„Tożsamość zwiadowcy” Wojciech Stamm – wywiad „Lampa” nr X 2009

„Coraz mniej wspólnych pokoleniowych czy społecznych doznań. Już nie będzie takich bohaterów”.

„Nie jestem biznesmenem, jestem kochankiem – jeśli mogę sparafrazować Michaela Jackosna”.

Wojciech_Stamm_aka_Lopez_Mausere.jpg

W pdf-ie:

Wojciech Stamm – wywiad Lampa X 2009

Reklamy

TRESOR (Berlin) Label – „Rap, dance, techno – encyklopedia muzyki popularnej” – Bogna Świątkowska, Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza ATENA

Tresor Berlin.jpg

Niemiecka wytwórnia z Berlina, powstała jako od­noga niezależnej wytwórni Interfisch w roku 1991, na bazie klubu o tej samej nazwie.

SubBerlin - The Story of Tresor.jpg

Klub Tresor był miejscem, gdzie berlińscy muzycy DJ-e (np. Dr. Motte, Tanith, Jonzon, Rok) prezentowali muzykę wspólnie z gwiazdami zza oceanu, głównie z Detroit (m.in. Underground Resistance, Moby, Blake Baxter, Juan Atkins, Eddie Fowlkes). Nawiązanie takich kon­taktów pozwoliło na założenie klubowej wytwórni, której pierwszym produktem był „Sonic Destroyer” tria Underground Resistance.

Underground Resistance - Revolution For Change.jpg

Utwór ten stał się szyb­ko europejskim przebojem klubowym i wpłynął na wzrost popularności samego klubu, jak również szyb­ko rozwijającej się wytwórni, której właścicielem jest do dzisiaj niezmiennie Dimitri Hegemann.

ex220-der-klang-der-familie-cover.jpg

Kolejnym przebojem okazał się „Der Klang Der Familie” berliń­skiego duetu 3 Phase z Dr Mottem, wylansowany na Love Parade, którego licencję kupiły później wytwór­nie Transmat Derricka Maya i londyńska NovaMute.

Tresor II Berlin-Detroit - A Techno Alliance.jpg

We współpracy tej drugiej i Tresor ukazały się do tej pory trzy bardzo popularne kompilacje: Aufrestanden Ans Ruinen, Berlin/Detroit – A Techno Alliance i Tresor 3. Innymi ważnymi krokami w życiu wy­twórni Tresor było rozpoczęcie bliskiej współpracy z amerykańskimi wytwórniami: Other Side (Marshall Jefferson), Mix (Blake Baxter), Axis (Jeff Mills) i M-Plant (Robert Hood).

cristianvogel_tresor2.jpg

Ostatnio dołączyli do nich również cudzoziemcy Cristian Vogel (albu­my Absolute Time i Body Mapping), Joey Beltram (album Places), Si Begg oraz nowe niemieckie ta­lenty, które reprezentują Vigipirate i Gagarin Kongress. Pod koniec 1995 r. wytwórnia Tresor otworzyła swoje biuro także w Nowym Jorku.

ex226-cristian-vogel-cover.jpg

O wydaw­nictwach wytwórni można powiedzieć wiele, ale naj­ważniejsze wydaje się być to, jak charakteryzują się sami: „jakość zamiast ilości”. Nie wydają przypad­kowych płyt i otaczają się wyłącznie głośnymi arty­stami najwyższej klasy.

TresorOutside.jpg

Składanki: Tresor Vol. 1-5, Detroit Techno Soul (1993), Sirius (1995), 313 Detroit (1996).

Tresor Compilation Vol. 13.jpg

„BIOSPHERE – POLARNY KOSMONAUTA l DŻINSY” (ambient) Krzysztof Jaworski, „PLASTIK” ( chill out ) nr 23 luty 1999

Biosphere.jpg

W roku 1994 świat oszalał. I to bynajmniej nie z powodu pierwszych informacji o viagrze. Przyczyną ekstazy była płyta „Patashnik”, materializacja wizji pewnego Norwega, Geira Bjornara Jenssena. W ciągu kilku miesięcy nazwa Biosphere, pod którą działa Jenssen, zyskała status kultowej, a płyta zajęła należne jej miejsce w muzycznym panteonie. Spektakularny sukces nie był dziełem przypadku, zacznijmy więc od początku…

 

Norweskie miasteczko Tromso wkrótce przejdzie do legendy ja­ko miejsce narodzin… legend. Tu działa wydawnictwo Beatservice, tu w roku 1963 urodził się Geir. Dwadzieścia lat później, nasz boha­ter, wówczas wielbiciel takich grup jak Wire, Cabaret Voltaire, Depeche Mode, czy New Order, rozpoczął swe eksperymenty z muzyką. Kupił pierwszy syntezator i zaczął prowadzić na falach studenckiej stacji radiowej autorski program „Bleep Culture”. Wypełniały go przede wszystkim nowa muzyka elektroniczna oraz techno i ambient. Po trzech latach działalności prezenterskiej Jenssen uznał, że ma do powiedzenia coś więcej. Rzucił radio i przerwał naukę (studia archeologiczne), by całkowicie oddać się pasji mu­zycznej. Niełatwa decyzja okazała się słuszna, a wiedza zdobyta podczas studiów nie poszła w las i wciąż jest ponoć inspiracją twórczości Jenssena. Podobnie jak astronomia, podróże, filozofia i nauko­we teorie dotyczące zagadnień Kosmosu.

Jako E-MAN, w  1984 roku zrealizował projekt „Likvider”, wydany tylko na kasecie. Rok później, ra­zem z Anneli Marian Drecker i Nilsem Pederem Johansenem (przyjaciółmi z Tromso), powołał grupę Belcanto. Ich muzyka, porównywana wówczas do dokonań Cocteau Twins i Dead Can Dance, cieszy­ła się tak dużym powodzeniem w Norwegii, że po­stanowili spróbować szczęścia poza granicami kra­ju. Zainteresowała się nimi belgijska Crammed Disques. Belcanto przenieśli się do Brukseli. Rozpoczął się nowy okres w ich życiu, okres sukcesu. Debiutancki album „White-Out Condition” z 1987 roku, stał się bestsellerem. Równie ciepło przy­jęto ich drugie wydawnictwo – „Birds Of Passage” (1989, Cram­med), będące połączeniem melancholijnych melodii spod znaku 4AD z nowoczesnym, dzisiaj powiedzielibyśmy pretrip-hopowym, miejscami brzmieniem i mnóstwem elektronicznych pejzaży. Kom­binacja folku, new age, elektroniki i popu – oto recepta na sukces. Muzyka Belcanto to piękne piosenki, ale tylko piosenki. Być może dlatego tuż po wydaniu „Birds Of Passage” Geir opuszcza grupę, by oddać się realizacji solowych projektów. Powodem tej decyzji była też, jak sam mówi, chęć powrotu do rodzinnego Tromso, pragnienie wyrwania się z cywilizacyjnego zgiełku.

Bleep (pierwotnie – l Said Bleep), to nazwa, pod jaką działał Jenssen w latach 1989 – 1991. W tym czasie ukazały się, wydane przez taneczną oficynę Crammed Discs – SSR, cztery EP-ki oraz al­bum „The North Pole By Submarine”, 1990. Ptyta ta powstała po powrocie Jenssena z wyprawy archeologicznej poza krąg polarny i była próbą stworzenia atmosfery „wiecznego zmroku w krainie chłodu”. Ówczesna muzyka Jenssena, to połączenie acid house i techno, z tak później charakterystycznymi ambientalnymi „drugi­mi planami”. To bodaj w odniesieniu do tej płyty użyto po raz pierw­szy określenia „ambientalna muzyka taneczna”. Jesienią 1991 ro­ku ukazuje się drugi solowy album Jenssena, tym razem już pod szyldem Biosphere. Poprzedzony singlem „The Fairy Tale” album „Microgravity” wydany został początkowo nakładem norweskiej Origo Sound. Szybko jednak zainteresowała się tym materiałem potężna R&S, która rozpoczęta jego światową dystrybucję poprzez swój ambientowy oddział – Apollo. Według jednej z pogłosek, sub-label ten powstał z myślą o „Microgravity”.

Prasa muzyczna zachłystywała się genialnością płyty, uznała ją za ponadczasową, kultową i genialną. Biosphere porównywano do The Orb, Eno czy Hassella, podkreślając jednocześnie jego orygi­nalność i niepokojący, hipnotyczny wręcz urok. Album „Microgravity” był także sukcesem komercyjnym, pokazał światu muzykę okre­ślaną mianem „ambient-house”. Równocześnie Jenssen, jako je­den z pierwszych, tworzył brzmienia ambientalno-transowe na ży­wo, podczas live actów (zwykle towarzyszyli mu Bjorn Torske, obecnie realizujący projekty solowe jako Ismistik, oraz specjalista od efektów wideo i świateł, Casper Evensen). Zajął się też muzyką filmo­wą, komponując ścieżkę dźwiękową do norweskiego obrazu „Evige Stjerne”. Później do doskonale przyjętego na festiwalach w Cannes, Toronto i Edynburgu, filmu „Insomnia” (1997, Origo Sound) oraz do klasycznego filmu z 1920 roku „Man With A Movie Camera”. W roku 1993 ukazała się EP-ka „The Hubble”, wydana przez European Techno Community. Projekt ten firmował Jenssen jako Cosmic Explorer. Było to jedyne wydawnictwo pod tym szyldem. W tym samym roku nawiązał współpracę z niemieckim weteranem Petem Namlookiem. Artysta ten, założyciel wytwórni Fax +49-69/450464, w swoich ambientalnych poszukiwaniach eksperymentował z wieloma muzykami. W ciągu niespełna roku działalności jego oficyna wypuściła na rynek ponad sto tytułów. W większości tych projektów Namlook udzielał się osobiście. Propozycja wspólnego grania złożona przez niego Jens-senowi zaowocowała zaledwie tygodniową sesją we Frankfurcie, podczas której powstał album „The Fires Of Ork” – próba stworzenia ambientu tyle mrocznego i „poważnego”, co bezpretensjonalnego i „żartobliwego”.

Kolejna płyta Biosphere, „Patashnik” (1994, Apollo) to, jak na ra­zie, opus magnum Jenssena. Jest to płyta… Wielka? Doskonała? Nie­powtarzalna? Można obdarzyć ją każdym z tych epitetów, jednak naj­ważniejszym jest ten: hipnotyczna. Każde jej słuchanie kończy się nie­odpartym pragnieniem odstuchu ponownego i ponownego, i ponow­nego… Tylko fantazja słuchacza jest granicą, do której może zabrać „Patashik”. Nieprzypadkowo płyta ta była numerem jeden niezależ­nych list albumów w Wielkiej Brytanii. „Patashnik” urzeka swym pięknem, zabiera w podróż przez opuszczone, wyimaginowane świa­ty, pełne hipnotycznych, niepokojących dźwięków, pełne przestrzeni.

Rytm zyskuje nowy wymiar, stając się pulsującym obszarem, tworząc wraz z somnabulicznymi melodiami „kosmos wibrujących uczuć”, pożywkę dla wyobraźni. Jak mówi Jenssen: „Ambient to muzyka, przede wszystkim do słuchania, jej zadaniem jest dać słuchaczowi możliwość stworzenia sobie własnego świata, w którym może się on zatracić. Nie jest tu ważny rytm czy melodia. Są one tylko wypadko­wą brzmienia muzyki, która jest częścią czwartego wymiaru. Muzyka jest paletą barw, używam jej, by malować moje własne fantazje”.

Jenssen jest swego rodzaju kolekcjonerem, zbiera dźwięki. Po­trafi godzinami oglądać filmy (jego ulubionymi są stare produkcje science fiction), w nich bowiem znajduje interesujące go brzmienia, słowa, które mają swoją własną melodykę. Wykorzystuje je później w postaci sampli w wielu nagraniach. Na „Fires Of Ork” odnajdziemy ścieżkę dźwiękową z „Blade Runnera”, „Patashnik” zawiera sample z filmów „Village Of Damned”, „Roxanne”, „Scanners”, „2010: Odyssey Two”, „Space Camp”, a na albumie „Substrata” usłyszymy frag­menty „Twin Peaks”. Artysta wykorzystuje też specjalny katalog słów-brzmień, które działają na jego wyobraźnię. Przykładem „patashnik” – słowo, które Jenssen znalazł w pewnym indeksie i choć początko­wo nie znał jego znaczenia, uznał, iż jego brzmienie tak bardzo pasuje do muzyki, że nim właśnie zatytułował album. Patashnik jest, w potocznej mowie Rosjan, przezwiskiem dla podróżnika (kosmo­nauty), który odszedł i być może nigdy już nie wróci. Inspirujące dla Jenssena jest także Tromso – jego miasto rodzinne, leżące poza ko­łem polarnym. Przez trzy miesiące panuje tam całkowita ciemność polarnej nocy. Idealny czas do tworzenia mroźnych przestrzeni. Pomysły na ambientalne pejzaże powstają podczas „czasu cienia”, rytm pojawia się tu wraz ze słońcem…

Mimo iż muzyka Biosphere ponownie urzekła krytykę muzyczną, jej szansę na zaistnienie w świadomości szerszego odbiorcy byty zni­kome. Nie jest to typowy produkt pop-kultury. Być może do dzisiaj ma­ło kto słyszałby o Biosphere, gdyby nie firma Levi’s. Wiosną 1995 ro­ku spece od reklamy tejże firmy przesłuchali kilkadziesiąt płyt, poszukując na nich muzyki do nowego spotu reklamowego. Utwór odnaleź­li na składance „State Of The Art Vol.1″. Nosił tytuł „Novelty Waves”, a stworzył go Biosphere… W ciągu kilku miesięcy reklamówka „Drug-store” znana była wszystkim niemalże mieszkańcom naszej planety, a muzyka do niej zaintrygowała niejedno ucho. Jenssen stworzył na potrzeby kampanii reklamowej kilkanaście wersji nagrania „Novelty Waves”. Utwór doczekał się remiksów takich artystów jak LFO, Speed Jack, Higher Intelligence Agency i Aedena Cycle. Ambient stał się nie­co popularniejszy.

Jesienią 1995 roku, podczas dorocznego Polar Musie Festival Geir Jenssen spotyka Boba Birda (The Higher Intelligence Agency). Obaj panowie zostali poproszeni o stworzenie muzyki, w której wyko­rzystają, i dla której bazą będą, śnieg, lód, skaty oraz urządzenia znajdujące się w Tromso. Odbyły się trzy performance’y na szczycie wznoszącej się ponad Tromso góry. Obok lodowych brzmień natury wykorzystano w nich także dźwięki generowane przez urządzenia ko­lejki linowej dostarczającej publiczność na miejsce wydarzenia. Ma­teria) ilustrujący te koncerty trafił na „Polar Sequences” (1996, Bey­ond Records) firmowany przez Biosphere vs H.l.A. Muzyka mroźna, niepokojąca, piękna. Kolejnym dużym krążkiem Biosphere jest „Substrata” (1997, Thirsty Ear, All Saints). Ambientalny wiatr, eterycz­ne, odległe, nierealne dźwięki, które być może są brzmieniem gitary. Zagubione sample zapomnianych filmów, głos Geira… Arktyczna klasy­ka, która może stać się kanonem „nowego ambientu”. Na początku bieżącego roku ukazał się album „Biosystem – The Biosphere Remixes” (Beatservice). Zebrano tu prawie wszystkie dotychczasowe remiksy Jenssena (utworów autorstwa m.in. Front Line Assembly, Ja­mes, Mind Over Midi, czy Nicolette), często umieszczone pierwotnie na nieosiągalnych już singlach. Odnajdziemy tu także dwa remiksy dokonane specjalnie dla potrzeb tego krążka. Całość porównywana jest do „Substraty”, klasyczna mieszanka hipnotycznego rytmu i ambientalnych przestrzeni.

Geir Jenssen postrzegany jest jako człowiek o bardzo szerokich zainteresowaniach. Sam często mówi, że jest osobą leniwą, jednak je­go aktywność zadziwia. Bierze czynny udział w ekspedycjach polar­nych, jest zapalonym himalaistą, cyklistą, narciarzem, także archeolo­giem zafascynowanym epoką kamienną i lodowcową, biorącym udział w ekspedycjach, no i oczywiście tworzy muzykę. Dużo podró­żuje, gra na żywo. W 1998 roku powołał do życia własną wytwórnię płytową – Biophon Records. Jak na razie, jej nakładem ukazał się al­bum „Phonophani”, będący wypadkową elektronicznych pejzaży i akustycznych brzmień fletu, gitary oraz trąbki. Prawda, że brzmi inte­resująco? Wydaje się, że Biosphere nie powiedział jeszcze swego ostatniego stówa. Czekamy na coś naprawdę wielkiego.

Geir Jenssen studio.jpg

DYSKOGRAFIA (albumy):

Bel Canto „White-Out Conditions” (1987, Crammed Discs)

Bel Canto „Birds Of Passage” (1990, Crammed Discs)

Bleep „North Pole By Submarine” (1990, SSR)

Biosphere „Microgravity” (1991, Origo Sound/ R&S – Apollo)

Biosphere „Patashnik” (1994, Origo Sound/ R&S – Apollo)

Fires Of Ork „The Fires Of Ork” (1994, R&S – Apollo/ Fax)

Biosphere/ Higher Intelligence Agency „Polar Sequences” (1996, Beyond)

Biosphere „Insomnia” (1997, Origo Sound) – soundtrack

Biosphere „Substrata” (1997, Thirsty Ear/ All Saints/

Various „Biosystem – The Biosphere Remixes” (1999, Beatseryice)

 

 

 

 

 

„GEJLANDIA PO POLSKU” – Artur Cezar Krasicki, Marcin Prokop, „Machina”, styczeń 2002 nr 01 (70)

vector rainbow

To jest trochę tak, jak z chorobą zakaźną. Nikt normalny nie będzie dyskryminował homoseksualistów, ale ze względu na swoje bezpieczeństwo będzie domagał się jakichś barier, pewnej izolacji. Tak wypowiadał się biskup Tadeusz Pieronek na łamach „Gazety Wyborczej” (z dn. 22-23.09.2001). Tak myśli wielu Polaków.

 

Polacy boją się gejów i lesbijek. Mimo to lubią o sobie myśleć ja­ko o społeczeństwie tolerancyjnym, wychowanym w duchu re­ligii głoszącej miłość, braterstwo i przebaczenie. Nasi polityczni no­table pchają się w eleganckich pantoflach na salony Unii Europej­skiej, podczas gdy w kraju, jak okiem sięgnąć, wszędzie z buciorów słoma wyłazi – szefowie Kościoła katolickiego wygłaszają publicz­nie homofobicze sądy, wtórują im prominentni politycy i niektóre media, a naród dopiero po 20 latach od wykrycia wirusa HIV do­czekał się społecznej kampanii ostrzegającej, że każdy może się za­kazić. Dotychczas w zbiorowej świadomości była to choroba „zare­zerwowana” wyłącznie dla narkomanów, prostytutek i, ma się rozu­mieć, homoseksualistów.

 

UCISZYĆ TĘ BANDĘ

 

Czy Polacy cierpią na społeczną schizofrenię? A może w Polsce problem homofobii jest przejaskrawiony, może należałoby uciszyć tę bandę pedałów, która miała odwagę wyjść z ukrycia i robi teraz z igły widły? W czerwcu 2001 r. ukazał się „Raport o dyskrymina­cji ze względu na orientację seksualną w Polsce” sporządzony przez Stowarzyszenie Lambda. – Podczas spo­wiedzi wyznałam, że jestem lesbijką i że współżyję z kobietą – czytamy wyznania 25-letniej ko­biety z Krakowa. – Ksiądz potraktował mnie jak dziwkę lub gwałcicielkę. Zabronił mi zbliżać się do dziewczyn, bo stwarzam zagrożenie. Inny przykład: w lutym 2001 r. młody mężczyzna został pobity przez własnego ojca i brata, którzy wtargnęli do jego mieszkania. Uderzyli go w twarz, a kiedy upadł, został skopany. Gdy napastnicy wychodzili, ojciec ofiary po­wiedział: – Może teraz odechce ci się spotykać z mężczyzną.

