„Nie dam się wyrzucić z Polski” (wywiad z Jonnym Danielsem) „Sieci” nr 39 / 2018

daniels.jpeg

 

W tych atakach na mnie czuć dziwną rękę, to jest wyraźny zapach rosyjskich trolli. Musimy mieć świadomość, gdzie jesteśmy i w którym momencie. Jeśli spojrzymy na okres od zwycięstwa PiS do dziś, i jeśli mamy w głowie, że zbliżają się wybory, to nie możemy wykluczyć żadnej możliwości

 

Z Jonnym Danielsem założycielem i prezesem fundacji From The Depths, zajmującej się relacjami Polaków i Żydów, rozmawia Jacek Karnowski

 

Co się dzieje? Ktoś przeciął opony w pana samochodzie, otrzymuje pan także groźby. Do tego można mówić o swoistej nagonce w mediach społecznościowych.
Jonny Daniels: Rzeczywiście, ostatnio musiałem się zmierzyć z falą agresywnych ataków. To zaczęło się jakieś cztery, pięć miesięcy temu. Nie mam pełnej jasności, skąd wychodzą te ataki. Na pewno biorą w nich udział ludzie powiązani z ekstremistyczną prawicą, ze środowiskami w sumie marginalnymi. To zresztą część szerszego procesu, bo ci ludzie atakują wszystkich, których uważają za choćby nieco inaczej myślących lub mających inne wyobrażenie Polski. Ataki na moją osobę są związane z szerszym problemem rasizmu, antysemityzmu, nienawiści.

Z czym wiąże pan pojawienie się tych ataków?

Jest dla mnie jasne, że cała historia związana z ustawą o IPN; jej przyjęcie, a później wycofanie się z niektórych zapisów, bardzo zaszkodziły relacjom polsko-żydowskim. Ale ta sprawa ośmieliła także niektórych ludzi, którzy jeszcze dwa lata temu wstydziliby się głosić publicznie to, co dziś wypisują w swoich tweetach.

Z polskiej perspektywy sporo złego wyrządziła także niewspółmierna reakcja Izraela i środowisk żydowskich, która nakręciła emocje i która sprawiała wrażenie ataku na Polskę przy użyciu wątpliwego pretekstu.
Mówię jasno: nienawiść jest obecna po obu stronach. W Polsce ludzie nie wiedzą, jak ostro jestem atakowany przez skrajną lewicę w Izraelu, przez marginalne, ale głośne środowiska. To są na razie ataki słowne, ale one są faktem. Mam wrażenie, że obie te grupy – skrajna polska prawica i skrajna lewica izraelska – są swoistymi partnerami w ataku na mnie, a szerzej na ludzi, którzy burzą ich obraz świata. Niektóre zarzuty, które słyszę w Polsce, zostały spreparowane przez ludzi mi niechętnych w Izraelu. Sytuacja jest absurdalna: osoby, które atakowały mnie za kontakty z polskim rządem, za spotkania z ojcem Tadeuszem Rydzykiem, za chęć dialogu, teraz faktycznie współpracują z takimi polskimi antysemitami, jak ci, którzy atakują mnie w sieci.

Jest więc pan problemem dla przeciwników dialogu w obu krajach.

Tak. Dotyczy to również wielu środowisk diaspory żydowskiej. I doskonale wiem, dlaczego jestem problemem dla skrajnej lewicy izraelskiej. To zostało wyłożone w kilku oświadczeniach i listach, oficjalnie podpisanych i opublikowanych. Otóż jestem postrzegany jako ktoś, kto przeszkadza w realizacji roszczeń majątkowych wobec Polski. Jako ktoś, kto niszczy lewicowy monopol w obszarze relacji polsko-żydowskich. Monopol, który trwał przez ostatnie 30 lat.

Ten monopol wiązał się z narzucaniem wykrzywionego spojrzenia na relacje polsko-żydowskie.
Edward Mosberg, urodzony w Krakowie Żyd, cudem ocalały z Holokaustu, wielki przyjaciel Polski i Polaków, bardzo mądry człowiek, powiedział mi ostatnio: „Jonny, oczywiście, że były także zdarzenia tragiczne, byli Polacy, którzy mordowali Żydów, byli szmalcownicy, byli źli ludzie, ale to wszystko zostało rozdęte poza wszelkie proporcje, do tego wyjęte z kontekstu niemieckiej okupacji”. I dodaję już od siebie, że te tragiczne zdarzenia wpisano w swoistą grę, której celem jest uzyskanie czegoś od Polski i w której ramach należy Polskę stale atakować. Ukrytym założeniem tego mechanizmu jest blokowanie prawdziwego dialogu. A przecież nasze narody muszą ruszyć do przodu. Musimy otwarcie i uczciwie omawiać dzielące nas kwestie. Nie możemy się godzić na kłamstwa ani manipulacje. Tak postrzegam swoją misję.

Zarzuca się jednak panu, że jest pan przeciwny dokończeniu ekshumacji w Jedwabnem, która mogłaby ostatecznie wyjaśnić wydarzenia z 1941 r.
Tak, jestem przeciw ekshumacji i nie zmienię zdania w tej sprawie. Ale mówię też jasno: moje stanowisko ma źródło religijne. Nie jestem zapewne najbardziej religijnym z Żydów, ale wierzę w Boga, wierzę w życie pośmiertne i uznaję żydowską zasadę, że jeśli ciało zostało pogrzebane, to powinno zostać pozostawione w spokoju. Ciało jest złączone z duszą i każde naruszenie szczątków wpływa na duszę. Ci ludzie dość już wycierpieli, nie powinni być więcej nękani. W tym kontekście czasem wykorzystuje się moje zdjęcie z ludzkimi kośćmi w ręku. Ale to manipulacja, bo zostało ono wykonane w Dobrzyniu nad Wisłą, w mieście, skąd pochodzi moja rodzina. To nie była ekshumacja, ale wyjmowanie szczątków ludzkich z Wisły, do której obsunęła się część żydowskiego cmentarza. Te szczątki zostały natychmiast ponownie pochowane pod nadzorem religijnym; to był pochówek, nie ekshumacja.
Ale Jedwabne jest miejscem szczególnym – wątpliwości co do przebiegu zdarzeń mają potężne konsekwencje.

Zdaję sobie sprawę, że to już symbol, dla obu stron, czasem instrumentalnie wykorzystywany. Ale chcę jasno podkreślić, że sprawą Jedwabnego, poza wypowiedzią dotyczącą ekshumacji, nigdy się nie zajmowałem. Jestem osobą praktyczną i uważam, że nawet jeśli zostałaby przeprowadzona ekshumacja – załóżmy, że przez wspólny zespół polsko-żydowski – i tak nie będzie powszechnej akceptacji wyników. Po co więc to ruszać? Ta sprawa ma tak wiele kontekstów i jest nią zainteresowanych tyle czynników zagranicznych, że to nie może się dobrze skończyć. Niektórzy mówią: to jest polska ziemia i możemy robić, co chcemy. Tak, to jest polska ziemia, ale czy to oznacza, że można się nie liczyć z cudzą wrażliwością? Takie jest moje zdanie, ale decyzje w tej sprawie należą do władz Polski, a w wymiarze religijnym do odpowiednich gremiów rabinicznych.

Wróćmy jeszcze do tego przecięcia opon w pana samochodzie. Jak to było?

 

Chcę podkreślić, że nie mam żadnego problemu z tym, że ktoś mnie nie lubi albo nawet ostro krytykuje. Wierzę w wolność słowa. Jestem też otwarty, nie unikam odpowiedzi na żadne pytania, udzieliłem bardzo wielu wywiadów. Nie przeszkadza mi, że ktoś tworzy strony mi poświęcone. Niestety, są ludzie, których żadna odpowiedź ani nie zadowoli, ani nie interesuje. Niektórzy hejterzy w internecie przenieśli ataki na mnie na kolejny poziom, używając wprost antysemickiej retoryki. Przekroczyli granice, fabrykując ordynarne kłamstwa i atakując także moją rodzinę. Każdy ma prawo pytać o moją działalność i moją pracę, ale sprawy osobiste, zwłaszcza dzieci, powinno się zostawić na boku. Ja sam nigdy nie sięgam po tego typu argumenty, zawsze współczuję ludziom, którzy zostali tak potraktowani, choćby ostatnio Leszek Miller. To są nikczemne zachowania.

Zdecydował się pan złożyć w tej sprawie zawiadomienie na policję.

Tak. Chodziło mi o ochronę dzieci, a także o groźby, które zacząłem otrzymywać po tym, gdy zostałem wzięty na cel propagandy ekstremistów. Były to także groźby dotyczące życia. Nie lekceważę takich spraw, uważam, że trzeba je zgłaszać. Zaparkowałem więc samochód w okolicy posterunku policji i poszedłem złożyć zawiadomienie. Gdy po załatwieniu sprawy wróciłem, dwie opony były przecięte. Sądzę, że za pomocą dużego noża; to były raczej silne dźgnięcia niż cięcie. Wróciłem więc na posterunek i złożyłem kolejne zawiadomienie.

Jakie są szanse na ustalenie sprawców?

Z tego, co wiem, policja ma już poważne poszlaki dotyczące sprawcy lub sprawców. Zastanawiam się, co by było, gdybym pojawił się przy samochodzie wcześniej, gdy ta osoba – lub osoby – wciąż tam była? Czy nie zostałbym zaatakowany? To nie są miłe myśli. To nie jest błaha sprawa: ktoś zebrał informacje na mój temat, ktoś mnie śledził, ktoś podjął ryzyko, że zostanie złapany. Nikt z nas nie przeszedłby wobec takiego zdarzenia obojętnie. Nie oznacza to, że nie sypiam dobrze. Jestem tu od czterech lat i zawsze czułem się niewiarygodnie bezpiecznie. Żyłem tak jak wszyscy wokół, nic złego nigdy mnie nie spotkało. Oczywiście z czasem stałem się dość mocno rozpoznawalny…

 

Stał się pan swego rodzaju celebrytą.
[śmiech]. Może i tak. Ta moja rozpoznawalność z pewnością także nakręca ataki.

To był pierwszy incydent, który przekraczał granicę między słowną agresją a czynem?

Tak. Mam świadomość, że 99 proc. ludzi atakujących nie tylko mnie, lecz i inne osoby w mediach społecznościowych tej granicy nie przekroczy. To nie są ludzie odważni, chowają się za pseudonimami, odreagowują swoje frustracje i niepowodzenia, siedząc przed komputerem w jakiejś piwnicy…

Albo za biurkiem w niemieckim banku.

Być może. To wolny kraj, wolność słowa jest piękna, mogą pisać, co chcą, z zastrzeżeniem, że jeśli formułuje się groźby, jeśli sięga się po przemoc, to przekracza się granicę. Wszyscy przyzwoici ludzie muszą w takich sytuacjach mówić „Dość!”.

Czy w pana ocenie za tymi atakami, za tą akcją, mogą stać jakieś inne siły? Animowanie antysemityzmu w Polsce albo kreowanie wrażenia, że jest on problemem, to stara technika naszych sąsiadów ze wschodu.

Moim zdaniem czuć w tym dziwną rękę, to jest wyraźny zapach rosyjskich trolli. Musimy mieć świadomość, gdzie jesteśmy i w którym momencie. Jeśli spojrzymy na okres od zwycięstwa PiS do dziś i jeśli mamy w głowie, że zbliżają się wybory, to nie możemy wykluczyć żadnej możliwości. Relacje międzynarodowe są sferą, w której PiS było i jest bardzo ostro atakowane. Nie chodzi wyłącznie o ustawę o IPN, ale także o tzw. zagrożenie demokracji i „praworządność”, wreszcie o rzekomy wzrost antysemityzmu. Te wszystkie tezy są rozpowszechniane na świecie przez lewicowe media, zarówno polskie, jak i zagraniczne. Ale niezależnie od tego, czy da się udowodnić aktywność jakichś ciemnych siły, czy też nie, problem prawicowego ekstremizmu w Polsce jest realny. Dla mnie to zdumiewające: kraj, który tyle wycierpiał ze strony ekstremistów, ze strony niemieckich nazistów i ze strony Sowietów, powinien wiedzieć, że to nie jest dobra zabawa.

Te środowiska mają jednak marginalny zasięg i minimalne wpływy. Nie zdobywają zbyt wielu głosów, nie mają poparcia rządzących. Choć rzeczywiście trzeba przyznać, że w pana sprawie okazały się na tyle skuteczne, że w sumie niewielu ludzi odważyło się im przeciwstawić publicznie.
Szczerze mówiąc, byłem poruszony bardzo licznymi wyrazami wsparcia, które dostałem. To były głosy ze wszystkich stron, bardzo liczne zwłaszcza ze strony prawicowego mainstreamu. Także ze strony zwykłych Polaków, którzy zatrzymują się na ulicy, by wyrazić sympatię i podziękować za to, że słyszą ze strony żydowskiej głos inny niż dotychczas. Jednocześnie jednak sądzę, że rząd musi zacząć coś robić w sprawie ekstremizmu. Nie chodzi mi o jakiekolwiek ograniczanie wolności słowa; są jednak granice, których przekraczać nie można. Zarówno prezes Jarosław Kaczyński, jak i premier Mateusz Morawiecki, z którymi miałem możność spotkać się i rozmawiać, to ludzie bardzo dalecy od jakiegokolwiek fanatyzmu. To nie są osoby, u których można znaleźć choćby jedną antysemicką kosteczkę. Odwrotnie, to przyzwoici, bogobojni ludzie, rozumiejący świat. Oni nie tylko wiedzą, że antysemityzm szkodzi Polsce, lecz także osobiście źle znoszą antysemityzm.

Wielu ludzi obawia się jednak, że walka z realnym ekstremizmem zakończy się tak jak na Zachodzie, a więc nałożeniem ciasnego kagańca politycznej poprawności, który ostatecznie zabija wolność słowa, tak ważną dla Polaków.

To prawda, nie są to obawy bezzasadne. Ale uważam, że Polska naprawdę jest wyjątkowym krajem i żaden kaganiec wam nie grozi. Podam przykład: w Polsce nie tylko prawica, lecz i wielu ludzi o poglądach lewicowych sprzeciwia się masowej imigracji z krajów islamskich. To była jedna z przyczyn zwycięstwa PiS w ostatnich wyborach. Rozumiecie, że to ważna sprawa. Podobnie jest z wolnością słowa, którą Polacy mają w genach. By walczyć z ekstremizmem, nie trzeba uciszać ludzi, nie chodzi o jakieś bardzo surowe kary. Chodzi o jasny sygnał, że pewne rzeczy są niedopuszczalne, że nie wolno grozić śmiercią, nie wolno przecinać opon. To już jest kwestia moralna. Nawet mówiąc o islamie, którego nie jestem fanem i którego wady doskonale znam, należy zachować umiar; nie każdy muzułmanin jest mordercą, każdemu należy się szacunek. To samo dotyczy Kościoła katolickiego, który jest dziś ostro atakowany za przypadki pedofilii. Jest jednak dla mnie jasne, że nie można rozciągać winy małej grupki na całą religię, na całą wspólnotę.

Ma pan wrażenie, że ktoś chce pana wypchnąć z Polski?

Absolutnie tak. Jest wiele osób, które nie życzą sobie mojej obecności tutaj. Ale ci ludzie nie zrozumieli jeszcze, że nie zamierzam się stąd ruszać. Jeśli ktoś na mnie naciska, atakuje, to walczę do końca. Jestem niewiarygodnie uparty. To jest mój wybór, że tu żyję. Podjąłem tę decyzję i jestem z tego powodu szczęśliwy.

To jest chyba jedno ze źródeł ataku na pana. Ludziom nie mieści się w głowie, że ot tak postanowił pan pomieszkać w Polsce. Myślą, że muszą się kryć za tym wielkie interesy, służby specjalne, niejawne intencje. Sugerują, że jest pan „wicepremierem”, że „nadzoruje” pan polski rząd.
Mam być rzekomo nie tylko „wicepremierem”, lecz i „wiceprezydentem”. Gdy ktoś stawia mi takie zarzuty, nie chce mi się nawet odpowiadać. To jest groteska podszyta głupotą. Jeśli ktoś zaś chce wiedzieć, dlaczego jestem w Polsce, to odpowiadam po raz kolejny: gdy przyjechałem tu pierwszy raz, od razu bardzo polubiłem to miejsce. Dobrze się tu czuję. Przecież nie jest to jakieś Timbuktu gdzieś w Trzecim Świecie. To jest duży, ważny kraj z bardzo fajnymi, miłymi ludźmi, o bogatej przeszłości, o wielkiej kulturze, z dobrym jedzeniem, z klimatem, który mi odpowiada. Jeśli stąd wyjadę, to tylko wówczas, gdy sam tak zdecyduję. Ale rzeczywiście, mam tu także ważną sprawę do załatwienia: chcę poprawić relacje polsko-żydowskie.

Internetowi hejterzy nie mogą się też nadziwić, jak to możliwe, że spotyka się pan z najważniejszymi politykami w Polsce. Takie spotkania mają dowodzić, że reprezentuje pan nie tylko siebie.
Może dlatego, że jestem po prostu miłym facetem? [śmiech] To oczywiście żart. Mówiąc poważnie – hejterzy nie rozumieją, że to, co robię, naprawdę służy Polsce. Za pomocą malutkiej fundacji From The Depths zrobiłem więcej niż sporo w obszarze relacji polsko-żydowskich. W ciągu czterech lat zaprosiliśmy do Polski ponad 200 zagranicznych dziennikarzy. Nie ma tygodnia, by nie gościł tutaj jakiś dziennikarz z Izraela. Przy jeżdżą nie tylko służbowo, by pisać, lecz także prywatnie, dla przyjemności. Bo gdy przyjadą raz i zobaczą nie tylko Auschwitz i Birkenau, lecz także Warszawę, Kraków i inne miejsca, to mówią: „Boże, co to za wspaniały kraj!”. Doszło do tego, że w tym roku ważny polityk izraelski, poseł do Knesetu, przyjechał do Polski, na Mazury, by spędzić zupełnie prywatne wakacje z całą rodziną. Czy ktoś to sobie wyobrażał? Zapraszam też polityków z USA; w sierpniu gościło tu pięciu amerykańskich kongresmenów republikańskich, którzy od razu po powrocie podjęli działania na rzecz Polski. W sumie ściągnąłem 150 parlamentarzystów z różnych krajów. Zaprosiłem też kilku liderów diaspory żydowskiej z USA; po spotkaniu z przedstawicielami polskiego rządu nie mogli ukryć konfuzji. Spodziewali się jakiś potworów, a zobaczyli cywilizowanych ludzi i porządny kraj. Dzięki temu wszystkiemu opinia o Polsce wyraźnie się poprawia. Nie przypisuję sobie wszystkich zasług, ale dołożyłem do tego dość dużą cegłę.

No dobrze, ale jak się zaprasza tak ważnych ludzi? Jakim cudem mała, niedawno założona fundacja jest w stanie to robić? Coś się za tym musi kryć.

 

Nie! Jeśli chcesz i wiesz jak, to możesz wiele zrobić nawet skromnymi środkami. Oczywiście nie jestem człowiekiem znikąd; przez cztery lata pracowałem dla członka Knesetu Danny’ego Dannona, niezwykle dynamicznego, młodego polityka, od którego wiele się nauczyłem. Ludzie pytają: „No dobra, a skąd masz na to wszystko pieniądze?”. To nie są znów tak wielkie pieniądze. Polski rząd wydał więcej na rejs żaglowca dookoła świata niż moja fundacja na to wszystko, o czym tu opowiadam. Są ludzie, donatorzy, którzy mi pomagają, zarówno Żydzi, jak i chrześcijanie.

To są donatorzy instytucjonalni?

Nie, to osoby prywatne, które podzielają mój punkt widzenia i moje cele. Powtarzam: nie są to wielkie kwoty.

Czy ma pan jakieś relacje biznesowe z państwem polskim?

Nie biorę pieniędzy od rządu. Nigdy nie ukrywałem, że pracuję jako konsultant dla LOT-u, pomagając tej firmie w nawiązywaniu różnych relacji, w kontaktach z zagranicznymi mediami, realizując to, co zleci mi zarząd. To są jednak zajęcia niezwiązane z moją fundacją; wykonuję je w ramach normalnej działalności gospodarczej. Mam też zlecenia ze strony prywatnych firm. Ale chcę jasno powiedzieć: nie jestem w Polsce dla pieniędzy. Z moimi kontaktami i doświadczeniem nie miałbym problemu z zarobieniem znacznie większych sum w Stanach Zjednoczonych czy w Wielkiej Brytanii. Widzę tam wielkie możliwości, ale chcę być tu, w Polsce, bo wierzę w tę sprawę.

