Śmiech morderców. Breivik i inni – Klaus Theweleit (rozdział: Państwo Islamskie w mediach, 2014)

James Foley Conspiracy Theory_beheads-us-journalist.png
Przestarzały obraz świata, nowoczesne media. Za pomocą kosztownej
strategii propagandowej przeprowadzanej na całym świecie, Państwo Islamskie rozpowszechnia styl życia, którym rządzą brutalne zasady. Internet i media społecznościowe odgrywają przy tym kluczową rolę”[38].

Analiza Christopha Rescha dotycząca autopromocji Państwa Islamskiego w mediach opiera się na reportażu dziennikarza związanego z koncernem medialnym Vice w Nowym Jorku:
Właściwie nie powinno dziwić, że akurat ludziom z Vice udało się przedrzeć do samego jądra ciemności. Nowojorski koncern medialny uchodzi za cool i na czasie – cechy, które Państwo Islamskie, kryjąca się za skrótem IS organizacja terrorystyczna z Syrii i Iraku, chętnie wykorzystałoby dla siebie.

Dziennikarz z Vice dał się zaprosić brutalnym islamistom w charakterze embedded journalist. W reportażu pt. „Pochód Kalifatu” pisze on z samego serca nowo powstałego tworu państwowego jak i z linii frontu. Fakt, że Państwo Islamskie wybrało akurat tworzących w stylu gonzo dziennikarzy z Vice, doskonale wpasowuje się w ich globalną strategię medialną.
Państwo Islamskie zaznacza swoją obecność w każdym zakątku sieci, na Twitterze, Facebooku, Instagramie, na stronach typu justpaste.it, umożliwiających zamieszczenie krótkich notatek, i oczywiście na YouTube. (…) Użytkownik „Aldawlhislam” udostępnia za pośrednictwem witryny okrutne sceny walk, ikoniczną czarną flagę IS, zdjęcia z egzekucji. Wiele z nich poddano zręcznej obróbce za pomocą kolorowych filtrów, krótkie filmy opatrzono natomiast komentarzami i napisami (…), a były niemiecki raper Denis Cuspert alias Abu Talha al-Almani pozwala nakręcić się podczas radosnej bitwy na śnieżki. (…) Z jednej strony filmiki z egzekucji wzbudzają niesamowite przerażenie
na terenach, które IS obrał sobie za następny cel. Z drugiej strony te heroiczne sceny, wśród których nie brakuje również obrazów pełnych beztroski, mają na celu wzbudzić zachwyt wśród młodych ludzi,
pozyskać ich dla dżihadu. (…)

„W ciągu siedmiu lat moich badań zauważyłem rosnącą profesjonalizację działu medialnego IS, szczególnie w zakresie jakości i rozprzestrzeniania materiałów”.

Resch cytuje w tym miejscu lipskiego badacza islamu Christopha Günthera.

Ekspert od spraw Syrii, Ghiath Bilal, dodaje w charakterze wyjaśnienia:

„W Syrii nie ma żadnej oferty zajęć dodatkowych po ukończeniu szkoły, tak jak to ma miejsce w Niemczech. Nie ma kursów pływania, zajęć muzycznych itp. Jest za to IS i jego obozy treningowe. Młodzi ludzie idą więc tam”. (…)

„Zgodnie z oficjalną polityką IS, można wstąpić w jego szeregi od piętnastego roku życia, rekrutacja ma bardzo precyzyjny charakter”, mówi Daniel Gerlach, wydawca niemieckiego magazynu Zenith, zajmującego się Bliskim Wschodem, krajami Maghrebu i światem islamskim. (…) „Dyskusje pokazują po części absurdalny charakter postrzegania świata przez Zachód. To, co robi tutaj IS, jest przecież klasyczną metodą prowadzenia wojny”. Swego rodzaju „kultura przemocy uwieczniana przy pomocy selfie” występuje wszędzie tam, gdzie ludzi pozbawia się zahamowań. „Tak było wśród amerykańskich żołnierzy, którzy pozowali do zdjęć z fragmentami ciał, dokładnie tak”, mówi Gerlach.

„Jedyna różnica polega na tym, że w przypadku IS ma to celowy i uporządkowany charakter”.

Nie trzeba jednak sięgać po przykład Państwa Islamskiego w Iraku lub cel tortur amerykańskich okupantów, by spotkać się ze swego rodzaju fenomenem „kultury przemocy uwiecznianej za pomocą selfie”. Psychoanalityk Sigfried Zepf wskazuje na tzw. happy slapping, zjawisko, które rozprzestrzeniło się w ostatnich latach w europejskich i amerykańskich szkołach. Uczniowie o „narcystycznej osobowości”, których autonomia nie jest „uznawana”[39] przez otoczenie, „sami muszą ją stworzyć i uwidocznić”:

Można to osiągnąć, poniżając innych, pogardzając nimi, umniejszając znaczenie ich egzystencji. Ostatnimi czasy nadaje się do tego celu „happy slapping”. „Happy slapping” to dokonywany przeważnie przez młodzież, nieuzasadniony atak na ofiarę, którą często bije się do nieprzytomności, czasem nawet zabija, a sprawcy nie przejmują się później jej dalszym losem. Z reguły jeden ze współsprawców nagrywa wszystko komórką. Następnie film umieszcza się w Internecie lub rozprzestrzenia za pomocą telefonu. Samo „medium”, według Durrera (2006, s. 22), „nie służy już wyłącznie dokumentacji, lecz stało się podstawą i nieodłączną częścią agresji”.

„Radosne bicie”, organizowane, by nagrać je komórką i pokazać światu. „Aktorów” uprasza się o radosne miny, inaczej slapping nie byłby już happy.

Reprezentatywne dla grupy siedmiu milionów dzieci i młodzieży w wieku od 12 do 19 lat badanie przeprowadzona przez Medienpädagogischer Forschungsbung West (2007) w RFN na 1200 respondentach należących do tej grupy wiekowej wskazuje, że 29% osób posiadający komórki miało styczność z przypadkami filmowania bójek telefonem, a 22% było ich naocznymi świadkami. Wzrost o dwanaście punktów procentowych w porównaniu z rokiem 2006 wskazuje, że liczba przypadków happy slappingu wzrosła niemal dwukrotnie.

Zgodnie z raportem niemal jedna trzecia niemieckich uczniów była więc „świadkami” w 2007 roku. Wstępne szkolenie do dżihadu, które spotkać można na szkolnym boisku za rogiem; u nas i, jak donosi Zepf, szczególnie często w szkołach w Kalifornii, gdzie owe novum elektronicznej formy ekspozycji rozwija się już od jakiegoś czasu.

W artykule pod tytułem „Morderstwo. Zabójcy kierujący się motywami religijnymi lub światopoglądowymi wysyłają formą uśmiercenia swojej ofiary pewien komunikat” autor Robert Misik skupia się na tym, co medialne[40]:

Mamy do czynienia z absolutnie przerażającymi obrazami, a celem ich rozprzestrzeniania jest sianie terroru, jak choćby ścięcie dziennikarza Jamesa Wrighta Foleya przez bojowników Państwa Islamskiego, egzekucja Stevena Sotloffa, a niedawno także brytyjskiego taksówkarza Alana Henninga, który pojechał do Syrii, by dostarczyć środki pomocy. Czy obcinanie głów jest muzułmańską specjalnością, islamskim sposobem zabijania? Miliony muzułmanów, którym nigdy nie przyszło do
głowy, by pozbawić kogoś głowy, na pewno protestowałyby przeciwko takiemu sformułowaniu[41].

(…) Do wątpliwych sukcesów Państwa Islamskiego należy doprowadzenie do perfekcji tej formy egzekucji jako medialnego aktu. Egzekucje dziennikarza Daniela Pearla w Pakistanie lub Nicholasa Berga miały surowy, nieoszlifowany, porażający w swej brutalności charakter, nie można było na to patrzeć. Teraz IS próbuje, jak dowodzi na łamach ZEIT pisarz Clemens J. Setz, przedstawiać egzekucje w sposób jak najbardziej brutalny, lecz jednocześnie „przyjazny dla użytkownika”. Nie wszystko powinno się zobaczyć, nie powinno się słyszeć odpychającego odgłosu miażdżenia ani rzeżącego ulatywania powietrza z płuc. To zmniejszyłoby zasięg. A celem jest zasięg jak największy.
Zabójcy IS uważają, że brutalność wystawiana na widok publiczny im nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie – i mają rację. (…) Nagrania są przesłaniem dla potencjalnych sympatyków, np. młodych muzułmanów żyjących w krajach Zachodu: brutalność jest dowodem na to, że IS nie żartuje, że naprawdę coś robi. Im brutalniej działa, tym większe pokazuje zdecydowanie. Innymi słowy: im brutalniej, tym pobożniej.

Szlachtowanie na obrazku. ZDJĘCIA. Mężczyźnie obcina się głowę. Wiele redakcji nie pokazuje takich zdjęć. A mimo to każdy może je zobaczyć. Paradoks”[42] – uważa Wiebke Schönherr:

Żadne zdjęcie nie poruszyło w tym roku zbiorowej świadomości szybciej i mocniej, niż to
przedstawiające dwóch mężczyzn w pustynnej scenerii. Pierwszy ubrany na czarno, z nożem w ręku, drugi, w pomarańczowym uniformie więźnia z Guantánamo, związany i na kolanach. Morduje się człowieka – a także jego godność.

