Wspomnienia ze Śląska i kilka kwestii bieżących (I. Portret własny)

PB126106.JPG
Przez pewien czas, kilka miesięcy tego roku mieszkałem w wiejskiej chałupie pozbawionej elektryczności. Można powiedzieć, że hartowałem ducha. Wzmacniałem swój charakter. Nie poddałem się jednak.

Dziś przekładając stare numery „Głosu Siemiatycz” znalazłem wyrwaną kartkę z pamiętnika. Notowałem ołówkiem we wrześniu:

„Jedyne dźwięki jakie doszły do mnie z rana, pewnego wrześniowego dnia. Muzyka Terry Oldfielda, tzw. new age, lub muzyka relaksacyjna. Odgłos ludzkiego głosu w trakcie masturbacji. To Świadkowie Jehowy i jeszcze hejnał, sygnał samochodu rozwożącego naturalne, ekologiczne owoce po wiosce.

Trochę postów zamieszczonych na fejsbukowym „IV. Oddziale psychiatrycznym”. Z telefonu Xperia.

Zmiana grafiki w telefonie, który pomógł mi przetrwać ten trudny czas. Właściwie traktuję go jak odtwarzacz empetrójek, i nie wykorzystuję do dzwonienia. Jedynie zdjęcia robi kolorystycznie i technicznie bardzo ładne.

Nowy motyw pochodzi z płyty Pink Floyd. Album „Wish you were here”. Uściski rąk robotów, na tle symboliki natury. Wody, słońca, ziemi i kosmosu. Płyta floydów stara, ale dalej piękna. Ostatnio czytałem, że ich album „The dark side of the moon” został wybrany najlepszą płytą jaka kiedykolwiek się ukazała. Bardzo lubię jej fragmenty, które ukazały się na koncertowym albumie „Pulse”. W zasadzie słuchałem tych albumów setki razy, i stwierdziłem, że są nie do znudzenia, ponadczasowe, wielkie i genialne.

Wcześniej miałem ustawiony w telefonie na tapecie, artystyczny mural. Zdjęcie wykonałem, jak byłem tam pod koniec maja. Była to twarz mężczyzny. Czarno-biała. Z dymkiem komiksowym, mówiącym o sztuce: „I’m some art”, że jest to jakiś fragment sztuki. To mi się osobiście spodobało. Cyknąłem fotkę telefonem. Sztuka bowiem jest tym, co trzyma i trzymało mnie przy życiu.

Obecnie jest grudzień. Koniec grudnia. Spadł już pierwszy śnieg. Robię zdjęcia nowym aparatem Cyber-shot. W wakacje i jesień pracowałem w sadach przy zbieraniu jabłek. Zarobiłem na to, co utraciłem na Śląsku. Utraciłem ponieważ mi ukradziono.

Czytnik e-booków: Sony PRS-300. Niezwykły model. Kupiłem ten sam, tylko w barwach: Rose/Pink. Jeszcze piękniejszych i bardziej zmysłowo skłaniających do lektury e-książek. Kobiecych być może. Mnie one intrygują. Zresztą nie miałem możliwości wyboru tych barw. Czytnik kupiłem na Allegro. Bardzo tanio. Jak jedną nową książkę, czyli za 50 zł.

Drugą rzeczą na której mi zależało, a ukradziono mi ją w Cieszynie, gdy pracowałem jako sprzedawca w sklepie meblowym, był właśnie Sony Cyber-shot. Model: DSC-H10. Zobaczyłem go w lombardzie, postanowiłem od razu kupić. Kosztował 100 zł. Teraz też tyle za niego zapłaciłem. Z ładowarką, ale bez karty pamięci, którą musiałem zamówić w sklepie Foto-video. Przy okazji zamówiłem zamiennik akumulatorka, aby mieć go na wymianę. Chociaż z doświadczenia już wiem, że te akumulatorki są niezwykle wytrzymałe. Przede wszystkim też nie drogie.