 

Geje i lesbijki w Polsce boją się ujawniać. Większość z nich (jak wynika z badań przeprowadzonych w Instytucie Socjologii UW), nie chce powiedzieć o swoich skłonnościach nawet najbliższej ro­dzinie. Ich spotkania w prywatnych mieszkaniach i ukrytych loka­lach mogą przypominać tajne schadzki. Najgorzej jest w małych miejscowościach. Anka Zet (28 lat), fotograf, prozaik, dziennikarka i podróżniczka, mówi: – Mieszkam z moją dziewczyną. Cała miej­scowość wie, że mój ojciec ma córkę lesbijkę. Ludzie atakują go, kie­dy robi zakupy, pojawiają się złośliwe komentarze. Właściwie mało kto zastanawia się, co czują rodzice geja lub lesbijki. Ci ludzie pozo­stawieni są sami sobie, mają przeciwko sobie całe nastawione anty-gejowsko otoczenie. Czy zatem w Polsce mamy do czynienia z fak­tyczną dyskryminacją gejów i lesbijek? – Tak – potwierdza Anka. – Przykłady? Osoba homoseksualna w naszym kraju nie może być na przykład honorowym dawcą krwi, gdyż według PCK należy do „gru­py zwiększonego ryzyka”, podobnie jak „dożylny” narkoman. Szkolne podręczniki określają homoseksualizm jako dewiację. Dwa lata temu Staromiejski Dom Kultury w Warszawie nie zezwolił na pewien koncert, gdyż reklamujący go plakat opa­trzony był godłem „Gay Pride”.

 

Skoro tak jest, to dlaczego większość ge­jów woli siedzieć cicho, niż otwarcie wal­czyć z szykanami? – Geje i lesbijki są wszędzie, również na ważnych stanowiskach ad­ministracji państwowej, ale ukrywają swoją tożsamość, obawiając się, że stracą pracę, nie zrobią kariery.

 

MATKA ELŻBIETA OD PEDAŁÓW

 

Podobnego zdania jest Yga Kostrzewa (28 lat), wiceprzewodnicząca i rzecznik praso­wy Stowarzyszenia Lambda Warszawa. Pracuje w agencji reklamowej, jest w sta­łym związku od 6 lat. –Dużą rolę w pozy­tywnym wizerunku geja czy lesbijki odgry­wa edukacją społeczna – mówi Yga. – Ale nie w formie sensacji, jak robi to większość mediów. Ostatnio na przykład słychać o ad­opcji dzieci przez pary homoseksualne. To, że większość z nas, gejów i lesbijek w Polsce, jest te­mu przeciwna, jakoś do nich nie dociera. Yga jest zaprzeczeniem społecz­nego stereotypu wojują­cych, homoseksualnych aktywistów. Twierdzi, że najbardziej ceni sobie prywatność, a swoje­go życia nie odbiera jako nieustannej walki o lepsze jutro. Czym więc zajmuje się kiero­wana przez nią Lambda? – Oprócz udziela­nia informacji prawnych czy prowadzenia grup wsparcia staramy się też pomagać lu­dziom, którzy mają kłopot z własną seksual­nością, są nieakceptowani czy przeżywają nieszczęśliwą miłość. Mówimy, że nie powin­ni się wstydzić i ukrywać swej tożsamości. W naszej organizacji działają też osoby heteroseksualne. To dowód, że nie chcemy za­mykać się w gettcie.

 

Elżbieta Pastecka (50 lat), wykładowca pantomimy i teatru ruchu, w latach 70. i była jedną z najbarwniejszych postaci w warszawskim światku homoseksualnym. Starsze pokolenie ge­jów i lesbijek pamię­ta ją jako „Matkę Elż­bietę od pedałów” lub „Ciocię Elę”. Dziś Ciocia Ela nie ma już do gejowskiego śro­dowiska tak entuzja­stycznego podejścia, jak dawniej: – Po przełomie w ’89 r. środowisko gejowskie zajęło się głównie robieniem pieniędzy, stąd moje kontakty nieco się rozluźniły – tłumaczy Pastecka. – „Komuna” solidaryzowała lu­dzi. Teraz wielu z nich zajęło się zakładaniem firm i topieniem się po uszy w businessie. Tylko sympatia do gejów nakazuje mi wstrzy­mać się od złośliwej opinii, że postrzegam ciotki jako szczury biorą­ce udział w wyścigu – ale nie „Pokoju”. Na pytanie, co może być in­teresującego dla heteroseksualnej osoby w środowisku gejowskim, Ciocia Ela odpowiada: – W gejach znajduję cechy, których u „praw­dziwych” mężczyzn nie dostrzegam. Pomijając atrakcyjny, estetycz­ny wygląd, cenię w nich szarmanckie zachowanie wobec kobiet, wrażliwość, delikatność, a przede wszystkim służenie pomocą w chwilach załamań. Wiadomo, ciotka najlepszą przyjaciółką ko­biety: pocieszy, kiedy trzeba, chustkę do nosa poda, sałatkę wegeta­riańską przygotuje, drinka postawi, a nawet cienia do oczu użyczy.

 

Matka Elżbieta twierdzi, że nigdy nie potrafiła się odnaleźć wśród „heteryków”. Homoseksualizm jest jej bliższy „ideologicz­nie”. Czyżby uważała, że mężczyźni hetero są „odrażający, brudni i źli”, jak w jednej z piosenek – nomen omen – Homo Twist? – Heteroseksualizm wydaje mi się większym zboczeniem niż homo – pod­kreśla Pastecka. – Niesie bowiem ze sobą agresję w imię atawistycznych odruchów, których celem jest niedopuszczenie do wyginięcia gatunku, mimo że powołane do życia miliardy robią, co mogą, by zmniejszyć tę liczbę. Tego paradoksu, czyli totalnego rżnięcia – naj­pierw kobiet, potem siebie nawzajem – żadna wrażliwa dusza nie zniesie. Tu właśnie zauważam zbieżność poglądów kobiet i gejów.

 

DYNASTIA NA POMOC GEJOM

 

Chyba najbardziej znaną postacią w gejowskim środowisku jest 37-letni Sławek Starosta, współzałożyciel Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego i Stowarzyszenia Lambda. Na początku lat 90. Starosta razem z Fiolką Najdenowicz występował w zespole Bal­kan Electrique, propagując w tekstach m.in. tolerancję erotyczną i bezpieczny seks. Dziś jest współwłaścicielem jednego z najwięk­szych w Polsce wydawnictw erotycznych – firmy Pink Press oraz klubu „Fantom” w Warszawie. Klub położony jest w samym cen­trum Warszawy, jednak trudno do niego trafić, bo na zewnątrz nie ma prawie żadnych oznaczeń. W „Fantomie” jest m.in. sauna oraz pokój zwany przez niektórych „oralium”, gdzie główną atrakcję stanowi ścianka z wywierconymi na wysokości pasa otworami. Po jednej i drugiej stronie ścianki ustawiają się nieznajomi mężczyź­ni spragnieni wrażeń.

 

Sławek opowiada o nowych nawykach seksualnych. Mówi, że seks został wyzuty z uczuć. Ludzie często za niego płacą, bo nie mają cza­su na zaloty, które i tak nie zawsze dają gwarancję powodzenia. – Jesteśmy coraz bardziej wy­rachowani, wszystko jest policzalne, z góry ustalone i zapisane w terminarzu spotkań – mówi. Wielu młodych ludzi zarabia w ten sposób spore pienią­dze. Na gejowskich cza­tach można przeczytać m.in. ogłoszenia żołnie­rzy, którzy oferują swe usługi już za 100 zł.

 

Sławek nie traktuje problemów gejów bez­krytycznie, nie użala się nad własnym środowi­skiem: – Geje nie za dużo robią, by być bardziej akceptowani – twierdzi. – Ta sytuacja jest trochę na ich własne życzenie. Ludzie z pierwszych stron gazet boją się przyznać do swego homoseksualizmu. Wszyscy boją się skandali, utraty stano­wisk, spadku popularnoś­ci etc. Według niego, dużą przysługę wyświadczył homoseksualistom serial Dynastia, gdzie poprzez perypetie jednego z bohaterów pokazano, że geje to ludzie, którzy chcą i potrafią normalnie żyć. – Może przydałby się jakiś homoseksualny wątek w którymś z najpopularniejszych pol­skich seriali? – śmieje się Starosta.

 

HOMOSEKSUALIZM = KRZYŻ BOŻY?

 

Nadzieją dla polskich gejów pozostają młodzi polityczni akty­wiści, jak 25-letni Robert Biedroń, polityk SLD, współzałożyciel i jeden z liderów Kampanii Przeciw Homofobii, autor pierwszej w Polsce pracy o holokauście homoseksualistów. – Kluczem do rozwiązania problemu homofobii jest edukacja. I to nie tylko społeczeństwa, ale przede wszystkim samych homoseksualistów. Najpierw trzeba ich uświadomić, że nie należy się bać, a później zabierać się za edukację innych. Niektórzy sądzą również, że ho­moseksualizm to krzyż Boży, który należy nieść przez życie. Na czym jeszcze polegać ma walka z homofobią? – Ostatnio donieśli­śmy do prokuratury o przestępstwie, jakiego naszym zdaniem dopuścił się biskup Tadeusz Pieronek – relacjonuje Biedroń. – Powiedział on m.in., że nauczyciel homoseksualista „nie spełnia podsta­wowego warunku wykonywania tego zawodu”. Prokuratura odmówiła wszczęcia dochodzenia.

 

Z kolei Starosta z rozbawieniem wspomina swary z posłem Niesiołowskim, który jeszcze kilka lat temu bardzo agre­sywnie występował przeciwko gejom. – To jest tak – mówi Sławek – że jeśli ktoś jest takim strasznym homofobem, to dla mnie jest od razu podejrzany. On za komuny siedział długo w więzieniu, a wiado­mo przecież, co się dzieje w więzieniach…

 

Artur Cezar Krasicki, Marcin Prokop, współpraca: Kordian Wesołowski („Ultramaryna”)

 

 

PIERWSZY PEDAŁ RZECZYPOSPOLITEJ

 

„Machina”: Jak to się stało, że popularny aktor znalazł się nagle w więzieniu?

 

Jerzy Nasierowski: Zakochałem się w 20 lat młodszym od siebie hy­drauliku, który za wszelką cenę chciał być złodziejem. W owym cza­sie byłem sławnym i bogatym człowiekiem. Niemusiałem więc „do­rabiać” sobie włamaniami. Mojemu 16-letniemu kochankowi „sko­ki” te wydawały się jednak niezmiernie romantyczne, były przygodą i wyzwaniem. Z miłości chodziłem razem z nim, ale bynajmniej nie kradłem dla zysku. Pewnego razu mój chłopak poszedł beze mnie, wraz z kompanem, którego nie znałem. Zakneblowali staruszkę tak mocno, że się udusiła.

 

Co było potem?

 

–  Dowiedziałem się z gazet, że za morderstwo wsadzono kilku chło­paków, byłych pensjonariuszy poprawczaka, którzy przyznali się do wi­ny. Powiedziałem: „Kocham cię, hydrauliku, ale z natury jestem mora­listą”. Miałem straszny dylemat, bo przecież przyjaciół i kochanków się nie sprzedaje. Poszedłem jednak na milicję i powiedziałem, że zatrzy­mani chłopcy są niewinni. Oskarżono mnie o współudział w zbrodni, a mój obrońca – słynny dziś adwokat Jacek W. – ani się nie zająknął, że z własnej woli się wystawiłem, ratując przed szubienicą niewinnych lu­dzi. Dostałem 25 lat. Proces był jednak pokazowy – posługując się mną, chciano utrzeć nosa elitom artystycznym. Był rok 1973.

 

Trafiłeś do więzienia w aurze skandalu, wiedziano o tobie, że jesteś homoseksualistą. Nie bałeś się, że nie będziesz miał łatwego życia?

 

– Owszem, i to bardzo. Gdy pierwszy raz pojawiłem się na spacerniaku, wystarczyła iskra, a z opresji nie wyszedłbym cało. Spojrzałem jednak na towarzystwo tak, jakbym był na przyjęciu u ambasadora, z niczego też się nie tłumaczyłem, za kratkami to wiele znaczy. Moje pierwsze wyjście do łaźni było zaś największym zwycięstwem w życiu — również nie zro­biono mi krzywdy. Myślę, że uratowało mnie przede wszystkim to, że za­wsze byłem człowiekiem miłym, ciekawym, wiedziałem, co to takt i dy­plomacja. Nie pozowałem na kogoś innego, niż byłem, żadnych brzydkich słów też nie używałem. Dobre wychowanie zawsze popłaca.

 

Jak wspominasz pobyt w więzieniu?

 

– Był to najpiękniejszy okres w moim życiu, wiele przeszedłem,  przez co stałem się silniejszy. Za murem po­zostawiłem dobre wspomnienia

– podkochiwał się we mnie król grypsery, byłem doradcą strajkujących więźniów, potajemnie napisałem musical o buncie w więzieniu – East Side Story. Poza tym większość konfi­dentów, których przysyłano mi do celi, świetnie zaspokajało mnie sek­sualnie. Szanowali mnie, bo – jak mówili – jestem miły dla prostych lu­dzi. Tak, zawsze kochałem proletariuszy, lubiłem prostotę. Żadnych goź­dzików w butonierce, jak Oscar Wilde.

 

–  W środowisku gejowskim nie jesteś lubiany, niekiedy jesteś wręcz ostro atakowany. Dlaczego?

 

–  Myślę, że cioty lubią cierpieć, użalać się. Ja jestem ciotą zwycięską i nawet jak przegrywam, to z uśmiechem na twarzy. Mogą też podejrzewać, że podszywam się pod pedalstwo, a odchyleniec w tym środowisku to większy wróg niż heteryk. Zaklinam się, że na 200% jestem ciotą i jeśli nawet zdarzyło mi się coś z kobietami, gorzko tego żałuję.

 

Rozmawiał: Artur Cezar Krasicki

 

JERZY NASIEROWSKI – 68 lat. Sam nazywał siebie publicznie „pierwszym pedałem Rzeczypospolitej”. Arystokrata, aktor (m.in. role w Zamachu i Godzinie pąsowej róży oraz występy w Teatrze Narodowym i Powszechnym w Warszawie), pisarz i emeryt. Spędził ponad 10 lat w więzieniu za współudział w zabójstwie popełnionym przez jego mło­dego kochanka. ProcesNasierowskiego był jednym z najgłośniejszych w Polsce lat 70.

 

 

SŁOWNICZEK

 

51 – tak w redakcji młodzieżowego tygodnika „Na przełaj” określano gejów (ewentualnie lesbijki). Nazwa ta poja­wiła się po reportażu Ewy Żychlińskiej i Mariusza Szczygła Rozgrzeszenie,opisującym sytuację młodych gejów i les­bijek w Polsce. Tekst ukazał się 23 grudnia 1986 r. w numerze 51.

 

BUZERANT – żołnierze z Kompanii Reprezentacyjnej Wojska Polskiego nazywają tak gejów, wśród których cieszą się dużym powodzeniem. Podryw odbywa się najczęściej przy Grobie Nieznanego Żołnierza lub pod jednostką wojsko­wą przy ulicy Hynka w Warszawie.

 

CIOTA – słowo uważane w środowisku gejowskim za obraźliwe, kojarzone z kimś zmanierowanym i zniewieściałym, nachalnym podrywaczem w toalecie, wiecznie niezaspokojonym seksualnie. Odpowiada więc stereotypowi homo­seksualisty, choć często sami geje żartobliwie zwracają się do siebie w ten właśnie sposób.

 

COMING OUT — „wyjście z ukrycia”; ujawnienie przed otoczeniem, że jest się osobą homoseksualną.

 

CZŁOWIEK Z ORKIESTRY (Z BRANŻY) – znaczy „swój”. Dziś już rzadko używane określenie.

 

HETERYK/HETERYCZKA – mężczyzna/kobieta o orientacji heteroseksualnej.

 

HOMOFOBIA – wroga, często agresywna postawa wobec ludzi homoseksualnych, będąca przyczyną pogardy i uprzedzenia. Jest wynikiem lęku przed homoseksualizmem.

 

HOMOFIL – heteroseksualista udzielający się aktywnie w środowisku gejowskim. W Polsce termin ten jest mało roz­powszechniony, część gejów zaś uważa, że taka osoba ukrywa swój homoseksualizm.

 

KOLEŻANKA/SIOSTRA – żartobliwe określenie geja.

 

KRYPTOCIOTA – gej udający heteryka. Słowo przypisywane również osobom heteroseksualnym, w których część gejów stara się za wszelką cenę dostrzec osobę homoseksualną.

 

KUZYN – zanim słowo „gej” weszło w naszym kraju do języka potocznego (początek lat 90.), homoseksualiści w ten sposób przedstawiali osobom z „zewnątrz” swoich partnerów. To samo znaczenie miało słowo „bratanek”.

 

OUTING — ujawnianie preferencji homoseksualnej znanych osób. W Polsce, jak na razie, outing nie jest praktykowany.

 

ŻUL (LUJ) – przygodnie poznany młody mężczyzna (najczęściej orientacji heteroseksualnej), pozwalający się pode­rwać. W domu ofiary dokonuje pobicia, kradzieży, niekiedy morderstwa.

 

PIKIETA — nieoficjalne miejsce spotkań gejów: toalety publiczne i parki. Można tam poderwać „towar”, z którym uprawia się szybki, niezobowiązujący seks (odpłatnie lub nie).

 

oprac. Artur Cezar Krasicki

 

 

RÓŻOWY KALENDARZ

 

1980 – w Piotrkowie Trybunalskim powstaje nieformalna grupa gejowska „MOPS”.

 

1981- 21 LUTEGO w „Polityce” ukazuje się Gorzki fiolet autorstwa Barbary Pietkiewicz – pierwszy krajowy reportaż opisujący „podziemne” życie homoseksualistów w Warszawie: Są solidarni i hermetyczni dla obcych. Pomagają sobie – mieszkania, studia. Dzielą się adresami. Unikają agresji, wolą układność. Mają talenty organizacyjne, bo wcześnie uczą się dyplomacji i sztuki uprzedzania ciosów. W przewidywaniu ataku – atakują na zapas.

 

1983 OD JESIENI DO LIPCA 1984 miesięcznik „Relax” jako pierwszy w PRL-u zamieszcza anonse mężczyzn homoseksualnych.

 

1985 15 LISTOPADA, z polecenia ministra spraw wewnętrznych gen. Cze­sława Kiszczaka, KG MO przeprowadza ogólnopolską akcję „Hiacynt” w środowiskach homoseksualistów i prostytutek homoseksualnych – kilku tysiącom osób zakłada się kartoteki. Wielu gejów emigruje na Zachód.

 

1986 – 3 LISTOPADA ukazuje się pierwszy numer „FILO” – pisma dla ge­jów i lesbijek. Początkowo gazeta odbijana jest na ksero.

 

23 GRUDNIA w tygodniku młodzieżowym „Na przełaj” ukazuje się, piórem Ewy Żychlińskiej i Mariusza Szczygła, reportaż Rozgrzeszanie dotyczący sytu­acji młodych gejów i lesbijek w Polsce.

 

1987 – 19 GRUDNIA na warszawskim Gocławiu ma miejsce pierwsza w Pol­sce półkonspiracyjna, półjawna gejowska dyskoteka, Ciepła oranżada, pra­wie sześć lat temu, pomieszana z wódką pod stołem. Przemawiał przewod­niczący Z. – jak Wałęsa w Stoczni. Byłem po raz pierwszy w życiu dumny z tego, że jestem pedałem – wspominał dziennikarz pisma „MEN!”.

 

1988 – 5 MARCA prof. Mikołaj Kozakiewicz w liście do ministra spraw we­wnętrznych gen. Czesława Kiszczaka apeluje o umożliwienie polskim gejom legalnego organizowania się i zrzeszania. Szef MSW nie reaguje na list.

 

1990 -23 LUTEGO Sąd Wojewódzki w Warszawie rejestruje Stowarzysze­nie Grup Lambda.

 

W KWIETNIU, w czasie II Krajowego Zjazdu Delegatów NZSS „Solidar­ność”, podczas jednej z konferencji prasowych, Lech Wałęsa oświadcza, że gdy zostanie prezydentem, to „zaprowadzi w kraju porządek moralny, oczyści go z narkomanów i homoseksualistów”.

 

W CZERWCU w Warszawie powstaje Pink Service — pierwsze w Europie Środkowej i Wschodniej Biuro Obsługi Gejów i Lesbijek.

 

W SIERPNIU na warszawskim Służewcu rozpoczyna działalność „Café Fiol­ka”, pierwszy oficjalny klub gejowski w Polsce. Funkcjonuje do 31 stycznia 1992 r. – powodem zamknięcia jest konflikt z osiedlową młodzieżą.

 

19917 MAJA wiceminister zdrowia Kazimierz Kapera stwierdza w telewi­zyjnych Wiadomościach, że AIDS jest ograniczony przede wszystkim do jednej grupy, (…) która w naszym pojęciu jest zboczona, czyli do kontak­tów homoseksualnych.

 

1992 – książka Jerzego Nasierowskiego Nasierowski, ty Pedale, ty Żydzie zajmuje czwarte miejsce w rankingu najbardziej szokujących książek roku zamieszczonym w „Polityce”.

 

199319 MARCA do gejowskiego lokalu „Jambalaya” w Poznaniu wcho­dzi policja. Używa pałek, a klientów obraża i wyciąga siłą.

 

19944 PAŹDZIERNIKA w warszawskim kinie „Tęcza” ma miejsce konferencja prasowa, na której po raz pierwszy w Polsce przedstawiono przy­padki łamania prawa wobec gejów i lesbijek.