„Państwo Islamskie” jest nie tylko brutalne, ale i sprytne. Wie, jak doniosłą rolę odgrywa obraz w dzisiejszej medialnej epoce. (…) Zdjęcia są dla IS częścią wojennej strategii.

Wpływ tych zdjęć na opinię publiczną zaprząta myśli wielu autorów.
Jednocześnie niewiele uwagi poświęca się funkcji, którą przypisują im sami bojownicy IS: stymulują wzrost władzy, nadają charakter święta, są radosnym okrzykiem terroru z powodu stabilizacji własnego ciała.

Reklamy

„No i co to za kartofel” Natalia Fiedorczuk-Cieślak (recenzja „Lekkiego Bagażu” Ani Cieplak) – „Książki” marzec 2019

DSC03746.JPG

Jako osoba pozbawiona talentów biznesowych jestem skazana na a) bezlitosny wyzysk mojej twórczej pracy umysłowej, b) pracę dla organizacji non profit bądź na rzecz ogólnie pojmowanego dobra publicznego. Człowiek nie rodzi się ze społecznikowskim skrzywieniem.

Na figurę dorosłego zaangażowanego działacza składa się miks przekonań wpojonych w rodzinie pochodzenia, granie na gitarze podczas ognisk i kominków harcerskich (lub zakochanie się w drużynowym/drużynowej), wieloletni wolontariat na rzecz WOŚP, osobniczy koktajl temperamentu i cech osobowości

Postać społecznicy z niewielkiego przygranicznego miasta jest osią nowej książki Anny Cieplak – pisarki i działaczki społecznej z Cieszyna. Mamy z Cieplak wiele wspólnego: wolontariaty, wnioski o granty, bycie częścią „pokolenia lat zerowych”, które portretowała w nominowanej do Paszportu „Polityki” książce „Lata powyżej zera” (była rewelacyjnym dziewczyńskim manifestem dojrzewania w specyficznym mikroklimacie przemysłowej aglomeracji).

Obie dorastałyśmy zanurzone w dźwiękach tych samych płyt i całowałyśmy się z chłopcami w otoczeniu podobnej małej architektury – za kioskiem Ruchu, przy blokowym trzepaku, na pętli. W podobny sposób rodziła się w nas krytyczna czułość wobec pokolenia własnych rodziców: nieco oszołomionych upojną mgłą transformacji ustrojowej, zagubionych w przełomie. Cieplak jest wnikliwą, ale życzliwą obserwatorką codzienności: zderzeń klas społecznych i problemów dorastających, młodych ludzi.

Tym bardziej zaskakuje trzecia powieść „Lekki bagaż”. Sięgnęłam po nią spokojna zarówno o warsztat autorki: emocjonalny, ale precyzyjny, jak i o umiejętność tkania fabuły w sposób niezauważalnie angażujący. Tymczasem książce, która opowiada o otoczeniu aktualnie Cieplak najbliższym – codzienności splecionej z pracą cieszyńskiej społecznicy Weroniki – czegoś brakuje. Wydaje się wprawką, rozgrzewką, literackim wcześniakiem.

Próbuję analitycznie zidentyfikować poczucie niedosytu i rozczarowania „Lekkim bagażem”. Daleko mi do literackiego krytyka i nie umiem logicznie wypunktować poszczególnych elementów całego obrazka: czy chodzi o język, czy niewyraźną fabułę opartą – świadomie lub nie – na dość naiwnie postawionej tezie.

Cieplak dzieli świat powieści na dwie części. W tym celu adaptuje określenia, które stosowane są w języku wniosków o granty dla działań społecznych realizowanych przez NGO. Beneficjenci i operatorzy, mieszkańcy Broadwayu i mieszkańcy Manhattanu, ludzie korzystający z pomocy społecznej i ludzie decydujący, komu i jak pomagać. Oba światy jawią się jednak jako uproszczone, a w przypadku przedstawicieli podgatunku beneficjentów – nieco wyidealizowane.

*

Mamy tu Dagmarę, młodą i piękną pracownicę baru „Kurczak”, pasjonatkę kulinariów, wolontariuszkę fundacji prowadzonej przez Weronikę, osobę dobrą z natury. Brat Dagmary to typowy „chłopak z osiedla”, który dzięki programowi mieszkań chronionych dla wchodzących w dorosłe życie mieszkańców Broadwayu (tej gorszej dzielnicy miasta) zyskuje normalną pracę i próbuje żyć życiem klasy średniej. Oboje przyjaźnią się z Weroniką i są ważną częścią jej codzienności. Zarówno rodzeństwo, jak środowisko, z którego się wywodzą, narysowane jest grubą kreską: proste dylematy, szlachetne, chociaż niekoniecznie społecznie akceptowane decyzje, duma i coś w rodzaju rycerskiego niemal etosu.

A świat decydentów? Nauczycieli, pomocników, działaczy, samorządowców? Weronika ma być pozytywną bohaterką z dylematem, jednak jawi się jako rozedrgana i pełna niedookreślonych sprzeczności. Bierny Olkowy – współlokator Weroniki, polonista z gastronomika, przypisany najpierw do byłej dziewczyny, której zawdzięcza swoją ksywę, później związany z równie mało wyrazistą Baśką, ostatecznie ląduje w łóżku z główną bohaterką. Jednak z tej kuriozalnej i zabawnej sceny miłosnej nie wynika zupełnie nic. Nawet jeśli kotłująca się na materacu para zostaje przyłapana przez aktualną dziewczynę Olkowego. Pozornie zaangażowany samorządowiec Krystian zdradza z bohaterką swoją żonę, ale i to niczego nie zmienia. Może poza kilkudniowym kryzysem wiary i wartości głównej bohaterki.

*

Język Anny Cieplak jest sążnisty, ale natężenie emocjonalnych kolokwializmów zdaje się trafiać w próżnię niewyraźnie zarysowanych bohaterów i fabuły. Postacie drugoplanowe, jak chociażby pracownicy fundacji „I kropka”, są opisane szkicowo i niedokładnie. Chciałabym wiedzieć, dlaczego Jacek miewa okresową depresję, bo wytłumaczenie, że „tak mają pracownicy NGO-sów”, mi nie wystarcza. Chciałabym poznać szczegóły z życia byłej żony przemocowego policjanta z chorym na tajemniczą chorobę synkiem, która dzieli biuro z Weroniką. Zamiast tego dostaję szczegółowy portret Świeżynki, niemal modelowej „damy w opałach”, księżniczki z blokowiska potajemnie serwującej w osiedlowym barze zdrowe dania podpitym klientom. Chciałabym zapytać, czy wysiłki Dagmary i jej brata, by wydostać się z biedy, uciec od zdegradowanych stosunków międzyludzkich, dorastania w oparach alkoholu, są warte zachodu. Dlaczego mieliby chcieć aspirować do świata klasy średniej, która jawi się tak miałko, nijako i frustrująco?

*

Pierwsze zajęcia z rysunku w domu kultury odbyłam pół roku przed egzaminami do liceum plastycznego. Pierwszy raz miałam rysować postać na formacie większym niż kartka z bloku A3. Płachta brystolu przypięta była do sporej deski opartej o wyplamioną sztalugę. Przykleiłam się do niej na dwie godziny: oś postaci, głowa według książkowych proporcji, ręce. Ściboliłam niestrudzona z ręką przyklejoną do kartki. Zmarły w zeszłym roku Bogdan Marszeniuk, ukochany, acz ostry nauczyciel plastyki w białostockim MDK, zaszedł mnie od tyłu i niemal krzyknął do mojego ucha: „MŁODA, ODEJŚCIE!”. Podskoczyłam przerażona. Pociągnął mnie za ramię do tyłu, tak bym mogła zobaczyć swoje dzieło z odległości kilku kroków. „No i co to za kartofel?” – wycedził z uciechą Marszeniuk.

Postać wyglądała tragicznie: zniekształcona, z za małą głową, jednym ramieniem znacznie grubszym od drugiego, wielkimi stopami „Odejście, młoda… musisz co jakiś czas robić trzy kroki do tyłu i kontrolować proporcje, kompozycję, inaczej wyjdzie kartofel, o». – wskazał palcem na brystol – o, taki”.

Tę radę, słowo w słowo, mam ochotę przekazać Annie Cieplak. Mam wrażenie, że zabrakło jej w tej książce odejścia, dystansu, spojrzenia na powieść w całości, jak na zamknięte dzieło – być może świat, który opisuje, jest jej zbyt bliski, zbyt dla niej codzienny, zbyt teraźniejszy, by umiała spojrzeć na niego z odległości, perspektywy obserwatora. Mam nadzieję, że zbyt lekki bagaż to zaledwie potknięcie przy pracy.

„SODOMA. Hipokryzja i władza w Watykanie” – Frédérick Martel, wyd. Agora (recenzja „Sodoma, czyli Watykan” – „Polityka” nr 9 / 2009)

sodoma-hipokryzja-i-wladza-w-watykanie-b-iext54120476.jpg

Książka Frédéricka Martela opisuje Watykan jako państwo panującego i ukrywanego homoseksualizmu.

Przypadek? Gdy w Watykanie rozpoczął się zwołany przez papieża Franciszka szczyt w sprawie kryzysu pedofilskiego w Kościele, w księgarniach dwudziestu krajów rozpoczęła się sprzedaż książki zestawiającej współczesny Watykan z biblijną Sodomą.

