„RÓWNOŚĆ WOBEC PRAWA, CZYLI POPULIZM” – BRONISŁAW WILDSTEIN, „Gazeta Polska” – 20 lipca 2005 r. NR 29 (626)

Bernard J. Ebbers, lat 63, były prezes WorldComu uznawany powszechnie za finansowego geniu­sza, za podawanie fałszywych danych skazany został kilka dni temu na 25 lat więzienia. Nie pomogły mu łzy i tłumaczenie się nieznajomością księgowości, w tym wypadku „twórczej”. Za podobne przestępstwa taki sam wyrok w czerwcu dostał inny wielki amerykański biznesmen, prezes Adelphii, John Rigas. Ma 80 lat, raka i chore serce. Na podobne – jak wszystko wskazu­je – werdykty sądów czekają prezesi innych wielkich amerykańskich firm uwikłanych w afery „kreatywnej księgowości”, której mechanizm odsłonięto w związku ze spektakularnym bankructwem Enronu. Prezydent Bush naciskał na zaostrzenie kar.

Już wcześniej Ameryka potrafiła radzić sobie z po­dobnymi kryzysami i oszustwami. Pod koniec lat 80. ubiegłego stulecia Stanami wstrząsnęła afera „Saving and Loans”. Splajtowała ogromna liczba amerykańskich banków. Afera kosztowała amerykańskich obywateli być może 500 mld dolarów. Za jej spowodowanie na długie lata trafiło do więzienia wiele osób z finanso­wego i politycznego establishmentu. Spory wyrok mu­siał odsiedzieć uważany wcześniej za jednego z najbar­dziej wpływowych i najbogatszych ludzi w USA, biz­nesmen Mike Milliken. Odwołano zarządy wszystkich firm w jakiś sposób uwikłanych w aferę, nawet tych ich członków, którzy osobiście nie mieli z nią nic do czynie­nia. Za obciążające uznano, że nie potrafili skandalowi przeciwdziałać. W efekcie Ameryka dość szybko wyszła z tego kryzysu i radykalnie zmniejszyła jego przewidy­wane wcześniej dwukrotnie wyższe koszty.

Żaden kraj nie może całkowicie wyeliminować prze­stępczości, w tym również jej szczególnego wymiaru, jakim jest korupcja. Zwłaszcza, że w odniesieniu do te­go ostatniego zjawiska nierzadko pojawiają się sytuacje, w których granica między tym, co wolno, a czego już nie, potrafi być niezwykle płynna. Można natomiast skutecznie przestępczość i korupcję zwalczać.

A u nas? Czytam o kolejnym skazaniu samorządowe­go urzędnika czy polityka przyłapanego na korupcji. Wyroki zapadają w zawieszeniu. Skazanie Lwa Rywina wydawało się czymś wręcz przełomowym. Zwłasz­cza gdy, wbrew przeświadczeniu licznych obserwato­rów – w tym i niżej podpisanego – o nieprawdopodobieństwie takiego obrotu rzeczy członek „towarzystwa” trafił do więzienia. Okazało się jednak, że nie na długo, gdyż konieczność specjalistycznych badań wyprowadzi­ła go na wolność. Można mieć pewność, że ktoś bez wpływów robiłby badania w więzieniu. Czy w tym kon­tekście osadzenie wiekowego i ciężko chorego Rigasa to okrucieństwo amerykańskiego wymiaru sprawiedliwo­ści, czy po prostu sprawiedliwość? W każdym razie po­twierdzić trzeba, że równość wobec prawa jest w Sta­nach dogmatem. A nawet, że zakładana jest tam swoista nierówność, która równoważyć ma zróżnicowanie moż­liwości. Osoby potężniejsze, które mogą więcej, winny ponosić także większą odpowiedzialność wobec prawa.

Amerykańskie media, opinia publiczna, nawet najbardziej znaczący politycy z prezydentem włącznie, wzywali do szczególnie ostrego karania aferzystów. Nie jest to wyłącznie amerykański wymysł. W przedwojennym polskim kodeksie karnym osoby piastujące urzędy państwowe mia­ły być karane surowiej. Wydaje się to dość oczy­wiste. Jednak nie w III RP. U nas jest na odwrót.

Przypomnijmy sobie niesławnej pamięci list w obronie Rywina. Sławne postacie, nawet wybit­ni filmowcy oburzali się na traktowanie znanego producenta jak zwykłego obywatela. Sygnatariu­sze listu nie zajmowali się jego obroną w sensie prawnym, nie dowodzili jego niewinności, nie kwestionowali zarzutów. Oburzali się, że przed sąd wzywa się tak znaczącego producenta. Wniosek mógł być tylko jeden: człowieka ze świecznika, z „towarzystwa”, nie można trakto­wać jak każdego innego. Sygnatariusze listu nie przejmowali się nawet dwuznacznością swojej sy­tuacji: jako ludzie filmu byli w dużej mierze za­leżni od producentów, w tym Rywina, ich inter­wencję trudno więc było uznać za bezinteresow­ną. Nawet już po jego skazaniu obrońcy „towarzystwa” nie zaprzestali swoich, jak widać, uwieńczonych powodzeniem, zabiegów. Felietoniści „Polityki”, KTT i inni, nie tylko obruszali się na traktowanie Rywina jak zwykłego obywatela, ale przypuszczali atak na „popu­lizm”, który powoduje, że niektóre media ku uciesze ga­wiedzi domagają się głów osób znaczących. Wiemy już więc, że populizmem jest domaganie się równości wobec prawa. Bo Rywin jest tylko przykładem. Walka o to, aby prezydent nie stanął przed komisją śledczą, była ele­mentem tego samego zjawiska. Chciałoby się zawołać: więcej populizmu!

* Autor jest publicystą tygodnika „Wprost”.

„Kościół bez znieczulenia” z bp. Tadeuszem Pieronkiem [rozmawia – Marek Zając], Kraków 2004 [fragment]

***

FRAGMENT ROZDZIAŁU PT.:

Zetrzeć kurz z papieskich encyklik (O sile i słabości polskiego katolicyzmu i o tym, dlaczego biskup Pieronek słucha Radia Maryja)

Skoro mowa o Radiu Maryja: przeciętny obserwator interpretuje brak jednoznacznej decyzji w jego sprawie jako wyraz poparcia Kościoła dla toruńskiej rozgłośni.

Ibędzie mieć nieco racji, bo wielu biskupów akceptuje i wspiera działalność ojca Rydzyka. Tylko dwa przykłady: latem 1997 roku, gdy stosunki między Episkopatem a ojcem Rydzykiem stały się bardzo napięte, ksiądz prymas zaapelował do biskupów, żeby nie uczestniczyli w imprezach organizowanych przez Radio Maryja. Prośby nic nie dały, w lipcu na pielgrzymce Rodziny Radia Maryja do Częstochowy pojawiło się trzech biskupów, je­den z nich wygłosił nawet płomienne kazanie, gloryfikujące roz­głośnię. Sprawa druga: pierwsze debaty poświęcone problemowi Radia Maryja rozpoczynały się na forum Episkopatu tupaniem zwolenników ojca Rydzyka, krótko mówiąc – usiłowaniem za­blokowania dyskusji. Gdy w końcu rana zaczęła ropieć, biskupi postanowili zabrać się za dezynfekcję, ale ojciec Rydzyk był już na tyle silny, że mógł sobie gwizdać na Episkopat.

Zadam może nieco dziwne pytanie: czy Ksiądz Biskup kocha wszyst­kich ludzi?

Teoretycznie tak, ale nie powiem, żeby szło z tym tak prosto. Naturę mam dosyć popędliwą i czasem łapię się na tym, że nie postępuję w zgodzie z chrześcijańskimi nakazami. Myślę jed­nak, że nie jestem wyjątkiem.

„Czy Ojciec kocha wszystkich ludzi?” – tym pytaniem rozpoczyna się jedna z rozmów wywiadu rzeki z ojcem Tadeuszem Rydzykiem, zatytułowanego Tak-tak, nie-nie. A czy Ksiądz Biskup usłyszał kie­dyś pytanie, dlaczego tak bardzo nienawidzi Radia Maryja?

Nie. Ten zarzut znajduję natomiast bardzo często w adreso­wanych do mnie anonimach.

Zapytam zatem publicznie, zapewne w imieniu niektórych słuchaczy: dlaczego Ksiądz Biskup tak bardzo nienawidzi Radia Maryja?

Nienawiść jest w tym przypadku słowem zdecydowanie nie na miejscu. Osobiście określiłbym siebie jako krytycznego słucha­cza Radia Maryja. Na początku byłem bardzo życzliwie nasta­wiony do inicjatywy ojca Rydzyka. W listopadzie 1994 roku – w imieniu Episkopatu – podpisałem umowę z redemptorysta­mi, dotyczącą jego rozgłośni. Niestety, Radio Maryja nigdy nie respektowało zapisów zawartych w tym porozumieniu.

Można prosić o przykłady?

Do dziś ojciec Rydzyk nie przedstawił sensownego statutu Radia Maryja. Pseudostatutów, które dotąd proponował Episkopa­towi, nie można traktować serio. A przecież umowę z Prowincją Warszawską Zgromadzenia Redemptorystów podpi­sywaliśmy z autentycznie dobrą wolą, a naszych partnerów uważaliśmy za godnych zaufania. To jednak tylko jedna stro­na medalu: sam pomysł zawarcia umowy wziął się stąd, żeRadio zaczęło się łokciami rozpychać po Polsce i włazić w kompetencje biskupów diecezjalnych. Po drugie, na antenie kryty­kowano tych biskupów, którzy postanowili założyć własne rozgłośnie katolickie, o zasięgu lokalnym.

Umowa miała zatem uregulować procedurę zakładania ko­lejnych oddziałów Radia Maryja w diecezjach oraz kwestie duszpasterskie, w przypadku ojca Rydzyka budzące zawsze sporo kontrowersji. Mechanizmem gwarantującym kontrolę nad przestrzeganiem tych przepisów miały być organizowa­ne cztery razy do roku spotkania przedstawicieli Radia z re­prezentantami diecezji, w których działa rozgłośnia, oraz z se­kretarzem generalnym Episkopatu.

Kiedy odbyło się pierwsze spotkanie kwartalne?

W styczniu 1995 roku, w sekretariacie Episkopatu. Do War­szawy przyjechało kilkudziesięciu wysłanników biskupów oraz dwóch reprezentantów Radia Maryja. Spotkanie posta­nowiłem poprowadzić wedle z góry przemyślanego schema­tu. Najpierw zapytałem: „Co dobrego dostrzegacie Państwo w działalności Radia Maryja?”. Po krótkiej dyskusji stworzyliś­my listę pozytywów. Podziękowałem zebranym i poprosiłem o głosy krytyczne, na co jedna z uczestniczek – nawiasem mówiąc, z Sosnowca, czyli mojej diecezji – wstała i powiedziała, że doszło do ataku na Radio Maryja. Wyszła, trzaskając drzwia­mi. Nie przerwałem jednak spotkania, przygotowaliśmy listę zarzutów – dodam, że była dłuższa od spisu sukcesów rozgłoś­ni. Wtedy zaproponowałem: „Proszę o propozycje, jak w przyszłości uniknąć tych błędów. Proszę też zgłaszać nowe pomys­ły, które można by wykorzystać w działalności Radia Maryja”. Tak powstała trzecia lista. Reprezentanci ojca Rydzyka nie chcieli ustosunkować się do wypowiadanych podczas spotka­nia opinii.

Wtedy po raz pierwszy zostałem oszukany przez toruńską rozgłośnię. Okazało się, że przedstawiciele ojca Rydzyka na­grywali – bez mojej wiedzy – naszą dyskusję, żeby wyemito­wać ją potem na antenie. Doszło między nami do wymiany zdań. Nie miałem nic przeciwko temu, żeby ujawnić przebieg spotkania, nie mieliśmy przecież nic do ukrycia. Obawiałem się jednak, że Radio ucieknie się do manipulacji, zapewne nie puści materiału w całości. Dlatego powiedziałem, że nie od­biorę im sprzętu ani nie mam zamiaru skasować nagrania. Zastrzegłem natomiast, że taśmę można wykorzystać wy­łącznie do celów roboczych Radia.

Jak wyglądały kolejne spotkania?

Odbyło się jeszcze jedno, we wrześniu 1995 roku. Przebiegało z mniejszymi napięciami, panował spokój. Wydawało się na­wet, że osiągniemy kompromis – niestety, znów zakończyło się fiaskiem. Zbliżały się wybory prezydenckie, drogi Epi­skopatu i ojca Rydzyka rozeszły się w zdecydowanie prze­ciwnych kierunkach. Choć spotkania miały się odbywać co kwartał, na tych dwóch się skończyło. Co jednak warto podkreślić, spisane podczas obu spotkań listy pozytywów i negatywów były niemal identyczne, zresztą aż do dziś nie stra­ciły na aktualności.

Co pozytywnego można powiedzieć o działalności Radia Maryja?

Wymieniłbym przede wszystkim nadawanie Mszy świętych, co umożliwia uczestnictwo w życiu Kościoła ludziom starym i chorym. Nie mam też nic przeciwko katechetycznym poga­dankom, rozmowom o Biblii itp.

No właśnie, często słyszymy, że Radio wykonuje kapitalną robotę duszpasterską.

Sam nieraz słyszałem opinie, że przecież na falach Radia Ma­ryja dominuje modlitwa i katecheza. Zgoda, tyle że taka reli­gijna strawa podana jest na jednym talerzu z innymi audy­cjami, w których aż roi się od zupełnie przedziwnego pojmo­wania chrześcijaństwa. Jeżeli wiara ma być pistoletem wymierzonym w innych, inaczej myślących – a tak się właś­nie dzieje w rozgłośni ojca Rydzyka – wówczas niewiele ma wspólnego z Ewangelią i Kościołem.

Przyznam, że na początku sam powoływałem się na argu­ment, że ojciec Rydzyk poświęca wiele czasu i zaangażowania modlitwie i katechezie. Jerzy Turowicz powiedział wtedy do mnie tak: „Jeżeli do kieliszka dobrego wina dolejemy kroplę trucizny, wtedy przecież całe wino jest zatrute”. Tym nie można karmić ludzi, bo zamiast ewangelizacji mamy anty-ewangelizację. Mój sprzeciw budzi przede wszystkim audycja „Rozmowy niedokończone”, a mówiąc ściśle: metoda ich prowadzenia. Radio Maryja zajmuje się polityką bardzo agresyw­nie, mieszając demagogię i populizm. Do „Rozmów” dzwonili słuchacze i np. szkalowali znane osobistości życia publiczne­go. Tymczasem ze strony prowadzących – żadnego sprzeci­wu, a czasem aprobujące „Bóg zapłać”. Wystarczyło przecież powiedzieć: „Proszę nie używać takich słów na antenie katolickiego radia” albo pokrótce zreferować autentyczne naucza­nie Kościoła na omawiany temat. Katolicka stacja nie może być źródłem waśni, szczuć jednych przeciwko drugim.

Problemem jest jednak i to, że wielu zapalonych krytyków Radia Ma­ryja wcale go nie słucha, powtarzając jedynie informacje z drugiej ręki.

Ja słucham Radia Maryja. Kiedyś bardzo regularnie, teraz może nie codziennie, ale często – na ogół późnym wieczorem, przed snem. Podstawowym błędem ze strony Episkopatu jest brak zainteresowania Radiem. Skoro biskupi nie słuchają audycji ojca Rydzyka, nie wiedzą, co się wyprawia na antenie. Gdyby słuchali, jestem pewien, że reakcja byłaby o wiele szybsza i zde­cydowana.

Radio Maryja posługuje się zafałszowaną eklezjologią. Upra­wia kult Dyrektora, słuchacze wynoszą go ponad wszystko, przypisując mu niemal nadprzyrodzone cechy. Biskupów z ko­lei dzieli się na dobrych i złych w zależności od tego, czy wiel­bią Radio Maryja, czy nie. Kto piśnie słowo krytyki przeciw ojcu Rydzykowi, jest „polskojęzycznym tubylcem”. Podstawą do wartościowania różnych postaw w Kościele są nie treści Ewangelii, lecz prywatne opinie, w których ojciec Rydzyk po­jawia się o wiele częściej niż Jezus Chrystus.

Księdza Biskupa nieraz ostro potraktowano na falach toruńskiej rozgłośni…

Nawet w korespondencji z Rzymu dostałem ostrzeżenie, że za poglądy podobne do moich biskupi w czasach rozbiorów koń­czyli na szubienicy. Mniejsza jednak o mnie. Ciarki przecho­dziły po plecach, gdy słyszałem na antenie Radia, jak słucha­cze domagali się „zasztyletowania zdrajców” – wymieniając z nazwiska Hannę Suchocką i Tadeusza Mazowieckiego – i użalali się, że „za mało wody w Wiśle, by ich potopić”. Prowadzący audycję – zamiast zaprotestować – oświadcza, że taki jest „głos znacznej części społeczeństwa” i trzeba mówić praw­dę. „Tylko prawda!” – woła.

Chodzi, krótko mówiąc, o styl krytyki. Wolno krytyko­wać, że ksiądz pisze artykuły do „Gazety Wyborczej”, ale nie wolno go nazywać „degeneratem”. To jest katolicyzm zdzi­czały, agresywny, oparty na poszukiwaniu wroga.

Skąd w takim razie wziął się sukces Radia Maryja?

Radio Maryja wypełniło w Kościele i społeczeństwie lukę: jego sukces przypomina karierę polityka znanego z blokowania dróg. Obok populizmu politycznego do części Polaków prze­mawia również populizm religijny. To jest odgrzewanie sta­rych kasztanów, na których można sobie co najwyżej poła­mać zęby. Jest to z pewnością łatwiejsze niż podjęcie wysiłku wpisania się z Ewangelią w otaczający nas świat. Ojciec dy­rektor stara się zawrócić Wisłę kijem – nic jednak nie osiągnie, może poza spektakularną aprobatą i kultem w pewnych śro­dowiskach.

Populizm populizmem, ale za ojcem Rydzykiem stoi – być może nawet wielomilionowa – rzesza sympatyków.

Szkoda tylko, że z Rodziną Radia Maryja też mieliśmy kłopoty, zresztą typowe dla działalności ojca dyrektora, która zawsze jest masowa i żywiołowa, ale kompletnie nieuporządkowana. Powstał ogromny twór, o którym nic nie było wiadomo: jaki jest jego status prawny, gdzie sytuuje się w strukturach ko­ścielnych, komu podlega. Tworzono setki biur Radia Maryja, wokół nich gromadzili się sympatycy – raz za zgodą proboszcza albo biskupa, innym razem samowolnie.

We wrześniu 1996 roku spotkałem się z przedstawicielami Radia. Ojciec dyrektor przyszedł w towarzystwie pani mar­szałek senatu, licząc zapewne, że autorytet władzy świeckiej zamknie nam usta. Rozmowa była momentami tragikomicz­na. Ojciec dyrektor nie potrafił powiedzieć, kto jest założycie­lem Rodziny Radia Maryja ani podać liczby członków. „Są ich miliony” – mówił. Pani senator z kolei stwierdziła, że Rodzina „jest więzią, wspólnotą osób zjednoczonych jedną sprawą”. To jest niepoliczalne i płynne – przekonywała. Padła propozy­cja, żeby Rodzina stała się stowarzyszeniem kościelnym z nor­malnym statutem, ale przedstawiciele Radia nalegali, żeby nie wtłaczać ruchu w ramy stowarzyszenia, żeby obserwować ten fenomen. „To jest dziecko – mówił ojciec dyrektor. – Pro­szę o opiekę dla tego dziecka”. „Najpierw trzeba je ochrzcić” – odpowiedziałem.

Jak dziś wygląda status Rodziny Radia Maryja?

