PIERWSZY wirus na PC [‚Brain’] – Gerard Arfield [PC Format nr 3 / 2021]

Brain – tego wirusa można było bardzo prosto oszukać umieszczając w odpowiednim segmencie sektora rozruchowego jego widoczną na screenie „sygnaturkę” Po jej znalezieniu Brain nie infekował takiej dyskietki.

Dziś mato kto pamięta stare, dobre czasy, kiedy użytkownik peceta nie musiał przejmować się groźbą zainfekowania swego komputera przez malware. I nic w tym dziwnego, bo pierwszy pecetowy wirus pojawił się w roku 1986.

Welcome to the Dungeon © 1986 Basit & Amjads(pvt), BRRIN COMPUTER SERVICES 730NIZAM

BLOCKALLAMAIQBALTOWN LAHORE – PAKISTAN PHONE: 430791, 443248, 280530, Beware of this VIRUS…. Contact us for vaccination…

W powyższy sposób właśnie użytkownicy dowiadywali się, że ich komputer został zainfekowany przez wirus komputerowy. A gdy w panice dzwonili pod wskazany numer, łączyli się z niezbyt dobrze mówiącym po angielsku młodym, sądząc po głosie, Pakistańczykiem, Amjadem Farooqiem Alvim, twórcą Braina. Ten zaś z wyraźnym zakłopotaniem wyjaśniał, że wbrew temu, co napisano w komunikacie, nie istnieje szczepionka lecząca zainfekowane maszyny. Ale uspokajał, żeby nie wpadać panikę, bo wirus krzywdy nikomu nie zrobi.

Mózgowiec

Urodzony w 1962 twórca Braina był drugim z sześciorga dzieci Muhammada Farooqa Alviego. Jego ojciec był zamożnym lekarzem. Jako że Amjad wykazywał sporą inteligencję i smykałkę do techniki, ojciec wiązał z nim spore plany – marzyło mu się, że zostanie pilotem myśliwca. Aby wzmóc jego zainteresowania tym tematem na 10 urodziny kupił synowi dwie książki: jedną o samolotach oraz – z niejasnych powodów – poradnik początkującego elektronika. Ta druga pozycja wręcz zafascynowała Amjada. Tak więc, gdy jego kumple po szkole biegli na boisko, by grać w krykieta (ten sport jest dla Pakistańczyków sportem narodowym) lub oddawali się innym tego typu zajęciom, on siedział w domu i eksperymentował, montując np. prymitywne radioodbiorniki z części, które kupował w sklepach. Kilka miesięcy później skonstruował dla siebie i braci działające krótkofalówki, a mając niecałe 15 lat monofoniczny syntezator (od podstaw!).

Po szkole średniej, w 1980, zaczął studiować fizykę na Uniwersytecie w Pendżabie i tam zetknął się z komputerami. I była to miłość od pierwszego wejrzenia. Szybko kupił sobie ZX80 Sinclair w postaci zestawu do montażu i samodzielnie go złożył. A ponieważ coraz więcej osób w Pakistanie stawało się posiadaczami rozmaitych ośmiobitowców, Amjad wraz z dwoma braćmi otworzyli firmę zajmującą się naprawami tych komputerków. Nazwali ją Brain Computer Services. „Brain” pochodzi od przydomka Amjada, którego rodzeństwo zawsze uważało za „mózgowca”. To był strzał w dziesiątkę. Firma szybko zdobyła renomę wśród lokalnych dystrybutorów, stając się oficjalnym miejscem serwisowym wszystkich ówczesnych TRS-ów, Atari, Sinclairów i Commodore’ów. Bracia zarobili na tym spore pieniądze. Zainwestowali je w małą montownię kompurerów PC w Singapurze, wówczas mekki fanów taniej elektroniki. Zmontowane tam składaki sprzedwali w Pakistanie z solidnym zyskiem. Chętnych nie brakowało.

Nie kopiować, bo…

W międzyczasie Amjad nauczył się programowania na PC i okazało się, że z pisania programów również potrafił wycisnąć niezłe pieniądze. Pierwszą aplikacją, którą sprzedał, był konwerter jednostek dla jubilerów, którzy w kontaktach z klientami korzystali z tradycyjnych lokalnych jednostek miar, ale ich elektroniczne wagi wyskalowane były w systemie dziesiętnym. Po jakimś czasie, gdy już zyskał sławę dobrego programisty, zgłosiła się do niego jedna z agencji rządowych, która zamówiła aplikację do zarządzania bazą danych pacjentów szpitali. Przy czym złożono zamówienie na konkretną liczbę egzemplarzy i płacono „od sztuki”. Ale znający pakistańskie realia Amjad był pewien, że gdy tylko dostarczy owej agencji swój program, będzie on kopiowany „do oporu”, z czego nie będzie miał ani rupii. Postanowił się zabezpieczyć przed taką sytuacją. Dostarczył zamówioną partię dyskietek z programem, ale wyraźnie zaznaczył, aby ich nie powielać i nie udostępniać, bo mogą być z tego powodu problemy (patrz ramka „Prasa kłamie?”). Urzędnicy z powagą przytaknęli, kryjąc uśmiechy pod sumiastymi wąsami. Nie wiedzieli jednak, że wraz z zamówionym programem dostali gratisowo jeszcze jeden, liczący łącznie 3500 bajtów.

Brain

Był nim właśnie Brain. Pierwszy „szkodnik” na PC. Brain był wirusem sektora rozruchowego, ale atakował tylko dyskietki, gdyż nie potrafił zainfekować dysku twardego. Ładował się do komputera z zawirusowanej dyskietki, jeszcze przed wczytaniem do pamięci systemu operacyjnego. Kopiował oryginalny sektor rozruchowy, zapisując go na dyskietce i oznaczając ten sektor jako „uszkodzony” – podobnie jak sektory, na które wgrywał swój kod. Gdy jakiś program skanował dyskietkę, Brain przekierowywał go do tego „backupu” pierwszego sektora, dzięki czemu skaner nie znajdował niczego podejrzanego.

„W 1986 ten wirus był postrzegany jako wyrafinowany” – twierdzi jeden z amerykańskich specjalistów, prof. Eugene Howard Spafford. Ale w przeciwieństwie do późniejszego malwareu z założenia nie był złośliwy, nie niszczył danych, itd. Miał tylko wystraszyć użytkownika i zmusić go do kontaktu z twórcą, dzięki czemu ten wiedziałby, że ktoś nielegalnie skopiował jego oprogramowanie.

W praktyce wirus jednak nieco wymykał się spod kontroli, a także został szybko zmodyfikowany czy raczej „uzłośliwiony” przez innych programistów. Łącznie powstało około ośmiu takich mutacji – kolejne potrafiły już infekować HDD i nie zmieniały nazwy dyskietki na której się panoszyły, by nie alarmować użytkownika. W efekcie nieco jednak utrudniał pracę użytkownikom zawirusowanego komputera — głównie wydłużał czas dostępu do dyskietek, niekiedy do tego stopnia, że system interpretował to jako uszkodzenie nośnika. Wirus potrafił też niekontrolowanie rozmrażać się w pamięci peceta, spowalniać działanie komputera. No i infekował każdą włożona do napędu nową dyskietkę. Do tego szybko rozprzestrzenił się poza granice Pakistanu. Amjad wspomina, że pierwszy telefon, jaki otrzymał w sprawie Braina był… z Miami, w Stanach Zjednoczonych. Co w sumie nie było takie dziwne, bo przyjeżdżający do Pakistanu amerykańscy turyści namiętnie kupowali rozmaite, ogólnodostępne i tanie jak barszcz pirackie programy.

Dziedzictwo

Brain do roku 1989 zaraził ponad 100.000 komputerów w samych tylko Stanach Zjednoczonych. Znajdywano go też w terminalach sklepowych, bazujących na pecetach, w Hongkongu i komputerach osobistych w Australii. I stał się inspiracją nie tylko dla twórców kolejnych wirusów znacznie złośliwsiwh niż Brain, lecz także dla programistów, którzy zaczęli pisać programy wykrywające i zwalczające malware. Jeden z autorów wspomina: „udostępniłem go [program – przyp. autora] chętnym… a dwa tygodnie później miałem już milion użytkowników!”. Tak narodził się słynny McAfee, pierwszy komercyjny antywirus. ¶

Twórca Braina jest dziś szanowanym i zamożnym biznesmanom. Nigdy więcej nie napisał „złośliwego” programu. Tworzących złośliwy i destrukcyjny malware określa krótko: „to kryminaliści”.

[kaniec części drugiej]


#Sony rootkit!

Wśród twórców wirusów na PC jest też… końcem Sony. Zirytowany na użytkowników masowo kopiujących muzykę z płyt CD, Sony BMG „wzbogacił” w 2005 roku 22 miliony kompaktów CD z muzyką o dwa małe programy. Te po włożeniu płyty do czytnika komputera, samoczynnie i bez pytania o zgodę instalowały się, maskując przy tym swoją obecność. I tak modyfikowały system operacyjny, aby uniemożliwić albo utrudnić skopiowanie zawartości CD. Ponadto wysłały do Sony informacje o tym, czego dany meloman słuchał. Co więcej, nieustannie działały w tle, spowalniając komputer użytkownika, a stosowane przez nie procedury czasem doprowadzały do awarii systemu. Standardowe próby dezinstalacji „szkodników” mogły zakończyć się tym, że system operacyjny przestawał rozpoznawać zainstalowane dyski twarde. Krótko mówiąc, złośliwe aplikacje spełniały wszystkie definicje malware’u, a konkretnie rootkita. Do tego stopnia, że kilka dużych firm produkujących antywirusy zaktualizowało swe programy o „szczepionki” usuwające wspomniane oprogramowanie – de facto uznając je za złośliwe. Co więcej, firma Sony dopuściła się też plagiatu, gdyż w kodzie owych programów wykorzystano procedury zaczerpnięte z software’u, do których Sony nie miała praw autorskich.

Gdy sprawa wyszła na jaw, Sony na początek usiłowała zbagatelizować problem. Potem firma położyła uszy po sobie i szybko opublikowano deinstalator usuwający jeden z „dodatków”. Czym tylko dolała oliwy do ognia, bo okazało się, że program deinstalujący niczego w sumie nie usuwał, a tylko ujawniał obecność rootita w systemie. Co więcej, wprowadzał przy tym łatwo dostępne dla malware’u luki w systemie zabezpieczeń Windowsa! To, nawiasem mówiąc zaowocowało powstaniem kilku wirusów wykorzystujących te „dziury” do infekcji komputerów. Powiedzmy oględnie, że użytkownicy nie byli tym zachwyceni. Sony pośpiesznie opublikowała nową, poprawioną wersję programu odinstalowującego.

W końcu koncern, zagrożony konsumenckim pozwem zbiorowym zawarł ugodę, w efekcie której wypłacił nabywcom tak zabezpieczonych płyt kompensatę w wysokości 7,5 dolara za każdy CD. Zaoferował też wymianę nośnika na płytę bez zabezpieczeń lub na trzy inne płyty CD spośród umieszczonych na specjalnej liście oraz odszkodowanie (do 150 USD) dla każdego, kto udowodnił, że jego system został uszkodzony/zainfekowany malwre’em wskutek działania owych zabezpieczeń. Wycofał też z rynku wszystkie niesprzedane tak zabezpieczone płyty. Ugoda nakładała na Sony zakaz stosowania oprogramowania do ochrony treści, które instalowałoby się bez uzyskania zgody konsumenta.


Prasa kłamie?

Brain jako specyficzne zabezpieczenie antypirackie – tę wersję narodzin wirusa podał Amjad w wywiadzie, jaką udzielił czasopismu „Time” w 1987 roku. Tym samym nie wierzci w to, co piszą w Wikipeedii, że programista pisząc Braina chciał „sprawdzić zabezpieczenia systemu operacyjnego DOS w porównaniu z innymi konkurencyjnymi systemami (m.in. Unix i Sinix)”. Choć z drugiej strony, bracia nie mają najlepszych wspomnień związanych z tym wywiadem. „Cytowali nasze słowa wyrwane z kontekstu, wkładali nam w usta rzeczy, których nie powiedzieliśmy” – żalił się później jeden z nich. Trudno więc dzii dociec, gdzie tkwi prawda…

Czy wiesz, że…

> pierwszym wirusem działającym pod Windows był stworzony w 1992 Winver 1.4.

> w 2000 pojawił się wirus, na celowniku którego znalazły się dzieci. Jako wabik zastosowano bowiem załącznik z wizerunkiem popularnego pokemona. Z tego co wiadomo, działał też na dorosłych…

> istnieją robaki komputerowe, które co prawda infekują komputery, ale w zbożnym celu? Np. Welchia, znany też jako Nachi, wkrada się do maszyn wykorzystując jedną z dziur w systemie zabezpieczeń. Szkodnik próbuje pobrać i zainstalować łatkę usuwającą tę lukę, a ponadto przeszukuje system w zniszczyć Blastera – złośliwego robaka, który posługuje się tą samą luką w zabezpieczeniach.

> w roku 2003 pojawił się pierwszy wirus (a raczej robak) na telefony przenośne, czyli Cabir, atakujący aparaty z system Symbian. Po włączeniu zasilania na ekranach zarażonych nim urządzeń na ekranie pojawiał się — napis CARIBE, a sam wirus infekował kolejne telefony za pomocą transmisji przez łącze Bluetooth, rozsyłał się też w wiadomościach MMS.

> w 2007 wykryto wirusa Mocmex w… ramce na cyfrowe zdjęcia. Szkodnik zainfekował oprogramowanie wykorzystywane w urządzeniach do wyświetlania fotografii cyfrowych. Infekował też wszystkie nośniki które się do ramek podłączało i w ten sposób mógł zarazić zarazić komputer, z którego kopiowało się fotki do ramki. Nie był zbyt złośliwy, ot – zbierał hasła do gier online. Ale potrafił rozpoznać i zablokować działanie większości znanych programów antywirusowych.

> na nasze pecety czyha obecnie 500.000 odmian rozmaitego rodzaju wirusów, zwykle znacznie groźniejszych i dużo szkodliwszych niż Brain.

> w 2008 wykryto wirus nawet w laptopach na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Był to trojan W32.Gammima.

Antoni Nowicki – 30 rocznica śmierci – Jerzy Nowicki, „Głosu Siemiatycz – Kurier Podlaski” nr 16 / 2021 r.