Łącznikiem jest panujący w nich obu homoseksualizm. Autor, Frédéric Martel (ur. 1967), sam jest gejem i działaczem na rzecz praw mniejszości seksualnych, a zarazem socjologiem, pisarzem, dziennikarzem z bardzo dobrym wykształceniem i sporym dorobkiem, a także doświadczeniem współpracy z rządem francuskim.

Jego najnowsza książka „Sodoma”, już przetłumaczona na osiem języków (przekład polski trafi do dystrybucji na początku kwietnia z podtytułem „hipokryzja i władza w Watykanie”), od razu przykuła uwagę.

Zbieg daty publikacji z datą szczytu prowokuje miłośników teorii spiskowych do najdzikszych spekulacji. Że to piarowska operacja „Teamu Franciszka” w obronie jego pontyfikatu przed kościelnym betonem; że jedna wielka insynuacja, zdradzająca kompletną nieznajomość instytucji Kościoła.

Teza książki Martela jest zarazem jasna i kontrowersyjna: w Kościele, a zwłaszcza w Watykanie, wielu, jeśli nie większość, księży i hierarchów to homoseksualiści, którzy z obawy przed zdemaskowaniem swojej orientacji nie robią tego, co powinni w sprawie kryzysu pedofilskiego w Kościele. Z tego lęku przed demaskacją miała wyrosnąć klerykalna „kultura milczenia” o tych przestępstwach. Geje w sutannach żyją w lęku, obłudzie i schizofrenii. Z reguły potępiają publicznie homoseksualizm.

Martel pracował nad książką cztery lata; twierdzi, że rozmawiał w 30 krajach z 50 biskupami, 41 kardynałami, 25 nuncjuszami, a nawet 11 szwajcarskimi gwardzistami papieskimi. Tyle że psychoanaliza zastosowana przez autora nie tłumaczy, czemu niektórzy księża gwałcą też kobiety (w tym dziewczynki i zakonnice). A teza o potężnym lobby gejowskim w Kościele odwraca uwagę od systemowych przyczyn kryzysu pedofilskiego.

Andrzej Mandalian – „Czerwona Orkiestra” wyd. Sic! 1993 (autobiografia)

Okładka książki Czerwona orkiestra.jpg

Na poły liryczną, na poły groteskową opowieść Andrzeja Mandaliana czytałam z zachwytem i poczuciem, że dotykam jakiejś nowej, kompletnie nie znanej mi dotychczas rzeczywistości. Bo proszę wyobrazić sobie nękaną głodem i terrorem Moskwę czasu II wojny światowej, a w niej wrażliwego nastolatka, któremu przed chwilą tryby Wielkiej Czystki porwały oboje rodziców. Na samotność wieku dojrzewania nakłada się samotność wobec sowieckiej machiny biurokratycznej, na cierpienia pierwszej miłości – nuda politycznej indoktrynacji, na egzystencjalne lęki wieku dojrzewania – uporczywy i daremny wysiłek odnalezienia sensu w świecie tego sensu pozbawionym.

 

Bohater tej autobiograficznej opowieści jeszcze nie mówi po polsku i ani mu się śni, że zostanie polskim poetą. Prawdę mówiąc, to w ogóle nie wie, kim jest. Obywatelem ZSRR? Rosjaninem? Ormianinem? Żydem? Po prostu synem komunistów, „zajętych wzniecaniem rewolucji już to w Chinach, już to w Armenii, już to w Hiszpanii”? I co łączy go z Polską, nie od razu skojarzoną z dziwnym językiem, jakim posługiwała się matka w rozmowach z siostrą, i z kilkoma sczytanymi książkami z domowej biblioteki, wydrukowanymi w nieznanym mu alfabecie?

 

Odkrywać to będziemy razem z nim.

 

W PDF-ie:

Andrzej Mandalian – Czerwona Orkiestra

Dorota Masłowska: Polska jest horrorem podszyta (wywiad) „Polityka” 21 maja 2017

Rozmowa z Dorotą Masłowską o podzielonej Polsce, Warszawie, która jest jak Facebook, o uzależnieniu od seriali i wojny.

maslowska_paw_krolowej.jpg

 

Justyna Sobolewska: – W swoich felietonach „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu”, publikowanych wcześniej w Dwutygodniku, opisujesz Polskę wstydliwą.


Dorota Masłowska:
 – Wstydliwą. A z drugiej strony wstydliwe jest też to dzielenie Polski na D, E, F i G. Rzeczywiście opisuję zjawiska kultury jawnie nieoglądalne i niesłuchalne, ale czy chcemy czy nie, one są obecne w naszym życiu. Choćby przez to, że inni Polacy je lubią i one infekują język i mentalność. Ja też mam tendencję do izolowania się i takiego myślenia, że jak pójdę do teatru, to to będzie bardziej twórcze niż oglądanie „Kuchennych rewolucji”. Tymczasem ta kultura nie najlepsza jest często bardziej wielomówna i witalna niż ta najlepsza. Obieg kultury wysokiej jest zamknięty, bawimy się w swoim kółeczku, wymieniając hermetyczne treści, a życie rozgrywa się gdzie indziej.

 

Nawet TVP jest taka witalna?


Ja nie mam telewizora, ale TVP oglądałam kiedyś w hotelu – i miałam wrażenie, że to wniknięcie do jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Ksiądz oprowadzał reporterkę po mieszkaniu, gdzie Jan Paweł II „wzrastał w mądrości” i wszystko było odwrotnie niż w zwykłej nienarodowej telewizji, gdzie ma być szybko i kolorowo, i dużo dżingli. Reportaż toczył się w tempie refleksyjnym, kolory były jesienne, jakby panował tam rok 1987. Na drugim biegunie jest TVN, który pokazuje Polskę, której też nie ma – zoperowanych plastycznie ludzi, fluorescencyjne kolory i moc atrakcji.

 

Piszesz o pomieszaniu, w jakim żyją Polacy, powszechnym kłamstwie i wzajemnym braku zaufania.

To jest książka również o tym. O podziale na my i oni. Próba wniknięcia w inne światy.

 

Z jednej strony widzę to z zewnątrz, z Warszawy, z perspektywy osoby, która zajmuje się sztuką. Z drugiej czuję, że dotykam jakiejś ważnej części swojej jaźni: blok, telewizor i BigBrother to świat, w którym wyrosłam. Pisząc te teksty, z powrotem zaczęłam odczuwać fascynację krajem Polska. Wróciłam do szczęścia obserwowania, rozczytywania kodów językowych, ubraniowych, spożywczych. Jest w tym dużo ekscytacji dziwacznością tego wszystkiego. Polska jest krajem o zaburzonej wspólnocie, społeczeństwo jest bardzo skłócone, napięte, rozwarstwione.

 

Za sprawą polityki kultura okropna wyszła z getta wstydliwości i okazuje się, że disco polo to jest nasza kultura i możemy się nią chwalić za granicą.

To jest akurat bardzo cyniczne. Co innego obserwowanie tej kultury z boku, jako pewnego społecznego lustra, co innego promowanie jej za publiczne pieniądze, które jednak powinny iść na rzeczy wyznaczające pozytywne standardy, a nie cynicznie ciągnąć ludzi w dół. No i disco polo, które zupełnie odjechało już przez ostatnie lata od ludowości, a stało się po prostu jakąś fabryczną muzyką dance o przesłaniu rozrodczym. W tej kulturze okropnej jest jeszcze jeden ciekawy wątek: że ona instynktownie, bardzo prymitywnie, ale wyraźnie obrabia pewne pradawne, obecne w nas mity. We wszystkich programach i serialach, które obejrzałam, pojawiają się te same figury: dobrej blondynki i złej brunetki, sprawiedliwej kary za grzechy, baby, którą diabeł posyła tam, gdzie nie może…

 

Mamy chyba w ogóle zwrot w stronę antyracjonalizmu: zamiast nauki – ziołolecznictwo, bioprądy, ruchy antyszczepionkowców, strach przed szatanem i czarownicami.

Tak, jesteśmy społeczeństwem w kryzysie i te różne neozabobony są tego przejawem. Odreagowujemy nimi różne gwałtowne przemiany. Na przykład emancypacja kobiet, wzrost ich siły politycznej, ekonomicznej – powodują, że bardzo wprost, zwłaszcza w narracji narodowo-katolickiej, powraca określenie „czarownice”. Zrobiło na mnie duże wrażenie też to, co napisała prof. Maria Janion w liście podczas Kongresy Kultury: że to, co się teraz dzieje, to jest powrót do jakichś naszych mrocznych narodowych figur, wykopywania trupów, rozrywania ciał, kultu śmierci, wojny. Na ulicach uderza liczba młodych mężczyzn w strojach paramilitarnych – tak jak gdyby brali udział w jakiejś fantomowej wojnie, wykonywali gesty walki. Może nasze społeczeństwo jest uzależnione od wojny, której stosunkowo dawno nie było.

 

I to się może obrócić przeciwko kobietom. Kobiety posiadające wiedzę, specjalistki w swoich dziedzinach, stają się niebezpieczne.

 

Ciekawie też wpisuje się w to historia żony posła Piaseckiego. Oczywiście dobrze, że to zostało nagłośnione, że to uświadamia ludziom, że jak się słyszy takie coś przez ścianę, to dzwoni się na policję, a nie wkłada zatyczki do uszu. Ale jest też jakaś upiorność w tym, że wszyscy w swoich domach odsłuchają nagranie kaźni tej kobiety, jest w tym jakiś mroczny spektakl dla ludu. I w tej historii podkreśla się też bezustannie, że ofiara była ładna. Ładna, a mimo to bił ją. Gdyby była brzydka, to jeszcze, ale nawet uroda jej nie obroniła. To mi uświadamia, jak niesamowite wdruki nami rządzą i że wszyscy je powielamy, w miastach małych i miastach dużych.