Nic nie udało się ustalić. Nie ma woli ze strony redemptory­stów, żeby Rodzinę poddać jakiemukolwiek oglądowi. Twierdzą, że nie ma mowy o istnieniu organizacji. Kiedy zwra­cam uwagę, że koła Radia Maryja funkcjonują jako wielka i prężna struktura, słyszę odpowiedź: „No tak, ale równie do­brze mogłoby ich nie być”. Na przełomie 1996 i 1997 roku wysyłałem do prowincjała redemptorystów kilka listów po­naglających, nawet osobiście do niego dzwoniłem – wszystko bez echa. To jest zabawa w kotka i myszkę.

Wielu ludzi Kościoła mówi tak: dlaczego mamy cenzurować Radio Maryja, skoro np. „Tygodnik Powszechny” również krytykuje bi­skupów?

I zbiera za krytykę cięgi. Charakterystyczne było powiedzenie jednego z biskupów, że nie weźmie do ręki „Tygodnika”, żeby się nie pobrudzić. Wracając do pytania: nie chodzi wcale o cen­zurę. Uważam tylko, że Radio Maryja powinno sobie wziąć na wstrzymanie: skoro chce krytykować, niech nie knebluje ust innym i niech nie wyzywa ich od zdrajców i sprzedaw­czyków. Piętnowanie ludzi za to, że nie myślą podobnie jak my, uważam za błędne, szkodliwe i niechrześcijańskie.

Poza tym między „Tygodnikiem” a Radiem Maryja jest jeszcze jedna zasadnicza różnica: redakcja z Wiślnej nie szczuje czy­telników przeciw komukolwiek. Tam są różne artykuły, lepsze i gorsze – czasem mi się nie podobają – ale redakcja na ogół stara się przedstawić różne punkty widzenia, co jest kluczową rolą środków przekazu. „Tygodnik” nie zamyka się w getcie, aRadio Maryja buduje getto. Tam nie dopuszcza się innych opcji. Ludzie znieważani na antenie pozbawieni są możliwości obro­ny, sprostowania oszczerstw i przekłamań. Zawsze będę twier­dził, że krytyka – w tym krytyka biskupa Pieronka – jest rzeczą ważną, ale musi być uprawiana zgodnie z zasadami etyki.

Nieraz słyszałem opinie: „Skoro Episkopat nie radzi sobie z ojcem Rydzykiem, może problemem Radia Maryja powinien zająć się sam Papież”.

Papież jest o wszystkim poinformowany i myślę, że stoi na bardzo roztropnym stanowisku, że problem Radia Maryja powinniśmy rozwiązać sami. W pierwszych latach działal­ności stacji widziałem i słyszałem, jak Ojciec Święty pozdra­wiał Radio Maryja na Placu św. Piotra. To były normalne sło­wa, jakie Papież zwykł kierować do grup pielgrzymkowych z Polski. Potem, gdy w Radiu zaczęło się psuć, przestał się pu­blicznie wypowiadać na jego temat.

Zresztą gdy była potrzeba, Stolica Apostolska posyłała wy­raźny sygnał. W czerwcu 1997 roku podczas papieskiej wi­zyty tłumy zwolenników ojca Rydzyka przyjechały do Zako­panego – mocnego ośrodka Radia Maryja – na poświęcenie sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej. Liczyli na jakiś spekta­kularny gest Jana Pawła II. Byłem na tych uroczystościach i widziałem, jak ojciec dyrektor był rozmyślnie odsunięty na bok. Natomiast rzecznik Watykanu Joaquín Navarro-Valls oświadczył, że komentarze rzymskiego korespondenta Radia nie odzwierciedlają stanowiska Stolicy Apostolskiej. To zna­mienne, że takie oświadczenie składa się w Polsce, w czasie, gdy na spotkanie z Ojcem Świętym przyjeżdża kilkadziesiąt tysięcy członków Rodziny Radia Maryja.

Papież jest najwyższym zwierzchnikiem ojców redemptorystów i oj­ca Rydzyka, dlatego może ich zmusić do posłuchu. Dlaczego jednak Episkopat stara się wmieszać w sprawy Radia Maryja, skoro nie jest właścicielem toruńskiej rozgłośni?

To prawda, że biskupi mają ograniczone pole działania. Radiu Maryja nie można na przykład wyznaczyć asystenta kościel­nego, ponieważ rozgłośnia nie działa pod egidą Episkopatu. Dla­czego w takim razie biskupi starają się utemperować Radio? Bo Episkopat ponosi odpowiedzialność za kształt ewangelizacji w Polsce, także za treści głoszone w radiostacji, która uważa się za katolicką. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy utworzyli nad Radiem Maryja rodzaj nadzoru. Chodzi natomiast o ułożenie – w ramach Rady Programowej – wspólnej strategii działania.

Jak sobie radzi Zespół Duszpasterskiej Troski o Radio Maryja, powołany przez Episkopat?

Niestety, odniosłem wrażenie, że większość komisji delego­wanych przez Episkopat do sprawy Radia Maryja składała się z ludzi, którzy sprzyjali ojcu dyrektorowi.

Być może biskupi obawiają się, że gdyby weszli na wojenną ścieżkę z ojcem Rydzykiem, tysiące jego sympatyków odeszłoby z Kościoła.

Taka postawa wydaje mi się kompletnie niekonsekwentna. Jako biskupi mamy dbać o czystość doktryny katolickiej. Bi­skup nie został powołany na urząd, żeby płynąć z prądem. Musi pokazywać prawdziwe przesłanie chrześcijańskie, a nie dać się zaślepić różnymi mamidłami. Po co wyznaczono mnie na biskupa? Żebym się bał? Czasem trzeba powiedzieć prawdę i zapłacić za to słoną cenę.

Wyobraźmy sobie, że Ksiądz Biskup staje przed zwolennikami Ra­dia Maryja. Co im powiedzieć, żeby ich nie zranić i nie zniechęcić do Kościoła, ale jednocześnie powiedzieć całą prawdę?

Ci ludzie czują się obecni w Kościele mocniej niż wszyscy inni razem wzięci. Dlatego nie obawiam się, że odejdą z Kościoła. Sedno sprawy polega na spokojnym i cierpliwym tłumacze­niu, że wiara nie polega wyłącznie na składaniu rąk. Że cza­sem ktoś klęczy godzinami przed świętym obrazem, a we­wnątrz niego kłębią się złe uczucia, że miłości Boga musi to­warzyszyć miłość bliźniego.

Często spotykał się Ksiądz Biskup z ojcem Rydzykiem?

Wielokrotnie. Jest człowiekiem bardzo układnym, spolegli­wym, ale tylko z pozoru. Składa się jak scyzoryk, wszystko obiecuje, ale nie potrafi dotrzymać danego słowa. Jak tylko wyjdzie za drzwi, robi swoje. Podam przykład: w marcu 1996 roku spotkaliśmy się w Warszawie z ojcem Rydzykiem, żeby omówić sporne kwestie. Episkopat wskazywał, że w przypad­kach, gdy Radio Maryja zajmuje stanowisko w ważnych spra­wach publicznych, powinno konsultować się z miejscowym biskupem bądź sekretarzem generalnym Konferencji, co zresztą zapisano w umowie. Ojciec dyrektor najpierw tłumaczył, że takie konsultacje wiążą się z problemami technicznymi, bo… z Torunia do Warszawy jest kawał drogi. Potem jednak na wszystko się zgodził. I słowa nie dotrzymał.

Uda się wreszcie kiedyś zamknąć sprawę Radia Maryja?

Nie widzę nikogo, kto miałby wystarczającą siłę, żeby wkro­czyć w tak zagmatwaną sytuację i powiedzieć ludziom cała prawdę. Episkopat sobie nie radzi.

A ojcowie redemptoryści?

Władze zakonne były właściwie nieobecne przy pierwszym etapie tworzenia Radia, a potem zostały zdominowane przez ojca dyrektora i idą z nim ręka w rękę. Zakon nieraz tłuma­czył, że jest bezsilny, że ojcowie sami są podzieleni w opiniach, że odwołanie ojca Rydzyka może zakończyć się publicznym skandalem – nikt na poważnie nie zamierzał ukrócić jego sa­mowoli. Dlatego sprawa pewnie rozwiąże się sama. Ojciec dy­rektor na razie zorganizował w Toruniu Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej…

… to ironiczna odpowiedź.

Zgoda, ale co zrobić? Warto jednak – mówiąc już serio – za­uważyć, że spada popularność Radia Maryja. Ostatnio słysza­łem, że rozgłośnia domaga się dofinansowania z Episkopatu. Poza tym może nagle zniknąć wróg, bo przeciw komu będzie walczyć ojciec dyrektor, gdy Unia Europejska zacznie wypła­cać rolnikom wysokie dopłaty?

Wśród polskich księży są biskup Tadeusz Pieronek i ojciec Tadeusz Rydzyk. To dwa zupełnie różne światy. Czy można powiedzieć, że Kościół w Polsce jest jeden, niepodzielony?

Oczywiście, że tak. W Kościele jest miejsce dla Rydzyka, Pieronka i tysięcy innych.

W publicystyce raz po raz powraca jednak teza, że Kościołowi w Pol­sce grozi rozłam.

Nikt nie może zagwarantować trwałej jedności, ale nie do­strzegam poważnych nurtów separatystycznych. Taki roz­łam musiałby zostać oparty na innym kanonie wiary, co na razie wydaje się niemożliwe i niedorzeczne. Weźmy przykład lefebryzmu: nurt na świecie popularny, bardzo konserwatyw­ny, co Polakom powinno się podobać. Jednak nie zyskał u nas szerszego wsparcia. Oczywiście, mamy do czynienia z sektami. Wyrządzają wielką szkodę wielu ludziom, ale Kościoła nie są w stanie rozbić.

Rozmowę przeprowadził Marek Zając, dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”.


Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK

„ŻYCIE W PUDEŁKU” – rozmowa z SALMANEM RUSHDIM, „WPROST”, 8 marca 1992, nr 10 (485)

Gorszenie i obrażanie, oczywiście do pewnych granic, nie może być pretekstem do stosowania cenzury czy zastraszania

  Jeszcze rok temu nie zdecydował­by się pan na pojawienie się na podob­nej uroczystości. Czy to, że wystąpił pan teraz, w trzecią rocznicę wydania wyroku, oznacza jakiś zasadniczy zwrot?

–  Moja obecność w Stationers Hall wcale nie znaczyła, że problem został w jakikolwiek sposób rozwiązany. Sy­tuacja w zasadzie nie różni się od tej przed trzema laty – nie zmieniło się ani moje położenie, ani stanowisko Iranu, ani skuteczność działań rządu brytyjs­kiego. Zdecydowałem się jednak na podjęcie tego ryzyka, żeby przypom­nieć, przede wszystkim sobie, że jesz­cze istnieję. Udało mi się to we wrześ­niu ubiegłego roku, gdy wyjeżdżałem na Uniwersytet Kalifornijski, nie widziałem więc powodu, dla którego mogłoby się nie udać teraz. Dwa lata temu, w pierwszą rocznicę ukrywania się, mogłem pozwolić sobie najwyżej na wysłanie listu, który odczytał Harold Pinter. Do końca zresztą nie wiedziałem, czy będę w stanie przyjechać i udźwignąć to psychicznie. Sprowoko­wały mnie nieco artykuły opublikowa­ne w irańskiej prasie w przeddzień tej rocznicy, przypominające o rzuconej przez Chomeiniego klątwie i opatrzone tytułami typu „Ukamienować diabła i uśmiercić go”. Sugerowały one, że wie­lu mieszkających w Wielkiej Brytanii wyznawców islamu nie myśli o niczym innym, jak tylko o czynnym poparciu fatwy i wypatroszeniu mnie w najsku­teczniejszy z możliwych sposobów. Sprowokowało mnie to, a ponieważ mam przekorną naturę, pod wpływem impulsu zdecydowałem się natych­miast. Podejrzewam zresztą, że mojej obecności spodziewali się prawie wszyscy, więc chyba nikogo nie zasko­czyłem.

– Mimo że jest pan chyba najlepiej strzeżoną osobą w Zjednoczonym Królestwie, mogło się przecież przytrafić, że wśród zaproszonych gości znajdzie się jakiś szaleniec. Naprawdę się pan nie bał?

– No dobrze, bałem się. Ale przy­puszczam, że moi przyjaciele — orga­nizując tę dyskusję – przygotowali się znakomicie także z tej strony i na sali nie znalazła się ani jedna niepowoła­na osoba. Nie wiem, czy w doborze gości stosowano jakieś specjalne kry­teria, na przykład, czy nie zaproszono wyznawców islamu. Szczerze mówiąc, nie obawiam się zagrożenia ze strony fanatyków religijnych, bo ten etap już minął. Jeśli Iran może mnie w jakiś sposób dosięgnąć, to za­pewne przez zawodowego, dobrze płatnego mordercę. Tego się oba­wiam. Ale mam już dość życia w pu­dełku.

  Czy to znaczy, że ma pan zamiar się poddać? Bo trudno sobie wyobra­zić, że wychodzi pan teraz na ulicę i za­czyna żyć jak normalny obywatel.

–  Trzy lata ukrywania się to bardzo dużo, ale nie na tyle, żeby myśleć o naj­gorszym rozwiązaniu. Jest kilka osób, które chętnie zgodziłyby się na szybki koniec mojej sprawy, mając oczywiście na myśli poddanie się, zrezygnowanie z resztek wolności – mniej dla nich istotnych od potrzeby uspokojenia prześladowców. Na przykład nowy szef działu literackiego „The Guar­dian” sugeruje, żebym przez wzgląd na opinię społeczną spędził resztę życia w dobrze strzeżonym miejscu odosobnie­nia, czymś w rodzaju komfortowego więzienia, podobnie jak J.D. Salinger. Moja odpowiedź jest krótka: nie. A je­śli chodzi o wyjście na ulicę, to kto wie, czy niedługo nie zacznę tego robić.

– Pan powiedział: „zrezygnowanie z wolności”, jak gdyby w tej chwili czuł się pan wolny.

–  Miałem na myśli inny rodzaj wol­ności. Poddając się, musiałbym się zdepersonalizować, zgodzić na destru­kcję świadomości. Ale Rushdie był, jest i będzie, bez względu na to, czy się to komuś podoba, czy nie. Niewolnikiem byłbym dopiero wówczas, gdybym wy­rzekł się „Wersetów”. Dla mnie wol­ność ma w tej chwili zupełnie inny wy­miar. Nie prowadzę normalnego życia prywatnego – nie mogę spotykać się z rodziną, wyjeżdżać na weekendy, przyglądać się wystawom. Nie mogę kupować sobie ubrań, swobodnie podróżować — tyle tylko, że jestem w miarę bezpieczny. Tymczasem ani Salinger, ani Thomas Pynchon nie potrzebowali ochrony. Żadnemu z nich nie powiedziano, że jeśli ich miejsce pobytu wyjdzie na jaw, nie będzie można zagwarantować im bez­pieczeństwa.

  Ale na nich nie ciążyła fatwa, którą uznaje się za niezmywalną i wieczną.

–  I to właśnie jest błędne przeświadczenie! Najgorsze jest rozpowszechnianie infor­macji, że zagrożenie mojego ży­cia i życia wszystkich obłożonych klątwą jest wieczne, nieodwołalne i nie ma żadnych szans na ekspiację. To nie jest sprawa moralności, winy czy kary, ale czysty religijny terro­ryzm. Po trzech latach zamie­szania i nieporozumień wypa­dałoby tę rzecz wyjaśnić. Owszem, napisałem „Szatańskie wersety”. Nie jestem jednak w stanie przyznać się do popełnienia jakiegokolwiek błędu, ponieważ go po prostu nie popełniłem. To nie jest książka, za jaką się ją uważa. Mimo to płacę za nią potwor­ną cenę, bo chyba za taką mo­żna uznać trzy lata odosob­nienia – z dala od syna, rodzi­ny.

  Ale czy nie stanie się pan w takim razie kolejną ofiarą „Szatańskich wersetów”? Czy książka pana nie wchłonie, stając się ważniejszą od autora?

–  Po części już się tak stało. Ale chy­ba, mam przynajmniej taką nadzieję, nie dojdzie do sytuacji, gdy wszyscy będą wiedzieć, że „Szatańskie werse­ty” w ogóle ktoś napisał, wszyscy o nich słyszeli, wiele osób o nich mówi, lecz tak naprawdę nikt ich nie czytał, podobnie jak „Ulissesa” Joyce’a. Pan chyba czytał „Wersety”?

  Niestety, nie pojawił się jeszcze polski przekład, a oryginał jest dostęp­ny tylko we fragmentach.

–  No więc sam pan widzi. Tej książ­ce może zagrażać to, że nie będzie czy­tana. Tymczasem, niezależnie od sza­tańskiej famy i legendy, która się za nią ciągnie, jest to przede wszystkim poważna powieść o wymowie moralnej. I nie jest to książka, której nie można z różnych powodów przeczytać. Nie jest ani plugawa, ani obelżywa, ani poniża­jąca. Mogłaby być taka, za jaką jest uważana, ale nie jest. Przede wszyst­kim trzeba ją traktować jako dzieło sztuki, a nie rozprawę polityczną, wy­smażoną przeciwko islamowi lub innej religii.

– Ale wyznawcy islamu uważają, że przekroczone zostały pewne granice, jeśli nie tolerancji czy przyzwoitości, to dobrego smaku. I czują się obrażeni.

– W literaturze nie ma granicy do­brego smaku. Oczywiście, ważne jest uświadomienie sobie istnienia jakiejś granicy, ale na pewno nie jest to grani­ca dobrego smaku. Niestety, w żadnym ze spisów praw człowieka nie znaj­dziemy prawa do bycia gorszącym i prawa do atakowania. Jeśli wszystko działa prawidłowo i działają prawi­dłowe mechanizmy społeczne, nie ma powodów do niezadowolenia z krytyki i obrażania się. Gorszenie i obrażanie, oczywiście do pewnych granic, któ­rych – podkreślam – nie przekroczy­łem, nie może być pretekstem do stoso­wania cenzury czy zastraszania. Dlate­go nie zgodzę się na to, żeby kiedykol­wiek wydano „Wersety” w formie róż­nej od pierwowzoru ze skrótami. Nie wyprę się nawet jednego napisanego przeze mnie zdania, chociaż fundamentaliści uzależniają od tego jaką­kolwiek dyskusję o tym, czym jest dzieło sztuki. Tymczasem to naprawdę nie jest książka o religii. Owszem, po­jawia się w niej ten wątek, ale to jest przede wszystkim powieść o arabskiej emigracji w Wielkiej Brytanii, o kultu­rowej asymilacji, o dwóch różnych na­turach – diabelskiej i boskiej, o religij­nych wątpliwościach. O wątpliwoś­ciach, które są stanem naturalnym istoty myślącej.

  Skoro więc jest to książka „ludzka”, to dlaczego nosi mia­no „diabelskiej”?

–  Bo to, o czym mówiłem, nie uwzględniało istnienia repre­sji, patrzenia z pozycji siły. Lub wiary w nieomylność i istnienie jedynej dobrej prawdy. Atak na intelektualistów w krajach, gdzie religią panującą jest islam, niewiele różni się od ata­ków na dysydenckich myślicie­li w nie istniejącym już Związ­ku Radzieckim. Podam przy­kład. Pewnego znakomitego pisarza z Arabii Saudyjskiej pozbawia się obywatelstwa. Za co? Za to, że jego dzieła są antyislamskie. Inny pisarz – egipski – jego wydawca i pro­motor trafiają do więzienia na 8 lat. Co dalej? Stają się antyislamscy. Na kairskich targach książek konfiskuje się dużo tytułów ze względu na bliżej nie określoną antyislamskość. Iran morduje swoich intelek­tualistów od wielu lat i – co gorsza – nikt nie zwraca na to uwagi. A przecież nie ma żad­nej ścisłej, wymierzalnej gra­nicy, do której coś jest jeszcze dobre i pobożne, a za którą staje się złe, przeklinane i dia­belskie.