 

199517 CZERWCA w warszawskim pubie studenckim „Giovanni” po raz pierwszy oficjalnie obchodzony jest Dzień Dumy Gejowskiej – „Gay Pride Day”.

 

14 LIPCA telewizyjne Wiadomości podają, że w łódzkich szkołach podstawo­wych kolportowano ulotkę „Zakochani chłopcy” wydaną przez warszawską Lambdę. W efekcie rodzice zakładają stowarzyszenie mające na celu niedo­puszczenie, aby ich dzieci były wychowywane przez „pederastów i lesbijki”.

 

199620 MAJA Grupa Lesbijek i Gejów Chrześcijan w Warszawie zwraca się z listem do arcybiskupa Józefa Michalika i biskupa Tadeusza Pieronka w sprawie duszpasterstwa osób o orientacji homoseksualnej. Grupa nie otrzymuje żadnej odpowiedzi.

 

199723 LUTEGO w Warszawie odbywają się pierwsze ogólnopolskie wy­bory Mistera Geja Polski. Rok później, podczas II finału, rozdano nagrody „Tęczowych Laurów” przyznawane za szerzenie tolerancji.

 

„MAGISTER BLOKERS” – GRZEGORZ BRZOZOWICZ, „MACHINA” nr 12/69 – (grudzień 2001)

Blokersi-plakat (2).jpg

Mógł to być nieistotny epizod, a urósł do rangi wojny medialnej, w której biorą udział wszyscy znajomi królika, na łamach trzech szacownych gazet.

 

Na ekranach kin pojawił się zacny, ważny dokument Blokersimówiący o krajowych hiphopowcach. Otrzymał bardzo dobre recenzje, aż tu nagle 22 października ukazał się w „Gazecie Wyborczej” tekst Magdaleny Michalskiej zatytułowany Niemiły zgrzyt. Autorka bije w nim na alarm, że reżyser Sylwester Latkowski dokonał wstrętnej manipulacji, konkretnie w trzyminutowej scenie, gdy dwaj człon­kowie formacji Grammatik wyśmiewają tekst Kostium buntownika napisany przez Mirosława Pęczaka („Polityka”).

Redaktor Michalska pyta w swoim artykule: „Czy tekst nie został im podsunięty przez reżysera z intencją wyśmiania, a zdania, które zacytowali, nie zostały wyrwane celowo z kontekstu?”. W wersji Blokersów dostępnej na płycie DVD jest pełna, 8-minutowa scena, w której muzycy, ubawieni do łez, komentują fragment tekstu doty­czący blokersów. Podkreślam – blokersów, gdyż cały tekst dotyczy różnych subkultur młodzieżowych. Cięcia nastąpiły podczas monta­żu i jest to święte prawo twórcy. Mnie w tekście redaktor Michalskiej o wiele bardziej od słabo uargumentowanego zarzutu o manipulację poruszyły inne, groźniejsze kwestie.

„Jeśli dwóch bohaterów filmu jest w stanie bezpardonowo opluć czyjś tekst, nie czytając go nawet w całości, jak mogą wymagać, by ktoś szanował ich muzykę?” – zapytuje w artykule Michalska, a na koniec wytacza najcięższe działa: „Nie wiadomo, czy należy tych chłopców traktować ulgowo jako przedstawicieli upo­śledzonych warstw społecznych, którym należy wszystko wybaczać, i razem z nimi śmiać się z języka elit, czy po­strzegać ich jako reprezentantów kultury i wymagać odru­chów człowieka kulturalnego”.

Mnie również rozbawił „język elit” Mirosława Pęczaka, z tym że absolutnie nie uważam członków Grammatika za upośledzonych. Wręcz przeciwnie, upośledzona wydaje mi się dziennikarska moral­ność autorki, która – niestety – nie wyjaśnia, na czym polegają odru­chy człowieka kulturalnego, bo chyba nie na pisaniu niepopartych faktami donosów. Oto kilka zdań z artykułu Pęczaka Kostium bun­townika, nad którymi pastwią się raperzy: „Nietrudno zauważyć, że ci młodzi, ochrzczeni przez dziennikarzy mianem blokersów, stano­wią już dziś swoistą podklasę tworzącą własne reguły i kodeksy kompletnie nieprzekładalne na systemy norm obowiązujących w świecie poczciwych obywateli oburzonych szerzącym się wokół chamstwem i agresją”. I dalej: „Na czasie jest natomiast odpowied­nio dozowana ekstrawagancja, ukłon w stronę gustów bardziej awangardowych, co nie ma znaczenia ideologicznego, chyba że do rangi ideologii podniesiemy zwykły hedonizm”. Mało? „Za każdym razem w grę wchodziła ostra animozja, która charakteryzuje pewien podtekst natury społecznej”. Po ostatnim z cytatów „niewykształco­ny prostaczek” z Grammatika, Eldo, pyta: „A po polsku?”. Na to jego partner z zespołu, Józek, dodaje: „Mówię ci, trzy słowniki i jesteś dziennikarzem”. Dla nich Pęczak „dziennikarsko grypsuje”, co upo­ważnia ich do nadania mu tytułu „magistra blokersa”.

W donosie redaktor Michalskiej jest coś jeszcze bardziej przeraża­jącego. Pisze ona mianowicie: „Dokument Latkowskiego nie wyma­ga podpórek w rodzaju ostentacyjnego znęcania się nad artykułem socjologa, który od wielu lat stara się rozumieć subkultury i sprzyja im”. Zgadzam się z pierwszą częścią zdania, ale skoro my – dzienni­karze, możemy oceniać innych, takie prawo posiadają również arty­ści. A subkultury obejdą się bez zawodowych „sprzyjaczy”.

Należałoby w milczeniu zamknąć tę trumnę, ale po artykule w „Gazecie Wyborczej” bój przeniósł się na łamy „Rzeczpospolitej” i „Polityki”. W pierwszej gazecie odpierał zarzuty Latkowski, w dru­giej ostatecznie pogrążył się Pęczak. W pierwszym zdaniu tekstu „Hip-hop, jestem dobry chłop” („Polityka” nr 44/2001) pisze: „Nie­często zdarza się, by film powstał z powodu artykułu prasowego”. No, chłopie – czy ty mimo wszystko siebie nie przeceniasz? Co jak co, ale z pewnością Blokersi nie powstali z powodu twoich wypocin!

Okazuje się, że artykuł Kostium buntownika, w którym przedmiotem są blokersi, nie dotyczy hiphopowców! „Tekst (…) od­nosił się do wybranych postaw takich jak agresja i skłonność do ucieczkowej zabawy” – pisze w polemice Pęczak, „zaś za ilustrację zachowań patologicznych posłużyła dziś już zmierzchająca, bo nie­modna subkultura dresiarzy, których wbrew temu, co rozgłasza Lat­kowski, potrafię odróżnić od hiphopowców”. A po polsku? Pytam tym razem ja, bowiem nie rozumiem, dlaczego od początku redak­tor zacnego tygodnika nie nazwał dresiarzy po imieniu, tylko ochrzcił ich blokersami, tak jak powszechnie nazywa się naszych hiphopowców?

Wybacz mi Mirku, lecz niezależnie od tego, co miałeś na myśli w swoim pierwszym artykule, to siedząc za swoim biurkiem, nie masz pojęcia ani o subkulturze hiphopowców, ani o dresiarzach. Podejrzewam, że dresiarze blokersi mieliby ubaw równie wielki, czytając twój tekst, co muzycy Grammatika. Słusznie mówi o tobie w filmie Eldo: „Od razu widać, że nigdy nie siedział na ławce”. Tobie coś się wydaje i swoje gładko brzmiące te­zy ubierasz w socjologiczne frazesy, które może przynoszą ci splen­dor, ale nie licz na to, że zyskasz poklask środowisk, o których pi­szesz. Piszesz: „Jestem w stu procentach pewny, że Latkowski chciał zrobić film atrakcyjny tematycznie. I to chyba się udało, bo hip hop jest dziś w Polsce na fali. Podczepiając się pod temat modny, można liczyć na zainteresowanie”. A, fe! Sylwester Latkowski zrobił praw­dziwy, dający do myślenia film o polskich raperach. Natomiast dzię­ki Twoim tekstom te elity, na których ci zależy, widząc łysola w zbyt szerokich portkach, tym bardziej przejdą na drugą stronę ulicy.

„ZŁE DZIEWCZYNY” SZTUKA FEMINISTYCZNA – DANUTA MIŚCIUKIEWICZ, „MACHINA” nr 01 / 70 – (styczeń 2002)

feminizm.jpg

W każdym mężczyźnie kryje się podglądacz, artyści płci męskiej nie są więc tu wyjątkiem. Dziadzio Freud, sam nieźle na punkcie seksu zbzikowany, nie bez przyczyny w twórczości artystycznej upatrywał zastępstwa dla popędu płciowego. W XIX wieku przy­zwoita kobieta przedstawiana przez artystów nie miała nawet nóg, nie mówiąc już o tym, co kryje się między nimi u każdej nor­malnie zbudowanej kobiety. Zamiast tego na płótnach szacow­nych twórców kłębiły się tabuny gołych nimf, antycznych bogiń i dręczonych chrześcijanek.

ODDAJCIE NAM NASZE CIAŁA

Oczywiście, jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy była nie­wielka liczba kobiet, które, przezwyciężając setki barier wznie­sionych przez tradycyjne społeczeństwo, doczekały się przy­zwolenia na uprawianie twórczości artystycznej. Zresztą nawet artystki, którym udało się dokonać tego graniczącego z cudem wyczynu, dalej były krępowane różnymi ograniczeniami (np. zakazem malowania pozującego do aktu modela). W efekcie ko­biety przywykły do tego, że patrzą na siebie przez pryzmat norm ustalonych przez mężczyzn, że to ci określają, jak kobieta powinna wyglądać, w jakim zakresie jej ciało jest akceptowane. A skoro w tradycyjnej kulturze kobieta to przede wszystkim cia­ło, tym samym mężczyźni decydowali o tym, kim jest kobieta. Nic więc dziwnego, że jedno ze sztandarowych haseł femini­stycznych lat 70. – „Nasze ciało to my same” – w naturalny spo­sób pociągnęło za sobą następne: „Odzyskajmy nasze ciała”. Ha­sła te, realizowane na różne sposoby i na różnych płaszczyznach (od walki o upowszechnianie antykoncepcji i legalizację aborcji po kampanie antypornograficzne), wpłynęły również na sztukę uprawianą przez kobiety, niekoniecznie feministki.

Zbuntowane artystki uznały, że nie godzą się na rolę gołych modelek, upozowanych, upiększa­nych i stylizowanych zgodnie z męskim gus­tem. Postanowiły poka­zać kobiety tak, jak same siebie widzą, z premedy­tacją, łamiąc wszelkie do­tychczas obowiązujące reguły traktowane jako jeden ze sposobów na wtłoczenie kobiety w patriarchalne schematy. Kiedy w 1994 r. szukano ty­tułu dla słynnej nowojorskiej wystawy sztuki kobiecej, określenie „bad girls” (niegrzeczne dziew­czynki) okazało się strzałem w dziesiątkę.

SEKSBOMBA W ATAKU HISTERII

Na pierwszy ogień „bad girls” wzięły zasady tzw. dobrego smaku, sprowadzające się do za­kazu pokazywania wyklętych przez kulturę aspektów kobiecości. Innymi słowy, zdecydowały się na pokaza­nie tego, co odpycha oko męskiego podglądacza. Głośno oznajmi­ły: mamy gdzieś wasze próby sprowadzania kobiety do roli uma­lowanej, wyperfumowanej, polakierowanej Barbie! Nie chcemy być wyłącznie obiektem męskiej chuci. Możemy bez żenady po­kazać rękę wyjmującą z pochwy zakrwawiony tampon tak, jak zrobiła to Judy Chicago już w 1971 r. (Czerwona flaga). Uważa­cie, że powinnyśmy być zawsze piękne, młode, sprawne, seksow­ne i oceniać siebie tylko pod kątem umiejętności wzbudzania męskiego pożądania? No to zobaczcie Jo Spencer pokazującą pierś okaleczoną po zabiegu chirurgicznym (Opowieści o choro­bie i zakłopotaniu) czy Mary Duffy, demonstrującą w swoich performance pozbawione rąk ciało. Nie tylko same siebie się nie wstydzimy, ale nawet jesteśmy w stanie wykpić męskie ideały, zestawiając wasze rojenia o kobiecie doskonałej z rzeczywisto­ścią naszych chorych i wyniszczonych ciał tak, jak zrobiła to w 1996 r. wymęczona chemioterapią Katarzyna Kozyra, upozowana na wzór Olimpii Maneta.

Próby estetycznego samookreślenia kobiet nie ograniczały się je­dynie do dowartościowania brzydoty, choroby czy, wstydliwej do tej pory, żeńskiej fizjologii. Z jednej strony, za bardzo pasowałoby to do opinii różnych „miśków”, utożsamiających feministki z za­kompleksionymi brzydulami, dorabiającymi ideologię do „nie­możności złapania chłopa”. Z drugiej, byłoby to w swojej wymo­wie nieco chybione – kobieta wyłamująca się z obowiązującego standardu urody nie od razu przestaje być obiektem seksualnym. Różne bywają upodobania erotyczne, a nawet ideały piękności. W końcu André Breton, główny ideolog surrealizmu, po obejrze­niu fotografii nerwowo chorych kobiet w ataku histerii wymyślił pojęcie „piękna konwulsyjnego”. Gusty nie podlegają dyskusji, mo­że więc Kozyra z ogoloną głową i po chemioterapii, w kuszącej pozie, naga i na łóżeczku też nadaje się na przedmiot pożądania? In­nymi słowy – chodzi nie tylko o sposób, w jaki przedstawia się ciało kobiety, ale również o to, kto to robi i w jakim celu.

RĘKOPIS ZNALEZIONY W POCHWIE

Przykładem tej filozofii były działania nazwane wdzięcznie „po­etyką waginalną”, które krążyły wokół eksponowania kobiecego krocza, na przykład menstruacji, na pozór tematu tabu. O ile poka­zywanie miesiączki było „zakazane” dla wszystkich, niezależnie od płci, o tyle kobiece genitalia mogły być przedstawiane przez męż­czyzn i lokować się automatycznie w sferze pornografii czy obscenicznej erotyki, sprowadzającej kobiety do roli przedmiotu seksu­alnego. Jak w słynnym Stworzeniu świata Courbeta (realistyczny olejny malunek dol­nej połowy nagiego kobiecego ciała) czy ostatniej pracy Mar­cela Duchampa Etant donnés, w której  widz przez dziurę w bramie ga­pi się wprost między rozło­żone nogi leżącego na wznak żeńskiego manekina.

Dla „przyzwoitych” kobiet, wy­chowanych w standardach kultury patriarchalnej, ich własne genitalia nie istniały. Za to jak najbardziej ist­niały dla „bad girls”, które malowały je, rzeźbiły, a nawet wykorzystywały jako środek do bardziej skomplikowanych arty­stycznych manipulacji. Chyba najgłośniej­szym przykładem z tej serii był Wewnętrzny zwój Carol Schneeman, performance z 1975 r. Artystka najpierw malowała swoje gołe ciało far­bą, a następnie odczytywała manifest teoretyczny, spisany na cienkim zwoju, który wyjmowała z wła­snej pochwy. Wystąpienia Schneeman zostały zinter­pretowane przez krytykę (nie tylko feministyczną) jako „wykorzystanie wewnętrznej przestrzeni ciała kobiety jako źródła siły i mądrości”.

PODNIECIĆ SZOWINISTYCZNE ŚWINIE

Paradoksalnie, działania wielu wyznawczyń poetyki waginalnej ponownie sprowadzały kobietę do najbardziej podstawowej biologicznej funkcji – seksualnego za­spokojenia. Niemal jak w obrzydliwie mizoginistycznym dowcipie z filmu Showgirls Voerhovena: „Co to jest kobieta? Pasek bezużytecznej skó­ry wokół dziury”. Nawet feministki były zaszokowane Bankietem Judy Chicago (1975 r.), monumentalną instalacją przedstawiającą słyn­ne kobiety w sposób symboliczny. Dla przykładu – pisarkę Virginię Woolf zaprezentowano jako waginopodobną potrawę.

Sztuka waginalna z łatwością mogłaby zostać wykorzystana do podniecenia męskiego widza. Wystarczy wspomnieć fragmenty Grzechu pierwo­rodnego, filmu wideo Alicji Żebrowskiej (1994 r.), w którym kluczową rolę odgrywają zbliżenia ko­biecego sromu – na jednym z nich właścicielka fil­mowanego krocza masturbuje się za pomocą wła­snych palców i sztucznego penisa. Wątpię, czy w tym przypadku amator filmów dla dorosłych zauważyłby jakąś różnicę pomiędzy fragmentem feministycznego manifestu a kadrem z pornosa…

Genitalne klimaty w nieuchronny sposób zaha­czają o kwestię pornografii, która w latach 80. by­ła kością niezgody wewnątrz amerykańskiego ruchu feministycznego. Część feministek popierała bowiem krucjatę rozpętaną przez Andreę Dworkin, autorkę bestsellerowej Pornography (1981 r.), która piętnowała przemysł erotyczny jako instytucję spychającą kobiety do roli przedmiotu za­spokajającego seksualne pragnienia mężczyzn – głównych twórców i konsumentów pornografii. Okazało się jednak, że nie wszystkie feministki uważają pornografię za główne narzędzie ciemiężenia kobiet. Pojawiły się osoby, ta­kie jak Linda Williams, broniące kobiecego prawa do seksualnej przyjemności nieskrępowanej żadnymi ide­ologicznymi zakazami, w tym prawa do cieszenia się filmami czy zdjęciami pornograficznymi, a nawet prawa do czerpania zysków z zaspokajania seksualnych potrzeb „męskich szowinistycznych świń”.

ARTYSTKA, FEMINISTKA, EKS-KURWA

Doskonałym przykładem artystki, ilu­strującej swoją sztuką ten nurt feminizmu, jest Annie Sprinkle – modelowa wręcz „bad girl”. Gwiazda i producentka filmów porno, eks-prostytutka (choć sama zapewne wolałaby okre­ślenie „eks-kurwa”), seksterapeutka ucząca na swo­ich warsztatach sztuki dochodzenia do wspaniałych orgazmów, w końcu performerka pozwalająca pu­bliczności zaglądać do wnętrza swojej pochwy poprzez zainstalowany wziernik ginekologiczny. Cały czas twierdzi, że właśnie bycie kurwą może być zupełnie nie­złym sposobem na satysfakcjonujące życie niezależnej i świadomej swojej wartości kobiety. Wszystko zależy od tego, czy spojrzy na siebie oczami zakłamanego purytańskiego świętoszka, piętnującego „nieczystą dziw­kę”, czy – wzorem Sprinkle – spisze 40 powodów, dla których kurwy są moimi idolkami.

Jak widać, idea odebrania męskiemu podgląda­czowi władzy nad kobiecym ciałem w ciągu trzech dekad intensywnie ewoluowała – od podtykania widzowi pod oczy zakrwawionych tampo­nów i okaleczonych ciał po tworzenie pokazów, które właściwie niczym, poza intencją autorki, nie różnią się od tradycyjnych „peep shows”. Być mo­że, wraz z kolejnymi zdobyczami ruchu feminis­tycznego w USA i krajach Europy Zachodniej, agresywny bunt nie jest już potrzebny. Dlatego też, kiedy pod koniec lat 90. młode artystki zaczę­ły ponownie wykorzystywać w swojej twórczości motywy podpasek czy kobiecych genitaliów, kry­tycy traktowali to raczej jako postmodernistyczną zabawę niż poważne feministyczne deklaracje. Trochę inaczej rzecz wygląda w Polsce. Problemy, które inspirowały Amerykanki w latach 70. i 80., w polskich realiach ciągle są aktualne. Co więcej, wraz z rozwojem polskiego feminizmu pojawiają się odpowiednie warunki do ostrej, kontestującej sztuki kobiecej. Wielu krytyków dopiero teraz za­czyna się orientować, o co w tym tak naprawdę chodzi. Kiedy w 1980 r. Ewa Partum przespacerowała się nago po Warszawie, krytycy zaczęli się zachwycać estetyczną harmonią i klasycznym pięknem kobiecego ciała. Można więc przypusz­czać, że polskie „niegrzeczne dziewczynki” jeszcze pokażą, na co je naprawdę stać.

„Jesteśmy radykalnymi hedonistami” wywiad na temat „Okultury” („Lampa” październik 2009 r.)

Dariusz Misiuna i Joanna John o Okulturze, wielkim satanizmie, psychodelii i surrealizmie

portrety.jpg

OLGA DRENDA: Dawno temu, kiedy opowiadałam o was redaktorowi PDW, zapytał, czy wy to tak na poważnie.

