ło siły prostoty.

Steve-Reich-Steve-Reich-And-Musicians-Drumming.jpg

  1. Steve Reich „Drumming”

Deutsche Grammophonn, 1970/ 1974

Reich i Glass to czołowi reprezentanci drugiej fali minimal music. O ile radykalna formuła Younga, Conrada, Rileya nie dała im szansy wyjścia poza underground, Reich i Glass uczyniwszy ją bardziej muzyczną, powiązawszy z tradycją zyskali status oficjalnych klasyków i komercyjną popularność. W odróżnieniu od pionierów jęli zapisywać swe kompozycje. Ewolucja Reicha – od dzieł na taśmę i radykalnego minimalu, po­przez błyskotliwe koncerty z własnym zespołem, klasycyzujące dzieła wokalne, na multimedialnych kompozycjach hi-tech skończywszy – doskonale obrazuje rozwój idiomu minimal. Główna jego zasługa to poszerzenie rytmicznych walorów minimalu. Reich studiował gamelanową muzykę na zespoły gongów z Bali i Javy oraz transowe tradycje bębniarzy z Ghany. Kwintesencją tych doświadczeń jest „Drumming”, jedy­ne dzieło z kanonu XX-wiecznej poważki skomponowane na instrumenty perkusyjne o ewidentnie transowym charakterze.

Jon-Gibson-Visitations-I-II-Thirties.jpg

  1. Jon Gibson

„Visitations & Thirties”

Chatham Square 1973/ New Tone 1996

Sława Reicha i Glassa to też kwestia tego, iż w początku lat 70.  każdy z nich jął objeżdżać świat z towarzyszeniem własnego zespołu. Saksofonista Gibson to czołowa postać owych grup. Jego płytowy debiut dla pierwszej wytwórni Glassa jest wy­padkową minimal music i „wyimaginowanych pejzaży” Cage’a. Muzyce zdominowanej przez etniczne perkusjonalia towarzyszą nagrania odgłosów natury, wiatru, oceanu, etc. Kamień węgielny transowego etno-ambientu i new age. O ile jednak te estetyki przyniosły kicz, tu mamy porcję muzyki surowej i fascynującej.

Gavin-Bryars-The-Sinking-Of-The-Titanic.jpg

  1. Gavin Bryars

„The Sinking of The Titanic”

Point, 1994

Zespoły Reicha i Glassa przeniosły bakcyl minimalu do Wielkiej Brytanii. Od począt­ku lat 70. w Anglii rozwija się prężna diaspora nowojorskiej minimal music. Bryars to najciekawsza postać brytyjskiego minimalu lat 70. Opowieść o tonącym Titanicu pogłębia charakterystyczny dla minimalu wątek wyjścia z sal koncertowych i penetracji akustyki naturalnych, bądź postindustrialnych, przestrzeni. Inspiracją artysty była wo­da, jako medium dźwięków i ośrodek przetwarzający brzmienie. Utwór jest dziełem w toku, ulepszanym od 1969 r. i wykonywanym na kolejnych koncertach w basenach i przepompowniach. Doczekał się wielu wersji. Wybieram tę, która reprezentuje am­bitne działania nowej wytwórni Glassa: Point.

Philip-Glass-Robert-Wilson-Einstein-On-The-Beach.jpg

  1. Philip Glass

„Einstein On The Beach”

CBS, 1976/1979

Książę minimal music. Wykształcony w Paryżu Amerykanin łączy solidny klasyczny warsztat i fascynację muzyką hinduską. Przywrócił stylowi kontrapunkt i harmonię. We współpracy ze swą szarą eminencją, inżynierem dźwięku Kurtem Munkacsi przeniósł go w świat brzmień przyswajalnych dla kultury pop i rocka. Największą artystyczną zasługą Glassa jest stworzenie w oparciu o minimal music nowej formuły opery. Ta pierwsza i najlepsza z jego oper jest na gruncie muzyki równie rewolucyjna, co teorie Einsteina. Nowe podejście do narracji, do wykorzystania ludzkiego głosu wywołały skandal na premierze. Przepiękne arcydzieło i esencja Glassa.

Brian-Eno-Ambient-1-Music-For-Airports.jpg

  1. Brian Eno

„Ambient 1: Music For Airports”

Virgin/ EG, 1978

Ojciec chrzestny ambient Brian Eno swe klasyczne dla tego nurtu dzieła tworzył czer­piąc z nowojorskiej minimal music. Cała jego zasługa polega na tym, iż biorąc na warsztat awangardową tradycję potrafił znaleźć dlań zgrabny marketingowe szyld am­bient i kryjącą się za jego ideologią strategię promocji. Tutaj metafizyczne idee mini­mal wprowadza Eno w nowoczesną, konsumpcyjną przestrzeń, proponując dźwiękową tapetę dla portów lotniczych.