Od początku istnienia „Głosu Siemiatycz” do dzisiaj, znaczącym elementem czasopisma były artykuły historyczne, kiedyś tworzone głównie na podstawie archiwów oraz zdjęć z prywatnych zbiorów Antoniego Nowickiego. Galeria zdjęć z Siemiatycz z okresu PRL stanowi najczęściej przeglądaną i komentowaną galerią na fanpage’u „Kuriera Podlaskiego – Głosu Siemiatycz”.

W tym roku 2 maja mija 30 rocznica śmieci Antoniego Nowickiego, a 18 czerwca będzie setna rocznica jego urodzin.

Urodził się 18 czerwca 1921 t., jako pierworodne dziecko Józefa Nowickiego i Anny z domu Bajeńskiej. Przed II wojną światową uczęszczał do gimnazjum w Drohiczynie, gdzie zrobił tzw. małą maturę. Dalszą naukę uniemożliwił wybuch wojny. Po aresztowaniu ojca przez Sowietów w styczniu 1940 r., ukrywał się z matką, młodszym rodzeństwem i babką we wsi Kiersnowo. Ojciec Józef został w tym czasie wywieziony przez Sowietów do twierdzy brzeskiej a potem do łagru.

Do Siemiatycz wrócił po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 r. Pod okupacją niemiecką zetknął się z fotografią i partyzantką. W zakładzie fotograficznym „Władysława Siemieniuka” (F. Miłkowskiego) był punkt kontaktowy AK. Miłkowski był łącznikiem w placówce Siemiatycze do dowódcy p.por. Aleksego Rutkiewicza ps. „Romb“, który w maju l943 r. odebrał od Antoniego przysięgi AK.

Już wtedy, w miarę możliwości, próbował dokumentować na fotografii rozmaite ważne wydarzenia. Kiedyś żołnierz niemiecki przyniósł mu negatyw do wywołania. Na zdjęciach był wykolejony pociąg, trupy żołnierzy, fragment walki. Zorientował się, że to zdjęcia z ostatniej akcji partyzantów. I zrobił podwójne odbitki – dla siebie i dla Niemca. Tak było potem wielokrotnie. Robił zdjęcia spalonego ratusza, zburzenia pomnika Kościuszki na Rynku. Część tej cennej dokumentacji, skrzętnie ukrywanej, przepadła w czasie wojny. Sporo z tego jednak w archiwum rodzinnym pozostało.

W 1944 r. brał udział w zbieraniu w okolicach Siemiatycz szczątków niemieckich rakiet V2.

Latem 1944 r. trzeba było pomagać przedostającej się przez lasy ze Wschodu części żołnierzy z wileńskich i nowogródzkich zgrupowań AK, ratujących się przed prześladowaniami oraz deportacją do ZSRR. Musieli być wyposażeni w fałszywe dokumenty. Wtedy, a także później, jeździł do zakonspirowanych miejsc w okolicznych lasach i robił partyzantom paszportowe zdjęcia na tle rozwieszonych na sosnach prześcieradeł. Nie uszło to uwadze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (UBP). Był kilka razy zatrzymany i torturowany w piwnicach, należącego wtedy do UBP, budynku przy ul. Pałacowej (róg Zaszkolnej).

Coraz mniej jest starszych siemintyczan, którzy pamiętają zakład „Foto – A. Nowicki” przy placu Wyzwolenia 5. Otworzył go tuż po wyzwoleniu Siemiatycz, 1 października 1944 r. Przez wiele lat Antoni Nowicki był jedynym fotografem w mieście.

Zakład fotograficzny był miejscem, do którego jedni przychodzili, aby po prostu zrobić sobie zdjęcie, a inni, aby porozmawiać o sprawach miasta i jego przeszłości. Tam całymi dniami przez lata przesiadywali różni siemiatyccy „dziwacy”. Można było tam często spotkać artystę plastyka Stefana Feista, kolportera książek i bibliofila Józefa Zawadzkiego czy Franciszka Miłkowskiego. Potem często bywał tam młody nauczyciel historii Mirosław Leszczak, malarz Ryszard Brzeski, rzeźbiarz Wieczysław Szum i inni. Odwiedzał zakład fotografa każdy, kto w owych czasach interesował się historią Siemiatycz.

Na własny sposób dokumentował życie miasta. Z tego powstało wyjątkowe archiwum publikacji, dokumentów i fotografii, w tym zbiór fotografii z Siemiatycz od początków XX wieku oraz własnych zdjęć powojennych. Gromadził wszystko, co dotyczyło w jakiś sposób miasta i jego historii. Wspierał wiedzą i źródłami studentów historii, a nawet doktorantów, którzy tworzyli prace na temat historii miasteczka.

Wtedy zrodziła się idea przygotowania bibliografii Siemiatycz, nad którą pracował, przez wiele lat, wydandj wiele lat po śmierci, w 2008 r.

W 1958 roku, wraz z Zygmuntem Wasilewskim, Edwardem Rycerzem, i Bronisławem Wielbutem i Antonim Konczerewiczem był wśród inicjatorów (i finasowych sponsorów) wydania – z wieloma kłopotami – pierwszej drukowanej monografii Siemiatycz autorstwa jego nauczyciela i przyjaciela Józefa Ignacego Gilowskiego, zmarłego w 1955 r. Przed śmiercią autor przekazał rękopis monografii właśnie Antoniemu. Fotografie zamieszczone w książce pochodzą z jego archiwum. Oficjalnym wydawcą było Liceum Ogólnokształcące w Siemiatyczach.

W 1973 roku znalazł się wśrod założycieli Towarzystwa Przyjaciół Siemiatycz i faktycznych inicjatorów nadania Siemiatyczom herbu w obecnym kształcie, nawiązującego do herbów historycznych władców miasta, nadania imienia księżny Anny Jabłonowskiej miejscowej bibliotece publicznej oraz wzniesienia pomnika Tadeusza Kościuszki na pamiątkę podobnego pomnika zburzonego przez Niemców.

W owym czasie został w wyróżniony m.in. medalem Zasłużony Białostocczyźnie.

Po wprowadzeniu stanu wojennego zakład „Fot – A Nowicki” był punktem kontaktowym solidarnościowego podziemia i kolportażu wydawnictw podziemnych. W jego ciemni fotograficznej powstało m.in. wiele fotokopii dokumentów, które stały się częścią archiwum służącego przygotowaniu w 1983 r. przemyconego na Zachód raportu podziemnego Komitetu Helsińskiego o sytuacji w Polsce pod rządami stanu wojennego. On sam, mimo nienajlepszego zdrowia, brał udział w Warszawie w 1983 r. w wielkiej nielegalnej demonstracji w rocznicę Porozumień Sierpniowych.

Niedługo przed śmiercią, w 1990 r. wspierał ideę powołania do życia czasopisma „Głos Siemiatycz”.

Kilka moich snów z ostatnich dwóch dni [31 V – VI 2021]

Obraz Józefa Charytona – malarza z Siemiatycz

Ostatnio postanowiłem spisywać swoje sny. Dawniej to intensywnie robiłem, lata temu, teraz zamierzam również poddać analizie swoją podświadomość. Przynajmniej w terapeutycznym zakresie.

31.05

Sen

Śniło mi się, że płynąłem jakąś drewnianą łajbą czy łódką z grupą osób po Nowym Jorku. Potem zobaczyłem, jakieś ogromne jezioro, zapytałem jakie to. Ktoś zarzucił mi niewiedzę, coś tam mówił, że powinienem wiedzieć. Po czym powiedział, że to rzeka Hudson. Teraz faktycznie zobaczyłem, że ta rzeka gdzieś tam wpływa. Płynęliśmy do Siemiatycz. Chyba. W pewnym momencie z łajby do rzeki, przypadkowo wypada mi z ręki telefon Redmi 4x, który ostatnio dostałem w prezencie. Strasznie się wkurwiam. Mówię na głos, że po co na tą jebaną wycieczkę się wybierałem. Ktoś jeszcze próbuje z rzeki coś wyciągnąć. Oczywiście z wody. Nie trafia jednak na telefon tylko na jakiś czarny notes. Dalej jestem na siebie zły, że telefonu nie trzymałem w plecaku, który miałem, tylko kurczowo w dłoniach. Może bałem się, że ktoś mi go z plecaka wyciągnie. Potem kapitan tej małej łajby, jakby dużej łódki na powiedzmy 10 osób, zaczyna przeglądać jakieś własne, bardzo stare albumy ze zdjęciami. Rodzinne czy inne. Mnie to już nic nie interesuje. Ciągle jestem na siebie zły, za tą niefrasobliwość związaną z telefonem.

Po przebudzeniu mam świadomość, że to tylko sen z cyklu horrory. Sięgam na krzesło, aby zobaczyć, czy jest tam telefon. Oczywiście był. Jestem już spokojny i na swój sposób szczęśliwy.

1.06

Gram w piłkę. Potem łykam jakiś bezbarwne, małe pigułki. I idę między wodą nad Bugiem. Tak jakby między mostem, lub pod mostem. Widzę ogromną wodę. Jest tam piękna blondynka. Idzie za mną z jakimś chłopakiem. Tym z którym grałem w piłkę nożną. Obracam się, bo idę pierwszy. Widzę jak w tafli wody pięknie odbijają się promienie słońca i fantastycznie rozświetlają, rzucają żółte wzory, na twarzy tej blondynki. Która jest młoda i piękna. Mówię jej to. Idziemy w stronę Wólki Nadburznej. Pewnie do Siemiatycz.

Drugi sen:

Pod sklepem Biedronka w Siemiatyczach, tej przy Tarasach, gdzieś obok przejścia dla pieszych zatrzymuje się furgonetka. Widzę, że to ekipa, gdzie ostatnio z nią pracowałem pod Mławą, przy kryciu obory blachą. Nie ma szefa, który mnie oszukał, i nie wypłacił wszyskiego. Jest tylko jakiś inny gruby pracownik. Idzie zrobić zakupy. Zostawia otwarty, tylny bagażnik. Wykorzystuję okazję. Ponieważ jest już zmierzch. Kradnę w ramach wyrównania długów, taką wiertarkę udarową do wiercenia ścian. I jakieś pudełko Makity. Potem sprawdzam co tam jest. Ale już jestem dalej. Przy sklepie Supersam. Nie chcę iść z tymi „fantami” do domu. Trochę się boję. To moja pierwsza tak zuchwała kradzież. Niosę walizkę za budynek MOPS-u. Tam otwieram ją na schodach. Jest tylko ładowarka do akumulatorów oraz jakiś dziwny wózek na kółkach, na którym jest ta ładowarka. Myślałem w śnie, że będzie tego więcej. Dalej nie wiem, co z tym zrobić. Myślę, że gdy to tam zostawię, to mnie również z tego kradzionego sprzętu okradną.

Trzeci sen:

Chodzę po jakimś nieznanym pokoju. Przeglądam porozrzucane w różnym miejscu książki. Przychodzi kolega Granat. Mówię mu, że mam jakąś dobrą książkę na temat miasteczka Sarnaki, do którego mam duży sentyment. Daję mu jedną z tych książek, oraz jakieś pozycje o tzw. agroturystyce, o które też się dopytuję. Pełnię jakby funkcję bibliotekarza. Nagle zrywa się wielki deszcz. Dach zaczyna bardzo mocno przeciekać. Strugi ulewy leją się na leżące np. na łóżku egzemplarze różnych książek. Jestem tym faktem lekko przerażony. Biorę jakieś dwie książki, chyba mej siostry. W śnie widzę ich tytuły. Są to: „Ponad To” Janusza Andermana lub raczej dramaturga Janusza Głowackiego. Fikcyjna, bo w rzeczywistości takiego tytułu nie wydał. Na okładce jest flaga „Solidarności”. Okładka jest lekko wyrobiona. Widać, że siostra ją intensywnie czytała. Druga książka to: „Imię i Ja”. Nie zwracam uwagi na autora. Sam poetycki tytuł mnie bardzo intryguje.

6.06

Śni mi się, że przeglądam zdjęcia mojej mamy. Duże archiwum, jest tam dużo zdjęć których nie widziałem. Są czarno-białe. Jest to na ganku w Mierzwicach. Chyba jakieś zabieram, ale znajduję dziesięć złotych, i idę z tą sumą gdzieś w kierunku Siemiatycz, pewnie po alkohol. Jedno zdjęcie przedstawia mamę odwróconą plecami do fotografa, patrzy gdzieś w dal. Bardzo mi się podoba. Jest symboliczne i po prosu piękne. Mówię do siebie, że taką ją chcę pamiętać.

8.06

Śni mi się siostra. Jesteśmy w Ustroniu. Tam gdzie prawie 5 lat mieszkałem. Pokój jest cały w książkach, muszę się wyprowadzać. Martwię się jak zabrać je wszystkie. Mam tylko plecak. Potem siostra mówi, że ktoś nam pomoże z tym się uporać. Jakiś Michał, którego nie znam wcale. Wybieram tylko te książki na których mi bardzo zależy. Nie pamiętam jednak, jakie są ich tytuły.

Żydzi z Siemiatycz [fragmenty „Pamiętników” Henryka Ciecierskiego z Bacik k. Siemiatycz], „Kurier Podlaski” 22 kwietnia, nr 15 / 2021 r.

Hersz Belkes

Hersz Belkes, bogaty siemiatycki właściciel fabryki kafli, brzozowych ćwieków do butów i szewskich kopyt, a prócz tego właściciel domu i składów w Warszawie – nie zawsze był wielki.

Pamiętam go jeszcze w 1888 roku, jak Żydzi mawiali „mizernym łapserdakiem, kapcanem”, który się zgodził u mnie z paroma jeszcze wspólnikami, do malowania w Słowiczynie drzwi, okien, wytapetowania pokoi itp. robót we dworze. Własnoręcznie wtedy Herszek pędzlem farbą chlapał i klajstrem paćkał po tapetach. Obdarł mnie wtenczas, niedoświadczonego młodzika, haniebnie.

Bawił się on także w owych czasach i drobniutkimi, lokalnymi dostawami, czego kto w śpiących wówczas, zapadłych Siemiatyczach potrzebował.

Raz na przykład dostarczył popu Hereminowiczowi trochę owsa i otrzymał od niego kwit na piętnaście rubli. Lecz że batiuszka nie wypisał należnej sumy literami, więc zmyślny Herszek, by go na przyszłość nauczyć rozumu, dopisał do cyfry zero i z piętnastu urosła należność do stu pięćdziesięciu.

Gdy później przy ogólnym obrachunku batiuszka rozbudowany ten kwit zobaczył, zrobił się z tego zera wielki harmider i „gewałt”. Reb Hersz został szpetnie aresztowany, a sąd przysięgłych w Bielsku uznał go winnym fałszerstwa w celach zysku i artysta trafił do więzienia.

