„Wspomnienia gastarbeitera z Brukseli – styczeń ’19”

DSC03252.JPG

 

Doświadczyłem ostatnio ciekawego kontrastu. Opuściłem swoje ukochane nadburzańskie Mierzwice aby popracować kilka tygodni w stolicy Unii Europejskiej czyli Brukselii. W trakcie pobytu spisywałem swoje różne przemyślenia, sny oraz inne rzeczy, które mi się tam przydarzały. W zasadzie jest to jakaś forma dziennika, bloga.

Jako, że przezornie zabrałem ze sobą mały notebook, miałem większą ochotę, aby codziennie przynajmniej kilkanaście zdań zapisać. Pomógł mi też przymusowy detoks od internetu i facebooka.

Co jakiś czas robiłem też zdjęcia (już nie tak obsesyjnie i łapczywie jak w Cieszynie), gdyż bez aparatu w zasadzie nie udaję się w żadną dalszą podróż. Ta wyprawa do Belgii była chyba jedną z piękniejszych i ważniejszych w moim życiu. Byłem tam po raz drugi. Tym razem nie w celach turystycznych, ale jak to mówią u nas „za chlebem”.

Może tak się lepiej podróżuje, bo mimo pracy jest też więcej czasu do namysłu w oderwaniu od polskich realiów.

„Wspomnienia gastarbeitera z Brukseli – styczeń ’19”.

Dziś pierwszy dzień w pracy po przyjeździe do Brukseli. Za oknem słychać głosy, pewnie jakiś arabów lub murzynów których jest tu bardzo wielu. Gdy wyglądam przez okno na drugim piętrze starej kamienicy widzę turecki kebab. Dziś w nim byłem. Zamawiałem po angielsku, jedynie „Bonjour” na przywitanie sobie przypomniałem. Kebab kosztował 4.5 euro, czyli niedrogo. Był z frytkami, turecki pub też gustowny.

DSC03149.JPG

Do Belgii wyjechałem zaraz po sylwestrze i końcu 2018 roku. Balowaliśmy trochę ze Szczurkiem pijąc szampana i piwa. Oczywiście u mnie w Mierzwicach. Był to jeden z lepszych sylwestrów w moim życiu.

Po szampanie bolała mnie głowa, miałem chyba kaca bo wymiotowałem, co po piwie dużo rzadziej mi się przytrafia.

Podróż do Belgii pomyliła mi się w czasie o dzień. Pośpiesznie spakowałem się o 3 godz. w nocy, bo o tej akurat był wyjazd. Szef przyjechał po mnie do Mierzwic. Gdy wyszedłem do samochodu, który czekał przy „Schedzie Podlaskiej”, zastanawiałem się jeszcze, czy dobrze robię opuszczając Polskę. Wstępnie na 2-3 tygodnie. Wybrałem jednak saksy, mając w pamięci słowa Maćka Maleńczuka, o tym że „praca na saksach, szkodzi maxa” z albumu, który bardzo lubiłem, czyli z „Anda la more”.

DSC03160.JPG

Podróż do Belgii trwała kilkanaście godzin. Wyjazd około 4 w nocy, przybycie około 20. W podróży często zdarzało mi się przysypiać ze zmęczenia. Dwa razy wyszedłem na stacji benzynowej podczas tankowania i kupiłem jakąś wodę i napój. Jechaliśmy z szefem tylko we dwóch. Białym, niedużym mercedesem dostawczym, takim jak mają kurierzy. Gdy poszedłem do ostatniej toalety w Świecku przy granicy z Niemcami, porobiłem jej zdjęcia. Zdjęcia o charakterze street artu. Pomazane napisami drzwi wejściowe, i radosny penis nad męskim trotuarem: „Suck I Fuck? -> Toilet!”.

Teraz pod oknami kamienicy w której czekam na jutrzejszy dzień słyszę jakieś tłuczenie butelek i głosy najpewniej arabskiej młodzieży. Dziś jak wychodziliśmy do pracy też przed drzwiami wejściowymi do budynku kamienicy były potłuczone butelki z wczorajszego dnia. Dziś zauważyłem małą naklejkę na szarych plastykowy drzwiach, która była zaprojektowana na wzór czerwonego przekreślonego znaku zakazu. Informowała po angielsku: „NO PUB”. Litery wpisane były w środek znaku, na czerwonej linii.

DSC03033.JPG

Od dwóch dni, mimo, że jest już 4 stycznia, ciągle w Brukseli rozlegają się huki petard i widać po nich łuny na niebie.

Natomiast dziś w pracy wychodząc na zewnątrz praktycznie ciągle docierały do mnie głosy nisko latających samolotów. Domyślałem się, że niedaleko tej ulicy jest pewnie jakieś lotnisko.

Dziś również odwiedziłem polski sklep w którym zrobiłem małe zakupy, i przy okazji zorientowałem się jakie są w nim ceny. Oczywiście wymiennych butelek po browarze, które przywiozłem z Polski nie dało się wymienić. Wszystkie były bezzwrotne.

Polskie piwo typu „Żubr” czy Łomża w cenie 1.40 euro. Czyli około 3x drożej niż w Polsce.

Kupiłem również u Polaków chleb polski, fasolę po bretońsku, którą najbardziej lubię, jakiś jogurt z ryżem i tymbarka gruszkowego w kartonie.

Później powędrowałem do jakiegoś azjatyckiego sklepu, który był niedaleko, i ceny tam były chyba jeszcze niższe niż w sklepie polskim, z narodowym neonem orła białego nad witryną lokalu. Wziąłem oczywiście tzw. „Gazetkę” (gazetka.be), która jest ładnie wydawaną, bezpłatną i kolorową, prawie stu stronicową gazetą dla naszych rodaków mieszkających w Belgii. Ten numer akurat był na dwa miesiące, czyli grudzień-styczeń 2019. Zacząłem go sobie przeglądać i od razu znalazłem ciekawy akcent, czyli wywiad z pisarką Anią Cieplak pt. „Pokazuję świat z perspektywy młodych ludzi”, który Ania udzieliła pismu, pewnie przy okazji wizyty w Brukseli.

DSC03089.JPG

Bruksela jest bardzo pięknym miastem. W mojej opinii to taki spotęgowany śląski Cieszyn. Architektura podobna lub wręcz taka sama, ale dużo więcej nowoczesności. Oraz widoków, które z przyjemnością mógłbym fotografować pewnie przez kilka lat, zwiedzając różne zakamarki tej wielkiej metropolii, stolicy UE i NATO. Niestety trochę ogranicza mnie nieznajomość francuskiego, ale mój minimalny angielski na szczęście starcza, na jakieś krótką wymianę uprzejmości ze sklepikarzem.

Na pewno bym nie chciał tkwić w takim mieście zbyt długo. Dlatego m.in. że wolę spokój i krajobraz Mierzwic. Natomiast takie miasta jak Bruksela oferują może dużo tzw. podniet dla turystów, ale z tą miłością jest podobnie, jak z miłością do kobiet, która z czasem zamienia się w jakąś rutynę, wypala się i całkowicie mija. Piszę to nie mając doświadczeń damsko-męskich. Czuję się bardzo dobrze z takim wypieraniem potrzeb kontaktów seksualnych. Przyjęty dobrowolny celibat, pozwala mi głębiej przeżywać wszystko naokoło. Oczywiście wyżywam się emocjonalnie gdzieś tam w przestrzeni sztuki. Słuchając muzyki, czy nawet czytając poezję. Ale nie chcę dopuścić myśli, aby posiadanie tzw. żony czy rodziny, było wyznacznikiem mojego poziomu szczęścia. Myślę nawet, że tzw. feministki walczą cały czas o to samo. Wolę np. wybrać swego rodzaju rozumianą wolność, niż wikłać się w związki, które co bardziej wrażliwszych, jak np. Tomka Beksińskiego doprowadziły do samobójstwa.

DSC03114.JPG

To są moje refleksje z kilku dni w Belgii. Część dalszą postaram się spisywać systematycznie w kolejnych dniach, aby przynajmniej w części oddać ducha tego niezwykłego, intrygującego i pięknego miasta.

II.

Praca pomocnika budowlanego w Belgii.

 

Pierwszy dzień po przybyciu.

W zdenerwowaniu oklejanie list przypodłogowych przed malowaniem. Pomoc przy montowaniu okna i drzwi balkonowych w starej belgijskiej kamienicy. Pomoc przy skuwaniu młotkiem i przecinakiem betonu z parapetu, aby okno i drzwi pasowały wzajemnie. Wycinanie dziur w płycie gipsowej pod trzy uchwyty w drzwiach balkonowych. Potem wycinanie kawałka płyty gipsowej 28×30 cm piłą ręczną aby zakryć przewody w łazience. Pierwsza wycięta płyta wychodzi w kształcie trapeza, druga lepiej. Sprzątanie gruzu po skuwaniu parapetu. Przecieranie ścian papierem ściernym. Potem pomoc przy wynoszeniu części z drewna: framug po starym oknie i drzwiach z balkonu. Przy skuwaniu betonowych płytek z parapetu zauważam ładny symbol wyciśnięty na każdej z nich przez belgijskiego producenta. Zarobek mniejszy niż przewidywałem, czyli 8 euro na godzinę. Zarobiłem 50 euro za 10 godzin. Zdaję sobie sprawę, że pracodawca odjął koszt podróży i mieszkanie. I tak jest dobrze. Pierwszy dzień w lekkim stresie jakoś minął.

Drugi dzień.

Mycie starego sedesu w łazience. Nie mam rękawiczek. Podłogę też przy okazji wycieram. Potem na biało maluję kuchnię. Wałkiem i pędzlem. Po wstępnym przyuczeniu, że zaczyna się od sufitu. Od kątów w suficie. Potem idą ściany wałkiem. Inne miejsca, mniej dostępne maluje się pędzlem. To co zostaje, poprawia się. Zdążyłem jeszcze pomalować część sufitu w przedpokoju. Sprzątanie placu robót i odjazd do domu. Dzień jakoś miną. Z malowaniem nie miałem styczności od czasów dawnych. Chyba od momentu gdy w Mierzwicach pomagałem wujkowi malować setki sztachet na ogrodzenie. Jestem z siebie zadowolony. Myślałem, że będzie gorzej. Lekkie nerwy z pierwszego dnia już mnie odpuściły.

