„Kiedy zwierzęta miały większe prawa niż ludzie” – Zofia Brzezińska „Uważam Rze. Historia” nr 12 / 2018

Myśląc o systemie prawnym III Rzeszy, mamy przed oczami obrazy pełne przemocy i cierpienia milionów ludzi. Jednak nawet w tym nieludzkim systemie znalazło się miejsce na pewne przejawy humanitaryzmu, ale jedynie wobec… zwierząt.

 

Niezwykłym jest, iż to właśnie na takim gruncie powstały pierwsze poważne akty prawne stojące na straży ochrony fauny i będące najbardziej kompleksowym zbiorem praw zwierząt w ówczesnej Europie. Przyczyną tego mogło być to, iż zgodnie z nazistowską ideologią zaprzestano postrzegania ogółu ludzi jako nadrzędnego gatunku. Przywilej ten przypadł w udziale tylko tzw. Aryjczykom. Za nimi w hierarchii stanęły różne gatunki zwierząt, a na samym dole tej drabiny ważności umieszczono ex aequo (!) Żydów i szczury.

24 listopada 1933 roku wprowadzono w Trzeciej Rzeszy ustawę o ochronie zwierząt – Tierschutzgesetz. Była ona jednak dopiero pierwszym z szeregu aktów prawnych, regulujących sprawy z zakresu tej materii oraz realizujących zapowiedzianą przez Adolfa Hitlera zmianę: „W nowej Rzeszy nie będzie więcej dopuszczalne okrucieństwo

wobec zwierząt”. Sam Hitler był wegetarianinem, choć historycy nadal spierają się w kwestii, czy podyktowane to było jego światopoglądem, czy też wymuszone kwestiami zdrowotnymi. Wódz III Rzeszy nie stanowił jednak wyjątku wśród czołowych nazistowskich polityków. Rudolf Heß, Joseph Goebbels oraz Heinrich Himmler również okresowo, najprawdopodobniej w celach propagandowych, powstrzymywali się od spożywania mięsa. W miarę jak skuteczna propaganda nazistowska umacniała w niemieckim społeczeństwie przekonanie o słuszności postulatów ochrony zwierząt, wzrastała także liczba poświęconych temu zagadnieniu aktów prawnych. 3 czerwca 1934 roku uchwalono ustawę ograniczającą polowania, a zwłaszcza zakazującą okrutnych polowań z udziałem psów. Nie udało się wprowadzić całkowitego zakazu polowań, ponieważ sprzeciwili się temu niektórzy wysoko postawieni funkcjonariusze Rzeszy, tacy jak Hermann Göring, któremu przysługiwał niechlubny w oczach niektórych nazistów tytuł „Wielkiego Łowczego Rzeszy”.

Rok później, w czerwcu 1935 roku, wprowadzono Naturschutzgesetz, ustawę regulującą kompleksowo sprawy środowiska naturalnego. Kolejne ustawy – z 1937 oraz 1938 roku – zabezpieczyły nawet prawa zwierząt do humanitarnego transportu samochodowego oraz kolejowego. Konie należało podkuwać w najmniej bolesny sposób, a ponadto specjalny dekret Hitlera zabronił przyrządzania homarów poprzez gotowanie ich żywcem oraz nakazał bardziej humanitarne metody uśmiercania skorupiaków.

„Ludzkie zwierzęta”

Heinrich Himmler, jeden z największych zbrodniarzy w dziejach ludzkości, morderca milionów ludzi oraz główny współtwórca Holocaustu, w trosce o zwierzęta wyprzedził nawet swojego wodza. Zamartwiał się, że jego oddziały SS mogą zadeptać drobne stworzenia i poważnie rozważał nakazanie żołnierzom noszenia nocą specjalnych dzwonków, które ostrzegałyby zwierzęta przed maszerującym wojskiem. Himmler mawiał: „Strzelanie do ptaków i zwierząt nie jest sportem. To czysta zbrodnia. My, Niemcy, musimy szanować zwierzęta”. Słowa te, wyrwane z kontekstu, wydają się niewątpliwie przekonujące i wysoce etyczne. Biorąc jednak pod uwagę, że ich autor bez żadnych skrupułów skazywał na śmierć miliony mężczyzn, kobiet i dzieci, mogą brzmieć w sposób szokujący i okrutnie groteskowy.

Himmler nie stronił w młodości od polowań. „Często polowałem na jelenie, ale za każdym razem miałem nieczyste sumienie patrząc na ich zamknięte oczy” – przyznał się po latach. Te kuriozalne słowa dowodzą, iż najwyraźniej nie zdawał on sobie sprawy z gigantycznej rozbieżności pomiędzy humanitarnym podejściem do zwierząt a bestialskim traktowaniem ludzi uznanych przez nazistów za niegodnych tego miana: „My Niemcy jesteśmy jedynym narodem, który przyzwoicie traktuje zwierzęta, i tak będziemy się również odnosić do tych zwierząt ludzkich”.

Himmlerowi podobał się średniowieczny, niemiecki zwyczaj poddawania szczurów różnym eksperymentom i pozostawiania im przez to szansy na przeżycie. Po wojnie planował znaczne obostrzenie kar za łamanie praw zwierząt, wprowadzenie w szkołach osobnych zajęć poświęconych trosce o środowisko naturalne oraz przydzielenie towarzystwom opieki nad zwierzętami specjalnego nadzoru policyjnego.

Nagroda im. Adolfa Hitlera

Dopiero kwestia wiwisekcji zwierząt okazała się dużo bardziej problematyczna. Jeszcze przed powstaniem ustawy o ochronie zwierząt z 1933 roku Hitler nakazał wprowadzenie zakazu wiwisekcji. Stosowny dekret został wydany przez Hermanna Goringa 16 sierpnia 1933 roku, jednak na skutek interwencji osobistego lekarza Hitlera przekonanego o szkodliwości takiego zakazu dla rozwoju niemieckich badań naukowych, został on wkrótce skorygowany. Odtąd przeprowadzanie wiwisekcji na zwierzętach stało się dopuszczalne tylko w ściśle określonych przypadkach. Priorytetem miało być zawsze maksymalne ograniczenie cierpień zwierząt oraz wyeliminowanie zbędnych eksperymentów. Ponadto prawo do przeprowadzenia zabiegu mogła uzyskać tylko instytucja, a nie osoba fizyczna. W efekcie uzyskanie zgody na wiwisekcję stało się prawie niemożliwe; praktykę tę postrzegano jako absolutne zło konieczne, wywodzące się z „żydowskiej nauki” dążącej do podporządkowania sobie przyrody zamiast okazania jej należnego szacunku.

Nowe prawo dopuszczające warunkowo wiwisekcję zwierząt w celach eksperymentalnych uzasadniano jednym z najbardziej popularnych haseł narodowego socjalizmu: „Jest prawem każdej społeczności, by w razie konieczności poświęcać jednostki dla dobra ogółu”.

Niestety, taka sama ochrona przewidziana w dekrecie z 16 sierpnia 1933 roku nie przysługiwała ludziom wobec których naziści nie cofali się przed żadną formą okrucieństwa. Pseudomedyczne eksperymenty na więźniach obozów koncentracyjnych były przeprowadzane w niemal każdym obozie koncentracyjnym. Wykonywano je bez cienia sprzeciwu ze strony niemieckiego środowiska naukowego. Normą stało się wykorzystywanie ludzi zanim przystępowano do przeprowadzania doświadczeń na zwierzętach. Eksperymentowano jeszcze na zwierzętach tylko dlatego, że stan fizyczny ludzkich ofiar poddawanych pseudomedycznym doświadczeniom był w większości przypadków tak dramatycznie zły, że mógł zaważyć na miarodajności wyników badań. W celu zapobiegania takim sytuacjom powtarzano je więc – w sposób niechętny i pełen skrupułów – na zwierzętach.

Ten historyczny precedens, kiedy pozycja zwierzęcia jako podmiotu prawa była silniejsza od pozycji człowieka, kilka lat temu zainspirował włoski związek zawodowy Feder Fauna zrzeszający osoby pracujące ze zwierzętami do ustanowienia kontrowersyjnej nagrody im. Adolfa Hitlera. Miała ona oczywiście wymowę sarkastyczną i była nadawana osobom postrzeganym jako aktywnie walczące o prawa zwierząt, a które jednocześnie pomijały lub wręcz naruszały prawa ludzi. Do otrzymania tej nagrody został wytypowany m. in. australijski filozof Peter Singer, aktywista walczący o ochronę zwierząt, zadeklarowany wegetarianin, a równocześnie zwolennik aborcji i eutanazji. Nagrodą miało być zmontowane zdjęcie, w sposób ironiczny przedstawiające Fuhrera karmiącego sarny przed bramą obozu Auschwitz. Na dzień jej wręczenia wyznaczono 24 listopada, rocznicę ustanowienia Tierschutzgesetz. Chociaż oczywistą intencją pomysłodawców nagrody było wyszydzenie ludzi prezentujących taką postawę, niektóre środowiska antyfaszystowskie i żydowskie potępiły tę formę gratyfikacji jako stawiającą Hitlera w pozytywnym świetle i godzącą w pamięć ofiar nazizmu. Obawy te okazały się jednak nieuzasadnione; twórcy nagrody sami przyznali, że chodziło im wyłącznie o „potępienie tych, którzy depczą prawa człowieka w imię ideologii praw zwierząt”.

Zakaz uboju rytualnego

Niezwłocznie po objęciu stanowiska kanclerza w 1933 roku Hitler zabronił też innej okrutnej praktyki, jaką była szechita – żydowski ubój rytualny. Możemy się tylko domyślać, że oprócz szczerej troski o uchronienie zwierząt przed niepotrzebnym cierpieniem, wodzem III Rzeszy kierowała także inna podła pobudka, jaką była chęć dodatkowego upokorzenia społeczności żydowskiej. Całkowity zakaz uboju rytualnego wprowadził drogą rozporządzenia także gubernator Hans Frank na okupowanych terenach Polski w październiku 1939 roku.

Ubój rytualny miał przeciwników także w przedwojennej Polsce. Zdecydowanym jego tępicielem był m.in. ks. Stanisław Trzeciak, słynny przedwojenny działacz społeczny. Jego postulat wprowadzenia zakazu szechity znalazł poparcie wśród środowisk katolickich i narodowych, czego rezultatem było wniesienie w 1936 roku do Sejmu projektu ustawy o zakazie uboju rytualnego jako „okrutnej metody uboju zwierząt”. Dokonała tego grupa posłów sanacyjnych z Janiną Prystorową na czele jako wnioskodawczynią. 1 stycznia 1937 roku weszła w życie ustawa wprowadzająca zakaz uboju rytualnego z wyjątkiem dokonywanego na potrzeby religijne, W 1939 roku znowelizowano ją i całkowicie zakazano szechity. Ze względu na wybuch wojny nowelizacja nie doczekała się jednak ratyfikacji przez Senat. Ustawa z 1937 roku została uchylona dopiero w latach 90. poprzez wprowadzenie ustawy o ochronie zwierząt z 21 sierpnia 1997 roku. Ustawa ta ponownie zezwalała na stosowanie uboju rytualnego w celach wyłącznie religijnych, tym samym czyniąc poważny krok wstecz wobec humanitarnych postanowień przedwojennej ustawy. Do idei tej ostatniej powrócono w 2002 roku poprzez dokonanie nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt polegającej na ponownym, całkowitym – bez żadnych wyjątków – zakazie tej praktyki. W 2014 roku Trybunał Konstytucyjny uchylił wyrokiem zakaz dokonywania uboju rytualnego, uznając go za godzący w wolność religii i sumienia.

