„Opowiem Ci moją historię” (Sztachnąć się IPN-em) – rozdział z książki „Zawód – dziennikarz śledczy” Cezary Gmyz

the nazi ss division.jpg

Nieszczęsne ofiary propagandy Adama Michnika, który nazwał kiedyś archiwum IPN „szambem”, przekonane są, że Instytut gromadzi wyłącznie dokumenty wytworzone przez peerelowską bezpiekę.
– Nic bardziej mylnego. Dokumenty wytworzone przez system komunistycznej represji to, owszem, duża część archiwum IPN, ale przecież nie jedyna. IPN jest następcą prawnym Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich i ma w swoim zasobie również dokumenty, które wytworzyli Niemcy w latach 1933-1945. Idźmy dalej: w Instytucie przechowywane są też dokumenty instytucji, które z komunistycznym czy nazistowskim aparatem represji nie miały nic wspólnego – np. archiwum polskiej sekcji Radia Watykańskiego.

Niewiele się o tym mówi i pisze. Czy to wartościowe zbiory?

– Ogromnie wartościowe. To właśnie w IPN jest przechowywany na przykład jeden z najcenniejszych dokumentów w światowej archiwistyce – jeden z dwóch oryginałów dziennika Jurgena Stroopa dotyczących zagłady getta warszawskiego. Drugi jest w Holocaust Memoriał Museum w Waszyngtonie. IPN wydał zresztą ten dziennik w formie reprintu.

 

Zaraz, zaraz, jak to możliwe, że istnieją dwa oryginały?

– Stroop chciał się pochwalić w Berlinie likwidacją getta i dlatego przygotował dwa egzemplarze. Jeden z myślą o Hitlerze, drugi dla Himmlera.

Dokumenty te znane są od lat, więc chyba nie ma w nich żadnej sensacji.

– Mylisz się. Uważna lektura dziennika w połączeniu z analizą zdjęć pozwoliła mi dokonać bardzo ciekawego odkrycia, a mianowicie, że przywódca Żydowskiej Organizacji Bojowej Mordechaj Anielewicz i jego towarzysze zginęli na skutek denuncjacji dokonanej przez samych Żydów, zaś kilka zdjęć wykorzystanych przez Stroopa przedstawia właśnie likwidację bunkra przy Miłej 18. Mało tego, z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że na jednym ze zdjęć uwieczniono zdrajców, którzy wydali Anielewicza i jego towarzyszy. Co ciekawe, to zdjęcie trafiło na okładkę książki Israela Gutmana Resistance: The Warsaw Ghetto Uprising.
Do czasu mojego tekstu na ten temat zakładano, że zdjęcie przedstawia powstańców, a nie tych, którzy ich zdradzili.

Jak do tego doszedłeś?

– Znam dość dobrze niemiecki, więc czytałem dziennik w oryginale. Zwróciłem uwagę na fragment, w którym Stroop opisywał, że sami Żydzi wydają zamaskowane bunkry Niemcom. Używał w stosunku do nich określenia judische verrater — żydowscy zdrajcy. W stosunku do powstańców operował zaś pojęciem „bandyci”, a w stosunku do ŻOB używał określania „partia”. Moje podejrzenia potwierdziły dwie żyjące w Izraelu członkinie ŻOB – Masza Glajtman-Putermilch i Helena Rufeisen-Schupper. Ich zdaniem, bunkier przy Miłej wydali sami Żydzi. Jedna złożyła relację, że w przeddzień odkrycia bunkra słyszano w pobliżu głosy dwóch mężczyzn mówiących w jidysz. To prawdopodobnie ich przedstawia zdjęcie z dziennika Stroopa podpisane właśnie judische verrater. Z całą pewnością Stroop nie użyłby tego określenia w stosunku do powstańców.

Czyli nawet po tylu latach można jeszcze dokonywać nowych odkryć, badając historię powstania w getcie?

— Z całą pewnością tak. Pamiętaj, że wciąż nie odkryto miejsca ukrycia trzeciej części Archiwum Ringelbluma. Dwie pierwsze odkopano. Trzeciej, kto wie czy nie najcenniejszej, jeszcze nie – choć miejsce jej ukrycia jest z grubsza rzecz biorąc znane. Wiemy, że trzecia część archiwum zawiera m.in. zapiski o ruchu oporu w getcie, w tym o Żydowskim Związku Wojskowym, który jest organizacją mało znaną, a kto wie czy nie ważniejszą niż Żydowska Organizacja Bojowa.

