„TechGnoza” Erik Davis (fragment: sekta Bramy Niebios – serial „Star Trek” – Marshall McLuhan – UFO – kino science-fiction – globalna sieć – multiwersum)

techgnosis.jpg

Wiele fi­lozofii i tradycji religijnych, zwłaszcza tych roztropniejszych pod względem egzystencjalnym, zarazem uznaje istnienie tego zaświatowego impulsu, jak i stara się go utemperować, wpro­wadzając pragnienie transcendencji w zrównoważony układ pomiędzy rzeczywistymi ograniczeniami cielesnego życia a rze­czywistymi możliwościami samorozwoju. Lecz w chaosie post­modernistycznego życia, którego przyspieszone tempo i me­dialne burze pozbawiają nas wszelkiego naturalnego balastu, jaki kiedyś utrzymywał nasze ja w nienaruszonym stanie, ów transcendentalny impuls łatwo może ulec wypaczeniu – prze­chodząc w technoutopistyczne fantazje, złudzenia New Age albo, w najgorszym wypadku, w przepaść zbiorowego samo­bójstwa.

 

Wyższy poziom

 

Wiosną 1997 r., gdy chrześcijanie obchodzili zmartwychwsta­nie Chrystusa, a na niebie błyszczała kometa Hale’a-Boppa, trzydzieścioro dziewięcioro mnichów i mniszek sekty Bramy Niebios zabiło się śmiercionośną mieszanką wódki i fenobarbitalu w nadziei, że zabierze ich statek kosmiczny, który, jak wierzyli, płynie w kometarnym pyle. Obok fantastycznonaukowej wiary, najbardziej zaskakującym z przekonań sekty było ich gnostyckie wyrzeczenie się ciała: ich unikająca ekscytacji moda i poszukiwanie aseksualnej androgynii, wiara, że ciała są jednorazowymi „wehikułami” lub „naczyniami” dla kosmicz­nej duszy, oraz ich (czasem dosłownie) samokastrujące odrzucenie fizycznej bliskości.

 

Sekta Bram Niebios ze swymi ścisłymi ślubami czystości i samowyrzeczenia oraz ostrym metafi­zycznym klinem wbitym między ciało i umysł przypominała raczej jakąś przeniesioną w czasy New Age starożytną grupkę zrzędliwych, tęskniących za wyzwoleniem mnichów.

 

Sekta Bramy Niebios zaczęła działać we wczesnych latach siedemdziesiątych, gdy fala kultów związanych z latającymi spodkami zajęła wyjałowioną próżnię duchową, jaka pozosta­ła po załamaniu się utopii kontrkultury. Posługując się imionami Bo i Peep, albo po prostu Dwoje, Marshall Applewhite i jego platoniczna przyjaciółka Bonnie Nettles przyciągnęli pewną liczbę zwolenników, z których niektórzy pozostali z ni­mi do samego końca.

 

Kładąc nacisk na ścisłą dyscyplinę oraz odrzucenie emocji i większości pragnień, zachęcali członków sekty, by przestali się utożsamiać ze swymi zwykłymi cechami osobowości i przenieśli swą uwagę na „poziom ponadludzki”. Ani ta wojująca taktyka przebudzania, ani obietnica Dwójki, iż wkrótce wyląduje macierzysty statek kosmiczny, nie były w tym okresie czymś wyjątkowym. Lecz w 1997 r. Applewhite i najściślejsze grono jego zwolenników śmiało zdecydowało się pójść tam, dokąd przedtem nie poszli przedstawiciele żadnych sekt ufologicznych: przez wrota zbiorowego unicestwienia do wyzwolenia przez wędrującą gwiazdę.

 

Po drodze sekta przebiła się do samego rdzenia popularnej świadomości zbiorowej, nadającej swą paplaninę na całym świecie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. W tej nowej psychicznej geografii inforozrywki nic nie jest bardziej upra­gnione niż wydarzenie medialne: spektakl informacyjny, któ­ry znajduje oddźwięk w masowej wyobraźni, który budzi zain­teresowanie wszystkich, który może zdominować wszystkie kanały z siłą filmowej superprodukcji.

 

Zbiorowe samobójstwo członków sekty było z pewnością takim wydarzeniem i przyciągnęło naszą uwagę, ponieważ odzwierciedlało cały kalejdo­skop obsesji naszej kultury i manii medialnych wiosny roku 1997: UFO, stapianie się płci, kometa Hale’a-Boppa, kompu­tery, prawo do samobójstwa, Star Trek, kult wydajności, rezy­dencje bogatych. Nawet nowe czarne buty Nike, które widać było tak wyraźnie na policyjnych filmach z miejsca wydarzeń, sprawiały wrażenie tendencyjnej reklamy produktów danej marki, typowej dla hollywoodzkich filmów.