1.jpg

2.jpg

3.jpg

 

Cały artykuł w pdf-ie:

kiedy zwierzeta mialy wieksze prawa niz ludzie – uwazam rze historia nr 12-2018

Reklamy

Andrzej Mandalian – „Czerwona Orkiestra” wyd. Sic! 1993 (autobiografia)

Okładka książki Czerwona orkiestra.jpg

Na poły liryczną, na poły groteskową opowieść Andrzeja Mandaliana czytałam z zachwytem i poczuciem, że dotykam jakiejś nowej, kompletnie nie znanej mi dotychczas rzeczywistości. Bo proszę wyobrazić sobie nękaną głodem i terrorem Moskwę czasu II wojny światowej, a w niej wrażliwego nastolatka, któremu przed chwilą tryby Wielkiej Czystki porwały oboje rodziców. Na samotność wieku dojrzewania nakłada się samotność wobec sowieckiej machiny biurokratycznej, na cierpienia pierwszej miłości – nuda politycznej indoktrynacji, na egzystencjalne lęki wieku dojrzewania – uporczywy i daremny wysiłek odnalezienia sensu w świecie tego sensu pozbawionym.

 

Bohater tej autobiograficznej opowieści jeszcze nie mówi po polsku i ani mu się śni, że zostanie polskim poetą. Prawdę mówiąc, to w ogóle nie wie, kim jest. Obywatelem ZSRR? Rosjaninem? Ormianinem? Żydem? Po prostu synem komunistów, „zajętych wzniecaniem rewolucji już to w Chinach, już to w Armenii, już to w Hiszpanii”? I co łączy go z Polską, nie od razu skojarzoną z dziwnym językiem, jakim posługiwała się matka w rozmowach z siostrą, i z kilkoma sczytanymi książkami z domowej biblioteki, wydrukowanymi w nieznanym mu alfabecie?

 

Odkrywać to będziemy razem z nim.

 

W PDF-ie:

Andrzej Mandalian – Czerwona Orkiestra

Dorota Masłowska: Polska jest horrorem podszyta (wywiad) „Polityka” 21 maja 2017

Rozmowa z Dorotą Masłowską o podzielonej Polsce, Warszawie, która jest jak Facebook, o uzależnieniu od seriali i wojny.

maslowska_paw_krolowej.jpg

 

Justyna Sobolewska: – W swoich felietonach „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu”, publikowanych wcześniej w Dwutygodniku, opisujesz Polskę wstydliwą.


Dorota Masłowska:
 – Wstydliwą. A z drugiej strony wstydliwe jest też to dzielenie Polski na D, E, F i G. Rzeczywiście opisuję zjawiska kultury jawnie nieoglądalne i niesłuchalne, ale czy chcemy czy nie, one są obecne w naszym życiu. Choćby przez to, że inni Polacy je lubią i one infekują język i mentalność. Ja też mam tendencję do izolowania się i takiego myślenia, że jak pójdę do teatru, to to będzie bardziej twórcze niż oglądanie „Kuchennych rewolucji”. Tymczasem ta kultura nie najlepsza jest często bardziej wielomówna i witalna niż ta najlepsza. Obieg kultury wysokiej jest zamknięty, bawimy się w swoim kółeczku, wymieniając hermetyczne treści, a życie rozgrywa się gdzie indziej.

 

Nawet TVP jest taka witalna?


Ja nie mam telewizora, ale TVP oglądałam kiedyś w hotelu – i miałam wrażenie, że to wniknięcie do jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Ksiądz oprowadzał reporterkę po mieszkaniu, gdzie Jan Paweł II „wzrastał w mądrości” i wszystko było odwrotnie niż w zwykłej nienarodowej telewizji, gdzie ma być szybko i kolorowo, i dużo dżingli. Reportaż toczył się w tempie refleksyjnym, kolory były jesienne, jakby panował tam rok 1987. Na drugim biegunie jest TVN, który pokazuje Polskę, której też nie ma – zoperowanych plastycznie ludzi, fluorescencyjne kolory i moc atrakcji.

 

Piszesz o pomieszaniu, w jakim żyją Polacy, powszechnym kłamstwie i wzajemnym braku zaufania.

To jest książka również o tym. O podziale na my i oni. Próba wniknięcia w inne światy.

 

Z jednej strony widzę to z zewnątrz, z Warszawy, z perspektywy osoby, która zajmuje się sztuką. Z drugiej czuję, że dotykam jakiejś ważnej części swojej jaźni: blok, telewizor i BigBrother to świat, w którym wyrosłam. Pisząc te teksty, z powrotem zaczęłam odczuwać fascynację krajem Polska. Wróciłam do szczęścia obserwowania, rozczytywania kodów językowych, ubraniowych, spożywczych. Jest w tym dużo ekscytacji dziwacznością tego wszystkiego. Polska jest krajem o zaburzonej wspólnocie, społeczeństwo jest bardzo skłócone, napięte, rozwarstwione.

 

Za sprawą polityki kultura okropna wyszła z getta wstydliwości i okazuje się, że disco polo to jest nasza kultura i możemy się nią chwalić za granicą.

To jest akurat bardzo cyniczne. Co innego obserwowanie tej kultury z boku, jako pewnego społecznego lustra, co innego promowanie jej za publiczne pieniądze, które jednak powinny iść na rzeczy wyznaczające pozytywne standardy, a nie cynicznie ciągnąć ludzi w dół. No i disco polo, które zupełnie odjechało już przez ostatnie lata od ludowości, a stało się po prostu jakąś fabryczną muzyką dance o przesłaniu rozrodczym. W tej kulturze okropnej jest jeszcze jeden ciekawy wątek: że ona instynktownie, bardzo prymitywnie, ale wyraźnie obrabia pewne pradawne, obecne w nas mity. We wszystkich programach i serialach, które obejrzałam, pojawiają się te same figury: dobrej blondynki i złej brunetki, sprawiedliwej kary za grzechy, baby, którą diabeł posyła tam, gdzie nie może…

 

Mamy chyba w ogóle zwrot w stronę antyracjonalizmu: zamiast nauki – ziołolecznictwo, bioprądy, ruchy antyszczepionkowców, strach przed szatanem i czarownicami.

Tak, jesteśmy społeczeństwem w kryzysie i te różne neozabobony są tego przejawem. Odreagowujemy nimi różne gwałtowne przemiany. Na przykład emancypacja kobiet, wzrost ich siły politycznej, ekonomicznej – powodują, że bardzo wprost, zwłaszcza w narracji narodowo-katolickiej, powraca określenie „czarownice”. Zrobiło na mnie duże wrażenie też to, co napisała prof. Maria Janion w liście podczas Kongresy Kultury: że to, co się teraz dzieje, to jest powrót do jakichś naszych mrocznych narodowych figur, wykopywania trupów, rozrywania ciał, kultu śmierci, wojny. Na ulicach uderza liczba młodych mężczyzn w strojach paramilitarnych – tak jak gdyby brali udział w jakiejś fantomowej wojnie, wykonywali gesty walki. Może nasze społeczeństwo jest uzależnione od wojny, której stosunkowo dawno nie było.

 

I to się może obrócić przeciwko kobietom. Kobiety posiadające wiedzę, specjalistki w swoich dziedzinach, stają się niebezpieczne.

 

Ciekawie też wpisuje się w to historia żony posła Piaseckiego. Oczywiście dobrze, że to zostało nagłośnione, że to uświadamia ludziom, że jak się słyszy takie coś przez ścianę, to dzwoni się na policję, a nie wkłada zatyczki do uszu. Ale jest też jakaś upiorność w tym, że wszyscy w swoich domach odsłuchają nagranie kaźni tej kobiety, jest w tym jakiś mroczny spektakl dla ludu. I w tej historii podkreśla się też bezustannie, że ofiara była ładna. Ładna, a mimo to bił ją. Gdyby była brzydka, to jeszcze, ale nawet uroda jej nie obroniła. To mi uświadamia, jak niesamowite wdruki nami rządzą i że wszyscy je powielamy, w miastach małych i miastach dużych.

 

Warszawa daje więcej wolności?

 

Jest trochę wstrętnym miastem, ale i jedyną metropolią, gdzie można zaznać jakiejś wolności. Ma dziwną strukturę, gwałtownie się rozrasta, bardzo dużo osób przyjechało z innych miast, żyje tu w oderwaniu, zrywa z tą tradycyjną mentalnością, zaczyna los swojej rodziny jakby od nowa. Ale przez to też Warszawa jest zbiorem wielu gett: jest jak Facebook, żyjesz wśród ludzi podobnych sobie, a z innymi właściwie możesz się mijać, nie komunikować. Można tu żyć, nie mając kontaktu z Polską. I myślę, że trochę z tego też wynika nasza bezradność wobec obecnej sytuacji: można żyć eksterytorialnie, w getcie.

 

Piszesz, że istnieje coś, co łączy te różne światy: nałóg serialowy. Wspólny wszystkim. Oglądamy do świtu z poczuciem, że „samo się nie obejrzy”.

 

No tak, bo mózg zaskakująco łatwo przyzwyczaja się do rzeczy rażących. Nawet jeśli oglądasz „Klan”, to wystarczy parę odcinków przeczekać i przestajesz zwracać uwagę na to, że bohaterowie piją z pustych kubków. Mózg pożąda ciągłości i wielkich narracji. A z drugiej strony najwyższej jakości popkultura to dziś seriale. W dobie mediów społecznościowych świat się tak poszerzył i zogromniał, że małe formy, jak film i książka, przestają go unosić, mieścić. Za to seriale genialnie potrafią opowiedzieć przemianę człowieka na tle zmieniającego się świata. Książka ma na to za długi proces produkcji i promocji.

 

Niektóre książki są jak gotowe seriale, choćby modne i chyba przecenione „Małe życie” Yanagihary.

 

Nienawidzę tej książki, zmarnowała mi tydzień życia. Jechałam kiedyś samochodem, słuchając w radiu jakiejś religijnej niemal audycji, gdzie ludzie dzwonili, płakali i modlili się do bohaterów, a ja najchętniej używałabym jej jako krzesełka na balkon. Te wszystkie opisy gnijących ran, psychicznych i fizycznych, gwałtów, pobić i egzem wykończyły mnie.

 

W twojej książce jest też nostalgiczny rozdział o latach dwutysięcznych, kiedy jeszcze istniała wspólnota artystyczna w Warszawie.

 

No właśnie, kiedy pisałam ten tekst o starej Lampie [chodzi o Lampę i Iskrę Bożą, wydawnictwo, które siedzibę miało w Galerii Raster przy ul. Hożej, ówczesnym centrum życia artystycznego stolicy – red.], uświadomiłam sobie, jak szybko to wszystko przeszło do historii. To było chwilę temu, wspomnienia pozostały wyraźne, ale ten świat już się rozsypał. A raczej – uległ jakiejś transformacji. Był brzydki, ale był też trochę piękny. Ale ja nie mam wrażenia, że wspólnota artystyczna dzisiaj nie istnieje, wydaje mi się, że właśnie przeciwnie: odradzają się formy życia towarzyskiego i publicznego, które były zarzucone, np. te wielkie manifestacje. A z drugiej strony Facebook chyba wielu ludziom daje poczucie obywatelskiego spełnienia: pisanie obwieszczeń i przeklejanie memów wystarczy do poczucia, że „walczę, nie zgadzam się”. Niesamowite jest też to, że w tym szale wycinania i wklejania, takich powielań i rozmnożeń, kompletnie gdzieś zaginęła instytucja prawdy i instytucja faktów. Gazeta „Fakt” będzie musiała zaraz zmienić nazwę na „Parafakt”.

 

I co z tym robić? I jak z tego wyjść?

 

Ale byś się zdziwiła, gdybym powiedziała teraz: słuchaj, trzeba zrobić tak!

 

Zawsze miałaś dystans do mediów.

 

No bo dość wcześnie też doświadczyłam ich dość brutalnej dynamiki. To oczywiste, że media manipulują, wysysają i porzucają. Bardziej mnie zadziwiają ludzie, którzy świadomie pchają się na te ścianki, świadomie publikują zdjęcia ze swoich sypialni. Że bycie upublicznionym to są takie endorfiny i dreszcze, że chcesz jeszcze i jeszcze.