To stanowiło przełom w jego życiu. Hersz, jakby los wielki wygrał na loterii: koza stała się dla niego szczęściem. I jak ongi mądry, dobry prałat Faria kształcił w ponurych podziemiach zamku If więzionego tam hrabiego de Monte Christo, tak za jakieś łajdactwo skazany kaflarz, towarzysz niedoli przez zły los prześladowanego Herszka, siedzący z nim w jednej celi, z nudów stał się jego mistrzem i twórcą późniejszej jego fortuny.

Wyjaśniał mu kaflarz fachowo technikę roboty kafli i we wszystkie potrzebne do dobrej ich produkcji wtajemniczał wiadomości. Herszunio był pojętny jak jamnik i – strzygąc swymi szpiczastymi uszami satyra – wchłaniał w siebie dawane mu przez kolegę nauki.

Wyszedłszy wreszcie z więzienia, rozejrzał się po Siemiatyczach, od których najbliższe trzy stacje kolei (Wysokie Litewskie, Bielsk Podlaski i Sokołów) o całe sześć mil były odległe, a i sąsiednie miasteczka leżały również od kolei daleko i zrozumiał, że popyt na kafle w tych miasteczkach i licznych jeszcze wtedy okolicznych dworach ma zapewniony i on tylko będzie stanowić cenę.

Glina pod Siemiatyczami okazała się doskonała. Zaczął od ręcznego wyrobu kafli z paroma tylko majstrami. Kafle rozchwytano prosto z pieca.

Rozwijał szybko przedsiębiorstwo, które rosło jak na drożdżach. Dołączył do niego wkrótce fabryczkę kołków do butów, a wreszcie i szewskich kopyt i po latach kilku stanęła pokaźna, pierwsza w Siemiatyczach fabryka parowa.

Pan Hersz Belkes na starość obrastał w pierze, jak dobrze utrzymana gęś na zimę i rosła jego pozycja u współziomków. Został – zdaje się – stałym członkiem rady kahalnej.

Także i w mieście, honorowany ogólnie, już za polskich czasów został wybrany na członka rady miejskiej. Ale bądźmy sprawiedliwi: nie wszyscy też goje warci byli u nas być jej członkami.

Gdy ktoś o lepszej pamięci zwracał któremuś siemiatyckiemu Żydowi uwagę, że Herszek był przecież skazany za fałszerstwo kwitu i siedział w więzieniu, a teraz Żydzi go szanują i wybierają na odpowiedzialne stanowiska – to współplemiennik jego uśmiechał się tylko drwiąco i pobłażliwie i odpowiadał zwykle tak mniej więcej: „po pierwszego – kiedy to tam było! Kto to teraz, takie stare rzeczy pamięta? A po drugiego: za co jego posadzili te ruskie, te grube ludzie? Za jaki tryf Za jakie pfe?”.

  • Jak to za co? Za dopisanie zera do kwitu batiuszki.

„O!… Nu, a teraz powiedz pan sam: co jest zero? Zero to jest nul. A co jest nul? Jedno z drugim całkiem nic!… Un siedział za nic! Na to może Herszek teraz z ramieniem sobie kiwać: das Gewesene ist fur den Juden Nichts!” (To, co było, jest dla Żyda niczym – żydowskie przysłowie, odpowiadające naszemu „co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr”).

„Belkes, Belkes… Prawda, un był kiedyś łapserdak, całkiem bidny kapcan… Ale teraz, teraz, chwalić Pana Boga, un bałabaste jest, szejne morejne, un cały pan, osoba!… Un już dzisiaj wie, co to mandarynki i radio. Azoj!”.

By dać świadectwo prawdzie, dodać trzeba, że owo dopisanie zera było ostatnim epizodem tego rodzaju w życiu mizernego Herszka, a fortunę swą zdobył, wyszedłszy z kozy, inteligencją i pracą.

Josel Rodzynnik

Josel Rodzynnik to siemiatycki malarz, tapeciarz i introligator, a w ostatnich, powojennych (chodzi o I wojnę światową przyp. red.) latach, dostawca i obrabiacz żydowskich kamieni grobowych. Średniego wzrostu, szczupły, ciemny szatyn o podłużnej twarzy i rysach jakby trochę murzyńskich. Głowa nieco kędzierzawa, nos rozpłaszczony i wydatne wargi. Ale tę niezbyt ładną fizjonomię zdobiły i ożywiały dobre, pogodne i wesołe oczy.

Całe życie był biedny, ale nigdy nikt mu nie zarzucił najmniejszej nawet nieuczciwości lub złośliwości. Mieszka w nędznym, wynajętym mieszkaniu, a jedynym jego szyldem na frontowej ścianie są różnobarwne plamy po wytartych pędzlach.

Wielokrotnie, z całą ufnością, załatwiałem przez niego różne interesa w Warszawie, powierzając mu pieniądze bez kwitu i samodzielne, zależne wyłącznie od jego rozsądku i uczciwości, zamówienia. I nigdy się na nim nie zawiodłem.

Podczas jednej takiej delegacji zdarzyło się z nim zabawne qui pro quo. Posłałem go z listem do malarza Łukaszewicza po obraz dany do odrestaurowania. W liście prosiłem, by go artysta wręczył panu J. Rodzynnikowi, malarzowi.

Josel był przyzwoicie ogarnięty. Artysta prosi go siadać i bada dyskretnie: „Czy można zapytać, co kolega najczęściej maluje?” – „Drzwiów, oknów, podłogi. Różnie, jak się trafi” – odpowiedział skromnie Josel. Artysta się zdetonował, a Josel, zorientowawszy się w sytuacji, mówi: „Pan pewno miszli, że ja i na płótnie maluję landszafty tak, jak pan? Timczasem nie, bo tego u nas nikt nie potrzebuje. Siemiatycze to nie Warszawa! U nas na ten towar nie ma odchód”.

I gospodarz z gościem roześmieli się wesoło.

Nieraz brał Josel u mnie na kredyt, bez kwitu, opał lub cegłę na detaliczną sprzedaż w miasteczku i zawsze się uczciwie wypłacał. Także przy pracy, poza dawaniem mu specjalnych wskazówek, nigdy go nie trzeba było pilnować, bo robił, jak potrafił, ale zawsze sumiennie i życzliwie.

Zawsze pogodny i w dobrym humorze, jeżeli i miał kiedy jakie zmartwienie, to nie dawał tego po sobie poznać. Nigdy nie próbował mnie naciągnąć i raz tylko, przed weselem starszej córki, poprosił mnie o drobną pożyczkę. Pieniądze mi uczciwie zwrócił, nie przynaglany do tego upomnieniami.

Żydowskie wesele

W pierwszych dniach stycznia 1929 roku zaprosił mnie Josel na ślub i wesele swej najmłodszej córki, którą wydawał za czeladnika stolarskiego. Jeszcze w dzień ślubu prosił nieśmiało służbę moją w mieście, by mi przypomniano o tej inwitacji: „Bo choć ja bidny Żyd, ale ja bardzo Dziedzica proszę, żeby przijechał”.

Pojechałem, naturalnie, z przyjemnością. Josel był rozczulony moim przyjazdem, delikatnie i troskliwie pomógł mi wysiąść i zaprowadził nie do swojego, a do sąsiedniego, na wieczór ten odstąpionego mu domu. Siedziało w nim kilkadziesiąt Żydóweczek przy stole zastawionym cukierkami, jabłkami, słodkim, lekkim ciastem jajecznym pokrojonym w kostki, a także kilkoma flakonami krajowych likierów.

Byli tam i państwo młodzi. Panna młoda Chane, wysmukła, o regularnych rysach, bardzo ładna bruneteczka, odznaczała się wspaniałymi, wschodnimi, czarnymi, trochę tragicznymi oczami Judyty. W sukience jasno szafirowej z białym wyglądała prześlicznie. Pan młody, Chaim Wyssak, już w europejskim ubraniu, przedstawiał się przyzwoicie. Był to wesoło uśmiechnięty blondynek, bez wyraźnych cech semickich. Robił dodatnie wrażenie.

Przywitałem zebranych słowami: „Niech będzie pochwalony Pan Bóg!”. Złożyłem życzenia młodej parze i siadłem śród barwnego bukietu cór siemiatyckiego światka rzemieślniczego i biedniejszego kupiectwa. Wszyscy byli dla mnie bardzo uprzejmi i gościnnie częstowano mnie czym chata bogata. Jedna panienka obierała jabłuszka i, nadziane na koniec noża, podawała mi je uprzejmie, z gracją, przez stół, z wdzięcznym uśmiechem i milutkim dygiem.

Raptem rozległ się śpiew. To jedna z siedzących przy stole dziewic zaczęła nucić żydowskie piosenki po hebrajsku i w żargonie, nie wstając, bez ruchu, rzadko nawet podnosząc powieki. Szkoły jej było mocno brak, ale głos był ładny i ciepły. Śpiew ten przypominał przeważnie smętne (powiedziałbym po rosyjsku: „zaunywnyje”) melodie tureckie i arabskie, których tak lubiłem słuchać na Wschodzie. W niektórych piosenkach chór dziewiczy podchwytywał „refrain”, zwłaszcza w śpiewkach o wesołym, jakby skandowanym, bachicznym tempie.

Poprosiłem, by zaśpiewano „Majufes”. Po odrobince zażenowania i wstydliwych ceregieli (że to niby ośmieszona, typowo żydowska staroświecczyzna), usłyszałem nareszcie tę pieśń w całości, przez właściwe, rasowe śpiewaczki zaprodukowaną. Jest ona dla mnie naprawdę ładna i ma dużo w sobie południowo-wschodniego temperamentu i charakteru.

Niezmordowana owa śpiewaczka zapytała mnie nieśmiało, czy pozwolę zaśpiewać „Chrysanthemes” po rosyjsku – „bo ja, przepraszam bardzo, ale tego po polsku nie znam”. Odpowiedziałem, że proszę bardzo, bo przecież pani tu rosyjskiej demonstracji chyba nie robi. „- Ach, nie! Niech Bóg zabroni!” – i zaśpiewała głębokim głosem, wcale ładnie i z uczuciem, ten utwór pełen melancholii.

Ubrano w welon pannę młodą i na krótko posadzono ją na krzesełku obok narzeczonego. Po przyjeździe rabina (po którego kazałem posłać konie) wyprowadzono państwa młodych śród szpaleru dziewic na podwórko pod baldachim. Przed opuszczeniem izby rzucano na nich confetti na szczęście, a jeden z usługujących tragarzy obchodził z talerzem gości, zbierając nikle, jako datki.

Po drugiej stronie sieni czekał w izbie rabin z asystą. Rabin był to człowiek przyzwoity i rozumny. Powiedzieliśmy sobie parę komplementów i wielebny „rebe” zaprowadził mnie na podwórko, gdzie obok niego, naprzeciw państwa młodych, stanąłem pod baldachimem. Asysta przyświecała paroma bez lichtarzy, wprost w ręku trzymanymi świecami. Dość długo trwały czytane śpiewnym głosem modlitwy rabina i asysty, podczas których parokrotnie podawano nowożeńcom w szklance czerwone wino. Po ceremonii, która trwała chyba z pół godziny, że to było ciemno, śnieżno i nierówno pod nogami, wracałem z rebem do mieszkania pod rękę.

Aż tu nagle, jak nie zaczną goście i gawiedź prażyć w nas śnieżkami! Myślałem, że nas zbombardują! Asysta rabina i poważniejsi Żydzi wrzasnęli groźnie: „Jingern, ir zołt niszt uf den rebe und uf den puryc szmejsen! Sza! Sza!”. I prawda: bombardowanie zaraz ustało.

Tłumaczono mi z zakłopotaniem, że – W zimowy ślub tak musi być „na szczęście” i że ta zabawka przeznaczona była właściwie dla państwa młodych, „ale te łobuzy po cziemku źle trafiali”. Zapytałem ciekawie, czym się rzuca „na szczęście”, gdy jest błoto? Odpowiedziano mi monosylabowym dźwiękiem: „Nnu!”…, który miał chyba wyrażać wszelkie możliwości.

Gdym już siadał do sanek, kochany Josel, żegnając mnie, podał mi spory jakiś pakiet, mówiąc: „To ciasto weselne dla Panienki” (niby dla naszej córki). Było to owo smaczne, słodkie ciasto jajeczne, po żydowsku „lejheh” zwane. Córka była rozczulona pamięcią starego, poczciwego Żyda, którego wszyscy lubimy i szanujemy.

Chciałbym, żeby mnie on przeżył, bo gdyby mnie wyprzedził, to bym z pewnością bardzo odczuwał brak tego starego rówieśnika, tego poczciwego Żyda, którego niedzisiejsza umysłowość już się tak rzadko śród jego współplemieńców spotyka.

Pani Szajkowa Ochrymowska z Bielska

Bywając w Bielsku Podlaskim, często zatrzymywałem się w zajeździe pani Szajkowej Ochrymowskiej, Żydówki dawnej daty, osiemdziesięciokilkuletniej staruszki. Gdy była panną, jeździła konno i jak sama mówiła – „parlowała” po francusku, bo była „z wielgiej familii” białowieskich kupców leśnych.

Bardzo grzeczna, w starym stylu, wiedziała jak z kim rozmawiać, zawsze też zachowywała się z pewną godnością i taktem, rzekłbym nawet: z dystynkcją. Ceny numerów zależne były od pozycji, stopnia zamożności i miękkości lub twardości gościa. Za jeden i ten sam pokój zamożniejszy ziemianin płacił więcej, a mizerniejszy – wiele mniej. Jak tam z kogo dało się zedrzeć.

Jednak trzeba przyznać, że gdy gość wyjeżdżając nie zgadzał się zapłacić zbyt wygórowanego rachunku i stawał okoniem, to pani Szajkowa bez gniewu z ceny spuszczała: „Nu, cóż robić? Za drogo? Niech wielmożny Pan zapłaci po swojemu. Niech będzie moja krziwda. Niech będzie tak!”.

Czasem przekomarzałem się, mówiąc że zdziera, że za ten sam pokój pan Dziubandowski i pan Zadarnoski mniej płacili.

  • Pan Dziubandowski z Biszewa i pan Zadarnoski z Mierzynówki? To co innego. To półpanki. Całkiem inny gatunek. Nu, a z kogo brać, jak nie z pana? Taki gość, taka osoba, to nie co dzień się trafi. Ja mam takiego gościa jak pan tylko jednego na cały powiat! Nieboszczyk ojciec nie był taki skąpy. To był Pan! On był zawsze dla Szajkowej taki grzieczny. Pan się gniewa? Nu, to co ja mam robić? Proszę dać trochę mniej”.