 

Samobójstwa dały także mediom okazję do bredzenia na temat Internetu, ich zuchwałego rywala we współzawodnic­twie o przyciągnięcie uwagi publiczności. Ponieważ sekta two­rzyła witryny internetowe dla siebie i na zamówienia klien­tów oraz posiadała w swych szeregach ludzi zawodowo zajmujących się komputerami, niemal natychmiast ochrzczono ją mianem „sekty internetowej” – określenie raczej niesprawiedliwe, jeśli weźmiemy pod uwagę, że Internet nie odgrywał szczególnej roli w ich kosmologii i że większa część członków zapisała się na długo przed tym, zanim grupa zwróciła się w stronę World Wide Web jako źródła dochodu i środka szerze­nia swej nauki.

 

Lecz nie powstrzymało to gadających głów od sypania wątpliwymi twierdzeniami na temat nieokiełznanej sieciowej działalności sekt i łatwości „rekrutacji” przy użyciu Usenetu i IRC. Doniesienia na temat Bram Niebios sprawiły, że w oczach ludzi już i tak obawiających się cyberprzestrzeni lub też nic o niej nie wiedzących Sieć stała się zagrożeniem duchowym, a nie tylko zagrożeniem moralnym i politycznym, wywołanym przez konserwatywne grupy poszukujące sieciowej pornografii i przepisów na bomby.

 

W obliczu tego ataku – i zdając sobie sprawę, że otwarta struktura Sieci podkopuje ten rodzaj kontroli informacji, od któ­rego uzależnione są prawdziwe sekty — wielu cyfrowych aktywistów przeszło do ofensywy i oznajmiło, iż nie można winić Sieci, ponieważ jest ona jedynie narzędziem”. Ich zamiary były chwalebne, lecz taki głodny kawałek nie wystarczy.

 

Sieć nie jest narzędziem; jest – McLuhan wybaczy – środowiskiem, rezonującym wzmacniaczem psychicznym, który między in­nymi znosi bariery oddzielające centrum od obrzeży, wiado­mości od plotek, opinie od reklam, prawdę od złudzeń. Spra­wia to, że staje się ona wielką wylęgarnią alternatywnych opisów rzeczywistości, subkultur i owych zaraźliwych wirusów umysłu, które niektórzy nazywają „memami”.

 

Społeczność sie­ciowa, nie przywiązana do wspólnej wizji przestrzeni społecz­nej i wspólnej kultury intelektualnej, staje się siedliskiem ożywionej aktywności dla grup zainteresowań, fanów, informa­cyjnych maniaków, sztucznie stworzonych nisz rynkowych i wirtualnych wspólnot samotnych dusz. Według określenia Tima Bernersa-Lee, twórcy WWW, Sieć pozwala ludziom „wyżłobić sobie w kulturze pieczarę, z której nie mogą się wydo­stać”. W tym sensie Sieć wciela mroczne przeczucia, które niemal przed wiekiem wyraził Henry Adams z myślą o przy­szłości rządzonej przez dynamo: że wcale nie zamieszkujemy uniwersum, lecz multiwersum.

 

Multiwersum jest fajne w komiksach, ale jako obszar do nawigacji jest także niebezpieczne i trudne. Ponieważ Sieć w coraz większym stopniu zapośrednicza nasze widzenie świa­ta, jak również działalność społeczną i ekonomiczną, może się więc zdarzyć, że poznamy ten oszałamiający stan z autopsji. Bo równolegle do tego, że Sieć tworzy powiązania pomiędzy różnymi światopoglądami i zachęca nas do skakania po kana­łach rozmaitych zapętlonych zwojów zbiorowego umysłu, tech­nologia może stworzyć w rzeczywistości konsensusu rozdarcie tak wielkie jak dziura ozonowa nad Antarktyką. Już teraz wi­dać biegunkę: kawały i plotki rodzą prawdziwą wiarę, światopoglądy zamieniają się w światy, a kiepskie idee opanowują równie kiepskie umysły.