 

Ale piszesz coś?

 

Odpowiem wymijająco, że sytuacja w tej chwili w Polsce jest dla mnie fascynująca, przejmują mnie dreszczem te demony, które powychodziły z ludzi, z ziemi, ze spartaczonych przemian. Polska jest horrorem podszyta, w sensie dosłownym i metaforycznym, jest cmentarzem polskim, żydowskim. To wszystko teraz emanuje. Wcześniej mieliśmy letnią rzeczywistość, która nie stawiała oporu. Jestem ciekawa, czy tylko mnie to tak interesuje czy to będzie powszechne wzmożenie artystyczne? Bo zrobiło się tak dziwnie i psychodelicznie, że paradoksalnie może być z tego ciekawa sztuka.

 

rozmawiała Justyna Sobolewska

 

 

„Poemat odjazdu” – Andrzej Mandalian, wyd. Sic! 2007

poemat odjazdu.jpg

„Poemat odjazdu to misternie skonstruowany poetycki reportaż, którego akcja rozgrywa się na warszawskim Dworcu Centralnym, w miejscu każdym zmysłem czytającego rozpoznawalnym jako znajome i realne, a zarazem w sposób oczywisty będącym metaforą naszej ludzkiej podróży. W jednym oczywiście kierunku.

Wędrujemy z Mandalianem po Centralnym, spotykamy jego wyrzuconych poza nawias wspólnoty mieszkańców (bezdomni, kloszardzi, menele wszelkiej maści, nieodzowna babcia klozetowa, dworcowa prostytutka, babcia opiekująca się kotami) i jest to jakby zstępowanie do kolejnych kręgów dantejskiego piekła, medytacja przy kolejnych stacjach Męki Pańskiej. (…)
Ale nie w samej architektonicznej doskonałości wzniesionej przez Mandaliana poetyckiej budowli, ani też w językowej wirtuozerii autora zamyka się wielkość Poematu odjazdu. I nawet nie w tym, że tyle jest żaru, pasji i życia w tej opowieści o żegnaniu się z życiem. W tym, co jest tajemnicą prawdziwej poezji, która porusza jakieś struny naszej duszy, zbliża do tego, czego nazwać nie umiemy, a czego może nazwać się i nie da, oswaja z tym, co nieuchronne.” – Joanna Szczęsna, Śmierć i powtórne narodziny poety, „Gazeta Wyborcza” z 26.02.2008.

Poemat odjazdu Andrzeja Mandaliana został wybrany polską nominacją w pierwszej edycji nagrody literackiej „Europejski Poeta Wolności”.
Książka nominowana do Nagrody Literackiej NIKE 2008.

Poemat odjazdu znalazł się również w gronie 7 nominowanych do Nagrody Mediów Publicznych Cogito 2008 w dziedzinie literatury pięknej.


Recenzje:

Uważam, że jest to bardzo dobry kawałek poezji. „Poemat odjazdu” to swoisty tomik konceptualny, bo wszystkie utwory w nim zamieszczone łączy to samo miejsce akcji – dworzec, na którym się kogoś odprowadza, czeka na kogoś, choćby ten ktoś miał już nigdy nie przyjechać. Autor, za komuny znany raczej z utworów pisanych w duchu socrealistycznym dzieli się tutaj bardzo osobistymi przeżyciami na temat miłości, przywiązania, pustki i niezrozumienia współczesnego świata.

Szczególnie dobitnie przemawia zamykający zbiór wiersz bez tytułu, a już na pewno ten jego fragment:

„żyjmy – grzeszni – póki krwi w żyłach,
a kiedy już nie da się żyć,
uczyń cud swój, Panie Zastępów: zachowaj nas w pamięci
nie takimi, jacyśmy byli, lecz jakimi chcieliśmy być.”

*

Dworzec jako motyw przewodni tomiku poezji? Jak najbardziej, o czym po mistrzowsku przekonuje nas Andrzej Mandalian. Jego wiersze, jak pociągi, toczą się w różnym tempie po swoich torach. Do jednych chętnie wsiądziemy i damy się im powieźć – są piękne, estetyczne, takie jakie wielu z nas lubi czytać. Inne zdecydowanie jadą bocznym torem, ocierają się o brzydotę życia, ale nawet one mają w sobie coś pociągającego, choćby w samym swoim rytmie. Są też takie, które sugerują, że podmiot liryczny wykupił bilet w jedną stronę, gdyż z podróży, w jaką się udaje nie może być powrotu.

Cały tomik w pdf-ie:

andrzej_mandalian_poemat_odjazdu

„Opowiem Ci moją historię” (Sztachnąć się IPN-em) – rozdział z książki „Zawód – dziennikarz śledczy” Cezary Gmyz

the nazi ss division.jpg

Nieszczęsne ofiary propagandy Adama Michnika, który nazwał kiedyś archiwum IPN „szambem”, przekonane są, że Instytut gromadzi wyłącznie dokumenty wytworzone przez peerelowską bezpiekę.
– Nic bardziej mylnego. Dokumenty wytworzone przez system komunistycznej represji to, owszem, duża część archiwum IPN, ale przecież nie jedyna. IPN jest następcą prawnym Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich i ma w swoim zasobie również dokumenty, które wytworzyli Niemcy w latach 1933-1945. Idźmy dalej: w Instytucie przechowywane są też dokumenty instytucji, które z komunistycznym czy nazistowskim aparatem represji nie miały nic wspólnego – np. archiwum polskiej sekcji Radia Watykańskiego.

Niewiele się o tym mówi i pisze. Czy to wartościowe zbiory?

– Ogromnie wartościowe. To właśnie w IPN jest przechowywany na przykład jeden z najcenniejszych dokumentów w światowej archiwistyce – jeden z dwóch oryginałów dziennika Jurgena Stroopa dotyczących zagłady getta warszawskiego. Drugi jest w Holocaust Memoriał Museum w Waszyngtonie. IPN wydał zresztą ten dziennik w formie reprintu.

 

Zaraz, zaraz, jak to możliwe, że istnieją dwa oryginały?

– Stroop chciał się pochwalić w Berlinie likwidacją getta i dlatego przygotował dwa egzemplarze. Jeden z myślą o Hitlerze, drugi dla Himmlera.

Dokumenty te znane są od lat, więc chyba nie ma w nich żadnej sensacji.

– Mylisz się. Uważna lektura dziennika w połączeniu z analizą zdjęć pozwoliła mi dokonać bardzo ciekawego odkrycia, a mianowicie, że przywódca Żydowskiej Organizacji Bojowej Mordechaj Anielewicz i jego towarzysze zginęli na skutek denuncjacji dokonanej przez samych Żydów, zaś kilka zdjęć wykorzystanych przez Stroopa przedstawia właśnie likwidację bunkra przy Miłej 18. Mało tego, z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że na jednym ze zdjęć uwieczniono zdrajców, którzy wydali Anielewicza i jego towarzyszy. Co ciekawe, to zdjęcie trafiło na okładkę książki Israela Gutmana Resistance: The Warsaw Ghetto Uprising.
Do czasu mojego tekstu na ten temat zakładano, że zdjęcie przedstawia powstańców, a nie tych, którzy ich zdradzili.

Jak do tego doszedłeś?

– Znam dość dobrze niemiecki, więc czytałem dziennik w oryginale. Zwróciłem uwagę na fragment, w którym Stroop opisywał, że sami Żydzi wydają zamaskowane bunkry Niemcom. Używał w stosunku do nich określenia judische verrater — żydowscy zdrajcy. W stosunku do powstańców operował zaś pojęciem „bandyci”, a w stosunku do ŻOB używał określania „partia”. Moje podejrzenia potwierdziły dwie żyjące w Izraelu członkinie ŻOB – Masza Glajtman-Putermilch i Helena Rufeisen-Schupper. Ich zdaniem, bunkier przy Miłej wydali sami Żydzi. Jedna złożyła relację, że w przeddzień odkrycia bunkra słyszano w pobliżu głosy dwóch mężczyzn mówiących w jidysz. To prawdopodobnie ich przedstawia zdjęcie z dziennika Stroopa podpisane właśnie judische verrater. Z całą pewnością Stroop nie użyłby tego określenia w stosunku do powstańców.

Czyli nawet po tylu latach można jeszcze dokonywać nowych odkryć, badając historię powstania w getcie?

— Z całą pewnością tak. Pamiętaj, że wciąż nie odkryto miejsca ukrycia trzeciej części Archiwum Ringelbluma. Dwie pierwsze odkopano. Trzeciej, kto wie czy nie najcenniejszej, jeszcze nie – choć miejsce jej ukrycia jest z grubsza rzecz biorąc znane. Wiemy, że trzecia część archiwum zawiera m.in. zapiski o ruchu oporu w getcie, w tym o Żydowskim Związku Wojskowym, który jest organizacją mało znaną, a kto wie czy nie ważniejszą niż Żydowska Organizacja Bojowa.

Dlaczego ważniejszą?

— Bo to nie słabo uzbrojony ŻOB, lecz znacznie lepiej wyposażony ŻZW rozpoczął powstanie w getcie, w dodatku odnosząc sukces w walce z Niemcami w bitwie na placu Muranowskim i doprowadzając do wycofania się Niemców z getta.

To właśnie powstańcy z ŻZW zawiesili w tym rejonie dwie flagi, które do szewskiej pasji doprowadziły Stroopa: polską oraz żydowską z gwiazdą Dawida.

Dlaczego ta historia jest tak mało znana?
— Bo opowieść o powstaniu w getcie to narracja przede wszystkim członków ŻOB, którzy przeżyli. Natomiast większość powstańców z ŻZW oddała życie „za wolność naszą i waszą” – Żydów i Polaków. Problem polega na tym, że opowieść o getcie warszawskim w Polsce została zdominowana przez narrację Marka Edelmana. Człowieka bez wątpienia odważnego, który jednak szczerze nienawidził ŻZW.
Dlaczego?

— Edelman do końca życia nie pozbył się pewnego rodzaju sentymentu do komunizmu. Owszem, w PRL działał w opozycji, jednak pozostał lewicowcem. ŻZW miała zaś charakter prawicowy. Edelman posuwał się nawet do rzeczy hańbiącej i nazywał ich wręcz faszystami. ŻZW w dużej mierze stanowili przedwojenni oficerowie Wojska Polskiego pochodzenia żydowskiego – polscy patrioci. ŻOB był lewicowy, wręcz komunizujący z tzw. nastawieniem internacjonalistycznym. Uważam, że wiele jest jeszcze do zrobienia w kwestii odkłamywania historii powstania w getcie. Powinno się z pewnością zbadać bunkier przy Miłej 18. Tam wciąż spoczywają szczątki Anielewicza i członków komendy ŻOB. Edelman z niezrozumiałych dla mnie względów sprzeciwiał się robieniu w tym miejscu jakichkolwiek badań. A przecież tacy bohaterowie jak Anielewicz i jego towarzysze zasługują w końcu na godny pogrzeb. Jeśli IPN robi ekshumacje na tzw. łączce na Powązkach, by godnie pogrzebać w końcu rotmistrza Witolda Pileckiego, to oczywistym dla mnie jest, że również Anielewicz i jego towarzysze powinni mieć godne miejsce pochówku. Może i w tym samym miejscu, gdzie spoczywają
teraz, ale w oznaczonym grobie. To wstyd dla Polski, by ich szczątki walały się przemieszane z gruzem. IPN powinien się zająć tym czym prędzej.
Mówiłeś mi kiedyś, że w Instytucie znajduje się także bardzo wiele ciekawych dokumentów na temat życia codziennego pod okupacją niemiecką.