I w taki oto sposób kołatała pani Szajkowa do próżności i innych swych klientów. Nawet za żyda pana Szajki, króla małżonka, który zmarł przed Wielką Wojną, mówiło się zawsze zajazd, czy hotel „pani Szajkowej”. Duszą bowiem zajazdu była pani Szajkowa, a mąż się tylko po domu i po podwórzu plątał.

Był to blady, suchy, zgryźliwy Żyd, o ostrych rysach, spode łba spoglądający milczkiem na gości. Kiedyś, w końcu 1904 roku, gdy zaczęło rewolucyjnie grzmieć w spodach Rosji, Żydzi lgnęli do tych podziemnych ruchów* (* Gdy w 1905 r. byłem wybrany z powiatu Bielskiego do Grodna, na wyborcę do Dumy, zaszedłem raz do Domu Ludowego (Narodnyj Dom) w Grodnie. Tam, tyłem do mnie odwrócony, koślawy Źydek, Gruensztejn z Brześcia, o minie żulika, perorował wobec pogardliwie nań spoglądających Rusinów: „- Słuszajtie, gaspada, bratja, ruskije krestjanje, pamieszczyki eto naszi i waszi krowopijcy!”. A któryś z mądrzejszych Rusinów na to: „tfu, wriot, kak Brechun, durnyj, podłyj Żydionok!” – i splunąwszy, odszedł), podsycając fermenty, ale się w pierwsze, bojowe szeregi, przez ostrożność, nie wysuwając. Pan Szajko chadzał wówczas po hotelu, groźny jak gradowa chmura i jak złowrogi prorok przebąkiwał, błyskając złymi oczami: „Ny, już grzmi, pan słyszy? Trzięszie szie szwiat!… Wszistko szie teraz odmieni! Kto był na dole, ten będzie na górze. A kto był na górze, ten pójdzie całkiem na spód, on na dole będzie!” – i pan Szajko robił palcem gwałtowny ruch z góry na dół, wyrażający spadanie czyjeś w otchłań, a nogami naśladował zawzięte, wściekłe rozdeptywanie spadającego z wyższych szczebli drabiny społecznej pod jego nogi nieszczęśnika.

Ten niedoszły Trocki, będący w porównaniu z tamtym, płomiennym – kurzącą tylko smrodliwie trociczką, przecenił, na szczęście, ówczesne siły rewolucyjne. Zrozumiawszy to, już się później od podobnych miłych proroctw, dla bezpieczeństwa, powstrzymywał.

Z panią Szajkową pogniewałem się raz i trwałem długo w gniewie, omijając jej zajazd. Poprosiłem ją kiedyś, by kupiła dla mych koni pud owsa. I nie miałbym pretensji, gdyby mi podała w rachunku tyle a tyle za owies, a tyle dla siebie, za fatygę kupna. Byłoby to dopuszczalne, a nawet słuszne. Ale ona oszukała mnie po prostu na cenie, podając o dziesięć kopiejek więcej niż zapłaciła. Ta drobna nieuczciwość, po tylu latach znajomości, doprowadziła do zerwania między nami dyplomatycznych stosunków. Teraz, po latach dziesięciu od tego zdarzenia, znowu kwitnie między nami filadelfia i arkadyjskie panują stosunki. Tyle, że nie „flirtuję” z panią Szajkową jak naiwny Daphnis z niewinną Chloe, lecz jak zgrzybiały Filemon z matroną Baucydą.

Pani Szajkowa jest zdeklarowanym wrogiem nowinek. Niedawno wpadłem na parę godzin do Bielska (naturalnie – do Urzędu Skarbowego!) i załatwiwszy interes, odwiedziłem staruszkę.

  • Dzień dobry pani Szajkowa. Jak widzę, trzymamy się jeszcze oboje dobrze na tym świecie…
  • Aj, daj Pan pokój. Już mnie starej ciężko żyć. Nie to, co dawniej. A jak pan przijechał? Z masziną, koleją?
  • Nie, autobusem i zaraz wracam do domu.
  • Żieby on ręce i nogi połamał!
  • Kto? Kto ma ręce i nogi połamać?
  • Ten autobus! Bo prziez te diabelskie nowość, to teraz nikt u mnie nie nocuje. Każdy pan wpadnie tylko do Bielska, jak po ogień, na jedną minutkę, a najwięcej na wojnę z Urziędem Skarbowym (niech jego kaduches!) ( Febra. Jest stare przysłowie żydowskie: „er denkt dus ist a tuches und dus ist a kaduches”) i raz dwa ucieka do domu, a mój hotel i moja stajnia pustkami stoją, a moje samowary, to już czarne i zielone od brudu, bo ich nie ma dla kogo czyścić i nastawiać. Niech te autobusy ręce i nogi połamią!”.

Koniuchy i koniokrady

O trzech słyszałem u nas znakomitych – „de nomine” koniuchach, a – jak „vox populi” głosił – „de professione occulta”: koniokradach – paserach.

W Ciechanowcu był Żyd, niejaki Dówke, w Boćkach Ićko Zelman, Kowalikiem zwany, w Siemiatyczach Kapłan, znany wszystkim pod nazwiskiem Bobel. Sprawców tego rzemiosła było u nas i więcej, jak np. uważny, wolno mówiący, chudy, jednooki Lejzor Szerszenowski i drobny, ruchliwy, z czarną krótką bródką, o twardym, złym spojrzeniu bezczelnego żulika Ićko Marmur, ale to już nie były szczupaki, a tylko płotki mizerne „minorum gentium”.

Zdaje mi się, że działalność Dówki skończyła się między rokiem 1875 a 1880. Pobierał on od licznych wtedy okolicznych dworów i dworków roczną pensję lub ordynarię w ziarnie, czy opale, jako haracz za zapewnienie nietykalności danej stajni. Zamożniejsza szlachta zagonowa, atawistycznie i tradycyjnie kochająca się w dobrych koniach, również mu się opłacała.

I nasz ojciec także odstawiał temu hersztowi stałą ordynarię i choć nie znaliśmy co to stróż nocny i nikt u nas w stajniach nie sypiał, nigdy koni na noc nie zamykano. Kiedyś nam jednak z nocnego pastwiska koń zginął. Oburzony plenipotent, pan Tomasz Czarkowski (przydomek „Sęk Ten”) zaraz pojechał do Ciechanowca, do sławetnego Dówki i gorzko mu wyrzucał jego nielojalność.

  • Iii, po jakiemu to? Toć odstawiamy Dówce rzetelnie i akuratnie ordynarię i dzięki pobikrowskiemu drzewu Dówke surowego nie jada zimą i nie marznie, a to chyba dlatego, żebyśmy mieli spokój?! A tu nam teraz koń zginął. Co to za cygańska sprawiedliwość?

To powiedziawszy, splunął rozsierdzony hersztowi pogardliwie pod nogi: „tfu!… do diabła z taką robotą, kapcanie!”.

  • Ja bardzo psziepraszam wielmożnego Pana – sumituje się zawstydzony Żyd – ale to sze widno z tym kuniem zrobiuła miłka, aszibka. Mnie to samemu bardzo nieprzijemnie jest i wielgi wstyd… Ale kuń sze znajdzie… Ja to mówie – Dówke! Straty z tego trafunku dla dworu nie będzie. Un zginął w nocy z pastwiska przez cziste aszibke: nie poznali, że to dworski kuń i z tego wiszedł ten cały szmej-drej. Ale Dówke swoj honor trzima…

Rzeczywiście, w parę dni późnią, raniutko, znalazł się koń za folwarkiem, widać w nocy u zagrody uczepiony. Był tylko bardzo głodny i widocznie zgoniony. (…)

Opracował: Adam Wołk

„Henryk Ciecierski. Pamiętniki”. Wydawnictwo Acana. Kraków 2014

90 minut, które zmieniło nasz świat – GERARD ARFIELD [Historia komputeryzacji] PC Format nr 1 / 2020

Xerox Alto

Czyli Matka Wszystkich Prezentacji

50 lat temu człowiek stanął na Księżycu. Wydarzenie bez wątpienia historyczne, o którym wie każdy. Choć gdyby zapytać przeciętnego Kowalskiego, jakie to ma dzisiaj znaczenie w jego życiu, to odpowiedź brzmiałaby zapewne „…hm, żadne”(*). A ilu z was wie o tym, że rok wcześniej zdarzyło się coś, co pchnęło naszą cywilizację na zupełnie nowe tory?

Mowa o wydarzeniu post factum nazwanym po latach Matką Wszystkich Prezentacji („The Mother of All Demos”), czyli słynnym pokazie, który miał miejsce 9 grudnia 1968 w San Francisco. Na czym polega jego doniosłość? Wyobraźcie sobie, że Orville Wrightowi fundujecie w 1903 transatlantycki przelot Jumbo Jetem w pierwszej klasie albo braciom Lumière robicie pokaz Avatara w 3D w Imaksie. Tak mniej więcej czuli się wtedy informatycy zgromadzeni w sali konferencyjnej, wpatrzeni w ogromny ekran, na którym ujrzeli przyszłość techniki komputerowej i zupełnie nowe sposoby jej wykorzystania. To wtedy bowiem zaprezentowano po raz pierwszy m.in. mysz komputerową, którą mogliśmy sterować komputerem wyposażonym w graficzny system użytkownika, przetwarzanie tekstu w czasie rzeczywistym, współdzielenie dokumentów, telekonferencję, pocztę elektroniczną, hipertekst, ukochaną przez studentów i uczniów funkcję „copy & paste”, hipermedia… To półtorej godziny całkowicie zmieniło sposób, w jaki ludzkość zaczęła wykorzystywać komputery, symbolicznie przeniosło je z zacisza akademickich sal i centrów obliczeniowych na nasze biurka. Odtąd komputer stał się… osobisty.

Jak możemy (lepiej) myśleć

Ale aby w pełni zrozumieć, co i dlaczego tam wtedy zaszło, musimy cofnąć się aż do roku 1945 i bliżej przyjrzeć się człowiekowi o nazwisku Doug(las) Engelbart. Urodzony w 1925 od małego wykazywał zainteresowanie ówczesną „high-endową” technologią. Jego dziadek, pracownik elektrowni, zabierał go więc do pracy, pokazując, jak działają turbiny i inne skomplikowane mechanizmy. A że ojciec prowadził sklep z ówczesną elektroniką, czyli głównie odbiornikami radiowymi i częściami do nich, Doug był w siódmym niebie. W szkole średniej postanowił wstąpić do wojska, by w ten sposób mieć styczność z najbardziej zaawansowanym wtedy urządzeniem elektronicznym, czyli radarem. I dopiął swego, bo w 1945 został jego operatorem na jednym z amerykańskich okrętów wojennych. Nie zdążył jednak przetestować swych umiejętności w ogniu walki, bo gdy tylko wyruszył na swą pierwszą misję bojową… wojna się skończyła.

Portem docelowym jego statku była wyspa Leyte na Filipinach, gdzie cała załoga oddawała się z zapałem nicnierobieniu i świętowała zwycięstwo. Ale ileż można? Doug nudził się tam straszliwie. Większość czasu spędzał więc w lokalnej bibliotece Czerwonego Krzyża, czytając wszystko, co wpadło mu w ręce. W starym tygodniku „Life” trafił na artykuł Vannevara Busha zatytułowany „As We May Think”, poświęcony memeksowi. Była to wymyślona przez Busha hipotetyczna analogowa maszyna hipertekstowa (jej nazwa to skrócona fraza „memory extender”) pozwalająca gromadzić i przetwarzać informacje, w tym także je łączyć, tworząc między nimi powiązania, i śledzić je(**). Można by rzec, że było to coś w rodzaju prekursora komputera osobistego. Koncepcja memeksa zauroczyła Engleberta i mocno zapadła mu w pamięć.

Jak zapełnić 5 milionów minut?

Po wyjściu do cywila Doug studiował na politechnice, i z tytułem inżyniera rozpoczął pracę w Centrum Badawczym imienia Josepha Amesa w Dolinie Krzemowej. (Po latach ta instytucja stała się częścią NASA). W tym czasie poznał swą żonę – a w dzień po tym, jak się zaręczył, przeżył coś w rodzaju egzystencjonalnego kryzysu. Dotarło do niego, że właśnie zrealizował wszystkie życiowe plany, jakie miał. (Zresztą uznał je za bardzo przyziemne). Jak wspomniał – nagle pojął, że ma przed sobą jeszcze jakieś pięć milionów minut życia – zupełnie bez celu. Poszukując sensu swej dalszej egzystencji, ambitnie postanowił… pomóc ludzkości w rozwiązaniu trapiących ją problemów, czyli braku żywności, ubóstwa, chorób itd. Ale im dłużej zagłębiał się w owe tematy, tym bardziej orientował się, jak bardzo są złożone i jak ogromną i wielotematyczną wiedzę trzeba zgromadzić, by móc np. stworzyć wydajniejsze gatunki zbóż, czy skuteczną szczepionkę na ospę.

I wtedy doznał olśnienia – zamiast samemu rozwiązywać wszelkie problemy świata, mógłby stworzyć coś na kształt owego memeksa, o którym kiedyś czytał. Czyli uniwersalne narzędzie pozwalające ludziom radzić sobie ze złożonością zagadnień, nad którymi pracują. Swą wizję zawarł w 1962 w obszernym tekście „Rozszerzanie ludzkiego intelektu: Ramy konceptualne”. Przedstawił tam wizję ludzkości wykorzystującej komputery jako „wzmacniacze zbiorowego intelektu”. Jako przykłady takich działań podał m.in. człowieka tworzącego ilustrowany tekst za pomocą komputera (DTP!) oraz architekta, który wykorzystuje komputer do projektowania budynku (CAD!), a także komputera, który zdalnie przeszukiwałby dostępne banki danych, aby w kilka godzin wyekstrahować z nich wszelkie potrzebne danemu człowiekowi informacje, co jemu zabrałoby miesiące, albo i lata.

Problem w tym, że w momencie gdy pisał te słowa, ówczesne komputery absolutnie się do tych celów nie nadawały. Bo były to stojące w rozmaitych instytutach ogromne szafy błyskające światełkami, do obsługi których należało być informatykiem, żmudnie programowane za pomocą kart czy taśm perforowanych. I do tego patrzono na nie tylko jak na rodzaj „superszybkich idiotów”, elektronicznych kalkulatorów mających wyręczać ludzi w wykonywaniu masy nużących obliczeń i nic więcej. Ot, wprowadza się np. milion rekordów bazy danych, a komputer je szybko sortuje wedle wprowadzonych w programie założeń. Engelbart postanowił to zmienić – tzn. zrobić z owego „kalkulatora” uniwersalne i proste w obsłudze narzędzie, którym będą mogli się posługiwać zwykli ludzie w codziennych sprawach.