 

Nie utrzymywane już w ryzach przez wydawców, prawników czy ślimacze tempo zwykłej poczty ano­nimowe i bezpodstawne twierdzenia zarówno powstające spontanicznie, jaki specjalnie fabrykowane, krążą jak błędne ogniki po środowisku informacyjnym, zmuszając instytucje do oficjal­nych reakcji, a poważnych dziennikarzy do uznawania pogło­sek za wiadomości. Wymieniając plotki przy studni w naszej globalnej wiosce, wzmocniliśmy już szeptaninę o złych wiru­sach komputerowych, kokainowych łącznikach CIA, odrzutow­cach TWA strąconych przez nasze wojska, rządowych spiskach w Oklahomie i bazach danych Lexis-Nexis, które podają nu­mer twojego ubezpieczenia społecznego i panieńskie nazwisko twojej matki.

 

Sieć jest z natury rodzajem maszyny spiskowej, mechanizmem ułatwiającym zataczanie coraz szerszych krę­gów różnym spekulacjom, synchronistycznym powiązaniom i dziwnym kontrastom. Specjalna „subkulturowa wyszukiwarka” o nazwie Disinformation używa nawet przypominającego Yahoo systemu filtrów do znajdowania w Sieci mrocznych in­tryg, zwariowanych kosmologii, rewizjonistycznych wersji hi­storii oraz najnowszych znaków i zwiastunów.

 

Nie jest więc zupełnym przypadkiem, że co najmniej jedna członkini Bram Niebios, Yvonne McCurdy-Hill, weszła na po­kład ekspresu Hale’a-Boppa poprzez portal przeglądarki internetowej. Nie dlatego, by sekta ograniczała swój prozelityzm medialny do rynku sieciowego. Członkowie grupy, przekonani, że siły Lucyfera biorą górę i że wkrótce cała planeta zosta­nie rozorana, spędzili swe ostatnie lata, usiłując przepchać swe memy przez ile tylko się da kanałów informacyjnych. Wykupi­li całą stronę w „USA Today”, parali się przekazami satelitar­nymi, wypuszczali broszury i ulotki, rozprowadzali taśmy wi­deo, zasypywali Usenet i urozmaicali swe własne nabite informacjami strony internetowe za pomocą najnowszych apletów Javy. Lecz najzręczniejszym ich wyczynem było medialne zwy­cięstwo zza grobu.

 

Żyjący i nadal wierzący Rio DiAngelo po­wiedział „Newsweekowi”, że jego towarzysze byliby „dumni” z całego szumu, jaki wywołało ich samobójstwo: „Oni naprawdę chcieli, żeby cały świat poznał te informacje, ale nie mogli ich ogłosić. Nikt by ich nie słuchał. Myślę, że byliby szczęśliwi”208. Najbardziej intensywną reklamą alternatywnej wizji świata sekty były jej ostatnie przesłania: garść pożegnalnych komunikatów, nagranych na kasety wideo w ostatnich dniach przed odej­ściem. Wiedząc, że dokumenty te trafią do telewizji, członkowie sekty patrzyli prosto do kamery i zwracali się do nas, nasyco­nych mediami członków cywilizacji, którą porzucili jako straconą sprawę. Jak wyjaśnił Darwin Lee Johnson w jednej z przemów:

 

Wiemy, że różni wykrętni rzecznicy, ludzie, których profesją jest szydzenie z innych, będą atakowali to, co robimy. (…) Powie­dzą, że jesteśmy szaleni, że jesteśmy zahipnotyzowani. (…) My wiemy, że to nieprawda, ale skąd wy macie to wiedzieć?

 

To jest oczywiście pytanie za milion dolarów, lecz w zesta­wieniu z nadętym psychobełkotem dotyczącym kontroli umy­słów, odbębnianym przez większość „ekspertów od sekt” w tele­wizyjnych wiadomościach, taśmy skutecznie naruszyły zwycza­jową rutynę. Dały one bardzo ludzki, choć głęboko wstrząsający, obraz tego, co jeden z byłych członków nazwał „najbardziej nie­zwykłym eksperymentem socjologicznym, jaki tylko można sobie wyobrazić”.