DARIUSZ MISIUNA: My jesteśmy bardzo wieloznaczni w swoich działaniach. Wszystko traktujemy bardzo serio, a jednocześnie z dużym dystansem do siebie i do świata, ponieważ każda misyjność, która jest pozbawiona tego elementu dystansu do siebie i do świata, zamienia się w fanatyzm.

Jesteście ludźmi raczej pogodnej natury, ale w Chaosmosie jest trochę mroku, vide autorzy „długopisowi”. Rozumiem, że to pewien kompromis i chęć trafienia do wszystkich odbiorców; domyślam się, że wyznawcy kultu Cthulhu też wśród nich są.

DM: Nasze książki nie mają czarnych okładek, wbrew temu, co się sądzi.

JOANNA JOHN: Raczej chodzi o to, żeby pokazać różnorodność tego, co tworzą ludzie.

DM: Album Chaosmos odzwierciedla cały szeroki wachlarz rzeczy, którymi się zajmujemy. Zdajemy sobie sprawę, że stanowią pewną marginalną wartość kultury, ale to, co nas interesuje, to poszerzanie tego marginesu, żeby to, co jest traktowane jako nieistniejące, śmieszne, złowieszcze, wchodziło w obręb kultury i ją przekształcało. Okultura kojarzy się w dużej mierze z okultyzmem, a okultyzm z kolei z młodzieżą długowłosą, bardzo mroczną i poważną, która zapętliła się w skórzane płaszcze. Z drugiej strony, kojarzy się z jarmarcznością. Właściwie to, co my robimy, nie ma za wiele wspólnego ani z jednym, ani z drugim. Jesteśmy dziedzicami dadaistów, surrealistów – tych, którzy przewracali wartości kultury. Interesuje nas wychodzenie poza oczywistości, dlatego nie przeszkadza nam, że zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: a, to jakieś śmieszne itd. Gdy ktoś zacznie czytać te książki, zrozumie, że to nie porady dla starszych pań, jak przedłużyć sobie młodość.

Albo zaczarować pelargonie.

JJ: Celem poderwania sąsiada!

DM: Myślę, że w grę wchodziłyby bardziej czarne tulipany.

Dużo zrobiliście dla odczarowania wizerunku tzw. myśli magicznej z babciności znachorskiej i troszkę wiejsko-plebejskiej, z drugiej strony jesteście też daleko od New Age, szatanowców i RPG.

DM: Wyrastamy z tradycji kontrkulturowej. Dlatego wspomniałem o dadaistach i surrealistach, ponieważ jakkolwiek trudno jest wykazać jakąś ciągłość kulturową tego typu tradycji, to bliskie nam są wszelkie buntownicze duchy, czy to awangarda początku XX wieku, czy kontrkultura lat 60., czy punk rock, kultura industrialna, bo jakkolwiek w nierównym stopniu pojawiały się w tych nurtach wątki ezoteryczne, to każdy z tych nurtów w jakiejś mierze był ezoteryczny, bo przebijał się przez oczywistość, negował status quo, zaspokajanie się sloganami i banałami. Chodziło o wyjście poza dotychczasowe normy w celu tworzenia własnych i odkrywania tego, co jest znaczące dla nas samych, a nie błądzenia w świecie znaków, które są nam narzucane – przez edukację, cichą zmowę społeczną lub grupy odniesienia towarzyskiego.

Wszystkie wątki, które na różny sposób splatają się w Okulturze, są blisko przyjemności życia, jest w tym wszystkim wiele zabawy.

DM: Jesteśmy radykalnymi hedonistami! Dlaczego radykalnymi? W odróżnieniu od „zwyczajowego” hedonizmu nie robimy wszystkiego zgodnie z zasadą przyjemności [śmiech], tylko staramy się odkryć, czym jest tak zwana przyjemność, co bywa czasami bardzo przyjemne. Wiele złudzeń pada po drodze. Nie interesują nas zachcianki, raczej odkrywanie ukrytych pragnień, czyli tego, co wujaszek Crowley zwał prawdziwą wolą. Jak zwał tak zwał.

Czyli ahoj, przygodo.

DM: Ahoj, przygodo, ale nie zrobisz z nas postmodernistów [śmiech]. Chociaż wykorzystujemy ponowoczesne strategie przetrwania [gromki śmiech wszystkich zebranych].

Muszę zadać pytanie o obecność w mediach w latach 90., bo pewnie niektórzy wspominają ze wzruszeniem teksty Darka, którymi niepokoili się liczni rodzice. Na przykład artykuły w „Plastiku” o deformacjach ciała.

DM: Raj bez jaj, piekło bez łechtaczek, albo coś o dziurze w głowie… Coś tam pisałem w latach 90., kiedy jeszcze pisanie miało sens. Teraz masz internet i możesz poczytać sobie nie tylko o Genesisie P-Orridge’u, ale nawet o kolorze jego majtek albo o strukturze silikonu wypełniającego jego piersi. Tu przybiorę nutę bardziej poważną: rynek mediów zmienił się w ten sposób, że zachodzi stopniowa eliminacja papieru. Nie do końca, dzięki czemu możemy jeszcze funkcjonować na rynku książkowym, ale już miesięczniki, tygodniki, również „Lampa” – powoli gasną.

Ale to nie tylko medium się zmieniło. Chodzi mi o dostępność pewnych tematów, czy może o tolerancję wobec nich. Może to spojrzenie starego dziada, który kiedyś miał swoje fascynacje, ale chyba kiedyś wasze tematy były traktowane jako bardziej nadające się do druku. Teraz zeszliście do partyzantki.

DM: Odpowiedź chyba jest prosta, pula tematów była kiedyś mniejsza, bo było też mniej źródeł. Internet dostarcza niezliczonych informacji i pojawia się przeładowanie. Ile można wciągać tekstów na temat operacji plastycznych, transhumanizmu, dewiacji seksualnych? Dlatego to, co my chcemy wdrażać, to odchodzenie od komputera. To będzie prawdziwie rewolucyjny czyn.

Stworzyliście pewne dziełko – wychowaliście grupę ludzi, których ciekawi eksploracja nowych tematów i łączy ich też trochę wspólnota upodobań.

DM: I tak, i nie, byłoby pychą przecenianie skali naszych oddziaływań. Cieszy to, że pojawiła się grupa seksownych, inteligentnych, bystrych, twórczych jednostek, które nie zadowalają się oczywistościami. Faktycznie inspirują się pewnym dość pojemnym konglomeratem idei – subwersywnych? Transgresyjnych? Po prostu traktujących życie jako wielką przygodę. Nie w znaczeniu baumanowskim, „przygodności”, ale wyzwaniowym.

Udało wam się zaszczepić na polski grunt kilka ciekawych zjawisk, powiedzmy dyskordianizm.

DM: No tak, najpierw popularyzowaliśmy „wielki satanizm” spod znaku Aleistera Crowleya [śmiech]. I trzeba przyznać, że początkowo nie było łatwo. Crowleyowi przyprawiono gębę Wielkiej Bestii, nie bez udziału jego samego. Ten błyskotliwy, pomysłowy reformator magii, w epoce wiktoriańskiej lubił posługiwać się strategią szoku. Był w tym tak dobry, że ten jego złowieszczy obraz przetrwał aż po lata 90. XX wieku. W rezultacie, zanim zaczęliśmy wydawać jego książki w Polsce, wyobrażano go sobie jako demonicznego sodomitę i pogromcę kozłów. Trzeba też przyznać, że wiele zainteresowanych jego twórczością osób pociągał ów diabelski posmak. Myślę, że z czasem udało się nam nieco odczernić Bestię, ale nie bez plam na własnych rękach. Wykonaliśmy swego rodzaju czarną robotę i można powiedzieć, że w pewnej mierze Crowley stał się w Polsce popularny. A że nieco ciążyła nam etykietka crowleyowska, którą nam przyklejono i podchodzimy nieufnie do wszystkiego, co staje się popularne, dokonaliśmy nagłego zwrotu, publikując książki radosne i mało mroczne. Totalnie przenicowaliśmy nasz wizerunek. Wykazaliśmy, że to wielki żart. Staliśmy się Wielkimi Dyskordianami. Przez to część szanownych miłośników Wielkiej Bestii uznała nas za zdrajców. Mnie osobiście i Okulturze jako wydawnictwu udało się wprowadzić kilka takich zjawisk na rynek. Obok Aleistera Crowleya jest to bez wątpienia dyskordianizm, czyli prześmiewcza religia, która zamiast dogmatów posiada kotmaty, książki śmiało podejmujące tematykę psychodeliczną oraz dzieła Roberta Antona Wilsona.

chaosmos I.jpg

„Złote jabłko” z drugiej ręki teraz kosztuje powyżej setki.

DM: Trylogia „Illuminatus!” to rzeczywiście nie była nasza robota [wyd. Zysk i S-ka 1995 – przyp. OD], ale Wilson jako postać, jako osobowość to już nasz człowiek. Nie mówi się przecież tyle o Bobie Shea, a „Illuminatus!” został napisany wspólnie przez niego i Wilsona.

Gdybyście zainwestowali w reedycję „Illuminatusa”, moglibyście kupić sobie willę na Bahamach.

DM: Wiele osób nas do tego namawia, ale jeszcze więcej osób namawia nas na wydanie „Księgi Thota”. Najpopularniejsze pytanie, padające średnio 23 razy w miesiącu: „Kiedy wydacie Księgę Thota?”. Tak, udało nam się wprowadzić dyskordianizm, czyli pewną opcję partyzantki epistemologicznej rozgrywającej się w świecie idei religijnych. Wytłumaczmy czytelnikom, którzy jeszcze nie wiedzą – dyskordianizm to religia-nie religia, kult-antykult, prześmiewcza wiara w boginię niezgody i chaosu Eris. Nicuje umysły i sprawia, że nic nie wydaje się tym, jakie jest w istocie.

JJ: A szyszynka naprawdę świeci.

DM: Tak, to rewolucja szyszynki, obrót o …ile stopni, bo zawsze mi się myli? 180. Właściwie te historie i jeszcze tak zwana magia chaosu, czyli anarchiczne podejście do okultyzmu, traktujące okultyzm jako formułę na autosterowność jednostek, przekształcanie własnego losu, pracę nad własnym softwarem. To jest w dużej mierze nasza zasługa, tylko pojawia się pytanie – co z tego?

JJ: Wszystkie nasze serie wydawnicze mają podłoże w naszych własnych stanach psychicznych – najpierw Darek tłumaczył Crowleya, potem zaświeciło słońce i pojawił się Wilson. Przeciągnęłam Darka na jasną stronę mocy.

DM: Zdarzyło się nawet Okulturze wydać książkę volkistowską, protoplasty XX-wiecznego idealizmu niemieckiego, Guido von Lista [śmiech]. Była duża zbieżność między tym, w jakim stanie mentalno-emocjonalnym wtedy się znajdowałem, a wydaniem tej książki.

JJ: „Chaosmos” jest z kolei wynikiem naszych podróży do pracowni przy Piastowskiej [w Katowicach – przyp. OD], gejzeru pozytywnej energii, światła i miłości. I królików.

okultura - Kopia.jpg

Właśnie. Jak trafiliście na pionierów z Piastowskiej?

JJ: Pionier trafił na Darka.

DM: Andrzej Urbanowicz trafił na mnie w Gardzienicach bodajże w 1999 r. Poznaliśmy się przypadkiem – odwiedzałem swojego dobrego kolegę Joysticka, który wówczas był rezydentem w Gardzienicach. Podczas mojego pobytu odbywało się spotkanie aktorów i świty z Andrzejem Urbanowiczem jako nestorem ruchu psychodelicznego i buddyjskiego lat 60. i 70. w Polsce. Przyznam, że słyszałem o nim w kontekście buddyzmu i Allena Ginsberga; Urbanowicz, tak jak ja w Warszawie, tak on w Krakowie zajmował się Ginsbergiem podczas jego pobytu w Polsce. Niewiele wiedziałem poza tym, że jest bardzo ciekawym malarzem. Urbanowicz miał wykład na temat zmian zachodzących w świecie, zaczął mówić o archetypie dziecka i podkreślać znaczenie wizji Aleistera Crowleya. Wtedy kolega Joystick wykonał czyn dyskordiański i powiedział: „A tłumacz Crowleya to tutaj siedzi!”. Tak się poznaliśmy i mieliśmy bardzo miły kontakt listowny przez parę lat, a od kilku lat mamy już właściwie wspólną rodzinę. Knujemy razem spiski nad tym, jak tu przekształcić rzeczywistość, żeby była ciekawsza.

Skąd pomysł na króliczy performance?

JJ: Króliki wzięły się z samego centrum dowodzenia, czyli z Piastowskiej. W jednym z boksów Andrzeja w jakimś zakamarku pracowni znaleźliśmy czekoladowe zające, które zapędzały do rogu biednego, niespodziewającego się niczego baranka. Po powrocie do Warszawy doszliśmy do wniosku, że trzeba wyprzeć Thanatosa z naszej kultury. To przez niego wszystkie problemy. Trzeba dać ludziom Erosa.

DM: Tu wrzucę oczywiście Marię Janion. Zmora kultu romantycznego i wszystkie te historie, które dzieją się w Polsce, cierpiętnictwo, martyrologia. Za mało kicania, za dużo bicia się w pierś, za dużo nekrofilii. W kulturze polskiej erotyzm ma charakter nekrofilny. Przejawia się to w kulcie zmarłych towarzyszy broni, nieudanych powstań, tu zastanawiam się, ale nie będę się cenzurował – w kulcie zmarłego człowieka, który jest obecny w każdej dzielnicy każdego miasteczka, wsi itd.

JJ: Wyszliśmy z królikami w miasto, nie cenzurując się – radośnie kicając, zachęcająco poruszając biodrami, rozdając ludziom marchew, z hasłami „Więcej seksu”, „Zasysaj wiosnę”, „Czcij Erosa”… Ludzie się uśmiechali. Poza dzieciakami, które obrzucały nas marchewką.

DM: Jakieś dziecko powiedziało „Ale zboczeńcy!” Miało rację. Trzeba zboczyć, żeby coś zobaczyć.

JJ: Na YouTube film zrobił wielką karierę.

DM: Tak, jesteśmy rozpoznawani, ludzie zaczepiają nas na stacjach benzynowych [śmiech]. To jest casus kultury współczesnej – można przez ileś lat prowadzić wydawnictwo, pisać, udzielać się medialnie, ale jeden happening pójdzie na YouTube i jest rozgłos.

JJ: To była bardzo udana akcja, współtworzona przez pracownię na Piastowskiej. Gdyby nie Gosia Borowska z tej pracowni, w ogóle nic by nie powstało – od razu podłapała pomysł i zaczęła szyć stroje.

DM: Chcielibyśmy uzmysłowić szlachetnemu czytelnikowi, że są takie miejsca, które nie pobierają żadnych dotacji na swoją działalność i funkcjonują bardzo dobrze, jak rozmaite wspólnoty, które na szczeblu lokalnym wykonują kawał pożytecznej roboty.

kroliki.jpg

Asiu, ostatnio wystawiałaś się w Pałacu Kultury, w Wilnie i w Londynie.

JJ: Tak, ale to całkiem różne prace. W PKiN-ie podczas festiwalu Re:wizje pokazywałam kostkę „Ułóż sobie kobietę” – interaktywną rzeźbę, którą widzowie w czasie trwania wystawy mogli układać i rozkładać dowolną ilość razy. Na każdym boku kostki widnieje czarno-biała fotografia naniesiona na drewno. Sześć boków, sześć portretowych fotografii, które po poprawnym złożeniu odsłaniają pewną historię. Historię w domyśle przedstawiającą zjawisko przemocy wobec kobiet, ale bez dosłowności. Interpretacja leży po stronie odbiorcy. Nie pokazuję krwi, siniaków i pięści, a jedynie zmieniający się grymas twarzy i rozmazany makijaż. Tytuł też można rozumieć wieloznacznie.

Do Wilna ta sama rzeźba pojechała już niekompletna, ponieważ podczas festiwalowej nocy ktoś „wyzwolił” jedną cześć układanki. Wystawa decentrystów sprowokowała mnie jednak do celowego pokazania niepełnej rzeźby. Stała się może przez to bardziej prawdziwa? Bo przecież sam akt doprowadzenia czegoś do perfekcji jest tyranią oka, aktem przemocy. A tak pojawia się niespełnienie, niedopowiedzenie, mnożące się możliwości.

Do Londynu wybrałam się z Króliczym Tarotem. Można go traktować jako narzędzie magiczne lub jako pastisz szerzących się z króliczą częstotliwością kiczowatych talii, ale przede wszystkim to wtórny ready made, surrealistyczna przygoda archetypowego Białego Królika rodem z „Alicji w Krainie Czarów”, w której możemy znaleźć masę różnych tropów. Tarot powstał w ciągu 45 minut. Był fotonautycznym zapisem przygód królika, który odwiedzał różne części pracowni Andrzeja Urbanowicza. Przeglądając zdjęcia kolejnego dnia, złapaliśmy się za głowę – przecież to przygoda tarotowego Głupca!

„Chaosmos” prezentuje i znanych już artystów z kręgu Oneiron, ale nie tylko, są też nowe twarze. Wiem, że album powstał bardzo szybko.

JJ: Jakieś 23 dni. Naszym motorem był londyński festiwal magiczno-artystyczny Equinox…

DM: …który potraktowaliśmy jako bat, dzięki któremu mogliśmy się sprężyć. „Chaosmos” to wydawnictwo dwujęzyczne i tworzyliśmy go z myślą, żeby pokazać za granicą, że nasza sztuka „dziwna”, ezoteryczna…

JJ: …w niczym nie ustępuje temu, co się dzieje na Zachodzie.

DM: Pochodną tego jest rozmaitość, nie tylko mediów, ponieważ mamy tutaj rysunki, grafikę, obrazy, kolaże, fotomontaże – jak również rozmaitość twórców. Celowo zetknęliśmy ze sobą przynajmniej dwie… właściwie trzy grupy: twórców bardzo zasłużonych, mających duży dorobek; tych średniego pokolenia, mających duży dorobek, ale jeszcze nie tak bardzo zakorzenionych w rynku sztuki oraz debiutantów – po to, by nawzajem się wspierali. A może też i spierali.

Zależało nam na pokazaniu jak największej palety barw polskiej sztuki ezoterycznej. Bierzemy w nawias słowo „ezoteryczny”, posługujemy się szeroką definicją; jest to wszystko, co ogólnie może podchodzić pod tzw. zachodnią tradycję ezoteryczną, czyli hermetyzm, kabała, poszukiwanie ukrytych znaczeń, przede wszystkim docenianie transformatywnego charakteru sztuki. W tym wypadku sztuki plastycznej plus muzycznej, bo oprócz artystów plastyków na płycie [dołączonej do albumu – przyp. OD] jest czternaście projektów muzycznych, niekiedy bardzo zasłużonych dla polskiej sceny alternatywnej, jak Karpaty Magiczne, Za Siódmą Górą, Job Karma. Nie zapominając o weteranie Zenialu, najpopularniejszym polskim twórcy w Chinach.

JJ: Ale niczym się nie chwaląc – nasz dyrektor artystyczny naprawdę wymiata.

DM: Tak, nasz dyrektor artystyczny Wojtek Benicewicz zrobił przepiękny utwór w duchu minimalizmu. Wracając do wątku – dzieło to ma kilka wymiarów, artystyczny, perswazyjny i socjologiczny, bo jest to też robota socjologiczna, zapis tego, co się dzieje obecnie, a co jest bardzo rozproszone. Ogłosiliśmy w internecie, że poszukujemy twórców inspirujących się zachodnią tradycją ezoteryczną i zrobiliśmy selekcję. W przypadku poszczególnych twórców dopiero zaczęły się kaskady, trzeba było wybrać od pięciu do dziewięciu dzieł, co nie było takie łatwe, bo niektórzy mają ich w dorobku chyba tysiące. Urbanowicz i Waniek mają bardzo dużo. Zderzenie jest dość piorunujące, bo z jednej strony mamy utalentowanych młodych ezoterrorystów [śmiech], na przykład Rafała Koselę, który opracował unikalną technikę tworzenia rysunków żel-penem na podstawie transmutowanych kwadratów magicznych. Szlachetny czytelniku, nie będę wyjaśniał ci, o co w tym wszystkim chodzi, bo jest to zbyt skomplikowana materia – natomiast obejmuje ona wyższą matematykę…

JJ: …w której orientuje się chyba tylko sam autor.