Czy to prawda, że proponowano panu przeniesienie aktywności na Węgry i do Austrii?

Moja praca została zauważona w wielu miejscach. Rzeczywiście padały różne propozycje. Ważni ludzie z Węgier chcieli, bym przeniósł swoją fundację do Budapesztu i tam robił to, co teraz robię w Polsce, bym zajął się m.in. promocją węgierskich Sprawiedliwych. To była niespodziewana propozycja, ale szybko odmówiłem. Bo nie mógłbym jednak robić tam tego, co robię tutaj.
Dlaczego?

Bo znam historię. Węgrzy i państwo węgierskie byli po drugiej stronie, współpracowali z Niemcami. To, co robię w Polsce, mogę robić tylko w Polsce. A jest tu wiele do zrobienia. W zeszłym tygodniu zostałem zaatakowany przez Yad Vashem za to, że rzekomo rozdaję tytuły Sprawiedliwych. A ja niczego nie rozdaję, tylko honoruję tych Polaków, którzy ratowali Żydów, a nie zostali uznani za Sprawiedliwych, bo np. otrzymywali od Żydów pieniądze na jedzenie czy ubranie. Reguły Yad Vashem są bardzo ostre. Rozumiem to, akceptuję, ale przecież ci ludzie, którzy brali pieniądze, by kupić jedzenie, też ratowali. Takich ludzi, którzy pomagali Żydom, a nie mają tytułu, są w Polsce dziesiątki tysięcy. W przyszłym miesiącu jadę do Nowego Sącza; jest tam człowiek, którego ojciec został złapany, gdy rzucał Żydom kawałek chleba. Zginął za to w Oświęcimiu. Jeden z Żydów, dla których był ten chleb, przeżył. Ten człowiek, który rzucał chleb, zasługuje na upamiętnienie.

Myślę, że wielu Polaków nie zdaje sobie sprawy, że zajmowanie się polskimi Sprawiedliwymi, ich promowanie, jest bardzo źle widziane przez wpływowe kręgi w Izraelu i Stanach Zjednoczonych.

 

Tak, to nie jest mile widziane. Ciągle słyszę zarzuty: „Co ty robisz?! Pomagasz Polakom pisać historię na nowo. Dlaczego nie mówisz o Kielcach, o Jedwabnem?”. Ale wiem, że o tym mówi wielu innych. Chcę mówić o tych, którzy ratowali. Bo jeśli moje dzieci mają wynieść z Holokaustu jakąś lekcję, to chciałbym, by przede wszystkim starały się nieść dobro. By unikały zła.

Sprawą ataków na pana zaczęły się już interesować zachodnie media.

W czasie ostatnich dni otrzymałem dziesiątki różnych telefonów, z Zachodu i z Izraela. To były  wyrazy wsparcia, zainteresowania, ale bywała także nuta satysfakcji, w takim tonie: „Widzisz, ostrzegaliśmy cię”. Ale wiem, że ci, co mnie tak ostro atakują, to nie jest prawdziwa Polska. To nie są patrioci, oni działają przeciwko polskim interesom.

Na koniec wróćmy jeszcze do pańskich „przygód” z ostatnich dni. Można odnieść wrażenie, że to wszystko jest dość dobrze skoordynowane. Niektórzy z hejterów najpierw nakręcają nagonkę na pana, a chwilę później twierdzą, że… to oni są zagrożeni. Ktoś ogłasza, że spalono mu samochód, de facto kierując oskarżenie pod pana adresem.
To są czytelne prowokacje. I rzeczywiście, to są ustawione akcje, to jest przez kogoś organizowane. Jakieś siły za tym stoją. Nie potrafi odpowiedzieć, czy to skrajnie prawicowe trolle, czy jakieś służby, czy jedno i drugie. Wierzę, że policja to wyjaśni. Na pewno nie dam się zastraszyć. Polska jest tak samo moim domem, jak każdego człowieka, który tu mieszka. Kocham ten kraj, jestem dumny, że mogę tu żyć. I powiem więcej: zbieram obecnie wszystkie niezbędne dokumenty dotyczące mojej rodziny i niedługo wystąpię o polskie obywatelstwo. Pewnie kogoś to rozwścieczy, ale jestem zdeterminowany. Mam nadzieję, że uda mi się wszystko załatwić na tyle szybko, by móc głosować w następnych wyborach parlamentarnych i prezydenckich. Hejterzy mnie stąd nie przepędzą.

Reklamy

„Mroki Kościoła” – Krzysztof Kwiatkowski „WPROST” nr 39 / 2018 (recenzja filmu „Kler” Wojtka Smarzowskiego)

„Kler” nie jest atakiem na Kościół, raczej diagnozą chorób, na które on cierpi i którymi zaraża społeczeństwo.

 

wiater kler.jpg

 

To bardzo ważny film. Mocny, trafiony w punkt, gorzki. Ale jednocześnie nie ma w nim taniego demaskatorstwa, łatwych zagrań czy prostej satyry. Wojciech Smarzowski portretuje trzech księży. Prowincjonalny duchowny z wiejskiej parafii zapada się w nałogu alkoholowym i „spośród wszystkich owieczek najmocniej ukochał sobie jedną”. Kaznodzieja z niewielkiego miasta próbuje oczyścić się z zarzutu pedofilii, choć wierni już wydali wyrok. Wpływowy hierarcha krakowskiej kurii prowadzi skomplikowaną grę o pozycję i władzę.

 

Reżyser bezlitośnie odprawia litanię przewin polskiego duchowieństwa. Tworzą one tu sieć, która oplata. Alkoholizm, rozpasanie, cynizm. Hipokryzja łączy się z chciwością, gdy pod stołem arcybiskupa w papierowych siatkach obraca się gigantycznymi pieniędzmi i ustawia wielomilionowe przetargi. Ale przecież ten sam mechanizm działa na każdym szczeblu. Kiedy ksiądz prosi o „co łaska, ale nie mniej niż 2 tys.” albo w złotówkach odlicza pobożność wiernych. A pieniądze są w „Klerze” najmniejszą stawką.

 

Od początku mówiono, że „Smarzowski robi film o pedofilii”. Rzeczywiście, twórca pokazuje duchownych wykorzystujących dzieci oraz traumy, jakie one w sobie noszą, często przez lata skrywając bolesną zadrę. Celnie rekonstruuje proces tuszowania skandali. Wywieranie presji na ofiarach, przenoszenie na nich winy (słynne Michalikowe „proszenie o miłość” i wciąganie dorosłych), naciski na media, korupcję. Bo nad wszystkim unosi się poczucie bezkarności. Znów: odpowiednie do zajmowanego stanowiska. Zwykły ksiądz jednym telefonem unika odpowiedzialności za jazdę po pijanemu. Arcybiskup wykrzykuje w słuchawkę: „Chcieliście głosów, a teraz mi przysyłacie wiceministra? Ma się stawić głowa państwa”. Świeckie państwo „istnieje teoretycznie”.

 

Jednak to tylko jedna strona „Kleru”, którą dystrybutor wydobył w krzywdzącym zwiastunie stylizowanym na oskarżycielską grubo ciosaną komedię. Reżyser – o którym coraz częściej mówi się, że przejmuje po Andrzeju Wajdzie rolę twórcy narodowego, mierzącego się z najważniejszymi polskimi problemami, historią i tożsamością – zrobił film znacznie delikatniejszy i mądrzejszy. Bo przecież ten artysta przemoc zawsze filtruje poprzez zranioną wrażliwość. Im mroczniejszy pokazuje świat, tym szlachetniejsza staje się na ekranie nadzieja. Zwłaszcza gdy rodzi się na przekór rzeczywistości, na moralnych zgliszczach.

 

Bohaterowie „Kleru” również nie są potworami. Mierzą się z własnymi demonami, próbują wynagradzać zło, jakie wyrządzają. Budzą się w nich czyste uczucia, wewnętrzny imperatyw uczciwości, pragnienie wyrwania się z matni. Smarzowski nie drwi z zapijaczonego księdza, który ma kochankę. Portretuje człowieka mówiącego z ambony o miłości, który też pragnie kochać.

 

Czy dostrzegą to spacerujący od telewizji do telewizji publicyści i politycy? Pewnie nie. „Dyskusja” przecież wybuchła jeszcze przed premierą i pierwszymi publicznymi pokazami. Ale Wojciech Smarzowski swoją pracę wykonał z taktem i olbrzymią precyzją. Wszystko tu działa. Stali współpracownicy reżysera – Robert Więckiewicz, Jacek Braciak i Arkadiusz Jakubik pozostają ekstraklasą aktorstwa. Mikołaj Trzaska oszczędnie podszedł do muzyki, ale kiedy się ona pojawia, staje się istotna. Imponuje w „Klerze” wyważenie i niuansowanie. Próba zrozumienia nie równa się w nim z rozgrzeszeniem, ale i potępienie okazuje się zbyt łatwe. Nie ma tu znaczenia, czy bezbłędnie grany przez Janusza Gajosa arcybiskup był wzorowany na autentycznej postaci. Prawdziwym problemem jest napędzany najniższymi instynktami system, który nie zostawia dróg ucieczki. Pozostawia ludzi z bolesnym poczuciem bezsilności. Tym samym, które coraz częściej czujemy na co dzień.

„Przy szabasowych świecach” – Horacy Safrin

DSC_0755.jpg

CHEŁMSCY MĄDRALE

 

Nie opodal Chełma wznosiła się wysoka góra, która w godzinach rannych zacieniała połowę grodu sławetnych mądrali. Toteż – z braku czasomierzy – jedni chełmianie zrywali się z posłań o świcie, drudzy dźwigali się z łóżek w samo południe. Wywoływało to mnóstwo sporów i nieporozumień.

 

Aby zapobiec temu stanowi rzeczy, zebrała się rada kahalna, która po trzydniowych debatach doszła do wniosku, że trzeba tę zawalidrogę po prostu przesunąć.

 

W oznaczonym dniu stawili się wszyscy mężczyźni i jęli plecami napierać na podnóże góry. A że upal panował nieznośny, szybko wyzbyli się wierzchniej odzieży, którą nie mniej szybko zaopiekowali się złodzieje.

 

Gdy po kilku godzinach wytężonej pracy postanowili odsapnąć, mądry Fajwel przysłonił oczy, spojrzał za siebie i wykrzyknął radośnie:

 

– Żydzi! Przesunęliśmy górę o spory kawał! Nie widać już naszych chałatów!

 

***

 

Spytano chełmianina:

 

– Co byś zrobił, znalazłszy na gościńcu sakiewkę, a w niej tysiąc dukatów?

 

Zagadnięty odpowiedział bez namysłu:

 

–  Gdybym wiedział, że to złoto należy do milionera Brodzkiego, zachowałbym je dla siebie. Gdybym jednak przypuszczał, że należy ono do biednego szamesa Abramka, którego rodzina trzy razy dziennie przymiera głodem, oddałbym mu natychmiast jego własność…

* * *

Chełmianin wybierający się pociągiem do Lublina zatrzymuje na drodze dorożkę.

 

– Słuchajcie no! Co kosztuje jazda na dworzec?

 

– Pięćdziesiąt kopiejek.

 

– A taniej nie będzie?

 

-No, powiedzmy, czterdzieści…

 

– Dobrze.

 

– To proszę wsiadać!

 

– Ani mi się śni! Chciałem się tylko przekonać, ile zaoszczędzę, idąc do stacji piechotą.

 

* * *

Do lekarza chełmskiego przychodzi stary Żyd.

 

– Go panu dolega?

 

– Panie doktorze, ja strasznie kaszlę.

 

– A ile pan ma lat?

 

– Siedemdziesiąt. Doktor po namyśle:

 

– A gdy pan miał czterdzieści lat, to pan kaszlał?

 

– Nie.

 

– A gdy pan miał pięćdziesiąt lat, to pan kaszlał?

 

– Broń Boże!

 

– A gdy pan miał sześćdziesiąt lat, to pan kaszlał?

 

– Nigdy w świecie!

 

– Więc powiedz pan sam, z ręką na sercu, kiedy właściwie pan ma kaszleć, jeśli nie teraz?!

 

***

 

Do tego samego lekarza przychodzi inny Żyd.

 

– Co panu dolega?

 

– Panie doktorze, mnie się zdaje, że ja zwariowałem.

 

– Hm… A jakie są objawy pańskiego obłędu?

 

– Ja sam do siebie pisuję listy.

 

– A kiedy napisał pan ostatni list?

 

– Dzisiaj rano.

 

– A co pan napisał w tym liście? Chełmianin uśmiecha się chytrze.

 

– Tego ja, panie doktorze, nie wiem. Jutro poczta doręczy mi list, to się dowiem.

 

***

 

W chełmskim chederze mełamed egzaminuje małego Chaimka, który w żaden sposób nie może sobie przypomnieć, jak się nazywają cztery strony świata. Nauczyciel wskazuje na ścianę:

 

– Uważaj, tam jest północ. Powtórz! – Tam jest… północ.

 

– A co jest po twojej prawej ręce?

 

Chłopcy podpowiadają, Chaimek bełkocze:

 

– Ws…chód…

 

– A co jest po lewej ręce?

 

– Za…zachód…

 

– A co jest za tobą? Chaimek wybucha płaczem:

 

– Za mną siedzi Gecel i kłuje mnie szpilką w tyłek!

*

Do rabina chełmskiego wbiega zapłakana Żydówka.

– Rabbi! Moje dziecko ciężko choruje!

– A co mu dolega?

– Biegunka…

– Odmawiaj psalmy!

Po dwóch dniach ta sama kobieta zjawia się w komnacie rabinackiej. Tym razem dziecko trapi uporczywa obstrukcja.

– Odmawiaj psalmy! – radzi reb Zisel.

– Ależ rabbi! – protestuje rozpaczliwie matka. – Przecież psalmy wywołują zaparcie!

*

Na początku lat trzydziestych chciałem się osobiście przekonać o stanie umysłowym Żydów chełmskich. Przybywszy na miejsce późnym wieczorem, zajechałem do małego hoteliku i znużony podróżą zasnąłem w najlepsze.

O północy zbudziło mnie gwałtowne pukanie do drzwi.

– Panie, panie! Panie, panie!

– Co tam, do licha?!

– Przywieźli ze stacji dwa pańskie kufry…

– Idź pan do jasnej cholery! Chcę spać! Około pierwszej rozlega się ponowne pukanie.

– Co tam znowu?! – ryknąłem wyrwany ze snu.

Tym razem portier zniżył głos: – Chciałem pana bardzo przeprosić. To nie były pańskie kufry!

*

Chełmianin spytał chełmianina:

–  Co byś zrobił, gdybyś znalazł w sam szabas sakiewkę z pieniędzmi?

–  Gwałtu! Przecież dzisiaj nie jest szabas! Gdzie leży ta sakiewka?!

*

Z Chełma do Włodawy udaje się na jarmark „omnibus” żydowski – furmanka wypełniona po brzegi pasażerami.

Ostatnia gramoli się na wehikuł zażywna straganiarka, a stanąwszy na czyimś bucie, pyta:

– Komuż to ja stanęłam na nodze?

Na to chełmski mełamed odpowiada rzeczowo:

– Jeśli to noga w niebieskiej skarpetce – w takim razie to moja noga…

*

Miasto Chełm nie było skanalizowane. Toteż z nastaniem nocy wszelkie nieczystości i fekalia wylewano po prostu z okien do rynsztoków Spóźnieni przechodnie szli zatem gromadą środkiem ulicy, wołając chóralnie:

– Idzie się! Idzie się! Idzie się!

*

Chełmianin Jechiel chce wyjechać z Polski, lecz nie wie dokąd. Udaje się zatem do Warszawy, do żydowskiego biura emigracyjnego „Hias”.

Zasiadłszy przy biurku informatora, rozważa różne możliwości. Wreszcie zniecierpliwiony urzędnik radzi niezdecydowanemu petentowi:

– Tam w kącie jest stolik z globusem. Proszę podejść i wybrać sobie jakiś kraj.

Chełmianin pochyla się nad globusem, długo rozmyśla, a potem zwraca się do urzędnika:

– Żaden z tych krajów mi nie odpowiada. Może mi pan pokaże jakiś inny globus.

*

Chełmski mełamed Zajnwel należał do nieprzejednanych wrogów Napoleona. Toteż gdy w 1812 roku wkroczyły do miasteczka oddziały francuskie, chederowy polityk wyszedł im naprzeciw z dwoma pustymi wiadrami.

Za nim biegła zdyszana żona Dwojra i zawodziła:

– Ach, ty głupcze, ty jołopie przeklęty! Kiedy dwóch cesarzy się bije, po co ty wtrącasz się do ich spraw?!

*

Żydzi galicyjscy uważali, że każdy chełmianin to notoryczny dureń. Nawet kantor synagogalny w Chełmie nie grzeszył nadmiarem rozumu. Indyk zaś uchodził za najgłupszego z ptaków.

Zatem indyk chełmskiego kantora – to szczyt głupoty!

*

Do rabina Zisla przybiegł raz oburzony bogacz chełmski:

– Rabbi, muszę koniecznie rozwieść się z żoną!

– Z jakiego powodu?

– Ona mnie okrada!

– Dowód?

– Znalazłem u niej, ukryty pod gorsetem, mój nowy, drogi czasomierz.

Rabin popadł w zadumę.

– Czasomierz to znaczy zegar?

– Tak jest.

– A jaki to był zegar? Kieszonkowy czy ścienny?

*

Dwaj chełmianie, Icek i Fajwel, przelatują nad kanałem La Manche. Po drodze Icek wpadł do morza.

Fajwel, odczekawszy minutę, trąca w ramię pilota:

– Panie szanowny! Jak się nazywa ta stacja, na której wysiadł Icek?

*

– Czemuś taki strapiony? – pyta chełmianin współziomka.

– Wiesz, od rana dręczy mnie pytanie: dlaczego w lecie jest gorąco?

– To całkiem proste! W lecie jest gorąco, bo w zimie pali się w piecach.

– Nie może być! Jaki masz na to dowód?

– Jaki mam dowód? Niezbity! W lecie nie pali się w piecach, dlatego w zimie jest zimno.

*

Pisarz żydowski poślubił pannę z Chełma.

Pewnego dnia, udając się na zebranie, pozostawił na biurku plik zapisanych arkuszy. Gdy wrócił do domu i przekroczył próg gabinetu, pociemniało mu w oczach: biurko było dokładnie uprzątnięte, ani śladu jakiegokolwiek rękopisu.

Tknięty najgorszym przeczuciem, pyta połowicę:

– Powiedz, moja droga, jakie papiery wrzuciłaś do ognia?

– Czy uważasz mnie za tak bezrozumną, że zniszczyłabym czyste arkusze? Znajdziesz je w szufladzie. Spaliłam tylko zapisane!

*

Bogacz chełmski poleca służącemu:

–  Masz tu list i trzydzieści kopiejek. List wrzuć do skrzynki pocztowej, ale kup najpierw znaczek i przylep do koperty!

Służący szybko wykonał polecenie, wraca do domu i oddaje chlebodawcy otrzymane przed chwilą monety.

– Dlaczego nie kupiłeś znaczka?

– Czy uważa mnie pan za głupca? Podszedłszy do skrzynki, obejrzałem się dookoła. Nie było na ulicy żywej duszy, więc szybko wrzuciłem list… bez znaczka.

*

Mądry Joel, duma Chełma, otrzymał list. Otwiera kopertę i wyjmuje z niej biały, nie zapisany arkusik papieru. Ogląda go ze wszystkich stron i po dłuższym namyśle orzeka:

– To na pewno od mego starszego brata Dawida. My się gniewamy…

*

Rabin Zisel przechadza się po chełmskim rynku i spostrzega, jak handlarz, zalewając się potem, z największym wysiłkiem popycha z tyłu wózek pełen warzyw i owoców.

–   Powiedz no, człowieku, dlaczego nie ciągniesz go z przodu?

– Bo nie jestem koniem!

*

Dwaj chełmianie wybrali się na spacer za miasto. Nagle niebo, dotychczas pogodne, pokryło się chmurami i zaczął lać deszcz. Ponieważ jeden ze spacerowiczów trzymał pod pachą parasol, drugi ofuknął go:

– Czemu nie otwierasz parasola?!

– To się na nic nie zda. Mój parasol to dziura na dziurze!

– Więc dlaczego go nosisz?

–  Nie jestem prorokiem – czy mogłem przewidzieć, że z pogodnego nieba lunie nagle deszcz?

*

Podczas wieczerzy sederowej, inaugurującej ośmiodniowe święto Paschy, istnieje zwyczaj wyliczania dziesięciu plag egipskich, przy czym strząsa się za każdym razem kroplę wina na obrus.