 

Warszawa daje więcej wolności?

 

Jest trochę wstrętnym miastem, ale i jedyną metropolią, gdzie można zaznać jakiejś wolności. Ma dziwną strukturę, gwałtownie się rozrasta, bardzo dużo osób przyjechało z innych miast, żyje tu w oderwaniu, zrywa z tą tradycyjną mentalnością, zaczyna los swojej rodziny jakby od nowa. Ale przez to też Warszawa jest zbiorem wielu gett: jest jak Facebook, żyjesz wśród ludzi podobnych sobie, a z innymi właściwie możesz się mijać, nie komunikować. Można tu żyć, nie mając kontaktu z Polską. I myślę, że trochę z tego też wynika nasza bezradność wobec obecnej sytuacji: można żyć eksterytorialnie, w getcie.

 

Piszesz, że istnieje coś, co łączy te różne światy: nałóg serialowy. Wspólny wszystkim. Oglądamy do świtu z poczuciem, że „samo się nie obejrzy”.

 

No tak, bo mózg zaskakująco łatwo przyzwyczaja się do rzeczy rażących. Nawet jeśli oglądasz „Klan”, to wystarczy parę odcinków przeczekać i przestajesz zwracać uwagę na to, że bohaterowie piją z pustych kubków. Mózg pożąda ciągłości i wielkich narracji. A z drugiej strony najwyższej jakości popkultura to dziś seriale. W dobie mediów społecznościowych świat się tak poszerzył i zogromniał, że małe formy, jak film i książka, przestają go unosić, mieścić. Za to seriale genialnie potrafią opowiedzieć przemianę człowieka na tle zmieniającego się świata. Książka ma na to za długi proces produkcji i promocji.

 

Niektóre książki są jak gotowe seriale, choćby modne i chyba przecenione „Małe życie” Yanagihary.

 

Nienawidzę tej książki, zmarnowała mi tydzień życia. Jechałam kiedyś samochodem, słuchając w radiu jakiejś religijnej niemal audycji, gdzie ludzie dzwonili, płakali i modlili się do bohaterów, a ja najchętniej używałabym jej jako krzesełka na balkon. Te wszystkie opisy gnijących ran, psychicznych i fizycznych, gwałtów, pobić i egzem wykończyły mnie.

 

W twojej książce jest też nostalgiczny rozdział o latach dwutysięcznych, kiedy jeszcze istniała wspólnota artystyczna w Warszawie.

 

No właśnie, kiedy pisałam ten tekst o starej Lampie [chodzi o Lampę i Iskrę Bożą, wydawnictwo, które siedzibę miało w Galerii Raster przy ul. Hożej, ówczesnym centrum życia artystycznego stolicy – red.], uświadomiłam sobie, jak szybko to wszystko przeszło do historii. To było chwilę temu, wspomnienia pozostały wyraźne, ale ten świat już się rozsypał. A raczej – uległ jakiejś transformacji. Był brzydki, ale był też trochę piękny. Ale ja nie mam wrażenia, że wspólnota artystyczna dzisiaj nie istnieje, wydaje mi się, że właśnie przeciwnie: odradzają się formy życia towarzyskiego i publicznego, które były zarzucone, np. te wielkie manifestacje. A z drugiej strony Facebook chyba wielu ludziom daje poczucie obywatelskiego spełnienia: pisanie obwieszczeń i przeklejanie memów wystarczy do poczucia, że „walczę, nie zgadzam się”. Niesamowite jest też to, że w tym szale wycinania i wklejania, takich powielań i rozmnożeń, kompletnie gdzieś zaginęła instytucja prawdy i instytucja faktów. Gazeta „Fakt” będzie musiała zaraz zmienić nazwę na „Parafakt”.

 

I co z tym robić? I jak z tego wyjść?

 

Ale byś się zdziwiła, gdybym powiedziała teraz: słuchaj, trzeba zrobić tak!

 

Zawsze miałaś dystans do mediów.

 

No bo dość wcześnie też doświadczyłam ich dość brutalnej dynamiki. To oczywiste, że media manipulują, wysysają i porzucają. Bardziej mnie zadziwiają ludzie, którzy świadomie pchają się na te ścianki, świadomie publikują zdjęcia ze swoich sypialni. Że bycie upublicznionym to są takie endorfiny i dreszcze, że chcesz jeszcze i jeszcze.

 

Ale piszesz coś?

 

Odpowiem wymijająco, że sytuacja w tej chwili w Polsce jest dla mnie fascynująca, przejmują mnie dreszczem te demony, które powychodziły z ludzi, z ziemi, ze spartaczonych przemian. Polska jest horrorem podszyta, w sensie dosłownym i metaforycznym, jest cmentarzem polskim, żydowskim. To wszystko teraz emanuje. Wcześniej mieliśmy letnią rzeczywistość, która nie stawiała oporu. Jestem ciekawa, czy tylko mnie to tak interesuje czy to będzie powszechne wzmożenie artystyczne? Bo zrobiło się tak dziwnie i psychodelicznie, że paradoksalnie może być z tego ciekawa sztuka.

 

rozmawiała Justyna Sobolewska

 

 

„Poemat odjazdu” – Andrzej Mandalian, wyd. Sic! 2007

poemat odjazdu.jpg

„Poemat odjazdu to misternie skonstruowany poetycki reportaż, którego akcja rozgrywa się na warszawskim Dworcu Centralnym, w miejscu każdym zmysłem czytającego rozpoznawalnym jako znajome i realne, a zarazem w sposób oczywisty będącym metaforą naszej ludzkiej podróży. W jednym oczywiście kierunku.

Wędrujemy z Mandalianem po Centralnym, spotykamy jego wyrzuconych poza nawias wspólnoty mieszkańców (bezdomni, kloszardzi, menele wszelkiej maści, nieodzowna babcia klozetowa, dworcowa prostytutka, babcia opiekująca się kotami) i jest to jakby zstępowanie do kolejnych kręgów dantejskiego piekła, medytacja przy kolejnych stacjach Męki Pańskiej. (…)
Ale nie w samej architektonicznej doskonałości wzniesionej przez Mandaliana poetyckiej budowli, ani też w językowej wirtuozerii autora zamyka się wielkość Poematu odjazdu. I nawet nie w tym, że tyle jest żaru, pasji i życia w tej opowieści o żegnaniu się z życiem. W tym, co jest tajemnicą prawdziwej poezji, która porusza jakieś struny naszej duszy, zbliża do tego, czego nazwać nie umiemy, a czego może nazwać się i nie da, oswaja z tym, co nieuchronne.” – Joanna Szczęsna, Śmierć i powtórne narodziny poety, „Gazeta Wyborcza” z 26.02.2008.

Poemat odjazdu Andrzeja Mandaliana został wybrany polską nominacją w pierwszej edycji nagrody literackiej „Europejski Poeta Wolności”.
Książka nominowana do Nagrody Literackiej NIKE 2008.

Poemat odjazdu znalazł się również w gronie 7 nominowanych do Nagrody Mediów Publicznych Cogito 2008 w dziedzinie literatury pięknej.


Recenzje:

Uważam, że jest to bardzo dobry kawałek poezji. „Poemat odjazdu” to swoisty tomik konceptualny, bo wszystkie utwory w nim zamieszczone łączy to samo miejsce akcji – dworzec, na którym się kogoś odprowadza, czeka na kogoś, choćby ten ktoś miał już nigdy nie przyjechać. Autor, za komuny znany raczej z utworów pisanych w duchu socrealistycznym dzieli się tutaj bardzo osobistymi przeżyciami na temat miłości, przywiązania, pustki i niezrozumienia współczesnego świata.

Szczególnie dobitnie przemawia zamykający zbiór wiersz bez tytułu, a już na pewno ten jego fragment:

„żyjmy – grzeszni – póki krwi w żyłach,
a kiedy już nie da się żyć,
uczyń cud swój, Panie Zastępów: zachowaj nas w pamięci
nie takimi, jacyśmy byli, lecz jakimi chcieliśmy być.”

*

Dworzec jako motyw przewodni tomiku poezji? Jak najbardziej, o czym po mistrzowsku przekonuje nas Andrzej Mandalian. Jego wiersze, jak pociągi, toczą się w różnym tempie po swoich torach. Do jednych chętnie wsiądziemy i damy się im powieźć – są piękne, estetyczne, takie jakie wielu z nas lubi czytać. Inne zdecydowanie jadą bocznym torem, ocierają się o brzydotę życia, ale nawet one mają w sobie coś pociągającego, choćby w samym swoim rytmie. Są też takie, które sugerują, że podmiot liryczny wykupił bilet w jedną stronę, gdyż z podróży, w jaką się udaje nie może być powrotu.

Cały tomik w pdf-ie:

andrzej_mandalian_poemat_odjazdu

„Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” – Barbara Engelking, Jan Grabowski

i-dalej-jest-noc-losy-zydow-w-wybranych-powiatach-okupowanej-polski.jpg

Recenzja:

Po prostu trudna książka o trudnej sprawie.

Sprawie o której nie chcemy rozmawiać

Sprawie którą chcemy zakopać.