– Bardzo dużo fascynujących materiałów, po które rzadko kto sięga. Na przykład mało kto wie, że w IPN przechowywane są akta niemieckiej policji obyczajowej wraz z kompletną kartoteką warszawskich prostytutek. W PRL usiłował ten zasób zbadać profesor Tomasz Szarota, kiedy pisał fundamentalną książkę Okupowanej Warszawy dzień powszedni. Wtedy te archiwalia były tzw. prohibitem. Nie udostępniano ich badaczom. Dopiero niedawno ustaliłem, że IPN przejął ten zasób po Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu i są one jawne.
Dlaczego tego zasobu nie udostępniano za czasów PRL?
– Można się jedynie domyślać. Pewnie chodziło o to, żeby w świat nie poszedł przekaz o Polkach, które chętnie sprzedawały się Niemcom. Zasób IPN to wciąż gigantyczna terra incognita. Dysponujemy inwentarzem, ale wciąż miliony stron nie zostały przez nikogo przeczytane. Tak jest na przykład z tzw. mikrofiszami wywiadu od roku 1944 do lat siedemdziesiątych. To bezcenny zbiór wciąż bardzo mało rozpoznany.

Są też akta z tzw. sierpniówek, czyli powojennych procesów przeciw zbrodniarzom nazistowskim, rozpraw przeciw niemieckim konfidentom i tak dalej. Zostały one ledwo liźnięte przy okazji badania sprawy Jedwabnego.
Kiedy odkryłeś, że w IPN kryją się wszystkie te bogactwa? Z „listy Wildsteina” przecież tego nie wyczytałeś?

– To ciekawa i zaskakująca historia – na te zasoby IPN zwrócił mi uwagę mój niemiecki stypendysta, dr Andreas Mix, który zajmował się badaniem dziejów KL Warschau. To Andreas, który równocześnie jest dziennikarzem, uzmysłowił mi, jak bogaty jest zasób IPN, jeśli chodzi o II wojnę światową. Okazało się, że historycy z innych krajów lepiej wiedzą od naszych, jak wartościowe rzeczy można znaleźć w Instytucie. I nie wahają się z nich korzystać.
Teksty historyczne o II wojnie światowej pisane w oparciu zarówno o materiały IPN, jak i o wyniki własnych dziennikarskich śledztw to osobny rozdział w Twojej dziennikarskiej karierze. Ten o odnalezieniu członków brygady Oskara Dirlewangera, zbrodniarzy mordujących cywilów podczas Powstania Warszawskiego, był chyba z nich najgłośniejszy.
– Tak. Ale to na początku nie miało nic wspólnego z IPN. Pewnego razu szef Muzeum Powstania Warszawskiego, Jan Ołdakowski, powiedział mi, że muzeum otrzymało kopie kartotek członków brygady. Rzut oka na te kartoteki wystarczył, by stwierdzić, że to archiwalny skarb.

Były to dokumenty wytworzone zaraz po wojnie. Kompletne spisy ocalałych członków brygady z danymi osobowymi zawierającymi nie tylko ich daty urodzin, ale również adresy, pod którymi zamieszkiwali już po 1945 roku. Wytypowałem z tej listy osoby, które mogły jeszcze wówczas, czyli w 2008 roku, pozostawać wśród żywych, i zacząłem je po kolei sprawdzać.

 

W jaki sposób?
– Niemcy na szczęście nie mają aż takiego hopla na punkcie ochrony danych osobowych jak Polacy. Ogólnoniemiecka, aktualizowana raz do roku książka telefoniczna jest dostępna w Internecie pod adresem www.telefonbuch.de.
Wpisywałem w nią kolejne nazwiska z adresami z kartoteki i okazywało się, że część z członków brygady Dirlewangera wciąż żyje pod adresami wskazanymi w kartotece. Natychmiast powiadomiłem IPN, który wciąż prowadzi śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych przez Niemców i ich pomocników podczas Powstania Warszawskiego. Natomiast muzeum przekazało kopię kartoteki do pionu śledczego IPN. Napisałem też o odnalezieniu kartoteki i sprawa stała się głośna. Niestety zbyt głośna.

Dlaczego?

– Mój tekst zauważyli niemieccy koledzy i nagłośnili sprawę w Niemczech. Ale moim śladem ruszyli nie tylko niemieccy dziennikarze.

Kto jeszcze?

– Neonaziści. Gnojki, które wciąż hołdują III Rzeszy. Ludzie, którzy za wszelką cenę usiłowali zdobyć kartotekę.

Skąd o tym wiesz?

– Powiadomili mnie niemieccy koledzy, że neonaziści usiłowali się dobrać do tej kartoteki w archiwum Czerwonego Krzyża w Monachium. Przypuszczalnie również usiłowali zdobyć jej kopię ode mnie.
Przypuszczalnie?

– Na moją komórkę zadzwonił jakiś facet, który przedstawił się jako niemiecki dziennikarz z prośbą o przesłanie kopii kartoteki. Podał adres. Jednak po tzw. małpie nie było nazwy redakcji tylko gmail. W Niemczech to nic niezwykłego. Wielu dziennikarzy pracuje jako wolni strzelcy. Coś mnie jednak tknęło i postanowiłem sprawdzić, czy facet istnieje. Okazało się, że żaden z moich znajomych dziennikarzy w Niemczech o nim nie słyszał. Sprawdzili też archiwa prasowe i nic – ani śladu gościa. Napisałem na ten adres mailowy, że kartotekę mogę przekazać jedynie osobiście i facet już się nie odezwał.

Neonaziści dorwali się w końcu do tej kartoteki?

– Chyba nie. Z tego co wiem zablokowano po tym dostęp do tego zasobu. Ja jednak przekazałem jej kopię zaufanym niemieckim dziennikarzom. Trafiła do ZDF, której z ukrytą kamerą udało się dotrzeć do dwóch jeszcze żyjących esesmanów. To jeden z takich przypadków, kiedy niemieccy dziennikarze mogą nagrywać z ukrycia.

Co mówili?
– Okazało się, że wcześniej dotarła do nich już niemiecka policja, która ich przesłuchała na okoliczność zbrodni w czasie powstania. Policjanci w tym wypadku zadziałali wyjątkowo sprawnie i po mojej publikacji dostali kartotekę. Esesmani byli więc przerażeni i nie chcieli gadać o tym, co w 1944 roku robili w Warszawie.

Czym była brygada Dirlewangera?

– Jedną z najbardziej zbrodniczych formacji II wojny światowej. Sam Oskar Dirlewanger, choć miał stopień naukowy doktora, był wyjątkowym sadystą i zwyrodnialcem.

Jeszcze przed wojną był karany za pedofilię. Utworzył formację, która początkowo składała się z ludzi skazanych za kłusownictwo, świetnych strzelców. Potem dokooptowywano do niej najgorszy element spośród skazanych za przestępstwa kryminalne m.in. morderców i gwałcicieli. Pod koniec wojny jej stan osobowy uzupełniali już nawet tzw. polityczni, w tym komuniści przetrzymywani w obozach koncentracyjnych. Wsławili się wyjątkowym bestialstwem, najbardziej na Lubelszczyźnie, potem na Białorusi i Ukrainie. Dość powiedzieć, że palenie stodół z ludnością cywilną było dla nich codziennością, niemal znakiem firmowym.
W Warszawie odpowiadają m.in. za rzeź Woli, w tym wymordowanie prawosławnego sierocińca, w którym żadne z dzieci nie zginęło od kuli. Dirlewanger kazał je zatłuc kolbami, by oszczędzać amunicję.

Z tego co pamiętam. Tobie również udało się dotrzeć do jednego z członków brygady.

– Pojechaliśmy z Krzysztofem Wójcikiem i Aleksandrą Rybińską do Niemiec, by odszukać trzech jeszcze żyjących członków brygady. Niestety, już na miejscu okazało się, że dwóch zmarło – jeden kilka miesięcy wcześniej, drugi zaledwie dwa tygodnie przed naszym przyjazdem. Był pochowany na terenie swojej posesji. Udało nam się natomiast nagrać trzeciego.
Zgodził się na rozmowę?

– Ola weszła do jego domu z zaskoczenia. Mówi po niemiecku zupełnie bez akcentu, więc gadała z nim około godziny. Oczywiście skrzętnie pomijał temat tego, co naprawdę robił w 1944 roku w Warszawie. Twierdził, że pojawił się pod koniec powstania, kiedy mordy już nie miały takiego nasilenia jak w pierwszych dniach sierpnia.
Czy któregoś z dirlewangerowców skazano po latach dzięki tej kartotece?

– Żadnego. Problem polega na tym, że nie można kogoś skazać jedynie za przynależność do najbardziej nawet zbrodniczej formacji. Trzeba mu udowodnić, że dopuścił się konkretnej zbrodni na konkretnych ludziach w konkretnym dniu. Po tylu latach jest to w praktyce niemożliwe.
Dlaczego nie skazano ich wcześniej, zaraz po wojnie?

– Z powodu zimnej wojny. Heniz Reinefarth, który odpowiadał za zbrodnie na Woli, Powiślu i Czerniakowie, zrobił nawet karierę polityczną – został burmistrzem na wyspie Sylt i  był działaczem jednej z organizacji wchodzących w skład Związku Wypędzonych. Pochodził bowiem z Wielkopolski, a konkretnie z Gniezna.
Nikt ich w Niemczech nie ścigał?

– W praktyce nie. Trafiłem do Ludwigsburga, gdzie mieści się Zentrale Stelle der Landesjustizverwaltungen zur Aufklarung nationalsozialistischer Verbrechen, czyli coś w rodzaju naszego pionu śledczego IPN. Rozmawiałem z jednym z tamtejszych prokuratorów, który badał akta śledztw z lat poprzednich. Był kompletnie załamany sposobem ich prowadzenia. Wstrząśnięty mówił mi: „Ale to wszystko jest niezgodne z niemiecką sztuką prawniczą!”. Śledztwa były tak prowadzone, by nikogo nie dopaść. Niestety, większość zbrodni na polskich obywatelach pozostała bezkarna. Getto i Powstanie Warszawskie nie zostały pomszczone.

Stroop i Dirlewanger to niejedyni zbrodniarze niemieccy, o których pisałeś.
– Tak. Dużo uwagi poświęciłem też Erichowi Kochowi – gauleiterowi Prus Wschodnich i Komisarzowi Rzeszy na Ukrainie. W IPN znajdują się akta jego procesu. Naprawdę byłem wstrząśnięty opisem zbrodni, jakich dopuszczano się pod jego rządami. Była wśród nich relacja z kaźni w obozie koncentracyjnym w Działdowie. Miano tam powiesić wiekowego Żyda.
Rolę kata powierzono jego synowi – w zamian za darowanie życia. Ojciec błagał syna, by ten go powiesił i sam się uratował.

Syn dokonał egzekucji, ale życia nie ocalił. Powieszono go na tej samej pętli co ojca. Jeszcze gorszych rzeczy ludzie Kocha dopuszczali się na Ukrainie. Nazywano go tam zresztą małym Stalinem, nie tylko z tego powodu, że z wyglądu przypominał sowieckiego dyktatora. Jednak akurat Koch został skazany tylko za to, czego dopuścił się na Polakach.

Kiedy go skazano?

– To był chyba ostatni nazista skazany w Polsce. Wyrok zapadł w symbolicznym dniu 9 maja 1959 roku.

Dlaczego tak późno?
– Koch po ucieczce z Królewca ukrywał się aż do 1949 roku. Schwytali go Brytyjczycy. Następnie przez dziewięć lat trwały przepychanki, kto go ma osądzić: Polacy czy Sowieci. Ostatecznie Brytyjczycy wydali go Polakom, którzy Kocha skazali na śmierć.

Ale wyrok nigdy nie został wykonany. Dlaczego?

— Do końca życia usiłowano z niego wydobyć tajemnicę Bursztynowej Komnaty. Z tego powodu Koch był otoczony szczególną opieką. Do tego stopnia, że kiedy w latach siedemdziesiątych zachorował na raka, zawieziono go specjalną karetką do Łodzi do najlepszego wówczas chirurga. Uratowało mu to życie.
Czy Koch rzeczywiście znał miejsce ukrycia Bursztynowej Komnaty, czy tylko grał, żeby ocalić życie?