Jednak mam same dziwne sny. W tym te koszmarne np. że ktoś mi coś niszczy m.in. czytnik e-booków Sony Reader. Po przebudzeniu sprawdzam dla pewności, czy na pewno ekran jest w całości. Pierwszego dnia również w bluzie sportowej Adidasa zostawiam w pracy awaryjny telefon. Myślałem, że go zgubiłem. Jednak jest. Drugiego dnia upada mi po wyjściu z samochodu. Z doświadczenia jednak wiem, że te modele są pancerne. W zasadzie kosztowały w lombardzie, tyle co nic, więc nawet gdyby się rozbiły, nie było by wielkie straty. Ale na pewno bym to przeżył. Bo w zasadzie nigdy w życiu nie zgubiłem żadnego telefonu.

Raz mi się zdarzyło, że odlewając się podczas podróży rowerowej za Siemiatyczami, przypadkowo wysuną mi się telefon, i wypadł w szczerym polu. Potem pojechałem ze znajomym samochodem, a telefon Sony Ericsson, leżał w tym samym miejscu za tzw. „Unipaszem”. Parę kilometrów za tą firmą. Gdzie w zasadzie najbardziej lubiłem jeździć rowerem i podziwiać przyrodę.

Trzeci dzień. Niedziela – wolne.

W dzień śpię. Przez sen zaczyna mnie boleć głowa. Budzę się z bólem, który po krótkim czasie ustępuje. Śni mi się sen z udziałem poetki Wisławy Szymborskiej. Jest to film, w którym ona jest narratorem i opowiada o polskich kresowych krajobrazach. Na końcu filmu jest ukazany obraz wiejskiej chaty w zimowej scenerii. Palą się w niej światła. Dom podobny do tego w Mierzwicach. W tle leci stara piosenka: „Latawce, dmuchawce wiatr”. Poetka puentuje film symbolicznie, że najlepsze jest właśnie takie wiejskie poddasze. W filmie wybrzmiała również muzyka Mieczysława Fogga, której nigdy nie słuchałem. Pamiętam, że w śnie przeglądałem jakąś listę jego utworów. Jedynie jakiś stary winyl, chyba dawniej z jego muzyką miałem po kimś. Nie wiem, być może od jakiejś znajomej matki.

Po przebudzeniu wymyśliłem tytuł do tych opowieści: „Wspomnienia gastarbeitera z Brukseli”.

W niedzielę poszedłem na zakupy. Spodnie w szmateksie w Brukseli 19 euro. Nie kupiłem. Za drogie. Szukam sklepu w którym kupię piankę i maszynki do golenia. „Delhaize”, belgijski market jest zamknięty. Idę do jakiegoś sklepu typu polska „Żabka”, o nazwie „Express”. Nie daleko sklepu oglądam legowisko bezdomnego złożone z materaca, w zaułku obok kamienicy. Po drodze do Deleza, tuż przed wspaniałym kościołem stoją jacyś turyści, z Chin lub Japonii, w każdym bądź razie jacyś Azjaci. Na szyjach świetne lustrzanki Canona, i uważnie oglądają niesamowitą architekturę tej części Brukseli. Sam po drodze wykonuję parę zdjęć. Trochę błądzę w wąskich uliczkach.

Wchodzę do sklepu „Express”, kupuję konserwę rybną. Coś powyżej euro, mała puszka z uchwytem do otwarcia. Szukam pianki i maszynek. Widzę, że ich nie ma. Chodzę po sklepie. Dopiero przy kasie dostrzegam, że są jednorazówki Gillette. Biorę najtańsze, z dwoma ostrzami, bez ruchomej główki. Zarost mam duży, ale wiem, że się sprawdzą. Pianka też stoi gdzieś na półce, w zasadzie w głębi, tak że jej nie widać. Obok kobiecej, też do golenia, pewnie zarostu intymnego na cipce, albo pod pachami.

Płacę pięknej Azjatce przy kasie niecałe 20 euro, czyli jak dla mnie dużo. Ale tutaj tyle wszystko kosztuje, pewnie zabiorę to do Polski. Jeszcze z parę razy skorzystam.

Wczoraj też kupiłem zestaw trzech mydeł w delezie za niecałe euro i dezodorant „Axe” Musk, którego, chyba nigdy nie miałem. No i lokalny, mały (330 ml) browar z Antwerpii. Bardzo zresztą dobry. W czteropaku. Z pięknie zaprojektowaną etykietą. Komiksowy kapitan wychylający butelkę piwa.

Ogólnie w tej dzielnicy gdzie się poruszam na ulicach na dziesięciu muzułmanów, hindusów bądź murzynów widać jednego Belga. Polaków też oczywiście można spotkać. Na klatce gdzie tymczasowo mieszkam, są sami Polacy. Drzwi są takie, że wszystko przez z nie słychać m.in. język polski. Przynajmniej jakiś jeden swojski akcent. No i drugi, ten lokalny polski sklep niedaleko.

W spisywaniu tych wspomnień dużo daje mi odcięcie od internetu. Nie mam tutaj żadnej łączności. Bardzo dobrze wpływa to na pisanie. Gdybym był podłączony, cały wolny czas bezmyślnie skrollowałbym sieć.

Odkryłem przy okazji kolejną piękną płytę Terrego Oldfielda „Out of the Depth”. Niesamowite kobiece partie wokalne. Spokojne rytmy, głosy wielorybów. Czyli to, czego w muzyce od zawsze poszukiwałem. To mnie wycisza, pozwala się skupić i zebrać myśli. Oprócz tego w ostatnim utworze „De Profundis”, chyba kwintesencja tej płyty i być może całej twórczości Terry Oldfielda są niesamowite elektroniczne wstawki w stylu genialnego Klausa Schulze. Wokalizy przypominają lynchowskie miasteczko Twin Peaks. Poezja i zachwyt. Co za niesamowity utwór !!!

Dziś również u Azjatów próbuję innego lokalnego belgijskiego piwa. Mała butelka z krasnalem na etykiecie. Bajkowa i ładna. Voltarzu 9 % – bardzo podobne do tego z Antwerpii. Również świetne. Biorę też u nich małego Desperadosa o smaku tequili, które to piwo dobrze znam z Polski, ale nigdy nie kupuję, bo jest za drogie. Kiedyś gdy mieszkałem z Józkiem Piwo, to on zawsze kradł te najdroższe desperadosy z Arhelanu na Sadach. Praktycznie codziennie, przynosił je w swojej – jak ją nazywał – „magicznej torbie” na ramię. Co za czasy.

Dziś znajomy wysłał mi numer do Kevina, który mieszka w Belgii. Być może do niego zadzwonię przed wyjazdem, aby się z nim po długich latach spotkać.

Przed chwilą na swojej małej Toshibie sprawdziłem aktywne sieci w miejscu gdzie jestem. Wyświetliło ponad 40 aktywnych sieci. Oczywiście aby do każdej się zalogować trzeba mieć hasła. Nie znam uniwersalnych, ani bezpłatnych sieci w Brukseli. A z pewnością jest ich tutaj co niemiara.

Czwarty dzień.

Malowanie przedpokoju i rur kanalizacyjnych na ścianach. Kolor farby biały. Metoda malowania. Wałek i pędzel. Uczę się, że zaczyna się malować od sufitu, i od tzw. rogów ścian. Mniej więcej od połowy ściany. A gdy ściana jest duża, to idzie się ćwiartkami. Stawia się „krzyżaka” wałkiem i rozciąga farbę na danym fragmencie, aż ściana, i płyta gipsowa na niej będzie pokryta bielą. Nie można zostawiać żadnych śladów pracy wałka. Cała farba ma być rozprowadzona równomiernie. Mniejsze fragmenty, gdy wałek jest za duży malować trzeba pędzelkiem. Wcześniej oczywiście trzeba wykładać folię na podłogę, aby świeża farba nie szpeciła posadzki. Wszystko to idzie mi dość sprawnie, choć wolno. Ale mimo to szef jest ze mnie w miarę zadowolony. Mówi, że będzie mi płacił 7 euro za godzinę, po odliczeniu mieszkania i przejazdu do Brukseli. Potwierdzam, że jest to z jego strony uczciwe.

Piąty dzień.

Mój szef swoim stylem mówienia przypomina mi posła Platformy Obywatelskiej – Stefana Niesiołowskiego. Dziś również się dowiaduję, że ma na imię Irek. Może wspominał, lecz wyleciało mi to z głowy.

Jutro ma być ostatni dzień pracy przy tym mieszkaniu. Dziś natomiast malowałem największy pokój oraz sprzątałem pomieszczenie ogrodnicze na balkonie ogrodzone białym murem. W środku chodziły różne odmiany pająków. Szpachelką czyściłem stary, odpadający tynk. Zagrzybiały strasznie. Zmiotłem podłogę, oraz przypadkowo wyrzuciłem do worka na buble gniazdka elektryczne do zainstalowania. Potem w ogrodzie wysypałem worek i z szefem znaleźliśmy owe plastykowe elementy. Jutro mam je myć.

Wieczorami z okna docierają do mnie dźwięki klaksonów, arabskie głosy, lub wyjące syreny policyjne.

Wczoraj przysłuchiwałem się jak grupa Marokańczyków, czy muzułmanów zaczepiała niedaleko rdzennych Belgów. Chociaż Hitler twierdził, że nie ma czegoś takiego jak Belgia, są tylko Walonowie i Flamacy. Grupa muzułmanów przez kilkanaście minut, pewnie do każdej przechodzącej osoby mówiła tylko: „Ca va”, czyli przywitanie, albo cześć i „Orewuar”, czyli „do zobaczenia”. Śmieszyło mnie to bardzo. Dawniej uczyłem się francuskiego, jednak obecnie nie pamiętam dużo z tego języka. Pamiętam jeszcze „Bonsoir”, czyli „dobry wieczór” i „merci”, jak te czekoladki, czyli „dziękuję”. Z Polski miałem zabrać polsko-francuski słownik obrazkowy, który mam. Kupiony w Cieszynie, lecz niestety zapomniałem.