Dlaczego ważniejszą?

— Bo to nie słabo uzbrojony ŻOB, lecz znacznie lepiej wyposażony ŻZW rozpoczął powstanie w getcie, w dodatku odnosząc sukces w walce z Niemcami w bitwie na placu Muranowskim i doprowadzając do wycofania się Niemców z getta.

To właśnie powstańcy z ŻZW zawiesili w tym rejonie dwie flagi, które do szewskiej pasji doprowadziły Stroopa: polską oraz żydowską z gwiazdą Dawida.

Dlaczego ta historia jest tak mało znana?
— Bo opowieść o powstaniu w getcie to narracja przede wszystkim członków ŻOB, którzy przeżyli. Natomiast większość powstańców z ŻZW oddała życie „za wolność naszą i waszą” – Żydów i Polaków. Problem polega na tym, że opowieść o getcie warszawskim w Polsce została zdominowana przez narrację Marka Edelmana. Człowieka bez wątpienia odważnego, który jednak szczerze nienawidził ŻZW.
Dlaczego?

— Edelman do końca życia nie pozbył się pewnego rodzaju sentymentu do komunizmu. Owszem, w PRL działał w opozycji, jednak pozostał lewicowcem. ŻZW miała zaś charakter prawicowy. Edelman posuwał się nawet do rzeczy hańbiącej i nazywał ich wręcz faszystami. ŻZW w dużej mierze stanowili przedwojenni oficerowie Wojska Polskiego pochodzenia żydowskiego – polscy patrioci. ŻOB był lewicowy, wręcz komunizujący z tzw. nastawieniem internacjonalistycznym. Uważam, że wiele jest jeszcze do zrobienia w kwestii odkłamywania historii powstania w getcie. Powinno się z pewnością zbadać bunkier przy Miłej 18. Tam wciąż spoczywają szczątki Anielewicza i członków komendy ŻOB. Edelman z niezrozumiałych dla mnie względów sprzeciwiał się robieniu w tym miejscu jakichkolwiek badań. A przecież tacy bohaterowie jak Anielewicz i jego towarzysze zasługują w końcu na godny pogrzeb. Jeśli IPN robi ekshumacje na tzw. łączce na Powązkach, by godnie pogrzebać w końcu rotmistrza Witolda Pileckiego, to oczywistym dla mnie jest, że również Anielewicz i jego towarzysze powinni mieć godne miejsce pochówku. Może i w tym samym miejscu, gdzie spoczywają
teraz, ale w oznaczonym grobie. To wstyd dla Polski, by ich szczątki walały się przemieszane z gruzem. IPN powinien się zająć tym czym prędzej.
Mówiłeś mi kiedyś, że w Instytucie znajduje się także bardzo wiele ciekawych dokumentów na temat życia codziennego pod okupacją niemiecką.

– Bardzo dużo fascynujących materiałów, po które rzadko kto sięga. Na przykład mało kto wie, że w IPN przechowywane są akta niemieckiej policji obyczajowej wraz z kompletną kartoteką warszawskich prostytutek. W PRL usiłował ten zasób zbadać profesor Tomasz Szarota, kiedy pisał fundamentalną książkę Okupowanej Warszawy dzień powszedni. Wtedy te archiwalia były tzw. prohibitem. Nie udostępniano ich badaczom. Dopiero niedawno ustaliłem, że IPN przejął ten zasób po Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu i są one jawne.
Dlaczego tego zasobu nie udostępniano za czasów PRL?
– Można się jedynie domyślać. Pewnie chodziło o to, żeby w świat nie poszedł przekaz o Polkach, które chętnie sprzedawały się Niemcom. Zasób IPN to wciąż gigantyczna terra incognita. Dysponujemy inwentarzem, ale wciąż miliony stron nie zostały przez nikogo przeczytane. Tak jest na przykład z tzw. mikrofiszami wywiadu od roku 1944 do lat siedemdziesiątych. To bezcenny zbiór wciąż bardzo mało rozpoznany.