Philip-Glass-Koyaanisqatsi.jpg

  1. Philip Glass

„Koyaanisqatsi”

CBS, 1983/ Elektra Nonesuch, 1999

Komercyjnym przełomem dla całego nurtu było wejście mi­nimal music do świata filmu. Zaczęło się od tego natchnio­nego soundtracku do głośnego obrazu Godfreya Reggio, gdzie muzyka Glassa wystarcza w miejsce braku dialogów. Od tego czasu jego nagrania rozbrzmiewały w radiowęzłach supermarketów… Potem były słynne kolaboracje Greeneway – Nyman… W 1999 r. ukazuje się nowa, pełna wersja słyn­nego soundtracku.

Arvo-Pärt-Tabula-Rasa.jpg

  1. Arvo Pärt

„Tabula Rasa”

ECM, 1984

Estoński klasyczny kompozytor uchodzący za symbol muzycznego mistyka naszego wieku lansował minimalizm na swój własny, nie związany z nowojorską szkołą, spo­sób. W obu przypadkach mamy jednak do czynienia z muzyką nastawioną na pierwia­stek duchowy i symptomatyczne, że w obu jest ona ascetyczna, statyczna, powtarzal­na….. ”Tabula Rasa” wywodząca się z poszukującego dlań okresu lat 70. to swoisty kla­syczny ambient. Olbrzymi sukces muzyki Pärta i pokrewnych mu H. M. Góreckiego, Somei Satoha, Johna Tavenera nie byłby pewnie możliwy, gdyby nie fakt, że minimal music i ambient otworzyły wcześniej percepcję zachodniego słuchacza…

Meredith-Monk-Do-You-Be.jpg

  1. Meredith Monk

„Do You Be”

ECM, 1987

Kręgosłup kompozytorski Monk ewidentnie ukształtował minimal musie, wciąż sły­chać u niej echa tej estetyki. Ale Monk to jakość sama w sobie. Najwybitniejsza innowatorka wokalistyki naszego wieku. Fuzja tajemnic etnicznych technik wokalnych i od­kryć awangardy pozwoliła jej wyrazić głosem pełnię ludzkiej ekspresji. Głos potrakto­wany instrumentalnie wyraża emocje w fazie prewerbalnej, przedrefleksyjnej. Wycho­dząc od minimal music, i wzbogaciwszy jej środki wyrazu, Monk głosem zdobyła oświecenie, o które zabiega nurt.

Pauline-Oliveros-Stuart-Dempster-Panaiotis-Deep-Listening.jpg

  1. Pauline Oliveros, Stuart Dempster, Panaiotis

“Deep Listening”

New Albion, 1989

Zwieńczenie ambicji minimalu na jeszcze jeden sposób. Pauline Oliveros, jedna z najważniejszych postaci poszukującej muzyki amerykańskiej, rozwija tu eksperymenty Rileya z echem, pogłosem, systemem tape delay. Nie stosuje elektroniki, lecz zabie­ra swój akustyczny zespół (trąbka, akordeon, didgeridoo) do wnętrza pustej podziem­nej cysterny o rekordowo długim pogłosie. Efekt: nie sposób zauważyć, w którym mo­mencie przestaje grać wykonawca, a dźwięki podtrzymuje pogłos. Arcydzieło medy­tacyjnej muzyki nieskończonej.

Stephen-Scott-Minervas-Web-The-Tears-Of-Niobe.jpg

  1. Stephen Scott

„Minerva’s Web/ The Tears Of Niobe”

New Albion, 1990

Od połowy lat 70. minimal music stało się kanonem, do którego wciąż nawiązują młodzi kompozytorzy. Niech ich reprezentantem będzie Amerykanin Scott, mający na swoim koncie najbardziej subtelne, ulotne utwory. Nie pozbawione przy tym pazura eksperymentu. Jak choćby w tych utworach inspirowanych „Metamorfozami” Owidiusza, które wykonywane są… na strunach otwartego fortepianu. 10 muzyków wyposażonych w specjalne smyczki otacza instrument, niczym grono chirurgów… efekt brzmieniowy jest niepowtarzalny.