Odwiedziłem również dwa sklepy z elektroniką. Byle czytnik kart pamięci kosztuje tam coś około 25 euro (100 zł), gdy w Polsce, w Siemiatyczach kupiłem go za 4 zł w chińskim markecie. Karta microSD do telefonów gdy pytałem o cenę, 32 GB kosztowała 40 euro czyli 160 zł, gdy u nas w kraju, góra 50 zł. Elektronika w Belgii jest średnio trzy, cztery razy droższa i zupełnie nie opłaca się jej tam kupować. Niestety.

Tej nocy śnił mi się Kuba Wojewódzki, i taka blondynka z Ustronia, z którą pracowałem w Tesco. Bardzo ładna i z dużym biustem. Natalia chyba miała na imię. Zawsze się do mnie miło uśmiechała. W tym śnie Kuba W. siedział obok niej i gwizdał w kierunku jej cipki jak ptaszek. Pewnie sen miał jakieś freudowsko-erotyczne przesłanie. Moim zadaniem w tym śnie było odzyskanie skradzionego mi aparatu Olympus 510e. Udało mi się to po jakiś drastycznych przejściach. Aparat był gdzieś na ruchomych deskach, na jakimś bardzo wysokim piętrze, tak że bałem się po niego podejść.

Ogólnie tutaj w Belgii często mi się śni, że ktoś mnie okrada, jakbym się tego podświadomie bardzo bał. W rzeczywistości, być może tak jest. Trochę martwię się o dom w Mierzwicach, chociaż mam pewność, że nic stamtąd nie zginie, ponieważ czuwają nad nim dobre moce. A może i nawet „Ciemna strona mocy”.

Cieszy mnie też to, że w końcu zmotywowałem się do pisania jakiejś formy dziennika. Poprzednio gdy byłem w Brukseli u siostry w odwiedzinach to nie wykonałem żadnego zdjęcia. Nie myślałem nawet o tym. Zapamiętałem Brukselę z perspektywy dzielnicy Ixelles i ulicy Grenadierów. Chyba jednej z lepszych w Brukseli.

Obecnie nawet nie wiem, na jakiej dzielnicy się znalazłem. Pełno tu arabów, murzynów i innych Azjatów. Być może z tego względu jest tu ciekawiej. Tym razem przyjechałem po wielu latach do Brukseli wyposażony w dobry aparat Sony Cyber-shot i wykonałem kilkanaście zdjęć pasjonującej Brukseli.

Dziś jadąc do pracy z szefem, mijałem jakąś placówkę banku przy której było pomieszczenie z bankomatem. Była wczesna godzina ranna, coś koło 7. Zatrzymaliśmy się na światłach. Spojrzałem, że jakiś młody chłopak z rękami na głowie śpi sobie przy tym bankomacie na ławeczce. Pewnie jakiś bezdomny uchodźca, których tutaj niestety nie brakuje. Bardzo dojmujący widok. Cieszę się też, że za niedługo będę mógł opuścić to miasto utrapienia, jak w którejś z powieści Jerzy Pilch określił Warszawę. Myślę, że do Brukseli takie określenie jeszcze bardziej mogłoby by pasować.

Z ciekawych rzeczy, które jeszcze zauważyłem, to publiczne rowery stojące po kilkanaście na rogu wielu z ulic. Można je sobie wypożyczać i przemierzać stolicę UE we wszystkich kierunkach. Bardzo szczytna idea.

Szósty dzień.

Poranny dzwonek z telefonu o godzinie 6 rano. Herbata, chleb z serem, kilka buchów e-cygaretem. Spakowany prowiant w plecaku na przerwę o 12 w pracy. Dziś parówki w słoiku za euro trzydzieści pięć i polski chleb z plasterkiem sera.

Rano, po przyjeździe do pracy, kawa z termosu, mocna i niesłodzona. Robię poprawki w pokoju, na jednej, drugiej i trzeciej ścianie obok drzwi balkonowych i okna. Maluję już z większą wprawą. Białą farbą, belgijską, która nie cieknie i nie robi plam na podłodze. Jest to jeden z ostatnich dni przy tym wykończeniu mieszkania pod wynajem. Pod koniec dnia sprzątam kotłownię. Z pajęczyn, i sypiącego się ze ścian starego tynku. Zamiatam, składam folię podłogową do malowania, wciskam do jakiejś piwnicznej szafki z IKEA. Kurz niesamowity, raz na jakiś czas muszę wyjść na balkon. Za kotłownią jest również jakieś inne pomieszczenie. Za metalowymi drzwiami, przed drzwiami jest murowana wnęka na parę centymetrów. Lekko uchylam te drzwi, jednak za nimi panuje jeszcze gorszy syf. Już nie dam rady tego sprzątać. Metalową szufelką wybieram jakieś fragmenty starej rdzy i kurzu. Wrzucam to do worka po kartoflach, który pójdzie na bubel. Praca prosta, i nie wymagająca zbyt wiele namysłu.

Przed nią maluję jeszcze po raz drugi małą łazienkę, w której wcześniej czyściłem tapety. Maluję prawie wszystko, łącznie z rurami, które idą prawie pod sufitem. Praca idzie szybko i sprawnie. Nabieram drygu. Do przerwy obiadowej łazienka jest odmalowana.

Na koniec roboty znosimy z szefem do samochodu wszelkie jego narzędzia z tego mieszkania. Wrócimy tam ewentualnie do jakiś drobnych poprawek.

Dziś się również okazało, że przypadkowo wywaliłem do bubla kawałek listwy na firanki, które miały być zainstalowane. Leżały na balkonie, a ja nie pytałem, czy to do czegoś jeszcze ma służyć. Razem z gniazdkami powędrowały do worka na śmieci. Gniazdka się znalazły, listwę jednak sumiennie przełamałem na pół aby się zmieściła do worka. Mój błąd. Nie było pretensji ze strony szefa, co mnie bardzo ucieszyło. Pracuję z dobrym i spokojnym człowiekiem. Aż chce się jeździć do tej ciężkiej, 10-cio godzinnej pracy. Nabrałem szacunku do tego człowieka. Zamierzam też w przyszłości przyjeżdżać do kolejnych prac, jeśli oczywiście będę wzywany.

Po pracy byłem w polskim sklepie. W Brukseli nie ma doładowań do polskich sieci, nawet u Polaków. Cóż, trudno. Belgijskiej karty SIM na razie nie mam zamiaru sobie kupować. Jest droga, i doładowania też pięć razy droższe niż w Polandii. Potem idę do turków na kebaba z frytkami za 4.50 euro.

I na koniec zakupy w Delezie. Tym razem większe. Paczka kawy „3 w 1” Neska (10 sztuk) cena podobna jak w PL, 12 jogurtów tropikalnych za niecałe 1 euro. Trzy puszki ryby i sałatka meksykańska. No i jeszcze zgrzewka chusteczek higienicznych i batoniki „Lion”. Do tego lokalne piwo z bosmanem z Antwerpii na opakowaniu, czteropak. Jedno z tańszych, a jednak bardzo dobre. No i zupa w metalowej puszce. Biorę jeszcze dużą reklamówkę. Błąkając się po sklepie oglądam jeszcze ceny, obserwuję ludzi. Podziwiam mieszankę kulturową jaka przetacza się każdego dnia przez ten sklep. W tym lokalnym Delezie w obsłudze sklepu pracuje dużo arabów. Piękne murzynki robiące zakupy też rzucają się w oczy. Przed wybraniem piwa rozmawiam jeszcze ze znajomym przez telefon. Natomiast czekając przed kasą, jakaś ładna i miła belgijka uśmiecha się do mnie zalotnie. Starsza pani ze strasznie chudymi przegubami, jeszcze cieńszymi niż moje. Również się do niej uśmiecham.

Wracając z zakupami robię jeszcze nocne zdjęcie na bramie garażu. Jest to mural autorstwa Astro Gilberto. Oglądam również przez witrynę w pobliskim sklepie ceny używanych notebooków. Ceny powyżej 120 euro. Czyli około 4 razy drożej niż zapłaciłem za ten sam sprzęt w Polandii.

Dziś również wykonałem parę zdjęć tego brukselskiego apartamentu, który pomagałem remontować. Na pamiątkę, ale żałuję, że nie zabrałem lepszego aparatu. Jednak te zdjęcia telefonem, pewnie również wyjdą znakomicie, bo jest to mój jeden z ulubionych modeli do robienia takich spontanicznych i dodatkowo ładnych zdjęć. Oczywiście kupiony w lombardzie w Cieszynie za jakieś śmieszne pieniądze. Wykorzystywany przeze mnie w zasadzie jedynie do dzwonienia i do jakiś roboczych zdjęć, gdy nie mam pod ręką kompaktowego cyber-shota.

Jutro natomiast zaczynamy z szefem nową pracę pod Brukselą, do której mamy dojeżdżać godzinę czasu. Pewnie będzie to bardziej męczące. Sam nie lubię dojazdów, bo mnie strasznie męczą, ale pocieszam się tym, że do końca tej roboczej delegacji pozostało mi już tylko 10 dni. Na pewno szybko ten czas minie, choć w pracy zwykle się dłuży, gdy zaczynam się za mocno stresować wykonywanymi zadaniami. Gdy już wpadnę w rytm i idzie mi dobrze, czas zaczyna przyspieszać i mija bardzo szybko.

Dziś pod koniec roboczego dnia dostałem drugie 50 euro, które przeznaczyłem na kilkudniowe zakupy. Za 20 euro można w Brukseli zrobić spore zakupy. Z pewnością większe niż w Polsce z 20 zł, które starczą co najwyżej na 6 piw w wiejskim sklepie. Za 50 euro przy moim trybie życia można przeżyć spokojnie tydzień czasu. W Polsce za 200 zł które dostaję np. z Gops-u w Sarnakach muszę czasami radzić sobie przez miesiąc, co nie jest banalną, ani prostą sprawą.