DM: Ale zawierz mi, w tym jest ukryta struktura. Rysunki, które wyglądają na dość chaotyczne, są wykonywane z niezwykłą precyzją matematyczną. Z jednej strony mamy takich ludzi jak on, jak fenomenalni fotomontażyści, Mateusz Niedbał i Marcin Owczarek, którzy stworzyli bardzo ciekawe obrazy fotograficzne – ni to ewokacje duchów, ni to komentarze do nowego wspaniałego świata. Z drugiej strony mamy twórców doświadczonych, ale też należących do bardzo różnych tradycji – alchemików psychodelicznych jak Urbanowicz czy Waniek, czy nazwanego czołowym konceptualistą polskim – choć odcinającego się od tego terminu – Roberta Szczerbowskiego, który – uwaga! – po raz pierwszy postanowił wystąpić pod innym imieniem jako Ryszard Szczerbowski).

JJ: Zmieniając wartość numerologiczną swojego imienia i nazwiska.

DM: Robert Szczerbowski, który w latach 90. należał obok Kozyry i Libery do najciekawszych twórców konceptualnych, a potem udał się trochę na emigrację wewnętrzną, ukazuje się w nowym kontekście za pośrednictwem tego albumu. Bardzo też mu dziękujemy, ze obdarzył nas zaufaniem i postanowił wspólnie z tymi różnymi świrami wystąpić – oczywiście mowa o nas, a nie o innych twórcach.

„Chaosmos” miał spektakularne wejście, jakie są plany, jeśli chodzi o działania promocyjne?

DM: Traktuję to jako inwestycję długookresową. To jest rzecz, która z jednej strony notuje pewien okres w czasie, może stanowić charakterystyczny znak czasu dla kultury, która nie jest popularna, ale coś się jednak tutaj dzieje, jest dynamiczna. Innymi słowy, dla twórczości rozkwitającej w podziemiu [śmiech]. Myślę, że „Chaosmos” będzie procentował – w przyszłym roku bardziej, za dwa lata jeszcze bardziej. A kto wie, może w przyszłości stanie się punktem wyjścia dla innych działań. Nazwaliśmy to dzieło Chaosmos.pl nie bez przyczyny, ponieważ jednocześnie uruchamiamy stronę internetową pod tą nazwą. Na razie to tylko myspace’owa strona, ale zamierzamy ją przekształcić w galerię dla ludzi, którzy zajmują się sztuką nietradycyjną, niemającą pretensji do robienia rewolucji społecznej za pieniądze państwa. O ile sztuka tradycyjna i tak jest martwa, to ten drugi rodzaj sztuki trochę nas irytuje – tworzy się jakieś agendy rewolucyjne, które w dużej mierze są agendami do wyciągania funduszy. Dokonują rewolucji anarchistycznej za pomocą matki Unii Europejskiej, mamuśki państwa polskiego itd. Nas to nie interesuje. Nie mówię, że będziemy do końca niezłomni i niezależni jak to jest dziś – wszystko jest na własny koszt, własną krwawicą wykonane. Chcieliśmy pokazać, że można to zrobić inaczej. Większość wydawnictw bankrutuje, kiedy wpada na pomysł wydania jakiegoś albumu; my to zrobiliśmy za własne pieniądze dzięki temu, że mieliśmy bardzo dobrą współpracę z artystami. Reasumując – chcielibyśmy, żeby był to tylko punkt wyjścia pod konstrukcję, która ma budować się najpierw w sieci i przyjąć postać galerii, potem chcielibyśmy, żeby dokonała ekspresji zewnętrznej, poza internet. Naszym marzeniem jest organizowanie festiwali, warsztatów, docelowo chcielibyśmy mieć jakąś księgarnio-galerię. Ale zobaczymy, rzeczywistość jest chaotyczna i wszystko jest możliwe. Jutro może załamać się ład energetyczny na świecie i nie będzie już czegoś takiego jak internet.

chaosmos II.jpg

Jeśli to nie jest tajne: czy pomysł z antologią tekstów o sztuce ezoterycznej jest aktualny?

JJ: To będzie projekt uzupełniający, bratnia czy siostrzana formuła, ponieważ Chaosmos.pl jest albumem. Choć jest tu też obecna sfera tekstualna… nie powiedzieliśmy jeszcze o samej strukturze albumu. Prezentuje artystów ich słowami, ich wizje, pokazując rozmaitość strategii artystycznych.

DM: Jeśli chodzi o antologię „Sztuka i ezoteryka”, zamierzamy ją wydać tylko po polsku. Planujemy trochę mnie rozbudowaną sferę graficzną niż w „Chaosmosie”. Antologia będzie składała się z tekstów prezentujących rozmaite zjawiska, wywiadów z niezwykłymi ludźmi, żeby zacytować tu tytuł książki Gurdżijewa. Znajdzie się w niej między innymi tekst wybitnego perkusjonisty Z’EVA, który napisał dla nas bardzo ciekawy artykuł o szamanizmie w muzyce współczesnej. Mamy dwudziestostronicowy wywiad z Kennethem Angerem, prekursorem kina magicznego i człowiekiem, który wynalazł teledysk w latach 50.

Ciężko było go pozyskać?

DM i JJ: Jako zawodowi spiskowcy wszędzie mamy swoje macki. Jednym z redaktorów antologii „Sztuka i ezoteryka” jest Carl Abrahamsson ze Szwecji, który ma bardzo lekką rękę, jeśli chodzi o pozyskiwanie wywiadów. Dzięki niemu mamy też wywiad z Ralphem Metznerem, który w latach 60. był prawą ręką Timothy’ego Leary w tzw. harvardzkim projekcie psychodelicznym. Był prekursorem badań nad meskaliną, w późniejszym czasie też nad LSD. Wywiad z Paulem Laffoleyem – to będzie bardzo mocny punkt antologii, ponieważ zakontraktowaliśmy również reprodukcję jego dzieł, a jest to kto wie, czy nie najciekawszy współczesny malarz amerykański. W swoich obrazach prezentuje wizje kosmogoniczne, ewolucję przyszłości, ciekawe projekty cywilizacyjne, technologiczne na czterometrowych płótnach. To człowiek, który ma wiele do powiedzenia i jesteśmy dumni, że zgodził się udzielić nam wywiadu, ponieważ jest to w jego wypadku bardzo rzadkie. Antologia będzie dotyczyć ukrytego wymiaru sztuk plastycznych, literatury, muzyki, teatru, filmu. Zobaczymy, prawdopodobnie będzie to znów twór chaosmiczny, czyli nie wiadomo, co z niego powstanie tak do końca. Bo o co chodzi w Okulturze? Mamy rzeczywiście misję przekształcania tego świata, żeby był ciekawszy, piękniejszy, seksowniejszy, przesiąknięty erotyzmem. Mamy wrażenie, że żyjemy w kulturze nekrofilskiej i pornograficznej, a pornografia to zaprzeczenie erotyzmu, czysta powierzchnia, ezoteryka, dosłowność. Nie chcemy świata gotowych produktów. Dokonam teraz radykalnej frondy do samego początku – w przypadku Okultury nie mamy do czynienia z jarmarczną ezoteryką, tylko z projektem krytycznym wobec świata współczesnego, który jest jednocześnie bardzo radosny, afirmatywny. Przyświeca nam myśl Fryderyka Nietzschego, który zachwalał wiedzę radosną. Innymi słowy, nasz hedonizm nie ma nic wspólnego z konformizmem, nie jest to jakiś model dandysowski, nawet jeśli bardzo lubimy Oscara Wilde’a. Pozwolisz, że zadam sobie sam pytanie i powiem jeszcze parę słów o tym, skąd się to wszystko wzięło i dlaczego założyłem Okulturę. Wzięło się to z poczucia osiągnięcia kresu w mojej praktyce translatorsko-publicystycznej. Doszedłem do wniosku, że tylko wtedy, gdy nikt nie będzie mówił mi, co mam pisać, nikt nie będzie pośredniczył moim słowem, będę w stanie robić coś autentycznego. To być może płynie z podejścia filozoficznego, które jest zakorzenione w myśli francuskiej, w jakimś projekcie bataille’owsko – foucaultowskim: życia autentycznego. Chyba mogę powiedzieć w imieniu nas wszystkich, że nie interesuje nas kultura zapośredniczenia. Interesuje nas branie spraw we własne ręce, indywidualizm, wolicjonalizm, promujemy ducha twórczego. Chcemy zmniejszyć zapośredniczenie życia codziennego, które przejawia się w pornograficzności, o której już mówiłem, preparowaniu gotowych pragnień.

Oczywiście, mówiąc o pornografii, nie mam na myśli wyłącznie tego, co się uznaje za pornografię, czyli namacalności seksualnej, ale kulturę, która dostarcza ci poczucia, że masz pakiet gotowych pragnień, które nic cię nie kosztują, nie wymagają wysiłku i które spływają po tobie. Często poruszamy takie sprawy jak seksualność, jak tematyka śmierci, odważne podejście do tematyki religii. To sfery jeszcze tabuizowane, choć w inny sposób niż kiedyś, tabuizowane chociażby śmiechem. Zaczęłaś rozmowę od pytańia, czy traktujemy to poważnie – w tym pytaniu kryje się reakcja na to, co niezrozumiałe, czyli właśnie śmiech. Oglądając horrory ludzie często wpadają w paniczny śmiech – nas interesuje wejście w ten horror, rozpoznanie jego istoty we własnym ciele i umyśle i przez to anihilowanie tego jako czegoś innego, nam zagrażającego.

Sprawdzacie, czy diabeł jest taki straszny, jak go malują.

DM: Otóż to. I zachęcamy, aby mieć oczy szeroko otwarte. Miałem dość długą edukację – studia doktoranckie w PAN-ie, kuźni feminizmu. Podczas moich studiów zauważyłem, że naukowcy często mają nienaukowe podejście do rzeczywistości, czyli apriorycznie odrzucają całą sferę doświadczeń, traktują je jako nieważne, śmieszne. Skąd mogą to wiedzieć? Niekoniecznie muszę wierzyć w kosmitów, ale ileś tysięcy osób twierdzi, że ma doświadczenia kontaktu z UFO, a to już pokaźna próbka do badania. Można zbyć to śmiechem – dla mnie to też jest śmieszne, ale też nie uważam, żeby to był fenomen nieznaczący. Oczywistości interesują nas o tyle, o ile można je rozbroić i wykazać, że nie są oczywiste. Chcemy wyciągać z kultury to, co moim zdaniem stanowi wielki rezerwuar znaczeń, pomijanych lub bastardyzowanych.

Samoistnie stworzyła nam się piękna klamra. Możemy zrobić sobie teraz zdjęcie z webcama.

JJ: Nie nie, wyślemy ci nasze piękne zdjęcie [śmiech].

 

 

 

Cały wywiad w PDF-e:

Okultura – wywiad z Lampy – X 2009

 

„Ta szowinistyczna, męska świnia: Bukowski” – Stefan J. Adamski, „Machina” marzec 1997

storie di ordinaria follia.jpg

W Polsce ukazało się dotąd za sprawą wydawnictwa Noir Sur Blanc pięć książek Charlesa Bukowskiego – Listonosz, Z szynką raz!, Hollywood, Na południe od Nigdzie, Kobiety.

 

Charles Bukowski był przedstawicielem underdogs – tych wszystkich wyrzutków i wykolejeńców, dla których mit sukcesu i dostatku okazał się zwykłym mirażem, którzy wyrzekli się go sami z własnej i nieprzymuszonej woli, by w zamian zyskać niepewną egzystencję gdzieś na peryferiach naszej cywilizacji.

Charles Bukowski zmarł mając niespełna siedemdziesiąt cztery lata i w ten sposób nie dotrzymał słowa. Obiecywał bowiem, że w wieku osiemdziesięciu lat wciąż będzie rżnął „osiemnastki”. Trzeba mu jednak przyznać, że do końca starał się sprostać tym buńczucznym zapowiedziom i nawet w obliczu nieuleczalnej choroby ani na jotę nie zmienił trybu życia – pił i uganiał się za spódniczkami. Wydaje się, że właśnie ta imponująca witalność była motorem wszystkich jego literackich obsesji i mistyfikacji, i to ona przysparzała mu wciąż nowych czytelników.

Dziesiątki stron poświęconych Charlesowi Bukowskiemu można znaleźć w sieci Internet. Albumy CD, na których czyta swoje wiersze, dystansują liczbą sprzedanych egzemplarzy wiele popularnych zespołów rockowych, a w amerykańskich college’ach jest w dobrym tonie nosić koszulkę z jego podobizną. Te przejawy popularności dobitnie przeczą tezie, że literatura wyższych lotów nie ma szans w zetknięciu z kulturą masową.

„Jakiż to niezwykły twór, co za cudowna przemyślność serca, płuc, mózgu, żołądka, nerek, trzustki, wątroby, układu krwionośnego, oczu, uszu, nozdrzy… A wszystko jedynie po to, by człowiek mógł od rana do wieczora sortować gwoździe”. To celne spostrzeżenie Hugo Steinhausa najlepiej chyba oddaje istotę kończącego się stulecia.

Właśnie z niezgody na ten system degradacji jednostki biorą swój początek najważniejsze życiowe decyzje Bukowskiego i jego odrzucenie powszechnie przyjętych norm, wyprzedzające o kilka dziesięcioleci bunty kolejnych pokoleń kontestatorów – beatników, hippisów, punków, generacji X. Łączą go zresztą z nimi jedynie anarchistyczne przesłanki owego buntu, nic więcej.

notes of a dirty old man.jpg

Zawzięta determinacja, z jaką bronił swojej niezależności, niechęć do podążania utartymi koleinami, przeświadczenie, że nie można wyprzedawać własnej wolności i pozwalać okradać się z własnego życia w zamian za iluzoryczne poczucie sytości i bezpieczeństwa – wszystko to oznaczało dlań spore tarapaty: wczesne rozstanie z rodzicami, którzy nie byli w stanie zaakceptować jego potknięć i porażek, później rozpad własnej rodziny i kolejnych związków z kobietami, koczowanie całymi miesiącami w wynajętych norach, a niekiedy przytułkach czy aresztach. Była to jednak cena, którą gotów był zapłacić.

Hazardzista i ryzykant, lubił duże stawki. Za sprawą doświadczeń wyniesionych z bokserskiego ringu (bo i w ten sposób próbował zarabiać na życie) wiedział, że nie da się wygrać żadnej walki przy pomocy samych tylko uników i krycia się za podwójną gardą. Miał naturę „fightera” – instynktownie wstawał po każdym upadku na deski, także wówczas, gdy czuł, że już za chwilę znajdzie się na nich ponownie.

Nie był przy tym typem naturszczyka – przez jakiś czas studiował historię literatury, miał spory zasób wiedzy, jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że dla pisarza bywa ona często najzwyklejszym balastem. „Szpitale, więzienia i burdele – oto prawdziwe uniwersytety życia. Mam dyplomy wielu takich uczelni. Mówcie mi – Wasza Magnificencjo” – wyznaje chełpliwie w jednym z opowiadań. Pozer – żachnie się ktoś. Z pewnością. I cóż z tego? Egotyzm, neurastenia, kabotynizm – proszę bardzo, wszystko w najlepszym gatunku. Szeroki wybór póz, obsesji, urojeń, prowokacji i przeinaczeń – bo i czymże innym miałaby być literatura? Zwierciadlanym odbiciem rzeczywistości? Przymierzem muchy z lepem?

Szybko uświadomił sobie, że nie zdoła się utrzymać z pisania. Imał się różnych dorywczych prac fizycznych, oznaczających zwykle ponurą, katorżniczą harówę do utraty sił. Po doświadczeniach z pracy w rzeźni i przy przeładunku, zajęcie listonosza mogło się w gruncie rzeczy wydawać nader korzystną odmianą. Pozornie, choć wytrwał przy nim najdłużej, bo pozostawiało mu sporo swobody.

Później, gdy ni stąd, ni zowąd zyskał rozgłos i poklask, miewał wieczory autorskie zarówno w aulach szacownych uczelni, jak i w knajpach czy na estradach młodzieżowych klubów. Żądał sporych honorariów i dostawał je, niejednokrotnie wyższe niż te, które otrzymały popularne zespoły rockowe. Traktował to jako jeszcze jeden sposób zarabiania na życie. Tym występom towarzyszyły nierzadko skandale – wdawał się ochoczo w utarczki słowne z publicznością, niekiedy kończyło się to ogólną bijatyką. Wiedział, że patrzą na niego jak na klowna czy linoskoczka, ale w końcu za to właśnie płacili. Więc kiedy już wychrypiał swoje obrazoburcze wiersze, chętnie zapewniał im dodatkowe atrakcje – gratis. Zyskiwało mu to nie najlepszą reputację, która jednak dobrze wpływała na wysokość nakładów jego książek. Pojął tę zależność szybko i przystał na nią bez specjalnych oporów. Bądź co bądź lepsze to niż praca w rzeźni albo układanie podkładów kolejowych.

Ocierał się i o high life: Hollywood, Beverly Hills, zapach wielkiej forsy, szyk, elegancja, te rzeczy. Cały ten połyskliwy światek, w którym za symptom szczerości może uchodzić chyba tylko krwotok, a dekalog chciwie wyciągających się palców jest jedynym kodeksem. Z cynicznym grymasem lubił sprawdzać, jak cienka jest ta warstewka pozorów, układności, ogłady. Nic dziwnego, że wolał towarzystwo podniszczonych dziwek i zapijających się nieudaczników gdzieś w dzielnicach slumsów. Reguły gry nie różniły się tu znów aż tak bardzo, ale przynajmniej były jasne i przejrzyste. No cóż, w końcu nie można spaść z podłogi.

Proza Bukowskiego wywodzi się z epoki jazzu, nie rocka. Przeniknięta jest atmosferą czasów Wielkiego Kryzysu lat 30., i późniejszego okresu wojennych wyrzeczeń. Bukowski zaznał wówczas głodu, upokorzeń i nędzy, nie tak może ostatecznej jak ta, której doświadczył Orwell na brukach Londynu i Paryża, ale równie poniżającej. Wystarczy zresztą sięgnąć do wczesnego Steinbecka, by zrozumieć, jak walczyło się wówczas o przetrwanie także na tamtym kontynencie, zdającym się tak wielu ziemią obiecaną.

A jednak znajdziemy w jego powieściach ton jakiejś nostalgii za tamtymi latami świetności, czasami Mae West i Humphreya Bogarta, za smakiem egzotycznych specjałów widywanych tylko przez szyby sklepowych witryn, za niklem i chromem drogich kabrioletów, które dawno już stoczyła rdza, wreszcie za zjawiskowymi pięknościami na wysokich obcasach i w cielistych pończochach, które wprawdzie rozkładały nogi równie szeroko, jak później ich córki i wnuczki, ale kazały o to znacznie dłużej zabiegać, co tylko przydawało im powabu.

Kobiety. To już nawet nie osobny rozdział w jego życiu. To cała książka, której pierwsze zdania brzmią następująco: „Od czterech lat nie byłem w łóżku z kobietą. Nie miałem żadnych przyjaciółek. Kobiety widywałem jedynie na ulicy lub w innych miejscach publicznych….” Po czym następuje trzysta stron poświęconych głównie opisom niezliczonej ilości zbliżeń z imponującą ilością partnerek. Powieść to, czy katalog? „Nagle chwyciła mego pikującego ptaka i całego wsunęła go sobie do gniazdka. Zdumiałem się. Nie wiedziałem, co robić. A przecież to takie proste. W górę i w dół, nieprawdaż? A ściślej mówiąc, do wewnątrz i na zewnątrz. To tak jak z jazdą na rowerze. Takich rzeczy nigdy się nie zapomina”.

Znana anegdota na temat Immanuela Kanta mówi, iż w wieku mocno dojrzałym został on wreszcie namówiony przez przyjaciół do złożenia wizyty w burdelu. Pytany o wrażenia miał ponoć odpowiedzieć: „Rzecz sama w sobie wielce zajmująca, tylko ruchy niegodne filozofa”. Coś z tego zdumienia królewieckiego myśliciela można znaleźć także w postawie Bukowskiego wobec seksu.

Niektóre czytelniczki (i nie tylko one) mogą mieć Bukowskiemu za złe nadmierną dosłowność opisów. Pornografia – parskną. Pornografia? Jak słusznie zauważył swego czasu Cesare Pavese: „Gdyby p…..e nie było najważniejszą rzeczą w życiu, Księga Rodzaju by się od tego nie zaczynała”. Słusznie, choć większość bigoteryjnych świętoszek nie ma o tym bladego pojęcia, podobnie jak o istnieniu Pieśni nad Pieśniami.

Pośród kobiet „wyzwolonych” także nie zyska zapewne Bukowski szczególnej admiracji. Bo jakże?

„Jeśli żywisz do kobiety jakieś uczucia, powściągnij swoją naturalną chęć, by ją natychmiast zerżnąć. Nie obawiaj się, zdążysz. Jeśli nie znosisz jej od samego początku, spróbuj od razu ją wydymać. Jeśli zaś tego nie zrobiłeś, to lepiej jest odczekać, przy sposobności zerżnąć ją przykładnie i nienawidzić jej później”.

