KLAUS SCHULZE (1947-2022) – Wiesław Weiss, „Teraz Rock” 6 / 2022 r.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wzmianka w nowym numerze „Teraz Rocka”. Jeden z moich ulubionych artystów. Dziesiątki płyt przesłuchałem. Szczególnie lubię te z wokalistką z Dead Can Dance. Inne zresztą też wybitne…

*

Dwaj wielcy twórcy muzyki elektronicznej odeszli w minionych tygodniach na zawsze. 26 kwietnia w Berlinie zmarł Klaus Schulze, 17 maja we Francji – Vangelis. Pierwszy od dawna zmagał się z ciężką chorobą, drugi trafił do szpitala z komplikacjami po Covid-19. Obaj zostawili po sobie znaczące dzieła, które inspirują kolejne już pokolenie artystów.

Klaus Schulze urodził się 4 sierpnia 1947 roku w Berlinie. Zaczynał karierę jako perkusista zespołów „Psy Free”, „Tangerine Dream” i „Ash Ra Tempel”. Jako jeden z pierwszych zwrócił się ku muzyce elektronicznej. „- Ponieważ próbowaliśmy stworzyć coś całkowicie własnego – opowiadał w wywiadzie dla naszego pisma o pokoleniu krautrocka – szukaliśmy też instrumentów, które byłyby nowe, nie obarczone żadną tradycją, jak syntezatory”.

W jego twórczości dominowały kompozycje o otwartej budowie, intrygujące brzmieniowo, hipnotyzujące rytmicznie. Wielu z nich nadał postać obrazów dźwiękowych: pejzaży, portretów, ilustracji do książek i filmów, jak na wybitnych albumach „Timewind” z 1975 (dedykowany Richardowi Wagnerowi), „X-Sechs musikalische Biographien” z 1978 (przedstawiający takie postaci, jak Ludwik II Bawarski czy Friedrich Nietzsche), „Dune” z 1979, „Babel” z 1987, „Totentag” z 1994 (opera o ostatnich dniach Georga Trakla) czy zapowiadany na lipiec, mitologiczny „Deus arrakis”.

Uwielbiał koncertować w Polsce, u nas zarejestrował materiał na „Dziękuję Poland Live ‘83” z 1983 oraz razem z Lisą Gerrard „Dziękuję bardzo” z 2009 i „Big In Europe Vol. 1 – Warsaw” z 2013. Nagrywał też m.in. z projektami Richard Wahnfried, The Cosmic Jokers i Go.

„Muzyka Klausa Schulze nigdy nie brzmiała tak na czasie jak dziś” – powiedział o jego twórczości przed rokiem Hans Zimmer.

„Communication breakdown” [„FAKE NEWSY TO PLAGA”] z cyklu: Cogito ergo sum – Marcin Gajewski, „Teraz Rock” nr 6 / 2020 r.

Informacja. Klucz do każdego sukcesu. I do każdej prewencji przed porażką a nawet zagładą. Dzięki umiejętności jej przekazywania i przetwarzania nasz gatunek przetrwał i panuje nad światem. Dziś jednak zmagamy się z informacyjnym nadmiarem. Gorzej, że przeciętny człowiek nie bardzo potrafi unikać zaśmiecania świadomości, tudzież właściwie interpretować.

Mass media podlegają prawom rynku (pomijam te, które podlegają propagandzie), a więc muszą zabiegać o jak największą rzeszę odbiorców. Jakie informacje służą temu najlepiej? Ważne i merytoryczne czy nośne i spektakularne? Zdecydowanie ta druga kategoria. W efekcie jesteśmy bombardowani rewelacjami, które tak naprawdę mają znikomą wagę. Czytamy na przykład o różnych tragicznych wypadkach. Dwuletnie dziecko wypadło z okna na trzecim piętrze. Pijany kierowca zabił kobietę z wózkiem na przejściu dla pieszych. Tu nadawcy chodzi o wywołanie emocji. Oczywiście bardzo współczujemy bliskim tych ofiar, ale jakie dla nas znaczenie mają takie newsy? Jako przestroga i tak nie zadziałają. Wypadki się zdarzają i będą zdarzać, niestety.

Czytamy też na przykład, że pięć osób zmarło po zaszczepieniu się. Media na dodatek podkreślają: AŻ pięć osób. I od razu panika. Nastroje antyszczepionkowe. Tymczasem trzeba spojrzeć globalnie. Ile było wszystkich szczepień? Pięćdziesiąt tysięcy. Jakie więc rysuje się niebezpieczeństwo zgonu? Jedna dziesięciotysięczna. Czyli blisko zera. Znajomość rachunku prawdopodobieństwa to jedna z najbardziej przydatnych nauk wyniesionych ze szkoły. Pomaga wysnuwać właściwe wnioski, zwłaszcza z odbieranych medialnych rewelacji. Rozpatrujmy więc problem relatywnie, a nie nominalnie. Badajmy skalę zjawiska, a nie pojedyncze zdarzenia.

Kolejna kategoria: wiadomości ze znakiem zapytania. Czy w ogóle warto je czytać, skoro dotyczą jedynie domniemania, poszlaki, nierzadko opartej na plotce? Kłopot w tym, że większość czytelników tego znaku w ogóle nie zauważa i bierze podaną treść za pewnik. Następnie przekazuje innym. I tak rozsiewają się informacyjne śmieci, nieprzydatne, a często szkodliwe. Jeszcze gorzej, gdy ktoś świadomie próbuje wprowadzić w błąd opinię publiczną. Fake newsy to plaga naszych czasów. Dlatego warto do znudzenia przypominać o sprawdzaniu źródła.

Przenieśmy temat na grunt naszego muzycznego światka. Tu na szczęście komunikacja aż tak nie szwankuje, za to częściej możemy natrafić na akcenty humorystyczne. Mnie najbardziej bawi wiadomość typu: zespół X nagrywa ostatnią płytę i rusza w pożegnalną trasę. Bawi nie tyle informacja, co reakcje zrozpaczonych fanów. A wystarczy przypomnieć sobie, ileż to już razy żegnali się Purple czy Scorpionsi… Nawet The End [koniec – przyp.] Sabbathów nie traktowałbym całkiem dosłownie i wiążąco…

„Wychowały cię mass media, nie wysilał się twój mózg” – śpiewał zespół w TSA czterdzieści lat temu. Dziś problem jest wciąż aktualny, a do tego bardziej złożony. Czwarta władza. I temat rzeka. Oby nas nie zatopiła.