Dzień siódmy.

Wczoraj praca w rezydencji jakiegoś bardzo bogatego Belga. W drodze mercedesem sprinterem szef pyta czy mam aparat, mówię, że mam, ale nie jestem szpiegiem. On zakazuje mi robienia u klienta zdjęć. Mówię, że nie będę ich robił. Słowa dotrzymałem. Dom Belga gdzieś kilkadziesiąt kilometrów pod Brukselą. Praca polega na czyszczeniu rynien z liści, i myciu dachu sprężarką z wodą pod ciśnieniem na jego garażu. Pod domem basen, kort tenisowy, w garażu gdzie jemy obiad kije do golfa. W trakcie pracy widzę jak Belg siedzi przed komputerem, w garażu widzę pudełko po jakimś nowym modelu stacjonarnego iMaca. Gdy pytam szefa, czym zajmuje się jego klient, mówi że nie wie.

W trakcie dnia pracy podziwiam widoki, wokół jego wiejskiej rezydencji. Stare drzewa, pięknie urządzony letni domek. I duża dom w którym czyszczę rynny. Niektóre są wysoko. Muszę wchodzić po rozsuwanej metalowej drabinie. Na tyle domu już zaczyna mi od wysokości robić się źle. Wiruje w głowie. Ale przetrzymuję ten okres. Potem przy myciu dachu jest już lepiej.

W nocy mam sny erotyczne. Widzę kobietę, jakby w skeczu Monty Pythona, przechodzi obok drzewa i ociera się o nie tak, że jedna strona jej sukienki podnosi się w górę, widać jej seksowny pośladek. Potem jeszcze raz się ociera, nie pamiętam o co, tak że widać cały jej tyłek. Nie wiem, być może sen był spowodowany zbyt długim wpatrywaniem się w okładkę książki „Madame Edwarda” Georges’a Bataille’a.

Śni mi się jeszcze siostry znajoma, Ewa Piotrowska z Siemiatycz. Leży roznegliżowana na łóżko w moim dawnym mieszkaniu w bloku i zachęca mnie do spółkowania. Tej nocy pierwszy raz będąc w Brukseli masturbuję się, jak zwykle przyciskając mocno palcem na nasieniowód, powstrzymując wytrysk nasienia. To tzw. chińska technika injakulacji. Nasienie zamiast eksplodować na zewnątrz, moczyć koc, lub zapełniać słoiki, prezerwatywy lub kobiety, rozchodzi się w całości po organizmie mężczyzny. Czuć dreszcz podniecenia, strząśnięcie ciałem, i chwilowe rozładowanie. Praktykuję już tą metodę od co najmniej kilkunastu lat, sam nawet nie pamiętam od kiedy. Wiem, że dowiedziałem się o niej z polskiej multimedialnej „Encyklopedii Seksu”, którą kiedyś dość intensywnie przeglądałem. Szczególnie filmiki z parami uprawiającymi miłość w różnych pozycjach seksualnych. Była to jeszcze moja era przed-internetowa. Kiedy jeszcze nie znałem uroków filmów pornograficznych. Muszę jednak przyznać, że gdy obejrzałem już setki godzin tego rodzaju materiału, na kanałach typu: RedTube.com, YouPorn.com. Szczególnie fascynując się takimi kategoriami jak: Step Mom, Step Sister, Step Father. Nabrałem swego rodzaju respektu i dzikiej perwersji, gdy przyglądałem się różnym konfiguracjom miłosnym. W tym tych kazirodczyczych, lub na kazirodcze stylizowanym. Dodam również, że filmy pornograficzne w ostatnim czasie są najczęściej oglądanymi obrazami filmowymi. W zasadzie przestałem już oglądać tradycyjne filmy.

Od paru już dni nie słychać już w Brukseli wybuchów petard. Wnioskuję, że sylwester już się zakończył. Na ulicach dalej jednak wiszą, świąteczne błyskające na biało ozdoby.

Wczoraj po powrocie z pracy szef się na mnie wkurwił, że piję drugie małe i mocne piwo. Groził, że odeśle kabrionetką do domu. I kazał całe piwo wylać natychmiast do zlewu. Co bez dyskusji uczyniłem. Nazajutrz w pracy pytał, czy się za to na niego gniewam. Powiedziałem oczywiście, że nie.

Ósmy dzień.

Nowe praca. Również na belgijskiej wsi. Kilkadziesiąt kilometrów za Brukselą. Tym razem jedziemy wcześniej, aby zdążyć na czas. Przed pracą szef jedzie z klientem do jakiegoś sklepu budowlanego, a ja w tym czasie się przebieram w strój roboczy i poznaję Daszę. Jest to dziewczyna z Czech u których będziemy pracować do chyba do końca pobytu. Mamy ocieplać poddasze lub strych. W zasadzie tylko jedną ścianę. Dziś kładliśmy nosiłem sprzęt, a potem pomagałem kłaść metalową konstrukcję. Przycinałem też nożyczkami do blachy metalowe elementy, takie długie listwy na określony wymiar. Praca prosta i dość przyjemna.

Najbardziej fascynowało mnie to, że mogłem sobie porozmawiać moją mieszanką czesko-polską z Daszą, która okazała się być świetną fotografką. W kuchni poczęstowała mnie herbatą, czyli czeskim „czajem”, a ja przejrzałem pierwszy z brzegu album ze zdjęciami Amsterdamu. Okazało się, że ona jest ich autorką. Pięknie wydane, w formie książek. Edytorsko pięknie przygotowane. Byłem pod wrażeniem.

Dziewiąty dzień (sobota)

Dalsza praca ze ścianą na strychu. Pomagam przy cięciu wełny ekologicznej do ociepleń piłą ręczną, i noszę długie płyty gipsowe na strych. Mierzę kawałki wełny na wymiar i długą poziomnicą odcinam wymagane kawałki. Trzymam też drabinę z której szef mocuje je do konstrukcji przy samym szczycie dachu.

Po dwunastej gospodyni częstuje nas obiadem. Pure z ziemniaków, coś a la kiszka ziemniaczana zwinięta w kształcie ślimaka i małe pomidorki koktajlowe. Zjadam dwie porcje, bo szef oddaje mi swoją rację.

Na końcu sprzątanie, odkurzanie, i powrót do domu. Po drodze wstępujemy do marketu budowlanego „Brico”, gdzie szef z klientem oglądają drzwi, a ja oglądam wszystko po koleii, aby zabić czas. Sklep jest ogromny, więc całego nawet nie obszedłem. Biorę gazetkę, i czekam na umówiony sygnał od szefa.

Dziesiąty dzień (wolna niedziela)

Wczorajszego dnia dzwonił Piećka z Siemiatycz. Umawiamy się na niedzielne zwiedzanie Brukseli. Jest tu od lat, więc zabieram cyber-shota, na którym mam jeszcze wolne miejsce na powyżej 600 zdjęć. O 10.30 czekam aż podjedzie pod turecki kebab na planowane spotkanie.

Jeździmy po Brukseli jego firmową Toyotą. Pyta mnie, co chcę zobaczyć. Mówię, że rynek, czyli „Grand Place”. Od niego zaczynam swoją sesję zdjęciową.

Imponujące miejsce, powierzchnią przypomina rynek w Cieszynie, jednak kamienice wysokie, w różnych stylach. Królewskie, dostojne, piękne. Rynek w Cieszynie podziwiany przeze mnie tyle razy dla mnie subiektywnie jest bardziej intrygujący. Natomiast uliczki odchodzące od „Grand Placu” są niezwykle urokliwe. Wąskie, podobne jak w Cieszynie, z masą turystów, robiących fotografię na każdym kroku.

Przed zwiedzaniem Grand Placu wstępujemy jeszcze do polskiego sklepu kupić chleb, biorę również polskie „Nowinki”, kolejną gazetę dla Polaków, która ukazuje się w za darmo w Brukseli. Numer ze stycznia. Będę miał porównanie tych dwóch tytułów, czyli „Gazetki” i „Nowinek”. Przy wyjściu kwestuje Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Wrzucam do papierowej puszki pół euro, czyli polskie dwa złote.

Pasaże handlowe przy „Grand Placu” ciekawe. Nastawione na turystów, sprzedające różne gadżety z napisem Bruksela. Trochę dalej tzw. manekin Pis, czyli legendarny mały pomnik sikającego chłopaka, który ugasił pożar. Robię zdjęcia.

Wcześniej sklep z różnymi leczniczymi rzeczami związanymi z konopiami indyjskimi. Również pstrykam fotkę witryny.

Jemy z Piećką kebaba przy Grand Placu za 7.50 euro. Zamawiam do niego Coca-Colę w puszcze, której w zasadzie nigdy nie kupuję. Potem jedziemy dalej na zwiedzanie stolicy UE. Mijamy szklane wieżowce Komisji Europejskiej. Zwiedzamy piękne galerie handlowe, które wnętrzem przypominają pałece lub kościoły.

W jednej z takich imponujących budowli proszę Piećkę, aby zrobił mi pierwsze zdjęcie na tle kinowego neonu. Potem jeszcze w skateparku na tle graffiti. Nakładam szary kaptur. Podjeżdżamy też pod drugi z symboli Brukseli, czyli atomium. Robię kilka fotek tej wielkiej konstrukcji.

Zatrzymujemy się w parku ze stawem i pięknie zalesioną wysepką. Jest tam równiez drewniany mostek, który też fotografuję.

Przy Grand Placu zaglądamy na tzw. „gejowską uliczkę”. Kolejne ciekawe murale. Piećka pstryka mi autoportret na tle kamienicy z dwoma komiksowymi bohatermi. Mała sesja zdjęciowa. Flaga tęczy (symbol homoseksualistów) wisi obok flag państwowych. Mapka śladem artystycznych murali w Brukseli.