Są też akta z tzw. sierpniówek, czyli powojennych procesów przeciw zbrodniarzom nazistowskim, rozpraw przeciw niemieckim konfidentom i tak dalej. Zostały one ledwo liźnięte przy okazji badania sprawy Jedwabnego.
Kiedy odkryłeś, że w IPN kryją się wszystkie te bogactwa? Z „listy Wildsteina” przecież tego nie wyczytałeś?

– To ciekawa i zaskakująca historia – na te zasoby IPN zwrócił mi uwagę mój niemiecki stypendysta, dr Andreas Mix, który zajmował się badaniem dziejów KL Warschau. To Andreas, który równocześnie jest dziennikarzem, uzmysłowił mi, jak bogaty jest zasób IPN, jeśli chodzi o II wojnę światową. Okazało się, że historycy z innych krajów lepiej wiedzą od naszych, jak wartościowe rzeczy można znaleźć w Instytucie. I nie wahają się z nich korzystać.
Teksty historyczne o II wojnie światowej pisane w oparciu zarówno o materiały IPN, jak i o wyniki własnych dziennikarskich śledztw to osobny rozdział w Twojej dziennikarskiej karierze. Ten o odnalezieniu członków brygady Oskara Dirlewangera, zbrodniarzy mordujących cywilów podczas Powstania Warszawskiego, był chyba z nich najgłośniejszy.
– Tak. Ale to na początku nie miało nic wspólnego z IPN. Pewnego razu szef Muzeum Powstania Warszawskiego, Jan Ołdakowski, powiedział mi, że muzeum otrzymało kopie kartotek członków brygady. Rzut oka na te kartoteki wystarczył, by stwierdzić, że to archiwalny skarb.

Były to dokumenty wytworzone zaraz po wojnie. Kompletne spisy ocalałych członków brygady z danymi osobowymi zawierającymi nie tylko ich daty urodzin, ale również adresy, pod którymi zamieszkiwali już po 1945 roku. Wytypowałem z tej listy osoby, które mogły jeszcze wówczas, czyli w 2008 roku, pozostawać wśród żywych, i zacząłem je po kolei sprawdzać.

 

W jaki sposób?
– Niemcy na szczęście nie mają aż takiego hopla na punkcie ochrony danych osobowych jak Polacy. Ogólnoniemiecka, aktualizowana raz do roku książka telefoniczna jest dostępna w Internecie pod adresem www.telefonbuch.de.
Wpisywałem w nią kolejne nazwiska z adresami z kartoteki i okazywało się, że część z członków brygady Dirlewangera wciąż żyje pod adresami wskazanymi w kartotece. Natychmiast powiadomiłem IPN, który wciąż prowadzi śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych przez Niemców i ich pomocników podczas Powstania Warszawskiego. Natomiast muzeum przekazało kopię kartoteki do pionu śledczego IPN. Napisałem też o odnalezieniu kartoteki i sprawa stała się głośna. Niestety zbyt głośna.

Dlaczego?

– Mój tekst zauważyli niemieccy koledzy i nagłośnili sprawę w Niemczech. Ale moim śladem ruszyli nie tylko niemieccy dziennikarze.

Kto jeszcze?

– Neonaziści. Gnojki, które wciąż hołdują III Rzeszy. Ludzie, którzy za wszelką cenę usiłowali zdobyć kartotekę.

Skąd o tym wiesz?

– Powiadomili mnie niemieccy koledzy, że neonaziści usiłowali się dobrać do tej kartoteki w archiwum Czerwonego Krzyża w Monachium. Przypuszczalnie również usiłowali zdobyć jej kopię ode mnie.
Przypuszczalnie?

– Na moją komórkę zadzwonił jakiś facet, który przedstawił się jako niemiecki dziennikarz z prośbą o przesłanie kopii kartoteki. Podał adres. Jednak po tzw. małpie nie było nazwy redakcji tylko gmail. W Niemczech to nic niezwykłego. Wielu dziennikarzy pracuje jako wolni strzelcy. Coś mnie jednak tknęło i postanowiłem sprawdzić, czy facet istnieje. Okazało się, że żaden z moich znajomych dziennikarzy w Niemczech o nim nie słyszał. Sprawdzili też archiwa prasowe i nic – ani śladu gościa. Napisałem na ten adres mailowy, że kartotekę mogę przekazać jedynie osobiście i facet już się nie odezwał.