Ciekawy felieton z ostatniego numeru „Teraz Rocka” na temat zjawiska tzw. „fake news’ów”. Przeczytany z dużym zainteresowaniem. Według mnie dobrze, że ta gazeta stricte muzyczna zajmuje się również ogólniejszymi zjawiskami społecznymi. Tytuł tekstu też interesujący, zaczerpnięty z jednego z najlepszych, klasycznych rockowych utworów Led Zeppelin. [TK]

Siemiatycze 1942 – Przenosiny do getta [II wojna światowa] – „Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz” nr 16 / 2022, Marek Antoni Nowicki

Była środa, 1 lipca 1942 r., kiedy przewodniczący judenratu (rady żydowskiej powołanej przez władze niemieckie dla administrowania społecznością żydowską i wdrażania dotyczących jej zarządzeń i rozkazów) Izrael Rosenzweig ogłosił, że do 1 sierpnia wszyscy Żydzi z Siemiatycz mają opuścić swoje domy i znaleźć się w specjalnie w tym celu utworzonym getcie. Niemcy postanowili, że powstanie ono we wschodniej części Siemiatycz, za rzeką Kamionką. Tam w owym czasie była zlokalizowana większość małych fabryczek i innych zakładów. Wśród nich największe należały do braci Maliniak (fabryka ćwieków drewnianych), Belkesa i Dajcza (obie – fabryki kafli). Z mniejszych zakładów można wymienić fabryczkę Kotlera. Należały one do Żydów uznanych za okupacji sowieckiej za burżujów i w rezultacie w większości wywiezionych w 1940 r. na Syberię. Wedle niemieckich planów, w procesie tworzenia getta chrześcijańscy robotnicy mieszkający w okolicy tych zakładów, w kwadracie ograniczonym ulicami Koszarową (dzisiaj Kościuszki), Wysoką, Górną i Słowiczyńską, mieli oddać swoje domy Żydom i przenieść się do opróżnionych domów żydowskich w innych częściach miasta. Rachel Lisogurski, w swoich wydanych ostatnio w Kanadzie wspomnieniach („Daring to hope”, R. Lisogurski, Ch. Broder, The Azrieli Foundation and others, 2020), zwróciła uwagę, że domki polskich robotników fabrycznych były małe, jednorodzinne, z maksymalnie trzema pomieszczeniami i maleńkim ogrodem, a w getcie każdy z nich musiał pomieścić kilka rodzin żydowskich. Oddajmy dalej głos autorce tych wspomnień.

„Co mamy jednak zrobić z naszymi meblami? Ja osobiście mniej się o to niepokoiłam niż inni, ponieważ w ubiegłym roku zostałam okradziona już na samym początku okupacji Siemiatycz przez Niemców (po 22 czerwca 1941 r. – przyp. MAN). Zadbał o to wyrostek, który uważał, że nie obsłużyliśmy go właściwie, kiedy przyszedł nabyć – bez pieniędzy – jakieś urządzenia elektryczne, które sprzedawaliśmy. Widział nasze meble (które były nowe, bowiem wyszłam za mąż niedawno – trzy lata temu) i gdy Niemcy, zaraz po wejściu, zaczęli gromadzić wyposażenie do swoich biur, pierwszym domem, do którego ich zaprowadził, był nasz. Zabrali wszystko oprócz łóżka. Prawdziwym kłopotem dla nas było podjęcie decyzji z jaką rodziną mielibyśmy zamieszkać i jaki dom wybrać, gdyby istniał jakiś wybór.

Czułam, że przenosiny do getta nie będą naszym ostatnim krokiem prześladowczym z rąk Niemców. Wszyscy jednak byli głównie zajęci tym, w jaki sposób zamienić meble na żywność, złoto lub dolary, nie słuchali więc, albo nie chcieli słuchać, że sprawy mogą potoczyć się jeszcze gorzej. Sami się oszukiwaliśmy, wierzący że mamy być przewiezieni gdzieś do pracy. Dopiero później uzmysłowiliśmy sobie, że getto było w rzeczywistości paszportem na śmierć.


Zastanawiałam się, kto zechce zamieszkać z nami, z naszą małą Chaną (córeczką – przyp.), która nie miała nawet czterech lat. Pewnego dnia mój mąż Avrumeh doniósł, że widział się z Jettą Weinstein, która chciałaby do nas dołączyć. Byłam wzruszona. Była kuzynką mojej szwagierki Chany, a równocześnie jedną z najlepiej wykształconych osób mieszkających w Siemiatyczach. Mieli z mężem dwunastoletniego chłopca, Chaima, i dwie dziewięcioletnie dziewczynki, bliźniaczki. Nasze dwie rodziny musiałyby pomieścić się w jednym pokoju. (…)


Getto było w części miasta zwanej Zamościem. Przebiegały przez nie dwie główne drogi, miało więc trzy odrębne strefy, każda z drewnianym ogrodzeniem i drutem kolczastym na jego szczycie. Kiedy przyszedł czas na przenosiny, Avrumeh przyszedł do domu z nowiną, że pani Rosenzweig zapytała, czy chcielibyśmy zamieszkać z nimi. Rosenzweigowie lubili bardzo naszą Chanę, podobnie jak ich osiemnastoletni syn, Chazkel, i trzynastoletnia córka Ruzka, którzy często bawili się z nią w swoim domu. Pani Rosenzweig często mówiła: „Moje dzieci są za duże, abym się z nimi bawiła! Przyślijcie waszą Chanę”.

Musieliśmy więc zdecydować, z kim zamieszkać i w której części getta. W sytuacji gdy Rosenzweig stał na czele judenratu, kiedy jego żona zwróciła się z tą propozycją, pomyślałam najpierw, że zgoda oznaczałaby, iż mielibyśmy lepsze warunki. Głównie jednak nie mogłam odmówić, bowiem oznaczałoby to obrazę, a kto chciałby mieć złe relacje z przewodniczącym judenratu? Wyjaśniłam im jednak, że razem z nami musieliby przenieść się również moi rodzice.

W rezultacie w jednym domu znaleźliśmy się wszyscy – ja z Avrumehem i Chaną, moi rodzice, siostra Henia z rodziną i Rosenzweigowie. W dwanaście osób mieliśmy dwa małe pokoje i kuchnię. Mieliśmy też ogródek, w którym rosły kartofle. Kończył się on ogrodzeniem z drutu kolczastego. Zaraz za nim były już wzgórza otaczające miasto.

Pierwszy miesiąc (sierpień – przyp. MAN) byliśmy zajęci porządkowaniem naszego domu. Rosenzweigowie zajęli jeden pokój, Henia i ja z rodzinami mieliśmy drugi, a mój ojciec z matką spali w kuchni. Moja matka przekonywała mnie, że kuchnia bardzo im odpowiadała, bowiem zawsze wstają rano wcześniej od innych, a byli za starzy na to, aby przeskakiwać przez nasze posłania, które były poza tym połączone ze sobą tak blisko, że nie było między nimi żadnej przestrzeni.

Na początku naprawdę myśleliśmy, że być może lepiej się stało, że znaleźliśmy się w getcie. Wszyscy potrzebujący byli zgromadzeni w jednym miejscu i łatwiej było chłopom i gospodarzom podchodzić do ogrodzenia i przekazywać jedzenie za rzeczy, jakimi mogliśmy im za nie zapłacić. Niemcy nie pojawiali się w getcie zbyt często. Wszystkie ich polecenia były przekazywane judenratowi, a policja żydowska miała za zadanie je egzekwować. Każdego ranka osoby zmuszone do świadczenia pracy zbierały się i maszerowały w kolumnie poza getto do głównej części miasta, skąd wysyłano ich do pracy w różne miejsca. Przedtem mieszkaliśmy w centrum miasta, w mieszkaniu wynajmowanym od szewca Chaima, którego nazywano „Pośladki” (prawdopodobnie w rzeczywistości dosadniej – przyp. MAN). Moje okna wychodziły na rynek i „Szczotkę” (w oryginale w jęz. angielskim – „Broom”, chodzi o kompleks budynków zbudowany w miejscu starego ratusza, zniszczony w rezultacie nalotów niemieckich w pierwszym dniu wojny 22 czerwca 1941 r. – przyp. MAN), jak nazywaliśmy to miejsce w centrum miasta. Miało kształt kwadratu, z otaczającymi go sklepami – być może było ich ze sto – ponad którymi znajdowały się mieszkania. Zostały zbudowane przed ponad stu laty, ich ściany były kamienne i bardzo grube. Mieszkańcy Siemiatycz byli zwykli mówić, że ta „Szczotka” przetrwała wiele wojen, a nawet ogień pożarów nie mógł jej zniszczyć, jak się jednak później okazało, nie wyobrażali sobie wojny takiej, jak ta, która nadeszła”.