— Nie wiem. Na pewno zrobił wiele, by sprawiać wrażenie, że wie coś o tym skarbie. W IPN są przechowywane akta Kocha. Wynika z nich, że SB prowadziła dwie operacje: „Jantar” i „Komnata”, których celem było odnalezienie skarbu. Byli nim żywo zainteresowani również Sowieci. Planowano nawet urządzić wycieczkę Kochowi po Obwodzie Kaliningradzkim, żeby wskazał miejsca, w których mogła być ukryta komnata.
SB sprawdzała każdy nawet najmniejszy ślad. Bezskutecznie.

Udało Ci się dotrzeć do dzienników Kocha.

— To nie były typowe dzienniki, lecz raczej luźne zapiski, jakie sporządzał, siedząc w więzieniu w Barczewie. Dzięki świetnej reportażystce Radia Olsztyn Alicji Kulik dotarłem do człowieka, który nimi dysponował. Niestety, nie udało mi się wejść w ich posiadanie, bo ów człowiek żądał za nie sporych pieniędzy. Z kolei Alicja nie mogła zrobić z wyjazdu żadnego materiału, ponieważ ten człowiek nie zgadzał się na nagrywanie. Przeczytałem na miejscu jedynie część tych notatek. Była tam bardzo ciekawa relacja z tzw. nocy długich noży z Berlina, kiedy Hitler rozprawił się Ernstem Rohmem i jego SA. Koch też miał być zgładzony, bo przyjaźnił się z Otto Strasserem, jednym z liderów nazistowskiej lewicy.

Zdołał się ukryć i przeczekać. Być może to, że darowano mu życie, sprawiło, że stał się tak gorliwym wykonawcą woli Hitlera. Dość powiedzieć, że jako pierwszy zameldował Hitlerowi, że jego Gau, czyli Prusy Wschodnie, są Judenrein – wolne od Żydów.

Były w tych zapiskach jakieś informacje o komnacie?

– Owszem. Na jednej kartce było napisane „Krasne/Bersteinzimmer”. Niestety nie było mi dane jej doczytać.

Jakie wnioski wyciągnąłeś z tej notatki?

– Wtedy nie miałem pojęcia, co to było Krasne. Dopiero potem ustaliłem, że Koch miał tam swoją rezydencję. Sformułowałem hipotezę, że może być tam ukryta komnata. Część badaczy jednak to kwestionuje, twierdząc, że daty się nie zgadzają.

Sprawdzałeś to jeszcze w inny sposób?

– Dotarłem, dosłownie w ostatniej chwili, do spowiednika Kocha. Luterańskiego duchownego księdza-seniora Józefa Pośpiecha. Oczywiście nie ujawnił żadnej z rozmów duszpasterskich. Ale powiedział mi, że nie rozmawiali o komnacie, choć Koch wspominał często swoją rezydencję. Gdyby powiedział coś istotnego, to SB wiedziałaby o tym i sprawdziła trop – podsłuchiwała Kocha w jego celi. Ksiądz Pośpiech niedługo po tej rozmowie zmarł. Kiedy z nim rozmawiałem, był już bardzo słaby.

Kto ostatecznie wszedł w posiadanie notatek Kocha, o któ­rych wspomniałeś?
– Kupiło je jedno z czasopism. Moim zdaniem nie opublikowało jednak całości, bo w ujawnionym materiale nie znalazła się notatka o Krasnem, którą widziałem. Być może jej nie dostali od sprzedającego, który postanowił podzielić swój skarb i sprzedać różnym kupcom. A może zachował ją dla siebie. Po mojej publikacji sprawą zainteresowała się też rosyjska ambasada. Jej przedstawiciele pojawili się znienacka, przez nikogo niezapraszani, na jednej z wewnętrznych imprez we „Wprost”. Oczywiście nie ujawniłem im, kim był mój informator. Odniosłem wrażenie, że są nie tylko dyplomatami.

Jak zakończyło się Twoje śledztwo w sprawie tajemnic Kocha?

– Ustaliłem, że ostatnie dwa lata życia przesiedział w peerelowskim więzieniu bez podstawy prawnej. Ujawnił to jego adwokat – Ludwik Cendrzak – który usiłował wtedy wycią­gnąć Kocha z więzienia.

Zbrodniarz nazistowski skazany na śmierć był przetrzymywany bezprawnie? Jak to możliwe?

– Prawo w PRL stanowiło, że jeśli wyrok śmierci nie zostanie wykonany w określonym terminie, to zamienia się go automatycznie na drugą w kolejności najsurowszą karę. Kodeks karny w PRL nie znał dożywocia. Najsurowszą po karze śmierci karą było dwadzieścia pięć lat więzienia. To oznacza, że Koch powinien wyjść z więzienia w 1984 roku. Ale zanim zmarł, przesiedział jeszcze ponad dwa lata. Komuniści straszliwie zemścili się na adwokacie Kocha. Cendrzak pod sfingowanym zarzutem został skazany za rzekome szpiegostwo na rzecz Niemiec. Osadzono go zresztą właśnie w Barczewie, w celi obok Kocha. Adwokata zrehabilitowano dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Już pośmiertnie.

A Koch?

– Został potajemnie pochowany w bezimiennej mogile na cmentarzu w Barczewie. Pewna osoba wskazała mi jego grób.

„Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” – Barbara Engelking, Jan Grabowski

i-dalej-jest-noc-losy-zydow-w-wybranych-powiatach-okupowanej-polski.jpg

Recenzja:

Po prostu trudna książka o trudnej sprawie.

Sprawie o której nie chcemy rozmawiać

Sprawie którą chcemy zakopać.

Sprawie która dotyka bezpośrednio polskiej duszy i dumy

Sprawie bez której przepracowania nie zbudujemy nowoczesnego społeczeństwa, odpornego na pokusy brutalizacji życia.

Książka to tak naprawdę podsumowanie projektu badawczego i zejście z tematyką zagłady Żydów na poziom polski powiatowej. Autorzy poczynili konkretne założenia.

– analizują w określony sposób konkretne powiaty (w tym wydaniu 9 z nieco ponad 50 które istniały w czasie DWS na terenach GG) – w ten sposób schodzimy do poziomu mikrohistorii.
– analizują celowo obszary wiejskie i małomiasteczkowe – by wyjść z analiz wielkich miast, a skupić się na obszarze gdzie żyło najwięcej Żydów i najwięcej Polaków. Zatem ich doświadczenie było najbardziej dominujące, choć w literaturze było reprezentowane w mniejszości (bo głównie opisywano wielkie getta Łodzi i Warszawy).
– skupienie się na trzecim okresie Zagłady – tzw „Judenjagd”, czyli „Polowaniu na Żydów” – tych którzy uniknęli Aktion Reinhard i podjęli próbę ukrywania się i przetrwania – książka to analiza ich postaw.
– analiza wszystkich efektów, czyli „Zwycięstw” (ocalenie życia), niegodnych (wyłapywanie, mordowanie) i wreszcie obojętnych

Książka dlatego fascynująca bo pisana bez uprzedzeń, po prostu pokazuje twarde dane, takie miasto, tylu Żydów podjęło próby ucieczki, tylu zamordowali Niemcy, tylu uratowali Polacy, tylu wydali chłopi, tylu zabili sami a tylu polskie podziemie – a w końcu o tylu nie wiemy nic.
Tytaniczna i ogromna praca, za który wielki szacunek badaczom. Którzy przy okazji stworzyli narzędzie badawcze, które z powodzeniem można stosować w wypadku innych obszarów.

Wychodzi mnóstwo cech wspólnych (np. 10% Żydów którzy dożyli początku 1942 r – uniknęło Zagłady i podjęło próbę ratowania się i niestety większość z nich zginęła – w tym niestety z dużym udziałem innych Polaków), ale i mnóstwo regionalnych odrębności. Np. Powiat Węgrowski – ludzie tam żyją niejako w cieniu Treblinki i wpływ jej na lokalną społeczność jest szalenie destrukcyjny. Można przecież polować na uciekających z wagonów ludzi…

Są dramatyczne opowieści, przy których nie można nie płakać, ale i inne wobec których wstępuje w człowieka nadzieja. Niestety problem w tym że historie bohaterów którzy ratowali Żydów to historie wyjątkowe, to historie ludzi którzy najbardziej bali się polskich sąsiadów.
Problem w tym że to szalenie ponura opowieść o której nie chcemy pamiętać.

Brak zaś jej społecznego przerobienia powoduje łatwość z jaką postawy wykluczające, przemocowe mogą wrócić. I wracają na naszych oczach.

 

* * *

Straszna i trudna lektura. Straszna, kiedy się studiuje choćby tabele z liczbami: ilu Żydów mieszkało w danym powiecie przed wojną; ilu udało się schronić przed likwidacją gett lub uciec z transportów do obozów zagłady; ilu z tych, którzy uniknęli największej likwidacji, w ramach akcji Reinhardt (1942-1943), nadal walczyło o przeżycie w bunkrach leśnych i schronach przydomowych, na aryjskich papierach, wędrując od wsi do wsi, starając się przekroczyć granicę ze Słowacją, uciec na Węgry; ilu jedyny ratunek upatrywało w znalezieniu zajęcia w obozach pracy; wreszcie, ilu tę walkę przegrało; ilu zamordowali Niemcy z własnej inicjatywy; ilu zginęło dzięki akcjom granatowych policjantów, polskich strażaków czy junaków z Baudienst; ilu zamordowano w wyniku donosów sąsiadów lub byłych opiekunów, kiedy skończyły się pieniądze na opłacanie pomocy; ilu zabili żołnierze podziemia, także po wyzwoleniu; ile wśród ofiar było kobiet, dzieci i starców, mordowanych w pierwszej kolejności…

 

Smutna lektura, kiedy się czyta o dwóch równoległych światach, o serwilizmie i fatalizmie w chłopskich środowiskach, o terrorze i manipulowaniu przez okupanta propagandą strachu, o podtrzymywaniu przez Niemców mitu judeobolszewizmu i podatności nań polskiego podziemia, a także o tyleż nikczemnych co nieskutecznych taktykach przetrwania OD-manów, niektórych członków judenratów i innych żydowskich kolaborantów. Przerażająca jest większość cytatów z pamiętników ofiar i ocalałych, z przesłuchań sprawców i świadków…

Trudna lektura. W dwóch tomach, na 1640 stronach, każdy z dziewięciorga badaczy analizuje jeden powiat Polski południowo-wschodniej. Jest to osiem powiatów z czterech dystryktów Generalnego Gubernatorstwa, cztery z Krakowskiego: Bochnia, Dębica, Miechów, Nowy Targ, dwa z Lubelskiego: Biłgoraj i Łuków, po jednym z Warszawskiego: Węgrów i z Galicji: Złoczów oraz jeden z okręgu Białystok, leżącego poza GG: Bielsk Podlaski. Przy czym, autorzy analizują poszczególne powiaty biorąc pod uwagę ich przedwojenne granice. Złoczów leży dziś na Ukrainie, z analizy powiatu bielskiego wykluczony został obszar należący obecnie do Białorusi, powiat łukowski należał podczas okupacji do powiatu radzyńskiego, bocheński był częścią powiatu krakowskiego, a węgrowski należał do większej jednostki zwanej Sokolow-Wengrow.

Jest to zatem analiza Polski powiatowej, w której strategie przetrwania Żydów, jeden z wiodących wątków książki, różniły się od możliwości, jakie dawały duże miasta. Trudniej było, na przykład, przeżyć na aryjskich papierach, a do miasteczek i wsi praktycznie nie docierała pomoc od takich polskich organizacji jak Żegota (pojedyncze przypadki kontaktów z Żegotą, w tym jeden przez oszusta-donosiciela, przytaczane są jedynie w odniesieniu do dwóch powiatów z dystryktu krakowskiego).