Sprawie która dotyka bezpośrednio polskiej duszy i dumy

Sprawie bez której przepracowania nie zbudujemy nowoczesnego społeczeństwa, odpornego na pokusy brutalizacji życia.

Książka to tak naprawdę podsumowanie projektu badawczego i zejście z tematyką zagłady Żydów na poziom polski powiatowej. Autorzy poczynili konkretne założenia.

– analizują w określony sposób konkretne powiaty (w tym wydaniu 9 z nieco ponad 50 które istniały w czasie DWS na terenach GG) – w ten sposób schodzimy do poziomu mikrohistorii.
– analizują celowo obszary wiejskie i małomiasteczkowe – by wyjść z analiz wielkich miast, a skupić się na obszarze gdzie żyło najwięcej Żydów i najwięcej Polaków. Zatem ich doświadczenie było najbardziej dominujące, choć w literaturze było reprezentowane w mniejszości (bo głównie opisywano wielkie getta Łodzi i Warszawy).
– skupienie się na trzecim okresie Zagłady – tzw „Judenjagd”, czyli „Polowaniu na Żydów” – tych którzy uniknęli Aktion Reinhard i podjęli próbę ukrywania się i przetrwania – książka to analiza ich postaw.
– analiza wszystkich efektów, czyli „Zwycięstw” (ocalenie życia), niegodnych (wyłapywanie, mordowanie) i wreszcie obojętnych

Książka dlatego fascynująca bo pisana bez uprzedzeń, po prostu pokazuje twarde dane, takie miasto, tylu Żydów podjęło próby ucieczki, tylu zamordowali Niemcy, tylu uratowali Polacy, tylu wydali chłopi, tylu zabili sami a tylu polskie podziemie – a w końcu o tylu nie wiemy nic.
Tytaniczna i ogromna praca, za który wielki szacunek badaczom. Którzy przy okazji stworzyli narzędzie badawcze, które z powodzeniem można stosować w wypadku innych obszarów.

Wychodzi mnóstwo cech wspólnych (np. 10% Żydów którzy dożyli początku 1942 r – uniknęło Zagłady i podjęło próbę ratowania się i niestety większość z nich zginęła – w tym niestety z dużym udziałem innych Polaków), ale i mnóstwo regionalnych odrębności. Np. Powiat Węgrowski – ludzie tam żyją niejako w cieniu Treblinki i wpływ jej na lokalną społeczność jest szalenie destrukcyjny. Można przecież polować na uciekających z wagonów ludzi…

Są dramatyczne opowieści, przy których nie można nie płakać, ale i inne wobec których wstępuje w człowieka nadzieja. Niestety problem w tym że historie bohaterów którzy ratowali Żydów to historie wyjątkowe, to historie ludzi którzy najbardziej bali się polskich sąsiadów.
Problem w tym że to szalenie ponura opowieść o której nie chcemy pamiętać.

Brak zaś jej społecznego przerobienia powoduje łatwość z jaką postawy wykluczające, przemocowe mogą wrócić. I wracają na naszych oczach.

 

* * *

Straszna i trudna lektura. Straszna, kiedy się studiuje choćby tabele z liczbami: ilu Żydów mieszkało w danym powiecie przed wojną; ilu udało się schronić przed likwidacją gett lub uciec z transportów do obozów zagłady; ilu z tych, którzy uniknęli największej likwidacji, w ramach akcji Reinhardt (1942-1943), nadal walczyło o przeżycie w bunkrach leśnych i schronach przydomowych, na aryjskich papierach, wędrując od wsi do wsi, starając się przekroczyć granicę ze Słowacją, uciec na Węgry; ilu jedyny ratunek upatrywało w znalezieniu zajęcia w obozach pracy; wreszcie, ilu tę walkę przegrało; ilu zamordowali Niemcy z własnej inicjatywy; ilu zginęło dzięki akcjom granatowych policjantów, polskich strażaków czy junaków z Baudienst; ilu zamordowano w wyniku donosów sąsiadów lub byłych opiekunów, kiedy skończyły się pieniądze na opłacanie pomocy; ilu zabili żołnierze podziemia, także po wyzwoleniu; ile wśród ofiar było kobiet, dzieci i starców, mordowanych w pierwszej kolejności…

 

Smutna lektura, kiedy się czyta o dwóch równoległych światach, o serwilizmie i fatalizmie w chłopskich środowiskach, o terrorze i manipulowaniu przez okupanta propagandą strachu, o podtrzymywaniu przez Niemców mitu judeobolszewizmu i podatności nań polskiego podziemia, a także o tyleż nikczemnych co nieskutecznych taktykach przetrwania OD-manów, niektórych członków judenratów i innych żydowskich kolaborantów. Przerażająca jest większość cytatów z pamiętników ofiar i ocalałych, z przesłuchań sprawców i świadków…

Trudna lektura. W dwóch tomach, na 1640 stronach, każdy z dziewięciorga badaczy analizuje jeden powiat Polski południowo-wschodniej. Jest to osiem powiatów z czterech dystryktów Generalnego Gubernatorstwa, cztery z Krakowskiego: Bochnia, Dębica, Miechów, Nowy Targ, dwa z Lubelskiego: Biłgoraj i Łuków, po jednym z Warszawskiego: Węgrów i z Galicji: Złoczów oraz jeden z okręgu Białystok, leżącego poza GG: Bielsk Podlaski. Przy czym, autorzy analizują poszczególne powiaty biorąc pod uwagę ich przedwojenne granice. Złoczów leży dziś na Ukrainie, z analizy powiatu bielskiego wykluczony został obszar należący obecnie do Białorusi, powiat łukowski należał podczas okupacji do powiatu radzyńskiego, bocheński był częścią powiatu krakowskiego, a węgrowski należał do większej jednostki zwanej Sokolow-Wengrow.

Jest to zatem analiza Polski powiatowej, w której strategie przetrwania Żydów, jeden z wiodących wątków książki, różniły się od możliwości, jakie dawały duże miasta. Trudniej było, na przykład, przeżyć na aryjskich papierach, a do miasteczek i wsi praktycznie nie docierała pomoc od takich polskich organizacji jak Żegota (pojedyncze przypadki kontaktów z Żegotą, w tym jeden przez oszusta-donosiciela, przytaczane są jedynie w odniesieniu do dwóch powiatów z dystryktu krakowskiego).

 

Opisywane powiaty, mimo że wszystkie z przewagą ludności rolniczej, mocno różniły się między sobą. Choćby pod względem przedwojennych stosunków polsko- (także ukraińsko- i białorusko-) – żydowskich czy wpływów politycznych i wynikającego z nich natężenia antysemityzmu, a także jeśli chodzi o przebieg działań wojennych, wdrażanie zarządzeń i skład osobowy jednostek administracji okupanta. Największa trudność, przynajmniej dla przeciętnego czytelnika, wynika z powoływania się przez autorów na setki dostępnych źródeł, które rzadko oferują klarowny, całościowy obraz konkretnych sytuacji i wydarzeń oraz ich pełnych uwarunkowań.

 

Bywa i tak, że mnogość źródeł w połączeniu z naukową rzetelnością, która każe badaczom zgłaszać w stosunku do nich wszystkie swoje wątpliwości i zastrzeżenia, czyni wywody trudne do śledzenia. Na mnie, nienawykłej do obcowania z tego typu tekstami, wrażenie największej spójności narracyjnej wywarły opisy powiatów łukowskiego i nowotarskiego. Pierwszy powstał oryginalnie w języku francuskim.

 

Drugi z kolei okazał się swoistym samograjem ze względu na egzotyczną specyfikę regionu, wynikającą przede wszystkim z roli tzw. Goralenvolk. Nie przesądza to bynajmniej o przewadze naukowej tych opracowań nad pozostałymi. We wszystkich jest tak wiele cennych obserwacji i przemyśleń, nie mówiąc już o opisach wydarzeń i ludzkich emocji, że Dalej jest noc jest pozycją, której nikt zainteresowany tematyką Zagłady nie może pominąć.

„Spośród około 140 tys. żydowskich mieszkańców dziewięciu badanych powiatów w 1942 r. przeżyło 2498 osób (1,8%)” – piszą we Wstępie redaktorzy książki, Barbara Engelking i Jan Grabowski. Przytaczają też dane z rozbiciem na poszczególne regiony, omawiają metodologię badań, a także wnioski z nich wynikające.

 

Najsmutniejsza konkluzja brzmi: „Z przeprowadzonych badań jednoznacznie wynika, że na interesujących nas obszarach (z wyłączeniem powiatów bielskiego i złoczowskiego [w których trudno stwierdzić, ilu wśród współodpowiedzialnych sąsiadów było Białorusinów i Ukraińców]) zdecydowana większość próbujących się ratować Żydów – na podstawie przebadanych i zweryfikowanych przypadków – zginęła z rąk polskich bądź też została zabita przy współudziale Polaków.”


Opis wydawcy:

 

Dwutomowe wydawnictwo stanowiące podsumowanie kilkuletniego projektu badawczego realizowanego przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów pt. „Strategie przetrwania Żydów podczas okupacji w Generalnym Gubernatorstwie, 1942-1945. Studium wybranych powiatów”.

