„Waloszka uzdrawia po zachodzie” – Wojciech Kassian. Historia „babki” z Orli. Archiwalny tekst mojego ojca w białostockim „Kurierze Podlaskim”.

Dziś  w  numerze:

– WALOSZKA UZDRAWIA PO ZACHODZIE, czyli coś w tym jest – twierdzi Wojciech Kassian

Pani Wiera Popławska zdolności swoje prze­jęła po matce Zofii. Mieszka w małej osadzie na Białostocczyźnie. Gdy wysiadłem na przystanku pekaesu w Orli nikt z mieszkańców nie wiedział, gdzie może mieszkać Popławska.

A babka?„Babka” mieszka na ulicy Kleszczelowskiej.

Na podwórku „babki” panuje wzorowy porządek. Zabudowania pomalowane, drwa poukładane równo pod ścianami obórek. Dom niby taki sam jak wszy­stkie inne w Orli — drewniany, ale sień to jakby przedsmak inności. Ta u „babki” wyposażona w ła­weczki, zdolna jest pomieścić około 8 osób. Ściany wyłożone białymi, laminowanymi płytami nadają jej „wdzięk” poczekalni lekarskiej. Małe, kwad­ratowe okienko wpuszcza z podwórka trochę światła.

Waloszka to osoba szczu­pła i zadbana jak całe obejście. Spod chustki wystają dwa pasma przyprószonych siwizną włosów. — Sława Hospodu i Jesusu Chrystu — brzmi powitanie. Widząc jednak, że „nie panimaju” przechodzi na poprawny język polski.

Dziennikarzy nie lubi. Kiedyś Andrzej Bartosz w zbiorze reportaży uraził ją. Pomaga tym, którzy wierzą w nią i w uzdrawia­jącą siłę modlitwy.

Orla jest ośrodkiem pra­wosławia. Cerkiew pod wezwaniem św. Michała, utrzymywana — jak twierdzą mieszkańcy — z pie­niędzy oddawanych przez Waloszkę, skupia wszystkich wiernych. Katolików jest kilku. Raz w tygod­niu przyjeżdża do nich ksiądz rzymsko-katolicki z Bielska Podlaskiego. Od­prawia im mszę. „Babce” przynależność religijna pacjentów jest obojętna. Uzdrawia wszystkich.

Kuchnia, w której przyj­muje, wyposażona jest w kilka krzeseł i stół. Stoi na nim krzyż i spodeczek z różnymi przedmiotami. Listki, herbatniki, ryż i chleb. Najpierw „babka” wypytuje przybysza na co cierpi. Mówi mu wtedy czy będzie mogła pomóc.

Ewentualnie informuje go ile razy będzie musiał przyjeżdżać, aby choroba przeszła całkiem. Jeśli może pomóc, to po modlit­wie wręcza zawiniątko, które ma być wyrzucone przez pacjenta na rozstaju dróg. Koniecznie przez lewe ramię. Przepisuje też modlitwy. Trzeba je od­mawiać o określonej porze dnia.

Proboszcz od św. Micha­ła pacjentem nie był. Roz­mawiać na temat Waloszki nie chce. — Jedno mo­gę panu powiedzieć, że jest to bardzo wierna parafian­ka. Nie opuściła żadnej mszy. Jej gospodarstwo jest wzorowe, zaś państwo Popławscy stanowią przykładne stadło. Tyle tylko, że są bezdzietni.

Czy zna przypadki uzdrowień? Twierdzi, że tak, lecz nie chce o nich mó­wić.

Sekretarz PRONu (Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego – przyp. mój), pracu­jący w Orli, już trzynaście lat korzysta z leczenia „babki” pośrednio. Kiedyś polecił ją koledze ze Szcze­cina. Przyjaciel chorujący na ostrą żółtaczkę miał już policzone dni. Lekarze nie rokowali przeżycia dwóch tygodni. Po odwie­dzinach w Orli żyje do dziś.

Organizacje społeczne w Orli są zadowolone — wy­asfaltowano drogę z Biel­ska do samej Orli. Chorzy zbyt cierpieli jadąc po „ko­cich łbach”.