Proszę również Piećkę, żeby ewentualnie zatrzymał się w sklepie gdzie są rzeczy za przysłowiowe 1 Euro. Chcę kupić małe słuchawki do telefonu. Poprzednie kupione w Siemiatyczach za 5 zł po przyjeździe do Belgii przestały działać. Kilka dni jeszcze z nich korzystałem. Potem wysiadła jedna słuchawka, potem obie. Sklep oczywiście znaleziony. Czy w niedzielę będzie otwarty. Całe szczęście jest. Wchodzimy. Pytam po angielsku o „headphones”, sprzedawca pokazuje białe, z mikrofonem za 2.50 euro. Piećka robi mi prezent i za nie płaci. Mam wymarzone słuchawki. Oglądamy jeszcze rzeczy dostępne w tym sklepie. Rozmaitości, prawie wszystko, czyli od „mydła do powidła”.

Koło skateparku sklep z antykami w likwidacji. Na fasadzie kamienicy przy wejściu, wisząca ekspozycja różnych przedmiotów. Wchodzimy pooglądać. Takie starocia mnie pasjonują, więc pstrykam zdjęcia całemu temu galimatiasowi różnych przedmiotów.

Przejeżdżamy również przez dzielnicę arabską czyli Molenbeek. Piećka pokazuje mi muzułmańskie targi. Na ulicy sami ciemnoskórzy. Niesamowity widok. Przyglądam się, ale nie robię zdjęć.

Powoli robi się ciemno. Jedziemy jeszcze na rybę z opiekanymi ziemniakami do studenckiej restauracji. Wypijam dwa małe piwa.

Potem jeszcze do Piećki na kawę z ekspresu. Opowiadam mu o swojej podróży do Belgii, swojej pracy. Jak również o czasie spędzonym w Cieszynie. Mojej przygodzie w roli sprzedawcy w sklepie meblowym u szwagra. Na koniec dziękuję za ten piękny dzień. Widoki, przeżycia, zdjęcia.

Był to jeden z moich piękniejszych momentów w Brukseli. W tych reminiscencjach, które zanotowałem, w takiej kolejności, jak ułożyły mi się w niedoskonałej pamięci, starałem się oddać urok i fascynację piękną, zabytkową Brukselą.

Gdybym miał większy talent literacki z pewnością na temat tego jednego dnia mógłbym ułożyć coś na kształt „Ulissesa” Jamesa Joyce’a. Tamten portret Dublina i psychiki bohatera był genialną literaturą. Kiedyś być może doczytam je do końca.

Mój opis jest jedynie relacją, myślę, że szczerą. Może trochę wzorowaną na przeżyciach Tomka Beksińskiego z jego podróży do Anglii. Emocje, które przeżyłem z wrodzoną sobie wrażliwością będą z pewnością jeszcze powracały, gdy będę przeglądał zdjęcia. Wybierał ujęcia do tekstu, i wracał pamięcią do tej ważnej przygody swojego życia.

Jedenasty dzień.

Pobudka o 5 rano. Wyjazd za 20 minut 6. Dalsza praca w pięknej wsi pod Brukselą, u spokojnej belgijsko-czeskiej rodziny z dzieckiem z dwuletnim dzieckiem. Ładną blondynką, małą Alicją.

Koniecznie szczytowej ściany strychu, sprzątanie, zamiatanie. Mieszanie „mastyku” z worka. Oczywiście muszę się tego stopniowo uczyć, bo na początku robię to, jakbym mieszał zupę. Drugiego dnia jest już trochę lepiej.

Wracając z pracy, spory odcinek drogi jedziemy bardzo wolno. Przed Brukselą zrobił się ogromny korek na autostradzie. Sznur samochodów, jakiego jeszcze w życiu nie widziałem.

Dwunasty dzień.

Szef wspomina o powrocie do Polski za parę dni. Już sama ta perspektywa mnie ucieszyła. W sumie na życie w Brukseli wydałem przez ten czas 150 euro. Dziś zrobiłem większe zakupy w delezie za 25 euro.

W pracy zrywałem listwy przy suficie w przedpokoju. Wyciągałem małe gwoździe z belek przy suficie, i przy schodach na poddasze. Zamiatałem kilka razy schody. Przy okazji znajdując pod nimi zieloną literkę „R” z namalowaną, dziecięcą żabką. Oddałem ją właścicielowi, który za to podziękował. Bardzo miły i inteligenty Belg. Taki typowy w okularach i przystojny.

Poza tym sprzątałem, nosiłem narzędzia i maszyny potrzebne do pracy szefowi. Jednym słowem pomagałem. Rozmawiałem też krótko z klientem szefa, oczywiście po angielsku, wyjaśniając, że słabo znam francuski, którego się długo uczyłem w szkole. Zaśmiał się przychylnie z tej mojej szczerości. Jest nauczycielem języków, więc pewnie niejeden zna, i po angielsku świetnie rozumie.

Dziś podczas pracy, dwuletnia Alicja została uspana przez ojca w swoim pokoju, obok którego pracowaliśmy. Spała twardo, nawet gdy my obok robiliśmy mały hałas pracując, ja rwąc listwy ze ścian, a szef „mastykując” ściany.

Często podczas pracy, w zasadzie codziennie, szef nastawia swoje radio japońskiej „Makity” na belgijską stację „Nostalgia”. Leci tam muzyka jaką lubię, z bardzo małą ilością reklam i cieszę się, że nie muszę słuchać żadnego disco-polo. Ogólnie cieszy też fakt, że szef w czasie pracy prawie nie przeklina, i ma poczucie humoru, które mi odpowiada.

Dziś w trakcie pracy zadzwoniła do mnie sistra ze Śląska. Odrzuciłem połączenie, po czym wysłałem sms-a, że pracuję, i drugiego, że wyjechałem do Brukseli jako pomocnik budowlany. Oraz, że później oddzwonię. Odpowiedziała też sms-em, że jest w szoku. Zmotywowało mnie to jeszcze bardziej do pracy.

Po robocie, jedząc kebaba u turków, zadzwoniłem do niej, rozmawialiśmy niecałe 10 minut. Czułem, że jest dumna z mojej decyzji o wyjeździe do Belgi. Jeszcze bardziej mnie to podbudowało. Obiecałem również, że po powrocie do Polski do niej zadzwonię.

Dziś również podziwiając piękny widok z okna poddasza na belgijskiej wiosce w której pracujemy, zaobserwowałem gdzieś w oddali wielkie wiatraki, które produkują ekologiczną energię elektryczną. Jadąc przez Niemcy setki, czy tysiące tych wiatraków obserwowałem przez okna samochodu. Imponujący i ciekawy widok, którego niestety nie można doświadczyć w Polsce.

Przed chwilą wykonałem również na pamiątkę kilka zdjęć mojej brukselskiej kwatery, oraz widoku z okna na dzielnicę Scherbeek-St. Josse.

Dziś mój szef żalił mi się po raz któryś z kolei, że patronka u której zaczynałem swoją przygodę z pracą w Belgii do niego nie dzwoni. Ponoć wróciła już z wczasów i się nie odzywa. On jej kupił, przywiózł z Polski i zamontował okna, odmalował mieszkanie. A ona nie daje znaku życia. Ciekawe jak ta sytuacja dalej się rozwinie. Mówiłem do niego w pracy, że jak kocha to wreszcie zadzwoni.

Trzynasty dzień (środa).

Powolne kończenie pracy na poddaszu i pomoc przy remoncie sufitu w przedpokoju. Zrywanie drewnianych listew wokół okien w łazience, oraz kuchni i pokoju. Dom tej rodziny belgów jest utrzymany w bardzo wytwornym stylu. Na wzór Ikea.

W nadchodzący wtorek, w przyszłym tygodniu szef planuje powrót do Polski. Odliczam dni do końca. Oby nic się nie zmieniło. Zarobiłem już dość na kilka miesięcy życia w Mierzwicach. Kto wie, czy nie wyjadę jeszcze w lutym kolejny raz do Belgii. Chciałbym tutaj przepracować Polską zimę. Tutaj nie ma mrozów, śniegu, a pogoda mi bardzo odpowiada. Nie lubię zimy, natomiast czekam na nadejście wiosny. „Zima to największy wróg Cygana”. Wiosna już za parę miesięcy.

Mam zamiar również kupić sobie kamerę video. Oczywiście cyfrową, używaną. Sony, JVC lub Panasonic. Oraz jeszcze potrzebniejszy skaner i drukarkę. Raczej nowe. Od jakiegoś czasu marzę również o dyktafonie. No i jeszcze jakiś spory dysk przenośny również by mi się przydał.

Ze skuterem jako środkiem lokomocji poczekam raczej do końca zimy.

Czternasty dzień (czwartek)

Dziś zrywanie parapetów i listew wokół okien. Przy okazji oglądam bardzo dużą kolekcję płyt CD właściciela Mathieux’a Billena. W pokoju w którym mieszka świetny telewizor Panasonic z dużym ekranem i odtwarzacz płyt DVD Philipsa, też ładny. Zbiór płyt m.in. jazzowych, jak John Coltrane, Miles Davis, Nina Simone czy Billy Holiday. Chyba całe dyskografie Toma Waitsa i Leonarda Cohena. I jeszcze dużo alternatywnego rocka amerykańskiego jak: Fun Lovin Criminals czy The Stroks. Również muzyka klasyczna jak Vivaldi.

Ogólnie ten domek który remontujemy z szefem jest pięknie urządzony. Szczególnie zachwycająco wyglądają dwie przeszklone ściany tego domu na parterze, z którego rozciąga się widok na belgijską wioskę.

Wczoraj podszedł do mnie w trakcie pracy belgijski mały chłopiec z ładnym psem na smyczy. Scena była jak z bajki. Przedarł się przez żywopłot i do mnie podszedł i zagadał. Nie wiem nawet o co pytał. Może chciał się ze mną pobawić. Powiedziałem mu po francusku: „Je ne comprą pas”, czyli, że nie rozumiem. Oraz „Je habite a polonais”, czyli o moim polskim pochodzeniu. Chyba zrozumiał bo sobie odszedł.

Dziś również robiłem przecierkę jednej ze ścian na strychu. Tej, którą szef ocieplił watą i płytą gipsową. Praca zajmująca i spokojna.