Opracowanie wraz z tłumaczeniem z języka angielskiego: Marek Antoni Nowicki, współpraca Eleni Bogumiła Kryńska

„Księga Pamięci Gminy Żydowskiej w Ciechanowcu” recenzja – Jacek Stanisław Wasilewski „Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz” nr 6 / 2022

„Księga pamięci Gminy Żydowskiej w Ciechanowcu” pod redakcją Eliezera Leoni, stanowi IV część w serii Pinkasy Przedniemieńskie, wydawanej przez Łomżyńskie Towarzystwo Naukowe im. Wagów w Łomży.

Zawierająca blisko 600 stron publikacja, stanowi zapis historii życia żydowskich mieszkańców Ciechanowca, od początku XX wieku, aż po tragiczne czasy II wojny światowej. Są to wspomnienia mieszkańców pokazujące koloryt i specyfikę życia w małym, wielokulturowym mieście. Teksty, które w niej zawarto, zostały przetłumaczone na język polski z hebrajskiego, jidysz i angielskiego.

Księga zawiera opisy Ciechanowca, stosunków społecznych panujących tutaj w pierwszej połowie stulecia, codziennych problemów jakim stawiali czoła mieszkańcy, ale również powodów z jakich świętowali.

Książkę można nabyć w kasie Muzeum Rolnictwa im. ks. Krzysztofa Kluka w Ciechanowcu w cenie 60 zł.

Strona muzeum na której dostępna jest książka


„Księga pamięci gminy żydowskiej w Ciechanowcu” to bez wątpienia jedna z ważniejszych publikacji, jakie traktują o historii tego miasta. Jej autorzy, przedstawiciele dawnych żydowskich mieszkańców Ciechanowca, to grupa ponad 100 osób. Ich wspomnienia zostały spisane po wojnie, by dać wyraz pamięci o ludziach i miejscu urodzenia i zamieszkania, które trzeba było opuścić. Księga została wydana oryginalnie w Tel Awiwie w 1964 roku przez dwie organizacje ciechanowieckich Żydów – Ziomkostwa Ciechanowca w Izraelu i USA. Ta oryginalnie 1022-stronicowa publikacja powstała w językach hebrajskim, jidysz i angielskim.

lubimyczytac.pl

Cmentarz w Narwi – część historii lokalnej – Krystyna Kościewicz, „Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz” nr 20 / 2022

fot. Krystyna Kościewicz

Najpierw odbyło się spotkanie w Narwiańskim Ośrodku Kultury. Wykład poprowadziła Julia Oreszyna z Wschodnioeuropejskiej Fundacji Charytatywnej, dyrektorka Centrum Studiów Żydowskich na Gruzińsko – Amerykańskim Uniwersytecie w Tbilisi. Po spotkaniu, kto chciał mógł pojechać na cmentarz żydowski w Narwi. Inicjatorką jest Agata Smoktunowicz, dyrektor Narwiańskiego Ośrodka Kultury.

  • Z inicjatywą wyszliśmy już dawno, kiedy jeszcze mnie tu nie było. Ekipa ośrodka kultury sprzątała cmentarz żydowski, pomogli harcerze, batiuszka – tłumaczy Agata Smoktunowicz. – Fundacja do nas się zwróciła, czy jesteśmy zainteresowani prelekcją. Oczywiście jesteśmy zainteresowani, zaprosiliśmy do nas. Przy okazji odwiedzamy cmentarz. Ludzie interesują się lokalną historią. Tym bardziej, że realizujemy projekt, planujemy wystawę „Narew dawniej i dziś”. Wykład to pierwsza część tego cyklu.

Julia Oreszyna to sympatyczna, młoda kobieta z ogromną wiedzą na temat żydów.

  • Pani świetnie mówi po polsku.
  • Przyjechałam z Gruzji, a urodziłam się na Syberii. W Polsce kilka lat studiowałam. Już siedem lat tu nie byłam, nie używałam polskiego, więc dla mnie to sprawdzenie, ile pamiętam. Działam w Fundacji, ale przede wszystkim robię badania w Gruzji. Pomagam też przy Polsce, bo znam język polski.
  • Skąd zainteresowania kulturą żydowską?
  • Jestem antropologiem, moim polem badawczym jest pamięć kulturowa i przestrzeń. Gdy studiowałam w Polsce, bardzo trudno było nie zobaczyć wątków żydowskich w przestrzeni kulturowej narodowości, której już prawie nie ma w Polsce, a pozostałości są. Np. ulica Próżna w Warszawie, która była zamieszkana przez żydów. Pamięć jest tu na każdym kroku. Jak się przeprowadziłam do Gruzji, to też byłam ciekawa, w jaki sposób tam to wygląda i zaczęłam prowadzić swoje badania. Okazało się, że w Polsce jest dużo pamiątek i można sobie poczytać, a w Gruzji nie ma badań.
  • Często pani przyjeżdża do Polski?
  • Po tym jak wyjechałam do Gruzji, przyjeżdżałam prawie co roku, bo miałam tutaj związki profesjonalne. Teraz, przez pandemię, nie było mnie tutaj prawie trzy lata.
  • Czy w Gruzji też byli Żydzi?
  • Tak. Teraz też są, ale większość wyjechała do Izraela – częściowo w czasach ZSRR, częściowo teraz.
  • Pani się urodziła na Syberii, czy pani jest Rosjanką?
  • Nie. Jestem z rodziny mieszanej, mam korzenie ukraińskie i niemieckie.

W chwili wybuchu II wojny światowej w Narwi mieszkało ok. 300 Żydów. Holokaust przeżyło kilku. Lejb Wach, autor jedynej relacji z getta w Narwi, uciekł w czasie deportacji do Bielska i został przechowany przez rodzinę Andrzeja Iwaniuka ze wsi Gradoczno. Na cmentarzu pozostali ci narwiańscy Żydzi, którzy zmarli przed holokaustem. Macew jest bardzo dużo. Na jednej z nich Julia Oreszyna odczytuje rok 1698.

Uczestnicy wyprawy na kirkut w Narwi skorzystali z obecności specjalistki i zasypywali ją pytaniami. Okazuje się, że są macewy leżące i są stojące. Czasami, gdy macewy wyglądają jak półokrągłe, a leżą, trzeba uważnie patrzyć, bo mogą być napisy z przodu. Napisy w tym miejscu świadczą, że jest to macewa leżąca. Na macewach zazwyczaj leżą kamyki, mogą być też świeczki, jedne i drugie są symbolem kontaktu ze zmarłymi.