Jedną z najważniejszych konkluzji wynikających z kilku lat badań „żydowskich strategii przetrwania” jest bogactwo obserwacji dotyczących stopnia przedsiębiorczości, własnej inicjatywy Żydów w obliczu Zagłady. Uderzają determinacja, mobilność, odwaga, z jaką ofiary podjęły walkę o życie własne oraz najbliższych. Z chwilą rozpoczęcia akcji likwidacyjnych, kiedy mało kto mógł żywić nadal jakiekolwiek złudzenia co do ostatecznych celów polityki niemieckiej, Żydzi zintensyfikowali desperacką walkę o przetrwanie. Z jednej strony w domach oraz pod domami budowano schowki i bunkry, a w podwójnych ścianach i na strychach urządzano przemyślne kryjówki. Z drugiej – nawiązywano kontakty ze stroną aryjską, których celem było znalezienie pomocy i kryjówki. Tam, gdzie było to możliwe, powstawały siatki przerzutu za granicę, zwłaszcza na Słowację i Węgry.

We wszystkich zbadanych przez nas powiatach najwięcej Żydów szukało pomocy nie w miasteczkach, ale w pobliskich wsiach – w domach swoich sąsiadów. Możliwość przetrwania w ogromnym stopniu zależała od chęci pomocy tychże sąsiadów – chrześcijan, od tego, czy byli w stanie przełamać strach wobec zagrożenia, jakie stanowili dla wspólnoty wiejskiej ukrywający się Żydzi. Nie sprzyjały temu obowiązujące normy grupowe, obecny wszędzie antysemityzm ani mechanizmy konformizmu społecznego. Tym bardziej podziwiać należy tych, którzy potrafili przeciwstawić się nie tylko niemieckim przepisom prawnym, lecz także pisanym i niepisanym regułom życia grupowego.

Wymowa liczb jest nieubłagana: dwóch spośród każdych trzech Żydów poszukujących ratunku – zginęło. Zamieszczone w tomach opracowania dostarczają dowodów wskazujących na znaczną – i większą, aniżeli się to dotychczas wydawało – skalę uczestnictwa Polaków w wyniszczeniu żydowskich współobywateli.

Marcin Świetlicki „49 wierszy o wódce i papierosach” Biuro Literackie, premiera jesień 2003

49 wierszy o wódce i papierosach.jpg

 

„To jest poszerzone, przejrzane i poprawione wznowienie książeczki, która ukazała się pierwotnie w roku 1996 jako „37 wierszy o wódce i papierosach”. Od tego czasu było w moim życiu trochę więcej wódki i papierosów, więc nic dziwnego, że tytuł musiał ulec zmianie. Od tego momentu to wydanie jest obowiązujące”.

****

1. Nowy pozytywizm
2. Wtorki
3. Mój pamiętniczku
4. Czwartki
5. Poranna parafia
6. Stary, a na ucieczce
7. Integracyjny paintball
8. Z martwych
9. Różaniec, młynek, wiatraczek
10. Króciutka pijacka piosenka
11. Niedziele
12. M –

Nowy pozytywizm

Przerwali mi a chciałem jeszcze więcej powiedzieć

niż ty chuju. Prawdziwa treść miała zawierać

różne porady, dziewczynko. Porady starszego,

wypalonego mężczyzny, który – wypalony

wciąż jeszcze się wypala. Głos z pogorzeliska,

co jeszcze trochę dymi. Ale mi minęło

i napisałem tylko ty chuju, dziewczynko.

Jest ósma trzy, a ja już od piątej jestem

na nogach i w obliczu słońca chodzę teraz.

Na słońcu czarna plamka podobno, Merkury,

ale nie popatrzyłem, może spojrzę później.

Pochodziłem po mieście, nie spojrzawszy w niebo.

I nie kocham nikogo, lecz kocham to miasto.

Ono mi robi takie rzeczy, których

żadna kobieta by nie potrafiła

i żadna by na pewno nie podjęła się.

A co u ciebie i jak się rozwijasz?

I w którą stronę, aniele? Jak bardzo bym już chciał,

żeby wakacje się skończyły, tyle

tego jeżdżenia, zabijania się

w płockach, warszawach, kielcach,

bytomiach, sopotach, niechże już się skończą

wakacje, niech się skończy ten alkohol i

niech pozytywizm już rozpocznie się.

Bo takie mam marzenie, dziewczynko, by zostać papieżem

nowego pozytywizmu, tym nie byłem jeszcze.

A czego papieżycą byś pragnęła być?

Wtorki

jeżeli wtorek nie będzie w sobie już zawierał wtorku

to nie umrę nie umrzesz autystyczna rozkosz

zostanie zawieszona odreagujemy

to sobie w jakiś sposób wszak twardzi jesteśmy

na zewnątrz jeśli wtorek zostanie zniesiony

i Pan Bóg wyzna że nie było wtorku

że świat powstawał zaledwie przez sześć dni

to i tak zwyciężymy heretycka wioska

na heretyckiej wyspie zostanie nazwana

wtorek jeśli zdobędziemy

wizy to jutro będziemy już tam

mam już pomysł na hymn i na godło

Mój pamiętniczku

Zapominam zapomnieć. Zapomniałem o tym,

że tak kiedyś skończyłem. Zaczynani na nowo

– zapominam zapomnieć. Pamiętne kłopoty

ożywają jak w filmie, co na półce HORROR

leży w wypożyczalni. Wstają oto zwłoki

kłopotów i żądania wysuwają oto

ponownie, znowu trzeba osikowym kołkiem

unicestwiać, a potem zapomnieć zapomnieć.

Wiec tak właśnie skończyłeś? Tak właśnie skończyłem

– mówię i nie pamiętam, że już to mówiłem

w tym miejscu, w innym czasie. Pamiętam jedynie

wzór tapet,

mój pamiętniczku,

wzór tapet.

Czwartki

Lektury wzięte w podróż: Choromański „W rzecz

wstąpić”, Bloch „Psychoza” i Tkaczyszyn-Dycki

„Przyczynek do nauki o nieistnieniu”, wszystko

z przeszłości, bo podróż zazwyczaj

to jest cofanie filmu, zwłaszcza kiedy jedzie

się tyłem do kierunku, czwartek, miesiąc kwiecień,

niektóre liście już się decydują,

niektóre jeszcze się zastanawiają.

Oprócz książek w plecaku jest prezent od Ewy

– płyta z hamburskich koncertów the Beatles,

brakujący element. Jeszcze zanim peron

– to papierosa, potem się obejrzeć,

zobaczyć, rzadko, coraz rzadziej się

dostrzega, a tu – proszę – zobaczyło się.

Sklejam urwany film, otwieram

list zaklejony.

Poranna parafia

Podłogi, z płaszcza łóżko, a ze swetra kołdra.
Dumnie sierść zwierząt domowych noszona
na ubraniach człowieczych, uzezwierzęcenie
ładne i delikatne, zwierzenia przezsenne.

Tu jest moja parafia, tu jest mój kontynent.
Pierwsze słońce wbrew starej, czarnej, twardej zimie.
Tu jestem ja, mężczyzna, nie mam już powodu,
by się więcej ukrywać wobec słońca wschodu,

wobec kamienic, wobec kobiet, wobec
tego, do czego trzeba do wieczora dobiec.

 

 

Stary, a na ucieczce

Stary, a na ucieczce, niedojrzale, aż się
pokrzywiają i patrzą z wyrazem odrazy,
stary, a na ucieczce, szatan mu pościelił
w piwnicy, arcybiskup aż sporządził donos
na niego, stary, a tak lekceważny,
rozprzestrzeniony, rozwiany,
który płynie płonąc.

 

 

Integracyjny paintball

Lepsza bielizna, dni jakby jaśniejsze,

głód dekadencji, lecz trzeba by było

robić to z głową, nauczyć się spadać,

lecz na firmowe poduszki,

ludziom w oczy patrzeć

i jeśli za rękę trzymać, to rękę właściwą

– i nawet przez sen kontrolować się,

są podręczniki traktujące o tym,

no, nieźle kombinujesz, lecz popracuj trochę

jeszcze nad tym grymasem,

z którym na mnie patrzysz,

niech będzie doskonalszy.

 

 

Z martwych

Nowe życie wymaga nowych kobiet. Oto

wyobraźnia już tłoczy obrazy pośladków,

klęsk, brudnych nóg i włosów,

piegów, kosmetyków.

Nowe życie i wiele rozmów typu „martwię

się o ciebie”, odbytych po to, by sumienie

nasycić, nowe życie, noc wypiera noc,

pogrzeb na wyścigi z pogrzebem.

Kiedyś się zdecyduje, teraz jeżdżę, nie wiem,

wrócę, jeżeli spełni wreszcie się

mój jedyny warunek, skoro prawa nie mam

do stawiania warunków, postawię sam sobie

wódkę, warunek wysłowię, nie usłyszę go.

 

 

Różaniec, młynek, wiatraczek

Nie opiekuję się twoim mężczyzną
pod twoją nieobecność, nie odżywiam go
właściwie, odprowadzam go do obcych kobiet,

a on je krzywdzi, obiecując to,
co obiecał już tobie;

nie opiekuję się twoim mężczyzną,
to jakiś byt, którego nie powinno tu być,
trzymam go w płytkim, wciąż otwartym grobie,

śpiewa stamtąd króciutką pijacką piosenkę.

 

 

Króciutka pijacka piosenka

Post się gryzie z karnawałem.

Miałem umrzeć, nie umiałem.

Miałem umrzeć, nie zdążyłem.

Miałem umrzeć, nie trafiłem.

Niedziele

Ten kalendarzyk, litery i cyfry

poprzemieszane, pleśń pieśni, przepieszczone frazy,

należy kiedyś z papierów pośmiertnych

wyjąć ten kalendarzyk,

l śpię. l ucho naderwane mam, o,

pamięć dziurawa drukuje obrazy

dziurawe we śnie – i jeżeli patrzysz,

to tylko siebie możesz tu zobaczyć.