Neonaziści dorwali się w końcu do tej kartoteki?

– Chyba nie. Z tego co wiem zablokowano po tym dostęp do tego zasobu. Ja jednak przekazałem jej kopię zaufanym niemieckim dziennikarzom. Trafiła do ZDF, której z ukrytą kamerą udało się dotrzeć do dwóch jeszcze żyjących esesmanów. To jeden z takich przypadków, kiedy niemieccy dziennikarze mogą nagrywać z ukrycia.

Co mówili?
– Okazało się, że wcześniej dotarła do nich już niemiecka policja, która ich przesłuchała na okoliczność zbrodni w czasie powstania. Policjanci w tym wypadku zadziałali wyjątkowo sprawnie i po mojej publikacji dostali kartotekę. Esesmani byli więc przerażeni i nie chcieli gadać o tym, co w 1944 roku robili w Warszawie.

Czym była brygada Dirlewangera?

– Jedną z najbardziej zbrodniczych formacji II wojny światowej. Sam Oskar Dirlewanger, choć miał stopień naukowy doktora, był wyjątkowym sadystą i zwyrodnialcem.

Jeszcze przed wojną był karany za pedofilię. Utworzył formację, która początkowo składała się z ludzi skazanych za kłusownictwo, świetnych strzelców. Potem dokooptowywano do niej najgorszy element spośród skazanych za przestępstwa kryminalne m.in. morderców i gwałcicieli. Pod koniec wojny jej stan osobowy uzupełniali już nawet tzw. polityczni, w tym komuniści przetrzymywani w obozach koncentracyjnych. Wsławili się wyjątkowym bestialstwem, najbardziej na Lubelszczyźnie, potem na Białorusi i Ukrainie. Dość powiedzieć, że palenie stodół z ludnością cywilną było dla nich codziennością, niemal znakiem firmowym.
W Warszawie odpowiadają m.in. za rzeź Woli, w tym wymordowanie prawosławnego sierocińca, w którym żadne z dzieci nie zginęło od kuli. Dirlewanger kazał je zatłuc kolbami, by oszczędzać amunicję.

Z tego co pamiętam. Tobie również udało się dotrzeć do jednego z członków brygady.

– Pojechaliśmy z Krzysztofem Wójcikiem i Aleksandrą Rybińską do Niemiec, by odszukać trzech jeszcze żyjących członków brygady. Niestety, już na miejscu okazało się, że dwóch zmarło – jeden kilka miesięcy wcześniej, drugi zaledwie dwa tygodnie przed naszym przyjazdem. Był pochowany na terenie swojej posesji. Udało nam się natomiast nagrać trzeciego.
Zgodził się na rozmowę?

– Ola weszła do jego domu z zaskoczenia. Mówi po niemiecku zupełnie bez akcentu, więc gadała z nim około godziny. Oczywiście skrzętnie pomijał temat tego, co naprawdę robił w 1944 roku w Warszawie. Twierdził, że pojawił się pod koniec powstania, kiedy mordy już nie miały takiego nasilenia jak w pierwszych dniach sierpnia.
Czy któregoś z dirlewangerowców skazano po latach dzięki tej kartotece?

– Żadnego. Problem polega na tym, że nie można kogoś skazać jedynie za przynależność do najbardziej nawet zbrodniczej formacji. Trzeba mu udowodnić, że dopuścił się konkretnej zbrodni na konkretnych ludziach w konkretnym dniu. Po tylu latach jest to w praktyce niemożliwe.
Dlaczego nie skazano ich wcześniej, zaraz po wojnie?

– Z powodu zimnej wojny. Heniz Reinefarth, który odpowiadał za zbrodnie na Woli, Powiślu i Czerniakowie, zrobił nawet karierę polityczną – został burmistrzem na wyspie Sylt i  był działaczem jednej z organizacji wchodzących w skład Związku Wypędzonych. Pochodził bowiem z Wielkopolski, a konkretnie z Gniezna.
Nikt ich w Niemczech nie ścigał?