  Rząd brytyjski, mimo że jest pan obywatelem Wielkiej Brytanii, nie podjął żadnych zdecydowanych dzia­łań, by doprowadzić do zniesienia klątwy ciążącej na panu. Jednocześ­nie część prasy zarzuca panu kry­tykę rządu, który w końcu pana ochrania.

–  O moich stosunkach z rządem bry­tyjskim napisano bardzo dużo. Prawdą jest, że nie ma konkretnych deklaracji w tej sprawie. Pojawia się za to niema­ło niejasności. Pewna niedzielna gaze­ta przyniosła na przykład zaskakującą informację, że rząd przygotowuje wielką zdradę i że przypadek Rushdiego ma posłużyć jako atut w przetargu o przywrócenie pełnych stosunków dy­plomatycznych z Iranem. Nie chce mi się w to wierzyć, ale podejrzewam, iż obydwie strony znalazły jakiś sposób na porozumienie. Iran bardzo pragnie międzynarodowej akceptacji, a bez zgody Wielkiej Brytanii do tego nie dojdzie. Rząd brytyjski zadeklarował jednak, że będzie rozwijał stosunki dy­plomatyczne tylko z tymi krajami, któ­re przestrzegają praw człowieka. Je­stem zdania, iż rząd powinien wyko­rzystać tę okazję i wymóc na władzach Iranu cofnięcie tej klątwy, nawet gdy­by Iran musiał to zrobić łamiąc dane przez ajatollaha słowo, że nie uczyni tego niezależnie od sytuacji politycz­nej.

– Dzień przed tą rocznicą doszło do bezpośredniego kontaktu występują­cego w pana imieniu komitetu z irań­ską placówką dyplomatyczną w Londynie. Czy ustalono coś konkre­tnego?

– Na razie nie. To był pierwszy kon­takt między Iranem a moimi obrońca­mi. Wszystko wskazuje na to, że Iran byłby gotów do ustępstw. Nie mam za­miaru krytykować rządu, który w koń­cu zapewnia mi bezpieczeństwo, ale chciałbym, żeby trochę wyraźniej i jaś­niej dał mi znać, iż zdecydowanie stoi po mojej stronie. Jeśli jest jakaś szansa na rozsupłanie tego węzła, trzeba ją wykorzystać. Mam nadzieję, że następnej takiej rocznicy już nie będzie….

Rozmawiał Paweł Rabiej

Londyn  

WERSETY ROZGORYCZENIA

Wywiad z autorem „Szatańskich wersetów” oznacza dla dziennikarza, który się o to stara, dyskretną „opiekę” Scotland Yardu, wysportowanych mę­żczyzn w ciemnych garniturach, z nie­odłącznymi walkie-talkie. Dziesiątki potwierdzeń, zmian terminów i fałszy­wych alarmów. Sama rozmowa odby­wa się po długiej jeździe zaciemnio­nym, samochodem po ulicach Londynu w zupełnie pustym pokoju, w miesz­kaniu anonimowych państwa Smith. Wywiad odbywa się wieczorem, w mil­czącej obecności dwóch ochroniarzy, a po jego zakończeniu procedura się powtarza – noc, zaciemniony samo­chód, ulice Londynu itp.

14 lutego br. w londyńskim Stationers Hall odbyła się przygotowana przez przy­jaciół pisarza dyskusja, zorganizowana w trzecią rocznicę jego zejścia do podziemia po wydaniu przez ajatollaha Chomeiniego „fatwy” – wyroku śmierci za „Szatańskie wersety”. Spotkanie zgromadziło kilku­dziesięciu wybitnych intelektualistów z całego świata – m.in. Güntera Grassa, Harolda Pintera, Toma Stopparda i Grahama Swifta. Był to drugi publiczny występ pisa­rza od 14.02.1989 r. – od dnia wydania na niego klątwy.

Obecne położenie Rushdiego Tom Stoppard określił jako międzynarodową zbrodnię.

Nie do pomyślenia jest – argumentował – żeby w wolnym, demokratycznym kraju ograniczano wolność słowa, uniemożliwia­no zadawanie jakichkolwiek pytań, zabra­niano wątpienia. Właśnie wątpienie, dzięki któremu doszli do swoich teorii Newton i Spinoza, dzięki któremu ten kraj żyje na takim, a nie innym poziomie świadomości i cywilizacji. Günter Grass wskazał na za­grożenie „ze strony pomysłowych syste­mów zachodnich – zbyt pojemnych – i przez to mogących być przyszłością dla ba­rdziej wyrafinowanego terroru niż ten, który rozwinął się w krajach komunistycz­nych czy islamskim fundamentalizmie”.

W sprawie Rushdiego, mimo że minęły trzy lata odkąd skazano go na śmierć, rząd brytyjski nie zrobił prawie nic. Home Secretary zachowuje powściągliwe milcze­nie, Foreign Secretary dyskretnie próbuje dyskutować na temat literackich wartości „Szatańskich wersetów”, a premier John Major zdaje się o ich twórcy nie wiedzieć nic. Jednocześnie ten sam rząd zapewnia pisarzowi pięcioosobową obstawę i płaci za ciągłe zmiany miejsca jego pobytu. Rushdie ma mieszkać w kilku miejscach włączając w to przedmieścia Londynu, ko­rzysta z 5—8 domów, w każdym z nich prze­bywając najwyżej tydzień. Ten sam rząd jest pod presją organizacji broniących praw człowieka, domagających się natychmiastowego zerwania stosunków dyplo­matycznych z Iranem – niezależnie od tego, czy będzie to miało jakieś konsekwencje, czy będzie to tylko spektakularny gest.

Pod koniec kadencji Margaret Thatcher ataki prasowe na osobę pisarza bardzo się nasiliły.

„The Guardian” i „The Independent” nagminnie zarzucały mu m.in. to, że „Sza­tańskie wersety” stały się bezpośrednią przyczyną śmierci dwóch brytyjskich zakładników w Libanie. Rushdie nie pozo­staje dłużny i nie szczędzi słów krytyki pod adresem rządu, który — stojąc na straży demokracji i wolności słowa — nie potrafi mu pomóc. Jak długo będzie trwał impas i jak długo Rushdie będzie zmuszony do pozo­stawania w ukryciu? Czy brytyjski rząd po­zwoli mu umrzeć, czy zdecyduje się na ja­kieś radykalne działania?

„Salman Rushdie nie będzie sam dopóty, dopóki nie pozwolimy na to, by czuł się sa­motny — pisze Günter Grass. — Jeśli pozwo­limy, by mudżahedini czy ktokolwiek inny uśmiercił go, będziemy żyć bez niego. Nie będzie to oznaczało, że historia humaniz­mu została właśnie opowiedziana, ale że się skończyła. Jego los jest naszym losem. Salman Rushdie – to my wszyscy”.

rozmawiał: Paweł Rabiej

„WPROST”, 8 marca 1992, nr 10 (485)

„Kiedyś spłonęłabym na stosie” [wywiad – Uta Ranke-Heinemann] „POLITYKA” nr 17, 25 kwietnia 1998 r.

…Polski to chyba najtrudniejszy język z tych dwunastu, które znam. Ale musiałam się go nauczyć, by sprawdzić polskie tłuma­czenia „Eunuchów” oraz „Nie i Amen”…

l jak wypadło?

Odrzuciłam jedno wydawnictwo, ponieważ upierało się przy cytatach z niedokładnego polskiego tłumaczenia Nowego Testamentu, podczas gdy ja, będąc profesorem teologii, sięgałam do greckiego oryginału. Złe tłuma­czenie podważało cały mój wywód. To samo było z polskimi cytatami z Hieronima i Au­gustyna. To wszystko strasznie opóźniło wy­danie „Eunuchów”, którzy w Polsce sprzeda­wali się gorzej niż „Nie i Amen”. Podejrzewam, że Kościół wywarł nacisk na rząd…

Raczej na poszczególnych księgarzy.

…aby nie sprzedawano tak kacerskich książek.

Porównanie księży z eunuchami było zapew­ne nazbyt oburzające.

W „Eunuchach” wykazuję, jak dowolnie Kościół interpretuje Stary i Nowy Testament, aby tylko znaleźćuzasadnienie dla najbar­dziej absurdalnej instytucji, jaką jest celibat.

To odwieczny spór, kto we właściwy sposób odczytuje Pismo Święte. Czy zatem – jak nie raz w historii – problem chrześcijaństwa sprowadza się do kwestii lingwistycznych?

Nie. Sprawa jest o wiele poważniejsza niż sama kwestia celibatu, z którego zresztą pra­wosławni i protestanci jedynie się śmieją. Chrześcijaństwo w ogóle wsiadło na niewła­ściwy statek. Ponieważ słowa Jezusa są do­bre na wszystko, więc są tak fryzowane, by pasowały do każdej intencji. Ale to nie wszystko. Tym, czym u katolików jest dyk­tatura słowa papieskiego, u protestantów jest dyktatura słowa Bożego. I to czasami jest jeszcze gorsze. Jak można na progu trzecie­go tysiąclecia być tak infantylnym, by wie­rzyć, że jakaś księga zawiera słowo Boże.

Stary i Nowy Testament jako księga taka sa­ma jak inne?

14 grudnia wygłosiłam kazanie w jednym z protestanckich kościołów w Kolonii. Ty­tuł „Pożegnanie po dwu tysiącach lat”. Pa­stor był skwaszony, ale się na to zgodził. Sześć tygodni później kardynał Meissner na­padł na ewangelików, że zaprosili tę strasz­ną Utę Ranke-Heinemann. To wywołało ca­ły koloński „spór o kościół”. Jako omylna wypowiedziałam się tam nie tylko przeciw­ko Nieomylnemu, ale i przeciwko protestantom. Biblia to słowo człowiecze, dobre, mąd­re, ale też pełne wątków „machistowskich”, wynikających z męskiego szowinizmu. Pastor starał się ratować, co się da, i mówił, że przecież te wątki trzeba rozumieć symbo­licznie. Ale jak symbolicznie rozumieć takie słowa z Czwartej Księgi Mojżeszowej (31), jak: zabijcie wszystkie kobiety i wszystkie dzieci, a zostawcie sobie tylko dziewice.

Czy wierzy pani w Boga?

Z tej triady – Wiara, Miłość, Nadzieja – skre­śliłam „wiarę”, mimo że pochodzę z pobożne­go protestanckiego domu, pozostały dla mnie jednak Nadzieja i Miłość. Każdy z nas czytał w szkole Kartezjusza, „myślę, więc jestem”. W „Medytacjach” mówi, że podziwia piękno tego świata, na ile tylko pozwala mu siła jego umy­słu. Ja nie muszę WIERZYĆ w Boga, ja WIEM, że on istnieje, tylko nie tak, jak go sobie wyo­brażano! Wiem, że Bóg stworzył niebo i ziemię i że ludzie z zemsty i zawiści dodali do tego piekło. Natomiast religijne wzorce pochodzą od ludzi. Choćby ta Trójca Święta, w tym dwaj mężczyźni… Gdy to słyszę, pytam, czy Bóg przypadkiem nie został stworzony na podo­bieństwo mężczyzny? Religie to wypełnianie fantazją luk w poznaniu Boga. Absurdem jest przekonanie, że Bóg stworzył kiedyś tam cały ten wszechświat, ale dopiero 2000 lat temu powiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Naj­pierw zabawka, a potem instrukcja obsługi? Toż to absurd. Natomiast każdy człowiek ma wieczność wpisaną w swe serce. I reguły za­chowania: miłosierdzie i człowieczeństwo.

Pani książki są bestsellerami w wielu krajach, i obok Hansa Künga oraz Eugena Drewermanna są w Europie odbierane jako przejaw „dru­giej niemieckiej reformacji”. Co jest jej istotą?

Ta nasza trójka jest bardzo różna. Choć rzeczywiście te trzy nazwiska wymieniane są często razem, na przykład we Włoszech, z zaznaczeniem, że ja jestem najradykalniejsza. W porównaniu ze mną Hans Küng jest grzecznym chórzystą. Ja z kolei stale się mu­szę sprzeciwiać, już mój ojciec…

…prezydent Niemiec w latach 70., Gustaw Heinemann…

…upominał mnie, bym się wciąż nie sprze­ciwiała. Ale taki już mam charakter, że wychwytuję wszystko, co nie jest logiczne. Nie­wiele mnie też łączy z Drewermannem. Dla mnie on opowiada bajki, tyle że jest krytycz­ny wobec Kościoła i dlatego czasami się go stawia obok takiego odszczepieńca jak ja.

Co pani zdaniem przede wszystkim zasługuje na krytykę w tradycji chrześcijańskiej?

Przede wszystkim stare pogańskie przeko­nanie, że można być zbawionym poprzez ofia­rę krwi. Jest to okrutny pogański mit, łączący się ze składaniem ofiar z dzieci, co zwykle przypisuje się wrogom. Grecy pomawiali o to Fenicjan, chrześcijanie Żydów. Inni są zawsze ludożercami lub podludźmi. Jak można uznawać Abrahama za latarnię wiary za to, że był gotów zamordować własnego syna Izaaka? Jak z tych pogańskich potworności wy­kroić chrześcijańską Radosną Nowinę?

Następnie wrogość chrześcijaństwa do ko­biet. Co prawda wszystkie kultury są seksistowskie zgodnie z mottem, że kobieta nie może ujeżdżać mężczyzny, ale w chrześci­jaństwie w ogóle, a w katolicyzmie w szcze­gólności, wrogość do kobiet jest skrajna.

I wreszcie okrucieństwo. Jak można wma­wiać ludziom, że Bóg – mężczyzna poświę­cił swego syna, skazując go na potworne męki, by w ten sposób zbawić człowieka. Gdy kilka lat temu w Bawarii toczył się spór o krzyże w szkołach, powiedziałam w radiu, że lepiej byłoby zawieszać w klasach Marię z dzieciątkiem niż to narzędzie tortur, kojarzące się nie tylko z męką Jezusa, ale rów­nież czarownic palonych na stosach. Pokazywanie trupa sześcioletnim dzieciom ma być czymś dobrym! Przecież to burzy cały gmach uczuć dziecka. To wywołuje lęki, a z czasem zobojętnienie.

Wszystko jedno przy tym, co się myśli o kolejnym absurdzie – dzieworództwie. Dziewica jako matka zawsze jest sympatyczniej­sza niż ojciec-kat własnego syna.

Czy darzy pani postać Chrystusa sympatią?

Interesuje mnie, co Jezus naprawdę po­wiedział. Ale to jest nie do odtworzenia, gdyż ten, kogo raz pozłocono, jest już niedostęp­ny. Jeśli rzeczywiście powiedział, że tylko ten, kto w niego wierzy, będzie zbawiony, a pozostali nie, to myślę sobie: a cóż to za arogancka, dyktatorska grupa jest opisana w Nowym Testamencie.

Do amerykańskiego i polskiego wydania „Nie i Amen” dopisałam rozdział, „Co pozostanie”. Piszę w nim, że krew nie jest żadnym zbawieniem, wystarczy spojrzeć na Bośnię. Wymusili to na mnie Amerykanie, są tak pobożni, że nie rzucą bomby nie rozłożywszy przedtem dywaniku modlitewnego. Bultmann twierdzi, że prawdopodobnie to rzeczywiście od Jezusa pochodzą słowa: miłuj nieprzyjacioły swoje, co jednak nie znaczy, że nikt przed nim już tego nie powiedział.

W polskim katolicyzmie ludowym Jezus jest emocjonalnie na drugim miejscu za Maryją. Nie ma u nas protestanckiego purytanizmu, nie ma też tej ślepej wiary w Słowo. Bardziej liczy się obraz i nastrój niż pietystyczne studiowa­nie Biblii. Mężczyźni są u nas mniej przekonu­jący w swych rolach niż kobiety. Możliwy jest więc katolicyzm rozmiękczony, sfeminizowa­ny, pozbawiony tej protestanckiej twardości…

Być może tak u was jest. Ale to nie zmie­nia istoty rzeczy, że Kościół katolicki jest związkiem mężczyzn. Do 1563 faktycznie tolerowani byli księża żonaci. Dziś sprawy posunęły się tak daleko, że nigdzie nie ma takiego stężenia homoerotyzmu jak w Watykanie. Watykan to męskie terrarium…

Ma pani na myśli mężczyzn pozbawionych seksu i ukrytych homoseksualistów?

Tak, odseksualizowanych homoseksuali­stów. I ślad tego znajdzie pan w „Nowym katechizmie światowym”, jest tam hymn po­święcony cierpieniom wstrzemięźliwych homoseksualistów, którym przyjaciel powinien pomóc. Nigdzie nie znalazłam tam podobne­go hymnu poświęconego kobiecie, która po urodzeniu 25 dzieci, przy 26 zapobiega cią­ży dzięki prezerwatywie.

Skąd to nastawienie na seks w pani książ­kach i skąd to zafiksowanie na tej tematyce w dyskusjach o współczesnym Kościele?

Ponieważ wiele prywatnych tragedii ma swe źródło w Kościele. Wielu młodych mężczyzn zostaje księżmi, bo mylą swe lęki przed kobietami, swoje skłonności homoseksualne i chęć bycia w męskim gronie z powołaniem. Afera homoseksualna z arcybiskupem Groerem w Austrii jest tu znamienna.

Drewermann twierdzi, że Kościół blokując sferę seksualną człowieka świadomie pro­dukuje neurozy, z których następnie oferuje wybawienie swoim wyznawcom…

I tak to właśnie jest. Nie można Kościoło­wi zrobić większej przyjemności niż stale siedzieć w konfesjonale i opowiadać spo­wiednikowi, jakim to jest się nędznym prochem. Dość to paskudny obraz: kobieta ma opowiadać młodemu mężczyźnie, któremu nie wolno mieć żadnych doświadczeń z ko­bietami, co robi z innymi mężczyznami. To jest co najmniej niesmaczne. Sama, gdy by­łam u spowiedzi, miałam poczucie, że tak się nie robi i wyszłam przed otrzymaniem rozgrzeszenia…

Pochodzi pani z protestanckiego domu, ale po­tem przeszła pani na katolicyzm. Dlaczego?

Dla męża. Chodziłam do męskiego gimna­zjum, w którym od XIII wieku nie było dziewczyny…

Jakże się pani tam dostała?

Mówiłam panu o moim fiole na punkcie na­uki języków. Chciałam się uczyć greki, a to była jedyna możliwość. Bez wiedzy mego ojca poszłam do ministerstwa i udało się. Moja ma­tura była – podobno – najlepsza od 30 lat. W tym męskim gimnazjum byli weterani, któ­rzy mieli za sobą kampanię rosyjską. Jednym z nich był mój późniejszy mąż. Gdy powiedzia­łam, że chcę wyjść za mąż za katolika, ojciec przeżył szok. Wyszukiwał miejsca w Biblii prze­ciwko małżeństwom mieszanym, wysłał mnie na studia do twierdz prote­stantyzmu – Bazylei, Montpelier, Oksfordu, ale w Oksfordzie jeszcze głębiej wpadłam w katoli­cyzm, ponieważ trafiłam na Newmanna, który sam był konwertytą, i nagle katolicy wyda­li mi się tymi, którzy mnie doprowadzą do ojców Kościo­ła. Poza tym do katolicyzmu pociągało mnie to, że był słaby. Jeszcze do wojny podwórza szkolne w Niem­czech były przedzielone linią, z jednej katolicy, z drugiej protestanci. I wśród protestantów panowało przekonanie, że katolicy kłamią, kradną, idą do spowiedzi i zaczynają wszystko od no­wa. Ta dyskryminacja sprawiała, że katolicyzm wydawał mi się sympatyczny. Potem przeko­nałam się, że wpadłam z deszczu pod rynnę.

Ma pani zamiar wrócić? A może pójść dalej, ku prawosławiu na przykład?