M –

W końcu, wiedzeni Bożym kaprysem, przestaną

gonić tego ćwierćludzia, kiedyś przecież trzeba

zakończyć tę historie, zatrzymać to koło,

koło pogoni, sądu. wyroku i kary,

winy już nie ma, zbrodnia się zatarła

przez wielokrotne powtarzanie, sprana

wina aż do białości, w końcu niewidomy

nie rozpozna melodii, nie wskaże zbrodniarza.

Ta wiosna może jest mirażem, może

jest łatwym wyjściem, łatwym podejrzanie,

gdzieś się znaleźć, w jakimś się znów umieścić ciele,

ostrożnie wyjść i wolno poraczkować w stronę

szkoły, o kościół jakiś na chwile zawadzić,

do wojska umiejętnie nie iść, umieć

i kochać, posiąść jakieś przydatne rzemiosło

i nowy wszechświat umiejętnie posiąść.

wreszcie być podobnym do odbicia w lustrze

uderzająco, donikąd nie uciec,

pozostać, mieć cień wreszcie i pieniądze

szanować, zbierać je na ludzki pogrzeb.

obserwować jak narasta jasność.

„TechGnoza” Erik Davis (fragment: sekta Bramy Niebios – serial „Star Trek” – Marshall McLuhan – UFO – kino science-fiction – globalna sieć – multiwersum)

techgnosis.jpg

Wiele fi­lozofii i tradycji religijnych, zwłaszcza tych roztropniejszych pod względem egzystencjalnym, zarazem uznaje istnienie tego zaświatowego impulsu, jak i stara się go utemperować, wpro­wadzając pragnienie transcendencji w zrównoważony układ pomiędzy rzeczywistymi ograniczeniami cielesnego życia a rze­czywistymi możliwościami samorozwoju. Lecz w chaosie post­modernistycznego życia, którego przyspieszone tempo i me­dialne burze pozbawiają nas wszelkiego naturalnego balastu, jaki kiedyś utrzymywał nasze ja w nienaruszonym stanie, ów transcendentalny impuls łatwo może ulec wypaczeniu – prze­chodząc w technoutopistyczne fantazje, złudzenia New Age albo, w najgorszym wypadku, w przepaść zbiorowego samo­bójstwa.

 

Wyższy poziom

 

Wiosną 1997 r., gdy chrześcijanie obchodzili zmartwychwsta­nie Chrystusa, a na niebie błyszczała kometa Hale’a-Boppa, trzydzieścioro dziewięcioro mnichów i mniszek sekty Bramy Niebios zabiło się śmiercionośną mieszanką wódki i fenobarbitalu w nadziei, że zabierze ich statek kosmiczny, który, jak wierzyli, płynie w kometarnym pyle. Obok fantastycznonaukowej wiary, najbardziej zaskakującym z przekonań sekty było ich gnostyckie wyrzeczenie się ciała: ich unikająca ekscytacji moda i poszukiwanie aseksualnej androgynii, wiara, że ciała są jednorazowymi „wehikułami” lub „naczyniami” dla kosmicz­nej duszy, oraz ich (czasem dosłownie) samokastrujące odrzucenie fizycznej bliskości.

 

Sekta Bram Niebios ze swymi ścisłymi ślubami czystości i samowyrzeczenia oraz ostrym metafi­zycznym klinem wbitym między ciało i umysł przypominała raczej jakąś przeniesioną w czasy New Age starożytną grupkę zrzędliwych, tęskniących za wyzwoleniem mnichów.

 

Sekta Bramy Niebios zaczęła działać we wczesnych latach siedemdziesiątych, gdy fala kultów związanych z latającymi spodkami zajęła wyjałowioną próżnię duchową, jaka pozosta­ła po załamaniu się utopii kontrkultury. Posługując się imionami Bo i Peep, albo po prostu Dwoje, Marshall Applewhite i jego platoniczna przyjaciółka Bonnie Nettles przyciągnęli pewną liczbę zwolenników, z których niektórzy pozostali z ni­mi do samego końca.

 

Kładąc nacisk na ścisłą dyscyplinę oraz odrzucenie emocji i większości pragnień, zachęcali członków sekty, by przestali się utożsamiać ze swymi zwykłymi cechami osobowości i przenieśli swą uwagę na „poziom ponadludzki”. Ani ta wojująca taktyka przebudzania, ani obietnica Dwójki, iż wkrótce wyląduje macierzysty statek kosmiczny, nie były w tym okresie czymś wyjątkowym. Lecz w 1997 r. Applewhite i najściślejsze grono jego zwolenników śmiało zdecydowało się pójść tam, dokąd przedtem nie poszli przedstawiciele żadnych sekt ufologicznych: przez wrota zbiorowego unicestwienia do wyzwolenia przez wędrującą gwiazdę.

 

Po drodze sekta przebiła się do samego rdzenia popularnej świadomości zbiorowej, nadającej swą paplaninę na całym świecie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. W tej nowej psychicznej geografii inforozrywki nic nie jest bardziej upra­gnione niż wydarzenie medialne: spektakl informacyjny, któ­ry znajduje oddźwięk w masowej wyobraźni, który budzi zain­teresowanie wszystkich, który może zdominować wszystkie kanały z siłą filmowej superprodukcji.

 

Zbiorowe samobójstwo członków sekty było z pewnością takim wydarzeniem i przyciągnęło naszą uwagę, ponieważ odzwierciedlało cały kalejdo­skop obsesji naszej kultury i manii medialnych wiosny roku 1997: UFO, stapianie się płci, kometa Hale’a-Boppa, kompu­tery, prawo do samobójstwa, Star Trek, kult wydajności, rezy­dencje bogatych. Nawet nowe czarne buty Nike, które widać było tak wyraźnie na policyjnych filmach z miejsca wydarzeń, sprawiały wrażenie tendencyjnej reklamy produktów danej marki, typowej dla hollywoodzkich filmów.

 

Samobójstwa dały także mediom okazję do bredzenia na temat Internetu, ich zuchwałego rywala we współzawodnic­twie o przyciągnięcie uwagi publiczności. Ponieważ sekta two­rzyła witryny internetowe dla siebie i na zamówienia klien­tów oraz posiadała w swych szeregach ludzi zawodowo zajmujących się komputerami, niemal natychmiast ochrzczono ją mianem „sekty internetowej” – określenie raczej niesprawiedliwe, jeśli weźmiemy pod uwagę, że Internet nie odgrywał szczególnej roli w ich kosmologii i że większa część członków zapisała się na długo przed tym, zanim grupa zwróciła się w stronę World Wide Web jako źródła dochodu i środka szerze­nia swej nauki.

 

Lecz nie powstrzymało to gadających głów od sypania wątpliwymi twierdzeniami na temat nieokiełznanej sieciowej działalności sekt i łatwości „rekrutacji” przy użyciu Usenetu i IRC. Doniesienia na temat Bram Niebios sprawiły, że w oczach ludzi już i tak obawiających się cyberprzestrzeni lub też nic o niej nie wiedzących Sieć stała się zagrożeniem duchowym, a nie tylko zagrożeniem moralnym i politycznym, wywołanym przez konserwatywne grupy poszukujące sieciowej pornografii i przepisów na bomby.

 

W obliczu tego ataku – i zdając sobie sprawę, że otwarta struktura Sieci podkopuje ten rodzaj kontroli informacji, od któ­rego uzależnione są prawdziwe sekty — wielu cyfrowych aktywistów przeszło do ofensywy i oznajmiło, iż nie można winić Sieci, ponieważ jest ona jedynie narzędziem”. Ich zamiary były chwalebne, lecz taki głodny kawałek nie wystarczy.

 

Sieć nie jest narzędziem; jest – McLuhan wybaczy – środowiskiem, rezonującym wzmacniaczem psychicznym, który między in­nymi znosi bariery oddzielające centrum od obrzeży, wiado­mości od plotek, opinie od reklam, prawdę od złudzeń. Spra­wia to, że staje się ona wielką wylęgarnią alternatywnych opisów rzeczywistości, subkultur i owych zaraźliwych wirusów umysłu, które niektórzy nazywają „memami”.

 

Społeczność sie­ciowa, nie przywiązana do wspólnej wizji przestrzeni społecz­nej i wspólnej kultury intelektualnej, staje się siedliskiem ożywionej aktywności dla grup zainteresowań, fanów, informa­cyjnych maniaków, sztucznie stworzonych nisz rynkowych i wirtualnych wspólnot samotnych dusz. Według określenia Tima Bernersa-Lee, twórcy WWW, Sieć pozwala ludziom „wyżłobić sobie w kulturze pieczarę, z której nie mogą się wydo­stać”. W tym sensie Sieć wciela mroczne przeczucia, które niemal przed wiekiem wyraził Henry Adams z myślą o przy­szłości rządzonej przez dynamo: że wcale nie zamieszkujemy uniwersum, lecz multiwersum.