Czy Żydów chowano na leżąco czy na siedząco? Mówią, że chowali na siedząco, ponieważ w pozycji embrionalnej. Tak naprawdę na leżąco, tylko w pozycji embriona. I najczęściej w całunie, czyli nie w trumnie. Teraz czasami mogą pochować w trumnie, tylko mają być dziurki w trumnie, żeby ciało miało kontakt fizyczny z ziemią. Bo jest taka filozofia, że człowiek został stworzony z ziemi i do ziemi ma wrócić. Na cmentarzach żydowskich chowają piętrowo, żeby nie budować kolejnych nagrobków. Miało znaczenie w jakim kierunku ustawiano nagrobki.

Tradycyjnie na wschód, a raczej na Jerozolimę. Jak jesteśmy w Polsce, to na wschód, a jeśli w Gruzji, to na zachód.

W ramach projektu „Narew dawniej i dziś”, narwiański kirkut będzie posprzątany. Do porządkowania od razu zgłosili się Ala i Henryk Januszewscy. W sprzątaniu może pomogą uczniowie, a może także Areszt Śledczy w Hajnówce. W czasach gdy w areszcie pracował Artur Cyruk, osadzeni uporządkowali kilka cmentarzy żydowskich.

  • Chcielibyśmy zrobić informację o cmentarzu i społeczności żydowskiej, żeby to było oznaczone dla tych, którzy przyjeżdżają do Narwi – mówi Agata Smoktunowicz. – Potrzebny drogowskaz, że jest tu cmentarz.
  • Jakby coś, proszę do mnie pisać, może znajdą się jakieś pieniądze z Fundacji – daje nadzieję Oreszyna. – Jeżdżę z wykładami, ale jednocześnie patrzę, czy ktoś z gminy zainteresowany jest historią lokalną.

Synagoga w Orli – Wilki na strychu [relacja z wernisażu – 21 V 2022] – Krystyna Kościewicz, „Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz” nr 20 / 2022

Zdjęcie z portalu bielsk.eu

21 maja odbył się kolejny wernisaż w Orli. Tym razem wystawy rzeźb Małgorzaty Kręckiej – Rozenkranz.

W imieniu grupy wolontariuszy, którzy opiekują się budynkiem po synagodze, zebranych powitał Marek Chmielewski, sołtys Orli, laureat nagrody POLIN, animator działań promujących wieś. Wśród gości: Jarosław Perszko, rzeźbiarz z Hajnówki, Sławomir Smyk, rzeźbiarz z Kleszczel, przyjaciele i znajomi ekipy wolontariuszy opiekujących się orlańską synagogą – Marka, Darka i Andrzeja.

Małgorzata Kręcka – Rozenkranz kieruje pracownią podstaw projektowania plastycznego na Wydziale Rzeźby i Intermediów ASP w Gdańsku. Do Orli trafiła dzięki kontaktom z Adamem Walnym, który także jest z Gdańska i który we wsi Policzna w gminie Kleszczele prowadzi Instytut Teatru Przedmiotu, a jego teatr w stodole, wędrowny teatr przedmiotu, jest związany z rzeźbą. – Byłam zaproszona na premierę sztuki Adama Walnego i wtedy Marek pokazał mi synagogę – mówi Małgorzata Kręcka – Rozenkranz. – Prace były dedykowane bardzo osobistym przeżyciom i jak zobaczyłam przestrzeń synagogi, stwierdziłam: ja to po to robiłam. Niezwykłe, że ta przestrzeń się znalazła i moim zdaniem udało się zakomponować. Dziękuję Markowi Chmielewskiemu, który był dobrym duchem tego wszystkiego. Andrzej nas wspierał dzielnie. Prace instalacyjne prowadziliśmy długo, zajęło nam to parę dni. Dziękuję też Mateuszowi Michalczykowi z Gdańska.

W budynku po synagodze w Orli, Małgorzata Kręcka – Rozenkranz pokazała swoje trzy układy rzeźbiarskie – w sali głównej, w babińcu i na strychu. Każdy inaczej przeżywa sztukę, stąd zdecydowałam, iż najlepiej będzie, gdy zacytuję autorkę rzeźb – instalacji. Oto fragmenty jej wypowiedzi przy każdym z układów rzeźbiarskich.

W sali głównej „Krzew gorejący”: – „Krzew gorejący” z 2019 roku dedykuję mojemu ojcu, który był leśniczym, tak jak mój dziadek. Drzewa były jego przyjaciółmi. Płomienie są flokowane, żeby były delikatne.

W babińcu „6 miast ucieczki”: – W tradycji żydowskiej były to miasta, które chroniły przypadkowego mordercę przed zemstą tzw. mściciela krwi. To były miasta wytypowane, oczywiście sąd decydował, czy dana osoba ma prawo ukryć się w takim mieście, czy nie. Niemniej taka osoba była nietykalna. Ważne, że drogi, które prowadziły do takich miejsc ucieczki, musiały być zawsze przejezdne. Zastanawiałam się, co współcześnie może być takim miastem ucieczki i wydarzyła się pandemia. Ludzie byli bezradni, gubili się. Wówczas wymyśliłam sobie, że być może takimi miastami mogą być idealne, utopijne miasta renesansowe. W prawdziwym świecie nie widziałam takich miejsc. Potem wydarzyła się wojna i jestem coraz bardziej na bieżąco z tą pracą.

Na strychu „Wilki”: – Układ rzeźbiarski „Wilki” odnosi się do przedmiotów zapomnianych, opuszczonych i również do rytuału odchodzenia. Tę pracę również dedykuję mojemu tacie. Odejścia bliskich są dla nas ważne i myślę, że artyści mają to szczęście, że mogą z siebie wyrzucić, powiedzieć. W pracowni mojego taty znalazłam małe figurki wilków kościanych, mój tata hobbistycznie zajmował się rzeźbą i te wilki byty niedokończone. Jedną z figurek odlałam w cynie, żeby mieć połączenie jego ducha i mojej energii. Bo te rzeczy, które po ludziach zostają, przedmioty, które są nagle opuszczone, są takie biedne. Chciałam o nich opowiedzieć. W związku z tym, zbudowałam ciąg rzeźb, które opowiadają o odchodzeniu. Po zewnętrznych stronach mamy czółenka tkackie. Z jednej strony to czółenko ma linię życia gęstą, potem trafiamy na krąg soli, który w dawnych czasach słowiańskich oddzielał świat zmarłych i świat żywych. Krąg wysypywano, żeby zamknąć duchy, żeby pożegnać duszę, to było dla mnie ważne. Z drugiej strony mamy przy czółenku jedną nić, która pozostaje u schyłku życia. To co słyszymy i ten obiekt w środku, nawiązuje do sistrum, to jest taki instrument rytualny, w Egipcie służył do obrzędu odprowadzania zmarłych na miejsce pochówku. Była to praca bardzo dla mnie ważna, bardzo osobista.

Krystyna Kościewicz


Krótki artykuł na temat powyższego wernisażu, plus galeria zdjęć, wraz z numerami kontaktowymi dla osób zainteresowanych zwiedzeniem synagogi w ORLI. Z portalu: bielsk.eu

Pomoc jest legalna – przemoc jest przestępstwem. Granica jest obok nas. Granica człowieczeństwa – Jerzy Nowicki, „Kurier Podlaski” nr 2 / 2022 r.