Obecnie co jakiś czas, w zimę rzadziej, jadę rowerem do Siemiatycz. Przez most kolejowy. Staram się być raz w tygodniu, aby spotkać się ze znajomym, i wziąć lokalną gazetę z redakcji „Głosu Siemiatycz”. Latem jeżdżę do miasta częściej, nawet co kilka dni. Tutaj w samotności, mam tylko facebookowe kontakty. Rozwijanie bloga. Jazda rowerem po piwo do sklepu. Gdy mam pieniądze. Gdy nie mam staram się o alkoholu nie myśleć.

Wychodzę z założenia, że dobrze robić sobie kilku tygodniowe przerwy od picia alkoholu. Dawno już takiej dłuższej przerwy nie miałem. Mieszkając na Śląsku byłem dzień w dzień na rauszu. Kilka piw musiałem kupić. Najczęściej w „Żabce” albo w „Lewiatanie”. Piłem tam najczęściej w parku, nad Wisłą z widokiem na góry, czy przed snem w wynajmowanym pokoju. U rodziny, która na sam koniec zamknęła mi łańcuchem bramkę wejściową. Był to dla mnie już znak, że trzeba ewakuować się z Planety Śląsk.

Turystyczny Ustroń był ciekawym miejscem. Poznałem tam cały przekrój społeczny. Piłem z bezdomnym hanysem, który życie w kopalni przepracował. Jurek miał na imię. Pamiętam, że kilka razy dałem mu zadzwonić do jego matki. Była zima, on się na nią wkurwiał, ale z miłością w głosie mówił, że jak przyjedzie i nie będzie jego „czerwonej taszki”, to wszystkich tam w rodzinie zajebie. Śmiałem się z tych jego przemów, ale bardzo go polubiłem. On gdy mnie widział, już z daleka krzyczał: – Siemiatycze idą! Teraz sobie jeszcze przypomniałem, jak określał gotowanie. Mówił np. „uwarzyć obiad”, co też mnie śmieszyło.

Wspominałem mu bowiem skąd pochodzę, i on mi odpowiedział, że pewnie, tam na wschodzie Ślązaków nie lubią. Ja mu tłumaczyłem, że wcale nie, i obiecałem, że zaproszę go kiedyś do siebie nad Bug.

Poza tym, hanysi czy rdzenni Ślązacy myśleli, że jestem Ukraińcem, który mówi po polsku. Ze względu na moje podlaskie zaciąganie czy śledzikowanie, jak to się powszechnie określa.

Ogólnie lubiłem, wręcz pokochałem Cieszyn. Mam nadzieję, że jeszcze go kiedyś odwiedzę. Piękne, zabytkowe miasto. Ale to chyba opowieść na kolejną podróż w czasie. Może to zbyt świeże doświadczenie, aby je rozpamiętywać. Ale w zasadzie dobrze się pozbyć tego bagażu wspomnień. Jest to taka psychoterapia. Terapia przez pisanie.

Zacząłem dziś czytać książkę z nobliwych „Zeszytów Literackich”. Tytuł „Albert Camus. Los i lekcja”. Już w pierwszych akapitach, co mi się podobało, jest podane, że matka pisarza, nie potrafiła czytać, ani pisać. Podobnie jak dawniej wielu Cyganów, którzy też w zasadzie rzadko zostawiali po sobie jakieś literackie dokonania. Natomiast sam francuski, późniejszy pisarz, który zdobył uznanie światowe, a jego „Dżuma” jest lekturą w Polsce, uważał zjawisko biedy za wartość.