 

Opisywane powiaty, mimo że wszystkie z przewagą ludności rolniczej, mocno różniły się między sobą. Choćby pod względem przedwojennych stosunków polsko- (także ukraińsko- i białorusko-) – żydowskich czy wpływów politycznych i wynikającego z nich natężenia antysemityzmu, a także jeśli chodzi o przebieg działań wojennych, wdrażanie zarządzeń i skład osobowy jednostek administracji okupanta. Największa trudność, przynajmniej dla przeciętnego czytelnika, wynika z powoływania się przez autorów na setki dostępnych źródeł, które rzadko oferują klarowny, całościowy obraz konkretnych sytuacji i wydarzeń oraz ich pełnych uwarunkowań.

 

Bywa i tak, że mnogość źródeł w połączeniu z naukową rzetelnością, która każe badaczom zgłaszać w stosunku do nich wszystkie swoje wątpliwości i zastrzeżenia, czyni wywody trudne do śledzenia. Na mnie, nienawykłej do obcowania z tego typu tekstami, wrażenie największej spójności narracyjnej wywarły opisy powiatów łukowskiego i nowotarskiego. Pierwszy powstał oryginalnie w języku francuskim.

 

Drugi z kolei okazał się swoistym samograjem ze względu na egzotyczną specyfikę regionu, wynikającą przede wszystkim z roli tzw. Goralenvolk. Nie przesądza to bynajmniej o przewadze naukowej tych opracowań nad pozostałymi. We wszystkich jest tak wiele cennych obserwacji i przemyśleń, nie mówiąc już o opisach wydarzeń i ludzkich emocji, że Dalej jest noc jest pozycją, której nikt zainteresowany tematyką Zagłady nie może pominąć.

„Spośród około 140 tys. żydowskich mieszkańców dziewięciu badanych powiatów w 1942 r. przeżyło 2498 osób (1,8%)” – piszą we Wstępie redaktorzy książki, Barbara Engelking i Jan Grabowski. Przytaczają też dane z rozbiciem na poszczególne regiony, omawiają metodologię badań, a także wnioski z nich wynikające.

 

Najsmutniejsza konkluzja brzmi: „Z przeprowadzonych badań jednoznacznie wynika, że na interesujących nas obszarach (z wyłączeniem powiatów bielskiego i złoczowskiego [w których trudno stwierdzić, ilu wśród współodpowiedzialnych sąsiadów było Białorusinów i Ukraińców]) zdecydowana większość próbujących się ratować Żydów – na podstawie przebadanych i zweryfikowanych przypadków – zginęła z rąk polskich bądź też została zabita przy współudziale Polaków.”


Opis wydawcy:

 

Dwutomowe wydawnictwo stanowiące podsumowanie kilkuletniego projektu badawczego realizowanego przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów pt. „Strategie przetrwania Żydów podczas okupacji w Generalnym Gubernatorstwie, 1942-1945. Studium wybranych powiatów”.

Jedną z najważniejszych konkluzji wynikających z kilku lat badań „żydowskich strategii przetrwania” jest bogactwo obserwacji dotyczących stopnia przedsiębiorczości, własnej inicjatywy Żydów w obliczu Zagłady. Uderzają determinacja, mobilność, odwaga, z jaką ofiary podjęły walkę o życie własne oraz najbliższych. Z chwilą rozpoczęcia akcji likwidacyjnych, kiedy mało kto mógł żywić nadal jakiekolwiek złudzenia co do ostatecznych celów polityki niemieckiej, Żydzi zintensyfikowali desperacką walkę o przetrwanie. Z jednej strony w domach oraz pod domami budowano schowki i bunkry, a w podwójnych ścianach i na strychach urządzano przemyślne kryjówki. Z drugiej – nawiązywano kontakty ze stroną aryjską, których celem było znalezienie pomocy i kryjówki. Tam, gdzie było to możliwe, powstawały siatki przerzutu za granicę, zwłaszcza na Słowację i Węgry.

We wszystkich zbadanych przez nas powiatach najwięcej Żydów szukało pomocy nie w miasteczkach, ale w pobliskich wsiach – w domach swoich sąsiadów. Możliwość przetrwania w ogromnym stopniu zależała od chęci pomocy tychże sąsiadów – chrześcijan, od tego, czy byli w stanie przełamać strach wobec zagrożenia, jakie stanowili dla wspólnoty wiejskiej ukrywający się Żydzi. Nie sprzyjały temu obowiązujące normy grupowe, obecny wszędzie antysemityzm ani mechanizmy konformizmu społecznego. Tym bardziej podziwiać należy tych, którzy potrafili przeciwstawić się nie tylko niemieckim przepisom prawnym, lecz także pisanym i niepisanym regułom życia grupowego.

Wymowa liczb jest nieubłagana: dwóch spośród każdych trzech Żydów poszukujących ratunku – zginęło. Zamieszczone w tomach opracowania dostarczają dowodów wskazujących na znaczną – i większą, aniżeli się to dotychczas wydawało – skalę uczestnictwa Polaków w wyniszczeniu żydowskich współobywateli.

 

W PDF-ie:

 

Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski. Tom I i II – Barbara Engelking, Jan Grabowski

„Żydowska policja. Ofiary czy sprawcy?” „Do Rzeczy. Historia” nr 12 / 2018

01 cover.jpg

Ofiary czy sprawcy?

 

Działalność żydowskiej policji w gettach okupowanej Polski jest przedmiotem ożywionej – często niezwykle ostrej – dyskusji.  Z jednej strony możemy usłyszeć, ze Żydowska Służba Porządkowa była bandą zdemoralizowanych kolaborantów, która z zimną krwią wysłała tysiące swoich rodaków do komór gazowych; że policjanci z getta byli współsprawcami Holokaustu.

 

Z drugiej strony możemy usłyszeć, że żydowscy porządkowi byli ofiarami Holokaustu, a co za tym idzie – nikomu nie wolno ich krytykować. Samo pisanie o niecnych czynach tych ludzi ma być przejawem antysemityzmu. Działalność żydowskich policjantów była bowiem rzekomo ich „strategią przetrwania”.

 

Oba te skrajne poglądy wydają się mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością.

 

W samej Warszawie służyło ok. 2 tys. policjantów. W tak dużej grupie ludzi znalazły się oczywiście jednostki zdemoralizowane. Łapówkarze, ludzie skorzy do przemocy, którzy dla zarobku bądź ocalenia życia traktowali innych Żydów w sposób przerażający. W szeregach służby porządkowej byli jednak ludzie przyzwoici. Policjanci, którzy woleli „rzucić czapką” i wsiąść do pociągu jadącego do Treblinki, niż splamić swój honor.

 

Historia, jak to zwykle bywa, nie była wcale czarno-biała.

 

Trudno też zgodzić się z poglądem, że wszyscy żydowscy policjanci byli niewinnymi ofiarami i nie wolno ich krytykować. Ludzi wszystkich narodowości i wyznań należy przecież oceniać według takich samych, uniwersalnych kryteriów. Nie ma powodu, żeby w imię politycznej poprawności tuszować to, że część policjantów z getta robiła złe rzeczy. Trudno uznać łapówkarstwo, pastwienie się nad innymi Żydami czy przepuszczanie grubych sum w knajpach i szulerniach za „strategię przetrwania” Holokaustu. To, że wielu żydowskich policjantów straciło życie w komorach gazowych, nie zmywa ich wcześniejszych win. Ofiarą masowych zbrodni nie padają tylko dobrzy ludzie.

 

Kluczowe jest jednak to, żeby nawet o najtrudniejszych kartach przeszłości dyskutować spokojnie i rzeczowo, z poszanowaniem wrażliwości drugiej strony, Debata historyczna nie powinna zamieniać się w pyskówkę, podczas której narody wyciągają sobie największe brudy. Chodzi o to, by przedstawić prawdę o człowieku. Przedstawić wszystkie tragiczne dylematy, przed którym stawał, jego moralne upadki i wzloty. Cały wachlarz ludzkich postaw i zachowań. W przeciwnym razie zamiast historii będziemy bowiem uprawiać propagandę.

02 ofiary czy sprawcy.jpg

6.jpg

7.jpg

8.jpg

9.jpg

10.jpg

11.jpg

12.jpg

13.jpg

14.jpg

15.jpg

16.jpg

17.jpg

18.jpg

Cały blok tekstów w pdf-ie:

Zydowska_policja_ofiary_czy_sprawcy_Do_rzeczy_nr_12_2018

Marcin Świetlicki „49 wierszy o wódce i papierosach” Biuro Literackie, premiera jesień 2003

49 wierszy o wódce i papierosach.jpg

 

„To jest poszerzone, przejrzane i poprawione wznowienie książeczki, która ukazała się pierwotnie w roku 1996 jako „37 wierszy o wódce i papierosach”. Od tego czasu było w moim życiu trochę więcej wódki i papierosów, więc nic dziwnego, że tytuł musiał ulec zmianie. Od tego momentu to wydanie jest obowiązujące”.

****

1. Nowy pozytywizm
2. Wtorki
3. Mój pamiętniczku
4. Czwartki
5. Poranna parafia
6. Stary, a na ucieczce
7. Integracyjny paintball
8. Z martwych
9. Różaniec, młynek, wiatraczek
10. Króciutka pijacka piosenka
11. Niedziele
12. M –

Nowy pozytywizm

Przerwali mi a chciałem jeszcze więcej powiedzieć

niż ty chuju. Prawdziwa treść miała zawierać

różne porady, dziewczynko. Porady starszego,

wypalonego mężczyzny, który – wypalony

wciąż jeszcze się wypala. Głos z pogorzeliska,

co jeszcze trochę dymi. Ale mi minęło

i napisałem tylko ty chuju, dziewczynko.

Jest ósma trzy, a ja już od piątej jestem

na nogach i w obliczu słońca chodzę teraz.

Na słońcu czarna plamka podobno, Merkury,

ale nie popatrzyłem, może spojrzę później.

Pochodziłem po mieście, nie spojrzawszy w niebo.

I nie kocham nikogo, lecz kocham to miasto.

Ono mi robi takie rzeczy, których

żadna kobieta by nie potrafiła

i żadna by na pewno nie podjęła się.

A co u ciebie i jak się rozwijasz?

I w którą stronę, aniele? Jak bardzo bym już chciał,

żeby wakacje się skończyły, tyle

tego jeżdżenia, zabijania się

w płockach, warszawach, kielcach,

bytomiach, sopotach, niechże już się skończą

wakacje, niech się skończy ten alkohol i

niech pozytywizm już rozpocznie się.

Bo takie mam marzenie, dziewczynko, by zostać papieżem

nowego pozytywizmu, tym nie byłem jeszcze.

A czego papieżycą byś pragnęła być?

Wtorki

jeżeli wtorek nie będzie w sobie już zawierał wtorku

to nie umrę nie umrzesz autystyczna rozkosz

zostanie zawieszona odreagujemy

to sobie w jakiś sposób wszak twardzi jesteśmy

na zewnątrz jeśli wtorek zostanie zniesiony

i Pan Bóg wyzna że nie było wtorku

że świat powstawał zaledwie przez sześć dni

to i tak zwyciężymy heretycka wioska

na heretyckiej wyspie zostanie nazwana

wtorek jeśli zdobędziemy

wizy to jutro będziemy już tam

mam już pomysł na hymn i na godło

Mój pamiętniczku

Zapominam zapomnieć. Zapomniałem o tym,

że tak kiedyś skończyłem. Zaczynani na nowo

– zapominam zapomnieć. Pamiętne kłopoty

ożywają jak w filmie, co na półce HORROR

leży w wypożyczalni. Wstają oto zwłoki

kłopotów i żądania wysuwają oto

ponownie, znowu trzeba osikowym kołkiem

unicestwiać, a potem zapomnieć zapomnieć.