Pewnego wieczoru, gdy odczytywano z księgi Hagada dzieje wyjścia Żydów z Egiptu, żona chełmskiego oberżysty, poczuwszy swąd, wybiegła z krzykiem do kuchni. Okazało się, że przypala się indyk wielkanocny. Ponieważ ratowanie pieczystego przeciągało się, poprosiła męża przez drzwi, aby dopełnił również w jej imieniu świątecznego ceremoniału.

Oberżysta kontynuuje odczytywanie Hagady, a doszedłszy do dziesięciu plag egipskich, strząsa z obydwu pucharów krople wina i oznajmia śpiewnym głosem:

– Krew dla mnie, krew dla mojej żony! Żaby dla mnie, żaby dla mojej żony! Robactwo dla mnie, robactwo dla mojej żony! Trąd dla mnie, trąd dla mojej żony!

*

Chełmianka Jenta – wzorem wszystkich pobożnych matron – czyta w sobotę jeden rozdział ze starego, pożółkłego, mocno zniszczonego Pięcioksięgu.

Pewnej soboty, po święcie Kuczek, zaczyna od księgi Genezis, w której skleiły się dwie stronice, łącząc dzieje pierwszych ludzi z budową arki Noego.

Odczytuje więc na głos: „I Adam poznał swoją żonę Ewę, i wysmarował ją od zewnątrz i od wewnątrz smołą…”

– Boże miłosierny! – wykrzykuje przerażona kobiecina. – Jacy źli ludzie żyli w tamtych czasach!

W kilka tygodni później zapoznaje się z historią młodocianego Józefa, którego zawistni bracia sprzedali w niewolę Madianitom.

– Ach, ty biedna sierotko! – lamentuje. – Jakże tak można krzywdzić rodzonego brata!

Po chwili jednak przypomina sobie, że tę samą opowieść czytała przed rokiem. Dodaje zatem:

– Ech ty, niepoprawny głupcze! Wiedziałeś przecież, jakie to ziółka ci twoi bracia – dlaczego więc zadawałeś się z nimi po raz drugi?!

 

ADAM,  EWA I OWOC  ZAKAZANY

 

Jankiel spotyka panią Salcie, do której zaleca się od kilku miesięcy.

– Dzień dobry! Co porabia pani małżonek?

– Mój mąż przedwczoraj wyjechał do Warszawy.

– I długo tam pobędzie?

– Cały tydzień.

– Oj, jak to dobrze! To ja dzisiaj do pani przyjdę na noc…

– Panie Jankiel! Co pan sobie wyobraża? Ja nie jestem kobietą lekkich obyczajów!

– Pani Salcia! Kto mówi o pieniądzach?!

*

Młody małżonek, mistrz igły, winien odprawić wieczerzę paschalną, ale nie zna dokładnie obowiązujących przepisów. Poleca więc żonie, aby stanęła na wprost okna sąsiada szewca i podpatrzyła, co czyni tamten.

Niewiasta spełnia polecenia męża i patrząc w okno, dostrzega, że ich sąsiad okłada żonę pasem. Wystraszona wraca do domu – i milczy.

Małżonek, któremu spieszno do jadła i wypitki, na próżno domaga się odpowiedzi. Nie skutkują ani nalegania, ani groźby. Wreszcie, wpadłszy w pasję, chwyta za kij i uderza nim żonę.

Wtedy niewiasta zaczyna krzyczeć:

–  Jeśli sam wiesz, co masz robić, to dlaczego posyłasz mnie pod cudze okno?!

*

Dwóch Żydów spotyka się na ulicy.

– Możesz mi pogratulować. Zaręczyłem córkę.

– Szczęść ci Boże! A kim jest twój zięć?

– Ty się nawet nie pytaj! To doktor, to chirurg, on ma złote ręce…

– Nie mogę tego pojąć! Przecież twoją córkę zaliczano raczej do panien bez posagu, więc skąd do ciebie taki zięć?

– Śmiesz wątpić w moje słowa? To posłuchaj! Miałem taki ogromny garb – starzejącą się córkę, a ten człowiek zdjął mi go z pleców. Czy nie mam prawa nazywać go specjalistą, znakomitością lekarską, profesorem?

*

Szloma, spacerując po ulicach Odessy, spostrzega, że jego znajomy, Abram, jedzie na damskim rowerze.

– Abram, skąd u ciebie damski rower?

– To dłuższa historia, ale jak chcesz, to posłuchaj! Wiesz, byłem wczoraj u Salci. Zjedliśmy razem kolację, a po kolacji, jak wiadomo, herbata, wódka i wino. Potem deser, wódka i wino. Około północy Sara skarży się:

– Abram, tak mi gorąco!

– To zdejmij bluzkę! Po upływie kwadransa:

– Abram, tak mi gorąco!

– To zdejmij kieckę!

Znów upłynęło dziesięć minut.

– Abram, tak mi gorąco!

– To zdejmij bieliznę!

A gdy stanęła przede mną naga, wyciągając ramiona, zawołała:

– Teraz, Abram, bierz to, czego tak bardzo pragniesz! To ja wziąłem rower.

*

Icek z żoną Chaną w piękne sobotnie popołudnie wybierają się za miasto. Jest upał, więc siadają w cieniu rozłożystego drzewa.

Nagle Chana zrywa się z krzykiem:

– Icek, gewałt!

– Co się stało?

– Mrówki mnie jedzą!

A Icek patrzy na swoją brzydką połowicę i mówi, wzdychając:

-Aj, aj, aj! Do czegóż to głód może doprowadzić!

*

Chaim przypatruje się uważnie trzem dorodnym synom i nie może ukryć kiełkującego w nim podejrzenia:

–  Słuchaj, Chana, mnie się wydaje, że nasz najmłodszy, Dawidek, niezbyt jest do mnie podobny…

– Co ty wygadujesz? – wyrywa się niechcący żonie. – Właśnie Dawidek jest t w o i m dzieckiem!

*

Hersz dowiedział się od znajomych, że jego żona zdradza go ze wspólnikiem Danielem. Nie daje wiary tej bzdurnej w jego mniemaniu pogłosce, ale pewnego dnia zastaje swego kumpla w objęciach małżonki.

Na ten widok wydaje okrzyk:

– Stuknij się w łeb, ty głupcze! Ja muszę – ale ty?!

*

Juda Cwajg zaręczył się z posażną panną i ofiarował jej z tej okazji pierścionek z brylantem.

Przezorna oblubienica udała się do jubilera, by oszacował wartość podarku, po czym odesłała pierścionek w małej paczuszce z ostrzegawczym napisem: „Uwaga! Szkło!”

 

ZAWÓD ŻEBRAK

 

Przed wojną Żyd pochodzący z prowincji zgłasza się do lwowskiego Funduszu Bezrobocia i prosi o zasiłek.

– Kim jesteście z zawodu? – pyta urzędnik.

– Ja poluję na dzikie zwierzęta.

– A gdzie mieszkacie?

– W Bóbrce.

– Przecież tam nie ma dzikich zwierząt!

– Właśnie dlatego jestem bezrobotny.
* * *

Miejscowy bogacz, czując zbliżającą się śmierć, nie skąpi ubogim jałmużny.

– Od kiedy tak ciężko zachorował – stwierdza jeden z żebraków – przestał być skąpcem.

– Głupcze! – śmieje się drugi. – Przecież on nas obdziela pieniędzmi swoich spadkobierców!

* * *

Stary żebrak otrzymuje z kasy bogacza comiesięczną jałmużnę w wysokości guldena. Pewnego razu zgłasza się po zasiłek, ale służba nie wpuszcza go do mieszkania, gdyż tam odbywa się wesele córki pana domu.

Dziad oburza się:

– I dlatego mam zrezygnować z całego guldena? Na mój koszt chce wydać za mąż jedynaczkę?

* * *

Gedalie, lichwiarz i skąpiec w jednej osobie, odmówił żebrakowi jałmużny.’

Żebrak, stanąwszy w drzwiach, oświadczył:

– Przyszedłem tu z czyjegoś polecenia. Toteż życzę panu, aby odwiedził pański dom – i to jak najrychlej – ktoś, kto mnie tu przysłał.

Oczy bogacza zapłonęły gniewem:

– Kto śmiał was do mnie przysłać?!

– Bieda.

* * *

Żebrak puka do mieszkania bogacza. Otwiera mu pani domu.

– Mąż wyszedł przed chwilą, a ja nie mam pieniędzy. Przyjdźcie jutro, to otrzymacie jałmużnę.

– To bardzo źle! – protestuje dziad. – Ja przez takie udzielanie kredytu straciłem już majątek!

* * *

Żebrak zatrzymuje na ulicy eleganckiego Żyda:

– Panie radco handlowy! Znałem pańskiego ojca nieboszczyka, pańską ciotkę nieboszczkę, pańskiego dziadka błogosławionej pamięci…

– Dość! – przerywa mu elegant. – Masz tu jałmużnę i przestań mi łazić po drzewie genealogicznym!

* * *

Po pożarze, który strawił pół miasteczka, wypłaca się pogorzelcom doraźne zasiłki.

Żebrak Jojne również zgłasza się do burmistrza.

– Przecież twoja chata się nie spaliła!

– Tak, panie prezydencie, ale kto mi zapłaci za mój strach?

* * *

W miasteczku besarabskim Żydzi obawiają się pogromu. A ponieważ wiadomo, że kozacy nie tylko biją i grabią, ale również gwałcą białogłowy, dziewczęta ukryły się w piwnicy. Szuka tam również schronienia sędziwa Żydówka.

– Babciu! – dziwią się dziewczęta. – A czego wy się obawiacie?

– Czego? – obraża się zapytana. – A cóż to, czy już nie ma starych kozaków?

KUPCY I HANDLARZE

Przed pierwszą wojną światową hotel w Berdyczowie słynął z ciasnoty i brudu. Mimo to cieszył się dużą frekwencją, zwłaszcza ortodoksyjnych kupców. O popularności jego świadczy chociażby fakt, że w okresie jarmarków spało tam często po dwóch handlarzy w jednym łóżku.

Zdarzali się jednak bardziej wymagający goście. Jeden z nich, przekroczywszy próg portierni, zagadnął gospodarza, czy aby w jego hotelu nie ma robactwa.

– Broń nas Boże! – odpowiedział pewnym głosem właściciel zajazdu.

Nazajutrz, spotkawszy gościa na schodach, spytał uprzejmie:

– Jak się panu spało?

– Kiepsko. Przez całą noc nie zmrużyłem oka.

– Dlaczego?

– Znalazłem w łóżku martwą pluskwę.

– Nie rozumiem! Jedna martwa pluskwa nie pozwoliła panu spać?

– A tak. Bo trzeba było widzieć, jaki pogrzeb miała ta pluskwa! Postępowało za jej trumną kilkadziesiąt żywych i wypasionych!

*

W dniu dorocznego jarmarku przybył do tegoż hotelu w Berdyczowie gruby, opasły kupiec i nie chciał odstąpić gospodarza, domagając się jakiegokolwiek lokum.

– Przecież nie będę nocował na dworze! W końcu gospodarz poradził natrętowi:

– Na pierwszym piętrze wynajął u mnie dwuosobowy pokój bogaty hurtownik. Niech pan do niego pójdzie. Może pozwoli panu skorzystać z drugiego łóżka.

Kupiec staje w progu wskazanego pokoju i spostrzega, że bogacz jest pogrążony w najważniejszej modlitwie – odmawia „osiemnaście błogosławieństw”, podczas których nie wolno odezwać się ani jednym słowem. Przyjezdny jednak ośmiela się spytać:

– Panie szanowny! Przysyła mnie tu gospodarz. Czy pozwoli mi pan przespać się w drugim łóżku?

Hurtownik nie odrywa oczu od modlitewnika, ale kiwa głową, że „tak”.

Kupiec zapytuje już śmielej:

– Proszę pana, muszę tu załatwić wiele interesów. Czy pozwoli pan, że wrócę późnym wieczorem?

Hurtownik, odmawiający żarliwie modlitwę, znów kiwa głową potakująco.

Kupiec zadaje ostatnie pytanie:

–  Proszę pana, czy mogę, wracając późnym wieczorem, przyprowadzić ze sobą dziewczynkę?

Hurtownik nadal nie odrywa oczu od modlitewnika, a tylko, jak do przysięgi, unosi w górę dwa palce.

*

Przed sądem grodzkim toczy się sprawa kupców żydowskich. Chodzi o różne skomplikowane geszefty, więc jako świadek koronny zeznaje pośrednik handlowy, czyli faktor – człowiek nie posiadający żadnego przedsiębiorstwa ani sklepu, za to przez cały boży dzień kręcący się po rynku, aby zarobić parę złotych.

Sędzia spisuje personalia świadka:

– Imię i nazwisko?

– Jojne Broches.

– Miejsce urodzenia?

– Iwanie Puste. -Wiek?

– Pięćdziesiąt trzy do stu dwudziestu.

– Zawód?

– Ja się kręcę.

– Pytam świadka o zawód!

– Ja się kręcę.

– Proszę nie kpić z sądu!

– Panie sędzio, ja się kręcę…

– I z tego świadek żyje?

– A jakże.

Rzecznik sprawiedliwości zadaje podchwytliwe pytanie:

– Proszę świadka, a gdybym ja się tak kręcił, to mógłbym z tego żyć?

Na to Żyd z uśmiechem:

– Pan sędzia to nie… Ale gdybym ja się kręcił koło pana sędziego, tobym i ja żył, i pan sędzia by żył!

*

Do małego sklepiku na przedmieściu wchodzi komisarz skarbowy i pyta właściciela:

– Panie Rosenkranz, dlaczego nie płaci pan podatków?

– Panie inspektorze – odpowiada Żyd. – Ja przecież mam sklep z zapomnienia…

– Co to znaczy?

– Jak ktoś zapomina coś kupić w mieście, to kupuje u mnie i potem zapomina oddać pieniądze.

– A teraz pan sam zapomniał wykupić patent!

– Patent? Jaki patent? Przecież ja w sklepie nic nie mam!

– To dlaczego nie zwija pan interesu?

– Mądre pytanie! A z czego ja będę żył?

*

Pod koniec pierwszej wojny światowej Kopel radzi się przyjaciela:

– Wiesz, chciałbym kupić marki niemieckie.

– Marki niemieckie spadną – przestrzega go przyjaciel.

Kopel kupuje – i traci.

Minęło kilka tygodni.

– A może inwestować pieniądze w carskie ruble?

– Ależ to dziś bezwartościowe papierki!

Kopel kupuje – i traci.

– Poradź mi, co mam robić? – pyta niefortunny spekulant.

– Pocałować mnie w pępek…

– Dlaczego w pępek?!

–  Zawsze robisz coś wprost przeciwnego, niż ci radzę. Więc w tym jedynym wypadku postąpisz tak, jakbym chciał.

*

Dwaj powszechnie szanowani Żydzi zbierają pieniądze dla kupca, który splajtował. Rzecz jasna, zachowują jego nazwisko w tajemnicy.

Miejscowy bogacz gotów jest ofiarować na rzecz bankruta większą sumę, ale koniecznie chciałby wiedzieć, o kogo chodzi. Mimo nalegań i podwyższenia oferty pieniężnej Żydzi zachowują milczenie.

W końcu rzekomy bogacz wyznaje:

– Chciałem się tylko przekonać, czy umiecie dochować tajemnicy. Teraz nie mam co do tego żadnych wątpliwości, toteż zwracam się do was z prośbą: zbierajcie również dla mnie!

*

Izrael Rosenblum, kupiec galanteryjny w Wiedniu, ogłosił niewypłacalność. Nagle w jego opustoszałym sklepie rozlega się dzwonek telefonu.

– Czy to bank Rotszylda?

– Nie.

– A więc pomyłka?

– Oj! – odpowiada płaczliwym głosem bankrut. – Jeszcze jaka pomyłka!

*

Cmentarz żydowski w wigilię Sądnego Dnia. Nad grobem córeczki zapłakana niewiasta.

–  Najdroższe dziecko! – zawodzi żałośnie. – Załatw tam w niebie u Pana Boga, żeby zboże, które twój ojciec kupił, podrożało… Ażeby twoja siostra wyszła szczęśliwie za mąż… Aby komornik przestał nas nachodzić… I żeby nasz konkurent z przeciwka, Mojsze Mendel, wyniósł się do wszystkich diabłów!

W pobliżu stoi dozorca cmentarny, przysłuchując się lamentom matki. W pewnej chwili potrząsa głową i mówi:

–  Ach, ty niemądra kobieto! Takimi ważnymi sprawami obarczasz małe dziecko? Cóż to, nie możesz pofatygować się sama?!

*

Uszer Gold, handlarz zbożem z małopolskiego miasteczka, zmuszony jest spędzić noc we Lwowie, więc udaje się do hotelu.

– Proszę o pokój dla jednej osoby – zwraca się do portiera.

– Z bieżącą wodą?

– A cóż to ja jestem? Pstrąg?!

*

Natomiast inny kupiec z Małopolski – Izrael Karp – wybrał się w sprawach handlowych do Krakowa i zajechał do Hotelu Francuskiego.

– Proszę o pokój.

– Z łazienką? – pyta portier.

– Panie szanowny – powiada nowo przybyły gość. – Ja się tylko nazywam Karp…

*

Salomon Glanc staje przed sądem przysięgłych, oskarżony o oszukańcze bankructwo. Na szczęście wśród przysięgłych znalazł się również Żyd, któremu rodzina bankruta przyrzekła trzy tysiące koron, jeśli wyrok ograniczy się tylko do grzywny pieniężnej.

Udało się. Przysięgły ociera pot z czoła:

– Alem się natrudził, zanim wskórałem u nich grzywnę!

– Z pewnością antysemici chcieli mnie skazać na długoletnie więzienie? – mówi Glanc.

– Ależ nie! Chcieli pana, i to jednogłośnie, uwolnić od zarzutów.

*

Motel pyta ojca:

– Tato, co to znaczy „etyka”?

– Zaraz ci to wyjaśnię na przykładzie: wyobraź sobie, że do naszego sklepu wchodzi klient, kupuje towar za sześćdziesiąt złotych, płaci banknotem stuzłotowym i przez zapomnienie zostawia na ladzie wydaną mu resztę. Wtedy wchodzi w grę etyka. Jestem w rozterce: czy schować do kieszeni te zapomniane czterdzieści złotych, czy też podzielić się nimi z moim wspólnikiem?

*

Rozmowa dwóch kupców:

– Słuchaj no, Fajwel, gdzie przebywałeś przez okrągłe pól roku?

– Podróżowałem.

– To dlaczego nie wniosłeś odwołania?

*

Kupiec galicyjski Awner Bloch robi wyrzuty swemu wiedeńskiemu hurtownikowi:

– Mój konkurent Lewi opowiadał mi, że ilekroć odwiedza pana wieczorną porą, sprowadza go pan ze schodów z zapaloną świecą w ręku. Mnie pan jeszcze nigdy nie zaszczycił takim odprowadzeniem. A przecież ja płacę gotówką, natomiast Lewi kupuje wszystko na kredyt…

– Widzi pan – odpowiada z uśmiechem hurtownik. – Jeśli pan ześliźnie się ze schodów, to pańska sprawa. Ale jeśli Lewi skręci kark, to kto wykupi jego weksle?

*

Jojne spotyka na ulicy swojego dłużnika Fajwela. Ściska mu mocno dłoń i pyta z niezwykłą uprzejmością:

–  Co pan porabia, kochany? Jak pańskie zdrowie? Jak się czuje pańska szanowna małżonka? Jak się chowają dzieci?

–  Panu to dobrze mówić – odpowiada ponurym głosem Fajwel – ale mnie także nikt nie płaci!

*

Powód i pozwany stają przed sądem rabinackim.

Powód:

– On jest mi winien pięćset rubli i nie oddaje!

Pozwany:

– W tym miesiącu nie mogę mu zapłacić ani grosza.

Powód:

– To samo powiedział mi przed miesiącem!

Pozwany:

– No i co? Może nie dotrzymałem słowa?

*

Breslauer zakupuje u hurtownika partię towaru i płaci wekslem. Po skończonej transakcji hurtownik ofiarowuje klientowi jedną parę rękawiczek.

– Tylko jedna para rękawiczek? – mówi zawiedziony kupiec.

Hurtownik wybucha śmiechem.

– Myślał pan zapewne, że zwrócę panu jako premię pański weksel?

– Ach, nie! – oświadcza stanowczo Breslauer. – Wolę już rękawiczki!