Sekretarz jest kierowni­kiem lecznicy weterynaryj­nej. Teść jego chorował na raka języka. Przyjechał za późno. „Babka” nie mogła zamówić. Przekraczało to jej możliwości. Zmarł po kilku dniach. Ale żonie wizyta pomogła. Chorowa­ła całą noc. Rano poje­chali do babki. Kazała się modlić trzy razy dziennie, dała zawiniątko do przeciągnięcia wzdłuż ciała i wyrzucenia. Przeszło.

Taksówkarz od lat wo­żący chorych do „babki” sam nie ufał jej zabiegom. Kiedyś jego plecy pokryły się wrzodami. Powiedział „babce”, że wybiera się do dermatologa. Zamówiła i wrzody zniknęły zanim do­jechał do Bielska. Miała jednak żal do kierowcy. Skoro tyle wypadków uzdrowień sam widział, to dlaczego nie uwierzył.

Ale ludzie są różni.

Czasami — mówi kie­rownik lecznicy — jadąc w teren mijam dom „babki”. Kolejka stoi do połowy podwórka. Tylu pacjentów ma mój ośrodek weteryna­ryjny łącznie z gminnym ośrodkiem zdrowia w ciągu całego miesiąca.

Coś w tym jest — stwierdza każdy napotka­ny przechodzień w Siemiatyczach, Orli, Drohi­czynie czy Bielsku Podlas­kim. Wielu nie wierzy w cudowne właściwości „bab­ki”. Inni zaś po skorzysta­niu z usług, nie przyznają się do tego.

Pod domem „szepciuchy” stoi zawsze kilka samo­chodów. Z Katowic, Gdań­ska, Warszawy. Pacjenci z Kanady, Australii czy in­nych krajów przysyłają do dziś dziękczynne paczki.

Kierowniczka gminnego ośrodka żalu nie ma. O tym, że działa tutaj znachorka, wiedziała jeszcze przed objęciem pracy. Żad­nych wywiadów nie chciała udzielać. — Ale wie pan — powiedziała — wywie­ra ona na mnie wrażenie natchnionej Matki Boskiej. Czasami nawet ja odsy­łam kogoś do niej. Czasami pacjent od niej przy­chodzi do mnie. Moja po­stawa wobec niej jest jednoznaczna. Uważam, że pewna część spraw rozgrywa się w sferze psychiki. Obecnie całość lecznictwa to chemioterapia i lekarz-urzędnik. Ludziom potrzeba serca, czasu, poś­więcenia i wiary w to, że będą zdrowi. Czasami wpadają do mnie znajomi, z którymi studiowałam. Przyjeżdżają do znachorki. Sama nie korzystałam z jej usług. Wiem, że nie prowadzi ona rejestru pac­jentów.

Chwali gospodarstwo Waloszki sekretarz gminy. Nigdy nie chcieli od gmi­ny niczego. Teraz nato­miast jest kłopot. Po zda­niu gospodarstwa za ren­tę ludzie toczą boje o zie­mię Waloszki. Ziemia ro­dziła i rodzi cudownie. Troskliwie obsługiwana przez szereg lat stanowi dla wielu wartość większą od nadprzyrodzonych mocy uzdrowicielki. Działalność naszej Waloszki nikomu nie zaszkodziła. Teraz przyjmuje cały dzień. Kie­dyś gdy gospodarowała, przyjmowała po zakończe­niu prac w polu. Po za­chodzie słońca — kończy urzędnik gminy.

Waloszka jest bezdziet­na. Martwi to wielu. Ale niedaleko, bo w sąsiednich Koszelach objawił się dziadek. Twierdzi, że po­siadł zdolności uzdrawiania bliźnich. Na razie nie­wielu dociera do niego, bo po drodze jest Orla. Lu­dzie zatrzymują się u „babki”.

WOJCIECH KASSIAN

„Kurier Podlaski” nr 262 (daty publikacji nie znam, ale były to jeszcze lata 80-te XX wieku. Połowa lub koniec)


Dopisek autora bloga, na temat powyższego artykułu, oraz jego historii rezonowania w sieci:

Pamiętam, gdy byłem kiedyś na mszy w Kościele katolickim w Siemiatyczach, było to dobrych kilka lat temu. Ksiądz podczas mszy wspomniał o „babce” z Orli, mówiąc, że ona już umarła, a jej umiejętności przejął, ktoś z jej rodziny. I teraz on pomaga ludziom. Dalej są do niej/niego kolejki, i tego księdza, tak to odebrałem, to bardzo drażniło.