Po robocie jeszcze małe zakupy w delezie za ostatnie 7 euro. Odliczam już dni do wyjazdu. Praca u Billena i Daszy do soboty. Dziś również przerzuciłem zapełnioną kartę z Sony Cyber-shota, na notebooka Toshiby. W Mierzwicach będę te zdjęcia przeglądał i zamieszczał znajomym na Facebooku.

Piętnasty dzień

Powolne kończenie pracy. Small talk z gospodarzem u którego pracujemy. Spadł śnieg na prowincji Belgii. Myję wiadro przy kranie na zewnątrz. Właściciel wysiada ze Skody, zaciera ręce mówi że jest „cold”, odpowiadam, że mamy „winter”.

Przeglądam w trakcie pracy jego kolekcję płyt. Neil Young, Pink Floyd, i solowe płyty członków grupy. Ścieżka dźwiękowa do pierwszego filmu Quentina Tarantino, czyli do „Wściekłych psów”. Dużo płyt Boba Dylana.

Przecieranie ścian. Mycie mieszadła i obstukiwanie go młotkiem z kleju. Sprzątanie po robocie. Biorę od szefa 50 euro. Zakupy w delezie za dwadzieścia kilka euro. Spożywcze i czetropak lokalnego piwa.

Szesnasty dzień (sobota)

Wizyta w tureckim sklepie spożywczym. Kupuję salami i plasterki topionego sera. Sklep bez alkoholu. Niektóre produkty są z napisami arabskimi. Wielkie paczki pestek słonecznikowych jakich nie widziałem nigdy w Polsce. W drodze powrotnej mijam grupę Arabów, których na tej uliczce jest mnóstwo. Patrzą na mnie i mówią Allah. Nic im nie odpowiadam.

Do pracy przyjeżdżamy jak zwykle na 7 rano. Nie pali się światło, więc czekamy w samochodzie. Za chwilę zapala się światło. Idziemy do garażu się przebrać. Dziś odkurzam, sprzątam, myję podłogi. Szef obrabia okna płytą gipsową. Sam robię przecierkę papierem ściernym 150-tką albo 120-tką. Myję schody na poddasze.

Piękna pogoda i świeci słońce. U sąsiadów gospodarza spacerują kury. Czasami przechodzą na stronę gdzie pracuję, bo nie ma tam ogrodzenia, tylko żywopłot. Kury idą na kompostownik za garażem i jedzą to, co wyrzucają moi pracodawcy. Rano gdy zaczynamy pracę, często słychać pianie koguta. Klimat belgijskiej wioski bardzo mi odpowiada. Jest tam równie pięknie jak w Mierzwicach. Jedyna różnica, to ta, że wszystkie zabudowania są murowane. Nie ma drewnianych stodół ani chat. Niektóre gospodarstwa wyglądają jak małe zameczeki. Piękne folwarki. Nie widziałem takich nawet na Śląsku, choć i tam pewnie by się znalazły. Ogólnie Bruksela to według mnie śląski Cieszyn w olbrzymim powiększeniu. Gubię się w tych wszystkich uliczkach metropolii.

Siedemnasty dzień (niedziela)

Dziś dzień odpoczynku. Nie wychodzę z kamienicy. Wczoraj wziąłem prysznic i zrobiłem małe pranie, czyli skarpetki i majtki.

Wczoraj również zauważyłem u szefa na kominku zdjęcia jego trzech córek. Wszystkie ładne. Jedna prawie w moim wieku. Powiedziałem mu o tym.

W dzień długo spałem. Przyśnił mi się jakiś dobry sen z udziałem siostry. To chyba przez sms-y jakie niedawno mi przysłała. I przez rozmowę z nią. Pewnie o mnie myśli i się czasem martwi.

Rozmowa ze znajomym z Siemiatycz. Jak zwykle długa, prawie półgodzinna.

Jedna grzałka w e-papierosie, tym który dostałem na święta już mi wysiadła. Wziąłem na zapas, jednak nie umiem jej przygotować do działania. Na szczęście mam drugi e-papieros, który na szczęście zabrałem ze sobą. Ten który kupiłem dawniej po przyjeździe z wernisażu Zdzisława Beksińskiego z Warszawy. Działa świetnie, można się nim napalić po wzięciu paru buchów. Tutaj bez e-papierosa strasznie bym się męczył. Zabieram go do pracy, i popalam między jednym zadaniem a drugim. Szefa to nie drażni w przeciwieństwie do picia trzech piw dziennie. Zabronił mi tego i w zasadzie dobrze, bo już tak mocno się nie upijam. Zdarzyło się nawet, że przez dwa dni nie wypiłem ani jednego piwa, co jest moim osiągnięciem.

Tutaj w Brukseli rzadziej śni mi się matka, za to częściej siostra, jak dzisiejszego dnia. Chyba zmiana miejsca egzystencji przyczynia się do małej zmiany treści snów. Miałem kilka nocnych koszmarów, ale w Mierzwicach też je miewam. Moja psychika już chyba do nich przywykła.

Dobrze mi też zrobiła wymiana sms-ów ze Szczurkiem z Siemiatycz. Spędził w Brukseli długie lata i zachęcił mnie do tej decyzji o wyjeździe do Belgii. Gdyby nie on, czułbym się tutaj zdecydowanie bardziej samotny.

Czytam tu w Brukseli e-booka Leo Babauty o filozofii minimalistycznej. Świetny pozycja, staram się uważnie analizować jego porady, i stopniowo wprowadzać w swoje życie. Mam też wrażenie, że dzięki temu jestem na tej właściwej drodze, i nie skupiam się na dążeniu do posiadania nowych rzeczy. Tutaj w Belgii jest zbyt dużo pokus i taką jedną wypłatę można rozpuścić bardzo szybko. Bardzo dobrze, że szef wydzielił mi tylko 200 euro na życie, co jest dość dużą sumą jak na polskie realia, ale tu rozchodzi się to migiem.

Osiemnasty dzień (poniedziałek)

Jednak wyjazd do Polski się opóźni. Zarobki też będą mniejsze. Alternatywa, którą dostałem. Albo 5 euro na godzinę i bezpłatna podróż i mieszkanie, albo 7 euro i odliczanie tych dwóch rzeczy z wypłaty. Wybrałem drugą opcję.

Dziś w pracy tzw. „przecierka” ściany komina i sprzątanie na zakończenie roboty. 10 godzin zeszło bardzo szybko.

Przed wyjściem do pracy gospodarz, czyli Matieux dziękuję mi i szefowi za wykonany remont. Chce mi podać rękę, więc zdejmuję roboczą, czarną rękawicę. Rozmawiamy krótko po angielsku, przy okazji daję mu wizytówkę mojego bloga. Własnoręcznie ją zaprojektowałem i wypisałem ręcznie przy pomocy ciekawej, zdobionej czcionki. Powiedziałem mu, że na blogu znajdzie moje zdjęcia z Polski i Czech. Być może odwiedzi. Jego żona fotografuje więc pewnie jej wspomni o stronie. Ona więcej z niej zrozumie, bo jest więcej czeskich niż francuskich opisów. Chociaż angielskich też jest sporo, więc i on może trochę poprzeglądać zawartość tego bloga.

Reklamy

Wspomnienia ze Śląska i kilka kwestii bieżących (I. Portret własny)

PB126106.JPG
Przez pewien czas, kilka miesięcy tego roku mieszkałem w wiejskiej chałupie pozbawionej elektryczności. Można powiedzieć, że hartowałem ducha. Wzmacniałem swój charakter. Nie poddałem się jednak.

Dziś przekładając stare numery „Głosu Siemiatycz” znalazłem wyrwaną kartkę z pamiętnika. Notowałem ołówkiem we wrześniu:

„Jedyne dźwięki jakie doszły do mnie z rana, pewnego wrześniowego dnia. Muzyka Terry Oldfielda, tzw. new age, lub muzyka relaksacyjna. Odgłos ludzkiego głosu w trakcie masturbacji. To Świadkowie Jehowy i jeszcze hejnał, sygnał samochodu rozwożącego naturalne, ekologiczne owoce po wiosce.

Trochę postów zamieszczonych na fejsbukowym „IV. Oddziale psychiatrycznym”. Z telefonu Xperia.

Zmiana grafiki w telefonie, który pomógł mi przetrwać ten trudny czas. Właściwie traktuję go jak odtwarzacz empetrójek, i nie wykorzystuję do dzwonienia. Jedynie zdjęcia robi kolorystycznie i technicznie bardzo ładne.

Nowy motyw pochodzi z płyty Pink Floyd. Album „Wish you were here”. Uściski rąk robotów, na tle symboliki natury. Wody, słońca, ziemi i kosmosu. Płyta floydów stara, ale dalej piękna. Ostatnio czytałem, że ich album „The dark side of the moon” został wybrany najlepszą płytą jaka kiedykolwiek się ukazała. Bardzo lubię jej fragmenty, które ukazały się na koncertowym albumie „Pulse”. W zasadzie słuchałem tych albumów setki razy, i stwierdziłem, że są nie do znudzenia, ponadczasowe, wielkie i genialne.

Wcześniej miałem ustawiony w telefonie na tapecie, artystyczny mural. Zdjęcie wykonałem, jak byłem tam pod koniec maja. Była to twarz mężczyzny. Czarno-biała. Z dymkiem komiksowym, mówiącym o sztuce: „I’m some art”, że jest to jakiś fragment sztuki. To mi się osobiście spodobało. Cyknąłem fotkę telefonem. Sztuka bowiem jest tym, co trzyma i trzymało mnie przy życiu.

Obecnie jest grudzień. Koniec grudnia. Spadł już pierwszy śnieg. Robię zdjęcia nowym aparatem Cyber-shot. W wakacje i jesień pracowałem w sadach przy zbieraniu jabłek. Zarobiłem na to, co utraciłem na Śląsku. Utraciłem ponieważ mi ukradziono.