Ciężko chory 18-letni Syryjczyk odwieziony do lasu z siemiatyckiego szpitala przez straż graniczną.

Za nami różne święta i związane z tym obrządki, rodzinne spotkania, świecące choinki. Wśród tradycyjnych kolęd: „Nie było miejsca dla ciebie”, albo „W żłobie leży”. W cieple i na ogół we względnej sytości. Wśród wesołych zabaw.

Tymczasem nieopodal w lasach strefy przygranicznej wciąż trwa horror. Wciąż żadne organizacje humanitarne, pomocowe, ani media nie mają wstępu do strefy przygranicznej. Nie wiadomo, co się tam naprawdę dzieje. Tylko dzięki nieocenionej działalności rożnych grup pomocowych, stowarzyszeń i wielu niezależnych wotontariuszek i wolontariuszy, działających obok strefy przygranicznej, wielu ludzi otrzymuje pomoc i ratunek. Stąd też docierają informacje, o których nie dowiemy się od rzeczników rządowych służb.

Noc przed Wigilią

„W noc przed Wigilią, przy 10 stopniach mrozu, Straż Graniczna wywiozła z Polski 9 zmarzniętych i głodnych ludzi w stronę zimnego białoruskiego lasu.

Grudzień jest piątym miesiącem kryzysu humanitarnego na Podlasiu. Coraz trudniejsze warunki pogodowe, nieustające wywózki i przemoc ze strony funkcjonariuszy służb stanowią nieodłączny element codzienności pogranicza. Mimo to, mieszkanki i mieszkańcy tego regionu codziennie podejmują działania pomocowe. Również w ostatnich dniach interweniowali, niosąc pomoc humanitarną dziewięcioosobowej grupie osób z Syrii, Iraku i Turcji, które błądziły w bardzo trudnym terenie, po lasach i bagnach. W tym czasie wolontariuszki i wolontariusze dostarczyli im jedzenie i odzież oraz dali podstawowe wsparcie umożliwiające przeżycie. Na miejsce dotarł również zespół medyczny Fundacji Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Pomimo skrajnie złych warunków pogodowych, złego stanu zdrowia (przemęczenie i hipotermia), interwencji ze strony mieszkanek i mieszkańców oraz wsparcia humanitarnego udzielanego przez 3 kolejne dni i noce uchodźcy zostali wywiezieni przez pograniczników z zimnego lasu w Polsce do Białorusi. Wywózka odbyła się o północy, kilkanaście godzin przed Wigilią.

Oto relacja jednej z wolontariuszek wspierających tę grupę:

„Wyobraź sobie, że po kilku godzinach zimowej przeprawy przez las spotykasz człowieka. Duży mężczyzna. Trzęsie się. Leży skulony, zwinięty jak dziecko, dłonie wsadzone pod pachy. Na nogach ma filcowe, „babcine” kapcie, krótkie, do kostki, nasunięte na gołe stopy. Mokre. Jest zimno, -8, za chwilę -10 stopni. Późny zmierzch. Wokół pełno wojska i Straży Granicznej. Wiesz, że będzie jeszcze zimniej. Co robisz? Naprawdę zastanów się: co byś zrobiła? Wiesz, że wszystkie procedury trwają, większość nie daje gwarancji i nie działa w imię ochrony drugiego człowieka. Na samą myśl o wywózce do Białorusi, ludzie, których spotkałaś, zastygają przerażeni, składają dłonie, mówią do ciebie: „No Belarus, no Belarus”. To jedyna sentencja, którą znają wszyscy, bez wyjątku. Sama twoja obecność już ich przeraża i stanowi dla nich zagrożenie. W ogóle nie powinno cię tam być. Zamiast ciebie powinny być tam specjalne jednostki zajmujące się ratowaniem ludzi i ochroną praw człowieka”.

Mieszkanki Białowieży w Wigilię dowiedziały się, że spotkana kilka dni wcześniej grupa osób została zawrócona na pas graniczny. Byli w polskim lesie już od wtorku – wówczas temperatury w nocy sięgały -10 stopni:

„Wiemy, że w takich warunkach tylko marsz pozwala na przeżycie. Ci ludzie przeszli około 15 km, przez bardzo trudne odcinki lasu. Została im udzielona pomoc medyczna, ich stan fizyczny był bardzo słaby. Niestety, osoby te zostały zabrane przez Straż Graniczną po co najmniej 3 dniach pobytu w Polsce… i kolejnego dnia były już w Białorusi. Nawet w dniu niosącym nadzieję światu, tutaj – w Polsce – nie ma miejsca na najmniejszy gest dający nadzieję na respektowanie praw człowieka. Czy prawo, według którego działa Straż Graniczna, naprawdę nakazuje wypychanie ludzi w ręce przedstawicieli reżimu Łukaszenki? W warunkach, które zagrażają życiu? Zawracanie zagraża życiu tych ludzi. My o tym wiemy i wie o tym Straż Graniczna”.

Grupa Granica zwróciła się do Rzecznika Praw Obywatelskich i UNHCR z prośbą o interwencję w opisanej sprawie w związku z narażeniem życia i zdrowia wywiezionych osób.

„Od pięciu miesięcy apelujemy o deeskalację kryzysu na granicy. Zwracamy się do polskich władz o poszanowanie praw człowieka, w tym szczególnie praw migrantek i migrantów, zaprzestanie wywózek do Białorusi oraz dopuszczenie organizacji humanitarnych, medyków, mediów i niezależnych obserwatorów do strefy stanu wyjątkowego”.

4 stycznia 2021 Grupa Granica informuje:

Nie zapomnimy o Aveen

„4 stycznia odbył się pogrzeb kolejnej ofiary polityki wywózek realizowanej przez polskie władze. 38-letnia Kurdyjka Aveen Ifran przebywała w polskim lesie wraz ze swoją rodziną: mężem, piątką dzieci oraz dalszymi krewnymi. Była w 24. tygodniu ciąży. W chwili zgłoszenia Aveen była nieprzytomna. Gdy dotarli do niej „Medycy na Granicy”, była w stanie hipotermii, pomiar temperatury wskazał jedynie 28,8 stopni Celsjusza. W stanie krytycznym została przetransportowana do szpitala. Na miejscu interwencji pojawiła się Straż Graniczna, która wywiozła trzech mężczyzn z grupy w stronę Białorusi. Po kilku dniach pobytu w szpitalu, Aveen poroniła. Po kolejnych kilku tygodniach na oddziale intensywnej terapii zmarła.

Dotychczasowy proceder łapanek i wywózek migrantów i migrantek w stronę Białorusi jest niezgodny z przepisami prawa polskiego i międzynarodowego, a przede wszystkim stanowi dla nich śmiertelne zagrożenie. Ze względu na wywózki wielu migrantów, boi się ujawnić Straży Granicznej, by prosić o udzielenie ochrony międzynarodowej w Polsce. Co więcej, wywózek doświadczały nawet osoby, które wyraźnie i w obecności Straży Granicznej prosiły o ochronę w Polsce. Jak pokazuje historia Aveen, praktyka ta prowadzi również do nieidentyfikowania osób, które mogą z innych powodów wymagać szczególnej ochrony państwa, w tym kobiet w ciąży, osób w złym stanie zdrowia, ofiar handlu ludźmi czy dzieci bez opieki.