 

Multiwersum jest fajne w komiksach, ale jako obszar do nawigacji jest także niebezpieczne i trudne. Ponieważ Sieć w coraz większym stopniu zapośrednicza nasze widzenie świa­ta, jak również działalność społeczną i ekonomiczną, może się więc zdarzyć, że poznamy ten oszałamiający stan z autopsji. Bo równolegle do tego, że Sieć tworzy powiązania pomiędzy różnymi światopoglądami i zachęca nas do skakania po kana­łach rozmaitych zapętlonych zwojów zbiorowego umysłu, tech­nologia może stworzyć w rzeczywistości konsensusu rozdarcie tak wielkie jak dziura ozonowa nad Antarktyką. Już teraz wi­dać biegunkę: kawały i plotki rodzą prawdziwą wiarę, światopoglądy zamieniają się w światy, a kiepskie idee opanowują równie kiepskie umysły.

 

Nie utrzymywane już w ryzach przez wydawców, prawników czy ślimacze tempo zwykłej poczty ano­nimowe i bezpodstawne twierdzenia zarówno powstające spontanicznie, jaki specjalnie fabrykowane, krążą jak błędne ogniki po środowisku informacyjnym, zmuszając instytucje do oficjal­nych reakcji, a poważnych dziennikarzy do uznawania pogło­sek za wiadomości. Wymieniając plotki przy studni w naszej globalnej wiosce, wzmocniliśmy już szeptaninę o złych wiru­sach komputerowych, kokainowych łącznikach CIA, odrzutow­cach TWA strąconych przez nasze wojska, rządowych spiskach w Oklahomie i bazach danych Lexis-Nexis, które podają nu­mer twojego ubezpieczenia społecznego i panieńskie nazwisko twojej matki.

 

Sieć jest z natury rodzajem maszyny spiskowej, mechanizmem ułatwiającym zataczanie coraz szerszych krę­gów różnym spekulacjom, synchronistycznym powiązaniom i dziwnym kontrastom. Specjalna „subkulturowa wyszukiwarka” o nazwie Disinformation używa nawet przypominającego Yahoo systemu filtrów do znajdowania w Sieci mrocznych in­tryg, zwariowanych kosmologii, rewizjonistycznych wersji hi­storii oraz najnowszych znaków i zwiastunów.

 

Nie jest więc zupełnym przypadkiem, że co najmniej jedna członkini Bram Niebios, Yvonne McCurdy-Hill, weszła na po­kład ekspresu Hale’a-Boppa poprzez portal przeglądarki internetowej. Nie dlatego, by sekta ograniczała swój prozelityzm medialny do rynku sieciowego. Członkowie grupy, przekonani, że siły Lucyfera biorą górę i że wkrótce cała planeta zosta­nie rozorana, spędzili swe ostatnie lata, usiłując przepchać swe memy przez ile tylko się da kanałów informacyjnych. Wykupi­li całą stronę w „USA Today”, parali się przekazami satelitar­nymi, wypuszczali broszury i ulotki, rozprowadzali taśmy wi­deo, zasypywali Usenet i urozmaicali swe własne nabite informacjami strony internetowe za pomocą najnowszych apletów Javy. Lecz najzręczniejszym ich wyczynem było medialne zwy­cięstwo zza grobu.

 

Żyjący i nadal wierzący Rio DiAngelo po­wiedział „Newsweekowi”, że jego towarzysze byliby „dumni” z całego szumu, jaki wywołało ich samobójstwo: „Oni naprawdę chcieli, żeby cały świat poznał te informacje, ale nie mogli ich ogłosić. Nikt by ich nie słuchał. Myślę, że byliby szczęśliwi”208. Najbardziej intensywną reklamą alternatywnej wizji świata sekty były jej ostatnie przesłania: garść pożegnalnych komunikatów, nagranych na kasety wideo w ostatnich dniach przed odej­ściem. Wiedząc, że dokumenty te trafią do telewizji, członkowie sekty patrzyli prosto do kamery i zwracali się do nas, nasyco­nych mediami członków cywilizacji, którą porzucili jako straconą sprawę. Jak wyjaśnił Darwin Lee Johnson w jednej z przemów:

 

Wiemy, że różni wykrętni rzecznicy, ludzie, których profesją jest szydzenie z innych, będą atakowali to, co robimy. (…) Powie­dzą, że jesteśmy szaleni, że jesteśmy zahipnotyzowani. (…) My wiemy, że to nieprawda, ale skąd wy macie to wiedzieć?

 

To jest oczywiście pytanie za milion dolarów, lecz w zesta­wieniu z nadętym psychobełkotem dotyczącym kontroli umy­słów, odbębnianym przez większość „ekspertów od sekt” w tele­wizyjnych wiadomościach, taśmy skutecznie naruszyły zwycza­jową rutynę. Dały one bardzo ludzki, choć głęboko wstrząsający, obraz tego, co jeden z byłych członków nazwał „najbardziej nie­zwykłym eksperymentem socjologicznym, jaki tylko można sobie wyobrazić”.

 

Taśmy sugerowały także to, co potwierdziły późniejsze ra­porty: że Bramy Niebios miały w swych szeregach dość zago­rzałych fanów science fiction, przynajmniej z odłamu mające­go obsesję na punkcie produktów hollywoodzkiej fabryki snów. Siedząc na przydzielonych miejscach przed 72-calowym wspól­nym telewizorem, członkowie sekty raczyli się Z archiwum X i różnymi odmianami Star Trek oraz uzupełniali swą dietę filmami puszczanymi na wideo, takimi jak Kokon, Bliskie spotkania trzeciego stopnia i trylogia Gwiezdne wojny. Obok bu­tów Nike najbardziej godnym uwagi elementem samobójczych kostiumów grupy były trójkątne naszywki na ramionach z na­pisem „Away Team” [Oddział zwiadowczy] – co w żargonie Star Trek oznacza wysyłane na planety małe patrole. Szczególnie niesamowita była obecność wśród zmarłych Thomasa Nicholsa, brata Nichelle Nichols, która grała rolę oficera łącznościowe­go, porucznik Uhury, w pierwszej serii Star Trek i która obec­nie reklamuje w telewizji gorącą linię pomocy psychologicznej.

 

Kapitan Applewhite i Away Team nie traktowali jednak ste­reotypów tego gatunku tak dosłownie, jak przypuszczano. Przy­znawali się do niewiedzy co do tego, czy skończą w niebie, w innym wymiarze czy na mostku statku gwiezdnego. Jeden z ich długich sieciowych tekstów dowodzi także, że sekta świado­mie wykorzystała „żargon Star Trek”, aby przekazać swe apo­kaliptyczne przekonania religijne świeckim umysłom zanurzo­nym w kulturze masowej. Ostatecznie wierność science fiction wobec nauki bardzo często jest pomniejszana lub nawet przy­ćmiewana przez typową dla tego gatunku eksplorację odwiecz­nej tęsknoty ludzkości do symboli, kosmologii i przełomu poznawczego. Nawet umiarkowana fantastyka naukowa może czasem wyrażać zapatrywania mistyczne, a nawet gnostyckie; w Imperium kontratakuje pomarszczony guru Yoda bul­gocze do Luke’a Skywalkera: „Świetliste z nas istoty, nie suro­wa materia”. Słysząc to, trudno nie wyobrażać sobie akolitów Bram Niebios stłoczonych wokół telewizora na parę tygodni przed samobójstwem, cieszących się w duchu, że stary muppet potwierdza ich najgłębsze przekonania.

 

Najbardziej godne uwagi zastosowanie gnostyckich meta­for fantastycznonaukowych znajduje się na pożegnalnej ta­śmie wideo Dennisa Johnsona, nadanej w „Nightline” wkrótce po samobójstwie. Czterdziestodwuletni eks-gitarzysta rocko­wy twierdzi na niej, że „odłożenie tych ludzkich ciał, które zo­stały wypożyczone do tego zadania” będzie równie proste jak zejście z holodeku w Star Trek: Następnym pokoleniu – holograficznej sali wirtualnej rzeczywistości, gdzie załoga spędza­ła całe godziny w sztucznych światach albo na wykonywaniu ćwiczeń. Johnson mówi dalej:

 

Wyliczyliśmy to matematycznie (…), ćwiczyliśmy na holodeku przez mniej więcej trzydzieści minut i już pora przestać. Gra skończona. Przyszedł czas sprawdzić w praktyce to, czego się nauczyliśmy. A więc zdejmujemy hełm rzeczywistości wirtualnej, odstawiamy wehikuł użyty do tego zadania. Przestajemy się nim zajmować, wracamy z holodeku do rzeczywistości, aby dołączyć do innych członków załogi na statku, w niebiosach. Możesz to nazywać innym wymiarem, inną rzeczywistością, kto wie? Trzymano nas tu w niewiedzy, która jest takim stanem, jakiego moż­na oczekiwać w przypadku tych pojazdów.

 

Johnson kończy swą szczególną przemowę, podkreślając, że grupa z nadzieją czeka na swe zbiorowe samobójstwo, z tej prostej przyczyny, iż nie utożsamiają się oni ze swymi ciałami. „Gdybyście tylko mogli spojrzeć na to w ten sposób – błaga – gdybyście tylko mogli troszeczkę wniknąć w przestrzeń na­szych głów i zobaczyć, jacy jesteśmy szczęśliwi, jak mocno przekonani do tego, co robimy, jak zaangażowani”. Język Johnsona jest tu interesujący, ponieważ „przestrzeń głowy” [head-space] to idiomatyczne na Zachodnim Wybrzeżu określenie oznaczające punkt widzenia drugiej osoby, ale jednocześnie przedostanie się do takiej przestrzeni stanowi znakomity opis rzeczywistości wirtualnej, technologii, która odegrała znaczącą rolę w gnostyckich wyobrażeniach sekty.

 

str. 308 – 314