Nieoczekiwanie, u schyłku lat 60., w okresie naporu „kontrkultury”, Bukowski osiągnął sukces. Jakim cudem ten samotny drapieżca tak dokładnie trafił w gusta kolejnej generacji, koczującej w utopijnych hippisowskich wspólnotach i nieporadnie usiłującej kształtować swoją wizję świata i własną, odrębną estetykę? Może to, jak pisał o seksie i śmierci, okazało się dla nich prawdziwsze od ich własnych doświadczeń? A przecież proza Bukowskiego jest tak tradycyjna (nie tylko w sposobie narracji), że niemal anachroniczna. Znajdziemy w niej przedziwny melanż wpływów Dostojewskiego i Scotta Fitzgeralda, Lowry’ego i Hemingwaya, Celine’a i Chandlera.

Tak, właśnie Chandlera, choć bez całego sztafażu powieści kryminalnej, bez śladu jakiejkolwiek intrygi. Henry Chinaski (pod tym czytelnym kryptonimem skrywa się ulubiony bohater Bukowskiego, krótko mówiąc – on sam) przypomina trochę Philipa Marlowe’a, który jednak nie trwoni czasu na rozwiązywanie zagadek typu „kto kogo zabił”, bo dobrze wie, że nie ma to najmniejszego znaczenia. Znacznie bardziej interesuje go pytanie: jak nie pozwolić unicestwić się samemu sobie?

W świetle kanonów politycznej poprawności Bukowskiego można by uznać za „szowinistyczną męską świnię”, rasistę i homofoba. I nawet pod koniec życia nie oszczędzono mu tych inwektyw. Kulą w płot. Nikt nie miał złudzeń, że akurat ten pisarz zacznie się sam cenzurować, skreślając zwroty typu czarna dziwka albo wystrojony pedał. Przed śmiercią zdążył jeszcze posłać atakującej go „bandzie kastratów” długi, pożegnalny bluzg, jeden z tych bardziej kunsztownych.

Biorąc pod uwagę postępującą w Stanach polityczną poprawność nie jest więc wykluczone, że wkrótce będzie się tam czytywać Bukowskiego ukradkiem. Ale czytać będzie się go na pewno.

Stefan J. Adamski T

Urodził się 16 sierpnia 1920 roku w Andernach (Niemcy). Gdy miał trzy lata jego rodzice wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Dorastał w biednych, robotniczych dzielnicach Los Angeles i dobrze poznał smak niedostatku. Niejednokrotnie doświadczał go także i później. Swoje pierwsze opowiadanie opublikował w wieku dwudziestu czterech lat.

Dopiero w wieku trzydziestu pięciu lat zaczął pisywać wiersze, ale właśnie one przyniosły mu z czasem największy rozgłos, choć przez całe lata ukazywały się jedynie w efemerycznych pisemkach lub w nakładach nie przekraczających tysiąca egzemplarzy. Uznawany jest za czołowego – obok Jacka Kerouaca i Allena Ginsberga – przedstawiciela „beat generation”, choć uzasadnić te klasyfikacje mógłby jedynie przypisany mu status twórcy „zbuntowanego”. Długo ignorowany przez krytykę i wydawców, musiał utrzymywać się z pracy fizycznej i dopiero w połowie lat 60. literatura zaczęła przynosić mu spore dochody, które z upodobaniem trwonił na swoje pozostałe pasje: kobiety, hazard (namiętnie grywał na wyścigach konnych) i kolekcjonowanie płyt z muzyką klasyczną.

Opublikował łącznie ponad trzydzieści tytułów – powieści, opowiadań i zbiorków poezji. Na podstawie jego twórczości Frank Coppola zrealizował swój głośny film Flybar (Ćma barowa), w którym główne role zagrali Mickey Rourke i Faye Dunaway.

Zmarł 9 marca 1994 roku w swoim domu w San Pedro, który jest dziś celem swoistych pielgrzymek jego zwolenników z całego świata.

 

W Polsce ukazało się dotąd za sprawą wydawnictwa Noir Sur Blanc pięć książek Charlesa Bukowskiego – Listonosz, Z szynką raz!, Hollywood, Na południe od Nigdzie, Kobiety.

Charles Bukowski był przedstawicielem underdogs – tych wszystkich wyrzutków i wykolejeńców, dla których mit sukcesu i dostatku okazał się zwykłym mirażem, którzy wyrzekli się go sami z własnej i nieprzymuszonej woli, by w zamian zyskać niepewną egzystencję gdzieś na peryferiach naszej cywilizacji.

Charles Bukowski zmarł mając niespełna siedemdziesiąt cztery lata i w ten sposób nie dotrzymał słowa. Obiecywał bowiem, że w wieku osiemdziesięciu lat wciąż będzie rżnął „osiemnastki”. Trzeba mu jednak przyznać, że do końca starał się sprostać tym buńczucznym zapowiedziom i nawet w obliczu nieuleczalnej choroby ani na jotę nie zmienił trybu życia – pił i uganiał się za spódniczkami. Wydaje się, że właśnie ta imponująca witalność była motorem wszystkich jego literackich obsesji i mistyfikacji, i to ona przysparzała mu wciąż nowych czytelników.

pulp front.jpg
Dziesiątki stron poświęconych Charlesowi Bukowskiemu można znaleźć w sieci Internet. Albumy CD, na których czyta swoje wiersze, dystansują liczbą sprzedanych egzemplarzy wiele popularnych zespołów rockowych, a w amerykańskich college’ach jest w dobrym tonie nosić koszulkę z jego podobizną. Te przejawy popularności dobitnie przeczą tezie, że literatura wyższych lotów nie ma szans w zetknięciu z kulturą masową.

Charles Bukowski był przedstawicielem underdogs – tych wszystkich wyrzutków i wykolejeńców, dla których mit sukcesu i dostatku okazał się zwykłym mirażem, którzy wyrzekli się go sami z własnej i nieprzymuszonej woli, by w zamian zyskać niepewną egzystencję gdzieś na peryferiach naszej cywilizacji.

„Jakiż to niezwykły twór, co za cudowna przemyślność serca, płuc, mózgu, żołądka, nerek, trzustki, wątroby, układu krwionośnego, oczu, uszu, nozdrzy… A wszystko jedynie po to, by człowiek mógł od rana do wieczora sortować gwoździe”. To celne spostrzeżenie Hugo Steinhausa najlepiej chyba oddaje istotę kończącego się stulecia.

Właśnie z niezgody na ten system degradacji jednostki biorą swój początek najważniejsze życiowe decyzje Bukowskiego i jego odrzucenie powszechnie przyjętych norm, wyprzedzające o kilka dziesięcioleci bunty kolejnych pokoleń kontestatorów – beatników, hippisów, punków, generacji X. Łączą go zresztą z nimi jedynie anarchistyczne przesłanki owego buntu, nic więcej.

Zawzięta determinacja, z jaką bronił swojej niezależności, niechęć do podążania utartymi koleinami, przeświadczenie, że nie można wyprzedawać własnej wolności i pozwalać okradać się z własnego życia w zamian za iluzoryczne poczucie sytości i bezpieczeństwa – wszystko to oznaczało dlań spore tarapaty: wczesne rozstanie z rodzicami, którzy nie byli w stanie zaakceptować jego potknięć i porażek, później rozpad własnej rodziny i kolejnych związków z kobietami, koczowanie całymi miesiącami w wynajętych norach, a niekiedy przytułkach czy aresztach. Była to jednak cena, którą gotów był zapłacić.

Hazardzista i ryzykant, lubił duże stawki. Za sprawą doświadczeń wyniesionych z bokserskiego ringu (bo i w ten sposób próbował zarabiać na życie) wiedział, że nie da się wygrać żadnej walki przy pomocy samych tylko uników i krycia się za podwójną gardą. Miał naturę „fightera” – instynktownie wstawał po każdym upadku na deski, także wówczas, gdy czuł, że już za chwilę znajdzie się na nich ponownie.

Nie był przy tym typem naturszczyka – przez jakiś czas studiował historię literatury, miał spory zasób wiedzy, jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że dla pisarza bywa ona często najzwyklejszym balastem. „Szpitale, więzienia i burdele – oto prawdziwe uniwersytety życia. Mam dyplomy wielu takich uczelni. Mówcie mi – Wasza Magnificencjo” – wyznaje chełpliwie w jednym z opowiadań. Pozer – żachnie się ktoś. Z pewnością. I cóż z tego? Egotyzm, neurastenia, kabotynizm – proszę bardzo, wszystko w najlepszym gatunku. Szeroki wybór póz, obsesji, urojeń, prowokacji i przeinaczeń – bo i czymże innym miałaby być literatura? Zwierciadlanym odbiciem rzeczywistości? Przymierzem muchy z lepem?

Szybko uświadomił sobie, że nie zdoła się utrzymać z pisania. Imał się różnych dorywczych prac fizycznych, oznaczających zwykle ponurą, katorżniczą harówę do utraty sił. Po doświadczeniach z pracy w rzeźni i przy przeładunku, zajęcie listonosza mogło się w gruncie rzeczy wydawać nader korzystną odmianą. Pozornie, choć wytrwał przy nim najdłużej, bo pozostawiało mu sporo swobody.

Później, gdy ni stąd, ni zowąd zyskał rozgłos i poklask, miewał wieczory autorskie zarówno w aulach szacownych uczelni, jak i w knajpach czy na estradach młodzieżowych klubów. Żądał sporych honorariów i dostawał je, niejednokrotnie wyższe niż te, które otrzymały popularne zespoły rockowe. Traktował to jako jeszcze jeden sposób zarabiania na życie. Tym występom towarzyszyły nierzadko skandale – wdawał się ochoczo w utarczki słowne z publicznością, niekiedy kończyło się to ogólną bijatyką. Wiedział, że patrzą na niego jak na klowna czy linoskoczka, ale w końcu za to właśnie płacili. Więc kiedy już wychrypiał swoje obrazoburcze wiersze, chętnie zapewniał im dodatkowe atrakcje – gratis. Zyskiwało mu to nie najlepszą reputację, która jednak dobrze wpływała na wysokość nakładów jego książek. Pojął tę zależność szybko i przystał na nią bez specjalnych oporów. Bądź co bądź lepsze to niż praca w rzeźni albo układanie podkładów kolejowych.

women.jpgOcierał się i o high life: Hollywood, Beverly Hills, zapach wielkiej forsy, szyk, elegancja, te rzeczy. Cały ten połyskliwy światek, w którym za symptom szczerości może uchodzić chyba tylko krwotok, a dekalog chciwie wyciągających się palców jest jedynym kodeksem. Z cynicznym grymasem lubił sprawdzać, jak cienka jest ta warstewka pozorów, układności, ogłady. Nic dziwnego, że wolał towarzystwo podniszczonych dziwek i zapijających się nieudaczników gdzieś w dzielnicach slumsów. Reguły gry nie różniły się tu znów aż tak bardzo, ale przynajmniej były jasne i przejrzyste. No cóż, w końcu nie można spaść z podłogi.

Proza Bukowskiego wywodzi się z epoki jazzu, nie rocka. Przeniknięta jest atmosferą czasów Wielkiego Kryzysu lat 30., i późniejszego okresu wojennych wyrzeczeń. Bukowski zaznał wówczas głodu, upokorzeń i nędzy, nie tak może ostatecznej jak ta, której doświadczył Orwell na brukach Londynu i Paryża, ale równie poniżającej. Wystarczy zresztą sięgnąć do wczesnego Steinbecka, by zrozumieć, jak walczyło się wówczas o przetrwanie także na tamtym kontynencie, zdającym się tak wielu ziemią obiecaną.

A jednak znajdziemy w jego powieściach ton jakiejś nostalgii za tamtymi latami świetności, czasami Mae West i Humphreya Bogarta, za smakiem egzotycznych specjałów widywanych tylko przez szyby sklepowych witryn, za niklem i chromem drogich kabrioletów, które dawno już stoczyła rdza, wreszcie za zjawiskowymi pięknościami na wysokich obcasach i w cielistych pończochach, które wprawdzie rozkładały nogi równie szeroko, jak później ich córki i wnuczki, ale kazały o to znacznie dłużej zabiegać, co tylko przydawało im powabu.

Kobiety. To już nawet nie osobny rozdział w jego życiu. To cała książka, której pierwsze zdania brzmią następująco: „Od czterech lat nie byłem w łóżku z kobietą. Nie miałem żadnych przyjaciółek. Kobiety widywałem jedynie na ulicy lub w innych miejscach publicznych….” Po czym następuje trzysta stron poświęconych głównie opisom niezliczonej ilości zbliżeń z imponującą ilością partnerek. Powieść to, czy katalog? „Nagle chwyciła mego pikującego ptaka i całego wsunęła go sobie do gniazdka. Zdumiałem się. Nie wiedziałem, co robić. A przecież to takie proste. W górę i w dół, nieprawdaż? A ściślej mówiąc, do wewnątrz i na zewnątrz. To tak jak z jazdą na rowerze. Takich rzeczy nigdy się nie zapomina”.

Znana anegdota na temat Immanuela Kanta mówi, iż w wieku mocno dojrzałym został on wreszcie namówiony przez przyjaciół do złożenia wizyty w burdelu. Pytany o wrażenia miał ponoć odpowiedzieć: „Rzecz sama w sobie wielce zajmująca, tylko ruchy niegodne filozofa”. Coś z tego zdumienia królewieckiego myśliciela można znaleźć także w postawie Bukowskiego wobec seksu.

crumbbukowski_bringmeyourlove.jpg

Niektóre czytelniczki (i nie tylko one) mogą mieć Bukowskiemu za złe nadmierną dosłowność opisów. Pornografia – parskną. Pornografia? Jak słusznie zauważył swego czasu Cesare Pavese: „Gdyby p…..e nie było najważniejszą rzeczą w życiu, Księga Rodzaju by się od tego nie zaczynała”. Słusznie, choć większość bigoteryjnych świętoszek nie ma o tym bladego pojęcia, podobnie jak o istnieniu Pieśni nad Pieśniami.

Pośród kobiet „wyzwolonych” także nie zyska zapewne Bukowski szczególnej admiracji. Bo jakże?

„Jeśli żywisz do kobiety jakieś uczucia, powściągnij swoją naturalną chęć, by ją natychmiast zerżnąć. Nie obawiaj się, zdążysz. Jeśli nie znosisz jej od samego początku, spróbuj od razu ją wydymać. Jeśli zaś tego nie zrobiłeś, to lepiej jest odczekać, przy sposobności zerżnąć ją przykładnie i nienawidzić jej później”.

Nieoczekiwanie, u schyłku lat 60., w okresie naporu „kontrkultury”, Bukowski osiągnął sukces. Jakim cudem ten samotny drapieżca tak dokładnie trafił w gusta kolejnej generacji, koczującej w utopijnych hippisowskich wspólnotach i nieporadnie usiłującej kształtować swoją wizję świata i własną, odrębną estetykę? Może to, jak pisał o seksie i śmierci, okazało się dla nich prawdziwsze od ich własnych doświadczeń? A przecież proza Bukowskiego jest tak tradycyjna (nie tylko w sposobie narracji), że niemal anachroniczna. Znajdziemy w niej przedziwny melanż wpływów Dostojewskiego i Scotta Fitzgeralda, Lowry’ego i Hemingwaya, Celine’a i Chandlera.

Tak, właśnie Chandlera, choć bez całego sztafażu powieści kryminalnej, bez śladu jakiejkolwiek intrygi. Henry Chinaski (pod tym czytelnym kryptonimem skrywa się ulubiony bohater Bukowskiego, krótko mówiąc – on sam) przypomina trochę Philipa Marlowe’a, który jednak nie trwoni czasu na rozwiązywanie zagadek typu „kto kogo zabił”, bo dobrze wie, że nie ma to najmniejszego znaczenia. Znacznie bardziej interesuje go pytanie: jak nie pozwolić unicestwić się samemu sobie?

W świetle kanonów politycznej poprawności Bukowskiego można by uznać za „szowinistyczną męską świnię”, rasistę i homofoba. I nawet pod koniec życia nie oszczędzono mu tych inwektyw. Kulą w płot. Nikt nie miał złudzeń, że akurat ten pisarz zacznie się sam cenzurować, skreślając zwroty typu czarna dziwka albo wystrojony pedał. Przed śmiercią zdążył jeszcze posłać atakującej go „bandzie kastratów” długi, pożegnalny bluzg, jeden z tych bardziej kunsztownych.

Biorąc pod uwagę postępującą w Stanach polityczną poprawność nie jest więc wykluczone, że wkrótce będzie się tam czytywać Bukowskiego ukradkiem. Ale czytać będzie się go na pewno.

Urodził się 16 sierpnia 1920 roku w Andernach (Niemcy). Gdy miał trzy lata jego rodzice wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Dorastał w biednych, robotniczych dzielnicach Los Angeles i dobrze poznał smak niedostatku. Niejednokrotnie doświadczał go także i później. Swoje pierwsze opowiadanie opublikował w wieku dwudziestu czterech lat.

Dopiero w wieku trzydziestu pięciu lat zaczął pisywać wiersze, ale właśnie one przyniosły mu z czasem największy rozgłos, choć przez całe lata ukazywały się jedynie w efemerycznych pisemkach lub w nakładach nie przekraczających tysiąca egzemplarzy. Uznawany jest za czołowego – obok Jacka Kerouaca i Allena Ginsberga – przedstawiciela „beat generation”, choć uzasadnić te klasyfikacje mógłby jedynie przypisany mu status twórcy „zbuntowanego”. Długo ignorowany przez krytykę i wydawców, musiał utrzymywać się z pracy fizycznej i dopiero w połowie lat 60. literatura zaczęła przynosić mu spore dochody, które z upodobaniem trwonił na swoje pozostałe pasje: kobiety, hazard (namiętnie grywał na wyścigach konnych) i kolekcjonowanie płyt z muzyką klasyczną.

Opublikował łącznie ponad trzydzieści tytułów – powieści, opowiadań i zbiorków poezji. Na podstawie jego twórczości Frank Coppola zrealizował swój głośny film Flybar (Ćma barowa), w którym główne role zagrali Mickey Rourke i Faye Dunaway.

Zmarł 9 marca 1994 roku w swoim domu w San Pedro, który jest dziś celem swoistych pielgrzymek jego zwolenników z całego świata.

bukowski-foto-24.jpg

 

„Próżniaki na sprzedaż” – Iza Jarosz (maj 1997) recenzja książek: Douglasa Couplanda „Poddani Microsoftu” i „Generacji X”

generation-x-cover.jpg

 

W tym samym czasie, gdy Stany Zjednoczone zaczynają realizować swe „american dreams”, a uderzenie wyzwolonych, szalonych beatników dawno wtopiło się w amerykańską rzeczywistość, Wielka Brytania musi zacząć sobie radzić z przerażającą rebelią kina, teatru, muzyki i… ulicy.

Prawowitymi rodzicami tej nazwy są Charles Hamblett i Jane Deverson, autorzy lichutkiej ponoć książeczki pragnącej odpowiedzieć społeczeństwu na nurtujące je pytanie „Co też kryje w sobie zbuntowany gniew młodych, nieposkromionych Brytyjczyków?”. Odpowiedź była szokująco prosta – „Jedyne co tak naprawdę odczuwają, to narkotyki, alkohol, Bóg, seks, podziały społeczne, kolor skóry i kopniaki” i może nie byłoby w tym nic szczególnie bulwersującego, gdyby nie fakt, że był dopiero 1964 rok. Wielka Brytania wchodziła właśnie w erę nowych, niezrozumiałych zjawisk i wydarzeń, nie pasujących do narodowego brytyjskiego ducha. Domagano się wyjaśnień. Nowe zjawisko fermentacji społecznej autorzy książki nazwali „pokoleniem X” – niewiadomym, niepokojącym, bez klarownej przyszłości. Generation X jako pozycja o wątpliwych walorach literackich przeszła jednak nie zauważona, niepokojące sygnały potraktowano marginalnie i strącono je do roli buntu młodych chuliganów i nierobów.

W tym samym czasie, gdy Stany Zjednoczone zaczynają realizować swe „american dreams”, a uderzenie wyzwolonych, szalonych beatników dawno wtopiło się w amerykańską rzeczywistość, Wielka Brytania musi zacząć sobie radzić z przerażającą rebelią kina, teatru, muzyki i… ulicy. Niech żyje wolność, młodzieńcza spontaniczność, niech żyje bunt! Koniec z establishmentem, nadszedł czas Nowej Generacji!