Śmierć Aveen Ifran, która osierociła pięcioro dzieci, wymaga szerszego komentarza, stanowi bowiem efekt upowszechnienia systemowej przemocy, nierespektowania procedur i łamania międzynarodowego prawa do ubiegania się o ochronę międzynarodową. Jako Grupa Granica nie godzimy się na normalizację przemocy i sytuację, w której społeczeństwo jest systematycznie przyzwyczajane do kolejnych ofiar śmiertelnych, przy jednoczesnym braku jakiejkolwiek odpowiedzialności ze strony sprawców. Należy pamiętać, że każdy przypadek śmierci jest rezultatem konkretnych decyzji politycznych wykonywanych przez konkretnych funkcjonariuszy.

Znaleźliśmy się w niebezpiecznym momencie – przemoc państwowa stała się w Polsce obowiązującym prawem. Jeszcze kilka miesięcy temu to, co dziś uznawane jest za normę, byłoby nieakceptowalne, a każdy przypadek śmierci wiązałby się ze wszczęciem dochodzenia i ustaleniem sprawcy.

Wiadomo, że kobieta wraz z rodziną spędziła w przygranicznych lasach 7 dni. W tym czasie, jak tysiące innych osób, które znalazły się na polsko – białoruskim pograniczu, nie miała dostępu do ciepłego schronienia, pożywienia i pomocy medycznej. W związku z tym, że organizacje humanitarne nie są dopuszczane do pracy w strefie przygranicznej, nie mogła liczyć na żadną pomoc.

Fundacja Dialog, która opiekuje się rodziną, napisała na swoim profilu:

„Pożegnaliśmy Avin. 38-letnią kobietę, do której pomoc w lesie dotarła za późno… Matka piątki dzieci jest ofiarą kryzysu na granicy polsko – białoruskiej. W takich chwilach nie myślimy, kto jest za niego odpowiedzialny, ale co mogliśmy zrobić? Co czuje mąż, który stracił ukochaną żonę? Co czują dzieci, które już nigdy nie poczują ciepła swojej matki? Co czuje Runa, nastolatka, która musiała szybko dorosnąć, by pomóc ojcu? Żegnamy młodą kobietę, która w ciąży trafiła na nasze pogranicze. Cierpiała z bólu. Utraciła dziecko. Po długiej walce zmarła w szpitalu. Dziś na jej trumnie rodzina i bliscy położyli czerwone róże. To symboliczne pożegnanie. Ciało Avin zostanie odesłane do Iraku i zgodnie z wolą rodziny to tam spocznie. Mamy złamane serca.”

Poniedziałek, 9 stycznia. Grupa Granica informuje:

Rodzice z trzyletnim synkiem

„Poprzedniej nocy udało nam się odnaleźć rodziców z trzyletnim synkiem. Byli zrozpaczeni, ponieważ zaginęła trójka ich pozostałych dzieci. Nie możecie sobie nawet wyobrazić naszej radości, kiedy po godzinnej wędrówce znaleźliśmy zaginione dzieci. Nakarmione i przebrane zaprowadziliśmy do rodziców. Kiedy się spotkali, płakaliśmy wszyscy”. To relacja mieszkańców i mieszkanek biorących udział w interwencji.

Interwencja w nocy z soboty na niedzielę (8/9 stycznia) pokazała nam jak wielkie znaczenie ma codzienna praca osób będących w terenie. Wspólnymi siłami mieszkanek i mieszkańców Podlasia, aktywistów z Grupy Granica oraz przewodniczącej Rady Gminy Michałowo – Marii Ancipiuk – udało się skutecznie zapobiec wywózce i połączyć rodzinę z 4 dzieci. Trwało to prawie 20 godzin, przy skrajnie złych warunkach pogodowych i mroźnej temperaturze. Osoby te – pochodzące z Syrii – doświadczyły przemocy ze strony służb białoruskich, a ich życie i zdrowie były zagrożone. Gdyby nie pomoc mieszkanek Podlasia, aktywistek, przedstawicieli rady Michałowa, doszłoby do rozdzielania rodziny z dziećmi. Była to kolejna trudna i wyczerpująca interwencja humanitarna na Pograniczu.

Relacja Marii Ancipiuk, przewodniczącej Rady Gminy Michałowo, która brała udział w interwencji:

„W momencie gdy zobaczyłam tę 8 letnią dziewczynkę, miała problemy z chodzeniem. Więc nieśliśmy ją, trochę podnosiliśmy, nie dawała rady iść samodzielnie, momentami ciągnęłam ją pod pachę. Apeluję do wszystkich, żeby pomagali migrantom. Cały czas spotykamy rodziny z dziećmi. W lasach wciąż są dzieci! Ten chłopiec miał 3 latka. Ci rodzice oraz inni migranci, którym pomagaliśmy, to są wspaniali ludzie, tacy sami jak my, mili, sympatyczni, są wdzięczni, wzrokiem się pytają, czy wszystko jest OK w reakcji na odgłos helikopterów, straży i samochodów. Boją się. Ich dzieci mają 3 lata, 8 lat, 13 lat i 14 lat. Ja miałam wszystkie dokumenty i paszporty, i przekazałam straży, i nie było innej możliwości: doprowadziliśmy do tego, że przygotowują im dokumenty. Ta 8-letnia dziewczynka, wycieńczona spała w lesie”.

Jest to tylko jedna z wielu rodzin, które od kilku tygodni są pod samą granicą. Kolejne osoby przetrzymywane są w skrajnie złych warunkach, zarówno mężczyźni, kobiety, jak i dzieci. Polskie władze niejednokrotnie zostały skrytykowane za proceder nielegalnych wywózek, przy pełnej świadomości nadużyć i tortur jakim są poddawane osoby migrujące. Nadal będziemy interweniować i nieść pomoc humanitarną kolejnym osobom siłowo wpychanym do rzek, rażonych prądem, bitych, czy przymusowo rozdzielanych. Takie przypadki zasługują na szczególną uwagę – zabezpieczenie ochrony interesów dzieci obecnie nie jest oczywiste. Tylko działając wspólnie, włączając media jesteśmy w stanie zapobiec wywózkom. Ten kolejny już przykład zaangażowania Gminy Michałowo w niesienie pomocy humanitarnej pokazuje, że samorządy nie zgadzają się na wzrastającą przemoc wobec osób poszukujących schronienia i bezpieczeństwa.

Obecnie interesy rodziny zostały zabezpieczone dzięki działaniom Przewodniczącej Rady Michałowa, Marii Ancipiuk, prawniczkom z Grupy Granica i mieszkańcom. W tym tygodniu ma odbyć się rozprawa dotycząca umieszczenia w ośrodku. Dalszego wsparcia udziela wiele osób.

Pomoc jest legalna. To przemoc jest przestępstwem”.

Syryjczyk w hipotermii wywieziony do lasu

Wtorek, 11 stycznia – Sutno koło Mielnika.

Informuje Fundacja Ocalenie:

„Dzieje się teraz na granicy!!!

Jesteśmy pod Mielnikiem, na prośbę członka rodziny, szukamy osoby w złym stanie fizycznym. Nagle otaczają nas mundurowi. Nie chcą się legitymować, odbezpieczają broń, zabierają telefony. Ich jest na oko 2 x więcej niż nas – aktywistek i aktywistów z Ocalenia i innych organizacji. Dołączają dziennikarze. Im także wojsko zabiera telefony.