Wracać nie ma po co, a prawosławie jest również wrogie wobec kobiet, nie tak jak katolicyzm, ale jednak. Moje rozdarcie najlepiej ilustruje droga życiowa moich synów. Jeden wystąpił z Kościoła, gdy ja w 1987 roku straci­łam prawo nauczania teologii. Drugi natomiast jest bardzo pobożny i zapowiada, że weźmie ślub kościelny u „wujka Józia” w Warszawie, ponieważ jesteśmy spokrewnieni również z kardynałem Józefem Glempem…

Matka Prymasa i pani teściowa to siostry…

Dlatego kiedyś bardzo często u nas by­wał, ale przestał, gdy został biskupem, a ja zaczęłam uchodzić za heretyczkę…

Czy w bezsenne noce zastanawia się pani cza­sem, co dalej? Czy za 100 lat również i w tych krajach, gdzie dziś kościoły są pełne, będą puste i zamieniane w hale targowe, jak na Za­chodzie, czy odwrotnie – nawet tu u was po­wróci nowy spirytualizm?

Tak jak i pan nie chciałabym, by w opu­szczonych kościołach urządzano targowiska czy sale taneczne, ale czy chrześcijanie nie mogą dojść do rozumu? Przecież w tak po­bożnej Ameryce każdy ojciec ma szafę pełną broni, z której potem dzieci strzelają do szkol­nych kolegów. Mnie też boli odchodzenie od chrześcijaństwa. W końcu łączą mnie z nim silne emocje. Pochodzę z rodziny bardzo po­bożnej, w której było wielu teologów. Tak wiele w moim życiu jest związane z katolicyzmem, protestantyzmem, chrześcijaństwem, że nie chcę i nie mogę się od tego oderwać, nie wypierając się siebie samej. W gruncie rzeczy chciałabym, by zostało, jak jest, ale by człowiek korzystał z wolności krytyki.

To znaczy szarpie się pani własnym cieniem, skoro wszystko ma pozostać jak było. Kościół jako skała, którą chce pani się móc wadzić…

Nie znoszę przewrotów.

Nie jest więc pani Lutrem w spódnicy?

Bynajmniej. Ja tych wszystkich reforma­torów nie znoszę. Boję się ich. Widzę, jak przez nich nadciąga eskalacja przemocy. Jestem dziwną osobą. Z jednej strony wszystko rozbijam w drzazgi, a z drugiej je­stem niesłychanie konserwatywna w zachowywaniu wszystkich starych form. To wielu rozczarowuje. Ni­komu na przykład nie radzę występo­wać z Kościoła ani go od wewnątrz rozsa­dzać. Wszystko powin­no zostać, jak jest, tyl­ko ludzie powinni racjo­nalnie myśleć.

Na dobrą sprawę głosi pani program oświeconej schizo­frenii. Z jednej strony radykal­na krytyka. Z drugiej chce pani wszystko pozostawić, jak było, ale tak się nie da…

Zdaję sobie sprawę z tego, że w jakiejś mierze jestem schizo­freniczna. Kardynał Meissner mówi, że wygłaszam pełne nie­nawiści tyrady, ale to nieprawda. Krytykuję papieża, ale uważam go za sympatycznego, nie jestem jego „wrogiem osobistym”. Gdy przychodzą tu do mnie różni buntownicy i mówią, pani Heinemann, dobrze, że dema­skuje pani podwójną moralność papieża, to ja się oburzam, tu nie ma nic podwójnego, to jest jedna moralność, którą Kościół głosi od 2000 lat. To nie Jan Paweł II, to cała tradycja tej wrogiej ludziom religii, która na mocy grzechu pierworodnego uważa czło­wieka za z gruntu złego. Nie jestem w sta­nie zrozumieć, jak człowiek tak inteligentny jak kardynał Ratzinger, mój kolega ze stu­diów i po dziś dzień bardzo dla mnie miły, może bronić inkwizycji.

Więc pani nie wystąpiła z Kościoła?

Nie. Skoro nawet arcybiskup Dyba publicz­nie nalegał, bym wystąpiła z Kościoła, to ja postanowiłam nie występować. Kiedyś do Kościoła wchodziło się przez chrzest, a wychodziło – w wypadkach takich jak mój – przez stos. Dziś rozgrywa się to poprzez kar­tę podatkową. Kościół mnie co prawda ekskomunikował, ale skreślić mnie ze swego rejestru nie może. Oto dobroczynne skutki konkordatu zawartego z Hitlerem: kto płaci podatek kościelny, ten jest nie do ruszenia. Ja mogę być ekskomunikowana, ale moje pieniądze Kościół chętnie zabiera, a nawet biskupstwo Essen – ponieważ płacę niemało – dziękuje mi grzecznym liścikiem.

Jaki jest pani stosunek do przerywania ciąży?

Jestem przeciwko, bo jestem pacyfistką. Pod tym względem jestem niemal buddystką. Tyle że to papieże są winni wielu aborcji. Pytałam wiele Polek, Włoszek, dlaczego nie zapobiegacie ciąży, dlaczego tak się skro­biecie? Uważają, że lepiej co jakiś czas zgrze­szyć skrobanką niż codziennie pigułką. I rze­czywiście, w „pigułkowej encyklice”, roz­dział 14, zapobieganie ciąży jest potępione na równi z jej przerwaniem. Papieże poprzez dramatyzowanie pigułki i prezerwatywy zba­gatelizowali przerywanie.

Skąd to magiczne myślenie, że nie można plemnikowi zagrodzić drogi do jaja, skoro sama natura tak rozrzutnie się ztymi plemnikami obchodzi?

To się bierze od Arystotelesa: w nasieniu mężczyzny pływa potencjalny mały mężczyzna, nie człowiek, lecz właśnie mężczyzna. Kościół to przejął uważając, że rozlanie na­sienia do kondomu lub – przez stosunek przerywany – na pościel lub na ziemię, jest intencjonalnym przerwaniem ciąży. A ży­dowscy rabini uważali wręcz, że ten kto nie płodzi, ten przelewa krew. Dlatego też ja uważam, że Jezus był żonaty, w przeciw­nym wypadku byłby potępiany…

Co będzie dalej?

Obecny papież sklonował się na wszyst­kich fotelach biskupich. Nie będzie więc żadnej zmiany.

To brzmi jak „Szatańskie wersety”. Czytała pani Rushdiego?

Nie, ale mogę panu powiedzieć, że Jan Paweł II dobrze się rozumie z islamem, ponieważ i islam uznaje dzieworództwo. Gdy w roku 1987 straciłam katedrę, bo powiedziałam, że Maryja nie mogła być jednocze­śnie i matką, i dziewicą, to dostałam pogróżki od muzułmanów. Pomyślałam wtedy, że mam szczęście z papieżem, bo mogę go ata­kować bez lęku.

Rzeczywiście, nie ma już u nas fatwy.

Kiedyś skończyłabym na stosie, choć przy­znaję, że odwołałabym swe poglądy, bo nie jestem aż taką męczennicą. To nie czasy Kartezjusza, którego sprawa Galileusza niemal sparaliżowała. Nie chciał już nic publikować. Ja mam szczęście, mogę spokojnie i bezpiecz­nie mówić o „powstaniu kacerzy”…

Dlaczego pani z taką namiętnością zajmuje się religią, Kościołem, swym „wadzeniem się z Bogiem”?

Pobożna rodzina to jedno, a drugie to są wieczne pytania: co jest po śmierci, jaki jest sens życia, dlaczego człowiek jest dobry? Wciąż wracam do Kartezjusza, który pisze, że mamy intelektualną pamięć niezależną od naszego ciała. Dziś tylu wzdycha do buddyzmu, a oto u Kartezjusza mamy wszystko. Nic mi nie da pouczenie, że kiedyś byłam pchłą albo mrówką. Natomiast przekonanie, że kiedyś znowu zobaczę moją matkę, z któ­rą byłam bardzo związana, a która umarła w 1979 roku, jest dla mnie uspokajające. Ja­ko małe dziecko leżałam w nocy w łóżku i zastanawiałam się, jak to będzie po śmierci. Całą wieczność mam leżeć w trumnie? Nie pociągały mnie te wszystkie chrześcijańskie bajki o pustym grobie i wniebowstąpieniu, niemniej wszystkie zasadnicze pytania o to, co będzie potem, pozostają…

Rozmawiał ADAM KRZEMIŃSKI

Uta Ranke-Heinemann jest pierwszą kobietą na świecie, która otrzymała katedrę teologii ka­tolickiej (1970) i pierwszą, która ją straciła (1987). Wykładała na uniwersytecie w Essen. W Polsce w Wydawnictwie „Uraeus” wyszły jej książki „Nie i Amen”, „Eunuchy do raju”. Pochodząc z pobożnej rodziny protestanckiej przeszła na katolicy­zm. Córka b. prezydenta Niemiec Gustawa Heinemanna.

„POLITYKA” nr 17 (2138), 25 kwietnia 1998 r.

„Koniec z końcem” [Francis Fukuyama, autor „Końca historii” – wywiad] „POLITYKA” nr 48, 27 listopada 1999

ROZMOWA POLITYKI

Zajmuje się pan badaniem transformacji – od dyktatury do demokracji – w szeregu państw: od Azji aż po Amerykę Łacińską. Czy istnieje związek pomiędzy demokracją a gospodarnością, albo inaczej: czy demo­kracja najbardziej sprzyja rozwojowi gospodarczemu?

Demokracja nie gwarantuje, że najlepsi ludzie wejdą do rządu, ale daje przynajmniej możliwość eliminowania najgorszych. W sumie – w warunkach demokracji ła­twiej jest osiągnąć przyzwoity wzrost gos­podarczy, choć trudno o rekordy. Zależność pomiędzy demokracją a gospodarnością najlepiej zbadał prof. Robert Barrow z Uni­wersytetu Harvarda. Jego podstawowy wniosek brzmi: wzrost gospodarczy w państwach dyktatorskich jest bardziej zróżni­cowany, natomiast w państwach demokra­tycznych – bardziej wyrównany. Istnieją państwa, które jako dyktatury osiągnęły bar­dzo szybki wzrost, takie jak Tajwan, Korea Południowa, Chile, Singapur. Z drugiej stro­ny rządy wojskowych w Brazylii, Peru czy Boliwii były katastrofą. Natomiast w warun­kach demokracji nie odnosi się ani takich sukcesów, ani takiego fiaska.

Minęło 10 lat od publikacji „Końca histo­rii”. Czy ta dekada potwierdziła pańską dia­gnozę, że nie ma alternatywy wobec demo­kracji i wolnego rynku?

Na krótką metę demokracja i wolny rynek mogą ponosić porażki, ale w długim okresie nie ma wyboru. Postępy nauki i techniki sty­mulują rozwój gospodarczy, ten z kolei pro­wadzi ku demokracji i globalizacji. Można się natomiast spie­rać, czy globalizacja jest tak jedno­znacznie korzystna dla rozwoju gospodarczego. Kryzys azjatycki, który szczególnie boleśnie dotknął kraje najbardziej otwarte i powiązane z gos­podarką światową, jak Korea Południowa, ka­że się zastanowić nad skutkami globalizacji ekonomicznej.

W krajach szybkiej transformacji, takich jak Polska, rozpowszechniony jest pogląd, że demokracja i wolny rynek idą w parze. Być może jako reakcja na fiasko gospodarki państwowej i centralnie planowanej, która wyrządziła ogromne szkody, obecnie wol­ny rynek uchodzi za panaceum. W modzie jest prywatyzacja i liberalizacja, a państwo im mniejsze – tym lepsze. Socjalistyczne państwo nie potrafiło nawet zamieść ulicy.

W Stanach Zjednoczonych również nie brak ludzi, którzy tak sądzą. Mój uniwersytet jest nawet ich siedliskiem – uważają, że każdy problem można rozwiązać za pomocą me­chanizmu rynkowego. Ja jestem innego zdania. Są pewne funkcje, w których państwo jest niezastąpione. Rzecz nie w tym, żeby państwo wyeliminować, osłabić lub ograniczyć do minimum. Rząd powinien być mały, ale silny, jego kompetencje powinny być ograniczone, ale są niezbędne, np. w ochronie własności prywatnej i intelektualnej, w zapewnieniu bezpieczeństwa narodowego i oso­bistego, ładu i porządku.

Czyli państwo powinno być nocnym stróżem?

Niekoniecznie nocnym… Szkoły i szpi­tale czynne są również za dnia, a państwo ma swoją rolę w ochronie zdrowia i w oświa­cie. Do czego prowadzi za słabe państwo lub jego brak, widać w Rosji. Państwo jest nie­zbędne, a fundamentalizm rynkowy musi mieć swoje granice.

O te granice właśnie chodzi. W pańskiej oj­czyźnie sektor prywatny prowadzi nie tylko szkoły i szpitale, ale coraz częściej nawet więzienia.

To są sprawy dyskusyjne i zależne od wa­runków miejscowych. W Stanach Zjedno­czonych administracja stanowa miała wła­ściwie monopol w dziedzinie szkolnictwa podstawowego i średniego, choć oczywiście istniały również szkoły prywatne. Obecnie wprowadza się system voucherów, żeby dać rodzicom możliwość większego wyboru. W USA nauczycielskie związki zawodowe tak się okopały w szkołach stanowych, że utru­dniają reformę oświaty. W tych warunkach uważam system voucherów – który ma wiele wad – za w sumie korzystny. Owszem, „chłopcy z Chicago” zaaplikowali z powo­dzeniem neoliberalną kurację w takich pań­stwach jak Chile, Argentyna, ale już w Brazylii i Wenezueli poszło gorzej. W Azji, owszem, Hongkong poszedł tą drogą, ale w pozostałych krajach interwencjonizm państwa był daleko posunięty. Japonia, Ko­rea Południowa, Tajwan – wszystkie te pań­stwa miały jasno określoną politykę gospo­darczą i dużą rolę rządu w jej wykonaniu. Nawet na szczeblu mikroekonomicznym – planowano zadania dla poszczególnych przedsiębiorstw, państwo miało duży wpływ na przyznawanie kredytów i alokację zaso­bów. Rynek wewnętrzny znajdował się pod ochroną, protekcjonizm był w rozkwicie, ba, w Korei Południowej był nawet większy niż w Argentynie.

Oczywiście, wszystko jest kwestią inter­pretacji. Jedni uważają, że Azja osiągnęła sukcesy wbrew interwencjonizmowi, inni zaś są zdania, że państwo w Azji interwe­niowało lepiej niż gdzie indziej. Fakt, że in­terwencjonizm w Korei się powiódł, a np. w Brazylii – nie, wskazuje, że w grę musia­ły wchodzić inne czynniki – kulturowe i po­lityczne. Mancur Olson w swojej książce „Wzrost i upadek narodów” (1982) uważa, że stabilizacja polityczna w Wielkiej Bryta­nii odbiła się niekorzystnie na jej wzroście gospodarczym, ponieważ utrwaliła istnie­jący podział bogactwa i wpływów. To sa­mo można powiedzieć o Ameryce Łaciń­skiej, gdzie oligarchia nie była zagrożona przez reformę rolną. Wiele jest jeszcze podobnych zagadek do rozwiązania.

Nie uważa pan, że gospodarka wolnoryn­kowa odniosła już pełne zwycięstwo?

Nie. Na początku obecnej dekady w Wa­szyngtonie byli ludzie, którzy święcie wie­rzyli, że wszystko jest kwestią odpowiedniej polityki gospodarczej, czyli liberalizacji rynku, w tym rynku kapitałowego, likwidacji ba­rier handlowych, prywatyzacji przedsię­biorstw państwowych. Receptę tę stosowa­no w różnych krajach, także bez powodze­nia. Mam na myśli choćby Meksyk, gdzie liberalna polityka gospodarcza prezydenta Salinasa była odpowiednia, ale jego brat oka­zał się aferzystą, co pozbawiło liberalizm wia­rygodności. Podobnie w Rosji, gdzie pań­stwo okazało się zbyt słabe, by gwarantować liberalną politykę. Jednym ze skutków kry­zysu azjatyckiego jest ponowny wzrost obaw przed panowaniem rynku. Neoliberalizm po­nownie stał się symbolem zła. Kryzys azja­tycki zadał cios neoliberałom, dał ich prze­ciwnikom argument, że globalizacja może spowodować destabilizację finansów. Neoliberałowie muszą więc nadal udowadniać, że ona zapewnia najszybszy wzrost. Istnieją ku temu sprzyjające okoliczności – Tajlandia i Korea powróciły już na ścieżkę wzrostu, a kryzys azjatycki nie przekształcił się w kry­zys światowy.

Skoro uważa pan, że demokracja i wolny rynek nie mają alternatywy, to znaczy, że nie wierzy pan w trzecią drogę?

Trzecia droga nie istnieje. Lewica pogo­dziła się z tym, że powinna panować dyscy­plina pieniężna, inflacja musi być niska, bu­dżet zbilansowany. Sprawy, które były osią sporu pomiędzy lewicą i prawicą, zeszły z porządku dziennego. W pewnym sensie jest to Koniec Historii. Tony Blair i Bill Clinton, Lionel Jospin i Gerhard Schröder, w gruncie rzeczy zaakceptowali to, co wpro­wadzili Ronald Reagan i Margareth Thatcher, ale dodają do tego akcent socjalny, większą troskę o opiekuńcze funkcje pań­stwa. Z tym że jeśli nie poskromią żądań swojej klienteli politycznej – związków za­wodowych – to znajdą się pod presją rynku kapitałowego, by do końca rozmontować państwo dobrobytu.

W swojej pracy o transformacji w Azji i Ame­ryce Łacińskiej używa pan terminu „trans­formacja autorytarna”.

Określenie transformacja autorytarna wprowadził Samuel Huntington. W Azji Po­łudniowo-Wschodniej transformacja auto­rytarna przyniosła o wiele szybszy wzrost gospodarczy niż w Ameryce Łacińskiej. Przeciętny wzrost gospodarczy w autorytarnym dwudziestoleciu 1960-1980 wyniósł w Azji Płd.-Wschodniej ponad 6 proc., a w Ame­ryce Łacińskiej – 2,4 proc. Transformacja au­torytarna à la Pinochet nie miałaby dzisiaj żadnego sensu w Europie Środkowej, gdyż kraj taki jak Polska był przygotowany zarów­no do demokracji, jak i do wolnego rynku. W Polsce wprowadzanie reform rynkowych w warunkach dyktatury nie miałoby sensu. Ale prawdziwym problemem pozostaje Ro­sja. Można zaryzykować pogląd, że gdyby w Rosji zrobiono to, co w Chinach uczynił Deng Xiaoping, to znaczy: gdyby zaczęto od gospodarki, dopuszczono wolny rynek, sektor prywatny, własność prywatną – i do­piero wówczas nastąpiłaby liberalizacja po­lityczna, wtedy transformacja w Rosji prze­biegałaby lepiej. Na to wszystko nakłada się jeszcze problem narodowościowy. W Rosji wszystko załamało się jednocześnie – gos­podarka, państwo, imperium. Gdyby zaczę­to od liberalizacji gospodarki, wówczas by­łyby oczywiście koszty polityczne, gdyż pań­stwa wchodzące w skład dawnego ZSRR, takie jak Ukraina czy republiki nadbałtyc­kie, musiałyby czekać na odzyskanie wol­ności, ale być może byłaby to cena opłacal­na – powstałyby bardziej odpowiednie wa­runki gospodarcze dla niepodległości. Kło­pot w tym, że w Rosji nikt nie był zaintere­sowany reformą gospodarczą. Michaił Gorbaczow tego nie rozumiał, był skupiony na innych sprawach. Do dzisiaj nie sprywaty­zowali kołchozów.

Ważnym dodatkowym tematem rozważań jest sprawność instytucji.