*

Rok 1931. Ogólny kryzys pogłębia się. Sklep Kona zamknięty na cztery spusty, a na drzwiach wisi tabliczka: „Zamknięte z powodu śmierci”.

Grün spotyka Kona i pyta ze współczuciem:

– Kto panu umarł?

– Klientela.

*

– Powodzi mi się bardzo źle – skarży się Lajbel byłemu sąsiadowi. – Nie wiem właściwie, z czego żyję.

– A czy wolno spytać o źródło pańskiego utrzymania?

– Wie pan, ilekroć odbywa się capstrzyk lub procesja, wynajmuję gapiom frontowe okno mego mieszkania.

– A gdzie pan obecnie mieszka?

– Przy ulicy Niecałej.

– Przecież tą ulicą nigdy nie przeciąga procesja ani capstrzyk!

– No to już pan rozumie, że nie wiem, z czego żyję…

*

Żyd ze sporym workiem na plecach przekracza granicę.

– Co macie w worku? – pyta urzędnik celny.

– Jedzenie dla kanarka. Celnik otwiera worek:

– Przecież to kawa! Czy kanarek je kawę?

– Moje zmartwienie? Niech nie je!

*

Gecel oddał do naprawy zegarek. Po odbiorze i uiszczeniu należności już następnego dnia zjawia się z reklamacją u zegarmistrza.

– Gdy oddawałem go do reperacji, to źle chodził, ale chodził! A teraz stoi…

– Niech mnie Bóg skarze – zaklina się zegarmistrz – jeśli ja w ogóle tknąłem pański zegarek!

*

– Wczoraj mój szef obchodził jubileusz. Wszyscy składali mu życzenia i nie skąpili pochlebstw. Tylko ja jeden napisałem list, w którym nazwałem go zimnym draniem, wyzyskiwaczem i krwiopijcą. Nie zostawiłem na nim suchej nitki!

– Na litość boską! Jak pryncypał otrzyma twój list, to wylecisz jak z procy!

– Coś ty? Uważasz mnie za wariata? Myślisz, że wysłałem ten list?

*

– Czy widzisz tego dziedzica? Ja go postawiłem na nogi.

– Nie wiedziałem, że taki z ciebie dobroczyńca!

–  Wprost przeciwnie. Zanim został moim dłużnikiem, rozbijał się luksusowym autem. A teraz chodzi pieszo.

*

Do oberży przybywa agent i proponuje właścicielowi beczułkę czerwonego wina.

– Dziękuję, mam pod dostatkiem czerwonego wina.

– Udzielę panu rabatu.

– Nie potrzebuję.

– Proszę skosztować łyk tego nektaru…

– Jeszcze jedno słowo, a zleci pan ze schodów! Ponieważ agent w dalszym ciągu nalega, gospodarz spełnia swą groźbę.

Agent, znalazłszy się na dole, otrzepuje spodnie, wspina się ponownie na górę i mówi:

– Sprawa czerwonego wina już załatwiona. A może kupi Pan białe?

*

Stary Anczel, nie panując nad sobą, gromi syna:

–  Nie mogę po prostu zrozumieć, dlaczego jesteś bez grosza? Gdzie podziały się twoje pieniądze? Rok temu otrzymałeś w posagu pięćdziesiąt tysięcy koron. Dziesięć tysięcy wydałeś, powiedzmy, na meble, pięć tysięcy oddałeś swoim wierzycielom, tyleż wydałeś na utrzymanie – a gdzie reszta?

– A moje interesy – pyta obrażony Anczel junior – to u ciebie nic się nie liczą?

*

Rozmowa przed gmachem giełdy:

– Halo, Fisz! Jak ci się wiedzie?

– Spekuluję w minach.

– To bardzo wysoko notowane akcje. Skąd masz na to pieniądze?

– Ach, źle mnie zrozumiałeś! Stoję tu obok portalu, a gdy ktoś wychodzi z wesołą miną, proszę go o pożyczkę…

*

Właściciel sklepu poucza nowo przyjętego praktykanta:

–  Trzeba dołożyć starań, aby klient nie wychodził stąd z pustymi rękoma. Jeśli nie ma na składzie żądanego towaru, należy zaproponować coś zastępczego.

Po godzinie zjawia się klient i prosi o papier toaletowy. Praktykant, pomny słów pryncypała, powiada usłużnie:

– Papieru toaletowego chwilowo u nas brak. Możemy jednak zaproponować pierwszorzędny papier szmerglowy!

*

Fiszel Dunajer posiada akcje wielkiego przedsiębiorstwa, nie wie jednak, jak ono prosperuje. Zleca zatem swemu pracownikowi:

– Jutro odbędzie się walne zebranie. Jedź pan i proszę najpóźniej o godzinie czternastej donieść mi telegraficznie, jak sprawy stoją.

Ale już o godzinie dwunastej nadchodzi oczekiwana depesza: „Natychmiast sprzedać!”

Po powrocie pryncypał chwali swego wysłannika:

–  Ustrzegł mnie pan od bardzo dotkliwej straty. Jestem jednak ciekaw, dlaczego otrzymałem telegram o dwie godziny wcześniej, zanim giełda dowiedziała się całej prawdy?

– To proste, panie szefie! Prezydent, otwierając zebranie, zaczął od słowa „niestety”… Wtedy wiedziałem już wszystko.

*

Faktor zachwala potencjalnym nabywcom dom letniskowy nad Dniestrem:

–  Co tu dużo mówić! Wystarczyłby sam widok na taką piękną, szeroką rzekę. Ale proszę tylko pomyśleć, jakie korzyści wynikają z bliskości wody. Można tam uprać bieliznę, kąpać się, pływać, wiosłować… A zimą ma się przed domem gotową ślizgawkę…

– Wszystko to prawda – przerywa mu potencjalny nabywca – ale zapomina pan o ujemnych stronach takiego położenia domu, o grożących powodziach w porze wiosennej…

– Co też pan wygaduje! – odpowiada pośrednik. – Gdzie jest dom, a gdzie Dniestr?

*

Dwóch Żydów siedzi w zadymionym przedziale trzeciej klasy.

– Powodzi mi się niedobrze – żali się pierwszy. – Jestem domokrążcą, rodzina moja często nie najada się do syta, a ja haruję jak wół. W pocie czoła zdobywam grosze na kawałek chleba…

– A ja – oświadcza drugi – żyję właśnie z ludzkiego potu.

– A więc jesteście kapitalistą, wyzyskiwaczem!

– Jakim kapitalistą? Jestem posługaczem w łaźni…

*

Izaak Kapłański stoi za ladą sklepu. Zbliża się godzina zamknięcia, a tu klientów ani śladu. W ostatniej chwili wpada gość, prosi o kopertę za dwa fenigi, rzuca na ladę dziesięciofenigową monetę i nie czekając na wydanie reszty, wybiega na ulicę.

W domu żona zadaje kupcowi pytanie:

– Jaki był dzisiaj obrót?

– Obrót był minimalny – wyznaje małżonek – ale za to dochód bardzo wysoki!

*

W ostatnie święto Kuczek odbywa się w synagodze niezwykła licytacja. Każdy Żyd może za pieniądze nabyć prawo głośnego odczytywania cotygodniowego rozdziału Pięcioksięgu.

Baron Sparwitz, zwabiony krzykami, wchodzi do synagogi. W tej samej chwili rozlega się basowy głos zarządcy:

– Pan Kon – dwadzieścia marek po raz pierwszy! Baron, nie namyślając się długo, podbija cenę:

– Sto marek!

Żydzi milkną, a zarządca, chcąc objaśnić dziedzica, rzuca uwagę:

– Ależ pan baron nie wie, o co tu chodzi!

– Wszystko jedno! – przerywa mu Sparwitz. – Jeśli Kon oferuje dwadzieścia marek, to towar z pewnością wart jest sto.

*

Opowiadano sobie, że w czasie kryzysu właściciel „czerwonej karczmy” w miasteczku galicyjskim wiódł nader wnikliwy rozhowor z mądrą i rezolutną połowicą.

– Słuchaj no, stara! – wywodził. – Skąd się bierze nasze ubóstwo? Zdaje się, że dosyć dużo wódki sprzedajemy swoim klientom i w dodatku dolewamy do niej niemało wody. A gdy nasz szanowny klient ma już w czubie, dopisujemy mu zawsze kilka kresek na tablicy…

– O właśnie! – mówi żona. – Już wiem, skąd się bierze nasze ubóstwo. Do tej wódki, którą dopisuje się na tablicy, nie dolewamy wody!

*

Bankier Goldring wzywa do gabinetu prokurenta:

– Nasz dłużnik Lissauer nie płaci ani szylinga. Proszę się do niego udać i nie ruszyć się z miejsca, póki nie zwróci zaciągniętej u nas pożyczki.

Prokurent wraca po dwóch godzinach z triumfalną miną.

– Zapłacił? – pyta szef.

– A jakże.

– Gotówką?

– Tyle co gotówką – wekslem.

– To istne kpiny!

–  Żadne kpiny! Spójrz pan tylko! Weksel wystawiony na imię i nazwisko samego barona Rotszylda…

– A czy Rotszyld go podpisał?

–  Podpisał? Też pretensje! Przecież Rotszyldowi można wierzyć na słowo!

*

Pogrzeb starego Rotszylda. W orszaku pogrzebowym skromnie ubrana Żydówka zalewa się łzami i głośno lamentuje.

– Czy nieboszczyk był pani krewnym?

– Nie, nie był krewnym – odpowiada, łkając, kobiecina. – I właśnie dlatego płaczę!

*

Pod koniec lat trzydziestych dwóch Żydów siedzi przy stoliku lwowskiej kawiarni „De la Paix” (zwanej również „De la Pajes”) – i milczy.

W pewnym momencie jeden z nich cicho westchnął.

Drugi zrywa się i wrzeszczy:

– Słuchaj, ty! Jak nie przestaniesz mówić o interesach, to skuję ci mordę!

*

Uszer nie może zasnąć, niespokojnie przewraca się z boku na bok.

– Dlaczego nie śpisz? – niepokoi się żona.

– Jestem dłużny Fajwelowi z przeciwka pięćset złotych. Podpisałem weksel płatny w dniu jutrzejszym. A nie mam pieniędzy…

Żona po krótkim namyśle:

– Ja to załatwię w trymiga.

Otwiera okno i woła donośnym głosem:

– Panie Fajwel! Panie Fajwel!

W oknie naprzeciwko ukazuje się w koszuli nocnej wierzyciel.

– Co się stało?!

– Mój mąż pożyczył od pana pięćset złotych?

– Tak jest.

– I wystawił weksel?

– Tak jest.

– Więc oznajmiam panu, że mój małżonek nie zapłaci panu ani grosika. – Rezolutna niewiasta zamyka okno i powiada do męża: – Teraz on nie będzie spał!

*

Dwaj kupcy lwowscy spotkali się w pociągu zdążającym do Wiednia. Po krótkiej pogawędce jeden z nich pyta:

– Co mi pan da, jeśli odgadnę pańskie myśli?

– Guldena.

– Pan nie chce ogłosić niewypłacalności, toteż jedzie pan do Wiednia, aby tam ugodzić się z wierzycielami…

–  Uj! – wykrzykuje radośnie towarzysz podróży. – Masz pan tu guldena!

– Nu, czy odgadłem pańskie myśli?

– Prawdę mówiąc, miałem zgoła inne zamiary, ale ten pomysł z ugodą wart jest co najmniej guldena!

*

Chaim, po zjedzeniu sutego obiadu w koszernej restauracji, zwraca się do właściciela lokalu:

– Powinien pan koniecznie obniżyć ceny potraw! Po pierwsze, pańskie jadło to paskudztwo, które w ogóle nie nadaje się do spożycia. A po drugie, porcyjki są o wiele za małe!

*

Reuben Sokal, właściciel sklepu towarów mieszanych, lubi zabawiać klientów towarzyską rozmową.

Na dworze panuje straszliwy upał. Do sklepu wchodzi kolejarz w mundurze.

– Ależ dziś gorąco!

– Nad morzem jest jeszcze goręcej – zauważa kupiec.

– A czy był pan kiedyś na wybrzeżu?

– Nie.

– To co pan ma wspólnego z morzem?

– Jak to co? Ja przecież handluję śledziami!

*

Łajbusz oznajmia przyjacielowi:

– Wiesz, zawarłem spółkę z Zylberem.

– Jak to, zawarłeś spółkę? Przecież ty nie masz nawet złamanego szeląga!

– Nu tak, on ma pieniądze, a ja doświadczenie.

– To za kilka miesięcy zamienicie się rolami: ty będziesz miał pieniądze, a on doświadczenie.

*

Były komiwojażer Epsztajn znalazł się w więzieniu.

Uprzejmy dyrektor zakładu karnego pyta więźnia, co woli: kleić torebki, szyć pantofle czy wyrabiać szczotki.

– Wolałbym jeździć jako akwizytor tych towarów i przyjmować obstalunki – oświadcza Epsztajn.

*

Na początku lat dwudziestych oficjalnym środkiem płatniczym w Polsce była bezwartościowa marka. Kwitł zatem nielegalny handel dewizami, które częstokroć wywożono za granicę. Zęby zmylić celników, przemytnicy zwykli je ukrywać w najintymniejszych okolicach ciała. Władze odgórne zarządziły więc, aby w stosunku do notorycznych waluciarzy posługiwać się… lewatywą.

Zabieg ten zastosowano w przypadku spekulanta Zajnela. Trwało to jednak tak długo, że urzędnik sporządzający protokół zawołał zniecierpliwiony:

– No i co tam?

–  Nie da rady, panie komisarzu! – odpowiada celnik. Chwilowo idzie nasza waluta…

 

Wybór fragmentów opinii z polskich mediów na temat wchodzącego właśnie do kin filmu „Kler”.

KLER_A4_300-002.jpg

Jerzy Urban jeszcze żyje, więc z pewnością ucieszy się z premiery filmu „Kler”. To jego styl. No, może jeszcze Goebbelsa, który w swoich pamiętnikach proponował dokładnie taki sposób zwalczania katolicyzmu.

Jacek Karnowski, wPolityce.pl, 17 września

Smarzowski nigdy rodaków nie lubił. Nieomal wszystkie jego filmy pokazują Polaków jako nawalone bydło. Ale z czegoś żyć trzeba – o pedofilii reżyserów nigdy filmu nie zrobi.

Krzysztof Feusette, Twitter, 18 września

Obrzucanie błotem katolików w Polsce, w której miliony pielgrzymują do Kalwarii i na Jasną Górę, w której miliony przetrwały straszliwe tragedie dzięki modlitwie i zawierzeniu – jest atakiem na naród, panie Smarzowski. Na to nie ma zgody.

Marzena Paczuska, Twitter, 18 września

To już kolejny film Smarzowskiego uderzający w Kościół. Zapowiada się owocna współpraca z „Gazetą Wyborczą” i lewicowymi pismami najróżniejszej maści. Trailer zwiastuje przesunięcie wszystkich możliwych granic. Skondensowanie patologii, naszpikowanie opowieści samymi negatywnymi bohaterami, mroczne tło pijaństwa, chciwości i rozpusty.

Marzena Nykiel, Twitter, 18 września

„Większość problemów osób po 40-tce ma charakter religijny a nie psychologiczny” (C.G. Jung). Gabinet lekarza nie zastąpi konfesjonału, a żadna recepta Słowa Bożego.

ks. Daniel Wachowiak, Twitter, 10 września

Antykościelny filmowy paszkwil Wojciecha Smarzowskiego pt. „Kler” reklamowany będzie wulgarnym i skrajnie prowokacyjnym plakatem, który oprócz tego, że zaprasza do kin, sam w sobie jest propagandową amunicją przeciwko katolicyzmowi i osobom wierzącym, a przede wszystkim zniewagą wobec symbolu Krzyża. (…) Autor grafii jest zachwycony, że mógł wziąć udział w przedsięwzięciu, którego nie powstydziłby się dawny rzecznik reżimu Jaruzelskiego ani nowocześni bluźniercy z „Charlie Hebdo”.

Roman Motoła, PCh24.pl, 18 września

Twórcy filmu „Kler” wycierają sobie usta papieżem Franciszkiem, który jakoby był dla nich wzorem. Gajos (d. PZPR) wychwala nawet – uwaga! – bpa Pieronka.

ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, Twitter, 17 września

W VI w., kiedy Europa została podbita przez barbarzyńców, w Rzymie zapanował rozkład i zepsucie. Dziś Europa też jest w olbrzymim kryzysie. Tak jak cały tzw. Zachód, który pada na kolana wobec „barbarzyńskich” idei: laicyzacja, neopogaństwo, panseksualizm, aborcja, eutanazja, gender, skrajny feminizm, ideologia gejowska itd. (…) Wchodzimy w okres postchrześcijański, w którym kurczący się liczebnie Kościół będzie lekceważony, wyśmiewany, atakowany przez pogrążający się w degrengoladzie świat. Co robić w tej sytuacji?

ks. Dariusz Kowalczyk, „Idziemy”, 11 września

„Cała radość życia. Na Wołyniu, w Kasachstanie, w Polsce” – Franceska Michalska

Cała radość życia - Franceska Michalska.jpg

Książka autorki pochodzącej z Siemiatycz na Podlasiu. Opisująca jej wojenne losy. Wydana w 2008 roku przez oficynę Noir Sur Blanc.

 

Opis wydawcy:

Fascynująca opowieść o polskim losie widzianym i przeżytym w tragicznych, mało w Polsce znanych okolicznościach. Autorka urodzona w 1923 r. kilkanaście kilometrów od przedwojennej polsko-sowieckiej granicy na zbruczu ale już po tamtej, radzieckiej stronie, obywatelka zniewolonej Ukrainy naprzód jako dziecko opisuje wielki głód pierwszej połowy lat 30., który cudem prawie przeżyła w swojej rodzinnej wsi, a także narastający stalinowski terror tamtych lat, szczególnie bezwzględny wobec wielotysięcznej polskiej ludności pozostałej na tamtych ziemiach. A potem w 1936 r. wspólna wywózka do Kazachstanu i nieludzkie warunki tej drogi, okoliczności zasiedlania gołego stepu na jakim porzucono cały transport, jego ofiary i walka o przetrwanie w szczególnie surowym klimacie środkowej Azji.

W PDF-ie:

Cala radosc zycia – Franceska Michalska

 

„Trump splunął na Polskę” – Agnieszka Wołk-Łaniewska, Tygodnik NIE numer 38/2018

wiater III.jpg

 

Dar narodu amerykańskiego dla narodu polskiego.

 

Podczas gdy Prezydent RP pojechał do Ameryki żebrać o nową bazę wojskową Fort Trump, Ameryka przysłała nam największy skarb, jaki miała do oddania: Georgette Mosbacher. Chyba nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak hojny to dar.

 

Być może trudno w to uwierzyć, oglądając dziś nową ambasadorzycę USA w Polsce – jej blikujące oblicze, pole zbyt wielu wysiłków medycyny estetycznej, absurdalne, obciągające uszy do ramion klipsy wyobrażające amerykańskie paski i gwiazdki, krzykliwy makijaż i cokolwiek przechodzoną u 70-latki kokieterię – ale jej szczególnym życiowym talentem było skłanianie milionerów do ożenku, na który nie mieli ochoty.

 

Georgette Mosbacher wyszła za mąż 3 razy, a każdy następny mąż był bogatszy od poprzedniego. Ostatni miał ten dodatkowy walor, że jako potentat naftowy z Teksasu był także kumplem rodziny Bushów, co Georgette zapewniło wejście do republikańskiej elity.

 

Ojciec

Głowa misji dyplomatycznej naszego Największego Sojusznika i Przyjaciela od najmłodszych lat inwestowała uczucia w mężczyzn dojrzałych i zamożnych. „Może szukałam w nich swojego ojca” – odpowiadała na sugestie, iż jej wybory nie było do końca podyktowane sercem. Z tym że – w odróżnieniu od mężów, którzy byli jeden w drugiego milionerami – jej ojciec, który zginął w wypadku samochodowym, gdy Georgette miała 7 lat, był hydraulikiem. Choć inne wersje jej życiorysu sugerują, że był restauratorem albo kierownikiem kręgielni. Opiewany przez amerykańskie media od lat 80. życiorys nowej ambasador USA w Polsce jest barwny jak płomienna czerwień jej włosów – i zapewne równie prawdziwy.