Czytnik e-booków: Sony PRS-300. Niezwykły model. Kupiłem ten sam, tylko w barwach: Rose/Pink. Jeszcze piękniejszych i bardziej zmysłowo skłaniających do lektury e-książek. Kobiecych być może. Mnie one intrygują. Zresztą nie miałem możliwości wyboru tych barw. Czytnik kupiłem na Allegro. Bardzo tanio. Jak jedną nową książkę, czyli za 50 zł.

Drugą rzeczą na której mi zależało, a ukradziono mi ją w Cieszynie, gdy pracowałem jako sprzedawca w sklepie meblowym, był właśnie Sony Cyber-shot. Model: DSC-H10. Zobaczyłem go w lombardzie, postanowiłem od razu kupić. Kosztował 100 zł. Teraz też tyle za niego zapłaciłem. Z ładowarką, ale bez karty pamięci, którą musiałem zamówić w sklepie Foto-video. Przy okazji zamówiłem zamiennik akumulatorka, aby mieć go na wymianę. Chociaż z doświadczenia już wiem, że te akumulatorki są niezwykle wytrzymałe. Przede wszystkim też nie drogie.

Obecnie co jakiś czas, w zimę rzadziej, jadę rowerem do Siemiatycz. Przez most kolejowy. Staram się być raz w tygodniu, aby spotkać się ze znajomym, i wziąć lokalną gazetę z redakcji „Głosu Siemiatycz”. Latem jeżdżę do miasta częściej, nawet co kilka dni. Tutaj w samotności, mam tylko facebookowe kontakty. Rozwijanie bloga. Jazda rowerem po piwo do sklepu. Gdy mam pieniądze. Gdy nie mam staram się o alkoholu nie myśleć.

Wychodzę z założenia, że dobrze robić sobie kilku tygodniowe przerwy od picia alkoholu. Dawno już takiej dłuższej przerwy nie miałem. Mieszkając na Śląsku byłem dzień w dzień na rauszu. Kilka piw musiałem kupić. Najczęściej w „Żabce” albo w „Lewiatanie”. Piłem tam najczęściej w parku, nad Wisłą z widokiem na góry, czy przed snem w wynajmowanym pokoju. U rodziny, która na sam koniec zamknęła mi łańcuchem bramkę wejściową. Był to dla mnie już znak, że trzeba ewakuować się z Planety Śląsk.

Turystyczny Ustroń był ciekawym miejscem. Poznałem tam cały przekrój społeczny. Piłem z bezdomnym hanysem, który życie w kopalni przepracował. Jurek miał na imię. Pamiętam, że kilka razy dałem mu zadzwonić do jego matki. Była zima, on się na nią wkurwiał, ale z miłością w głosie mówił, że jak przyjedzie i nie będzie jego „czerwonej taszki”, to wszystkich tam w rodzinie zajebie. Śmiałem się z tych jego przemów, ale bardzo go polubiłem. On gdy mnie widział, już z daleka krzyczał: – Siemiatycze idą! Teraz sobie jeszcze przypomniałem, jak określał gotowanie. Mówił np. „uwarzyć obiad”, co też mnie śmieszyło.

Wspominałem mu bowiem skąd pochodzę, i on mi odpowiedział, że pewnie, tam na wschodzie Ślązaków nie lubią. Ja mu tłumaczyłem, że wcale nie, i obiecałem, że zaproszę go kiedyś do siebie nad Bug.

Poza tym, hanysi czy rdzenni Ślązacy myśleli, że jestem Ukraińcem, który mówi po polsku. Ze względu na moje podlaskie zaciąganie czy śledzikowanie, jak to się powszechnie określa.

Ogólnie lubiłem, wręcz pokochałem Cieszyn. Mam nadzieję, że jeszcze go kiedyś odwiedzę. Piękne, zabytkowe miasto. Ale to chyba opowieść na kolejną podróż w czasie. Może to zbyt świeże doświadczenie, aby je rozpamiętywać. Ale w zasadzie dobrze się pozbyć tego bagażu wspomnień. Jest to taka psychoterapia. Terapia przez pisanie.

Zacząłem dziś czytać książkę z nobliwych „Zeszytów Literackich”. Tytuł „Albert Camus. Los i lekcja”. Już w pierwszych akapitach, co mi się podobało, jest podane, że matka pisarza, nie potrafiła czytać, ani pisać. Podobnie jak dawniej wielu Cyganów, którzy też w zasadzie rzadko zostawiali po sobie jakieś literackie dokonania. Natomiast sam francuski, późniejszy pisarz, który zdobył uznanie światowe, a jego „Dżuma” jest lekturą w Polsce, uważał zjawisko biedy za wartość.

Książka jest cieniutka, więc zaintrygowany dobrym początkiem odłożę ją sobie, obok innych moich lektur. W zasadzie zamierzam stopniowo nauczyć się projektować strony internetowe. Ale tak, aby być może dostać jakieś zlecenie. Mam do tego odpowiednie podręczniki. Jak też do innych komputerowych zagadnień np.: Linux, sieci Wi-Fi, zabezpieczenia komputera. Trochę archiwalnych komputerowych tytułów, które kiedyś mniej lub więcej czytałem. Czasem kupowałem dla ciekawych programów, lub jakiegoś tekstu, który chciałem poznać. Obecnie wszystko przeniosło się do internetu, teksty są wtórne. Jako, że nie jestem maniakiem nowych technologii. Wystarcza mi sprzęt, który obecnie posiadam.

Zresztą, to wszystko pędzi zbyt szybko. Nie ma to jednak dla mnie większego znaczenia. Bo zwykle zostaję przy tym, co już poznałem, i umiem na pamięć obsługiwać. Nowe smartfony, duże wyświetlacze. To nie dla mnie, jako, że od jakiegoś czasu odciąłem się od kompulsywnego przeglądania sieci w telefonie. Uznałem, że czas w plenerze będę spędzał bez internetu. Skupiając się na ludziach, przyrodzie, własnym wnętrzu. To jest z założenia minimalistyczne i ma takie być. Czytam właśnie teraz krótki poradnik o filozofii minimalistycznej Leo Babauty. On właśnie zachęca swoich czytelników do takich drobnych zmian, które mają prowadzić do rzeczy, które sprawiają nam najwięcej radości i szczęścia.

FISH – „Yin Yang” * * * (jednak…) Tomasz Beksiński „Tylko Rock” nr 11 (51) listopad 1995  

fish - yin yang.jpg

Zacznę może od tego, że cholernie lubię tego wielkiego łysiejącego faceta. Nie tylko dlatego, że sam łysieję. Po prostu wyczuwam w nim brat­nią duszę – wiele rzeczy przeżywamy na tych sa­mych falach. Dlatego wciąż nie mogę spokojnie słuchać starych nagrań Marillion, a nowy Marillion nie wzrusza mnie nawet w połowie jak daw­ny. Fish potrafił ująć słowami i wyrazić swoim głosem pewne uczucia, które nad wyraz trudno jest opisać – i tylko mistrzom takim jak Edgar Allan Poe, czy Peter Hammill się to udało. Fish na­leży do tej czołówki wybrańców.

 

Zaczynam jednak odczuwać coś na kształt lekkiej irytacji kupując za niebagatelne pieniądze kolejne DWIE płyty mojego idola i znajdując na nich wciąż te same, stare utwory. Wiem: to ma być podsumowanie. Zrobione zresztą uczciwie – większość utworów nagrano po­nownie. Jednak, jako wielbiciel, fan i kolekcjo­ner, mam na półce cztery oficjalne bootlegi z koncertami Fisha, a także płytę Acoustic Session zawierającą m.in. Kayleigh i Sugar Mice. Wersje umieszczone na płytach Yin i Yang nie­wiele nowego wnoszą. Raczej pozwalają – nie­stety – stwierdzić, że muzycy Fisha wyglądają przy muzykach Marillion jak cienie w pochmur­ny dzień. Zaś pewne „rozwodnienie” melodyczne Kayleigh, Lavender i Sugar Mice po­zbawiło te utwory dawnego, boleśnie rozkosz­nego ukłucia. Nieźle broni się tytko Incubus, choć solo gitarowe panów Ushera i Boulta ustępuje popisowi Rothery’ego na Fugazi. No cóż, nawet dwóch sprawnych rzemieślników nie podrobi mistrza. Szczerze mówiąc, wolę koncertowe wersje Incubus – jest w nich wię­cej zapału, estradowej autentyczności i… wspomnień.

 

Nie chciałbym jednak skupić się wyłącznie na słowach krytyki, której dałem tym razem szczery upust. Dla kolekcjonerów jest tu kilka rodzyn­ków: Just Good Friends zaśpiewane w duecie z Sam Brown; Institution Waltz – najwcześniej­szy utwór Marillion (!), nigdy oficjalnie przez ze­spół nie wydany (jakaś demo wersja ukazała się na bootlegu Fish Out Of Water); Time And A Word – kompozycja Yes w wersji Fisha osią­galna dotychczas jedynie na składankowej pły­cie Outpatients, wydanej przez prywatną firmę Fisha Dick Brothers; Boston Tea Party nagrany z udziałem dawnej grupy kompozytora – Alexa Harveya, oraz wydłużona wersja State Of Mind – taka, jaką pamiętamy z ostatnich koncertów Fi­sha w Polsce, Lavender zawiera też fragment Bitter Suite, co można uznać za ciekawostkę.

 

Gwoli informacji: Family Business, Pipeline, Tongues, Company, Solo, Raw Meat, A Gentle­man’s Excuse Me i Fortunes Of War umieszczo­no tu w wersjach już nam znanych. Reszta to no­we nagrania, remiksy itp. Każdy Fishoman powi­nien teoretycznie zaopatrzyć się w te płyty. In­nym odradzam, poczekajmy na zupełnie nowe danie rybne.