I had a dream!

„Miałem przed oczami wizję – wspominał. – Siedzę przed dużym ekranem wypełnionym rozmaitymi symbolami i dzięki operowaniu nimi mogę sterować komputerem. Inni ludzie też mają swe ekrany i mogą się z sobą łączyć, by dzielić się wiedzą”. Czyli zamarzyły mu się łatwo dostępne dla każdego maszyny z graficznym interfejsem użytkownika, z którymi można by się w prosty i intuicyjny sposób komunikować w czasie rzeczywistym, połączone w sieć, dzięki czemu ludzie będą mogli wspólnie rozwiązywać dany problem, dzielić się informacjami itd. Jak na początek lat 60., było to bardzo rewolucyjne podejście, daleko wybiegające w przyszłość.

Szczęśliwym dla niego trafem artykuł ów pojawił się w idealnym momencie, bo jedna z agencji rządowych (Information Processing Techniques Offi) szukała właśnie obiecujących projektów, w które warto było zainwestować pieniądze podatników. I Engelbart dostał od niej sporą subwencję. (NASA też dorzuciła sporą „działkę”). Dzięki tym dotacjom naukowiec założył ARC (Augmentation Research Center) – ośrodek zajmujący się „rozszerzaniem” ludzkiej inteligencji poprzez interakcję z komputerem.

Na początku była mysz

Pierwszym narzędziem, które w nim opracowano była mysz komputerowa. Powstała gdzieś w okolicach 1960 roku, w ramach prac nad metodą prostego i szybkiego komunikowania się z komputerem. Wcześniej przetestowano rozmaite metody [od pióra świetlnego, poprzez trackball, trackpad, joystick, a nawet wskaźnik umieszczony na hełmie (!) i urządzenie odsługiwane kolanami (!!)], sporządzając specjalne tabele z wadami i zaletami każdego urządzenia. Przez długi czas faworytem zdawało się pióro świetlne. Ale z uwagi na to, że po dłuższym czasie uniesiona ręka z piórem po prostu się męczyła, wybrano bardziej ergonomiczne rozwiązanie, czyli właśnie mysz, której ideę Engelbart zaczerpnął z urządzenia zwanego planimetrem. (Ciekawostka – pierwotnie jej kabel znajdował się po jej przeciwnej stronie niż w obecnych gryzoniach).

Kolejne lata poświęcono na stworzenie kolejnych innowacji – w tym grafiki bitplanowej (tzn. komputer mógł tworzyć na ekranie grafikę 2D, a nie tylko wyświetlać litery i cyfry), graficznego interfejsu użytkownika, wyświetlania wielu okien naraz, wysyłania e-maili, stworzenia hipertekstu, prowadzenia wideokonferencji, edycji tekstu na ekranie, WYSIWYG, udostępniania dokumentów w sieci, tworzenia blogów itd. To wszystko, co wymyślili razem, tworzyło system wspomagający ludzką inteligencję, zwany NLS (oNLine System), uruchamiany na mainframe’owym komputerze SDS940. W 1968 Engelbart wraz ze współpracownikami uznali, że mają już wystarczająco dużo „amunicji”, by móc publicznie pochwalić się NLS-em.

„Mother of all demos”

„Podjęliśmy ogromne ryzyko – wspominał – gdy w marcu 1968 złożyliśmy wniosek o specjalną sesję na Jesiennej Konferencji Komputerowej ACM/IEEE-Computer Society Fall Joint Computer Conference w San Francisco w grudniu tego roku. To był czysty hazard, bo gdyby coś poszło nie tak, mogłoby to zagrozić dalszej egzystencji ARC. Ale z drugiej strony pomyśleliśmy, że jeśli po prostu zademonstrujemy co potrafi NLS, zamiast tylko o tym mówić, ludzie zrozumieją, co jest naszym celem i po co to robimy”. Nogi się przed nim nieco ugięły, gdy dowiedział się, że ma zgodę na 90-minutową prezentację, a z uwagi na jej potencjalną doniosłość organizatorzy konferencji wynajęli w tym celu salę na… 2000 osób.

Ekipa ARC poświęciła kilka miesięcy na przygotowania do pokazu, m.in. montując ogromny ekran, reflektory, dwie kamery telewizyjne oraz tworząc improwizowane łącze o szybkości 2400 baudów pomiędzy salą, gdzie Engelbart miał przemówić do ludzi, i odległą o 50 km siedzibą ARC w Menlo Park, w której znajdował się komputer, na którym miano wykonać prezentację. (Dwa modemy obsługujące łącze musieli sobie sami zmajstrować).

Słonecznym popołudniem 9 grudnia Engelbart, mający na głowie słuchawkę z mikrofonem, rozpoczął pokaz. Na zapełnionej po brzegi sali nie było przypadkowych ludzi z ulicy, siedziała tam sama śmietanka ówczesnej branży komputerowej i informatycznej oraz zaproszeni dziennikarze. Nic więc dziwnego, że Doug – jak przyznał – „denerwował się jak diabli”. Jego wyraźnie spięta twarz widoczna była na ekranie o rozmiarze 6,7×5,5 metra. Mrużył oczy, bo świecące mu w twarz reflektory oślepiały go tak, że nie widział ludzi, do których mówi. „Gdybyście – rozpoczął stłumionym od nadmiaru stresu głosem, w efekcie brzmiącym tak jakby został wygenerowany przez HAL-a 9000 – mieli w biurze do dyspozycji komputer z monitorem, który by natychmiast reagował na każde działanie, które zechcecie wykonać, jak wielkie czerpalibyście z tego korzyści?”. Uśmiechnął się z wysiłkiem i obiecał, że zaraz pokaże coś, co będzie bardzo interesujące. Po czym zrobił pauzę i dodał ciszej „…tak myślę”.

Dzięki drugiej kamerze na ekranie pojawiły się jego dłonie spoczywające na terminalu komputera, wyposażonego w mysz i – poza standardową klawiaturą – „klawiaturę akordową”, zbliżoną do tej, którą do dziś wykorzystują stenotypiści. Na początku otworzył nowy dokument i kilkanaście razy pod rząd napisał słowo „word”. Po czym zademonstrował funkcję kasowania, kopiowania i wklejania bloku tekstu, a potem także przeciągania i upuszczania elementów widocznych na ekranie. Ale to była dopiero przygrywka. Chwilę później zaprezentował mapę pokazującą trasę wiodącą z jego domu do pracy, z zaplanowanymi postojami przy sklepie, aptece, bibliotece itd. Klikając w link „sklep”, otworzył listę zakupów, które ma tam zrobić. Potem na ekranie pojawiła się twarz jednego z jego współpracowników, znajdującego się w Menlo Park. Wspólnie z nim opisali zasadę działania myszy – była to pierwsza telekonferencja w historii. Zaprezentowano też, jak dwóch userów siedzących przy swoich własnych terminalach mogło w tym samym czasie edytować ten sam dokument, a także pokazano, jak działa poczta elektroniczna.

Los mu sprzyjał, bo choć tak wiele rzeczy mogło się nie udać, cały pokaz przebiegł bez najmniejszego problemu. Na 90 magicznych minut Doug zabrał audytorium w miejsce, gdzie dotąd nie dotarł żaden człowiek. Pokazał tym ludziom przyszłość. Odkrywał przed nimi nowe, wspaniałe światy. Nic więc dziwnego, że gdy prezentacja dobiegła końca, nagrodzono go huraganową owacją na stojąco, a co bardziej rozemocjonowani widzowie rzucili się ku scenie, niczym nastolatki na widok gwiazdy rocka.

Bądźmy jak Doug Engelbart

Engelbart miał rację – po pokazie ludzie zrozumieli, co on i jego ekipa stworzyli i jakie to ma konsekwencje. Już następnego dnia w gazecie „San Francisco Chronicle” zamieszczono entuzjastyczny artykuł „Fantastyczny świat komputera przyszłości”. Oczywiście musiało upłynąć kilka lat, zanim zaprezentowane idee zostały przekute w konkrety. Ale już w 1973 roku powstał (skonstruowany zresztą przez dawnych współpracowników Douga) komputer osobisty Xerox Alto, wyposażony w graficzny interfejs użytkownika, obsługiwany trójprzyciskową myszą, oferujący WYSIWYG i możliwość pracy w sieci. (To z niego „zrzynali” potem i Jobs, i Gates).

Doug dożył roku 2013, więc mógł zobaczyć jak wszystko, co pokazał w 1968 zostało nie tylko zrealizowane ale i całkowicie odarte z otoczki „niezwykłości”. To, co wtedy było czymś „futurystycznym”, niczym wzięte prosto z serialu Star Trek, po 50 latach stało się już tylko zwykłymi narzędziami, jak nie przymierzając młotek, bez emocji używanymi przez zwykłych ludzi w ich codziennym życiu. Bo czy kogoś dzisiaj zdumiewa, że wskazuje kursorem myszy ikonę na ekranie, zrzuca pliki do chmury, klika w hipertekstowe odnośniki w Wikipedii, albo edytuje tekst w Wordzie, w drugim oknie mając otwarte Google Street View, gdzie ogląda sobie np. otoczenie hotelu, w którym zamierza spędzić wakacje? W 2019 żyjemy w rzeczywistości wykreowanej 51 lat wcześniej!

A o Engelbarcie trzeba powiedzieć jedno – ten człowiek nie zmarnował swoich pięciu milionów minut.

(*) Choć nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele technologii (np. bezprzewodowe wiertarki), z których korzystamy, to efekt badań w ramach misji Apollo.

(**) W 2014 dwóch ludzi skonstruowało działający model memeksa: https://tiny.pl/tnq5f


Czy wiecie, że…

Ken Kesey, znany wam być może autor książki „Lot nad kukułczym gniazdem”, gdy pokazano mu w 1969 roku możliwości zaprezentowane podczas opisanej tu prezentacji komputerowej obróbki tekstu, pełen entuzjazmu stwierdził, że to „zaraz po LSD druga najlepsza rzecz na świecie”.

Xerox Alto

Eksperymentalny 16-bitowy komputer wyprodukowany w 1973 w Xerox Parc, w liczbie ok. 2000 egzemplarzy. Alto generował monochromatyczną bitmapową grafię w rozdzielczości 606×808, miał też wbudowany wymienialny dysk twardy 2,5 MB. I można było na nim grać – m.in. w sieciowego FPS-a o nazwie Maze War. Alto nigdy nie trafi do sprzedaży wytwórca potraktował go raczej jako bazę do testowania nowych technologii, czego efektem była stacja robocza Xerox Star (zwana też Dandelionem), którą wprowadzono do sprzedaży w 1981. Był to pierwszy dostępny powszechnie komputer z grafiznym interfejsem użytkownika.

Doug Engelbart

Ma na koncie 20 patentów oraz rozliczne nagrody i wyróżnienia. M.in. został odznaczony przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Narodowym Medalem Techniki i Innowacji – w USA najwyższym możliwym odznaczeniem przyznawanym osobom, które wnieśli szczególny wkład w rozwój techniki. Otrzymał też dyplom uznania Kongresu (Certifiate of Special Congressional Recognition) oraz został wprowadzeny do Consumer Technology Hall of Fame.

Klawiatura akordowa

Klawiatura obsługiwana jedną dłonią, umożliwiająca wprowadzanie komend do komputera poprzez wciskanie sekwencji kilku klawiszy równocześnie (analogicznie do grania akordami na np. fortepianie) za pomocą zaledwie kilku klawiszy (tu – pięciu). Do dziś wykorzystywana np. w maszynach do stenografii i maszynach do pisania dla niewidomych, stosujących alfabet Braille’a.


Plakat zapowiadający prezentację Engelbarta 9 grudnia 1968 r. W ramach konferencji ACM IEEE Fall Joint Computer Conference w San Francisco.

Udane OKNA – GERARD ARFIELD [PC Format nr 3 / 2020] Windows 3.1

To nie był pierwszy graficzny system użytkownika. To nawet nie był pierwszy Windows, który trafił do oficjalnej dystrybucji. Ale Windows 3.1 były pierwszymi naprawdę udanymi Oknami – i początkiem ich światowej dominacji.

Choć pierwsza wersja systemu operacyjnego Windows pojawiła się na rynku w roku 1985, dopiero edycja 3.0 z roku 1990 miała, mówiąc kolokwialnie, „ręce i nogi”. Tzn. choć nadal była to tylko graficzna nakładka na DOS, była czymś, na czym faktycznie można było sensownie pracować, m.in. dzięki wprowadzeniu pamięci wirtualnej(*). Do tego miała niezłą grafikę w aż 16 kolorach i zawierała menedżery programów i plików. Dało się też pograć w dołączonych doń Pasjansa (Solitaire), kierki (Hearts) i kultowego Sapera (Minesweeper). Lecz ze względu na konieczność zachowania kompatybilności wstecznej wersja 3.0 borykała się z rozmaitymi problemami technicznymi i w praktyce ograniczała możliwości użytkownika.

Krok ku wielkości

Dlatego pierwszym krokiem do wielkości Windowsa była dopiero przełomowa wersja 3.1, z kwietnia 1992 roku. Co było w niej innowacyjnego? W wydaniu tym porzucono działanie w trybie rzeczywistym, na rzecz pracy w trybie chronionym. Brzmi nieco enigmatycznie? W praktyce znaczyło tyle, że odtąd Okienka uzyskały wielozadaniowość, a aplikacje otrzymały dostęp do większej ilości pamięci niż słynne 640 KB, „które powinny wystarczyć każdemu”. (**) Win 3.1 bowiem „widział” aż 4 GB RAM-u, co wtedy było wartością zapierającą dech w piersi. (Lecz coś za coś – ta wersja wymagała do działania procesora 286 lub lepszego).

Co więcej, wprowadzono znaczące zmiany w windowsowym API (interfejsie programistycznym). Wcześniejsze wersje korzystały z 16-bitowego API, tu zaś wprowadzono wersję 32-bitową. Do tego Windows 3.1 w końcu obsługiwał skalowane czcionki TrueType. Dzięki temu zawodowi graficy przestali być skazani wyłącznie na „makówki” i otrzymali dużo tańszą alternatywę.