Phill-Niblock-Music-By-Phill-Niblock.jpg

  1. Phill Niblock

„Music By Phil Niblock”

Experimental Intermedia XI, 1993

Najwybitniejszy z postminimalistów i kto wie czy nie najcie­kawszy ze współczesnych amerykańskich kompozytorów. Ni­block wyciąga najbardziej daleko idące konsekwencje oczy­wistego faktu, iż dźwięk jest zjawiskiem akustycznym. Geniusz-wizjoner komponuje swą muzykę operując częstotli­wościami dźwięków. Matematyczne, fizyczne, kompozytorskie, studyjno-inżynieryjne badania nad mikrotonami, falami średnimi, amplifikacją sprawiają, iż słyszymy tu klasyczny kwartet smyczkowy, który wydaje z siebie brzmienia niczym marsjański syntezator. Muzyka XXI wieku. Pierwsza muzyka klasyczna programowo podprogowa i psychoaktywna. Kiedy doczekamy się remiksów Niblocka?

Oval-94diskont.jpg

  1. Oval „94 Diskont”

Mille Plateaux, 1995

Oval uchodzi za jednego z czołowych reprezentantów kolońskich eksperymentatorów techno i zarazem lidera w kręgu ambitnego ambient. „94 Diskont” jak na dłoni poka­zuje, iż Oval to ewidentni kontynuatorzy Rileya, transformujący jego struktury w świat nowych brzmień – „uszkodzonych maszyn”.

Jeremy-Peyton-Jones-Regular-Music-II-North-South-East-West.jpg

  1. Jeremy Peyton Jones

„North South East West”

New Tone, 1996

Niektórzy teoretycy wywodzą minimal musie z barokowego ostinato. Przypominają o  tym Anglicy, którzy przesycili amerykańską wersję stylu własnym pierwiastkiem: subtelnym estetyzmem i kameralistyczną delikatnością. Dwóch najwybitniejszych dziś twórców brytyjskiej minimal, Michael Nyman i Peyton Jones, łączy miłość do muzyki Purcella i słabość do baroku. Ta płyta to esencja owych wątków – Reich i  Glass przekształceni w wymuskane kameralistyczno-wokalne klejnociki.

Coil-Presents-Time-Machines-Coil-Presents-Time-Machines.jpg

  1. Coli

„Time Machines”

Eskaton, 1998

Muzyka industrialna to undergroundowy nurt, który najowocniej wyko­rzystał zdobycze muzyki konkretnej i minimal music, niejako podtrzy­mując je przy życiu, do chwili, gdy podjęła je generacja techno. Przy­wrócił minimalowi ów kontestacyjny charakter, jaki miał on pierwotnie u Younga. Genialnym podsumowaniem związków minimal – industrial jest to dzieło jednej z najwybitniejszych postindustrialnych grup. Sami artyści okre­ślili ją jako „hardcore La Monte Young”. Nic dodać. Pierwotny minimal budowany z nowych, psychoaktywnych brzmień.

Eliane Radigue ‎– Trilogie De La Mort.jpg

  1. Eliane Radigue

„Trilogie De La Mort”

Experimental Intermedia XI, 1998

Jedna z najwspanialszych płyt końca wieku i dowód na to, iż minimal wciąż się rozwija. Francuska kompozytorka zaczynała w latach 50. w studiach muzyki konkretnej Pierre’a Henry, potem zwróciła się ku minimal music tworząc własny styl odzwierciedlający jej kobiecą emocjonalność. Trylogia to jej opus magnum. Inspirowana buddyzmem bezkreśnie głęboka medytacja. Esencja duchowego aspektu całego stylu. Transowe pulsacje dronów przypominają tu niekiedy o abstrakcyjnej es­tetyce berlińskiej awangardy z kręgu Basic Chanel/ Chain Reaction.

Steve-Reich-Reich-Remixed.jpg

  1. V.A.

„Reich Remixed”

Nonesuch, 1999

Hołd generacji techno dla mistrza minimalu. Fragmenty niemal wszystkich ważnych kompozycji Reicha biorą na warsztat – niekiedy miksując motywy z kilku utworów w jeden nowy – m.in. Coldcut, Howie B, FreQ Nasty & Blim, D Note, Ken Ishii, DJ Spooky. Na nagraniach odciśnięte jest piętno bożka naszych czasów: szybkości. Dla rozwinię­cia swych hipnotycznych pulsów Reich potrzebował dłu­gich utworów, tu mamy numery po ok. 8 min., za to gęste od ścieżek i podbite mocnym beatem. Remikserzy najczęściej wykorzystują krótki motywy Reicha, jako świetne pod względem brzmienia i dynamiki sample, ale gubią tak ważny dlań porządek struktury, który sprowadza się do trwania. Ciekawa to płyta, choć refleksje budzi niewesołe. Wracając do przywołanych we wstępie słów Cage’a: gdy po medytacyjne walory minimal music sięgnęła kultura masowa, jęta wchłaniać je tak prędko i zachłannie, że ich głębia ulotniła się sprowadzona do łatwo przyswa­jalnej, powierzchownej ciekawostki.