– W praktyce nie. Trafiłem do Ludwigsburga, gdzie mieści się Zentrale Stelle der Landesjustizverwaltungen zur Aufklarung nationalsozialistischer Verbrechen, czyli coś w rodzaju naszego pionu śledczego IPN. Rozmawiałem z jednym z tamtejszych prokuratorów, który badał akta śledztw z lat poprzednich. Był kompletnie załamany sposobem ich prowadzenia. Wstrząśnięty mówił mi: „Ale to wszystko jest niezgodne z niemiecką sztuką prawniczą!”. Śledztwa były tak prowadzone, by nikogo nie dopaść. Niestety, większość zbrodni na polskich obywatelach pozostała bezkarna. Getto i Powstanie Warszawskie nie zostały pomszczone.

Stroop i Dirlewanger to niejedyni zbrodniarze niemieccy, o których pisałeś.
– Tak. Dużo uwagi poświęciłem też Erichowi Kochowi – gauleiterowi Prus Wschodnich i Komisarzowi Rzeszy na Ukrainie. W IPN znajdują się akta jego procesu. Naprawdę byłem wstrząśnięty opisem zbrodni, jakich dopuszczano się pod jego rządami. Była wśród nich relacja z kaźni w obozie koncentracyjnym w Działdowie. Miano tam powiesić wiekowego Żyda.
Rolę kata powierzono jego synowi – w zamian za darowanie życia. Ojciec błagał syna, by ten go powiesił i sam się uratował.

Syn dokonał egzekucji, ale życia nie ocalił. Powieszono go na tej samej pętli co ojca. Jeszcze gorszych rzeczy ludzie Kocha dopuszczali się na Ukrainie. Nazywano go tam zresztą małym Stalinem, nie tylko z tego powodu, że z wyglądu przypominał sowieckiego dyktatora. Jednak akurat Koch został skazany tylko za to, czego dopuścił się na Polakach.

Kiedy go skazano?

– To był chyba ostatni nazista skazany w Polsce. Wyrok zapadł w symbolicznym dniu 9 maja 1959 roku.

Dlaczego tak późno?
– Koch po ucieczce z Królewca ukrywał się aż do 1949 roku. Schwytali go Brytyjczycy. Następnie przez dziewięć lat trwały przepychanki, kto go ma osądzić: Polacy czy Sowieci. Ostatecznie Brytyjczycy wydali go Polakom, którzy Kocha skazali na śmierć.

Ale wyrok nigdy nie został wykonany. Dlaczego?

— Do końca życia usiłowano z niego wydobyć tajemnicę Bursztynowej Komnaty. Z tego powodu Koch był otoczony szczególną opieką. Do tego stopnia, że kiedy w latach siedemdziesiątych zachorował na raka, zawieziono go specjalną karetką do Łodzi do najlepszego wówczas chirurga. Uratowało mu to życie.
Czy Koch rzeczywiście znał miejsce ukrycia Bursztynowej Komnaty, czy tylko grał, żeby ocalić życie?

— Nie wiem. Na pewno zrobił wiele, by sprawiać wrażenie, że wie coś o tym skarbie. W IPN są przechowywane akta Kocha. Wynika z nich, że SB prowadziła dwie operacje: „Jantar” i „Komnata”, których celem było odnalezienie skarbu. Byli nim żywo zainteresowani również Sowieci. Planowano nawet urządzić wycieczkę Kochowi po Obwodzie Kaliningradzkim, żeby wskazał miejsca, w których mogła być ukryta komnata.
SB sprawdzała każdy nawet najmniejszy ślad. Bezskutecznie.

Udało Ci się dotrzeć do dzienników Kocha.

— To nie były typowe dzienniki, lecz raczej luźne zapiski, jakie sporządzał, siedząc w więzieniu w Barczewie. Dzięki świetnej reportażystce Radia Olsztyn Alicji Kulik dotarłem do człowieka, który nimi dysponował. Niestety, nie udało mi się wejść w ich posiadanie, bo ów człowiek żądał za nie sporych pieniędzy. Z kolei Alicja nie mogła zrobić z wyjazdu żadnego materiału, ponieważ ten człowiek nie zgadzał się na nagrywanie. Przeczytałem na miejscu jedynie część tych notatek. Była tam bardzo ciekawa relacja z tzw. nocy długich noży z Berlina, kiedy Hitler rozprawił się Ernstem Rohmem i jego SA. Koch też miał być zgładzony, bo przyjaźnił się z Otto Strasserem, jednym z liderów nazistowskiej lewicy.