Nie tylko dla zawodowców

Nie zapomniano też o przeciętnych zjadaczach chleba. Ta wersja Windowsa została wzbogacona podstawową obsługą multimediów: nagrywanie dźwięku, odtwarzanie muzyki z CD, obsługę kart muzycznych, MIDI. Niby drobnostka… ale dzięki temu PC z „biurkowego kalkulatora”, jak z przekąsem nazywali go użytkownicy 16-bitowych Amig i Atari ST, stał się dla milionów użytkowników multimedialnym centrum i podstawową platformą gamingową. Win 3.1 umożliwiał też obsługę monitorów o rozdzielczości 800×600 i modemów 9600 bps. Dopracowano również koncepcję mechanizmu OLE (Object Linking and Embedding), dzięki której np. w dokumencie Worda można było bezproblemowo osadzić wykres z np. Excela, czy grafikę z Painta.

Poprawiono też ergonomię obsługi, usuwając wykryte błędy i dodano pełną obsługę za pomocą myszy. Do tego teraz można było wykonywać rozmaite akcje tylko poprzez przenoszenie nią ikon w odpowiednie miejsce. Np. wrzucając ikonę symbolizującą plik do kosza na śmieci, kasowaliśmy go. (A ikony zminimalizowanych programów były widoczne na pulpicie). Zadbano nawet o taki drobiazg jak potwierdzenie powtórnego uruchomienia maszyny po wykonaniu CTRL-ALT-DEL, czego wcześniej nie było. Dziś są to rzeczy oczywiste, ale wtedy była to prawdziwa rewolucja. Polaków zaś bardzo ucieszył fakt, że Windows 3.1 został – pierwszy raz w historii – oficjalnie wydany w polskiej wersji językowej i obsługiwał specyficzne dla polszczyzny litery.

1992-2008

W ciągu dwóch miesięcy od premiery sprzedano – po 149 USD za sztukę – aż trzy miliony pudełek z Windowsem 3.1. A w ciągu roku stał się on najpopularniejszym na świecie graficznym system operacyjnym (ok. 10 mln. sprzedanych egzemplarzy!) i przyniósł Microsoftowi nagrodę „Najbardziej innowacyjnej amerykańskiej firmy” przyznawanej przez magazyn „Forbes”. Trzy lata później Okna te wyparł z komputerów doskonalszy Windows 95 – choć oficjalnie pomoc techniczną dla Windows 3.1 świadczono do końca 2001. A jeszcze w 2008 roku OS ten wykorzystywano w celach komercyjnych w niektórych liniach lotniczych, gdzie obsługiwał pokładowe systemy audiowizualne dla pasażerów.

(*) Pamięć wirtualna oznacza znacznie większą ilość pamięci RAM dla procesu niż fizycznie dostępna w systemie, a do tego zapewnia procesorowi wrażenie pracy w jednym ciągłym obszarze pamięci operacyjnej – podczas, gdy w praktyce może być pofragmentowana i częściowo przechowywana na urządzeniach pamięci masowej, czyli zwykle
HDD/SSD.

(**) Każdy zna ten słynny cytat, autorstwa Billa Gatesa. Tyle, że Gates nigdy tego nie powiedział.

Minimalne wymagania sprzętowe Win 3.1

MS-DOS w wersji 3.1 lub nowszej (zalecana – 5.0), procesor 80286 (zalecany 80386 SX lub nowszy), 640 KB pamięci operacyjnej + 256 KB pamięci operacyjnej dodatkowej, stacja dyskietek 5,25” lub 3.5” (zalecany napęd CD), HDD 6 MB (wskazany 10 MB), karta grafizna EGA, VGA, super VGA, XGA lub w pełni kompatybilna.

Narodziny ZX Spectrum – GERARAD ARFIELD [PC Format nr 5 / 2020]

30 lipca 1940 na świat przyszedł Clive Sinclair, ojciec ZX Spectrum. Komputerek był jak fiat 126p. Mały, tandetnie wykonany, o słabych osiągach, awaryjny. Na tle konkurencji wyglądał… marnie. Pomimo tego sprzedawał się świetnie, ludzie go kochali, a swemu twórcy przyniósł miliony i szlachectwo.

ZX Spectrum to nie pierwszy ani też ostatni komputer skonstruowany przez sir Clive’a Sinclaira. Ale niewątpliwie to jego „opus magnum”. Do tego idealnie oddawał filozofię konstruktora: stworzyć produkt na tyle dobry, by ludzie chcieli go mieć, i przy tym tak tani, aby zostawić konkurencję daleko w tyle.

Jak to się wszystko zaczęło?

Clive Sinclair, właściciel Sinclair Research (kalkulatory, radioodbiorniki etc.) w 1980 skonstruował dość prymitywny – ale za to niedrogi – komputerek ZX80. Ten sprzedawał się na tyle nieźle, że zachęcony komercyjnym sukcesem Sinclair już po roku ukazał się kolejny, lepszy pod każdym względem ZX81. Ale że konkurencja nie zasypiała gruszek w popiele, szybko rozpoczęto prace nad następnym modelem – ZX81c („c” oznaczało możliwość wyświetlania grafiki w kolorze. Sama „maszynka” miała być po prostu ZX81 po tuningu). Lecz jesienią 1981 firma Acorn pokazała ośmiobitowego Acorna Model A, znanego później jako BBC Micro, który zdecydowanie górował osiągami nad tym, co projektował zespół Sinclaira. Clive podjął rękawicę i rozpoczął prace nad zupełnie nową konstrukcją, która w założeniach miała być nie gorsza niż Micro, ale zdecydowanie od niego tańsza. Prototyp nazwano ZX82. Potem zmieniono nazwę na „Spectrum”, by podkreślić, że komputer ów wyświetla „całe spektrum barw”, czyli łącznie 8 kolorów o 2 stanach jasności…

Premiera „gumiaka” miała miejsce 23 kwietnia 1982 roku, gdy do odbiorców trafiło pierwsze 17 000 egzemplarzy, w cenie 175 funtów (za wersję z 48 KB RAM) lub 125 funtów (z 16 KB). Jak to się miało do konkurencji? W 1982 cena Commodore’a C64 z firmowym magnetofonem wynosiła w przybliżeniu 400 funtów, a wspomniany BBC Micro można było kupić za 235–350 funtów, w zależności od konfiguracji. Dodać jednak należy, że aby uzyskać tak atrakcyjną cenę, Spectrum został okrojony z wszystkiego, co nie było absolutnie niezbędne. I tak, aby podłączyć do niego joystick, bez którego trudno wyobrazić sobie granie na ośmiobitowcach, należało dokupić specjalną przystawkę. A wiele elementów komputerka – jak choćby klawiatura – było po prostu tandetnych. Tym niemniej stosunek ceny do możliwości był doskonały i chętnych do zakupu tego novum nie brakowało – sprzedawano ok. 50 000 sztuk miesięcznie.

Co toto mogło?

Komputer wyświetlał kolorową grafikę w rozdzielczości 256×192. Do tego dawał się podłączyć do każdego domowego odbiornika TV, wydawał z siebie dźwięki, a wbudowany interpreter niezłej wersji języka BASIC umożliwiał pisanie i zgrywanie na kasetę magnetofonową albo dziwaczne ustrojstwo o nazwie microdrive własnych programów. Oczywiście programy można też było wczytywać. I tu wybór był wręcz niewiarygodny. Mówi się o aż 24 000 działających na „spektrusiu” tytułach (rzecz jasna nie na samym początku), z czego większość to gry. Jak na tamte czasy – to był to niezły wynik.

Wady, wady, wady…

Małe gumowe klawisze Spectruma, rodem jakby z dzisiejszych pilotów TV, tylko większe, były bardzo niewygodne. Do tego nadrukowane na nich oznaczenia szybko się ścierały. A ile na nich było symboli! Sinclair wymyślił sobie bowiem, że zamiast wprowadzać z klawiatury kolejne znaki programiści będą „wbijać” komendy Basica jednym klawiszem. Ale że owych poleceń było dużo więcej niż klawiszy (193 versus 40), to każdemu przyciskowi przyporządkowano kilka instrukcji wywoływanych kombinacją nawet do trzech różnych klawiszy funkcyjnych + klawisz bazowy. Faktycznie, opanowanie skrótów rzeczywiście ułatwiało pracę, choć początkowo nawet zwykłe wczytanie gry było dla użytkownika sporym wyzwaniem. Ponadto klawiatura dość szybko zużywała się – tzn. nie wytrzymywała specjalna folia przewodząca. Odmawiała współpracy po mniej więcej pół roku intensywnej eksploatacji. A wymiana – cóż, w polskich realiach był to koszt rzędu jednej trzeciej, jednej czwartej. Bolało!

Spectruma resetowało się poprzez… wyjęcie wtyczki zasilacza z kontaktu. Leniwsi wyciągali i wkładali bolec zasilacza z komputerka (bo nie trzeba było się schylać…), co jednak stwarzało ryzyko awarii wskutek przepięcia. Ale bodaj najsłabszą stroną „gumowca” były jego możliwości generowania dźwięku, do czego zresztą w ramach oszczędności wykorzystywano procesor, a nie specjalizowany układ. W efekcie komputer głównie wydawał z siebie rozmaite popiskiwania, niczym głośniczek peceta. Ale utalentowani programiści i muzycy nawet z tego potrafili wydobyć satysfakcjinujące efekty (np. bit.ly/2TAo2U2). Ba, dało się z tego wycisnąć nawet syntezę mowy!

English pride

Komputer spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem na świecie (acz z małymi wyjątkami, bo w USA i Japonii specjalnego zachwytu nie wzbudził). Brytyjczycy puchli więc z dumny. Spectrum stał się wręcz wizytówką „nowoczesnej brytyjskiej myśli technicznej”. W dowód uznania królowa Elżbieta II uhonorowała Clive’a Sinclaira tytułem szlacheckim. Spectruma zaś kopiowano na potęgę, szczególnie w ZSRR – wedle Wikipedii na świecie pojawiło się ponad 50 różnych wyrobów„spectrumopodobnych”. W tym także polski Elwro 800 Junior, w obudowie po dziecięcych organkach elektronicznych „Elwirka”, z… zachowanym statywem na nuty (sic!).

Okres świetności ZX Spectrum to lata 1982–84. Potem z uwagi na konkurencję ze strony szybko taniejących Commodore C64 i Atari 800 (wskutek wojen cenowych) popularność „gumiaka” zaczęła spadać. Tym bardziej, że użytkownikom coraz bardziej przeszkadzały rozmaite wady i ograniczenia sprzętowe tego urządzenia. Tym niemniej jego rozmaite warianty produkowano aż do 1992 roku, a w sumie sprzedało się ok. 5 mln. tych „komputerów osobistych”, jak dumnie głosił nadruk na opakowaniu Spectruma.

„Zawsze kiedy do niego nie zachodzę, to mówi, że pieniędzy nie ma w tym roku…” – Eleni Kryńska [„Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz” 13 maja 2021 r., numer 18 (1333)]

Barak romski przy Wysokiej

W 1964 roku władze PRL zakazały wędrówki cygańskich taborów. Trwała akcja przymusowego osiedlania. W Siemiatyczach osiedlono w 1965 roku 13 romskich rodzin. Łącznie były to 82 osoby, w tym 54 dzieci. Władzom lokalnym zaś nakazano zapewnić Romom lokale mieszkalne.

Przeznaczono dla nich drewniany barak za miastem, pod lasem za mleczarnią przy ul. Armii Krajowej. Obecnie na tym terenie jest nowa częśc zakładu mleczarskiego Polser.

Barak spalił się w marcu 1977 roku. Rodziny romskie zostały tymczasowo rozlokowane w różnych lokalach należących do zasobów komunalnych miasta. Kilka lat później dla części romskich mieszkańców Siemiatycz, zbudowano barak przy ul. Wysokiej. Wtedy to też był koniec miasta. Dzisiaj znajduje się wśród blokowisk. Bo przetrwał w tym miejscu do dzisiaj w mało zmienionym stanie. Obecnie zameldowanych jest tam ok. 20 osób.

Od 1979 roku jednak nie zrobiono tam generalnego remontu. Jak twierdzi jeden z mieszkańców baraku, obecny burmistrz kiedyś przed wyborami w 2010 roku przyjeżdżał do nich, obiecując, że jak tylko wygra, zrobi generalny remont baraku. Od tamtej chwili minęło 11 lat.

Prezes Zarządu Mienia Komunalnego w Siemiatyczach, Eugeniusz Bereza, twierdzi, że w latach 2010 – 2020, wydal ok. 30.000 zł na remonty mieszkań w tym baraku, wymieniając min. naprawę rynien oraz wymianę podłogi w lokalu nr 2 w 2011 roku, oraz wykonanie łazienki w tymże lokalu w roku 2014.

Antoni Tyczyna, lokator tego mieszkania, twierdzi jednak, że ten „remont podłogi”, to była tylko naprawa podłogi w jednym z pomieszczeń, a w przypadku łazienki, sam finansował jej wykonanie. Zarząd Mienia Komunalnego zakupił jedynie wannę, bojler i sedes.

W 2014 roku zmieniono w baraku poszycie dachowe z eternitu na blachę trapezową. Jednak rakotwórczy eternit pozostał tam do dzisiaj jako dolna część zewnętrznego obicia ścian baraku.

Prezes Bereza poinformował nas, że usunięcie eternitu ze ścian budynku jest w planach na lata 2022-2023.

Wśród inwestycji z ostatnich 10 lat dotyczących baraku, prezes Bereza wymienia m.in. jeszcze chodnik przed budynkiem z kostki brukowej wykonany w 2018 roku, oraz wymianę dwóch okien w jednym z lokali w 2019 roku.

Poinformowano nas też, że w latach 2001-2020 Zarząd Mienia Komunalnego w Siemiatyczach nie otrzymał żadnych specjalnych funduszy na rzecz poprawy warunków życia społeczności romskiej.

Pieniądze od wojewody

Tymczasem wg danych przedstawionych przez Pełnomocnika Wojewody Podlaskiego ds. Mniejszości Narodowych i Etnicznych, Wojciecha Przygońskiego, Urząd Miejski w Siemiatyczach w latach 2016-2019 otrzymał łącznie 52.730 zł, aby realizować zadania wsparcia z obszaru mieszkalnictwa w ramach „Programu integracji społecznej i obywatelskiej Romów w Polsce”. Procedury przyznawania funduszy ustala Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, to również MSWiA podejmuje ostateczną decyzję dotyczącą podziału środków.