Książka jest cieniutka, więc zaintrygowany dobrym początkiem odłożę ją sobie, obok innych moich lektur. W zasadzie zamierzam stopniowo nauczyć się projektować strony internetowe. Ale tak, aby być może dostać jakieś zlecenie. Mam do tego odpowiednie podręczniki. Jak też do innych komputerowych zagadnień np.: Linux, sieci Wi-Fi, zabezpieczenia komputera. Trochę archiwalnych komputerowych tytułów, które kiedyś mniej lub więcej czytałem. Czasem kupowałem dla ciekawych programów, lub jakiegoś tekstu, który chciałem poznać. Obecnie wszystko przeniosło się do internetu, teksty są wtórne. Jako, że nie jestem maniakiem nowych technologii. Wystarcza mi sprzęt, który obecnie posiadam.

Zresztą, to wszystko pędzi zbyt szybko. Nie ma to jednak dla mnie większego znaczenia. Bo zwykle zostaję przy tym, co już poznałem, i umiem na pamięć obsługiwać. Nowe smartfony, duże wyświetlacze. To nie dla mnie, jako, że od jakiegoś czasu odciąłem się od kompulsywnego przeglądania sieci w telefonie. Uznałem, że czas w plenerze będę spędzał bez internetu. Skupiając się na ludziach, przyrodzie, własnym wnętrzu. To jest z założenia minimalistyczne i ma takie być. Czytam właśnie teraz krótki poradnik o filozofii minimalistycznej Leo Babauty. On właśnie zachęca swoich czytelników do takich drobnych zmian, które mają prowadzić do rzeczy, które sprawiają nam najwięcej radości i szczęścia.

Reklamy

FISH – „Yin Yang” * * * (jednak…) Tomasz Beksiński „Tylko Rock” nr 11 (51) listopad 1995  

fish - yin yang.jpg

Zacznę może od tego, że cholernie lubię tego wielkiego łysiejącego faceta. Nie tylko dlatego, że sam łysieję. Po prostu wyczuwam w nim brat­nią duszę – wiele rzeczy przeżywamy na tych sa­mych falach. Dlatego wciąż nie mogę spokojnie słuchać starych nagrań Marillion, a nowy Marillion nie wzrusza mnie nawet w połowie jak daw­ny. Fish potrafił ująć słowami i wyrazić swoim głosem pewne uczucia, które nad wyraz trudno jest opisać – i tylko mistrzom takim jak Edgar Allan Poe, czy Peter Hammill się to udało. Fish na­leży do tej czołówki wybrańców.

 

Zaczynam jednak odczuwać coś na kształt lekkiej irytacji kupując za niebagatelne pieniądze kolejne DWIE płyty mojego idola i znajdując na nich wciąż te same, stare utwory. Wiem: to ma być podsumowanie. Zrobione zresztą uczciwie – większość utworów nagrano po­nownie. Jednak, jako wielbiciel, fan i kolekcjo­ner, mam na półce cztery oficjalne bootlegi z koncertami Fisha, a także płytę Acoustic Session zawierającą m.in. Kayleigh i Sugar Mice. Wersje umieszczone na płytach Yin i Yang nie­wiele nowego wnoszą. Raczej pozwalają – nie­stety – stwierdzić, że muzycy Fisha wyglądają przy muzykach Marillion jak cienie w pochmur­ny dzień. Zaś pewne „rozwodnienie” melodyczne Kayleigh, Lavender i Sugar Mice po­zbawiło te utwory dawnego, boleśnie rozkosz­nego ukłucia. Nieźle broni się tytko Incubus, choć solo gitarowe panów Ushera i Boulta ustępuje popisowi Rothery’ego na Fugazi. No cóż, nawet dwóch sprawnych rzemieślników nie podrobi mistrza. Szczerze mówiąc, wolę koncertowe wersje Incubus – jest w nich wię­cej zapału, estradowej autentyczności i… wspomnień.