Broszurka duetu Hamblett & Deverson zapewne zaginęłaby bez reszty w otchłani niepamięci, gdyby ni stąd ni zowąd nie odgrzał jej młody przedstawiciel londyńskiego undergroundu, Billy Idol. Rewolta młodych X-ów z lat 60. to nic w porównaniu z szokiem, jaki przyniosła angielskim „wyjadaczom” rock’n’rolla fala punk rocka w końcu lat 70. W podziemnym gronie, obok Sex Pistols, The Clash i Magazine na przełomie 1976 i 1977 roku powstała, pozostawiająca wiele do życzenia od strony muzycznej, grupa o znanej już wyspiarzom nazwie – Generation X. I choć owa punkowa wściekłość miała bardziej służyć estetycznej prowokacji, niż nakreślać rzeczywistość, to podobieństw tych dwóch „X” jest wiele. Kapela Billy’ego Idola podkreślała swe fascynacje muzyką lat 60., a styl życia muzyków oraz ich sposób myślenia niewiele odbiegał od tego, jaki prezentowali ich poprzednicy…

Nie jest to więc zapewne przypadkowa zbieżność nazw, tak jak ponowne pojawienie się terminu „pokolenie X” w 1983 roku, tym razem za sprawą eseisty Paula Fussella i jego książki pt. Class (Klasa – w znaczeniu: społeczna). Autor zatytułował jeden z jej rozdziałów właśnie Generacja X.

Od Fussella do Couplanda pozostaje już tylko jeden krok, a dokładnie 8 lat. Niespełna 8 lat, by już w innym czasie i w zupełnie innej rzeczywistości uderzyć z największego kalibru i to w samą dziesiątkę.

Generation X Douglasa Couplanda pojawia się w Stanach Zjednoczonych w 1991 roku i w przeciwieństwie do swej poprzedniczki natychmiast przyciąga uwagę nie tylko mediów i speców od marketingu. Z opowiadaniami o szarym życiu z dnia na dzień, zwyczajnych problemach związanych z pracą, rodzicami i uczuciami trójki przyjaciół – Andy’ego, Daga i Claire, utożsamia się większość Amerykanów w wieku między 18 a 30 rokiem życia. Budzi się prawdziwa pokoleniowa świadomość, a podsycana, szybko urasta do rozmiarów histerii. „Twentysomenthings”, czyli dwudziestokilkulatkowie uświadamiają sobie nagle, że to nie oni są winni swojej obecnej i co tu dużo mówić, nieciekawej sytuacji. Według diagnozy Couplanda są tylko nowym, „odgórnie” skazanym na niepowodzenie pokoleniem „wychowanym na rozwodach rodziców, bezrobociu, pozornie bogatym życiu zabijającym myślenie, aferach takich jak Watergate, przerażonym jeszcze falą yuppies, recesją gospodarczą i Ronaldem Reaganem”.

Zaobserwowane przez Couplanda w „stolicy mętów”, czyli kalifornijskim Palm Springs zjawisko okazuje się powszechną, amerykańską normą. X-y są przecież dziećmi tzw. „baby boomersów” z tłustych lat 60., urodzonych w okresie powojennego wyżu demograficznego. Idylla „baby boomersów” tak nostalgicznie przedstawiana w filmie The Big Chill czy serialu telewizyjnym The Wonder Years (Cudowne lata) trwała prawie do końca lat 80. Spokojna praca, duży dom na przedmieściu i jeszcze większy samochód, telewizor – oto szczyt marzeń, które każdy był w stanie zrealizować. Dobra passa skończyła się dopiero gdy ich dzieci zaczęły wkraczać w dorosłość w latach 90. Lub może inaczej – to Ameryka przestała spełniać proste marzenia, na których się wychowali. Lata 90. to lata kryzysu. Smutny, ale nieunikniony epilog amerykańskiej polityki ostatnich dwudziestu lat, pełnych politycznych afer i gospodarczych wpadek.

Okazało się, że młodzi Amerykanie stanowią przeciwieństwo swych rodziców – nie potrafią zrobić kariery tak szybko jak oni. Pomimo ukończenia elitarnych szkół, zadowalają się nisko płatną, mało prestiżową i pozbawioną przyszłości pracą. Jakby tego było mało, są zagubieni uczuciowo, brak im spontaniczności. Wszystkie decyzje wymagają głębszych i dłuższych przemyśleń, bo dla nich nic nigdy nie jest do końca pewne. Ich życie to późne wstawanie wynikające z nocnego picia i zażywania narkotyków, beznamiętne oglądanie TV, szwędanie się bez sensu po ulicach i przesiadywanie w knajpach z kumplami. Chęci czy wrodzony talent kruszą się i rozlatują w pył, ale jest to tak powszechne, że nie ma żadnych powodów do paniki.

Ich jedyną regułą życiową jest poczucie braku religijnych lub kulturowych korzeni. Ta kulturowa próżnia nie tylko jest przyczyną prowadzenia takiego sposobu życia, jakby każdy dzień miał być ostatnim, ale i ciągłych frustracji. Mówią – „dla nas nie ma przyszłości”.

Rzeczywistość sama więc pisze scenariusze. Powstają pierwsze filmy o i dla nowej generacji – Slacker (Próżniak) Richarda Linklatera, The Singles (Samotnicy; z muzyką Pearl Jam, Soundgarden), Reality Bites (Rzeczywistość boli, u nas pod tytułem Orbitowanie bez cukru) Bena Stillera. Historie niby nudne, niby śmieszne, a jednak prawdziwe. Ich bohaterowie nie są fantazją hollywoodzkich scenarzystów, ale „znajomymi z podwórka”, wyrażają myśli i problemy przeciętnego widza.

Ameryka musiała uznać istnienie zalążka nowej generacji i mimo oportunistycznego stosunku X-ów do polityki, postrzeganej jako siedlisko układów i korupcji, stają się oni centrum zainteresowania politycznych oszołomów.

Powstaje organizacja młodych inteligentów Lead or Leave (Kieruj lub Zostaw). Założona przez Roba Nelsona i Jona Cowana miała poprzeć w prawyborach 1992 roku dwóch konserwatystów twierdzących, że aktualne korzyści dla zamożnych, starszych obywateli doprowadzają do bankructwa kraju: Pete Petersona i Rossa Perota.

Organizację tę kojarzono z „pokoleniem X” – miała być wyrazem buntu i niezadowolenia młodych, skierowanego bezpośrednio do nie umiejących ustąpić ze swych stołków „baby boomersów”. W rzeczywistości była jednak bardziej konsekwencją politycznych rozgrywek przedwyborczych, niż głosem młodego pokolenia.

W rok później Lead or Leave pomogła powstać Third Millenium, organizacji skupionej w środowisku college’ów. Odwoływała się ona do legendarnej organizacji Students for a Democratic Society (Studenci na Rzecz Społeczeństwa Demokratycznego) działającej w latach 60. New Left, czyli Nowa Lewica z czasów hippisowskiej rebelii przedstawiała się jako „ludzie pokolenia wychowanego w skromnym komforcie, zauważający minusy odziedziczonego świata”. Trzecie Tysiąclecie skandowało zaś, że jedynym otrzymanym po poprzednim pokoleniu spadkiem jest powiększający się dług narodowy.

I choć X-y woleli się trzymać od brudnej polityki z daleka, szybko postawiono im zadanie – wyciągnięcie amerykańskiej gospodarki z impasu. Pomimo, że młodzi bohaterowie książki Couplanda twierdzili, że nie są „na sprzedaż”, szybko z pokolenia X zaczęto formować produkt gotowy do sprzedaży. Rzeczywistość opisaną w Pokoleniu X zaczęły potwierdzać media, zwłaszcza „Rolling Stone” (wcześniej pismo przypisane „baby boomersom”), „Details” (powstało zresztą specjalnie na tę okazję reklamując się jako „pismo dla X-ów”) i założony w 1985 roku „Spin” Boba Guccione, właściciela „Penthouse’a” (hołdujący później alternatywnej kulturze i zjawisku w muzyce zwanemu „grunge”). Prawie od razu ruszył też do ataku przemysł marketingowy. Co można wciskać ludziom, którzy deklarują się uczestnikami „konsumencko-reklamowej rebelii”, głoszącym nienawiść do reklamowych kłamstw? Okazało się, że coś można, a przynajmniej można zaryzykować.

W 1992 roku wypuszczono na rynek nowy napój alkoholowy o nazwie Skyy Vodka pomysłu Maurica Kanbara z San Francisco, z jawnym nastawieniem na popyt wśród X-ów. Miała ich skusić piękna kobaltowo-niebieska butelka, a przede wszystkim obietnica, że Skyy Vodka nie powoduje porannego kaca. W niedługi czas potem slogany reklamowe okazały się oczywiście obietnicami bez pokrycia i do teraz Skyy Vodka rzeczywiście nie dostarcza porannych bólów głowy o ile … pije się ją z umiarem.

Drugim napojem skierowanym na rynek „generacji X” była OK Soda wprowadzona w niektórych miastach USA w połowie 1994 roku przez koncern Coca Cola. Pomysłodawcą napoju był Sergio Zyman, znany już z podobnych pomysłów (dla New Age’owców stworzył napój o wdzięcznej nazwie Fruitopia). Tym razem, by opanować młody rynek, przypisano owocowej sodzie hasło reklamowe – „Niemyślenie jest przyczyną wszystkiego”, a nawet stworzono specjalną, darmową linię telefoniczną notującą różnego rodzaju komentarze. Matowozielona puszka miała nadruk z przywołującym na myśl próżniaczy tryb życia chłopakiem, autorstwa znanych komiksowych rysowników, Dana Clowesa i Charlesa Burnsa. Mimo hiperreklamy produkcja poniosła zdecydowaną klęskę i w 1995 roku przepakowano ją na „Unikatową wodę owocową”. Dla wszystkich.

Na X-sach oczywiście zaczął pasożytować również rynek tekstylny, promując nowy styl. Estetykę stroju „decade blending” nakreśloną przez Couplanda przechwytują ci z nosem do interesów. Bezładna, pomieszana kombinacja kilku rzeczy z różnych epok daje poczucie indywidualności i niepowtarzalności. Bohaterowie książki o X-ach mówią „kupowanie nie jest twórcze”, a więc wykorzystaj to co masz. Z głową. Pragnienie to, stare jak świat, znowu silniej dochodzi do głosu w czasie, kiedy tak trudno być zauważonym.

Dokładnie w tym samym czasie, kiedy powstawała książka Couplanda, na północno-zachodnim wybrzeżu, w miejscowości Seattle w stanie Washington powstaje zjawisko muzyczne nazwane przez media „grunge” i utożsamiane z buntem pokolenia. Niesforne w swym wyrazie, niezależne, nihilistyczne od samego początku; buntownicze i pełne złości wobec porządku tego świata.

„Dokąd, kurwa, zmierza ten świat?” krzyczy Eddie Vedder, wokalista Pearl Jam na płycie Ten. To jeden z tych zrozpaczonych głosów, który nie może pogodzić się z zastanym światem i nie umie odnaleźć w nim siebie nie łamiąc swoich osobistych, prostych zasad.

Teksty Mudhoney, Nirvany, Soundgarden, Pearl Jam są szczere i proste. Oscylują wokół bezradności, pozornej apatii. Brak stałych, bezwzględnych wartości, autorytetów, brak pracy, która przyniosłaby satysfakcję, a przede wszystkim uzależnienie narkotykowe, picie w knajpach. Z takich oto faktów wyrasta jedna z najpotężniejszych fal muzyki lat 90. Bo tylko pozornie jest dobrze – „Czy jesteś szczęśliwy, bo ja jestem; zadowolony i zupełnie świadomy; forsa, pozycja, to nie dla mnie; ponieważ twoje życie jest puste i ogołocone ze wszystkiego” – wyjaśnia Layne Staley, wokalista Alice in Chains w utworze Junkhead. Temu pokoleniu wystarcza niewiele, bo i niewiele może mieć. Dochodząca do głosu młodzieńcza wrażliwość ciągle stoi w konflikcie ze zdrową kalkulacją wpajaną przez rodziców…

Muzyka z Seattle pociąga za sobą miliony podobnych do siebie ludzi na całym świecie. Niestety, miliony dolarów również, w wyniku czego urasta do rozmiarów totalnego szaleństwa. Zatraca się granica między tym co było naprawdę, a tym co zostało sztucznie napędzone. Naturalność przechodzi w macki szefów od masowej konsumpcji. Przetworzona i przystosowana do masowego odbioru moda grunge przestaje mieć cokolwiek wspólnego ze swymi korzeniami. TV, teledyski, intratne kontrakty fonograficzne, czyli to wszystko, przeciwko czemu grunge wystąpił. Przeciwko brudnym pieniądzom, pozerstwu, modzie, polityce i opakowywaniu gówna w złoty papierek. Grunge upada więc pod naporem własnego ciężaru, choć muzyka z Seattle pozostaje. Koleje losu „generacji X” są podobne.

Zanim jednak do tego doszło, wiadomość o istnieniu pokolenia zwanego X płynąca na grzbiecie muzyki z Seattle, przekroczyła kontynent. Skutki były nieodwracalne. Miliony młodych ludzi na całym świecie w sposobie myślenia młodych Amerykanów odnalazło siebie.

W Polsce, na początku ubiegłego roku w TV pojawia się reklama napoju Sprite zaczynająca się słowami wypowiadanymi przez dziewczynę „Nazywam się X. Kiedy chcę – czytam, kiedy chcę – słucham muzyki…” itd.

W listopadzie 1995 roku zespół Houk nagrał płytę zatytułowaną Generation X sugerując, że pomimo odmienności kontekstu polityczno-społecznego również w Polsce możemy mówić o podobieństwach charakteryzujących współczesną młodzież.

microserf.jpg

Douglas Coupland w lipcu 1995 roku na łamach „Details” napisał: „X był superrynkiem od samego początku; teraz mówię, że X się skończył – przyszedł czas na nowe określenie…. MICROSERFS”.

Na początku 1996 roku, w bardzo niskim nakładzie pojawiło się na rynku księgarskim nowe dzieło autora Generation X zatytułowane – Microserfs (Poddani Microsoftu). Coupland, w formie świetnej, groteskowej fikcji literackiej obnaża mechanizmy rządzące środowiskiem wielkich korporacji komputerowych, zaś młodych uwikłanych w te „sieci” pracowników nazywa Microserfs (ang. „serf” – niewolnik, poddany). Microniewolnicy zdają się być przeciwieństwem X-ów. Praca w takim miejscu nie przypomina przecież mrówczej pracy w McDonaldzie. Harując dla wielkich korporacji zdobywa się prestiż, więcej się zarabia, ma się możliwości awansu. Niestety, ma się również świadomość tego, że niczym nie różni się od innych.

Microserfs poświęcają cały swój czas pracy, przez co zamieniają się w dziwaków. Rytm życia nie wyznacza im ich IBM – to oni sami są zaprogramowanymi komputerami. Ich egzystencja to matematycznie uporządkowany świat będący raczej pozorem prawdziwego życia, przypominający zresztą do złudzenia świat kolegi zza biurka. Ginie indywidualność, naturalność, każdy z nich jest tylko maleńką śrubką w całej naoliwionej machinie. Są ich setki, tysiące, tak samo wyglądający i tak samo anonimowi. Ich towarzyskie kontakty sprowadzają się do przesyłania sobie wiadomości poprzez e-mail, czyli pocztą komputerową.

Ironia autora sprowadza się przede wszystkim do owego ciągłego, jednostajnego elektronicznego porządku i smutnej dewizy microserfa – „dzisiaj robię to, co będę robił jutro”. W takim świecie nie ma miejsca na ludzkie odruchy, uczucia, nie ma nawet buntu, przez co owa drabina kariery po której się wspinają, prowadzi donikąd. Konkluzją Couplanda jest bowiem gorzka myśl, że człowiek jest „niestety” niedoskonałą i mniej dopracowaną wersją robota.

Couplandowi nie udało się jak na razie zdyskontować sukcesu poprzedniej książki. Zasygnalizował jednak kierunek, w jakim podążają współczesne trendy kulturowe. Jego obserwacje mogą być metaforą dotyczącą przyszłości tego świata, w którym pośpiech i anonimowość stają się powoli jedynymi cechami łączącymi ludzkość.

microsiervos-novela.jpg

Fragment książki Douglasa Couplanda „Poddani Mikrosoftu”

Jestem testerem, wyszukuję bugi w Budynku VII. Po drabinie hierarchii zawodowej zacząłem piąć się w Dziale Pomocy dla Klienta (DPdK), gdzie spędziłem sześć miesięcy telefonicznego czyśćca pomagając staruszkom formatować listy prezentów gwiazdkowych w Microsoft Works.

Jak większość pracowników Microsoftu uważam, że jestem zbyt dobrze dostosowany do życia w społeczeństwie, żeby tu pracować, choć mam dwadzieścia sześć lat a mój świat to dom, Microsoft i dom towarowy Costco. Wiem, że w Costco jest tandetnie, ale za to tanio. (…) Jestem kawalerem. Chyba między innymi dlatego, że jest w Microsoft coś, co utrudnia romanse. W zeszłym roku na apple’owskiej światowej konferencji programistów w San Jose poznałem dziewczynę, która pracuje całkiem niedaleko, w Hewlett-Packard przy Autostradzie 90, ale nic z tego nie wyszło. Czasem coś się zacznie, ale zaraz praca angażuje mnie na całego, nie nadążam i wszystko się psuje.

(…)Praca, sen, praca, sen, praca, sen. Znam paru ludzi z Microsoftu, którzy usiłują udawać, że mają własne życie. Niejeden garaż w Redmond skrywa nigdy nie używany kajak, na którym gromadzi się kurz. Gdy ich spytać, co robią z wolnym czasem, odpowiadają: „No… Pływam kajakiem. No właśnie. W wolnym chwilach pływam kajakiem”. Zaraz widać, że udają.

Na sport nie zostaje wiele czasu. Ostatnio moje stosunki z własnym organizmem znacznie się pogorszyły. Dawniej trzy razy na tydzień grywałem w piłkę, a teraz czuję się jak szef leniwego pracownika. Mam wrażenie, że moje ciało to duży, rodzinny samochód, którym wożę wszędzie mój mózg, jak mama z podmiejskiej dzielnicy willowej, zabierająca dzieci na trening hokeja.

Parę razy znudziłem się dziś przy pracy, więc włączałem WinQuote, stały serwis cen Microsoftu w NASDAQ. Była sobota, więc nic się nie zmieniało, ale ciągle o tym zapominałem. Przyzwyczajenie. Może coś drgnie pod wpływem giełd w Tokio albo w Hongkongu?

Większość pracowników zagląda do WinQuote kilka razy dziennie. No, bo jeśli ktoś ma 10.000 akcji (a mnóstwo ludzi ma znacznie więcej) to jeżeli cena wzrośnie o dolca, ten ktoś zarabia dziesięć tysięcy. Prawdziwe psychiczne jojo. W zeszłym roku na prima aprilis ktoś to spuszczał, to podnosił notowania o pięćdziesiąt dolarów. Połowa personelu dostała zawału.

Ja, ponieważ zaczynałem na początkowym stadium łańcucha pokarmowego i przechodziłem przez wszystkie poziomy wtajemniczenia, nie mam tylu akcji co programiści i projektanci systemów, w których na wejściu Microsoft pompuje akcje, ile wlezie. To, co mam, osiągnie pełną wartość dopiero za dwa i pół roku (bo potrzeba na to w sumie cztery i pół roku).(…) Ostatnie notowanie z piątku: zwyżka o 1,75 dolara. Bill ma 78.000.000 akcji, więc jest teraz bogatszy o 135,5 miliona dolarów. Ja akcji prawie nie mam, więc jestem cieniarzem.

Więcej szczegółów o naszym domku, Naszym Domu Źle Wykorzystywanej Ruchliwości.

Ponieważ do domu nie dochodzi prawie słońce, każdą wolną powierzchnię zajmują mchy i porosty. Mamy jedną wiśnię, którą toczy grzyb. Tylna weranda, zbudowana z nie heblowanych desek 2 x 4 gnije sobie powoli, a zasuwane drzwi kuchenne zostały zablokowane kijem hokejowym, by nieświadomi nie zabłąkali się przypadkiem w tę podmiejską otchłań.

Na podjeździe stoi sześć samochodów: wiśniowa Supra Todda (jego całe życie, czyli niewiele), mój pękaty Hornet i cztery pozbawione własnej osobowości, szare Microsoftmobile Lexus, Acura legend i dwa Tauri (tak jajogłowi odmieniają słowo Taurus). Założę się, że gdyby Bill jeździł do pracy gokartem, wszyscy zaraz kupiliby sobie gokarty.