Przykładowo z wniosku z 2016 r. wynika, że miasto otrzymało kwotę 13.212 zł, a wyłożyło na remont 4.751 zł. W 2015 r. liczba Romów na terenie miasta wynosiła 58, w tym 13 dzieci w wieku szkolnym. W planowanych do remontu budynkach przy ul. Krótkiej mieszkały 2 rodziny, łącznie 11 osób.

Liczba osób, którym w tamtym czasie „remontowano lub przyznano nowe mieszkania”, wyniosła 6. Rok później miasto otrzymało grant w wysokości 18.889 zł, wyłożyło 5.575 zł, a liczba Romów, którym remontowano mieszkanie, wyniosła 5. W latach 2018-19 dotacje wynosiły kolejno: 11.659 zł i 8.970 zł.

W ramach nowego Programu integracji społecznej i obywatelskiej Romów w Polsce na lata 2021-2030 na zadanie pt. „Poprawa sytuacji mieszkaniowej rodzin romskich zamieszkałych przy ul. Dąbrowskiego w Siemiatyczach” urząd miasta dostał 66.095 zł.

Nie ma funduszy

  • Ja do niego (prezesa Berezy – przyp. red.) chodziłem wiele razy – mówi Antoni Tyczyna. Od 79 roku nie były wymienione okna, drzwi, które się nie domykają, a podłoga w sypialni i w pokoiku robi się miękka. Podłoga tutaj jest położona bezpośrednio na trylinkach. Zawsze kiedy do niego nie zachodzę, to mówi, że pieniędzy nie ma w tym roku, że funduszy nie ma. Chodziłem też kilka razy w sprawie eternitu, mówię „weź zdejm ten eternit”. Mów jak do ściany… Jak można przez tyle lat nie zrobić porządnego remontu? Na Krótkiej coś zrobiono, na przeciw totolotka, i na Ściegiennego, no ale tutaj na Wysokiej też mieszkają ludzie. Burmistrz pokazuje tylko do mediów te lokale romskie, gdzie wykonano remonty i tym się chwali.

Obowiązki administracji

Antoni Tyczyna przyznaje, że mimo wielokrotnie ustnie zgłaszanych potrzeb, nie złożył jednak pisma, był zniechęcony i nie bardzo wiedział, jak ma wyglądać formalny wniosek do administracji publicznej.

Warto podkreślić, że nie wyklucza to obowiązku zainterweniowania przez zarządcę budynku i rozpatrzenia sprawy. O prawie do wnoszenia petycji, wniosków, skarg, również ustnych jasno mówi art 63 Konstytucji. Mówi o tym również Kpa w art. 63 § 1: „Podania (żądania, wyjaśnienia, odwołania, zażalenia) mogą być wnoszone pisemnie, telegraficznie, za pomocą telefaksu lub ustnie do protokołu, a także za pomocą innych środków komunikacji elektronicznej przez elektroniczną skrzynkę podawczą organu administracji publicznej utworzoną na podstawie ustawy z dnia 17 lutego 2005 r. o informatyzacji działalności podmiotów realizujących zadania publiczne”.

W przypadku kiedy wniosek złożony jest ustnie, urzędnik ma obowiązek sporządzić protokół, który podpisuje wnioskodawca, o czym mówi art. 67 Kpa:

„§ 1. Organ administracji publicznej sporządza zwięzły protokół z każdej czynności postępowania, mającej istotne znaczenie dla rozstrzygnięcia sprawy, chyba że czynność została w inny sposób utrwalona na piśmie.

§ 2. W szczególności sporządza się protokół: 1/ przyjęcia wniesionego ustnie podania”.

Jeśli wnioskodawca nie jest w stanie sam złożyć podpisu, robi to upoważniona w jego imieniu osoba.

Miesięczny czynsz za mieszkanie w tym baraku, za lokal nr 2, obecnie wynosi 443,51 zł, w tym jest opłata za 68 m kw., zimną wodę i nieczystości płynne (zaliczka), podatek lokalny – opłata śmieciowa, dzierżawa pojemnika na śmieci, opłata abonamentowa – wodomierz, oraz „opłata na wodomierz”.

  • Niektórzy tutaj lokatorzy robili remonty za własne środki – dodaje Tyczyna – i tego prezes nie odliczył im od czynszu.

W obu przytoczonych wyżej miejskich wnioskach grantowych czytamy natomiast: „Miasto Siemiatycze jako wnioskodawca nie planuje pobierania opłat z tytułu remontu budynku mieszkalnego od bezpośrednich adresatów zadania. Z uwagi na fakt, iż zamieszkujące tam rodziny romskie utrzymują się głównie z zasiłków okresowych i celowych z pomocy społecznej, nie ma możliwości współfinansowania przez nie remontu budynków, są oni jedynie użytkownikami (lokatorami) obu budynków, a planowany zakres robót należy do zewnętrznej bryły budynku, za utrzymania której odpowiedzialny jest właściciel, tj. gmina Miasto Siemiatycze”.

Zapytaliśmy burmistrza Piotra Siniakowicza nt. dotacji programowych dotyczących Romów w latach 2014-2020, a także o realizację „Programu usuwania wyrobów zawierających azbest z terenu Miasta Siemiatycze na lata 2016-2032”, m.in. o to, kiedy ostatnio dokonywano identyfikacji i oceny stanu wyrobów azbestowych znajdujących się na obiekcie mieszkalnym przy ul. Wysokiej? Dlaczego usunięcie eternitu ze ścian baraku przy ul. Wysokiej planowane jest dopiero na lata 2022-2023? Przypomnijmy, że ma on właściwości rakotwórcze. Samorządy również i na ten cel dostają dofinansowanie. Pytaliśmy również o powód wykonywania zaawansowanych remontów mieszkalnych na koszt lokatorów, a także o kontrolę realizacji zadań podejmowanych przez Zarząd Mienia Komunalnego. Kiedy tylko otrzymamy odpowiedź, opublikujemy ją na łamach gazety.

Priorytety – mieszkalnictwo i edukacja

Wg danych Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań z 2011 r. na Podlasiu mieszka 527 przedstawicieli i przedstawicielek społeczności romskiej. Podlaski Urząd Wojewódzki od początku istnienia „Programu integracji społecznej i obywatelskiej Romów w Polsce” otrzymuje dotacje, gównie w obszarze mieszkalnictwa i edukacji.

Na terenie szkół podstawowych w Siemiatyczach obecnie obowiązek szkolny realizuje trzech romskich uczniów. Dyrektorzy informują jednak, że szkoły nie pobierają zwiększonej subwencji na ten cel, a współpraca między rodzicami dzieci oraz szkołami przebiega dobrze.

O liczbę uczniów romskich w całym woj. podlaskim zapytaliśmy też Beatę Pietruszkę, Podlaską Kurator Oświaty, dowiedzieliśmy się, że:

  • W Systemie Informacji Oświatowej, z danych wykazanych przez dyrektorów szkół dotyczących liczby dzieci romskich uczęszczających do szkół podstawowych w województwie podlaskim w roku szkolnym 2019/2020 (SIO – stan na 28 sierpnia 2020 r.) oraz w roku szkolnym 2020/2021 (SIO – stan na 21 kwietnia 2021 r.) wynika, że w roku szkolnym 2019/2020 25 dzieci romskich uczęszczało do Parafialnej Podstawowej Szkoły Polsko-Romskiej z Oddziałami Integracyjnymi w Suwałkach, a w bieżącym roku szkolnym uczęszcza do niej 19 uczniów; 2 dzieci romskich uczy się obecnie w Szkole Podstawowej nr 4 im. Sybiraków w Białymstoku; 2 uczniów pochodzenia romskiego w br. szkolnym uczęszcza do Szkoły Podstawowej nr 3 im. Jana Pawła II w Siemiatyczach. W szkole w Suwałkach od września 2020 r. do końca grudnia 2020 r., w ramach Programu na Rzecz Społeczności Romskiej W Polsce, zatrudniona była asystentka edukacji romskiej i 2 nauczycieli współorganizujących edukację uczniów romskich. Od lutego 2021 r. do końca czerwca br., w ramach środków własnych szkoły zatrudniona jest asystentka romska (nie nauczyciel).

W czasie pandemii w szkołach w Suwałkach, w Białymstoku i w Siemiatyczach stworzono uczniom pochodzenia romskiego warunki do korzystania z nauczania zdalnego w siedzibie szkoły. W żadnej ze szkół nie jest problemem brak odpowiedniego sprzętu – szkoły maję na wyposażeniu laptopy, które wypożyczają rodzicom uczniów pochodzenia romskiego, zgłaszającym taką potrzebę.

Nie ma danych

W związku z rozpoczęciem nowego cyklu programowego integracji Romów, nie wiadomo jeszcze nic na temat harmonogramu spotkań z przedstawicielami jednostek samorządu terytorialnego i organizacjami pozarządowymi na terenie województwa, które powinny się odbyć.

Ani do Pełnomocnika Wojewody Podlaskiego ds. Mniejszości Narodowych i Etnicznych, ani Pełnomocnika Komendy Wojewódzkiej Policji ds. Ochrony Praw Człowieka nie zwracano się w ostatnich kilku latach z problemami dotyczącymi dyskryminacji, mowy nienawiści czy innych przestępstw wobec mniejszości romskiej. KWP w Białymstoku nie gromadzi danych dotyczących interwencji przypisanych konkretnie przedstawicielom społeczności romskiej. Bez takiego wyszczególnienia trudno więc mówić o prowadzeniu monitorowania sytuacji. Policja posiada natomiast ogólnopolską bazę informacyjną TEMIDA, w której od 2016 r. istnieje możliwość przypisania narodowości i obywatelstwa pokrzywdzonej osobie. W systemie od maja 2016 r. do grudnia 2020 r. pojawiło się dziewięć adnotacji o przestępstwach. których ofiarami padały osoby romskiego pochodzenia.

Jak informuje KWP w Białymstoku, tamtejsza policja od lat organizuje akcje i warsztaty profilaktyczne i edukacyjne wśród młodzieży dotyczące zapobiegania incydentom na tle rasowym i narodowościowym. Szkoleni są również sami policjanci.

„W 2019 r. Zespół ds. Ochrony Praw Człowieka KWP w Białymstoku we współpracy z Muzeum Historii Żydów Polskich Polin w Warszawie zorganizował warsztaty międzykulturowe dla funkcjonariuszy i pracowników Policji województwa podlaskiego na temat społeczności romskiej i żydowskiej” – czytamy w przesłanej nam odpowiedzi nt. podejmowanych działań.

W Zaleceniach Rady Europejskiej z 12 marca 2021 r. w sprawie równouprawnienia, włączenia i partycypacji Romów czytamy: „Państwa członkowskie powinny zwalczać skrajnie wysoki wskaźnik zagrożenia ubóstwem i deprywację materialną i społeczną wśród społeczności romskiej w celu zapewnienia skutecznego wsparcia na rzecz równouprawnienia, włączenia i partycypacji Romów. W stosownych przypadkach państwa członkowskie powinny stosować zintegrowane podejście skupiające się na wszystkich stosownych obszarach polityki”.

Zderzenie z biurokracją bywa uciążliwe i nieprzyjemne. A każdy z nas zmuszony jest do czynnego uczestniczenia w tej sferze życia publicznego. Kiedy rozliczamy podatki, prowadzimy firmę, ubiegamy się o świadczenia finansowe itd. Urodzeni w Polsce, uczęszczający do szkoły, posługujący się językiem polskim od dziecka, często mamy wiele wątpliwości i niepewności, kiedy czytamy urzędnicze pisma, regulacje. Każdy z nas jest zagrożony wykluczeniem społecznym i każdy z nas chciałby uzyskać pomoc, kiedy nie wie, co zrobić, gdzie zwrócić się o pomoc. Romowie są po prostu kolejną narażoną na wykluczenie grupą społeczną, z tą jednak różnicą, że w ich przypadku widać to ze zdwojoną siłą.

autorzy: Jerzy Nowicki, Eleni Kryńska

„Romska walka ze stereotypami” wywiad z Karolem Kwiatkowskim – wiceprezesem Centralnej Rady Romów w Polsce, Centrum Doradztwa i Informacji dla Romów, [„Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz” 13 maja 2021 r., numer 18 (1333)]

Edukacja receptą na międzykulturowe porozumienie

„Kultura i historia Romów jest obecnie równie ważna dla naszej społeczności, jak kultura i historia Polski dla Polaków w czasie zaborów”.

Przeciw stereotypom

Problemy związane z ubóstwem rozwijają się w dobie koronawirusa. W 40-milionowym cywilizowanym kraju nie możemy pozwolić nikomu mieszkać w warunkach, w jakich nieraz mieszkają Romowie – mówi Karol Kwiatkowski, wiceprezes Centralnej Rady Romów w Polsce, Centrum Doradztwa i Informacji dla Romów.

Lech Kaczyński w 2006 r. odznaczył Alfredę Markowską Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski za ratowanie żydowskich dzieci w czasie wojny. Pola Negri podbiła Hollywood, a Viki Gabor wygrała Konkurs Piosenki Eurowizji dla Dzieci. Co łączy te osoby? To, że wywodzą się z romskiej społeczności. Mimo dużego wkładu Romów w kulturę i historię Polski, lokalnie, jak mówi Karol Kwiatkowski, Romów ocenia się przez pryzmat biedy i niepowodzeń, co utrudnia im poprawę swojej sytuacji. Aby to zmienić, pomóc większości społeczeństwa rozumieć mniejszość, jego organizacja zajmuje się m.in. szkoleniem urzędników jednostek samorządu terytorialnego.

  • Jakie problemy mają Romowie w kontaktach z urzędnikami?
  • Na początku chciałbym podkreślić, że z perspektywy zwykłego Roma, czy nawet instytucji, którą reprezentujemy, wiedza na temat naszej społeczności w urzędniczych kręgach jest praktycznie znikoma. Z tego powodu Romowi bardzo trudno załatwić jakąś sprawę. Urzędnik od razu ma w głowie negatywny stereotyp.