Na miejsce dojeżdża policja. Ludzie w wojskowych mundurach wycofują się, odzyskujemy telefony. Ale zarekwirowali nasze rzeczy, w tym przenośny defibrylator. Próbujemy je odzyskać.

W międzyczasie osoby z innej organizacji dotarły do potrzebującego człowieka. Nie może chodzić. Zabrała go karetka.

Edit: policjanci na miejscu twierdzą, że nie umieją powiedzieć, czy to było wojsko, czy WOT[sic!].

Rzeczone „wojsko” najprawdopodobniej odjechało z naszym plecakiem medycznym i AED. Tak, najwyraźniej po prostu zajumali nam rzeczy. Rzeczy kupione za pieniądze ze zbiórki, którą dla nas założył Jurek Owsiak.

Policja nie chce przyjąć od nas zgłoszenia na miejscu. Musimy więc jechać na komisariat (…)

Policja pomogła mam ustalić, że nasze rzeczy są… w SG! Co ciekawe, zarówno policja jak i znajome osoby aktywistyczne z okolicy uważają, że takich zabranych aktywistom z lasu rzeczy jest na placówce więcej. Po średnio przyjemnej rozmowie w SG, udaje odzyskać rzeczy”.

Tego samego dnia dziennikarze TVN24 o tę sytuację zapytali rzeczniczkę prasową SG Annę Michalską, min. o to, dlaczego mundurowi otoczyli aktywistów, odbezpieczyli broń i zabrali im – jak twierdzą aktywiści – telefony komórkowe i sprzęt medyczny.

Rzecznika odpowiedziała:

„W dzisiejszych zdarzeniach z udziałem aktywistów w okolicach Mielnika nie brali udziału funkcjonariusze SG, nie znamy przebiegu tego zdarzenia, proszę pytania w tej sprawie kierować do innych służb”.

O tej sytuacji opowiada jej uczestnik, Dobrosław Rola:

„Dzisiaj w nocy, podczas akcji zostałem złapany przez wojsko. Nie wiem, jakie, ponieważ mieli odpięte dystynkcje i nie chcieli się przedstawić. Złapali mnie samego – by chronić grupę, udawałem debila, który po północy spaceruje w okolicach strefy (jakiś kilometr od jej granic). Panowie kazali mi się legitymować, po czym powiedzieli, że mam stanąć 5 metrów przed autem.

Chwilę później część żołnierzy (ok. 10) pobiegło w las, mnie pilnowało trzech.

W lesie spotkali 2 osoby z Fundacji Ocalenie. W tym momencie stojący za mną żołnierze odbezpieczyli broń i kazali mi iść drogą w stronę lasu, parę metrów przed autem i zakazali się odwracać. Gdy próbowałem dopytać dlaczego słyszałem: „Morda, kurwa, idź”.

W lesie był ciężko, chory 18-letni Syryjczyk, złapani działacze tłumaczyli, że proszą o pomoc w znalezieniu go. Wojsko nie reagowało, zmuszało ich do stania w miejscu, zarekwirowali telefony. Jeden z ukrywających się wolontariuszy wspaniałej Grupy Granica zdążył wezwać karetkę, przed nią przyjechała policja. Dopiero oni pomogli choremu i pokierowali karetkę. Ich obecność uspokoiła nagrzanych wojskowych, jasno informowali, że wojsko nie ma uprawnień do wydawania nam poleceń.

Wojskowi odjechali, zabierając ze sobą warty parę tysięcy złotych sprzęt medyczny Ocalenia. Policji powiedzieli, że zostawili go w lesie tam gdzie zatrzymali działaczy. Sprzętu nie znaleźliśmy.

Później okazało się, że wojsko kłamało – sprzęt z defibrylatorem odnalazł się w placówce Straży Granicznej w Mielniku – został przez wojsko zabrany.

Ważne jest to, że zgodnie i polskim prawem wojsko poza strefą stanu pseudo wyjątkowego NIE MA PRAWA podejmować czynności wobec obywateli. Nie ma prawa legitymować, zmuszać do słuchania poleceń, celować z odbezpieczonej broni. Pewnie jutro dowiem się od ministra Błaszczaka, że ci anonimowi wojskowi zasłużyli na nagrodę.

Policja puściła nas wolno, byli uprzejmi, profesjonalni.

Chorego Syryjczyka, w II stadium hipotermii i z problemami z nerkami o godzinie 3 przyjęto do szpitala w Siemiatyczach. O godzinie 7 SG wywiozła chłopaka na granicę polsko – białoruską. Informacja została potwierdzona przez Straż Graniczną w Mielniku”.

Takich historii jest wiele.

opr. jn

grafika Grupa Granica

Grupę Granica monitorującą sytuację na pograniczu tworzą: Nomada Stowarzyszenie, Stowarzyszenie Interwencji Prawnej Homo Faber, Polskie Forum Migracyjne, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Salam Lab Dom Otwarty, Centrum Pomocy Prawnej im. Haliny Nieć, CHLEBEM I SOLĄ, uchodźcy.info, RATS Agency Fundacja Kuchnia Konfliktu, Strefa WolneSłowo, Przystanek ”Świetlica” dla dzieci uchodźców + niezależni aktywiści, niezależne aktywiści, mieszkanki i mieszkańcy Pogranicza.

„Przemyt – ludzie zamiast papierosów. Kryzys potrwa. Nikomu nie zależy na zakończeniu” – Jacek Wasilewski „Kurier Podlaski”, 02 / 2022 r.

Nie ustają prowokacje białoruskich służb mundurowych na granicy z Polską. Każdego dnia niszczone są urządzenia zabezpieczające granicę. Każdego dnia funkcjonariusze straży granicznej, policji i żołnierze obrzucani są kamieniami, gruzem, kłodami drewna. Białorusini oślepiają ich stroboskopami i laserami. Funkcjonariuszka SG ze złamanym nosem trafiła do szpitala. W siłowych usiłowaniach przekroczenia granicy i w takich przekroczeniach przez nielegalnych migrantów, biorą aktywny udział umundurowani żołnierze białoruscy. Każdej doby granicę usiłuje przekroczyć – wg SG – od kilkunastu do kilkudziesięciu osób. Prawdopodobnie liczby te są zaniżone.

W zeszłym roku było prawie 40 tys. prób nielegalnego przekroczenia granicy polsko -białoruskiej. W sierpniu 3,5 tys., we wrześniu 7,7 tys., październiku 17,5 tys., listopadzie 8,9 tys., w grudniu 1,7 tys. Te oficjalne liczby są bardzo zaniżone, biorąc pod uwagę liczbę osób, które przez Polskę dostały się do Niemiec. Np. od sierpnia do początku października było to 4.300 osób, które zgłosiły się do niemieckich instytucji ds. migracji, a do 23 listopada było 10.321 samych tylko zatrzymanych na granicy polsko – niemieckiej. A że oficjalne liczby są zaniżone, wskazuje też liczba osób, którym – już po polskiej stronie – wsparcia udzieliły organizacje pomocowe. Znaczna część migrantów trafia do Niemiec przez Polskę, ale wcześniej przekraczając granicę białorusko-litewską.