Zdołał się ukryć i przeczekać. Być może to, że darowano mu życie, sprawiło, że stał się tak gorliwym wykonawcą woli Hitlera. Dość powiedzieć, że jako pierwszy zameldował Hitlerowi, że jego Gau, czyli Prusy Wschodnie, są Judenrein – wolne od Żydów.

Były w tych zapiskach jakieś informacje o komnacie?

– Owszem. Na jednej kartce było napisane „Krasne/Bersteinzimmer”. Niestety nie było mi dane jej doczytać.

Jakie wnioski wyciągnąłeś z tej notatki?

– Wtedy nie miałem pojęcia, co to było Krasne. Dopiero potem ustaliłem, że Koch miał tam swoją rezydencję. Sformułowałem hipotezę, że może być tam ukryta komnata. Część badaczy jednak to kwestionuje, twierdząc, że daty się nie zgadzają.

Sprawdzałeś to jeszcze w inny sposób?

– Dotarłem, dosłownie w ostatniej chwili, do spowiednika Kocha. Luterańskiego duchownego księdza-seniora Józefa Pośpiecha. Oczywiście nie ujawnił żadnej z rozmów duszpasterskich. Ale powiedział mi, że nie rozmawiali o komnacie, choć Koch wspominał często swoją rezydencję. Gdyby powiedział coś istotnego, to SB wiedziałaby o tym i sprawdziła trop – podsłuchiwała Kocha w jego celi. Ksiądz Pośpiech niedługo po tej rozmowie zmarł. Kiedy z nim rozmawiałem, był już bardzo słaby.

Kto ostatecznie wszedł w posiadanie notatek Kocha, o któ­rych wspomniałeś?
– Kupiło je jedno z czasopism. Moim zdaniem nie opublikowało jednak całości, bo w ujawnionym materiale nie znalazła się notatka o Krasnem, którą widziałem. Być może jej nie dostali od sprzedającego, który postanowił podzielić swój skarb i sprzedać różnym kupcom. A może zachował ją dla siebie. Po mojej publikacji sprawą zainteresowała się też rosyjska ambasada. Jej przedstawiciele pojawili się znienacka, przez nikogo niezapraszani, na jednej z wewnętrznych imprez we „Wprost”. Oczywiście nie ujawniłem im, kim był mój informator. Odniosłem wrażenie, że są nie tylko dyplomatami.

Jak zakończyło się Twoje śledztwo w sprawie tajemnic Kocha?

– Ustaliłem, że ostatnie dwa lata życia przesiedział w peerelowskim więzieniu bez podstawy prawnej. Ujawnił to jego adwokat – Ludwik Cendrzak – który usiłował wtedy wycią­gnąć Kocha z więzienia.

Zbrodniarz nazistowski skazany na śmierć był przetrzymywany bezprawnie? Jak to możliwe?

– Prawo w PRL stanowiło, że jeśli wyrok śmierci nie zostanie wykonany w określonym terminie, to zamienia się go automatycznie na drugą w kolejności najsurowszą karę. Kodeks karny w PRL nie znał dożywocia. Najsurowszą po karze śmierci karą było dwadzieścia pięć lat więzienia. To oznacza, że Koch powinien wyjść z więzienia w 1984 roku. Ale zanim zmarł, przesiedział jeszcze ponad dwa lata. Komuniści straszliwie zemścili się na adwokacie Kocha. Cendrzak pod sfingowanym zarzutem został skazany za rzekome szpiegostwo na rzecz Niemiec. Osadzono go zresztą właśnie w Barczewie, w celi obok Kocha. Adwokata zrehabilitowano dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Już pośmiertnie.

A Koch?

– Został potajemnie pochowany w bezimiennej mogile na cmentarzu w Barczewie. Pewna osoba wskazała mi jego grób.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s