 

Nie chciałbym jednak skupić się wyłącznie na słowach krytyki, której dałem tym razem szczery upust. Dla kolekcjonerów jest tu kilka rodzyn­ków: Just Good Friends zaśpiewane w duecie z Sam Brown; Institution Waltz – najwcześniej­szy utwór Marillion (!), nigdy oficjalnie przez ze­spół nie wydany (jakaś demo wersja ukazała się na bootlegu Fish Out Of Water); Time And A Word – kompozycja Yes w wersji Fisha osią­galna dotychczas jedynie na składankowej pły­cie Outpatients, wydanej przez prywatną firmę Fisha Dick Brothers; Boston Tea Party nagrany z udziałem dawnej grupy kompozytora – Alexa Harveya, oraz wydłużona wersja State Of Mind – taka, jaką pamiętamy z ostatnich koncertów Fi­sha w Polsce, Lavender zawiera też fragment Bitter Suite, co można uznać za ciekawostkę.

 

Gwoli informacji: Family Business, Pipeline, Tongues, Company, Solo, Raw Meat, A Gentle­man’s Excuse Me i Fortunes Of War umieszczo­no tu w wersjach już nam znanych. Reszta to no­we nagrania, remiksy itp. Każdy Fishoman powi­nien teoretycznie zaopatrzyć się w te płyty. In­nym odradzam, poczekajmy na zupełnie nowe danie rybne.

 

 

 

Fish – „Acoustic Session”, Tomasz Beksiński „Tylko Rock” Nr 7 (47) lipiec 1995

fishacoustic.jpg

(co do gwiazdek: patrz niżej)

 

Trochę trudno obiektywnie ocenić płytę, składają­cą się ze znanych kawałków, do których jesteśmy przywiązani tym bardziej, że nie jest to greatest hits collection. Nowa płyta Fisha ukazała się wprawdzie wyłącznie dla członków fanclubu Wielkiego Szkota, jednak pewna ilość egzemplarzy trafiła też na polski rynek i dlatego nie można jej pominąć. Tym bardziej, że stanowi smakowity kąsek dla zbieraczy – jest bo­wiem owocem intrygującej „unplugged session” w prywatnym studiu nagraniowym Fisha, The Funny Farm. Jednak chyba tylko kolekcjonerzy będą za­chwyceni. Dla przeciętnego słuchacza Acoustic Session jest bowiem pozycją zbędną – wszystkie utwory pojawiły się wcześniej.

 

Przyznam się, że intryguje mnie motywacja pcha­jąca Rybę do nieustannego wydawania tych samych kompozycji na coraz to innych płytach koncertowych bądź kompilacyjnych (na konferencji prasowej w Stodole w ubiegłym roku zapowiadał na wiosnę dwukompaktowy wybór utworów Marillion w no­wym opracowaniu plus własne greatest hits). Za bar­dzo faceta lubię, żeby go posądzać o merkantylne wyrachowanie. Fish zdaje się być dobrym wujkiem; co jakiś czas daje nam swoisty prezent na znak, że o nas pamięta. Trudno go za to nie lubić.

 

Acoustic Session to płyta ciekawa, choćby ze względu na nowatorskie potraktowanie dwóch kla­sycznych utworów Marillion: Kayleigh i Sugar Mice. Obie piosenki artysta śpiewał podczas ostatnich kon­certów w Polsce, w obu pokusił się o dokonanie kil­ku zmian aranżacyjnych. l nie tylko. Uważnie słucha­jąc tekstu Sugar Mice zauważymy znamienne uści­ślenie: gdy bohater piosenki opowiada o dzieciach, w nowym opracowaniu wyraźnie śpiewa o córce (/ heard her asking questions…). Stary cynik mizoginista Beksiński załapał natychmiast, o co chodzi. Mniej zorientowanym przypominam, że kolega Fish ma córkę. Najwyraźniej klimaty matrymonialne nie służą nawet rybom (co można podejrzewać, analizu­jąc wnikliwie tekst przeboju Lady Let lt Lie) – baba na­wet akwarium zamącić potrafi. Biedna Ryba.