 

Taśmy sugerowały także to, co potwierdziły późniejsze ra­porty: że Bramy Niebios miały w swych szeregach dość zago­rzałych fanów science fiction, przynajmniej z odłamu mające­go obsesję na punkcie produktów hollywoodzkiej fabryki snów. Siedząc na przydzielonych miejscach przed 72-calowym wspól­nym telewizorem, członkowie sekty raczyli się Z archiwum X i różnymi odmianami Star Trek oraz uzupełniali swą dietę filmami puszczanymi na wideo, takimi jak Kokon, Bliskie spotkania trzeciego stopnia i trylogia Gwiezdne wojny. Obok bu­tów Nike najbardziej godnym uwagi elementem samobójczych kostiumów grupy były trójkątne naszywki na ramionach z na­pisem „Away Team” [Oddział zwiadowczy] – co w żargonie Star Trek oznacza wysyłane na planety małe patrole. Szczególnie niesamowita była obecność wśród zmarłych Thomasa Nicholsa, brata Nichelle Nichols, która grała rolę oficera łącznościowe­go, porucznik Uhury, w pierwszej serii Star Trek i która obec­nie reklamuje w telewizji gorącą linię pomocy psychologicznej.

 

Kapitan Applewhite i Away Team nie traktowali jednak ste­reotypów tego gatunku tak dosłownie, jak przypuszczano. Przy­znawali się do niewiedzy co do tego, czy skończą w niebie, w innym wymiarze czy na mostku statku gwiezdnego. Jeden z ich długich sieciowych tekstów dowodzi także, że sekta świado­mie wykorzystała „żargon Star Trek”, aby przekazać swe apo­kaliptyczne przekonania religijne świeckim umysłom zanurzo­nym w kulturze masowej. Ostatecznie wierność science fiction wobec nauki bardzo często jest pomniejszana lub nawet przy­ćmiewana przez typową dla tego gatunku eksplorację odwiecz­nej tęsknoty ludzkości do symboli, kosmologii i przełomu poznawczego. Nawet umiarkowana fantastyka naukowa może czasem wyrażać zapatrywania mistyczne, a nawet gnostyckie; w Imperium kontratakuje pomarszczony guru Yoda bul­gocze do Luke’a Skywalkera: „Świetliste z nas istoty, nie suro­wa materia”. Słysząc to, trudno nie wyobrażać sobie akolitów Bram Niebios stłoczonych wokół telewizora na parę tygodni przed samobójstwem, cieszących się w duchu, że stary muppet potwierdza ich najgłębsze przekonania.

 

Najbardziej godne uwagi zastosowanie gnostyckich meta­for fantastycznonaukowych znajduje się na pożegnalnej ta­śmie wideo Dennisa Johnsona, nadanej w „Nightline” wkrótce po samobójstwie. Czterdziestodwuletni eks-gitarzysta rocko­wy twierdzi na niej, że „odłożenie tych ludzkich ciał, które zo­stały wypożyczone do tego zadania” będzie równie proste jak zejście z holodeku w Star Trek: Następnym pokoleniu – holograficznej sali wirtualnej rzeczywistości, gdzie załoga spędza­ła całe godziny w sztucznych światach albo na wykonywaniu ćwiczeń. Johnson mówi dalej:

 

Wyliczyliśmy to matematycznie (…), ćwiczyliśmy na holodeku przez mniej więcej trzydzieści minut i już pora przestać. Gra skończona. Przyszedł czas sprawdzić w praktyce to, czego się nauczyliśmy. A więc zdejmujemy hełm rzeczywistości wirtualnej, odstawiamy wehikuł użyty do tego zadania. Przestajemy się nim zajmować, wracamy z holodeku do rzeczywistości, aby dołączyć do innych członków załogi na statku, w niebiosach. Możesz to nazywać innym wymiarem, inną rzeczywistością, kto wie? Trzymano nas tu w niewiedzy, która jest takim stanem, jakiego moż­na oczekiwać w przypadku tych pojazdów.

 

Johnson kończy swą szczególną przemowę, podkreślając, że grupa z nadzieją czeka na swe zbiorowe samobójstwo, z tej prostej przyczyny, iż nie utożsamiają się oni ze swymi ciałami. „Gdybyście tylko mogli spojrzeć na to w ten sposób – błaga – gdybyście tylko mogli troszeczkę wniknąć w przestrzeń na­szych głów i zobaczyć, jacy jesteśmy szczęśliwi, jak mocno przekonani do tego, co robimy, jak zaangażowani”. Język Johnsona jest tu interesujący, ponieważ „przestrzeń głowy” [head-space] to idiomatyczne na Zachodnim Wybrzeżu określenie oznaczające punkt widzenia drugiej osoby, ale jednocześnie przedostanie się do takiej przestrzeni stanowi znakomity opis rzeczywistości wirtualnej, technologii, która odegrała znaczącą rolę w gnostyckich wyobrażeniach sekty.

 

str. 308 – 314

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s