Natomiast mogę napisać o sobie, że gdy byłem młodym chłopcem (miałem kilka lat, może 4, może 5, sam nie pamiętam) moja śp. matka zawiozła mnie przed poważną operacją, mam tzw. rozszczep wargi i podniebienia (choroba genetyczna) – miała to być druga czy kolejna operacja w Warszawie w Instytucie Matki i Dziecka. Mama zawiozła mnie do Orli właśnie. Prosiła babkę o modlitwę za mnie. Za udaną operację chirurgiczną. Pamiętam, że bałem się tej kobiety (tzw. „babki”), jako dziecko. Była już wtedy stara, przypominała „wiedźmę”, a było to już gdzieś z prawie trzydzieści lat temu, albo nawet więcej. Pamiętam, że matka płakała, i prosiła, aby nas przyjęła. Była wtedy u niej kolejka i tłoczno w tzw. przedsionku. Babka, krzyczała na nas, bałem się, bo byłem dzieckiem. W końcu uległa. Pamiętam jedynie jak narzuciła mi jakąś białą tkaninę na całe ciało, zapalone były chyba świece, siedziałem na krześle, i słuchałem jak odmawiane są nade mną modlitwy. Było to silne doświadczenie i tak je zapamiętałem.

Natomiast dodam jeszcze, że mój śp. ojciec, który był zawodowo dziennikarzem napisał w latach 80-tych dla „Kuriera Podlaskiego” reportaż o Pani Wierze Popławskiej z Orli.

W roku 2017, gdy zamieściłem ten tekst miał on tylko 27 wyświetleń.

W roku 2018, tylko 13 razy ktoś go wyświetlił. A więc pechowa liczba.

W roku 2019 zaczęło się coś ruszać. Wyniki wyświetleń to: 251.

2020 był rekordowy, to trzeci z najczęściej czytanych artykułów na mym blogu. Miał dokładnie 1127 wyświetleń.

Pierwsze miejsce pod względem wyświetleń do dziś zajmuje reportaż o moim miasteczku, czyli „Belgijcy z Siemiatycz”. Wyświetlono ten tekst w roku 2018 równe 2600 razy. Tekst opublikował nieistniejący tygodnik „Ozon”. Dawniej oczywiście czytałem ten tytuł. Niezbyt często, ale jednak. Miał dobry poziom. Tak go zapamiętałem.

Na drugim miejscu znajduje się: „Mordechaja Canina raport z popiołów” z „Gazety Wyborczej”. Na blogu skupiam się, jak dawniej mój ojciec na tematyce żydowskiej.

Z innych tekstów na temat tzw. „szeptuch” z Podlasia, mogę polecić ten wpis dziennikarki Onetu, który został umieszczony na tym blogu.


Inne teksty Wojciecha Kassiana z czasów PRL-u:

„bez Białostocczyzny” (wieści z terenu) reportaż – WOJCIECH SEMIK-KASSIAN, lata 80-te, śląski „Politechnik”

„LUD I CYWILIZACJA” – WOJCIECH KASSIAN-SEMIK (reportaż), lata 80-te „Politechnik”

„KLAN SZWAGRÓW” (wieści z terenu) reportaż – WOJCIECH SEMIK-KASSIAN, lata 80-te, śląski „Politechnik”

„Smak wolności” – Wojciech Kassian (reportaż z czasów PRL-u na temat studentów)

Uwaga – TAXI z Siemiatycz – Wojciech Kassian (archiwalny tekst) Białystok 8.07.1983

„Ponal” uczy pić po szwedzku – Wojciech Kassian „Gazeta Współczesna” nr 132 / 14-12-1983

Dokąd pobiegł króliczek? – Wojciech Kassian (reportaż – lata 80-te)

„Klan abstynentów” – Wojciech Kassian (10 I 1984, Białystok)

SZEPTUCHY Z PODLASIA

Screenshot - 2017-09-12 , 14_05_32.jpg

waloszka uzdrawia po zachodzie.jpg

I.jpg

II.jpg

III.jpg

Zamieszczone w Inne

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s