 

Myślę, że dla zaprzysiężonych zwolenników ta­lentu Fisha omawiany album zasługuje conajmniej na trzy gwiazdki, a może nawet na trzy i pół. Malkonten­ci – do których zresztą i ja się zaliczam – będą pew­nie narzekać, że szkoda im forsy na płyty z innymi wersjami znanych utworów, ale zachowajmy spokój: pod względem remiksów, miksów, wersji wydłużo­nych, skróconych, urozmaiconych, uświetniających rocznicę trzeciego miksu i wigilię rocznicy przed-miksu, Fishowi daleko jeszcze do Depeche Mode.

 

“CAPTAIN FANTASTIC I SZALONY PERKUSISTA” – Elton John (Stadion Lecha, Poznań – relacja z koncertu), 18 czerwca 1995 – Tomasz Beksiński, „Tylko Rock” nr 10 październik 1995

elton-john-na-zywo-w-krakowie.jpg

 Someone Saved My Life Tonight – Ktoś uratował mi życie tego wieczoru… To chyba najodpowiedniejsze słowa, jakimi najkrócej mogę oddać wrażenia z tego niezapomnianego niedzielnego wie­czoru. Tym bardziej, że od tego właśnie utworu, kilka minut po 20.00 rozpoczął swój występ Elton John. Nie chciałbym jednak nadawać tym słowom jakiegoś osobistego wydźwięku – od dawna już nie prześladują mnie myśli samobójcze, jestem człowiekiem opanowa­nym i o wiele bardziej obiektywnym niż przed laty. Ale koncert Eltona Johna poruszył mnie do głębi, przywrócił mi WIARĘ w człowieka i nieprzemijalność pewnych uczuć i wartości, zamienionych na dźwięki i zaklętych w kilkuminutowych utworach muzycznych. Byłbym jednak nieszczery, gdybym napisał, że pojechałem do Po­znania pełen cynicznych obaw. Wiedziałem, że Elton John to nie Siouxsie, która kilka dni wcześniej odtworzyła w Warszawie pra­wie całą ostatnią płytę, okraszając występ raptem trzema ważny­mi starymi numerami! Wiedziałem, że ten jedyny w swoim rodzaju mistrz fortepianu zagra i zaśpiewa prawie wszystko, o czym mogli­byśmy marzyć. A po wysłuchaniu albumu Made In England wie­działem też, że pod względem kompozytorskim i wykonawczym jest znowu w szczytowej formie. Jednak nie podejrzewałem, że jego występ tak bardzo mnie wzruszy. Nie śmiałem nawet śnić, że ze zgorzkniałego 37-latka zamienię się na trzy godziny w pełnego ra­dości i energii nastolatka. Że będę skakał, śpiewał i raz jeszcze przeżywał minione dni i wydarzenia… przy których kiedyś towarzy­szyły mi piosenki Mistrza.

 

Elton John to prawdziwy fenomen – jego muzyka adresowana jest właściwie do wszystkich, bo wymyka się przyjętym klasyfika­cjom gatunkowym. To rock – ale i nie rock. Czasami nagle zamie­nia się w country (Dixie Lily), czasami w jazzową improwizację for­tepianową (Rocket Man, Bennie And The Jets), a najczęściej chwyta za serce balladowym liryzmem (Candle In The Wind, The Last Song). Potem nagle nabiera wręcz symfonicznego rozmachu (Funeral For A Friend), a gdy znowu staje się rockiem, umarłego po­trafi zmusić do opuszczenia trumny tanecznym krokiem (Love Lies Bleeding, Pain, Saturday Nights Alright For Fighting), gdyż błyskawicznie nabiera cech melodyjnego, rytmicznego popu (Lies, l Don’t Wanna Go On With You Like That).