Wiec tak właśnie skończyłeś? Tak właśnie skończyłem

– mówię i nie pamiętam, że już to mówiłem

w tym miejscu, w innym czasie. Pamiętam jedynie

wzór tapet,

mój pamiętniczku,

wzór tapet.

Czwartki

Lektury wzięte w podróż: Choromański „W rzecz

wstąpić”, Bloch „Psychoza” i Tkaczyszyn-Dycki

„Przyczynek do nauki o nieistnieniu”, wszystko

z przeszłości, bo podróż zazwyczaj

to jest cofanie filmu, zwłaszcza kiedy jedzie

się tyłem do kierunku, czwartek, miesiąc kwiecień,

niektóre liście już się decydują,

niektóre jeszcze się zastanawiają.

Oprócz książek w plecaku jest prezent od Ewy

– płyta z hamburskich koncertów the Beatles,

brakujący element. Jeszcze zanim peron

– to papierosa, potem się obejrzeć,

zobaczyć, rzadko, coraz rzadziej się

dostrzega, a tu – proszę – zobaczyło się.

Sklejam urwany film, otwieram

list zaklejony.

Poranna parafia

Podłogi, z płaszcza łóżko, a ze swetra kołdra.
Dumnie sierść zwierząt domowych noszona
na ubraniach człowieczych, uzezwierzęcenie
ładne i delikatne, zwierzenia przezsenne.

Tu jest moja parafia, tu jest mój kontynent.
Pierwsze słońce wbrew starej, czarnej, twardej zimie.
Tu jestem ja, mężczyzna, nie mam już powodu,
by się więcej ukrywać wobec słońca wschodu,

wobec kamienic, wobec kobiet, wobec
tego, do czego trzeba do wieczora dobiec.

 

 

Stary, a na ucieczce

Stary, a na ucieczce, niedojrzale, aż się
pokrzywiają i patrzą z wyrazem odrazy,
stary, a na ucieczce, szatan mu pościelił
w piwnicy, arcybiskup aż sporządził donos
na niego, stary, a tak lekceważny,
rozprzestrzeniony, rozwiany,
który płynie płonąc.

 

 

Integracyjny paintball

Lepsza bielizna, dni jakby jaśniejsze,

głód dekadencji, lecz trzeba by było

robić to z głową, nauczyć się spadać,

lecz na firmowe poduszki,

ludziom w oczy patrzeć

i jeśli za rękę trzymać, to rękę właściwą

– i nawet przez sen kontrolować się,

są podręczniki traktujące o tym,

no, nieźle kombinujesz, lecz popracuj trochę

jeszcze nad tym grymasem,

z którym na mnie patrzysz,

niech będzie doskonalszy.

 

 

Z martwych

Nowe życie wymaga nowych kobiet. Oto

wyobraźnia już tłoczy obrazy pośladków,

klęsk, brudnych nóg i włosów,

piegów, kosmetyków.

Nowe życie i wiele rozmów typu „martwię

się o ciebie”, odbytych po to, by sumienie

nasycić, nowe życie, noc wypiera noc,

pogrzeb na wyścigi z pogrzebem.

Kiedyś się zdecyduje, teraz jeżdżę, nie wiem,

wrócę, jeżeli spełni wreszcie się

mój jedyny warunek, skoro prawa nie mam

do stawiania warunków, postawię sam sobie

wódkę, warunek wysłowię, nie usłyszę go.

 

 

Różaniec, młynek, wiatraczek

Nie opiekuję się twoim mężczyzną
pod twoją nieobecność, nie odżywiam go
właściwie, odprowadzam go do obcych kobiet,

a on je krzywdzi, obiecując to,
co obiecał już tobie;

nie opiekuję się twoim mężczyzną,
to jakiś byt, którego nie powinno tu być,
trzymam go w płytkim, wciąż otwartym grobie,

śpiewa stamtąd króciutką pijacką piosenkę.

 

 

Króciutka pijacka piosenka

Post się gryzie z karnawałem.

Miałem umrzeć, nie umiałem.

Miałem umrzeć, nie zdążyłem.

Miałem umrzeć, nie trafiłem.

Niedziele

Ten kalendarzyk, litery i cyfry

poprzemieszane, pleśń pieśni, przepieszczone frazy,

należy kiedyś z papierów pośmiertnych

wyjąć ten kalendarzyk,

l śpię. l ucho naderwane mam, o,

pamięć dziurawa drukuje obrazy

dziurawe we śnie – i jeżeli patrzysz,

to tylko siebie możesz tu zobaczyć.

M –

W końcu, wiedzeni Bożym kaprysem, przestaną

gonić tego ćwierćludzia, kiedyś przecież trzeba

zakończyć tę historie, zatrzymać to koło,

koło pogoni, sądu. wyroku i kary,

winy już nie ma, zbrodnia się zatarła

przez wielokrotne powtarzanie, sprana

wina aż do białości, w końcu niewidomy

nie rozpozna melodii, nie wskaże zbrodniarza.

Ta wiosna może jest mirażem, może

jest łatwym wyjściem, łatwym podejrzanie,

gdzieś się znaleźć, w jakimś się znów umieścić ciele,

ostrożnie wyjść i wolno poraczkować w stronę

szkoły, o kościół jakiś na chwile zawadzić,

do wojska umiejętnie nie iść, umieć

i kochać, posiąść jakieś przydatne rzemiosło

i nowy wszechświat umiejętnie posiąść.

wreszcie być podobnym do odbicia w lustrze

uderzająco, donikąd nie uciec,

pozostać, mieć cień wreszcie i pieniądze

szanować, zbierać je na ludzki pogrzeb.

obserwować jak narasta jasność.

„Wybieramy czytnik E-booków” Sebastian Górski „PC World” 12 / 2018

Wybór czytnika e-booków nie należy do najprostszych zadań. Rynek elektronicznych książek jest mocno pofragmentowany i trudno mówić o jednoznacznym liderze. Dlatego podpowiadamy, czym kierować się przy dokonywaniu zakupu i sugerujemy kilka wartych uwagi modeli.

ebook 1 blog.jpg

ebook 2 blog.jpg3.jpg

Cały tekst w pdf-ie:

wybieramy czytnik e-bookow – sebastian gorski – pc world 12-2018

„TechGnoza” Erik Davis (fragment: sekta Bramy Niebios – serial „Star Trek” – Marshall McLuhan – UFO – kino science-fiction – globalna sieć – multiwersum)

techgnosis.jpg

Wiele fi­lozofii i tradycji religijnych, zwłaszcza tych roztropniejszych pod względem egzystencjalnym, zarazem uznaje istnienie tego zaświatowego impulsu, jak i stara się go utemperować, wpro­wadzając pragnienie transcendencji w zrównoważony układ pomiędzy rzeczywistymi ograniczeniami cielesnego życia a rze­czywistymi możliwościami samorozwoju. Lecz w chaosie post­modernistycznego życia, którego przyspieszone tempo i me­dialne burze pozbawiają nas wszelkiego naturalnego balastu, jaki kiedyś utrzymywał nasze ja w nienaruszonym stanie, ów transcendentalny impuls łatwo może ulec wypaczeniu – prze­chodząc w technoutopistyczne fantazje, złudzenia New Age albo, w najgorszym wypadku, w przepaść zbiorowego samo­bójstwa.

 

Wyższy poziom

 

Wiosną 1997 r., gdy chrześcijanie obchodzili zmartwychwsta­nie Chrystusa, a na niebie błyszczała kometa Hale’a-Boppa, trzydzieścioro dziewięcioro mnichów i mniszek sekty Bramy Niebios zabiło się śmiercionośną mieszanką wódki i fenobarbitalu w nadziei, że zabierze ich statek kosmiczny, który, jak wierzyli, płynie w kometarnym pyle. Obok fantastycznonaukowej wiary, najbardziej zaskakującym z przekonań sekty było ich gnostyckie wyrzeczenie się ciała: ich unikająca ekscytacji moda i poszukiwanie aseksualnej androgynii, wiara, że ciała są jednorazowymi „wehikułami” lub „naczyniami” dla kosmicz­nej duszy, oraz ich (czasem dosłownie) samokastrujące odrzucenie fizycznej bliskości.

 

Sekta Bram Niebios ze swymi ścisłymi ślubami czystości i samowyrzeczenia oraz ostrym metafi­zycznym klinem wbitym między ciało i umysł przypominała raczej jakąś przeniesioną w czasy New Age starożytną grupkę zrzędliwych, tęskniących za wyzwoleniem mnichów.

 

Sekta Bramy Niebios zaczęła działać we wczesnych latach siedemdziesiątych, gdy fala kultów związanych z latającymi spodkami zajęła wyjałowioną próżnię duchową, jaka pozosta­ła po załamaniu się utopii kontrkultury. Posługując się imionami Bo i Peep, albo po prostu Dwoje, Marshall Applewhite i jego platoniczna przyjaciółka Bonnie Nettles przyciągnęli pewną liczbę zwolenników, z których niektórzy pozostali z ni­mi do samego końca.

 

Kładąc nacisk na ścisłą dyscyplinę oraz odrzucenie emocji i większości pragnień, zachęcali członków sekty, by przestali się utożsamiać ze swymi zwykłymi cechami osobowości i przenieśli swą uwagę na „poziom ponadludzki”. Ani ta wojująca taktyka przebudzania, ani obietnica Dwójki, iż wkrótce wyląduje macierzysty statek kosmiczny, nie były w tym okresie czymś wyjątkowym. Lecz w 1997 r. Applewhite i najściślejsze grono jego zwolenników śmiało zdecydowało się pójść tam, dokąd przedtem nie poszli przedstawiciele żadnych sekt ufologicznych: przez wrota zbiorowego unicestwienia do wyzwolenia przez wędrującą gwiazdę.

 

Po drodze sekta przebiła się do samego rdzenia popularnej świadomości zbiorowej, nadającej swą paplaninę na całym świecie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. W tej nowej psychicznej geografii inforozrywki nic nie jest bardziej upra­gnione niż wydarzenie medialne: spektakl informacyjny, któ­ry znajduje oddźwięk w masowej wyobraźni, który budzi zain­teresowanie wszystkich, który może zdominować wszystkie kanały z siłą filmowej superprodukcji.

 

Zbiorowe samobójstwo członków sekty było z pewnością takim wydarzeniem i przyciągnęło naszą uwagę, ponieważ odzwierciedlało cały kalejdo­skop obsesji naszej kultury i manii medialnych wiosny roku 1997: UFO, stapianie się płci, kometa Hale’a-Boppa, kompu­tery, prawo do samobójstwa, Star Trek, kult wydajności, rezy­dencje bogatych. Nawet nowe czarne buty Nike, które widać było tak wyraźnie na policyjnych filmach z miejsca wydarzeń, sprawiały wrażenie tendencyjnej reklamy produktów danej marki, typowej dla hollywoodzkich filmów.

 

Samobójstwa dały także mediom okazję do bredzenia na temat Internetu, ich zuchwałego rywala we współzawodnic­twie o przyciągnięcie uwagi publiczności. Ponieważ sekta two­rzyła witryny internetowe dla siebie i na zamówienia klien­tów oraz posiadała w swych szeregach ludzi zawodowo zajmujących się komputerami, niemal natychmiast ochrzczono ją mianem „sekty internetowej” – określenie raczej niesprawiedliwe, jeśli weźmiemy pod uwagę, że Internet nie odgrywał szczególnej roli w ich kosmologii i że większa część członków zapisała się na długo przed tym, zanim grupa zwróciła się w stronę World Wide Web jako źródła dochodu i środka szerze­nia swej nauki.