Teraz wnętrze. Każde z nas ma własny pokój. Ponieważ płynność kadr przypomina McDonalda, pokoje wspólne: salon, kuchnia, jadalnia i piwnica są co najmniej mało wyraziste. Akademikowa atmosfera nie sprzyja śmielszym pomysłom dekoratorskim. W salonie stoją dwie pluszowe kanapy, zbyt wielkie i zbyt brzydkie, by zostały zabrane przez dawno już nieobecnych lokatorów. Na zielonym mechatym dywanie walają się:

– 2 nadmuchiwane poduszki plażowe z nadrukiem Microsoft Works
– Jeden 27-calowy telewizor Mitsubishi
– Fiolki z przeróżnymi witaminami
– Kilka zestawów odżywek dla osób z niedowagą (to moje)
– 86 egzemplarzy „McaWEEKa”, ułożonych w porządku chronologicznym przez Buga, który dostaje szału, jeżeli ktoś źle odłoży choćby jeden
– Sześć woreczków z grochem do żonglowania z nadrukiem Microsoft Project 2.0
– Zabawki do gryzienia w kształcie kości – to na wypadek odwiedzin Miszki
– Dwa Power Booki
– Trzy kubki z nadrukiem IKEA; w środku zaschnięty koktajl, który był modny w poprzednim miesiącu
– Dwie 6-kg hantle (to Susan)
– Pudełko po Windows NT
– Trzy czapki baseballowe (dwie Marinersów, jedna A)
– Album na naklejki Battlestar Galactica (Abe’a)
– Sterta książek Todda, wszystkie o tym, jak zmienić własne życie, by zostać kimś! (Jak zasłużyć na więcej niż Okej, Siedem zwyczajów skutecznych ludzi…)

Kuchnia pełna jest sfatygowanych urządzeń z lat siedemdziesiątych, wszystkie w kolorze zgniłozielonym. Za każdym razem, gdy otwiera się lodówkę, trzeba uważać, żeby nie strącić na podłogę przyczepionych do niej małych magnesami zdjęć z naszych zeszłorocznych imprez (format 10 na 15).

(…)Na naszym campusie, na którym, jak w filmie science fiction, rzeczywiście nie ma nikogo, kto nie wyglądałby na 31,2 roku życia, człowiek czuje się jakoś dziwnie. To męczące. Niemal jeszcze tydzień temu cały campus miał świra na punkcie swetrów ze ściągaczem z Gap, a teraz wszyscy kupują identyczne, jasnoszare mieszkania (3 sypialnie, 2 łazienki) we wspólnym bloku w Kirkland.

Poddani Microsoftu już z samej natury skazani są na robienie takich rzeczy, jakie robi się w wieku 31,2 roku: pierwszy dom, pierwsze małżeństwo, kryzys „skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy”, zamiana wozu sportowego na mikrobusik. Parę miesięcy temu zmarł na raka jeden z wiceprezesów Microsoftu, ale zupełnie jakby nie wolno było o tym mówić. I kropka. W pracy nie wolno mówić o trzech sprawach: o śmierci, o zarobkach i o tym, ile kto ma akcji.

Ja mam lat 26 i nie czuję się jeszcze przygotowany na 31,2.

Abe powiedział interesującą rzecz. W naszych czasach ludzie są tak biedni, że lata dziewięćdziesiąte nie będą miały własnego stylu i w ogóle większych osiągnięć w architekturze. Twierdzi, że architekturą naszego dziesięciolecia jest program komputerowy.

Microsoftowcy, jak się dorobią, zaczynają podróżować po całym świecie: Szkocja, Patagonia, Tajlandia… miejsca, w które się jeździ (jeśli się ma kupę forsy). Kupują shakerowskie antyki, Saaby, szkło od Pilchuka, indiańską sztukę ludową i najdroższe, jakie tylko są, Levisy. Ci naj-najbogatsi budują domy marzeń na wyżynie Samamish, pełne elektonicznych zabawek.

Są to w większości wydatki skromne, świeże, radosne. Zauważyłem, że nikt nie kupuje krypt choć kiedyś i na to przyjedzie czas a wtedy będą szmaragdowo-purpurowe, wyłożone rzepem i Gore-Texem.

Douglas Coupland „Poddani Mikrosoftu”, Prószyński i Ska., Warszawa 1997

 

„STANISŁAW LEM – jestem za stary, by zmieniać poglądy”.  Wywiad: Konrad T. Lewandowski, „Machina” lipiec 2000

78746_stanislaw-lem.jpg

 

Moja osobowość całkowicie mnie zadowala i zaspokaja, no, może gdybym mógł się troszeczkę odmłodzić, ale nie za bardzo

Stanisławowi Lemowi nikt nie zadaje pytań o to, jakie lubi filmy, albo czy zgodziłby się wystąpić w reklamie. Wszyscy pytają o przyszłość świata i nowe technologie. My postanowiliśmy złamać to milczenie, a pisarz okazał się rozmowny. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że Lem wciąż ma poczucie humoru, lubi Bunuela i zażywał psylocybinę. Ale to jeszcze nie wszystko. Oto Lem w trzech odsłonach: w okamgnieniu, po namyśle i w wersji instant.
„Machina”: Co ostatnio wyprowadziło pana z równowagi?

– To, co się dzieje w naszym rządzie i w Sejmie. Ogólna głupota polityków, niestety.

Machina: Pierwsza rzecz, na którą zwraca pan uwagę u osoby nowo poznanej?

– Czy jest sympatyczna, co wiąże się wyłącznie z inteligencją.

Machina: Najgorszy film świata?

– Jest olbrzymia ilość najgorszych filmów. Nie do oglądania jest gatunek filmów science fiction, traktujących o wojnach w kosmosie, i namiętne całusy mężczyzn z kobietami.

Machina: Ulubiona scena filmowa?

– W filmie Bunuela, struś wchodzący do mieszczańskiej sypialni, w której leży jakaś para.

Machina: W reklamie czego zgodziłby się pan wystąpić?

– Miałem propozycje; przysyłano mi żyletki Mach-3, ale odmówiłem. Nie nadaję się do reklamowania czegokolwiek.

Machina: Komu chciałby pan uścisnąć dłoń?

– Nie ma takich osób. Niedawno proponowano mi zaznajomienie z premierem, ale podziękowałem za możliwość uściśnięcia dłoni pana premiera. Po prostu nie zależy mi.

stanislaw_lem_portret_10.jpg

Machina: A najgłupsze pytanie zadane panu przez dziennikarza?

– Takich jest wiele, ale najgłupsze to pytania o pierwszą miłość i pierwszą randkę, tak, jakbym wiedział coś na temat tego, co działo się 70 lat temu.

Machina: Idol pańskiej młodości?

– Uważałem wtedy, że najinteligentniejszymi i najmądrzejszymi ludźmi na świecie są profesorowie uniwersyteccy, uważałem ich za kogoś w rodzaju aniołów, czy archaniołów, ale to już mi przeszło…

Machina: Najczęściej powracający sen?

– Ostatnio śniło mi się kilkakrotnie, że mam do zreperowania albo do złożenia jakiś bardzo skomplikowany mechanizm, albo że mam do napisania w obcym języku, nieznanym mi, jakiś artykuł. To są koszmary, dręczące oraz bardzo nieprzyjemne.

Machina: Najlepszy sposób na odreagowanie stresu?

– Nie oglądać telewizji, oczywiście.

Machina: Epoka, w której chciałby pan żyć?

– Jednak wiek XX. Ta epoka po upadku Sowietów i hitleryzmu nie jest najgorsza.

Machina: Nie starożytność czy średniowiecze?

– Pchły, mnóstwo pluskiew, wszy i diabli wiedzą, co jeszcze, po prostu brud, nie, dziękuję!

Machina: A gdyby na jeden dzień mógł pan stać się kimś innym?

– Moja osobowość całkowicie mnie zadowala i zaspokaja, no, może gdybym mógł się troszeczkę odmłodzić, ale nie za bardzo.

Machina: Pierwsza przeczytana samodzielnie książka?

– Wiersze dla dzieci, miałem wtedy 8 lat. Trochę później obie „Księgi dżungli” Kiplinga.

Lem-mieszkanie.jpg

Machina: Pański najlepszy zakup?

– Mój samochód, ma już 20 lat i ponad sto tysięcy kilometrów przebiegu, a nadal jeździ. Oczywiście, mercedes.

Machina: Co by było, gdyby się pan urodził Chińczykiem?

– To bym się powiesił.

Machina: Pana najwcześniejsze wspomnienie?

– Wtedy jeszcze nie mówiłem. W pokoju moich rodziców leżałem w kolebce, a na suficie były stiuki w kształcie liści kasztanu. To był pierwszy widok, który zapadł mi głęboko w pamięć.

Machina: Czy uderzył pan kogoś?

– W gimnazjum nogami jednego z kolegów rozwaliłem umywalkę w klasie. Uczyłem się wtedy nielegalnie jujitsu i judo.

Machina: Narkotyki: zalegalizować czy karać?

– To zależy jakie. Uważam, że niektóre z nich są nieszkodliwe – jak marihuana i haszysz. Natomiast cięższe kalibry, na przykład LSD, powinny być zakazane. Ja pod kontrolą lekarską zażyłem 1 miligram psylocybiny i miałem ciekawe halucynacje, bez przykrych objawów, bo psylocybina była dobrze oczyszczona, ale gdy proponowano mi to drugi raz, odmówiłem. Mnie osobiście narkotyki nie są potrzebne.

Machina: Co uważa pan za swój największy talent?

– Oczywiście, pisanie książek!

Machina: Beletrystycznych czy eseistycznych?

– To tak jakby pytał pan, którą nogę uważam za ważniejszą.

Machina: Jako pisarz-fantasta muszę panu wypomnieć, że jednej nogi, tej beletrystycznej, wyrzekł się pan na początku lat 90…

– Jedno i drugie jest dla mnie jednakowo ważne.

Machina: Czy czuje się pan niedoceniony?

– Nie, tego nie mogę powiedzieć. Biorąc pod uwagę, z jakiej nieprawdopodobnej biedy jako repatriant ze Lwowa musiałem się wydobyć, to, do czego doszedłem – tłumaczenia na 36 języków, 28 mln nakładu, nowe propozycje, na przykład amerykańskich studiów filmowych, nie mogę narzekać. Bardziej odczuwam to, że Stalin i Hitler, cały ten ich system, ukradli mi ładnych parę lat, które mógłbym znacznie lepiej wykorzystać.

Machina: A nie przeszkadza panu nadmiar popularności?

– Od tego mam kosz. Są rozmaite instytucje, które chciałyby zrobić ze mnie swojego członka, ale ja nie mogę być członkiem wszystkich instytucji, które by tego chciały.

LEM PO NAMYŚLE

Machina: Jest pan z wykształcenia lekarzem. Jak się odbyło pańskie przejście od medycyny do cybernetyki? (Cybernetyka – nauka o sterowaniu maszynami i społeczeństwami, uważana pierwotnie za wstęp do budowy sztucznych inteligencji – przyp. KTL)

– Byłem młodszym, półetatowym pracownikiem konwersatorium naukoznawczego, które założył dr Mieczysław Chojnowski w 1946 r. On miał bardzo dobry pomysł, polegający na tym, że zwracał się do wielu instytucji amerykańskich o przysyłanie książek dla wyposzczonej nauki polskiej, między innymi była tam cybernetyka Wienera. Ja te książki pakowałem i wysyłałem do innych uniwersytetów, wcześniej jednak brałem je do domu i przez noc czytałem. Wtedy po raz pierwszy zaznajomiłem się z cybernetyką, która mną wstrząsnęła. Wydawało mi się, że tu się otwiera jakiś nowy świat. To był rok 1948.

Machina: Co było fascynującego w komputerach lat 50.? Wtedy były to jeszcze całkiem niepozorne urządzenia…

– Pierwszym, o którym słyszałem, był Eniac, z lampami katodowymi, olbrzym, który musiał być chłodzony ogromnymi ilościami wody. Potem zaczęła się ta ewolucja, a właściwie rewolucja, która doprowadziła do wielkiego rozlewiska nazywanego Internetem. W Laxenburgu pod Wiedniem jest instytut naukowy, a w nim dwie sale, które mi pokazywano – w jednej panuje nieopisany hałas i szum, stoją w niej komputery poprzednich generacji i wszystkie coś tam młócą. W drugiej jest zupełnie cicho, stoi tam takie nieduże pudełko, wielkości płaskiej maszyny do pisania i ono potrafi robić to wszystko, co tamte w pierwszej sali. Mam tu na biurku majowy „International Herald Tribune”, który donosi, że uczeni amerykańscy rozpoczynają budowę komputerów wielkości ziarnka piasku. Kiedyś pisałem o tym, ale myślałem, że to jest fantazja. Jednak ja osobiście od samego początku broniłem się przed komputerami, używam wciąż tej samej starej maszyny do pisania, na której napisałem wszystkie moje książki. Od początku intrygowała mnie teoria komputerów, a nie ich użytkowanie. Interesowała mnie zwłaszcza odpowiedź na pytanie, czy ewolucja komputerów przybliża nas do sztucznej inteligencji. Kiedyś wierzyłem, że tak jest. Teraz już nie.

Machina: Gdyby mógł się pan zająć ekranizacją jakiejś swojej powieści, którą by pan wybrał i jak to zrobił?

– Amerykanie, wytwórnia Fox, chcą teraz robić remake „Solaris”, ale gdyby to ode mnie zależało, zekranizowałbym Niezwyciężonego. To jest historia batalistyczna, z tym tylko, że nie ma tam dziewcząt – ani ubranych, ani rozebranych – co dla filmowców stanowi wielki minus.

Machina: A co pan sądzi o filmie „Test pilota Pirxa?”

– Okropne! Okropnie niedobre! To mój zmarły przyjaciel namawiał mnie, żebym to dał reżyserowi. Zrobili ten film bardzo ubogimi środkami.

Machina: Porozmawiajmy o pana ostatniej książce, czyli Okamgnieniu.

– Zamierzyłem tę książkę jako konfrontację dokonań współczesnej techniki z tym, co pisałem przed 40 laty w „Summie technologiae”, którą teraz wznawiają Niemcy, bo zauważyli, że jest nadal aktualna.

Machina: Wiele osób, które chwalą Okamgnienie, niewiele z tej książki rozumie. Czy w związku z tym nie czuje się pan bohaterem z „Ferdydurke” Gombrowicza, na zasadzie: „bardzo cenimy Lema, bo Lem wielkim pisarzem jest”?

– Nie, a to dlatego, że żadna książka nie jest dla wszystkich, zwłaszcza te dla dorosłych nie są dla dzieci. Okamgnienie jest pisane dla pewnej kategorii ludzi, którzy potrafią zrozumieć, o co w niej chodzi, szczególnie tych, których zastanawia zegar geologiczny po drugiej stronie, przedstawiający czas istnienia cywilizacji ludzkiej, te kilka sekund, w czasie których zdołaliśmy przejść od jaskiń do technosfery.

Machina: A teraz sprawa autora „Ubika”, Philipa K. Dicka, który nie wierzył w pańskie istnienie…

– Tak, on myślał, że jestem zespołem kilku osób, z których większość jest agentami Związku Sowieckiego. Bardzo zdolny facet, ale, niestety, nadużywał ciężkich narkotyków. Przyczynił się do tego, że wyrzucono mnie z amerykańskiej organizacji Science Fiction Writers. Oficjalne uzasadnienie było takie, że nie mogę być członkiem honorowym, bo jestem wystarczająco bogaty, by płacić normalne składki. Na zapleczu tego wszystkiego stał Dick. Nigdy nie byłem w Stanach, a mimo to wzbudzałem tam niechęć, nigdy to towarzystwo mnie specjalnie nie lubiło. Może uważali, że jestem niezdrową konkurencją?

Machina: Przejdźmy do poważniejszego tematu: pan jest niewierzący, natomiast do religii ma pan stosunek badacza, przygląda się pan temu zjawisku.

– To jest skomplikowane. Uważam, że ludzie muszą wierzyć w coś nadprzyrodzonego i równoprawne są wszystkie religie. Dalajlama jest dla mnie człowiekiem nie mniej wspaniałym niż nasz Papież, czy muzułmanie ze swoim Allahem. We wszystkich wiarach jest wiele rzeczy ważnych i pięknych, w każdej można coś znaleźć. Ja jestem za stary, aby zmieniać poglądy.

Machina: Czy dostrzega pan w praktykowaniu religii jakieś istotne zmiany?

– Zależy gdzie, w Europie Zachodniej panuje wyraźna laicyzacja, w Chinach następuje odrodzenie religijności, przykładem sekta Falung Gong. Jest charakterystyczne, że jeśli wychowuje się dzieci od najwcześniejszych lat w warunkach braku jakiejkolwiek indoktrynacji religijnej, to później taka młodzież jest niechętna jakiejkolwiek religii. To widać w byłej NRD, gdzie nadal istnieje i jest ciągle modny rodzaj świeckiego bierzmowania. Z tego wynika, że dorośli pozostają wierni temu światopoglądowi, w którym zostali wychowani jako dzieci. Religia jest jednak potrzebą serca ludzkiego – żeby było coś, co wykracza poza materialność tego bytu. Niestety, ludzie zbyt łatwo ulegają przesądom, widać to po ilości nowych sekt. Fakt, że mamy w Polsce nawet satanistów, zawsze sprawiał mi wielką przykrość, to prowadzi na okropne bezdroża umysłowe.

Machina: Jeśli nie Bóg, to przypadek, porozmawiajmy zatem o znaczeniu przypadku…

– To kategoria fundamentalna! Kiedyś, rozmawiając z grupą młodych niemieckich filozofów, podałem taki przykład: mój syn ma teraz 33 lata. Gdyby Stalin i Hitler tak gwałtownie się ze sobą nie mocowali, to ja bym nie musiał opuścić Lwowa, wtedy nie mógłbym poznać dziewczyny, która została moją żoną i ten chłopiec nie mógłby przyjść na świat. Ponieważ Hitlerowi i Stalinowi ani w głowie było zajmować się kwestią narodzin takiego czy innego dziecka, to jest kwestia bardzo długiego łańcucha przypadków. Podobnie o przebiegu ewolucji decydują niesamowicie długie serie przypadków, powodujące następne serie, zgodnie z teorią domina. Gdyby u schyłku epoki kredowej nie spadł na ziemię meteoryt, to prawdopodobnie nie wyginęłyby dinozaury, nie mogłyby rozwinąć się ssaki, a w tym ich boczna gałąź zwana hominidami i nie powstałby człowiek.

Machina: Nie zgadzam się! Ssaki miałyby drugą szansę. Gdyby ten meteoryt nie spadł, to dinozaury dotrwałyby do epoki lodowcowej i wtedy w sąsiedztwie lodowców powstałyby chłodne strefy, w których mogłyby się rozwijać i dominować stałocieplne ssaki. Doszłoby do wielkiej konfrontacji gadów i ssaków – „wojny milionletniej”, jak nazwałem to w jednym ze swoich artykułów, wydrukowanych w „Nowej Fantastyce” (cykl „Alternatywy ewolucji”, „NF” 1993 r. – przyp. red.).

– Widzę, że pan też dostrzega rolę przypadków pojawiających się w charakterze zwrotnicy, w różnych miejscach minionego czasu. To wcale nie byłoby takie niemożliwe. Szkoda, że nie próbował wyprowadzić pan swoich pomysłów z zaułka fantastyki na arenę hipotezotwórczej biologii czy paleontologii. Rozważania „co by było gdyby?” nie są tak bardzo odległe od współczesnego, naukowego hipotezotwórstwa, występującego na przykład w kosmologii. To mogłoby dać bardzo ciekawe efekty. Niestety, takie dane pozostają dostępne wąskiemu kręgowi ludzi nie pozbawionych przynajmniej odbiorczej wyobraźni. Widzę, że w panu siedzi zapoznany hipotezotwórca w dziedzinie, nazwijmy to: akcydentalizmu, działającego na przestrzeni milionleci. Mnie się to wydaje bardzo ciekawe.

Rozmawiał: Konrad T. Lewandowski

LEM INSTANT

Urodzony 12 września 1921 r. we Lwowie, z wykształcenia lekarz-położnik, praktykował krótko – przez 6 tygodni w 1948 r., odebrał w tym czasie 28 dzieci, po czym pochłonęła go futurologia i komplikacje porodowe towarzyszące przeciągającym się do dziś narodzinom sztucznej inteligencji. Debiutował w 1946 r. „Człowiekiem z Marsa”. Kolejne ważniejsze powieści science fiction to: „Astronauci” (1951 r.), „Obłok Magellana” (1955 r.), „Solaris” (1961 r.), zbiory opowiadań: „Sezam” (1954 r.), „Dzienniki gwiazdowe” (1957 r.), „Księga robotów” (1961 r.), „Bajki robotów” (1964 r.), „Cyberiada” (1965 r.), „Opowieści o pilocie Pirxie” (1967 r.), „Kongres futurologiczny” (1983 r.). Równolegle rozwijał twórczość eseistyczno-filozoficzną: m.in. „Dialogi” (1957 r.) i wizjonerską, zawierającą ideę rzeczywistości wirtualnych „Summa technologiae” (1964 r.), do której nawiązują wydane ostatnio „Bomba megabitowa” (1999 r.) i „Okamgnienie” (2000 r.). Ponadto powieści głównonurtowe: „Szpital przemienienia”, „Wysoki zamek” i kryminalne: „Śledztwo” i „Katar”. W sumie około 40 tytułów. Lem jest obecnie najbardziej znanym na świecie polskim pisarzem po Henryku Sienkiewiczu. KTL