W sumie nie wiadomo, jak mierzyć spraw­ność instytucji, ale chodzi o mieszaninę ta­kich czynników jak przestrzeganie prawa, po­ziom urzędników i ich odporność na pokusy materialne, jawność, zdolność do formuło­wania zadań oraz do ich wykonania. Korup­cja w Azji jest znacznie mniejsza niż w Ame­ryce Łacińskiej, klasa średnia jest liczniejsza. Podział dochodów w Azji jest o wiele bar­dziej sprawiedliwy (mam na myśli: egalitar­ny) niż w Ameryce Łacińskiej. Zapewne są to czynniki, które dodatnio wpłynęły na wzrost gospodarczy. Jedno jest pewne: bogactwa na­turalne niewiele znaczą:Japonia, Tajwan, Sin­gapur, Korea Południowa są ubogie w zaso­by mineralne, podczas gdy Meksyk i Wene­zuela siedzą na ropie naftowej.

Największym bogactwem jest człowiek. Transformacji w Europie Środkowej przyszło z pomocą istnienie tradycji państwowej. W Polsce także przed transformacją istniało państwo, aparat urzędniczy, który miał niezłą tradycję – nie trzeba było tworzyć wszystkie­go od początku. Chociaż zdarzają się przy­padki korupcji, to jednak nie jest ona waż­nym problemem politycznym. W Azji i w Ameryce Łacińskiej administracja jest bardziej skorumpowana, nie mówiąc już o Rosji. Tam partia rządziła wszystkim, a gdy się wycofała – okazało się, że państwo jest bardzo słabe. Instytucje podatkowe nie są sprawne, nie istnieje tradycja sprawnej wła­dzy państwowej, która przetrwałaby od cza­sów przedkomunistycznych.

Jeżeli wprowadza się tylko liberalizację, to sprawny aparat państwowy nie jest taki nie­zbędny, gdyż państwo głównie się wycofuje. Ale gdy chodzi o zadania bardziej ambitne, planowanie rozwoju gospodarczego, jak w Ja­ponii, to wówczas potrzebna jest sprawna, kompetentna biurokracja.

Rozmawiał ARTURO VIDAL

Francis Fukuyama urodził się w Chicago w 1952 r., ukończył Uniwersytet Cornella, doktorat zrobił na Uniwersytecie Harvarda, później podjął pra­cę w RAND Corporation – think tank, czyli kuźni myśli – związanej z polityką zagraniczną i obronną USA. Pracował w Departamencie Stanu, a obecnie jest profesorem Uniwersytetu George Mason w Wa­szyngtonie. Światowy rozgłos przyniosła mu jego pierwsza książka „Koniec historii i ostatni człowiek” (1992), następne to „Trust: Social Virtues and the Creation of Prosperity” (1995) oraz „The Great Disruption: Human Nature and the Reconstitution of So­cial Order”

„POLITYKA” nr 48 (2221), 27 listopada 1999

Rok katolika „Naszego Dziennika” – PIOTR LIPIŃSKI, GAZETA WYBORCZA „DUŻY FORMAT” NR 2/663, 9 I 2006

O pasku prokreacyjnym

To był temat z pierwszej strony. Pani Ma­ria dowiedziała się z „Naszego Dziennika” o pasku św. Dominika. Zamówiła u sióstr w Krakowie od razu dwa – dla córki Edyty i synowej Małgosi. Obie wcześniej poroniły.

Siostry dominikanki przesłały paski oraz do­datkowo modlitewniki. Małgosia od razu za­łożyła pasek. Już po miesiącu chodzenia z pa­skiem zaszła w ciążę. Za jej przykładem Edy­ta po założeniu paska również znalazła się w stanie błogosławionym.

Dzieci bowiem można „wymodlić, a nie ku­pić” – doradza „Nasz Dziennik”: „Co szóste mał­żeństwo w Polsce jest bezpłodne. Nie muszą jed­nak sięgać po niemoralne techniki. Dzięki pa­skowi św. Dominika i modlitwie za jego wsta­wiennictwem na świat przyszło już wiele dzieci”.

O burakach i wrogach Polski

Przez Unię Europejską w Polsce będzie mniej buraków – taką informacją zaczął rok 2005 „Nasz Dziennik”. W ankiecie „Mówią polscy rolnicy” oceniano poprzedni, 2004 rok.

Antoni Jankowski, Chrzczonki: „Nie był to dobry rok”.

Bolesław Zybała, Sitaniec: „To był trudny rok”.

Zbigniew Gała, Krobia: „Ten rok pod wzglę­dem urodzaju był bardzo dobry. I to wszyst­ko, co dobrego można o nim powiedzieć. Zaw­dzięczamy to Bogu i naszej pracy”.

W 2004 roku Polsce zagrozili:

– homoseksualiści oraz SLD, który zamie­rza zalegalizować ich małżeństwa.

– Magdalena Środa, ponieważ, wysuwając pomysły chorej wyobraźni feminizmu, mar­notrawi państwowe pieniądze;

– Jerzy Owsiak, który odebrał jasność myśle­nia i decyzji władzom samorządowym zezwalającym na Przystanek Woodstock i Orkiestrę, a nawet czynnikom rządowym, czego dowo­dem zbiórki na Orkiestrę w ambasadach RP;

– usłużni dziennikarze, którzy na pasku mo­codawców okrągłostołowych atakują księży za rzekome molestowanie seksualne. Ta moda przyszła z USA, gdzie nieuczciwe kancelarie prawnicze usiłują w ten sposób wyłudzić od­szkodowania od diecezji.

O seksie, który grozi śmiercią

Ksiądz profesor Jerzy Bajda po tragedii w Azji, gdzie w falach tsunami zginęły tysią­ce osób, ocenił: „Woda, ogień, trzęsienia zie­mi mogą być znakiem, że Bóg chce oczyścić ziemię, to jest ludzkie sumienia, z zastygłej skorupy grzechu, aby świat się nawrócił”.

I zastanawiał się: „Czy fakt, że klęska w po­łudniowo-wschodniej Azji przypadła w uro­czystość Świętej Rodziny, niczego nam nie mówi? Czy dzisiejsze antycywilizacje nie dep­czą przede wszystkim świętości rodziny?”.

Wyjaśniał: „Czy nie wiadomo nam, że w re­jony południowo-wschodniej Azji kierują się tłumy tzw. seksualnych turystów, żerujących na urodzie i bezbronności tamtejszej młodzie­ży? W ubiegłym roku pewne czasopismo mi­syjne opublikowało fakt, że z samych Nie­miec w ciągu roku w tamte rejony pojechało około 100 tysięcy »turystów«”.

Ostrzegał: „Czy nie należy się obawiać, że jakieś »tsunami« uderzy także w Europę?”.

O upadku wychowania polskiej młodzieży

Powodem – zakaz stosowania kar w szkole.

Na świecie też coraz gorzej. „Fala antykatolicka rozlewa się po świecie szeroko. Jest to jakby masońskie odrabianie wpływów apo­stolstwa pielgrzymek Jana Pawła II”.

Wpływy masonerii w świecie rosną. We Francji, gdzie coraz większą rolę w życiu społeczno-politycznym odgrywają kobiety nale­żące do masonerii – są głównym filarem ru­chu feministycznego. Masonki swoje struk­tury mają też w Wenezueli, Polsce, Izraelu i Afryce.

O masonie Wildsteinie

Do tej pory był znany jako ten, który upo­wszechnił spis inwentarzowy Instytutu Pa­mięci Narodowej, zwany też listą agentów.

Kim jest Bronisław Wildstein? – zastanawia się „Nasz Dziennik”. Choć udziela wywia­dów na prawo i na lewo, to nie mówi najważ­niejszego – o swojej przynależności do maso­nerii. A należy do Wielkiej Loży Narodowej Polski.

Czy więc sprawa Wildsteina jest wojną o prawdę, czy może wojną na masońskiej gó­rze, w której poświęca się pionki, aby wygrać bitwę? Ludzie prawicy dotąd nie poruszali ma­sońskich związków Wildsteina, aby nie kopać leżącego – na nim to skupił się wściekły atak całej lewicy. Jednak prawda musi zwyciężyć.

Milczenie Wildsteina to przyznanie się do winy. Sprawa Wildsteina i listy z IPN to praw­dopodobnie starcie dwóch lóż masońskich działających w Polsce. To wojna masonów dwóch rytów: obrządku szkockiego i francu­skiego. Wielkiej Loży Narodowej Polski i Wielkiego Wschodu Polski. Ślady pier­wszych prowadzą do KSS KOR, Unii Wolno­ści i „Gazety Wyborczej”, a tych drugich do SLD, a być może nawet do PO.

„Byli tacy, którzy mówili jeszcze niedawno o »Polsce Michnika« i »Polsce Rydzyka« – przypomina „Nasz Dziennik”. – Cóż to jest »Polska Michnika«? Dziś są tacy, zapewne ci sami, którzy zaczynają mówić o »Polsce Michnika« i »Polsce Wildsteina«. Czyżby gotowa­no nam miejsce tylko na… Madagaskarze?”.

O ślubach czystości

Młodzi Amerykanie odrzucają pornografię i powstrzymują się ze współżyciem seksual­nym do czasu małżeństwa. Ślubowanie czy­stości złożyło już 25 proc. amerykańskiej młodzieży. I liczba ta nadal rośnie.

Każdy może przystąpić do Ruchu Czystych Serc. „Nasz Dziennik” opisuje, jak to zrobić: należy się wyspowiadać, przyjąć komunię świętą, pomodlić, dobrze jest też zawiadomić redakcję dwumiesięcznika „Miłujcie się” w celu wpisania nazwiska na listę Księgi Czy­stych Serc i otrzymania błogosławieństwa.

Postkomuniści sklonują ludzi

Rzecz w tym, że Komitet ds. Prawnych Zgro­madzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych przyjął deklarację, która wzywa państwa do wypracowania rozwiązań prawnych delegali­zujących wszelkie praktyki klonowania czło­wieka. Polscy postkomuniści z rządu głosowa­li przeciwko przyjęciu tego dokumentu.

„Nasz Dziennik” tytułuje swój artykuł: „Postkomuniści za klonowaniem ludzi”.

O zasługach generała Franco

W marcu na pierwszej stronie: „Forsujący ateizację lewicowy rząd Hiszpanii nakazał w Ma­drycie usunięcie ostatniego pomnika zmarłe­go w 1975 r. hiszpańskiego przywódcy genera­ła Francisco Franco. Usunięty wczoraj monu­ment był symbolem zwycięstwa katolickiej Hiszpanii nad komunistyczną dyktaturą Fron­tu Ludowego, która w latach 1931-1936 pro­wadziła programową eksterminację hiszpań­skich katolików. Generał Franco przerwał krwawe rządy komunistycznych barbarzyńców, wszczynając z nimi wojnę w lipcu 1936 r.”.

O Wałęsie w obozie szatana

„Atakując Radio Maryja, Lech Wałęsa prze­szedł do obozu tych, którzy od początku wy­pełniają plan szatana: plan niszczenia wszyst­kiego, co Boże i Chrystusowe w życiu Naro­du” – napisał ksiądz profesor Jerzy Bajda.

O Radiu Maryja

„Radio Maryja głosem Polaków”;

„Prasa truje, telewizja truje!”;

„Spod znaku Maryi rycerski my huf”.

Profesor Włodzimierz Bojarski pisze: „Przej­dą lata i wieki przeminą, pójdą w zapomnienie złodzieje i aferzyści z pierwszych stron ga­zet, a ojca Tadeusza Rydzyka będą zapewne wspominały pokolenia jak Ojca Kordeckiego. Prawda zmartwychwstała, choć grobu pilno­wali żołnierze”.

O początkach Radia Maryja

W kwietniu, po śmierci Papieża, ojciec Ta­deusz Rydzyk wspomina: „Pamiętam, w po­łowie lat 80. po Mszy św. w prywatnej kapli­cy Ojca Świętego, na spotkaniu w Jego pry­watnej bibliotece, popatrzył na mnie i zapy­tał: »Co ojciec będzie robił?«. Odpowiedzia­łem, że bardzo pragnę centrum do ewangeli­zacji. Uczyłem katechezy dzieci, młodzież, stu­dentów i widziałem, że wracają z kościoła i ży­ją tak, jakby Boga nie było. Dlatego myślałem o centrum ewangelizacji. Poprosiłem Ojca Świętego o błogosławieństwo. Jan Paweł II pa­trzył na mnie dłuższy czas i pobłogosławił. I tak się zaczęło Radio Maryja: w prywatnej biblio­tece Ojca Świętego, po Mszy Świętej w pry­watnej kaplicy papieskiej”.

Ogłoszenia w „Naszym Dzienniku”

„31-letnia absolwentka UW, mgr politologii, pracownik socj., dyspozycyjna, uczciwa, kierująca się w życiu zasadami moralnymi, po­zytywnie nastawiona do ludzi, znająca prawo pracy, administracyjne, rodzinne, sprawnie posługująca się komputerem i urządzeniami biurowymi, komunika­tywny j. ang. i db j. ros. poszukuje pracy”.

„Kawaler, bez nało­gów, zdrowy, odpowie­dzialny (referencje – do­bra opinia), podejmie pracę kucharza lub kościelnego w parafii lub inne obowiązki (uczci­wy). Czekam pilnie pro­pozycji!”.

„Malarz, katolik, podej­mie pracę, wykonuje ma­lowania, gładzie gipsowe”.

„Kawaler, samotny, lat 32, podejmie pracę u księży lub u sióstr za­konnych w charakterze kościelnego lub do opie­ki przy osobach star­szych, w kraju lub za gra­nicą, w zamian za zakwa­terowanie i wyżywienie”.

O ataku na Kościół

Na początku czerwca profesor Krystyna Czuba wyjaśnia rzeczywiste znaczenie sprawy ojca Konrada Hejmy, którego Instytut Pamięci Naro­dowej wskazał jako agenta w otoczeniu pa­pieża Jana Pawła II.

„Oceniając raport IPN, można stwierdzić, że jest to czytelny atak perso­nalny na ojca Konrada Hejmę jako atak sonda­żowy na Kościół. Jest to atak polityczny skiero­wany przeciw Kościoło­wi, a nie dokument hi­storyczny”.

Historyk Piotr Szubarczyk na łamach pisma in­formuje, że za komuniz­mu werbowanie agentu­ry w Kościele zakończy­ło się fiaskiem. „Przez cały PRL Kościół katolicki był ostoją polskiego oporu przeciwko komunizmowi i nieskażoną instytucją życia naro­dowego, która przeprowadziła nas przez czer­wone morze komunizmu”.

O pismach księdza Ignacego

„Nasz Dziennik” pisze o beatyfikacji sługi Bożego księdza Ignacego Kłopotowskiego. Przed wojną wydawał pisma wytyczające lu­dziom dobre drogi: „Polak-Katolik”, „Glos Kapłański”, a także miesięcznik „Dobra Słu­żąca”.

O terrorze homoseksualistów

l lipca na pierwszej stronie: „Nasila się ter­ror homoseksualnej mniejszości w Hiszpanii”. Wyjaśniał: „Pomimo ogromnego oporu spo­łeczeństwa zdominowany przez lewicę parla­ment Hiszpanii definitywnie przyjął wczoraj projekt ustawy legalizującej związki homoseksualne, nazywając je małżeństwami i przyz­nając im takie właśnie prawa. Dokument jest tym bardziej bulwersujący, że takim wynatu­rzonym parom ustawodawcy przyznali prawo do adopcji dzieci”.

„Nasz Dziennik” komentuje to wydarzenie w tekście „Strategia destrukcji”:

„Spełnianie żądań homoseksualistów przez władze wielu zachodnich państw nie jest kwe­stią przypadku. Jest to efekt chytrze przemy­ślanej i konsekwentnie realizowanej strategii. Dążąc do obalenia tradycyjnej, opartej na za­sadach moralnych hierarchii wartości, dewianci prowadzą swoistą wojnę światopoglądową, której celem jest m.in. doprowadzenie do stę­pienia u normalnych ludzi odruchu obrzydze­nia w stosunku do tego zboczenia”.

O seksie, który szkodzi

Na początku wakacji młodzież mogła do­wiedzieć się, że wczesna inicjacja seksualna może doprowadzić nawet do nowotworów.

„Natura tak ukształtowała nasze ciała, że wczesna inicjacja seksualna jest nie tylko złem moralnym, ale niesie również zagrożenia dla zdrowia fizycznego. Chodzi przede wszyst­kim o infekcje i problemy onkologiczne. Roz­mowa z dr. Józefem Fąkiem (znanym gine­kologiem w Siedlcach)” pt. „Młodzi potrze­bują miłości, a nie deprawacji”.

O tym, że kiedyś było lepiej

W czasach, kiedy życie – przynajmniej nie­których – toczyło się w dworkach, przyjacie­lem była szabla, uczono greki i łaciny, aby roz­wijać sprawność umysłu.

A po co dziś się uczy obcych języków? „Prze­de wszystkim po to, aby młodzież znalazła pracę za granicą, ewentualnie, podróżując po świecie, uczyła się »tolerancji«”.

A teraz jest najgorzej

„Mam dość krytyczny stosunek do tego, co wydarzyło się w Polsce od tzw. przełomu w 1989 r. Sądzę, że nawet po przegranej II wojnie światowej byliśmy w lepszej sytua­cji niż obecnie” (rozmowa z profesorem Mie­czysławem Krąpcem OP).

O terrorystach z Izraela

W środku wakacji publicysta Krzysztof Warecki informuje, kto korzysta na „wojnie z ter­roryzmem”.

„Wydaje się, że kluczowe dla uzyskania od­powiedzi, kto jest głównym siewcą terroryz­mu, jest ustalenie sprawców i mocodawców aktów terroru, które dały początek tzw. woj­nie z terroryzmem, czyli inspiratorów i wyko­nawców zamachów na WTC i Pentagon. Należy więc zapytać: kto skorzystał na atakach z 11 września 2001 r.?

Z politycznego punktu widzenia głównym beneficjentem tzw. wojny z terroryzmem jest Izrael, który rękami amerykańskich żołnierzy, a także za pieniądze amerykańskich podatni­ków, niszczy swoich wrogów jednego po dru­gim. Na początku 2002 r. obalony został re­żim talibów w Afganistanie, rok później rzą­dzony dyktatorsko przez Saddama Husajna Irak, a obecnie chyba jedynie problemy w Ira­ku i obawa przed rujnującymi kosztami pow­strzymuje przed zaatakowaniem Syrii i Iranu proizraelską administrację w Białym Domu. Czy to miałoby być celem Al-Kaidy? Aż dziw­ne, że nikt nie wskazuje na Mossad jako or­ganizatora zamachów”.

Wakacje to czas łowów

Na początku sierpnia zaczęła je sekta Hare Kriszna. Za zezwoleniem Jerzego Owsiaka.

To on pozwolił na zorganizowanie Pokojo­wej Wioski Kriszny na Przystanku Woodstock w Kostrzynie nad Odrą. „Nasz Dziennik” ostrzega: „Hare Kriszna, stosując technikę tzw. bombardowania miłością, bazuje na wcią­ganiu w swoje szeregi ludzi zagubionych, sfru­strowanych, poszukujących akceptacji i inno­ści”.

W innym numerze, w tekście o sektach, przestrzega: „Powinieneś się uzbroić w kry­tycyzm, jeśli chodzi o kontakty z rówieśnika­mi, im bardziej są oni mili i sympatyczni na początku znajomości, tym bardziej powinno to być podejrzane”.

O czeladniku Cimoszewiczu

„Chciał czy musiał?” – to tytuł komentarza publicystki „Naszego Dziennika” do tekstu z 15 września o rezygnacji ze startu w wybo­rach prezydenckich Włodzimierza Cimoszewicza. Autorka zastanawia się: „A może rezy­gnacja marszałka nastąpiła na prośbę nie do odrzucenia? Czeladnik nie odmawia, gdy mistrz każe. Są takie gremia, gdzie ślepe po­słuszeństwo jest najważniejsze. Czyżby w krę­gach nieformalnie spra­wujących władzę zdecy­dowano, że wybory w Polsce muszą się rozstrzygnąć w pierwszej turze, a ich zwycięzcą ma być Donald Tusk?