 

„Nie urodziłam się ruda, ale urodziłam się, żeby być ruda” – głosi Georgette. Ufarbowanie włosów było jej pierwszym krokiem do „świata glamour”. „Glamour” to francuskie słowo, zaadaptowane do języka amerykańskiego. W oryginale oznacza pewien typ ekstrawaganckiego seksapilu – słownik Larousse’a daje przykład Rity Hayworth – ale Ameryka określa tak wykwintny przepych. I tak rozumie je szefowa misji USA w RP. „Prasa ma problem z »glamour«. W Hollywood jest akceptowalny, ale wszędzie indziej jest podejrzany” – odpowiada Mosbacher, pytana, dlaczego media przedstawiają ją jako kabotynkę z nadmierną skłonnością do autopromocji.

 

Książki

Oprócz trzech mężów Georgette ma na koncie dwie książki. Pierwsza zatytułowana jest „Kobieca siła: Uwolnij w sobie moc, by stworzyć życie, na jakie zasługujesz”; druga: „Na to trzeba kasy, kotku: Sprytny przewodnik do totalnej finansowej wolności”.

Obie kipią od dobrych porad z gatunku: mężczyzn najlepiej poznawać w soboty w FAO Schwarz (ekskluzywny nowojorski sklep z zabawkami); wtedy jest tam wielu bogatych rozwiedzionych ojców. Albo: wyprowadzaj psa w okolicy, w której chcesz mieszkać, a nie tam, gdzie mieszkasz. Do szczególnie cennych rad należy także sugestia, jak przekonać męża do przepisania na ciebie kosztownych nieruchomości: „Poczekałam na moment szczególnie delikatny – na przykład gdy zmarł mąż przyjaciółki – żeby móc użyć tego wydarzenia jako świeżego argumentu na rzecz mojej potrzeby uzyskania niezależności. Gdy chciałam, żeby przepisał tylko na mnie nasze nowojorskie mieszkanie, mówiłam o tym, jak brakowało mi poczucia bezpieczeństwa w dzieciństwie, kiedy zmarł mój ojciec i jak ważne dla mojego emocjonalnego dobrostanu jest bezpieczeństwo posiadania własnego dachu nad głową – i świadomości, że nikt nie może mi go odebrać”.

„Własny dach nad głową” to wart 10 mln dolarów apartament przy Piątej Alei w Nowym Jorku, pełen złotych tkanin, barokowych mebli, niby-rzymskich popiersi. Apartament wraz z palladiańskim domem na plaży w ultraekskluzywnym South Hampton, alimentami rzędu pół miliona dolarów rocznie i nazwiskiem otwierającym wszystkie drzwi Georgette wyniosła z ostatniego małżeństwa: z potentatem naftowym i sekretarzem handlu w administracji Busha seniora, Robertem Mosbacherem.

I nie było to dziełem ślepego losu. Georgette nie należy do osób, które zostawiają cokolwiek losowi. Jak zauważył jeden z dziennikarzy kolumn towarzyskich, chwalących w latach 80. spektakularną osobowość i figurę pani Mosbacher, młoda Georgette należała do tych rozsądnych osób, które rozumiały, że warto bywać w wykwintnych miejscach, choćby oznaczało to spędzenie całego wieczoru nad jedną butelką wody sodowej.

Młodość Georgette upłynęła w ubóstwie: gdy zginął jej ojciec, ją i troje jej rodzeństwa wychowywały matka i babcia (a może prababcia, są różne wersje tej historii), która pracowała jako zwrotnicowa, co nie przeszkadzało jej nosić do pracy szpilek i jedwabnych pończoch.

Ta lekcja poglądowa – wraz ze spektakularną urodą i kolosalną dozą pewności siebie – rychło zapewniły Georgette awans finansowy i towarzyski.

Pierwszy mąż

W 1971 r. namówiła brata na pójście na aukcję rekwizytów firmowych w Sotheby’s. Oczywiście kupienie czegokolwiek nie wchodziło w grę, ale Georgette wyniosła z aukcji znacznie cenniejszy nabytek: dostrzegła na widowni dżentelmena, który wylicytował kilka makiet z kultowego filmu „Tora! Tora! Tora!”. Podając się za reporterkę „Times Magazine”, zbierającą materiały do publikacji o Sotheby’s, wyłudziła jego nazwisko i numer telefonu, po czym błyskawicznie się z nim umówiła, posługując się tą samą historią. Jak zapewnia, już na początku lunchu w wytwornej restauracji, do której szczęśliwy nabywca okrętów z dykty ją zaprosił, przyznała mu się do maskarady, co on uznał za urocze i pochlebne. Robert Muir, potentat na rynku nieruchomości z Los Angeles, rozwiedziony mormon, starszy od Georgette zaledwie o 19 lat, ożenił się z nią rok później. Uczucie było niewątpliwie szczere, a przypieczętował je rolls-royce corniche, który Robert kupił oblubienicy, gdy przechodząc koło salonu, wyznała mu, że zawsze widziała siebie w błękitnym kabriolecie.

 

Drugi mąż

Atoli miłość nie trwała specjalnie długo. Na horyzoncie pojawił się George Barrie – właściciel i prezes firmy kosmetycznej Fabergé, twórca wody kolońskiej „Brut” i kompozytor filmowy 2 razy nominowany do Oscara. Georgette, trzeba trafu, pracowała w jego fimie, gdy poznali się i pokochali. Ona miała 33 lata, on 67.
Małżeństwo skończyło się po dwóch latach, Georgette twierdzi, że Barrie ją bił, czemu on, dopóki żył, zaprzeczał.

 

Trzeci mąż

Zawiedziona i nieszczęśliwa, ale pryncypialnie nieuznająca porażki Georgette przystąpiła do poszukiwania męża nr 3. „Zadzwoniłam do wszystkich, których znałam, i zapytałam: »Znasz kogoś, żeby mnie umówić?«” – opowiadała magazynowi „People”. „Oczywiście zdarzały mi się fatalne randki. Ale musisz przecierpieć tych palantów, zboków i nudziarzy”.

Aż wreszcie, w 1982 r., jej wysiłki zostały nagrodzone spotkaniem Roberta Mosbachera – wartego 200 mln dolków potentata naftowego z Teksasu, który okazał się „miłością jej życia”. Gdy się poznali, Mosbacher miał za sobą 2 małżeństwa – pierwsza żona zmarła na raka, z drugą przeszedł dość nieprzyjemny rozwód – miał też czworo dorosłych dzieci i kompletny brak chęci do ożenku. „Walczyłam o niego swoim całym małym serduszkiem” – wyznawała dziennikarce. – „Powiem ci tak: to był projekt”.

W ramach projektu Georgette zaczęła ostentacyjnie spotykać się z innym milionerem, dla odmiany nowojorczykiem. Robert uległ perswazji.

Jako żona teksańskiego nafciarza i republikańskiego ministra handlu Georgette odkryła w sobie talent do biznesu. Za 30 mln dolarów – które zebrała od różnych inwestorów kompletnie bez pomocy męża, jak zapewnia – kupiła luksusową, choć deficytową szwajcarską firmę kosmetyczną La Prairie, przekonującą klientki do cudownie odmładzających właściwości łożyska czarnych owiec. Sprzedała ją 4 lata później, zarabiając na tym ponoć 15 milionów, po czym założyła kolejną, tym razem produkującą tanie kosmetyki, choć pod ambitną nazwą „Exclusive”.

Zajmowała się też promocją i doradztwem biznesowym, ale jej największym talentem okazało się organizowanie imprez, których celem było zbieranie kasy dla republikańskich polityków. Kontakty wśród elity finansowej i politycznej, które zawdzięczała pozycji trzeciego męża, zapewniły jej nawet coś na kształt własnej kariery politycznej – w komitecie finansowym Partii Republikańskiej. A także przyjaźń z wieloma bywalczyniami nowojorskich salonów, w tym z ówczesną żoną Donalda Ivaną Trump – stąd jej znakomita komitywa z obecnym prezydentem USA.

 

Rozwódka, ale pewnie zajęta

Gwoli ścisłości – małżeństwo z miłością jej życia także nie przetrwało. Pod koniec lat 90. Mosbacher, emerytowany już wówczas polityk i biznesmen, postanowił spędzić jesień życia w Houston, blisko dzieci i wnuków. Pewnego dnia zadzwonił stamtąd do żony, ciągle mieszkającej w Nowym Jorku, i powiedział: „Georgette, pewnie ci się to nie spodoba, ale wystąpiłem o rozwód”. Zgodnie z oczekiwaniami Georgette nie była zachwycona.

„Był moim najlepszym przyjacielem, mężczyzną mojego życia, uwielbiałam go” – wyznawała dziennikarzowi „Washington Post”. „Tak bardzo go kochałam, troszczyłam się o każdy szczegół. Mierzyłam jego skarpetki. Lubi mieć skarpetki określonej długości”.

Georgette ogłosiła, iż przyczyną rozpadu jej małżeństwa była inna kobieta. Mosbacher zaprzeczał. „Georgette to wspaniała dziewczyna. Jest zabawna i urocza, życie z nią to prawdziwy bal” – mówił „Washington Post”. „Ale chciałem być blisko dzieci i wnuków, a ona, niech ją Bóg błogosławi, kocha szybkie tempo. Próbowałem z nią rozmawiać, ale te wysiłki spełzały na niczym. Georgette jest nastrojona na nadawanie, nie na odbiór”.

To w zasadzie ma wszystkie kwalifikacje potrzebne ambasadorowi USA w Polsce.

 


„Tydzień z głowy”

Spełniło się najskrytsze marzenie Dudy: tête-à-tête z prezydentem USA Donaldem Trumpem w Gabinecie Owalnym. „I do” – powiedział po angielsku prezydent Polski na konferencji prasowej i niemądrze zaśmiał się po polsku. A Dudzina, gdy wsiadała do samochodu przed wizytą w Białym Domu, to zgubiła pantofelek…

Obydwaj prezydenci podpisali też wspólną deklarację o współpracy, którą 10 lat temu podpisali sekretarz stanu Condoleezza Rice i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Duda błagał Trumpa o stałą obecność większej liczby żołnierzy amerykańskich w Polsce (baza mogłaby się nazywać Fort Trump – podlizał się Duda). Trump pluł na Unię Europejską, a Duda udawał, że Polska należy do Unii Afrykańskiej. Razem, ale Duda bardziej, pluli na rosyjsko-niemiecki gazociąg Nord Stream 2.

Do Waszyngtonu Duda poleciał wprost z Bukaresztu, gdzie odbywał się szczyt przywódców państw należących do tzw. trójmorza. Pisowskie władze Polski (Dudę zastąpił Morawiecki młodszy) spotkała niespodzianka: do Bukaresztu nie przyleciała delegacja Węgier, największego sojusznika prezesa, bo rzekomo zepsuł się samolot. Szybko się jednak naprawił i premier Viktor Orbán mógł polecieć do Moskwy, gdzie usłyszał od prezydenta Władimira Putina, że „Węgry są jednym z kluczowych partnerów Rosji w Europie”. Podobno na Żoliborzu słyszano głośny dźwięk opadającej szczęki pana prezesa.


 

„Blog Wszystkich Świętych” Jerzy Urban

Prezydent Polski przywiózł Donaldowi Trumpowi wspaniały wizerunkowy podarek. Gdy prezydent Stanów stanął przy Polaku, po raz pierwszy zaczął robić wrażenie męża stanu.


 

„Słówka półgłówka” – Przemysław Ćwikliński

– Niech pozdrowione będą twoje boty – powiedział po angielsku prezydent o niku Trump, kładąc na piersi dwa palce prawej dłoni, a następnie kierując rękę na zachód, w kierunku Kamczatki.

– Na wieki wieków amen – również po angielsku odpowiedział prezydent o niku Duda, powtarzając ruch dłoni, z tym że skierował ją na wschód, w kierunku Uralu.

– Wreszcie jesteśmy onlajn – ucieszył się Trump. – Jak się czuje hasztag Ruchadło Leśne?

– Zbanowałem ją – odparł Duda, czerwieniąc się jak pomidor. – Nie ten lewel i w ogóle…

– Nawet ci 🙂 nie przysyła?

– Czasem przysyła, ale 😦

– Uważam, że rajt nał jest ważniejsze niż rajt łej.

– Łors is beter. Kontaktami z Ruchadłem zajmuje się mój awatar.

Trump pokręcił głową. Nieprzekonany.

– Nigdy nie byłem zwolennikiem wirtualnego seksu – powiedział. – Nie ma nic lepszego od numerku lajf.

Stojący obok minister o niku Błaszczak zaśmiał się głośno.

– Co to za lamer? Mogę go znać z Twittera? – zapytał Trump. Był tak zdumiony, jak gdyby zobaczył blek skrin of det.

– To bardzo ważny minister.

– Jak ważny?

– Jak dwa terabajty – odpowiedział Duda.

Roześmiali się, kpiąc z głupiej miny Błaszczaka, który najwyraźniej nie wiedział, o co chodzi.

– Co cię do mnie sprowadza? – Trump zrobił poważną minę. – Co oprócz gazu elendżi po w chuj wysokiej cenie?

– Baterie patriotów – odparł Duda. – Apgrejdowane. Cztery zero albo pięć zero. Mogą być w chuj drogie. Mamy premiera, który ma talent do mnożenia bitkojnów.

– Zapomnij o pięć zero. Cztery zero z ograniczonym softłerem to wszystko, na co pozwoli mi Pentagon.

– Średni softłer? – zapytał Duda, robiąc minę jelonka Bambiego.

– Niech będzie. – Trump podał Dudzie dłoń. – Ale to będzie w chuj dużo kosztować.

– Nie szkodzi – ucieszył się Duda. – Mam też prośbę o poparcie trójmorza.

– Poparcie nic mnie nie kosztuje. Masz je asap w bonusie.

– Co to jest asap? – zapytał nagle Błaszczak. Po polsku.

– To w obcym języku – odpowiedział Duda. – Znaczy es sun es posibl.

– Aha.

– No dobra, iołti – zatarł dłonie Trump. – Głodny jestem…

– Jest jeszcze jedna sprawa… – Duda szukał właściwych słów. – Chodzi o to, żeby hasztag Unia Europejska nie wcinała się w nasze polskie sprawy.

– To nie mój biznes – rzekł Trump. – Gdybyście przestrzegali konstytucji, nikt by się wam nie wcinał.

A potem zwrócił się do Błaszczaka: – Chodź, chłopie, zaraz zjesz najlepszego hamburgera w Waszyngtonie.

Błaszczak chciał coś powiedzieć, ale nie potrafi.

– Z frytkami – dodał Trump i to był naprawdę iołti, czyli end of topik, czyli koniec tematu.

„Seks kontraktowy” – Jerzy Urban (felieton) NIE nr 38-2018

metoo.jpg

Niech nie milknie okrzyk #MeToo. Ścigać trzeba skurwysynów zmuszających kobiety do seksu, chociaż w Polsce te oskarżenia są politycznie bezproduktywne, bo nie mogą dotyczyć Kaczyńskiego. Gdybym jednak był np. modelką, wypuszczoną za seks na wybieg, mocno bym się zastanowił, czy krzyczeć. Po pierwsze: dlatego, że inni projektanci mody, niewinni przemocy fizycznej lub symbolicznej, mogliby bać się pracy ze mną, gdyż w razie konfliktu zawodowego mogłabym zyskać przewagę, oskarżając ich fałszywie. Po drugie: z ważniejszego powodu. W zamian za seks dziewczyny wchodziły na ekrany, ze sprzątaczek awansowały na asystentki lub przyspieszały habilitację. Teraz zaś wołając #MeToo, zamiast dawać dupy, zyskują taką samą przewagę w życiu. Broń się zmieniła, cel pozostał ten sam – wygrywanie w damskiej konkurencji. Po trzecie: przez liczne oskarżanie samców powstaje sojusz pruderii z demaskowaniem seksualnych drapieżców, świętoszkostwem i feminizmem. Do obcowania płciowego wkradł się lęk mrożący wolność miłosną. Jeżeli szef zapyta pracownicę, czy ma chęć, żeby ja zerżnął, to o Jezu! Molestuje w pracy zależną od siebie podwładną. A przecież zapracowany biznesmen czy dygnitarz głównie w pracy styka się z płcią, na którą jest łasy.

„Gazeta” Michnika i tego lepszego z braci Kurskich podała, że w Nowym Jorku otwarto klub „Playboya”. Dawnymi laty mężczyźni całego świata powszechnie onanizowali się, trzymając w lewej ręce to właśnie czasopismo, zagapieni na zdjęcia z negliżami. Klubów tych było zatrzęsienie. Teraz odtworzono jeden jako zabytek albo upamiętnienie, czyli odpowiednik naszego Wawelu lub Muzeum Powstania Warszawskiego. Starcy z Zachodu pamiętają, że w klubach „Playboya” podawały dziewczyny ubrane minimalistycznie, a przebrane za króliczki. Nosiły futrzane ogonki i uszy. To odtworzono teraz w NYC. Feministki podniosły więc krzyk, że poniżana jest godność dziewczyny pracującej, bo pracodawca ją zezwierzęca. Klub więc zamknięto.

Naród, który wybrał sobie prezydentem Donalda Trumpa, mam w głębokim poważaniu. Pojedynczy Amerykanin zawsze kupuje sobie dwa buty. Uważam, że czyni tak w nadziei, że któryś będzie pasował. Nikt tam nie wpadł więc na prosty pomysł, jak zachować Ameryce ten klub z króliczkami, a zarazem uchronić godność kobiet. Podsuwam sposób: zatrudnić tylu chłopców, ile dziewczyn i ustroić ich także w królicze uszy i nadupniki. Pozostanie wówczas tylko problem poniżania godności królików. To byłoby jednak zmartwienie innego niż prokobiece środowiska, mianowicie obrońców zwierząt. Podobnie można by pogodzić swobodę seksualną z niedopuszczaniem do jej nadużywania przemocą fizyczną lub dzięki zależności samicy od samca.

W naszych czasach zanikło już podrywanie twarzą w twarz, dokonywane w biurze, barze, poczekalni do lekarza, na plaży lub ulicy. Nawiązywanie kontaktu odbywa się tylko elektronicznie. Do służących temu urządzeń bez trudu wmontować można program uzyskiwania zgody kobiet i dziewczyn na seks.

– Czy chcesz, żebym cię zerżnął (zerżnęła): tak – nie.

– Czy przyjmujesz do wiadomości, że nie zapewni ci to protekcji, awansu, pieniędzy, mieszkania ani żadnych innych dóbr lub przewag, którymi władam: tak – nie.

– Czy godzisz się zastosować środki antyciążowe oraz przed stosunkiem umyć cipę: tak – nie.

Mając zarejestrowane trzy razy „tak”, nie trzeba już bać się #MeToo. Zapis zgody odbierałby kobietom dodatkową władzę nad samcami, ostatnio nadaną im przez feminizm. Rodzi się tylko pytanie, czy miłość kontraktowa nadal jest jeszcze wolną miłością. Zauważmy, że podpisywanie umowy o pracę, które zawsze uzależnia lub zniewala, nie uchodzi w demokracji za sprzeczne z wolnością człowieka i obywatela. Wobec tego seks kontraktowy też da się obronić. Szczególnie, że elektroniczną ankietę przedseksualną można wyrazić ikonkami, a przyzwolenia lub jego odmowy dokonać jednym kliknięciem. Tak samo jak jednym kliknięciem spełnić potem seks. Mój projekt uchroni samice przed przemocą i interesownym dawaniem dupy, a zarazem mężczyzn przed #MeToo. Wszystko więc można pogodzić, jak komunizm z kapitalizmem w Chinach.

Seksuolodzy prowadzą badania. Dostałem do wypełnienia ankietę zawierającą rubrykę:

– Jaka przed przejściem na emeryturę była pana ulubiona pozycja seksualna?

– Prezesa Telewizji Polskiej – odpowiedziałem.

„W tył zwrot, pani Lot!” – Ephraim Kishon

cover.jpg

U nas humor żydowski wciąż kojarzy się przede wszystkim z przedwojennymi szmoncesami – żart to wprawdzie nieco już spatynowany, nadal jednak bawi. (…) Tymczasem bohaterowie Ephraima Kishona to postacie z innego wymiaru. To ludzie żywi i nam współcześni, przechadzający się ulicami nowoczesnych miast, a nie dawnego Chełma lub Berdyczowa. (…) Zresztą paleta tematów podejmowanych przez Ephraima Kishona mieni się wszystkimi barwami. Kishon jest najzupełniej, dosłownie uniwersalny. W rozmowie z dziennikarzem wyznał: „Nazywają mnie ostatnim żydowskim humorystą. Mogę być z tego dumny (…), ale to nieprawda. Jestem pierwszym humorystą izraelskim. To, co piszę, równie dobrze mógłby napisać Czech lub Szwajcar…”. (…) Autor wprowadza nas w świat, co tu ukrywać, od co najmniej dwóch dziesięcioleci dla czytelnika znad Wisły poniekąd egzotyczny. Jeśli jednak wyłuskamy cały przewrotny sens tych opowiastek z realiów bliskowschodnich, nieoczekiwanie napotkamy podobne do naszych kłopoty i radości – te wielkie i te małe – zwykłe, powszednie, prywatne oraz ogólnocywilizacyjne. (ze wstępu redaktora Wojciecha Grzelaka)

całość książki w pdf-ie:

W tyl zwrot, pani Lot! – Ephraim Kishon

„Bestie” – Tadeusz M. Płużański, wyd. Biblioteka Wolności, 2011 rok (fragment o płk. Stefanie Michniku)

bestie.jpg

MICHNIK ZOSTANIE ARESZTOWANY?