Widzimy w przekazach – i rządowych, i antyrządowych – obrazki z Kuźnicy, z Usnarza, zdjęcia z ataków na granicę, poruszające relacje wolontariuszy z udzielania pomocy cierpiącym w lesie. A w tym czasie w różnych miejscach tysiące osób przekracza granicę w ramach zorganizowanych akcji po tamtej i po tej stronie granicy. Jak? Trudno powiedzieć. Piechotą? Ciężarówkami? Z pewnością zaangażowane są w to państwowe służby po tamtej stronie i po tej polscy przemytnicy, którzy papierosy i alkohol zamienili na ludzi. W grę wchodzą ogromne pieniądze oraz interesy instytucji i osób, które – krótko mówiąc – mogą niemal wszystko.

Z tego powodu bardzo trudna sytuacja na granicy, która tak bardzo nas – niestety – różni, w której wylewa się pomyje na żołnierzy, policjantów i funkcjonariuszy SG, w której cierpią i umierają niewinni ludzie, pragnący żyć w lepszym świecie, szybko się nie zakończy. Jest bowiem na korzyść tym, co na tym zarabiają pieniądze, oraz tym, którym zależy na polaryzacji społeczeństwa, na jego podziale na obrońców granic i na ratujących migrantów – czyli: rządowi, opozycji, Putinowi, Łukaszence, Niemcom, PiS i KO.

Ten kryzys potrwa.

Zdjęcie: Polskie Radio Białystok

Ben Ami Pachter [Urodzeni w Siemiatyczach] „Kurier Podlaski” nr 39 / 2021


Jeden z bohaterów wojny izraelsko – arabskiej w 1948 r., zwanej „wojną o niepodległość”, a więc bohaterów narodowych Izraela, Ben Ami Pachter urodził się 19 października 1919 r. w Siemiatyczach w rodzinie żydowskiej Pachterów.


Szybko stracił ojca i jako 6-letni chłopiec wyjechał w 1925 roku wraz z matką do Palestyny, będącej wtedy pod protektoratem brytyjskim z mandatu Ligi Narodów. Tam uczył się w szkole rolniczej, po czym w 1937 roku wstąpił do Hagany (Obrona), organizacji paramilitarnej, która początkowo miała służyć samoobronie, stopniowo rozszerzając swoje działania na akcje odwetowe wobec atakujących oddziałów arabskich, by przekształcić się z czasem w organizację typowo wojskową.


Po utworzeniu w maju 1948 r. niepodległego państwa Izrael, Hagana stała się podstawą sił zbrojnych Izraela. Podczas wojny o niepodległość Ben Ami Pachter był komendantem 21 batalionu brygady „Karmel”, przeprowadzając m.in. 17 marca 1948 r. atak na konwój arabski w Kirjat Mockin pod Hajfą, największym miastem północnego Izraela, który miał istotne znaczenie dla losów bitwy o to miasto.
10 dni później, 27 marca 1948 r., zginął z rąk arabskich, postrzelony w głowę, jako komendant konwoju Hagany, wysłanego w celu wzmocnienia obrony kibucu Jechi’am w Galilei, atakowanego od wielu miesięcy przez siły arabskie. Konwój wpadł w zasadzkę i został rozbity. Zginęło wtedy, oprócz Pachtera, 46 żydowskich bojowników. Przeszedł on do historii pod nazwą Konwój Jechi’a. Imieniem Ben-Ami została nazwana słynna operacja brygady „Karmel” Hagany przeciw siłom arabskim, mająca zmusić je do opuszczenia Zachodniej Galilei, podjęta 13 maja 1948 r. (w przeddzień zakończenia mandatu brytyjskiego i ogłoszenia niepodległości).


Jego imię nosi też np. znana wspólnota rolnicza na północy Izraela.

Marek Antoni Nowicki

Siemiatyczanin na „Liście Ładosia” – Notatnik Historyczny, Marek Antoni Nowicki „Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz” nr 47 / 2021 r.

Eliasz Mordcheles

„Lista Ładosia” to spis osób, na których nazwiska w okresie II wojny światowej zostały wystawione paszporty latynoamerykańskie przez Poselstwo Rzeczpospolitej Polskiej w Bernie i organizacje żydowskie w Szwajcarii.

Od 1941 do końca 1943 r., grupa polskich dyplomatów w Szwajcarii, na czele z ambasadorem Rzeczypospolitej Aleksandrem Ładosiem, wspólnie z działaczami organizacji żydowskich – głównie World Jewish Congress (Światowy Kongres Żydów) oraz Agudat Yisrael (Unia Izraela), stworzyła system nielegalnego kupowania i wydawania paszportów oraz potwierdzania obywatelstwa państw południowo- i środkowoamerykańskich (Paragwaju, Hondurasu, Haiti i Peru) dla ratowania Żydów europejskich od zagłady.

Początkowo paszporty te i potwierdzenia były wysyłane do okupowanej Polski. Potem system ten stał się narzędziem operacji ratowania Żydów z Belgii, Holandii, Francji, Słowacji i Włoch, a także Żydów niemieckich i austriackich pozbawionych obywatelstwa, oraz pojedynczych osób z innych państw. W ten sposób dokumenty otrzymało ok. 10 tys. osób z różnych krajów Europy.

Było rzeczą naturalną, że podjęliśmy wysiłek sprawdzenia, czy wśród tych szczęśliwców, którzy dzięki akcji polskich dyplomatów zostali uratowani i znaleźli się w bezpiecznym miejscu w odległych częściach świata, byli również nasi siemiatyccy Żydzi. Na liście ustalonych dotychczas ok. 3 tys. nazwisk, znaleźliśmy tylko jedno z Siemiatycz Eliasza Mordchelesa, ur. w 1888 r., który otrzymał poświadczenie obywatelstwa Paragwaju. Z posiadanych danych wynika, że dzięki temu przeżył wojnę.

autor: Marek Antoni Nowicki

(na podstawie: Instytut im. W. Pileckiego (The Ładoś List, Ed. Jakub Kumoch, Warszawa 2020).

PS. W skład grupy wchodziło czterech dyplomatów Poselstwa Rzeczypospolitej Polskiej, przedstawiciel utworzonego przez Światowy Kongres Żydów komitetu RELICO (Komitetu Pomocy Żydowskim Ofiarom Wojny) oraz przedstawiciel Agudat Israel. 5 na 6 członków było obywatelami polskimi, zaś połowa była narodowości żydowskiej.

Członkowie grupy to: Aleksander Ładoś (1891-1963), polski poseł w Bernie w latach 1940-1945, Abraham Silberschein (1881-1951), adwokat, działacz syjonistyczny, przedwojenny poseł na Sejm RP, twórca komitetu ratunkowego RELICO, Konstanty Rokicki (1899-1958), polski konsul w Bernie w latach 1939-1945, Chaim Eiss (1876-1943), urodzony w Ustrzykach Dolnych kupiec, działacz Agudat Israel z Zurychu, Stefan Ryniewicz (1903-1987), radca poselstwa RP w latach 1938-1945, zastępca posła Ładosia, Juliusz Kühl (1913-1985), attaché polskiego poselstwa, ekspert ds. kontaktów z organizacjami żydowskimi.

Aleksander Ładoś