Zróbmy wszystko, by ten scenariusz się nie sprawdził. Jest to wciąż możliwe”.

Życzliwa rada

Ksiądz profesor Cze­sław S. Bartnik przed wyborami do Sejmu: „Tak dla przykładu można głosować na takie postacie, jak R.J. Bender z okręgu Lublin, A. Bie­la z okręgu Chełm, J. R. Nowak z okręgu Rze­szów, Anna Raźny z okręgu Kraków, A.G. Flaga z okręgu Kraków, S.K. Kowolik z okręgu Gliwice, S. Michalkiewicz z okręgu Warszawa, E.J. Szwed z okręgu Lu­blin, S. Schodziński z okręgu Chełm, H.M. Nowina-Konopka z ok­ręgu Olsztyn, K. Wę­grzyn z okręgu Bielsko-Biała, J. Olszewski z okręgu Warszawa i wielu podobnych. To są przykłady, ale każdy ma swój rozum”.

O masonie Tusku

Stanisław Krajski, au­tor książek o walce ma­sonerii z Kościołem, wy­jaśnia, skąd wziął się kandydat na prezydenta Donald Tusk, przywód­ca Platformy Obywatelskiej, czyli masońskiego sprzysiężenia wilków. „PO to Unia Wolności-bis »wzbogacona« o li­beralne skrzydło AWS, trochę bardziej pragma­tyczna i liberalna od UW, o nieco odmiennych międzynarodowych i krajowych powiązaniach.

Możemy sformułować hipotezę (której bar­dziej szczegółowe uzasadnienie byłoby moż­liwe w tekście liczącym przynajmniej kilka­dziesiąt stron) – w Polsce od początku lat dzie­więćdziesiątych toczyła się ostra walka o wpływy pomiędzy masonerią rytu szkockiego i ma­sonerią rytu francuskiego. Początkowo domi­nowali »szkoci«. Po klęsce politycznej Unii Wolności »francuzi« -zarówno ci, którzy by­li związani z układem postkomunistycznym, jak i ci związani z »Solidarnością«, a także ci, którzy powiązani są z siłami zagranicznymi – skupili się powoli w PO. Jakie zmiany wpro­wadzą w politykę wewnętrzną i zagraniczną? »Szkoci« wiązali się z Wielką Brytanią i USA (tam rządzą »szkoci«). Centrala »francuzów« jest w Paryżu. Będą więc stawiać na Unię Eu­ropejską przeciwko USA i wspierać taki jej model, jaki proponuje rządzącaFrancją elita masońska – model jednolitego ponadnarodo­wego, »laickiego« (antychrześcijańskiego) państwa realizującego ideologię rewolucji francuskiej”.

Trzy wyborcze tytuły

Na pierwszej stronie sobotnio-niedzielnego wydania „Naszego Dziennika” z 15-16 paź­dziernika: „Pierwsza debata telewizyjna przed II turą wyborów prezydenckich. Kaczyński znokautował Tuska”;

„Platforma aferzystów”;

„Czy kandydat PO na prezydenta nie zna przeszłości własnej rodziny? Józef Tusk słu­żył w Wehrmachcie”.

O ponurych minach dziennikarzy

„Polacy zagłosowali wbrew sondażom. Mi­mo ofensywnej, nachalnej propagandy wię­kszości mediów, w tym telewizji publicznej, promujących Donalda Tuska, to prof. Lech Kaczyński okazał się zwycięzcą wyborów pre­zydenckich. O tym, że nie tak miało być, świadczyły wczoraj minorowe nastroje i po­nure miny większości dziennikarzy będących gospodarzami studiów wyborczych i zaproszo­nych gości, z niepokojem i niedowierzaniem obserwujących rosnące słupki z poparciem dla Kaczyńskiego. Polska stoi przed wielką szan­są: po raz pierwszy od wielu lat mamy sytua­cję, w której najpoważniejsze urzędy w pań­stwie wyborcy powierzyli szeroko rozumianemu obozowi prawicy”.

Prezydent elekt Lech Kaczyński udziela „Naszemu Dziennikowi” wywiadu zaczyna­jącego się od słów:

„To jest jedyny wywiad, o który ja prosiłem, a nie mnie proszono…”.

O arabskiej rewolucji w Europie i zatrutych owocach

„Jedenasta z rzędu noc zamieszek we Fran­cji przerodziła się już w rebelię, która objęła cały kraj. Ku przerażeniu innych państw eu­ropejskich wygląda na to, że rozlewa się ona także na resztę państw starej Unii. Pierwsze samochody spłonęły w ostatnich dwóch dniach w Belgii i Niemczech, w dzielnicach muzuł­mańskich imigrantów. We Włoszech mówi się, że wybuch takich zamieszek to tylko kwestia czasu. W tej sytuacji zachodnia Europa staje w obliczu rebelii islamskich imigrantów”.

To wszystko było nieuniknione – twierdzi „Nasz Dziennik” w komentarzu Krzysztofa Wareckiego. „Francja i znajdujące się w po­dobnej sytuacji kraje zaczynają zbierać zatru­te owoce swojej błędnej polityki. Z jednej strony rządzący Francją masoni, niszcząc chrześcijaństwo, zniszczyli wyraziste kulturowo-religijne oblicze tego kraju, z drug­iej pozwolili, aby do Francji napłynęli w du­żej ilości całkowicie obcy cywilizacyjnie emi­granci”.

O najważniejszych masonach

Listopad upłynął pod hasłem ujawniania prawdy o tajnym rządzie masońskim na świe­cie. „Nasz Dziennik” zapowiadał pełną aktu­alną listę członków Komisji Trójstronnej. Syl­wetki polskich członków Komisji: Andrzeja Olechowskiego, Marka Belki, Jerzego Baczyńskiego, Janusza Palikota oraz Wandy Rapaczyńskiej.

„Komisja Trójstronna była pomysłem Da­wida Rockefellera, ale prawdziwym architek­tem tej idei jest Zbigniew Brzeziński. Czoło­wą rolę odgrywają w niej członkowie wpływo­wej masońskiej organizacji »Czaszka i Pisz­czele«.”

O zakazach dla homoseksualistów

30 listopada wiadomość o tym, że Watykań­ska Kongregacja Wychowania Katolickiego zamknęła mury seminariów przed homosek­sualistami.

„Czy to dyskryminacja? – zastanawia się Sła­womir Jagodziński. – Kościół zrobił swoje. Przy całym szacunku dla osób, których doty­czy ten problem, kategorycznie stwierdził, że kapłanami, duszpasterzami, kapelanami nie mogą być osoby, które praktykują homoseksualizm, wykazują głęboko zakorzenione tenden­cje homoseksualne lub wspierają tak zwaną kul­turę gejowską. We wszechogarniającej popraw­ności politycznej to głos bardzo odważny i cen­ny. Może watykańska Instrukcja zainspiruje władze państwowe do opracowania analogicz­nych kryteriów rozpoznawania zdatności i do­puszczania osób z tendencjami homoseksualnymi do pracy w szkołach, na uczelniach, w ośrodkach kultury czy mediach… Byłoby to logiczne, wszak osoby takie znajdują się w sy­tuacji, która poważnie uniemożliwia im popraw­ną relację do mężczyzn i kobiet, osoby takie nie osiągnęły dojrzałości psychospołecznej. Czy to dyskryminacja? Jeśli tak, to za dyskrymi­nację trzeba też np. uznać niedopuszczenie osób niewidzących do kierowania pojazdami!”.

O destruktorze Kwaśniewskim

22 grudnia dwie kadencje prezydenta Alek­sandra Kwaśniewskiego podsumowuje Julia M. Jaskólska: „To Aleksander Kwaśniewski był »ojcem chrzestnym« oligarchicznej III RP, w której karty rozdawał polityczno-biznesowo-mafijno-agenturalny układ. To on okazał się też największym destruktorem III RP”.

Tekst opatrzono śródtytułami: „Jolanta »Polisa« Kwaśniewska”, „»Magister« Kwaśniew­ski”, „Drinker?”, „Wakacje z agentem”, „Pre­zydent wszystkich ubeków”, „Porno-prezydent”, „Niedziela w supermarkecie”.

Trzy listy do redakcji

„Raduje się moje serce i dusza, kiedy słu­cham Radia Maryja. Kiedy wczesnym ran­kiem budzi się słońce i do mieszkania wpa­dają pierwsze jego promyki, wtedy Radio Ma­ryja wita słuchaczy staropolską modlitwą-pieśnią »Kiedy ranne wstają zorze«. Radio Mary­ja jest nadzieją na lepsze jutro, nadzieją dla Polski, mocnej wiary i miłości Bożej. Jan Ogonowski, Łódź”.

„Z woli Bożej, z trudu ludzi, z potrzeby Na­rodu powstało i trwa Radio Maryja, szerząc prawdę, dobro i piękno, ucząc modlitwy, mi­łości do Boga, do ludzi, do Ojczyzny. Stefan Olszewski, Stanisław Stojanowski-Han, Jan Winiarz, Zielona Góra”.

„Opatrzność Boża sprawiła, że katolicka Pol­ska ma katolików i patriotów w osobach pre­zydenta elekta, premiera i marszałka Sejmu, którzy zadeklarowali naprawę naszego kraju. Szkoda, że Ojciec Święty Jan Paweł II nie do­czekał tej radosnej chwili. Kończą się czasy postkomunistycznych karierowiczów i innych wasali obcego interesu, przedkładających do­bro osobiste nad dobro całego Narodu. Ich usłużna postawa wobec zachodnich przywód­ców była żenująca i kompromitowała Polskę. Władysław Lorens, Londyn”.

Lew Tołstoj – „Wojna i pokój” Tom II [fragment – masoni]

Część druga

III Pierre w Petersburgu. Osamotnienie; lektura książek masońskich. Przyjazd hrabiego Willarskiego. Próba, jakiej podlega Pierre, i ceremonia przed wstąpieniem do loży masońskiej.

IV Zebranie loży masońskiej z okazji wstąpienia Pierre’a do masonerii.

III

Przybywszy do Petersburga Pierre nikogo nie za­wiadomił o swym przyjeździe, nigdzie nie bywał i ca­łe dnie spędzał na czytaniu Tomasza àKempis, książ­ki, którą dostarczył mu nie wiadomo kto. Pierre czy­tając tę książkę pojmował jedno i to samo: pojął jesz­cze przez siebie nie znaną rozkosz wiary w możliwość osiągnięcia doskonałości i w możliwość braterskiej i czynnej miłości między ludźmi, którą przed nim od­słonił Osip Aleksiejewicz. W tydzień po przy­jeździe wszedł wieczorem do jego pokoju młody Po­lak, hrabia Willarski, którego Pierre znał powierzchownie bywając w petersburskim towarzystwie. Wszedł z tym wyrazem oficjalnym i uroczystym, z ja­kim wchodził doń sekundant Dołochowa, a zamknąw­szy za sobą drzwi i przekonawszy się, że w pokoju prócz Pierre’a nie ma nikogo, zwrócił się do niego.

—  Panie hrabio, przybyłem z poleceniem i propozy­cją — oświadczył nie siadając. — Osobistość bardzo wysoko postawiona w naszym bractwie zabiegała o to, żeby pan został przyjęty do stowarzyszenia przed ter­minem, i zaproponowała mi, żebym został pańskim po­ręczycielem. Uważam za swój święty obowiązek speł­nić wolę tej osoby. Czy życzyszsobie, panie hrabio, wstąpić za moją poręką do społeczności wolnych mu­larzy?

Zimny i surowy ton człowieka, którego prawie za­wsze widywał na balach uprzejmie uśmiechniętego, w towarzystwie najświetniejszych kobiet, zaskoczył Pierre’a.

—  Tak, życzę sobie — rzekł Pierre. Willarski pochylił głowę.

—  Jeszcze jedno pytanie, panie hrabio — powie­dział — na które, proszę, byś mi nie jako przyszły ma­son, ale jako uczciwy człowiek (galant homme)odpo­wiedział z całą szczerością: czyś się wyrzekł swych dawnych przekonań, czy wierzysz w Boga?

Pierre zastanowił się.

—  Tak… tak, wierzę w Boga — oświadczył.

—  W takim razie… — zaczął Willarski, lecz Pierre przerwał mu:

—  Tak, wierzę w Boga — oświadczył jeszcze raz.

—  W takim razie możemy jechać — oznajmił Wil­larski. — Moja kareta jest do pańskich usług.

Przez całą drogę Willarski milczał. Na pytanie Pierre’a, co ma robić i jak odpowiadać, Willarski od­rzekł tylko, że bracia godniejsi niż on doświadczą go, a Pierre’owi pozostaje tylko mówić prawdę.

Wjechali w bramę dużego domu, w którym mie­ściła się loża, a przeszedłszy ciemnymi schodami, we­szli do niewielkiego, oświetlonego przedpokoju, gdzie bez pomocy służby zdjęli futra. Stąd weszli do innego pokoju. Przy drzwiach ukazał się jakiś człowiek w dziwnym stroju. Willarski podszedł do niego, po­wiedział coś cicho po francusku i zbliżył się do nie­dużej szafy, w której Pierre zauważył ubrania, jakich jeszcze nie widział. Willarski wyjął z szafy chusteczkę, zasłonił nią Pierre’owi oczy i zawiązał z tyłu na węzeł, przy czym boleśnie zagarnął w węzeł jego włosy. Po czym nachylił go ku sobie, ucałował i wziąwszy za rękę gdzieś poprowadził. Włosy zaciągnięte supłem sprawiały Pierre’owi ból, krzywił się więc i uśmiechał, jakby czymś zawstydzony. Niepewnymi, bojaźliwymi krokami posuwała się za Willarskim jego ogromna postać ze spuszczonymi rękami, z twarzą skrzywioną i uśmiechającą się.

Przeprowadziwszy go z dziesięć kroków Willarski zatrzymał się.

— Cokolwiek by się z panem stało — oznajmił — powinieneś wszystko znieść mężnie, jeśliś postanowił wstąpić do naszej społeczności. (Pierre odpowiadał twierdząco pochyleniem głowy.) Kiedy usłyszy pan stukanie do drzwi, rozwiążesz sobie oczy — dodał Willarski. — Życzę panu męstwa i powodzenia. — Uścisnąwszy Pierre’owi rękę Willarski wyszedł.

Pozostawszy sam, Pierre wciąż jeszcze się uśmiechał. Ze dwa razy wzruszył ramionami, podnosił rękę do chusteczki, jak gdyby pragnął ją zdjąć, i znowu rękę opuszczał. Pięć minut, które przebył z zawiązanymi oczyma, wydały mu się godziną. Ręce mu zdrętwiały, nogi się uginały;  wydawało mu się, że jest zmęczony. Doznawał nader złożonych i różnorodnych uczuć. Czuł strach wobec tego, co ma się z nim stać a jeszcze bardziej, żeby nie zdradzić lęku. Ciekaw był dowiedzieć się, co się z nim stanie, co się przed nim odsłoni; przede wszystkim jednak cieszył się że nadeszła chwila wejścia na drogę odrodzenia i życia czynnego, cnotliwego, o jakim marzył od czasu spot­kania się z Osipem  Aleksiejewiczem. Rozległo się mocne stukanie do drzwi. Zdjął przepaskę i rozejrzał się wokół. W pokoju było czarno i ciemno: tylko w jednym miejscu płonęła lampa w czymś białym. Podszedł bliżej i zobaczył, że lampa stała na czarnym stole, na którym leżała otwarta księga. Była to Ewangelia; to białe, w czym płonęła lampa, było ludzką czaszką z jej otworami i zębami. Przeczytawszy pierw­sze słowa Ewangelii: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga”, Pierre obszedł stół i zobaczył dużą i otwartą skrzynię, czymś wypełnioną. Była to trumna z kośćmi.  Bynajmniej nie zdziwiło go to, co ujrzał. Mając nadzieję rozpocząć całkiem nowe życie, całkiem różne od poprzedniego, spodziewał się, że  wszystko będzie niezwykłe, jeszcze bardziej niezwykłe niż to, co widział. Czaszka, trumna, Ewangelia – wydawało mu się, że tego wszystkiego się spodziewał, a na­wet spodziewał się jeszcze więcej. Rozglądając się dokoła starał się obudzić w sobie uczucie rozrzew­nienia. „Bóg, śmierć, miłość, braterstwo ludzi” — mó­wił sobie wiążąc z tymi słowami mętne, lecz rado­sne wyobrażenie czegoś. Drzwi się otworzyły i ktoś wszedł.                                                                              

W słabym świetle, do którego Pierre jednakże zdołał już przywyknąć, ukazał się niewysoki człowiek. Człowiek ów, który widocznie ze światła wszedł w ciemność, zatrzymał się; potem ostrożnymi krokami zbliżył się do stołu i położył na nim nieduże ręce w skór­kowych rękawiczkach.

Ów niewysoki człowiek miał na sobie biały skórzany fartuch, zasłaniający mu piersi i część nóg, na szyi coś w rodzaju naszyjnika, a spoza naszyjnika wy­stawał wysoki, biały żabot, otaczający jego podłużną twarz, oświetloną z dołu.

— Po coś tu przyszedł? — zapytał przybysz, kiedy na szmer uczyniony przez Pierre’a zwrócił się w je­go stronę. — Dlaczegoś tu przyszedł nie wierząc w prawdę światła i nie widząc światła, czego od nas żądasz? Najwyższej mądrości, cnoty, oświecenia?

W tej chwili kiedy się drzwi otworzyły i wszedł nieznajomy człowiek, Pierre doznał podobnego uczu­cia lęku i czci, jakiego doznawał w dzieciństwie pod­czas spowiedzi: poczuł, że jest oko w oko z człowiekiem całkowicie obcym pod  względem warunków  życio­wych, a jednocześnie bliskim ze względu na braterstwo ogólnoludzkie. Z biciem serca, zapierającym oddech, Pierre zbliżył się do retora (w masonerii tak nazywa­no brata, który przygotowywał petenta do wstą­pienia do społeczności). Kiedy Pierre podszedł bliżej, poznał w retorze znajomego, Smolaninowa, ale przykra była dlań myśl, że ten, który wszedł, był człowiekiem znajomym: przybyły był tylko bratem i cnotliwym nauczycielem. Pierre długo nie mógł wyrzec słowa, to­też retor był zmuszony powtórzyć swe pytanie.

—  Tak, ja… ja… pragnę się odrodzić — wypowie­dział z trudem Pierre.

—  Dobrze — oświadczył Smolaninow i natychmiast ciągnął dalej: — Czy wyobrażasz sobie, jakimi spo­sobami nasz święty związek pomoże ci osiągnąć ten cel?… — rzekł retor spokojnie i szybko.

—  Ja… spodziewam się… kierunku… pomocy… w od­rodzeniu się — rzekł Pierre głosem drżącym i z tru­dem znajdując słowa. Wynikało to i ze wzruszenia, i z braku przyzwyczajenia do mówienia po rosyjsku o rzeczach abstrakcyjnych.

—  Jakie masz pojęcie o wolnomularstwie?

—  Domyślam się, że wolnomularstwo to fraternitéi równość między ludźmi mającymi cnotliwe cele — rzekł Pierre wstydząc się, w miarę gdy mówił, że jego słowa nie odpowiadają uroczystości chwili. — Domyślam się…

* braterstwo

—  Dobrze — oświadczył retor spiesznie, widać cał­kiem zadowolony z tej odpowiedzi. — Czyś szukał kiedy w religii środków do osiągnięcia swego celu?

—  Nie, uważałem ją za niesprawiedliwą i nie po­stępowałem według niej — odpowiedział Pierre tak cicho, że retor nie usłyszał i zapytał go, co mówi. — Byłem ateistą — odpowiedział Pierre.