 

Lecz nie powstrzymało to gadających głów od sypania wątpliwymi twierdzeniami na temat nieokiełznanej sieciowej działalności sekt i łatwości „rekrutacji” przy użyciu Usenetu i IRC. Doniesienia na temat Bram Niebios sprawiły, że w oczach ludzi już i tak obawiających się cyberprzestrzeni lub też nic o niej nie wiedzących Sieć stała się zagrożeniem duchowym, a nie tylko zagrożeniem moralnym i politycznym, wywołanym przez konserwatywne grupy poszukujące sieciowej pornografii i przepisów na bomby.

 

W obliczu tego ataku – i zdając sobie sprawę, że otwarta struktura Sieci podkopuje ten rodzaj kontroli informacji, od któ­rego uzależnione są prawdziwe sekty — wielu cyfrowych aktywistów przeszło do ofensywy i oznajmiło, iż nie można winić Sieci, ponieważ jest ona jedynie narzędziem”. Ich zamiary były chwalebne, lecz taki głodny kawałek nie wystarczy.

 

Sieć nie jest narzędziem; jest – McLuhan wybaczy – środowiskiem, rezonującym wzmacniaczem psychicznym, który między in­nymi znosi bariery oddzielające centrum od obrzeży, wiado­mości od plotek, opinie od reklam, prawdę od złudzeń. Spra­wia to, że staje się ona wielką wylęgarnią alternatywnych opisów rzeczywistości, subkultur i owych zaraźliwych wirusów umysłu, które niektórzy nazywają „memami”.

 

Społeczność sie­ciowa, nie przywiązana do wspólnej wizji przestrzeni społecz­nej i wspólnej kultury intelektualnej, staje się siedliskiem ożywionej aktywności dla grup zainteresowań, fanów, informa­cyjnych maniaków, sztucznie stworzonych nisz rynkowych i wirtualnych wspólnot samotnych dusz. Według określenia Tima Bernersa-Lee, twórcy WWW, Sieć pozwala ludziom „wyżłobić sobie w kulturze pieczarę, z której nie mogą się wydo­stać”. W tym sensie Sieć wciela mroczne przeczucia, które niemal przed wiekiem wyraził Henry Adams z myślą o przy­szłości rządzonej przez dynamo: że wcale nie zamieszkujemy uniwersum, lecz multiwersum.

 

Multiwersum jest fajne w komiksach, ale jako obszar do nawigacji jest także niebezpieczne i trudne. Ponieważ Sieć w coraz większym stopniu zapośrednicza nasze widzenie świa­ta, jak również działalność społeczną i ekonomiczną, może się więc zdarzyć, że poznamy ten oszałamiający stan z autopsji. Bo równolegle do tego, że Sieć tworzy powiązania pomiędzy różnymi światopoglądami i zachęca nas do skakania po kana­łach rozmaitych zapętlonych zwojów zbiorowego umysłu, tech­nologia może stworzyć w rzeczywistości konsensusu rozdarcie tak wielkie jak dziura ozonowa nad Antarktyką. Już teraz wi­dać biegunkę: kawały i plotki rodzą prawdziwą wiarę, światopoglądy zamieniają się w światy, a kiepskie idee opanowują równie kiepskie umysły.

 

Nie utrzymywane już w ryzach przez wydawców, prawników czy ślimacze tempo zwykłej poczty ano­nimowe i bezpodstawne twierdzenia zarówno powstające spontanicznie, jaki specjalnie fabrykowane, krążą jak błędne ogniki po środowisku informacyjnym, zmuszając instytucje do oficjal­nych reakcji, a poważnych dziennikarzy do uznawania pogło­sek za wiadomości. Wymieniając plotki przy studni w naszej globalnej wiosce, wzmocniliśmy już szeptaninę o złych wiru­sach komputerowych, kokainowych łącznikach CIA, odrzutow­cach TWA strąconych przez nasze wojska, rządowych spiskach w Oklahomie i bazach danych Lexis-Nexis, które podają nu­mer twojego ubezpieczenia społecznego i panieńskie nazwisko twojej matki.

 

Sieć jest z natury rodzajem maszyny spiskowej, mechanizmem ułatwiającym zataczanie coraz szerszych krę­gów różnym spekulacjom, synchronistycznym powiązaniom i dziwnym kontrastom. Specjalna „subkulturowa wyszukiwarka” o nazwie Disinformation używa nawet przypominającego Yahoo systemu filtrów do znajdowania w Sieci mrocznych in­tryg, zwariowanych kosmologii, rewizjonistycznych wersji hi­storii oraz najnowszych znaków i zwiastunów.

 

Nie jest więc zupełnym przypadkiem, że co najmniej jedna członkini Bram Niebios, Yvonne McCurdy-Hill, weszła na po­kład ekspresu Hale’a-Boppa poprzez portal przeglądarki internetowej. Nie dlatego, by sekta ograniczała swój prozelityzm medialny do rynku sieciowego. Członkowie grupy, przekonani, że siły Lucyfera biorą górę i że wkrótce cała planeta zosta­nie rozorana, spędzili swe ostatnie lata, usiłując przepchać swe memy przez ile tylko się da kanałów informacyjnych. Wykupi­li całą stronę w „USA Today”, parali się przekazami satelitar­nymi, wypuszczali broszury i ulotki, rozprowadzali taśmy wi­deo, zasypywali Usenet i urozmaicali swe własne nabite informacjami strony internetowe za pomocą najnowszych apletów Javy. Lecz najzręczniejszym ich wyczynem było medialne zwy­cięstwo zza grobu.

 

Żyjący i nadal wierzący Rio DiAngelo po­wiedział „Newsweekowi”, że jego towarzysze byliby „dumni” z całego szumu, jaki wywołało ich samobójstwo: „Oni naprawdę chcieli, żeby cały świat poznał te informacje, ale nie mogli ich ogłosić. Nikt by ich nie słuchał. Myślę, że byliby szczęśliwi”208. Najbardziej intensywną reklamą alternatywnej wizji świata sekty były jej ostatnie przesłania: garść pożegnalnych komunikatów, nagranych na kasety wideo w ostatnich dniach przed odej­ściem. Wiedząc, że dokumenty te trafią do telewizji, członkowie sekty patrzyli prosto do kamery i zwracali się do nas, nasyco­nych mediami członków cywilizacji, którą porzucili jako straconą sprawę. Jak wyjaśnił Darwin Lee Johnson w jednej z przemów:

 

Wiemy, że różni wykrętni rzecznicy, ludzie, których profesją jest szydzenie z innych, będą atakowali to, co robimy. (…) Powie­dzą, że jesteśmy szaleni, że jesteśmy zahipnotyzowani. (…) My wiemy, że to nieprawda, ale skąd wy macie to wiedzieć?

 

To jest oczywiście pytanie za milion dolarów, lecz w zesta­wieniu z nadętym psychobełkotem dotyczącym kontroli umy­słów, odbębnianym przez większość „ekspertów od sekt” w tele­wizyjnych wiadomościach, taśmy skutecznie naruszyły zwycza­jową rutynę. Dały one bardzo ludzki, choć głęboko wstrząsający, obraz tego, co jeden z byłych członków nazwał „najbardziej nie­zwykłym eksperymentem socjologicznym, jaki tylko można sobie wyobrazić”.

 

Taśmy sugerowały także to, co potwierdziły późniejsze ra­porty: że Bramy Niebios miały w swych szeregach dość zago­rzałych fanów science fiction, przynajmniej z odłamu mające­go obsesję na punkcie produktów hollywoodzkiej fabryki snów. Siedząc na przydzielonych miejscach przed 72-calowym wspól­nym telewizorem, członkowie sekty raczyli się Z archiwum X i różnymi odmianami Star Trek oraz uzupełniali swą dietę filmami puszczanymi na wideo, takimi jak Kokon, Bliskie spotkania trzeciego stopnia i trylogia Gwiezdne wojny. Obok bu­tów Nike najbardziej godnym uwagi elementem samobójczych kostiumów grupy były trójkątne naszywki na ramionach z na­pisem „Away Team” [Oddział zwiadowczy] – co w żargonie Star Trek oznacza wysyłane na planety małe patrole. Szczególnie niesamowita była obecność wśród zmarłych Thomasa Nicholsa, brata Nichelle Nichols, która grała rolę oficera łącznościowe­go, porucznik Uhury, w pierwszej serii Star Trek i która obec­nie reklamuje w telewizji gorącą linię pomocy psychologicznej.

 

Kapitan Applewhite i Away Team nie traktowali jednak ste­reotypów tego gatunku tak dosłownie, jak przypuszczano. Przy­znawali się do niewiedzy co do tego, czy skończą w niebie, w innym wymiarze czy na mostku statku gwiezdnego. Jeden z ich długich sieciowych tekstów dowodzi także, że sekta świado­mie wykorzystała „żargon Star Trek”, aby przekazać swe apo­kaliptyczne przekonania religijne świeckim umysłom zanurzo­nym w kulturze masowej. Ostatecznie wierność science fiction wobec nauki bardzo często jest pomniejszana lub nawet przy­ćmiewana przez typową dla tego gatunku eksplorację odwiecz­nej tęsknoty ludzkości do symboli, kosmologii i przełomu poznawczego. Nawet umiarkowana fantastyka naukowa może czasem wyrażać zapatrywania mistyczne, a nawet gnostyckie; w Imperium kontratakuje pomarszczony guru Yoda bul­gocze do Luke’a Skywalkera: „Świetliste z nas istoty, nie suro­wa materia”. Słysząc to, trudno nie wyobrażać sobie akolitów Bram Niebios stłoczonych wokół telewizora na parę tygodni przed samobójstwem, cieszących się w duchu, że stary muppet potwierdza ich najgłębsze przekonania.

 

Najbardziej godne uwagi zastosowanie gnostyckich meta­for fantastycznonaukowych znajduje się na pożegnalnej ta­śmie wideo Dennisa Johnsona, nadanej w „Nightline” wkrótce po samobójstwie. Czterdziestodwuletni eks-gitarzysta rocko­wy twierdzi na niej, że „odłożenie tych ludzkich ciał, które zo­stały wypożyczone do tego zadania” będzie równie proste jak zejście z holodeku w Star Trek: Następnym pokoleniu – holograficznej sali wirtualnej rzeczywistości, gdzie załoga spędza­ła całe godziny w sztucznych światach albo na wykonywaniu ćwiczeń. Johnson mówi dalej:

 

Wyliczyliśmy to matematycznie (…), ćwiczyliśmy na holodeku przez mniej więcej trzydzieści minut i już pora przestać. Gra skończona. Przyszedł czas sprawdzić w praktyce to, czego się nauczyliśmy. A więc zdejmujemy hełm rzeczywistości wirtualnej, odstawiamy wehikuł użyty do tego zadania. Przestajemy się nim zajmować, wracamy z holodeku do rzeczywistości, aby dołączyć do innych członków załogi na statku, w niebiosach. Możesz to nazywać innym wymiarem, inną rzeczywistością, kto wie? Trzymano nas tu w niewiedzy, która jest takim stanem, jakiego moż­na oczekiwać w przypadku tych pojazdów.

 

Johnson kończy swą szczególną przemowę, podkreślając, że grupa z nadzieją czeka na swe zbiorowe samobójstwo, z tej prostej przyczyny, iż nie utożsamiają się oni ze swymi ciałami. „Gdybyście tylko mogli spojrzeć na to w ten sposób – błaga – gdybyście tylko mogli troszeczkę wniknąć w przestrzeń na­szych głów i zobaczyć, jacy jesteśmy szczęśliwi, jak mocno przekonani do tego, co robimy, jak zaangażowani”. Język Johnsona jest tu interesujący, ponieważ „przestrzeń głowy” [head-space] to idiomatyczne na Zachodnim Wybrzeżu określenie oznaczające punkt widzenia drugiej osoby, ale jednocześnie przedostanie się do takiej przestrzeni stanowi znakomity opis rzeczywistości wirtualnej, technologii, która odegrała znaczącą rolę w gnostyckich wyobrażeniach sekty.

 

str. 308 – 314