Czy można ścigać sympatyka „Solidarności”, współpracownika
Radia Wolna Europa i paryskiej „Kultury”, a do tego wielbiciela
książek i muzyki poważnej? Możliwe jest to chyba tylko
w faszystowskiej i antysemickiej Polsce. Sąd wojskowy w Warszawie
rozważał wydanie nakazu tymczasowego aresztowania Stefana
Michnika, stalinowskiego sędziego wojskowego. Szwedzi jednak
odmówili.

Z oskarżeniem wystąpił Instytut Pamięci Narodowej. Już sam ten
fakt powinien dać do myślenia wszelkim obrońcom praw człowieka,
organizacjom gejów i lesbijek, walczącym z rasizmem, ksenofobią
i nietolerancją, ze szczególnym uwzględnieniem Stowarzyszenia
Otwarta Rzeczpospolita i wszystkim w ogóle postępowcom. Muszą
natychmiast potępić ten bezprawny zamysł. Żadnym
usprawiedliwieniem ich bezczynności nie może być to, że Stefan
Michnik ma na koncie co najmniej dziewięć wyroków śmierci na
niewinnych ludzi (część została wykonana). Przecież te incydenty
miały miejsce w latach 50., a poza tym tego wymagała (socjalistyczna)
racja stanu. Dlaczego nie ma przedawnienia? i nie jest istotne, że III
RP czyny byłego sędziego zakwalifikowała jako zbrodnie sądowe, a po
1956 r. wszyscy skazani zostali zrehabilitowani (w tym również
pośmiertnie). Teraz jest takie prawo, kiedyś było inne, a zatem to
zwykła zemsta polityczna. Jeśli ktoś tego nie rozumie, jest rewanżystą,
oszołomem i… antysemitą.

Ale teraz już poważnie. Ze względu na prawdę historyczną, a przede
wszystkim pamięć ofiar. Nakaz aresztowania otworzy drogę do miejmy nadzieję udanej – ekstradycji komunistycznego zbrodniarza Michnika do Polski (gdyby to nie pomogło można zawsze posiłkować się skuteczniejszym Europejskim Nakazem Aresztowania).

10 LAT BEZRADNOŚCI

Procedura ścigania kpt. Stefana Michnika sięga dziesięciu lat.
W 1999r. na biurku Hanny Suchockiej – ówczesnej minister
sprawiedliwości – znalazły się dwa wnioski – o wszczęcie śledztwa
wobec stalinowca (autorstwa Ligi Republikańskiej) oraz jego
ekstradycję ze Szwecji. Zarzuty były konkretne – wydawanie wyroków
śmierci w sfingowanych procesach politycznych, co w myśl polskiego
kodeksu karnego stanowi przestępstwo. Oba wnioski nie doczekały się
jednak rozstrzygnięcia. W jednym z wywiadów Suchocka stwierdziła,
że nie będzie zajmować się ewentualną ekstradycją Michnika do
Polski, gdyż sprawa nie leży w kompetencjach prokuratury
powszechnej, ale IPN (który jeszcze nie istniał i w którego powołanie
mało kto wówczas wierzył).

W 2000 r. IPN jednak powstał i zapowiedź wystąpienia o ekstradycję
Michnika – jako winnego zbrodni sądowych – była pierwszą publiczną
deklaracją, jaką złożył prof. Witold Kulesza, szef pionu śledczego
Instytutu – Głównej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi
Polskiemu. Zapowiedź przeżyła nawet swojego autora – prof. Kulesza
został odwołany. Nowe kierownictwo IPN chce teraz, aby sąd
aresztował Michnika.

ALEJA PRZYJACIÓŁ (KOMUNISTÓW)

Stefan Michnik urodził się 28 września 1929 r. W Drohobyczu. Jego
miastem, jak deklaruje, do dziś pozostał Lwów – tu do 1939 r.
uczęszczał do szkoły powszechnej. Ważniejszy od Lwowa był dla niego
jednak komunizm, który wyssał z mlekiem matki. Helena Michnik aktywistka Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej „Życie” – po
1945 r. była nauczycielką w Korpusie Kadetów KBW i autorką
stalinowskich podręczników do historii. Ojciec – komunista zginął
w stalinowskich czystkach lat 30. Przyrodni ojciec – Ozjasz Szechter
został przed wojną skazany za antypolską działalność w nielegalnej
Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Po „wyzwoleniu” był
kierownikiem Wydziału Prasowego Centralnej Rady Związków
Zawodowych i zastępcą redaktora naczelnego „Głosu Pracy”.
Wszystko to sprawiło, że Stefan Michnik też zapragnął służyć
komunistycznej ojczyźnie. Nie bez znaczenia był zapewne również fakt,
że razem z braćmi: Jerzym (późniejszy elektryk i emigrant do Stanów
Zjednoczonych) i Adamem (późniejszy naczelny „Gazety Wyborczej”)
mieszkał przy Alei Przyjaciół 9/13, w sąsiedztwie wysokich
funkcjonariuszy PZPR i MBP.

Komunistyczną karierę rozpoczął w Związku Walki Młodych, potem
był Związek Młodzieży Polskiej, PPR i w końcu PZPR. Partia
umożliwiła mu również karierę zawodową: laborant-elektryk
elektrowni warszawskiej został przyjęty do Oficerskiej Szkoły
Prawniczej w Jeleniej Górze… Bo elektrykiem, tak jak brat Jerzy,
pozostawać nie zamierzał.

JAK BRONI SIĘ MICHNIK?

Dziś Stefan Michnik twierdzi, że przeszłość jest jego prywatną
sprawą. Kiedy w latach 50. wydawał wyroki, był młody, naiwny i nie
miał nic do powiedzenia – był tylko pionkiem, wykonującym jedynie
rozkazy przełożonych.

W jednym z nielicznych wywiadów (dla „Nowej Gazety Polskiej” –
szwedzkiego dwutygodnika polonijnego) w 1999 r. Z rozbrajającą
szczerością mówił: „Kogo dotyczyły te sprawy, to ja nie pamiętam. To
są stare rzeczy”, i dodawał: „Moje nazwisko pojawiło się w prasie
w 1969 roku jako argument przeciwko Adamowi”.

Najpoczytniejszemu szwedzkiemu dziennikowi „Dagens Nyheter”
powiedział: „Wierzyłem, że służę swojemu krajowi. Dziś widzę, że
zostałem oszukany”. Dopiero w Szwecji zrozumiał, że orzekał na
podstawie wymuszonych przez UB zeznań. Czy rzeczywiście przez
większość swojego życia był nieświadomy? Przecież należał do – jakby
nie patrzeć – inteligenckiej rodziny.

Stefan Michnik nigdy nie przyznał się do winy, nigdy nie przeprosił
swoich ofiar i ich rodzin.

JAK BRONIĄ MICHNIKA?

Szwedzkie gazety szybko podchwyciły, że zarzuty wobec Stefana
mają zaszkodzić Adamowi. I są one oczywiście podszyte polskim
antysemityzmem – dlatego po całym świecie ściga się tylko oprawców
pochodzenia żydowskiego: Helenę Wolińską-Brus, Salomona Morela.

Przypomnijmy tylko, że ani krwawej stalinowskiej prokurator, ani
okrutnego komendanta ubeckich obozów, nie udało się sprowadzić do
kraju i osądzić. Wolińska zmarła w Wielkiej Brytanii, Morel w Izraelu.

Michnika broni oczywiście drugi Michnik. „Gazeta Wyborcza”
napisała: „Zaliczono go [Stefana Michnika – TMP] do sędziów, których
należy ukarać jedynie służbowo i – w odróżnieniu od trzech najbardziej
obciążonych [Feliksa Aspisa, Teofila Karczmarza i Juliusza Krupskiego
– TMP] – nie wszczynać przeciw nim postępowania karnego”.

Chodzi o raport tzw. komisji Mariana Mazura (zastępcy prokuratora
generalnego PRL), powołanej w 1956 r. do „zbadania przejawów
łamania praworządności” w najwyższych organach sądownictwa
wojskowego. Stefan Michnik jest wymieniany jako jeden ze
skompromitowanych sędziów, którzy wydawali wyroki pod dyktando
komunistycznych władz i aparatu bezpieczeństwa. Przypomnieć
również wypada, że komisja nie chciała stawiać ich przed sądem. Na
tym polegała gomułkowska „odwilż”. a ponadto: raport Mazura
stworzono na podstawie ubeckich papierów, a podobno Adam Michnik
nigdy ich nie uznawał. Ale, gdy chodzi o brata…

„Niebawem spadnie błoto, czyli kilka uwag o literaturze nieprzyjemnej” – Rafał Grupiński, Izolda Kiec, wyd. OBSERWATOR, Poznań, 1997 (fragment)

niebawem spadnie bloto.jpg

POCZĄTEK

W znaczeniu kulturalnym rok 1989 stanowi dla Polski, podobnie jak w wymiarze politycznym i ekonomicznym, wyrazistą cezurę, datę niezmiernie ważną. Można powiedzieć, że w tym momencie świadomość społeczeństwa polskiego wchodzi na drogi nowoczes­nego rozwoju, zaczyna spełniać typową funkcję przypadającą jej w udziale w społeczeństwach o ustroju kapitalistycznym. W tamtym czasie odnalezienie i dopowiedzenie własnej narodowej tożsamości wydawać się mogło zadaniem najpoważniejszym i najpilniejszym. Wiemy to już jednak, dziś po latach, że trudności życia codziennego, wynikające zarówno z uciążliwości samej transformacji ekono­micznej, jak i z powolności psychospołecznej adaptacji, szybko zatarły radość z odzyskanej szczęśliwie wolności. Powróciły niepo­kój i poczucie zagrożenia, wzrosło niezadowolenie z obecnej sytu­acji, w końcu odezwały się głosy tęskniących za powrotem do psychicznego błogostanu niewolnictwa. Pozostało jedynie powta­rzające się jak melodia pozytywki pytanie o przyczynę takiego stanu rzeczy. Nieliczne próby stworzenia wzorów życia aktywnego, pojedyncze odwołania do tradycji pracy organicznej i działania dla dobra wspólnego były odosobnione. Elity polityczne, niewielkie liczebnie, gdyż wywodzące się z wąskich grup dawnej demokra­tycznej opozycji, rozpoczęły między sobą niebezpieczną walkę o wpływy, władzę i koncepcje rządzenia, lekceważąc swojego głównego, pokonanego, lecz nie dobitego przeciwnika. Dumni z bezkrwawej rewolucji politycy solidarnościowi rozdrobnili własne siły, wyborców zniechęcili do siebie wewnętrznymi sporami oraz brakiem wyrazistej wizji rozwoju Polski i… przegrali, zanim jeszcze na dobre nauczyli się sprawować władzę w państwie.

Spory te opóźniły wiele koniecznych reform, a inne (np. repry­watyzację) pozostawiły w ogóle nie tknięte. Porażką wyborczą w 1993 r. zakończył się też barwny epizod liberalizmu, wysiłek młodych polityków próbujących zaszczepić w Polsce filozofię indywidualnej aktywności. Kościół – którego rola paradoksalnie wzrosła i którego polityka była przedmiotem najostrzejszych chyba w tym czasie polemik oraz sporów publicznych – w sprawie kształtowania postaw Polaków wobec zmian ustrojowych zachowy­wał się raczej biernie. Idea nowej ewangelizacji w niewielkim stopniu dotykała zagrożoną przez nowe warunki życia kwestię narodowej tożsamości i związaną z nią erozję zachowań etycznych. Jak się wydaje, miała ona przywracać Polaków przede wszystkim Kościołowi, nie zaś samym sobie i… Chrystusowi. Miast pracy z poszczególnymi ludźmi, na co w szczególny sposób uwagę zwra­cał polskim biskupom Jan Paweł II, kreowano zadanie na korzystną zmianę statystyki wielkich liczb. Trudno się dziwić, że w tej sytuacji lęku przed możliwymi, negatywnymi konsekwencjami zmian ustro­ju gospodarczego, w obliczu gwałtownych sporów politycznych, swoistego zamętu ideowego i wyraźnego zwiększenia zagrożenia osobistego rosnącą przestępczością, wyobraźnia znacznej części naszego społeczeństwa zwróciła się w stronę „naszej małej stabili­zacji”. W tym więc okresie, w którym ponad połowa Polaków skłonna była utożsamiać poczucie własnego bezpieczeństwa i tęsk­notę za „normalnością” raczej z fałszywym bezpieczeństwem daw­nego ustroju, nie zaś z obiecywanym, lecz odległym, przyszłym dobrobytem, władzę w kraju przejęlineokomuniści.

Po zdjęciu czarnych okularów

W tym samym czasie zdezorientowani pisarze i artyści, rozpro­szeni z powodu braku środków materialnych, pozbawieni dawnego znaczenia i dworskich przywilejów, wszem i wobec rozgłaszali wieści o kryzysie polskiej kultury i braku młodych, interesujących twórców. Oficjalnie deklarowana negacja przeszłości zamieniła się niepostrzeżenie w milczącą tęsknotę za dawnymi dobrymi czasami i w odrzucenie degradującej ich osiągnięcia współczesności. Wro­gość wobec komercjalizującej się nieuchronnie kultury i oczywista frustracja z powodu utraty dawnego znaczenia znalazły ujście m.in. w niechęci do nowego pokolenia twórców, coraz śmielej porusza­jących się na powstającym wolnym rynku. Zabrakło czasu na wpisane już w tradycję polskich przełomów historycznych obrachunki z prze­szłością. Nieliczne próby pisarzy średniego pokolenia, tj. Jerzego Pilcha, Bronisława Wildsteina czy Jacka Kaczmarskiego, trudno nazwać w pełni udanymi. Zarówno w głośnym, sprawnie napisa­nym „Spisie cudzołożnic” Pilcha, jak w nie przedstawiającym większych wartości artystycznych „Autoportrecie z kanalią” Kacz­marskiego, ośmieszeni zostają bohaterowie, nie zaś rzeczywistość, która ich otacza. Świat oglądany oczyma postaci zdegradowanej do statusu antybohatera przestaje być wiarygodny. Zwłaszcza, że o po­stawie zarówno Gustawa, jak Błowskiego czy Kaczmara bardziej niż świat zewnętrzny decydują ich jednostkowe uwarunkowania psychiczne i umiejętność przystosowania do określonych warun­ków społecznych i politycznych. Jednym słowem, wymienieni pisarze nie wykorzystali szansy, by dokonać literackiej analizy tego typu postaw. Peerelowska rzeczywistość nie została w pełni, języ­kiem artystów, zdemaskowana, nie został pokazany proces upodle­nia jednostki, przemiana bohatera w antybohatera, herosa w kanalię.

Znanym twórcom oraz krytykom zabrakło ochoty, a z pewnością i kompetencji, by rzetelnie ocenić dorobek z lat Peerelu, starczyło natomiast sił, by uznać za osiągnięcia wyłącznie własne utwory i książki, czego przykładem była dyskusja krytyków zamykająca wy­darzenia literackie 1993 roku, a opublikowana w „Gazecie Wyborczej” (z 30 XII 93). Ucieczka przed wymogami nowej epoki, po przegranej Tadeusza Mazowieckiego w kampanii prezydenckiej, stała się wśród polskiej inteligencji powszechna. Co więcej, mocno do tej pory obecni w życiu publicznym intelektualiści zaczęli także dezerterować z poli­tyki i większości działań społecznych. Do dobrego tonu należało wypowiadać się z najwyższą pogardą o zaangażowaniu w życie polityczne. Oto jeden z najprostszych drogowskazów. Okazało się, że od rozczarowania elit jest przerażająco blisko do niechęci większości społeczeństwa wobec zachodzących zmian.

Nowa literatura

W tym miejscu zaczyna się opowieść o nowej literaturze. Opowieść o tym, jak zaczęła się wydobywać spod jarzma stereo­typu patriotycznego, narodowej symboliki. Jak pielęgnując uzyska­ną wolność, tworzyła z niej własny świat, omijając śmietnik zużytych mitów i wyobrażeń. Jak prowokacyjnie nazwała się niechcianą, osobną, barbarzyńską, by nikt już niczego od niej w imię zbiorowych obowiązków nie żądał. „Pomocny” okazał się tu w szczególności stan wojenny ze swoją hałaśliwą barykadą, dzielącą literaturę i sztuki piękne na dwa wrogie obozy. Mówiąc wprost: trzeba było, aby na oczach zniewolonego i upokarzanego po raz kolejny narodu rozegrała się tragifarsa wielbienia złej literatury i tandetnego malarstwa, tym razem również w rytm patriotycznych protest songów i norwidów recytowanych w koś­ciołach, aby młode pokolenie zdecydowało się raz na zawsze zerwać z narodowym świętem i akademią. Efektem tej gwałtownej potrzeby radykalnego odcięcia się od najbliższej przeszłości było zanegowanie w połowie lat osiemdziesiątych głównych wątków najnowszej tradycji; nie tylko odrzucenie polityki, przeradzające się we wrogość wobec etosu „Solidarności” czy raczej wobec tych, którzy, zdaniem młodych pisarzy, uzurpowali sobie prawo do reprezentowania tegoż (po zdjęciu czarnych okularów / ten świat przerażający jest tym bardziej – napisze wkrótce Marcin Świetlicki), ale także niechęć wobec najnowszej historii jako całości, symbolizowanej przez pojawiające się na ekranie telewizora wo­skowe ryje polityków, jak dosadnie stwierdził Jacek Podsiadło. Świat fascynuje mnie od czasu, kiedy w nim jestem: nie interesuje mnie moje, twoje, nasze wczoraj ani nawet wspólne jutro – zdaje się mówić najnowsza poezja polska – fascynuje mnie jedynie moje dziś i jutro. Jesteśmy futurohomami – pisze Podsiadło – i tylko w tym znaczeniu uprawnione może być zastosowanie wobec przedstawicieli najnowszej poezji nadużywanego określenia neofuturyzm. Co ciekawe, ta perspektywa przyszłości łączy przedstawi­cieli rozmaitych nurtów (także klasycznych) w najnowszej litera­turze.

  1. CZAS KULTURY, BRULION I INNI

Piotr Bratkowski, opisując w roku 1990 („Po prostu” 1990/1) sytuację poezji polskiej lat osiemdziesiątych, wskazał na dwie osoby, które wpłynęły na jej rozwój w tamtym czasie. Mieli to być Woj­ciech Jaruzelski, autor stanu wojennego, wprowadzonego 13 grudnia 1981 r., oraz Piotr Sommer, który przygotował w 1986 r. słynny już dziś numer „Literatury na Świecie” (1986/7), gdzie zaprezentował po­etów tzw. szkoły nowojorskiej, a rok później wydał we własnym przekładzie utwory głównego jej reprezentanta, Franka O’Hary.

Pomińmy dziennikarski koncept z Jaruzelskim. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że druga z owych informacji zawiera błąd merytoryczny. Ta, wydawać by się mogło, oczywista kolejność rzeczy, która ma wyjaśniać rozwój odmiennej szkoły językowej poetów związanych wówczas przede wszystkim z „bruLionem”, szkoły, której pierwszym postulatem było odpolitycznienie wyo­braźni językowej, wyzwolenie od ideologicznych przymusów, jak chce Bratkowski i wielu podobnych mu krytyków, jest niepełna i jednostronna. Może ona lokalnym flagelantom przyjemnie skojarzyć się z teorią Irzykowskiego o plagiatowości wszelkich polskich przełomów literackich, lecz niewiele wyjaśnia. Powiedzmy od razu, że konieczność uniezależnienia myślenia o kulturze od dychotomii narzucanej mu przez sytuację polityczną pojawiła się o wiele wcześ­niej, zarówno w publicystyce obiegu niezależnego (np. w szyderstwach Charłampa na łamach „Wezwania” oraz paryskiej „Kultury”), jak i w pismach takich, jak poznański „Czas Kultury” i nieco później krakowski „bruLion”.