—  Szukasz prawdy, aby w życiu kierować się jej prawami; a zatem szukasz najwyższej mądrości i cno­ty, czy tak? — zapytał retor po chwili milczenia.

—  Tak, tak — przytaknął Pierre.

Retor zakaszlał, złożył na piersi dłonie w rękawi­czkach i ją mówić:

—  Teraz muszę odsłonić ci główny cel naszego zakonu — oświadczył — a jeśli ów cel będzie zgodny z twoim, to z pożytkiem wstąpisz do naszego bractwa. Pierwszym najważniejszym celem i zarazem funda­mentem naszego zakonu, na którym jest zbudowany i którego żadna ludzka siła nie jest w stanie zburzyć, to zachowanie i przekazanie potomnym pewnej ważnej tajemnicy… która doszła do nas od najdawniejszych wieków, nawet od pierwszego człowieka, od której to tajemnicy zależy, być może, los rodu ludzkiego. Po­nieważ owa tajemnica jest tego rodzaju, że nikt nie może jej znać i z niej korzystać, jeśli się nie przygotuje do tego przez długotrwałe i przykładne oczyszczanie samego siebie, przeto nie każdy może mieć nadzieję, by rychło ją posiąść. Dlatego mamy drugi cel, który polega na tym, żeby przygotować naszych członków, wedle możności poprawiać ich serca, oczyszczać i oś­wiecać ich rozum za pomocą środków przekazanych nam przez mężów, którzy się trudzili nad poszukiwa­niem owej tajemnicy, i przysposabiać ich do przyjęcia jej. Oczyszczając zaś i poprawiając naszych człon­ków, staramy się, po trzecie, poprawiać i cały ród człowieczy dając mu w osobach naszych członków przykład bogobojności i cnoty, przez co staramy się ze wszystkich sił zwalczyć zło panujące na świecie. Za­stanów się nad tym, a ja znowu przyjdę do ciebie — rzekł i wyszedł z pokoju.

— Zwalczyć zło panujące na świecie… — powtórzył Pierre i wyobraził sobie swą przyszłą działalność na tej niwie. Wyobrażał sobie ludzi podobnych do niego sprzed dwóch tygodni i w myśli zwracał się do nich z pouczającymi słowami nauczyciela. Wyobrażał so­bie ludzi zepsutych i nieszczęśliwych, którym pomaga słowem i czynem; wyobrażał sobie ciemiężycieli, od których ocala ich ofiary. Z trzech wymienionych przez retora celów ostatni — poprawa rodu ludzkiego — szczególnie był Pierre’owi bliski. Owa ważna taje­mnica, o której wspomniał retor, choć podniecała jego ciekawość, jednak nie wydawała mu się istotna, drugi zaś cel, oczyszczanie i poprawianie samego siebie, mało go zajmował, albowiem w tej chwili czuł z roz­koszą, że już się całkowicie poprawił z dawnych błędów i gotów jest czynić tylko dobro.

Po upływie pół godziny retor wrócił, by przekazać poszukującemu owe siedem cnót, które odpowiadają siedmiu stopniom świątyni Salomona i które powinien w sobie kształtować każdy mason. Cnoty te były: 1) skromność, zachowanie tajemnicy zakonu, 2) posłu­szeństwo piastującemu wyższe urzędy w zakonie, 3) obyczajność, 4) miłość ludzkości, 5) męstwo, 6) hoj­ność i 7) miłość śmierci.

— Co do siódmej — to staraj się — oświadczył retor — częstym myśleniem o śmierci dojść do tego, żeby śmierć nie wydawała ci się już strasznym wro­giem, lecz przyjacielem… który duszę udręczoną w tru­dach cnoty uwalnia od niedoli życia doczesnego, aby ją zaprowadzić na miejsce nagrody i spokoju.

„Tak, tak właśnie być powinno — myślał Pierre, kiedy po tych słowach retor znowu go opuścił i pozostawił samotnym rozmyślaniom. — Tak być powinno, lecz jeszcze jestem tak słaby, że kocham swe życie, którego sens dopiero teraz po trochu przede mną się odsłania.” Lecz pozostałe pięć cnót, które przypominając sobie Pierre wyliczał na palcach, czuł w swej duszy: i męstwo, i hojność, i obyczaj­ność, i miłość ludzkości, a szczególnie posłuszeństwo, które nawet nie wydawało mu się cnotą, lecz szczęściem. (Z radością teraz wyzbędzie się własnej samowoli i podporządkuje swą wolę temu i tym, którzy znali niewątpliwą prawdę.) Jaka była siódma cnota, Pierre zapomniał i w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć.

Za trzecim razem retor wrócił prędzej i zapytał Pierre’a, czy ciągle jeszcze trwa mocno przy swym zamiarze i czy jest zdecydowany poddać się wszyst­kiemu, czego od niego zażąda.

—  Jestem gotów na wszystko — oświadczył Pier­re.

—  Muszę ci jeszcze oznajmić — rzekł retor — że nasz zakon wykłada swą naukę nie słowami jedynie, ale i za pomocą innych sposobów, które na prawdzi­wego poszukiwacza mądrości i cnoty działają być może nawet silniej aniżeli tylko słowne wyjaśnienia. Przybytek ów swym urządzeniem, które widzisz, ma wyjaśnić twemu sercu, jeśli jest ono szczere, więcej aniżeli słowa: być może i przy dalszej ceremonii przyjęcia zobaczysz podobny sposób objaśniania. Nasz zakon naśladuje starożytne stowarzyszenia, które swą naukę przedstawiały w hieroglifach.   Hieroglif — mówił retor — to nazwa jakiejś rzeczynie podlega­jącej zmysłom, a zawierającej właściwości podobne do właściwości rzeczy, którą hieroglif wyobraża.

Pierre bardzo dobrze wiedział, co to jest hieroglif, ale nie śmiał mówić. W milczeniu słuchał retora i domyślał się ze wszystkiego, że zaraz zaczną się próby.

— Jeśliś zdecydowany, to winienem przystąpić do wtajemniczenia cię — rzekł retor i bliżej podszedł do Pierre’a. — Na dowód hojności proszę mi oddać wszystko, co masz cennego.

—  Ależ ja nic ze sobą nie mam — rzekł Pierre, sądząc, że żąda się od niego oddania wszystkiego, co posiada.

—  To, co masz przy sobie: zegarek, pieniądze, pier­ścienie…

Pierre pośpiesznie wydobył sakiewkę, zegarek i długo nie mógł zdjąć obrączki z tłustego palca. Kie­dy to zostało uczynione, mason rzekł:

—  Na dowód posłuszeństwa proszę się rozebrać. — Pierre zdjął frak, kamizelkę i lewy but — jak kazał mu retor. Mason odsłonił koszulę na jego lewej pier­si i pochyliwszy się uniósł nogawkę na jego lewej nodze aż po kolano. Pierre chciał pośpiesznie zdjąć i prawy but i zakasać pantalony, żeby uwolnić od tej fatygi nie znanego sobie człowieka, ale mason oświad­czył, że to niepotrzebne — i podał mu pantofel na lewą nogę. Pierre z uśmiechem dziecinnego zawsty­dzenia, zdziwienia i drwiny z siebie samego, mimo woli występującym na jego twarzy, z opuszczonymi rękami i rozstawionymi nogami stał przed bratem retorem i czekał na nowe rozkazy.

—  I wreszcie na dowód szczerości proszę, byś mi zdradził swą największą namiętność — rzekł retor.

—  Moja namiętność! Miałem ich tak wiele — powiedział Pierre.

—  Tę namiętność, która bardziej niż inne nie po­zwala ci kroczyć drogą cnoty — powiedział mason.

Pierre milczał szukając.

„Wino? Obżarstwo? Bezczynność? Lenistwo? Po­rywczość? Złość? Kobiety?” — wyliczał w myśli swe ułomności, oceniał je i nie wiedział, której oddać pierwszeństwo.

— Kobiety — rzekł Pierre głosem cichym, ledwie dosłyszalnym. Mason nie poruszał się i długo nic nie mówił po tej odpowiedzi. Zbliżył się wreszcie do Pier­re’a, wziął chusteczkę leżącą na stole i znowu zawią­zał mu oczy.

— Powiadam ci po raz ostatni: zwróć całe swe ba­czenie na siebie samego, nałóż łańcuch na swe zmy­sły i szukaj szczęśliwości nie w namiętnościach, ale w swym sercu. Źródło szczęśliwości jest nie na zewnątrz, lecz wewnątrz nas…

Pierre już czuł w sobie owo odświeżające źródło szczęśliwości, które teraz przepełniło jego duszę ra­dością i wzruszeniem.

IV

Wkrótce potem do ciemnej kaplicy przyszedł po Pierre’a już nie poprzedni retor, lecz poręczyciel Willarski, którego poznał po głosie. Na nowe zapyta­nia o stałość jego postanowień Pierre odpowiadał:

— Tak, tak, zgadzam się — i z jasnym dziecięcym uśmiechem, z odsłoniętą tłustą piersią, krocząc nie­równo i bojaźliwie jedną nogą rozzutą i jedną obutą, poszedł naprzód, z przystawioną do piersi przez Willarskiego obnażoną szpadą. Z komnaty poprowadzono go korytarzami, skręcając tam i z powrotem, i wresz­cie przyprowadzono do drzwi loży. Willarski zakasz­lał, odpowiedziano mu po masońsku uderzeniami młotków i drzwi otworzyły się przed nim. Czyjś ba­sowy głos (Pierre ciągle miał oczy zawiązane) zadał mu pytanie, kim jest, gdzie, kiedy się urodził itd. Po­tem jeszcze raz gdzieś go zaprowadzono nie odwiązując mu oczu i podczas drogi mówiono mu alegorie o trudach jego podróży, o świętej przyjaźni, o przed­wiecznym Budowniczym świata, o męstwie, z jakim powinien znosić trudy i niebezpieczeństwa. Podczas tej drogi Pierre zauważył, że nazywano go to po­szukującym, to cierpiącym, to pragną­cym i przy tym różnie stukano młotkami i szpa­dami. W tym czasie gdy go prowadzono do jakiegoś przedmiotu, zauważył, że między jego przewodnikami powstał niepokój i zamieszanie. Słyszał, że otaczający go ludzie wszczęli między sobą spór i że jeden nalegał, by go poprowadzono po jakimś dywanie. Po­tem ujęto go za prawą rękę, położono ją na czymś, a lewą kazano mu przyłożyć cyrkiel do lewej piersi i zmuszono go, aby powtarzając słowa, które wygła­szał ktoś inny, złożył przysięgę na wierność prawom zakonu. Potem zgaszono świecę, zapalono spirytus, co Pierre rozpoznał po zapachu, i oznajmiono, że ujrzy Małe Światło. Zdjęto mu przewiązkę i w słabym świetle spirytusowego ognia Pierre jak we śnie ujrzał kilku ludzi w takich samych fartuchach jak i retor, którzy stali naprzeciw niego ze szpadami skierowa­nymi w jego pierś. Wśród nich stał człowiek w bia­łej zakrwawionej koszuli. Zobaczywszy to, Pierre podał się piersią naprzód na szpady, pragnąc, żeby wbiły się weń. Lecz szpady odsunęły się od niego i natychmiast zawiązano mu znowu oczy.

— Teraz widziałeś Małe Światło — rzekł do niego czyjś głos. Potem znowu zapalono świece, oznajmiono, że musi ujrzeć Wielkie Światło, i znowu zdjęto prze­paskę, i więcej niż dziesiątek głosów odezwał się na­gle: „Sic transit gloria mundi.”*

* Tak przemija sława świata.

Pierre jął po trochu przychodzić do siebie i przy­glądać się pokojowi, w którym przebywał, i znajdu­jącym się w nim ludziom. Wokół długiego stołu na­krytego czarnym obrusem siedziało dwunastu ludzi, wszyscy w takich samych strojach jak te, które wi­dział przedtem. Niektórych Pierre znał z petersbur­skiego towarzystwa. Na miejscu przewodniczącego siedział nieznajomy młody człowiek z osobliwym krzy­żem na szyi. Po prawej ręce siedział Włoch-abbé, któ­rego dwa lata temu Pierre widział u Anny Pawłowny. Był tu jeszcze pewien nader ważny dygnitarz i Szwajcar-guwerner, który uczył przedtem u Kuraginów. Wszyscy milczeli uroczyście, słuchając słów przewodniczącego, który trzymał w ręku młotek. W ścianę była wprawiona gorejąca gwiazda; z jednej strony stołu znajdował się niewielki dywan z różny­mi figurami, z drugiej coś w rodzaju ołtarza z Ewan­gelią i czaszką. Wokół stołu stało siedem dużych świe­czników jak gdyby cerkiewnych. Dwaj bracia pod­prowadzili Pierre’a do ołtarza, rozstawili mu nogi pod kątem prostym i kazali się położyć, mówiąc, że pada u wrót świątyni.

—  Powinien otrzymać przedtem kielnię — rzekł szeptem jeden z braci.

—  Ach! dość, jeśli łaska — rzekł inny.

Pierre, nie usłuchawszy, roztargnionymi krótko­wzrocznymi oczami rozejrzał się wokół i nagle opadły go wątpliwości: „Gdzie jestem? Co robię? Czy się zemnie nie naigrawają? Czy nie będę się wstydził wspo­mnieć o tym?” Lecz jego wątpliwości trwały tylko mgnienie. Pierre spojrzał na poważne twarze otacza­jących go ludzi, przypomniał sobie wszystko, co już był przeszedł, i zrozumiał, że nie można się zatrzymać w połowie drogi. Przeraziło go własne zwątpienie i usiłując wywołać w sobie poprzednie uczucie rzew­ności padł u wrót świątyni. Istotnie, spłynęło nań uczu­cie jeszcze silniejszego rozrzewnienia niż przedtem. Kiedy przeleżał pewien czas, kazano mu wstać i wło­żono na niego taki sam biały skórzany fartuch, jaki mieli na sobie inni, dano mu w rękę kielnię i trzy pa­ry rękawiczek i wówczas zwrócił się do niego wielki mistrz. Powiedział, żeby się starał niczym nie zbrukać bieli tego fartucha, który wyobraża moc i nieskazitelność; potem o nie objaśnionej kielni powiedział, że­by starał się nią oczyszczać swe serce z grzechów, a serce bliźniego pobłażliwie nią wygładzać. Następ­nie o pierwszej parze męskich rękawiczek powiedział, że Pierre nie może poznać ich znaczenia, ale że powi­nien ich strzec, o drugiej parze męskich rękawiczek powiedział, że powinien je wkładać na zebraniach, i wreszcie o trzeciej parze rękawiczek, damskich, po­wiedział:

—  Ukochany bracie, dano ci i te niewieście ręka­wiczki. Oddaj je kobiecie, którą będziesz czcił więcej od innych. Tym podarkiem przekonasz o nieskazitelności swego serca tę, którą wybierzesz sobie na godną wolnomularkę. — Milczał przez czas pewien, a po­tem dodał: — Jednak strzeż, ukochany bracie, by te rękawiczki nie zdobiły rąk nieczystych. — Pierre’owi się wydało, że kiedy wielki mistrz wypowiedział te ostatnie słowa, przewodniczący zmieszał się. Pierre zmieszał się jeszcze bardziej, poczerwieniał aż do łez, jak czerwienią się dzieci, zaczął się oglądać niespo­kojnie; zapadło kłopotliwe milczenie.

Milczenie owo przerwał jeden z braci, który pod­prowadził Pierre’a do dywanu i ją czytać z zeszytu objaśnienia wszystkich figur wyobrażonych na nim: słońca, księżyca, młotka, pionu, kielni, kamienia zwy­kłego i ociosanego, graniastosłupa, trzech okien itd. Następnie wyznaczono Pierre’owi miejsce, pokazano znaki loży, wymieniono hasło i wreszcie pozwolono mu usiąść. Wielki mistrz zaczął czytać statut. Statut był bardzo długi. Pierre z radości, wzruszenia i wsty­du nie był w stanie pojąć tego, co czytano. Przysłu­chał się tylko ostatnim słowom statutu i zapamiętał je.

— „W przybytkach naszych nieznane są inne stop­nie — czytał wielki mistrz — prócz tych, które się znajdują między cnotą i występkiem. Strzeż się robić jakieś wyróżnienie, które by mogło naruszyć równość. Biegnij na pomoc bratu, kimkolwiek on byłby, poucz błądzącego, podtrzymaj upadającego i nie żyw nigdy gniewu ani złości przeciwko bratu. Bądź życzliwy i uprzejmy. We wszystkich sercach wzniecaj ogień cno­ty. Podzielaj szczęście bliźniego swego, niech zawiść nigdy nie zamąci tej czystej rozkoszy.

Przebacz wrogowi swemu, nie mścij się, chyba jeno czyniąc mu dobro. Wypełniwszy w ten sposób naj­wyższe prawo, odnajdziesz ślady dawnego majestatu, któryś był utracił” — skończył i wstawszy objął Pier­re’a i pocałował go.

Ze łzami radości w oczach Pierre rozglądał się do­okoła siebie, nie wiedział, co odpowiadać na gratulacje i odnawianie znajomości z tymi, którzy go otaczali. Nie uznawał tu żadnych znajomości; w tych wszyst­kich ludziach widział tylko braci i płonął niecierpli­wością, by wraz z nimi zabrać się do dzieła.

Wielki mistrz uderzył młotkiem, wszyscy siedli na swych miejscach, a jeden z nich wygłosił naukę o ko­nieczności pokory.

Wielki mistrz zaproponował wypełnienie ostatnie­go obowiązku i poważny dygnitarz, który nosił nazwę jałmużnika, jął obchodzić braci. Pierre pragnął wpisać na listę jałmużnika wszystkie pieniądze, jakie miał, ale obawiał się, by tym nie okazać pychy, zapisał więc tyle, ile zapisywali inni.

Zebranie skończyło się, a gdy Pierre wrócił do do­mu, zdawało mu się, że przyjechał z jakiejś dalekiej podróży, w której spędził dziesiątki lat, zmienił się całkowicie i odstąpił od dawnego trybu życia i od dawnych nawyków.


Przełożył: Andrzej Stawar

Przegląd treści podług rozdziałów*

* Wg wyd. Bibl. russk. romana, L. N. Tołstoj, „Wojna i mir”, t. I – II; III – IV. Gosudarstwiennoje Izdatielstwo Chudożestwiennoj Litieratury, Moskwa 1949.  

Grażyna Sidorczuk-Uszyńska – Piszącemu o siemiatyckich Żydach w II wojnie światowej… „Siemiatycki Kurier Samorządowy” nr 2/93, 10 stycznia 2006 r.

Wszystkim znane są zasługi pana Ignacego Gilewskiego, a jeżeli nie to odsyłam do artykułu pt „Siemiatycki pozytywista” zamieszczonego w „Głosie Siemiatycz” z dn. 4.I.2006 r.

Bardzo dobrze, że redakcja pisma pamiętała o 120 rocznicy Jego urodzin drukując ten artykuł. Przykro jednak, że „Siemiatycki Kurier” o niej nie pamiętał, a na ironię zamieścił wypowiedź prasową „Siemiatyccy Żydzi w II Wojnie Światowej”, autorstwa Tomasza Kassiana szkalującą postać pana I. Gilewskiego – jednego z najwybitniejszych mieszkańców naszego miasta.

Wypowiedź ta jest zlepkiem nieuporządkowanych myśli, wyrwanych z kontekstu informacji, a przy tym napisana bardzo niepoprawnym językiem z błędami ortograficznymi. Cytując jakieś fragmenty autor stara się ustosunkować do zawartych w nich informacji. Czyni to bardzo nieudolnie. Z treści wypowiedzi wyłania się fałszywy obraz sytuacji jaka zapanowała w Siemiatyczach po wkroczeniu Niemców w 1941 r.