 

Wszystkie te utwory – i wiele innych – pojawiły się tego niedziel­nego wieczoru. I nawet deszcz wstydził się padać, choć na ulewę zanosiło się przez cały dzień. Spadło tylko kilka nieśmiałych kropli. Zresztą, nawet gdyby „prało żabami”, nie zaszkodziłoby to wcale magicznej atmosferze, jaka wytwarzać się poczęła w chwili, gdy po – wprowadzającej – elektronicznej fanfarze rozległy się pierwsze fortepianowe akordy Someone Saved My Life Tonight. Było jeszcze jasno, więc początkowo wszyscy wpatrywaliśmy się w niepozor­nego człowieczka w okularach i czerwonym skafanderku, prze­ważnie ukrytego za swoim instrumentem. Po każdym utworze Elton wstawał jednak, wychodził zza fortepianu, kłaniał się publiczności, zagajał. Potem, gdy zrobiło się ciemniej – na wielkim ekranie rozmi­gotały się przeróżne obrazy. Przypominało to trochę wizualną ilu­strację występu Cocteau Twins. O ile jednak przed rokiem w Kato­wicach nuda dławiła za gardło, o tyle w Poznaniu ekran pełnił jedy­nie rolę barwnej przyprawy do porywającej, intrygującej i wciąż zmieniającej się muzyki. A gdy przyzwyczailiśmy się do tej dodatkowej atrakcji, Elton i prawie wszyscy muzycy zeszli nagle ze sceny, zaś światła skierowały się na najbardziej pocieszną postać, jaką od lat oglądałem na rockowym koncercie. Za przeróżnymi bębenkami i „przeszkadzajkami” szalał bowiem Ray Cooper – jeden z najstar­szych (obok gitarzysty Daveya Johnstone’a) współpracowników Eltona Johna. Na płytach z lat siedemdziesiątych zawsze widniały jego zdjęcia – nigdy nie miał gęstej czupryny; do chwili obecnej jed­nak całkiem wyłysiał, ale zdobył przez to przedziwną charyzmę. Stroił miny, tańczył, rzucał pałeczkami, potem zmusił nas wszyst­kich do chóralnego skandowania improwizowanych na poczekaniu okrzyków, aż w końcu – z filuternym błyskiem w oku i szaleńczym uśmiechem – porwał wielką buławę i począł nią walić w olbrzymi gong, skacząc przy tym jak kilkuletni szczeniak rozradowany hała­sem, jaki czyni. Działo się to wszystko podczas porywającej wersji słynnego utworu z rock-opery Tommy grupy The Who – Pinball Wizard. Tym utworem zakończył się właściwy koncert. Czekając na bisy gorączkowo się zastanawiałem, co jeszcze chciałbym usłyszeć… Zdawało mi się, że było już wszystko! To chyba najlepiej świadczy o klasie koncertu. Dopiero potem, wracając do Warsza­wy, powoli przypominałem sobie, czego nie było: Crocodile Rock, Your Song… Wtedy jednak, stojąc w tłumie na murawie stadionu, byłem bliski płaczu ze szczęścia, gdy usłyszałem pierwsze dźwięki Don’t Let The Sun Go Down On Me. Jeden z najpiękniejszych utwo­rów Mistrza. Jeden z moich ulubionych…

 

Ludzie dookoła mnie krzyczeli Nikita! Nikita! – ale gdy Elton wy­szedł po raz trzeci i zapowiedział The Last Song, wiadomo było, że na tym koniec. Ten piękny, nastrojowy utwór artysta zadedykował ofiarom AIDS. l w ten kameralny sposób zakończył się koncert, któ­ry pamiętać będę długo. Choć mógłbym jeszcze słuchać Eltona Johna godzinami, nie czułem niedosytu. Nawet nie żałowałem, że nie było wielu wspaniałych utworów, za które kocham go najbar­dziej: Tonight, Ticking, Sixty Years On, Shoot Down The Moon, l’ve Seen That Movie Too… Opuściłem Stadion Lecha pogodzony z so­bą, z Wszechświatem, z przeszłością. l pełen ochoty, by żyć dalej – choćby po to, żeby kiedyś raz jeszcze trafić na koncert Eltona Johna.