Pisma te, powstałe odpowiednio w 1985 r. i 1987 r., zostały powołane przede wszystkim z myślą, by jak najszybciej wyrwać się z sytuacji upolitycznienia kultury polskiej. To był program ideowy ówczesnych tytułów i skupionych wokół nich środowisk młodych poetów, pisarzy i plastyków, tych ostatnich sfrustrowanych przede wszystkim dwuznaczną sytuacją samoograniczania się podczas wystaw przykościelnych. Oczywiste jest, że w stronę spraw codziennych, przyziemnych i niskich skierowało twórczość młodszego pokolenia artystów przede wszystkim zmęczenie nieustającymi Zaduszkami narodowymi, a nie wskazujący palec Franka O’Hary. Dodajmy w imię sumienności, że poezja nowojorska wywarła silny wpływ na kilku poetów nie związanych wówczas z żadnym z głównych środowisk młodoliterackich, np. na Andrzeja Sosnowskiego.

***

Wraz z początkiem suwerenności pojawiło się kilkanaście no­wych tytułów literackich, w tym gdańskie „Przedproża” i „Tytuł”, lubelskie „Kresy”, ostrołęcka „Pracownia”, olsztyńska „Borussia”, warszawski, uniwersytecki „Ogród”. Do kraju przeniosły się „Ze­szyty Literackie”, a ich mówiona, galicyjska mutacja, czyli „Na-Głos”, stała się kwartalnikiem. Od czerwca 1990 r. do maja 1991 r. ukazywał się „Tygodnik Literacki”, ambitne przedsięwzięcie grona krytyków i pisarzy z różnych pism, w tym m.in. z „bruLionu” i „Czasu Kultury”, zebranych w jednej redakcji przez Janusza Maciejewskiego oraz Waldemara Gaspera. „Tygodnik Literacki” miał być przy tym naturalną, naziemną kontynuacją „Wezwania”, znakomitego pisma literackiego drugiego obiegu, redagowanego przez Tomasza Jastruna. Szybko jednak doszło w nowej redakcji do rozłamu, który przyspieszył upadek „Tygodnika”, zapewne i tak nie­uchronny ze względu na trudności finansowe całego przedsięwzięcia. Charakterystyczne były przyczyny owego rozłamu. Organizując redakcję, Maciejewski starał się zapewnić wpływy dotychczasowe­mu establishmentowi warszawskiemu, Gasper natomiast zabiegał o udział w niej ludzi nowych i rekrutował ich głównie z regionalnej prasy dawnego drugiego obiegu. Nastąpiło starcie nie tylko poglą­dów na literaturę i różnych preferencji estetycznych, ale także różnych koncepcji realizowania programu pisma, za którego kształt wszyscy czuli się w równym stopniu odpowiedzialni, a w końcu i  poglądów politycznych, dotyczących rozgrywającej się wówczas ostrej walki o prezydenturę między zwolennikami Tadeusza Mazo­wieckiego i Lecha Wałęsy. Można zaryzykować stwierdzenie, że podziały, o których między innymi będzie mówiła ta książka, zarysowały się już wówczas na łamach „Tygodnika Literackiego”. Podobnie zresztą ucieczka redaktorów „bruLionu” i „Czasu Kultu­ry” przed nadmiernym wpływem polityki na kulturę, choć łamy ich pism ocaliła przed uproszczonymi sądami, im samym niewiele dała. Robert Tekieliwkrótce po upadku „Tygodnika” wyznawał wiarę w neokonserwatywny model państwa („Gazeta Wyborcza” z 25 XI 94), Waldemar Gasper założył polityczne, wyraźnie konserwatywne pismo „Debata”, współautor zaś tej książki startował z marnym skutkiem w wyborach do Sejmu w 1993 r. z listy liberałów.

1.1.  Uwodzenie i zabijanie

Słabością czasopism kulturalnych, wydawanych po 1989 r., była ich niska świadomość krytyczna, wspomagana, niestety, przez ku­lejący bardzo obieg informacji o nowościach wydawniczych. Wpraw­dzie było oczywiste, że np. „bruLion” i „Czas Kultury” drukują głównie młodych autorów i promują nowe zjawiska w literaturze polskiej, a np. „Zeszyty Literackie” są zamkniętą kastą, dla której pisze od kilkunastu lat tych samych dziesięciu autorów, lecz co z tego miałoby wynikać dla kultury polskiej, żadne z pism wypowiedzieć nie chciało (czy nie potrafiło). Dopiero lektura po latach wszystkich numerów poszczególnych tytułów pozwalała odpowie­dzieć na pytanie o program skupionych wokół nich środowisk, a przynajmniej ich redaktorów.

A przecież taką sytuację trudno uznać za normalną. Świadczyła ona o tym, że powstałe wówczas środowiska, wcale nie ubogie w talenty artystyczne, posiadały liche zaplecze intelektualne i niską samoświadomość. Tymczasem w tych kilku pierwszych latach de­cydował się przyszły kształt kultury polskiej.

Co zadecydowało o bezwładzie krytyki w tamtych latach? I czy kryzys ten udało się – choć w minimalnym stopniu – przełamać? Jarosław Klejnocki we wstępie do wydanej w 1992 r. drugiej części antologii „bruLion i niezależni” pisał: Irytujący jest wszakże brak większego zainteresowania krytyki najnowszymi zjawiskami literac­kimi. Może wynika to po trosze z chaosu dawnych czasów, a może i z lenistwa profesjonalistów lubiących chodzić utartymi ścieżkami. Nic też dziwnego, że młoda poezja lansuje się (wydaje mi się, że słowo to jest jak najbardziej na miejscu) niejako sama.

W żartobliwym tekście „BLA” („Czas Kultury” 1994/2) Natasza Goerke kpiła z uprawianej na łamach naszej prasy „krytyki”. Krzysztof Koehler w wywiadzie dla „Czasu Kultury” (1994/3) „podsumował” sposoby i metody konstruowania krytycznych syn­tez: Linie proste, punkty i okręgi. Tak to Marian Stalą. Geometria Euklidesowa (śmiech). Nie wiem, psia kostka, czy da się teraz wytyczyć jakieś linie. (…)… formacja takiego międlenia (śmiech) rzeczy nieważnych dla mnie umarła.

Wydaje się, że owa niemoc – w wielu przypadkach przeradzają­ca się, niestety, w ignorancję krytyki wobec nowych zjawisk w naszej literaturze – wynika z szeregu nieporozumień, które po­wstały w kulturze Peerelu, w związku z lansowaniem nowoczesnych, silnie zideologizowanych, choć niekiedy pozornie „obojętnych” metodologii. Wywołało to mniej więcej od lat pięćdziesiątych przypisanie krytyce literackiej wyłącznie jednej z wielu jej funkcji – funkcji postulatywnej. Krytyk tworzył schemat pisania, formuło­wał dogmaty – każde odchylenie od wzorca było odrzucone, było zdradą. Wypowiedzi krytyczne przypominały wykaz błędów i wy­paczeń (teksty Stefana Żółkiewskiego, Melanii Kierczyńskiej, Jana Kotta). W związku z lansowaniem wychowawczej, silnie zideologizowanej, użytecznej literatury komentator był prawodawcą, cenzo­rem i… promotorem bądź katem. Wymóg zaś realizmu sprawiał, że wypowiedzi krytyków dotyczące – powiedzmy umownie – rzemios­ła pełniły funkcję podręcznika poetyki sformułowanej. W latach siedemdziesiątych, gdy dzięki metodzie strukturalnej nauka o lite­raturze miała jakoby wyzwolić się od wpływów zewnętrznych, nastąpił przyspieszony proces „unaukowienia” krytyki, zmierzający nieuchronnie do jej zgonu. Krytyka stała się przedmiotem zaintere­sowań badaczy literatury – zarówno w aspekcie historycznym, jak i opisowym.

W ten oto sposób przyznano jej status nauki – status kolejnego (obok historii, teorii i metodologii) działu wiedzy o literaturze. Tym samym jednak tekst krytyczny zaczął znaczyć sam dla siebie, stał się rodzajem działalności twórczej, przestał być dialogiem z auto­rem i czytającą publicznością. Narzędzie stało się podmiotem wypowiedzi i przedmiotem badań. Na recenzenckich fotelach za­siedli badacze literatury – pracownicy uniwersytetów oraz instytutów naukowych, którzy obwarowali swe wypowiedzi teoretycznoliterackimi regułami, zmniejszającymi ryzyko pomyłki i uniemożli­wiającymi jakąkolwiek dyskusję. Z drugiej strony, pisanie takie było ideowo obojętne, a więc bezpieczne (czytaj: nijakie), umożli­wiające właściwe wypełnianie peerelowskich statystyk dotyczących „rozwoju kultury” i lansowanie autorów „z klucza”. Strukturalizm okazał się formułą najlepszą – pozorny obiektywizm tej metodologii zwalniał z obowiązku wartościowania. Dzięki schematom, opcjom, dyktatom, strategiom i horyzontom można było przecież udowodnić wszystko – nawet to, że literatura „służebna” to jeszcze literatura…

Uwagi powyższe dotyczą nie tylko oficjalnych nurtów kultury, również jej drugiego, tzw. niezależnego obiegu. Wspólne bowiem było przesunięcie akcentów z wartości artystycznych na plan treści. I tak np. hołubiona w prasie podziemnej literatura stanu wojennego, dowartościowana w określonym momencie politycznym, ważna jako głos sprzeciwu wobec rzeczywistości lat osiemdziesiątych, okazała się zjawiskiem bardziej socjologicznym niż artystycznym. W momencie upadku ideologii ujawnił się jej doraźny charakter, ulotność, przerost idei nad funkcją estetyczną. Przetrwały natomiast paradygmaty tamtych lat: wzorzec pisarstwa lansowany przez star­szych poetów – Czesława Miłosza i Zbigniewa Herberta oraz młodszych piewców etosu – poetów pokolenia ’68. Wzorzec – dodajmy – wciąż obecny w krytyce (także Jarosław Klej nocki uległ w cytowanym powyżej tekście temu schematowi, gdy powtarzał gdzieś już zasłyszaną, powielaną do znudzenia, a jakże nieprawdzi­wą, opinię, że duchowym przewodnikiem tej generacji /być może nawet intuicyjnym przewodnikiem/ jest Adam Zagajewski), nato­miast zdecydowanie odrzucony przez młodych twórców. To Jacek Podsiadło zdemaskował i zdeprecjonował (bo krytykom na to sił – czy odwagi? – nie starczyło…) tego typu poezję w utworze zatytułowanym „W odpowiedzi na wiersz Czesława Miłosza Sara­jewo a także w obronie własnej”:

Nie nazywałeś skurwielami skurwieli, którzy znaczyli karty narodów

i praw, wzięli więc śmiało bez obaw

 

stokrotne hołdy milionów, ster władzy, okręcik państwa, wymyślone

ordery, niezasłużone nagrody,

 

najlepiej pokojowe, noszące imię na przykład wynalazcy dynamitu.

Chociaż kwestią apetytu

 

zagłuszała kwestia smaku, pięknem swoich wierszy mogłeś strącać

tiary z łbów bandytów,

 

ale nie sięgnąłeś podstaw, choć nie raz sięgnąłeś szczytów.

Krzysztof Koehler w przywoływanym już wywiadzie tak określił swój stosunek do poetów wskazywanych przez krytykę jako powi­nowatych pokolenia lat dziewięćdziesiątych: Kończy się pewien układ, to pewnie i poezja się kończy. (…)… to średnie pokolenie wymiękło zupełnie. Sommer chyba niewiele pisze, Barańczak nie napisał wiersza już kawał czasu. Kornhauser – to nie wiem, co robi. Krynicki! Zagajewski z kolei dużo pisze – czyli albo nic, albo ciup, ciup, ciup po pięć wierszy.

 

Zwróćcie uwagę, że coś się stało. Zmiana sytuacji, utrata pozycji literata, poety, jakiegoś tam moralnego wieszcza. Oni niby się z tego lekko wyśmiewali, ale weszli w ten układ. Jak to się rozwaliło, są bezradni. Oni byli w poezji, Z poezji, dla poezji. A kiedy życie ich zmogło, to sobie z tym nie poradzili.

Nie poradzili sobie pisarze – i nie poradzili komentatorzy: KRYTYK utracił zdolność MOWY – pisał w 1992 r. Mirosław Kocur („Notatnik Teatralny” 1992/3) – bo wybrał PRZEMOC zamiast ROZUMIENIA i teraz potrafi już tylko UWODZIĆ i ZABI­JAĆ. Uwodzenie i zabijanie okazują się jedynym sposobem na bezradność krytyka, nagle, po roku 1989 zwolnionego ze służby idei. Nie bardzo też wspierają krytyków nowymi metodologiami badacze literatury, którzy po rozwodzie ze strukturalizmem okazali się równie zagubieni (o czym świadczą chociażby wypowiedzi naszych najbardziej znanych historyków i teoretyków literatury, zamieszczone w monograficznym numerze „Tekstów Drugich” zatytułowanym „Po strukturalizmie”, 1990/2) – ta bowiem na pozór obiektywna, a w gruncie rzeczy obojętna formuła nie na­uczyła ich wartościowania, nie nauczyła dyskusji. Wrażliwość zastąpiła rzemiosłem.

Czy pokolenie lat dziewięćdziesiątych doczeka się „swoich” krytyków – na wzór „szkoły krytycznej”, jaką tworzyli wychowan­kowie Kazimierza Wyki, towarzyszący pokoleniu „Współczesno­ści” (Jan Błoński, Jerzy Kwiatkowski, Ludwik Flaszen) – to pytanie pozostaje wciąż otwarte. Jedno jest pewne: wciąż aktualne pozostają słowa, które napisał pół wieku temu w „Liście półprywatnym o poezji” Czesław Miłosz, że odpowiedzialność za ustawienie głosu polskiej literatury spada na równi na krytyków i autorów. Trudno, w pojedynkę nie podnosi się ciężkiego, żelazne­go bloku.

 

1.2. Popliberalizm siermiężny, czyli…

Warto w tym miejscu przypomnieć wszystkim hurrapatriotom, że kultura nowożytnej Polski (od czasów oświecenia) cierpiała nie tylko na przywoływaną już tu plagiatowość przełomów literackich, lecz była plagiatowa w samej swej istocie. Upodobnienie do za­chodnich wzorów uznano przed laty za prosty środek służący ocalaniu jej tożsamości w okresie utraty własnego państwa. Upo­dobnić się, czynić to samo po swojemu i lepiej nawet, lecz w formie zapożyczonej, aby była ona na utraconym Zachodzie rozpoznawal­na – takie były polskie starania. Spór toczony o kształt kultury polskiej między Brodzińskim, Lelewelem oraz Śniadeckim, Mochnackim i Mickiewiczem, do dziś nie jest dość dobrze znany ani dość wnikliwie pod tym kątem zanalizowany. Romantyzm intuicyjnie próbował sięgać po sarmatyzm, pielęgnował wielokulturową przeszłość w arcydziełach szkoły ukraińskiej, łączył indywidualizm bajroniczny z polskim umiłowaniem wolności, z przejmowaną od szlachty przez większość warstw aurea libertas. Bez odrodzenia etosu pracy ta anachroniczna postawa nie mogła jednak w przeżywającej rewolucję naukowo-techniczną Europie wystarczyć. Pozostała więc tylko pogoń za cywilizacją, której zręby przyszło wprowadzać nad Wisłą i Wartą administracjom państw zaborczych.

Dziś, gdy bezkształtność postmodernizmu pozostawiła po sobie jedynie zachętę do eklektycznego łączenia form, pozbawiając kulturę wszelkich stałych hierarchii znaczeń, pokusa naśladownic­twa w tym większym stopniu potrafi ustroić się w pozory wolności wyboru. Dlatego wydawać by się mogło, że powinien toczyć się tym ważniejszy spór o formułę polskości, o kształty odrębności polskiej kultury. Stało się jednak inaczej. Kłótnię, nie spór, prowadzili politycy z radykalnych partii (notabene koszty tej dyskusji zapłacił, nie z własnej w sumie winy, głównie Kościół). Wyważoną i prawdziwie interesującą dyskusję odnaleźć można było praktycznie tylko w wyspecjalizowanych pismach politycz­nych, w konserwatywnej „Arce” i liberalnym „Przeglądzie Polity­cznym”. Nie pełniła już tej roli nawet zasłużona skądinąd „Res Publica”. Jej nowe wcielenie („Nowa Res Publica”) stało się przykładem na to, jak wąskie i zamknięte środowisko może sprowadzić często poruszane na swoich łamach, najbardziej istotne dla kraju kwestie do płaskich wymiarów banału. Problematyką postmodernizmu i popliberalizmuzajmowały się wprawdzie kry­tycznie (choć z różnych powodów) katolicki miesięcznik „Znak” i „Czas Kultury”, lecz nie wynikła z tego żadna ogólniejsza dyskusja.

Natomiast „bruLion” był pismem, które po prostu chciało i potrafiło skorzystać z otwartości i uniwersalności propozycji popliberalizmu. Zamiast dyskusji nad możliwymi pozytywnymi bądź negatywnymi skutkami wpływu kultury popliberalnej na kulturę polską, redaktorzy „bruLionu” zamieszczali tłumaczenia tekstów informujących o fascynujących pseudoodkryciach w ro­dzaju tezy, że szczęście rodzinne warunkuje istnienie każdej represyjnej władzy, bądź – by sięgnąć po pierwsze z brzegu przykłady – o macicznym charakterze myśli Sokratesa czy Jungowskiejrewelacji, że Chrystus był nieślubnym dzieckiem. Odkrycia te wzbogacały wyznania bohaterów pornobiznesu i policji polity­cznej, nie mówiąc już o niedorzecznościach New Age. Tym sensacjom dla intelektualnych kucharek towarzyszył wysiłek reda­ktorów, by importowane błazeństwo wesprzeć błazeństwem pol­skim i dla wszystkiego znaleźć, chociażby rodem z emigracji, ale jednak swojski odpowiednik.

Dlatego też trudno było oprzeć się wrażeniu, że obecna w „bruLionie” wizja kultury popliberalnej, opartej na równoważności wszystkich odnajdywanych światów, wyrastała przede wszystkim z najciemniejszych stron życia. Wolność odkrywana przez „bru­Lion”, lekceważąca wszelkie tabu, w efekcie przekonuje, że jej istotą jest walka każdego z każdym. Wolność pojmowana tak totalnie miast prowadzić do ogrodu rozkoszy, złamawszy wszystkie pieczęcie, zostawia zdezorientowanego odbiorcę w ogrodzie… kon­centracyjnym, by użyć brutalnego określenia z wiersza Marcina Świetlickiego. Kultura, w której szukamy oparcia, zaczyna przypo­minać pułapkę, obiektywizm jakichkolwiek jej elementów, ku któ­rym się zwrócimy, okazuje się efektem działania w niej systemów represyjnych. Jeśli wyzwalamy się z jednych ograniczeń, przełamu­jemy bariery naszego myślenia i odczuwania świata, czynimy to kosztem innych ludzi lub części własnej psyche. W efekcie najważ­niejszym gwarantem tak pojmowanej wolności jest nieufność wobec wszystkiego i wszystkich, także wobec samego siebie. Wszy­stko jest bowiem podejrzane.

 

1.3. … anarchokonserwatyzm

Świat liberalnej kultury Zachodu, początkowo atrakcyjny – i ja­ko taki prezentowany w „bruLionie” – zaczyna w końcu niepokoić, później zrażać, wreszcie odpychać. Życie w wolności za bardzo zaczyna przypominać piekło. Z jednej strony seks i szmal, z drugiej przemoc, donosy i tajna policja. Zastanawiając się przed laty nad tą ewolucją „bruLionu”, zadawaliśmy sobie pytanie, dziś jeszcze bardziej aktualne niż wówczas: czy po doświadczeniu totalnej wolności, która prowadzi w końcu do najciemniejszych sfer ludz­kiej egzystencji, nieuchronnie przychodzi kolej na rozczarowanie i łaknienie Porządku za wszelką cenę? Droga od zachłyśnięcia się popliberalną kulturą do arcykonserwatywnego modelu państwa, przynajmniej w przypadku zespołu „bruLionu”, została przemierzo­na w ten sposób. A wiemy przecież, że w dyskusji nad przyszłością polskiej kultury zwyciężyła w środowisku tego krakowsko-warszawskiego pisma opcja Krzysztofa Koehlera i Roberta Tekielego, nie Marcina Świetlickiego, Mirosława Spychalskiego czy Piotra Siemiona. W jakimś sensie i w tym małym zespole znalazło potwier­dzenie prawo Greshama.