Np. autor pisze o Niemcach, że „Zostali powitani przez „większość miejscowej ludności polskiej” kwiatami i okrzykami „Niech żyją wyzwoliciele!”. Informację tę piszący pozostawia bez komentarza. Z tego wynika, że autor artykułu nie zna historii, bo gdyby znał to wiedziałby dlaczego tak się działo.

W dalszej części autor pisze: „Tego i następnego dnia jacyś Niemcy – nie wiadomo, czy z miejscowego posterunku, czy też z przyjezdnego komanda – przeprowadzili typową akcję pacyfikacyjną” co świadczy, że inicjatorami akcji przeciw Żydom nie była ludność polska. Wymienieni w dalszej części artykułu „Polacy: Janek Malinowski, szofer Józef i inni…” to ludzie z tzw. marginesu społecznego co potwierdzają żyjący jeszcze świadkowie zdarzeń. Wspomnienie „miejscowej inteligencji na czele z nauczycielem Gilewskim” i wymienienie Jego nazwiska obok wyżej wymienionych jest godne najwyższego napiętnowania!

Autor bezmyślnie cytuje wypowiedzi Żydów, którzy nie lubili mądrych, przedsiębiorczych Polaków będących przed wojną zagrożeniem dla ich interesów.

Pan Gilewski był właścicielem księgarni w Siemiatyczach, współzałożycielem i członkiem zarządu banku udzielającego tanich kredytów okolicznej ludności, przez co ukrócił żydowską lichwę. Również prężnie rozwijająca się siemiatycka Spółdzielnia Mleczarska, której I. Gilewski był współzałożycielem stanowiła konkurencję dla prywatnych mleczarni żydowskich istniejących w okolicznych wsiach. Chcąc pisać o stosunkach polsko-żydowskich w Siemiatyczach należało skontaktować się z żyjącymi jeszcze (na szczęście!!!) ludźmi, którzy pamiętają tamte czasy i doskonale znali pana Gilewskiego oraz innych przedstawicieli miejscowej inteligencji.

Pan Ignacy Gilewski był nauczycielem i wychowawcą moich rodziców. W naszym domu istnieje kult tej Osoby. Ojciec już nie żyje, ale Mama wspomina Go jako człowieka delikatnego, który absolutnie nie był antysemitą, wręcz przeciwnie był niezwykle tolerancyjny i wrażliwy.

Szargając dobre imię pana Gilewskiego, niszczy się wszystkie wartości, których jest on symbolem i do których odwołują się nauczyciele w procesie wychowawczym młodzieży. Nie wolno tego robić! Informacje takie jak w w/w artykule krzywdzą człowieka i wyrządzają szkodę szkole, młodzieży i miejscowemu społeczeństwu. Jeżeli publicznie oskarża się kogoś o zbrodnię, to trzeba to oprzeć na bardzo wnikliwie sprawdzonych dowodach i wiarygodnych dokumentach. Nie czyniąc tego, autor bezkrytycznie przepisuje fragmenty tendencyjnych opracowań.

Nie zamierzam uczyć piszącego historii, na to był czas w szkole, ale apeluję o krytyczne badanie źródeł, z których korzysta. Człowiek, który chce zaprezentować historyczny punkt widzenia na jakiś temat, powinien dogłębnie przeanalizować wszystkie możliwe źródła historyczne z relacjami naocznych światków włącznie.

Popełniony błąd składam na karby młodości. Jeszcze kilka słów o tytule artykułu. II wojna światowa trwała prawie 6 lat. Przełom czerwca i lipca 1941 r. to tylko epizod w ciągu długiego i tragicznego okresu w dziejach naszego narodu. Może autor zainteresowałby się „działalnością” siemiatyckich Żydów w okresie okupacji sowieckiej (1939-41) albo spróbować odszukać ludzi (lub ich dzieci), którzy z narażeniem życia ukrywali ich przed Niemcami w następnych latach (1941-44). Bez pomocy Polaków cytowany przez piszącego artykuł Kejles też by nie przeżył.

Mam nadzieję, że autor wyciągnie właściwe wnioski i uwagi przyjmie życzliwie.

Grażyna Sidorczuk-Uszyńska


„Głos Siemiatycz” nr 3/553, 18 I 2006 r.

Redakcyjna poczta

Nie zapomnieć o Ignacym Gilewskim” – list

Cicho, bez większego oddźwięku, w październiku 2005 roku minęła 50 rocznica śmierci Ignacego Gilewskiego. Nie pamiętały o rocznicy instytucje, które Jemu zawdzięczają powstanie. Nie pamiętało o tym również Towarzystwo Przyjaciół Siemiatycz – instytucja, jak można sądzić, powołana m.in. do tego, by przypominać o ważnych wydarzeniach z historii naszego miasta.

Podobnie umknęłaby 120 rocznica (4 stycznia) urodzin tego siemiatyczanina z wyboru – wspaniałego człowieka i pedagoga oraz wielkiego społecznika, który dla rozwoju naszego miasta zrobił tak dużo. Pamiętała o tej rocznicy grupa absolwentów LO, która zamówiła mszę świętą za spokój duszy ŚP. Ignacego Gilewskiego i innych nauczycieli pracujących w Siemiatyczach w okresie międzywojennym. Msza odprawiona została podczas uroczystej pasterki 24 grudnia.

Oprócz tego młodzież licealna pod kierunkiem nauczycielki historii, Grażyny Uszyńskiej, wykonała gazetkę okolicznościową przypominającą postać pana I. Gilewskiego oraz złożyła kwiaty i zapaliła znicze na grobie budowniczego szkoły i pod pamiątkowym kamieniem stojącym przed budynkiem szkolnym.

Dobrze też, że na łamach „Głosu Siemiatycz” ukazał się też artykuł przypominający Jego postać.

/personalia autorki do wiadomości redakcji/

Stanisław Wyrzykowski – „Struktura Intelektu” [recenzja] „Kurier Siemiatycki” nr 11/102, 14 marca 2006 r.

„STRUKTURA INTELEKTU. Wstęp do niekonwencjonalnej teo­rii poznania.” – jest to książka po­myślana i napisana przez autora mieszkającego od dwudziestu kilku lat w Siemiatyczach. Z wykształce­nia jest lekarzem rehabilitacji, a więc tego zawodu i tej specjalności, któ­ra widzi nie tylko „fragmenty”, ale całego człowieka uwikłanego w problemy człowieczego i nie tyl­ko człowieczego świata.

Autor od niemal czterdziestu lat zajmuje się problematyką uwarun­kowań poznania, ponieważ jest przekonany, że dopóty nie zaistnie­je możliwość zbudowania popraw­nej teorii poznania, dopóki w spo­sób sensowny nie określi się zakre­su i rzetelnie nie zdefiniuje tych uwarunkowań.

Jest to truizm, ale jest również tak, że niemal wszyscy wiedzą – ale udają, że tego nie „widzą” – że na­uka, a w szczególności filozofia przełomu tysiącleci rozbiła się o be­tonową ścianę niemożności i nikt nie wie jak dokonać wyłomu w tej­że betonowej ścianie, albo jak przez nią „tunelować”. Od ponad siedem­dziesięciu lat nie zdarzyły się jakie­kolwiek nowe idee zmieniające „obraz” widzianego świata. Zastą­piły je mnożone w lawinowym tem­pie pojęcia puste, a sposób nimi żon­glowania stał się miarą intelektual­nej sprawności „kapłanów” nauki, jak również podziwu niewiele rozumiejących „profanów”. Dotyczy to w szczególności cząstkowych fi­lozofii opartych o „paradygmat” za­wężony do (wątpliwych jak na ra­zie) rezultatów tylko jednej z dzie­dzin nauki – choćby takich jak fizy­ka teoretyczna mikrokosmosu, ko­smologia, biologia molekularna, teo­ria zmienności itd. Dywagacje pro­wadzone w tych obszarach już daw­no przekroczyły baśniowy wymiar, a biblijna „wieża Babel” staje się powoli jedynie cichutką przy­grywką dla współczesnego „pomie­szania języków”. Tymczasem od­powiedzi na nie zawsze poprawnie stawiane pytania fundamentalne są tak samo daleko, jak daleko były przed kilkoma tysiącami lat.

Autor jest prze­świadczony o tym, że stworzył spójny system uwarunkowań pozna­nia, w obręb którego da się wpisać strukturalizację ożywienia, kreację intelektu operacyjnego w obrębie struktur oży­wionych, świadomość jako sposób na rozumie­nie tego intelektu, jak również historię uczło­wieczenia powtórzoną każdorazowo w ontogenezie każdego człowie­czego osobnika – histo­rię opowiedzianą języ­kiem poprawnie zdefi­niowanej teorii zmien­ności. Wyjście poza klasyczny opis dało mu możność głębszego rozumienia genetyki, jak również moż­ność ustanowienia postulatu, że życie jest stanem najbardziej praw­dopodobnym i jest wpisane w spo­sób istnienia tego – CO JEST. Zde­finiował człowieczeństwo rzeczywi­ste i zlokalizował nas ludzi nie tyl­ko w obrębie struktur ożywionych, ale również w obrębie szeroko ro­zumianego kosmosu. Wskazał na istotę uwarunkowania wierzeń i re­ligii oraz podał „przepis” na kreację systemów totalitarnych. Zdawał so­bie wszak sprawę z tego, że dopóki nie odpowie na pytania: kim jeste­śmy? – skąd przyszliśmy? – i dokąd zmierzamy? – wszelkie rozważania i uogólnienia tracą jakikolwiek sens.

Jest również przeświadczony o tym, że wcześniej czy później stworzony przeze niego system „przebije” się nie tylko do uczonych akademickich głów a filozofia (nie matematyka i zmatematyzowane systemy dociekań) odzyska swój dawny blask królowej poznania. Autor zdaje sobie sprawę z tego, że brzmi to niezwykle arogancko, szczególnie dlatego, że mówi to człowiek nie należący do oficjalne­go, akademickiego kręgu. Miejmy nadzieję, że tak jest lepiej, ponieważ zdarzały się przypadki (a jest ich więcej niż mniej), że najbardziej istotne idee do systemu myślenia o naturze TEGO CO JEST, wpro­wadzali ludzie spoza oficjalnego kręgu klasycznej nauki.

Więcej informacji zamieszcza autor na stronie internetowej: www.wyrzykowski.host.sk

Opracowanie redakcji „Ku­riera” na podstawie wywiadu z au­torem „Struktury”

„Pan Cogito ma kłopoty z demokracją” – Wojciech Wencel [„Granice rozumu” – Nowe Państwo, 1999 nr 35]

Najgorliwszymi wyznawcami bóstwa demokracji nieprzypadkowo oka­zali się w Polsce intelektualiści. „Normalni ludzie” zachowali w ciągu minio­nych dziesięciu lat znacznie więcej umiaru. Oczywiście, chętnie korzystali z organizacyjnych walorów demokracji i cieszyli się świeżo odzyskaną wol­nością, ale rzadko decydowali się na udział w budowie nowych ołtarzy; w przeciwieństwie do literatów i myślicieli, z których zdecydowana więk­szość podążyła za medialnym feretronem Adama Michnika. Działania Michnika i innych polityków dzisiejszej Unii Wolności szybko doprowadziły do ustalenia liberalnego kanonu, który umocnił się w latach dziewięćdziesią­tych. Niektórzy spośród tych działaczy już przed 1989 rokiem zdawali so­bie sprawę, że gra nie toczy się wyłącznie o odzyskanie niepodległości pań­stwa, ale również o kształt polskiej kultury. Dostrzegając wagę kulturowego zaplecza dla przyszłej działalności politycznej, potrafili oni przyciągnąćdo siebie uprawiających „etykę bez kodeksu” intelektualistów. Czołowi pisarze, filozofowie czy filmowcy, idąc po linii najmniejszego oporu, wybrali po pro­stu ideologię, która była w stanie zabezpieczyć ich wygodne wyobrażenia „wolności twórczej” i „rozluźnionej” etyki oraz pozycję niepodważalnych autorytetów społecznych. W połączeniu z misyjną pasją Adama Michnika, obawiającego się o „islamizację” Polski, zaowocowało to wielkim sojuszem mądrościowo-politycznym funkcjonującym w mediach. I tak Gazeta Wybor­cza, największy dziennik w kraju, stała się oświeceniową trybuną bóstwa de­mokracji. Sam termin „demokracja” został, rzecz jasna, należycie zinterpre­towany, a dokonana przez sojusz interpretacja natychmiast zastygła w dogmat. Adam Michnik, jako wytrawny architekt kultury (kto wie, może nawet na miarę Jakuba Bermana), mógł przystąpić do walki z „Ciemnogro­dem” i „endecją”, czyli do Wielkiej Nie Tylko Świątecznej Akcji Oczyszcza­nia Polski z Brudów. Zajął się tym z podwójną przyjemnością, ponieważ to właśnie po stronie „endeckiej” działali ludzie wzywający do lustracji i dekomunizacji, a więc rzucający cień na — potwierdzone bruderszaftem z Jaruzelskim — marzenie Michnika o miłosnym współistnieniu katów i ofiar. Na łamach Gazety Wyborczej ten osobliwy dyktat intelektualistów zwrócił się między innymi przeciwko dobremu imieniu dwóch wielkich poetów: Zbi­gniewa Herberta i Jarosława Marka Rymkiewicza.

Na przypomnienie zasługują zwłaszcza zdradzające obsesję ataki na Herberta. W 1992 roku autor Pana Cogito podpisał oświadczenie redakcji i współpracowników krakowskiej Arki przeciwko storpedowaniu lustracji wprowadzanej przez rząd Jana Olszewskiego, zaś w latach 1994-1995 opu­blikował na łamach Tygodnika Solidarność szereg wypowiedzi kwestionują­cych strategię swych dawnych przyjaciół z kręgu Unii Wolności. W nume­rze z 11 listopada 1994 Herbert wyznał: „Wielu z nas sądziło, że po 1989 roku, choć nie zbudujemy od razu raju na ziemi, to przynajmniej otrząśniemy się z dawnego kłamstwa. Nie było to możliwe, ponieważ ludzie elit, tłu­maczący swe dawne postawy ukąszeniem heglowskim (według mnie, było to raczej ukąszenie Bermanem), nie stworzyli języka prawdy. […] Za to za­tarcie różnic [między okupacją komunistyczną a okresem po 1989 roku — przypis W. W.] odpowiedzialne są nie tylko nowe elity, ale te dawno utwo­rzone. Ich hierarchia utrzymuje się do dziś. Są to elity zawodowe, nawet po śmierci: elity trupów”.

Między innymi to zdanie zostało przytoczone w głośnym tekście, opu­blikowanym przez Gazetę Wyborczą w odpowiedzi na zarzuty Herberta w marcu 1995 roku. Tytuł artykułu Marka Beylina — Pan Cogito ma kłopot z demokracją — nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Beylin zakwestiono­wał przede wszystkim reprezentowaną przez Herberta „polską tradycję he­roiczną”. Zdaniem publicysty, herbertowska niezłomność, która miała sens w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, w warunkach demokracji jest bardzo niebezpieczna, ponieważ prowadzi do „pogardy kompromi­sów”. Beylin wzorowo spełnił zadanie rzecznika sojuszu, przemawiając w imieniu demokracji, oczywiście w dogmatycznej interpretacji Gazety Wy­borczej:„Historia Polski wyrwała się z zaklętego koła […] radykalnych wy­borów. Jej nowego oblicza nie tworzą już skrajności, lecz to, co zawiera się między skrajnościami: umiar, kompromis, reguły życia codziennego. Jed­nak w tej radykalnej tradycji heroicznej, tradycji herbertowskiej, owo »między« należy do kręgu zdrady i konformizmu”.

Skrajności to wierność prawdzie, uczciwość, honor. Umiar i kompromis to przyjaźń z Czesiem Kiszczakiem, tropienie „faszystów” (takich jak Woj­ciech Cejrowski) i Ciemnogrodu. W demokracji zinterpretowanej przez Ga­zetę Wyborczą nie ma miejsca na zdecydowane wybory, ponieważ nie istnieje wyraźne dobro i zło. „Wszelkie skrajności” kończą się totalitaryzmami.

Marek Beylin nie był pierwszym członkiem sojuszu, który piętnując Herberta, „żegnał się z tradycją, żegnał się z młodością”. Przed nim zabrał głos guru „wyluzowanych” intelektualistów i dawny przyjaciel poety, Adam Michnik — „klasyczny przykład kariery komunistycznego Dyzmy”, jak określił go w Tygodniku Solidarność autor Barbarzyńcy w ogrodzie. Już w 1981 roku, w opublikowanym na łamach Krytyki wywiadzie-rozmowie Michnika z Herbertem uwidoczniła się aksjologiczna przepaść dzieląca obu autorów. Herbert głosił wówczas z pełnym przekonaniem: „Wrogiem kul­tury numer jeden nie jest cenzura, ale nihilizm. To znaczy: może być tak, może być inaczej, nic nie wiadomo, wszystko… tu następuje ordynarne sło­wo. To jest nie tyle filozofia, co stan duchowego rozkładu, zniewolenia i ab­solutna akceptacja wszystkiego, co może się zdarzyć, a także zgoda na za­dawanie cierpienia innym, bo i tak wszystko jest nicością, wszystko jest ludzkimi zwłokami rozkładającymi się w końcu”.

Po publikacjach Herberta w Tygodniku Solidarność Michnik kilkakrot­nie powtórzył w wywiadach telewizyjnych uzgodnioną z Beylinem tezę o „kłopotach z demokracją”. W swojej bodaj najgłośniejszej wypowiedzi stwierdził, że słowa Herberta z Przesłania Pana Cogito:„niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda/ dla szpiclów katów tchórzy” nie są już dziś aktualne. Spór Michnika z autorem Elegii na odejście stał się jednym z naj­bardziej symptomatycznych zjawisk w polskiej kulturze lat dziewięćdzie­siątych. Dokonany przez Herberta wybór odpowiedzialności i niezmien­nych wartości etycznych spotkał się ze strony Gazety Wyborczej oraz większości intelektualistów z szyderstwami, plwocinami, oskarżeniami o łamanie zasad demokracji, a także niezbyt wyszukanymi insynuacjami na temat choroby psychicznej. W ten sposób od lat rozwiązuje się w Polsce problemy z ludźmi, którzy starają się żyć i działać w zgodzie z prawdą. Dla­czego los polityków i publicystów nie miałby stać się udziałem poety? Zwłaszcza, że nad strategią czuwa mądra głowa Adama Michnika.

W bardzo ważnym dla polskiej kultury wywiadzie, udzielonym w 1998 roku krakowskim ArcanomTomasz Burek, kolejny po Herbercie „niepoprawny” intelektualista, wyznał: „Adam Michnik był człowiekiem bliskim mi jeszcze w stanie wojennym. Moje rozejście z nim nastąpiło w okolicach roku 1990, kiedy spytał mnie w jakiejś rzadkiej już między nami rozmowie, czego się boję. Odpowiedziałem, że komunizmu, na co on mnie wyśmiał, mówiąc, że tego nie ma i nigdy nie będzie. Dokładnie nie umiałem mu tego wytłumaczyć, bo system leciał istotnie w gruzy, ale bałem się mentalności komunistycznej, tego peerelu, który schodził wówczas na inną płaszczyznę, po którym pozostały mniej lub bardziej zakamuflowane układy interesów, postawy, poglądy i ludzie, wciąż operatywni, funkcjonujący we wszystkich środowiskach. Odczuwałem wówczas wielki niepokój, że to jeszcze nie ko­niec, że będziemy mieli z tym jeszcze wielkie kłopoty. Michnik powiedział, że dla niego głównym zagrożeniem jest nacjonalizm, ksenofobia, więc wszy­stkie polskie strachy” (Dogrywki starych partii, Arcana 1998 nr 2).

Wojciech Wencel – Zamieszkać w katedrze – szkice o kulturze i literaturze, Warszawa – Ząbki 1999 r.