  • Czego urzędnicy uczą się na prowadzonych przez państwa szkoleniach? Na co powinni zwracać uwagę w kontaktach z romskim petentem?
  • Po pierwsze należy zwrócić uwagę na to, że taka osoba wywodzi się z zupełnie innej kultury. Urzędnicy powinni wiedzieć, jak zapoczątkować komunikację z tym człowiekiem, orientować się, z czym wiąże się kultura romska jako taka. To bardzo ważne, bo większość konfliktów wynika z braku wiedzy. Każda ze stron postrzega tę drugą przez pryzmat swojej kultury i często zaczyna się od negatywnych stereotypów. Na szkoleniach pokazujemy pewne obszary kultury romskiej, które są ważne przy załatwianiu różnego typu spraw. W urzędach pracy wskazujemy np. jakich zawodów Romowie nie mogą wykonywać. Bardzo istotne jest, aby podczas programów aktywizacyjnych nie kierować Romów do prac, które nie są akceptowane kulturowo w naszym społeczeństwie. Pokazujemy różnice w zachowaniach, chociażby w przypadku powitania, kiedy w naszym gronie nie używamy uścisków dłoni. A bardzo często osoby postronne odbierają to jako lekceważenie. Z takich drobnych nieporozumień wynikają różne konflikty. Tego typu szkolenia mają przybliżyć kulturę i zwyczaje romskie społeczności większościowej. Urzędnicy potrzebują szkoleń, żeby byli uwrażliwieni na to, że Romowie są podobnymi do nich ludźmi. Mają problemy i potrzebują pomocy.

  • W Polsce istnieje kilka odłamów społeczności romskiej.
  • Są cztery główne odłamy: Polska Roma, Bergitka Roma, Kełderasze i Chaładytka Roma. Mimo wszystko, nadal posługują się tym samym językiem i posiadają bardzo podobne normy kulturowe. Po przejściu szkolenia urzędnik jest przygotowany do pracy z każdą z tych grup.

  • W ostatnich latach zarówno do Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku, jak i do Pełnomocnika Wojewody Podlaskiego ds. Mniejszości Narodowych i Etnicznych, nie wpływały informacje o problemach, czy dyskryminowaniu społeczności romskiej. Jak wygląda sytuacja z perspektywy pańskiej organizacji?
  • Dyskryminacja społeczności romskiej występuje na wielu płaszczyznach, mogą to być zarówno obraźliwe wyzwiska na ulicach, jak i dyskryminacja ukryta, np. ograniczony dostęp do edukacji dzieci romskich. Z różnymi jej przejawami mamy niestety ciągły kontakt. Nasza organizacja została zaproszona przez Departament Stanów Zjednoczonych do przeprowadzenia badania w 2021 r. dotyczącego dyskryminacji i zachowywania praw naszej mniejszości. Problem w tym, że wielu Romów nie zgłasza aktów dyskryminacji, nie chcą pisać żadnych pism.

  • Często zdarza się, że Romowie są niechętni, aby składać formalne wnioski.
  • Oprócz niechęci, czynników jest znacznie więcej. Po prostu nieraz nie mają umiejętności, aby stworzyć takie pismo. W naszej tradycji nie ma również zwyczaju pisania do siebie. Większość rzeczy załatwiamy ustnie i jest to wystarczające. Tutaj następuje pewien konflikt z polskimi zwyczajami, gdzie wszystko warto i trzeba mieć na piśmie. Również z tego względu zgłoszonych aktów dyskryminacji jest mniej niż ma ich miejsce w rzeczywistości.

  • Czy Pana zdaniem zgłoszony ustnie wniosek do jakiegokolwiek urzędu, czy instytucji państwowej, ma moc?
  • Jak najbardziej. Polskie prawo jest tak skonstruowane, że ustne zgłoszenie to chęć poinformowania. Oczywiście lepiej, jeśli mamy potwierdzenie pisemne. Jesteśmy w stanie udowodnić, że taka rozmowa rzeczywiście miała miejsce. Kiedy brakuje pisemnego wniosku, urzędnik może powiedzieć, że zgłoszenia nie było. Bardzo ważne wtedy jest to, aby miał świadomość powodu, dla którego Rom nie składa pism. Urzędnik może w takiej sytuacji podpowiedzieć Romowi, że powinien złożyć pisemny wniosek. Kiedy brakuje tej wiedzy, urzędnik traktuje Roma jak zwykłego petenta, który ma świadomość, że trzeba stworzyć pismo i złożyć je w urzędzie. Pracownik urzędu po odbyciu szkolenia wie, że Romowie z różnych powodów nie składają wniosków na piśmie i mogą mu w tym momencie pomóc. Prowadziliśmy szkolenia administracji publicznej w wielu miastach m.in. w Warszawie, Radomiu, Olsztynie. Takim urzędnikom zdecydowanie łatwiej współpracować ze społecznością romską. Miasto Gdańsk zgłosiło się do nas z inicjatywą przeszkolenia 30 urzędników.

  • Agencja Praw Podstawowych Unii Europejskiej przeprowadziła badanie (powtórzone w 2016 r.) nt. mniejszości i dyskryminacji min. Romów. Polska uczestniczyła w nim w 2008 r., są to więc dość stare wyniki.
  • Myślę jednak, że sytuacje związane z dyskryminacją aż tak bardzo nie zmieniły się. Oczywiście widzimy poprawę w pewnym stopniu. Powstają stowarzyszenia, fundacje działające na rzecz społeczności romskiej w Polsce, ale potrzebne są rozwiązania systemowe. W Szwecji ze społecznością romską współpracują odpowiednio wykwalifikowani Romowie. Jeśli w mieście, gminie, województwie mieszka spora grupa Romów, warto przeszkolić i zatrudnić kogoś z tej społeczności. To bardzo dobre rozwiązanie.

  • Wspomniane przeze mnie badanie podaje, że wśród najbardziej powszechnych powodów braku zgłaszania aktów dyskryminacji przez Romów są: brak wiary w zmianę sytuacji po zgłoszeniu, brak wiedzy gdzie można zgłosić, że jest się dyskryminowanym, powszechność aktów dyskryminacji i obawa przed negatywnymi konsekwencjami. Zgodnie z wynikami z 2008 r. 23% ankietowanych Romów unikało przebywania w miejscu publicznym z obawy przed dyskryminacją. Czy mamy zatem odpowiedź na stereotyp izolującego się Roma?
  • Bardzo dobre pytanie. Te dane pokazują nam, że tak naprawdę Romowie nie są tak zamknięci, jak próbuje im się wmawiać. Owszem, często są społecznością zamkniętą we własnym gronie, ale wynika to z obawy przed brakiem akceptacji, strachem przed dyskryminacją. Należy zwrócić uwagę na historię społeczności Romskiej. W czasie II wojny światowej zginęły przecież miliony Romów tylko ze względu na pochodzenie, Romskie kobiety były przymusowo sterylizowane. Potem w czasach komunizmu Romów przymusowo osiedlano, pojawiały się represje. Brak zaufania do instytucji państwowych wynika właśnie z tych wieloletnich doświadczeń. Romowie obawiają się otworzyć przed społecznością większościową, bo boją się, że zostaną źle przyjęci.

  • Często przedstawiani są wg stereotypowego ubóstwa, braku uczciwości. Wielu chciałoby jednak poprawić swoją sytuację życiową, a nie mają możliwości. Czy brak wsparcia według pańskiego doświadczenia wynika z braku edukacji urzędników, a może lenistwa?
  • Doświadczenie mówi mi, że urzędnikom brak wiedzy i narzędzi do tego, aby właściwie postępować z osobą odmienną kulturowo w przypadku społeczności romskiej. Trzeba wspomnieć o stereotypach dotyczących Romów, obecnych nie tylko w polskim społeczeństwie, ale też w wielu innych krajach. Kiedy taka osoba zgłasza się z prośbą o pomoc do instytucji, chce poprawić swoją sytuację, często zdarza się, że automatycznie postrzega się ją jako osobę roszczeniową. W każdej gminie, którą zamieszkują Romowie, powinni pracować przeszkoleni odpowiednio urzędnicy. Osoby przygotowane do pracy z naszą społecznością. W tworzeniu rzeczywistego obrazu Romów w społeczeństwie większościowym dużą rolę odgrywają przekazy medialne. Owszem, sytuacja wielu Romów jest trudna, ale wciąż mało mówi się o tym, że bardzo ważny dla nich jest dostęp do edukacji romskich dzieci. Dzieci romskie bardzo rzadko mogą spotkać w polskiej szkole swoją kulturę, więc rodzice obawiają się stopniowego wykorzenienia jej z dzieci w szkołach. Każdy naród jest wrażliwy w tej kwestii. Kultura i historia Romów jest obecnie równie ważna dla naszej społeczności, jak kultura i historia Polski dla Polaków w czasie zaborów. Wiele mówi się o problemach, zbyt mało o sukcesach społeczności romskiej, również międzynarodowych. Często podkreśla się fakt, że Romowie są obciążeniem dla systemu opieki społecznej, że są roszczeniowi. Tymczasem na terenie Polski obecnie przebywa zaledwie ok. 30 tys. Romów. W skali całego kraju niemożliwe jest jakiekolwiek obciążenie przez naszą społeczność jakiegoś systemu.

  • Szczególnie uzdolnione dzieci romskie mogą ubiegać się o stypendium.
  • Nie tylko dzieci, ale też studenci. Środowisko romskie w Polsce działa bardzo prężnie, ale niestety o wielu inicjatywach mówi się niewiele lub wcale.

  • Jakie potrzeby i problemy zgłaszają urzędnicy w trakcie szkoleń?
  • Bardzo często nie w trakcie, ale już po szkoleniu ludzie ci przyznają, że wiedza, którą posiadali pochodziła z opowiadań innych osób, przekazów medialnych. Była oparta na błędnych obserwacjach. Kiedy mówię o pracownikach jednostki samorządu terytorialnego, nie mam na myśli wyłącznie pracowników MOPS-u, GOPS-u, ale też nauczycieli, pracowników urzędów pracy.

  • W 2008 r. 78% badanych Romów w Polsce nie znało organizacji udzielającej porad lub wsparcia osobom dyskryminowanym. Czy ta sytuacja zmieniła się na przestrzeni lat?
  • Stopniowo ulega poprawie. Organizacje pozarządowe podobne do naszej, starają się uświadamiać Romom, że warto zgłaszać akty dyskryminacji. Ostatnio pomagaliśmy jednej z kobiet, która podczas Poznańskich Targów została wyproszona przez ochronę, ponieważ jest Romką. Nagłośniliśmy tę sprawę i organizatorzy Targów Poznańskich przeprosili tę kobietę. Reagowaliśmy na niestosowne wpisy na temat Viki Gabor. Świadomość zwiększa się, ale jest nadal stosunkowo mała. Sąd w przypadku hejterskich wpisów internetowych dotyczących Viki Gabor doszedł do wniosku, że określenie „szwabska cyganka” nie jest obrazą. Absolutnie się z tym nie zgadzamy. Jeśli jednak tego typu komunikat płynie z góry, ciężko walczyć z dyskryminacją.

Eleni Kryńska, fot. arch.

Centrant Doradztwa i Informacji dla Romów – tel. 796 349 553

ul. Kopernika 7, 95-200 Pabianice

tel. 042-227-45-00

stowrompab@poczta.onet.pl

Flaga Romów – uznawana przez wiele międzynarodowych organizacji, symbol narodowy Romów. Główny motyw, dharmaćakra [czerwone koło] symbolizuje indoaryjskie dziedzictwo Romów. Przypomina flagę Indii. Nawiązuje do kół wozu, którymi podróżowali Romowie, przypominając o ich niedawnym koczowniczym trybie życia. Błękit i zieleń odzwierciedlają tułaczkę pod niebieskim niebem i po zielonej ziemi. Brak własnego państwa. Życie w ciągłej drodze. Flaga została uchwalona w 1971 roku na Pierwszym Światowym Kongresie Romów w Londynie.

„Władcy macic” – SŁAWOMIR MIZERSKI [felieton], „Polityka” nr 10.2021 z dnia 02.03.2021

„Polska jest jednym z krajów, w którym kobietom żyje się najlepiej na świecie” – zapewnia pewien krakowski działacz PiS. Powodem jest uświęcony, istniejący od wieków porządek w relacjach Polek i Polaków. „My je na rękach nosimy, przepuszczamy w drzwiach, ustępujemy miejsca, dajemy prezenty na Dzień Kobiet. One rodzą nam dzieci”.

Niestety, media alarmują, że Polki przestały rodzić, a przyrost naturalny jest najniższy od 2004 r. Zastanawiam się: co im się nie podoba? Mają już dość przepuszczania w drzwiach, prezentów na Dzień Kobiet i noszenia na rękach? Dlaczego odmawiają rodzenia dzieci teraz, gdy Polska tych dzieci potrzebuje, bo władza ostrzega, że jest nas coraz mniej, a Niemców i zalewających nas uchodźców coraz więcej?

Wśród Polek przeważa obecnie pogląd, że będą rodziły wtedy, kiedy będą chciały. To my jesteśmy właścicielkami naszych macic, powiadają. Biskupi i politycy obozu rządzącego są innego zdania. Doradca prezydenta RP Andrzej Zybertowicz uważa, że kobieta nie może rościć sobie praw do swojej macicy, skoro „najpierw zgodziła się, aby nastąpiło poczęcie albo możliwość poczęcia”. Podkreśla, że płód „zawiera także materiał genetyczny innego człowieka”, zatem człowiek ten jest naturalnym współwłaścicielem macicy znajdującej się w kobiecie, a kobieta może rozporządzać tylko tą częścią swojej macicy, która nie należy do niego.

Polki powstrzymują się od rodzenia z różnych powodów. Jedne tłumaczą, że ze względów finansowych nie mogą sobie na dzieci pozwolić, inne nie decydują się na dziecko ze względu na niską jakość ich partnerów, którzy nie nadają się na ojców. Jeszcze inne z obawy, że ich dzieci będą narażone na oglądanie w telewizji marszałka Terleckiego, ministra Sasina czy prokuratora Święczkowskiego. Zostaną także zmuszone do uczenia się w szkole z podręczników przygotowanych dla nich przez ministra Czarnka. To oczywiste, że nikt nie chciałby dla swoich dzieci tak okropnego losu.

Ponieważ kobiety, mimo przepuszczania w drzwiach i noszenia na rękach, odmawiają rodzenia w takiej Polsce, jaka jest dzisiaj, PiS planuje zmienić Polskę w ramach tzw. Nowego Ładu. Ma on m.in. wdrożyć nową strategię demograficzną. Szczegóły tej strategii nie są znane, wiadomo tylko tyle, że kobiety mają nie hamletyzować, tylko rodzić i koniec. Zachęci je do tego specjalnie powołany Instytut na rzecz Rodziny i Demografii.

Miejmy nadzieję, że zrobi to skuteczniej niż program 500 plus, bo GUS ostrzega, że liczba urodzeń jest już tak niska, że nawet „nie zapewnia prostej zastępowalności pokoleń”. Nie chcę kwękać, ale świadomość, że obecne pokolenie polityków może przez kolejne lata rządzić Polską tylko dlatego, że nie będzie go kim zastąpić, jest naprawdę przerażająca.