Prawdziwą siłą pisma była jednak – jak zauważył trafnie Jaro­sław Klejnocki – poezja, ciekawa i różnorodna w proponowanej estetyce. Choć i tu w końcu doszła do głosu zbiorowa mądrość. „bruLion” w swej zespołowej kreacji dotarł do miejsca, które jego redaktor naczelny, Robert Tekieli, nazwał „twórczością redakcyj­ną”. Kolejne numery pisma miały być „pewnym gestem”, gestem artystycznym. Taką postawę zaakceptować mogli zapewne nieliczni spośród autorów, ci, którzy gotowi byli podporządkować się jakiejś nadrzędnej wobec ich przekonań czy zajęć idei, np. obronie trady­cyjnych wartości (dodajmy: komunistów w „bruLionie” akurat nie było) lub propagowaniu katolicyzmu kultowego. Tak ostatecznie zakończył się w krakowskim piśmie czas indywidualistów. Choć – jak na „bruLion” przystało – rozstrzygnięcie owo znów nabrało cech prowokacji. Odwrócono bowiem schemat lansowany przez jednego z przedstawicieli pokolenia poprzedników, Krzysztofa Karaska, wyróżniającego dwa rodzaje „wejść” w kulturę: łagodne, bezbolesne — przy prawidłowo funkcjonujących mechanizmach życia społecznego – i wejście gwałtowne, dramatyczne, pełne boles­nych zetknięć i konfliktów: to drugie zwykło się nazywać pokolenio­wą falą. Karasek uważa na podstawie analizy debiutu własnej generacji, że start pokoleniowy utrudnia dalszy rozwój poetycki: rozpoznanie rzeczywistości było gwałtowne i dramatyczne i nie pozostawiało czasu na budowę własnej estetyki. (…) Kiedy więc kończy się nośność fali, każdy z jej uczestników okazuje się być wyrzucony na zewnątrz zarówno kulturowej, jak i pokoleniowej przestrzeni, oszukany przez czas bądź przez historię, bądź wreszcie przez swoje własne ego, mówiący „sztucznym basem”, niezdolny do zrozumienia podstawowych postulatów kultury (owo poczucie nieswojości wydaje się dominować w przeważającej części pokolenio­wych wspólnot); skazany na samodzielne drążenie „przekopów”, na samodzielne odrabianie kulturowych zapóźnień (K. Karasek, Wstęp do zbioru esejów „Poezja i jej sobowtór”, Warszawa 1986). Okazuje się, że także w tym aspekcie – sposobów i form debiutu – pokolenie lat dziewięćdziesiątych przeciwstawiło się obowiązującym w kul­turze polskiej schematom myślenia i… działania. Artyści je repre­zentujący wykazali większą samoświadomość i dojrzałość, ich debiut został starannie zaplanowany. A to daje już nie nadzieję, ale wręcz pewność utrzymania znaczącego miejsca na mapie polskiej kultury współczesnej.

***

Na rynku pism literackich w omawianym okresie pojawiło się i upadło kilkadziesiąt mniej czy bardziej udanych inicjatyw wydaw­niczych. Ich ocena należeć będzie raczej do archiwistów, warto może jedynie wspomnieć o roli części pism pozostałych po zrujno­wanej gospodarce Peerelu, takich jak wciąż bezskutecznie poszu­kujący dobrej polskiej dramaturgii „Dialog” czy gryząca swój własny, pseudoawangardowy ogon „Twórczość”. Ich jedyna prze­waga nad nowo powstałymi pismami polegała na wielokrotnie silniejszym wsparciu przez centralny, państwowy mecenat, czyli, mówiąc wprost, na znacznie niższej cenie oferowanej na wolnym rynku prasy i pewności regularnego docierania do czytelnika.

 

Str. 7-20

 

2.7.  Najpierw rewolucja

Rewolucję obwieszczał z niezmąconym spokojem jedynie Piotr Bratkowski. Jego zdaniem młodzi twórcy żywią się diametralnie różnymi lekturami od swoich poprzedników. Jakby to przerażająco nie brzmiało, dla większości z nich Frank O’Hara jest poetą ważniejszym od Miłosza i Herberta, (…) spośród swych bezpośred­nich poprzedników wolą anarchicznego Pawlaka niż rekomendowa­nego przez starszą generację krytyków Polkowskiego. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na podtrzymywany przez Bratkowskiego dychotomiczny sposób opisu literatury. Głosząc, że młoda poezja odrzuca ogląd świata „zapośredniczony przez ideologię”, krytyk pragnął uprawomocnić tezę o zbliżającej się rewolucji, sięgnął więc po śmiałą parantelę, przywołaną zresztą równolegle, choć w innym celu, także przez Koehlera. Otóż od czasu młodych skamandrytów nie było w Polsce formacji poetyckiej, której wiersze tak pulsowałyby od gęsto nagromadzonych elementów rzeczywistości. Pejzaże miejskie i pejzaże wewnętrzne, zbiorowe sceny uliczne i sceny miłosne, wszystko okazuje się tutaj warte zapisu. Idąc tym tropem, trzeba by wszakże dodać: rewolucja skamandrycka była rewolucją jeśli nie wręcz pozorną (wystarczy przywołać wielokrotnie analizo­wany przykład „Karmazynowego poematu” Jana Lechonia, będący dowodem na to, że poeta nie jest w stanie zrealizować prowokacyjnej zapowiedzi z otwierającego tomik „Herostratesa”: A wiosną niechaj wiosnę / nie Polskę zobaczę), to z całą pewnością przegraną. Tak w zakresie postaw, gdyż poza debiutanckimi wierszami żaden z wielkiej piątki Skamandra nie pozostał obojętny na rzeczywistość polityczną i społeczną – co więcej, to przyczyny ideologiczne zadecydowały w końcu o rozejściu się grupy, jak i w zakresie języka poetyckiego, niezależnie bowiem od naszych osobistych upodobań i preferencji czytelniczych należy powiedzieć, że w sporze między Skamandrem a krakowską Awangardą o kształt artystyczny polskiej poezji zwycięstwo odniosła ta druga – zwyciężył wiersz wolny nad „katarynkowością” i „strofkarstwem”, dyscyplina poetyckiego skrótu nad dźwięcznym wielosłowiem. I jeszcze jedno – atmosfera towa­rzysząca dwóm domniemanym „rewolucjom” była skrajnie różna. Nie ma „radości z odzyskanego śmietnika”, witalizmu i akceptacji własnego „ja” tam, gdzie jest tak wysoka samoświadomość i tak głęboko odczuwane doświadczenie samotnej egzystencji w świecie politycznych i społecznych uwarunkowań. To nie kto inny, jak Marcin Świetlicki przywołuje w ironicznym, gorzkim kontekście cytowany wiersz Lechonia:

 

Spałem źle. W tym kraju,

w którym znów ojczyznę a nie wiosnę zobaczą. (Jak ci się nie podoba – to wypierdalaj!). Źle spałem.

(„Pogo”)

Paralelę Skamander-pokolenie lat dziewięćdziesiątych należy więc stosować ostrożnie. Przyjmowanie jej jako oczywistości może w konsekwencji grozić skazaniem młodej poezji – już w momencie startu – na klęskę…

Jedno trzeba powiedzieć na pewno – nie chcieli młodzi pisać poezji publicznych zaangażowań, zwrócili się więc ku własnej, prywatnej codzienności. Tego rodzaju konstatacja powielana jest w ówczesnych orzeczeniach krytyków jak klisza. W oczywistym, według piszących te słowa, uzależnieniu części poezji „bruLionowej” od starszych kolegów po piórze, widocznym szczególnie w wierszach Marzeny Brody, Jakuba Ekiera, Wojciecha Wilczyka, Krzysztofa Jaworskiego, a także w pierwszych publikacjach Marci­na Barana (płody Pawła Filasa, Dariusza Brzóski Brzóskiewicza czy Lopeza Mausere przy najlepszej woli trudno uznać za ważne teksty lub poezję) nie ma jednak miejsca na żadnych wyraźnych patronów ani tym bardziej świadomie wyznawanych idoli.

2.8.  Potem święty patron

 

Błąd z przypisywaniem „bruLionowcom” związków z poezją Antoniego Pawlaka, któremu ci pierwsi brutalnie zarzucili ignoran­cję w sprawach poezji, to drobiazg w porównaniu z fałszywym rozpoznaniem tradycji, jaką chciał im przypisać Tadeusz Nyczek („Res Publica” 1991/7-8). Ten przewrotny promotor „bruLionowców”, który doceniając ich wiersze, pierwszy zarazem wmanipulował ich swoimi uwagami w sytuację wtórności, w końcu zdecydował się znaleźć im głównego patrona. To w jego imię miała powstać niemalże cała licząca się poezja najmłodszego pokolenia lat 80. Przytoczmy w całości treść tej niesłychanej, niedźwiedziej przysłu­gi, jaką zarówno młodym, jak i niezłemu kiedyś poecie wyrządził krytyk: Otóż Zagajewski, zwłaszcza jako autor tomu „Jechać do Lwowa”, a także jako postać opozycji politycznej, idealnie spełniał tęsknoty młodych poetów. Nienaganny światopoglądowo, zapropo­nował ze swojej emigracji paryskiej właśnie polemiczny wobec krajowego wzoru model literatury, także myślenia o literaturze. Liczyć się miała przede wszystkim pojedyncza ludzka inteligencja wprzęgnięta w służbę największej wolności, jaką jest wolność wy­boru myślenia. Wiersze Zagajewskiego celowo pozbawione dawnej polityczności, „komunikatywności”, projektowały walkę z totalita­ryzmem nie-wprost właśnie poprzez budowanie alternatywnych światów wolności wewnętrznej, dosyć jawnie w opozycji choćby do starych programów nowofalowych. Czegóż trzeba było więcej mło­dym poetom? Wzięli zatem Zagajewskiego na sztandary, bo zarów­no postawą polityczną, jak wyzwaniem estetyczno-intelektualnym spełniał ich marzenia o byciu za, ale przeciw. Nie dopatrzyli jednego: że nadal mówią bardziej cudzym niż własnym głosem.

Otóż nikogo ani niczego młodzi poeci na sztandary nie wzięli. Wszyscy bohaterowie powyższego fragmentu to typowe ofiary uprosz­czonego myślenia o świecie, myślenia westernowego, które tu nazwano dychotomicznym. Zagajewski rzeczywiście przygotował sobie po­krętnymi esejami ze zbioru „Solidarność i samotność” drogę do uprzednio wymyślonego zwrotu we własnym pisaniu. Inteligentnemu twórcy nietrudno było zauważyć zużycie idiomu, który usługiwał tabunom poetów, przekonanych, że muszą uwiecznić na papierze cierpienia ojczyzny. Ale ten koniunkturalizm ubierany w koturny wędrówki ku wewnętrznej wolności został przecież zauważony od razu, chociażby w recenzjach z „Jechać do Lwowa” w obydwu młodoliterackichkręgach autorskich, tj. krakowskim i poznańskim. Trudno zresztą, aby na koniunkturalizm jako wzór postawy miała nabrać się akurat niezwykle krytycznie, wręcz anarchistycznie do do­tychczasowych autorytetów nastawiona młodzież. Po drugie, o czym już pisaliśmy, postawa Zagajewskiego – owego „bycia za, ale przeciw” – była wspomnianym środowiskom jak najbardziej obca z prostego powodu. Już wcześniej dokonali oni wyboru, wyboru aktywności solidarnej na poziomie polityki (działalność podziemna) i oddzielenia jej od równie zaangażowanych poświęceń sztuce w sferze wartości (pisanie wierszy), a odrzucenia biernej, więc żałosnej i w istocie asekuracyjnej postawy, tzw. solidarnej samotności. Dlatego przecież powstały niezależne pisma o nowej, wyrazistej i opozycyjnej wobec dotychczasowej kultury niezależnej formule programowej, a nie wyłącznie wiersze poświęcone kotu spacerującemu w mokrym ogro­dzie. To są rzeczy oczywiste, które jednak warto dla pamięci jeszcze raz przypomnieć. Ze wszystkich więc nowofalowców Zagajewski byłby programowo zapewne ostatnim poetą, do którego odwoływa­no by się jako wzoru, nawet, jak zabawnie asekuruje się Nyczek, w podświadomości. I jeszcze jedno: cóż to za model literatury przeciw­stawny krajowemu wymyślić miał Zagajewski? To czym zajmowali się w tym czasie Henryk Banasiewicz układający poemat o sumeryjskim władcy Gudei, czym Jan Kasper lub Kazimierz Brakoniecki piszący swą prywatną, prowincjonalną historię, czym Tadeusz Różewicz tworzący „Płaskorzeźbę”? Polityką?

Podziałowi na przeciwstawne opcje, który proponował Stala, zresztą nie zawsze konsekwentnemu w tymże (po stronie przeciw­ników poezji wysokich wymagań), wkrótce zawtórowali na łamach „Kresów” Dariusz Pawelec i Andrzej Niewiadomski. Pierwszy krytyk dokonał najprostszego z możliwych rozgraniczenia, wedle kierunku zaangażowań twórców: na tych, którzy są „po stronie przeszłości”, i tych, którzy są „po stronie teraźniejszości”. Nieco skomplikował Pawelec swój podział na dwa typy dykcji poetyckiej, jak sam to nazywa, które będą towarzyszyły długo ich rówieśnikom, wyróżniając po stronie przeszłości trzy główne linie: poezję kultury reprezentowaną przez stylizatorstwo (m.in. K. Ćwikliński) i neoklasycyzmu wzorowanego na Herbercie (m.in. J. Drzewucki), poezję mitu osobistego (np. T. Żakowski, L. Nowara) oraz najciekawszą linię – poetyckiej eschatologii (m.in. Z. Machej, M. Wojdyło, R. Bąk). Poetów teraźniejszości nietrudno sobie po tym wyliczeniu dopowie­dzieć, to oczywiście Marcin Świetlicki i Robert Tekieli. Za liderów obu nurtów uznał Pawelec Krzysztofa Koehlera i Jacka Podsiadłę, temu ostatniemu wróżąc nawet szansę stworzenia polskiej wersji „Skowytu”, z czego szydzi z kolei niechętny poecie Leszek Szaruga w eseju „Zwyczajny katastrofizm” („Kultura” 1993/9). I u Pawelca znajdziemy, niestety, poza ową rozbudowaną wyliczanką nazwisk wyłącznie proste kontrasty: Koehler bowiem manifestuje ład i po­wagę świata, Podsiadło natomiast prozaizuje wypowiedź, a jej antypoetyckość podkreśla licznymi wulgaryzmami i brutalizmami. To wszystko.

2.9. W końcu zwykłe imitatorstwo

Interesujące i bardziej trafne od sformułowań poprzedników uwagi na temat najnowszej poezji znajdziemy dopiero w tekście Andrzeja Niewiadomskiego zatytułowanym „Inna twarz niezależ­ności” („Kresy” 1991/6).

Ten krytyk i poeta zarazem uporządkował młodą poezję według kategorii zastosowanych dla innych celów przez Jana Błońskiego, tj. zakorzenienia i outsideryzmu, dodając doń pojęcia sztukatorstwa i mówienia wprost. I choć nieufnie potraktował uwagi Kornhausera

o imitatorstwie najmłodszych twórców, poparł je wprost w konklu­zjach. Wskazawszy zaś na wartość prezentowanego przez młodych rzemiosła (jest to poezja sprawna, oszlifowana warsztatowo), zarzu­cił jej nie tylko imitatorstwo wynikające z uzależnień od poetyki nowofalowej (niech nam Szaruga ten skrót myślowy wybaczy), ale i niemożność wyjścia poza zastane schematy zachowań i równie schematyczne reakcje wobec nich opozycyjne. Przykładem może być, według krytyka, odwołanie się młodych do zachowań przypi­sywanych przed laty Nowej Prywatności, gdy tylko zostało zdjęte z niej odium służenia kulturze oficjalnej. Nie na wiele zda się więc zmitygowanie się poniewczasie Błońskiego (…) czy pisanie Maciąga o potrzebie wydobycia się z opozycji ideologia-klerkizm. Jeśli młode pokolenie, wbrew swym inklinacjom ku odrębności, dało się wmanewrować w stare spory – to w sposób oczywisty go „nie ma” i w tym sensie, gdy tak twierdzi, rację ma Nyczek. Jesteśmy oto wreszcie na właściwym tropie.

2.10. Na tropie

Andrzej Niewiadomski czytał zapewne młodych poetów nie tylko najuważniej (spośród krytyków tu przywoływanych), ale też najtrafniej rozpoznawał ich sposób myślenia i intencje. Może stało się tak dlatego, że jemu samemu wyjątkowo bliska jest obecna w ich wierszach wrażliwość. Nie można byłoby przecież mówić o żadnej rewolucji, jak chciał Bratkowski, o żadnym przełomie podobnym skamandryckiemu, jak próbował to podpowiedzieć pokoleniu Błoń­ski, gdyby nie było w postawie młodych poetów rzeczywistej determinacji, by wyrwać się z zaklętego koła polskich problemów i zauroczeń. Żadne nowe programy, wzorowane na powtarzanych wielokrotnie powrotach od zaangażowań zbiorowych do ostentacyj­nej prywatności (lub odwrotnie), nie byłyby w stanie niczego zmienić w kulturze polskiej. Nowa sekwencja nazwisk, nowe wier­sze, może trochę bardziej udane, nowe doktoraty – tyle pozostałoby z rzekomego protestu przeciwko „poezji niewolników”. Dlatego też bardzo ważne jest pytanie o to, czy poeci tacy, jak Świetlicki, Stasiuk, Kielar, Podsiadło lub Koehler, potrafią wyrwać się z prze­klętego kręgu problemów, czy potrafią przeciwstawić się schema­tycznym opisom ich zachowań, czy wymkną się prymitywnej skłonności polskich krytyków do budowania prostych antytez i go­towych interpretacyjnych szufladek. Niewiadomski pierwszy do­strzegł grożące młodym niebezpieczeństwo, a przyznajmy – gdyby ich poezja nie niosła w sobie tej właśnie szansy dokonania prawdzi­wego przełomu, gdyby nie była tej możliwości świadoma, nie mielibyśmy o czym pisać i czym się zajmować. Dodajmy, byłaby to dopiero pierwsza próba rzetelnej dyskusji z postawą Tadeusza Różewicza, z którą do tego czasu ciekawie, lecz wewnątrz obowią­zującego schematu konfliktu awangardowości i klasyczności, czy też obiektywizacji i indywidualizacji, polemizował jedynie w poło­wie lat sześćdziesiątych Ryszard Przybylski, jeden z wielkich, szlachetnych skądinąd upupiaczy, promotorów polityki odświeża­nia utrwalonych już w kulturze wzorów i schematów. Andrzej Niewiadomski napisał o polemice Koehlera ze Świetlickim, toczącej się wokół cytowanego wcześniej wiersza „Dla Jana Polkowskiego” („O’Haryzm”, „bruLion” 1990/14-15), jako o przykładzie przejmo­wania przez debiutantów schematów stylistycznych i interpretacyj­nych dominujących w ostatnim dwudziestoleciu. (Wiemy już, że historia funkcjonowania owych schematów jest znacznie dłuższa).

 

O’Haryzm ma być tu terminem – pisze Niewiadomski – postpo­nującym autentyzm poetyckich deklaracji Świetlickiego czy też fałszywość jego autentyzmu. Broniąc stanowiska Polkowskiego, Koehler naraża się z kolei na miano „ideologa” czy „imitatora-klasyka”. Ta jałowa sprzeczność pomiędzy obiektywizacją i indywidu­alizacją widzenia dowodzi bezprzedmiotowości sporu, w jaki dali się wmanewrować autorzy, którym spośród debiutantów najtrudniej chyba byłoby wmówić wtórność, brak oblicza, niedojrzałość, którzy przekraczają granice „obowiązującego” języka.

 

Bezprzedmiotowość sporu, w jaki dali się wmanewrować autorzy – oto klucz do oceny własnej sytuacji, który zaproponował Niewia­domski nowej generacji poetów. Zarzuty imitatorstwa, braku wyra­zistości dokonań, wpisywanie się w nie swoje spory, to ostrzeżenie dla debiutantów poczynione przez krytyka, dla którego, jak się zdaje, najważniejsza jest „rzetelność przedstawień”, autentyzm po­staw i własny, odrębny język poza lub ponad bieżącymi podziałami i obowiązującymi schematami. I któremu na pewno bliski jest los generacji. Własnej generacji, debiutantów lat dziewięćdziesiątych.

Str. 37-43

* GRUPIŃSKI RAFAŁ (ur. 1946), poeta, prozaik, publicysta; wiersze i artykuły w „Kulturze ” paryskiej; od 1985 redaktor „Czasu Kultury” (wyd. w Poznaniu).