 

 

 

Fish – „Acoustic Session”, Tomasz Beksiński „Tylko Rock” Nr 7 (47) lipiec 1995

fishacoustic.jpg

(co do gwiazdek: patrz niżej)

 

Trochę trudno obiektywnie ocenić płytę, składają­cą się ze znanych kawałków, do których jesteśmy przywiązani tym bardziej, że nie jest to greatest hits collection. Nowa płyta Fisha ukazała się wprawdzie wyłącznie dla członków fanclubu Wielkiego Szkota, jednak pewna ilość egzemplarzy trafiła też na polski rynek i dlatego nie można jej pominąć. Tym bardziej, że stanowi smakowity kąsek dla zbieraczy – jest bo­wiem owocem intrygującej „unplugged session” w prywatnym studiu nagraniowym Fisha, The Funny Farm. Jednak chyba tylko kolekcjonerzy będą za­chwyceni. Dla przeciętnego słuchacza Acoustic Session jest bowiem pozycją zbędną – wszystkie utwory pojawiły się wcześniej.

 

Przyznam się, że intryguje mnie motywacja pcha­jąca Rybę do nieustannego wydawania tych samych kompozycji na coraz to innych płytach koncertowych bądź kompilacyjnych (na konferencji prasowej w Stodole w ubiegłym roku zapowiadał na wiosnę dwukompaktowy wybór utworów Marillion w no­wym opracowaniu plus własne greatest hits). Za bar­dzo faceta lubię, żeby go posądzać o merkantylne wyrachowanie. Fish zdaje się być dobrym wujkiem; co jakiś czas daje nam swoisty prezent na znak, że o nas pamięta. Trudno go za to nie lubić.

 

Acoustic Session to płyta ciekawa, choćby ze względu na nowatorskie potraktowanie dwóch kla­sycznych utworów Marillion: Kayleigh i Sugar Mice. Obie piosenki artysta śpiewał podczas ostatnich kon­certów w Polsce, w obu pokusił się o dokonanie kil­ku zmian aranżacyjnych. l nie tylko. Uważnie słucha­jąc tekstu Sugar Mice zauważymy znamienne uści­ślenie: gdy bohater piosenki opowiada o dzieciach, w nowym opracowaniu wyraźnie śpiewa o córce (/ heard her asking questions…). Stary cynik mizoginista Beksiński załapał natychmiast, o co chodzi. Mniej zorientowanym przypominam, że kolega Fish ma córkę. Najwyraźniej klimaty matrymonialne nie służą nawet rybom (co można podejrzewać, analizu­jąc wnikliwie tekst przeboju Lady Let lt Lie) – baba na­wet akwarium zamącić potrafi. Biedna Ryba.

 

Myślę, że dla zaprzysiężonych zwolenników ta­lentu Fisha omawiany album zasługuje conajmniej na trzy gwiazdki, a może nawet na trzy i pół. Malkonten­ci – do których zresztą i ja się zaliczam – będą pew­nie narzekać, że szkoda im forsy na płyty z innymi wersjami znanych utworów, ale zachowajmy spokój: pod względem remiksów, miksów, wersji wydłużo­nych, skróconych, urozmaiconych, uświetniających rocznicę trzeciego miksu i wigilię rocznicy przed-miksu, Fishowi daleko jeszcze do Depeche Mode.

 

“CAPTAIN FANTASTIC I SZALONY PERKUSISTA” – Elton John (Stadion Lecha, Poznań – relacja z koncertu), 18 czerwca 1995 – Tomasz Beksiński, „Tylko Rock” nr 10 październik 1995

elton-john-na-zywo-w-krakowie.jpg

 Someone Saved My Life Tonight – Ktoś uratował mi życie tego wieczoru… To chyba najodpowiedniejsze słowa, jakimi najkrócej mogę oddać wrażenia z tego niezapomnianego niedzielnego wie­czoru. Tym bardziej, że od tego właśnie utworu, kilka minut po 20.00 rozpoczął swój występ Elton John. Nie chciałbym jednak nadawać tym słowom jakiegoś osobistego wydźwięku – od dawna już nie prześladują mnie myśli samobójcze, jestem człowiekiem opanowa­nym i o wiele bardziej obiektywnym niż przed laty. Ale koncert Eltona Johna poruszył mnie do głębi, przywrócił mi WIARĘ w człowieka i nieprzemijalność pewnych uczuć i wartości, zamienionych na dźwięki i zaklętych w kilkuminutowych utworach muzycznych. Byłbym jednak nieszczery, gdybym napisał, że pojechałem do Po­znania pełen cynicznych obaw. Wiedziałem, że Elton John to nie Siouxsie, która kilka dni wcześniej odtworzyła w Warszawie pra­wie całą ostatnią płytę, okraszając występ raptem trzema ważny­mi starymi numerami! Wiedziałem, że ten jedyny w swoim rodzaju mistrz fortepianu zagra i zaśpiewa prawie wszystko, o czym mogli­byśmy marzyć. A po wysłuchaniu albumu Made In England wie­działem też, że pod względem kompozytorskim i wykonawczym jest znowu w szczytowej formie. Jednak nie podejrzewałem, że jego występ tak bardzo mnie wzruszy. Nie śmiałem nawet śnić, że ze zgorzkniałego 37-latka zamienię się na trzy godziny w pełnego ra­dości i energii nastolatka. Że będę skakał, śpiewał i raz jeszcze przeżywał minione dni i wydarzenia… przy których kiedyś towarzy­szyły mi piosenki Mistrza.

 

Elton John to prawdziwy fenomen – jego muzyka adresowana jest właściwie do wszystkich, bo wymyka się przyjętym klasyfika­cjom gatunkowym. To rock – ale i nie rock. Czasami nagle zamie­nia się w country (Dixie Lily), czasami w jazzową improwizację for­tepianową (Rocket Man, Bennie And The Jets), a najczęściej chwyta za serce balladowym liryzmem (Candle In The Wind, The Last Song). Potem nagle nabiera wręcz symfonicznego rozmachu (Funeral For A Friend), a gdy znowu staje się rockiem, umarłego po­trafi zmusić do opuszczenia trumny tanecznym krokiem (Love Lies Bleeding, Pain, Saturday Nights Alright For Fighting), gdyż błyskawicznie nabiera cech melodyjnego, rytmicznego popu (Lies, l Don’t Wanna Go On With You Like That).

 

Wszystkie te utwory – i wiele innych – pojawiły się tego niedziel­nego wieczoru. I nawet deszcz wstydził się padać, choć na ulewę zanosiło się przez cały dzień. Spadło tylko kilka nieśmiałych kropli. Zresztą, nawet gdyby „prało żabami”, nie zaszkodziłoby to wcale magicznej atmosferze, jaka wytwarzać się poczęła w chwili, gdy po – wprowadzającej – elektronicznej fanfarze rozległy się pierwsze fortepianowe akordy Someone Saved My Life Tonight. Było jeszcze jasno, więc początkowo wszyscy wpatrywaliśmy się w niepozor­nego człowieczka w okularach i czerwonym skafanderku, prze­ważnie ukrytego za swoim instrumentem. Po każdym utworze Elton wstawał jednak, wychodził zza fortepianu, kłaniał się publiczności, zagajał. Potem, gdy zrobiło się ciemniej – na wielkim ekranie rozmi­gotały się przeróżne obrazy. Przypominało to trochę wizualną ilu­strację występu Cocteau Twins. O ile jednak przed rokiem w Kato­wicach nuda dławiła za gardło, o tyle w Poznaniu ekran pełnił jedy­nie rolę barwnej przyprawy do porywającej, intrygującej i wciąż zmieniającej się muzyki. A gdy przyzwyczailiśmy się do tej dodatkowej atrakcji, Elton i prawie wszyscy muzycy zeszli nagle ze sceny, zaś światła skierowały się na najbardziej pocieszną postać, jaką od lat oglądałem na rockowym koncercie. Za przeróżnymi bębenkami i „przeszkadzajkami” szalał bowiem Ray Cooper – jeden z najstar­szych (obok gitarzysty Daveya Johnstone’a) współpracowników Eltona Johna. Na płytach z lat siedemdziesiątych zawsze widniały jego zdjęcia – nigdy nie miał gęstej czupryny; do chwili obecnej jed­nak całkiem wyłysiał, ale zdobył przez to przedziwną charyzmę. Stroił miny, tańczył, rzucał pałeczkami, potem zmusił nas wszyst­kich do chóralnego skandowania improwizowanych na poczekaniu okrzyków, aż w końcu – z filuternym błyskiem w oku i szaleńczym uśmiechem – porwał wielką buławę i począł nią walić w olbrzymi gong, skacząc przy tym jak kilkuletni szczeniak rozradowany hała­sem, jaki czyni. Działo się to wszystko podczas porywającej wersji słynnego utworu z rock-opery Tommy grupy The Who – Pinball Wizard. Tym utworem zakończył się właściwy koncert. Czekając na bisy gorączkowo się zastanawiałem, co jeszcze chciałbym usłyszeć… Zdawało mi się, że było już wszystko! To chyba najlepiej świadczy o klasie koncertu. Dopiero potem, wracając do Warsza­wy, powoli przypominałem sobie, czego nie było: Crocodile Rock, Your Song… Wtedy jednak, stojąc w tłumie na murawie stadionu, byłem bliski płaczu ze szczęścia, gdy usłyszałem pierwsze dźwięki Don’t Let The Sun Go Down On Me. Jeden z najpiękniejszych utwo­rów Mistrza. Jeden z moich ulubionych…

 

Ludzie dookoła mnie krzyczeli Nikita! Nikita! – ale gdy Elton wy­szedł po raz trzeci i zapowiedział The Last Song, wiadomo było, że na tym koniec. Ten piękny, nastrojowy utwór artysta zadedykował ofiarom AIDS. l w ten kameralny sposób zakończył się koncert, któ­ry pamiętać będę długo. Choć mógłbym jeszcze słuchać Eltona Johna godzinami, nie czułem niedosytu. Nawet nie żałowałem, że nie było wielu wspaniałych utworów, za które kocham go najbar­dziej: Tonight, Ticking, Sixty Years On, Shoot Down The Moon, l’ve Seen That Movie Too… Opuściłem Stadion Lecha pogodzony z so­bą, z Wszechświatem, z przeszłością. l pełen ochoty, by żyć dalej – choćby po to, żeby kiedyś raz jeszcze trafić na koncert Eltona Johna.